FANDOM



Mistrz Zachariusz

(Maître Zacharius ou l'Horloger qui avait perdu son âme)

Juliusz Verne, Paul Verne

¤ ¤ ¤ ¤

Przekład: Anonim
Ilustracje: Théophile Schuler


Master Zacharius by Théophile Schuler 05



I.

Noc zimowa.

Miasto Genewa leży na zachodnim brzegu jeziora podobnego imienia. Rodan dzieli je na dwie poszczególne części i w środku miasta tworzy wyspę, wskutek czego jego bieg dzieli się na dwa ramiona. Położenie tego miasta jest nader korzystne; wszędzie też, gazie rzeka podobnem płynie korytem, musi w wysokim stopniu zakwitnąć handel i przemysł. Podobne uformowane rzeki Pascal trafnie temi nazywa słowy: „Ces chemins, qui marchent tout seuls“ (Drogi, które same idą). Drogi na Rodanie można nazwać nietylko „idącemi“, ale i „biegnącemi“.

W czasie, kiedy zaczyna się nasze opowiadanie, nie wznosiły się jeszcze na wyspie tak piękne i regularne zabudowania, jak dzisiaj; przeciwnie, domy miasta były bez ładu porozrzucane, przyjemny jednak dla oka przedstawiały widok. Zdawały się one wznosić jedne ponad drugiemi, gdzieniegdzie nawet, przez wzgląd na ograniczoną rozległość wyspy, zbudowane były na palach, które wynurzały się z rączych fal Rodanu. Słupy te zniszczone już zębem czasu i zczerniałe z powodu, że tak długo pozostawały w wodzie, miały fantastyczne, dziwaczne formy, niby olbrzymie nożyce raka. Hucząc i pieniąc się płynęła rzeka pośród tych słupów, miedzy któremi rozpięte sieci rybackie poruszały się za każdym powiewem wiatru, podobne do kolosalnych, żółtawych sieci pajęczych.

Szczególnie jeden dom na wyspie zwracał na siebie uwagę każdego dla swej ciekawej, starożytnej budowy. Mieszkał w nim stary zegarmistrz Zachariasz wraz ze swą córką Gérande, czeladnikiem Aubertem Thün i starą służącą Scholastyką.

Stary ten zegarmistrz był nader niezwykłym człowiekiem. Jak długo już żył, tego niepodobna było odgadnąć; i najstarsi bowiem mieszczanie nie przypominali sobie, kiedy po raz pierwszy zobaczyli mistrza Zachariusza, idącego przez miasto z białym, bez osłony na wiatr puszczonym włosem i głowa tak dziwacznie kiwająca się między ramionami. Człowiek ten był rzeczywiście szczególnym; zdawało się, że nie ma w nim żadnego życia, że umarłby, gdyby stanęły wszystkie jego zegarki. Jego suche, blade oblicze stawało się z czasem coraz ciemniejszem, jak stare obrazy Leonarda da Vinci.

Gérande zajmowała najpiękniejszy pokój w domu, którego okna wychodziły na śnieżyste szczyty gór Jura; warsztat i sypialnia jej ojca leżały zaś prawie bezpośrednio na palach, niemal na równej wysokości z powierzchnią rzeki; z miejsc tych nigdy nie wydalał się mistrz Zachariusz, wyjąwszy, kiedy szedł na obiad lub udawał się do miasta dla regulowania zegarów. Resztę dnia przepędzał on siedząc przy stoliku, na którym porozrzucana leżały rozmaite narzędzia do zegarków, po największej części przez niego samego wynalezione.

Mistrz Zachariusz był bardzo zręcznym człowiekiem, a jego wyroby szacowano w całej Francji i Niemczech. Najzdolniejsi nawet robotnicy uznawali jego wyższość; miasto Genewa uważało za zaszczyt, że było miejscem jego urodzenia, a wszyscy mieszkańcy wskazując nań, zawsze z dumą powtarzali:

— Jemu to należy się sława wynalezienia hamulca.

I rzeczywiście dopiero od tego wynalazku datuje się powstanie właściwej sztuki zegarmistrzowstwa, jak to nieraz będziemy mieli sposobność przekonać się w dalszym ciągu naszego opowiadania.

Powiedzieliśmy, że przez cały dzień pracował mistrz Zachariusz w swoim warsztacie; ukończywszy dopiero pracę, kładł wszystkie narzędzia na zwykłe miejsca, okrywał je szklannym kloszem i oddalał się. Potem otwierał zwykle klapę znajdującą się w podłodze jego pracowni i spoglądając w fale Rodanu przepędzał tak całe godziny, owiany mgłami wznoszącemi się z wód rzeki.

Pewnego zimowego wieczoru zasiedli wszyscy do wieczerzy — według starego zwyczaju jedli bowiem i Scholastyka i czeladnik Aubert wspólnie ze swem państwem. Potrawy jak zwykle, były bardzo smaczne i starannie przyrządzone; mimo to mistrz Zachariusz nie skosztował dziś niczego, siedział milcząc uparcie i nic nie odpowiadając na słowa Gérande, która strapiona tem jego milczeniem troskliwie wypytywała się o powód jego zmartwienia. Ale on ani jej nic nie odpowiadał, ani Scholastyce, nie zważając prawie na gadaninę starej kobiety, lubo przedtem z przyjemnością jej słuchał. Po wieczerzy podniósł się stary zegarmistrz, i milcząco opuścił pokój, nikomu „dobranoc“ nie powiedziawszy, ani nie pocałowawszy w czoło swej córki, co było jego zwyczajem. Zszedł potem do swej pracowni po schodach, które pod jego ciężarem lekko skrzypiały — jakby się skarżyły.

Gérande, Aubert i Scholastyka stali przez chwilę pogrążeni w głębokiem milczeniu. Na dworze panowała szkaradna pogoda; wolno wlokły się ciężkie chmury ku Alpom, co chwila grożąc ulewnym deszczem. Brzydki ten stan powietrza niemile nastrajał ducha, a południowe wiatry świstały nic dobrego nie wróżąc.

— Uważam, kochana panienko — poczęła po chwili Scholastyka — że od kilku dni nasz pan zupełnie się zmienił. Marjo dziewico! kiedy on na pytania swej córki odpowiada ciągłem milczeniem, czegóż się dziwić, że nic w usta nie weźmie? Doprawdy, wątpię, czyby kto potrafił teraz słowo z niego wydobyć.

— Ojciec ma jakieś zmartwienie — rzekła na to Gérande — na twarzy jego malował się niepokój i boleść, wyczytałam to z jego oczu...

— Panienko, nie martw się tem tak bardzo — znasz przecie dziwne nałogi mistrza Zachariusza, wiesz, że nie tak łatwo wyczytać mu myśl z czoła. Musiała go spotkać jakaś nieprzyjemność; dziś jest strapiony, jutro zapomni już o tem i będzie panienkę przepraszał, że ją zaniepokoił.

Tak starał się ją pocieszyć Aubert, czeladnik starego zegarmistrza, przyczem z lubością wpatrywał się w piękne oczy Gérande. Jego to tylko jednego przypuścił mistrz Zachariusz do uczestnictwa w swych pracach, cenił go nawet dla jego dobrych przymiotów, rozwagi, rozsądku i dobrego serca. Będąc powiernikiem ojca, przylgnął Aubert całem sercem do młodego dziewczęcia, które go nawzajem lubiało.

Gérande skończyła ośmnaście lat. Okrągła jej i rumiana twarzyczka przypominała żywo obrazy Madonny, z których oblicza najczystsza niewinność przemawia. Skromna i miła dziewczyna ubierała się w mało uderzające barwy, najczęściej odziana skromną, białą sukienką. Wychowała się pod okiem ojca w Genewie, do której nie wkradły się jeszcze wówczas suche nauki kalwinizmu.

Codziennie rano i wieczór modliła się Gérande ze swej książki do nabożeństwa; wyczytała ona także w sercu Auberta głęboką ku sobie miłość, widziała, że on skoro tylko pracę ukończył i opuszczał warsztat jej ojca, najmilej w jej towarzystwie czas spędzał.

Stara Scholastyka nie mogła nie zauważyć tego wzajemnego stosunku ich ku sobie; milczała jednak o tem i rozpowiadała tylko rozmaite plotki w mieście, które doszły jej uszu. A trzeba wiedzieć, że gdy raz zaczęła o czemś mówić, to nikt nie starał się jej przerywać; pewnie nie udałoby mu się to nawet. W tym względzie podobna była Scholastyka do genewskich tabakierek, które raz nakręcone tak długo nie zamilkną, aż wszystkie swoje piosenki wygrają i które tylko przez popsucie można przywrócić do milczenia.

Scholastyka spostrzegłszy, że Gérande zatopiona w przykrych myślach wcale się nie odzywa, powstała, zapaliła świecę, wetknęła ją do świecznika i postawiła we framudze, obok posągu Matki Boskiej, do której codziennie modliła się Gérande, błagając o opiekę i błogosławieństwo na nadchodzącą noc i o łaskę we wszystkiem.

— Cóż, kochana panienko — rzekła Scholastyka, widząc, że młoda dziewczyna nie zabiera się jeszcze do modlitwy — nie idziesz jeszcze spać? Chcesz może czuwać przez całą noc?... Ach! do czegoż to? Czyż to nie lepiej położyć się, zasnąć i śnić o pięknych rzeczach? Mój Boże! przynajmniej zapomni panna o smutku i strapieniu.

— Możeby posłać po lekarza dla ojca? — odezwała się Gérande, jakby nie słysząc gadaniny starej służącej.

— Po lekarza? — zawołała Scholastyka. — Ale na cóż lekarstwa dla mistrza Zachariusza? To jego zegarki potrzebują medycyny, ale nie on sam!

— Cóż teraz uczynić wypada? — szepnęła Gérande — gdybym choć wiedziała, że ojciec udał się na spoczynek?

— Gérande! upominał ją Aubert — ręczę, że mistrzowi Zachariuszowi nic nie jest! Doznał pewnie jakiej przykrości, i to wszystko!

— Ach! ty wiesz pewnie, Aubercie, o co chodzi!

— Być może, Gérande.

— To powiedzże nam przecież — zawołała Scholastyka, gasząc świecę z roztropnej oszczędności.

— Słyszałaś zapewne, Gérande — począł młody chłopak — że od kilku dni dzieje się coś niepojętego. Wszystkie zegary, z taką troskliwością niegdyś przez twego ojca sporządzone i sprzedane, stają nagle, jeden po drugim. Właściciele odesłali już nam znaczną ich ilość; mistrz Zachariusz opatrzył je starannie i spostrzegł, że nic w nich nie jest zepsute. Rozebrał nawet wszystkie kółka i sprężyny i złożył je znowu z jeszcze większą starannością — mimo to nie mógł ich w ruch wprawić...

— Sprawcą tego wszystkiego musi być djabeł! — rzekła Scholastyka.

— Jak możesz mówić coś podobnego — odpowiedziała Gérande — wszak to jest całkiem naturalne! Wszystko na ziemi ma swój koniec i zegarki musiały więc stanąć po pewnym przeciągu czasu.

— Mimo to widocznem jest — odparł Aubert — że działa tu jakaś tajemnicza siła. Ja sam wraz z mistrzem Zachariuszem starałem się wynaleść przyczynę nagłego zatrzymania się zegarków. Daremnie! Nic nie znalazłem i nieraz już przy tej robocie zupełne ogarnęło mię zwątpienie....

— Pytam bowiem, dlaczego wdajecie się w tę bezbożną robotę — odrzekła Scholastyka. Nigdy nie uwierzę, ażeby człowiek sam, bez żadnej pomocy, zdołał sporządzić taka małą maszynkę, która o własnej mocy idzie i wskazuje godziny. Na to są przecież zegary słoneczne.

— A czy wiesz ty, Scholastyko, kto wynalazł zegar słoneczny...

— No, któż taki?

— Kain.

— Kain! Wielki Boże! Czy to podobna?

— Chodźcie — rzekła Gérande — pomodlimy się do Boga, ażeby przywrócił życie zegarkom kochanego ojca.

— I owszem — odpowiedział Aubert — chętnie pomodlę się wraz z wami.

— O, pewnie będą to bezskuteczne modły — odrzekła stara Scholastyka — spodziewam się, że przynajmniej je Bóg wybaczy.

Master Zacharius by Théophile Schuler 01

Zapalono napowrót świecę; Scholastyka, Gérande i Aubert uklękli następnie na ziemi i złożyli ręce do modlitwy. Młoda dziewczyna modliła się głośno, najpierw za duszę matki, potem za podróżnych, za więźniów, za dobrych i złych — ale szczególnie błagała Boga, by ukoił dziwna boleść jej ojca.

Pokrzepieni modlitwa, powstali wszyscy następnie i rozłączyli się.

Aubert wrócił do swego pokoju, Scholastyka zamknęła zaś wielkie drzwi wchodowe na dwa rygle i zgasiła ogień na kominku, poczem udała się na spoczynek i wnet spała już jak zabita.

Tylko Gérande nie myślała o spoczynku, rozmaite myśli snuły się w młodej główce dziewczęcia; zbliżyła się do okna i wyjrzała na zewnątrz.

W mieście gasły już ostatnie światła i nieprzenikniona ciemność panowała dokoła. Burza srożyła się ciągle z równą gwałtownością; hucząc toczyły się wzburzone fale Rodanu, a wicher wył i świstał uderzając silnie o dom, który trzeszczał pod jego naciskiem. Ale młoda dziewczyna nie zważała wcale na tę walkę rozhukanych żywiołów; siedząc u okna puściła ona wolny bieg swym marzeniom — jej myśl była przy ojcu. Od chwili, kiedy jej Aubert Thün odsłonił tajemnicę jego smutku, w bardzo fantastycznem świetle przedstawiło się jej życie tej tak drogiej jej istoty i żadną miarą nie mogła odpędzić od siebie tej myśli, że istnienie kochanego ojca było tylko maszyną, która sztucznie poruszała się na sprężynach.

Nagle okiennica pchnięta gwałtownem uderzeniem wichru, uderzyła z hukiem o ścianę. Obudzona z zadumy, krzyknęła Gérande, przerażona niespodzianym hałasem. Rozglądnęła się do koła, nie pojmując jednak jego przyczyny; dopiero, kiedy ochłonęła nieco z przestrachu, otworzyła okno i wychyliła głowę na zewnątrz. Pogoda była okropna, deszcz lał strumieniem — zdawało się młodej dziewczynie, że chmury i rozhukane wody Rodanu złączyły się ze sobą, ażeby słaby ten dom, który trzeszczał pod naciskiem wichru, zniszczyć i z ziemia zrównać. Wychyliła się mocno — chciała przyciągnąć do siebie okiennicę, na wszystkie strony wiatrem miotaną — ale strach odjął jej siły. Postanowiła więc odejść od okna i opuścić pokój — nagle spostrzegła światło wychodzące z okna jej ojca, przez chwilę zdawało jej się nawet, że wśród wycia wichru słyszy wyraźnie głos dochodzący do jej uszu z tego samego okna... Jeszcze raz usiłowała przyciągnąć okiennicę, ale wiatr wyrwał ją ze słabych rąk dziewczyny i wpadł świszcząc do pokoju.

Dreszcz trwogi przeszedł Gérande od stóp do głowy... Spiesznie wyszła do przyległego pokoju i macając rękami — bo było zupełnie ciemno — dostała się na schody prowadzące do warsztatu jej ojca, poczem blada jak śmierć, drżąc z trwogi otworzyła drzwi i stanęła cicho na progu.

Ryk rzeki rozlegał się po całym pokoju — na środku stał mistrz Zachariusz i gestykulując żywo mówił coś sam ze sobą. Włos jego był najeżony a twarz miała złowrogi wyraz — słowem, wyglądał strasznie.

— To jest śmierć!... — wołał stary zegarmistrz — tak... śmierć! Bo i na cóż mi żyć jeszcze... na co... kiedy moje istnienie na świecie już przeminęło!... Ja, mistrz Zachariusz, jestem rzeczywistym twórcą tych zegarków, w każdy z nich włożyłem cząstkę własnego życia!... I każdym razem, kiedy stanie który z tych przeklętych zegarków, czuję, że ustaje bicie mego serca, że życie ze mnie ucieka...

Master Zacharius by Théophile Schuler 02

Nagle wzrok starca padł przypadkiem na stolik, na którym leżały porozrzucane wszystkie części składowe zegarków, starannie przez niego rozebranych. Wziął do ręki rodzaj cylindra, w którym złożone leżały rozmaite sprężyny; z pośród nich wybrał jedne skręconą, ale mimo wszelkich jego usiłowań, wbrew prawom elastyczności nie dała się rozwinąć i pozostała skręconą, jak śpiąca żmija. Daremnie starał się ją mistrz Zachariusz rozkręcić swymi chudemi wynędzniałymi rękami, których cień niezmiernie powiększony padał na ścianę — po bezowocnych wysileniach rzucił ją wreszcie gniewnie w wir Rodanu przez otwartą klapę w podłodze.

Gérande stała nieruchomo, jak w ziemię wryta, przy drzwiach — chciała iść, rzucić się ojcu na szyję, ale nie miała sił ruszyć się z miejsca — straciła zupełnie przytomność, odchodziła prawie od zmysłów.

Nagle znany jej głos szepnął jej do ucha:

— Gérande, droga Gérande — błagam cię, wyjdź ztąd, połóż się; noc jest ciemna i burzliwa...

— Aubert! Ty?... Ty tu?... — rzekła drżącym głosem dziewczyna.

— Zaniepokojony o ciebie, moja kochana, przyszedłem tutaj, proszę cię, oddal się — dodał błagalnie.

Słysząc te słowa uczuła Gérande, jak wszystka krew spływa jej do serca; sparła się lekko na ramieniu młodego chłopca i odezwała się cicho:

— Ojciec jest chory, bardzo chory, Aubercie! Dostał on pomieszania zmysłów — ten całkiem naturalny wypadek, o którym mi mówiłeś, przyprowadził go do tego stanu obłąkania. Cóż ja teraz pocznę? Czy mam go pocieszać? To mu pewnie nic nie pomoże — to ty tylko, Aubercie, jesteś w stanie go uleczyć, jeżeli przyczynisz się do naprawienia zegarków...

— O, Boże! — dodała po chwili wzdrygając się na samo wspomnienie tego — więc to prawda, że życie mego ojca związane jest ściśle z życiem jego zegarków?...

Aubert nie na to nie odpowiedział.

— Chyba zawód mojego ojca nie podoba się Bogu!..

Młody czeladnik wziął zziębłą rękę dziewczęcia do swej dłoni i ogrzewał ją własnem ciepłem.

— Idź już — rzekł — idź do pokoju, biedna Gérande... zrobię, co będzie w mej mocy.

Wolnym krokiem oddaliła się Gérande i położyła się do łóżka; sen jednak nie kleił znużonych powiek, a przykre myśli ani na chwilę nie dawały jej zasnąć.



II.

Wyniosłość wiedzy.

Kupcy genewscy słyną na całym świecie ze swej rzetelności, a uczciwość ich poszła w przysłowie; można sobie tedy wyobrazić gniew i oburzenie mistrza Zachariusza, gdy mu zewsząd zaczęto odsyłać zegary, które niegdyś sam z takiem staraniem sporządził.

Wszystkie te zegary stawały teraz nagle i bez żadnej widocznej przyczyny. Kółka znajdowały się przecież w wybornym stanie, sprężyny nie straciły jeszcze elastyczności. Nadaremnie rozbierał mistrz Zachariusz te zegarki i napowrót je składał — daremnie w miejsce starych sprężyn starał się wstawić nowe — zegarki nie chciały iść. Nareszcie biedny starzec zwątpił o wszystkiem i zaczął podejrzywać, że czary zdziałały to, co on napróżno starał się sobie wytłómaczyć.

Zdawało się przecież, że po owej okropnej nocy mistrz Zachariusz znowu przyszedł do siebie; skoro dzień zaświtał, wstał natychmiast, udał się do warstatu i ochoczo zabrał się do roboty — nawet, kiedy Aubert wszedł do pracowni, grzecznie go pozdrowił.

— Jest mi już o wiele lepiej — przemówił do niego — wczoraj dolegał mi dziwny ból głowy, ale dziś ustało wszystko i czuję się zupełnie zdrowym.

— Jestto całkiem zwykły wypadek — odparł Aubert — Ja także nie lubię nocy i ciemności.

— Wierzę ci, Aubercie. Jeżeli kiedyś zostaniesz sławnym i wielkim, pojmiesz, że światło jest ci tak potrzebne, jak pożywienie dla ciała. Uczony potrzebuje uznania i szacunku ludzi, aby zrobić coś wielkiego.

— Mistrzu, znowu porywa cię szatan pychy...

— Pycha, Aubercie! Zniszcz moją przeszłość i teraźniejszość, odejmij mi nadzieję na przyszłość, a będę żył w zapomnieniu. Ale ty, biedny mój chłopcze, nie rozumiesz wzniosłego mego powołania... jesteś tylko narzędziem w mem ręku.

— A jednak musicie przyznać, mistrzu Zachariuszu, że nieraz zyskałem wasze zadowolenie, kiedy udało mi się dobrze złożyć który z kieszonkowych lub ściennych zegarków.

— Nie przeczę, Aubercie, że jesteś dobrym robotnikiem, ale cóż z tego, kiedy ty, skoro trzymasz w rękach miedź, złoto lub srebro i pracujesz niemi, nie czujesz w tych kruszcach ducha, który w nich przebywa...

Po tych słowach zamilkł mistrz Zachariusz, lecz Aubert starał się zręcznie wznowić rozmowę.

— Z prawdziwą przyjemnością widzę — odezwał się — jak wy niezmordowanie pracujecie, mistrzu. Skoro nadejdzie święto naszego cechu, to będzie się z czem pochwalić, bo kryształowy zegarek jest już, zdaje mi się, na ukończeniu.

— W samej rzeczy, Aubercie — co za zaszczyt będzie to dla mnie, skoro pokażę to moje dzieło, tak przedziwnie sporządzone. Ja sam, lubo z niemałym trudem, oszlifowałem i wygładziłem pięknie ten kamień, który jest tak twardy jak djament.

To mówiąc, wziął mistrz Zachariusz do ręki zegar, zrobiony z pięknie szlifowanego kryształu. Kółka, osie, ściany, wszystko to było z tego samego materjału; rozwinął on przytem cały swój talent, ażeby wykończyć to cacko sztuki zegarmistrzowskiej.

Z upodobaniem, ze wzruszeniem, przyglądał się mistrz Zachariusz swojemu dziełu.

— Popatrzno — rzekł — jak pięknie to wygląda. Przez kryształową powłokę tego zegarka widać chód jego i można zliczyć uderzenia jego serca!

— Założę się, mistrzu — zawołał młody chłopak — że będzie on szedł wybornie i ani o jedna sekundę na cały rok nie zboczy.

— Pewnie! Pewnie! Wszak włożyłem weń połowę własnego życia. Chyba moje serce przestanie bić...

Aubert nie poważył się w tej chwili spojrzeć na mistrza.

— Powiedz mi szczerze — ciągnął starzec po chwili dalej — czy nigdy nie miałeś mnie za warjata? Ja już nie raz uważałem, że ty i moja córka sądzicie, iż ja wpadam czasami w rodzaj chorobliwego szaleństwa. Sprawia mi to wielką przykrość, wierz mi Aubercie; zwłaszcza ty powinieneś to raz już zrozumieć, że to ja zbadałem tajemnicę istnienia, tajemnicę misternego zjednoczenia duszy z ciałem...

Przy tych słowach widać było, że pycha ogarniała mistrza Zachariusza. Oczy jego świeciły blaskiem prawie nadnaturalnym, duma przebijała się w całej jego postawie, w każdem prawie słowie i poruszeniu.

I w samej rzeczy, próżność mistrza Zachariusza była nawet uzasadniona. Aż do jego czasów sztuka zegarmistrzowska pozostawała jeszcze w kolebce. Od czasu, kiedy Plato w czterysta lat przed Chrystusem, wynalazł rodzaj klepsydry, tak zwany zegar nocny, nie wymyślono nic nowego. Zegarmistrze nie sporządzali dobrych zegarków, starali się tylko misternie je wyrzeźbić i upiększyć; często tworzono na owych zegarkach grupy poruszających się figur, które za pomocą melodyjnych dzwonków odgrywały liczbę godzin. Wówczas, kiedy fizyczne i astronomiczne wiadomości nie opierały się na dokładnem odmierzaniu czasu, kiedy jeszcze nie było kolei żelaznych, które stosują się podług sekundy, nikt nie troszczył się o zregulowanie biegu czasu. We dnie dzwon ogłaszał godzinę, w nocy obwoływano ja głośno. Nie obliczano czasu ściśle, ale za to obszerne zastosowanie znajdowały sztuki piękne. Nie robiono wiele, ale robiono dobrze. Na jednym kościele budowano dwa wieki; w ciągu swego życia malarze nie wiele wykańczali obrazów, poeci utwarzali zaledwie jeden poemat, ale były to tylko same sztuki mistrzowskie, które do dziś jeszcze są cenione.

Gdy potem inne umiejętności zrobiły postęp, podniosła się i sztuka zegarmistrzowska, ale ciągle jeszcze stała jej na przeszkodzie jedna okoliczność, mianowicie, że chód zegarka nie był jeszcze ujednostajniony, wskutek czego niepodobna było czasu regularnie odmierzać.

W tym to właśnie czasie wynalazł mistrz Zachariusz hamulec, za pomocą którego uregulował ruch wahadła i przez to osiągnął matematyczną regularność; od tego wynalazku pomieszało się w głowie staremu zegarmistrzowi. Pycha w nim wzrastała z każdym dniem, jak rtęć w termometrze, aż wreszcie osiągnęła stopień zupełnego obłąkania i tak uniesiony dumą starzec wyobrażał sobie, że przy fabrykacji zegarków zbadał zjednoczenie duszy z ciałem...

Dzisiaj, widząc że Aubert go uważnie słucha, nie myślał wcale hamować swego zapału i tak dalej mówił w uniesieniu:

— A czy wiesz ty, mój synu, co to jest życie? Czy ty pojąłeś działalność sprężyn, które powodują byt? Czy zbadałeś samego siebie?... Nie, bo w takim razie poznał byś wewnętrzny węzeł, który dzieła Boga łączy z mojemi i zrozumiałbyś, że w urządzeniu kółek naśladowałem jego twory.

— Mistrzu! — zawołał Aubert żywo — czyż można maszynę ze stali lub miedzi równać z tchnieniem boskiem, które nazywamy dusza, z tem tchnieniem, które ożywia nasze ciało? Czyż podobna, żeby istniały jakieś kółka, któreby ruch naszym członkom nadawały, sprężymy, któreby budziły w nas myśli?

— W to ja nie wchodzę — rzekł mistrz Zachariusz spokojnie, ale z zaciętością ślepego, który zapamiętale kroczy w przepaść. — Jeżeli chcesz mnie zrozumieć, to musisz najpierw pojąć cel wynalezionego przezemnie hamulca. Spostrzegłszy nieregularność chodu zegarków, poznałem, że całe dotychczasowe ich urządzenie nie wystarcza, i że trzeba jeszcze innej niezawisłej siły, do uregulowania chodu; przekonałem się, że tego celu dopnę przez ujednostajnienie ruchu wahadła. Co za wzniosła myśl przywrócić ma utracona siłę przez ten sam ruch zegarka, który uregulować było jego celem!...

Aubert skinął głową potakująco.

— A teraz, Aubercie — ciągnął dalej stary zegarmistrz z coraz większem ożywieniem — wglądnij w samego siebie, a znajdziesz w sobie dwie siły: siłę ducha i ciała, a więc ruch i regulator! Duch jest głównym czynnikiem życia, jest więc ruchem. Nie wchodzę w to, czy ruch ten wzniecany bywa przez dźwignię, sprężynę lub inny materjalny, albo nie materjalny wpływ — dość, że koncentruje się w sercu. Bez ciała byłby jednak ten ruch nie równy, nie jednostajny, nawet niemożliwy! Tak więc ciało reguluje dusze, samo zaś, jak wahadło, zawisłe jest od regularnych wahań, a że wszystko tak jest urządzone, jak mówię, to można z tego poznać, że człowiek ma się źle, jeżeli jedzenia, picia, snu, lub innych potrzeb cielesnych należycie nie wypełnia. Tak więc, jak u moich zegarków, dusza przywraca ciału utraconą przez wahanie siłę. A cóż może być przyczyną tej wewnętrznej łączności duszy z ciałem, jeżeli nie jakiś dziwny hamulec, za pomocą którego urządzenie pierwszej spojone jest ściśle z urządzeniem drugiego? Otóż masz teraz wzór, według którego uregulowałem chód zegarków... Nie ma już więcej dla mnie tajemnicy w tem życiu, wszystko zbadałem własnym rozumem, własną pracą!

Master Zacharius by Théophile Schuler 03

Wspaniale, ale zarazem strasznie wyglądał mistrz Zachariusz wypowiadając te swoje myśli i urojenia.

Córka jego, Gérande słyszała to wszystko; przed chwila bowiem weszła niepostrzeżona do pokoju i teraz nie mogąc się dłużej powstrzymać, rzuciła się ojcu na szyję.

— Co ci jest, dziecię moje! — zapytał starzec przyciskając ją kurczowo do piersi.

— Ojcze, drogi ojcze! Gdybym tu — zawołała kładąc rękę na sercu — miała choćby jedną tylko sprężynę, nie mogłabym ciebie tak bardzo kochać!

Master Zacharius by Théophile Schuler 04

Przez chwilę spoglądał mistrz na swoją córkę osłupiałym wzrokiem — nagle jednak krzyknął głośno, chwycił się gwałtownie ręką za serce i upadł bezwładnie na fotel.

— Ojcze! kochany ojcze! co ci się stało?

— Na pomoc! Scholastyko! — zawołał Aubert.

Ale stara kobieta nie nadeszła zaraz, poszła bowiem otworzyć najpierw drzwi, do których ktoś zapukał.

Tymczasem stary zegarmistrz powrócił już do przytomności, właśnie w chwili, kiedy Scholastyka zamknąwszy napowrót drzwi wchodowe weszła do warstatu.

Zobaczywszy ją, zawołał:

— Nieprawdaż Scholastyko, że przynosisz mi znowu jeden z tych przeklętych zegarków, który stanął?

— Ach! w istocie, zgadłeś pan — rzekła Scholastyka podając zegarek kieszonkowy Aubertowi.

— Moje serce nigdy nie myli się w tym względzie!... jęknął starzec.

Tymczasem Aubert starannie opatrzył zegarek, mimo wszelkich jednak usiłowań nie mógł go naprać.



III.

Niezwykłe odwidziny.

Mistrz Zachariusz z każdym dniem zapadał coraz bardziej na zdrowiu; widząc to biedna Gérande cierpiała wraz z ojcem i pewnie życie jej ustałoby wraz z życiem starca, gdyby nie przywiązywał jej do tego świata jeden węzeł, mianowicie miłość ku Aubertowi.

Stan duchowy starego zegarmistrza był okropny; życie ziemskie uciekało z niego powoli, ażeby ustąpić miejsca nadnaturalnemu, sennemu życiu. Nadto niektórzy jego przeciwnicy starali się o nim jak najgorsze roznosić wieści, co jeszcze zwiększało jego cierpienia.

Wiadomość o nagłem, dziwnem psuciu się zegarków rozbiegła się szybko po całem mieście i różne wywołała wrażenie. Wszyscy, którzy mieli zegarki od mistrza Zachariusza, skarżyli się na ich nieregularność; do samego mistrza nie było jednak tak łatwo się dostać. Gérande, chcąc oszczędzić ojcu ciągłych a nużących odwidzin, odprawiała wszystkich bez wyjątku, mówiąc, że starzec jest chory.

Przeciwko tej dziwnej chorobie nie pomagały żadne lekarstwa, które lekarze przepisywali. Czasami zdawało się, że serce nieszczęśliwego starca zupełnie bić przestało, potem zaczynało na nowo kołatać, ale z niepokojącą nieregularnością.

Był wówczas zwyczaj, że na święto swojego cechu starał się każdy rzemieślnik odznaczyć przez piękność i trwałość swoich wyrobów. Mistrz Zachariusz miał przed wszystkimi pierwszeństwo; jego wspaniałe zegary z dźwięcznymi dzwonkami i poruszającymi się figurami, wzbudzały ogólny podziw i miały wielki odbyt tak we Francji, jak w Niemczech i Szwajcarji. Dawni konkurenci jego, widząc wszędzie jego wyższość, żywili też dlań nietajoną nienawiść i teraz, kiedy się już go więcej obawiać nie potrzebowali, z tem większą złością wystąpili przeciwko niemu.

Dzięki troskliwości Gérande i Auberta, powracało powoli zdrowie starca; dumne jego myśli nie opuszczały go jednak. Skoro już mógł chodzić o własnej sile, zaraz wyprowadziła go troskliwa córka na przechadzkę, ażeby odetchnął świeżem powietrzem i przyszedł całkiem do siebie. Aubert tymczasem pracował sam w warstacie, starając się przyprowadzić do ładu popsute zegarki, ale wszystkie jego usiłowania były bezowocne. Niekiedy przy tej robocie ogarniało go zwątpienie i wtedy brał się rękami za głowę, jakby się obawiał, żeby tak jak jego pryncypał, nie utracił zmysłów.

Gérande wychodząc z ojcem na przechadzki, starała się wyszukiwać jak najpiękniejsze miejsca; często kierowała swe kroki ku Saint-Antoine, zkąd widok rozciąga się na jezioro i całą okolicę. Podczas pięknej pogody można było ztąd widzieć wszystkie szczyty Mont-Buet, które zdala rysowały się na horyzoncie. W czasie choroby ucierpiała bardzo pamięć starca, dla tego bardzo chętnie słuchał, jak mu córka wszystkie te miejscowości nazywała po imieniu; sprawiało mu to nawet wielką radość, powracał więc zwykle do domu wesoły i spokojny.

Raz zastanawiał się nad tem mistrz Zachariusz, że jest już stary i niedołężny, i wkrótce musi rozstać się z tym światem; a cóż wtedy stanie się z jego córką? Piękna, młoda dziewczyna podobała się wszystkim, nie jeden też z genewskich czeladników starał się o rękę Gérande, ale nikt nie miał przystępu do ukrytego, cichego domu starego zegarmistrza. Podczas kiedy rozmyślał tak nad losem córki, spostrzegł z radością że Aubert Thün kocha ją prawdziwą miłością, a młode dziewczę również nie jest na to obojętnem.

Widząc to, mistrz Zachariusz postanowił oddać dzielnemu chłopcu rękę córki i powiedział o tem Scholastyce; uradowana stara kobieta poprzysięgła, że wkrótce całe miasto o tem się dowie. Ledwie z wielkim trudem wymógł na niej stary zegarmistrz, że zachowa milczenie w tej sprawie.

Scholastyka nie mogła jednak utrzymać języka za zębami: wkrótce też wiadomość o połączeniu Gérande i Auberta rozniosła się po całej Genewie.

Tymczasem wydarzyło się, że gdy raz rozmawiano o tym przedmiocie, dały się nagle słyszeć szydercza słowa:

— „Gérande nie pójdzie za Auberta...“ — a gdy się wszyscy zdziwieni rozglądnęli, zobaczyli małego starca, zupełnie im nieznanego.

Nikt nie umiałby powiedzieć, w jakim wieku było to szczególne stworzenie; przynajmniej nie ulegało wątpliwości, że już dawno, bardzo dawno żyje na tym świecie. Całe jego ciało było krępe, niskie, plecy niezmiernie szerokie, a na ramionach spoczywała wielka, pękata głowa. Śmieszna ta i dziwaczna figurka wielkie miała podobieństwo do ściennego zegaru; płaska jego twarz przedstawiała bowiem cyferblat, a wahadło wygodnie mogłoby się poruszać w szerokich piersiach. Nos cienki i ostro zakończony, podobny był do wskazówki słonecznego zegaru, a rzadkie, dziwnie wyglądające zęby porównaćby można z zębami koła. Gdy mówił, głos jego możnaby wziąć za metaliczny dźwięk dzwonka, serce zaś biło tak głośno i osobliwie, że mogło uchodzić za tyk-tak ściennego zegaru; ręce jego poruszały się jak wskazówki na cyferblacie. Szedł zawsze prosto przed siebie i nigdy nie oglądał się w tył; gdy zaś kto za nim postępował, spostrzegał, że w jednej godzinie zawsze tylko jedną godzinę drogi robił a chód jego był nieco kołowy.

Od dłuższego już czasu błąkała się, albo raczej obracała ta szczególna istota po mieście; codziennie w chwili, kiedy słońce przechodziło przez południk, zatrzymywał się przed kościołem św. Piotra i dopiero wtedy szedł dalej, gdy na zegarze wybiła dwunasta godzina. Karzeł ów szedł zawsze krok w krok za mistrzem Zachariuszem, gdy ten ze swą córką spacerował po mieście i ukazywał się wszędzie tam, gdzie była mowa o starym zegarmistrzu, tak, że z przestrachem się zapytywano, co za łączność może istnieć między nim a tym starcem.

Razu jednego na przechadzce spostrzegła Gérande, jak mały ten potworek idąc ciągle za nimi, & uśmiechem na nią spoglądał; przestraszona przytuliła się do ojca, który ściskając ją troskliwie, zapytał:

— Co ci jest takiego, moja Gérande?

— Ja nie wiem... — odpowiedziało dziewczę.

— Zdaje mi się, że jesteś zmieniona, moje dziecię — tylko żebyś mi nie zachorowała. Ach! Gdyby Bóg dopuścił to nieszczęście, to pielęgnowałbym cię tak troskliwie, jak ty mnie w czasie choroby pielęgnowałaś, droga Gérande!

— Ah! nie jest mi nic, kochany ojcze, tylko...

— No, cóż tylko, Gérande?

— Ten człowiek mię trwoży — odpowiedziała, cicho — postępuje zawsze krok w krok za nami.

Mistrz Zachariusz popatrzył na karła i z zadowoleniem zatarł ręce.

— Nie obawiaj się kochana córko — to nie jest człowiek, lecz zegar; pokazuje właśnie czwartą godzinę.

Z przestrachem spojrzała Gérande na ojca; jakim sposobem potrafił on odczytać godzinę z twarzy tego dziwacznego stworzenia?

— Ale co stało się z Aubertem? — zabrał na nowo głos stary zegarmistrz, zmieniając zupełnie przedmiot rozmowy — już od kilku dni go nie widziałem.

— Jest ciągle w domu, kochany ojcze — odrzekła Gérande wesoło.

— Cóż on tam robi?

— Pracuje, drogi ojcze.

— Ah tak! — rzekł starzec — zapewne pracuje przy zegarkach i stara się je naprawić. To mu się nigdy nie uda... one bowiem nie dadzą się naprawić... potrzeba je wskrzesić.

Gérande nie wiedziała, co na to odpowiedzieć.

— Chciałbym się dowiedzieć — ciągnął po chwil mistrz Zachariusz — czy odesłano nam jeszcze więcej tych przeklętych zegarków, na które djabeł rzucił zarazę...

Milcząc już przybyli do domu; Gérande zasmucona udała się do swego pokoju, ojciec jej poszedł zaś do warstatu, i pierwszy raz od swego wyzdrowienia otworzył drzwi pracowni.

Zaledwie usiadł, jeden z zegarków, które wokoło na ścianach wisiały, uderzył piąta godzinę. Dawniej zegary te wszystkie naraz się odzywały, co zawsze wielką radość sprawiało staremu zegarmistrzowi; dziś przeciwnie, jeden bił po drugim, tak, że dźwięk ich trwał przez cały kwadrans. Zniecierpliwiony, nie mógł mistrz ustać na swem miejscu, chodził od jednego zegarka do drugiego i dawał im takt ręką, jak kapelmistrz.

Gdy ucichł ostatni dźwięk w powietrzu, otworzyły się drzwi i wszedł ów mały, podstarzały człowieczek, lodowatym wzrokiem spoglądając na zegarmistrza.

Mimowoli wzdrygnął się mistrz Zachariusz.

— Czy mógłbym z panem pomówić? — spytał karzeł.

— Kto pan jesteś? — zagadnął starzec niechętnie.

— Współcechownik... mam polecenie regulować słońce.

— Ah! więc pan regulujesz słońce? — rzekł żywo mistrz Zachariusz. — No, kiedy tak, to pozwól sobie pan powiedzieć, że dość źle spełniasz swoje zadanie; słońce idzie bardzo nieregularnie i jeżeli chcemy, by nasze zegary szły z niem zgodnie, to musimy je ciągle naprzód lub w tył posuwać.

— Masz słuszność mistrzu... na Belzebuba, masz słuszność! Słońce nie pokazuje tak samo, jak twoje zegarki. Przyjdzie jednak czas, kiedy ludzie się dowiedzą, że nieregularność ta pochodzi z nierówności obrotu ziemi i kiedy wynajdą przeciętną godzinę południową, która wszelką niejednostajność usunie.

— Czy też dożyję ja tego? — zawołał stary zegarmistrz, a jego oczy świeciły żywym blaskiem.

— Ty, mistrzu? — oczywiście... ty przecież wiecznie żyć będziesz!

— A jednak, tak teraz jestem chory.

— Otóż właśnie w tym celu tu przybyłem, ażeby z panem pomówić w tym względzie.

Master Zacharius by Théophile Schuler 05

Przy tych słowach skoczył mały potworek na fotel mistrza Zachariusza i rozparł się na nim wygodnie, założywszy nogi na krzyż, tak jak malarze rysują kości leżące pod trupimi główkami.

— Powiedz mi, mistrzu Zachariuszu — rzekł następnie — co mają znaczyć te baśni, które ludzie o tobie opowiadają. Powszechne jest mniemanie, że bardzo podupadło twoje zdrowie, a zegarki niemniej potrzebują lekarza.

— Ah! cóż dziwnego! toż pan nie wiesz, że między mną a mymi zegarkami zachodzi wewnętrzny stosunek?

— Ale te zegarki mają swoje braki i błędy; trzeba je najpierw uporządkować, bo jeżeli idą nieregularnie, to jest jedynie twoja wina, mistrzu.

Mistrz Zachariusz zapłonął gniewem, słysząc karła mówiącego doń sarkastycznym tonem.

— Cóż nazywasz pan brakami i błędami? — zapytał go.

— Co? — odezwał się karzeł — zaraz ci wyjaśnię, mistrzu. Zegarki twoje uchodzą za najlepsze i mają wstęp do najszlachetniejszych domów i najpierwszych familij; od niejakiego czasu zaczynają się jednak psuć, czemu ty, mistrzu, zaradzić nie umiesz — pierwszy zręczny terminator w Genewie mógłby z tobą dziś iść o lepsze...

— Ze mną? Ze mną? Z mistrzem Zachariuszem?! — wykrzyknął starzec, okropnie wzruszony.

— Tak jest, z tobą, mistrzu, który nie umiesz swych zegarków znowu do życia przywołać.

Starzec jęknął głucho, a zimny pot wystąpił mu na czoło.

— Pochodzi to ztąd — rzekł — że ja mam febrę, a moje zegarki mają ją także!

— Skoro więc nie umiesz pan przywrócić im życia, to niezawodnie umrzesz wraz z nimi...

— Umrę? nie! — wszak sam przed chwilą powiedziałeś, że ja wiecznie żyć będę — ja, pierwszy zegarmistrz na świecie, który raz na zawsze chód zegarków z absolutną dokładnością uregulowałem. Czas musiał bezwzględnie poddać się mym prawom, według których ja go urządziłem. Na jakich bezdrożach błądziły przedtem losy ludzi, nim powstał mój ganjusz, który czas uporządkował i ujął w pewne reguły? Ale ty, kimkolwiek jesteś, djabłem czy człowiekiem, nigdy jeszcze nie pomyślałeś o wzniosłej mej sztuce, która w sobie łączy wszystkie umiejętności. Nie, nie, ja, mistrz Zachariusz, nie mogę umrzeć — gdyż to ja czas uregulowałem — chyba więc razem z nim skończę. Ale on jest nieskończony, ja wyrwałem go z otchłani nicości — nie! ja umrzeć nie mogę — jak stwórca wszechświata — gdyż ja stałem się równym Jemu, ja dzielę Jego potęgę — On bowiem świat stworzył, a ja czas stworzyłem!

Stary zegarmistrz podobny był teraz do upadłego anioła, który powstał przeciwko swemu stwórcy — bezbożne te jego słowa cieszyły jednak widocznie małego potworka, który mu się z upodobaniem przypatrywał.

— Dzielnie powiedziane, mistrzu! — zawołał — rzeczywiście, większe masz prawo czynić się równym Bogu, jak Belzebub. Sława twoja skończyć się nie może, tem mniej, jeżeli ja podam ci środek, za pomocą którego nieposłuszne zegarki znowu do porządku przyprowadzisz...

— Jakiż to środek? — zawołał mistrz Zachariusz.

— Poznasz go, mistrzu — ale dopiero wtedy, kiedy mi oddasz rękę swej córki...

— Gérande?...

— Tak, Gérande, mistrzu.

To szczególne żądanie bynajmniej nie obraziło starego zegarmistrza, nawet go nie zdziwiło.

— Serce mej córki nie jest wolne — rzekł.

— Ba!... Gérande nie jest najgorszą z twych zegarków... wreszcie jednak i ona stanie...

— Jakto! — Moja córka? Gérande?.... Nie!...

— Wróćmy więc do zegarków, mistrzu — możesz je sobie dalej rozbierać i składać, jak ci się podoba; możesz nawet przygotować wszystko do ślubu Gérande i Auberta, możesz ich pobłogosławić — ale pamiętaj moje słowa: zegarki twoje nigdy iść nie będą, Aubert i Gérande nigdy się nie połączą....

Po tych słowach podniósł się mały człowieczek i wyszedł — ale postępował tak powoli, że mistrz Zachariusz wyraźnie słyszał, jak w jego piersi biła szósta godzina.



IV.

Kościół św. Piotra.

Coraz bardziej, prawie z każdym dniem tracił siły mistrz Zachariusz; pomimo to zabrał się na nowo tak usilnie do pracy, że go Gérande na żaden sposób od niej odwieść nie mogła.

Zamiast upaść, wzrosła jeszcze jego duma od owego czasu, kiedy odwidził go mały potworek; z niezłomnem postanowieniem pokonania tego złego wpływu, który ciężył na jego zegarkach, opatrzył najpierw mistrz Zachariusz wszystkie odesłane mu miejskie zegary, ale i teraz nie mógł znaleść przyczyny ich zepsucia się, wszystkie bowiem kółka, sprężyny i gwoździe w jak najlepszym znajdowały się, stanie.

Często Aubert i Gérande byli przytem obecni i widzieli, jak wielką przykrość sprawia to starcowi, że żadna miarą nie może złemu zaradzić.

Powróciwszy z przechadzki natychmiast brał się stary zegarmistrz do pracy i choć już naprzód wiedział, że jego usiłowania żadnego nie odniosą skutku, ciągle jednak rozbierał i napowrót składał odsyłane mu zegarki.

Aubert także napróżno łamał sobie głowę nad odkryciem przyczyny złego.

— Chyba cała ta maszynerja z czasem się zużywa — rzekł razu jednego do mistrza.

— Ach, Aubercie! — odparł tenże gwałtownie — znajdujesz w tem jakieś szczególne upodobanie, kiedy mnie smażysz na wolnym ogniu. Czyż te zegary są dziełem dziecka? Czyż myślisz, żem niedostatecznie nad tem pracował, żem nie wygładził należycie kółek? Przeciwnie, ażeby większą twardość osiągnąć, sam je kułem, sam o ile możności jak najmocniej zahartowałem sprężyny. Musisz wreszcie przyznać, że to, co mówisz, jest niepodobieństwem i uwierzyć, że sam djabeł przyłożył rękę do tego....

Od rana do wieczora dochodziły zewsząd niepomyślne wieści, tak, że stary zegarmistrz nie wiedział, kogo ma najpierw słuchać i komu odpowiadać.

— Mój zegarek spaźnia się i nie podobna go zregulować — mówił jeden.

— Mój stanął, jak słońce Jozuego i nie da się żadną miarą w ruch wprawić — donosił inny.

Przeważnie jednak mówiono:

— Jeżeli to prawda, mistrzu Zachariuszu, że pańskie zdrowie działa na pańskie zegarki, to z serca życzymy panu rychłego wyzdrowienia.

Master Zacharius by Théophile Schuler 06

Błędnym wzrokiem spoglądał starzec na skarżących się, kiwał głową i odpowiadał:

— Poczekajmy, kochani przyjaciele, aż powrócą dni piękne i ciepłe — wtedy ożywi się moje znużone ciało, słońce ogrzeje nas wszystkich i wszystkim będzie lepiej.

— Wszystko to pięknie — odzywali się na to niektórzy — mamy czekać na wiosnę, a przez zimę będą stać nasza zegarki. Doprawdy, mistrzu, imię pańskie, które stoi na wszystkich zegarkach, wcale panu nie przynosi wielkiej chwały...

Z początku cierpliwie znosił mistrz Zachariusz te wyrzuty, w końcu atoli sprzykrzyło mu się to; wyjął ze starej skrzyni w pocie czoła dawniej zapracowany pieniądz i zaczął odkupywać popsute zegarki. Wkrótce ulotnił się cały szczupły majątek starca, ale honor został natomiast uratowany. Coraz więcej zgłaszało się klijentów, którzy oddawali mu swe zegarki, tak, że w końcu i Aubert musiał ofiarować swoje zaoszczędzone pieniądze.

— Co stanie się z mą córką? — pytał starzec czasami, kiedy odzywały się w nim rodzicielskie uczucia.

Aubert nie odważył się na to powiedzieć, że dość w sobie sił czuje, ażeby w przyszłości zapracować na Gérande; tego samego dnia byłby go jeszcze mistrz Zachariusz uściskał jako swego zięcia i w ten sposób ukarał owego szczególnego potworka, który niegdyś wyrzekł te słowa: — Gérande nie pójdzie za Auberta!



∗             ∗


W końcu zrzekł się mistrz Zachariusz całego swego majątku; piękne, starożytne wazy, wspaniałe, kunsztownie rzeźbione skarbonki, stanowiące ozdobę mieszkania, przeszły w cudze ręce, piękne obrazy zdobiące ściany pokoju, nawet szacowne narzędzia przez samego mistrza wynalezione, wszystko sprzedano, byle tylko zaspokoić niezadowolonych.

Tylko Scholastyka nie rozumiała tego wszystkiego i starała się natrętnych od drzwi odsyłać: usiłowania jej jednak żadnego nie miały skutku, umiano się bowiem dostać aż do warstatu, gdzie stary zegarmistrz wszystkich kosztownym jakimś przedmiotem obdarzał. Poczciwa Scholastyka usiłowała także zbijać wszystkie pogłoski o czarnoksięstwie, które krążyły o mistrzu Zachariuszu, chociaż sama mocno przekonaną była o prawdziwości tych wieści i dlatego codziennie mnóstwo modlitw odprawiała, chcąc naprawić to niewinne kłamstwo.

Od niejakiego czasu zauważyli także mieszkańcy Genewy, że stary zegarmistrz nie wypełniał swych religijnych obowiązków; dawniej zawsze wraz z Gérande chodził na mszę święta i w modlitwie szukał w smutku pociechy; teraz przeciwnie, zaniechał całkiem tych pobożnych zwyczajów, co jeszcze bardziej umocniło pogłoski o styczności mistrza z djabłem. Ażeby ocalić dobre imię ojca, postanowiła go więc Gérande znowu nawrócić do Boga, i w tym celu starała się starca nakłonić do powrócenia do dawnych zwyczajów. Ale słowa jej, pełne wiary i pokory chrześcijańskiej, rozbijały się zawsze o niezmierna pychę mistrza Zachariusza.

W takich okolicznościach postanowiła młoda dziewczyna zaprowadzić w przyszłą niedzielę ojca do kościoła na sumę, na co tenże ostatecznie się zgodził. Gérande była tem zachwycona, a Scholastyka również nie posiadała się z radości, mając teraz niezbite dowody przeciwko rozmaitym plotkom, rozpuszczanym w mieście o mistrzu Zachariuszu. Rozpowiadała też o tym wypadku swym przyjaciółkom, znajomym i nieznajomym, słowem wszystkim, kogo tylko spotkała.

— Ależ bajki nam opowiadasz Scholastyko — mówiono jej na to — wszyscy przecież wiedzą, że mistrz Zachariusz już od dawna stoi w porozumieniu z djabłem.

— Jak możecie mówić coś podobnego — wołała wtedy z zapałem Scholastyka — popatrzcież na tyle wież kościelnych, gdzie znajdują się zegary przez mego pana sporządzone, których dźwięk tak często zwoływał was na modlitwę... Alboż nie widzieliście tego pięknego zegarka w zamku Andernatt, tego dzieła mistrzowskiego, na którego zakupienie bogactwa całej Genewy nie wystarczyły. Co godzina rozlega się w nim tak cudny śpiew, że rozkosz słuchać go — powiedzcież, jestże to dzieło djabła, mógłby przyjaciel złego ducha wykonać coś podobnego?

W istocie mistrzowskie to dzieło, o którem stara kobieta mówiła, a które przed dwudziestu blisko laty sporządził mistrz Zachariusz, uczyniło jeszcze głośniejszem jego imię. W obecnym jednak czasie powszechnie posądzano go o czarodziejstwo, Gérande słusznie atoli na to liczyła, że ukazanie się ojca w kościele zmusi do milczenia wszystkie złe języki.

Zapomniawszy o danem córce przyrzeczeniu, wziął się mistrz Zachariusz do pracy. Poznał, że zepsutym zegarkom nie zdoła już życia przywrócić, porzucił więc te bezużyteczne wysiłki i zaczął dalej pracować nad kryształowym zegarem, który według niego miał być dziełem mistrzowskiem. Ale daremnie starał się go wykończyć, daremnie używał rubinów i dyamentów, ażeby opór tarciu stawiły — gdy raz chciał go nakręcić, kunsztowne dzieło rozprysło się w jego rękach!

Jakby grom uderzył w starca; od tej chwili do reszty stracił energią, a siły jego całkiem go opuściły. Życie jego podobne było teraz do ostatnich ruchów wahadła, które coraz słabiej się porusza, jeżeli mu kto pierwotnej siły nie przywróci; zdawało się, że te same prawa ciężkości stosowały się do starego zegarmistrza i nieodwołalnie ciągnęły go do grobu.

Starzec zataił przed córką ten wypadek, Gérande czekała tymczasem z upragnieniem niedzieli. Gdy wreszcie nadeszła, wyszła z ojcem i skierowała swe kroki ku kościołowi św. Piotra. Dzień był cudny wiosenny, powietrze świeże i ciepłe; mieszczanie szli ulicami rozmawiając ze sobą wesoło. Troskliwie podpierając ojca szła naprzód Gérande, a za nimi postępowała Scholastyka z książkami do nabożeństwa.

Wszędzie ścigały ich oczy przechodniów; mistrz Zachariusz dał się prowadzić bezwiednie, jak dziecko, lub raczej jak niewidomy, skoro jednak przestąpił próg domu Bożego, pobożni ze strachem nań spoglądali i zdawali się od niego odsuwać.

Suma zaczęła się natychmiast; Gérande uklękła na zwykłem miejscu i modliła się z głębokiem przejęciem, podczas gdy starzec obok niej stanął.

Master Zacharius by Théophile Schuler 07

Ceremonja mszy św. odbywała się z majestatyczna uroczystością, ale mistrz Zachariusz żadnego w niej nie brał udziału — nie błagał Boga o zmiłowanie, kiedy inni z okrzykiem Kyrie prosili Pana o miłosierdzie; gdy rozległ się hymn „Gloria in excelsis,“ nie głosił chwały boskiej wraz z drugimi; nawet czytanie Ewangelii nie zdołało go obudzić z zamyślenia, nie oddał też i podczas „Credo“ winnej czci Najwyższemu.

Stał dumnie, bez ruchu, jak niemy posąg bez czucia i nawet w tej uroczystej chwili, kiedy dzwonek zwiastował cud przemienienia, nie ugiął kolana i błędnym wzrokiem spoglądał na hostję, którą kapłan do góry po nad wiernych podnosił.

Gérande widziała to zachowanie się ojca i łzy głębokiego zmartwienia stanęły jej w oczach.

W tej chwili dzwon na wieży uderzył pół do dwunastej; mimowolnie odwrócił mistrz Zachariusz głowę w stronę, skąd dochodziły dźwięki i zdało mu się, że cyferblat zegara patrz na niego, że cyfry oznaczające godziny wyryte są ognistymi znakami, a wskazówki ze swych ostrych końców wyrzucają iskry elektryczne.

Msza się skończyła; pobożni nie powrócili jednak jeszcze do domów, lecz pozostali na dziedzińcu kościelnym, czekając, aż zegar na wieży wybije dwunastą i będą wtedy mogli, według zwyczaju, odmówić Anioł Pański.

Jeszcze kilka minut, a modlitwa do Najświętszej Panny wzniesie się do góry...

Nagle ruch zrobił się wśród tłumu — mistrz Zachariusz krzyknął przeraźliwie...

Doszedłszy do dwunastej, wielka wskazówka na cyferblacie zatrzymała się nagle i godzina nie uderzyła.

Gérande starała się ratować ojca, który upadł bez zmysłów.

Musiano go wynieść z kościoła.

— To jego śmiertelny upadek! — łkała biedna córka.

Zaniesiono mistrza Zachariusza do domu i położono na łóżku. Życie starca podobne było do płomyka przygasającej lampy, który to zupełnie znika, to znowu silnie wybucha.

Powoli przyszedł jednak do przytomności, Aubert i Gérande klęczeli obok niego.

Przez chwilę błędnym wzrokiem spoglądał, na nich potem wyciągnął ku nim rękę i rzekł słabym głosem:

— Kochany Aubercie, oddaję ci mą córkę...

Tak połączyli się kochankowie u jego łoża śmierci.

Ale zaraz obudziła się zwykła duma w mistrzu Zachariuszu — słowa szczególnego karła przyszły mu znowu na myśl.

— Ja nie chcę umrzeć! — zawołał. — Ja nie mogę umrzeć!... Moje książki!... Moje rachunki!...

I z wysiłkiem zerwawszy się z łóżka pobiegł do warstatu i otworzył księgę, w której notował sobie nazwiska kupców i sprzedane im przedmioty. Przewróciwszy kilka kartek z pośpiechem, położył na jednem miejscu wychudzony palec i rzekł:

— Tu!... Tu!... Ten stary żelazny zegar jest jedynym, który jeszcze nie stanął! Sprzedałem go Pittonaccio’wi! Ale muszę go napowrót odebrać! Tak! I będę go tak pielęgnował, żeby nigdy żyć nie przestał i żeby śmierć żadnej mocy nademną nie miała!

I bezsilny upadł na łóżko.

Aubert i Gérande uklękli przy nim i modlili się za niego.



V.

Godzina śmierci.

Kilka dni upłynęło od ostatniego wypadku, gdy mistrz wstał z łóżka i szybko powracał do sił. Zdawał się żyć dumą. Ale Gérande nie cieszyła się z tego; wiedziała ona, że dusza i ciało ojca na wieki już zgubione.

Nie troszcząc się o nic, co się dokoła niego działo, rozsprzedał stary zegarmistrz resztę swego mienia, wyszukując wszystko, co jeszcze miało jakąś wartość.

Jednego dnia rano Gérande wszedłszy do warstatu, nie znalazła tam ojca. Przerażona do najwyższego stopnia wyglądała go ciągle z największym niepokojem, spodziewając się, że zapewne zaraz powróci, ale godziny upływały a mistrz Zachariusz się nie zjawiał.

Aubert pospieszył do miasta, aby zasięgnąć wiadomości i przyniósł tę smutną nowinę, że starzec miasto opuścił.

Usłyszawszy o tem, postanowiła Gérande bądź co bądź go odszukać.

Atoli jedna trudność leżała im na przeszkodzie: nie wiedziano, dokąd udał się mistrz Zachariusz.

W tem przyszła szczęśliwa myśl Aubertowi. Wiedział on, że od pewnego czasu ciągle tylko o żelaznym zegarze, znajdującym się w zamku Andernatt, mawiał starzec; zapewne więc musiał wyruszyć dla jego odszukania.

Aubert udzielił tej myśli Gérande. Postanowiono szukać wyjaśnienia w tym względzie w księdze mistrza Zachariusza.

Udali się przeto do pracowni i znaleźli księgę otwartą, leżącą na stole. Powiedzieliśmy już, że notował on tam wszystkie sporządzone przez siebie i sprzedane zegary, a te, które teraz odebrał, starannie przekreślał.

Tylko jedna nota nie była przemazana, a brzmiała mniej więcej w tych słowach:

„Sprzedany panu Pittonaccio żelazny zegar ścienny, o poruszalnych figurach; umieszczony w jego zamku, Andernatt“.

Był to ów sławny zegar, o którym Scholastyka z takiemi wyrażała się pochwałami.

— Tam z pewnością musi być ojciec! — zawołała z radością Gérande.

— Spieszmy tam, może go jeszcze uratujemy! — rzekł Aubert.

— Nie dla tego świata, ale może dla drugiego — szepnęła młoda dziewczyna.

— Wybierajmy się więc w imię Boże, Gérande! Zamek Andernatt leży w wąwozach Dents du midi, o dwadzieścia mil oddalony od Genowy.

Jeszcze tego samego dnia wyruszyli w drogę Aubert, Gérande i Scholastyka. Postępowali brzegiem jeziora genewskiego, minęli Bessinge i Ermance, gdzie znajduje się ów sławny zamek Mayor, i nigdzie się nie zatrzymując, tej samej jeszcze nocy zrobili pięć godzin drogi. Z wielkim trudem przebyli dalej w bród rzekę Dranse, a we wszystkich tych miejscowościach, przez które przechodzili, wypytywań się troskliwie, czy nie szedł tędy mistrz Zachariusz. Wkrótce też się przekonali, że nie myliło ich przeczucie; starzec istotnie ta drogą postępował.

Nazajutrz, ku wieczorowi, minęli Thonon i osiągnęli Evian, skąd wspaniały widok rozciąga się na szczyty gór szwajcarskich w obrębie mil dwunastu. Ale obaj kochankowie nie byli dziś wcale usposobieni do podziwiania cudnego widoku. Szli tylko ciągle naprzód, ile im sił starczyło. Aubert, silniejszy od swych towarzyszek, wspierał je to jedną, to drugą, sam zaś tylko nadzwyczajna siłą woli utrzymywał się na nogach. Idąc gościńcem, prowadzącym przez wąską wyżynę, wysoko ponad brzegiem jeziora, rozmawiali przytem o swych troskach i nadziejach.

Przybywszy do Bouvert, gdzie Rodan wlewa się do jeziora, opuścili brzeg tegoż i zwrócili się w inną stronę. W górzystych okolicach Vionnaz, Cheffel, Collombay, wzrosło jeszcze ich znużenie. Nogi odmawiały im posłuszeństwa, a stopy kaleczyły się na ostrych kamykach, pokrywających wąską ścieżkę, którą postępowali.

Nigdzie ani śladu mistrza Zachariusza!

Pomimo niewymownego znużenia, nie szukali jednak kochankowie spoczynku w leżących tu samotnie chatach — nie zatrzymali się też w zamku Monthey, który Małgorzacie sabaudzkiej nadany został na apanażę. Wreszcie na samym schyłku dnia dostali się na pustą okolicę Notre-Dame du Sex, która leży na wysokości sześciuset stóp nad Rodanem w pobliżu Dents du midi.

Noc już zapadła, a biedacy nie mogli kroku dalej postąpić, znalazłszy wiec samotny domek pustelnika, postanowili tu nieco odpocząć.

Pustelnik przyjął ich gościnnie, ale nie umiał im nic powiedzieć o mistrzu Zachariuszu, tak, że biedna Gérande zwątpiła już zupełnie o tem, iż uda im się odnaleść ojca w tej puszczy. Na dworze panowała nieprzenikniona ciemność, wicher huczał i świstał ponuro, a niekiedy rozlegał się straszny grzmot, pochodzący od lawin, które ze szczytów dzikich skał staczały się w doliny.

Powiesiwszy swoje przemokłe płaszcze w kącie dla wysuszenia, usiedli Aubert i Gérande przy ognisku, ażeby się nieco ogrzać. Przed drzwiami chaty dawało się chwilami słyszeć żałosne wycie psa, które mieszało się z wyciem burzy.

Wkrótce opowiedzieli pustelnikowi powód swego zmartwienia.

— Duma przywiodła dobrego anioła do upadku — rzekł on na to. — Jestto straszny występek, moje dzieci, o który często rozbijają się losy ludzi, tem straszniejszy, że go żadna siła powstrzymać nie zdoła...

Wszyscy czworo uklękli. Nagle pies gwałtownie zaszczekał, a równocześnie ktoś mocno do drzwi zastukał.

— Otwórzcie w imieniu diabła!...

Pod silnemi uderzeniami otworzyły się drzwi gwałtownie i jakiś człowiek z rozwianym włosem, pomieszanym wzrokiem i w podartem odzieniu wpadł do izby.

— Mój ojciec! — krzyknęła Gérande przerażona.

W istocie, byłto mistrz Zachariusz.

— Gdzie jestem? — zawołał — w wieczności!... czas skończył się... godziny nie biją więcej..., wskazówki stanęły!...

— Ojcze! drogi ojcze! — zawołała młoda dziewczyna tak porywającym głosem, że starzec zdawał się być nim napowrót przywołanym na świat prawdziwy.

— Ty tu, moja Gérande? — wykrzyknął — i ty Aubercie!... Moje kochane dzieci, czy dostaniecie wy ślub w naszym starym kościele!...

— Ojcze! — błagało dziewczę — zostań tu, wróć z nami do domu...

— Nie porzucaj swych dzieci — dodał Aubert.

— Dla czegóż powrócić mam do tych miejsc, gdzie nie ma już dla mnie życia, gdzie zagrzebana jest część mojej własnej istoty?

— Twoja dusza nie umarła, nieszczęśliwy człowieku — rzekł pustelnik poważnie — ona żyje!

— Moja dusza!... Tak... żyje!... Sprężyny jej znajdują się w dobrym stanie... czuję, jak bije równo...

— Twoja dusza nie jest materjalna — jest nieśmiertelna!

— Tak, nieśmiertelna, jak moja sława!... Ale znajduje się teraz zamknięta w zamku Andernatt i chcę ją właśnie odzyskać.

Pustelnik przeżegnał się, Scholastyka umierała prawie ze strachu, Aubert objął Gérande ramionami.

— W zamku Andernatt mieszka bezbożnik — dodał pustelnik — który nigdy się nawet nie żegna.

— O ojcze, nie idź tam! — błagała Gérande.

— Chcę mojej duszy!... Moja dusza do mnie należy!...

— Zatrzymajcie go, zatrzymajcie mego ojca! — zawołała Gérande.

Ale już zerwał się starzec z miejsca i znikł w ciemnościach nocy.

— Mnie! Moja duszę!... — wołał jeszcze zdaleka.

Młoda dziewczyna, Scholastyka i Aubert rzucili się za nim, biegnąc po bezdrożnych ścieżkach, po których pędził stary zegarmistrz jak orkan, gnany gorączka i jakąś siłą nadludzką. Ścieg padał gęsto wielkiemi płatami, a górskie potoki wystąpiły z brzegów i hucząc toczyły swe wzburzone wody.

Przechodząc obok kaplicy, zbudowanej przy drodze, przeżegnali się Scholastyka, Gérande i Aubert, ale mistrz Zachariusz głowy nie odkrył.

Nakoniec w tej pustyni ukazała się zdala miejscowość Evionnaz, ale starzec obszedł ją dokoła i bez wytchnienia biegł dalej, aż dostał się w wąwozy Dents du midi, okolone dzikimi skałami, których niebotyczne szczyty zdawały się sięgać niebios. Nagle w ciemności ukazały się posępne stare ruiny, jakby z ziemi wyrosły.

Master Zacharius by Théophile Schuler 08

— Wreszcie!... zawołał mistrz Zachariusz i biegł dalej z podwójną szybkością.

Podówczas leżał zamek Andernatt prawie w gruzach. Stare pochylone mury, wznoszące się wśród zwalisk i kamieni, wysoka poszczerbiona wieża, grożąca lada chwila upadkiem, oto widok tych ponurych ruin, wśród których zachowało się jeszcze tylko kilka pustych komnat na pół rozwalonych i zasypanych gruzami i rumowiskiem.

Wąska, ciasna brama, stojąca pośród zwalisk i szczątków murów, prowadziła do zamku Andernatt.

Zapewne w zamku tym mieszkał niegdyś jakiś margrabia, pół-rozbójnik, pół-rycerz, później miejsce jego zajęli bandyci, trudniący się rozbojem, którzy na tem samem miejscu zostali powieszeni.

Dzisiaj, jak wieść chodziła, rumy te były w posiadaniu szatana, który w burzliwych nocach zimowych zjawiał się tutaj i wyprawiał swe harce ponad głęboką, czarną przepaścią.

Starego zegarmistrza posępny ten i złowrogi widok wcale nie zatrwożył; odważnie wszedł przez bramę na ponury dziedziniec zamkowy. Nikt nie bronił mu wstępu, postępował więc dalej i zapuścił się w jakiś długi, straszny korytarz o sklepionej powale. Aubert, Gérande i Scholastyka nie spuszczali go jednak z oczu i bez wytchnienia biegli za nim.

Zdawało się, jakby jakaś niewidzialna ręka prowadziła mistrza Zachariusza. Na końcu korytarza znalazł stare spróchniałe drzwi i wyłamał je siłą. Kilka zbudzonych nietoperzów wzleciało do góry i ukośne kręgi zatoczyły ponad jego głową.

Znajdował się teraz w ogromnej sali, dosyć dobrze jeszcze zachowanej. Ściany zdobne malowidłami i rzeźbami otaczały ją dokoła, a na nich zdawały się poruszać Larwy, Gule (potwory ludożercze) i Taraski (smoki poczwarne). Długie, wąskie okna, podobne do strzelnic, drżały pod naciskiem orkanu.

Stanąwszy na środku sali, mistrz Zachariusz krzyknął radośnie. Przed nim wisiał zegar, ten zegar, w którym całe jego istnienie się zamykało. Było to rzeczywiście wspaniałe dzieło i wyobrażało stary kościół romański o słupach żelaznych i wysokiej wieży, z której codziennie odzywał się dzwonek, odgrywając antyfonę dnia, mszę, nieszpory, completorium i salve. Ponad drzwiami tego kościoła, które się w czasie służby bożej otwierały, znajdowała się rzeźbiona rozeta, stanowiąca tarczę. Pomiędzy tą rozetą a drzwiami ukazywała się zaś każdej pory dnia odpowiednia przypowieść, jak to jużeśmy od Scholastyki słyszeli. Przypowieści te niegdyś mistrz Zachariusz z wielkiem staraniem wybrał i duchem chrześcijańskim ułożył, tak że w porządku następywały po sobie godziny modlitwy, pracy, posiłku i wypoczynku i każdy trzymając się tych przepisów, niewątpliwie byłby prawdziwie szczęśliwym.

Upojony radością, chciał mistrz Zachariusz objąć zegar rękami, gdy nagle usłyszał po za sobą śmiech szyderczy.

Drgnął i oglądnąwszy się, poznał owego dziwacznego karła, którego znał tak dobrze.

Gérande przytuliła się trwożliwie do narzeczonego.

— Dzień dobry, mistrzu Zachariuszu... — odezwał się pierwszy mały starzec.

— Kto pan jesteś?...

— Pittonaccio, do usług! Spodziewam się, że przybyłeś tu po to, aby mi swą córkę dać za żonę. Przypomniałeś sobie przecież moje słowa! Gérande nie pójdzie za Auberta!

Na te słowa oburzony rzucił się młody czeladnik na Pittonaccia, ale ten jak cień, wyśliznął się z rąk jego.

— Dobranoc! — rzekł Pittonaccio szyderczo i znikł.

— Uciekajmy ztąd, uciekajmy! — zawołała z przestrachem młoda dziewczyna.

W tej chwili mistrz Zachariusz zerwawszy się z miejsca, popędził przez rozpadłe schody za widmem Pittonaccia i znikł wkrótce w ciemności. Pełni zwątpienia, nie wiedząc co robić, pozostali Aubert, Scholastyka i Gérande w obszernej sali. Stara kobieta uklękła na ziemi i zaczęła się modlić, młode dziewczę usiadło na wielkim kamieniu zupełnie z sił wyczerpane, a Aubert stanął obok niej i strzegł jej. Głęboka cisza panowała dokoła, tylko małe robaczki pracując w spróchniałem drzewie, pukaniem swem zakłócały ogólny spokój...

Wreszcie zaświtało — pierwszy brzask dnia wtargnął oknem do środka i słabo oświetlił salę. Skoro zrobił się dzień — wyszli kochankowie z komnaty i postanowili odszukać starego zegarmistrza. Ale daremnie błąkali się po pustych kurytarzach i krużgankach, daremnie wołali go po imieniu, nie widzieli ani żywej duszy i tylko echo im odpowiadało. Raz znajdowali się pod ziemią, w ciemnych piwnicach, to znowu wdrapywali się wysoko na wieżę, zkąd piękny widok na okoliczne lasy, skały i wzgórza się rozciągał.

W końcu, po długich błąkaniach, zaszli przypadkowo znowu do sali, w której tę straszną noc przepędzili. Ale nie była ona teraz pusta — mistrz Zachariusz znalazł już bowiem Pittonaccia i siedząc przy marmurowym stoliku, prowadził z nim ożywioną rozmowę.

Zobaczywszy wchodzącą swą córkę, powstał starzec, który dotychczas nieruchomo jak posag siedział, i wziąwszy Gérande za rękę, przyprowadził ją przed Pittonaccia.

Master Zacharius by Théophile Schuler 09

— Oto moja córka — rzekł — a to twój pan i przyszły małżonek.

Młoda dziewczyna wzdrygnęła się.

— Nigdy nie będzie ona należeć do niego — zawołał Aubert porywczo — bo jest moją narzeczoną.

— Nigdy! przenigdy! — powtórzyła ze wstrętem Gérande.

Pittonaccio zaśmiał się szyderczo.

— Chcecie więc mojej śmierci? — zawołał mistrz Zachariusz. — Ten zegar jedynym jest jeszcze, który nie stanął — w nim zamknięte jest moje życie — a ten człowiek powiedział: „Daj mi córkę, a zegar będzie twój!“ Jeżeli mu ciebie nie oddam, moja córko, to go zburzy, a przez to mnie zabije...

Przyszedłszy po chwili do przytomności wyszeptała Gérande:

— Mój ojcze!

— Gdybyś ty wiedziała, moje dziecię, ile ja cierpię w oddalenia od tego głównego czynnika mego życia... — Jak łatwo mógłby się on w mej nieobecności popsuć, jego sprężyny się zużyć, a kółka pomięszać! Ale skoro już raz będę go miał przy sobie, to nigdy go więcej nie porzucę i tak go będę pielęgnował, aby nigdy nie stanął, a ja, najsławniejszy na świecie zegarmistrz, żył wiecznie. — Patrz Gérande, jak pięknie posuwają się wskazówki na tarczy... Cyt! Właśnie uderzy piąta — słuchaj i uważaj na piękną przypowieść, która się naszym oczom ukaże...

W istocie uderzyła po chwili piąta, a w miedzianych ramach, ponad drzwiami kościoła, ukazały się następujące słowa:

Trzeba jeść owoc z drzewa umiejętności.

Aubert i Gérande spojrzeli zdziwieni na siebie. Nie były to wcale owe pobożne przypowieści, które niegdyś ułożył mistrz Zachariusz; widocznie zaraził już ten zegar oddech szatana.

Starca jednak wcale to nie dziwiło; owszem, z największa radością zawołał:

— Słyszysz, moja Gérande? — Ja żyję, ja jeszcze żyję!... Nowe życie we mnie wstępuje... krew raźniej krąży w mych żyłach!... Nieprawdaż, moje dziecię, ty nie chcesz śmierci twego ojca, ty oddasz rękę temu człowiekowi, ażebym ja był nieśmiertelny i wreszcie, potęgę Boga osiągnął...

Na te bluźniercze słowa przeżegnała się Scholastyka, podczas gdy Pittonaccio roześmiał się z zupełnem zadowoleniom.

— Z tym człowiekiem, Gérande, będziesz szczęśliwa — zabrał znowu głos starzec — nada ci on najzupełniejszą dokładność, każda twoja czynność jak najskrupulatniej będzie odmierzana! O, Gérande, ja tobie dałem życie, teraz ty nawzajem daj życie twemu ojcu!

— Gérande — wyrzekł Aubert — tyś moja, och! ty moją zostaniesz...

— On jest mym ojcem!... zawołała młoda dziewczyna i upadła zemdlona na ziemię.

— Weź ją sobie, Pittonaccio — rzekł mistrz Zachariusz — i dopełnij obietnicy.

— Oto klucz od zegara — odparł potworek i podał starcowi narzędzie, podobne do zwiniętej żmiji...

Mistrz Zachariusz pochwycił je skwapliwie, pobiegł ku zegarowi i począł go nakręcać. Sprężyna zaskrzypiała niemile, ale stary zegarmistrz nie zważając na to kręcił dalej i dalej; zdawało się prawie, że ruch ten nie jest od niego zawisły, że ręka jego machinalnie kluczem obraca. Kręcił ciągle, coraz szybciej i szybciej, aż wreszcie wycieńczony, prawie bez duszy osunął się na ziemię.

— Teraz na cały wiek go nakręciłem — zawołał.

Aubert tymczasem opuścił salę i sam nie wiedząc co się z nim dzieje, błąkał się po okolicy, aż wreszcie znalazł domek ubogiego pustelnika i zaklinał go, ażeby z nim poszedł do zamku Andernatt. W końcu dał się staruszek nakłonić i udał się drogą ku zamkowi.

Gérande niema, nie zdolna słowa wymówić, siedziała w sali — nie płakała nawet, łzy bowiem wyschły w jej oczach.

Mistrz Zachariusz, stojąc na miejscu, przysłuchiwał się z zadowoleniom regularnemu tykotaniu zegarka.

Tymczasem wybiła dziesiąta, a w ramach miedzianych ku wielkiemu zmartwieniu i przerażeniu Scholastyki, następujące ukazały się słowa :

Człowiek może się stać równym Bogu.

Starca cieszyło bardzo to zdanie, przypatrywał mu się z wielkiem upodobaniem, prawie z zachwytem.

Akt małżeństwa podpisać miano o północy, ale Gérande, biedna ofiara, nie czuła nic, nie słyszała, ani nie widziała nic, co się w koło niej działo. Głęboka cisza panowała do koła i tylko czasem przerywały ją słowa i okrzyki mistrza Zachariusza, lub śmiech szyderczy Pittonaccia.

Uderzyła jedenasta godzina, przyczem następując słowa się ukazały:

Człowiek jest niewolnikiem wiedzy, dla niej powinien poświęcić wszystko, mienie, rodziców i rodzinę.

— Tak, tak — wołał stary zegarmistrz w uniesieniu — nic nie ma na świecie wyższego nad wiedzę....

Wskazówki posuwały się z sykiem węża na żelaznej tarczy, a godziny biły w przyspieszonych uderzeniach.

Mistrz Zachariusz zamilkł. Upadł na ziemię a z piersi jego wydobywał się chrapliwy oddech.

— Życie... wiedza... szeptał.

Scena otrzymała dwóch nowych świadków. Byli to Aubert i pustelnik. Zobaczyli mistrza Zachariusza leżącego na ziemi, a obok niego Gérande modlącą się gorąco do Boga.

W tem dał się słyszeć lekki szmer, poprzedzający zwykle każdą uderzyć mającą godzinę.

Mistrz Zachariusz zerwał się.

— Północ! — zawołał.

Pustelnik wyciągnął rękę ku zegarowi i dwunasta nie uderzyła.

Mistrz Zachariusz krzyknął tak strasznie i przeraźliwie, że musiał być w piekle usłyszanym.

W miedzianych ramach ukazały się słowa:

Master Zacharius by Théophile Schuler 10

Kto stara się być równym Bogu, jest przeklęty na wieki.

Zegar pękł z hukiem grzmotu, a sprężyna upadła na ziemię i w dziwnych, fantastycznych drganiach poczęła biegać po sali.

Starzec rzucił się za nią i starał się ja pochwycić, wołając strasznym głosem:

— Moja dusza! Moja dusza!

Coraz szybciej skakała naprzód sprężyna...

Starzec nie mógł jej żadną miarą pochwycić.

Nakoniec rzucił się na nią Pittonaccio, pochwycił ją i znikł, wyrzekłszy straszne przekleństwo.

Mistrz Zachariusz upadł na wznak bez życia....


∗             ∗

Stary zegarmistrz leży pogrzebany około zamku Andernatt. — Aubert i Gérande żyli jeszcze długo szczęśliwie i modlili się za biedną duszę, która przez pychę na takie bezdroża została sprowadzona.



Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.