FANDOM



Crystal Clear app printer Dostępny jest E-book / wersja do druku tego tekstu

Mistrz Zacharjasz

(Maître Zacharius ou l'Horloger qui avait perdu son âme)

Juliusz Verne, Paul Verne

¤ ¤ ¤ ¤

Przekład: Anonim
Ilustracje: Théophile Schuler


Master Zacharius by Théophile Schuler 05



I.

Noc zimowa.

Genewa leży na zachodnim brzegu jeziora, które też od miasta otrzymało swą nazwę.

Rodan, wychodzący z jeziora, przepływa i rozcina na dwie części miasto, w samym środku którego tworząc niewielką wysepkę.

Takie położenie topograficzne spotykamy dość często w wielkich punktach zbornych handlu i przemysłu. Pierwszych mieszkańców znęciła zapewne łatwość komunikacji, jaką im dać mogła rzeka, „ta droga, co sama bieży,“ jak wyraża się Pascal. Zanim jeszcze zaczęto wznosić porządne budynki na tej wysepce, podobnej do statku holenderskiego, uwięzionego na środku rzeki, masa domków piętrzących się na otaczającej pochyłości góry i rozrzuconych bezładnie, tworzyła obraz pełen dziwnego uroku. Z powodu braku przestrzeni wielka liczba tych domków zbudowana była na palach. Dębowe te słupy, wbite w bystre fale rzeki, zczerniałe i nadpsute przez wodę, zdawały się być łapami jakiegoś olbrzymiego kraba i przedstawiały widok nadzwyczaj fantastyczny. Kilka pożółkłych starych sieci, rozciągniętych niby pajęczyna między temi odwiecznemi palami, poruszało się w cieniu, jakby liście tego lasu dębowego, a rzeka, spotykając w nim zaporę, pieniła się z głośnym rykiem.

Jeden z tych domów zwracał na siebie szczególną uwagę swą starożytną powierzchownością. Mieszkańcami jego byli: stary zegarmistrz Zacharjasz, córka Jego Żyranda, Aubert Thün, czeladnik, i stara sługa Scholastyka.

Cóż to za człowiek był ów Zacharjasz? Wieku jego z twarzy niktby nie wyczytał. Najstarsi mieszkańcy nie umieli powiedzieć, kiedy go pierwszy raz ujrzeli. Widywano jego śpiczastą głowę o śnieżnej białości włosach, gdy krokiem niepewnym przesuwał się przez ulice. Chwiejny chód jego przywodził na pamięć ruchy wahadła zegarowego. Twarz wysuszona, niemal trupia, zczerniała, ciemną swą barwą przypominała stare obrazy Leonarda da Vinci.

Żyranda zajmowała najpiękniejszy pokój starego domu, z którego okna wzrok jej melancholicznie błądził po śnieżnych wierzchołkach gór jurajskich; ale pokój sypialny i pracownia starca mieściły się prawie jakby w piwnicy, położonej nad samą wodą tak, że podłoga spoczywała na palach. Od niepamiętnych czasów mistrz Zacharjasz opuszczał swój pokój tylko w godzinach posiłku, lub gdy udawał się dla regulowania zegarów miejskich. Resztę czasu przepędzał przy warsztacie, pokrytym niezliczoną ilością narzędzi zegarmistrzoskich, po większej części wynalazku własnego.

Był on rzeczywiście bardzo zdolnym, a zegary jego posiadały wielką sławę w całej Francji i w Niemczech. Najlepsi zegarmistrze genewscy przyznawali mu wyższość nad sobą, a miasto szczyciło się nim jako wynalazcą regulatora. I słusznie, od tego wynalazku bowiem datuje rzeczywiste zegarmistrzostwo.

Zwykle, po długiej i nieustannej pracy, Zacharjasz składał powoli narzędzia, delikatne, dopasowane sztuki przykrywał małemi kloszami, opuszczał tokarskie koło, poczem odkrywszy otwór w podłodze swej pracowni, całemi godzinami wpatrywał się nachylony w szumiące fale Rodanu.

Pewnego wieczoru zimowego stara Scholastyka zastawiła kolację, do której, wedle dawnego zwyczaju, zasiadła wraz z młodym czeladnikiem. Ale chociaż potrawy przygotowane były starannie i podane w pięknych białych i błękitnych naczyniach, mistrz Zacharjasz jeść nie mógł. Nie odpowiadał na łagodne słowa Żyrandy, niepokojącej się milczeniem ojca, nie zwracał nawet uwagi na paplaninę Scholastyki i dochodzący do uszu szum fal rzecznych. Po tej milczącej kolacji, stary zegarmistrz wstał od stołu i nie uściskawszy córki i nie złożywszy codziennego życzenia „dobrej nocy,“ wyszedł przez wąskie drzwi do swej kryjówki.

Żyranda, Aubert i Scholastyka pozostawszy sami, czas jakiś milczeli. Wieczoru tego gęste chmury przeciągały nad Alpami i lada chwila groziły deszczem, chłodna temperatura napełniała duszę smutkiem, a złowrogi świst południowego wiatru, przedzierał się do wnętrza domu.

— Czy panienka nie spostrzega — odezwała się nareszcie Scholastyka — że nasz pan od dni kilku jest dziwnie zamyślony.

— Ojciec mój musi mieć jakiś powód smutku, którego się nie domyślam — odrzekła Żyranda z wyraźnym niepokojem w głosie.

— Niech panna się tak nie martwi — dodał Aubert. — Wszak panna zna dziwne zwyczaje ojca. Któż potrafi z twarzy jego wyczytać tajne myśli? Może spotkała go jaka przykrość, ale jutro zapomni o niej i żałować będzie, że zasmucił swą córkę.

Aubert, jedyny robotnik, którego mistrz Zacharjasz dopuścił do swych prac sekretnych, oceniał bowiem jego inteligencję, dyskrecję i prawość duszy, przywiązał się do Żyrandy i zdolny był poświęcić się dla niej aż do bohaterstwa.

Żyranda miała lat ośmnaście. Owal jej twarzy przypominał oblicza obrazów madonny, wywieszanych przez pobożnych mieszkańców Bretanji na rogach ulic, miast starych. We wzroku jej przebijała się prostota niewysłowiona. Nie lubiła wszelkiej jaskrawości i nosiła suknie barwy ciemnej. W Genewie, która wolną jeszcze była wtedy od oschłości kalwińskiej, Żyranda prowadziła życie ciche i mistyczne, odmawiając rankami i wieczorami z książki oprawnej w stalowe ramki modlitwy łacińskie. Wiedziała ona, jak głębokiem uczuciem przejęty był dla niej młody robotnik. I rzeczywiście, dla niego cały świat zawierał się w tym starym domu zegarmistrza, w którym też cały czas pozostały mu od pracy, przepędzał obok młodej dziewczyny.

Scholastyka widziała to dobrze, lecz milczała, bo choć była gadatliwą, wołała mówić o wadach wieku i kłopotach gospodarskich. Nie powstrzymywano też jej wcale. Podobną ona była do owych tabakierek grających, fabrykowanych w Genewie, które raz nakręcone, musiały wygrać wszystkie swe arje do końca.

Widząc Żyrandę pogrążoną w milczeniu, Scholastyka podniosła się z krzesła, oprawiła świecę w lichtarz, zapaliła ją i postawiła przed woskową statuetką Matki Boskiej, ustawioną w kamiennej niszy. Według zwyczaju, przed tą opiekunką domowego ogniska mieszkańcy domu klękali wieczorami i modlili się o noc spokojną i łaskę nad sobą. Ale mimo znaku tego Żyranda nie ruszyła się z miejsca.

— No, droga panno — rzekła Scholastyka — kolacja skończona i czas iść na spoczynek. Niech panna nie psuje sobie oczu, lepiej położyć się i trochę pomarzyć. Żyjemy w tak przeklętym czasie, że kto wie, co jutro się zdarzy.

— Może by posłać po doktora? — zapytała Żyranda.

— Doktora! Mistrz Zacharjasz nigdy ich nie słuchał.

— Co robić? — szeptała Żyranda. — Czy ojciec siadł do pracy, czy udał się na spoczynek?

— Żyrando — wtrącił łagodnie Aubert — mistrzowi Zacharjaszowi dolega pewne cierpienie moralne.

— Czy wiesz jakie?

— Być może.

— Więc opowiedz je — zawołała żywo Scholastyka, gasząc świecę.

— Od kilku dni — mówił młody robotnik — dzieje się u nas coś niepojętego. Wszystkie zegarki, zrobione i sprzedane przez mistrza Zacharjasza w przeciągu ostatnich lat kilku, zatrzymały się nagle. Przyniesiono ich bardzo wiele. Obejrzeliśmy je z całą starannością i okazało się, że wszystkie sprężyny były w doskonałym stanie i cała maszynerja nic nie pozostawiała do życzenia. Mistrz nakręcił je znowu, lecz mimo to iść nie chciały.

— Z pewnością, szatan się wmieszał! — zawołała Scholastyka.

— Mnie wydaje się to bardzo naturalnem — odrzekła Żyranda. — Na tej ziemi wszystko ma swoje granice, i nic wiecznego nie może wyjść z rąk człowieka.

— Z tem wszystkiem — dodał Aubert — jest w tem coś nadzwyczajnego i tajemniczego. Zastanawiałem się i szukałem przyczyn tego nagłego zatrzymania się zegarków, lecz napróżno wysilałem mój rozum... Narzędzia wypadały mi z rąk i ogarnęła mną rozpacz.

— Więc dla czego oddawać się tej pracy potępionej? — zawołała Scholastyka. — Czyż to rzecz możliwa, aby jakaś maszynka mosiężna chodziła sama i wskazywała godziny? Lepiej już trzymać się kompasu...

— Nie mówiłabyś tak, Scholastyko — zauważył Aubert — gdybyś wiedziała, że kompas został wynaleziony przez Kaina.

— Boże miłosierny! co ty mi mówisz?

— Jak ci się zdaje — zapytała w prostocie ducha Żyranda — czy można prosić Boga, by wrócił życie zegarkom ojca?

— Bezwątpienia — odrzekł młody robotnik.

— Próżne to modlitwy — gderała stara służąca — lecz Bóg przebaczy przez wzgląd na intencję.

Master Zacharius by Théophile Schuler 01

Zapalono świecę, następnie Scholastyka, Żyranda i Aubert uklękli na podłodze, i młoda dziewczyna zaczęła modlić się głośno za duszę swej matki, za podróżnych, więźniów, za dobrych i złych, a przedewszystkiem za spokój swego ojca. Poczem wszyscy troje, powierzywszy zmartwienia swe Bogu, powstali spokojniejsi i z wiarą w sercu.

Aubert odszedł do swego pokoju, Żyranda zamyślona, usiadła przy oknie, Scholastyka zaś, zalawszy wodą dopalające się głownie w kominie i zamknąwszy na dwa wielkie rygle drzwi, poszła do łóżka i wkrótce zasnęła snem głębokim.

Tymczasem burza wzrastała coraz bardziej, fale uderzały o słupy, wicher wstrząsał całym domem, a młoda dziewczyna, pogrążona w myślach o ojcu, zdawała się nie słyszeć niczego. Słowa Auberta sprawiły na niej głębokie wrażenie i zaniepokoiły ją o życie ojca.

Nagle, daszek, zasłaniający od wiatru, porwany wichrem, uderzył o okno. Żyranda zadrżała, zerwała się pośpiesznie, nie rozumiejąc co się stało. Uspokoiwszy się cokolwiek, otworzyła okno. Gęste chmury porozrywały się, i gwałtowny deszcz z szumem odbijał się o dachy domów. Młoda dziewczyna wychyliła się, by uchwycić okienicę miotaną wiatrem, lecz cofnęła się z obawą. Zdawało się jej, że deszcz w połączeniu z falami rzeki zatopi domek, którego bale skrzypiały z jękiem. Chciała uciec z pokoju, gdy w tem spostrzegła odbicie światła, pochodzące z pokoju ojca, i usłyszała jakieś słabe jęki. Powróciła znowu do okna, by je zamknąć, lecz wiatr odpychał ją z taką siłą, iż zmuszoną została ustąpić.

Myślała że straci zmysły! Więc cóż tam robił jej ojciec? Otworzyła drzwi i weszła do ciemnej sali stołowej, następnie omackiem, dotykając się ścian, blada i przerażona, weszła do pracowni ojca. Stary zegarmistrz, z rozwianemi włosami, stał na środku pokoju, rozmawiając z sobą, gestykulując, nie widząc i nie słysząc co się w koło niego działo.

— Tak, śmierć! — mówił mistrz Zacharjasz głosem ponurym. — Cóż mi innego pozostaje dzisiaj, gdy całą istotę moją rozproszyłem po świecie? Bo to ja jestem twórcą wszystkich tych zegarków! W każdym z nich zamknąłem część mojej duszy! Gdy który z tych przeklętych zegarów zatrzymuje się, czuję, że moje serce bić przestaje, bo uregulowałem je według jego uderzeń!

Master Zacharius by Théophile Schuler 02

I mówiąc to, starzec wodził wzrokiem po swym warsztacie. Zbliżył się do stołu, wziął do rąk cylinder ze sprężyną, wyjął ją, rozciągnął w formę spiralną, i sprężyna zamiast zemknąć się według prawa elastyczności, pozostała w tym stanie, jak wąż uśpiony. Mistrz Zacharjasz napróżno starał się nadać jej kształt pierwotny, napróżno swemi wychudłemi palcami usiłował ją zwinąć, i gdy spostrzegł, że wszystkie wysiłki jego były bezskuteczne, z okrzykiem wściekłości, przez otwór w ścianie cisnął ją w fale Rodanu.

Żyranda, przerażona, bezwładnie wpatrywała się w ojca. Chciała się zbliżyć do niego i nie mogła. Nagle usłyszała głos:

— Żyrando! ty jeszcze czuwasz! Proszę cię, idź na spoczynek, noc taka chłodna.

— Aubercie, i ty! — szepnęła półgłosem.

— Czyż nie powinno mnie niepokoić wszystko, co może zaszkodzić tobie?

Oparła się na ramieniu robotnika i rzekła:

— Mój ojciec jest bardzo chory i tylko ty Aubercie możesz go wyleczyć, ponieważ pociechy córki nic tu uczynić nie mogą. Umysł jego dotknięty jest wypadkiem bardzo naturalnym, a ty pracując z nim razem, możesz wpłynąć na niego bardzo skutecznie. Aubercie, czyż to prawda, że życie ojca związane jest z jego zegarkami?

Aubert milczał.

— W takim razie rzemiosło mego ojca byłoby wzbronionem przez Boga? — dodała Żyranda, drżąc całem ciałem.

— Nie wiem — odrzekł robotnik, który tymczasem dłońmi swemi rozgrzewał dłonie młodej dziewczyny. — Ale wróć już do swego pokoju, i wraz z spokojem odzyskaj nadzieję.

Żyranda powoli odeszła do siebie i noc całą, przesiedziała u okna, gdy tymczasem mistrz Zacharjasz, milczący i nieruchomy, wpatrywał się w fale toczące się pod jego stopami.



II.

Pycha mędrca.

Uczciwość kupców genewskich znana była powszechnie. Można więc wyobrazić sobie, jakim uczuciem wstydu przejęty został mistrz Zacharjasz, gdy ze wszech stron zaczęto mu odsyłać jego zegarki.

Pewnem było, że wszystkie one zatrzymały się nagle i bez żadnego widocznego powodu. Kółka w nich były w doskonałym stanie i dobrze osadzone, ale sprężyny utraciły swoją sprężystość. Napróżno zegarmistrz zamieniał je innemi, werk zostawał nieruchomym. Niewytłómaczony ten wypadek sprawił bardzo wiele złego Zacharjaszowi. Jego wspaniałe wynalazki kilkakrotnie już ściągały nań podejrzenie o czary, które teraz zyskało stanowcze potwierdzenie. Pogłoski o tem doszły uszu Żyrandy, która spotykając złośliwe spojrzenie, zaczęła na serjo bać się o życie ojca...

Następnego dnia po owej nocy burzliwej, Zacharjasz zasiadł do pracy z niejaką ufnością. Jasne poranne słońce ożywiło go nieco i dodało odwagi.

— Mam się lepiej — rzekł do Auberta. — Sam nie wiem, co mi się zrobiło wczoraj.

— Nie lubię nocy — odrzekł Aubert — i dla mistrza i dla siebie.

— Masz rację, Aubercie. Jeżeli staniesz się kiedy człowiekiem wyższym nad innych, zrozumiesz, że dzień jest równie koniecznym jak pokarm! Mędrzec, który położył wielkie zasługi, nie należy do siebie, lecz do innych ludzi.

— Mistrzu, oto właśnie grzech pychy mówi przez ciebie.

— Pychy? Zatrzyj moją przeszłość, zniszcz teraźniejszość, odejm przyszłość, a wtedy może potrafię żyć w cieniu! Biedny chłopcze, nie rozumiesz szczytności mojej sztuki. Czyż nie jesteś tylko narzędziem w mych rękach?

— A jednak, wiele razy zasłużyłem na pochwały za dokładne dopasowanie maszynerji w twoich, mistrzu, zegarkach i zegarach.

— Bezwątpienia, Aubercie, jesteś dobrym robotnikiem i kocham też ciebie za to; ale pracując, jesteś przekonany, że w rękach twych widzisz tylko kawałek bronzu, złota, srebra, i nie czujesz ducha, którego tchnąłem, i który w nich pulsuje. Dla tego też dzieła twoje o śmierć cię nie przyprawią.

Po tych słowach mistrz Zacharjasz umilkł, lecz Aubert starał się nawiązać rozmowę dalszą.

— Cieszy mnie to, gdy widzę cię, mistrzu, przy pracy, jak teraz, bez odpoczynku. Zdaje mi się, że będziemy gotowi na uroczystość naszego cechu, bo zegar kryształowy coraz bliższy wykończenia.

— Zapewne. Pocięcie i obrobienie tego minerału, tak twardego jak djament, przysporzy mi wiele sławy. Ludwik Berghem dobrze zrobił, udoskonalając sztukę obrabiania kamieni drogich, dał mi bowiem możność przebijania i szlifowania materjałów najtwardszych.

Mistrz Zacharjasz trzymał w palcach w tej chwili drobne części zegarka, wycięte z kryształu i doskonale obrobione. Kółka, osie i inne drobne części zostały wyrobione z tegoż materjału i były dziełem nadzwyczajnej pracowitości i zdolności.

— Nieprawdaż — rzekł i policzki jego zarumieniły się — jaka to wspaniała rzecz będzie przez przezroczystą kopertę przyglądać się ruchom tego zegarka i liczyć uderzenia jego serca!

— Gotów jestem założyć się, mistrzu, iż ani na sekundę nie spóźni się on nawet przez rok cały!

— I wygrałbyś napewno! Czyż nie włożyłem w niego części duszy mojej? Czyż moje serce nie bije regularnie?

Aubert nie śmiał podnieść oczu na swego mistrza.

— Powiedz mi szczerze — rzekł starzec melancholijnie. — Czy nigdy nie brałeś mię za warjata? Czy nie zdawało ci się, że ulegam niekiedy obłędowi? Tak, w oczach mojej córki i twoich często spostrzegam potępienie dla mnie. Ach, jaka to rzecz okropna — dodał z boleścią — być niezrozumianym nawet przez istoty najwięcej ukochane. Ale ja przekonam ciebie, że mam słuszność. Nie wstrząsaj głową, bo osłupiejesz! W chwili, w której zrozumiesz mię, przekonasz się, że odkryłem tajemnicę istnienia i związku duszy z ciałem!

Słowa te wypowiedział z niezmierną dumą. Oczy jego pałały jakimś blaskiem niezwykłym i pycha przebijała się w całej postaci.

I rzeczywiście, zegarmistrzostwo aż do owej epoki pozostawało w dzieciństwie. Od chwili, w której Platon na czterysta lat przed erą chrześcjańską wynalazł zegar nocny, rodzaj klepsydry, za pomocą dźwięku i gry na flecie wskazującej godziny, nauka nie postąpiła ani kroku naprzód, Zegarmistrzom chodziło więcej o sztukę niż o mechanikę, była to bowiem epoka owych pięknych zegarów żelaznych, mosiężnych, drewnianych i srebrnych, wspaniale cyzelowanych jak dzbany Celliniego. Posiadano arcydzieła sztuki cyzelatorskiej, wskazujące godziny bardzo niedokładnie, ale arcydzieła. Gdy zaś wyobraźnia artysty nie pracowała nad udoskonaleniem plastycznem, tworzyła zegary z poruszającemi się figurkami lub grające, których puszczenie w ruch odbywało się niekiedy w sposób dość zabawny. Nadto, któż w owej epoce myślał o uregulowaniu czasu? Nauka astronomji nie stała jeszcze na tym stopniu rozwoju jak dzisiaj, i nie znano obliczeń dozwalających regulować zegarki według obiegu ziemi naokoło słońca. Wieczorem biciem w dzwon wzywano mieszkańców do gaszenia ogni, a podczas ciszy nocnej wywoływano godziny głosem. Zapewne, jeżeliby życie mierzyć liczbą spraw, to ludzie żyli wtedy krócej, ale żyli lepiej. Dusze wzbogacały się szlachetnemi uczuciami, zrodzonemi w kontemplacji, i sztuka była cenioną. Wznoszono kościół w ciągu dwóch wieków, artysta malarz zaledwie kilka obrazów tworzył w swem życiu, poeta wyśpiewywał tylko pieśni wzniosłe, ale wszystko to były arcydzieła, które przeszły do wieków następnych.

Gdy nareszcie nauki ścisłe postąpiły naprzód, rozwinęło się i zegarmistrzostwo, jakkolwiek zawsze rozwój jego tamowała trudność regularnego i stałego mierzenia czasu.

Właśnie podczas tej stagnacji mistrz Zacharjasz wynalazł przyrząd zwany regulatorem, który dozwolił mu osięgnąć ścisłość matematyczną, za pomocą poddania biegu wskazówki pod działanie siły stałej.

Wynalazek ten zawrócił głowę staremu zegarmistrzowi. Pycha wznosząca się w jego sercu jak rtęć w termometrze, dosięgła prawie stopnia obłędu. Rozumując przez analogję zgodnie z zasadami materjalistów, wyobraził sobie, iż zdołał odkryć tajemniczy związek duszy z ciałem.

Tego dnia, widząc, iż Aubert słucha go z uwagą, rzekł do niego tonem zupełnego przekonania:

— Czy ty wiesz, moje dziecko, co to jest życie? Czy ty rozumiesz działanie sprężyn wytwarzających istnienie? Nie, a jednak z pomocą nauki spostrzegłbyś, jak ścisły związek zachodzi pomiędzy mną i dziełem Boga, ponieważ z jego tworów skopjowałem kombinację kół moich zegarów.

— Mistrzu — zawołał żywo Aubert — czyż możesz porównywać mosiężną lub stalową machinkę do tego tchnienia Boga, zwanego duszą, ożywiającą i poruszającą ciało, jak lekki powiew wiatru porusza kwiatami? Czyż mogą istnieć niedojrzane koła, nadające ruch naszym stopom i ramionom? Jakaż sztuka mogłaby być tak dobrze dopasowaną, by wywoływała w nas myśli?

— Nie w tem kwestja — odrzekł łagodnie mistrz Zacharjasz z uporem ślepego, idącego naprzeciw przepaści. — Byś mógł mnie zrozumieć, przypomnij sobie cel wynalezionego przezemnie regulatora. Widząc nieregularność chodu zegarów, domyśliłem się, że zamknięty w nich ruch nie jest dostateczny, i że potrzeba zastosować do nich siłę inną, niezależną. Wpadłem więc na myśl, że gdybym mógł uregulować ruchy wahadła, doścignąłbym celu. Czyż to nie była myśl wzniosła, wspaniała?

Aubert poruszył głową na znak zgody.

— A teraz — ciągnął dalej, ożywiając się coraz więcej Zacharjasz — spojrzyj w samego siebie! Czyż nie rozumiesz, że istnieją w nas dwie oddzielne siły: siła duszy i siła ciała, t. j. ruch i regulator? Dusza jest zasadą życia, więc jest ruchem. Wszelki ruch wywoływany bądź przez ciężar, bądź sprężyną, czy też przez wpływ duchowy, mieści się w sercu. Ale ruch pozbawiony ciała, będzie nierównym, nieregularnym, wprost niemożliwym! Otóż ciało reguluje duszę, a jako wahadło posiada ruchy regularne. Niepodobna zaprzeczyć tej prawdzie, i dlatego też ludzie bardzo źle czynią, nie regulując dokładnie przyjmowania pokarmu, napoju, snu i w ogóle wszelkich funkcji cielesnych. Równie jak w moich zegarach, dusza oddaje ciału siłę utraconą przez wahania. Otóż, cóż wywołuje ten ścisły związek ciała z duszą, jeżeli nie cudowny regulator chwytający tryby kółek? Oto co ja przewidziałem i zastosowałem, dla tego też śmiało rzec mogę, iż niema już dla mnie tajemnicy w tem życiu, które, mówiąc szczerze, jest tylko genjalnym mechanizmem.

Master Zacharius by Théophile Schuler 03

Mistrz Zacharjasz, wypowiadając te halucynacje, unoszące go w krąg najskrytszych tajemnic nieskończoności, wyglądał wspaniale. Żyranda, stojąca na progu drzwi, słyszała każde jego słowo, i gdy skończył, rzuciła mu się w ramiona. On serdecznie przycisnął ją do serca.

— Co ci jest, moja córko? — zapytał.

— Gdybym miała tu taj tylko sprężynę — rzekła, kładąc rękę na sercu — nie kochałabym cię tak, mój ojcze.

Master Zacharius by Théophile Schuler 04

Zacharjasz popatrzył uważnie na swą córkę i nic nie odpowiedział.

Nagle, wydał okrzyk, podniósł rękę do serca i omdlały, padł na fotel.

— Ojcze mój! Co tobie?

— Na pomoc! — zawołał Aubert — Scholastyko!

Ale Scholastyka nie prędko się zjawiła. Ktoś młotkiem zastukał w drzwi wchodowe, poszła więc otworzyć, i gdy wróciwszy nie miała jeszcze czasu przemówić, stary zegarmistrz, który tymczasem odzyskał przytomność, spostrzegłszy ją, zawołał:

— Domyślam się, moja Scholastyko, że przynosisz mi znowu jeden z tych przeklętych zegarków.

— Jezus Marja! a właśnie że tak! — odrzekła, wręczając Aubertowi zegar.

— Moje serce nie myli się — rzekł starzec z westchnieniem.

Zegarek był uregulowany przez samego Auberta, mimo to iść nie chciał.



III.

Dziwna wizyta.

Dla Żyrandy życie jej straciłoby już wszelką wartość, gdyby nie myśl o Aubercie, wiążąca ją ze światem.

Stary zegarmistrz niknął prawie w oczach, i jego władze umysłowe koncentrujące się w jednej tylko myśli, zmniejszały się widocznie. Przez dziwne kojarzenie się idei, wiązał on wszystko ze swą monomanją, i zdawało się, że życie ziemskie z niego uleciało, ustępując miejsca dla jakiejś egzystencji nadprzyrodzonej istot pośrednich. To też kilku rywalów, korzystając z tego stanu, zaczęło znowu rozpuszczać pogłoski o stosunkach Zacharjasza z szatanem. Trudne do wyjaśnienia zepsucie się wszystkich jego zegarków, wywołało wśród zegarmistrzów genewskich wrażenie nadzwyczajne. Co znaczy ta nagła bezwładność ich maszynerji, i skąd pochodzi ten dziwny związek ich z życiem Zacharjasza? Były to tajemnice, o których mówiono z przestrachem. We wszystkich sferach miejskich, każdy posiadający zegarek Zacharjasza, fenomen ten tłómaczył po swojemu. Starano się przeniknąć do domu Zacharjasza, lecz bezskutecznie. Stary zegarmistrz zachorował niebezpiecznie, a wypadek ten usprawiedliwiał Żyrandę, odprawiającą nieproszonych gości.

Wszystkie środki były bezskuteczne w obec tego zanikania organizmu, którego przyczyn zrozumieć było niepodobna. Niekiedy zdawało się, że serce starca przestało uderzać, to znowu zaczynało ono pulsować z niepokojącą nieregularnością.

Był wówczas zwyczaj poddawania prac mistrzów pod ocenę publiczności. Kierownicy rozmaitych rzemiosł starali się wyróżnić nowością pomysłów lub dokładnością wyrobów, i między nimi Zacharjasz doznawał najgłośniejszego współczucia, ale współczucia interesownego. Współzawodnicy jego tem więcej go żałowali, im mniej się go obawiali. Pamiętali oni powodzenie jego zegarów, które wzbudzały powszechny podziw w miastach francuskich, szwajcarskich i niemieckich.

Tymczasem, dzięki niezmordowanej troskliwości Żyrandy i Auberta, zdrowie mistrza Zacharjasza zaczynało się polepszać, i umysł jego zdołał na czas jakiś uwolnić się od absorbujących go myśli. Skoro tylko mógł już chodzić, córka wyprowadzała go z domu, dokąd niezadowoleni klijenci przybywali bezustannie. W warsztacie pozostawał sam Aubert, naprawiając bez skutku buntownicze zegarki, i biedny chłopak, nic nie rozumiejąc, chwytał niekiedy głowę w swe dłonie, z obawą, by nie zwarjował, jak mistrz jego...

Żyranda prowadzała ojca do najpiękniejszych okolic miasta, wskazywała mu i wymieniała nazwiska gór, które on pozapominał. Zachariasz cieszył się jak dziecko, opierał się na jej ramieniu, i pod wpływem słońca i górskiego powietrza, powoli wracał do zdrowia.

Nareszcie stary zegarmistrz spostrzegł, iż nie był na świecie samotnym. Patrząc na swą córkę młodą i piękną, pomyślał, iż gdy on stary i złamany zejdzie niedługo z tego świata, ona pozostanie sama, bez opieki. Wielu młodych robotników genewskich zalecało się do Żyrandy, lecz żaden nie otrzymał przystępu do domu jej ojca. Nic więc dziwnego, że podczas tych jasnych chwil w umyśle starca, myśl jego spoczęła na Aubercie Thünie. Uczyniwszy ten wybór, spostrzegł, iż oboje oni wychowani byli w jednych zasadach, a ruchy ich serc wydawały mu się „współmiernemi,” jak pewnego dnia wyraził się do Scholastyki.

Stara służąca, zachwycona tym wyrazem, chociaż go nie rozumiała, przysięgła na swoją patronkę, że zanim kwadrans upłynie, całe miasto będzie o nim wiedziało. Mistrz Zacharjasz z trudnością ją uspokoił i zdołał otrzymać przyrzeczenie zachowania w tajemnicy tej wiadomości, przyrzeczenie, którego zresztą ona nie dotrzymała.

W skutek tego o małżeństwie Żyrandy z Aubertem mówiono już w całem mieście.

Ale zdarzało się, że wśród tych rozmów, dawał się słyszeć jakiś śmiech szyderczy i słowa.

— Żyranda nie zaślubi Auberta.

A gdy rozmawiający zwracali się ku mówiącemu, spostrzegali małego, nieznanego im starca.

Ile lat mógł liczyć ten dziwny człowiek, nikt nie potrafiłby powiedzieć. Domyślano się tylko, iż żył już przynajmniej kilka wieków. Jego wielka płaska głowa spoczywała na ramionach, których szerokość równała się wysokości całej postaci, nie przenoszącej trzech stóp. Mógł on tworzyć doskonałą figurę dla pomieszczenia zegara, tak dalece twarz jego podobną była do cyferblatu, a cienki nos do wskazówki kompasu. Jego rzadkie i szeroko rozstawione zęby przypominały tryby kółek, głos jego miał metaliczny dźwięk dzwonka zegarowego, a serce wydawało odgłos regularnego ruchu wahadła. Mały ten człowieczek, którego ramiona poruszały się jak wskazówki, chodził krokami nagłemi, urwanemi, i nigdy się nie oglądał. Ci, którzy śledzili go, utrzymywali, że uchodził milę na godzinę i prawie zawsze w kółko.

Choć od niedawnego dopiero czasu dziwny ten człowiek krążył po mieście, zauważono, iż każdego dnia w chwili, gdy słońce przechodziło przez południk, zatrzymywał się przed katedrą św. Piotra, i z ostatniem uderzeniem godziny dwunastej ruszał w dalszą drogę. Z wyjątkiem tej jednej chwili, wyrastał jakby z ziemi wszędzie, gdzie rozmawiano o starym zegarmistrzu, tak, że zapytywano się z przestrachem, jak i związek może zachodzić pomiędzy nim i mistrzem Zacharjaszem? Dostrzeżono nadto, iż śledził on bezustannie starca i jego córkę podczas ich przechadzek.

Pewnego dnia Żyranda spostrzegła na jednej z gór tego potwora. Przestraszona, przytuliła się do ojca...

— Co ci się stało? — zapytał mistrz Zacharjasz.

— Nie wiem — odrzekła.

— Dziwnie jesteś zmieniona. Gotowaś zachorować, a ja będę musiał czuwać nad tobą i czuwać będę dobrze.

— Ach, nie, mój ojcze! Zimno mi tylko, i zdaje mi się, że...

— Że co?

— Że to tak oddziałała na mnie obecność tego człowieka, który nas śledzi bezustannie — dodała półgłosem.

— Na honor — odrzekł Zacharjasz z uśmiechem zadowolenia — doskonale wskazuje, bo właśnie jest godzina czwarta. Nie lękaj się moje dziecko, to nie człowiek, to zegar.

Żyranda spojrzała na ojca z przestrachem. Jakim sposobem mistrz Zacharjasz mógł odczytać godzinę na twarzy tej dziwnej istoty?

Ale, ale — mówił dalej stary zegarmistrz — nie zwracając więcej uwagi na ten wypadek — od kilku już dni nie widuję Auberta.

— A jednak on ciągle przebywa w naszym domu — odrzekła Żyranda, zarumieniwszy się nieco.

— Cóż on robi?

— Pracuje.

— Ach! — zawołał starzec. — Naprawia moje zegarki, nieprawdaż? Lecz nie naprawi ich nigdy, bo im nie naprawy potrzeba, lecz przerobienia.

Żyranda milczała.

— Potrzebuję wiedzieć — dodał — czy też nie przyniesiono jeszcze jakiego z tych zegarków przeklętych, na które szatan rzucił jakąś zarazę!

Po tych słowach Zacharjasz milczał już przez całą drogę. Powróciwszy do domu, wszedł od razu do swej pracowni, której przez cały czas choroby nie odwiedzał, Żyranda zaś, ze smutkiem w sercu, udała się do swego pokoju.

W chwili, gdy Zacharjasz przestępował próg pracowni, jeden z wielu zegarów zawieszonych na murze, wybił godzinę piątą. Zazwyczaj, wszystkie zegary, doskonale uregulowane, wybijały godziny współcześnie, i zgodność ta niezmiernie radowała starca; lecz tego dnia wszystkie one wydzwaniały jeden po drugim, tak dalece, że przez cały kwadrans ogłuszały uszy swem ciągłem dzwonieniem. Zacharjasz cierpiał niewymownie; nie mógł ustać na miejscu, chodził od jednego do drugiego, wybijał im takt jak dyrektor orkiestry niekarnym muzykantom. Z ostatniem mierzeniem, drzwi pracowni rozwarły się, Zacharjasz obejrzał się i zadrżał, zobaczył bowiem małego starca, który, utkwiwszy weń wzrok, zapytał:

— Mistrzu, czy mogę cię prosić o kilka chwil rozmowy?

— Któż jesteś? — zapytał opryskliwie zegarmistrz.

— Kolega, którego obowiązkiem jest regulowanie słońca

— Ach! więc to ty regulujesz słońce? — odrzekł żywo Zacharjasz. — No, nie winszuję ci wcale. Słońce twoje źle chodzi, i aby zgodzić się z niem, musimy nasze zegarki albo posuwać naprzód albo je cofać!

— Na szatana! — zawołał potwór — masz słuszność, mistrzu! Moje słońce nie zawsze wskazuje południe zgodnie z waszemi zegarami; lecz kiedyś dowiecie się, że niezgodność ta pochodzi z nierówności ruchu w obiegu ziemi, i wtedy wynajdziecie południe średnie, regulujące tę niedokładność.

— Czyż ja dożyję tej chwili? — zapytał stary zegarmistrz.

— Bezwątpienia — odrzekł z uśmiechem mały starzec. — Czyż ty myślisz, mistrzu, że umrzesz kiedykolwiek?

— Niestety! jestem przecież bardzo chory!

— Do rzeczy więc. Na Belzebuba! o tem właśnie chcę z tobą pomówić.

Master Zacharius by Théophile Schuler 05

I powiedziawszy to, skoczył na stary fotel obity skórą, podciągnął pod siebie nogi, i skrzyżował je w sposób, jaki widujemy na rysunkach pogrzebowych pod trupiarni głowami.

— Cóż to się dzieje, mistrzu — zapytał z szyderstwem — w tej dobrej Genewie? Mówią, że twoje zdrowie bardzo ucierpiało i że twoje zegarki potrzebują lekarstwa!

— Ach! więc ty uważasz, że pomiędzy ich istnieniem i mojem rzeczywiście zachodzi jakiś ścisły związek?

— Jestem przekonany, że mają one jakieś błędy i wady. Jeżeli zuchy te nie zachowują się jak należy, sprawiedliwą jest rzeczą, by odniosły karę za złe sprawowanie się.

— Cóż ty nazywasz ich wadami? — zapytał Zacharjasz, oburzony ironicznym tonem starca. — Czyż one nie mają prawa szczycić się swem pochodzeniem?

— Nie tak bardzo! — odrzekł mały starzec. — Wprawdzie noszą one nazwisko sławne, mają wyłączny przywilej wśród najszlachetniejszych rodzin; ale od niejakiego czasu psują się, i ty mistrzu, nie jesteś w stanie powrócić im życia, nie jesteś zdolny poradzić cokolwiek.

— Bo chory jestem, więc i one są chore! — odrzekł dumnie stary zegarmistrz.

— Właśnie też, ponieważ nie możesz wrócić elastyczności ich sprężynom, więc umrą razem z tobą!

— Razem ze mną? Nie, ja nie mogę umrzeć, ja, pierwszy zegarmistrz na całym świecie, ja, który za pomocą tych kółek potrafiłem z absolutną dokładnością uregulować ruch! Czyż nie poddałem czasu pod prawa ścisłe, i czyż nie mogę rozporządzać nim samowładnie? Zanim mój wielki genjusz uporządkował te godziny zbłąkane, w jak wielkim chaosie pogrążona była ludzkość! Do jakiej chwili pewnej mogły odnosić się czynności życia? Ale ty, kimkolwiek jesteś, człowiekiem czy szatanem, czy nigdy nie zastanowiłeś się nad wzniosłością mej sztuki, posługującej się wszystkiemi naukami? Nie! nie! ja, mistrz Zacharjasz, nie mogę umrzeć; ponieważ uregulowałem czas, więc czas skończy się wraz ze mną. Zapadnie on w nieskończoność, z której wyrwał go mój genjusz i zginie bezpowrotnie w otchłani nicości! Nie, nie mogę umrzeć, tak samo, jak Stwórca tego świata podległego jego prawom. Stałem się jemu równym i dzielę z nim jego potęgę! Jeżeli Bóg stworzył wieczność, mistrz Zacharjasz stworzył czas!

Stary zegarmistrz mówiąc to, podobny był do upadłego anioła, buntującego się przeciw Bogu. Mały starzec spoglądał nań przymilającym się wzrokiem, i jakby mu szeptał te bezbożne słowa.

— Bardzo dobrze powiedziałeś, mistrzu! Sam nawet Belzebub nie ma takiego prawa porównywania się z Bogiem! Nie można pozwolić, by twoja sława zginęła! Dlatego też twój sługa chce ci dać sposób poskromienia twych zegarków buntowniczych.

— Jakiż to sposób? Jaki? — zawołał Zacharjasz.

— Dowiesz się o nim wtedy, gdy mi przyrzekniesz rękę swej córki.

— Mojej Żyrandy?

— Tak, jej.

— Serce mojej córki nie jest już wolne — odrzekł Zacharjasz na tę propozycję, która go nawet nie zdziwiła.

— Ba!... Nie jest to zegarek mniej piękny od innych, ale skończy jak tamte i zatrzymać się musi...

— Moja córka, Żyranda!... Nie!...

— Więc wracaj do swych zegarów, mistrzu Zacharjuszu! Rozbieraj je i składaj! Szykuj wesele dla swej córki i swego robotnika! Hartuj sprężyny i błogosław Auberta i piękną Żyrandę, ale pamiętaj, że twoje zegary nie będą chodzić i że Żyranda nie zaślubi Auberta!

I rzekłszy to, wyszedł, tak jednak wolno, że mistrz Zacharjasz słyszał, jak w piersiach jego wybiła godzina szósta.



IV.

Kościół św. Piotra.

Tymczasem umysł i ciało mistrza Zacharjasza słabły z dniem każdym. Pod wpływem nadzwyczajnego pobudzenia i wysiłku oddawał się on pracy jeszcze z większą niż dotychczas gorliwością, tak, że nawet córka nie mogła go od niej oderwać.

Od owej wizyty małego starca, który zdradziecko wzbijał go w pychę, duma jeszcze więcej w nim wzrosła. Przejęty nią, postanowił siłą genjuszu swego usunąć fatalność, prześladującą jego wyroby. Zwiedził więc najprzód powierzone jego nadzorowi niektóre zegary miejskie, z całą skrupulatnością obejrzał kółka, osie, wagi, bębenki i młotki wybijające godziny, wsłuchiwał się w dźwięk z całem namaszczeniem lekarza, badającego pierś chorego. Zbadał szczegółowo i nie znalazł żadnej wskazówki, dozwalającej przypuszczać, iż zegary te nazajutrz mogą się zatrzymać.

W wycieczkach tych często towarzyszyli starcowi Żyranda i Aubert. Po każdym powrocie do domu Zacharjasz zabierał się do pracy z gorączkowym pośpiechem, a chociaż wiedział, iż będzie ona bezskuteczną, zdawało mu się jednak niemożliwem, by nie mógł co poradzić.

Ze swej strony Aubert napróżno wysilał się na odkrycie przyczyn prześladującego ich fatalizmu.

— Mistrzu, to musi pochodzić tylko z zużycia się osi i trybów!

— Czy znajdujesz przyjemność w torturowaniu mnie powolnym ogniem? — gwałtownie odpowiadał mu Zacharjasz. — Czyż te zegarki są dziełem dziecka? Czyż dla otrzymania większej twardości sprężyn, nie kułem ich własnemi rękami? Czyż nie są one hartowane z możliwą dokładnością? Czyż może być czystsza oliwa nad tę, jaką ja użyłem? Przyznaj sam, że to rzecz niemożliwa, a zgodzisz się, że tylko szatan mógł się w to wmieszać!

Tymczasem klijenci codziennie odnosili zegarki i czynili wymówki.

— Ten zegarek tak opóźnia się ciągle, iż niepodobna go uregulować — mówił jeden.

— Odnoszę panu zegarek — żalił się drugi — zatrzymał się bowiem jak słońce Jozuego, i niema sposobu go poruszyć.

— Jeżeli to prawdą — mówili inni — że zdrowie pańskie wywiera wpływ na te zegarki, to czemuż pan się nie leczysz?

Master Zacharius by Théophile Schuler 06

Starzec spoglądał na nich błędnemi oczyma, potrząsał głową, lub odpowiadał ze smutkiem:

— Poczekajcie do wiosny, moi przyjaciele. W tej porze roku pod wpływem słońca nowe życie wstępuje w strudzone ciała.

— Piękna nadzieja! Więc i zegarki nasze mają być chore przez całą zimę — zawołał jeden ze złością. — Wiesz przecież, mistrzu, że nazwisko twoje jest wypisane na każdym cyferblacie wszystkiemi literami! Przyznam się, iż wcale nie robisz zaszczytu swojej firmie!

Nareszcie doszło do tego, iż starzec pod wpływem wstydu wydobył ze starego kufra swój szczupły zapas pieniędzy i zaczął odkupywać swoje zegarki. Na wiadomość o tem, przekupnie zbiegali się gromadami, i wkrótce mistrz Zacharjasz pozostał bez grosza. Żyranda szczerze pochwalała tę prowadzącą ją do ruiny delikatność, nawet Aubert poświęcił swe drobne oszczędności.

— Co się stanie z moją córką? — zapytywał się smutnie starzec.

Aubert nie śmiał odpowiedzieć, iż kocha Żyrandę i czuje w sobie dość siły, by zapewnić jej przyszłość.

Mistrz Zacharjasz postępując w ten sposób, ogołocił powoli swój dom ze wszystkich kosztowniejszych rzeczy. Stare wazy, rzeźby w drzewie pokrywające ściany, obrazy mistrzów flamandzkich wkrótce przeszły w ręce obce, nawet kosztowne, własnego wynalazku narzędzia, poszły na sprzedaż dla zaspokojenia poszkodowanych nabywców jego zegarów.

Jedna Scholastyka opierała się tej ruinie, lecz usiłowania jej powstrzymać przybywających z pretensjami, którzy zdołali zawsze dostać się do samego starca i powrócić od niego z jakimś cennym przedmiotem, były bezskuteczne. Wtedy gderanie jej rozlegało się po wszystkich ulicach dzielnicy, gdzie znaną była oddawna. Starała się ona zaprzeczać wieściom o czarach i magji, o które obwiniano Zacharjasza, ale gdy w rzeczy samej i ona wierzyła w nie, dla odpokutowania więc za swe pobożne kłamstwo odmawiała codziennie nieskończoną ilość pacierzy.

Zauważono też, że mistrz Zacharjasz oddawna już zaniechał praktyk religijnych. Dawniej wraz z Żyrandą uczęszczał na nabożeństwa, i w modlitwie znajdował ten urok, będący najwznioślejszem zajęciem imaginacji. To usunięcie się starca od spełniania obowiązków religijnych, w związku z tajemniczością życia, niejako usprawiedliwiało oskarżenia o czary, jakich miał używać do swych robót. Dla tego też Żyranda pragnąc pogodzić ojca swego z Bogiem i światem, postanowiła wezwać na pomoc religję. Zdawało się jej, że katolicyzm mógłby ożywić tę duszę umierającą; ale dogmaty wiary i pokora miały do zwalczenia w duszy starca niezmierną pychę, a nadto spotykały się z dumą nauki, odnoszącej wszystko do siebie i nie dozwalającej zwracania się do źródła, z którego wypływają zasady pierwotne.

W takich to warunkach Żyranda przedsięwzięła pracę nawrócenia swego ojca, a wpływ jej był tak skuteczny, iż starzec przyrzekł pójść z nią w następną niedzielę na mszę do katedry. Żyranda, otrzymawszy to przyrzeczenie, doświadczyła tak wielkiej radości, jakby spostrzegła otwarte przed sobą niebo. Stara Scholastyka ucieszyła się też niezmiernie, zyskiwała bowiem argument przeciw złośliwym językom, obwiniającym jej pana o bezbożność. Rozpowiedziała też zaraz o tem swoim sąsiadkom, przyjaciółkom i nieprzyjaciółkom, słowem wszystkim znajomym i nieznajomym.

— Nie wierzymy w to, co nam mówisz — odpowiadano jej. — Mistrz Zacharjasz zawsze był w zmowie z djabłem! Czyż nie wynalazł maszyn, które chodzą same i mogą w pracy zastępować człowieka?

— Czyż dzieci szatana — odpowiadała z gniewem poczciwa kobieta — mogłyby zrobić taki piękny zegar żelazny, jak i znajduje się w zamku Andernatt, a którego Genewa nie była w stanie kupić? Co godzina występuje na nim piękna dewiza, do której, gdyby tylko każdy chrześcjanin chciał się stosować, poszedłby prosto do raju! Czyż to może więc być praca szatana?

Arcydzieło to, zrobione przed dwudziestu laty, przyczyniło najwięcej sławy mistrzowi Zacharjaszowi, lecz i z tego powodu nawet powszechnie oskarżano go o czary. Odwiedzenie kościoła św. Piotra miało złośliwe języki zmusić do milczenia.

Zacharjasz widząc, iż nie zdoła powrócić życia swoim dawnym zegarom, postanowił robić nowe. Pozostawił więc je nieruchomemi i zabrał się do wykończenia zegaru kryształowego, który miał zostać jego arcydziełem. Ale pracował napróżno; nadaremnie posługiwał się najdokładniejszemi narzędziami, używał rubinów i djamentów, stanowiących największy opór tarciu, zegarek przy pierwszem nakręcaniu pękł mu w rękach!

Starzec nie powiedział o tym wypadku nikomu, nawet swej córce, lecz od tej chwili życie jego zaczęło zamierać szybko. Były to już ostatnie ruchy wahadła, słabnące z każdą chwilą, sekundą... Zdawało się, że prawo ciężkości, działające bezpośrednio na starca, spycha go bezopornie do mogiły.

Tak upragniona przez Żyrandę niedziela nakoniec nadeszła. Pogoda była piękna i temperatura orzeźwiająca. Mieszkańcy Genewy korzystając z niej, przechadzali się po ulicach, uradowani z rychłego powrotu wiosny. Żyranda podawszy ramię ojcu, skierowała się ku kościołowi św. Piotra. Scholastyka zaś z książkami do nabożeństwa w ręku postępowała za nią.

Przechodnie spoglądali na nich z ciekawością. Starzec dał się prowadzić jak dziecko, albo raczej jak człowiek pozbawiony wzroku. Zebrani w kościele wierni, spostrzegłszy wchodzącego Zacharjasza, usuwali się z przestrachem.

Master Zacharius by Théophile Schuler 07

Śpiewy nabożne już się rozpoczęły. Żyranda weszła do swojej ławki, i z głębokiem zebraniem ducha uklękła, starzec stanął obok niej. Msza odprawiała się z całą majestatyczną uroczystością owej epoki, lecz mistrz Zacharjasz, nie posiadając wiary, pozostał obojętnym. Nie prosił nieba o litość wraz z krzykiem boleści Kyrie, nie złączył swego głosu z pieniem ogólnem, nawet ewangielja nie wyrwała go z zadumy o sprawach ziemskich. Pozostał niewzruszony, nieczuły, niemy jak posąg kamienny, nawet w uroczystej chwili, gdy dzwonek zapowiadał cud Przemienienia Pańskiego, nie schylił dumnej głowy i śmiało patrzał na hostję, którą kapłan wznosił po nad głowy wiernych.

Żyranda, widząc tę obojętność ojca, zapłakała z goryczą.

W tej chwili zegar na wieży przy kościele św. Piotra wybił godzinę jedenastą. Mistrz Zacharjasz obejrzał się i zdawało mu się, że zegarowa tarcza wpatruje się w niego, że godzinowe cyfry palą się ogniem, a wskazówki rzucają z swych końców iskry elektryczne.

Nareszcie msza skończyła się. Zazwyczaj śpiewano wtedy Baranek Boży w samo południe, i celebrujący nie opuszczał presbiterium, dopóki zegar nie zaczął bić godziny dwunastej. Jeszcze kilka chwil i modlitwa miała popłynąć do stóp Matki Bożej.

Nagle, rozległ się przeraźliwy głos Zacharjasza.

Wielka wskazówka zegara doszedłszy do punktu, zatrzymała się i godzina nie wybiła.

Żyranda rzuciła się na pomoc ojcu, leżącemu bezwładnie na posadzce.

— To cios śmiertelny — rzekła do siebie, łkając.

Odwieziono go do domu w stanie nie dającym prawie żadnej nadziei. Pozostałe w nim ślady życia podobne były do ostatnich obłoczków dymu, unoszących się nad świeżo zagaszoną lampą.

Gdy Zacharjasz odzyskał przytomność i spostrzegł nachylonych nad sobą Auberta i Żyrandę, przejęty obawą o jej przyszłość sierocą, wyciągnął ku nim ręce i rzekł:

— Aubercie, oddaję ci moją córkę...

Lecz w tejże chwili przypomniawszy sobie słowa małego starca, gwałtownym ruchem podniósł się na pościeli i zawołał z wściekłością:

— Nie chcę umierać! Ja nie mogę umrzeć! Ja, mistrz Zacharjasz nie powinienem umrzeć... Moje księgi!... Moje rachunki!...

I mówiąc te słowa, zerwał się z łóżka i pochwycił księgę, w której zapisane były nazwiska jego klijentów i sprzedane im przedmioty. Gorączkowo przerzucał jej karty i zatrzymawszy na jednej z nich swe wyschłe palce, zawołał:

— Tutaj! tutaj!... Oto tu ten stary zegar żelazny, sprzedany temu Pittonaccio! Tego jednego mi nie odniesiono! Więc on egzystuje, chodzi, żyje... Ja go muszę dostać! muszę odszukać! i tak strzedz będę, że śmierć nic mi nie zrobi!

Po tym wysiłku zemdlał.

Aubert i Żyranda uklękli przy łóżku starca i zaczęli odmawiać modlitwy.



V.

Godzina śmierci.

Po kilku dniach mistrz Zacharjasz powrócił do sił o tyle, iż mógł powstać z łoża. Nadzwyczajne pobudzenie i duma utrzymywały go przy życiu. Żyranda jednak nie myliła się: dni jego były już policzone.

Nie troszcząc się o przyszłość córki, zaczął gromadzić i spieniężać resztki mienia, rozwijając przytem niesłychaną energję i czynność.

Pewnego poranka Żyranda zeszła do warsztatu, lecz nie zastała ojca. Czekała cały dzień, lecz napróżno. Aubert po długich poszukiwaniach w mieście powrócił z wiadomością, iż starzec je opuścił.

— Musimy go odszukać! — zawołała Żyranda, otrzymawszy tę boleśną nowinę.

— Lecz gdzież szukać? — zapytywał zrozpaczony Aubert.

Nagle natchnienie oświeciło jego umysł, przypomniał sobie bowiem ostatnie słowa Zachariasza. Stary zegarmistrz żył tylko myślą o tym zegarze, którego mu dotąd nie odniesiono, musiał więc udać się na poszukiwanie go.

Aubert wyjawił swoją myśl Żyrandzie.

— Zobaczmy księgę ojca — odrzekła.

Zeszli oboje do pracowni, gdzie znaleźli księgę leżącą na warsztacie. Wszystkie zegarki i zegary, powrócone z powodu zepsucia, były wykreślone z wyjątkiem jednego!

„Zegar żelazny, wybijający godziny, z figurami ruchomemi, sprzedany został p. Pittonaccio i znajduje się w jego zamku Andernatt.”

Był to ten sam zegar „moralny,“ tak wychwalany przez starą Scholastykę.

— Ojciec mój napewno tam się znajduje! — zawołała Żyranda.

— Idźmy tam natychmiast — odrzekł Aubert. — Możemy go jeszcze uratować!...

— Jeżeli nie dla tego życia — szepnęła Żyranda — to dla przyszłego!

— Zamek Andernatt leży w przesmyku Dent-du-Midi, o dwadzieścia godzin drogi od Genewy. Nie traćmy czasu!

I tego jeszcze wieczora Aubert, Żyranda i stara Scholastyka wyruszyli pieszo drogą, okrążającą jezioro genewskie. Nie zatrzymując się nigdzie, uszli przez noc całą mil pięć. Po drodze rozpytywali się o mistrza Zacharjasza, i wkrótce dowiedzieli się, że rzeczywiście przechodził w tym samym kierunku.

Następnego dnia pod wieczór, przeszedłszy Thonon, doszli do Evian, skąd rozścieła się widok na odległość mil dwunastu. Ale narzeczeni, przejęci jedną tylko myślą, nie zwracali uwagi na te czarowne miejsca. Aubert opierając się na kiju, podawał kolejno swe ramię to Żyrandzie to starej Scholastyce, czerpiąc w swem sercu potrzebną energję dla ulżenia trudów swym towarzyszkom. Postępując tak tą piękną drogą, wijącą się wzdłuż brzegu jeziora, i rozmawiając o swych cierpieniach i nadziejach, doszli do Bouveret, miejsca, w którem Rodan wpada do jeziora Genewskiego.

Od tego miejsca opuścili brzeg jeziora i rozpoczęli męczącą podróż wśród okolicy górzystej. Mijali wioski jedną po drugiej, pokaleczone nogi od ostrych kamieni odmawiały już posłuszeństwa, a o mistrzu Zacharjaszu najmniejszej wieści dopytać się nie mogli. Z tem wszystkiem, nie zatrzymując się nigdzie dla odpoczynku, postępowali dalej, i prawie padając już ze znużenia, dostali się nareszcie do pustelni Notre-Dame-du-Sex, położonej u podnóża góry Dent-du-Midi, o sześćset stóp nad powierzchnią Rodanu.

Nie mogąc już iść dalej, przyjęli ofiarowaną im przez pustelnika gościnność, i zatrzymali się dla nabrania sił nowych.

I tutaj nie powzięli żadnej wiadomości o mistrzu Zacharjaszu. Zresztą w tej smutnej pustelni trudno nawet było spodziewać się znaleść go żywym. Noc była ciemna, w górach szalał huragan i miotał śnieg wierzchołków gór skalistych.

Narzeczeni, siedząc przy ogniu, opowiedzieli pustelnikowi swą smutną historję. Płaszcze ich mokre od śniegu, suszyły się w kącie, za chatą smutne szczekanie psa mieszało się z przeraźliwem wyciem wiatru...

— Tak — rzekł pustelnik do swych gości — i aniołów zgubiła pycha. Jest ona kamieniem, o który potrącają się losy człowieka. Na pychę, to źródło wszystkich grzechów, nie można wpłynąć żadnem rozumowaniem, ponieważ człowiek pyszny, już z natury swojej niczyjego głosu nie chce słuchać... Pozostaje wam tylko modlić się za waszego ojca!

I wszyscy czworo uklękli, gdy w tem pies pustelnika zaczął szczekać gwałtowniej, i ktoś zastukał do drzwi chaty.

— Otwórzcie, w imię djabła!

Drzwi rozwarły się i na progu stanął człowiek z rozwianemi włosami, dzikim wzrokiem, zaledwie okryty.

— Mój ojciec! — zawołała Żyranda.

Był to mistrz Zacharjasz.

— Gdzie ja jestem? — zapytał. — W wieczności!... Czas skończył się... godziny już nie biją... wskazówki stanęły!

— Mój ojcze! — zawołała po raz wtóry Żyranda tak bolesnym głosem, iż starzec zastanowił się i zaczął wracać do przytomności.

— Żyranda! Aubert! wy tutaj!... Ach, moi drodzy narzeczeni, więc wzięliście ślub w naszym starym kościele!

— Mój ojcze! — wołała Żyranda biorąc go za rękę — wróć z nami do Genewy!

Starzec rzucił się ku drzwiom.

— Nie opuszczaj swych dzieci! — prosił Aubert.

— I po cóż — odrzekł smutnie Zacharjasz — mam wracać do tych miejsc, które opuściłem i w których połowa istoty mojej jest już pogrzebaną na zawsze!

— Dusza twoja jeszcze żyje! — odrzekł pustelnik głosem uroczystym.

— Moja dusza!... Tak!... jej koła są w dobrym stanie. Czuję jej regularne uderzenia...

— Dusza twoja jest nieśmiertelną! — wyrzekł znowu pustelnik.

— Tak... jak moja sława! Ale ona zamkniętą jest w zamku Andernatt i ja chcę ją widzieć!

Pustelnik przeżegnał się. Scholastyka oniemiała, Aubert podtrzymywał mdlejącą z przerażenia Żyrandę.

— W zamku Andernatt — rzekł pustelnik — mieszka potępieniec, nie żegnający się przed krzyżem wystawionym na mojej pustelni!

— Ojcze mój, nie idź tam!

— Chcę widzieć moją duszę! Chcę moją duszę zobaczyć!

— Ojcze! zatrzymaj go! — prosiła Żyranda pustelnika.

Ale starzec przekroczył próg i zniknął w cieniu nocy, wołając:

— Do mnie, moja duszo! do mnie!...

Żyranda, Aubert i Scholastyka pobiegli za nim. Dążąc za cieniem jego, przebywali górskie ścieżki, po których mistrz Zacharjasz pędził jak huragan, gnany nieprzepartą siłą. Miotany wiatrem śnieg unosił się w koło nich, i białe swe płatki mieszał z pianą szumiących strumieni.

Przechodząc koło kaplicy, wzniesionej na pamiątkę wymordowania legji tebańskiej, Żyranda, Aubert i Scholastyka uczynili na czole znak krzyża, lecz mistrz Zacharjasz nawet nie odkrył głowy.

Nakoniec wśród tej pustyni górskiej ukazała się wieś Eviennaz. Najtwardsze serce poruszyłoby się na widok tej osady w tej strasznej samotności, ale starzec przebiegł ją, nie zwróciwszy nawet uwagi, następnie skierował się na lewo i zagłębił się w wąwozy góry Dent-du-Midi.

Nagle, stare i ponure ruiny odkryły się jego oczom.

Master Zacharius by Théophile Schuler 08

— To tu! tu! — zawołał i zaczął biedz ze zdwojoną szybkością.

W owym czasie zamek Andernatt był już prawie zupełnie zrujnowanym. Gruba wieża, wykrzywiona, wznosiła się jeszcze nad zamkiem i zdawała się grozić zawaleniem. Ogromne to zamczysko, a raczej kupa nagromadzonych kamieni sprawiała widok przerażający. Można było domyślać się, iż znajduje się wśród nich kilka sal o zawalonych sklepieniach, i między gruzami siedliska wężów.

Wąska i niska brama, wychodząca na fosę, zapełnioną kamieniami, prowadziła do zamku.

Już wtedy niewiadomo było, kto budował i kto mieszkał niegdyś w tych murach. Zapewne jakiś baron robiący po drogach wycieczki rozbójnicze, po nim, może bandyci lub fałszerze pieniędzy, schwytani i powieszeni na miejscu przestępstwa. Legenda bowiem opowiada, iż czasem w noc zimową, na pochyłościach wąwozów, w które zapadły się mury zamku, szatan wyprawiał swoje harce.

Mistrz Zacharjasz nie przeraził się ich złowrogim widokiem. Dobiegł do bramy, przebył ją i znalazł się na wielkim i ciemnym dziedzińcu. Nikt mu nie przeszkadzał iść dalej. Żyranda, Aubert i Scholastyka postępowali za nim.

Starzec, jak gdyby prowadzony przez niewidzialna rękę, pewnym i szybkim krokiem szedł prosto przed siebie, i wkrótce znalazł się przed staremi, spruchniałemi drzwiami. Pod siłą jego pięści zardzewiałe zawiasy skrzypnęły i z wnętrza, po nad głową Zacharjasza wyleciało kilka nietoperzy.

Ogromna sala, lepiej zachowana od innych, przedstawiła się jego oczom. Ściany jej pokryte były rzeźbami i sztukaterjami, na których roje larw i nietoperzy zdawały się poruszać w popłochu. Kilka wąskich i długich okien, podobnych do fortecznych strzelnic, chwiały się pod uderzeniami wichru.

Mistrz Zacharjasz, stanąwszy na środku sali, wydał okrzyk radości.

Zegar, w którym obecnie zawierało się jego życie, spoczywał na żelaznej podstawie wmurowanej w ścianę. Arcydzieło to, nie mające sobie równego, przedstawiało stary kościół romański, ze skarpami z kutego żelaza i z wieżą, na której znajdowały się dzwony, odzywające się we właściwych porach na mszę, anioł pański, nieszpory i modlitwę wieczorną. Nad drzwiami kościelnemi, otwierającemi się podczas nabożeństwa, wyrzeźbiona była rozeta, w środku której osadzone były dwie wskazówki. Gałęzie rozety przedstawiały na końcach dwanaście cyfr godzinowych. Pomiędzy drzwiami i rozetą, zgodnie z opowiadaniem Scholastyki, występowała jakaś sentencja odpowiednia danej chwili. Stary zegarmistrz ułożył niegdyś te sentencje ze starannością chrześcijańską: godziny modlitwy, pracy, odpoczynku i pokarmu, następowały według zasad religijnych, i zapewniłyby zapewne zbawienie temu, któryby stosował się do nich skrupulatnie.

Mistrz Zacharjasz, pijany szczęściem, postąpił by pochwycić ten zegar, gdy straszny śmiech dał się słyszeć za nim.

Obejrzał się, i w świetle małej lampy, oświetlającej róg sali, spostrzegł małego starca z Genewy.

— Ty tutaj! — zawołał.

Przestraszona Żyranda przytuliła się do swego narzeczonego.

— Pittonaccio, do twych usług, mistrzu! Przyprowadziłeś mi widzę swoją, córkę. Więc przypomniałeś sobie moje słowa: „Żyranda nie zaślubi Auberta.“

Młody robotnik rzucił się ku Pittonaccio, który w tejże chwili rozwiał się jak cień.

— Trzymaj, Aubercie! — zawołał Zacharjasz.

— Dobrej nocy! — odrzekł Pittonaccio i znikł.

— Mój ojcze! — prosiła Żyranda — uciekajmy z tego miejsca przeklętego!

Ale mistrz Zacharjasz nie słyszał tej prośby, uganiał się już bowiem po piętrach zamku za cieniem Pittonaccio. Scholastyka, Żyranda i Aubert, przerażeni, pozostali w sali sami. Młoda dziewczyna padła na fotel wykuty w kamieniu, stara służąca uklękła przy niej i modliła się. Aubert stał obok, czuwając nad swą narzeczoną. Małe światełka wężykiem przebiegały w cieniu, a w sali panowało milczenie, przerywane tylko pracą małych toczących stare meble robaków, odmierzających swym szmerem godziny na „zegarze śmierci.“

Z pierwszym brzaskiem dnia Aubert i dwie jego towarzyszki odważyli się rozpocząć poszukiwania Zacharjasza. Przez dwie godziny błąkali się po różnych salach i schodach bez końca, ale wszystkie usiłowania ich były próżne, pustka zalegała zamek, ani śladu żywej istoty, odległe tylko echo odpowiadało ich głosom. W tem błąkaniu się po ruinach znajdowali się raz na sto stóp pod ziemią, to znowu po nad szczytami tych skał złowrogich.

Wypadek wreszcie zaprowadził ich do tej samej obszernej sali, w której znaleźli się byli po przybyciu do zamku. Nie była już ona pustą: na marmurowym stole, z nogami na krzyż złożonemi, jak piszczele pod trupią głową, siedział Pittonaccio, przed nim stał mistrz Zacharjasz, sztywny, blady...

Zacharjasz, spostrzegłszy Żyrandę, podszedł ku niej, wziął za rękę i podprowadziwszy do Pittonaccia, rzekł:

Master Zacharius by Théophile Schuler 09

— Moja córko! oto twój małżonek i pan!

Dreszcz przebiegł po ciele Żyrandy.

— Nigdy! — zawołał Aubert. — Żyranda jest moją narzeczoną!

— Nigdy! — powtórzyła Żyranda, jak skarżące się echo.

Pittonaccio roześmiał się szydersko.

— Więc chcecie mojej śmierci? — zawołał mistrz Zacharjasz. — Tam, w tym zegarze, ostatnim, który ocalał ze wszystkich zrobionych ręką moją, tam, zamknięte jest moje życie, a ten człowiek powiedział: „Gdy otrzymam twoją córkę, zegar ten należeć będzie do ciebie.“ Człowiek ten może go rozbić i mnie strącić w przepaść! Ach, córko moja, więc mnie nie kochasz już!

— Ojcze mój, ojcze! — wołała Żyranda.

— Gdybyś ty wiedziała, ile ja cierpiałem będąc oddalonym od tego źródła mego życia! Widocznie nie doglądano tego zegara. Być może, że jego sprężyny zużyły się i koła zanieczyściły! Ale teraz własnemi rękami podtrzymam jego szacowne zdrowie, bo ja nie powinienem umrzeć, ja, największy zegarmistrz genewski! Patrz, moja córko, koła te mają jeszcze ruch pewny. Patrz, oto zaraz wybije godzina piąta! Słuchaj i uważaj na piękną sentencję, jaka zjawi się przed twoim wzrokiem.

I rzeczywiście w zegarze rozległo się pięć uderzeń dźwiękiem, odbitym boleśnie w duszy Żyrandy, a współcześnie na mosiężnej tabliczce czerwonemi głoskami zarysowały się słowa:

Należy spożywać owoce z drzewa nauki.

Aubert i Żyranda spoglądali na siebie w osłupieniu. Nie była to prawowierna sentencja kościoła katolickiego. Tchnienie szatana musiało wniknąć w ten zegar. Ale Zacharjasz nie zwracał na to uwagi i mówił dalej.

— Czy słyszysz, moja Żyrando? Ja żyję, żyję jeszcze! Słuchaj mego oddechu!... Patrz na krew obiegającą w mych żyłach!... Nie! ty nie zechcesz zabić twego ojca, i przyjmiesz tego człowieka za małżonka, a wtedy ja stanę się nieśmiertelnym i dosięgnę potęgi Boga!

Na te słowa bezbożne, stara Scholastyka przeżegnała się, Pittonaccio zaś wydał okrzyk radości.

— A przytem, Żyrando, ty będziesz z nim szczęśliwą! Popatrz na niego, to Czas. Istnienie twoje będzie uregulowane z dokładnością matematyczną! Żyrando! Otrzymałaś odemnie życie, nie odmawiaj go teraz swemu ojcu!

— Żyrando! — szeptał Aubert — pamiętaj, iż jesteś moją narzeczoną.

— To mój ojciec! — odrzekła Żyranda, osuwając się na posadzkę.

— Ona należy do ciebie!... — zawołał Zacharjasz. — Pittonaccio, teraz dotrzymaj swej obietnicy!

— Oto klucz od tego zegara — odpowiedział straszny gospodarz domu.

Zacharjasz pochwycił długi klucz, kształtu rozwiniętej żmii, podbiegł do zegara i zaczął go nakręcać gorączkowo. Skrzyp sprężyny rozlegał się po sali, a stary zegarmistrz kręcił i kręcił ciągle, nie zatrzymując się ani na chwilę, jak gdyby wysiłek ten był niezależnym od jego woli. Nakoniec, strudzony, padł na posadzkę.

— No, teraz nakręcony na całe sto lat!

Aubert opuścił salę w stanie bliskim szaleństwa. Po długiem błąkaniu się wśród tych przeklętych zwalisk, znalazł nareszcie wyjście i wybiegł na odkryte miejsce. Następnie udał się do pustelni Notre-Dame du Sex, opowiedział przygody swe pustelnikowi i prosił go, by udał się z nim razem do Andernatt.

Podczas tych kilku okropnych godzin, Żyranda wypłakała wszystkie łzy swoje.

Mistrz Zacharjasz ani myślał opuszczać sali; zajęty jedynie swoim zegarem, co chwila doń podchodził i przysłuchiwał się ruchom jego wahadła.

Tymczasem wybiła godzina dziesiąta, i ku wielkiej zgrozie Scholastyki, nowa dewiza wystąpiła na tabliczce:

Człowiek może stać się równym Bogu.

Stary zegarmistrz nie tylko nie zgorszył się temi bezbożnemi słowy, lecz czytał je nawet z upojeniem. Pittonaccio krążył w około niego.

Akt małżeństwa miał być podpisany o północy. Żyranda, zrozpaczona, prawie martwa, nic nie widziała i nie słyszała. Ciężkie, duszące milczenie przerywane było od czasu do czasu słowami Zacharjasza, i szyderskim śmiechem Pittonaccia.

Wybiła jedenasta. Mistrz Zacharjasz zadrżał i głosem tryumfalnym odczytał nowe bluźnierstwo:

Człowiek winien być niewolnikiem nauki i dla niej poświęcić rodziców i rodzinę.

— Tak! — zawołał — na tym świecie tylko nauka ma znaczenie.

Wskazówki ze świstem żmii skakały po żelaznym cyferblacie, maszynerja zegara huczała tempem przyśpieszonem.

Zacharjasz leżąc na posadzce, głosem chrapliwym powtarzał słowa:

— Życie! nauka!

Do sali wszedł pustelnik i Aubert. Zacharjasz leżał ciągle, Żyranda klęcząc obok niego, modliła się...

Nagle dało się słyszeć oderwane stuknięcie, poprzedzające zwykle bicie godziny.

Mistrz Zacharjasz powstał i zawołał:

— Północ!

Pustelnik wyciągnął rękę ku zegarowi... i północ nie wybiła.

Wtedy Zacharjasz wydał straszny okrzyk, a na zegarze pojawiły się słowa:

Master Zacharius by Théophile Schuler 10
Kto równa się z Bogiem, będzie potępionym na wieki.

I w tejże chwili stary zegar, z hukiem jak uderzenie piorunu, rozpadł się, sprężyna zaś wypadłszy na posadzkę, zaczęła toczyć się po sali w fantastycznych podskokach. Zacharjasz biegał za nią, starając się na próżno pochwycić.

— Moja dusza! moja dusza! — wołał zrozpaczony.

Sprężyna skacząc to z jednej to z drugiej strony starca, uchwycić się nie dawała!

Porwał ją na koniec Pittonaccio, i rzuciwszy straszne bluźnierstwo, zapadł się pod ziemię.

Mistrz Zacharjasz padł na posadzkę. Był martwym...

·· · · · · · · · · · · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Zwłoki starego zegarmistrza pochowane zostały w górach Andernatt. Aubert i Żyranda powrócili do Genewy, i przez długie lata starali się modlitwami zbawić duszę potępieńca.


KONIEC.


Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.