FANDOM



Ludzie jak bogowie

(Men Like Gods)

Herbert George Wells

¤ ¤ ¤ ¤

Przekład: Janina Sujkowska
Gallen Kallela Ad astra




KSIĘGA PIERWSZA

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Pan Barnstaple wyjeżdża na urlop

I

Pan Barnstaple doszedł do przekonania, ze gwałtownie potrzebuje wypoczynku, a tymczasem nie miał ani dokąd wyjechać, ani też z kim. Był przepracowany i zmęczony domowem otoczeniem.

Był to człowiek, odznaczający się skłonnością do silnego przywiązania; kochał bardzo rodzinę i tak dobrze znał wszystkich jej członków, że w okresach takiego przemęczenia grali mu poprostu na nerwach. Trzej dorastający synowie stawali się z każdym dniem dłużsi, masywniejsi i dokuczliwsi.

Zawsze siadywali na krzesłach, które sobie właśnie upatrzył; nie dopuszczali go do własnej pianoli; napełniali dom wrzaskliwemi śmiechami z powodu dowcipów, o które się nie mógł zapytać; przeszkadzali mu w niewinnych, tatusiowatych flircikach, które dotąd były główną jego rozrywką na ziemskim padole; bili się przy tennisie; staczali ze sobą żartobliwe bójki na schodach i ze straszliwym hałasem po dwa, po trzy stopnie naraz spadali z nich nadół.

Wszędzie zostawiali kapelusze. Spóźniali się na śniadania. Co wieczór kładli się przy akompanjamencie ogłuszających krzyków: „Ha, ha, ha, ha — masz!” Matka zdawała się tem delektować. Szło na nich masę pieniędzy, ale oni zdawali się w wesoły sposób być tego nieświadomi; nie zdawali sobie również sprawy z faktu, że wszystko poszło wgórę z wyjątkiem zarobkowych możności ojca. A kiedy przy stole napomknął coś o Lloyd George’u lub zrobił najlżejszą próbę podniesienia rozmowy nad poziom bezmyślnej paplaniny, robili się ostentacyjnie roztargnieni...

W każdym razie ich zachowanie się wydawało się ostentacyjne.

Pragnął z całego serca rozstać się z rodziną na czas pewien, udać się do jakiegoś spokojnego miejsca, gdzie mógłby myśleć o swoich ukochanych z dumą i miłością, a nie być przez nich maltretowanym...

Pragnął również uwolnić się choćby na krótko od osoby pana Peeve. Sam widok ulic napełniał go udręką. Chciałby już nigdy nie ujrzeć więcej gazety ani dziennikarskiego afisza. Dręczyło go przeczucie i obawa jakiejś katastrofy, finansowej i ekonomicznej, wobec której wielka wojna wydałaby się jedynie drobnym wypadkiem. Stało się to dlatego, że będąc zastępcą redaktora i zarazem totumfackim Liberal’a, ogólnie znanego organu pesymistycznej myśli postępowej, znajdował się pod ciągłym wpływem swego szefa, pana Peeve, i ulegaj jego posepnym nastrojom.

Poprzednio można się było przeciwstawiać melancholijnemu desperatowi, żartując ukradkiem z jego ponurości z innymi członkami personelu redakcyjnego, ale obecnie i to się urwało, gdyż pan Peeve w przystępie wątpliwości finansowych zredukował ich wszystkich, co do jednego. Faktycznie w danej chwili stałymi współpracownikami Liberal’a pozostawali jedynie pan Barnstaple i pan Peeve. Tym sposobem nic już nie stało na przeszkodzie destrukcyjnym wpływom redaktora. Siadywał zgarbiony w swym redakcyjnym fotelu z rękami, zasuniętemi głęboko w kieszenie spodni, kracząc ponuro o wszelkich sprawach tego świata czasami przez dwie godziny z rzędu.

Pan Barnstaple z natury rzeczy skłonny był do umiarkowanego optymizmu i wiary w postęp, podczas gdy jego szef utrzymywał z niezachwianą pewnością, że wiara w postęp przeżyła się już co najmniej o sześć lat i że jedyną, jasną nadzieją, jaka pozostała liberalizmowi, było przypuszczenie, że nastąpi niebawem Dzień Sądu i wszystko skończy się raz na zawsze. Załatwiwszy swoją robotę, którą dawny personel zwykł był nazywać tygodniową niestrawnością szefa, pan Peeve wynosił się, pozostawiając panu Barnstaple zadanie przygotowania reszty materjału, potrzebnego do wydania następnego numeru.

Nawet w zwykłych czasach trudno byłoby wytrzymać z takim człowiekiem, jak pan Peeve, ale czasy nie były bynajmniej zwyczajne; działy się ciągle rzeczy, które w znacznej mierze potwierdzały jego melancholijne przewidywania. Wielki lokaut węglowy trwał już od miesiąca i zdawał się być pierwszą jaskółką, wieszczącą przemysłowo-handlowa ruinę Anglji. Każdy poranek przynosił nowe wieści o zuchwałych poczynaniach Irlandczyków — nie mogących ani przebaczyć, ani zapomnieć. Długotrwała susza na całym świecie groziła klęską głodu. Liga narodów, po której za wielkich dni prezydenta Wilsona pan Barnstaple spodziewał się ogromnych rzeczy, stała się melancholijnem, choć zarozumiałem niczem. Wszędzie panował stan zamętu, konfliktów i absurdów. Siedem ósmych świata zdawało się zapadać w stan chronicznego bezładu i społecznego rozprzężenia. Nawet bez pana Peeve ciężko byłoby przeciwstawić się druzgocącym faktom i nie dać się pesymizmowi.

W samej rzeczy umysł pana Barnstaple przestał wydzielać ożywcze soki nadziei, a dla takich konstrukcyj psychicznych, jak jego, nadzieja jest czemś tak istotnem, że bez jej współudziału nie da się pomyśleć żadna produkcyjna czynność duchowa. Zawsze wierzył w liberalizm i w szlachetne liberalne dążenia, ale teraz zaczynał dochodzić do przekonania, że liberalizm nie zdobędzie się na nic lepszego nad siedzenie w zgarbionej pozycji w głębi fotelu z rękami w kieszeniach i zżymanie się i wyrzekanie na działalność małowartościowych, lecz zato energicznych osobników, których ambitne zabiegi doprowadzą niechybnie świat i ludzkość do ruiny.

Dniami i nocami pan Barnstaple dręczył się teraz sprawami całego świata. Nawet bardziej nocami niż dniami, gdyż zaczynał cierpieć na bezsenność. Nawiedzało go gorączkowe pragnienie, żeby wydać jeden numer Liberal’a podług swojej myśli — przerobić go całkowicie po odejściu pana Peeve i wyrzucić wszelkie niestrawne elukubracje, puste wydrwiwania z tego czy owego, delektowania się okrutnemi i smutnemi faktami, przesadne traktowanie naturalnych ludzkich uchybień Lloyd George’a, apele do lorda Grey’a, lorda Roberta Cecil’a, lorda Lansdowne, papieża, królowej Anny lub cesarza Fryderyka Barbarossy (zmieniało się to z tygodnia na tydzień).

Pragnął zerwać się i dać wyraz, formę i barwę młodym aspiracjom mającego się narodzić świata, napełnić szpalty pisma utopią i zawołać do zdumionych czytelników Liberal’a: Oto są rzeczy, których musimy dokonać! Oto są rzeczy, których dokonamy! Cóżby to był za cios dla pana Peeve, gdyby to przeczytał przy niedzielnem śniadaniu! Takby się pewnie zdziwił, że zapomniawszy o swoim pesymizmie, strawiłby ten duchowy posiłek, jak należy.

Ale było to niedorzeczne marzenie. W domu było trzech młodych Barnstaplów, i trzeba było myśleć o tem, jak ich pokierować na niezależnych ludzi. I pomimo że rzecz ta w marzeniu przedstawiała się nad wyraz pięknie, pan Barnstaple miał nieprzyjemne przeświadczenie, że nie był dostatecznie uzdolniony, by ją przeprowadzić. Zrobiłby pewnie z tego groch z kapustą...

Może w praktyce byłoby to to samo, co skoczyć z gorącej patelni w ogień. Liberal było to pismo posępne, zniechęcające, zgryźliwe, ale bądź co bądź, nie takie znów złe i liche.

Jednakowoż dla uniknięcia tak fatalnego kroku niezbędnem było, żeby pan Barnstaple mógł odpocząć choćby na krótko od destrukcyjnego wpływu pana Peeve. Już parę razy postawił mu się okoniem. W każdej chwili można się było spodziewać awantury. Pierwszym krokiem do uwolnienia się od pana Peeve była, ma się rozumieć, wizyta u doktora. Pan Barnstaple udał się tedy do doktora.

— Nerwy wypowiadają mi posłuszeństwo — rzekł na wstępie. — Mam silną neurastenję.

— Ma pan neurastenję — potwierdził lekarz.

— Codzienna praca przejmuje mnie wstrętem.

— Potrzeba panu wypoczynku.

— Czy pan sądzi, że potrzebna mi jest zmiana otoczenia?

— Tak zupełna, jak tylko może pan sobie pozwolić.

— Czy może mi pan doktór polecić jakieś miejsce, dokąd mógłbym się udać?

— A dokąd pan chce jechać?

— Nie mam określonych planów. Myślałem, że pan mógłby polecić...

— Niech pan jedzie tam, dokąd panu przyjdzie fantazja, i jak na teraz nie zadaje sobie żadnego przymusu,.

Pan Barnstaple zapłacił doktorowi jedną gwineję i, uzbrojony w powyższe wskazówki, przygotował się przy odpowiedniej okazji obwieścić panu Peeve nowinę o swej chorobie i konieczności wyjazdu.


II

Przez czas pewien ta perspektywa urlopu wypoczynkowego była tylko jednem dodatkowem strapieniem więcej do i tak już nadmiernego ciężaru zmartwień i kłopotów. Decyzja wyjazdu równała się konieczności rozwiązania za jednym zamachem trzech pozornie niezwalczonych trudności: Jak wyjechać? Dokąd? I ponieważ pan Barnstaple należał do tych ludzi, którzy nużą się szybko przebywaniem sam na sam ze swoją jaźnią, rodziło się pytanie: Z kim?

Ostry błysk ukradkowej kombinacji wdarł się w szczere przygnębienie, które ostatnio stało się zwyczajnym nastrojem pana Barnstaple. Coprawda, nikt nigdy nie zwracał zbytniej uwagi na nastroje pana Barnstaple.

Jedna rzecz nie ulegała dlań najmniejszej wątpliwości. Nie powinien wspomnieć w domu ani słowa o zamierzonym urlopie. Wiedział, coby się stało, gdyby pani Barnstaple zorjentowała się, co się święci. Z miną kompetentnej troskliwości zajęłaby się całą sprawą na własną rękę. „Musisz mieć porządny wypoczynek” — powiedziałaby z namaszczeniem.

Wybrałaby jakąś odległą i kosztowną miejscowość w Kornwalji, Szkocji lub Brytanji, zakupiłaby masę rzeczy na drogę, w ostatniej chwili dorzuciłaby jeszcze masę niewygodnych pakuneczków i wyprawiła z nim chłopców. Prawdopodobnie namówiłaby też niektórych znajomych, żeby się wybrali w to samo miejsce celem robienia „wesołego nastroju”. Gdyby jej posłuchali, z pewnością przywieźliby ze sobą najgorsze strony swych natur i okazali się niezmordowanymi nudziarzami. Nie byłoby mowy o żadnej rozmowie, a zato dużo nieszczerego śmiechu i bez końca gry i gry... Nie!

Ale jak człowiek może wyjechać na urlop w taki sposób, żeby się żona o tem nie dowiedziała? Trzeba ukradkiem spakować rzeczy i wyszmuglować je z domu...

Najbardziej pocieszającą stroną całej tej kłopotliwej sprawy był fakt, że pan Barnstaple posiadał swój własny samochodzik. Naturalnem było, żeby ten przedmiot odegrał dużą rolę w jego tajnych planach. Przedewszystkiem nastręczał, najłatwiejszy sposób wydostania się z domu i przeobrażał ewentualną odpowiedź na pytanie „Dokąd?” z określonego, stałego miejsca w coś, co, o ile wiem, matematycy nazywają locusem. Nadto w małej benzynowej bestji było coś tak towarzyskiego, że odpowiadała poniekąd na trzecie pytanie: Z kim?

Samochód był tylko na dwie osoby i w rodzinie znany był pod nazwą Nożnej Kąpieli, Musztardy Colman’a i Żółtego Niebezpieczeństwa. Jak to wynika z powyższych określeń, była to niska, otwarta maszyna, jasno żółtej barwy. Pan Barnstaple jeździł nią do biura z Sydenhamu, gdyż zużywała tylko jeden galon benzyny na trzydzieści trzy mile (angielskie) i była o wiele tańsza niż sezonowy bilet kolejowy. W ciągu dnia stała na podwórzu pod oknem redakcji. W Sydenham schowana była zawsze w szopie, do której klucz znajdował się stale w posiadaniu pana Barnstaple. Jak dotąd — udało mu się nie dopuścić do tego, by chłopcy nią jeździli lub też rozebrali ją na kawałki.

Czasami pani Barnstaple prosiła męża o obwiezienie jej po Sydenhamie, gdy miała dużo sprawunków, ale faktycznie nie lubiła małego żółtego djabła, gdyż wystawiał ją zbytnio na działanie żywiołów, zasypywał kurzem i targał włosy.

Zarówno z racji tych rzeczy, które umożliwiał, jak i tych, które wykluczał, mały samochodzik nadawał się znakomicie jako środek urzeczywistnienia marzeń wypoczynkowych. I oprócz tego pan Barnstaple bardzo lubił nim jeździć. Prowadził go, coprawda, źle, ale nadzwyczaj ostrożnie. I chociaż maszyna czasami stawała i odmawiała posłuszeństwa, to w każdym razie nie posuwała się tak daleko, jak większość innych rzeczy w życiu pana Barnstaple, które zawracały na wschód wtedy, gdy on wykręcał kierownicę na zachód. To też, jadąc swym samochodem, doznawał miłego poczucia zwierzchnictwa i niezależności.

Wkońcu pan Barnstaple zrobił ostatnie postanowienie i przeprowadził je z wielką szybkością. Nastręczyła mu się nagle doskonała okazja. W czwartek był u drukarza i powrócił wieczorem do domu, straszliwie wyczerpany i zdenerwowany. Pogoda dopisywała — panowała upalna susza. Było to tem rozpaczliwsze, że wróżyło głód i nędzę dla połowy świata. W Londynie sezon był w całej pełni — miasto szumiało, eleganckie i uśmiechnięte. Jeżeli to możliwe, to był to jeszcze głupszy rok niż rok 1913, wielki rok tanga, który w świetle późniejszych wypadków pan Barnstaple przywykł uważać za najgłupszy rok w dziejach świata. Star jak zwykle głosił złe wieści na marginesie towarzysko-sportowych nowin. W dalszym ciągu trwały walki między Rosją i Polską, jak również w Irlandji, Azji Mniejszej, na pograniczu Indyj i we wschodniej Syberji. Miały miejsce trzy nowe straszliwe morderstwa. W dalszym ciągu trwał lokaut górników, i zanosiło się na wielki strajk wszystkich mechaników. W pociągu powrotnym było tylko stojące miejsce, i wyruszył on z dwudziesto-minutowem opóźnieniem.

Pan Barnstaple zastał w domu bilecik od żony, informujący go, że dostała depeszę od kuzynów z Wimbledon z wiadomością, iż nadarzała się nieoczekiwana okazja ujrzenia tennisa, granego przez mademoiselle Lenglen i innych szampionów, i że wobec tego ona, t. j. pani Barnstaple, pojechała tam z chłopcami i powróci dopiero późnym wieczorem. Uważała, że chłopcy niezmiernie skorzystają z tej pierwszorzędnej, popisowej gry wielkiej szampionki. Na zakończenie przepraszała go, że nie zastanie nikogo w domu, gdyż był to wychodni dzień służby. Przed wyjściem mieli mu przygotować zimną kolację.

Pan Barnstaple przeczytał list z uczuciem rezygnacji. W trakcie posiłku przerzucił broszurę, którą przysłał mu przyjaciel z Chin dla wykazania, że Japończycy świadomie wyłamywali się z ostatnich pęt chińskiej cywilizacji i chińskiego systemu wychowawczego.

Dopiero, gdy po kolacji znalazł się z fajką w małym ogródku za domem, uświadomił sobie całą doniosłość faktu, że pozostawiono go samego w pustym domu.

Nagle zaczął się krzątać z wielką gorliwością i zapałem. Zadzwonił do pana Peeve, powiedział mu o orzeczeniu doktora, wytłumaczył, że sprawy Liberal’a znajdowały się w zadawalającym stanie i że skutkiem tego osoba jego nie była całkiem niezbędna, i — dostał pozwolenie na wyjazd. Potem pobiegł do swego sypialnego pokoju i spakował pośpiesznie najpotrzebniejsze rzeczy w starą gladstonowską torbę podróżną, której brak nie zostanie, jak sądził, odrazu zauważony, i ukrył ją pod siedzeniem auta. Następnie poświęcił trochę czasu na napisanie listu do żony, który... schował starannie do kieszeni kamizelki.

Na ostatku zamknął na klucz szopę z samochodem i usadowił się wygodnie w trzcinowym fotelu w ogrodzie z fajką i sympatyczną, mądrą książką o bankructwie Europy celem nadania sobie przed powrotem rodziny do domu możliwie niewinnego i zwyczajnego wyglądu.

Po powrocie żony powiedział jej zdawkowym tonem, że ma wrażenie, iż cierpi na neurastenję i że postanowił pojechać jutro rano do Londynu i zasięgnąć porady lekarskiej.

Pani Barnstaple chciała mu wybrać doktora, ale się z tego wykręcił, mówiąc, że musi się liczyć w tym względzie z opinjami Peeve’go i że Peeve ma szczególne zaufanie do lekarza, tego właśnie, którego się już faktycznie poradził. A kiedy żona dodała jeszcze, że podług jej zdania oni wszyscy potrzebowali wypoczynku, mruknął tylko coś nieokreślonego i odszedł.

W ten sposób pan Barnstaple znalazł się w możności wydostania się z domu z całym bagażem, niezbędnym przy kilkotygodniowych wakacjach, nie obudziwszy podejrzeń i nie wywoławszy nieprzezwyciężonej opozycji. Następnego rana wyruszył do Londynu. Ruch na drodze był ożywiony i wesoły, ale wcale nie kłopotliwy, i Żółte Niebezpieczeństwo mknęło tak równo i lekko, że możnaby je było tym razem przechrzcić na Złotą Nadzieję.

W Camberwell skręcił na nowy trakt i pojechał do urzędu pocztowego przy Vauxhall Bridge Road. Tu się zatrzymał. To, co czynił, napełniało go jednocześnie lekiem i uciechą. Wszedł na pocztę i wysłał do żony depeszę, następującej treści: „Dr. Pagan powiada — samotność i wypoczynek gwałtownie potrzebne jadę okrąg jezior przyjść do siebie mam torbę rzeczy wysyłam list”.

Potem wyszedł z gmachu pocztowego i, wyjąwszy z kieszeni list do żony, który z taką starannością skomponował poprzedniego wieczora, wrzucił go do skrzynki. Był on naumyślnie nagryzmolony w taki sposób, żeby świadczyć o neurastenji w możliwie ostrem stadjum. Wyjaśniał w nim, że dr. Pagan przepisał mu natychmiastowy wypoczynek i poradził „wędrówkę na północ”. Lepiej będzie dla niego, t. j. pacjenta, jeżeli przez kilka dni, a nawet tydzień i więcej — nie będzie pisał żadnych listów. Napisze tylko wtedy, jeżeliby zaszło coś ważnego. Brak nowiny będzie dobrą nowiną. Jest pewny, że wszystko będzie dobrze. Jak tylko dojedzie do jakiegoś określonego miejsca, przyśle telegraficznie adres, ale prosi, żeby mu komunikowano tylko naprawdę ważne wiadomości.

Po ukończeniu tych czynności zajął miejsce w samochodzie z takiem poczuciem swobody, jakiego nigdy nie doświadczył od przyjazdu na swoje pierwsze szkolne wakacje. Skierował się ku wielkiemu północnemu traktowi, ale na rogu Hyde Park’u natknął się na szalony ruch i pozwolił policjantowi zawrócić się ku Knightsbridge. Później na rogu, gdzie rozwidlają się Bath Road i Oxford Road, zagrodziła mu drogę platforma i skierowała na Bath Road. Nie miało to wszakże znaczenia. Każda droga gdzieś prowadziła, a na północ mógł zawrócić przy pierwszej lepszej sposobności.


III

Dzień był słoneczny i wesoły, jeden z tych dni, charakterystycznych dla wielkiej posuchy 1921 roku. Nie było ani trochę parno. W samej rzeczy, w powietrzu unosiła się jakaś świeżość, która zestrajała się z przeczuciem pana Barnstaple, że czekają go jakieś miłe przygody. Powróciła mu nadzieja. Wiedział, że znajdował się na drodze, która miała go wywieść ze świata rzeczy, chociaż jak dotąd nie miał najlżejszego podejrzenia, jak dalece miał być wyrzucony poza sferę świata zamętu i komplikacyj.

Niebawem zatrzyma się przed oberżą i zje śniadanie — będzie to naprawdę mała przygoda, a jeżeli w dalszej drodze dokuczy mu samotność, będzie mógł kogoś podwieźć i „uciąć” pogawędkę. Łatwo będzie oddać komuś tę przysługę, gdyż tak długo, jak długo był zwrócony plecami do Sydenhamu i redakcji Liberal’a, było mu wszystko jedno, dokąd i którędy jedzie.

W małej odległości od Slongh minął go ogromny, szary, wycieczkowy samochód. Stało się to tak nagle, że aż skręcił gwałtownie wbok. Olbrzym nadjechał cichuteńko, i chociaż pan Barnstaple podług swego prawie dokładnego licznika pędził z szybkością dwudziestu siedmiu mil (ang.) na godzinę, przeleciał koło niego jak wicher. Zauważył, że znajdowali się w nim trzej dżentelmeni i jedna dama. Wszyscy siedzieli prosto i patrzyli za siebie, jakgdyby zainteresowani czemś, co jechało za nimi. Przemknęli za szybko, by zdążył im się dokładnie przyjrzeć; zauważył tylko, że dama była cudownie piękna pięknością, bezwzględną i niepodlegającą dyskusji, i że najbliższy od jego strony pasażer miał szczególnie chochlikowaty wyraz niemłodej już fizjonomji.

Zanim zdążył ochłonąć z éclat tego spotkania, usłyszał znów za sobą ostrzegawczą trąbkę drugiego samochodu, podobną do głosu przedhistorycznego jaszczura. To mu się podobało. Lubił, gdy go w ten sposób mijano — z zachowaniem formalności. Zwolnił tedy, odrzuciwszy wszelkie pretensje, środek drogi i wykonał ręką parę zachęcających gestów. Duża, gładka, szybka limuzyna skorzystała z jego pozwolenia i wjechała w korytarz po jego prawej ręce, mający jakieś trzydzieści kilka stóp szerokości, a utworzony przez skraj drogi i jego mały samochodzik. Wyładowana była bagażem, ale oprócz młodego dżentelmena w monoklu, siedzącego obok szofera, nie było widać żadnych innych pasażerów.

Limuzyna objechała zakręt drogi i pomknęła wślad za samochodem wycieczkowym.

Trzeba wziąć pod uwagę, że nawet ,,mechaniczna kąpiel nożna” nie lubi być mijana w taki pański, lekceważący sposób w jasny poranek na otwartej drodze. Pan Barnstaple nacisnął tedy akcelerator i objechał zakręt z szybkością, o jakieś dziesięć mil na godzinę większą od swojej zwyczajnej, ostrożnej normy. Przed nim rozciągała się szara wstęga... pustej drogi.

Faktycznie, droga była zadziwiająco pusta. Biegła, nie załamując się, na przestrzeni może jednej trzeciej części mili. Po lewej stronie ciągnął się niski, dobrze utrzymany żywopłot, i widniały rozproszone drzewa, równe poła, kilka dalekich małych chatek, odległe topole oraz mała plamka zamku Windsor. Po prawej — rozpościerały się tak samo równe pola, stała mała oberża, a na dalszym planie szarzały niskie zalesione pagórki. Wybitnym rysem tego spokojnego krajobrazu była tablica na słupie z reklamą nadrzecznego hotelu w Maidenhead. Przed zdumionym wycieczkowiczem wzdłuż drogi wirowało tylko w gorącem powietrzu kilka drobnych kłębów pyłu, ale nie było widać żadnego śladu ani szarego samochodu wycieczkowego, ani tej limuzyny.

Upłynęło dwie sekundy, nim pan Barnstaple zdołał sobie uświadomić całą niezwykłość tego faktu. Ani na prawo, ani na lewo nie było widać żadnej możliwej bocznej drogi, która mogłaby usprawiedliwić zniknięcie jednego czy też drugiego auta. Jeżeli zaś znajdowały się za dalszym zakrętem, to musiały chyba pędzić z szybkością dwustu mil na godzinę!

Pan Barnstaple miał znakomity zwyczaj zwalniania w razie jakichś nasuwających się wątpliwości. Zwolnił też i teraz i pojechał dalej w tempie może piętnastu mil na godzinę z otwartemi szeroko oczami i ustami, rozglądając się naokoło, w oczekiwaniu, że pusty krajobraz wyjaśni mu jakimś sposobem tajemnicę ich zniknięcia. To było ciekawe, że nie miał wcale uczucia, żeby miało mu grozić jakiekolwiek niebezpieczeństwo.

Nagle doznał wrażenia, że samochód o coś uderzył i poślizgnął się, ale tak gwałtownie, że stracił na chwilę głowę. Nie mógł sobie przypomnieć, co się w takim wypadku powinno robić. Coś mu się troiło niewyraźnie o skręceniu w tym kierunku, w którym się poślizgnął, ale w podnieceniu nie mógł się zorjentować, która to właściwie była strona.

Potem przypomniał sobie, że w tym momencie usłyszał dźwięk. Był to zupełnie taki sam dźwięk, oznaczający najwyższy punkt wzrastającego ciśnienia, a ostry jak pęknięcie struny lutni, jaki się słyszy przy końcu lub na początku utraty przytomności przy zastosowaniu środków znieczulających.

Zdawało mu się, że skręcił ku żywopłotowi na prawo, ale teraz znów ujrzał przed sobą wstęgę drogi. Nacisnął akcelerator, poczem zwolnił i stanął. Stanął, przejęty najgłębszem zdziwieniem, jakiego kiedykolwiek doznał.

Była to bowiem jakaś zupełnie inna droga, nie ta, na której znajdował się pół minuty temu. Żywopłoty i drzewa zmieniły się zasadniczo, zamek Windsor zniknął jak miraż, ale zato zjawiła się zpowrotem wielka limuzyna. Stała koło drogi w odległości jakichś stu jardów.



ROZDZIAŁ DRUGI

Dziwna droga

I

Przez czas jakiś uwaga pana Barnstaple podzieliła się nierówno między dwa przedmioty: limuzynę, z której pasażerowie zaczęli właśnie wysiadać, i roztaczający się naokoło krajobraz. Ten ostatni był w samej rzeczy taki cudowny i tak niezwykły, że odrazu zapragnął się z kimś podzielić swym zachwytem i zdumieniem. Działo się z nim coś dziwnego, i sam nie był w stanie zdać sobie sprawy z przygniatającego i oszołamiającego wrażenia. Chciał się do kogoś odezwać, wezwać czyjejś pomocy i dlatego tylko uświadomił sobie obecność małej grupy ludzi wpobliżu, którzy mogli mu może ewentualnie przyjść z pomocą.

Sama droga nie była już zwyczajną angielską szosą, zbudowaną z ubitych razem kamieni i odpadków, zalanych smołą i posypanych zwierzchu żwirowatym piaskiem i kurzem z dodatkiem zwierzęcego nawozu, lecz lśniącym traktem, najwidoczniej szklanym, w niektórych miejscach przejrzystym jak krystaliczna woda, w innych mlecznym lub opalizującym złotemi kłaczkami, stanowiącemi składową część cudownej masy. Był szeroki na jakieś dwanaście lub piętnaście jardów.

Po obydwóch jego stronach ciągnęły się pasy murawy, najpiękniejszej, jaką pan Barnstaple kiedykolwiek oglądał — trzeba bowiem zaznaczyć, że znał się na gatunkach trawy i sam kosił trawniki — za niemi zaś widniały szerokie obrzeżające je wstęgi kwiatów. W miejscu, gdzie siedział w samochodzie oszołomiony pan Barnstaple, na przestrzeni może trzydziestu jardów, w obie strony wstęga ta składała się z gąszczu jakichś nieznanych kwiatów koloru niezapominajek. Dalej urywała się jednostajność barwy, i w miarę, jak wzrok przenosił się coraz dalej i dalej, zjawiało się coraz więcej wysmukłych, niepokalanie białych kiści, które wkońcu wyrugowywały zupełnie z grządki błękitne kwiecie.

Z drugiej strony drogi te same kiście zmieszane były z masą roślin, okrytych strąkami nasiennemi, również nieznanemi panu Barnstaple, a grającemi istną gamą kolorów, od błękitu i fioletu do czerwieni i intensywnego szkarłatu.

Poza tą cudownie barwną pianą kwiatów rozciągały się równe łąki, na których pasły się stada białego bydła. Trzy sztuki, znajdujące się wpobliżu, może trochę spłoszone nagłem ukazaniem się pana Barnstaple, żuły paszę i przyglądały mu się zamyślonemi, łagodnemi oczyma. Miały one długie rogi i podgardla jak bydło z Indyj i południowej Europy. Od tych potulnych stworzeń oczy pana Barnstaple przeniosły się na długi rząd drzew o konturach w kształcie płomieni, na biało-złotą kolumnadę i na tło łańcucha śnieżnych gór. Parę długich białych chmur żeglowało po olśniewająco błękitnem niebie. Powietrze robiło wrażenie zdumiewająco czystego i wonnego.

Z wyjątkiem krów i grupki osób, stojących koło limuzyny, nie było widać żadnej innej żywej istoty. Turyści stali nieruchomo i rozglądali się ze zdumieniem dokoła. Pana Barnstaple dobiegło echo kłótliwych głosów.

Ostry trzask ztyłu zwrócił jego uwagę w innym kierunku. Zboku przy drodze, od strony, z której, jak sądził, nadjechał, widniały ruiny, wyglądające na rumowiska niedawno zdemolowanego kamiennego domu. Obok stały dwie ogromne jabłonie, świeżo odarte z kory, połupane i powykręcane jakby skutkiem jakiejś eksplozji. Ze środka gruzów wydobywał się słup dymu i charakterystyczny trzask palących się rzeczy. Powykręcane sylwetki zdruzgotanych drzew sprawiły, że pan Barnstaple uświadomił sobie, iż część kwiatów, rosnących tuż przy drodze, przechylona była na jedną stronę jakby skutkiem gwałtownej wichury, która tylko co tędy przeszła. Nie słyszał jednakże żadnej eksplozji ani też nie poczuł żadnego, choćby najlżejszego podmuchu wiatru.

Przez chwilę patrzył, osłupiały, a potem znów spojrzał w kierunku limuzyny, jakby wyglądając stamtąd wyjaśnień. Troje turystów szło drogą ku niemu. Naprzedzie dążył wysoki, szczupły, siwy mężczyzna w pilśniowym kapeluszu i długim samochodowym płaszczu od kurzu. Miał on drobną, rezolutną twarzyczkę z malutkim noskiem, ledwie dostatecznym do utrzymania sprężyn złotych binokli. Pan Barnstaple puścił w ruch motor i pojechał wolno na ich spotkanie. Znalazłszy się, jak sądził, w odległości donośności głosu, zatrzymał się i wychylił głowę z Żółtego Niebezpieczeństwa, by zapytać, gdzie się znajduje. W tejże samej chwili wysoki siwowłosy dżentelmen zadał mu pytanie, jakby wyjęte z jego własnego gardła:

— Czy mógłby nam szanowny pan powiedzieć, gdzie się właściwie znajdujemy?


II

— Pięć minut temu — odparł pan Barnstaple — powiedziałbym, że na szosie Maidenhead, wpobliżu Slongh.

— Właśnie! — potwierdził wysoki pan poważnym tonem argumentacji. — Właśnie! I ja utrzymuję, że niema żadnej najlżejszej racji przypuszczać, że w dalszym ciągu nie znajdujemy się na tejże Maidenhead’skiej szosie.

W głosie jego zabrzmiała wyzywająca nuta urodzonego dialektyka.

— To wcale niepodobne do Maidenhead’skiej szosy — zauważył pan Barnstaple.

— Zgoda! Ale czyż mamy sądzić na podstawie pozorów, czy też bezpośredniej ciągłości naszego doświadczenia? Szosa Maidenhead doprowadziła nas tutaj, to jest jej dalszy ciąg, przeto utrzymuję, że to jest szosa Maidenhead’ska.

— Te góry? — rzekł pan Barnstaple.

— Powinien tam leżeć zamek Windsor — odparł z ożywieniem wysoki jegomość takim tonem, jakby oddawał jedną figurę w gambicie.

Był tam przed pięciu minutami — powiedział pan Barnstaple.

— A więc najwidoczniej te góry są rodzajem kamuflażu — oznajmił triumfująco dialektyk — i cała ta historja jest, jak się to dzisiaj mówi, inscenizacją.

— Wygląda na piekielnie udaną inscenizację — odparł właściciel Żółtego Niebezpieczeństwa.

Nastało chwilowe milczenie, w trakcie którego pan Barnstaple przyjrzał się reszcie towarzystwa. Wysokiego osobnika znał doskonale. Widywał go niejednokrotnie na zebraniach i oficjalnych ucztach. Był to pan Cecil Burleigh, wielki przywódca konserwatystów. Wyróżniał się on nietylko jako polityk, ale również jako człowiek prywatny, filozof i wogóle jako bogata indywidualność.

Za nim stał nieznany panu Barnstaple młody człowiek w średnim wieku, niski i krępy, o zaczepnym wyglądzie, która to cecha potęgowała się jeszcze skutkiem noszenia monokla. Trzeci osobnik wydawał mu się również znajomy, ale przez chwilę nie mógł sobie przypomnieć, kim on właściwie był. Miał on gładko wygoloną, okrągłą, pucołowatą fizjonomję i pulchną postać, a strój jego wskazywał albo na anglikańskiego pastora, albo też na bardzo zamożnego katolickiego księdza.

Młody człowiek w monoklu zabrał głos i przemówił bezsilnym falsetem:

— Przejeżdżałem tędy niecały miesiąc temu w drodze do Taplow Court, i z pewnością tego wszystkiego wtedy nie było.

— Przyznaję, że rzecz nastręcza pewne trudności — rzekł z kompetentną miną pan Burleigh. — Przyznaję, że są poważne trudności. Ale pomimo wszystko ośmielam się twierdzić, że moje główne założenie pozostaje w całej mocy.

— Pan nie myśli, że to jest Maidenhead’ska szosa? — rzeki dżentelmen w monoklu, zwracając się obcesowo do pana Barnstaple.

— Wydaje się za doskonałe na inscenizację — odrzekł tonem łagodnego protestu zapytany.

— Ależ panie kochany! — zaoponował pan Burleigh — ta droga jest znana z tego, że hodowcy nasion i szkółek urządzają tu czasami pokazy, nieraz zdumiewające — dla reklamy.

— W takim razie dlaczego nie jedziemy prosto do Taplow Court? — zapytał pan w monoklu.

— Dlatego — odparł pan Burleigh z odcieniem zniecierpliwienia, właściwego człowiekowi, który musi dowodzić faktu, już ustalonego, a uporczywie ignorowanego — że Rupert utrzymuje, iż znajdujemy się w jakimś innym świecie, i nie chce jechać dalej. Oto dlatego. Zawsze był za bardzo imaginacyjny. Myśli, że rzeczy, które nie istnieją, mogą istnieć. I teraz wyobraża sobie, że jest bohaterem jakiegoś naukowego romansu i że znajduje się poza granicami naszego ziemskiego świata — w innym wymiarze. Czasami myślę, że byłoby lepiej dla nas wszystkich, gdyby Rupert zabrał się do pisania romansów — zamiast je przeżywać. Jeżeli pan, jako jego sekretarz, sądzi, że będziecie w stanie przyjechać do Taplow na czas, żeby zjeść śniadanie z mieszkańcami Windsor’u...

Pan Burleigh gestem wypowiedział rzeczy, na któtych słowne wyrażenie nie znalazł odpowiednio silnych wyrazów....

Pan Barnstaple zdążył tymczasem zauważył wolno poruszającą się, pełną napiętej uwagi żółtawo-cerą postać w szarym cylindrze z czarną opaską, spopularyzowanym przez karykaturzystów, badającą łan kwiatów wpobliżu limuzyny. Musiał być to więc ni mniej, ni więcej tylko Rupert Catskill, minister spraw wojskowych.Tym razem pan Barnstaple znalazł się na jednej pojęciowej platformie z tym nazbyt ryzykownym politykiem. Zgadzał się z nim najzupełniej, że ten świat, który się przed nimi w tej chwili roztaczał, był zupełnie innym światem. Wysiadł z auta i zwrócił się do pana Burleigh’a.

— Mam wrażenie, że zbadanie tego palącego się budynku pozwoli nam zorjentować się w znacznej mierze w sytuacji. Zdaje mi się, że tam na zboczu obok leży jakaś postać. Gdybyśmy mogli złapać któregoś z oszustów...

Urwał w połowie zdania, gdyż nie wierzył ani przez jedną chwilę, że padli ofiarą jakiegoś kuglarstwa. W ciągu ostatnich pięciu minut pan Burleigh ogromnie stracił w jego oczach.

Wszyscy czterej spojrzeli na dymiące ruiny.

— To doprawdy zdumiewające, że nigdzie nie widać żywej duszy — zauważył pan w monoklu, błądząc wzrokiem po okolicy.

— W każdym razie możemy zbadać, co się właściwie pali; nie sądzę, żeby nam to mogło zaszkodzić — rzekł pan Burleigh i ruszył przodem z inteligentnym, badawczym wyrazem twarzy w kierunku zrujnowanego domu między połamanemi drzewami.

Ale nie zdążyli zrobić nawet dwudziestu kroków, kiedy mała grupa stanęła jak wryta, gdyż od strony limuzyny doleciały ich głośne, pełne trwogi okrzyki pozostawionej w niej kobiety.


III

— Doprawdy za wiele tego dobrego! — zawołał ze szczerym gniewem pan Burleigh. — Muszą być z pewnością przepisy policyjne, zabraniające tego rodzaju rzeczy.

— Musiał uciec z jakiejś wędrownej menażerji — zauważył pan z monoklem. — Cóż my teraz poczniemy?

— Wygląda na oswojonego — rzekł pan Barnstaple, bynajmniej nie kwapiąc się ze zrobieniem próby, która by potwierdziła jego teorję.

— Może łatwo przestraszyć ludzi i to nawet bardzo — rzekł siwy dżentelmen i, podniósłszy głos, zawołał łagodnym tonem: — Nie bój się, Stello! Jest prawdopodobnie zupełnie oswojony i nieszkodliwy. Nie drażnij go tą parasolką, bo się jeszcze na ciebie rzuci. Stel-lo!

„On” — był to ogromny, pięknie centkowany lampart, który wyszedł cicho z pomiędzy kwiatów i usiadł na środku szklanej drogi obok wielkiego samochodu niby kolosalne kocisko. Mrużył oczy i poruszał rytmicznie głową w tę i w tę stronę z wyrazem głębokiego zaciekawienia, podczas gdy dama stosownie do najlepszych tradycyj, obowiązujących w tego rodzaju wypadkach, otwierała i zamykała parasolkę tak szybko, jak tylko mogła. Szofer schował się za samochodem. Pan Rupert Catskill stał po kolana w kwiatach z otwartemi szeroko oczyma, patrząc na zdumiewające zjawisko, i było widocznem, że ten sam krzyk, który zwrócił uwagę pana Burleigh’a i jego towarzyszy na groźne zwierzę, i dla niego również był pierwszem ostrzeżeniem, że stało się coś niezwykłego.

Pierwszy zdobył się na określoną akcję, i ten postępek okazał jego wrodzoną odwagę. Był jednocześnie ostrożny i zuchwały.

— Niechże pani przestanie machać tą parasolką, lady Stello — powiedział. — Niech mi pani pozwoli — zaraz — postaram się ujarzmić go wzrokiem.

Obszedł naokoło samochód i stanął oko w oko ze zwierzęciem. Przez chwilę stał, jakby się prezentując, w całej okazałości swej rezolutnej, drobnej figurki w szarym surducie i cylindrze z czarną opaską. Wyciągnął ostrożnie rękę, nie za nagle, żeby nie spłoszyć dzikiego stworzenia, i rzekł pieszczotliwym głosem:

Kiiiiiiciuuuuś!

Lampart, który przestał zwracać uwagę na złożoną parasolkę lady Stelli, przyjrzał mu się z zainteresowaniem i ciekawością. Amator-pogromca przysunął się o krok bliżej. Zwierzę wyciągnęło pysk i zaczęło wciągać powietrze nosem.

— Niech go tylko pogłaszczę — rzekł pan Catskill i zbliżył się na długość ramienia.

Lampart powąchał wyciągniętą rękę z wyrazem niedowierzania, poczem kichnął tak nagle i niespodziewanie, że pan Catskill odskoczył o kilka kroków wtył. Kichnął potem po raz drugi z jeszcze większą gwałtownością i, popatrzywszy z wyrzutem na małego człowieczka, przeskoczył lekko przez grządkę kwiatów i pomknął w kierunku biało-żółtej kolumnady. Pasące się na polu bydło, jak zauważył pan Barnstaple, patrzyło nań bez najmniejszej trwogi czy konsternacji.

Pan Catskill pozostał na środku drogi w stanie lek kiego podniecenia.

— Żadne zwierzę — powiedział — nie może znieść uporczywego ludzkiego spojrzenia. Żadne. To jest zagadka dla waszego materjalistycznego... Czy połączymy się z panem Cecilem, lady Stello? Zdaje się, że on tam znalazł coś ciekawego do obejrzenia. Może ten jegomość, który przyjechał małym żółtym samochodem, wie, gdzie się znajduje? Hm?

Pomógł damie wysiąść z samochodu, i oboje podążyli wślad za grupą pana Barnstaple, która tymczasem zbliżała się do palących się ruin. Szofer, najwidoczniej obawiając się pozostać sam z limuzyną w tym świecie niewiarogodnych możliwości, ruszył za nimi, trzymając się tak blisko, jak mu na to pozwalał respekt względem „państwa”.



ROZDZIAŁ TRZECI

Piękne istoty

I

Pożar w małym domku nie zdawał się wzmagać na sile. Dym nie wydobywał się już zeń tak obficie, jak na początku. Podszedłszy bliżej, zauważyli między szczątkami zwalonych murów masę pozginanych kawałków, jasnego metalu i szczątków potłuczonego szkła. Nasuwało się nieodparte przypuszczenie, że eksplodował jakiś naukowy aparat. W pewnej chwili prawie jednocześnie wszyscy turyści zauważyli jakieś ciało, leżące na zielonem zboczu za ruinami. Było to ciało bardzo młodego mężczyzny, prawie zupełnie nagiego, gdyż cały jego strój składał się z pary bransolet, naszyjnika i opaski. Z ust i z nosa sączyła mu się krew. Przejęty uczuciem trwożnej czci pan Barnstaple ukląkł na ziemi przy leżącym i przyłożył ucho do jego cichej piersi. Nigdy przedtem nie widział tak pięknej twarzy i tak wspaniałego ciała.

— Nie żyje — szepnął.

— Patrzcie! — zabrzmiał przeraźliwy głos pana w monoklu.

— Drugi!

Wskazywał ręką w kierunku miejsca, zasłoniętego przed wzrokiem pana Barnstaple fragmentem zrujnowanej ściany. Wstał tedy i przedostawszy się przez kupę gruzów, wyjrzał na drugą stronę. Leżała tam wysmukła dziewczyna, ubrana tak samo skąpo, jak zabity młodzieniec. Najwidoczniej została ona rzucona o ścianę z olbrzymią siłą. Śmierć musiała nastąpić momentalnie. Twarz jej była zupełnie niezeszpecona, chociaż czaszka była poprostu zgruchotana. Jej śliczne usta i szaro-zielone oczy były napół otwarte, a wyraz twarzy wskazywał na głębokie zamyślenie nad jakiemś trudnem, lecz interesującem zagadnieniem. Nie wyglądała ani trochę na umarłą, tylko na obojętną na otoczenie. W jednej ręce trzymała jeszcze miedziane narzędzie ze szklaną rączką. Druga ręka leżała bezwładna i sztywna.

Przez kilka sekund nikt się nie odzywał, jakby obawiając się przerwać bieg myśli umarłej dziewczyny.

Potem pan Barnstaple usłyszał za sobą bardzo cichy głos dżentelmena o księżym wyglądzie.

— Co za doskonałe kształty.

— Przyznaję, że nie miałem racji — rzekł stanowczym tonem pan Burleigh. — Nie miałem racji... To nie są ziemskie istoty. To nie ulega wątpliwości. Ergo nie znajdujemy się na ziemi. Nie mogę pojąć ani co się stało, ani gdzie my teraz jesteśmy. W obliczu przekonywujących dowodów nigdy nie wahałem się odwoływać swych błędnych opinij. Świat, który nas teraz otacza, nie jest naszym światem. To jest coś...

Urwał.

— To jest coś naprawdę niesłychanego... cudownego...

— I windsorskie towarzystwo — dokończył bez widocznego żalu pan Catskill — zje śniadanie bez naszego współudziału.

— Ale w takim razie — zauważył duchowny — co to jest za świat, w którym się znajdujemy, i jakeśmy się tu dostali?

— A! — rzekł łagodnie pan Burleigh — odpowiedź na to pytanie przekracza granice moich biednych intelektualnych możliwości. Znajdujemy się w jakimś świecie, który jest szczególnie podobny do naszego i szczególnie niepodobny. Musi on być w jakiś sposób związany z naszym światem, gdyż w przeciwnym razie nie moglibyśmy się tutaj dostać. Ale jaki to może być związek? Przyznaję, że jest to dla mnie niezgłębioną tajemnicą. Być może, że znajdujemy się w jakimś innym wymiarze niż ten, który znamy. Moja biedna głowa pęka poprostu na myśl o tych wszystkich wymiarach. Jestem... jestem kompletnie zde-zo-rjen-to-wa-ny.

— Einstein — wtrącił lakonicznie i z widocznem zadowoleniem jegomość z monoklem.

— Właśnie! — odrzekł pan Burleigh. — Einstein mógłby nam to wytłumaczyć. Poczciwy Haldane mógłby także spróbować i zatopić nas falami swego tłuszczowego hegeljanizmu. Ale ja nie jestem ani Haldan’em, ani Einsteinem. Tutaj oto znajdujemy się w jakimś świecie, który z praktycznego punktu widzenia choćby naszych zobo wiązań towarzyskich leży Nigdzie. Albo jeżeli wolicie grecki termin, jesteśmy w Utopji. I ponieważ, jak się zdaje, niema z tego żadnego wyjścia, przypuszczam, że jako rozumnym istotom pozostaje nam jedynie pogodzenie się z losem i korzystanie z nastręczających się okazyj. To pewne, że jest to cudownie piękny świat. Nawet, co do mnie, zachwyt przeważa nad zdumieniem. I znajdują się tu myślące — ludzkie — istoty. Sądząc z tych tutaj materjałów, jest to świat, w którym chemja eksperymentalna gra wielką rolę — w samej, rzeczy przemożną i tragiczną rolę, a doświadczenia odbywają się wśród prawie sielankowych okoliczności. Chemja i — nagość. Muszę wyznać, że czy będziemy uważać tych dwoje ludzi, którzy najwidoczniej wysadzili się tutaj w powietrze, za greckich bogów, czy też za nagich dzikusów, to podług mego zdania będzie to tylko kwestją indywidualnych zapatrywań. Ja skłaniam się do przypuszczenia, że jest to grecki bóg i bogini.

— Szkoda tylko, że trochę trudno jest wyobrazić sobie umarłych nieśmiertelnych — zapiszczał jegomość w monoklu tonem człowieka, biorącego lewę.

Pan Burleigh chciał coś odpowiedzieć i, sądząc z wyrazu jego twarzy, byłaby to prawdopodobnie karcąca odpowiedź, ale zamiast tego wydał ostry okrzyk i zwrócił się w kierunku dwóch nieznanych istot, które pojawiły się właśnie na widowni. Całe towarzystwo zauważyło je w tej samej chwili. Koło ruin stali dwaj prawdziwi Apollinowie i przyglądali się naszym Ziemianom ze zdumieniem co najmniej tak wielkiem, jak ci ostatni — im.

Jeden z nich przemówił, i pan Barnstaple zdziwił się niepomiernie, gdy słowa jego odbiły się zrozumiałem echem w jego ziemskim mózgu.

— Czerwoni bogowie! — krzyknął Utopjanin. — Co wy jesteście za jedni i jakeście się tutaj dostali?

(Angielszczyzna! czysta angielszczyzna! Byłoby mniej zdumiewające, gdyby się odezwali po grecku. Ale fakt, że mówili wogóle jakimś znanym językiem, był sam w sobie niepojęty i niewiarogodny).


II

Najmniej zdetonowany z całej partji okazał się pan Cecil Burleigh.

— Teraz — rzekł — mając do czynienia z rozumnemi, obdarzonemi mową istotami, możemy mieć nadzieję, że się dowiemy czegoś określonego.

Odchrząknął i, uchwyciwszy się długiemi, nerwowemi palcami wyłogów płaszcza od kurzu, wziął na siebie obowiązki oficjalnego mówcy i orędownika.

— Nie jesteśmy w stanie wytłumaczyć panom naszej tutaj obecności — powiedział. — Jesteśmy tak samo zdumieni, jak panowie. Ni z tego, ni z owego zdaliśmy sobie sprawę, że znajdujemy się w zupełnie innym świecie, a nie w naszym.

— Pochodzicie z innego świata?

— Właśnie. Z zupełnie innego świata niż ten, na którym odgrywamy właściwe sobie role. Podróżowaliśmy po naszym świecie w — och! — w pewnych wehikułach, kiedy nagle znaleźliśmy się tutaj. Przyznaję, że jesteśmy intruzami, ale mogę panów zapewnić, że jesteśmy zupełnie niewinni i że stało się to bez udziału naszej świadomości.

— Nie wiecie, co było powodem nieudania się eksperymentu Ardena i Zielonej Fali, a następnie ich śmierci?

— Jeżeli Arden i Zielona Fala są imionami tej pięknej młodej pary, to możemy powiedzieć tylko tyle, że znaleźliśmy ich leżących tak, jak teraz, kiedyśmy tu podeszli, żeby się przekonać, a w samej rzeczy dowiedzieć...

Znów odchrząknął i nie dokończył zdania.

Utopjanin — jeżeli go tak dla wygody nazwiemy — ten, który się pierwszy odezwał, spojrzał na towarzysza jakby z niemem zapytaniem. Potem zwrócił się znów do Ziemian. Znów przemówił, i wyraźne dźwięki jego mowy zabrzmiały znów — tak się przynajmniej zdawało panu Barnstaple — nie w uszach, lecz w głowach słuchaczy.

— Lepiej będzie, gdy ty i twoi towarzysze nie będziecie deptać po tych ruinach. Lepiej będzie, gdy zejdziecie zpowrotem na drogę. Chodźcie za mną. Mój towarzysz zagasi ten pożar i odda niezbędną usługę naszemu umarłemu bratu i siostrze. Później miejsce to zostanie zbadane przez tych, którzy znają się na takich eksperymentach, jakie się tu odbywały.

— Musimy polegać bez zastrzeżeń na waszej uprzejmości i gościnności — rzekł pan Burleigh. — Jesteśmy na wasze rozkazy. To spotkanie, pozwólcie sobie powtórzyć, nie było, co się nas tyczy, umyślne.

— Chociaż z pewnością postaralibyśmy się o nie, gdybyśmy wiedzieli o takiej możliwości — wtrącił pan Catskill, zwracając się niby ogólnie do wszystkich, a do nikogo w szczególności, spoglądając na pana Barnstaple jakby w oczekiwaniu poparcia.

— Ten wasz świat wydaje nam się niezmiernie pociągający

— Na pierwszy rzut oka — zawtórował pan z monoklem — niezmiernie pociągający.

Pod przewodnictwem Utopjanina i pana Burleigh's przebrnęli przez gąszcz kwiatów i zeszli zpowrotem na drogę. Pan Barnstaple zauważył, że obok niego idzie lady Stella. Zwróciła się do niego, i słowa jej na tle tych wszystkich dziwów wydały mu się tak nie do wiary banalne, że doznał uczucia oszałamiającego zdumienia.

— Czy myśmy się już gdzieś przedtem nie spotkali na śniadaniu czy czemś w tym rodzaju — panie — panie?

Czyż to wszystko było jedynie dekoracją? Przez chwilę patrzył na nią tępym wzrokiem, a potem odpowiedział:

— Barnstaple.

— Pan Barnstaple?

Dostroił się do jej tonu.

— Nigdy nie miałem przyjemności być pani przedstawionym, lady Stello! Chociaż naturalnie znam panią doskonale — doskonale z fotografij w tygodnikach ilustrowanych.

— Czy słyszał pan o tem, co przed chwilą mówił pan Cecil, że to może jest Utopja?

— Powiedział, że moglibyśmy nazwać to Utopją.

— To zupełnie w jego stylu. Ale czy to jest Utopja? Prawdziwa Utopja? Zawsze tak tęskniłam do Utopji — ciągnęła dama, nie czekając na odpowiedź pana Barnstaple. — Jacyż to wspaniali młodzi ludzie ci dwaj Utopjanie! Oni muszą — jestem tego pewna — należeć do tutejszej arystokracji — pomimo swoich — nieformalnych — kostjumów. Albo może właśnie z tego powodu...

Panu Barnstaple przyszła szczęśliwa myśl.

— Poznałem również pana Burleigh’a i pana Ruperta Catskill’a, lady Stello, ale bardzo byłbym obowiązany, gdyby mi pani powiedziała, kto są ci dwaj pozostali panowie, ten młody człowiek w monoklu i ten jegomość o wyglądzie duchownego? Idą tuż za nami.

Lady Stella udzieliła objaśnień czarująco poufnym szeptem.

— Pan w monoklu — rzekła — to jest — zaraz, powiem jego nazwisko literami F. R. E. D. D. Y. M. U. S. H. Ma smak literacki. Zadziwiający smak. Ma zadziwiającą intuicję w wynajdywaniu uzdolnionych młodych poetów i wogóle w zakresie spraw literackich i jest sekretarzem Ruperta. Uczestniczy na każdej literackiej akademji. Jest straszliwie krytyczny i sarkastyczny. Jechaliśmy właśnie do Taplow na cudownie intelektualny koniec tygodnia, zupełnie, jak za dawnych czasów. Jak tylko towarzystwo z Windsor’u znów wyjedzie, to jest... Pan Gosse miał przyjechać, i Max Beerbohm, i inni. Ale w dzisiejszych czasach zawsze się coś zdarza. Zawsze. To — co nie przewidziane — aż za dużo tego dobrego... Duchowny jegomość — obejrzała się za siebie, by zobaczyć, czy dany osobnik znajdował się dość daleko — jest to ojciec Amerton, ten sam, który tak strasznie piorunuje na grzechy społeczeństwa i wszelkie tego rodzaju rzeczy. Dziwne to, ale poza kazalnicą jest on właściwie nieśmiały, cichy i trochę niezręcznie operuje nożem i widelcem. Paradoksalne, nieprawdaż?

Naturalnie! — wykrzyknął pan Barnstaple. — Teraz go sobie przypominam. Znałem tę twarz, ale nie mogłem się zorjentować, do kogo należała. Dziękuje bardzo, lady Stello.


III

Towarzystwo tych wszystkich znanych, wybitnych ludzi, a przedewszystkiem lady Stelli, napełniło pana Barnstaple jakiemś poczuciem pewności i bezpieczeństwa. W samej rzeczy od młodej damy biło otuchą i spokojem. Przyniosła z sobą tyle starego, kochanego świata i najwidoczniej zamierzała przy pierwszej nadarzającej sposobności narzucić temu nowemu światu swoje ziemskie pojęcia i zapatrywania. Osłabiła swym osobistym wpływem intensywność zdumiewającego czaru tego nowego piękna, które w przeciwnym razie groziło panu Barnstaple zupełnem intelektualnem rozprzężeniem. Spotkanie się z nią i jej towarzystwem było samo w sobie dla człowieka w jego położeniu społeczno-towarzyskiem przygodą, nie nadzwyczajną coprawda, ale w każdym razie absorbującą. Przeżycie to posłużyło jako ogniwo, które związało monotonję jego normalnej, ziemskiej egzystencji z orzeźwiającą atmosferą utopji, i rzuciło pomost myślowy przez przepaść oszałamiającego zdumienia.

Oprócz tego nadało ono charakter jakby stałości i — jeżeli można użyć tutaj takiego wyrazu — przyciemniło i zdegradowało świetlistą wspaniałość otoczenia do poziomu kompletnej wiarogodności. Wszak nietylko on sam oglądał te dziwy; to samo czyniła i ona, i pan Burleigh, nie szczędząc uwag i komentarzy. Zaś pan Freddy Mush oceniał je przez swój krytyczny monokl. To wszystko sprawiło, że rzeczy, które w razie samotnej wyprawy pana Barnstaple do krainy Utopji byłyby go tak oszołomiły, że możeby nawet postradał zmysły, wydały mu się prawie zwyczajne, ot, jak coś w rodzaju kolportowanych przez prasę „sensacyj”.

Swobodne ciemnoskóre bóstwo, które w tej chwili rozprawiało z panem Burleigh’em, stało się dzięki interwencji tego wielkiego człowieka zjawiskiem do pojęcia i przyjęcia.

Jednakże pan Barnstaple doznał pomimo wszystko uczucia jakby braku tchu, kiedy uwaga jego, oderwawszy się od ziemskich współuczestników niesamowitej doli czy niedoli, skierowała się na ten uderzający szlachetnością, czarowny świat, na który się dostał tak niespodziewanie. Cóż to były za istoty, ci mieszkańcy dziwnej planety, gdzie, jak się zdaje, chwasty i zielska przestały się plenić między kwiatami, a lamparty, pozbywszy się swej kociej drapieżności, spoglądały przyjaznem okiem na przechodniów?

Było doprawdy zdumiewające, że dwie pierwsze ludzkie istoty tego świata ujarzmionej natury, na jakie się natknęli, okazały się trupami, ofiarami, jakby się mogło zdawać, jakiegoś ryzykownego eksperymentu. Jeszcze dziwniejsze było to, że ci dwaj żywi, którzy nazwali się braćmi umarłych, nie okazali z powodu tej tragedji ani żalu, ani przerażenia. Pan Barnstaple uświadomił sobie, że nie doszło do żadnej wstrząsającej sceny, płaczu i konsternacji, jak to zwykle bywa w takich wypadkach. Najwidoczniej więcej byli zaciekawieni i zdziwieni niż przerażeni i zrozpaczeni.

Utopjanin, który pozostał przy ruinach, podniósł ciało dziewczyny i złożył je obok jej towarzysza, po czem, jak zauważył pan Barnstaple, powrócił do zburzonego domu i zaczął go uważnie badać.

Ale teraz na widowni pojawiło się więcej mieszkańców Utopji. Mieli oni, jak się okazało, aeroplany, gdyż dwa z nich, ciche i śmigłe jak jaskółki, wylądowały na pobliskiem polu. Drogą przyjechał człowiek na maszynie, podobnej do dwuosobowego auta, lecz mającej jak rower tylko dwa koła jedno za drugiem. Była ona lżejsza i zgrabniejsza niż najpiękniejsze samochody na ziemi i w cudownie tajemniczy sposób utrzymywała równowagę.

Wybuch śmiechu od strony drogi skierował uwagę pana Barnstaple na grupę Utopjan, którzy widocznie dopatrzyli się w limuzynie czegoś niesłychanie śmiesznego. Większość tych ludzi była tak skąpo ubrana i tak pięknie zbudowana, jak para zabitych eksperymentatorów. Kilku z nich miało na głowach ogromne słomkowe kapelusze, a jedna z kobiet, jak się zdawało, niezbyt młoda, ubrana była w białą szatę, obrzeżoną ciemno-ponsową listwą. Właśnie w tej chwili zajęta była rozmową z panem Burleigh’em.

Pomimo że znajdowała się w odległości dwudziestu jardów, słowa jej rozbrzmiewały w mózgu pana Barnstaple z nadzwyczajną wyrazistością.

— Jak dotąd — nie wiemy jeszcze, jaki związek może mieć wasze zjawienie się na naszym świecie z eksplozją, która tu miała właśnie miejsce, i czy wogóle taki związek istnieje. Chcemy dotrzeć do dna obydwóch tych rzeczy. Sądzimy, że jest wskazanem przewieźć was i wszystkie wasze przynależności na jakieś wygodne miejsce, niebardzo stąd odległe, dla odbycia konferencji. Staramy się właśnie o maszyny, które was stąd zabiorą. Chcecie się może posilić? Nie wiem, jakie macie przyzwyczajenia i o jakich godzinach jadacie.

— Posiłek — rzekł pan Burleigh, chwytając się skwapliwie tej propozycji. — Z pewnością posililibyśmy się z przyjemnością i to niezadługo. Faktycznie, gdybyśmy nie wylecieli tak nagle z naszego świata i nie znaleźli się na waszym, bylibyśmy w tym czasie siedzieli przy śniadaniu — w doborowem towarzystwie.

— Cud, oszołomienie i śniadanie — pomyślał pan Barnstaple.

Człowiek jest stworzeniem, które musi jeść — z konieczności, czy dzieją się cuda, czy nie. Dziennikarz zdał sobie sprawę, że zaczyna być głodny i że powietrze, którem oddycha, jest ostre, świeże i wywołuje apetyt.

Jakaś nowa myśl uderzyła Utopjanina.

— Czy jadacie kilka razy dziennie? Co właściwie jadacie?

— Och! Pewnie! Nie są wegetarjanami! — wtrącił ostrym tonem pan Mush, wypuszczając monokl z oka.

Wszyscy byli głodni. Malowało się to w wyrazie ich twarzy.

— Jesteśmy wszyscy przyzwyczajeni jadać kilka razy dziennie — rzekł pan Burleigh. — Może dobrze będzie, gdy dam pani krótkie résume naszych artykułów spożywczych. Mogą być różnice. Zaczynamy zazwyczaj od jednej filiżanki herbaty i cieniutkiego kawałka chleba z masłem — spożywamy to w łóżku. Potem przy chodzi śniadanie...

Przystąpił do treściwego sprawozdania ze swego gastronomicznego porządku dziennego, opisał jasno, apetycznie i ze szczegółami śniadanie Anglika, z jajkami, gotowanemi przez cztery i pół minuty, ani dłużej, ani krócej, drugie śniadanie z dodatkiem lekkiego wina, herbatę (podwieczorek), będącą raczej zebraniem towarzyskiem niż poważnym posiłkiem, obiad z pewnemi szczegółami i nie zwyczajową, lecz okolicznościową kolację. Było to jedno z tych sprawozdań przejrzystych, lekkich, nawet wesołych, choć zaprawionych powagą, które wywołałoby burzę oklasków w Izbie Gmin.

Utopjanka patrzyła nań z wyrazem spotęgowanego zainteresowania.

— Czy wszyscy jadacie w ten sposób? — zapytała.

Pan Burleigh obrzucił okiem całe towarzystwo.

— Nie odpowiadam za pana — pana?...

— Barnstaple... Tak, i ja jadam mniej więcej w ten sam sposób.

Z jakiegoś powodu Utopjanka uśmiechnęła się do niego, ale chociaż miała bardzo piękne piwne oczy i choć jej uśmiech bardzo mu się podobał, wołałby przecież, żeby się w ten sposób nie uśmiechnęła.

— A jak długo sypiacie? — zapytała.

— Od sześciu do dziesięciu godzin, stosownie do okoliczności — odrzekł pan Burleigh.

— A kiedy się kochacie?

To pytanie zmieszało i do pewnego stopnia zgorszyło Ziemian. Co ona właściwie chciała powiedzieć? Przez kilka chwil wszyscy milczeli. W umyśle pana Barnstaple zamajaczyły nagle jakieś dziwne możliwości.

Wreszcie pan Burleigh, odznaczający się subtelną inteligencją i zdolnością do prześlizgiwania się nad pewnemi przedmiotami, jak przystało na współczesnego działacza i leadera, wstąpił odważnie w wyłom.

— Nie codzień i nie zazwyczaj, mogę panią zapewnić — rzekł. — Nie zawsze. Nie stale. I nie ciągle.

Kobieta w sukni z czerwoną obszywką zdawała się nad tem zastanawiać, poczem uśmiechnęła się słabo.

— Musimy was gdzieś zawieźć, gdzie będziemy mogli o tych wszystkich rzeczach pomówić. Nie ulega wątpliwości, że przybyliście z jakiegoś dziwnego świata. Nasi uczeni muszą się z wami zapoznać i przestudjować wasz światopogląd,


IV

Tego rana o wpół do jedenastej pan Barnstaple mknął autem po szosie Slough, a teraz, o wpół do drugiej unosił się niby ptak nad krajem dziwów i cudów, prawie że zapomniawszy o swoim własnym świecie.

— Cudowne — powtarzał — cudowne. Wiedziałem, że będę miał dobre wakacje, ale to wszystko...

Był niewypowiedzianie szczęśliwy jasną, niczem nieprzyćmioną szczęśliwością doskonałego, sennego marzenia. Nigdy przedtem nie zaznał rozkoszy badacza nie znanych krain i nie miał nadziei, żeby to się kiedyś stało jego udziałem. Zaledwie przed kilku tygodniami napisał w Liberal’u artykuł, w którym biadał nad końcem „Okresu badań i odkrywczych ekspedycyj”. Był to artykuł tak gruntownie i bezcelowo pesymistyczny, że zachwycił bardzo pana Peeve. Przypomniał to sobie teraz, ale sumienie nie poruszyło się w nim prawie wcale.

Ziemskie towarzystwo zostało rozdzielone na grupy i załadowane do czterech małych aeroplanów. Wznosząc się w powietrze w towarzystwie ojca Amertona, pan Barnstaple spojrzał nadół i zobaczył, że automobile i bagaże zabierano właśnie na ciężarowe auta o bardziej lekkiej budowie. Każde auto wyciągnęło parę błyszczących ramion i porwało ziemski wehikuł z zadziwiającą lekkością w powietrze niby piastunka niemowlę.

Podług współczesnych ziemskich pojęć o bezpieczeństwie pilot, wiozący pana Barnstaple, leciał bardzo nisko. Bywały takie momenty, że przelatywał raczej między drzewami niż nad niemi, ale dzięki temu, pomimo że taka jazda wydawała się początkowo trochę ryzykowna, można było przyjrzeć się dokładnie krajobrazowi.

W ciągu pierwszej części podróży płynęli nad ogrodowemi pastwiskami, upstrzonemi stadami białego pasącego się bydła i plamami jaskrawo-kolorowej roślinności, zupełnie nieznanej panu Barnstaple. Między poszczególnemi polami, łanami i łąkami wiły się wąskie dróżki prawdopodobnie dla pieszych lub cyklistów. Gdzie niegdzie widniała droga, obrzeżona kwiatami i ocieniona drzewami owocowemi.

Domy były nieliczne, a co do miast i wiosek, to nie było ich wcale widać. Domy odznaczały się wielką rozmaitością rozmiarów i kształtów — od małych odosobnionych budyneczków, które, jak sądził pan Barnstaple, mogły być pałacykami letniemi lub małemi świątyńkami, do kompleksów dachów i wieżyczek, nasuwających reminiscencje o arystokratycznych wiejskich siedzibach lub rozległych budynkach folwarcznych i mleczarskich. W niektórych miejscach ludzie zajęci byli robotą w polu lub dążyli w różne strony pieszo i na maszynach, ale wogóle odnosiło się wrażenie, że cała ta kraina skąpo była zaludniona.

Stało się widocznem, że mieli przefrunąć nad łańcuchem śnieżnych gór, które tak znienacka zmiotły z horyzontu daleki widok zamku Windsor.

W miarę, jak zbliżali się do nich, zielone plamy pastwisk zaczynały się przerzedzać, a zato jęły się ukazywać szerokie łany złotego zboża. i roślinność stała się bardziej urozmaicona. Zauważył — był tego pewien — winnice, rozpościerające się na słonecznych zboczach. Coraz częściej rzucały się w oczy grupy robotników i ludzkie siedziby. Mała eskadra lotnicza pofrunęła szeroką doliną ku wąwozowi, przerzynającemu góry, tak, że pan Barnstaple miał czas i możność przyjrzeć się uważnie górskiemu krajobrazowi. Przelecieli nad lasami kasztanów i sosen.

Koło górskich potoków widniały cyklopiczne turbiny i długie, niskie, o wielu oknach budynki, służące prawdopodobnie dla celów przemysłowych. Ku wąwozowi prowadziła zręcznie zniwelowana droga, pełna niesłychanie śmiałych, lekkich i pięknych wiaduktów. Pomyślał, że górskie okolice gęściej były zaludnione niż nizinne, chociaż bezporównania słabiej niż analogiczne okręgi ziemskie.

Przez dziesięć minut płynęli nad skalistem pustkowiem, śnieżnemi polami i wielkim lodowcem, aż wreszcie wylądowali na wyżynnej dolinie na placu konferencyj. Był to rodzaj zagłębienia między górami, opatrzonego murowanemi tarasami, tak śmiało pomyślanemi, że wydawały się częścią geologicznej masy górskiej. Plac ten graniczył z wielkiem sztucznem jeziorem, opatrzonem od strony niższych kondygnacyj doliny kolosalną groblą ochronną. Wzdłuż tej grobli w regularnych odstępach widniały duże kamienne filary, zlekka przypominające siedzące postaci. Wdali zamajaczyła mu obszerna równina, przypominająca dolinę Po, ale w chwili lądowania znikła, przysłonięta prostą linją grobli.

Na wszystkich tarasach, szczególniej na niższych, widniały grupy i komplety podobnych do kwiatów budynków. Dawały się również rozróżnić ścieżynki, schodki i sadzawki z wodą, jakgdyby całe to miejsce było jednym wielkim ogrodem.

Aeroplany osiadły lekko i z łatwością, na rozległej łące, wpobliżu której wdzięczył się szalet, zachodzący daleko na wody jeziora i służący jako przystań flotylli wesołych kolorowych łódeczek...

Ojciec Amerton zwrócił poprzednio uwagę pana Barnstaple na zupełny brak wiosek. Teraz zauważył, że nie widział ani kościołów, ani żadnych wieżyc i dzwonnic. Pan Barnstaple sądził wszakże, że niektóre z tych małych domków mogły być kapliczkami lub świątyńkami.

— Religja może tu mieć inne formy — powiedział.

— I jak tu mało dzieci i niemowląt! — ciągnął duchowny. — Nigdzie nie widziałem matki z dzieckiem.

— Z tamtej strony góry przelecieliśmy nad miejscem, podobnem do placu gry koło dużej szkoły. Było tam dużo dzieci i parę dorosłych osób, ubranych na biało.

— Widziałem to, ale idzie mi o niemowlęta. Porównaj pan tutejsze stosunki z tem, cobyś zobaczył w Italji. Najpiękniejsze i najpożądańsze młode kobiety — dorzucił wielebny dżentelmen — najpożądańsze, jakie sobie można wyobrazić, i ani śladu macierzyństwa!

Pilot, opalony blondyn z ciemno-błękitnemi oczyma, pomógł im wysiąść z maszyny. Stanęli, przyglądając się lądowaniu reszty towarzystwa. Pan Barnstaple zauważył ze zdziwieniem, z jaką szybkością zaczyna się przyzwyczajać do barw i harmonij tego nowego świata. Najdziwniejszemi szczegółami całego widowiska były dlań teraz sylwetki i ubrania jego towarzyszy. Pan Rupert Catskill w swym sławnym cylindrze, pan Mush w niedorzecznym monoklu, zabawnie cienki i długi pan Burleigh, ubrany w skórzany garnitur, rażący kanciastością konturów szofer tego ostatniego — wszyscy oni uderzyli naszego myśliciela jako bardziej niewiarogodni i absurdalni niż wdzięczne postaci otaczających Utopjan.

Zainteresowanie i rozbawienie pilota spotęgowały u pana Barnstaple poczucie dziwaczności jego towarzyszy, ale potem przyszli nań fala głębokiego zwątpienia.

— Przypuszczam, że to wszystko jest prawdziwą rzeczywistością — rzekł do ojca Amertona.

— Prawdziwą rzeczywistością! A czemże innem mogłoby być?

— Przypuszczam, że nam się to wszystko nie śni.

— Czy prawdopodobnem jest, żebyśmy obaj mieli zupełnie identyczne sny?

— Tak; ale dzieją się z nami niemożliwe rzeczy — absolutnie niemożliwe.

— Naprzykład?

— No, naprzykład, jak to się dzieje, że ci ludzie mówią do nas po angielsku — poprawną współczesną angielszczyzną?

— Wcale o tem nie myślałem. To rzeczywiście nie do wiary. Ale ze sobą nie mówią po angielsku.

Pan Barnstaple spojrzał, zdumiony na ojca Amertona, uderzony po raz pierwszy tym jeszcze bardziej niewiarogodnym faktem.

— Nie mówią do siebie żadnym językiem — zauważył. — I myśmy to dopiero teraz spostrzegli!



ROZDZIAŁ ?

Tytuł

Tu wstaw brakujący tekst.



ROZDZIAŁ ?

Tytuł

Tu wstaw brakujący tekst.



ROZDZIAŁ ?

Tytuł

Tu wstaw brakujący tekst.



ROZDZIAŁ ?

Tytuł

Tu wstaw brakujący tekst.



ROZDZIAŁ ?

Tytuł

Tu wstaw brakujący tekst.





ROZDZIAŁ ?

Tytuł

Tu wstaw brakujący tekst.



ROZDZIAŁ ?

Tytuł

Tu wstaw brakujący tekst.



ROZDZIAŁ ?

Tytuł

Tu wstaw brakujący tekst.



ROZDZIAŁ ?

Tytuł

Tu wstaw brakujący tekst.





ROZDZIAŁ ?

Tytuł

Tu wstaw brakujący tekst.



ROZDZIAŁ ?

Tytuł

Tu wstaw brakujący tekst.



ROZDZIAŁ ?

Tytuł

Tu wstaw brakujący tekst.



ROZDZIAŁ ?

Tytuł

Tu wstaw brakujący tekst.






Przypisy

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.