FANDOM



Rozdział II Nadzwyczajne przygody pana Antifera • Część I • Rozdział III • Juliusz Verne Rozdział IV
Rozdział II Nadzwyczajne przygody pana Antifera
Część I
Rozdział III
Juliusz Verne
Rozdział IV
Uwaga! Tekst wydano w 1894 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Kapitan Zo wydał rozkazy sternikowi i kazał o tyle zwinąć żagle, aby mógł według swej woli kierować statkiem. Lekki wiatr poranny wiał ze strony północno-wschodniej. Wielki maszt, na którym mieściło się bocianie gniazdo, i dwa mniejsze maszty dostateczne były do wprawienia w ruch statku, aby się mógł ostrożnie przybliżyć do wysepki. Gdyby morze wzburzyło się trochę, statek znalazłby schronienie w pobliżu wysepki.

Podczas gdy Kamylk-Pasza, wsparty o poręcz statku, ciekawie wpatrywał się w przestrzeń, kapitan, stojąc na przodzie okrętu, kierował statkiem, jak wypadało czynić przezornemu marynarzowi, który powinien strzedz się skał podwodnych, nie wskazanych na mapach geograficznych.

W istocie to było największem niebezpieczeństwem.

Pod temi bowiem spokojnemi falami, gdzie nie spotykało się prądów ani wirów, mogły jednak kryć się zdradliwe skały, a żadne objaśnienie nie wskazywało kierunku drogi. Z pozoru wydawało się, że przystęp do wysepki będzie bardzo łatwy; nic nie zdradzało, aby skały podwodne istniały w tem miejscu. Marynarz, zarzuciwszy sondę, nie natrafił na żadne wzniesienie dna morskiego.

Wysepka, którą podróżni nasi widzieli w odległości mili przy blaskach wschodzącego słońca, otoczona mgłą poranną, przedstawiała się mniej więcej w ten sposób:

Była to rzeczywiście wysepka, o której posiadanie nie ubiegało się żadne państwo, bo ten kawałek lądu nie wart był zachodu. Chyba tylko chciwa Anglia mogła się o niego ubiegać. Najważniejszym dowodem, że ta gromada skał nie była znana hydrografom i że nie została oznaczona na mapach było to, że wielka Brytania nie zrobiła z nich drugiego Gibraltaru, któryby mógł czuwać nad temi okolicami. Oczywiście wysepka nie znajdowała się na szlaku dróg morskich i wyłoniła się z morza niedawno.

Widok jej przedstawiał dosyć równe płaskowzgórze, którego obwód wynosił około trzystu sążni, tworząc nie regularny owal, mający sto pięćdziesiąt sążni długości, a od sześćdziesięciu do ośmdziesięciu szerokości. Nie był to zbiór poszarpanych skał, nagromadzonych jedna nad drugą, które zdają się urągać prawom równowagi, lecz formacya, która podnosiła się stopniowo z głębin morza. Brzegi tej wyspy nie miały głębszych ani płytszych przystani i nie były podobne do zagięć muszli, której natura fantastyczne nadaje kształty, a raczej przypominały wierzchnią skorupę ostrygi, albo tarczę żółwia. Tarcza ta zaokrąglała się i podnosiła ku środkowi w ten sposób, że punkt jej najwyższy wznosił się około stu pięćdziesięciu stóp nad powierzchnią morza.

Na wysepce nie widać było ani jednego drzewa, ani żadnego śladu choćby karłowatej roślinności. Nie było również śladu ludzkiej siedziby; nie ulegało zatem najmniejszej wątpliwości, że wysepka nie tylko nie była dotąd zamieszkana, ale nawet nie mogła nią być nigdy. Drobne rozmiary wysepki, grunt skalisty i pozbawiony wszelkiej roślinności, czyniły z niej miejscowość odpowiednią wymaganiom Kamylk-Paszy. Nie mógłby on znaleźć lepszego schronienia, aby w niem bezpiecznie ukryć swój depozyt, który chciał powierzyć wnętrznościom ziemi.

– Doprawdy, możnaby mniemać, że natura umyślnie stworzyła tę wysepkę, mówił do siebie kapitan Zo.

Tymczasem statek posuwał się wolno, zwijając stopniowo żagle. Potem, gdy był już zaledwie o 120 sążni od wysepki, kapitan wydał rozkaz, aby zarzucić kotwicę, która natychmiast na długim łańcuchu zagłębiła się w morze, dosięgając dwudziestu ośmiu sążni.

Przystęp do wysepki wydawał się z tej strony łatwy, i statek mógł był podpłynąć bliżej, ale przezorniej było zatrzymać się z daleka.

Skoro zwinięto żagle, kapitan Zo wszedł do izdebki oficerskiej.

– Czy mam przygotować łódź wielką, ekscelencyo? zapytał.

– Nie, łódkę o jednym żaglu i wiosłach. Wolę, żebyśmy wylądowali najpierw we dwóch.

– Stanie się podług rozkazu waszej ekscelencyi.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 07

W kilka chwil później, kapitan, trzymając w rękach dwa lekkie wiosła, zajął miejsce w łodzi naprzeciwko Kamylk-Paszy. Wkrótce łódź dobiła do brzegu w miejscu, gdzie przystęp wydawał się łatwy. Hak, który służy do przytwierdzenia okrętów, został umocowany w szczelinie skały i jego ekscelencya objął w posiadanie wysepkę.

Wypadku tego nie uczciły wystrzały armatnie ani wywieszenie sztandarów, gdyż wyspy nie zagarnęło pod swe panowanie żadne państwo, tylko pojedyńczy człowiek, który tu wylądował na dość krótko.

Kamylk Pasza i kapitan Zo dostrzegli najpierw, że brzegi wysepki nie spoczywały na podstawie piaszczystej, lecz wychylały się z morza, tworząc pięćdziesiąt lub sześćdziesiąt stopni, co było dowodem, iż wyspa utworzyła się przez wyniesienie dna morskiego.

Rozpoczęli dalej badania, stąpając po gruncie, przedstawiającym się jak minerał, zwany kwarcem krystalicznym, na którym żadnych nie odnaleźli śladów. Wybrzeża nigdzie nie były podmyte przez uderzanie fal morskich. Na powierzchni gruntu suchej i krysztalicznej nie widać było innej wilgoci, oprócz wody deszczowej, pozostałej w małych kałużach po ostatniej ulewie. Roślinność nie objawiała się tutaj nawet pod postacią mchów i nędznych morskich porostów, które czepiają się skał, gdy wiatr przyniesie jakie nasionka. Nie widać było również żadnych skorupiaków, ani żywych, ani martwych, co było nadzwyczajnością, trudną do wytłómaczenia. W powietrzu unosiły się tylko mewy, przedstawiające jedyne okazy zwierzęcego świata w tych stronach.

Gdy Kamylk-Pasza i kapitan obeszli wysepkę dokoła, skierowali się do wzniesienia, znajdującego się wpośrodku wyspy. Nigdzie nie znać było, aby ktokolwiek zwiedzał już poprzednio wysepkę, skały lśniły się po prostu czystością nieposzlakowaną.

Skoro obydwaj dotarli do środka garbu, tworzącego środek wyniosłości wyspy, mającej, jak to już mówiliśmy, kształt żółwiej tarczy, znaleźli się na wysokości stu pięćdziesięciu stóp nad powierzchnią oceanu. Usiedli na skale i ciekawie zaczęli badać horyzont, roztaczający się przed ich wzrokiem.

Na niezmierzonej przestrzeni wód, ruchliwej i lśniącej od promieni słońca, nie widać było żadnego lądu. Kapitan Zo napróżno dopatrywał przez lunetę jakiegoś żaglu na tej olbrzymiej wód przestrzeni. Morze było puste zupełnie, i statkowi Kamylk-Paszy nie groziło niebezpieczeństwo, aby go inny okręt mógł podpatrzyć przed upływem pięciu lub sześciu godzin, bo można było przypuszczać, że tak długo statek stać będzie na kotwicy.

– Czy jesteś pewny, gdzie się znajdujemy i że dziś jest dzień dziewiątego września? zapytał wreszcie Kamylk-Pasza.

– Jak najpewniejszy, ekscelencyo, odpowiedział kapitan Zo. Ale dla większej jeszcze pewności ustawię raz jeszcze igłę magnesową.

– W istocie ważna to rzecz. Ale jak sobie wytłómaczyć ten fakt, że wysepka nie jest oznaczona na kartach geograficznych?

– Dlatego, że według mego zdania wytworzyła się niedawno, ekscelencyo. W każdym razie musi waszej ekscelencyi wystarczać to zapewnienie, że wysepka nigdzie nie jest oznaczona i że możemy być pewni, że ją znajdziemy na tem samem miejscu, w dniu, w którym przyjdzie wam chęć i wola powrócenia tutaj…

– Tak, kapitanie, ale to nie może nastąpić prędzej, aż miną te czasy burzliwe i niespokojne! Cóż mnie to może obchodzić, że ten skarb pozostanie ukryty w skałach przez długie lata? Tu będzie on daleko bezpieczniejszy, niż w moim własnym domu w mieście Alepie. Tu ani wice-król, ani syn jego Ibrahim, ani ten niegodny Murad nie będą mogli mi go wydrzeć! Ten majątek miałby się dostać Muradowi?! Nie, nigdy, wolałbym go cisnąć w głębiny morskie!

– Byłaby to bardzo smutna ostateczność, odpowiedział kapitan Zo, gdyż może nie zwraca nigdy tego, co raz dostało się do jego otchłani! Wielkiem więc szczęściem jest to, że odkryliśmy tę wysepkę. Te skały przechowają bogactwa waszej ekscelencyi i oddadzą je wam wiernie!

– Chodź! rzekł Kamylk Pasza, powstając, nie trzeba tracić na to wszystko wiele czasu i lepiejby było, aby żaden okręt nie dostrzegł w tych stronach naszego statku….

– Jestem na rozkazy waszej ekscelencyi!

– Czy nikt na pokładzie statku nie wie, gdzie się znajdujemy?

– Nikt a nikt, mogę o tem najuroczyściej zapewnić waszą ekscelencyę.

– Czy nie wiedzą nawet, na jakiem morzu znajdujemy się obecnie?..

– Nie wiedzą bynajmniej, czy znajdujemy się na którem z mórz Starego lub Nowego świata. Piętnaście miesięcy błąkamy się już po oceanach, a jakież odległości pomiędzy lądami odbyć może w tym czasie okręt!… Zdaje mi się, że najlepszy majtek, nie radząc się mapy i busoli, nie mógłby powiedzieć, gdzie się teraz znajduje.

Kamylk-Pasza i kapitan Zo zeszli do małej zatoki, gdzie łódź na nich oczekiwała.

W chwili, gdy mieli siadać na łódkę, kapitan rzekł:

– Skoro wasza ekscelencya załatwi się z tą sprawą, czy rozkaże wtedy płynąć do Syryi?

– Nie mam tego zamiaru. Będę czekał, zanim powrócę do Alepu, aby żołnierze Ibrahima ustąpili z tej prowincyi i aby pod władzą Mahmuda kraj odzyskał spokój.

– Czy wasza ekscelencya nie przypuszcza, że kraj ten może być kiedykolwiek przyłączony do posiadłości wice-króla?

– Nie! na proroka, nie! zawołał Kamylk-Pasza, którego samo to przypuszczenie pozbawiło zwykłej mu zimnej krwi i spokoju. Być może, że na jakiś przeciąg czasu, którego końca z upragnieniem będę wyglądał, Syrya zostanie przyłączona do posiadłości Mehemet-Alego. To rzecz możliwa, gdyż wyroki Ałłaha są niezbadane! Ale żeby przeszła stanowczo pod nieograniczoną władzę sułtana… Ałłah nie chciałby tego!..

– Gdzież zatem wasza ekscelencya myśli się schronić, opuściwszy te strony?

– Nigdzie, kapitanie Zo, nigdzie! Ponieważ mój skarb zostanie umieszczony bezpiecznie wpośród skał tej wysepki, niechaj więc tu zostanie! My zaś, kapitanie, będziemy nadal żeglowali, tak, jak to czynimy już od lat wielu…

– Jestem na rozkazy waszej ekscelencyi!

W kilka chwil później Kamylk-Pasza i kapitan Zo znaleźli się na pokładzie okrętu.

Około godziny dziewiątej kapitan uczynił badania nad promieniami słońca, aby otrzymać długość geograficzną, czyli oddalenie od południka i godzinę, jaka wypadała w tej miejscowości; badanie to miał powtórzyć w południe.

Kazał sobie przynieść pewne narzędzie astronomiczne i wymierzył wysokość; tak, jak o tem powiedział ekscelencyi badania swoje przeprowadził z całą możliwą dokładnością i ścisłością. Zanotowawszy swoje uwagi, kapitan zeszedł do swojej kajuty, aby przygotować obrachunki, mające na celu określenie położenia wysepki. Dokładność tę uzyskać mógł dopiero wtedy, gdy otrzyma wymiar wysokości południka.

Ale przedtem wydał rozkaz, aby przygotowano łódź dużą, na której marynarze mieli umieścić dębowe beczułki, jak również i narzędzia, to jest motyki, drągi okute żelazem i cement, potrzebny do wykończenia przedsięwziętej pracy.

Przed godziną dziesiątą wszystko było gotowe.

Sześciu marynarzy pod wodzą sternika zajęło miejsca w szalupie. Nie domyślali się oni bynajmniej, co znajdowało się w tych trzech baryłkach, ani dlaczego miały być ukryte w zakątku tej bezludnej wyspy. Kwestya ta była dla nich zupełnie obojętna. Przyzwyczajeni do bezwarunkowego posłuszeństwa, spełniali swe obowiązki jak maszyny, nie pytając się nigdy, dlaczego kazali im tak lub owak uczynić.

Kamylk-Pasza i kąpitan Zo wsiedli także do łodzi, która, za pomocą kilkunastu poruszeń wiosłami, dobiła do brzegu wysepki.

Teraz należało wybrać miejsce odpowiednie do wykopania wydrążenia, które nie byłoby ani zbyt blizkie brzegu, a przez to narażone na potęgę fal morskich, szalejących najbardziej podczas porównania dnia z nocą, ani zbyt wysoko z obawy rozsypania się skały, wskutek podziemnego wstrząśnienia. Miejscowość, odpowiadającą wszelkim możliwym warunkom, znaleziono wreszcie u podnóża skały, wznoszącej się prostopadle w górę, w stronie południowo-wschodniej.

Na rozkaz kapitana Zo marynarze wynieśli na ląd beczułki i narzędzia, poczem sami wylądowali i zaczęli wykuwać otwór w skale we wskazanem przez kapitana miejscu.

'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 08

Praca była bardzo ciężka, gdyż kwarc krysztaliczny jest minerałem bardzo twardym. Odłamki skały, które odpadały, podważone żelaznymi drągami, marynarze zbierali starannie, aby potem zapełnić niemi wydrążenie, w którem zostaną poprzednio umieszczone beczułki. Po godzinie robotnicy wydrążyli otwór, którego głębokość i szerokość wynosiła od pięciu do sześciu stóp. Był to prawdziwy grób, gdzie sen umarłego nie zostałby zakłócony nawet najgwałtowniejszą burzą.

Kamylk-Pasza siedział na uboczu, zamyślonym wzrokiem śledząc pracę marynarzy. Znać było, że umysł jego smutne zajmowały myśli. Może pytał się w duchu samego siebie, czy nie lepiejby mu było może, gdyby sam ułożył się także do snu wiecznego obok swoich skarbów?.. I w istocie gdzieżby mógł znaleźć pewniejsze schronienie przed niesprawiedliwością i obłudą ludzką?…

Skoro beczułki zostały umieszczone w zagłębieniu, Kamylk-Pasza przyszedł jeszcze raz spojrzyć na nie. Kapitan Zo, który w tej chwili przypatrywał mu się uważnie, dostrzegł tak dziwny wyraz na jego licu, że myślał, iż ekscelencya cofnie wydane poprzednio rozkazy i, zaniechawszy swego zamiaru, żeglować będzie dalej po morzach razem ze swojemi bogactwami.

Ale domysł kapitana był mylny; Kamylk-Pasza dał znak, aby ludzie pracowali dalej. Wtedy kapitan kazał umieścić beczułki szczelnie jedna obok drugiej i podtrzymać kawałkami kwarcu, umaczanymi w wapnie hydraulicznem. Tym sposobem beczułki połączyły się tak ściśle z odłamkami skały, że utworzyły prawie jednolitą z nią całość. Potem resztą pozostałych kamieni, połączonych także wapnem, marynarze zapełnili wklęsłość, wykutą w skale, tak, że powierzchnia skały wyrównała się zupełnie. Pracy dopełniono bardzo zręcznie i umiejętnie. Można było przypuszczać, że gdy deszcze i nawałnice morskie zmyją powierzchnię skały, niepodobna będzie znaleźć miejsca, w którem skarb został zakopany.

A jednakże należało uczynić w tem miejscu znak jakiś, aby osoba interesowana mogła go odnaleźć bez trudu. To też na prostopadłej ścianie skały, która wznosiła się poza wydrążeniem, jeden z marynarzy wykuł za pomocą dłuta monogram, którego dokładną podobiznę podajemy:

Ж
'The Wonderful Adventures of Captain Antifer' by George Roux 09

Były to dwa K, zaczynające i kończące nazwisko Kamylk-Paszy, odwrócone i połączone ze sobą, gdyż w ten sposób Kamylk-Pasza podpisywał się zawsze.

Teraz nie było już celu przedłużania pobytu na wysepce. Skarb został zamurowany w głębi tej jaskini. Któżby mógł ją odkryć w tej miejscowości, kto potrafiłby ją wyrwać z tej kryjówki?… Nie, tu skarb był zupełnie bezpieczny, a jeśli Kamylk-Pasza i kapitan Zo zabraliby tę tajemnicę z sobą do grobu, do skończenia świata niktby jej nigdy nie mógł zdradzić.

Marynarze wraz ze sternikiem wsiedli do łodzi, podczas gdy jego ekscelencya i kapitan pozostali jeszcze na nadbrzeżnej skale. Wkrótce łódź powróciła po nich i przewiozła ich na pokład statku.

Było wtedy trzy kwadranse na dwunastą. Czas był prześliczny, na niebie nie ukazywała się żadna chmurka. Za kwadrans słońce miało dosięgnąć południka. Kapitan poszedł po sextant, aby zmierzyć wysokość południową. Gdy otrzymał ten obrachunek, wyprowadził stąd szerokość, a potem długość, obliczając kąt godzinowy podług uwag, uczynionych o godzinie dziewiątej. Dowiedział się tym sposobem o położeniu wysepki, naturalnie w przybliżeniu, które dozwalało przypuszczać różnicę, nie większą nad pół mili.

Skończywszy tę pracę, chciał wrócić na pokład, gdy drzwi kajuty otwarły się nagle, a na progu ukazał się Kamylk-Pasza.

– Określiłeś położenie wysepki? zapytał.

– Tak, ekscelencyo!

– Pokaż mi papier.

Kapitan podał ćwiartkę papieru, na której robił obliczenia i rachunki.

Kamylk-Pasza czytał uważnie, jak gdyby chciał dokładnie utrwalić w swoim umyśle każdy szczegół, dotyczący nieznanej wysepki.

– Zachowaj starannie ten papier, rzekł wreszcie do kapitana. Co zaś do dziennika okrętowego, w którym od piętnastu miesięcy zapisywałeś kierunek naszej drogi…

– Tego dziennika, ekscelencyo, nikt nigdy nie dostanie…

– Żebyśmy mieli pod tym względem zupełną pewność, zniszcz go natychmiast…

– Zastosuję się do rozkazów waszej ekscelencyi.

– Kapitan Zo wziął dziennik, w którym starannie zapisywał kierunek drogi, jaki po rozmaitych morzach obierał statek, podarł go na drobne kawałki, które następnie spalił w płomieniu kagańca.

Wtedy Kamylk-Pasza i kapitan wrócili do izdebki na pokładzie. Część dnia okręt pozostał jeszcze na kotwicy.

Około godziny piątej po południu chmury zaczęły się zjawiać na horyzoncie od strony zachodniej. Przez poszarpane szczeliny tych chmur słońce ciskało snopy promieni, które migotały jak roztopione złoto na falach morza.

Kapitan Zo pokręcił głową, jak marynarz, któremu pogoda nie bardzo się podoba.

– Ekscelencyo, zaczął, te chmury zapowiadają wicher, a kto wie, czy nie burzę w nocy!… Wysepka nie przedstawia dla nas żadnego schronienia, a zanim się ściemni, moglibyśmy odpłynąć z dziesięć mil na morze…

– Ależ, kapitanie, nic nas tu już dłużej nie zatrzymuje, odpowiedział Kamylk-Pasza.

– W takim razie płyńmy.

– Pytam cię tylko po raz ostatni, czy nie potrzebujesz sprawdzić raz jeszcze szerokości i długości geograficznej?

– Nie, ekscelencyo, jestem pewny, że dokładnie dokonałem pracy i nie pomyliłem się bynajmniej.

– A więc ruszajmy w drogę!

– Podług rozkazu waszej ekscelencyi.

Przygotowania do żeglugi poszły bardzo szybko. Podniesiono kotwicę i rozwinięto żagle, poczem okręt wyruszył w stronę zachodnio-północną.

Stojąc z tyłu na pokładzie okrętu, Kamylk-Pasza ścigał wzrokiem nieznaną wysepkę, dopóki nie zginęła zupełnie w oddaleniu i zwiększającym się zmroku wieczornym. Wkrótce gromada skał rozpłynęła się w szarawej mgle nocy.

Bogaty Egipcyanin żeglował z tą pewnością, że skoro będzie chciał, odnajdzie wysepkę, a na niej skarb, który jej powierzył, skarb, wynoszący 100 milionów franków w złocie, brylantach i innych cennych kamieniach.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.