FANDOM



Miasto pływające

(Une ville flottante)

Juliusz Verne

¤ ¤ ¤ ¤

Przekład: Jadwiga T.
Ilustracje: Jules Férat


'A Floating City' by Jules Férat 01



'A Floating City' by Jules Férat 03

I.

Dnia 18 Marca 1867 roku, przyjechałem do Liverpoolu. Great-Eastern odpływał za kilka dni do Nowego-Yorku, a ja na nim właśnie chciałem dla przyjemności jedynie odbyć podróż morską. Pociągał mnie ten olbrzymi statek i myśl przejażdżki po Oceanie Atlantyckiem. Przy sposobności zamierzałem zwiedzić Amerykę północną; ale to było rzeczą podrzędną; na pierwszym planie stał Great-Eastern, a dopiero potem kraj sławiony przez Cooper’a, Prawdziwie ten parostatek jest arcydziełem budowli morskiej. Jestto coś więcej jak okręt, jestto pływające miasto, małe hrabstwo oderwane od gruntu Angielskiego, który przepłynąwszy morze, łączy się z lądem Ameryki. W wyobraźni mojej, rysowała się ta massa unoszona przez bałwany, jej zapasy z wiatrem, które wyzywała do walki jej zuchwalstwo wobec bezsilnego morza, jej obojętność na uderzenia fal i potęga tego żywiołu co wstrząsa Warrior’ami i Solférin’ami jakby jaką szalupą. Ale na tem wyobraźnia moja zatrzymała się. Widziałem to wszystko w ciągu podróży i mnóstwo innych rzeczy, nie tyczących się żeglugi morskiej. Great-Eastern nie jest tylko machiną żeglarską; — to świat w miniaturze, i jeżeli unosi z sobą mnóstwo ludzi, to żaden badacz nie zadziwi się, spostrzegłszy nad nim, jakby na scenie olbrzymiej śmieszności, popędy i wszystkie namiętności ludzkie. Opuściwszy przystań, udałem się do hotelu Adelphi. Na 20 Marca ogłoszone było wyruszenie Great-Eastern. Chcąc śledzić ostatnie przygotowania, postanowiłem zaraz się na nim umieścić, i prosiłem o pozwolenie kapitana Andersona dowódcy parostatku. Przystał na to z uprzejmością.

Następnego dnia zaszedłem do portu budowli okrętów, tworzących podwójną krawędź dachów na brzegach Mersey. Mosty łyżwowe dozwoliły mi dosięgnąć nadbrzeża New-Prince, t. j. rodzaju tratwy ruchomej; czułej na poruszenie przypływu i odpływu morza. Jestto miejsce wylądowania licznych łódek obsługujących Birkenbead, przedmieście od Liverpoolu po lewej stronie rzeki Mersey. Mersey podobnie jak Tamiza, jest raczej strumykiem niż rzeką, jakkolwiek wpada do morza. Jest to obszerne zniżenie ziemi, napełnione wodą, prawdziwa dziura, której głębokość, umożliwia żeglowanie największym statkom; takim jak Great-Eastern, któremu większa część innych portów jest stanowczo wzbroniona. Dzięki temu naturalnemu przywilejowi, strumyki Tamiza i Mersey, ujrzały z czasem wznoszące się prawie przy ich ujściu, dwa wielkie miasta handlowe, Londyn i Liverpool, podobnie jak kiedyś dla tych samych powodów, Glasgow nad rzeką Clyde.

W spadzistości New-Prince dymił tender, mały statek parowy, przeznaczony do posługi Great-Eastern. Umieściłem się na pokładzie napełnionym już robotnikami, którzy udawali się na ten parostatek.

Skoro siódma godzina z rana wybiła na wieży Victoria, tender rozpuścił liny, postępując z ogromną bystrością w górę rzeki Mersey. Zaledwie odpłynął, spostrzegłem na brzegu młodego człowieka, wysokiego wzrostu, mającego tę fizyjonomią arystokratyczną, która odznacza oficera Angielskiego. Zdawało mi się, że poznaję w nim jednego z moich przyjaciół — kapitana armii Indyjskiej, którego od wielu już lat nie widziałem. Musiałem się jednak mylić, gdyż kapitan Mac-Elwin nie mógł wyjechać z Bombay; byłbym bowiem o tem wiedział. Zresztą Mac-Elwin był to chłopiec żywy, nie dbający o nic, wesoły towarzysz, ten zaś chociaż przedstawiał podobieństwo rysów mego przyjaciela, wydawał się smutny i przygnębiony zgryzotą tajemną. Ktokolwiek on był, nie mogłem mu się lepiej przypatrzeć, gdyż tender oddalał się szybko, a wrażenie wywarte tem podobieństwem, zatarło się prędko w moim umyśle.

Great-Eastern stał na kotwicy prawie o trzy milę daléj, gdzie były pierwsze domy Liverpolu. Z brzegu New-prince dostrzedz go nie było można. Dopiero za pierwszym zakrętem rzeki zobaczyłem ten olbrzymi gmach. Rzekłbyś widząc go, że to rodzaj wysepki, do połowy w mgłach zanurzonéj.

Przedstawił się najprzód z przodu uniknąwszy bałwanów; wkrótce jednak tender w inną skierował się stronę a parostatek ukazał się w całej długości. Wydał mi się jakim był: wielkim! Trzy lub cztery „składy węgli” przymocowane przy jego bokach, przez burty wycięte powyżej linii zanurzenia, wsypywały do niego swój ładunek węgla ziemnego. Przy Great-Eastern te trzymasztowe małe statki, podobne były do bark. Olbrzym mógłby je prowadzić za sobą, jak szalupy parowe.

Tymczasem tender przybliżał się; przepłynął pod prawą stronę przodu Great-Eastern którego łańcuchy wyciągnęły się gwałtownie przez ciśnienie fali; wreszcie pozostawiwszy go na lewej stronie, zatrzymał się przy rozległych schodach, które się wiły u jego boków. W téj pozycyi most tenderu dotykał tylko części niezanurzonéj parostatku, tej części któréj miał on dosięgnąć w pełni ładunku a która teraz wystawała jeszcze na dwa metry. Robotnicy wysiadali z pośpiechem i wstępowali na liczne piętra schodów, które się kończyły u spodu okrętu. Ja jako turysta oglądający wspaniały gmach, stałem z głową w górę wzniesioną korpusem w tył pochylonym, i zastanawiałem się nad kołami Great-Eastern'u.

Widziane z boku, koła te wydawały się małe, chociaż długość szprych była czterometrowa; widziane wprost, przedstawiały się olbrzymio. Misterne okucia, budowa silna, punkt oparcia w całym systemie poprzeczne belki przeznaczone do umocowania dzwona, ta obwódka szprych różowych, ten mechanizm w połowie przysłonięty cieniem szerokich przyrządów zdobiących całość; wszystko to razem uderzało umysł wywołując w nim wyobrażenie jakiejś siły dzikiej i tajemniczej.

Tender wysadził swoich pasażerów. Wszedłem na żelazne rowkowane schody a w kilka minut potem dostałem się na przód parostatku.



II.

'A Floating City' by Jules Férat 04

Pokład wyglądał obecnie jak ogromny warsztat, przeznaczony dla całej armii robotników. Nie wierzyłem własnym oczom, że jestem na okręcie. Tysiące ludzi, rzemieślników, służby okrętowej, mechaników, oficerów, robotników, z ciekawości patrzących, mijali się i potrącali wzajemnie. Jedni na pokładzie, inni przy machinach, inni wśród lasu masztów wszystko to nie do opisania. Tu latające żórawie unosiły olbrzymie kawały lanego żelaza; tam ciężkie tarcice wzlatywały w górę przy pomocy windy parowéj; nad pokojem przeznaczonym do machin, bujał się cylinder żelazny, prawdziwy pień metalowy; na przodzie wstępowały do góry drągi uginające się wzdłuż masztów bocianiego gniazda, z tyłu stało rusztowanie, zapewnie ukrywające jakąś zaczętą budowę. Budowano, wykończano, wykonywano robotę ciesielską, sztychowano, malowano, wśród największego nieporządku.

Moje bagaże były już przeniesione. Dowódca, kapitan Andersen, o którego się pytałem jeszcze nie przybył, lecz jeden z szafarzów podjął się mnie umieścić, i kazał zanieść moje kufry, do kajuty w tyle okrętu położonéj.

— Mój przyjacielu, zapytałem go na 20 marca, ogłoszono odpłynięcie Great-Eastern’u, ależ nie podobna, aby wszystkie te przygotowania były wykończone w dwadzieścia cztery godzin. Niewiesz pan, kiedy będziemy mogli opuścić Liverpool? W tym względzie szafarz tyleż wiedział co i ja. Zostawiając mnie, odszedł. Wtedy postanowiłem zwiedzić wszystkie dziury tego ogromnego mrowiska, i rozpocząłem przechadzkę, jakby turysta w jakiem obcem mu mieście. Na pokładzie parostatku, było błoto czarne, to błoto brytańskie, które się przylepia do bruku miast angielskich. Cuchnące strumyki wiły się w rozmaite strony; zdawało mi się, że jestem na jednem z najgorszych placów Upper-Thames-street na brzegach portu Londyńskiego. Szedłem około tych pokojów które się ciągnęły w tyle okrętu. Między niemi i parapetami, z każdej strony, odznaczały się dwie szerokie ulice a raczej dwa bulwary, zapełnione cisnącym się tłumem. I tak przyszedłem do samego środka statku, między budynkami, połączonemi podwójnym systemem mostków.

Rzuciwszy okiem na wykończane roboty, zwróciłem się na przód okrętu. Tam, tapicerzy kończyli obicie, dosyć obszernego pokoju przeznaczonego pod nazwą „smoking-room,” na pokój do palenia cygar, prawdziwa knajpa tego pływającego miasta, okazała kawiarnia oświetlona czternastoma oknami, z sufitem białym w złote cytryny rzeźbionym. Przeszedłszy małe miejsce trójkątne zakończające przód pokładu, szedłem do kawałka drzewa upadającego w powierzchnią wody.

Z tego punktu ostatecznego, spostrzegłem przez szparę we mgle, tył Great-Eastern w odległości przeszło dwu hektometrów. Ten kolos zasługuje na to aby takiemi cyframi oceniać jego rozmiary. Zaledwie dostrzedz mogłem szczyt masztów wysokich na dwieście stóp, ginących w mgle, z któremi mieszał się czarny dym z tendru i ze „składów węgli.” Wyszedłszy drzwiczkami machiny kołowej, spostrzegłem mały hotel po lewej stronie; wreszcie długą boczną facyjatę pałacu z którego wystawał taras. Nakoniec dostałem się do tyłu parostatku do tego miejsca, gdzie się wznosiło rusztowanie, o którem już wspominałem. Tam między ostatniem i ogromnem oknem do przewietrzenia nad którem osadzone były cztery koła steru, mechanicy spieszyli się z umieszczeniem machiny parowej. Machina ta składała się zdwu cylindrów poziomych i przedstawiała system kół zębatych, drągów i drążków, który wydał mi się bardzo skomplikowanym. Niezrozumiałem z początku ich celu, lecz zdawało się że tu, jak i wszędzie, dużo brakowało do wykończenia przygotowań.

Więc po cóż to spóźnienie, po co tyle przewozów, na brzegu Great-Eastern statku stosunkowo nowego? To właśnie objaśnić potrzeba w kilku słowach. Po dwudziestu przepływach między Angliją i Ameryką z których jeden był pamiętny wypadkami nadzwyczajnemi, eksploatacyja Great-Easternu chwilowo przerwała się. Ten ogromny statek, przeznaczony do przewożenia podróżnych, wydawał się niezdatnym do niczego; był uważny za dymisyjonowanego przez podejrzliwe plemię passażerów z tamtej strony oceanu. Kiedy pierwsze usiłowanie umieszczenia liny telegraficznej spełzły na niczem — które to niepowodzenie zawdzięczać należało po części niedostateczności statków do przewożenia, — inżynierowie pomyśleli o Great-Eastern. On jeden zabrać mógł te trzy tysiące czterysta kilometrów druta metalowego, ważących cztery tysiące pięćset beczek. On jeden to mógł, ze swoją siłą w walce z morzem, rozwinąć i zanurzyć, tę niezmierną linę. Lecz dla umieszczenia tej liny na bokach statku, potrzeba było zmian szczegółowych. Wysadzano dwa kotły na sześć a jeden komin na trzy, należące do machiny szrubowej. Na ich miejsce urządzono obszerne recypiensa dla umocowania liny, którąby kaskada wody ochraniała od zmian powietrza. Drut wten sposób przechodzi z tych pływających jezior do morza, nie stykając się wcale z powietrzem atmosferycznem. Czynność założenia liny dokonała się pomyślnie a po otrzymaniu żądanego skutku Great-Eastern na nowo pozostawiono w opuszczaniu. Właśnie przypadała Wystawa powszechna 1867. Powstała wtedy spółka francuzka, nazwana Stowarzyszeniem Wynajmujących Great-Eastern z odpowiedzialnością ograniczoną, z kapitałem dwu milionów franków, w zamiarze użycia tego obszernego okrętu, do przewiezienia zaoceanowych amatorów. Stąd powstała konieczność zastosowania parostatku do tego użytku, uzupełnienia recypiensów, poprawienia kotłów a mianowicie powiększenia sal, które tysiące podróżnych zamieszkać miało i wspanialszego urządzenia jadalnych pokojów; w końcu trzeba było przygotować trzy tysiące łóżek po bokach tej olbrzymiej kotliny.

Great-Eastern został wynajęty za dwadzieścia pięć tysięcy franków miesięcznie.

Dwie umowy były zrobione z G. Forrester et com. z Liverpolu: pierwsza za pięćset trzydzieści osiem tysięcy, siedemset piędziesiąt franków, dla wstawienia nowych kotłów śrubowanych; druga umowa za sześćset sześćdziesiąt dwa tysiące pięćset franków dla ogólnej naprawy i wprowadzenia w ruch statku. Rzucono się do dzieła. Przez pięć dni, ciągnęły się roboty, z żarliwą akuratnością. Opóźnienie szkodziło znacznie, przedsiewzięciu wynajmujacych ale nie mogli na to nie poradzić przedsiebiercy. Wyruszenie było oznaczone, nieodzownie na 26 marca. Jeszcze 25 pokład parostatku był założony rozmaitemi narzędziami dodatkowemi. Nakoniec tego ostatniego dnia wszystko było w pogotowiu. Wieczorem około piątej godziny, przybyła szalupa parowa. Przeznaczono ją do Great-Eastern. Jej lokomobila została z początku odjęta i wniesiona na pokład za pomocą windy. Ale co do samej szalupy, to niepodobna było z powodu jej ogromnego ciężaru wnieść na parostatek. Trzeba więc było obejść się bez niej i innego użyć sposobu. Tego wieczora, wszystko było prawie skończone. Bulwary wyczyszczone nie zostawiały śladów błota; użyto dotego całej armii zamiataczy. Ładunek był zupełnie skończony. Poszedłem spać z nadzieją jutrzejszego wyjazdu. I wtem się nie omyliłem. Z brzaskiem dnia 26 marca, zobaczyłem powiewającą przy maszcie z przodu, banderę amerykańską, przy wielkiem maszcie banderę francuzką, a wrogu tylnego masztu angielską.



III.

Rzeczywiście Great-Eastern przygotowywał się do odpłynięcia... Z pięciu jego kominów już rozchodziły się kłęby czarnego dymu. Gorący ług, parował naprzeciwko głębokich studni, które podawały wodę do machin. Kilku majtków nabiło cztery duże armaty; które miały pozdrowić Liverpool przy naszem przejściu. O godzinie jedenastej, tapicerzy wbili ostatni gwóźdź, malarze wykończyli ostatnie malowidło. Potem odpłynęli na małym statku, który na nich czekał. Ponieważ ciśnienie było dostateczne, parę puszczono w cylindry machiny nadającej ruch statkowi i mechanicy uznali, że genijalnie pomyślany przyrząd działał jak się należy.

Pogoda była dosyć ładna. Wielkie smugi słońca, przedzierały się po przez raptownie rozbiegające się chmury. Wiatr był wielki na morzu i dął gwałtownie, na co Great-Eastern był obojętnym. Wszyscy oficerowie już byli na miejscu i rozeszli się w różne strony statku, ażeby wyruszenie przyprowadzić do skutku. Sztab składał się z kapitana, kapitana drugiej klasy, dwu drugorzędnych oficerów, pięciu poruczników z których jeden M. H... o był francuzem i z jednego ochotnika także francuza.

Kapitan Anderson jest to wielkiej sławy marynarz i w handlu angielskim. Jemu to zawdzięczamy ustawienie liny transatlantyckiej. Co prawda, jeżeli mu się udało tam gdzie jego poprzednicy chybili, to przyczyną tego jest że działał w warunkach daleko korzystniejszych, mając Great-Eastern do rozporządzenia. Bądź co bądź, tem powodzęniem zasłużył na tytuł „Sir” który mu królowa nadała. Był to komendant bardzo uprzejmy. Człowiek mający lat piędziesiąt, włosy płowo-blond, tego koloru blond co to utrzymuje swój odcień na złość wiekowi i porze, wysokiego wzrostu, twarz duża uśmiechnięta, fizyjonomija spokojna, postawa prawdziwie angielska, chód poważny i jednostajny, głos miły, oczy trochę biegające, nigdy nie trzyma rąk w kieszeniach, zawsze w rękawiczkach, wytwornie ubrany, z tym znakiem szczególnym, że wystawał mu koniec białej chusteczki z kieszeni surduta niebieskiego z potrójnym galonem złotym. Kapitan drugiej klasy, dziwnie się różnił od kapitana Andersona. Opisze go łatwo. Człowiek to mały, żwawy, płeć mocno opalona, oko cokolwiek krwią nabiegłe, czarna broda sięgająca aż do pasa, nogi kabłąkowate, stawiające opór wszystkim kołysaniom niespodziewanym. Marynarz czynny, baczny, drobiazgowo dokładny, wydawał rozkazy głosem urywanym rozkazy które powtarzał nadzorca ładunku z tym rykiem lwa zakatarzonego, który jest właściwy marynarce angielskiej służby. Ten drugiej klasy kapitan nazywał się W.... Zdaje się że to był oficer od floty, przez szczególne pozwolenie naznaczony do Great-Eastern. Nakoniec miał ruchy „wilka morskiego” i zapewnie był ze szkoły tego francuzkiego admirała, — męża wyprobowanego we wszystkich poświęceniach — który w chwili walki, bezustannie wołał do swoich ludzi: „Dalej dzieci, nie cofajcie się, gdyż znacie mój zwyczaj wysadzania wszystkich w powietrze!”

Oprócz tego sztabu, machiny były pod zarządem głównego inżyniera, przy pomocy ośmiu czy dziewięciu oficerów mechaników. Pod ich rozkazami pracował batalion z dwustu piędziesięciu ludzi złożony: palaczy, smarowników, i t. p. którzy głębości statku nigdy nie opuszczali.

Dzień i noc, ten batalijon był zajęty, żeby sto ognisk rozpalić przy dziesięciu kotłach, z których każdy miał po dziesięć kominów.

Wszyscy byli na swoich miejscach. Mały statek który miał „przeprowadzić” Great-Eastern z ujścia Marsey był od wczaraj gotów. Spostrzegłem równie mały statek francuski, z wyspy Molere, około Ouessant, który miał znami przepłynąć z Liwerpoolu do New-Yorku, a zpowrotem wprowadzić parostatek do przystani Brest.

— Zaczynam wierzyć, że dziś odpłyniemy — rzekłem do porucznika H.

— Czekamy tylko na pasażerów, odpowiedział mój spółrodak.

— Czy są liczni?

'A Floating City' by Jules Férat 05

— Tysiąc dwieście lub trzysta. Jestto ludność większego miasteczka. Jak przekonałem się później, byli to Kalifornijczycy, Kanadejczykowie, Yankeesi, Peruwijanie, Amerykanie południowi, Anglicy, Niemcy, i dwu czy trzech Francuzów. Między innemi odznaczali się — sławny Cyrus Field z New-Yorku; zacny Jan Rose z Kanady; szanowny Mac-Alpine, z New-Yorku; państwo Alfredowie Coher, z San-Francisko; państwo Whitnej z Mont-Béal; kapitan Mac Ph.... z żoną. Pomiędzy francuzami znajdował się założyciel Stowarzyszenia Wynajmujących Great-Eastern p. Juljusz D.... reprezentant owej Teleqraph construction and maintenance company która wniosła do interesu dwadzieścia tysięcy liwrów. Rozpoczęło się pomieszczenie bagaży i pasażerów, spokojnie a prędko, jakby to byli ludzie wchodzący do swoich mieszkań. Francuzom zdawało się, że powinni iść jak do szturmu, postępując jak prawdziwi żuawi.

Każdy z pasażerów, jak tylko stanął na pokładzie, poszedł do sali jadalnej, by obrać miejsce przy stole. Na kawałku papieru zapisawszy swe nazwisko lub zostawiwszy bilet, zapewniło się sobie jedzenie. Stoły były nakryte i wkrótce wszystkie, obsiedli współbiesiadnicy, którzy jeżeli są Anglo-Saksoni, umieją doskonale w podróży czas przepędzić przy pomocy widelca i noża.

Zostałem na pokładzie, aby się przypatrzyć wszystkim szczegółom wylądowania. O w pół do pierwszej bagaże zostały przeniesione. Widziałem wtym nieładzie, tysiące kufrów rozmaitego kształtu, różnej wielkości, skrzynie duże jak wagony, które mogły pomieścić wszystkie ruchomości, małe wytworne woreczki i owe walizy amerykańskie lub angielskie, tak odznaczające się kosztowną skórą, licznemi sprzączkami połyskującemi, blaskiem okuć miedzianych i t. p. Wszystkie te rupiecie wprędce znikły w magazynach. Tender ruszył, pokrywając kłębami dymu, świąteczne płótno Great-Eastern’u. Zwróciłem się na przód statku i niespodziewanie spostrzegłem tego młodego człowieka, którego widziałem na brzegu New-Prince. Zobaczywszy mnie, stanął, wyciągnął rękę, ja ją uścisnęłem z czułością.

— Jesteś tu Fabianie? zawołałem.

— Tak kochany przyjacielu.

— Więc się nie myliłem, więc ciebie to widziałem, kilka dni temu na brzegach portu?

— Prawdopodobnie, odpowiedział Fabian, jednak, ja ciebie niespostrzegłem.

— I płyniesz do Ameryki?

— Oczywiście! Czy można lepiej spędzić czas kilka miesięcznego urlopu, jak przebiegając świat?

— Dla tej turystowskiej przejażdżki, szczęśliwym trafem zrobiłeś wybór z Great-Eastern’u.

— To niewypadkiem, kochany przyjacielu; w jednym z dzienników czytałem, że masz popłynąć na Great-Eastern a nie widząc cię od lat kilku, przyjechałem, aby odbyć z tobą, razem tę podróż.

— Z Indyi przybywasz?

— Onegdaj wysiadłem z Godawery w Liwerpoolu.

— Więc podróżujesz, Fabianie?.. pytam się patrząc na jego twarz bladą i smutną.

— Dla rozrywki, jeżeli ona dla mnie być może, ściskając mi rękę ze wzruszeniem, odpowiedział kapitan Fabian Mac-Elwin.



IV.

Fabian odszedł dla umieszczenia się podług numeru swego biletu, wpokoju 73 w korytarzu dużego salonu. W tej chwili, kłęby dymu wychodziły z szerokich kominów parostatku. Wrzenie kotłów słychać było, para z nich opadała drobnym deszczem na pokład. Poruszenia z hukiem połączone oznajmiały działania machin. Można już było odpłynąć. Trzeba było najprzód podnieść kotwicę. Fala wznosiła się jeszcze ciągle, parostatek skręcony jej pędem, zwrócił się do niej przodem. Wszystko było gotowe aby wypłynąć z rzeki. Kapitan Anderson powinien był skorzystać z chwili, i wyruszyć, gdyż długość parostatku nie dozwalała obrócić się w Massey. Nie płynąc z biegiem wody, lecz przeciwnie odbijając prąd fali, był pewniejszym kierowania swym olbrzymem, pomiędzy licznemi statkami na rzece. Najmniejsze dotknięcie tego kolosu byłoby straszne w swych skutkach.

W tych warunkach trzeba było sił wielkich dla podniesienia kotwicy. Parostatek popychany pędem, wyciągał łańcuchy, na których był przymocowany. Aby wyciągnąć kotwicę z ich zagłębienia, użyć musiano silnych narzędzi. Przymocowano do łańcuchów „Anehor-boat”, — rodzaj statku używanego do tej roboty, — lecz jego windy nie były dostateczne, więc wzięto przyrządy mechaniczne, które Great-Eastern miał na swój użytek. Do podniesienia kotwic użyto maszyny o sile siedemdziesięciu koni. Para z kotłów wpuszczona w cylindry, zastosowaną była do windy. Wszystko to atoli nie było wystarczające. Kapitan Anderson kazał przyrządzić drągi i niemi pięćdziesięciu ludzi windę obracało.

Parostatek zaczął wchodzić na kotwicę. Robota jednak szła wolno; ogniwa łańcuchów chrzęszczały w otworach na przodzie okrętu; według mego zdania można było ulżyć pracę, okręcając parę razy koła, dla łatwiejszego ich zdjęcia. Byłem wówczas na pokładzie wraz z innymi pasażerami. Przypatrywaliśmy się szczegółom działania i skutkom przyrządów.

Koło mnie, stał jakiś podróżny; wzruszał ramionami, zniecierpliwiony powolnością tych robót, nie szczędził bezustannych żartów z powodu bezskuteczności machin. Byłto, mały chudy człowieczek, muskularny, z ruchami gorączkowemi; pod zmarszczkami powiek zaledwie widać mu było oczy. Fizyjonomista byłby odrazu poznał, że koleje życia przedstawiały się zawsze ze strony śmiesznej dla tego filozofa ze szkoły Demokryta, nigdy u niego nie spoczywały muszkuły zygomatyczne, potrzebne do poruszeń śmiechu. Zresztą widziałem go później, — miły towarzysz podróży.

'A Floating City' by Jules Férat 06

— Panie powiedział mi, myślałem dotąd, że machiny są zrobione dla pomocy ludziom a nie ludzie dla pomocy machinom! Właśnie miałem odpowiedzieć na tę słusznę uwagę, kiedy powstały krzyki! Ja i mówiący zostaliśmy naprzód popchnięci. Wszyscy ludzie rozstawieni przy sztabach leżeli przewróceni. Jedni się podnosili, inni na pokładzie spoczywali. Ponieważ jedno kółko machiny złamało się, lina zboczyła pod strasznym naciskiem łańcuchów. Ludzie zaskoczeni z tyłu, zostali uderzeni z okropną gwałtownością w głowę lub piersi. Sztaby, oderwane od sznurów, naokoło kartaczując, zabiły majtków czterech, a pokaleczyły dwunastu. Pomiędzy temi ostatniemi, jednego Szkota z Dundee nadzorcę służby okrętowej.

Skoczono ku tym nieszczęśliwym. Rannych zaniesiono do miejsc dla chorych przeznaczonych. Co do czterech zabitych, miano ich na brzeg niezwłocznie przewieść. Zresztą, Anglo-Seksoni, są tak obojętni na życie ludzkie, że ten wypadek nie zrobił na nich szczególnego wrażenia. Ci nieszczęśliwi zabici i ranni, uderzeni byli tylko zębami koła machiny które w krótkim czasie naprawić było można i bez wielkiego kosztu. Tender oddalony wrócił za danym znakiem. W kilka minut potem, przybył do statku. Poszedłem do coupée, pomost nie był jeszcze zdjęty. Zaniesiono na tender zabitych obwiniętych w kołdry. Jeden z doktorów, popłynął z niemi do Liverpoolu, z zaleceniem spiesznego powrotu na Great-Eastern. Tender odpłynął natychmiast a majtkowie poszli zmyć ślady krwi, pozostałe na pokładzie.

Muszę i to dodać, że jeden z pasażerów lekko uderzony, skorzystał ze sposobności i wrócił tenderem. Miał już dosyć Great-Eastern'u.

Patrzyłem za oddalającym się z całą szybkością statkiem. Odwróciwszy się spostrzegłem za sobą towarzysza mego z wyrazem twarzy ironicznym, mruczącego te słowa:

— Podróż dobrze się zaczyna!

— Fatalnie, odpowiedziałem. Z kimże mam przyjemność mówić?

— Z doktorem Dean Pitferge.



V.

Podjęto robotę na nowo. Za pomocą „anchorboatu” ulżono łańcuchom i kotwice zostały wreszcie ze swego zagłębienia wyjęte. Z wieży Birkenhead, wybił kwadrans na drugą. Nie można już było zwlekać dłużej, jeżeli się chciało skorzystać z przypływu morza. Kapitan i sternik weszli na statek. Jeden porucznik stanął przy przyrządzie śrubowym, drugi przy przyrządzie sygnałowym. Sternik stał między niemi przy małym kole do poruszania sterem. Na wypadek niedostateczności machiny parowej, czterech innych sterników czuwało z tyłu przy kołach wielkich, znajdujących się koło okien do przewietrzania. Great-Eastern był wprzestrzeni swobodnej, i potrzeba było tylko odepchnąć falę dla wyjścia z rzeki. Dano znak do odjazdu. Koła uderzyły o powierzchnią wody, śruba odwinęła się w tył i ogromny okręt zaczął wyruszać. Większa część pasażerów wszedłszy na najwyższe piętro przyglądali się podwójnemu pejzażowi najeżonemu kominami który przestawiał po stronie prawej Liverpool a po lewej — Birkenhead. Marsey zapchana statkami, z których jedne były na kotwicach, inne wylądowywały lub odpływały, pozostawiał naszemu parostatkowi same tylko kręte przejścia. Lecz pod ręką żeglarza, czuły na najmniejszy kierunek steru, przesuwał się on w wązkich przejściach, i obracał jak okręt do połowu wielorybów, pod silnem wiosłem sternika. Myślałem na chwilę, że uderzymy o statek handlowy, który płynął z biegiem wody, i o mało co się nie otarł o Great-Eastern, ale uniknęliśmy uderzenia; a gdy potem spojrzałem, okręt ten, objętości siedmiu do ośmiu beczek, wydał mi się jak jedno z tych czółen które dzieci puszczają przy porcie Green-Park, albo Serpentine-Rivero. Wkrótce przepływał Great-Eastern głębokość wylądowania przy Liwerpoolu. Z tych czterech armat któremi miano salutować miastu, nie strzelano przez uszanowanie dla umarłych, których tender wysadzał w tej chwili na ląd. Zamiast wystrzałów, straszliwa burza zagrzmiała. Było to ostatnie wyrażenie grzeczności narodowej. A więc klaskano w dłonie, poruszano ramiona, chustkami powiewano z tem uniesieniem, którym anglicy tak szafują na wyjazd każdego statku, chociażby to było czółno, mające odbyć przechadzkę w zatoce. Jakteż bo odpowiadano na te pożegnania! Jakie echa sprowadzały one na wybrzeżach! Tysiące ciekawych pokrywało mury Liwerpoolu i Birkenheadu. Małe statki, zapełnione widzami, mrowiły się na Maresey. Marynarze z Lord-Clyde, statku wojennego; stojącego wprzystani, powchodzili na drągi masztowe, witając olbrzyma swemi okrzykami. Ze szczytu najwyższego piętra statków, stojących na kotwicy w rzece, muzyka donosiła nam przestraszające harmonije, których nawet wszystkie okrzyki zagłuszyć nie mogły. Bandery wznoszono i spuszczano na cześć Great-Eastern'u. Wkrótce atoli zaczęły się krzyki przyciszać i niknąć w oddali. Nasz parostatek przypłynął blisko Tripoti, pakiebotu z linii Cunard przeznaczonego do przewiezienia emigrantów, który pomimo swej objętości dwu tysięcy beczek, wydawał się zwyczajną barką. Później po obydwu brzegach coraz mniej widać było domów. Dymy zaczerniać pejzaż przestały. Wieś zakończyła się na murach z cegły. Jeszcze kilka długich i jednakowych rzędów domów rzemieślniczych. Nakoniec wille się pokazały, i po lewej stronie rzeki Marsey, z platformy latarni morskiej i z oszańcowanego bastyjonu kilka ostatnich okrzyków poraz ostatni nas powitało.

O godzinie trzeciej, Great-Eastern przepłynął zakręty rzeki Marsey i wszedł w kanał Świętego Jerzego. Wiatr południowo zachodni dął gwałtownie. Nasze żagle wyciągnięte dobrze, nagiąć się nie dały. Morze wzdymało się kilku bałwanami, lecz nie czuł ich nasz parostatek.

Kapitan Anderson kazał się zatrzymać około godziny czwartej. Tender, aby nas dogonić, przypuszczał pary. Odwoził nam doktora. Kiedy łódka dopłynęła, rzucono drabinkę ze sznurów, po której nie bez trudności dostał się do nas lekarz. Zręczniejszy od niego nasz sternik tąż samą drogą spuścił się aż do swojej barki, która nań oczekiwała, każdy jej wioślarz był opatrzony w pas do pływania. Wkrótce potem połączył się z ładnym dwumasztowcem, który nań oczekiwał z wytężonemi żaglami.

Puszczono się natychmiast w drogę. Pod działaniem śruby i innych przyrządów szybkość Great-Easternu zwiększyła się. Pomimo wiatru, nie było kołysania. Wkrótce zmrok pokrył morze, a wyspa hrabstwa Walii zaznaczona wierzchołkiem, Hoty-Head, znikła wreszcie w ciemnościach nocy.



VI.

Nazajurz, 29 marca Great-Eastern płynął bokiem przy wybrzeżach Irlandzkich. Wybrałem sobie izdebkę na przodzie pierwszego rzędu z brzegu. Był to mały pokoik, dobrze oświetlony dwoma szerokiemi okienkami. Długi rząd izb oddzielał go od pierwszego salonu na przodzie, w ten sposób, że nie było słychać rozmów ani stukotu fortepianów, których nie brakowało na statku. Była to niby chatka odosobniona na końcu przedmieścia. Umeblowanie jego składały kanapa, łóżko, i gotowalnia.

O siódmej z rana przeszedłszy przez dwie sale dostałem się na pokład. Kilku pasażerów już tam było. Wiatr dął wielki, kołysanie było jednak nieznaczne gdyż morze zasłonięte wybrzeżem dosyć spokojnie się zachowywało. Przyszedłszy na najwyższe piętro do smoking-room[1], zobaczyłem tę długą przestrzeń wzgórza ładnie przedstawiającą się z profilu, z wieczną zielonością, która kazała nadać mu nazwę „szmaragdowego wybrzeża.”

Pomiędzy nami a wybrzeżem, morze przedstawiało się z odcieniem brudno zielonym jak blacha siarczanem miedzi nieregularnie poplamiona. Wiatr był jeszcze mroźny, mgły jak kurz tu i owdzie latały; mnóstwo statków chciało się podnieść z ziemi; parowce przechodziły wypluwając dym czarny; Great-Eastern, chociaż nie szedł jeszcze z wielką szybkością, wyprzedzał je bez trudności.

'A Floating City' by Jules Férat 07

Wkrótce rozpoznaliśmy Queen's-Town, małą przystań do wypoczynku, przy której kręciła się mała rybacka flotylka. Tam towarzyskie statki płynące z Ameryki i z oceanu południowego, — statki parowe czy żaglowe, zaatlantyckie czy handlowe, — przejeżdżając zostawiają worek z depeszami. Umyślny posłaniec z pośpiechem odnosi je do Dublina w kilka godzin. Sam pakiebot, zawsze z gotowemi machinami, zawsze dymiący, prawdziwe wrzeciono na kołach, idące przeciwko falom, statek podróżny w inny sposób użyteczny niż Gladiator albo Fille de l'air, zabiera te listy i składa je w Liverpoolu, przepływając tę przestrzeń, z szybkością osiemnastu mil na godzinę. Depesze w ten sposób przesyłane zyskują jeden dzień nad najszybszemi zaatlantykami. Około dziewiątej, wyszedłem na pokład, gdzie spotkałem kapitana Mac-Elwin'a. Towarzyszył mu jeden z jego przyjaciół, wysoki na sześć stóp, z brodą blond, z długiemi wąsami które ginęły między faworytami, podług ostatniej mody odsłaniając podbródek.

Ten wysoki mężczyzna przedstawiał typ oficera angielskiego, miał głowę do góry wzniesioną, spojrzenie śmiałe, łatwość i swobodę w ruchach, jednem słowem, wszystkie znamiona tej rzadkiej odwagi, którą nazwać można „odwagą bez gniewu”. Nie omyliłem się co do jego zawodu.

'A Floating City' by Jules Férat 08

— Mój przyjaciel Arhibald Corsican, rzekł do mnie Fabian, jak ja kapitan 22 pułku armii Indyjskiej.

W ten sposób przedstawieni, kapitan Corsican i ja skłoniliśmy się sobie wzajemnie.

— Tak krótko widzieliśmy się wczoraj kochany Fabianie, — rzekłem do kapitana Mac-Elwin ściskając go za rękę. Byliśmy właśnie w chwili. odpłynięcia. Wiem tylko tyle że nie sam przypadek spowodował nasze spotkanie na przestrzeni Great-Eastern'u. Wyznaję, że jeżeli w czemkolwiek wpłynąłem na postanowienie z twej strony....

— Bez wątpienia, kochany towarzyszu odpowiedział Fabian. Kapitan Corsican i ja przybyliśmy do Liwerpoolu z zamiarem, dostania się na brzeg China na linii Cunard, kiedy tymczasem dowiedzieliśmy się, że Great-Eastern miał przebyć nową podróż z Anglii do Ameryki: zdarzyła się więc sposobność. Dowiedziałem się, że znajdujesz się u brzegu, była to dla mnie wielka radość. Nie widzieliśmy się już od trzech lat, od naszej pięknej podróży do Państw Skandynawskich. Nie namyślałem się ani chwili i oto dla czego tender wysadził nas wczoraj przed tobą.

— Kochany Fabijanie, — odrzekłem — sądzę, że ani kapitan Corsican ani ty nie będziecie żałowali swego postanowienia. Przebycie Atlantyku na tym wielkim statku, jest bardzo interessującem nawet dla was, chociaż nie wielkimi jesteście marynarzami. Warto to widzieć. Lecz mówimy o tobie. Twój ostatni list, pisany przed sześcioma tygodniami, miał pieczęć Bombajską. To mi dało do myślenia, że jesteś jeszcze w swoim pułku.

— Byliśmy tam przed trzema tygodniami, odrzekł Fabijan. Prowadziliśmy tam to pół wojenne pół towarzyskie życie oficerów indyjskich, więcej czasu spędzając na polowaniach niż na wycieczkach przeciwko nieprzyjaciołom. Przedstawiam ci właśnie kapitana Urchibalda jako wielkiego pogromcę tygrysów. Jest to postrach Jungtów. A chociaż jesteśmy kawalerami i bez familii, jednak wzięła nas chętka zostawić trochę w spokoju biednych krwiożerców półwyspu, i pojechać odetchnąć nieco powietrzem Europejskiem. Dostaliśmy pozwolenie na rok, i zaraz przez morze Czerwone, Suez przez Francyją, przybyliśmy szybkością umyślnego do naszéj staréj Anglii.

— Nasza stara Anglija, odrzekł z uśmiechem kapitan Corsican — nie jesteśmy już w niéj, Fabijanie. Wprawdzie statek to angielski, co nas wiezie, lecz wynajęty przez towarzystwo francuskie, a ma nas zawieść do Ameryki. Trzy odmienne bandery powiewają nad naszemi głowami i dowodzą, że depczemy nogami ziemię francusko-angielsko-amerykańską.

— Mniejsza o to, odpowiedział Fabijan, na chwilkę marszcząc czoło pod bolesnem wrażeniem, — mniejsza o to, aby tylko dobrze przepędzić czas naszego urlopu! Potrzebujemy ruchu. To mi życie! Miło jest zapomnieć o przeszłości, a zabijać czas obecny nowemi rzeczami, które wokoło siebie napotykamy! W kilka dni będziemy w New-Yorku, gdzie uściskam swoją siostrę i jéj dzieci, których nie widziałem od kilku lat. Późniéj zwiedzimy wielkie jeziora, popłyniemy w dół Mississipi aż do Nowego-Orleanu. Z Ameryki przeskoczymy do Afryki, gdzie lwy i słonie dały sobie rendez-vouz na uczczenie przybycia kapitana Corsican, a ztamtąd powrócimy by narzucić Sypojom wolę metropolii!

Fabijan mówił to z prędkością nerwową, pierś jego wznosiła się westchnieniem. Widocznie miał jakąś przeciwność w swojem życiu, o czem nie wiedziałem, a nawet z jego listów nie mogłem nic przeczuć. Wydało mi się, że Archibald Corsican, wiedział o tych szczegółach. Okazywał on bardzo żywą przyjaźń Fabijanowi, młodszemu od siebie o lat kilka. Tak. Ten wysoki kapitan angielski, którego poświęcenie, przy sposobności mogło się posunąć, aż do heroizmu wydawał się starszym bratem Mac-Elwina.

W tym czasie na pokładzie rozległa się trąbka i nasza rozmowa została przerwaną. Jakiś pucołowaty steward zapowiadał na kwandrans naprzód, przekąskę (lunch) o w pół do pierwszéj. Cztery razy dziennie z wielkiem zadowoleniem pasażerów, odzywał się ten ochrypły rożek, o w pół do dziewiątej na śniadanie, o w pół do pierwszéj na przekąskę, o czwartej na obiad, o w pół do ósmej na herbatę. W krótkim czasie bulwary opustoszały, a wszyscy współbiesiadnicy zasiedli niebawem obszerne stoły, gdzie udało mi się umieścić blisko Fabiana i kapitana Corsicana.

Cztery rzędy stołów było w sali jadalnej. Na nich szklanki, butelki, poustawiane na podstawkach, przedstawiały niewzruszoność i porządek doskonały. Parostatek żadnych poruszeń fali czuć nie dawał. Współbiesiadnicy, mężczyzni, kobiety i dzieci, mogli jeść bez obawy. Potrawy wybornie przyrządzone, krążyły na okół. Wielu stewardów pilnie usługiwało. Na żądanie każdego, wymienione na małéj karcie ad hoc, dostarczali win, likierów, piwa angielskiego, te przedmioty szły na osobny rachunek. Pomiędzy wszystkiemi, mieszkańcy Kalifornii odznaczali się zdolnością picia szampana. Była tam obok swego męża, dawnego celnika, praczka zbogacona praniem bielizny w San-Francisko, która piła wino Cliquot, butelkę po trzy dolary. Dwie czy trzy młode misses, wątłe i błache, pożerały kawałki wołowiny z krwią. Drugie Mistress odpychające swym widokiem wypróżniały z małych kieliszków jaja na miękko. Inne kosztowały z widocznem zadowoleniem torty, rumbarbarum albo sefery na wety. Każden działał z zapałem. Wydawało się, że jesteśmy w jakiéjś restauracyi na bulwarach samego Paryża, nie zaś na Oceanie.

Przekąska się skończyła, pokład zaludnił się na nowo. Ludzie mijając się kłaniali się sobie, lub zbliżali do siebie jak spacerujący w Hyde-Park. Dzieci biegały, bawiły się puszczając balony, popędzając kółka, jakby to robiły na piasku Tuileryjskiem. Większa część mężczyzn przechadzając się palili cygara. Damy siedząc na ławkach pracowały, czytały lub z sobą rozmawiały. Guwernantki i bony malców dozorowały. Kilku grubych opasłych amerykanów baryłów, chuśtało się na krzesłach kołyszących się, oficerowie statków szli i wracali jedni odbywając swą kolej na pomostach i czuwając nad kompasem, inni odpowiadając na zapytania, często śmieszne pasażerów. Słychać było także przy uciszeniu się wiatru głos organu umieszczonego przy dużym maszcie tylnym, dźwięk dwu czy trzech fortepijanów Pleyela, które puściły się na nieznośne wyścigi w salonach dolnych.

Około godziny trzeciej powstały głośne okrzyki. Pasażerowie zajęli najwyższe piętro. Great-Eastern spotkał prawie ręka w rękę okręt pocztowy. Byłto Opropontis płynący do New-Yorku, witał on olbrzyma morskiego przepływając, a ten wzajemnie oddawał powitanie.

O w pół do piątéj widać było jeszcze ziemię na trzy mile od prawego brzegu. Zaledwie ją można było dojrzeć wśród pasm ulewy, która raptownie się puściła. Wkrótce światło się nam pokazało. Była to latarnia z Fasteszota umieszczona na pustej skale; noc się zrobiła, podczas której mieliśmy przepłynąć za przylądek C'Lear, ostatni punkt wybrzeży Irlandyi najbardziéj naprzód wysunięty.



VII.

Z środy na czwartek nie dobrą noc mieliśmy. Moje łóżko poruszało się najokropniej tak, że na jego deskach musiałem się opierać łokciami i kolanami. Worki i walizy wysuwały i wsuwały się w moim pokoiku. Nieład niezwykły zapełniał sąsiedni salon, w którym dwieście czy trzysta skrzyń tymczasowo złożonych, toczyły się od jednéj ściany do drugiéj, potrącając z łoskotem ławki i stoły. Drzwi trzaskały, szklanki i butelki potrącały się w swem zawieszeniu ruchomem, naczynia stołowe spadały z kredensu na podłogę. Słyszałem także chrapania nieregularne szruby i uderzenia kół, które kolejno wychodząc na wierzchy uderzały powietrze swemi szprychami. Po tych wszystkich oznakach poznałem, że wiatr wzmógł się znacznie i że parostatek nie był już obojętnym na fale morskie, które go zabierały w poprzek.

Wstałem o siódmej rano, spędziwszy noc bezsennie. U czepiłem się jedną ręką łóżka, a drugą byle jak się ubierałem. Bez oparcia nie byłbym się utrzymał na nogach, stoczyłem też prawdziwą walkę z mojem paltotem aby go na siebie włożyć. Wyszedłem z mego pokoiku przez salon, rękami i nogami torując sobie drogę pomiędzy tą falą skrzyń. Wszedłem na schody na kolanach, jak wieśniak rzymski, wdrapujący się po schodach Scala Sante Poncyjusza Piłata i nakoniec dostałem się na pokład, gdzie silnie się uczepiłem haczyka.

'A Floating City' by Jules Férat 09

Ziemi nie było widać zupełnie. Za przylądek C'Lear przez noc przepłynęliśmy. W koło nas roztaczał się obszerny obwód, zakreślony liniją wody na sklepieniu niebieskiem. Great-Eastern wzięty w poprzek bez pomocy żagla, kołysał się strasznie. Morze koloru siwego, wzdymało się wielkiemi falami. Maszty jak długie końce cyrkla zakreślały w powietrzu liczne łuki. Kołysanie okrętu wzdłuż było nieznaczne, przyznaję, lecz kołysanie się z boku na bok było nieznośne. Niepodobna się było utrzymać na nogach. Oficer kolejny uczepiwszy się mostku, wyglądał jakby na chuśtawce. Od haczyka do haczyka zaledwie dostałem się do buduaru na prawym boku okrętu. Pokład był mokry od mgły i bardzo śliśki. Przygotowywałem się już uczepić za sztachety mostka, gdy ciało jakieś padło mi pod nogi.

Było to ciało doktora Dean Pitferge. Podniósł się zaraz mój oryginał na kolana, i patrząc na mnie rzekł:

— Otóż to właśnie. Wielkość łuku, zakreślonego przez ściany Great-Easternu wynosi czterdzieści stopni, dwadzieścia pod poziomem, a dwadzieścia nad poziomem.

— Doprawdy — zawołałem śmiejąc się — nie ze spostrzeżenia, tylko z położenia, w jakiem one były zrobione.

— Tak jest — powtórzył doktór. Podczas kołysania się szybkość ścian wynosi jeden metr, siedemset czterdzieści cztery millometrów na sekundę. Okręt za atlantycki który jest o połowę węższy, w tem właśnie czasie przeważa się z jednego boku na drugi.

— A więc odrzekłem, ponieważ Great-Eastern, wraca tak prędko do położenia prostopadłego, jest to skutkiem zbyt wielkiej nieruchomości.

— A tak, dla okrętu, lecz nie dla — jego pasażerów, przerwał wesoło doktór Pitferge, — gdyż oni jak pan widzisz, powracają do poziomu i to prędzéj niżby chcieli.

Doktór zachwycony swą odpowiedzią, podniósł się, a potem wzajemnie się podpierając doszliśmy przecie do ławek na najwyższym piętrze w tyle okrętu urządzonych. Dean Pitferge wyszedł cało podrapawszy się tylko w kilku miejscach, winszowałem mu tego, bo mógł sobie głowę rozbić.

— O! na tem nie koniec! odpowiedział, — wkrótce mieć będziemy klęskę.

— My?

— Parostatek, a zatem, ja, my i wszyscy pasażerowie.

— Jeżeli pan mówisz bez żartów zapytałem, — dla czego wsiadłeś pan na okręt?

— Żeby zobaczyć co nastąpi, gdyż nie bardzo by mi się nie podobało nasze rozbicie! odrzekł doktór, patrząc na mnie znacząco.

— Czy to po raz pierwszy płyniesz pan na Great-Eastern'ie?

— Nie. Odbyłem już kilka podróży... jako amator.

— Nie masz więc pan czego żałować!

— Ja też wcale nie żałuję, konstatuję tylko fakta, a oczekuję cierpliwie, godziny nieszczęścia.

Czy doktór żartował sobie ze mnie? Nie wiedziałem co myśleć. Wydawały mi się bardzo ironicznie jego małe oczy. Chciałem go się lepiej wypytać.

— Doktorze, mówię mu, — niewiem na czem opierasz swoje złe przepowiednie, — ale pozwól pan sobie przypomnieć, że Great-Eastern już dwadzieścia razy przebył atlantyk i jego podróże były zadawalniające.

— Mniejsza z tem! odrzekł Pitferge.

Ten okręt został „zaczarowany” używając wyrażenia upowszechnionego między ludem. On nie ujdzie swego przeznaczenia. Wiedzą o tem i nie mają w nim zaufania. Przypomnij pan sobie, ile trudności inżynierowie doznali, aby go zepchnąć. Nie chciał się daléj posunąć, tak samo jak szpital w Greenwich. Sądzę nawet, że Brunnel, który go budował, umarł „ze skutków operacyi, jak my się wyrażamy po lekarsku.”

— Ah! doktorze, odrzekłem — to jesteś pan chyba materyjalistą?

— Skądże to pytanie?

— Gdyż uważałem, że wiele osób nie wierzących w Boga, wierzą zresztą we wszystko, nawet w złe oko.

— Żartuj pan, — odpowiedział doktór, — lecz pozwólże mi dalej ciągnąć moje dowodzenie.

Great-Eastern zrujnował już kilka spółek handlowych. Zbudowany dla przewożenia emigrantów i handlu towarami w Australii, nigdy nie był w Australii. Obrachowany dla nadania szybkości większej, niż mają statki za oceanem, nie dorównał im wcale.

— Z tego rzekłem — można wnosić!...

— Czekaj pan, odrzekł doktór, Już utonął jeden z kapitanów Great-Eastern'u, a byłto jeden z najzdolniejszych gdyż trzymając go prawie na wprost fal, umiał uniknąć tego nieznośnego kołysania z boku na bok.

— A więc! trzeba żałować straty tego zdolnego człowieka i nic więcej.

— Potem — odparł Dean Pitferge, nie zważając na moje niedowiarstwo, — opowiadają różne historyje o tym parostatku. Mówią, że jednego z pasażerów, co zbłądził w jego głębokościach, jak pijonier w lasach Ameryki, nie można było nigdy wynaleść.

— Ach! powiedziałem ironicznie, — otóż i dowód!

— Opowiadają także, znów przerwał doktór, że przy urządzeniu kotłów, jeden mechanik został wepchniętym, przez nieostrożność w skrzynkę z parą.

— Brawo! wykrzyknąłem! Mechanik wepchnięty! E ben trovato. I ty wierzysz temu doktorze!

— Wierzę, odpowiedział mi Pitferge, wierzę na prawdę, że nasza podróż źle się zaczęła i źle się skończy.

— Wszak Great-Eastern, jestto okręt trwały odrzekłem, zrobiony z całą ścisłością sztuki budowniczej, co mu pozwala opierać się falom jak gdyby był pniem pełnym i wyzywać spokojnie morze najbardziej wzburzone!

— Zapewne jest on trwały, — odparł doktór, — ale niech no wpadnie we wklęsłość fal morskich, a zobaczysz pan czy się podniesie. Jestto to olbrzym, dajmy na to, lecz olbrzym, którego siła nie jest proporcyjonalna do jego budowy. Machiny są za słabe dla niego. Słyszałeś pan o jego. podróży dziewiętnastej z Liwerpolu do New-Yorku?

— Nie słyszałem.

— Otóż ja byłem na niem. Wyjechaliśmy z Liwerpolu 10 grudnia we wtorek. Pasażerów było dużo; wszyscy przejęci byli największą ufnością. Wszystko szło dobrze, dopóki byliśmy zabezpieczeni od fal przylądkiem Irlandzkim. Nie było ani kołysań ani chorych. Drugiego dnia ta sama obojętność na morze, ta sama niewypowiedziana radość pasażerów. Nad ranem 12, wiatr zaczął dąć porządnie. Bałwany od strony morza wzięły nas w poprzek; Great-Eastern zaczął się kołysać. Pasażerowie, mężczyzni i kobiety schowali się do swoich pokoików. O godzinie czwartej wiatr dął burzliwie. Meble zaczęły tańczyć. Uderzeniem głowy uniżonego sługi pańskiego, stłukło się jedno z luster dużego salonu. Rozbijają się wszystkie naczynia stołowe. Hałas straszny! Osiem szalup, urwało się ze swoich haków przez jedno uderzenie morza. W téj chwili położenie zaczęło być niebezpieczne. Machina kołowa musiała być wstrzymana. Zagrażał wpadnięciem narzędzia w machiny, ogromny kawał ołowiu oderwany przez kołysanie. Tymczasem szruba nie przestawała popychać nas naprzód. Wkrótce koła nabierają znowu pół prędkości, lecz jedno z nich, w czasie wstrzymania, wyszło z linii prostej, a jego sprychy i pale skrobnęły po pudle statku. Trzeba było na nowo zatrzymać machinę i zadowolnić się szrubą dla utrzymania przodu okrętu. Noc była okropna. Burza się wzmogła Great-Eastern wpadł wzagłębienia fal morskich i nie mógł się z nich wydobyć. Z brzaskiem dnia nie było ani jednego okucia na kołach. Rozwinięto kilku żagli dla nadania obrotu statkowi i postawienia go prosto na morzu. Żagle zaledwo rozciągnięte zaraz zostały porwane. Zamięszanie panuje wszędzie. Łańcuchy wyrwane, toczą się z jednego boku okrętu na drugi. W jednem ogrodzeniu dla bydła dno się zapadło, i krowa wleciała do salonu damskiego, w poprzek drzwiczek na pomoście okrętu do schodzenia na dół. Nowe nieszczęście! część śrubowa rudla pęka. Nie mają czem sterować. Uderzenia zastraszające dają się słyszeć. To rezerwoar od oliwy, ważący trzy tysiące kilogramów którego spojenia popękały, zamiatając przedział między dwoma pomostami, uderza naprzemian o boki wewnętrzne, które się mogą zapaść! Sobota przechodzi wśród ogólnego przestrachu. Byliśmy jeszcze ciągle w zagłębieniach fal. W niedzielę dopiero wiatr zaczyna ustawać. Jeden inżynier amerykański, pasażer okrętu, potrafił, przyczepić łańcuchy do rudla. Po mału zaczęto robić obroty. Wielki Great-Eastern powraca do prostej pozycyi na morzu, w osiem dni po opuszczeniu Liwerpolu, przypłynęliśmy do Osseenstownu. Otóż kto wie panie, gdzie będziemy za osiem dni.



VIII.

Trzeba przyznać, że doktór Dean Pitferge nie dodawał otuchy. Pasażerowie nie byliby go słuchali bez drżenia. Czy też on żartował, czy mówił poważnie? Czy to prawda, że on był na Great-Eastern podczas wszystkich jego podróży, a żeby mieć udział w jakiejś katastrofie? Lecz wszystko jest podobne dla takiego dziwaka, zwłaszcza dla anglika.

Tymczasem parostatek ciągnął dalej swój bieg, tocząc się jak łódź. Zachował niewzruszenie liniją loksodromiczną statków parowych. Wiadomo, że na powierzchni płaskiéj najkrótszą drogą z jednego miejsca do drugiego jest linija prosta. Na kuli linija krzywa utworzona przez wielkie łuki. Okręty dla skrócenia podróży, muszą z konieczności, trzymać się téj drogi. Lecz statki żaglowe, nie mogą płynąć tą liniją, jeżeli są wprost wiatru. Jedne tylko parowce są w stanie trzymać się ciągle kierunku ściśle oznaczonego, one też przybierają drogę wielkich łuków. I tak zrobił Great-Eastern podnosząc się trochę ku północo-zachodowi.

Kołysanie nie ustawało. Ta szkaradna choroba morska, od razu udzielająca się i epidemiczna, robiła gwałtowne postępy. Niektórzy pasażerowie, wynędzniali, bladzi, z nosem cienkim, policzkami wklęsłemi, skroniami ściśniętemi, mieszkali prawie na pokładzie, dla wciągania do płuc świeżego powietrza. Po większéj części wściekli byli na ten nieszczęśliwy parostatek który wyglądał na prawdę jak wiązka pływająca dla wskazówki, gdzie zarzucono kotwicę i złościli się na stowarzyszenie, którego prospekty ogłaszały, że choroby morskiéj „nie ma na tym okręcie.” Około godziny 9-téj, z lewego boku tylnej części okrętu dano znać o jakimś przedmiocie oddalonym o 3 czy 4 mile.

'A Floating City' by Jules Férat 10

Czy to był szkielet wieloryba, czy rozbity okręt? nie można jeszcze było rozpoznać! Grono pasażerów zdrowych zebrało się by patrzeć, na te szczątki pływające o trzysta mil od najbliższego brzegu.

Tymczasem Great-Eastern posuwał się ku przedmiotowi zapowiedzianemu. Lornety wszystkie tamże się zwróciły. Zdania o tem były bardzo podzielone, a wśród amerykanów i anglików, dla których każden pozór do zakładów jest dobry, stawki zaczęły iść w górę. Pomiędzy tymi ludźmi szalenie lubiącymi zakłady, zwróciłem uwagę na człowieka wysokiego wzrostu, którego rysy twarzy uderzyły mnie, z powodu oznak niedwuznacznych, głębokiej nieszczerości. Indywiduum to miało jakieś uczucie nienawiści ogólnéj, wystereotypowane na swej twarzy, na którem nie pomylili by się nigdy ani fizyjonomiści ani fizyjologowie; czoło sfałdowane zmarszczką prostopadłą, wzrok zuchwały zarazem i nieuważny, oko suche, brwi jedna przy drugiej, ramiona wysokie, głowa do góry, nakoniec wszystkie oznaki niezwykłéj bezczelności, połączonej z rzadkiem oszukaństwem. Kto był ten człowiek? nie wiedziałem, lecz niepodobał mi się nadzwyczajnie.. Mówił głośno i tym tonem, co to zdaje się rzucać obelgi. Kilku służalców, godnych jego, śmiało się z grubijańskich jego żartów. Osobistość ta utrzymywała, że rozpoznaje wdali szkielet wieloryba i twierdzenie swoje podtrzymywała znacznemi zakładami, na co natychmiast nie zabrakło amatorów.

Zakłady te, które się podniosły do sumy kilkuset dollarów, przegrał wszystkie. W istocie było to pudło rozbitego statku. Parostatek przybliżył się do niego szybko. Można już było poznać miedź zielono-szarą na jego zewnętrznym spodzie. Był to statek trzy masztowy, z popsutemi masztami leżący na boku. Zapewnie miał miarę pięciu do sześciu set beczek. Czy opuściła go służba okrętowa? było to pytanie, czyli używając wyrażenia angielskiego „great attraction”[2] tej chwili. Jednak nie było widać nikogo na tym pudle. Może rozbitki schronili się wewnątrz? Przez lunetę widziałem od niejakiego czasu, przedmiot poruszający się na przodzie tego statku, lecz wkrótce przekonałem się, że to była resztka trójkątnego żaglu, którą wiatr powiewał.

Z odległości pół milowej, wszystkie szczegóły tego pudła zaczęły być widoczne. Było ono nowe i zachowane w bardzo dobrym stanie. Jego ładunek, który się stoczył pod naciskiem wiatru, zniewolił go do pochylenia się na bok. Oczywiście ten statek zaskoczony w chwili krytycznéj, musiał poświęcić swe maszty.

Great-Eastern przysunął się do niego. Opłynął wokoło. Dawał znaki swej obecności licznemi gwizdaniami. Powietrze się od nich rozdzierało. A na tym rozbitym statku panowała cisza głucha i nieożywiona. Na całej przestrzeni morza zakreślonéj horyzontem, nic nie było widać. Ani jednéj szalupy przy boku tego rozbitka.

Służba okrętowa miała czas do ucieczki. Ale czy mogła się dostać na ląd, odległy o trzysta mil? Wątłe łódki czy mogły się oprzeć falom morskim, które tak przerażająco podrzucały Great-Eastern. Z resztą w jakim czasie mogła się stać ta katastrofa? Z powodu wiatrów panujących czy nie wypadało też szukać dalej na zachodzie, miejsca tego rozbicia? Wszystkie te pytania musiały zostać bez odpowiedzi.

Kiedy parostatek płynął z tyłu rozbitego statku, przeczytałem wyraźnie na jego tablicy nazwisko Lérida; lecz znaku portu do którego należał, wcale nie było. Z jego układu, z jego kształtów wysokich, z wysmukłości szczególnéj, sztuki drzewa na przodzie okrętu, majtkowie z naszego parostatku wnioskowali, że był budowy amerykańskiéj.

Statek handlowy, okręt wojenny pewnie by się nie wahał, zabrać to pudło, które musiało w sobie zawierać drogie towary. Wiadomo, że w wypadkach, ocalenia szczątków rozbitego statku, prawa morskie, przeznaczają wybawcom trzecią część wartości. Ale Great-Eastern, obowiązany do służby regularnéj, nie mógł wziąść tego szczątku aby go wlec za sobą tysiące mil. Wracać się nazad, aby go zaprowadzić do najbliższego portu, było także niepodobieństwem. Trzeba więc było zostawić go z wielkim żalem majątków; wkrótce też ten rozbitek został tylko małym punktem w przestrzeni, niknącym na horyzoncie. Grono pasażerów rozeszło się. Jedni poszli do swoich salonów, inni do pokoików, trąbka na drugie śniadanie nie zdołała zbudzić wszystkich tych śpiących obezwładnionych chorobą morską.

Około dwunastéj kazał kapitan Andersen umieścić dwa maszty przednie i jeden najmniejszy tylny. Okręt lepiej oparty mniej się kołysał. Majtkowie próbowali także ustawić, statek mały przykręcony do parostatku podług nowego systemu. Ale system był „zanowy” zapewnie, gdyż nie mogli go zużytkować i ten mały statek w całéj podróży nie był użytecznym.



IX.

Pomimo nieregularnych poruszeń okrętu, życie na nim zaczęło się organizować. Dla Anglo-Saksona nic nadto prostszego. Ten pakiebot — to jego cyrkuł, jego ulica i dom ciągle się przenoszące, i zawsze jest on u siebie. Francuz przeciwnie ma zawsze powierzchowność podróżnego, — kiedy podróżuje.

Jak tylko pogoda sprzyjała, mnóstwo osób było na bulwarach. Wszyscy ci spacerujący, co utrzymywali równowagę, pomimo pochylania się okrętu, mieli minę ludzi pijanych, u których pijaństwo sprawiło w jédnej chwili jednakowe skutki. Kiedy pasażerki nie wychodziły na pokład, to siedziały w swoim osobnym pokoju; albo w dużym salonie. Słychać było wtenczas hałaśliwe tony fortepianów. Trzeba powiedzieć, że te instrumentu „bardzo kołyszące się” podobnie jak morze, nie dozwoliłyby talentowi nawet Liszta grać bez mięszaniny. Basu brakowało, kiedy okręt się przechylał na lewy bok, a wysokiego tonu kiedy na prawy bok się skłonił. Stąd powstawały dziury w harmonii, albo próżnie w melodyi, na co nic nie uważały te uszy saksońskie. Między temi wszystkiemi wirtuozkami, zauważyłem kobietę wysoką, kościstą, która musiała się dobrze znać na muzyce! W istocie dla ułatwienia sobie czytania jakiegoś kawałka pooznaczała jednym numerem wszystkie nuty, a wszystkie klawisze fortepianu numerem odpowiednim. Jeżeli nuta była oznaczoną przez dwadzieścia siedm uderzała klawisz dwadzieścia siedm razy. Jeżeli była nuta pięćdziesiąt trzecia, uderzała pięćdziesiąt trzy razy. I to nie troszcząc się o hałas, panujący w koło niéj, ani o inne fortepijany brzmiące z sąsiednich salonów, ani o źle wychowane dzieci, które uderzały pięścią w klawisze nie zajęte!

W czasie tego koncertu obecni brali bez namysłu książki rozrzucone tu i tam po stołach. Jeżeli kto znalazł jakiś ustęp ciekawy odczytywał go głośno, a jego słuchacze z uprzejmością słuchając, dziękowali mu pochlebnym szmerem. Kilka dzienników poniewierało się po kanapach, były to owe dzienniki angielskie albo amerykańskie, które mają zawsze pozór starych, chociażby jeszcze porozcinane nie były. Jest to robota niewygodna, rozwijać te okropne arkusze, któreby pokryły powierzchnią kilku metrów kwadratowych. Ale że zwyczajem jest nie rościnać ich, są więc nierościęte. Jednego dnia miałem cierpliwość przeczytać w tych warunkach New-York Herald'a i przeczytać go do samego końca. Ale niech każden osądzi, czy byłem wynagrodzony za moje trudy, wertując tę plątaninę, kiedy pod rubryką „personal”[3] wyczytałem: Pan X... prosi ładnéj Miss Z...., którą spotkał wczoraj w omnibusie z dwudziestéj piątej ulicy, żeby przyszła jutro do niego pod 17 numer w Hotelu świętego Mikołaja. Życzyłby sobie pomówić z nią w kwestyi małżeństwa. Co zrobiła ładna Miss Z...? Nie chcę nawet o tem wiedzieć.

Całe to poobiedzie przesiedziałem w dużym salonie, obserwując i rozmawiając. Rozmowa była dosyć zajmująca, gdyż mój znajomy Dean Pitferge siedział koło mnie.

— Jakże się pan ma po wczorejszym upadku? — zapytałem go.

— Doskonale — odrzekł mi. Ale to nie chodzi.

— Kto nie chodzi? Pan?

— Nie, nasz parostatek. Kotły szrubów źle działają. Nie możemy otrzymać dostatecznego ciśnienia.

— Czy spieszysz się pan do New-Yorku?

— Bynajmniéj! Mówię to jako mechanik i nic więcéj. Bardzo mi tu dobrze i szczerzebymi żal było opuścić tę kollekcyję oryginałów, którą traf zgromadził na okręcie dla méj przyjemności.

— Oryginałów! — zawołałem, patrząc na pasażerów napływających do salonu Ależ wszyscy ci ludzie są do siebie podobni!

— A! widać, że ich pan zupełnie nie znasz, odpowiedział doktór. Gatunek jest ten sam — to prawda, lecz w tym gatunku ileż odmian. Uważaj pan tam, to grono mężczyzn, pozwalających sobie nogi na dywan wyciągać, a kapelusze wtłaczać na głowę. Są to Yankeesi, z małych stanów Maine, Vermont albo Connecticut, przedstawiciele nowéj Anglii, ludzie sprytni i czynni, trochę za nadto ulegli przewielebnym, ale mający tę wadę, że nie zasłaniają ręką ust, kiedy kichają. Ach! kochany panie, są to prawdziwi Saksoni, charaktery goniące za zyskiem i korzyścią tylko. Zamknij pan dwu Yankeesów w jednym pokoju, a w przeciągu godziny, każdy z nich zarobi dziesięć dollarów od drugiego!

— Nie będę się pana pytał, w jaki to sposób, śmiejąc się odrzekłem doktorowi, ale pomiędzy niemi widzę jakiegoś małego z nosem zadartym, prawdziwą chorągiewkę. Ubrany jest w długi surdut i czarne spodnie trochę przykrótkie. Kto to jest ten Pan?

— To pastor ewangelicki, człowiek znakomity z Massachusséts. Jedzie za żoną, byłą ochmistrzynią, bardzo korzystnie wciągnięta w jakąś sławną sprawę.

— A ten drugi wysoki i ponury, który wydaje się zatopiony w swoich wyrachowaniach?

— Ten człowiek rachuje rzeczywiście, powiedział doktór. On zawsze i ciągle obrachowuje.

— Zagadnienia?

— Nie, swój majątek. Jest to znakomity człowiek. O każdej godzinie wie, ile posiada, prawie do centyma. Jest on majętny. Jeden cyrkuł New—Yorku jest zbudowany na jego gruntach. Przed kwadransem miał milion sześćset dwadzieścia pięć tysięcy, trzysta sześćdziesiąt siedem dollarów i pół; w tej chwili ma tylko milion sześćset dwadzieścia pięć tysięcy trzysta sześćdziesiąt siedem dolarów i ćwierć.

— Skądżeż ta różnica w jego majątku?

— Stąd, że dopiero co wypalił cygaro za trzydzieści soldów. Doktór Dean Pitferge miał odpowiedzi zawsze tak niespodziewane, że wypytywałem go się bez końca. Bawił mnie. Wskazałem mu inne grono, umieszczone w innéj części salonu.

'A Floating City' by Jules Férat 11

— Tamci, odpowiedział mi, — to są ludzie z Far-West[4] Ten najwyższy, podobny do najstarszego kancelisty, jestto znakomity człowiek, naczelnik Banku w Chicago, zawsze ma pod ręką album przedstawiający główniejsze widoki jego ulubionego miasta. Pyszni się niem i ma słuszność — miasto zbudowane roku 1836 w pustyni, a dziś ma czterysta tysięcy dusz, licząc w to i swoję! Blisko niego widzisz tam kalifornijską parę. Młoda żona jest delikatna i zachwycająca. Mąż bardzo oskrobany, jest to dawny chłopak od pługa, który niegdyś kopał pepity[5]. Ta osobistość....

— Jest to znakomity człowiek — dodałem.

— Zapewnie, rzekł doktór, gdyż jego aktywa liczą się na miliony.

— A to indywidum ogromne, które rusza ciągle głową z góry na dół, jak murzyn w zegarze?

— Ta osobistość, — odpowiedział doktór, — to sławny Cokburn z Rochester, statystyk uniwersalny, który wszystko zważył, wszystko zmierzył, wszystko podzielił na dozy, wszystko zrachował. Zapytaj się pan tego nieszkodliwego manijaka! On panu powie, ile człowiek pięćdziesięcioletni zjadł chleba w ciągu swego życia, i ile metrów sześciennych powietrza spożył oddychając. On powie, ile tomów w ćwiartce zapełniłyby słowa adwokata z Temple-Bar, i ile mil dziennie robi faktor, roznoszący tylko same listy miłosne. On panu powie ile wdów przez godzinę przechodzi przez most w Londynie i jaka by była wysokość piramidy zbudowanej z ostryg zjedzonych. On panu powie...

Doktór będący w pewnym biegu swych obserwacyi, byłby dłużej ciągnął w ten sposób, lecz inni pasażerowie przechodzili szeregami przed naszemi oczyma i wywoływali nowe spostrzeżenia u niewyczerpanego doktora. Co za typy przeróżne w tym tłoku pasażerów! Jednak nie było tam ani jednego próżniaka, gdyż nie przepływa się z jednego lądu na drugi bez ważnego powodu. Większa część pasażerów płynęła zapewne po fortunę na ziemię amerykańską, zapominając, że dwadzieścia lat mając Yankees już ustalił swoje stanowisko, i w dwudziestym piątym będzie za stary aby wystąpić do walki. Pomiędzy temi miłośnikami niebezpieczeństw, wynalazcami temi goniącemi za powodzeniem, Dean Pitferge pokazał mi kilku dosyć zajmujących. Ten oto, uczony chemik współzawodnik doktora Liebiga utrzymywał, że wynalazł sposób zgęszczania wszystkich pierwiastków pożywnych z wołu w tabliczce mięsa wielkości sztuki pięcio frankowej, i jechał zbijać majątek na przeżuwających zwierzętach w Pampasach. Tamten znów wynalazca motoru kieszonkowego, konia parowego w pudełku od zegarka, — biegł z użytkować swój patent w Nowej Anglii. Inny znów Francuz z ulicy Chapon, wiózł trzydzieści tysięcy lalek z tektury które wymawiały „tata” z akcentem amerykańskim dobrze naśladowanym i nie wątpił, że się z pewnością zbogaci. A nie licząc nawet tych oryginałów, ileż to innych jeszcze, których sekretów nie można było dopatrzeć! Może pomiędzy niemi jaki kassyjer uciekał od próżnej kassy, a jakiś „detective”[6] tu robiąc się jego przyjacielem czekał tylko przybycia Great-Eastern do New-Yorku aby go ręką za kołnierz pochwycić? Może także poznanoby w téj massie niektórych puszczających się na interesa przemycane, którzy zawsze znajdują akcyjonaryjuszów łatwowiernych, chociażby się ten interes nazywał: współką oceaniczną dla oświecenia gazem Polinezyi albo stowarzyszeniem ogólnem węgli niéulegających spaleniu.

W tym czasie atoli, moje spostrzeżenia były przerwane wejściem młodego małżeństwa, które jak się zdawało, było pod wrażeniem zawczesnego znudzenia.

— To są Peruwijanie, mój kochany panie — mówił mi doktór, para ożeniona dopiero od roku, która przepędziła swój miodowy miesiąc na wszystkich horyzontach świata. Wyjechali z Lima wieczorem po weselu. Uwielbiali się w Japonii, kochali w Australji, znosili się we Francyi, kłócili w Anglii, a rozłączą się zapewne w Ameryce!

— A kto to taki zapytałem, ten wysoki mężczyzna postawy wyniosłéj, co wchodzi w téj chwili. Sądząc z czarnych wąsów, możnaby go wziąć za oficera.

— To Mormon, odrzekł doktór, Elder[7], p. Hatch, jeden z wielkich kaznodziejów Miasta Świętych. Jaki piękny typ mężczyzny! Przypatrz się pan temu oku dumnemu, téj powierzchowności, z której promienieje godność, jego postawie tak odróżniającéj się od postawy Yankesa. P. Hatch wraca z Niemiec i z Anglii, gdzie głosił mormonizm z powodzeniem, gdyż sekta ta liczy w Europie wielką liczbę stronników, którym pozwala zastosowywać się do praw ich kraju.

— Rzeczywiście, rzekłem, sądzę, że w Europie wielożeństwo jest im wzbronione.

— Zapewnie, kochany panie, lecz nie myśl, że wielożeństwo jest obowiązujące dla Mormonów. Brigham Young posiada harem, gdyż jemu to wypada; lecz wszyscy zwolennicy nie naśladują go na brzegach jeziora Słonego.

— Doprawdy! A p. Hatch?

— P. Hatch ma tylko jedną żonę, i uważa to za dostateczne. Zresztą, zamyśla nam objaśnić swój system, któregokolwiek wieczora w osobnym odczycie.

— Sala będzie zapełniona, — wtrąciłem.

— Tak, — odpowiedział Pitferge, — jeżeli gra nie zabierze mu zbyt wielu słuchaczy. Pan wiesz, że tu grają w kajucie na przodzie okrętu. Jest tam pewien Anglik twarzy brzydkiéj i odrażającéj; on to zdaje się przewodzi w gronie tych graczów. Jest to zły człowiek, opinii szkaradnéj. Czy go Pan zauważyłeś?

Niektóre szczegóły, dodane przez doktora, dały mi poznać to indywiduum, które tego samego poranku, odznaczało się swemi bezzasadnemi zakładami, co do owych szczątków, pływających na morzu.

Mój sposób poznawania ludzi nie omylił mnie. Dean Pitfergę powiedział, że on się nazywa Harry[8] Drake. Był to syn przemysłowca z Kalkutty, gracz, birbant, lubiący się pojedynkować prawie zrujnowany; jechał on prawdopodobnie do Ameryki, spróbować życia awanturniczego.

'A Floating City' by Jules Férat 12

— Tacy ludzie, dodał Doktór, znajdują zawsze pochlebców, którzy ich pod niebiosa wynoszą; i ten już ma swoje kółko łotrów a on jest w nim punktem środkowym. Pomiędzy niemi spostrzegłem małego człowieka kusego, twarzy okrągłéj, z nosem spłaszczonym, z wargami grubemi, w okularach złotych. Musi to być żyd niemiecki. Mianuje się doktorem Jadącym do Quebec, ale ja uważam go za nędznego filuta i wielbiciela Draka. Dean Pitferge, który przechodził z łatwością z jednego przedmiotu na drugi, teraz trącił mnie łokciem. Spojrzałem na drzwi sali. Weszli pod rękę młody człowiek dwadzieścia dwa lat mający i panna siedemnastoletnia.

— Czy to młode małżeństwo? spytałem.

— Nie; — odpowiedział doktór głosem napół wzruszonym; to dwoje dawno zaręczonych, oczekujących tylko przybycia do Nowego Yorku, aby się pobrać. Wracają z podróży po Europie, — rozumie się z upoważnienia familii, — a teraz już wiedzą, że są dla siebie stworzeni. Ładna młoda para. Z przyjemnością patrzę się na nich! Często ich widuję nachylonych nad drzwiczkami machiny: stamtąd rachują obracania się kół, które według nich za wolno się poruszają! Ah! panie jeżeliby nasze kotły były tak rozpalone do białości, jak serca tych dwojga młodych ludzi, toby to nam podniosło ciśnienie!



X.

Tego samego dnia, o w pół do pierwszej na drzwiach dużego salonu, sternik przylepił obwieszczenie następujące:

Szer. 51° 15' P.
Dłu. 18° 13' Z.
Odl: Fastenet, 323 mil.

Co znaczyło, że w południe, byliśmy o 323 mil od latarni w Fastenet, ostatniej jaka się nam pokazała na wybrzeżach Irlandyi, i na 51° 15' szerokości północnéj, a 18° 13' długości na zachód od południa w Greenwich. Był to punkt, w którym się statek znajdował. Kapitan w ten sposób dawał poznać, jego położenie; co dzień pasażerowie czytali o niem w tem samem miejscu. Tak więc radząc się tych obwieszczeń i przenosząc obliczenia na kartę jeograficzną, można było śledzić drogę Great-Eastern'u. Dotąd ten parostatek zrobił tylko 323 mil w przeciągu trzydziestu sześciu godzin. To było niedostatecznem, gdyż mały statek, który się szanuje, nie powinien w dwudziestu czterech godzinach mniéj przepłynąć jak 300 mil.

Rozstawszy się z doktorem, spędziłem resztę dnia z Fabijanem. Schroniliśmy się w tył okrętu, co Pitferge nazywał pójściem na przechadzkę w pole. Tam odosobnieni i oparci na wyniosłości okrętu, patrzeliśmy na morze bez granic. Mocne zapachy, dystylowane we mgle fal morskich, wznosiły się aż do nas. Małe tęcze na niebie, spowodowane przez promienie łamane, odbijały się w poprzek piany. Szruba wrzała bałwanami wody na czterdzieści stóp pod naszemi oczami, a kiedy wypływała na wierzch, jej zęby uderzały w fale z większym zamachem, wydobywając zarazem błysk mosiądzu. Morze wydawało się wielkim aglomeratem szmaragdów roztopionych. Grzywiasty ślad okrętu ginął w oka mgnieniu, jednocząc w tej samej drodze mlecznej i wrzenie bałwanów przez szrubę i przez koła wywołane. Ta białość, po któréj biegły rysunki więcéj odznaczające się, przedstawiała się, jak ogromny żagiel rzucony na tło niebieskie. Kiedy mewy, z białemi skrzydłami, które zdobiły festony czarne, wzlatały nad powierzchnią, pióra ich mieniły się i błyszczały, szybkiem odbiciem. Fabijan patrzał na ten cały urok fal, nic nie mówiąc.

Co on widział w tych morskich głębin lustrze, które na dawało się do najdziwaczniejszych kaprysów wyobraźni? Czy przesuwał się przed jego oczyma, jaki obraz ulotny który mu przesyłał ostatnie pożegnanie? Czy spostrzegał cień jaki zatopiony w tych wirach wody? Wydał mi się daleko smutniejszy niż zwykle, a nie śmiałem go spytać o przyczynę jego smutku. Po tak długiem naszem rozłączeniu się on to powinien był mnie się zwierzyć, a ja musiałem zwierzeń jego oczekiwać. Opowiedział mi on przeszłość swego życia o tyle tylko, o ile chciał, abym wiedział, mówił o pobycie w garnizonie Indyjskim, polowaniu, o wyprawach hazardownych, lecz o wzruszeniach napełniających jego serce, o przyczynie westchnień, które pierś mu wznosiły, zamilczał. Zaiste, Fabijan nie był z tych, co szukają ulgi w swych cierpieniach, opowiadając je innym; a przez to więcéj jeszcze cierpienia swe wzmagał.

Staliśmy więc tak pochyleni nad morzem, a kiedy się odwróciłem spostrzegłem, jak duże koła wznosiły się i zanurzały kolejno pod naciskiem kołysania.

Za chwilę Fabijan rzekł:

— Ten ślad jest prawdziwie cudowny, pomyśleć by można, że te poruszania fali mają upodobanie w rysowaniu liter! Patrz! litery l, litery e! A może mnie się tylko tak zdaje? Lecz nie! to są rzeczywiście litery! Zawsze te same! Zbytnie podrażniona imaginacyja Fabijana widziała w tem wirze, to co chciała w nim widzieć. Lecz co znaczyć mogły te litery? Co za wspomnienie wywoływały one w sercu Fabijana?

Wrócił on znowu do swéj milczącéj kontemplacyi. W reszcie rzekł do mnie porywczo:

— Chodź! chodź! ta przepaść mnie ciągnie!

— Co tobie jest, Fabijanie? — zapytałem biorąc obie jego ręce, co ci jest mój przyjacielu?

— Mam tu — odpowiedział przyciskając pierś, mam tu ból, który mnie zabije!

— Ból? — pytam go, ból bez nadziei wyleczenia?

— Bez nadziei.

I po tych słowach, Fabijan wszedł do sali, a stamtąd do swego pokoiku.



XI.

Na drugi dzień w sobotę, 30 marca, pogoda była ładna. Fale małe, morze spokojne. Ognie regularnie i czynnie podsycane, sprawiały bieg prędszy. Szruba obracała się trzydzieści razy na minutę. Szybkość Great-Eastern'u przechodziła wtenczas dwanaście węzłów, (miara odległości w żegludze).

Wiatr zwrócił się na południe. Podkomendny kazał ustawić obydwa maszty z przodu i maszt tylny. Parostatek, lepiej wsparty nie doznawał żadnych kołysań. Z powodu tego pięknego nieba, oświetlonego słońcem, pokład cały zaczął się ożywiać, kobiety wystąpiły w ubraniach świeżych, jedne się przechadzały, inne usiadły, — chciałem powiedzieć na trawnikach w cieniu drzew; dzieci rozpoczęły swe zabawy przerwane od dwu dni, a żwawe i dobrane korowody biegały w kółko cwałem. Dodawszy kilku wojaków w uniformie, z rękami w kieszeniach; z podniesionym nosem na wiatr, można było myśleć, że jest się na jakim spacerze francuskim.

O trzy kwandranse na dwunastą kapitan Andersen z dwoma oficerami weszli na mostki. Pogoda bardzo sprzyjała obserwacyjom; chcieli zobaczyć wysokość słońca. Każden z nich trzymał sekstans z lunetą[9] i od czasu do czasu patrzyli na południową część horyzontu, ku której zwierciadło pochylone w ich narzędziach miało sprowadzić gwiazdę dzienną.

— Południe, rzekł wkrótce kapitan.

Natychmiast sternik naznaczył godzinę na zegarze pomostowym, a wszystkie zegarki na okręcie zregulowały się podług tego słońca, którego przejście na południku zostało wskazane.

W pół godziny potem, przylepiono obwieszczenie następujące:

Szer. 51° 101' P.
Dłu. 24° 13' Z.
Bieg. 227 mil Odległość: 550.

Więc od wczoraj do dzisiejszego południa zrobiliśmy dwieście dwadzieścia siedm mil. Teraz właśnie była godzina pierwsza i czterdzieści dziewięć minut w Greenwich, i Great-Eastern znajdował się o sto piędziesiąt pięć mil od Fastenet. Przez cały ten dzień nie widziałem Fabijana. Zaniepokojony jego nieobecnością kilka razy zbliżałem się do jego pokoiku, co mię przekonało, że nie wychodził stamtąd wcale.

Tłum zapełniający pokład, musiał mu się widocznie nie podobać. Zapewne unikał tego zgiełku a szukał samotności. Lecz spotkałem kapitana Corsicana, i przez godzinę chodziliśmy razem w tyle okrętu. Często była mowa o Fabijanie. Nie mogłem się powstrzymać, żeby nieopowiedzieć kapitanowi, co wczoraj zaszło między mną i kapitanem Mac-Elwinem.

— Tak, odrzekł Corsican za wzruszeniem, którego nie starał się wcale ukrywać, — dwa lata temu Fabijan miał prawo uważać się za najszczęśliwszego z ludzi, a teraz jest najnieszczęśliwszym.

Archibald Corsican opowiedział mi w krótkości, że Fabijan poznał w Bombay młodą ładną dziewczynę pannę Hodges. Kochał ją i był kochanym, zdawało się, że nie istniała żadna przeszkoda co do połączenia się panny Hodges z kapitanem Mac-Elwinem, kiedy za pozwoleniem jej ojca, zaczął się o nią starać syn pewnego przemysłowca z Kalkuty. Był to interes, o tak! interes, tylko ukartowany na długo przedtem. Hodges, człowiek stanowczy, surowy, mało powodujący się uczuciami, był wtenczas w drażliwem położeniu względem swojego korespondenta z Kalkuty. To małżeństwo mogło dobrze załatwić wiele rzeczy, poświęcił więc szczęście swej córki dla interesów pieniężnych. Biedne dziecko nie mogło stawić oporu. Oddali ją w ręce człowieka, którego nie lubiła, którego nawet nie mogła lubić i który prawdopodobnie jéj również nie lubił. Czysty interes, szkaradny interes, a nikczemny czyn. Małżonek drugiego dnia po ślubie zabrał swoję żonę, i od tego czasu, Fabijan szalony z boleści, cierpiący najokropniéj, nie widział już więcej tej, którą zawsze kochał.

Po skończeniu opowiadania, zrozumiałem, że w istocie cierpienia, które znosił Fabijan, były wielkie.

— Jak się nazywała ta młoda dziewczyna? — zapytałem kapitana Archibalda.

— Ellen[10] Hodges — odpowiedział.

Ellen! to imię wytłomaczyło mi litery, które Fabijan, jak mu się zdawało, widział wczoraj w śladzie okrętu.

— A jak się nazywa mąż tej nieszczęśliwéj kobiety? — zapytałem znów kapitana.

— Harry Drake.

— Drake! — wykrzyknąłem, wszak ten człowiek jest tu na okręcie.

— On! tutaj! — powtórzył Corsican, — zatrzymując mnie za rękę i patrząc mi w oczy.

— Tak — odpowiedziałem, jest na okręcie.

— Daj Boże, aby się chociaż nie spotkali! — rzekł poważnie kapitan. To szczęście, że jeden drugiego nie zna, a przynajmniej Fabijan nie zna Harry Drake'a. Lecz samo to nazwisko, gdyby wymówione było wobec Fabiana, sprawiłoby wybuch.

'A Floating City' by Jules Férat 13

Opowiedziałem wtedy kapitanowi Corsicanowi, co wiedziałem o Harry Drake'u, a raczéj co mi mówił doktór Dean Pitferge. Opisałem go takim jak był, jako awanturnika, zuchwalca i rozpustnika już zrujnowanego przez grę i birbanteryją, a gotowego na wszystko, byle tylko zebrać majątek. W téj chwili Harry Drake przeszedł koło nas. Pokazałem go kapitanowi. Oczy Corsicana ożywiły się nagle. Zrobił giest gniewu; ale go powstrzymałem.

— Prawda — powiedział mi — to dopiero fizyjonomia łotrowska!... Lecz gdzież on jedzie?

— Mówię, że do Ameryki, szukać w szczęśliwym losie tego, czego nie chciał znaleść w pracy.

— Biedna Ellen! poszepnął kapitan, gdzież ona teraz?

— Może ją ten nikczemnik porzucił?

— Dla czegóż nie miałaby być na okręcie? zauważył Corsican, patrząc na mnie.

Myśl ta przyszła mi do głowy po raz pierwszy, lecz ją odrzuciłem. Nie. Ellen nie była, nie mogła być na okręcie. Ona nie byłaby uniknęła inkwizycyjnego wzroku doktora Pitferge'a. Nie! Ona nie towarzyszyła Drake'owi w téj podróży!

— O gdyby to mogło być prawdą, co pan mówisz, odpowiedział mi kapitan Corsican, gdyż widok téj biédnej ofiary, przywiedzionéj do takiego opłakanego stanu, zadałby Fabijanowi cios okropny. Nie wiem, coby stąd nastąpiło. Fabijan jest w stanie zabić Drake'a jak psa. W każdym razie, ponieważ pan jesteś przyjacielem Fabijana, zarówno jak ja sam, będę więc pana prosił o jeden dowód téj przyjaźni. Nie traćmy go nigdy z oczu, i w razie wypadku, niech zawsze jeden z nas będzie gotów rzucić się pomiędzy niego i jego rywala. Pojmujesz pan, że spotkanie z bronią, nie powinno nigdy nastąpić między temi ludźmi. Ani tu, niestety! ani nawet gdzieindziéj, żona nie może zaślubić zabójcy swego męża, chociażby ten mąż był najniegodziwszym w świecie.

Zrozumiałem dowodzenie kapitana Corsicana. Fabijan nie mógł sam sobie sprawiedliwości wymierzać. Znaczyło to przewidywać przyszłe wypadki z bardzo daleka. A jednak to być może, te dziwne spraw ludzkich powikłania są zawsze na porządku dziennym, dla czegoż nie zdać sobie z nich rachunku? Lecz miałem złe przeczucie. Czy to podobieństwo, ażeby w tém życiu wspólnem na okręcie, w tém potrącaniu się codziennem, Fabijan mógł uniknąć hałaśliwej osobistości Drake'a? Jedna uboczna okoliczność, wzmianka jaka, nazwisko wymówione, jedno nic, czyż nie postawi ich najnieszczęśliwiéj jednego przed drugim? Ah! jakże bym był chciał wstrzymać bieg tego parostatku, który ich obudwu unosił. Nim opuściłem kapitana Corsicana, przyrzekłem mu czuwać nad naszym spólnym przyjacielem, a pilnować Drake'a; i on też ze swéj strony obowiązał się nie tracić go z widoku. Potem ścisnął mi rękę i rozłączyliśmy się. Wieczorem wiatr południowo-zachodni zgęścił mgły na oceanie. Zupełnie było ciemno. Pokoje rzęsiście oświetlone, stanowiły sprzeczność z temi ponuremi głębiami. Słychać było walce i romanse rozlegające się kolejno. Oklaski zajadłe przyjmowały je nieodwołalnie, a nawet okrzyków nie brakowało, kiedy ten psotnik T..., usiadł przy fortepianie i zagwizdał śpiewki z aplombem wędrownego aktora.



XII.

Nazajutrz 31 marca była niedziela. Jak też ten dzień przejdzie na okręcie? Czy to będzie niedziela angielska lub amerykańska, która zamyka taps[11] i bars[12] w czasie nabo­żeństwa, która wstrzymuje nóż rzeźnika nad głową ofiary, łopatę piekarza na brzegu pieca, która zawiesza wszelkie spra­wy, przygasza ogniska huty a zwalnia dym w fabrykach, która zamyka sklepy, otwiera kościoły i hamuje ruch pociągów na drogach żelaznych, zupełnie przeciwnie jak robią we Francyi? Tak jest, tak być miało, a przynajmniéj podobnie.

A naprzód dla zachowania święta, lubo pogoda była prześliczna i wiatr sprzyjający, kapitan nie kazał rozwieszać żagli. Byliby zyskali kilka węzłów, lecz to byłoby „improper[13]”. Cieszyłem się bardzo, że dozwolono kołom i linii śrubowéj odbywać swe obroty powszednie, codzienne. A kiedy się pytałem o powód takiéj tolerancyi jednego zapalonego purytanina ze statku:

— Panie — odrzekł mi poważnie, trzeba szanować to, co pochodzi wprost od Boga. Wiatr jest w jego ręku, a para w rękach ludzkich!

Oczywiście musiałem się zadowolnić jego zdaniem i przypatrywałem się temu, co się działo na okręcie. Cała słu­żba okrętowa, była w całéj paradzie i ubrana nadzwyczaj czysto. Nie zadziwiono by mię wcale, mówiąc że palacze pra­cują w czarnych ubraniach. Oficerowie i inżynierowie mieli na sobie najparadniejsze uniformy ze złotemi guzikami. Trze­wiki połyskiwały blaskiem brytańskim, i rewalizowały z natężo­nem promieniowaniem kaszkietów ceratowych. Wszyscy ci tędzy ludzie ubrani i uczesani, wyglądali jakby wyszli z pu­dełka. Kapitan i jego podkomendny dawali przykład, w rękawiczkach świeżych, zapięci po wojskowemu, błyszczący i wy­perfumowani, przechadzali się po pokładzie, czekając godziny nabożeństwa.

Morze było wspaniałe i jaśniało pod pierwszemi promie­niami wiosny. Nie było widać żadnego żagla. Great-Eastern sam jeden zajmował punkt matematyczny wśród tego obszer­nego horyzontu. O godzinie dziesiątéj dał się słyszeć dzwon bijący wolno i w regularnych przestankach. Dzwonił nim sternik w paradnem ubraniu i wydobywał z tego dzwonu ja­kieś tony religijne, a nie owe dźwięki metaliczne, któremi to­warzyszył gwizdawce kotłów, kiedy parostatek płynął wśród mgły. Mimowolnie szukało się wzrokiem dzwonu parafijalnego zwołującego na mszę.

W téj chwili liczne grupy pokazały się we drzwiach z tyłu i z przodu okrętu. Mężczyzni, kobiety i dzieci ubrali się starannie z powodu téj okoliczności. Bulwary w krótce się zapełniły. Przechadzający zamieniali z sobą skromne ukło­ny. Każden trzymał w ręku książkę do nabożeństwa, a wszys­cy oczekiwali ostatniego uderzenia dzwonu oznajmującego rozpoczęcie modłów. Widziałem wówczas niesione stosy bi­blij, nałożonych na blacie, który służył zwykle do roznoszenia potraw. Biblije te rozstawione zostały po stolach kaplicy.

Kaplica była to duża sala jadalna z przodu okrętu, która zewnętrznie przez swoję długość i regularność przypominała pałac Ministerstwa Finansów na ulicy Rivoli. Wszedłem. Wiernych siedzących przy stołach była wielka liczba. Głębo­ka cisza panowała wśród zebranych. Oficerowie zajmowali część przednią kaplicy: Pomiędzy niemi przewodził kapitan Anderson jak pastor. Mój przyjaciel Dean Pitferge usiadł obok mnie. Małe jego przenikliwe oczy biegały po tem całem zebraniu. Domyślam się, że on tam był więcej z ciekawości jak z nabożeństwa.

O w pół do jedenastej kapitan wstał i rozpoczął modlitwy. Czytał po angielsku jeden rozdział ze starego testamentu, wyjęty z drugiej księgi Mojżeszowéj. Po każdem wierszu obecni mruczeli wiersz następny. Słychać było wyraźnie, jak ostry sopran dzieci i mezzo-sopran kobiet, oddzielał się od barytonu mężczyzn. Ta rozmowa biblijna trwała blizko pół godziny. Ceremonija ta bardzo skromna a zarazem bardzo podniosła, dokonywała się z prawdziwie purytańską powagą; a kapitan Anderson sprawujący obowiązek pastora na okręcie, wśród tego bez granicznego oceanu i mówiący do tego tłumu zawieszonego nad przepaścią, miał prawo do szacunku nawet u najbardziej obojętnych. Gdyby się nabo­żeństwo ograniczyło było na czytaniu, byłoby dobrze, lecz po kapitanie wystąpił kaznodzieja, który nie mógł przenieść na sobie, żeby nie wnieść namiętności i gwałtowności tam, gdzie powinna panować tolerancyja i zebranie ducha. Był to wielebny, o którym już wzmiankowaliśmy, ów mały czło­wiek ruchliwy, ów intrygant Yankee, jeden z owych mistrzów których wpływ jest tak wielki w stanach Nowej Anglii. Miał już kazanie przygotowane, a że się dobra nadarzyła sposo­bność, chciał je zużytkować. Kochany Yorick czyżby nie tak samo postąpił? Spojrzałem na doktora Pitferge'a. Doktór Pitferge ani mrugnął, wydawał się przysposobionym do znie­sienia zapału kaznodziei.

Ten zaś zapiął poważnie swój czarny surdut, położył ka­pelusz jedwabny na stole, wyciągnął chustkę, którą lekko do­tknął ust i obejmując zebranych kolistem spojrzeniem: „Na po­czątku rzekł, Bóg stworzył Amerykę w przeciągu sześciu dni, siódmego odpoczął.” Ledwie to posłyszałem byłem, już u drzwi.



XIII.

W czasie śniadania, Dean Pitferge opowiedział mi, że wielebny cudownie rozwinął swój tekst. Monitory, machiny wojenne, forty obwarowane, torpille podmorskie, wszystkie te wynalazki weszły do jego kazania. Sam siebie zrobił wiel­kim na zasadzie wielkości Ameryki. Jeżeli się to podoba Ameryce, być wychwaloną w ten sposób, to nie mam nic wię­cej do powiedzenia. Wchodząc do dużego salonu, przeczytałem obwieszczenie następujące:

Szer. 50° 8' P.
Dłu. 30° 44' Z.
Bieg. 255 mil.

Zawsze ten sam rezultat. Dopiero zrobiliśmy tysiąc sto mil, licząc w to trzysta dziesięć mil które oddzielają Fastenet od Liwerpoola. Stanowiło to blisko trzecią część podróży. Przez cały dzień oficerowie, majtkowie pasażerowie i pasażer­ki, odpoczywali, jak Pan Bóg po stworzeniu Ameryki. W po­kojach cichych ani jeden fortepijan się nie odezwał. Szachy nie wyszły ze skrzynki, ani karty ze swego puzderka. Pokoje do gry były próżne. Tego dnia miałem sposobność zapoznać doktora Pitferge'a z kapitanem Corsicanem. Mój oryginał za­bawił wielce kapitana, opowiadając mu tajemną kronikę Gre­at-Eastern'u. Starał się go przekonać, że to był okręt potępio­ny, zaczarowany, że go spotka straszne nieszczęście. Legenda „o mechaniku zalutowanym” bardzo się podobała Corsicano­wi, który jako szkot, był wielkim lubownikiem nadzwyczajno­ści, jednakże nie mógł się wstrzymać od uśmiechu niedowierzania.

'A Floating City' by Jules Férat 14

— Widzę — zauważył doktór Pitferge, — że kapitan nie wierzy moim legendom?

— Bardzo!... to wiele znaczy! odrzekł Korsykan.

— Czy uwierzysz mi więc, kapitanie, — zapytał doktór tonem poważniejszym, jeżeli pana przekonam, że ten okręt jest w nocy nawiedzany?

— Nawiedzany! wykrzyknął kapitan. Jak to! Więc w to się mięszają duchy? I pan temu wierzysz?

— Wierzę, — odrzekł Pitferge, — wierzę temu, co opowiadają ludzie godni wiary. Trzymam się zaś tego co mi opowia­dali jednozgodnie oficerowie kolejni i majtkowie, że w czasie głębokiéj nocy, jakaś postać jak cień przechadza się po okręcie. Jak ona się zjawia? nie wiadomo. Jak niknie? także nic o tem nie powiedzą.

— Na świętego Dunstana! zawołał kapitan Corsican, będziemy ją pilnowali razem.

— Tej nocy? spytał doktór.

— Tej nocy, jeżeli pan chcesz. A pan — dodał kapitan, zwracając się do mnie, — będziesz nam towarzyszył?

— Nie, odrzekłem, nie chcę zakłócać inkognita tego widma. Zresztą wolę myśleć, że nasz doktór żartuje.

— Ja nie żartuję, — odpowiedział uparty Pitferge.

— Ależ pozwól doktorze, — rzekłem. Czy pan rzeczywiście wierzysz w umarłych, którzy powracają na pokład statków?

— Wierzę nawet w umarłych, którzy zmartwychwstają — odpowiedział doktór, — a tembardziéj dziwnem to się może wydawać, że jestem lekarzem.

— Lekarzem! — powtórzył kapitan Corsican, — odsuwając się, jakby go ten wyraz zaniepokoił.

— Uspokój się kapitanie, — odrzekł doktór z miłym uśmiechem, nie trudnię się praktyką w podróży!



XIV.

Nazajutrz pierwszego kwietnia, morze miało pozór wio­senny. Zieleniło się jak łąka pod pierwszemi promieniami słońca. Ten wschód słońca kwietniowy na Atlantyku, był cu­downy. Fale toczyły się roskosznie, a kilku delfinów pląsało, jak clowny wśród mlecznego śladu okrętu.

Spotkałem kapitana Corsicana. On mi opowiedział, że duch zapowiedziany przez doktora, uważał za niestosowne po­kazywać się. Zapewnie noc nie była dosyć ciemną dla niego. Przyszło mi na myśl, że to była mistyfikacyja Pitferge'a, któ­rej użył na pierwszego kwietnia, gdyż w Ameryce, w Anglii równie jak we Francyi, zwyczaj ten jest bardzo rozpowsze­chniony. A oszukujących i oszukiwanych w tym dniu nie bra­kowało. Jedni się śmiali, inni gniewali. Nawet zdaje mi się, były tam i uderzenia pięści, lecz między saksonami te ude­rzenia pięścią nigdy się nie kończą uderzeniem szabli. Wia­domo istotnie, że w Anglii pojedynek sprowadza bardzo sro­gie kary. Oficerom i żołnierzom nawet zabroniono bić się, z jakiegokolwiek by to miało być powodu. Zabójca jest ska­zany na kary cielesne i hańbiące w najwyższym stopniu; przy­pominam sobie, że doktór wymieniał mi nazwisko jednego ofi­cera, który jest na wygnaniu od lat dziesięciu, za to, że zranił śmiertelnie swego przeciwnika w pojedynku nawet bardzo prawnym. Łatwo więc pojąć, że w obec tak surowego prawa, pojedynek znikł zupełnie z zakresu obyczajów brytańskich.

Przy tak pięknem słońcu, obserwacyja południa była bar­dzo dobra. Wypadło z niej, że szerokość była 48° 47' długość 36° 48', a przebieg dwieście pięćdziesiąt mil tylko. Najmniej szybki zaatlantycki statek, miał prawo zrobić nam zarzut. To bardzo gniewało kapitana Andersona. Inżynier przypisywał ten brak szybkości niedostatecznemu przewiewowi nowych ognisk. Ja myślałem, że ta wadą ruchu głównie pochodziła od kół których średnicę nieroztropnie zmniejszono. Jednak tego dnia około godziny drugiéj, postąpiło polepszenie w szybkości parostatku!

— Postawa dwojga młodych narzeczonych odkryła mi tę zmianę. Oparci o parapet z boku okrętu, szeptali jakieś ra­dosne wyrazy i klaskali w ręce. Patrzeli z uśmiechem na ru­ry, które się wznosiły wzdłuż kominów Great-Eastern'u i któ­rych otwór pokrywał się lekką parą białą. Ciśnienie poszło w kotły szruby i silne działanie zmusiło klapy, których ciężar dwudziestu i jeden funtów na każdy cal kwadratowy nie mógł dłużej wstrzymać. Było to zaledwie słabe wciągnienie powie­trza, mało znaczący oddech, podmuch, lecz nasi młodzi ludzie połykali go wzrokiem. Nie! Dyjonizy Papin nie był szczęśliwszym, kiedy zobaczył parę na pół wznoszącą pokrywę swe­go sławnego kociołka!

— Wychodzi para, wychodzi para! wykrzyknęła młoda miss, a lekka para wychodziła także z jej ust wpółotwartych.

— Chodźmy zobaczyć machinę!— odrzekł młody czło­wiek, przyciskając rękę swej narzeczonéj.

Dean Pitferge przyłączył się do mnie. Poszliśmy za za­kochaną parą.

— Jakie to ładne! młodość! powtarzał mi.

— Tak — odpowiedziałem, — młodość we dwoje. Wkrótce i my byliśmy pochyleni na drzwiczkach machiny szrubowej. Tam na dnie tej głębokiej studni, na sześćdziesiąt stóp pod naszemi oczami, spostrzegliśmy cztery długie wały poziome, które się przechylały jeden za drugim, zwilgotniając się za każdym poruszeniem, kroplą oliwy śliskiéj.

Tymczasem młody człowiek wyjął zegarek, a panna po­chylona na jego ramieniu patrzyła na skazówkę, pokazującą sekundy. Podczas gdy ona patrzyła, jej narzeczony rachował obroty szruby.

— Jedna minuta! powiedziała.

— Trzydzieści siedm obrotów! — odrzekł młody czło­wiek.

— Trzydzieści siedm obrotów i pół, — zauważył doktór który sprawdzał działanie.

— I pół! zawołała młoda miss. Słyszysz Edwardzie! Dziękuję panu, — dodała zwracając się do godnego Pitfer­ge'a z uprzejmym uśmiechem.



XV.

Wchodząc do dużego salonu, zobaczyłem następujący program przylepiony na drzwiach:


THIS NIGHT[14]

First part
Ocean Time   Mr. Mac Alpine.
Song: Beautiful isle of the sea Mr. Ewing.
Reading Mr. Affleet.
Piano solo: Chant du berger   Mrs. Alloway.
Scotch Song Doktór T....
Intermission of ten minutes.

Part second,
Piano solo   Mr. Paul V.
Burlesque: Lady of Lyon Doktór T....
Entertainment Sir James Anderson.
Song: Happy moment Mr. Norville.
Song: Your remember Mr. Ewing.
Finale:
God save the Queen.


Był to jak widzimy, zupełny koncert z pierwszą częścią, przestankiem, drugą częścią i zakończeniem. Jednak zdawa­ło się czegoś brakować, gdyż usłyszałem za sobą mruczenie:

— Wybornie! Niema Mendelsohna!

Odwróciłem się. Był to prosty steward; protestował on przeciw opuszczeniu swojej ulubionéj muzyki.

Wyszedłszy na pokład, zacząłem szukać Mac-Elwina. Corsican właśnie mi powiedział, że Fabijan wyszedł ze swego pokoiku, więc nie naprzykrzając mu się naturalnie, chciałem go wyrwać z samotności. Znalazłem go na przodzie parostat­ku. Rozmawialiśmy przez jakiś czas, lecz nie zrobił żadnej wzmianki o swojem przeszłem życiu. W pewnych chwilach, był zamyślony i milczący, zatopiony sam w sobie, nie słyszał słów moich, przyciskał swą pierś, jakby dla przytłumienia spazmatycznego bólu. Gdy tak przechadzaliśmy się, Harry Drake, skrzyżował się z nami po kilka razy. Zawsze ten sam krzykliwy i machający rękami, zawadzając jak młyn w ruchu, gdyby był w sali do tańca! Czy się myliłem? nie umiem tego powiedzieć, gdyż byłem uprzedzony, lecz zdawało mi się, że Harry Drake patrzał na Fabijana z pewnem natężeniem, Fa­bijan musiał to spostrzedz, gdyż mi powiedział.

— Co to za człowiek?

— Nie wiem, odpowiedziałem.

— Niepodoba mi się! — dodał Fabjjan.

Postaw dwa statki na pełnym morzu, bez wiatru, bez nur­tu, a w końcu spotkać się muszą. Zarzuć dwie nieruchome planety w przestwór a wpadnie jedna na drugą. Umieść dwu nieprzyjaciół wśród największego tłumu, a nieochybnie się spotkają: Jest to rzeczą nieuchronną. Kwestyja czasu — nic wię­cej. Za nadejściem wieczoru nastąpił koncert podług progra­mu. Duży salon zapełniony słuchaczami, był oświetlony rzę­siście! We drzwiach wpółotwartych pokazywały się duże ogorzałe twarze i grube czarne ręce majątków. Wyda­wały się jak maski, zagłębione w architekturze sufitu. We drzwiach uchylonych mrowili się stewardy. Większa część spektatorów, mężczyzn i kobiet, zaraz przy wejściu siedzieli na sofach bocznych, i w środku na fotelach, ławkach i krze­słach. Wszyscy umieścili się wprost fortepijanu mocno przybi­tego między dwoma drzwiami, które się otwierały do salonu damskiego! Od czasu do czasu, poruszenie fali wzruszało obe­cnych; krzesła się posuwały, jakieś kołysanie nadawało jednakowe ruchy tym wszystkim głowom, czepiali się jeden drugiego, zcicha, bez żartów. Lecz koniec końcem nie można się by­ło obawiać upadku. Zaczęło się od Ocean-Time. Ocean-Time był to dziennik codzienny, polityczny, handlowy i nauko­wy, który założyli pasażerowie dla użytku na okręcie. Amerykanie i Anglicy lubili bardzo ten rodzaj spędze­nia czasu. Pismo swe redagują, podczas dnia. Powiedzmy, że jeżeli redaktorzy nie są trudni w wyborze artykułów, to tem bardziéj czytelnicy. Poprzestają na małem, a nawet „za małem“.

Ten numer z 1-go kwietnia obejmował artykuł wstępny dosyć niejasny, polityki ogólnéj, fakta rozmaite, któreby nie rozśmieszyły francuza, kurs giełdy mało zabawny, telegramy bardzo naiwne i kilka bladych nowin podręcznych. Przy tem wszystkiem podobne żarty zajmują, tylko tych, którzy je two­rzą. Szanowny Mac-Alpine, Amerykanin dogmatyczny, czytał z przekonaniem te wypracowania mało żartobliwe, z wielkiem uwielbieniem słuchaczy, i zakończył swe czytanie nowinami następującemi:

— Zawiadamiają, że prezydent Jonson abdykował na rzecz jenerała Granta.

— Donoszą, jako rzecz pewną, że papież Pijus IX wy­znaczył księcia cesarskiego na swego następcę.

— Mówią, że Ferdynand Cortez, rozpoczął proces o przedruk, z Cesarzem Napoleonem III, za podbicie Meksyku.

'A Floating City' by Jules Férat 15

Kiedy Ocean Time został dostatecznie wychwalony, sza­nowny P. Ewing bardzo ładny chłopiec, tenor, zaśpiewał: Piękną wyspę na morzu, z całą, ostrością gardła angielskiego.

Reading (czytanie) wydawało mi się przedmiotem wątpli­wego powabu. Był to sobie po prostu jakiś zacny Teksyjczyk, który przeczytał dwie czy trzy kartki z książki najprzód głosem cichym a potem głośno.

Śpiew pasterza“ na fortepijan solo, przez panią Alloway, angielkę, która grała „en blond mineur“ jakby powiedział Teo­fil Gautier, i facecyja szkocka doktora T... zakończyły pierw­szą część programu.

Po dziesięciu minutach przestanku, w przeciągu którego żaden ze słuchaczów nie opuścił swego miejsca, druga część koncertu rozpoczęła się.

Francuz Paweł V... zagrał dwa zachwycające walce, dotąd nie wydane, które były przyjęte głośnemi oklaskami. Do­któr okrętowy, męszczyzna ładny, brunet, bardzo zadawalnia­jąco, oddeklamował scenę śmieszną, rodzaj parodyi Pani z Lyonu dramatu wielce modnego w Anglii.

Po farsie nastąpiło „entertainment“ zabawa. Co przygoto­wywał pod tym nazwiskiem sir James Anderson? Czy to miała być mowa czy kazanie? Ani jedno ani drugie. Sir James Anderson wstał, ciągle uśmiechnięty, wyjął taliją kart z kie­szeni, zawinął swoje białe mankiety i pokazywał sztuki, a je­go zręczność nagradzała ich naiwność. Znów okrzyki i oklaski.

Po Happy moment[15] pana Norville i Your remember[16] pana Ewing, program zapowiadał „Boże królową chroń”.

Lecz kilku amerykanów, prosiło Pawła V..., jako Fran­cuza, aby im zagrał śpiew narodowy francuski. Zaraz też mój uległy współziomek rozpoczął nieuchronną „Partant pour la Syrie[17]. Nastąpiły gwałtowne prośby grona „północnych“ którzy chcieli słyszeć Marsylijankę. I nie dając się prosić, grzeczny fortepijanista, z powolnością która cechowała raczéj, łatwość muzykalną, jak przekonanie polityczne, uderzył silnie w klawisze wydobywając z nich śpiew Rouget’a de l’Isle, było to wielkie powodzenie koncertu. Później zebranie wstało, i za­intonowało wolno, hymn narodowy, który prosi Boga o zacho­wanie królowéj. Koniec końcem ten wieczór wart był tyle co i inne wieczory amatorskie, to jest zadowolnił przedewszyst­kiem wykonawców i ich przyjaciół. Fabijan całkiem się niepokazywał.



XVI.

W nocy z poniedziałku na wtorek, morze było bardzo burzliwe. Przegrody rozpoczeły swoje jęki, a skrzynie swoję przechadzkę po pokojach. Kiedy wyszedłem około siódmej z rana na pomost, deszcz padał. Wiatr się wzmógł, oficer słu­żbowy kazał zwinąć żagle. Parostatek nie mając oparcia, kołysał się okropnie. Przez ten dzień to jest drugiego Kwietnia na pokładzie nie było nikogo. Nawet salony były puste. Pa­sażerowie, pochowali się do swoich pokoików i dwie trzecie biesiadników zaniedbało przyjść na śniadanie i obiad. Wist się nie udał, gdyż stoliki z pod ręki graczów się usuwały. W szachy grać było niepodobna. Kilku odważniejszych leża­ło na kanapach, czytając lub śpiąc. A cóż dopiero stanąć prze­ciwko deszczowi na pokładzie! Tam majtkowie poubierani w kaszkiety i w kaftany ceratowe, przechadzali się jak filozo­fowie. Podkomendny, siedząc na mostku dobrze obtulony w swój kauczuk, pełnił służbę. Pod tą ulewą wśród wiatru morskiego, jego małe oczy błyszczały radośnie. On to lubiał... a parostatek kołysał się jak mu się podobało! Wody nieba i morza łączyły się we mgle na jakie kilka sążni od okrętu. Atmosfera była szara. Niektóre ptaki przelatywały po przez tę mgłę wilgotną, krzycząc. O godzinie dziesiątej, z przodu okrętu dano znać o małym trzymasztowym statku, który biegł na przeciw wiatru, lecz nie można było poznać jego narodowości.

Około jedenastéj, wiatr ustawał i zwrócił się na północno zachód. Deszcz ustał prawie nagle. Błękit nieba się pokazał, po przez kilka przedartych chmur. Słońce ukazało się z bla­skiem i można było zrobić spostrzeżenia mniej więcej dokła­dne. Obwieszczenie składało się z liczb następujących:

Szer. 46° 29' P.
Dłu. 42° 25' Z.
Odległość: 256 mil.

Tak więc chociaż ciśnienie w kotłach było większe, szyb­kości okrętowi nie przybyło. Lecz winę można było przypi­sać wiatrowi zachodniemu, który dmąc w przód okrętu musiał bieg jego znacznie opóźnić.

O godzinie drugiej mgła zgęściła się nanowo. Nieprze­zroczystość jéj była tak wielka, że oficerowie, będący na sta­nowiskach, nie widzieli ludzi na przodzie okrętu. Te wyzie­wy nagromadzone na falach stanowią największe niebezpieczeństwo żeglugi, stają się przyczyną zetknięcia się dwu okrętów, którego uniknąć nie podobna; a takie zetknięcie się na morzu, jest straszniejsze od pożaru.

Dla tego też, w pośród mgły, oficerowie i majtkowie czu­wali z największem staraniem, a ta przezorność niebyła bezużyteczną, gdyż niespodziewanie około trzeciéj ukazał się trzymasztowy statek mniej jak o dwieście metrów od Great-Ea­stern'u, żagle bowiem zerwane podmuchem wiatru władać nim nie mogły. Great-Eastern zdążył zrobić obrót i minął go, dzię­ki szybkości, z jaką ludzie służbowi dali o nim znać sterniko­wi. Znaki te bardzo dobrze urządzone, robiły się za pomocą dzwonu umieszczonego na najwyższem piętrze z przodu okrę­tu. Jedno uderzenie znaczyło: statek z przodu. Dwa uderze­nia, statek z prawego boku. Trzy uderzenia: statek z lewego boku. I zaraz człowiek będący u steru, zarządzał w ten sposób, aby uniknąć uderzenia dwu statków.

Wiatr wiał do samego wieczora. Jednakże kołysanie się zmniejszyło, gdyż morze już zasłonięte w szerz wysokiemi gruntami Nowéj-Ziemi, nie mogło się wzburzyć. To też no­we, „entertainment“ pana Jakóba Andersona było na ten dzień zapowiedziane. O oznaczonej godzinie, salony się za­pełniły. James Anderson opowiedział historyją owéj liny za­atlantyckiéj, którą on sam osadził. Pokazywał ryciny fotogra­ficzne przedstawiające rozmaite narzędzia wymyślone do za­głębiania. Dawał z rąk do rąk model łączników służących do zszczepienia kawałków liny. Ostatecznie wart był bardzo słu­sznych trzykrotnych okrzyków, które zakończyły jego prelek­cyją, a z których wielka część odnosiła się do promotora tego przedsięwzięcia t. j. do szanownego Cyrusa Field, obecnego na tym wieczorze.



XVII.

Nazajutrz 3 Kwietna, z pierwszemi godzinami dnia, hory­zont przedstawiał tę barwę osobliwą, którą Anglicy nazywają „blinck“. Było to odbicie białawe, oznajmiające lody niezbyt oddalone. Rzeczywiście, Great-Eastern płynął wówczas w tych stronach, gdzie idą pierwsze „ice-bergs[18] oderwane od kry lo­dów, wychodzących z cieśniny Davis. Urządzono osobny nad­zór dla uniknienia gwałtownych zetknięć z temi ogromnemi masami. Wiał także wówczas ostry wiatr z północy. Kawałki chmur, prawdziwe szmaty z pary, zamiatały powierzchnią morza. Pomiędzy ich odstępami, odznaczał się błękit nieba. Głuche pluskanie wydawały fale wzburzone wiatrem, a krople wody obracały się w pianę.

'A Floating City' by Jules Férat 16

Ani Fabijan, ani kapitan Corsican ani doktór Pitferge, nie wyszli jeszcze na pokład. Udałem się na przód okrętu. Tam zbliżenie ścian tworzyło kąt wygodny, rodzaj schronie­nia, do którego pustelnik byłby się chętnie usunął od ludzi. Wcisnąłem się w tan kącik, usiadłem na wyplatance, opiera­jąc nogi na ogromnym bloku. Wiatr dmąc w okręt i uderza­jąc o drzewo z przodu statku, przechodził po nad moją głową, nie dotykając jej. Było to dobre miejsce do marzeń. Stamtąd mój wzrok obejmował całą niezmierną przestrzeń okrętu. Mo­głem śledzić długie jego linije lekko wycinane, wznoszące się ku tyłowi. Na pierwszym planie majtek siedzący na bocia­niem gnieździe trzymał się jedną ręką a pracował drugą ze zręcznością nadzwyczajną. Poniżéj na rufie chodził majtek kolejny, tam i napowrót, z nogami rozstawionemi, rzucając wzrok jasny z pod powiek zaczerwienionych z powodu mgły. Z tyłu na mostkach zobaczyłem oficera, z okrągłemi plecami, z głową nakrytą kapturem, opierającego się napaściom wiatru. Od strony morza nic nie spostrzegłem w tyle buduarów: Pa­rostatek pędzony potężnemi swemi machinami, przez fale, drżał jak wnętrze kotła, którego ogniska są czynnie podsyca­ne. Kilka wirów pary, wyrwanych tym wiatrem, co je zgęsz­czał z szybkością nadzwyczajną, wiło się przy ujściu kominów. Lecz ten kolosalny okręt wprost wiatru i niesiony na tych po­trójnych falach morskich, zaledwie odczuwał te wstrząśnienie morza, na którem inny zaatlantyk mniej obojętny na porusze­nia fal, zostałby wstrząśnięty uderzeniami kołysań.

O w pół do pierwszéj z miejsca oznaczonego posunęliśmy się wszerz 44° 53' na północ, a na długość 47° 6' na zachód. Dwieście dwadzieścia siedm mil tylko w przeciągu dwudzie­stu czterech godzin! Młodzi narzeczeni musieli złorzeczyć tym kołom, co się nie obracały, téj linii szrubowej, której porusze­nia szły tak powoli, i tej niedostatecznéj parze, która nie dzia­łała według ich życzenia!

Około godziny trzeciéj, niebo oczyszczone wiatrem zaja­śniało. Linije horyzontu, wyraźnie odznaczone zdawały się rozszerzać w około tego punktu środkowego, który Great-Ea­stern zajmował. Wiatr ustał, lecz morze wznosiło się długo w szerokich falach, cudnie zielonych i ubranych w pianę. Ta­ki mały wiatr nie mógł sprawiać kołysania. Te falowania by­ły nieproporcyjonalne. Można powiedzieć, że ocean był jesz­cze zadąsany.

O godzinie trzeciej i trzydzieści pięć minut oznajmiono trzymasztowy statek z przodu okrętu. Przesłał on nam swój numer. Był to statek amerykański, Illinois, płynący do Anglii.

W téj chwili, porucznik H... powiedział mi, że przepły­wamy na samym końcu granicy New-Found-Landu, nazwisko, które anglicy nadają wysokim brzegom Nowej-Ziemi. Jestto okolica bogata, gdyż tu poławiają owe dorsze, z których trzy wystarczyłoby na wyżywienie Anglii i Ameryki, gdyby wszy­stkie ich jaja się wykluwały.

Dzień przeszedł bez żadnego wypadku. Pokład zajęli zwykli spacerujący. Dotąd nie spotkał się jeszcze Fabijan z Harry Drake'm, którego kapitan Archibald i ja nie traciliśmy z oczu. Wieczór zebrał w dużym salonie swoich potul­nych zwolenników. Zawsze te same zabawy, czytanie i śpiewy sprowadzające te same oklaski, dawane temi samemi rękami tym samym wirtuozom, których w końcu zacząłem uważać za mniej miernych. Nastąpiła bardzo żywa rozprawa, jako wypa­dek nadzwyczajny, pomiędzy Północnym a Teksyjczykiem. Ten ostatni chciał „cesarza” dla stanów południowych. Bardzo szczęśliwie ta rozprawa polityczna, która groziła kłótnią, została przerwaną, przybyciem zmyślonej depeszy do Ocean-Time zawierającej te słowa: „Kapitan Semmes, minister wojny, ka­zał zapłacić stanom południowym za spustoszenia, których się dopuścił statek Alabama!



XVIII.

Opuściwszy salon jasno oświetlony, wszedłem z kapita­nem Corsicanem na pomost. Noc była głęboka. Ani jednéj konstelacyi na firmamencie. Wokoło okrętu ciemność nie­przejrzana. Okna błyszczały jak szczeliny pieca. Zaledwie można było dojrzeć ludzi służbowych chodzących wolno na najwyższym szczycie w tyle okrętu. Lecz oddychało się powietrzem czystem, a kapitan wciągał te świeże atomy pełnemi płucami.

— Dusiłem się w salonie, — rzekł do mnie. Tutaj przynajmniej pływam w pełnej atmosferze! Otóż to oddychanie oży­wiające. Mnie potrzeba koniecznie moich stu metrów sze­ściennych powietrza czystego na dwadzieścia cztery godzin, bo inaczej jestem na wpół uduszony.

— Oddychaj kapitanie, oddychaj dowoli, — odpowiedziałem mu. Jest tu powietrza dla wszystkich, a fala morska nie będzie się upominała o część na pana przypadającą. Dobra to rzecz ten tlen, a trzeba przyznać, że nasi paryżanie i nasi lon­dyńczycy znają go tylko z imienia.

— Tak! — odrzekł kapitan, — oni wolą kwas węglany. Każden ma swój gust. Co do mnie, nie cierpie go nawet w winie szampańskiem!

W ten sposób rozmawiając, chodziliśmy wzdłuż bulwaru na prawej stronie okrętu, zasłonięci od wiatru wysoką ścianą rufy. Ogromne kłęby dymu, przetykane iskrami unosiły się z czarnych kominów. Chrapanie machin towarzyszyło gwi­zdaniu wiatru po przez liny żelazne idące w drabinkę od wie­rzchu masztu, które wydawały dźwięki jakby strun harfy. Do tego wrzasku, od czasu do czasu, mięszał się krzyk majtków wołających: All's well! all's well! Wszystko idzie dobrze! Wszy­stko idzie dobrze! Rzeczywiście nie pominięto żadnej przezor­ności dla zapewnienia okrętowi bezpieczeństwa wśród tych miejsc odwiedzanych przez lody. Kapitan kazał zaczerpać kubeł wody dla rozpoznania temperatury, i gdyby tempera­tura ta spadła o stopień niżej, nie byłby się zawahał zmienić drogę. Wiedział, że w istocie przed dwoma tygodniami Pereire został otoczony krami lodu pod tą właśnie szerokością; było to niebezpieczeństwo, którego należało uniknąć. Z resztą jego rozkaz nocny przepisywał czuwanie nadzwyczajne. On sam nie kładł się spać. Dwu oficerów było przy jego boku, jeden przy znakach kół, a drugi przy znakach śruby. Co wię­cej jeden porucznik i dwu służących zmieniali się kolejno przy izdebce z przodu okrętu, gdy w tym czasie kwatermistrz i majtek byli na przodzie parostatku. Podróżni mogli być spokojni.

Zauważywszy te rozporządzenia, zwróciliśmy się z kapitanem Corsicanem ku tyłowi okrętu. Przyszło nam na myśl przepędzić jakiś czas jeszcze przy wielkim rudlu, zanim wej­dziemy do swoich pokoików, tak jak byliby zrobili spokojni mieszkańcy na dużym placu swego miasta. Miejsce wydało nam się pustem. Wkrótce jednak oczy nasze przywykły do tej ciemności, i spostrzegliśmy człowieka opartego o poręcz nad przepaścią, pogrążonego w zupełnéj nieruchomości. Cor­sican przypatrzywszy mu się dobrze, rzekł mi:

— To Fabijan!

Byłto Fabijan rzeczywiście, poznaliśmy go; lecz on zato­piony w głębokiem zamyśleniu, wcale nas nie widział. Wzrok jego jak się zdawało zwrócony był w kąt rudla, widziałem je­go oczy błyszczące w ciemności. Na co on się tak patrzył? Jak mógł przejrzeć tę ciemność głęboką? Ja uważałem, że le­piej byłoby pozostawić mu swobodę w rozmyślaniu, lecz kapi­tan Corsican przysuwając się: — Fabijanie? zawołał.

Fabijan nie odpowiedział. Nie słyszał. Corsican znów go zawołał. Fabijan drgnął, odwrócił na chwilkę głowę i wymó­wił to jedno słowo:

— „Cicho!”

Późniéj ręką wskazał cień, który się zwolna poruszał w oddaleniu. Temuto zaledwie widzialnemu cieniowi przypa­trywał się Fabijan. Potem uśmiechnąwszy się smutnie:

'A Floating City' by Jules Férat 17

— Dama czarna! — poszepnął.

Wstrząsnąłem się. Kapitan Corsican wziął mnie za rękę, poczułem, że i on drżał także. Jedna myśl uderzyła nas oby­dwu. Ten cień był to duch, o którym nam mówił doktór Pitferge. Fabijan znów się zatopił w swe senne rozmyślanie. Ja z piersią zapartą, wzrokiem niespokojnym, patrzyłem na tę postać ludzką, zaledwie naszkicowaną w ciemności, która wkrótce przedstawiła się widoczniej naszym oczom. Szła na­przód, wahała się, postępowała, zatrzymywała się, znowu się poruszała, zdawała się ślizgać raczéj aniżeli iść. Dusza błądząca. O dziesięć kroków od nas stanęła nieruchomie. Wten­czas mogłem rozróżnić postać kobiety wysmukłej, ubranej szczupło, w jakiś rodzaj burnusa bronzowego; twarz miała za­krytą gęstym woalem.

— Obłąkana! obłąkana! nie prawdaż? poszepnął Fabijan.

Byłato rzeczywiście obłąkana. Lecz Fabijan nas nie zapy­tywał. On mówił sam do siebie; tymczasem ta biedna istota, przysunęła się do nas jeszcze bliżej. Zdawało mi się, że widzę jej oczy błyszczące przez ten woal, kiedy je zwracała na Fa­bijana. Przyszła aż do niego, Fabijan wyprostował się zele­ktryzowany. Kobieta zawoalowana, położyła mu rękę na sercu jakby dla obrachowania jego uderzeń... Potem wymknąw­szy się znikła nagle w tyle okrętu. Fabijan upadł prawie na kolana, z rękami wyciągniętemi.

— Ona! poszepnął.

Później pochylając głowę:

— Co za przywidzenie! dodał.

Wtedy kapitan Corsican wziął go za rękę:

— Chodź Fabijanie, chodź, — rzekł wyprowadzając swego nieszczęśliwego przyjaciela.



XIX.

Nie mogliśmy z Corsicanem już wątpić. Była to Ellen, narzeczona Fabijana, żona Harry Drake'a. Zrządzenie losu zgromadziło ich wszystko troje na jeden okręt. Fabijan jej nie poznał, chociaż wykrzyknął: Ona! ona! Bo jakże mógł ją poznać? Lecz nie mylił się mówiąc: Obłąkana! Ellen była o­błąkaną, i zapewnie boleść, rozpacz, miłość zniszczona w jej sercu, związek z człowiekiem niegodnym, co ją wyrwał Fabi­janowi, ruina, stan opłakany, wstyd, wszystko to złamało jéj duszę! O tem rozmawialiśmy na drugi dzień rano z Corsica­nem. I nie mieliśmy już najmniejszej wątpliwości, że to jest ta sama młoda kobieta. Była to Ellen, którą Harry Drake wiózł z sobą na ziemię Amerykańską, aby podzielała jego życie awanturnicze. Wzrok kapitana błyszczał dzikim ogniem, na wspomnienie tego nędznika. Ja czułem, że mi nie dobrze na sercu. Lecz cóż mogliśmy poradzić przeciwko niemu — mę­żowi, panu? Ale najważniejszą było rzeczą zapobiedz nowemu spotkaniu Fabijana z Elleną, gdyż w końcu Fabijan poznał by swą narzeczoną, coby sprowadziło katastrofę, któréj chcie­liśmy uniknąć. W każdym razie można się było spodziewać, że te dwie biedne ofiary nie zobaczą się. Nieszczęśliwa Ellen nie pokazywała się w dzień ani w salonach, ani na pokładzie okrętu. W nocy tylko, oszukując zapewne swego dozorcę, przychodziła się kąpać w tem wilgotnem powietrzu i szukać w powiewie wiatru uspokojenia chwilowego! Najpóźniéj w dni cztery, Great-Eastern miał przypłynąć do portu Nowego-Yor­ku. Mogliśmy więc myśleć, że wypadek nie zniszczy owoców naszego czuwania, i że Fabijan nie będzie wiedział o obecności Elleny podczas podróży po oceanie! Lecz my wydarzeń nie braliśmy w rachubę. Kierunek parostatku zmienił się tro­chę w ciągu nocy. Okręt znajdując trzy razy wodę na dwadzie­ścia siedm stopni Farenheita, to jest o trzy do czterech stopni na termometrze stu stopniowym poniżéj zera, zwrócił się na południe. Można było być pewnym, że lody znajdowały się bardzo blisko. Rzeczywiście, tego poranku niebo świeciło szczególnie, powietrze było białe, cała północ świeciła silnem odbiciem światła, zapewnie sprawionem przez odbicie od kry lodów. Wiatr był ostry, a około godziny dziesiątéj drobny śnieg, posypał nagle parostatek białym proszkiem. Później powstała okropna mgła w pośród któréj dawaliśmy znaki swo­jéj obecności częstem gwizdaniem. Powstał stąd wrzask prze­raźliwy, który odstraszał stada mew siedzących na rejach okrętu.

O w pół do jedenastej, kiedy mgła się wzniosła, statek szrubowy, ukazał się na horyzoncie po prawéj stronie okrętu. Biały wierzchołek jego komina, dawał poznać, że należał do stowarzyszenia Inmana i wiózł wychodźców z Liverpoola do Nowego-Yorku. Ten statek dał nam poznać swoje nazwisko. Był to City of Limerik, miał tysiąc pięćset trzydzieści beczek objętości, a siłę dwustu piędziesięciu sześciu koni. Wypłynął z Nowego-Yorku w sobotę, a zatem musiał się spóźnić.

Przed śniadaniem niektórzy podróżnicy urządzili pulę, która niemogła nie podobać się tym miłośnikom gier i zakła­dów. Rezultat téj puli miał być wiadomy dopiero za dni czte­ry. Była to, jak nazywają „pula sternika”. Wiadomo, że kie­dy okręt ma przybić do lądu, sternik wchodzi na pokład. A więc dzielą dwadzieścia cztery godzin dnia i nocy, na czterdzieści ośm pół godzin, lub dziewięćdziesiąt sześć kwadran­sów stosownie do liczby podróżnych. Każden z grających składa na stawkę dolara, a traf mu przyznaje jednę z tych półgodzin albo kwadransów. Wygrywającym te czterdzieści ośm lub dziewięćdziesiąt sześć dollarów, jest ten, na czyj kwa­drans przypadnie chwila, w któréj sternik postawi nogę na okręcie. Jak widzimy, gra nie jest zawikłaną. Nie są to wy­ścigi konne, tylko kwadransowe.

Szanowny Mac Alpine, mieszkaniec Kanadyi, wziął głó­wny zarząd nad tym interesem. Łatwo zabrał dziewiędziesię­ciu sześciu zakładających się, a między niemi kilka kobiet, i to nie najmniej chciwych gry. Naśladowałem ten zapał i postawiłem dolIara. Los mi wyznaczył sześćdziesiąty czwar­ty kwandrans. Był to zły numer, nie miałem tu sposobu wyjścia z korzyścią. Istotnie ten podział czasu liczy się od połu­ dnia jednego dnia do południa dnia drugiego. Są więc kwa­dranse dzienne i kwadranse nocne. Lecz te ostatnie nie mają żadnej wartości w grze, gdyż mało kiedy okręty rezykują się przybijać do lądu wśród ciemności, a zatem sposobność przy­jęcia sternika na pokładzie w nocy rzadko się zdarza. Łatwo się przecież pocieszyłem.

Schodząc do salonu, zobaczyłem, że zapowiedziano jakieś czytanie na wieczór. Misyjonarz z Utah ogłaszał konferencyją o Mormonizmie. Była to dobra sposobność poznania tajemnic „Miasta świętych” z resztą ten elder p. Hatch miał być mówcą i to mówcą zawołanym. Wykonanie więc powinno było być godne dzieła. Podróżni przyjęli chętnie ogłoszenie o téj konferencyi.

Punkt, w którym byliśmy, wskazywały następujące cyfry:

Szer. 42° 32ʻ P.
Dłu. 510 59ʻ Z.
Bieg: 254 mil.

Około trzeciej po południu, sternicy dali znak zbliżenia się dużego statku o czterech masztach. Okręt ten zmienił trochę swój bieg, aby się zbliżyć do Great-Eastern'u w zamia­rze poznajomienia go ze swem nazwiskiem. Ze swéj strony, kapitan kazał nieco zboczyć i wkrótce statek posłał mu swój numer. Była to Atlanta, jeden z tych dużych okrętów, które przepływają z Londynu do Nowego Yorku ocierając się o Brest. Witał nas mijając, a myśmy się odwzajemnili. Wkrótce potem, ponieważ płynął w przeciwną stronę, znikł nam.

W tym czasie Dean Pitferge powiedział mi z nieukontentowaniem, że konferencyja p. Hatch'a została zakazana. Purytanki będące na parowcu nie dozwoliły swym mężom zapoznać się z tajemnicami Mormonizmu!



XX.

O godzinie czwartej niebo dotąd zachmurzone, wypogodziło się. Morze się uspokoiło, okręt się nie kołysał. Można było pomyśleć, że jesteśmy na lądzie stałym. Ta nierucho­mość Great-Eastern'u podała myśl urządzenia wyścigów. Plac gonitw w Epsom nie byłby przedstawił miejsca lepszego, a co do koni w braku Gladyjatora albo Touque'i mieli je zastą­pić Szkoci czystéj krwi, którzy przecież warci ich byli. Ten pomysł zaraz się rozgłosił. W tej chwili sportsmani przybiegli a widzowie opuścili salony i pokoiki. Pewien anglik szanowny Mac Karthy, został mianowany komisarzem, a szybkobiegi przedstawili się niezwłocznie. Było tego z pół tuzina majtków, rodzaj centaurów: — zarazem konie i dżokieje, gotowi ubiegać się o wielką nagrodę Great-Eastern'u.

Obydwa bulwary tworzyły pole do gonitw, szybkobiegi mieli obiedz trzy razy wokoło okrętu, a tym sposobem robić blisko tysiąc trzysta metrów. To było dostatecznie. Wkrótce trybuny, inaczéj mówiąc najwyższe piętro, były zapełnione tłumem widzów uzbrojonych w lornety, a niektórzy z nich wywieszali żagle zielone, zapewnie dla zabezpieczenia się od kurzu z oceanu. Powozów brakło, to prawda, ale nie było miejsca dla ustawienia ich w szereg. Kobiety wystrojone cisnęły się głównie na tył okrętu. Widok był zachwycający.

Fabijan, kapitan Corsican, doktór Pitferge i ja, stanęli­śmy na najwyższym piętrze z przodu okrętu. To było miejsce że tak powiem, najarystokratyczniejsze. Tu zgromadzili się prawdziwi gentlemenriders[19], przed nami był zatknięty słup, od którego rozpoczynały się i do którego zmierzały wyścigi. Zakłady pomnażały się z zapałem czysto brytańskim. Rezy­kowano znaczne kwoty, zważając jedynie na powierzchowność ścigających się, których wielkie dzieła nie były przecież jesz­cze zapisane w „stud-book[20]. Z niespokojnością patrzyłem na Harry Drake'a, wtrącającego się do tych przygotowań ze swym zwyczajnym aplombem, sprzeczającego się, rozprawia­jącego śmiałym głosem, nie znoszącym zaprzeczenia. Szczęś­ciem Fabijan chociaż włożył kilkanaście franków w ten za­kład, wydał się dosyć obojętnym na tę całą wrzawę. Stał on na uboczu z czołem zawsze zmarszczonem, marząc o spra­wach ubiegłych.

Pomiędzy wyścigającemi się, dwaj szczególniej zwrócili po­wszechną uwagę. Jeden szkot z Dundee, nazwiskiem Wilmo­re, mały, szczupły, żwawy, bez kości, szeroką piersią, z okiem płonacem, uchodził za jednego z najszczęśliwszych. Drugi dryblas mocno zbudowany Irlandczyk nazwiskiem O’Kelly, długi jak koń wyścigowy, zachwiewał w oczach znawców sza­le powodzenia Wilmore'a. Uważano że on jeden mógłby trzech prześcignąć; to też i ja, podzielając uprzedzenie ogólne, mia­łem zarezykować nań kilka doIlarów, kiedy mi doktór po­wiedział:

— Wybieraj pan małego, wierzaj mi. Ten wysoki jest niezdolny.

— Co pan chcesz przez to powiedzieć?

— Chcę powiedzieć — rzekł poważnie doktór — że nie jest on czystej krwi. Może mieć pewną szybkość początkową, lecz niema głównej rzeczy. Mały, przeciwnie, Szkot, jest rasowy. Patrz pan na jego postawę, dobrze wyprostowaną na nogach, na jego pierś wzniesioną. Jest to egzemplarz, który musiał się nieraz wprawiać w bieganiu na miejscu to znaczy, skacząc z jednej nogi na drugą, tak że co najmniej wykonywa dwieś­cie poruszeń na minutę. Zakładaj się o niego, mówię panu, nie będziesz tego żałował.

Poszedłem za radą mego mądrego doktora, i zrobiłem zakład o Wilmore'a, co do innych czterech ścigających się, nie było nawet mowy.

Miejsca zostały wylosowane. Szczęście sprzyjało Irland­czykowi; wyciągnął bowiem miejsce przy sznurku. Sześciu ścigających się stanęło wszeregu, przy słupie. Nie było żadnej obawy o sfałszowanie punktu wyruszenia, co ułatwiało zadanie komisarza. Dano znak. Z okrzykiem rozpoczęły się wyścigi. Zaraz znawcy poznali, że Wilmore i O’Kelly, byli to szybkobiegi z profesyi. Nie troszcząc się o swoich współzawo­dników, którzy ich wyprzedzali zadyszani, biegli oni z postawą trochę pochyloną, głową wyprostowaną, z przedramie­niem przyciśniętem do mostka, z pięściami lekko wzniesione­mi naprzód, poruszającemi się na przemian za każdom postawieniem stopy przeciwnej. Byli zupełnie bez obuwia. Pięty nie dotykały nigdy ziemi, pozostawiały im więc konieczną sprężystość dla utrzymania siły nabytej. Jednem słowem, wszystkie ich poruszenia były z sobą w związku i uzupełniały się nawzajem.

Za drugim obrotem, O’Kelly i Wilmore, ciągle razem, wyprzedzili swoich zadyszanych spółzawodników. Dowo­dzili do oczywistości prawdy tego pewnika, który mi powie­dział doktór:

— Nie nogami się biega, lecz piersią! Kolano — rzecz dobra, lecz płuca lepsza!

Przy przedostatnim obrocie, widzowie okrzykami witali znowu swoich ulubieńców. Ze wszystkich stron powstały zachęcenia, okrzyki i oklaski.

— Mały wygra, — rzekł mi Pitferge. Patrz pan, on nie sapie. Jego współzawodnik jest zziajany.

Wistocie, Wilmore miał twarz spokojną. i bladą, O’Kelly dymił jako ognisko z mokrej słomy. Był „pod batem“ używając wyrażenia szwargotu sportsmenów. Lecz obadwa trzymali się wrównéj linii. Nakoniec, przebiegli wielki rudel; przebiegli drzwiczki od machiny; i przebiegli słup wyścigowy...

— Brawo! brawo! Wilmore! — wołali jedni.

— Brawo! O’Kelly! — odpowiadali inni.

— Wilmore wygrał.

— Nie, gdyż przybiegli „razem.“

Rzeczywiście Wilmore wygrał, lecz zaledwie o jakie pół głowy. Tak zadecydował szanowny Mac Karthy. Jednakże sprzeczka przeciągała się i poszło do wyrazów grubijańskich. Stronnicy Irlandczyka, a szczególnie Harry Drake, utrzymywali, że to było „dead head“[21] t. j. że wyścigi do niczego nie doprowadziły, że trzeba było je powtórzyć.

Lecz w tym właśnie czasie, uniesiony mimowolnym ruchem, Fabijan, zbliżył się do Harry Drake'a, i rzekł mu ozięble:

— Nie masz pan słuszności. Zwycięzca jest majtek szkocki.

'A Floating City' by Jules Férat 18

Drake powstał porywczo na Fabijana.

— Pan mówisz? zapytał go głosem groźnym.

— Mówię, że pan nie masz słuszności, odpowiedział spokojnie Fabijan.

— Zapewnie dla tego, odparł Drake, ponieważ zrobiłeś pan zakład za Wilmorem?

— Zrobiłem zakład jak i pan za O’Kelly’m — odrzekł Fabijan. Przegrałem i płacę.

— Panie — wykrzyknął Drake — czy chcesz mnie uczyć?..

Lecz nie skończył swego wyrażenia. Kapitan Corsican umieścił się między nim a Fabijanem, w chęci przejęcia sprzeczki na siebie. Obszedł się z Drakem cierpko, i ze wzgardą bardzo wyraźną. Jednakże widocznie Drake nie z nim chciał mieć do czynienia. To też jak tylko Corsican przerwał, Drake założywszy ręce, zwrócił się do Fabijana:

— Panie — rzekł do niego ze złośliwym uśmiechem — więc pan potrzebujesz swoich przyjaciół dla własnéj obrony?

Fabijan zbladł. Porwał się na Harry Drake'a. Lecz go wstrzymałem. Z drugiéj strony towarzysze owego łotra odprowadzili go; jednak zdążył on spojrzeć mściwie na swego przeciwnika. Kapitan Corsican i ja zeszliśmy się z Fabijanem, który poprzestał na powiedzeniu głosem spokojnym:

— Za pierwszą sposobnością wypoliczkuję tego gbura.



XXI.

W nocy z piątku na sobotę, Great-Eastern, przepłynął nurt Gulfstream, którego woda głębsza i cieplejsza przerzy­nała warstwy otaczające. Powierzchnia tego morza, ściśnięta falami Atlantyku, jest nawet trochę wypukła. Jest to więc prawdziwa rzeka, przepływająca między dwoma płynnemi brzegami, i to jedna z najznaczniejszych na kuli ziemskiéj, gdyż Amazonkę albo Mississipi sprowadza do rzędu strumy­ków. Woda czerpana w nocy podniosła się z dwudziestu sie­dmiu stopni Farenheita do pięćdziesięciu jeden, co czyni na termometrze stustopniowym dwanaście stopni.

Ten dzień 5 Kwietnia rozpoczął się cudownym wschodem słońca. Długie fale głębin morskich błyszczały. Wiatr był ciepły południowo-zachodni, Były to pierwsze dnie pogodne. To słońce, któreby zazieleniło pola stałego lądu, tutaj wydo­było na wierzch świeże stroje. Wegietacyja czasem się opó­źnia, moda — nigdy. Wkrótce były na bulwarach liczne grona spacerujących. Tak wyglądają Pola Elizejskie w niedzielę, przy pięknem słońcu majowem. Tego poranku nie widziałem kapitana Corsicana. Chcąc się dowiedzieć, co się dzieje z Fabijanem, udałem się do jego pokoiku, który się znajdował po lewej stronie dużego salonu. Zapukałem do drzwi, lecz nikt się nie odezwał. Popchnąłem drzwi. Fabijana nie było.

Wyszedłem więc na pokład. Pomiędzy przechodzącemi się nie spostrzegłem ani swoich przyjaciół ani doktora. Wte­dy przyszło mi na myśl poszukać, w jakiem miejscu parostat­ku osadzona była nieszczęśliwa Ellen. Który też ona pokoik zajmowała? Gdzie ją, Harry Drake wtrącił? W jakie ręce po­wierzono tę nieszczęśliwą, którą mąż opuszczał po całych dniach? Zapewnie płatnym staraniom jakiéj służącéj z okrętu, jakiej obojętnéj dozorczyni chorych? Chciałem się dowiedzieć co się z nią dzieje, nie z próżnéj ciekawości, lecz w interesie Elleny i Fabijana, chociażby tylko dla zapobieżenia ich spotkaniu, którego zawsze obawiać się należało.

Zacząłem swe poszukiwania od pokoików dużego salonu dla kobiet, i przebiegłem korytarze obydwu pięter, które prze­dzielają tę część okrętu. Poszukiwanie to było dosyć łatwe, gdyż nazwiska podróżnych napisane na arkuszu papieru, mo­żna było przeczytać na drzwiach każdego pokoiku. Nie mogłem znaleźć nazwiska Harry Drake’a; nie zdziwiło mnie to, gdyż człowiek ten zapewnie wolał położenie pokoików wysta­wionych w tyle Great-Eastern'u, nad salonami mniéj uczęsz­czanemi. Nie było zresztą, co do wygody żadnéj różnicy w urządzeniu przodu i tyłu obrębu, gdyż Towarzystwo wynajmujących przyjęło jednę tylko klasę podróżnych.

Zwróciłem się więc do pokojów jadalnych i przeszedłem z uwagą korytarze poboczne, które przechodziły między dwo­ma rzędami pokoików. Wszystkie te pokoje były zamieszka­ne; na wszystkich drzwiach były nazwiska podróżnych a na­zwiska Harry Drake’a jeszcze nie znalazłem. Tę razą zdziwiłem się brakiem tego nazwiska; myślałem bowiem, że już obszedłem całe nasze pływające miasto, i nie znalazłem żadne­go „cyrkułu“ bardziej oddalonego. Zapytałem się więc jedne­go ze stewardów a ten mnie objaśnił, o czem nie wiedziałem, że jest jeszcze ze sto pokoików z tyłu dining-rooms[22].

— Którędy tam się schodzi? zapytałem.

— Przez schody łączące się z pokładem, po stronie wiel­kiego rudla.

— Dobrze, mój przyjacielu. A wiesz ty, który pokoik zajmuje pan Harry Drake?

— Nie wiem, panie — odpowiedział mi steward.

Znów wyszedłem na pokład i przybyłem do drzwi, zamykających wskazane schody. Te schody nie prowadziły do obszernych pokojów, lecz do zwyczajnego korytarza przycie­mnionego. Po obydwu zaś jego stronach były rzędy po­koików.

Większa część tych pokoików była niezamieszkana. Prze­biegłem ów korytarz i korytarze poblizkie od drzwi do drzwi. Niektóre nazwiska były wypisane na kartach, lecz nazwiska Harry Drake nie znalazłem. Zrobiłem drobiazgowy przegląd téj części mieszkań; bardzo szczegółowo je obejrzałem i mia­łem już odejść, gdy szmer jakiś nieznaczny doszedł mych uszu. Ten szmer pochodził z korytarza z lewéj strony. Zwróciłem się tam. Tony, które zaledwie dawały się słyszeć, stały się wyrazistszemi. Usłyszałem jakiś śpiew, skargi, albo raczéj strofy rozwlekłe; wyrazów atoli nie mogłem rozróżnić.

Słuchałem. Byłto śpiew kobiety; lecz w tym głosie nie­pewnym czuć się dawała boleść okropna. Musiałto być śpiew biednej obłąkanéj. Przeczucie nie mogło mnie mylić. Zbliżyłem się po cichu do pokoiku, który miał numer 775. Byłto ostatni w tym ciemnym korytarzu, i musiał być oświe­tlony okienkami zzewnątrz wyciętemi w spodzie Great­-Eastern'u. Na drzwiach tego pokoiku nie było żadnego na­zwiska. Oczywiście Harry Drake nie chciał, aby wiedziano, gdzie on trzyma Ellen’ę.

Głos téj nieszczęśliwéj za zbliżeniem dochodził do mnie wyraźnie. Jéj śpiew byłto tylko ciąg wyrazów, kiedy niekie­dy przerywany; — coś przyjemnego a zarazem smutnego. Po­wiedziałbym, że były to strofy dziwnie urywane, jakby je mó­wiła osoba uśpiona snem magnetycznym.

Chociaż nie miałem sposobu przekonania się, jednak nie wątpiłem, że to śpiew Ellen’y.

Słuchałem przez kilka minut i miałem już odejść, kiedy usłyszałem, że ktoś idzie korytarzem środkowym. Czy to Harry Drake? W interesie Ellen’y i Fabijana nie chciałem, aby mię widziano w tem miejscu. Na szczęście, korytarzem mającym dwa rzędy pokoików, mogłem wyjść na pokład niespostrzeżony. Jednakże chciałem wiedzieć, czyje to kroki słyszałem. Dopomogła mi ciemność. Umieściwszy się więc w kącie korytarza, mogłem widzieć, nie będąc widzianym.

Szmer tym czasem ustał. Dziwnym wypadkiem współ­cześnie z nim ucichł i śpiew Ellen’y. Czekałem. Wkrótce się rozpoczął, i na nowo skrzypiała podłoga pod naciskiem po­ wolnych kroków. Przechyliłem głowę, i wgłębi korytarza, w niepewnem świetle, przechodzącem przez arkady pokoików, poznałem Fabijana.

'A Floating City' by Jules Férat 19

Tak był to mój nieszczęśliwy przyjaciel! Co za instynkt sprowadził go w to miejsce? Czy on wpierw odemnie odkrył schronienie téj młodéj kobiety? Nie wiedziałem, co myśleć. Fabijan zbliżał się wolno, błąkając się po przeforsztowaniach, słuchał; idąc jak za nitką, za głosem, co go przyciągał pomi­mo jego woli i zupełnie nieświadomie A jednak, zdawało mi się, że śpiew uciszał się za jego zbliżeniem, i że ta nić tak subtelna zerwie się... Fabijan przyszedł blisko pokoiku i stanął.

Jak jego serce musiało bić, słysząc te smutne tony? Jak on cały musiał drżeć! Niepodobna aby on w tym głosie nie znalazł jakiegoś wspomnienia przeszłości!.... A jednak nie wie­dząc, że jest na okręcie Harry Drake, jak mógł się domyślać obecności Ellen’y? Nie. To niepodobna; przyciągnęła go tyl­ko zgodność tych chorobliwych tonów z ponurym smutkiem, jaki go dręczył...

Fabijan ciągle słuchał. Co też on zrobi? Czy będzie wo­łał obłąkanéj? A gdyby Ellen nagle się pokazała? Wszystko było niebezpieczeństwem wtem położeniu! Tymczasem, Fabi­jan przybliżył się jeszcze więcéj do drzwi pokoiku. Śpiew, który ustawał zwolna, nagle ucichł; późniéj dał się słyszeć krzyk przerażający.

Czy Ellen, przez działanie magnetyczne, przeczuła tak bli­sko siebie tego, którego kochała? Postawa Fabijana była prze­rażająca. Zdawał się zbierać myśli. Czy miał drzwi wyła­mać? Myślałem, że to zrobi i pospieszyłem do niego.

Poznał mnie. Odprowadziłem go. Dał sobą powodować. Później, głosem przytłumionem:

— Czy wiesz, kto jest ta nieszczęśliwa? — zapytał.

— Nie wiem, Fabijanie, nie.

— To obłąkana! rzekł. To głos jak z tamtego świata. Lecz ta obłąkana jest do wyleczenia. Czuję, że trochę przywiązanie i miłości wyleczyłoby tę biedną kobietę!

— Chodź, Fabijanie — powiedziałem — chodź!

Weszliśmy na pokład. Fabijan nie mówiąc ani słowa wię­céj, prawie zaraz się oddalił; nie traciłem go jednak z oczu, aż wszedł do swego pokoiku.



XXII.

W krótce potem spotkałem kapitana. Opowiedziałem mu scenę, któréj byłem świadkiem. Zauważyliśmy, że to nie­bezpieczne położenie powiększa się. Gdybyśmy mogli przeszkodzić okropnym następstwom. O! jakże chciałbym przy­spieszyć bieg tego Great-Eastern’u, i przedzielić całym oceanem Harry Drake'a od Fabijana!

Rozchodząc się z kapitanem Corsicanem, umówiliśmy się żeby czuwać więcéj jak dotąd nad aktorami tego dramatu, którego rozwiązanie mogło każdéj chwili wybuchnąć mimo naszej woli!

Tego dnia, oczekiwano „Australasian” statku towarzy­stwa Cunard, mającego dwa tysiące siedemset sześdziesiąt be­czek, a służącego na linii z Liwerpoola do New-Yorku. Miał wypłynąć z Ameryki w środę rano, a nie mógł się spóźnić. Czatowano nań przy przejściu, lecz on nie przechodził.

Około godziny jedenastej podróżnicy angielscy urządzili subskrypcyją na korzyść rannych na okręcie, z których kilku niemogło jeszcze opuścić miejsca przeznaczonego dla chorych. Między innemi przełożonemu nad ładunkiem, zagrażało chromienie nieuleczone. Lista ta pokryła się podpisami, spowodo­wawszy poprzednio pewne sprzeczki drobiazgowe, które spro­wadziły zamianę wyrazów niezbyt mile brzmiących.

W południe słońce dozwoliło zrobić spostrzeżenia bardzo dokładne:

Dłu. 58° 37ʻ Z.
Szer. 41° 11ʻ 11ʻʻ P.
Bieg: 257 mil.

Mieliśmy oznaczoną szerokość w przybliżeniu jednéj sekundy. Młodzi narzeczeni, którzy przyszli przeczytać tę no­ tatkę, zrobili poruszenie nieukontentowania. Istotnie mogli narzekać na parę.

Przed śniadaniem kapitan Anderson, chcąc zrobić roz­rywkę swoim podróżnym, znudzonym tak długą podróżą, urzą­dził ćwiczenia gimnastyczne, któremi sam dowodził. Z pięć­dziesiąt amatorów rozrywki uzbrojonych w kije jak on naśladowali jego ruchy z małpią dokładnością. Ci gimnastycy im­prowizowani pracowali metodycznie z zaciśniętemi ustami jak żołnierze na paradzie. Na wieczór zapowiedziano nowe „entertainment”. Ja nie poszedłem na nie. Te same zabawy ciagle powtarzane męczyły mnie. Założono drugi dziennik współzawodniczący z Ocean-Time. Tegoż wieczoru jak się zdaje, oba dzienniki zlały się w jeden. Co do mnie spędziłem pierw­sze godziny nocy na pokładzie.

Morze się wznosiło i zapowiadało burzę, chociaż niebo jeszcze było cudowne. Kołysanie okrętu czuć się już dawało. Leżąc na ławce przy rudlu, zachwycałem się temi konstelacy­jami, które się roztaczały na firmamencie. Gwiazdy mrowiły się w zenicie, a lubo gołem okiem można ich tylko dostrzedz pięć tysięcy na całéj przestrzeni niebieskiéj, tego wieczoru zdawało się, że się je liczyło na milijony. Widziałem wlekący się na horyzoncie ogon Pegaza w całéj okazałości Zwierzyńca niebieskiego, jak suknia gwiazdzista królowéj w czarodziejskiem przedstawieniu. Plejady wznosiły się ku wyżynom nie­ba, w tym samem czasie co i bliźnięta, które pomimo swego nazwiska, nie wschodzą zaraz jedno za drugiem, jak bohate­rowie bajki. Byk patrzał na mnie swem wielkiem ognistem okiem. U szczytu sklepienia niebios błyszczała Waga, nasza przyszła gwiazda biegunowa, a niedaleko od niéj zaokrąglał­ się ów strumień brylantowy co tworzy koronę północną. Zdawało się przecież, że wszystkie owe konstelacyje nieruchome, poruszają się wraz z kołysaniem okrętu, a podczas jego waha­nia się widziałem jak wielki maszt zarysowywał łuk dokła­dnie odznaczony, zacząwszy od Wielkiéj Niedźwiedzicy aż do Altairu Orła, gdy tymczasem księżyc zaledwie wynurzał się z wód powierzchni.



XXIII.

Noc była straszna. Parostatek okropnie popychany z boku, kołysał się bezustannie, meble posuwały się z trzaskiem, a stoliki z porcelaną rozpoczęły swój taniec hałaśliwy. Wiatr widocznie był chłodniejszy, Great-Eastern zresztą przepływał owe miejsca obfite w smutne przypadki, gdzie morze jest zawsze niebezpieczne.

O godzinie szóstej zawlokłem się aż do schodów wielkiego rudla. Czepiając się poręczy i korzystając z jednego kołysania na dwa, dostałem się do schodów i przybyłem na pokład. Stamtąd dolazłem nie bez trudności aż do najwyższego piętra z przodu okrętu.

Miejsce było puste, jeżeli można tak nazwać miejsce, gdzie się znajdował doktór Pitferge. Ten szanowny człowiek, mocno oparty, stał tyłem do wiatru a nogą prawą obejmował jednę z poręczy. Dał mi znak, abym przyszedł do niego, — znak głową, ma się rozumieć, — gdyż nie mógł rozporządzać rękami, któremi się zabezpieczał od gwałtowności burzy. Za kilkoma poruszeniami zwinięty w kłębek, dostałem się na miejsce i tam usadowiłem się na sposób doktora.

A więc! — wykrzyknął — to trwa daléj!

Ha! ten Great-Eeastern! Właśnie w chwili dopłynięcia, cyklon, prawdziwy cyklon, wyłącznie przeznaczony dla niego!

Doktór wymawiał tylko wyrazy urywane. Wiatr porywał połowę słów jego. Jednak ja go zrozumiałem. Wyraz cyklon, ma swoje znaczenie.

Wiadomo, co to są owe burze obracające się w koło, nazwane huraganami na oceanie Indyjskim i na Atlantyckim, tornadami na wybrzeżach Afryki, simunami w pustyniach, tyfonami w morzach Chin, — burze których siła nadzwyczajna może zniszczyć największe okręty.

Otóż Great-Eastern został porwany przez cyklon. Jak też ten olbrzym będzie mu stawiał opór?

— Spadnie nań nieszczęście — powtarzał Dean Pitferge. Patrz pan jak on chowa nos w pierze.

Ta marynarska przenośnia wybornie dawała się stosować do położenia parostatku.

Sztuka drzewa z przodu ginęła pod górami wody, które ją uderzały z lewego boku. W oddaleniu nic nie można było widzieć. Wszystkie oznaki huraganu! O godzinie siódmej burza powstała. Morze stało się okropne. Owe małe pośrednie kołysania się, oznaczające zrównanie wielkich fal, znikły pod naciskiem wiatru. Ocean się wznosił w długie bałwany, których szczyty burzyły się nie do opisania. Z każdą chwilą wysokość fal wzmagała się, Great-Eastern uderzany niemi, z boku kołysał się okropnie.

— Są tylko dwie rzeczy do wyboru, rzekł mi doktór z powagą marynarza. Albo obrócić się wprost ku falom, płynąc z wolną parą albo uciekać, nie opierając się temu wzburzone mu morzu! Lecz kapitan Anderson nie zrobi żadnego z tych dwu obrotów.

— Dla czego? spytałem.

— Ponieważ!... odpowiedział doktór, ponieważ musi się coś wydarzyć!

Odwróciwszy się, spostrzegłem kapitana, podkomendnego i pierwszego inżyniera, zakapturzonych w swe ceratowe ubrania i trzymających się poręczy. Mgła z fal okrywała ich od stóp do głowy. Kapitan uśmiechał się według swego zwyczaju. Podkomendny śmiał się, pokazując swe białe zęby na widok kołyszącego się okrętu kiedy zdawało się, że maszty i kominy się zawalą!

Jednakże to postanowienie ten upór kapitana w walce przeciwko morzu dziwił mnie. O godzinie w pół do ósmej widok oceanu był przerażający. Z przodu bałwany pokrywały okręt okropnie. Patrzałem na ten wzniosły widok, na tę walkę kolosu z falami. Rozumiałem, do pewnego stopnia tę uporczywość „pana, po Bogu“ który nie chciał ustąpić. Lecz zapomniałem, że moc morza jest nieograniczona, i że nic nie zdoła mu się oprzeć, co jest ręką ludzką zrobione! rzeczywiście, chociaż tak silny olbrzym wkrótce musiałby uciekać przed burzą.

Niespodziewanie około godziny ósmej nastąpiło uderzenie. Był to ogromny statek morski, który uderzył okręt z lewej strony z przodu.

— To powiedział mi doktór, — to nie proste popchnięcie, to uderzenie pięścią wtwarz.

Rzeczywiście, uderzenie pięścią skaleczyło nas... kawałki drzewa ukazały się na szczytach fal. Czy to część odpadła z naszego ciała, czy też szczątki ciała obcego? Przypatrzywszy się lepiéj, zobaczyłem, że uderzenie morza unosiło płótna wywieszone na uroczystości które przecież wznosiły się na pięćdziesiąt stóp po nad powierzchnią fali. Great-Eastern został wstrząśnięty uderzeniem, lecz płynął dalej, niewzruszony zuchwałością. Trzeba było jak najprędzej uprzątnąć ułamane kawałki, które zasłaniały przód okrętu, i uciekać przed morzem... Lecz parostatek uparł się płynąć przeciwko morzu. Cała zapalczywość kapitana podniecała okręt. Nie chciał ustąpić. I nie ustąpi. Wysłano oficera i kilku ludzi naprzód okrętu, dla oczyszczenia pokładu.

— Uważajmy! — powiedział mi doktór — nieszczęście jest blisko!

Marynarze posunęli się naprzód. My przycisnęliśmy się do drugiego masztu. Patrzyliśmy przez mgły, które biorąc nas ukośnie, rzucały z każdą falą ulewą na pokład. Drugie raptowne uderzenia morza, gwałtowniejsze od pierwszego, przeszło przez wyłom w parapetach, oderwało ogromną blachę laną, i uderzając z całym zamachem w przepierzenia prawego boku, rozdarło je i uniosło jak kawałki płótna puszczone na wiatr.

'A Floating City' by Jules Férat 20

Ludzie zostali przewróceni. Jeden z nich oficer na wpół zalany, otrząsnął swe rude faworyty i podniósł się. Później widząc jakiegoś majtka leżącego bez przytomności, podszedł do niego, wziął na plecy i wyniósł. Było trzy stopy wody w przedziale między dwoma pomostami. Odłamane kawałki znowu pokryły morze, a między niemi kilka tysięcy lalek, które mój spółziomek z ulicy Chapon chciał aklimatyzować w Ameryce!... Wszystkie te małe postacie wyrzucone z paki uderzeniem morza, skakały na grzbietach bałwanów, a ta scena w mniej ważnych okolicznościach byłaby z pewnością do śmiechu pobudziła. Tymczasem woda zalewała nas. Masa płynna wpadała otworami, a napływ morza był tak wielki, że podług doniesienia inżyniera, Great-Eastern obejmował wtedy więcéj jak dwa tysiące wody, co było dostatecznem do zatopienia pierwszorzędnéj fregaty.

— Doskonale! — mruknął doktór, którego kapelusz wiatr porwał.

W tem położeniu utrzymać się dłużéj stało się niepodobieństwem. Walczyć jeszcze przeciwko burzy, byłby to czyn szalonego. Trzeba było zrobić zwrót do ucieczki. Parostatek wystawiający swój przód zapadnięty przeciwko morzu, wyglądałby tak samo jak człowiek, chcący płynąć między dwoma prądami wody z otwartemi ustami.

Kapitan Anderson zrozumiał to wreszcie. Widziałem, jak biegł sam do małego koła przy mostku, które kierowało obrotami rudla. Zaraz para przeszła w cylindry z tyłu belka została obróconą z wiatrem, a kolos kręcąc się jak łódka przodem na północ, uciekał przed burzą.

W téj chwili kapitan, zwykle tak spokojny, umiejący zawsze panować nad sobą, wykrzyknął z uniesieniem:

— Mój okręt jest zniesławiony!



XXIV.

Zaledwie Great-Eastern zmienił kierunek; zaledwie zwrócił się tyłem do fal, zaraz zaprzestał się kołysać. Była, to nieruchomość zupełna, następująca po gwałtownej ruchliwości. Podano śniadanie. Większa część pasażerów, zapewnionych spokojnością okrętu, zeszła do jadalnéj sali. Można było jeść, nie doznając żadnego poruszenia ani szturchnięcia. Ani jeden talerz nie spadł na ziemię; wszystkie szklanki utrzymywały się na stole. Lecz w trzy kwandranse później, meble rozpoczęły swe gibotanie, wszystko zawieszane bujało w powietrzu, porcelana potrącała się na półkach kredensu. Great-Eastern rozpoczął swą drogę na zachód, na chwilę przerwaną.

Wyszedłem na pokład z doktorem Pitferge. Spotkaliśmy człowieka z lalkami.

— Panie — rzekł do niego doktór — cały ludek pana okropnie ucierpiał. Otóż i po niewiniątkach, które nie będą mówiły w Stanach Zjednoczonych.

— O! — odpowiedział przemyślny paryżanin, — pakunek był ubezpieczony, a mój sekret z nim nie zatonął. Narobimy nowych takich lalek.

Mój spółziomek nie łatwo rozpaczał, jak widać. Ukłonił się nam uprzejmie, a my poszliśmy na tył parostatku. Tam sternik powiedział nam, że łańcuchy od rudla były poplątane wczasie przestanku między dwoma uderzeniami morza.

— Gdyby się ten wypadek zdarzył w czasie obrotów okrętu — powiedział Pitferge, niewiem coby mogło nastąpić, gdyż woda strumieniem płynęła na okręt. Już pompy parowe rozpoczęły wylewać wodę. Lecz to jeszcze nie koniec.

— Co się zrobiło z tym nieszczęśliwem majtkiem? — za­pytałem doktora.

— Niebezpiecznie ranny w głowę. Biedny człowiek! Jest to młody rybak, żonaty, ojciec dwojga dzieci, odbywają­cy pierwszą podróż po morzu. Doktór okrętowy ręczy za je­go zdrowie, i to właśnie sprawia, że się oń obawiam. Zresztą, zobaczymy. Rozeszła się też pogłoska, że kilku ludzi zostało porwanych, ale na wielkie szczęście, jestto fałsz.

— Nakoniec, spytałem, wróciliśmy na naszę drogę?

— Tak, — odpowiedział doktór — płyniemy drogą na zachód przeciwko wiatrowi i przypływowi morza. Czuć to mo­żna dobrze, — dodał, chwytając się haczyka aby nie upaść na pomost. Wiesz kochany panie, cobym zrobił z Great-Eastern’u, jeżeliby on do mnie należał? Nie wiesz? Otóż zrobiłbym z niego statek zbytkowy, po dziesięć tysięcy franków od oso­by. Płynęli by na nim tylko milijonerzy, ludzie, którzy się nie śpieszą. Przez miesiąc albo sześć tygodni płynąłby z Anglii do Ameryki. Nigdy nie byłoby fali w poprzek. Zawsze wiatr z przodu lub wiatr wtyle. Ale też nie było by żadnych huśtań ani kołysań. Moi podróżni byli by zabezpieczeni prze­ciwko chorobie morskiej i płaciłbym im po sto franków za znudzenie w podróży.

— Otóż to jest myśl praktyczna — odpowiedziałem.

— A tak! — odparł Dean Pitferge — możnaby zrobić pieniądze... albo stracić! Tymczasem parostatek odbywał swą drogę zwolna, obracając pięć albo sześć razy koła co najwię­céj, tak aby się utrzymać. Kołysanie bałwanów było przera­żające, lecz sztuka drzewa z przodu okrętu przerywała fale, normalnie, a Great-Eastern nie przyjmował żadnego statku morskiego. Niebyła to już wcale góra metalowa idąca prze­ciwko górze wody, lecz skała silna, nie zwracająca uwagi na kołysanie bałwanów. Zresztą deszcz zaczął potokami pa­dać, co nas zmusiło schronić się pod wystawą dużego salonu. Przez tę ulewę ustał wiatr i morze się uspokoiło. Niebo się rozjaśniło na zachodzie i ostatnie wielkie chmury rozeszły się w stronę przeciwną. O godzinie dziesiątéj huragan zawiał raz ostatni. O dwunastéj można było mniej więcej oznaczyć punkt w którym byliśmy:

Szer. 41° 50ʻ P.
Dłu. 61° 57ʻ Z.
Bieg. 193 mil.

To znaczne zmniejszenie w przeliczonéj drodze można było przypisać jedynie burzy która podczas nocy i poranku bezustannie uderzała o okręt; burzy tak okropnej, że jeden z podróżnych, — prawdziwy mieszkaniec oceanu który go prze­pływał po raz czterdziesty, — nie widział podobnéj ani razu. Inżynier wyznał nawet, że od czasu owego uraganu, kiedy Great-Eastern pozostawał przez trzy dni w bałwanach fal, okręt nie był zaatakowany z tak wielką gwałtownością. Lecz trzeba i to dodać, że zadziwiający ten parostatek, jeżeli płynie wolno i kołysze się bardzo, przedstawia wobec nawałnic mor­skich zupełne bezpieczeństwo. Utrzymuje się jak kloc pełny, a tę wytrwałość swoję zawdzięcza doskonałéj jednorodności budowy, podwójnemu dnu i zadziwiającym bokom swego pokładu. Lecz powiedzmy i to także. Chociaż on jest tak sil­ny nie trzeba go bez powodów wystawiać przeciwko wzburzonemu morzu. Jakkolwiek jest wielki, jakkolwiek silnym się wydaje; okręt nie jest przecież zniesławionym, jeżeli ucie­ka przed burzą. Dowódca okrętu nie powinien nigdy zapomi­nać, że życie jednego człowieka więcéj znaczy niż zadowole­nie miłości własnéj. W każdym wypadku upierać się przy swojem jest niebezpiecznie, zapędzać się nagannie; a przykład niedawny smutnego wypadku, który się zdarzył na jednym ze statków zaoceańskich, przekonywa, że kapitan nie powinien nad możność walczyć z morzem, chociażby czuł nawet następujący na swe pięty okręt towarzystwa spółzawodniczącego.



XXV.

'A Floating City' by Jules Férat 21

Pompy tymczasem nie przestawały wyczerpywać tego je­ziora, które się utworzyło wewnątrz Great-Eastern'u, jak laguna w środku jakiej wyspy. Pompy silnie a szybko działające za pomocą pary, oddawały oceanowi, co do niego należało. Deszcz przestał padać, wiatr był znowu chłodny, niebo oczy­szczone burzą, było czyste. Kiedy noc nastąpiła, chodziłem przez kilka godzin po pokładzie. Z salonów przez okienka na wpół otwarte, przedzierał się wielki blask światła. Z tyłu okrę­tu dopóki okiem można było dojrzeć, rozchodził się wir fosfo­ryczny, rysujący się tu i owdzie na szczytach błyszczących fal. Gwiazdy pokazywały się i znikały jak to zwykle się dzie­je w pośród chmur pędzonych silnym wichrem. W około i w oddaleniu rozciągała się noc ciemna i ponura. Przedemną grzmiał stukot kół, a nademną słychać było brzęk łańcuchów u rudla. Wracając do dużego salonu, zdziwiłem się bardzo, zobaczywszy ogromny tłok widzów. Rozlegały się oklaski. Pomimo nieszczęść dnia tego entertainment zwykle rozwijało niespodzianki swego programu. O majtku tak niebezpiecznie rannym, a może umierającym, nie było już nawet mowy. Zabawa, zdawało się, zajmowała wszystkich. Podróżni przyj­mowali z wielkiemi demonstracyjami, występy minstreli na deskach Great-Eastern'u. Wiadomo, co to są ci minstrele, śpiewacy wędrujący, czarni albo poczernieni według potrzeby przebiegający miasta angielskie, dając w nich śmieszne kon­certy. Tą razą śpiewacy byli to tylko majtkowie albo usługu­jący na okręcie wysmarowani szuwaksem. Ubrali się w łachmany, przybrane w guziki z muszli morskich; mieli kornety zrobione z dwu butelek połączonych i drumle złożone z kiszek rozciągniętych na pęcherzu. Te trzpioty, dosyć zresztą śmieszne, śpiewały piosnki zabawne i prowadziły rozmowę naszpikowaną konceptami niedorzecznemi i dwuznacznemi. Dawano im oklaski bez miary, a oni podwajali swe przedrzeźniania i skrzywienia. Wreszcie na zakończenie tancerz jakiś zręczny jak małpa, wykonał podwójny taniec, który zachwy­cił całe zgromadzenie.

Jakkolwiek zajmującym był program minstreli nie zgro­madził jednak wszystkich podróżnych. Inni w wielkiéj liczbie zapełniali salę z przodu okrętu i cisnęli się w koło stołów. Tam grano na znaczną stawkę. Wygrywający bronili zysku nabytego w ciągu podróży, przegrywający, których czas na­glił, starali się zawładnąć losem zuchwałem rzucaniem kart. Z sali tej słychać było wielką wrzawę. Dolatywał nas głos bankiera, obwołującego rzuty, złorzeczenie przegrywających, dźwięk złota, szelest dollarów papierowych. Późniéj nastawa­ła głęboka cisza; jakiś śmiały rzut zatrzymywał wrzawę, a kie­dy poznano rezultat, okrzyki się zdwajały.

Mało miałem stosunków ze zwykłemi uczestnikami Smo­king-room[23] mam wstręt do gry. Jest to rozrywka zawsze gburowata, a często szkodliwa. Człowiek pasyjonowany do gry zawsze jéj podlega; a niepodobieństwem jest, ażeby i in­ne złe namiętności nie przyłączyły się do niej. Wada ta za­wsze pociąga inne za sobą. A trzeba i to jeszcze powiedzieć, że towarzystwo graczów składające się zawsze i wszędzie z ró­żnorodnych osób, nie podoba mi się. Tam panował Harry Drake pośród swoich wiernych. Tam rozpoczynało to życie hazardowne kilku awanturników, udających się po szczęście do Ameryki. Unikałem spotkania się z owemi niespokojnemi ludźmi. Tego wieczora właśnie przechodziłem koło drzwi ru­dla nie wchodząc tam, gdy gwałtowne krzyki i wyrazy obelżywe zatrzymały mię. Stanąłem by się przysłuchać, a po chwilce przestanku, zdawało mi się z wielkiem podziwieniem, że sły­szę głos Fabijana. Co on mógł robić w tem miejscu? Czy po­ szedł tam szukać swego nieprzyjaciela? Katastrofa któréj do­ tąd uniknęliśmy, miałaż teraz wybuchnąć?

'A Floating City' by Jules Férat 22

Żywo drzwi otworzyłem. W téj chwili wrzawa dochodzi­ła do ostateczności. Wśród tłumu graczów zobaczyłem Fa­bijana. Stał on wyprostowany naprzeciwko Drake’a, który stał także. Zapewnie Harry Drake musiał Fabijana po grubijańsku obrazić, gdyż Fabijan zamierzył się nań ręką i dla tego go nie trafił w twarz, że Corsican zjawił się niespodzie­wanie i wstrzymał go szybkim ruchem. Lecz Fabijan odwró­cił się do swego przeciwnika, i powiedział mu, głosem zimnoszyderczym:

— Uważasz pan ten policzek za otrzymany?

— Tak — odpowiedział Drake — i oto mój bilet!

Pomimo więc naszego czuwania nieuniknione zrządzenie losu, sprowadziło spotkanie tych dwu śmiertelnych nieprzyja­ciół. Rozdzielić ich już było za późno. Rzeczy musiały iść swoim porządkiem. Kapitan Corsican spojrzał na mnie a ja dostrzegłem w jego oczach większy smutek niż zdziwienie.

Tymczasem Fabijan wziął bilet, który Drake rzucił na stół. Trzymał go w palcach jak przedmiot, z którym niewiadomo co zrobić. Corsican zbladł. Mnie serce biło. Nakoniec Fabijan spojrzał na ten bilet. Przeczytał na nim nazwisko. Z piersi jego wydobył się jakby ryk straszny.

— Harry Drake! — wykrzyknął: A więc to pan! To pan!

— Ten sam, kapitanie Mac-Elwin, odpowiedział spokojnie przeciwnik Fabijana.

Nie myliliśmy się. Jeżeli Fabijan nie wiedział dotych­czas nazwiska Drake’a, to on za to doskonale był poinformo­wany o obecności Fabijana na Great-Eastern'ie.



XXVI.

Nazajutrz, z brzaskiem dnia, pobiegłem szukać kapitana Corsicana. Zastałem go w dużym salonie. Przepędził noc przy Fabijanie. Fabijan był okropnie wzruszony ciosem zadanym mu przez nazwisko męża Ellen’y. Czy tajemniczą in­tuicyją domyślił się, że Drake nie był sam na okręcie? Obe­cność tego człowieka, czy objaśniała go o obecności Ellen’y? Nakoniec, czy on odgadł, że ta biedna obłąkana, była to ta sama młoda kobieta, którą kochał od lat tylu? Corsican nie mógł o tem wiedzieć, gdyż Fabijan przez całą noc nie mówił ani słowa.

Corsican kochał Fabijana miłością braterską. Od dzie­ciństwa trwał zawsze w tem usposobieniu niczem się nie zra­żając. Był w rozpaczy.

— Za późno się w to wdałem — rzekł mi. Nim Fabijan rękę na niego podniósł, ja powinien był uderzyć w twarz tego nędznika.

— Byłby to gwałt bezskuteczny, odrzekłem. Harry Drake nie byłby się dał wciągnąć tam, gdzie pan chciałeś. On tylko z Fabijanem chciał mieć do czynienia a katastrofa była nieunikniona.

— Masz pan słuszność — odpowiedział kapitan. Ten łotr dojrzał zamierzonego celu. On znał Fabijana, całą jego prze­szłość, jego miłość, Może Ellen pozbawiona zmysłów, odkry­ła swe tajemne myśli? A raczéj Drake przed ożenieniem na­wet dowiedział się może od téj prawéj kobiety, o jej życiu młodzieńczem? Popchnięty przez swoje złe skłonności szukał tego zajścia z Fabijanem zostawiając sobie stronę obrażonego. Ten drab wielkim musi być miłośnikiem pojedynków.

— A tak, — odpowiedziałem — już miał trzy czy cztery nieszczęśliwe zajścia w tym rodzaju...

— Mój kochany panie, — powiedział Corsican, nie pojedynku właściwie lękam się dla Fabijana. Kapitan Mac-Elwin jest jednym z tych, których żadne niebezpieczeństwo nie przeraża. Obawiam się tylko następstw tego zajścia. Jeżeli Fabijan zabija tego człowieka, chociaż tak podłego, otworzy się nieprzebyta przepaść pomiędzy Ellen’ą a Fabijanem. Bóg jeden wie ile kobieta potrzebuje takiego wsparcia, jakie Fabijan zapewnić jéj może.

— Co prawda — powiedziałem, — wbrew wszystkiemu co może z tego wyniknąć, życzyć jednéj tylko rzeczy dla Ellen’y i dla Fabijana powinniśmy, aby Harry Drake poległ, słuszność mamy za sobą.

— Zapewne, lecz trzeba się obawiać i o innych — odparł kapitan, serce mi się rozdziera na myśl, że nie mogłem przeszkodzić temu spotkaniu, choćby z narażeniem życia własnego.

— Kapitanie — rzekłem — ściskając ręką tego poświęcającego się przyjaciela, jeszcze u nas nie byli sekundanci Drake’a. To też choć pod każdym względem masz pan racyją, przecież nie rozpaczam jeszcze.

— Czy masz pan jaki sposób przeszkodzić temu spotkaniu?

— Dotąd żadnego. W każdym razie ten pojedynek, je­żeli ma nastąpić, zdaje się, że dopiero odbędzie się w Ame­ryce, a nim dopłyniemy, przypadek któren sprowadził to po­łożenie, może je jeszcze pomyślnie zakończy. Kapitan Corsi­can, poruszył głową, niewierząc w skuteczność przypadku w rzeczach ludzkich. W tymże czasie Fabijan wszedł na scho­dy wychodzące na pokład. Spojrzałem na niego. Bladość je­go uderzyła mnie. Rana zakrwawiona w nim odżyła. Przy­krość robił swym widokiem. Poszliśmy za nim. Błąkał się bez celu, przywołując tę biedną duszę na wpół unoszącą się ze śmiertelnej powłoki starając się nas uniknąć.

Przyjaźń czasami może być natrętną. To też myśleliśmy z Corsicanem, że lepiéj będzie szanując tę jego boleść nieprzeszkadzać mu. Lecz nagle Fabijan zbliżył się, a przy­szedłszy do nas:

To była ona! zawołał ta obłąkana? To była Ellen, niepra­wdaż? Biedna Ellen! Wątpił jeszcze i odszedł, nie czekając odpowiedzi, któréj dać mu nie mielibyśmy odwagi.



XXVII.

O dwunastéj Drake jeszcze nie przysłał swoich sekun­dantów do Fabijana. Jednakże te warunki powinny być do­pełnione, jeżeli Drake postanowił żądać natychmiast satysfa­kcyi. Opóźnienie to mogłoż nam dawać jaką nadzieję?

Wiedziałem dobrze, że plemiona saksońskie inaczéj ro­zumieją sprawy honorowe, i że pojedynki prawie zupełnie znikły z obyczajów angielskich. To też jak powiedziałem, nie tylko prawo jest srogie dla pojedynkujących się, i nie można się z niego wykręcić jak we Francyi, ale co więcéj opinija publiczna powstaje przeciwko nim.

Przecież w téj okoliczności, zdarzenie było szczególne. Zajścia widocznie szukano, żądano go. Obrażony prawdę mó­wiąc, wyzwał tu obrażającego, a moje rozumowania docho­dziły zawsze do tego wniosku, że utarczka między Fabijanem a Drakem była nieunikniona.

W tym czasie pokład był zapełniony tłumem spacerujących. Byli to wierni w strojach świątecznych wracający z ka­plicy. Oficerowie, majtkowie i podróżni, zajmowali swe sta­nowiska, swoje pokoje.

O godzinie w pół do pierwszéj ogłoszenie o obserwacyi punktu było następujące:

Sze. 40° 33ʻ N.
Dłu. 66° 21ʻ W.
Bie. 214 mil.

Great-Eastern był tylko o 348 mil od punktu Sandy­-Hook, piasczystego cypla otwierającego wejście do portów Nowego Yorku. Nie zadługo okręt powinien był wpłynąć na wody Ameryki.

W czasie śniadania nie było Fabijana na jego zwykłem miejscu, lecz Drake zajmował swoje. Chociaż hałaśliwy, wydawał mi się ten nędznik niespokojnym. Czy szukał w podnie­caniu się winem, zapomnienia wyrzutów sumienia? nie wiem lecz oddał się częstemu spełnianiu puharów w gronie swych zwykłych towarzyszy. Kilkanaście razy spojrzał na mnie z pod oka, nie śmiejąc i nie chcąc mi patrzyć w oczy, pomimo swej bezczelności. Nie wiem czy szukał Fabijana w ciżbie biesiadników? Tem zwrócił moją uwagę, że raptownie opuścił stół przed skończeniem jedzenia. I ja zaraz wstałem, aby mieć nań baczność, lecz poszedł do swego pokoju i zamknął go. Wyszedłem na pokład. Morze było zachwycające, niebo czyste. Nie było żadnéj chmurki na jednem, ani jednéj pianki na drugiem. Te dwa zwierciadła przesyłały sobie wzajemnie swe odcienia lazurowe, Doktór Pitferge, którego spotkałem, udzielił mi złych wiadomości o rannym majtku. Stan zdro­wia chorego pogorszał się i pomimo zaręczenia lekarza tru­dno było spodziewać się wyzdrowienia. O godzinie czwartéj na kilka minut przed obiadem, dano znak o okręcie z prawéj strony. Podkomendny mi powiedział, że to musi być Citi of Paris o 5,750 beczek, jeden z najpiękniejszych parostatków stowarzyszenia Jumara; lecz się omylił, statek, zbliżywszy się dał nam poznać swe nazwisko, Saxonia, Steam-National Company[24]. Przez krótki czas obydwa statki płynęły obok siebie mniéj oddalone jeden od drugiego jak o kilkaset sążni. Pokład Saksonii był zapełniony podróżnemi, którzy nas witali potrójnym okrzykiem.

O godzinie piątej nowy statek pokazał się na horyzoncie, lecz zanadto był daleko, aby można było widzieć Jego naro­dowość. Był to zapewne City of Paris. Bardzo są pociągające te spotkania okrętów, ci goście Atlantyku którzy się witają w przejeździe! Istotnie łatwo zrozumieć, że niepodobna, aby panowała obojętność między jednym okrętem a drugim. Wspól­ne niebezpieczeństwa ze strony żywiołu są węzłem łączącym nawet nieznajomych. O godzinie szóstéj znów płynął trzeci okręt Philadelphia z linii Jumana, wyłącznie przeznaczony do przewożenia emigrantów z Liwerpola do Nowego Yorku. Oczywiście płynęliśmy przez morza uczęszczane, a ląd musiał być blisko. Chciałbym był już do niego dopłynąć.

Oczekiwano także okrętu Europa, statku morskiego o ko­łach, objętości 3,200 beczek a sile 1300 koni. Ten parosta­tek należy do towarzystwa zaatlantyckiego, i przewozi podróżnych pomiędzy Hawrem a Nowym Yorkiem, lecz nie dał o sobie żadnego znaku. Musiał popłynąć więcéj na północ. Noc nastąpiła około w pół do ósméj. Księżyc na nowiu wydobył się z promieni zachodzącego słońca i był jakiś czas na horyzoncie. Czytanie religijne, przez kapitana Andersona przeplatane śpiewami, przeciągnęło się do godziny dziewiątéj wieczór.

Dzień się skończył a sekundanci Harry Drake'a nie przyszli do kapitana Corsicana ani do mnie.



XXVIII.

Nazajutrz w poniedziałek 8 kwietnia dzień był przecu­downy. Słońce od samego wschodu było jaśniejące. Na po­kładzie spotkałem doktora. Powiedział mi:

— Otóż tedy! umarł nasz biedny ranny, umarł w nocy. Lekarze zaręczali, że wyzdrowieje!... Oh! lekarze! Oni nie wątpią nigdy! Oto już czwarty towarzysz podróży opuszcza nas od Liwerpolu, czwarty oddający dług Great-Eastern’owi a podróż jeszcze nieskończona!

— Biedak! odparłem skonał w chwili przybycia do miejsca i widząc prawie wybrzeża Amerykańskie. Cóż się stanie z jego żoną i małemi dziećmi?

— Co pan chcesz, — odpowiedział mi doktór — takie to już prawo! Trzeba przecież umierać! Trzeba przecież usunąć się dla tych, co przychodzą! Umiera się podług mego zdania, aby zrobić miejsce innemu, który ma do niego prawo! A wiesz pan, wielu ludzi umrze, podczas mego istnienia, jeżeli będę żył lat sześćdziesiąt?

— Nie domyślam się doktorze.

— Rachunek bardzo prosty — odparł Dean Pitferge. Jeżeli będę żył sześćdziesiąt lat, przeżyję dwadzieścia jeden ty­sięcy dziewięćset dni czyli trzydzieści jeden milijonów pięć kroć trzydzieści sześć tysięcy minut, czyli nakoniec bilijon osiemset osiemdziesiąt dwa milijony sto sześćdziesiąt tysięcy sekund. Okrągłą liczbą dwa bilijony sekund. Otóż przez ten czas umrze właśnie dwa bilijony osób, które będą zawadzać następcom, i ja pójdę z kolei, kiedy będę zawadzał. Cała rzecz w tem, żeby jak najdłużéj nie zawadzać. Dowodził o tem doktór przez jakiś czas, chcąc mnie przekonać o rzeczy łatwéj do zrozumienia, że wszyscy jesteśmy śmiertelni . Nie widziałem potrzeby z nim się spierać. Chodziliśmy: on mówił, ja słuchałem; widziałem cieślów okrętowych którzy zajmowali się naprawą przeforsztowań zapadniętych z przodu okrętu wskutek podwójnego uderzenie morza. Jeżeli kapitan Anderson ze swemi uszkodzeniami w okręcie nie chciał przybyć do Nowego Yor­ku, cieśle musieli się spieszyć, gdyż Great-Eastern płynął bar­dzo prędko na tych wodach spokojnych, zdaje mi się na­wet, że nigdy nie płynął tak szybko. Zmiarkowałem to po wrażeniu dwojga narzeczonych, którzy oparci o balustradę, nie rachowali już obrotów kół. Koła obracały się wtenczas jedenaście razy na minutę, a parostatek płynął pewnie ze trzy­naście mil na godzinę.

O godzinie dwunastéj oficerowie poszli oznaczyć miejsce w którem byliśmy. Doskonale wiedzieli położenie przez obra­chowanie codzienne, i wkrótce miał pokazać się ląd.

Gdy po śniadaniu przechadzałem się kapitan Corsican przyszedł do mnie. Miał mi coś powiedzieć. Widziałem to po jego stroskanej twarzy. U Fabijana powiedział mi byli sekun­danci Drake’a. Mnie mówił, abym był jego sekundantem, i pana prosi, abyś także był obecnym tej rozprawie. Czy może na pana liczyć?

— Tak kapitanie. Więc cała nadzieja stracona oddalenie lub zapobieżenie téj rozprawie jest niemożliwe?

— Nie ma nadziei.

— Lecz powiedz mi pan, z czego ta kłótnia powstała.

— Sprzeczka o grę była tylko pozorem nic innego. W rzeczywistości jeżeli Fabijan nie znał Drake’a, Drake go znał doskonale. Nazwisko Fabijana jest zgryzotą sumienia dla Drake’a, to też on chce zabić to nazwisko, razem z człowie­kiem który je nosi.

— Kogo ma za sekundantów Harry Drake? spytałem.

— Jeden — odpowiedział Corsican — jest ten dowcipniś...

— Doktór T...?

— Ten sam. Drugi jest Yankes, którego nie znam.

— Kiedyż mają przyjść do pana?

— Tu ich oczekuję.

W istocie w krótce spostrzegłem obudwu sekundantów Harry Drake'a, idących do nas. Doktór T... napuszył się. Zdawało mu się, że podrósł na dwadzieścia łokci, zapewnie dla tego, że był reprezentantem łotra. Jego towarzysz, inny współbiesiadnik Drake’a był to jeden z tych handlarzy filozofów, którzy zawsze i wszystkiem handlują, cokolwiek byś mu przedstawił do kupienia. Doktór T... rozpoczął rozmowę, zrobiwszy napuszony ukłon, na któren kapitan Corsican zaledwie się odkłonił.

— Panowie — rzekł doktór T... głosem uroczystym — nasz przyjaciel Drake, człowiek, którego zasługi wszyscy cenić mogą, przysłał nas do panów dla rozmówienia się w sprawie draźliwej. To znaczy, że kapitan Fabijan Mac-Elwin, do któ­rego tylko co chodziliśmy, wyznaczył panów obydwu „jako swoich przedstawicieli w tej sprawie. Myślę więc, że poro­zumiemy się, jak przystało ludziom dobrze wychowanym mó­wiąc o rzeczy draźliwej naszego poselstwa.”

Nie odpowiedzieliśmy nic tym osobistościom dozwalając im gmatwać się w swej „draźliwości.”

— Panowie, rozpoczął na nowo, niezaprzeczenie cała wi­na jest ze strony kapitana Mac-Elwina. Ten pan a nawet bez powodu, obraził godność Harry Drake’a w przedmiocie gry; później bez żadnej zaczepki, zrobił Drakowi największą znie­wagę, jaka człowieka porządnego spotkać może....

Ta cała frazeologija słodziuchna zniecierpliwiła kapitana Corsicana, który przygryzał usta. Nie mógł dłużej wy­trzymać.

— Przystąpmy do rzeczy — powiedział gwałtownie dokto­rowi T... który wszczął rozmowę. Po co tak dużo mó­wić? Sprawa jest bardzo prosta. Kapitan Mac-Elwin, podniósł rękę na pana Drake’a. Jest obrażony. Wymaga satys­fakcyi. Ma wybór broni, cóż więcej?

— Czy kapitan Mac-Elwin przystaje?... zapytał doktór, zmięszany tonem Corsicana.

— Przystaje na wszystko.

— Nasz przyjaciel Harry Drake wybiera broń.

— Dobrze. Gdzie będzie pojedynek? W Nowym Yorku?

— Nie, tutaj na okręcie.

— Dobrze, na okręcie, zaraz, jeżeli panu o to idzie. Kie­dy? Jutro rano?

— Dziś wieczór, o szóstej z tyłu okrętu przy wielkiem rudlu, który w tym czasie będzie pusty.

— To dobrze.

To powiedziawszy kapitan Corsican, biorąc mnie pod rękę, odwrócił się od doktora T...



XXIX.

Przeszkodzić już nie można było roztrzygnięciu tej spra­wy. Było tylko kilka godzin, do czasu, w którym się mieli obydwa przeciwnicy spotkać. Skąd pochodził ten pośpiech! Dlaczego Harry Drake nie czekał, aż wysiądą z okrętu? Czy ten okręt, wynajęty przez towarzystwo francuzkie zdawał mu się stanowiskiem więcej pomyślnem, do tego spotkania, które miało być pojedynkiem śmiertelnym. Pewniej może Drake miał skryte wyrachowanie pozbyć się Fabijana, zanim ten po­stawi nogę na lądzie amerykańskim, i zacznie podejrzewać obecność Ellen’y na okręcie, o czem jak sądził Drake nikt nie wiedział? Rzeczywiście tak być musiało.

— Mniejsza o to, już po wszystkiem — rzekł kapitan Corsican, lepiej prędzéj skończyć.

— Czy mam prosić doktora Pitferge'a aby był obecny przy pojedynku jako lekarz?

— Dobrze, poproś pan.

Corsican poszedł do Fabijana. W tej chwili dało się słyszeć uderzenie dzwonu. Zapytałem sternika, co znaczyło to niezwykłe dzwonienie. Odpowiedział mi, że dzwonią pochowanie majtka, co umarł w nocy. Rzeczywiście ten smutny obrzęd miał się dopełnić. Pogoda dotąd tak piękna zaczęła się zmieniać. Wielkie chmury zbierały się na południe. Na odgłos dzwonu, podróżni zaczęli się tłumnie zgromadzać na prawym boku okrętu. Oficerowie, majtkowie, palacze, którzy nie byli na służbie, przyszli na pokład.

'A Floating City' by Jules Férat 23

O godzinie drugiej, grono marynarzy wyszło z pokoju chorych, i minęło machinę rudla.

Ciało umarłego majtka, zaszyte w płótno, z kulą uwiązaną do nóg, niosło na desce czterech ludzi. Ten umarły przy­kryty był flagą brytańską. Za niosącemi szli przyjaciele umar­łego, postępowali zwolna wśród otaczających, którzy się ustępowali, aby ich przepuścić.

Przyszedłszy na tył koła prawego boku, orszak się zatrzy­mał; ciało postawiono na placyku którym kończą się schody na wysokości pokładu. Na przodzie tego szpaleru patrzących stał kapitan Anderson w paradnym ubraniu i jego główniej­si oficerowie. Kapitan trzymał w ręku książkę do nabożeń­stwa. Zdjął kapelusz i przez kilka minut wśród głębokiéj ciszy, któréj nawet fale nie przerywały, czytał głosem dono­śnym modlitwę za umarłych. W tej atmosferze ciężkiéj, po­chmurnej, cichej, bez najmniejszego wiatru każde słowo mo­żna było słyszeć wyraźnie. Kilku podróżnych powtarzało za nim cichym głosem.

Za danym przez kapitana znakiem, ciało wzniesiono do góry, i spuszczono do morza. Chwilkę płynęło po wierzchu, wyprostowało się, później znikło w kręgu piany.

W tym samym czasie majtek ze straży zawołał:

— Ziemia!



XXX.

Ta ziemia, zapowiedziana w chwili kiedy morze zabierało ciało biednego majtka, była żółta i piasczysta. Było to pa­smo wzgórz piasczystych zwanych Long-Island (wyspa dłu­ga), wielka ława piasku, ożywiona przez wegetacyją, która pokrywa wybrzeże Amerykańskie, od Montauk aż do Bro­oklyn, który należy do Nowego-Yorku. Liczne dwumaszto­we statki żeglugi pobrzeżnej krążyły około tej wyspy okrytej willami i domkami dla rozrywki. Jestto okolica ulubiona przez mieszkańców Nowego-Yorku.

Każdy z podróżnych przywitał ręką tę ziemię tak pożą­daną, po zbyt długiej podróży, nie bez przykrych wypadków. Wszystkie lornetki zwróciły się na ten kawałek lądu Amery­kańskiego, a każden chciał go widzieć innemi oczyma, stoso­wnie do swoich smutków lub pragnień. Jankesi witali ją jak matkę ojczyznę. Południowcy z pewną pogardą patrzyli na tę ziemię północy, z pogardą zwyciężonego dla zwycięzcy.

Kanadyjczycy patrzyli na nią jak ludzie, którzy mają jeden krok postąpić a zostaną obywatelami Stanów Zjedno­czonych. Mieszkańcy Kalifornii przebywając te wszystkie równiny Far-West’u i zostawiając za sobą. Góry Skaliste sądzili że już stają w swoich nieprzebranych kopalniach. Mor­moni, z czołem dumnem, ustami pogardliwie wykrzywionemi nie zwracali prawie uwagi na te wybrzeża, i patrzyli dalej, wstronę swej puszczy niedostępnej, w stronę Jeziora Słonego i Miasta Świętych. Co do młodych narzeczonych, ląd ten był dla nich ziemią Obiecaną.

Niebo tymczasem chmurzyło się coraz bardziej. Cały ho­ryzont południowy był zasłonięty. Ogromne pasmo chmur dochodziło do zenitu. Ciężkość powietrza zwiększała się. Upał duszący przenikał powietrze, jak gdyby słońce lipcowe żarem je swoim spaliło. Czy jeszcze nie koniec wypadkom w tej podróży wieki trwającej?

— Chcesz pan abym cię zadziwił? powiedział mi doktór Pitferge, który się do mnie przybliżył.

— Zadziwiaj doktorze.

— A więc, będziemy mieli burzę, może nawałnicę przed końcem dnia.

— Burzę w kwietniu! — wykrzyknąłem.

Great-Eastern drwi sobie z pory roku — dodał Dean Pitferge, wzruszając ramionami. Ta burza wyłącznie dla nie­go. Widzisz pan te chmury przerażające które zakrywają niebo. Podobne są do zwierząt z gieologicznych czasów; nie­zadługo one się pozjadają.

— Przyznaję — odrzekłem, że widnokrag jest groźny. Z pozoru grozi on burzą; tak za trzy miesiące byłbym pań­skiego zdania, kochany doktorze, lecz nie dziś.

— Powtarzam panu — odpowiedział Dean Pitferge wpa­dając w zapał, że za kilka godzin burza powstanie. Ja to czu­ję, jak „storm-glass”[25] patrz pan na te wyziewy, które się zbie­rają na wysokościach nieba. Uważaj pan te drobne chmurki, które się zbierają w jednę wielką, i na kółka zgęszczone któ­re ściskają horyzont. Wkrótce wyziewy szybko się zgęszczą a stąd wytworzy się elektryczność. Zresztą barometr opadł raptownie na siedemset dwadzieścia jeden milimetrów, i wia­trami panującemi są południowo-zachodnie, jedyne co wywo­łują burzę w zimie.

— Twoje spostrzeżenia doktorze mogą być prawdziwe, odpowiedziałém niedowierzająco. Ale przecież kto widział, żeby powstawała burza wtym czasie i pod tą szerokością jeo­graficzną?

— Wzmiankują o nich panie, wzmiankują w rocznikach. Często się zdarzają burze wśród zimy nie bardzo mroźnej. Trzeba było panu żyć w 1172 albo przynajmniej w 1824, w pierwszym byłbyś Pan słyszał grzmoty w lutym a w drugim w grudniu. W 1837 w styczniu piorun uderzył blisko Dram­mem w Norwegii i sprawił wielkie zniszczenie, a roku zeszłego na kanale La Manche w lutym statki rybackie z Tréport zni­szczył piorun. Gdybym miał czas przeczytać statystykę to bym pana zasypał faktami.

— W reszcie kiedy tak chcesz, doktorze.... Wkrótce się przekonamy. Nie boisz się pan grzmotów przynajmniej?

— Ja! — odrzekł doktór. Piorun, to mój przyjaciel. Wię­cej nawet, to mój lekarz.

— Pański lekarz?

— Z pewnością. Jak mnie pan widzisz byłem rażony piorunem w łóżku, 12 lipca 1867 w Kiew blizko Londynu, i piorun mnie wyleczył z paraliżu w prawem ramieniu; na co nie było żadnych środków lekarskich!

— Żartujesz pan!

— Bynajmniej. Jestto kuracyja ekonomiczna, kuracyja za pomocą elektryczności. Mój kochany panie, są inne wy­padki wiarogodne, które przekonywają, że piorun zastępuje najsławniejszych doktorów i jego interwencyj a jest istotnie cu­downą w chorobach trudnych do wyleczenia.

— Jakkolwiek bądź, mało miałbym zaufania do pańskie­go lekarza, — rzekłem, — i dobrowolnie nie prosił bym go o poradę!

— Dla tego, żeś go pan nie widział. Pozwól pan, przy­pomniałem sobie jeden dowód. W 1817 w Connecticut, wie­śniak chorujący na astmę uważaną za niepodobną do wyleczenia, został rażony piorunem w polu i zupełnie wyzdrowiał. Było to uderzenie piorunu pektoralne!

— Doprawdy doktór gotów był zamienić piorun w pi­gułki.

— Śmiej się, nieświadomy, śmiej się pan! Stanowczo o ni­czem pan nie wiesz, ani co do czasu ani co do medycyny!



XXXI.

'A Floating City' by Jules Férat 24

Dean Pitferge odszedł. Ja zostałem na pokładzie, patrząc czy będzie burza. Fabijan siedział w swoim pokoju zamknię­ty z Corsicanem. Zapewnie Fabijan robił jakie rozporządze­nie na wypadek nieszczęścia. Dopiero teraz przypomniałem sobie że ma siostrę w Nowym-Yorku, i zadrżałem na tę myśl, że może jej przywieziemy wiadomość o śmierci brata, którego ocze­kiwała. Chciałem się widzieć z Fabijanem, lecz pomyślałem, że lepiej będzie nieprzeszkadzać ani jemu ani Corsicanowi. O godzinie czwartej, zobaczyliśmy ziemię wzdłuż wybrzeża Long-Island. Wszystkich wzrok zwrócił się ku wybrzeżu, które odległe było od nas około sześciu mil na północ. Ocze­kiwano chwili, kiedy przybycie sternika rozstrzygnie wielką wygraną z puli. Rozumie się, że posiadacze kwadransów nocnych — w których rzędzie i ja byłem, — stracili całkiem na­dzieje, i że kwandranse dzienne wyjąwszy tych, które zawie­rały się pomiędzy godziną czwartą a szóstą również nie miały szansy powodzenia. Przed nocą sternik przybędzie na okręt i zakład się skończy. Całe więc zajęcie skupiało się na siedmiu czy ośmiu osobach, którym trafem wypadły najbliższe kwa­dranse, to też korzystały one ze szczęśliwego losu sprzedając, kupując i odprzedając powodzenie z prawdziwym szałem. Zdawało się, że jesteśmy w Royal-Exchange[26] w Londynie. O godzinie czwartej minut szesnaście, oznajmiono z prawego boku okrętu mały statek płynący do nas. Nie było wątpli­wości, że to płynął sternik. Powinien był przybyć na okręt najpóźniej w piętnaście minut.

Walka tedy toczyła się już teraz o drugi, trzeci kwadrans pomiędzy czwartą i piątą godziną wieczorem. To też targ rozpoczął się na nowo z podwójnym zapałem. Potem nastąpi­ły szalone zakłady, nawet o samego sternika, których treść wiernie tu podaję.

— Dziesięć dollarów, że sternik jest żonaty.

— Dwadzieścia dollarów, że wdowiec.

— Trzydzieści dollarów, że nosi wąsy.

— Pięćdziesiąt dollarów, że ma faworyty rude.

— Sześdziesiąt dollarów, że ma brodawkę na nosie.

— Sto dollarów, że prawą nogę w pierw postawi na okręcie.

— Będzie miał fajkę w ustach.

— Nie? cygaro!

— Nie! Tak! Nie!

I było jeszcze dwudziestu innych amatorów tyleż niedo­rzecznych, którzy znaleźli jeszcze niedorzeczniejszych, co chcieli z niemi dotrzymać zakładów.

'A Floating City' by Jules Férat 25

Mały statek przez ten czas widocznie zbliżał się do parostatku. Można było widzieć jego skład kształtny, dosyć po­dniesiony z przodu, i wydłużone sklepienie, które dawało mu pozór jachtu stojącego do rozrywki. Zachwycające są i trwałe, te statki sternickie od piećdziesięciu do sześćdziesięciu beczek obejmujące dobrze zbudowane żeby mogły stawiać opór morzu. Możnaby na tych jachtach, przepłynąć w kółko świat; więcej są one warte niż małe statki portugalskie Magemana. Ten statek, zręcznie się przechylając płynął po wierzchu, pomimo bałwanów, które zaczęły się wznosić. Żagle jego odznaczały się biało na czarnem tle nieba. Morze pieniło się pod jego przejściem. Przypłynąwszy na dwieście czterdzieści sążni do Great-Easternu, odwrócił się raptownie i spuścił swą łódkę na morze. Kapitan Anderson kazał się wstrzymać, i pierwszy raz od czternastu dni, koła i śruba zatrzymały się. Jakiś czło­wiek wszedł do łódki galjoty. Czterech majtków płynęło do parostatku. Zrzucono drabinkę sznurową na bok kotosu, przy którym stanęła „łupina orzechowa“ sternika. Ten uchwycił drabinkę, wdrapał się zręcznie i skoczył na pokład, przyjęli go okrzykami radości wygrywający, a niezadowoleni prze­grywający, a pula uregulowaną została na danych następujących:

Sternik był żonaty.

Nie miał brodawki.

Nosił bląd wąsy.

Obydwoma nogami razem skoczył.

Nakoniec stanął na pokładzie Great-Eastern'u o godzinie czwartej trzydzieści sześć minut.

Posiadacz więc dwudziestego trzeciego kwadransa wy­grywał dziewięćdziesiąt sześć dollarów. Był nim kapitan Corsican, który zupełnie nie myślał o tej niespodziewanej wygra­nej. Wkrótce wyszedł on na pokład i kiedy mu oddawano wygrany zakład, prosił kapitana Andersona, aby to zacho­wał dla wdowy po młodym majtku tak nieszczęśliwie zabitym uderzeniem morza. Komendant, nic nie mówiąc, ścisnął go za rękę. W chwilkę potem, jakiś marynarz przyszedł do Corsicana i kłaniając mu się z pewną porywczością: „Panie rzekł, moi koledzy przysyłają mię, ażeby powiedzieć panu, żeś uczciwy człowiek. Wszyscy panu dziękują w imieniu bie­dnego Wilson, który nie może sam podziękować.“

Kapitan Corsican, wzruszony uścisnął rękę majtka.

Co do sternika, byłto człowiek szczupły nie miał miny marynarza, nosił kaszkiet ceratowy, spodnie czarne, surdut bronzowy z podszewką czerwoną i parasol. Był on teraz pa­nem na okręcie.

W skoczywszy na pokład, nim wszedł na kładkę, rzucił plikę dzienników, do których podróżni rzucili się z chciwo­ścią. Były to wiadomości z Europy i Ameryki. Byłto węzeł polityczny i prywatny, zawiązujący się pomiędzy Great­-Eastern'em i obu lądami.



XXXII.

Nastała burza. Walka żywiołów miała się rozpocząć. Grube sklepienie chmur, o barwie jednostajnej, zaokrąglało się nad nami. Atmosfera przyciemniona wyglądała jakby zpod zasłony. Natura widocznie chciała usprawiedliwić domy­sły doktora Pitferge'a. Parostatek zwolnił bieg, koła obracały się tylko trzy czy cztery razy na minutę. Przez klapy wpół otwarte wydobywały się kłęby białej pary. Łańcuchy kotwic były przygotowane. Kapitan Anderson wydał wszystkie rozporządzenia do zarzucenia kotwicy. Z góry wzniesienia z prawego boku okrętu, sternik ręką dawał znaki, jakie obro­ty miał wykonywać w wązkich przejściach. Lecz odpływ morza już się rozpoczął, przerwą więc która podziela ujście Hudsonu Great-Eastern nie mógł przepłynąć. Przymuszeni byliśmy czekać przypływu morza do drugiego dnia. Jeszcze jeden dzień!

O trzy kwadranse na piątą, za rozkazem sternika, kotwice zostały zapuszczone. Łańcuchy spadały z trzaskiem podo­bnym do grzmotów. Myślałem nawet przez jakiś czas, że rozpoczyna się burza. Gdy kotwice zaczepiły o piasek, paro­statek obrócił się popchnięty odpływem morza i stanął nierucho­my. Ani jedna fala nie wzburzała morza, Great-Eastern wy­glądał teraz jak wysepka.

W tej chwili trąbka dała się słyszeć po raz ostatni. Zwo­ływała ona podróżnych na obiad pożegnalny. Stowarzyszenie wynajmujących miało częstować szampanem swoich gości. Każden chciał stanąć na wezwanie. W kwadrans później, sale zapełniał się biesiadnikami a pokład opustoszał.

Siedem osób tylko miało zostawić swe miejsce niezajętem dwu przeciwników, których życie miało się w pojedynku roze­grać, czterech sekundantów i doktór, którzy mieli im towa­rzyszyć. Godzina tego spotkania dobrze była wybrana. I miejsce walki również, nikogo na pokładzie. Pasażerowie zeszli do dining-rooms[27], majtkowie na swe stanowisko, ofice­rowie, do swoich pokojów osobnych. Nie było żadnego ster­nika przy rudlu z tyłu parostatek stal nieruchomie na swych kotwicach.

O dziesięć minut na szóstą, ja z doktorem zeszliśmy się z Fabijanem i kapitanem Corsicanem. Nie widziałem Fabija­na od owej sceny przy grze. Wydał mi się smutnym, lecz bardzo spokojnym. To spotkanie zdawało się go nie obchodzić. Myśli jego błąkały się gdzieindziej a spojrzeniem niespokojnem, szukały ciągle Ellen’y. Poprzestał na uściśnieniu mi rę­ki nie mówiąc ani słowa.

— Stary Drake jeszcze nie przyszedł? zapytał mnie.

— Kapitan Corsican.

— Nie jeszcze, — odpowiedziałem.

— Chodźmy na tył okrętu. Tam jest miejsce spotkania.

Fabijan, kapitan Corsican i ja, poszliśmy do wielkiego rudla. Niebo się pochmurzyło. Przytłumione grzmoty toczyły się na horyzoncie. Były one jakby basem wtorującym przy którym wyrwały się głośne wiwaty, dające się słyszeć z salo­nów. Błyskawice oddalone przerzynały gęste sklepienie chmur. Elektryczność gwałtownie zebrana, zasycała powietrze.

O dwadzieścia minut na szóstą przyszedł Harry Drake ze swemi dwoma sekundantami. Ci panowie ukłonili się, a ich ukłon został im dokładnie oddany. Drake nie wymó­wił ani słowa. Twarz jego wyrażała jednak, źle powściągnio­ne rozdraźnienie. Patrzał na Fabijana wzrokiem nienawiści. Fabijan oparty o okno, nawet go nie widział. Zatopił się w głębokiem zamyśleniu, i zdawał się nie myśleć jeszcze o roli, którą miał odegrać w tym dramacie.

Tymczasem kapitan Corsican, zwracając się do Jankesa, jednego z sekundantów Drake’a zapytał go o broń. On poka­zał mu ją. Były to szpady wojenne, z rękojeścią pełną zasła­niającą całkiem rękę, która je trzyma. Corsican wziął je, nagiął, przemierzył, i dał wybrać jedną Jankesowi. Harry Drake w czasie tych przygotowań, zrzucił kapelusz, zdjął ubranie, rozpiął koszulę; zawinął rękawy potem schwycił broń. Zobaczyłem wtedy, że był mańkutem. Korzyść dla niego niezaprzeczona, jako dla przyzwyczajonego strzelać się z wła­dającemi prawą ręką.

Fabijan nie odszedł jeszcze ze swego miejsca, zdawało się, że te przygotowania nie jego się tyczyły. Przybliżył się do niego kapitan Corsican, trącił go ręką, i pokazał szpadę. Fabijan spojrzał na to błyszczące żelazo, i zdawało się, że wtenczas wszystko mu przyszło na myśl.

Wziął broń pewną ręką:

— A prawda — poszepnął. Przypominam sobie! I stanął naprzeciwko Harry-Drake’a, który zaraz przybrał postawę obronną. W tej przestrzeni ścieśnionej wpaść odrazu było prawie niepodobieństwem, trzeba było bić się na miejscu.

Zaczynajcie, panowie — rzekł kapitan Corsican. Zaraz broń zmierzyli. Od pierwszego starcia żelaza, kilka rapto­wnych uderzeń z tej i tamtej strony, niektórych złożeń się i odpie­rań przekonałem się, że Fabijan i Drake byli prawie jedna­kowej siły. Wnosiłem dobrze o Fabijanie, zachowywał krew zimną, był panem siebie, bez złości, obojętny prawie na wy­padek walki, z pewnością mniej wzruszony jak jego sekundanci. Harry Drake przeciwnie, na Fabijana patrzał okiem rozognionem, zęby mu było widać z pod ust na wpół otwar­tych, głowę ukrył w ramionach, cała jego fizyjonomija przedstawiała nienawiść gwałtowną, która niedozwalała mu zacho­wać zimnej krwi. Przyszedł zabijać, i chciał zabić.

Po pierwszem starciu, które trwało kilka minut, zniżyli szpady. Żaden z przeciwników nie był dotknięty. Małe dra­śnięcie dawało się widzieć na rękawie Fabijana. Odpoczywali a Drake obcierał twarz, zlaną potem.

W tem czasie burza powstała z całą gwałtowną wściekło­ścią. Grzmoty nie ustawały, okropne trzaskanie piorunów co­ chwila wstrząsało powietrze. Elektryczność rozwinęła się z taką siłą, że szpady ozdobiły się obwódką błyszczącą, jak konduktorzy wśród chmur burzą ciężarnych.

Po chwili wypoczynku kapitan Corsican znowu dał znak do utarczki. Fabijan i Drake stanęli w postawach obronnych.

Ta utarczka była więcej ożywiona aniżeli pierwsza, po­nieważ Fabijan bronił się z wściekłością, Kilka razy po uderzeniu gwałtownem, czekałem na odparcie Fabijana, którego on nawet nie próbował.

Nagle przy starciu, Drake ciął szablą. Myślałem że ude­rzył Fabijana w same piersi. Lecz Fabijan odparł, a uderza­jąc za nisko, trafił w szablę Drake’a. Ten się zwrócił zasła­niając prędko pół-kołem, gdy w tym czasie błyskawice pruły chmury po nad nasżerni głowami.

Fabijan miał dobrą sposobność zadać uderzenie odpiera­jąc. Lecz nie. Czekał zostawiając swemu przeciwnikowi czas do obrony. Przyznaję, że ta wspaniałomyślność nie podobała mi się. Harry Drake nie był z tych, którychby warto oszczę­dzać.

Niespodziewanie, raptem Fabijan upuścił swoję broń, w dziwnem zaniedbaniu, czego niczem nie mogłem sobie wy­tłomaczyć.

Miałże być śmiertelnie ranny, chociażeśmy tego nie do­myślali się nawet? Wszystka krew napłynęła mi do serca.

Tymczasem wzrok Fabijana dziwnie się ożywił.

— Brońże się pan, wykrzyknął Drake głosem strasznym, pochylony jak tygrys, i gotów rzucić się na swego przeci­wnika.

Myślałem że już po bezbronnem Fabijanie który był bez krwi. Corsican chciał stanąć pomiędzy nim i jego nieprzyjacielem, dla przeszkodzenia, żeby cios nie padł na człowieka bezbronnego. Lecz Harry Drake, zdumiony, stanął także nieruchomy.

'A Floating City' by Jules Férat 26

Odwróciłem się. Blada jak trup, z rękami wyciągniętemi zbliżała się do walczących Ellen, Fabijan z otwartemi rękami, oczarowany tem zjawiskiem, nie ruszał się z miejsca.

— To ty! Ty! — wykrzyknął Harry Drake, odwracając się do Ellen’y. Ty tutaj!

Szpada jego wzniesiona drżała, z ognistym końcem wy­glądała jak miecz Michała archanioła w rękach szatana.

Nagle olśniewająca błyskawica oświeciła strasznie cały tył parostatku. O mało się nie przewróciłem, jakby uderzony piorunem. Błyskawice i piorun razem uderzyły. Rozszedł się zapach siarki. Wysileniem nadzwyczajnem przyszedłem mniej więcej do przytomności. Upadłem na jedno kolano, podnoszę się. Patrzę. Ellen wsparta na Fabijanie. Harry Drake, skamieniały, pozostał w tej samej postawie, lecz twarz miał czarną!

Czy ten nieszczęśliwy, sprowadzając błyskawicę końcem szpady, został wtedy piorunem uderzony? Ellen odeszła od Fabijana, zbliżyła się do Harry Drake’a, ze wzrokiem pełnym anielskiego spółczucia. Położyła mu rękę na ramieniu. To lekkie dotknięcie było dostateczne dla zachowania równowagi.

Ciało Drake'a upadło, jak massa bezwładna. Ellen po­chyliła się nad trupem, gdy my przestraszeni odsunęliśmy się. Nieszczęśliwy i nikczemny Harry umarł.

— Zabity od pioruna! — rzekł doktór, chwytając mnie za rękę, zabity od pioruna! Acha! nie chciałeś pan wierzyć w pomoc pioruna?

Czy Harry Drake został zabity od pioruna, jak utrzymy­wał Dean Pitferge, czy też raczej jak zapewnił później lekarz okrętowy, że jakieś naczynie pękło w piersiach biednego, tego nie wiem. W każdym razie mieliśmy tylko trupa przed oczyma.



XXXIII.

Nazajutrz, we wtorek 9 kwietnia, o godzinie jedenastej rano, Great-Eastern, podnosił kotwicę i robił przygotowanie, aby w płynąć w zatokę Hudsońską sternik manewrował, z nie­ porównaną pewnością rzutu oka. Burza ustała w nocy. Osta­tnie chmury znikały na horyzoncie. Około wpół do dwunastej „Santé” przypłynął. Był to mały parostatek przywożący wiadomości o stanie zdrowia w Nowym-Yorku. Zaopatrzony w wahadło, które się podnosiło i zniżało po nad pokładem, płynął z nadzwyczajną szybkością, i przedstawiał mi wzór owych małych statków amerykańskich, zbudowanych na jeden sposób, których wkrótce ze dwadzieścia mieliśmy za towarzyszów. Niezadługo przepłynęliśmy Light-Boat, ognisko pływające, które wskazuje przejścia Hudson’u. Sandy-Hook cypel piasczysty zakończony latarnią, znajdował się tuż obok i tam też kilkanaście osób przypatrujących się przywitało nas głośnemi okrzykami.

Kiedy Great-Eastern okrążył zatokę środkową utworzoną cyplem Sandy-Hook, wśród flotylli rybaków, spostrzegłem zieleniejące wzgórza New-Yersey, ogromne warownie zatoki, dalej liniją niską dużego miasta wydłużonego pomiędzy zato­ką Hudson a rzeką Wschodnią jak Lijon, pomiędzy Rodanem a Saoną.

O godzinie pierwszej, przepłynąwszy wybrzeża Nowego­-Yorku, Great-Eastern stanął w zatoce Hudsońskiej, a kotwice zaczepiły o liny telegraficzne w rzece, które odpływając trzeba było porwać.

Wtedy dopiero rozpoczęło się wysiadanie tych wszyst­kich towarzyszy podróży, których już nigdy nie miałem wi­dzieć, mieszkańców Kalifornii, Szwedów, Mormonów, młoda[2] parę narzeczonych... Oczekiwałem Fabijana i Corsicana.

Musiałem opowiedzieć kapitanowi Andersonowi wypadki pojedynku odbytego na okręcie. Lekarze zdali swój raport. Sprawiedliwość nie miała nic przeciwko śmierci Harry Drake’a, wydano więc rozkaz, oddania mu ostatniej posługi na ziemi. W tej chwili statystyk Cokburn, który przez całą drogę nie rozmawiał ze mną, zbliżył się do mnie i powiedział:

— Wiesz pan, ile razy obróciły się koła pod czas tej drogi?

— Nie wiem.

— Sto tysięcy siedemset dwadzieścia trzy.

— Ah! doprawdy! A śruba spiralna, jeżeliś pan łaskaw?

— Sześć kroć ośm tysięcy sto trzydzieści razy.

— Bardzo dziękuję.

I statystyk Cokburn odszedł nie pożegnawszy mnie wcale.

Fabijan i Corsican przyłączyli się domnie. Fabijan ścisnął mnie tkliwie za rękę.

— Ellen — rzekł mi — Ellen wyzdrowieje! przyszła na chwi­lę do przytomności! Ah! Bóg jest sprawiedliwy, uzdrowi ją całkiem!

Fabijan mówiąc to, uśmiechał się do przyszłości. Co do kapitana Corsicana, całował mnie bez ceremonii, w gwałtowny sposób.

— Do widzenia, do widzenia — wołał do mnie, siedząc w łódce gdzie już był Fabijan i Ellen pod opieką pani R..., siostry kapitana Mac-Elwin’a, która przybyła na spotkanie brata.

Patrzyłem jak się oddalili. Widząc Ellen’ę pomiędzy Fabijanem i jego siostrą, nie wątpiłem, że przy staraniach, przywiązaniu, i miłości, wyprowadzą tę biedną duszę z obłą­kania, którego przyczyną była boleść.

W tej chwili uczułem jak mię ściśnięto za ramię. Pozna­łem uścisk doktora Dean Pitferg’a.

— No i cóż — rzekł mi — co pan z sobą robisz?

— Ponieważ Great-Eastern stać będzie sto dziewiędziesiąt dwie godzin w Nowym-Yorku, i ponieważ mam na nim powrócić, więc mam sto dziewiędziesiąt dwie godzin do stracenia w Ameryce. Stanowi to ośm dni, lecz ośm dni dobrze użytych, może wystarczą dla obejrzenia Nowego-Yorku, Hud­son’u, doliny Mohawk, jezioro Erie, Nijagary, i całego kraju wysławionego przez Coopera.

— A! pojedziesz pan do Nijagary? zawołał Dean Pitfer­ge. Dalibóg, chciałbym tam jeszcze być, i jeżeli moja propo­zycyja nie wydaje się panu niedyskretną?... Poczciwy doktór bawił mnie swemi przywidzeniami. Wielce mię zajmował. Był to przewodnik niechcący znaleziony, a do tego przewodnik bardzo rozumny.

— Przystaję odpowiedziałem mu.

W kwadrans później, zebraliśmy się na łódkę, a ogodzi­nie trzeciej przebywszy Broadway[28], umieściliśmy się w dwu pokojach hotelu Fifth-Avenue.



XXXIV.

Miałem ośm dni do przepędzenia w Ameryce! Great-Eastern miał odpłynąć 16 Kwietnia a dnia 9 o godzinie trze­ciej po południu stanąłem na ziemi Stanów Zjednoczonych. Ośm dni! Są turyści zapaleni „podróżujący umyślnie” którym prawdopodobnie czas ten wystarczyłby na zwiedzenie całej Ameryki. Nie miałem tej pretensyi. Ani nawet tej, aby zwie­dzić szczegółowo Nowy-York i po tem przejrzeniu nadzwy­czaj gwałtownem napisać dzieło o zwyczajach i charakterze mieszkańców Ameryki. Ale położenie, widok fizyczny No­wego-Yorku łatwy jest do obejrzenia. Nie przedstawia wię­kszej rozmaitości niż szachownica. Ulice przecinają się pod kątem prostym nazywają się avenues, jeżeli są podłużne, streets, jeżeli poprzeczne; numera porządkowe na tych rozmai­tych drogach kommunikacyjnych; jest to urządzenie bardzo praktyczne, lecz nadzwyczaj jednostajne; omnibusy amerykańskie przebiegają wszystkie avenues. Kto poznał jednę część Nowego-Yorku, zna całe wielkie miasto, wyjąwszy chyba tę gmatwaninę ulic i uliczek, w końcu południowym, gdzie zamieszkała ludność handlująca. Nowy-York, jestto kawał zie­mi w kształcie cypla, i cały jej ruch znajduje się na końcu te­go cypla. Z każdej strony rozwija się Hudson i rzeka Wscho­dnia, dwie prawdziwe odnogi morskie zapełnione statkami których ferryboats[29] łączą miasto po prawej stronie z Brooklyn, po lewej z brzegami New-Yersey. Jedna tylko arteryja przerywa systematyczne nagromadzenie cyrkułów Nowego­-Yorku, i rozprowadza w nim życie. Jest to stara Broadway, Straand Londyński, bulwar Montmatre paryzki; prawie nie do przebycia w swej części niższej, gdzie tłumy napływają, a wczęści wyższej prawie pusta; jedyna ulica, na której chałupy i pałace marmurowe dotykają się; prawdziwa rzeka fia­krów, omnibusów, wozów, kar do ciężarów i t. p. Broad­way — to Nowy-York, i tam z doktorem Pitferge’m chodzili­śmy aż do wieczora. Po obiedzie w hotelu Fifth-Avenue gdzie nam z uroczystością podano potrawy lilipuckie na półmiskach jak dla lalek; miałem dzień zakończyć w teatrze Barnum’a. Grali dramat, który ściągał tłumy: New-York's-Streets[30]. W czwartym akcie był pożar i prawdziwa pompa parowa, przy której pra­cowali prawdziwi strażacy. Stąd to pochodziło „great attra­ction.” Nazajutrz rano doktór pobiegł za swemi interesami. Mieliśmy się zejść w hotelu o godzinie drugiej. Poszedłem, Liberty street[31] N. 51, na pocztę, dla odebrania listów, które tam na mnie czekały, później na Bowling-Green, 2. na dole Broodway do konsula Francuskiego, p. barona Gauldr’ee Boilleau, który mię przyjął bardzo grzecznie, potem do domu Hoffmana gdzie miałem podnieść pewną sumę, a w końcu pod numer 25 trzydziestej szóstej ulicy do pani R... siostry Fabi­jana, do któréj miałem adres. Żądny byłem wiadomości o Ellen’ie i o moich obydwu przyjaciołach. Tam się dowiedziałem, że pani R..., Fabijan i Corsican wyjechali z Nowego-Yorku z porady lekarzy, i wywieźli młodą kobietę, gdyż świeże po­wietrze i spokój wiejski, miały korzystnie wpłynąć na jej zdro­wie. Słówko od kapitana uprzedzało mnie o tym niespodzie­wanym wyjeździe. Poczciwy kapitan przychodził do hotelu Fifth-Avenue ale się ze mną nie spotkał. Gdzie on i jego przy­jaciele wyjechali, opuszczając Nowy-York? Trochę wprost siebie do pierwszego jakiego pięknego położenia, któreby po­dobało się Ellen’ie; tam mieli zabawić dopóty póki czas skut­kować będzie. Corsican miał mię o wszystkiem zawiadamiać mając nadzieję że nie odjadę nie uścisnąwszy ich wszystkich po raz ostatni. Tak zapewne, chociażby tylko na kilka godzin byłbym szczęśliwy, gdybym zobaczył Ellenę, Fabijanu i kapi­tana Corsicana! Lecz, to już taka strona podróży: śpiesząc się tak jak ja, kiedy oni odjechali, ja odjeżdżać miałem każden w swoją stronę, nie można było mieć nadziei zobaczenia się. Ogodzinie drugiej byłem zpowrotem w hotelu. Zastałem do­ktora w „bar-room”[32] zapełnionym jak giełda lub targ, w pra­wdziwej sali publicznej, gdzie się łączą przechodzący i podró­żni, gdzie wszystko znajdują bezpłatnie, wodę z lodem, cia­stka i chester (ser).

— No i cóż doktorze, — zapytałem. — kiedyż jedziemy?

— Dziś wieczór, o szóstej.

— Popłyniemy Rail-Roadem Hudsonskim?

— Nie, Saint-Johnem, parostatkiem znakomitym, drugim światem, Great-Eastern'em na rzece, jedną z tych cudownych machin do przenoszenia, które skaczą z dobréj woli. Wolałbym panu pokazać Hudson w dzień, lecz Saint-John pływa tylko w nocy. Jutro o 5-éj z rana będziemy w Albany. O 6-éj weźmiemy New-York central rail-road[33], a wieczorem zjemy kolacyję w Niagara-Falls.

Nie opierałem się programowi doktora. Przyjąłem go z zamkniętemi oczyma. Na maszynie do podnoszenia, urzą­dzonéj w hotelu dostaliśmy się do swoich pokojów, a w kilka minut tąż samą drogą spuściliśmy się ze swemi workami po­dróżnemi. Fiakr za dwadzieścia franków odwiózł nas w kwa­drans do portu w zatoce Hudson, przy którym Saint-John okrywał się już dużemi kłębami dymu.



XXXV.

Saint-John, Dean, Richmond, były najpiękniejszemi parostatkami na rzece. Są to raczéj gmachy niż statki. Mają dwa lub trzy piętra tarasów, galeryj, werend, miejsc na przechadz­kę. Myślałbyś, że to jest pływająca posiadłość plantatora. Ca­łość ma nad sobą ze dwadzieścia belek rozpiętych, spojonych okuciami żelaznemi, które umacniają wszystkie szczegóły bu­dowli. Dwa ogromne bębny są malowane alfresko, jak bęben­ki w kościele świętego Marka w Wenecyi. Z tyłu przy ka­żdem kole wznosi się komin od dwu kotłów, umieszczonych ze­wnątrz, a nie w bokach parostatku. Dobre-to zabezpieczenie na wypadek pęknięcia. W środku pomiędzy bębnami urzą­dzony jest mechanizm nadzwyczaj prosty: jeden cylinder, wał obracający długie wachadło, które się podnosi i opada jak ogromny młot w kuźni i prosty pręt przenoszący ruch do kół mocno zbudowanych. Już tłum przechodniów zapełniał po­kład Saint-John’ a. Ja i Dean Pitferge dostaliśmy pokoik, wychodzący na obszerny salon jak galeryja Dyjany, któréj zaokrąglone sklepienie, wsparte było na szeregu kolumn koryn­ckich. Wszędzie był komfort i zbytek, dywany, sofy, kanapy, przedmioty sztuki, malowidła, lustra i gaz przyrządzony w małym gazometrze na statku. W téj chwili kolosalna ma­china zatrzęsła się i puściła w drogę. W szedłem na tarasy najwyższe. Na przodzie wznosił się dom świetnie malowany. Był to pokój sterników. Czterech silnych ludzi stało przy sprychach podwójnego koła rudla. Po przechadzce kilkuminutowéj zszedłem na pokład, pomiędzy już czerwone kotły, z których wychodził mały niebieski płomień pod naciskiem powietrza, wpadającego przez wentylatory. Nie mogłem nic widzieć na Hudson’ie. Noc zapadła, a z nocą mgła, „że oczy wykól”. Saint-John rżał w ciemności, jak straszny mastodont. Zaledwie można było dojrzeć, kilka światełek z miast położonych na wybrzeżach, i latarnie statków parowych, które prze­pływały wody ciemne i ponure z głośnemi gwizdaniami.

O godzinie ósméj wszedłem do salonu. Doktór zaprowa­dził mnie na kolacyją do wspaniałéj restauracyj, umieszczonéj w przedziale między dwoma pomostami, gdzie usługiwała armija czarnych lokajów. Powiedział mi Dean Pitferge, że liczba podróżnych na statku przewyższa cztery tysiące, a daléj, że pomiędzy niemi jest pięciuset emigrantów, umieszczonych w dolnéj części parostatku. Zjadłszy kolacyją, poszliśmy spać do naszego wygodnego pokoiku.

O godzinie jedenastéj obudziło mię jakieś wstrząśnienie. Saint-John zatrzymał się. Kapitan kazał stanąć, nie mogąc daléj płynąć wśród ogromnéj ciemności. Wielki statek, stanąwszy w odnodze, zasnął spokojnie na swych kotwicach.

'A Floating City' by Jules Férat 27

O czwartéj z rana Saint-John rozpoczął swój bieg na nowo. Wstałem i poszedłem schronić się pod werandę z przodu statku. Deszcz przestał padać, mgła poszła w górę, okazały się wody rzeki, późniéj jéj brzegi; prawa strona brzegu oży­wiona ozdobiona zielonemi drzewami i drzewkami, dającemi jej pozór długiego cmentarza; na ostatnim planie wysokie wzgórza kończące horyzont ozdobną liniją, przeciwnie na le­wym brzegu, grunta niskie i bagniste! w łożysku rzeki pomiędzy wyspami, galijoty wyruszające z pierwszym powiewem wiatru i parostatki płynące przeciwko szybkiemu biegowi Hudson’u.

Doktór Pitferge przyszedł do mnie pod werendę.

— Dzień dobry, mój towarzyszu, powiedział mi, ode­tchnąwszy wpierw z całą swobodą. Wiesz pan, że z łaski téj mgły przeklętéj, za późno przybędziemy do Albany, abyśmy mogli pojechać pierwszym pociągiem! To zmieni mój pro­gram.

— Tem gorzej, doktorze, gdyż musimy się z czasem o­szczędnie obchodzić.

— Wybornie! skwitujemy się tym sposobem, że zamiast przybyć do spadków Nijagary wieczorem, przybędziemy w nocy.

Nie było to dla mnie dogodnie, lecz musiałem się zgodzić z wolą wypadków.

Rzeczywiście, Saint-John dopiero o godzinie ósméj przy­wiązał liny do brzegu Albany. Pociąg ranny odszedł. Trzeba więc było koniecznie czekać na pociąg odchodzący o godzinie pierwszéj i minut czterdzieści. Stąd mieliśmy dość czasu do zwiedzenia tego ciekawego miasta, które stanowi centrum pra­wodawcze stanu Nowy York. Dolne miasto, handlowe i zalu­dnione, rozciąga się na prawym brzegu Hudson’u; górne zaś ma domy murowane, gmachy publiczne i bardzo znakomite muzeum rzeczy kopalnych. Myślał by kto, że jestto jeden z większych cyrkułów Nowego Yorku, przeniesiony na bok tego wzgórza, na którem się rozciąga w kształcie amfiteatru.

O godzinie pierwszéj po śniadaniu byliśmy w przystani, w przystani wolnéj; bez żadnéj zagrody, bez straży. Pociąg stawał po prostu na środku ulicy jak omnibus na swojem miej­scu. Każden siada jak chce do tych długich wagonów, pod­trzymywanych z przodu i tyłu za pomocą czopów na czterech kołach. Te wagony łączą z sobą uliczki po których podróżni mogą przechodzić od jednego końca do drugiego. O nazna­czonéj godzinie nie widząc naczelnika, ani urzędnika, bez ża­dnego dzwonienia, bez oznajmienia, żwawa lokomotywa przy­strojona jak szkatułka, — cacko złotnicze do postawienia na etażerce, weszła w ruch i uniosła nas z szybkością dwunastu mil na godzinę. Lecz zamiast być ściśnieni jak w wagonach dróg francuskich, byliśmy swobodni, mogliśmy chodzić, kupo­wać dzienniki i książki „bez stempli“. Wyznać muszę, że o ile mnie się zdaje, stempel nie przeniknął do obyczajów ame­rykańskich, żadna cenzura nie pomyślała sobie w tym szczgólniejszym kraju, że z większem staraniem trzeba czuwać nad czytaniem ludzi siedzących w wagonach, niż tych co czytają w kącie swego ogniska, siedząc na fotelach. To wszystko mogliśmy robić, nie czekając na stacyje i przystanki. Kramiki wędrowne, biblijoteki, wszystko jedzie wraz z podróżnemi. Przez ten czas, pociąg przebiegł pola bez baryjer, lasy świeżo karczowane, rezykując się na potrącenie o pnie ścięte, miasta nowo założone z ulicami szerokiemi, które przerzynały relsy, lecz na których brakowało jeszcze domów; miasta ozdobione najpoetyczniejszemi nazwizkami historyi starożytnéj. Rzym, Syrakuzy, Palmira! W taki to sposób przedstawiła się naszym oczom ta cała dolina Mohawk, ta okolica Fenimora[34] należą­ca do romanso-pisarza amerykańskiego tak, jak okolica Rob­-Roy do Walter-Skotta. Na horyzoncie na chwilę zabłysło je­zioro Ontario, gdzie Cooper umieścił sceny swego arcydzieła. Cała ta widownia wielkiéj epopei, okolica dawniéj dzika jest teraz wioską ucywilizowaną. Doktór nie posiadał się z rado­ści. Nie przestawał nazywać mnie Sokolem Okiem, i nie chciał odpowiadać inaczéj niż na imię Chingahook!...

O jedenastéj w nocy zmieniliśmy pociąg w Rochester, i przebywaliśmy szybkie prądy Tennessee, niknące w kaska­dach pod naszemi wagonami. O godzinie drugiéj z rana, prze­jechawszy kilka mil koło Nijagary, nie widząc jéj, przybyli­śmy do wsi Niagara-Falls, a doktór zaprowadził mnie do hotelu okazałego, pysznie nazwanego Cataract-House[35].



XXXVI.

Nijagara nie jest ani wielką ani małą rzeką: jestto zwy­czajny upust zbytecznéj wody, ściek naturalny, kanał długo­ści trzydzieści sześć mil, który wylewa wody z jeziora, Wyż­szego z Michiganu, jeziora Hurońskiego i z Erie do Ontario. Różnica poziomu między temi dwoma ostatniemi jeziorami wy­nosi trzysta czterdzieści stóp angielskich, różnica ta jednostaj­nie rozdzielona na cały ten przebieg zaledwieby utworzyć mogła zwykły „prąd“ lecz same spadki przytłumiają jéj połowę. Ztąd straszna ich siła.

Ten kanał nijagarski przedziela Stany Zjednoczone od Kanady, prawy jego brzeg jest amerykański, a brzeg lewy an­gielski. Z jednej strony cywilizacyja; a z drugiej niema nawet jej cienia. Z brzaskiem dnia 13 kwietnia, wyszliśmy z dokto­rem na szerokie ulice Niagara- Falls. Jestto nazwisko téj wsi, założonéj na brzegach spadku, na trzy kroć sto tysięcy mil od Albany, rodzaj malego „miasteczka wodnego“ zbudowanego wśród zdrowego powietrza w położeniu zachwycającem, zao­patrzono w pyszne hotele i wille wygodne, dokąd Yankesi i Kanadyjczycy uczęszczają w czasie dni pięknych. Czas był cudowny; słońce świeciło na wypogodzonem niebie. W odda­leniu dawały się słyszeć krzyki przytłumione. Na horyzoncie zobaczyłem jakieś wyziewy, które nie mogły być chmurami.

— Czy to jest spadek wody? spytałem doktora.

— Cierpliwości! odpowiedział mi Pitferge. W kilka mi­nut przybyliśmy na brzegi Nijagary. Wody rzeki płynęły spokojnie; były czyste i niegłębokie, liczne wierzchołki sza­rych skał ukazywały w rozmaitych punktach. Słychać było szum kaskady, lecz nie mogliśmy jeszcze jej widzieć. Most drewniany, wzniesiony na arkadach żelaznych, łączy ten brzeg lewy z wyspą w środku biegu wody. Doktór zaprowadził mnie na ten most. W górze ciągnęła się rzeka, że okiem nie można nic dojrzeć, na dole, to jest po prawéj stronie, spo­strzedz można było pierwsze nierówności prądu; potem o pół mili od mostu, raptownie zabrakło gruntu, chmury kropel wo­dy utrzymywały się zawieszone w powietrzu. Był to spadek wody amerykański, którego nie mogliśmy widzieć. Stamtąd zarysowywał się krajobraz spokojny, kilka pagórków, wille, domy, drzewa ogołocone. Jestto brzeg kanadyjski.

— Nie patrz pan! nie patrz! — wołał na mnie doktór Pi­tferge. Powstrzymaj się pan! Zamknij oczy! Nie otwieraj ich pan, aż ja powiem!

Nie słuchałem wcale mego oryginała. Patrzyłem prze­szedłszy most, stanęliśmy na wyspie. Była to Goat—Island, (wyspa kozia) kawałek ziemi, kawałek ziemi siedemdziesiąt akrów wynoszący okryty drzewami, poprzerzynany pysznemi alejami, po których powozy mogą przejeżdżać, rzucone jak bukiet, między spadkiem amerykańskim i kanadyjskim, które przedziela przestrzeń trzystu yardów. Przebiegaliśmy pod te­mi dużemi drzewami, wdzieraliśmy się na wzgórza, przełazi­liśmy po pochyłościach. Grzmot wody się powiększał; chma­ry pary wilgotnej przesuwały się w powietrzu.

— Patrz pan! — wykrzyknął doktór. Rozlewając się sze­roko, Nijagara okazała się nam w całéj swéj okazałości. W tem miejscu, tworzyło sią zakrzywienie raptowne, i zaokrąglając się, by uformować spadek kanadyjski „horse-shoe-fall” (podko­wę), spadał z wysokości stu pięćdziesięciu ośmiu stóp na przestrzeni dwu mil.

'A Floating City' by Jules Férat 28

Natura w tem miejscu, jedna z najpiękniejszych w całym świecie, wszystko tu połączyła dla zachwycenia oczu. Ten za­kręt Nijagary w niéj saméj sprzyja szczególnie rozwinięciu się efektów światła i cieniu. Słońce, uderzając o te wody pod wszystkiemi kątami, urozmaica dziwacznie ich kolor, a kto nie widział jaki to robi efekt, nie uwierzy bez sporu. W istocie blisko Goat-Island, piana jest biała; jest to śnieg niepokalany, prąd srebra roztopionego płynący w próżnią. W środku ka­skady, wody posiadają cudowną zieloność morza która jest wskazówką ogromnéj głębokości wody. To też okręt Detroit, potrzebujący dwadzieścia stóp wody, a płynący z tym biegiem mógł przepłynąć spadek nie dotykając gruntu. Ku brzegowi kanadyjskiemu, przeciwnie wiry wodne, jakby zmetalizowane pod blaskiem jaśniejącego, słońca błyszczą, i wyglądają jak złoto roztopione w padające w przepaść. Z pod spodu rzeka nie jest widzialną. Wyziewy tworzą tam wir. Dojrzałem prze­cież, ogromnych lodów, zgromadzonych mrozami zimowemi one przybierają kształty potworów, które otwartemi pasczami, pochłaniają w godzinę setki milijonów beczek, które im wylewa niewyczerpana Nijagara. O pół mili na dół kaskady, rzeka staje się spokojną, i przedstawia powierzchnią niewzru­szoną, któréj pierwsze kwietniowe wiatry nie mogły roztopić jeszcze.

— A teraz na środek potoku! — powiedział mi doktór.

Co on rozumiał przez te wyrazy? Nie wiedziałem co my­śleć, gdy mi pokazał na końcu skały zbudowaną wieżę, o kil­kaset stóp od brzegu, nad samym skrajem przepaści, Ten po­mnik zuchwały wzniesiony w 1833 r. przez niejakiego Judge Porter, jest nazwany „Terrapin-tower”.

Zeszliśmy po bocznych pochyłościach Goat-Islandu. Przybywszy na wyższy brzeg Nijagary, zobaczyłem most, a raczéj kilka desek rzuconych na wierzchołki skał; łą­czące wieżę z brzegami. Ten most ciągnął się nad przepaścią kilka tylko kroków. Potok ryczał pod spodem. Zrezykowali­śmy się przejść po tych deskach i w krótkim czasie dostaliśmy się do głównéj podpory na któréj wznosi się „Terrapin-tower“. Ta wieża okrągła, wysokości czterdzieści pięć stóp, jest zbu­dowana z kamienia. Na jéj szczycie rozciąga się balkon w kółko, na około dachu, okrytego gipsem czerwonawym. Scho­dy kręcone są z drzewa. Znaleźliśmy tysiące nazwisk wyry­tych na tych schodach. Wszedłszy już na wierzch wieży czepić się można balkonu i wyglądać.

Wieża jest już w saméj kaskadzie. Z jéj szczytu wzrok zanurza się w przepaść. Zagłębia się on aż do owéj paszczy potworów lodowych, które pochłaniają potok. Czuć można drżenie skały, unoszącéj wieżę. W koło wydrążają się rozpa­dliny przerażające, jakby łoże rzeki ustępowało. Nic nie sły­chać, co się mówi. Z tych wzdęć wody wychodzą grzmoty. Piana wskakuje aż do szczytu pomnika. Krople wody w drobnym proszku rozchodzą się w powietrzu, tworząc przepy­szną tęczę.

Z powodu zwykłego optycznego złudzenia zdaje się, że wieża odsuwa się z przestraszającą szybkością, — lecz na szczę­ście, w tył od spadku; w przeciwnym bowiem razie zawrót gło­wy byłby nie do zniesienia, i nikt nie mógłby patrzeć w tę otchłań.

Zdyszani, zmęczeni, weszliśmy na chwilę do najwyższéj sieni wieży. Wtedy to właśnie doktór uważał za potrzebne powiedzieć mi:

— Ta Terrapin-tower mój panie, zapadnie się którego dnia w przepaść, a nawet może wcześniej niż przypuszczają.

— A! naprawdę!

— Nie ma wątpliwości. Wielki spadek kanadyjski odsuwa się niepostrzeżenie, lecz odsuwa się. Kiedy w r. 1833 zbudowano wieżę, była ona o wiele więcéj oddalona od ka­skady. Gieologowie utrzymują, że spadek, lat temu trzydzie­ści pięć tysięcy, był w Queenstown, o siedm mil na dół, od miejsca w którem jest teraz. Podług P. Bakewell, ma się od­suwać o jeden metr rocznie, a jak utrzymuje sir Karol Lyell, o stopę tylko. Przyjdzie więc chwila, kiedy skała unosząca wieżę, poderwana wodami, zsunie się na pochyłość kaskady. Otóż mój panie pamiętaj to sobie, w dzień kiedy spadnie Ter­rapin-tower, będzie na niéj kilku dziwaków, którzy wpadną w Nijagarę razem z nią. Spojrzałem na doktora, jak by się pytając czy i on będzie w liczbie tych oryginałów. Lecz dał mi znak, aby pójść za nim, poszliśmy tedy znowu przypatry­wać się „horse-shoe-fall“ i krajobrazowi otaczającemu. Widać było wtedy trochę w skróceniu, spadek amerykański, oddzie­lony końcem wyspy, gdzie utworzyła się także mała kaskada środkowa, szerokości stu stóp. Ten spadek wody Amerykań­ski, równie zachwycający, jest prosty, bez zakrętów, a wyso­kość jego wynosi sto sześćdziesiąt cztery stóp mierząc pro­stopadle. Lecz aby go obejrzeć w całéj jego rozległości, trze­ba się umieścić wprost na brzegu kanadyjskim.

'A Floating City' by Jules Férat 29

Przez cały dzień błąkaliśmy się po brzegach Nijagary; nieprzezwyciężona siła ciągnęła nas do téj wieży, gdzie ryk wody, upojenie i zapachy kaskady, utrzymują w nieustań­nem zachwyceniu. Później powróciliśmy do Goat-Islandu, ażeby obejrzeć wielki spadek ze wszystkich punktów widzenia, nie mogąc sobie nigdy sprzykrzyć cudownego widoku. Do­któr chciał mnie zaprowadzić do Groty Wiatrów, wydrążonej z tyłu spadku głównego, do któréj można się dostać przez schody zbudowane u wierzchu wyspy; lecz przystęp do niéj był wtedy zabroniony, z powodu częstego zawalania, które się wydarzają od niejakiego czasu w tych kruchych skałach. O godzinie piątej weszliśmy do Cataract-House i po krótkim obiedzie podanym na sposób amerykański, wróciliśmy na Go­at-Island.

Doktór chciał obejść ją w około i zobaczyć Trzy siostry, zachwycające wysepki rozrzucone na wierzchołku głównéj wyspy. Późniéj gdy nastąpił wieczór, przyprowadził mnie doktór znów do trzęsącéj się skały. Terrapin-tower'u.

Słońce zaszło za pagórki pogrążające się w ciemności. Ostatnie promienie dnia znikły. Księżyc w połowie pełni, świecił czystem światłem. Cień wieży wydłużał się nad prze­paścią. Z góry, wody ślizgały się spokojnie pod tchnieniem lekkiego wiatru. Brzeg kanadyjski zatopiony już w cieniu, tworzył kontrast z masami więcéj oświetlonemi Goat-Island'u i wsi Niagara-Falls. Pod naszemi oczyma, otchłań zwiększona w półcieniu, wydawała się przepaścią bezdenną, w któréj ryczała straszna kaskada. Co też to za wrażenie. Przez jakiś czas światło ruchome ukazało sie na horyzoncie. Była to latarnia pociągu przechodzącego o dwie mile od nas. Do godziny 12 siedzieliśmy tak, milcząc nieruchomie u szczytu tej wieży, nieprzepartą siłą pochylani nad potokiem który nas czarował. Nakoniec w chwili, kiedy promienie księżyca uderzyły pod pewnym kątem ów kurz płynny, zobaczyłem pas mleczny, wstęgę przezroczystą, drżącą w cieniu. Była to tęcza księżycowa, blade promieniowanie gwiazdy nocnej któréj słabe światełko rozkładało się w mgłach kaskady.



XXXVII.

Nazajutrz 13 kwietnia, program doktora wskazywał zwiedzenie wybrzeża kanadyjskiego. Zwyczajna przechadzka. Dosyć było iść wzgórzami, tworzącemi prawą stronę Nijagary w przestrzeni dwu mil dla dojścia do wiszącego mostu. Wyszliśmy o siódmej rano. Z krętej ścieżki wzdłuż prawego brzegu, widać było spokojne wody rzeki, która się już nie czuła zależną odmętów swego spadku.

O wpół do ósmej przybyliśmy do Suspension-Bridge[36]. Jest to jedyny most do którego dotyka kolej żelazna Great-Western i Nowego-Yorku, jedyny dający wejście do Kanady na granicach stanu Nowego Yorku. Ten wiszący most składa się z dwu chodników, chodnikiem górnym przechodzą pociągi, chodnikiem dolnym zbudowanym dwadzieścia trzy stóp poniżéj, przechodzą powozy i pieszo idący. Wyobraźnia nie ośmiela się iść krok w krok za zuchwałą pracą inżyniera John’a A. Roebling’a z Trendon (w stanie New-Jersey), który odważył się zbudować ten wijadukt w takich warunkach. Most wiszący, po którym mogą przechodzić pociągi, na dwakroć piędziesiąt stóp po nad Nijagarą, przetworzoną znowu w przepaść! Suspension Bridge ma długości osiemset stóp, szerokości dwadzieścia cztery. Podpory żelazne, wbite w brzegi ochraniają go od kołysania. Liny, na których się utrzymuje, zrobione są z czterech tysięcy powrozów, mają dziesięć cali średnicy, i mogą, wytrzymać ciężar dwunastu tysięcy czterystu beczek. Most zaś waży tylko osiemset beczek. Otworzony w 1855 r., kosztował pięć kroć sto tysięcy dollarów. W chwili kiedyśmy doszli do środka Surpension-Bridge, pociąg przechodził po nad naszemi głowami, i czuliśmy jak chodnik uginał się o jeden metr pod naszemi nogami.

— Właśnie trochę poniżej tego mostu Blondin przebył Nijagarę, na linie uwiązanej od jednego do drugiego brzegu, nie zaś ponad przepaściami. Mimo to przedsięwzięcie dosyć było niebezpieczne. Lecz jeżeli Blondin zadziwia nas swą śmiałością, cóż pomyśleć trzeba o przyjacielu, który mu siadł na plecy, towarzysząc w tej przechadzce napowietrznej.

— Był to może jaki żarłok, — rzekł doktór, Blondin robił doskonałą jajecznicę na swej wytężonej linie.

Byliśmy na ziemi kanadyjskiej, i weszliśmy na lewy brzeg Nijagary, chcąc zobaczyć spadki wody z innej strony. W pół godziny później weszliśmy do hotelu angielskiego, gdzie doktór kazał podać wyborne śniadanie. Przez ten czas przeglądałem książkę podróżnych, w której figuruje kilka tysięcy nazwisk. Pomiędzy sławniejszemi spostrzegłem następujące: Robert Peel, lady Franklin, hrabia Paryża, książę Chartres, książę Joinville, Ludwik-Napoleon (1846), książę i księżna Napoleon, Barmum (wraz ze swym adresem) Maurycy Sand (1865) Agassie (1854), Almonte, książę Hohenlohe, Rothschild, Bertin (Paryż), lady Etgin, Burkardt 1832 i t. d.

— A teraz pod spadki wód, powiedział doktór, zjadłszy śniadanie. Poszedłem za Dean Pitferge’m. Murzyn zaprowadził nas do pokoju z odzieżą, gdzie nam dano spodnie nieprzemakalne, „water-proof“[37], kapelusz ceratowy. Tak ubranych zaprowadził nas nasz przewodnik, przez śliską ścieżkę, poprzerzynaną przerwami, zasłaną czarnemi kończatemi kamieniami, aż do dolnego poziomu Nijagary. Później wśród pary wody w proszek zamienionej, przeszliśmy po za wielkim spadkiem. Kaskada opadała przed nami jak kurtyna teatru przed aktorami. Lecz co to za teatr! a jak warstwy powietrza raptownie z miejsca poruszane, zamieniały się w rozhukane pędy! Zmoczeni, oślepieni, zagłuszeni, nie mogliśmy się widzieć ani słyszeć w tej jaskini tak szczelnie zamkniętej płynnemi obrusami kaskady, jakby ją sama natura zamknęła murem granitowym!

O dziewiątej wróciliśmy do hotelu, gdzie nas rozebrano z naszego przemoczonego ubrania. Wróciwszy na brzeg, wydałem okrzyk podziwienia i radości:

— Kapitan Corsican!

Kapitan usłyszał i przyszedł do mnie.

— Pan tutaj — wykrzyknął. Co to za radość widzieć znów pana!

— A Fabijan? a Ellen? pytałem ściskając ręce Corsicana.

— Są tam. Mają się dobrze o ile to podobna. Fabijan pełen nadziei prawie uśmiechnięty. Nasza biedna Ellen przychodzi potrochu do przytomności.

— Lecz dla czego spotykam pana tu, przy Nijagarze?

— Nijagara! — odpowiedział Corsican, — ależ to zwykłe miejsce schadzki w lecie, Anglików i Amerykanów. Przyjeżdżają tu odpoczywać, leczyć się przy tym wzniosłym widoku spadków wody. Na naszej Ellen’ie, zdaje się, zrobił wrażenie widok tej pięknej okolicy, zamieszkaliśmy więc na brzegach Nijagary. Widzisz pan willę, Chifton-House, w pośrodku drzew na wzgórzu. Tam właśnie mieszkamy razem z panią R. siostrą Fabijana, która przywiązała się do naszej biednej przyjaciółki.

— A Ellen, Ellen — pytałem — czy poznała Fabijana?

— Nie jeszcze — odpowiedział mi kapitan. Wiesz pan przecież, że w chwili kiedy Harry Drake padł trupem, Ellen miała jakby chwilę jasności. Jej umysł ujrzał światło po przez ciemności, które go otaczały. Ale ta jasność umysłu wkrótce znikła.

Jednakże od czasu jak ją tu przewieźliśmy gdzie powietrze czyste a ustronie ciche, doktór zauważył znaczne polepszenie w zdrowiu Ellen’y. Jest spokojną, sen ma dobry, a w oczach jej widać jakby wysilenie pragnące pozbierać jakie myśli czyto z przeszłości, czy z obecnego czasu.

— Ach! kochany przyjacielu! wykrzyknąłem wy ją uzdrowicie. Ale gdzież jest Fabijan, i jego narzeczona?

— Patrz, — powiedział Corsican — i wskazał ręką na brzeg Niagary.

W stronie wskazanej przez kapitana, zobaczyłem Fabijana, który nas jeszcze nie spostrzegł. Stał na skale, a przed nim na kilka kroków siedziała Ellen nieruchomie. Fabian patrzał na nią ciągle. To miejsce lewego wybrzeża jest znane pod nazwiskiem „Table-Rock.“ Jest to jakby przylądek urwisty na rzece ryczącej o dwieście stóp poniżej. Dawniej przedstawiał znaczniejszą wyniosłość, lecz bezustanne odpadanie ogromnych odłamów skały, doprowadziły go teraz do powierzchni kilku metrów.

Ellen patrzyła i zdawała się być zatopioną w niemem zachwyceniu. Z tego miejsca, widok spadków wód jest „most sublime“[38], powiadają przewodnicy i mają słusznosć! Jest to widok razem dwu kaskad: po stronie prawej, spadek kanadyjski, którego szczyt zakończony parą, zamyka horyzont z tej strony, jak horyzont rozlanych szeroko wód; naprzeciwko, spadek amerykański, a po nad nim wytworny krajobraz Niagara-Falls na wpół ginący w drzewach; po stronie lewej, cały widok rzeki płynący między temi wysokiemi wybrzeżami, poniżej potok toczący walkę ze stosami powywracanych lodów. Nie chciałem przeszkadzać Fabijanowi. Corsican doktór i ja zbliżyliśmy się do Table-Rock’u. Ellen zachowywała nieruchomość pomnika. Jakie też wrażenie ten widok sprawiał na jej umyśle? Czy też przytomność jej wracała po trochu pod wpływem tego wspaniałego widoku? Zobaczyłem jak Fabijan nagle zbliżył się do niej. Ellen wstała porywczo, zmierzała ku przepaści wyciągając ręce ku otchłani, ale zatrzymała się natychmiast, posunęła prędko ręką po czole jakby dla odpędzenia jakiegoś obrazu. Fabijan blady jak trup, ale odważny jednym skokiem stanął między Ellen’ą i otworem. Ellen wstrząsnęła swemi blond włosami. Jej cudne ciało zadrżało. Czy też ona widziała Fabijana? Nie. Jakby umarła, wracająca do życia, stała, starając się odzyskać świadomość rzeczywistości w około siebie! Ja z kapitanem Corsicanem, nie śmieliśmy postąpić kroku, a jednak gdy oni byli tak blisko tej otchłani, obawialiśmy się jakiego nieszczęścia. Ale doktór Pitferge nas wstrzymał.

Wstrzymajcie się — powiedział — dozwolić działać Fabijanowi.

Słyszałem łkania, podnoszące pierś młodéj kobiety. niewyraźne słowa wychodziły z jej ust. Zdawało się, że chce mówić a nie może. W końcu wymówiła te słowa:

— Boże! mój Boże! Boże wszechmocny! Gdzież jestem? gdzież jestem? Wtedy widziała, że ktoś jest blisko niej, a na wpół się odwracając, ukazała się nam jakby przemieniona. Nowe jakieś spojrzenie ożywiało jej oczy. Fabijan drżący, stał przed nią niemy, z rękami otwartemi.

'A Floating City' by Jules Férat 30

— Fabijan! Fabijan! — wykrzyknęła nareszcie.

Fabijan uchwycił ją w swe ramiona; ona padła w nie prawie bez życia. Fabijan krzyknął przeraźliwie. Myślał, że Ellen umarła. Ale doktór przerwał:

— Uspokój się pan, — powiedział do Fabijana, to przesilenie uzdrowi ją właśnie. Ellen przeniesiono do Clifton-House‘u i położono na łóżku, gdzie po przejściu omdlenia usnęła snem spokojnym.

Fabijan uspokojony przez doktora i pełen nadziei, — Ellen go poznała! powróciła do nas:

— Wyleczymy ją — mówił do mnie, — wyleczymy. Każdego dnia jestem obecny przy zmartwychwstaniu tej duszy. Dziś, jutro może, moja Ellen będzie mi powróconą! Ah, niebo łaskawe, bądź błogosławione! Zostaniemy w téj okolicy, póki tego będzie potrzeba dla niej! Nieprawdaż, Archibaldzie?

Kapitan przyciskał Fabijana z tkliwością do piersi. Fabijan odwrócił się do mnie, do doktora. Obsypywał nas swemi czułościami. Opowiadał nam swe nadzieje. A nigdy nadzieja nie była tak wielką. Uzdrowienie Ellen‘y było bliskie…

Ale my mieliśmy odjechać. Zaledwie pozostawała nam godzina, ażeby się dostać do Niagara-Falls. W chwili kiedy mieliśmy się rozłączyć z naszemi kochanemi przyjaciółmi, Ellen spała jeszcze. Fabijan nas ściskał, kapitan Corsican bardzo wzruszony, przyobiecawszy dać mi znać telegramem o Ellen‘ie pożegnał nas po raz ostatni; a o dwunastéj opuściliśmy Clifton-House.



XXXVIII.

Przez jakiś czas, szliśmy przez bardzo długą spadzistość wybrzeża kanadyjskiego. Ta spadzistość doprowadziła nas do brzegu rzeki, całkiem prawie zawalonéj lodem. Tam czekała łódź, mająca nas przewieść do Ameryki. Jeden podróżny już zajął w niej miejsce. Był to inżynier z Kentuck; wymienił zaraz swe nazwisko i zajęcie doktorowi. Odpłynęliśmy, nie tracąc czasu, to odpychając lody, to je odsuwając, łódź dostała się na środek rzeki, gdzie nurt utrzymał przejście wolniejsze. Stamtąd raz ostatni spojrzeliśmy na zachwycającą kaskadę Nijagary. Nasz towarzysz patrzał na nią z uwagą.

— Prawda panie że piękna — mówiłem do niego — zachwycająca!

— Tak — odpowiedział — ale ileż to siły mechanicznej bez użytku, a jaki to młyn mógłby obracać podobny spadek!

Nigdy nie miałem chęci tak nieposkromionéj jak tą razą, aby wrzucić inżyniera do wody!

Na drugim brzegu, mała droga, że prawie prostopadła, wciągnęła nas w kilka sekund na wzgórze. O wpół do drugiej wsiedliśmy do „express“[39] który nas zawiózł do Buffalo o kwadrans na trzecią. Zwiedziwszy to młode wielkie miasto, skosztowawszy wody z jeziora Erié, wsiedliśmy do New-Yorku central railway[40], o szóstej wieczorem. Nazajutrz opuściwszy wygodne łóżka sleeping-car[41], przyjechaliśmy do Albany a „rail-road“[42], Hudsońska biegnąca wzdłuż brzegu lewego rzeki, zrzuciła nas w Nowym Yorku w kilka godzin późniéj.

Nazajutrz 15 kwietnia, w towarzystwie mego niezmordowanego doktora, przebiegłem miasto, rzekę Wschodnią, Brooklyn. Gdy nadszedł wieczór, pożegnałem tego poczciwego Dean Pitferge‘a i opuszczając go, uczułem, że pozostawiam przyjaciela.

Na wtorek 16 kwietnia, wyznaczony był dzień, w którym miał odpłynąć Great-Eastern. Udałem się o godzinie jedenastéj do trzydziestego siódmego portu gdzie tender miał czekać na podróżnych. Już był zapchany pasażerami i walizami.

— Wsiadłem. W chwili kiedy tender miał odpłynąć z portu, ktoś mnie ścisnął za ramię. Odwróciłem się. Był to jeszcze doktór Pitferge.

— Pan tutaj! wykrzyknąłem, wracasz pan do Europy?

— Na Great-Eastern'ie?

— Oczywiście odpowiedził mi uśmiechając się kochany oryginał, namyśliłem się i jadę. Pomyśl pan przecież, może to będzie ostatnia podróż Great-Eastern'u, ta właśnie, z któréj nie powróci.

Mieli już dzwonić na odjazd, kiedy jeden ze „steward'ów“[43] z hotelu Fifth-Avenue, przybiegł prędko, i oddał mi telegram z Niagary-Falls: „Ellen się obudziła, umysł całkiem jej wrócił, pisał mi kapitan Corsican, a doktór ręczy za nią“!

Zakomunikowałem tę dobrą wiadomość Dean Pitferge‘owi.

— Ręczy za nią! ręczy za nią! — odparł pomrukując mój towarzysz podróży — ja także ręczę za nią, Lecz cóż to dowo­dzi? Jeżeliby kto zaręczył za mnie, za pana, za nas wszystkich, mój kochany przyjacielu, możeby bardzo źle zrobił!...

W dwanaście dni późniéj, przybyliśmy do Brest‘u, a na zajutrz do Paryża. Podróż z powrotem odbyła się bez żadnego wypadku, z wielkiem nieukontentowaniem Dean Pitferge‘a, który ciągle oczekiwał rozbicia statku!

A kiedy usiadłem przy swoim stole, to, gdybym nie miał tych notatek z każdego dnia, ten Great-Eastern, miasto pły­wające w którym zamieszkiwałem przez cały miesiąc, to spo­tkanie Ellen‘y i Fabijana, ta nieporównana Nijagara; to wszyst­ko wydałoby mi się snem tylko! Ach! co to za przyjemność podróżować, nawet kiedy się powraca, cokolwiek mówił o tem doktór! Przez osiem miesięcy nie słyszałem nic o moim ory­ginale. Ale dnia jednego oddano mi list z poczty, pokryty różnokolorowemi pieczątkami, który się rozpoczynał temi słowy:

„Na brzegu Coringuy skały podwodnéj Aukland‘u. Prze­cież rozbiliśmy się...“

A kończył się tak:

„Nigdy nie byłem zdrowszy!

Z całego serca Twój,

Dean Pitferge“.


K O N I E C



'A Floating City' by Jules Férat 02



Przypisy

  1. Pokój do palenia tytoniu.
  2. Wielki powab przyjemności.
  3. Sprawy osobiste.
  4. Dalekiego zachodu.
  5. Złoto samorodne.
  6. Agent policyjny.
  7. Starszy, przełożony.
  8. Henryk.
  9. Narzędzie służące do oznaczenia szerokości jeograficznéj na morzu.
  10. Helena.
  11. taps — szynki.
  12. bars — kratki w izbach sądowych.
  13. improper — niestosowny.
  14. Dziś wieczór. Pierwsza część. Ocean-czas. Śpiew Piękna wyspa na morzu. Czytanie. Fortepijan solo: Śpiew pasterza. Pieśń szkocka. Przerwa dziesięcio-minutowa. Część druga. Fortepijan solo: Farsa: Pani z Lyonu. Zabawa. Śpiew: Szczęśliwa chwila. Śpiew: Twoje wspo­mnienie. Zakończenie: Boże królowę chroń!
  15. Szczęśliwa chwila.
  16. Twoje wspomnienie.
  17. Udając się do Syryi.
  18. Góry lodowe.
  19. Rider — jeździec, rycerz.
  20. Księga w któréj się zapisują imiona koni wygrywających na wyścigach, (stud znaczy stadnina, book książka).
  21. Dosłownie: martwa głowa.
  22. Pokoje jadalne.
  23. Sala do palenia tytoniu.
  24. Narodowe Towarzystwo Żeglugi Parowej.
  25. Barometr (dosłownie: szkło od burzy).
  26. Królewski kantor wexlu.
  27. Jadalnie.
  28. Główna ulica Nowego-Yorku.
  29. Łódki żelazne.
  30. Ulice Nowego-Yorku.
  31. Ulica Wolności.
  32. Pokój — sklep.
  33. Centralną koléj żelazną Nowego-Yorku.
  34. Coopera.
  35. Dom (hotel) katarakty.
  36. Most wiszący.
  37. Dosł. nie przepuszczający wody (płaszcz).
  38. Bardzo wzniosły.
  39. Umyślnie najęty.
  40. Główna Nowo-York’ska kolej żelazna.
  41. Powóz do spania.
  42. Droga żelazna.
  43. Szafarz.
Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.