FANDOM



Król przestworzy

(Robur le conquérant)

Juliusz Verne

¤ ¤ ¤ ¤

Przekład: Zbigniew Zamorski
Ilustracje: Léon Benett


'Robur the Conqueror' by Léon Benett 01



'Robur the Conqueror' by Léon Benett 03

ROZDZIAŁ I,

w którym tak uczeni jak i zwyczajni śmiertelnicy nic nie wiedzą.

Paff… Paff…

Równocześnie padły dwa strzały pistoletowe i w tym samym momencie krowa krocząca w odległości niespełna pięćdziesięciu metrów została jedną kulą ugodzona w grzbiet… a przecież cała ta sprawa wcale jej nie obchodziła.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 04

Obaj przeciwnicy stali jednak nadal zupełnie nienaruszeni.

I któż to byli ci dwaj panowie? Nikt nie wiedział, chociaż ten incydent był właśnie najlepszą okazją do przekazania ich nazwisk historji. Nic więcej nie da się o nich powiedzieć tylko tyle, że starszy z nich był anglikiem, drugi zaś amerykaninem. Dużo łatwiej zato da się określić sama miejscowość w której to niewinne zwierzę przeżuwające schrupało swą ostatnią trawkę; znajduje się na prawym brzegu rzeki Niagary niedaleko owego wiszącego mostu, łączącego brzeg kanadyjski z brzegiem amerykańskim, w odległości trzech mil od sławnego wodospadu.

Po wymianie strzałów anglik podszedł do amerykanina.

– Mimo wszystko obstaję dalej przy tem, że była to melodja Rule Britannia, – przemówił.

– Ja zaś twierdzę, że była to Jankee Doodle! – rzekł na to drugi.

I już zdawało się, że zatarg wybuchnie znowu z równą gwałtownością, gdy raptem jeden z pojedynkowiczów – i to bezwątpienia jedynie tylko przez wzgląd na pasące się opodal bydło – rzekł:

– Przypuśćmy, że było to Rule Doodle i Jankee Britannia i chodźmy na śniadanie.

Kompromis ten łączący dwa narodowe hymny Ameryki i Wielkiej Brytanji został przyjęty ku zobopólnemu zadowoleniu. Wracając wzdłuż lewego brzegu Niagary amerykanin i anglik zajęli wkrótce miejsca przy suto zastawionym stole hotelu Goat Island – neutralnym terenie pomiędzy obu krajami. Nie chcąc im przeszkadzać w ich zajęciu spożywania gotowanych jaj z nieodzowną krajową szynką i zimnym rostbeafem, zapijanym pomiędzy jednym kęsem a następnym wrzącą herbatą, musimy nadmienić, że niejeden raz jeszcze w ciągu tego opowiadania będzie o nich mowa.

Który z nich miał słuszność – anglik czy amerykanin? Trudno byłoby na to pytanie odpowiedzieć. W każdym bądź razie ów pojedynek jest jaskrawym dowodem namiętnego podniecenia umysłów wywołanego tak w Nowym jak Starym Świecie przez niezbadane zjawisko, które od miesiąca przewróciło wszystkim w głowie.

…Os sublime dedit coelumquo tueri – opiewał ongiś Owidjusz na cześć ludzkości, a rzeczywiście nigdy jeszcze od zjawienia się na ziemi pierwszego człowieka nie obserwowano tak skrupulatnie nieba.

Właśnie bowiem poprzedniej nocy rozbrzmiały z przestworza metalowe tony trąby nad tą częścią Kanady która rozciąga się pomiędzy jeziorem Ontario a jeziorem Erie. Jedni doszukiwali się w tej muzyce niebieskiej Jankee Doodle, drudzy zaś Rule Britannia; oto również przyczyna anglosaskiego pojedynku, zakończonego śniadaniem na Goat-Island. Możliwe, że nie był to hymn ani angielski, ani amerykański, w to jedno tylko mimo wszystko nikt nic powątpiewał, że omawiane dźwięki miały tę właściwość, jakby spływały na ziemię wprost z nieba.

Czy w takich warunkach nie można było pomyśleć, że jest to anielska trąba, w którą dmucha jakiś anioł czy też archanioł?… Albo czy nie byli to raczej jacyś weseli lotnicy, którzy posługując się owym dętym instrumentem, wyrabiali sobie reklamę? Nie, o jakimś balonie, czy też lotnikach nie mogło być mowy. W górnych regjonach nieba dokonywał się jakiś nadzwyczajny wypadek, którego powstania i składu organicznego żaden człowiek nie mógł odgadnąć. Zjawisko to ukazywało się dzisiaj, naprzykład, nad Ameryką, w dwadzieścia cztery godziny później nad Europą, w osiem dni potem w Azji, nad Chinami, a potem o ile dźwięki tej trąby nie były dźwiękami pochodzącemi z trąby sądu ostatecznego, więc czemże, czemże były?

Dlatego też wszystkie kraje kuli ziemskiej, wszystkie królestwa i republiki ogarnęła jakaś nieopisana trwoga, którą bezwzględnie należało uciszyć! Albowiem czy ktoś słysząc w swoim domu jakieś nieokreślone niewytłómaczone szmery i znając przyczyny ich nie opuści tego domu, aby zamieszkać w innym? Bez wątpienia! Tutaj jednakże chodziło o mieszkanie stanowiące całą kulę ziemską i nie było na to rady, aby przesiedlić się na księżyc, Marsa, Venus, Jowisza, czy inną jakąś planetę słonecznego systemu.

Tembardziej więc należało wyjaśnić, co się dzieje w tem nieobjętem, pustem przestworzu atmosfery ziemskiej.

Bez powietrza coś podobnego byłoby rzeczą niemożliwą, a ponieważ dźwięki te słyszano – i to zawsze te same dźwięki trąby – więc zjawisko musiało znajdować się w powietrzu, które zmniejszając swą gęstość w stosunku swej wysokości, rozciąga się tylko na kilka mil ponad nami.

Naturalna rzecz, że pytanie to zapełniało szpalty różnych pism, które mniej lub więcej oświetlały lub zaciemniały swem zapatrywaniem sprawę, podawały fałszywe lub prawdziwe sprawozdania, podniecały lub uspakajały swoich czytelników, zależnie od nakładu – aby wkońcu do cna otumanić, tę tak do cna ogłupiałą publikę.

Co za cud? Polityka toczyła się dalej swoim torem, a interesy bynajmniej nie szły przez to źle. Ale o co właściwie chodziło?

Zapytywano wszystkie obserwatorja całego świata. A jeżeli nie dawały żadnej odpowiedzi, więc poco istniały? Gdy astronomowie, mogli dostrzec i rozwiązać zagadnienie punktu świetlnego oddalonego od ziemi o setki tysięcy mil, a nie byli w stanie zbadać kosmicznego zjawiska oddalonego zaledwie o kilka kilometrów, pocóż nam astronomowie?

Trudno zaiste obliczyć choćby w przybliżeniu ile teleskopów, okularów, lornet, lunet, lornetek, binokli i monokli skierowanych było w piękną noc letnią ku niebu, lub ile oczu było formalnie wlepionych w instrumenty wszelkiego rodzaju i wielkości. Możliwe, że cyfra kilkusettysięczna byłaby tutaj marną oceną. Napewno zaś była dziesięć razy większą od tej ilości gwiazd, jakie nieuzbrojone oko ludzkie zdoła objąć na firmamencie nieba. Napewno żadnemu zaćmieniu słonecznemu widzianemu równocześnie we wszystkich punktach kuli ziemskiej nie oddano tyle szacunku i honoru!

Obserwaiorja odpowiadały, ale niewystarczająco; Każde z nich wypowiadało swoje mniemanie i zdanie każdego tak dalece odbiegało od zdania pozostałych, że w ostatnich tygodniach maja rozgorzała w świecie uczonych faktyczna wojna domowa.

Obserwatorjum paryskie zajęło stanowisko wyczekujące i żadna z jego placówek nie wypowiedziała nic stanowczego. Tak naprzykład wydział astronomji matematycznej, zajęcie się tą sprawą uważałby sobie za obelgę, wydział astronomji opisowej nic nie zauważył, wydział badań fizycznych nic nie spostrzegł, wydział meteorologiczny nic nie widział.

To było przynajmniej stanowisko zupełnie jasne. Taką samą odpowiedź dało obserwatorjum w Montsoucis i magnetyczna placówka astronomiczna w Parc Saint-Maur. Podobną również cześć dla prawdy okazało biuro pomiarów. Francja jest przecież krajem, gdzie mówi się wszystko „franc” t. zn. otwarcie.

Prowincja natomiast nie była tak powściągliwa w swoich wynurzeniach, a więc w nocy z 6 na 7 maja ukazał się w Lille na firmamencie snop światła elektrycznego i trwał około 20 sekund.

Ten sam snop światła zaobserwowano pomiędzy godziną 9 a 10 na Pic-Du-Midi, w meteorologicznem obserwatorjum Puy-Dome pomiędzy l a 2 w nocy, w Mont-Ventoux między 2 a 3 godziną, w Nicei między 3 a 4, a wreszcie pomiędzy Annecy a le Bourget w tym właśnie momencie, gdy brzask dzienny zaczyna się wznosić ku zenitowi.

Nad temi spostrzeżeniami nie można było przejść do porządku dziennego. Nie ulegało żadnej wątpliwości, że to samo światło, widziano w ciągu kilku godzin w różnych punktach Francji.

Pochodziło ono zatem albo z kilku zgrupowanych ognisk, albo tylko z jednego, które musiałoby pędzić z szybkością 200 kilometrów na godzinę.

Czy podczas dnia nie zauważono w powietrzu nic osobliwego?

Nie.

Czy choćby jeden raz nie odezwała się owa trąba archanioła?

Nie, od wschodu do zachodu słońca nie rozległ się najmniejszy nawet dźwięk.

Nie więcej wiedziano w Królestwie Wielkiej Brytanji, tembardziej, że poszczególne obserwatorja nie mogły dojść z sobą do porozumienia. Greenwich nie mógł się pogodzić z Oxfordem, choć oba obserwatorja twierdziły jednakowo, że nic w tej sprawie nie mają do powiedzenia.

– Złudzenie optyczne! – twierdziło jedno.

– Złudzenie słuchowe! – odpowiadało drugie.

To właśnie stanowiło powód kłótni, choć każde mówiło o złudzeniu. Wymiana zdań pomiędzy obserwatorjum Wiednia i Berlina groziła wybuchem zatargu dyplomatycznego, złagodzonego dopiero interwencją Rosji, która w osobie swego przedstawiciela Pułkowa udowodniła, że wszystko zależy od sposobu zapatrywania i że zjawisko, które w teorji zdaje się niemożliwe, w praktyce może być możliwe.

W Szwajcarji w obserwatorjum Santto, w kantonie Appenzell, Riggi, Ganbris i w stacjach obserwacyjnych St. Gottharda, St. Bernharda, Juliera, Simplonu, wszędzie zajęto stanowisko wyczekujące i nie wypowiedziano się o zdarzeniu, którego nikt dotychczas nie mógł miarodajnie stwierdzić; stanowisko to możemy nazwać mądrem.

We Włoszech meteorologiczne stacje Wezuwjusza i Etny, z których ta na Etnie ma swą siedzibę na starej Casa Inghlese w Monte Cavo, nie ociągały się z potwierdzeniem dziwnej wiadomości, popierając ją dowodem, że zjawisko zauważono jeden raz w ciągu dnia w kształcie dymnego obłoczku, a drugi raz w nocy podobne do spadającej gwiazdy.

O właściwym składzie zjawiska nie umiano powiedzieć nic określonego. Nadzwyczajne zjawisko zaczynało już męczyć umysły przedstawicieli świata naukowego i coraz bardziej podniecać i trwożyć ludzi naiwnych i prostych, którzy dzięki wszechmądrej naturze tworzą, niezliczoną większość i będą ją tworzyli po wieczne czasy. Zdawało się zatem, że astronomowie i meteorolodzy zrezygnują z dalszego zajmowania się tą całą sprawą, gdy nagle w nocy z 27 na 28 maja finlandzkie obserwatorjum astronomiczne w Cantokeinie, a w nocy z 28 na 29 w Isfjordzie i na Szpitzbergu, a więc norweskie z jednej strony i szwedzkie z drugiej, jednogłośnie stwierdziły, jakoby wśród polarnego światła widziały coś zbliżonego do olbrzymiego ptaka lub kolosa powietrznego.

A choć nie udało im się zaobserwować jego budowy, to temniemniej nie ulegało żadnej wątpliwości, że ów ptak zrzucał na dół jakieś małe ciała, pękające z hukiem, jak bomby.

Europa uwierzyła w prawdziwość doniesień. Co jednak najciekawsze w tem wszystkiem, to, że tym razem szwedzi i norwegowie mieli jedno wspólne zdanie i zgadzali się w tym punkcie. Drwiono i śmiano się z tego wątpliwego sprawozdania na wszystkich placówkach obserwacyjnych Południowej Ameryki, w Brazylji Peru i prowincji La Plata, a nawet w Australji w Sidney, Adelaidzie i Mebourne. Powszechnie wiadomą jest rzeczą jak dalece zaraźliwy jest śmiech australijczyków.

Jeden tylko jedyny przedstawiciel meteorologicznej stacji poza Europą wierzył mimo drwin, na jakie się narażał, w prawdziwość sprawozdania. Był to chińczyk, dyrektor astronomicznej stacji w Li-Kan-Wey, znajdującej się pośród rozległej wyżyny, w odległości niespełna dziesięciu mil od morza, stacji, posiadającej przy nader wielkiej czystości powietrza, niezmierne wprost pole widzenia.

– Możliwe – powiedział – że przedmiot, o którym mowa, jest jakąś specjalną maszyną latającą.

Co za żart!

Wiemy już ile kontrowersyj było już na ten temat. Łatwo sobie zatem wyobrazić, jakie wrażenie mogła uczynić ta nowa hipoteza w Nowym Świecie, a w szczególności w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej.

Yankes nie lubi żadnych wykrętów, obiera zazwyczaj tę drogę, która najprędzej prowadzi do celu. To też każdy stan, wypowiadał otwarcie swój pogląd. A że przy wymianie tych zdań uczeni amerykańscy nie porozbijali sobie nawzajem głowy i instrumentów astronomicznych, należy zawdzięczać tej tylko okoliczności, że w tym właśnie czasie najwięcej ich potrzebowali i trudno było o nowe.

Ta paląca i drażliwa kwestja nastroiła wrogo obserwatorjum Waszyngtonu i Kolumbji. Cambridge wypowiedziało wojnę obserwatorjum stanu Dunn, to zaś było w konflikcie z Darmonth-Collegs w Conecticut i ze stacją obserwacyjną w Ann-Arbor w Michigan.

Zatarg nie odnosił się do samego tylko składu tajemniczego zjawiska. Każde z nich bowiem utrzymywało, że widziało je w tym samym identycznie czasie, tej samej nocy, minuty, nawet sekundy, choć przestrzeń dzieląca poszczególne obserwatorja między sobą dziwny ów wędrowiec musiał przebywać w pewnych odstępach czasu. Trzeba nadmienić, że odległość pomiędzy Conecticut a Michiganem, między Dunn a Columbią jest bardzo duża.

Dudley w Albany, New-York, West-Point i Akademja Wojskowa w szeregu artykułów w New-York Herold zarzuciły swoim kolegom kłamstwo, opisując zupełnie dokładnie powstanie i strukturę omawianego zjawiska.

Później okazało się, że wszyscy badacze ulegli złudzeniu, a samo zjawisko było zwyczajną płomienną kulą, świecącą w środkowych warstwach naszego powietrza. Jednakże nie mogła tu wchodzić w grę sama płomienna kula. Jakim bowiem sposobem kula może wydawać dźwięki trąby?

Nadaremno omawiane dźwięki, usiłowano złożyć na karb złudzenia słuchowego. W każdym razie złudzenie słuchowe, było równe złudzeniu optycznemu. Niezliczeni obserwatorzy niejednokrotnie przecież widzieli i słyszeli zarazem owo zjawisko. Tak, naprzykład, w ciemną noc – z 12 na 13 maja – udało się obserwatorom z Yale-Collegs w Sheffieldzie uchwycić kilka taktów w A-dur, które najzupełniej odpowiadały i zgadzały się z pewną częścią znanej melodji Chant du départ – wojskowej pieśni wojennej.

– Bardzo ładnie, – rzekną na to dowcipnisie – mamy zatem w powietrzu całą francuską orkiestrę.

Żart nie stanowi jednak odpowiedzi! Tembardziej, że takie same spostrzeżenia dało założone przez Atlantic Iron Works Company obserwatorjum w Bostonie, którego zapatrywania w dziedzinie astronomji i meteorologii miały swoje znaczenie w świecie naukowym. Dalej dyrektor założonego dzięki hojności Mr. Kilgoora w r. 1870 obserwatorjum na górze Lookont Mr. Cinati, rzekł zupełnie otwarcie, że jest jednak coś prawdy w tych rozpowszechnianych pogłoskach o ukazywaniu się w atmosferze w różnych miejscowościach jakiegoś ruchomego ciała, o którego składnikach, wielkości, szybkości i torze biegu nic nie można powiedzieć.

W tym właśnie czasie jeden z największych dzienników świata, New-York Herald otrzymał od jakiegoś abonenta następujące anonimowe doniesienie: „Nie poszła jeszcze dotąd w zapomnienie walka, jaka toczyła się między spadkobiercą Begumy z Ragginahra, francuskim lekarzem Sarrasinem, założycielem miasta Franceville a niemieckim inżynierem panem Schulzem, twórcą miasta-fabryki Stahlstadt; walka ta, jak wiadomo, toczyła się na Południu Stanów Zjednoczonych w Oregonie.

Otóż inżynier Schulze, chcąc zburzyć Franceville, wyrzucił olbrzymi pocisk a raczej maszynę, mającą za jednym zamachem obrócić w perzynę całe miasto.

Ów pocisk, którego początkowa szybkość przy wyjściu z lufy monstrualnego działa była mylnie obliczona, został wyrzucony z szesnastokrotnie większą szybkością, niż wynosi szybkość obrotu ziemi dookoła jej osi, – i że na ziemię nie opadł, a tem samem jeszcze krąży jako ognista kula naokoło naszej planety i będzie krążyć aż do końca świata.

Dlaczego zatem ten olbrzymi pocisk, którego istnienie nie ulega najmniejszej wątpliwości, nie miałby być tym tajemniczym zjawiskiem.

Tak, było to zupełnie mądrze ze strony tego abonenta New-York Heralda… ale trąba?… Napewno w pocisku owego pana Schulza nie było żadnej trąby.

Wszystkie zatem wyjaśnienia nic nie wyjaśniały a wszyscy badacze badali poprostu błędnie.

Pozostawała jedna tylko hipoteza dyrektora obserwatorjum Li-Kan-Wey. Ale jak tu przyznać rację skoro ten człowiek jest chińczykiem!

Nie należy jednak sądzić, aby stary i nowy świat zaczął ogarniać przesyt. Przeciwnie, tym samym torem toczyły się dalsze roztrząsania, choć nie można było dojść do jakiegokolwiek bądź uzgodnienia poglądów. Na szczęście nastąpiła jakby pauza. W zupełnym spokoju upłynęło kilka dni, w ciągu których nic nie było słychać o tajemniczym latającym w przestworzu przedmiocie, o ognistej kuli, czy o czemś podobnem i nigdzie nie było słychać znakomitej trąby. Czyżby dziwaczny przedmiot spadł gdzieś na ziemię, w takiem miejscu, w którem odnalezienie go było niemożliwe – lub w morze? Czyżby miał obecnie leżeć na dnie oceanu Atlantyckiego, Wielkiego lub Indyjskiego? Któż mógłby coś o tem powiedzieć?

Nagle między 2 a 3 czerwca zaszedł szereg faktów, które nie dawały się wytłómaczyć żadnym kosmicznym fenomenem.

Robur le Conqueror flag

W ciągu tych ośmiu dni znaleziono mianowicie w najbardziej odległych od siebie punktach kuli ziemskiej chorągwie umocowane na najbardziej niedostępnych miejscach kościołów, zamków i t. d. Tak więc hamburczycy przerazili się widząc podobną chorągiew na szczycie wieży St. Michael, turcy na najwyższym minarecie świętej Zofji, mieszkańcy Rouen na szczycie metalowego grotu swojej katedry, strasburczycy na najwyższym szczycie tumu, amerykanie na głowie posągu Wolności, który, jak wiadomo, stoi u wejścia do portu Nowego-Jorku i na szczycie posągu Washingtona w Bostonie, chińczycy na szczycie świątyni w Kantonie, hindusi na szesnastem piętrze swojej znakomitej świątyni w Tanjurze, rzymianie na krzyżu bazilki św. Piotra, anglicy na szczycie krzyża kościoła św. Pawła w Londynie, egipcjanie na najwyższym punkcie piramidy w Gizeh, wiedeńczycy na państwowym orle umieszczonym na szczycie wieży kościoła św. Stefana, a paryżanie na odgromniku trzystametrowej żelaznej wieży i czasów wystawy 1889 roku.

Chorągiew wyobrażała pośrodku czarnego pola złote słońce z rozrzuconemi wokół pojedyńczemi gwiazdami.



ROZDZIAŁ II,

w którym członkowie Instytutu Weldona kłócą się za sobą i nie mogą dojść do żadnego porozumienia.

– Pierwszego z panów, który będzie twierdził coś przeciwnego…

– Oho, w ten sposób można mówić, gdy będzie się miało pewną podstawę!

– Nie ulęknę się pańskich gróźb!…

– Batty, uważaj pan na swoje słowa!

– A pan na swoje, wuju Prudent’ie.

– Obstaję przy tem, że śruba powinna się znajdować tylko w tylnej części!

– My także! My także! – zagrzmiało naraz, jakby z jednej krtani kilkadziesiąt głosów.

– Tylko w przedniej części! – ryknęło kilkadziesiąt innych głosów tak samo potężnie jak ich poprzednicy.

– Nigdy nie będziemy innego zdania.

– Nigdy!… Nigdy!…

– A zatem poco sprzeczamy się dalej?

– To nie sprzeczka… to zwyczajna wymiana zdań!

Nie dałby temu wiary żaden człowiek, przysłuchujący się tym ostrym starciom słownym, tym zarzutom i całemu krzykowi, które już od dobrego kwadransa zapełniały salę zebrań.

Sala ta była jedną z największych w Instytucie Weldona, tym najsławniejszym klubie na Valnut Street w Philadephji, Pensylwanji i na terenie całych Zjednoczonych Stanów Ameryki Północnej.

Zaledwie wczoraj w mieście tym z okazji wyboru zapalacza latarń gazowych doszło do walk ulicznych, tajemniczych narad i konwentyklów. Stąd też owa niczem niezłagodzona nerwowość i nadzwyczajne podniecenie, jakie okazywali członkowie zebrania „balonistów”, rozprawiających o pałacem zagadnieniu sterowania balonem.

Zebranie odbywało się w jednem z miast Stanów Zjednoczonych, które szybkością swojego rozwoju prześcignęło nawet New-York, Chicago, Cincinnati i San-Francisco – mieście, które nie mając nawet portu, ani nie obfitując w naftę lub złoża węgla kamiennego, ani nie będąc żadnym ośrodkiem przemysłowym, ani środkowym punktem rozgałęzień kolei żelaznych – wielkością swoją już dzisiaj prześciga Manchester, Edinburgh, Liverpool, Wiedeń, Petersburg i Dublin – posiada park, w którym siedem parków stolicy Anglji mogłoby się pomieścić – a wreszcie mając 1,200,000 mieszkańców jest po Londynie, Paryżu, Nowym-Jorku i Berlinie piątem miastem świata.

Philadelphia wraz ze swoimi momumentalnemi gmachami i publicznemi zakładami, które nigdzie nie mają sobie równych jest prawdziwem miastem marmurów. Najsławniejszą uczelnią Nowego Świata jest Colleg Girard, która ma siedzibę swoją właśnie w Philadelphji. A wreszcie największy klub miłośników i przyjaciół popierania lotnictwa znajduje się w Philadelphji i kto miałby sposobność znaleźć, się w nim wieczorem 12 czerwca, ubawiłby się naprawdę wyśmienicie.

W wymienionej olbrzymiej sali poruszało się, popychało, mówiło, rozprawiało i kłóciło – wszyscy w kapeluszach na głowie – najmniej ze stu balonistów, pod wysokiem przewodnictwem prezydenta, mającego u boku sekretarza klubu i skarbnika. Nie było tu fachowych inżynierów; byli to poprostu sami miłośnicy wszystkiego tego, co miało jakąś łączność z aeronautyką, ale gorący miłośnicy, a co najważniejsze wrogowie ludzi, którzy starali się im przeciwstawić dewizę „cięższe od powietrza”. Że członkowie klubu nigdy nie będą mogli wynaleźć sposobu kierowania balonem, było rzeczą aż nadto prawdopodobną. W każdym jednak razie przewodniczący ich miał dość kłopotu, aby wyrobić sobie posłuch i kierować zgromadzeniem.

Tym dobrze znanym w Philadelphji prezydentem, był wuj Prudent – albo poprostu Prudent. Przydomek „wuj” nie oznecza bynajmniej, że Prudent jest istotnie czyimś wujem. W Ameryce każdy może zostać wujem, nie potrzebując mieć koniecznie siostrzeńca lub bratanka; sprawy te są na porządku dziennym i w nikim nie budzą zdumienia. Określa się tam każdego tak samo dobrze mianem „wuj”, jak gdzieindziej mianem „ojciec” i to nawet ludzi, którzy nie mają żadnych aspiracyj do wujowstwa lub ojcowstwa.

Wuj Prudent był człowiekiem bardzo bogatym, co zwłaszcza nie jest ujmą w Stanach Zjednoczonych. Jakże nie miałby być bogatym, skoro większa część akcyj wodospadu Niagary była w jego posiadaniu? W tym czasie zawiązało się w Buffalo towarzystwo inżynierów mające na celu eksploatację sławnego wodospadu. Te właśnie 7500 metrów sześciennych wody, które Niagara wylewa co sekundę mogły wytworzyć 7 miljonów koni parowych. Olbrzymia siła, dostarczająca w promieniu 500 kilometrów siły pędnej wszystkim fabrykom i warsztatom, dawała roczną oszczędność 1200 miljonów dolarów z czego lwia część wpływała do kasy towarzystwa – a więc do kieszeni wuja Prudenta. Pozatem był to kawaler, żył nadzwyczaj oszczędnie; w domu posługiwał mu służący Frycolin, który mówiąc nawiasem najmniej chyba zasługiwał na to, aby służyć tak mądremu i przedsiębiorczemu panu. Ale przecież nie ma reguły bez wyjątku.

A że wuj Prudent, będąc sam bardzo bogatym miał wielu przyjaciół, jest rzeczą zupełnie zrozumiałą; oprócz przyjaciół miał jednak i wrogów, choćby z tego względu, że był prezydentem klubu – a więc przedewszystkiem wszystkich tych, którzy dążyli do objęcia tego stanowiska; najzaciętszym wrogiem Prudenta był sekretarz Instytutu Weldona.

Phil Ewans, był człowiekiem również bardzo bogatym, a pozatem dyrektorem Walton Watch Company, olbrzymiej fabryki zegarków produkującej dziennie około 500 sztuk czasomierzy, które śmiało mogły konkurować z najlepszemi wyrobami szwajcarskiemi. Phil Ewans mógłby się śmiało nazwać najszczęśliwszym człowiekiem świata, a nawet Stanów Zjednoczonych, gdyby nie wuj Prudent. Jak i Prudent, i on liczył 45 lat, cieszył się żelaznem zdrowiem i nie myślał nawet o tem, aby swój stan kawalerski zamienić w małżeńskie okowy. Byli to dwaj ludzie jakby stworzeni, aby się rozumieć, którzy jednak nigdy nie mogli dojść do porozumienia co poczęści da się wytłomaczyć odrębnością ich charakterów – jeden – wuj Prudent – był sangwinikiem, a drugi – Phil Ewans – flegmatykiem, aż do przesady.

Jakże doszło do tego, że Phil Ewans nie został prezydentem klubu? Przecież ilość głosów oddanych za jednym i za drugim była równa? Dwadzieścia razy powtarzano głosowanie i za każdym razem ani jeden głos większości nie przechylił szali na którąkolwiek stronę. Było to paskudne położenie.

Wtem jeden z członków klubu wystąpił z wnioskiem przerwania głosowania. Człowiekiem tym był skarbnik Weldon-Instytutu, Jem Cip. Jem Cip był zajadłym jaroszem, innemi słowy wyjątkowym jarzynożercą, jednym z tych osobników, którzy wszelkie mięsne pożywienie odrzucali od siebie z takim samym wstrętem jak inni napoje alkoholowe – napół braminem a napół muzułmaninem – rywalem Newmanna, Pitmanna, Warda i Dawie’go, ludzi, którzy sekcie tych niewinnych głupców narzucili pewną nazwę.

Projekt Jema Cip’a poparł drugi członek klubu niejaki William F. Forbes, dyrektor olbrzymiego zakładu przemysłowego, w którym wytwarzano glukozę z gałganów i kwasu siarczanego – innemi słowy, ze starej bielizny robiono cukier. Tenże William F. Forbes był człowiekiem dobrze sytuowanym, ojcem dwóch dorodnych, nieco podstarzałych córek, miss Doroty, zwanej popularnie Doll i miss Marty zwanej Mat.

Projekt Jema Cip’a poparty przez Williama F. Forbes’a polegał na tem, aby przewodniczącego klubu wybrać drogą pośrednią.

Istotnie – ten sposób wyboru mógłby być z powodzeniem stosowany w tych wszystkich wypadkach, gdzie chodzi o wybór najgodniejszego człowieka i bardzo wielu nawet i to wybitnie mądrych amerykanów przemyśliwało nad tem, aby zastosować go przy wyborze prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Na dwu śnieżno-białych tablicach nakreślono czarną linję. Długość obu była obliczona z matematyczną ścisłością, każdą z nich odmierzono z ścisłą dokładnością, jakby chodziło o określenie podstawy kąta przy pracy triangulacyjnej. Tego samego dnia obie tablice wniesiono do sali posiedzeń; każdy z obu kandydatów zaopatrzony w nader ostrą szpilkę podszedł do tablicy przyznanej mu drogą losowania. Postanowiono, że ten z obu rywali, który wbije swoją szpilkę najbliżej punktu środkowego, zostanie prezydentem Instytutu Weldona.

Rozumie się samo przez się, że wszelkie oszustwo czy też obejście reguły było rzeczą zabronioną; rozstrzygać tu miała wyłącznie i jedynie pewność wzroku. Mówiąc językiem paryskiego ulicznika, trzeba było mieć w oku cyrkiel.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 05

Szpilka wuja Prudenta utknęła równocześnie prawie ze szpilką Phil’a Ewans’a. Przystąpiono teraz do badania, która z nich tkwi bliżej punktu środkowego.

Istny cud! Wzrok obu mężczyzn okazał się tak wyśmienitym, że pomiary nie wykazały żadnej prawie różnicy; a choć żaden z nich nie utrafił ściśle w środek, to jednak odległość pomiędzy centrem a utkwionemi szpilkami była zaledwie dostrzegalna.

Zebranie stanęło zatem przed nowym problemem.

Na szczęście jeden z członków, niejaki Truk Milnor podał propozycję odmierzenia jeszcze raz odległości, tym razem za pomocą mikrometrycznego przyrządu, który dawał możność obliczenia nawet pięćsetnej części milimetra.

Posługując się tym instrumentem odcyfrowano, że wuj Prudent utkwił swoją szpilkę w odległości sześć pięćsetnych milimetra, a Phil Ewans w odległości dziewięć pięćsetnych milimetra od środka.

W ten sposób Phil Ewans został tylko sekretarzem Instytutu Weldona, a wuj Prudent prezesem.

Wystarczyła marna różnica trzech pięćsetnych milimetra, aby napełnić Phila Ewans’a nienawiścią, i to taką straszną, że choć zamknął ją w sobie, była nie mniej groźną.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 06

W tym czasie, w ostatniem ćwierćwieczu dziewiętnastego wieku zagadnienie kierowania balonem przy pomocy utwierdzonej do gondoli śruby pędnej poczyniło znaczne postępy; zastosował ją pierwszy w r. 1852 Henry Giffard przy swoim balonie cygarze, dalej w r. 1872 Dupuy de Lóme, w r. 1883 bracia Tissandier a w r. 1884 kapitan Krebs i Renard poczynili duże postępy.

Jednakże gdy aparaty te znalazły się w atmosferze cięższej od siebie i chciały pod wpływem działania śruby przybrać kierunek skośny do wiatru lub nawrócić, a więc gdy chciano niemi kierować, uskutecznić się to dało tylko w bardzo przyjaznych okolicznościach, np. w olbrzymich, zamkniętych halach. W zupełnie spokojnej atmosferze, – szło to jeszcze zupełnie dobrze; wreszcie przy bardzo lekkim wietrze od pięciu do sześciu metrów na sekundę. Jednakże, praktycznych rezultatów nie było dotychczas żadnych, gdyż już przy silniejszym wietrze około ośmiu metrów na sekundę ster przestawał działać; przy wietrze wynoszącym około dziesięciu metrów na sekundę balony sterowe były już bliskie rozerwania, a przy cyklonach dmących z siłą stu metrów na sekundę napewno znaleziono by je porozrywane na tysiączne kawałki.

Nawet po świetnie udanych próbach kapitanów Krebs’a i Renard’a można powiedzieć, że te powietrzne maszyny choć nawet już dużo zyskały na swobodzie ruchów, walczyć mogły tylko ze słabemi wiatrami. Teraz jak i przedtem trzeba było przyznać, że ten sposób poruszania się w powietrzu nie będzie miał żadnego znaczenia praktycznego.

Podczas gdy tak gorliwie zajmowano się problemem kierowania balonem, a więc środkami przy pomocy których dałoby się uzyskać i nadać tymże jaknajwiększą chyżość, zagadnienie motorów poczyniło daleko większe postępy. W miejsce maszyn parowych i siły muskułów zapanowały wszechwładnie motory elektryczne. Baterje elektryczne o wysokiem napięciu jakich użyli bracia Tissandier osiągały szybkość czterech metrów na sekundę. Dwunastokonne dynamomaszyny kapitanów Krebs’a i Renard’a pozwalały na rozwinięcie szybkości sześciu metrów na sekundę.

Mechanicy i elektrotechnicy owładnięci byli pobożną myślą skoncentrowania siły jednego konia parowego w kieszonkowym zegarku. Wydajność kwasów, skład których trzymali w największej tajemnicy kapitanowie Krebs i Renard, wkrótce zupełnie zdystansowano. Aeronauci zaczęli stosować motory, których siła pędna wzrastała proporcjonalnie do ich lekkości.

Zwolennicy kierowania balonem mogli nie upadać na duchu. Dążyli wytrwale do rozwiązania problemu. Wierzyli, że uda im się stworzyć maszynę lżejszą od powietrza, która będzie się mogła posuwać nawet pod gwałtowny wiatr,

W wyścigu wynalazców dążących do zbudowania motoru bardzo silnego a jednak lekkiego, amerykanie zbliżyli się najbardzej do celu. Pewien nieznany mechanik z Bostonu wynalazł niedawno dynamo, którego konstrukcja była narazie trzymana w tajemnicy; dynamo to zostało odkupione od wynalazcy przez Instytut Weldona. Sumienne i skrupulatne obliczenia wykazały, że motor działając na śrubę pędną, musi dać szybkość osiemnastu do dwudziestu metrów na sekundę.

Naprawdę była to wspaniała maszyna! – I wcale nie kosztowna! – rzekł wuj Prudent, wypłacając bostońskiemu wynalazcy sto tysięcy dolarów, jako zapłatę za jego wynalazek.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 07

Instytut Weldona przystąpił niezwłocznie do dzieła. Jeśli chodzi o wypróbowanie czegoś, co może przynieść praktyczną korzyść, amerykanin znajdzie zawsze pieniądze w kieszeni. W krótkim stosunkowo przeciągu czasu zebrano taką sumę, że możnaby przy jej pomocy utworzyć towarzystwo akcyjne. Na pierwsze wezwania kasa klubu zebrała trzysta tysięcy dolarów. Roboty rozpoczęły się pod osobistym nadzorem najznakomitszego lotnika Stanów Zjednoczonych Harry’ego W. Tinder’a, który wśród tysiąca lotów wsławił się specjalnie trzema: wzniósł się na wysokość 1200 metrów, t. zn. wyżej aniżeli Gay-Lussac, Corwell, Croce-Spinelli, Tissandier, Glaisher, przeleciał całą Amerykę od New-Yorku do San Francisco, a więc o kilkaset mil dalej niż trwała podróż Nadar’a, Godarda i wielu innych nie licząc już John’a Wise’go który od St. Louis aż do hrabstwa Jefferson przebył 1150 mil; wreszcie odbył lot zakończony niebezpieczną katastrofą i upadkiem z wysokości tysiąca pięciuset stóp, przyczem zwichnął sobie tylko kciuk prawej ręki podczas gdy mniej szczęśliwy lotnik de Rozier znalazł śmierć w czasie upadku z wysokości zaledwie siedmiuset stóp.

W czasie naszego opowiadania Instytut Weldona poczynił już znaczne przygotowania. Na olbrzymiem lotnisku Philadephji wznosił się balon, którego wytrzymałość wypróbowano silnie skondensowanem powietrzem i który najzupełniej zasługiwał na miano balonu olbrzyma.

Ile gazu zawierał balon Geant’a Nadars’a? Sześć tysięcy metrów sześciennych. Jaką objętość miał balon John’a Wise’go? Dwadzieścia tysięcy metrów sześciennych. Jaką objętość balon Giffard’a z czasów wystawy 1878 roku? Dwadzieścia pięć tysięcy metrów sześciennych. Gdy porównamy teraz te trzy kolosy powietrzne z balonem Instytut Weldona, którego objętość wynosiła czterdzieści tysięcy metrów sześciennych zrozumiemy, że Prudent i jego koledzy klubowi mieli rację będąc z niego dumni.

Balon nazwano wbrew ogólnie przyjętemu w Ameryce zwyczajowi nie Excelsiorem”, lecz poprostu Go a head t. zn. Naprzód. W tym czasie zakupiona przez Instytut Weldona dynamomaszyna była już prawie na ukończeniu tak iż można było liczyć, że Go a head lada chwila rozpocznie swój lot w przestworza.

W każdym razie nie wszystkie przeszkody techniczne były usunięte.

Wiele posiedzeń poświęcono omawianiu szczegółów budowy statku, wybraniu kształtu lub wielkości śmigła, ale najwięcej czasu pochłonęło zagadnienie czy umieścić śmigło wtyle balonu jak chcieli bracia Tissandier, czy też w przedzie, jak to już uczynili kapitanowie Krebs i Renard. Nie trzeba nawet napomykać, że tak zwolennicy jednego projektu jak i drugiego przy wymianie swoich zapatrywań brali się prawie za czuby. Grupa zwolenników umocowania śmigła na przedzie równała się grupie drugiej. Wuj Prudent, którego głos w takich wypadkach mógł być przecież decydującym, roztropnie trzymał się w rezerwie.

W takich warunkach, gdy już samo osiągnięcie jakiegokolwiek porozumienia było rzeczą niemożliwą tem niemożliwszem stawało się samo przytwierdzenie śmigła. Podobny stan rzeczy mógłby się jeszcze długo utrzymać, gdyby nie interwencja rządu. W Stanach Zjednoczonych rząd nie lubi wdzierać się w prywatne życie swoich obywateli, albo troszczyć się o to co go bezpośrednio nie dotyczy. I ma zupełną słuszność.

Posiedzenie z dnia 13 czerwca miało normalny przebieg: z początku wystąpiło kilkunastu mówców, którzy wałkowali jedną i tę samą sprawę w najrozmaitszy sposób, potem wszyscy obecni zaczęli równocześnie mówić, wynikła wrzawa, z wrzawy rozruch, z rozruchu walka na pięści, i o mały włos byłoby się wszystko zakończyło strzałami rewolwerowemi – gdy o godzinie ósmej minut trzydzieści siedem pewien wypadek zakłócił zwykły porządek obrad.

Z zimną krwią i statecznie, zupełnie jak policjant pośród wzburzonego tłumu, wszedł na salę woźny Instytutu Weldona i wręczył prezydentowi jakiś bilet wizytowy. Następnie postał jeszcze chwilę, oczekując dalszych zarządzeń prezydenta klubu.

Wuj Prudent puścił w ruch syrenę parową, którą posługiwał się jako przewodniczący, gdyż na zebraniu Instytutu Weldona nawet dzwon Zygmuntowski nie wywołałby pożądanego efektu. Wrzawa zamiast cichnąć potęgowała się jeszcze. Wtedy prezydent uciekł się do ostatniego środka, który pozostał mu do dyspozycji – zdjął z głowy kapelusz i dzięki temu nastało takie jakie uspokojenie.

– Wiadomość dla klubu! – zawołał Wuj Prudent, zażywszy uprzednio potężny niuch tabaki ze swej olbrzymiej nigdy go nie opuszczającej tabakiery.

– Prosimy! – ryknęło naraz dziewięćdziesiąt dziewięć gardzieli.

– Szanowni koledzy, jakiś obcy pan prosi o wstęp na nasze zebranie.

– Nie zezwolić! Precz.

– Prawdopodobnie – mówił wuj Prudent – chcą nam udowodnić jak grubym błędem jak wiara w kierowanie balonem.

Głuchy pomruk przebiegł zgromadzenie.

– Wpuścić go, wpuścić!

– Jakże się nazywa ta oryginalna osobistość? – zapytał Phil Evans.

– Robur – odparł wuj Prundent.

– Robur!… Robur!… Robur!… – zawyło zgromadzenie.

Jeśli właściciel tego nazwiska został tak łatwo dopuszczony na zebranie, to tylko dzięki temu, że zgromadzenie obiecywało sobie wywrzeć na nim całą swą złość.

Na chwilę burza ucichła – przynajmniej pozornie.



ROZDZIAŁ III,

w którym nowa osobistość nie potrzebuje być przedstawioną, ponieważ sama się przedstawia.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 08

– Obywatele Stanów Zjednoczonych nazywam się Robur i godny jestem tego nazwiska. Mimo iż mam lat czterdzieści wyglądam na trzydzieści, mam mocny organizm, żelazne muskuły i żołądek, który mógłby służyć na wzór dla strusia.

Zebrani zamilkli; zrobiła się cisza, jak makiem siał, a w ciszę tę padły niespodziewane słowa pro facie sua. Czy przybysz był warjatem czy drwił z szanownych członków Instytutu Weldona? W każdym razie umiał mówić i wiedział jak zmusić do posłuchu. Fakt że w zgromadzeniu, w którem do niedawna jeszcze szalał orkan, zrobiła się zupełna cisza. Cisza po burzy.

Pozatem wygląd Robura zgadzał się, rzeczywiście, z dokonanym przez niego opisem. Średniego wzrostu i symetrycznej budowy ciała tworzącej prawidłowy trapez, miał silną szyję na której spoczywała ogromna owalna głowa. Z czyją głową można-by tę głowę porównać? Z głową bawołu, ale bawołu o inteligentnym wyrazie twarzy. W czaszce osadzona była para błyszczących oczu, które najmniejszy bodaj sprzeciw przemieniał w płomień, a ponad niemi wiecznie ściągnięte brwi – oznaka energji. Włosy tego człowieka były krótkie, cokolwiek kędzierzawe o metalicznym połysku, a szeroka pierś wznosiła się i opadała jak miech kowalski. Ręce i nogi były proporcjonalne w stosunku do całego silnego tułowia.

Wąsów ani faworytów nie nosił; zdobiła go zato broda marynarska, odsłaniająca szczękę, zdradzającą niezwykłą siłę. Obliczono, np., – i czegóż właściwie jeszcze nie obliczono, – że ciśnienie szczęki krokodyla w normalnych warunkach równa się czterechset atmosferom, podczas gdy psa myśliwskiego średniej wielkości najwyżej stu, z tego wysnuto następującą oryginalną formułę: jeżeli jeden kilogram psa przewijała się trzech kilogramów, to jeden kilogram krokodyla rozwija jej dwanaście kilogramów. W tym samym stosunku jeden kilogram Robura mógłby wypchnąć napewno dziesięć kilogramów. Zajmuje on zatem pośrednie miejsce pomiędzy krokodylem z psem.

Z jakiego kraju wywodził się mości Robur trudno byłoby zgadnąć. W każdym razie człowiek ów mówił bardzo dobrze po angielsku, bez tego obrzydliwego akcentu, po którym można rozróżnić jankesa z Nowej Anglji.

– Pozwólcie mi teraz – rzekł – szanowni obywatele, mówić o innych moich cechach. Widzicie przed sobą inżyniera, którego właściwości duchowe w niczem nie ustępują właściwościom fizycznym. Nie boję się niczego i nikogo, posiadam wolę, która przed nikim jeszcze się nie ugięła. Jeśli coś przedsięwezmę cała Ameryka i cały świat może się zmówić przeciwko mnie, a nie powstrzyma mnie od osiągnięcia celu. Jestem szalenie arbitralny i nie znoszę sprzeciwu.

Podkreślam właśnie tę okoliczność, wielce szanowni obywatele, żebyście mnie gruntownie poznali. Myślicie może, że za dużo o sobie mówię? Nie szkodzi! A teraz rozważcie dobrze, zanim mi przerwiecie, gdyż przyszedłem tutaj poto, aby powiedzieć takie rzeczy, które może nie będą się wam podobać.

Pomruk niezadowolenia przeszedł po pierwszych rzędach słuchaczy; nieomylny znak, że morze napowrót przybiera.

– Mów, szanowny cudzoziemcze, – rzekł wuj Prudent, chcąc utrzymać spokój.

Robur mówił dalej, nie troszcząc się ani o pochwałę ani o naganę ze strony swoich słuchaczy.

– Tak jest, wiem wszystko! Po trwających cały wiek eksperymentach, które do niczego nie doprowadziły, po nieudanych próbach, mamy zawsze jeszcze mnóstwo niespokojnych duchów, które uparcie wierzą w możliwość kierowania balonem. Konstruują jakiś motor, elektryczny czy inny i przytwierdzają go do beznadziejnej, cienkiej powłoki, która prądom atmosferycznym przeciwstawia szerokie pole statku powietrznego, jak naprzykład kapitan okrętu na pełnem morzu. Dlatego, że kilku wynalazcom udało się przy zupełnej pogodzie, albo bardzo lekkim wietrzyku popchnąć swój balon skośnie lub też naprzeciw wiatrom, sterowanie balonem, który jest lżejszy od powietrza musi już prowadzić do praktycznego rezultatu? Naiwność! Jak was tu jest stu mężczyzn wierzycie w urzeczywistnienie mrzonek i wrzuciliście wiele tysięcy dolarów nie w wodę ale w powietrze. Mówię wam, że walczycie z wiatrakami!

Rzecz szczególna, – Członkowie Instytutu Weldona nie odpowiedzieli na tę obelgę jakby ogłuchli lub zamyślili się, albo wyczekiwali jak dalego myśli zapuścić się śmiały opozycjonista.

Robur mówił dalej:

– Weźmy balon. Aby utracić jeden metr sześcienny gazu. Balon który ma pretensję przy pomocy jakiegoś mechanizmu przeciwstawić się wiatrom, gdy ciśnienie wiatru na główny żagiel statku odpowiada sile 400 koni parowych i gdy widziało się już w czasie wypadku z mostem Tay, że taki orkan zdolny jest wywrzeć ciśnienie 444 kilogramów na jeden metr kwadratowy! Balon, gdy natura żadnego jeszcze latającego stworzenia nie wyposażyła w ten sposób, niezależnie od tego czy stworzenie to jest opatrzone w skrzydła, jak ptaki, czy też zaopatrzone w błonę, jak niektóre ryby i ssaki.

– Ssaki? – zawołał któryś z członków klubu,

– Taki nietoperz, który doskonale fruwa, o ile się nie mylę. Czyżby ten pan, który mi przerwał, naprawdę nie wiedział, że nietoperz jest ssakiem albo czy widział kiedy omlet sporządzony z jaj nietoperza?

Na takie dictum acerbum zamilkł malkontent, a Robur mówił dalej:

– Czy wynika stąd wniosek, że człowiek musi zrezygnować z podboju powietrza? Otóż nie! Tak jak stał się panem morza przez okręt ze sterem, żaglem, kołem i śrubą, tak samo stanie się panem powietrza, przy pomocy aparatu cięższego od powietrza cięższego, powiadam, choćby z tego względu, żeby był mocniejszy.

Bomba pękła. Robur wsadził kij w mrowisko. Rozległy się wyzwiska, przycinki, wszystkie wycelowane w niego, jak lufy karabinów i armat! Zgromadzeni musieli odpowiedzieć na wypowiedzenie wojny rzucone w sam środek obozu balonistów. Musieli podnieść rękawicę w obronie aparatów lżejszych od powietrza.

Twarz Robura była zupełnie spokojna. Z rękoma skrzyżowanemi na piersiach, oczekiwał bez ruchu na ponowne uciszenie się zgromadzenia.

Wuj Prudent podniesieniem ręki kazał zaprzestać ognia.

– Tak, –mówił Robur,– przyszłość należy do maszyn cięższych od powietrza, gdyż powietrze stanowi solidne i zupełnie wystarczające oparcie. Nadajmy teraz tej maszynie szybkość 45 metrów na sekundę, a człowiek będzie się mógł utrzymać wgó-rze tak samo dobrze jak na ziemi na podeszwach swoich trzewików. Zwiększmy szybkość tej maszyny powietrznej do 90 metrów na sekundę a będziemy już mogli chodzić po niej bosemi stopami! Prując powietrze na skrzydłach aeroplanu staniemy się królami przestworzy.

Robur nie powiedział nic nowego. Już przed nim wypowiedzieli tę prostą prawdę zwolennicy tak zwanej awjacji, których prace powoli ale pewnie torowały rozwiązanie tego zagadnienia.

Zaszczyt zainaugurowania dyskusji w tej sprawie przypadł w udziale najpierw Ponton’owi i d’Annecourtowi; dalej, La Landell’owi Nadar’owi, Luziemu, Liais’owi, Bélégnie’owi, Moreau’owi, obu Richard’om, Babinet’owi, Jobert’owi, Du Temple’owi, Salives’owi, Penaud’owi, De Villeneuve’owi, Ganchol’owi i Tatin’owi, Michel’owi, Loup’owi, Edison’owi, Planaverqe’owi i wielu innym uczonym. Kilkakrotnie zaniechana i potem znowu podejmowana myśl ta musiała pewnego dnia odnieść zwycięstwo. Tymczasem jednak wrogowie awjacji przeciwstawiali się, jak mogli, swoim przeciwnikom; twierdzili, np., że ptak dlatego tylko fruwa, ponieważ nadyma się ciepłem powietrzem. Próżno udowadniano im, że orzeł, chcąc się swobodnie utrzymać w powietrzu, musiałby wchłonąć w siebie 50 metrów sześciennych rozgrzanego powietrza. Nie wierzyli i oponowali.

Zupełnie to samo mówił z nieubłaganą logiką Robur. Wrzawa wzrastała. Widząc, że nie będzie już mógł długo przemawiać, Robur rzucił balonistom w twarz następujące słowa:

– Z waszym balonem niczego nie dokonacie, nigdy do niczego nie dojdziecie i nigdy na nic nie będziecie się mogli odważyć. Najśmielszy z waszych lotników, John Wise, choć ma nawet za sobą taką 1200 milową podróż przez kontynent Ameryki, musi zrezygnować z lotu przez Atlantyk. A od tego czasu nie posunęliście się ani o jeden krok dalej,

– Mój panie, – rzekł, nadaremnie usiłując zachować spokój, wuj Prudent, – zapomina pan widocznie, co wypowiedział nieśmiertelny Franklin, gdy wstąpił pierwszy do gondoli, a więc w czasie narodzin balonu: –Jest to dopiero dziecko, ale dziecko to będzie jeszcze rosło!

– Nie, panie prezydencie, dziecko nie podrosło… Stało się tylko większe i grubsze, a to wcale nie to samo.[1]

Był to już bezpośredni atak na plany Instytutu Weldona, atak godzący w budowę monstrualnego balonu. Rozległy się wyzwiska i pogróżki:

– Precz z przybłędą!

– Zrzucić go z trybuny!

– Trzeba mu udowodnić, że jest cięższy od powietrza!

Zadawalniano się narazie słowami, nie przechodząc do rękoczynów. Robur mógł tylko raz jeszcze zawołać:

– Szanowni obywatele, postępu należy oczekiwać nie po balonach, tylko po maszynach cięższych od powietrza. Ptak również fruwa, a jednak nie jest balonem.

– Tak, fruwa – krzyczał wściekły Bat F. Fyn – ale fruwa wbrew wszelkim regułom mechaniki.

– A więc – odparł Robur, wstrząsając ramionami, od czasu gdy zaczęto obserwować lot większych mniejszych zwierząt myśl, że tu właśnie leży rozwiązanie problemu fruwania, nie powinna była opuszczać cywilizowanej ludzkości. Należy naśladować naturę, gdyż ona nie myli się nigdy. Pomiędzy takim albatrosem, który robi zaledwie dziesięć uderzeń skrzydłami na minutę a pelikanem, który robi siedemdziesiąt…

– Siedemdziesiąt jeden! – zawołał jakiś zachrypnięty głos.

– Pszczołą, która robi sto dziewięćdziesiąt dwa…

– Sto dziewięćdziesiąt trzy! – krzyknął inny żartowniś.

– Muchą pokojową, która robi trzysta trzydzieści…

– Trzysta trzydzieści i pół!

– Moskitem, który robi miljon…

– Miljard!

Robura nie można było wyprowadzić z równowagi.

– Między temi wszystkiemi różnorakiemi cyframi… – mówił dalej.

– Jest duża różnica! – rozległ się jakiś głos.

– …Musi się chcąc znaleźć praktyczne rozwiązanie zadania znaleźć istotną cyfrę. Już od dnia, w którym De Lucy zdołał udowodnić, że taki żuk, owad ważący zaledwie dwa gramy, może unieść na sobie ciężar czterechset gramów t. zn. dwakroć razy tyle co sam waży, problem awjacji był rozwiązany. Udowodniono potem, że rozpiętość skrzydeł zmniejsza się w tym samym stosunku, co ciężar i wielkość zwierzęcia. Od tego czasu wymyślono już i wybudowano więcej niż sześćdziesiąt różnych aparatów…

– Które nie potrafiły się nigdy unieść! – zawołał sekretarz Phil Evans,

– Które latały albo będą latać – odpowiedział niezmieszany niczem Robur. – Czy nazywa się je streoforami, helikopterami, ortoptherami czy inaczej, to wszystko jedno, grunt, że prowadzą one do typu maszyny, której wykończenie uczyni człowieka panem powietrza.

– A śmigło! – rzekł Phil Evans. – Ptak nie ma śmigła… o ile mi wiadomo!

– Przypuśćmy, – odpowiedział Robur – jak bowiem dowiódł nam Penaud, ptak pracuje właśnie tak jak śmigło i fruwa jak helikopter, dlatego też śmigło będzie w przyszłości…

…Od tych nadzwyczajności Obroń nas święty Helisie[2] - zanucił któryś ze słuchaczy, który zapamiętał przypadkowo ten motyw z Hérold’a.

Wszyscy zgromadzeni powtórzyli ów motyw chórem i takim tonem, że kompozytor obróciłby się napewno w grobie.

Gdy ostatnie dźwięki okropnej kakofonji przebrzmiały, rzekł wuj Prudent, korzystając z chwilowego spokoju:

– Obywatelu cudzoziemcze, dotychczas pozwoliliśmy ci mówić nie przeszkadzając…

Widocznie, prezydent Instytutu Weldona uważał wyzwiska, drwiny i gburowaty sposób wysłowienia za zwykłą wymianę zdań.

– Na wszelki wypadek – mówił – muszę panu przypomnieć, że teorja awjacji została już dawno porzucona przez najwybitniejszych amerykańskich i obcych inżynierów. System na którego debecie znajduje się śmierć Sarasin’a Vohanta w Konstantynopolu, mnicha Voador’a w Lizbonie, Leton’a w r. 1852, Groof’a w r. 1864 i wielu innych, wart jest akurat tyle co złamane śmigło. A gdyby nawet tylko ten mitologiczny Ikar…

– Ten system – podjął Robur – jest niemniej godny zaufania, niż ten którego lista strat ma takie nazwiska jak Pilatre’a de Rozier’a w Calais, Madame Blanchard’a w Paryżu, Donaldson’a i Grimwood’a, którzy spadli do jeziora Michigan, Swel’a, Croce’a, Spinelli’ego i wielu innych jeszcze, którzy popadli w zapomnienie.

Był to pierwszorzędny „sztych”, jak powiadają szermierze.

– Balonem – ciągnął Robur – choćby był nawet bardzo ulepszony, nie można rozwinąć należytej szybkości i aby odbyć podróż naokoło świata, trzeba zużyć conajmniej dziesięć lat, podczas gdy aparat cięższy od powietrza pokryje tę przestrzeń w ciągu ośmiu dni.

Nowa fala protestów i zaprzeczeń, trwająca całe trzy minuty, nie pozwoliła Philowi Evans’owi przyjść do słowa.

– Panie awjatorze, naopowiadałeś nam tyle wspaniałości o awjacji ale czy próbowałeś kiedy takiej podróży?

– Próbowałem!

– I zwyciężyłeś w walce z żywiołem?

– Możliwe.

– Hurra, Roburze zwycięsco! – krzyknął drwiąco jakiś głos.

– Doskonale. Przyjmuję to miano i będę go odtąd używał, ponieważ zasługuję na nie w zupełności.

– Pozwalamy sobie w to wątpić! – zawołał Jem Cip.

– Moi panowie – mówił Robur, którego brwi ściągnęły się groźnie, – jeżeli mówię o jakiejś poważnej rzeczy, nie znoszę, żeby ktoś zarzucał mi kłamstwo. Z przyjemnością chciałbym się dowiedzieć nazwiska pana, który mi w ten sposób przerwał.

– Nazywam się Jem Cip… i jestem wegeterjaninem.

– Obywatelu Jem Cip’ie – odpowiedział Robur – wiem o tem, że jarosze mają dłuższe kiszki aniżeli zwykli śmiertelnicy – dłuższe przynajmniej o stopę. To już za dużo… A więc nie dopuszczaj pan abym je panu jeszcze więcej naciągnął, gdy pociągnę pana za uszy…

– Za drzwi!

– Na ulicę z nim!

– Poćwiartować go!

– Zlynczować, zlynczować łobuza!

– Zamieńmy go w śmigło!

Wściekłość balonistów dosięgła zenitu. Już zrywali się ze swoich miejsc i ciągnęli ławą ku trybunie. Na chwilę zakryły Robura wyciągnięte ku niemu ramiona, kołyszące się jak wzburzone fale. Napróżno już teraz ryczała syrena parowa. Owego wieczora myślała pewno cała Philadelphja, że pożoga strawi ich najpiękniejszy pałac –Instytut Weldona – na ugaszenie którego nie wystarczyłoby wody całej rzeki Schnykill.

Nagle ruchliwa masa, prąca naprzód, zaczęła się cofać. Robur wyciągnąwszy błyskawicznie ręce z kieszeni, skierował je wprost na mknące na niego pierwsze szeregi wściekłych przeciwników.

W obu rękach trzymał szybkostrzelne rewolwery.

Korzystając z chwilowej ciszy nieznajomy szybko wskoczył na katedrę i zawołał:

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 09

– Nie Amerigo Vespuci odkrył Amerykę, tylko Sebastjan Cabot. Nie jesteście amerykanami, obywatele baloniści! Jesteście kabotynami!

W tym momencie zagrzmiało cztery czy pięć strzałów, które nikogo jednak nie trafiły. Pod osłoną dymu rewolwerowego inżynier Robur wybiegł z sali, a gdy za chwilę dym opadł, nikt nie wiedział, gdzie szukać śladu po nim. Robur zwycięsca uciekł, zniknął, jakby uniesiony w powietrze przez jakiś aparat awjacyjny.



ROZDZIAŁ IV.

Frycollin i jego pan.

Z pewnością nie raz już członkowie Weldon-Instytutu, wracając po burzliwych obradach przebiegali z krzykiem i wrzawą ulice Filadelfji. Niejednokrotnie mieszkańcy Walmut-street nie mając przecież absolutnie nic wspólnego z zagadnieniami lotnictwa i nie troszcząc się o nie zupełnie, zmuszeni byli wnosić zażalenia na awantury, jakie wdzierały się do ich mieszkań z sali posiedzeń balonistów i niejednokrotnie policja wkroczeniem na salę obrad musiała przywracać porządek. Nigdy jednakże awantura nie przybrała takiego rozmiaru jak tego wieczora; nigdy zażalenia nie były więcej usprawiedliwione, a interwencja policji konieczniejsza.

W każdym razie trzeba przyznać członkom Instytutu-Weldona także pewne okoliczności łagodzące, choćby z powodu zniewagi, jakiej w swoich czterech ścianach doznali. Gorliwym szermierzom zasady „lżejsze od powietrza”, rzucił w twarz straszną obelgę energiczny przedstawiciel zasady „cięższe od powietrza”; a kiedy nadeszła chwila zapłaty, na jaką zasłużył, znikł jak kamfora.

Wołało to o pomstę do nieba. Za dużo krwi amerykańskiej płynęło w ich żyłach, aby mieli puścić mimo uszu tak okropną obelgę. Potomków Ameriga jakiś przybłęda nazwał kabotynami? Czyż nie był to zarzut tembardziej przykry, że właśnie prawdziwy i historycznie usprawiedliwiony?

Członkowie klubu rzucili się ławą w Walmut-street, stąd na pobliskie ulice, a wreszcie po całej dzielnicy, strasząc wszędzie spokojnych mieszkańców.

Omal nie wtargnęli do prywatnych mieszkań obywateli Filadelfji, nie złamali prawa, które u rasy anglosaskiej jest specjalnie respektowane. Nadaremny trud. Robura nie było nigdzie; znikł, rozwiał się jak dym. Gdyby nawet odleciał balonem Instytutu-Weldona Go a head, nie mógłby być więcej niewidzialnym. Po jednogodzinnem daremnem przetrząśnięciu całej dzielnicy, baloniści zrezygnowali wreszcie z odszukania Robura przyrzekając sobie nawzajem wszcząć poszukiwania za nim po całej Ameryce Północnej i Południowej, poczerń rozeszli się do domów.

Około godziny jedenastej spokój w dzielnicy został jako tako przywrócony i Filadelfja mogła spokojnie zasnąć, do czego miasta pozbawione przemysłu mają godne do pozazdroszczenia pierwszeństwo. Wszyscy więc członkowie klubu o niczem więcej nie myśleli tylko o znalezieniu się we własnych mieszkaniach. Aby wyszczególnić najwybitniejszych członków klubu, pierwszy udał się do domowych pieleszy William F. Forbes; przy suto zastawionym stole oczekiwały go miss Doll i miss Mat; pan Forbes przygotował sobie własnoręcznie herbatę i osłodził ją cukrem własnego wyrobu; Truk Milnor poszedł do swojej fabryki, w której czynny przez całą noc wentylator słychać było w najodleglejszych dzielnicach. Skarbnik Jem Cip, któremu publicznie zarzucono, że ma kiszki o jedną stopę dłuższe, aniżeli każdy normalny człowiek udał się do swojego pokoju jadalnego, w którym czekała na niego jarska kolacja.

Dwóch najznakomitszych balonistów – ale tylko dwóch – zdawało się nie myśleć o natychmiastowym powrocie do domu, roztrząsając palące zagadnienia aeronautyki. Byli to dwaj nieprzejednani wrogowie, wuj Prudent i Phil Evans, prezydent i sekretarz Instytutu-Weldona.

Jak zazwyczaj tak i dzisiaj oczekiwał u drzwi wejściowych na swego pana służący wuja Prudent’a Frycolin.

Szedł za wujem Prudentem krok w krok, nie troszcząc się zupełnie o przedmiot rozmowy, tak gorąco zajmujący obu kolegów – a raczej nie troszcząc się o przedmiot sprzeczki.

– Powiadam panu – powtórzył Phil Evans – że gdybym miał zaszczyt przewodniczyć na dzisiejszem zebraniu, nigdyby do tego nie doszło!

– Cobyś pan uczynił, gdyby pan miał ten zaszczyt? – zapytał wuj Prudent.

– Przerwałbym mowę temu intruzowi, zanim by gębę otworzył.

– Zdaje mi się, że aby komuś przerwać mowę, trzeba go przedtem dopuścić do słowa.

– Nie w Ameryce, mój panie, nie w Ameryce!

Podczas gdy mówili sobie nawzajem różne nieprzyjemne słówka, oddalali się coraz dalej od swoich mieszkań, zapuszczając się w odległe dzielnice, z których powrót zmusiłby ich później do okrążeń.

Frycolin postępował za swoim panem, niepokojąc się, że pan jego udaje się w tak odludne okolice. Nie lubił tych zakątków Filadelfji, a zwłaszcza o północy i to w chwili, gdy księżyc rozpoczynał swą dwudziestoośmiodniową wędrówkę po ciemnym firmamencie nieba.

To też oglądał się trwożnie, czy nie ujrzy jakichś podejrzanych cieni i rzeczywiście zdało mu się, że widzi pięć czy sześć takich postaci nie spuszczających ich z oczu.

Instynktownie zbliżył się do swojego pana, choć za nic na świecie nie ośmieliłby się przerwać mu rozmowy.

Przypadkowo, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy znaleźli się wszyscy trzej w parku Fairmont. Zagłębieni w ostrej wymianie zdań przeszli przez żelazny most na rzece Schnykill i spotykając po drodze kilku spóźnionych przechodniów zawędrowali wkońcu na otwarte pole ocienione z jednej strony wysokiemi drzewami, tworzącemi malownicze tło krajobrazu,

W tem miejscu jeszcze większy strach ogarnął Frycolina, tem większy, gdy ujrzał, że tajemnicze cienie tak samo przeszły przez most i dążyły za nimi. Wtedy źrenice jego zwiększyły się, a ciało zadygotało i rzekłbyś zmalało, jakby miało wyjątkową zdolność kurczenia się i rozciągania.

Służący Frycolin był tchórzem.

Był to typowy murzyn z południowej Karoliny, o czworokątnej głowie i szczupłym tułowiu; liczył nie więcej niż 21 lat. Wyjadacz, smakosz a przytem straszny leń, służył ze trzy lata u swojego obecnego pana i ze sto razy już w ciągu tego okresu był bliskim znalezienia się za drzwiami, co tylko dlatego nie nastąpiło, że pan jego nie lubił żadnych zmian w domu. Frycolin biegł teraz ni żywy ni martwy za swoim panem a jego zajęcze serce drżało z trwogi i strachu. Gdyby mógł przewidzieć co nastąpi, uciekłby pewno gdzie pieprz rośnie.

Z tysiąc razy w czasie tej wycieczki Frycolin wyrzucał sobie, że nie pozostał w Bostonie w służbie u państwa Sneffel, którzy wybierając się do Szwajcarji, dlatego tylko zrezygnowali z podróży, że zdarzają się tam wypadki zsunięcia się lawiny!

Dom państwa Sneffel był niewątpliwie odpowiedniejszem miejscem dla Frycolin’a, niż kawalerskie mieszkanie wuja Prudent’a.

Zapomnieliśmy nadmienić, że Frycolin umiał i lubił kłamać; mówiono o nim, że blaguje jak z nut.

Tymczasem jak zwykle o tej porze – była już blisko północ – srebrna tarcza księżyca zaczęła niknąć za koronami drzew parku. Gdzieniegdzie tylko prześwitujące przez gałęzie drzew promienie oświetlały małe skrawki ziemi, tak, że pod samemi drzewami panowała zupełna ciemność.

Okoliczność ta skłoniła Frycolina do rzucenia po za siebie bacznego spojrzenia.

– Brr, – jęknął – jestem pewien, że bandyci kryją się w gęstwie drzew! Za chwilę podejdą do nas.

Wreszcie nie wytrzymał i podszedł do swojego pana.

– Masa! – zagadnął.

W ten sposób zwracał się zazwyczaj do wuja Prudenta.

Ale w tym właśnie momencie sprzeczka obu rywali osiągnęła swój punkt kulminacyjny, ofuknęli więc Frycolina i kazali iść za sobą w przyzwoitej odległości, jak mu nakazuje obowiązek i powinność.

Kłócąc się i dochodząc prawie do rękoczynów zapuszczali się coraz dalej w odległe miejsca parku Fairmont i coraz więcej oddalali się od mostu i rzeki Schnykill, przez którą bezwarunkowo w powrotnej drodze do miasta musieli przejść.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 10

Wszyscy trzej znaleźli się teraz pod grupą drzew, których wierzchołki oświetlały słabo ostatnie blaski księżyca. Przed nimi znajdowała się olbrzymia polana, szeroka i owalna, zupełnie jakby stworzona do wyścigów. Najmniejsze wzniesienie nie wstrzymałoby tu galopu konia, a żadne drzewo czy też krzak nie przeszkodziłoby człowiekowi w ściganiu wzrokiem biegnącego na przestrzeni kilku mil angielskich konia.

A jednakże, gdyby wuj Prudent ł Phil Evans nie byli tak rozgorączkowani i obejrzeli się troszkę uważniej musieliby zauważyć, że cały wolny plac przed nimi, miał dzisiaj zupełnie inny niż zazwyczaj wygląd. Czyżby to miało być cudem, co się tutaj stało od wczoraj? W półmroku połyskiwała jakaś dziwaczna maszyna, szumiały wielkie metalowe wachlarze.

Lecz ani prezydent, ani też sekretarz Instytutu Weldona nie zauważyli nic szczególnego w parku Fairmont, Frycolin nie wiele zaś rozumiał. Zdawało mu się, że koszmarne sylwety zbliżały się i kuliły, by za chwilę rzucić się na niego w jakimś zbrodniczym zamiarze. Drżał ze strachu, a jednocześnie był jakby odrętwiały, tak dalece lęk wpił się w jego wszystkie członki.

Lecz choć kolana drżały pod nim formalnie, zdobył się na wysiłek i zawołał:

– Master wuju… Master wuju!

– Czego chcesz durniu? – odpowiedział wuj Prudent.

Miał wielką ochotę kropnąć murzyna w kark, lecz na szczęście za mało już na to było czasu.

Pod drzewami rozległo się donośne gwizdnięcie i równocześnie padł na polanę potężny słup światła elektrycznego.

Był to niewątpliwie sygnał do napadu, którego należało się spodziewać każdej chwili.

Z szybkością, trudną wprost do pomyślenia rzuciło się na spacerujących członków Instytutu Weldona sześciu mężczyzn i pochwyciło dwóch wuja Prudenta, dwóch Phila Evans’a i dwóch Frycolin’a. Evans, a zwłaszcza Frycolin, nie byli się w stanie nawet bronić.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 11

Choć zaskoczony i przestraszony nagłym napadem, próbował wuj Prudent stawiać opór napastnikom, lecz brakło mu sił i czasu. W przeciągu zaledwie paru sekund zatkano naszym bohaterom kneblem usta, zawiązano oczy i mocno skrępowanych uprowadzono w niewiadomym kierunku. Wuj Prudent i Evans pomyśleli, że zostali napadnięci przez słynną wówczas w Filadelfji bandę, która napadała i rabowała każdego spóźnionego przechodnia. A przecież mylili się… Nie przeszukiwano im bowiem kieszeni, choć wuj Prudent zawsze zwykł nosić ze sobą parę tysięcy dolarów.

Już w minutę po napadzie wuj Prudent, Phil Evans i Frycolin, poczuli, że nie położono ich na polanę parku, lecz na drzewnianą podłogę, której deski pod rzuconym na nią ciężarem, zgięły się i zatrzeszczały. Następnie usłyszeli hałas zamykanego rygla, z czego wywnioskowali, że są zamknięci.

A za chwilę jeszcze usłyszeli, jakiś osobliwy szmer, jakby brzęczenie, jak frr, którego końcowe rrr przeciągało się w nieskończoność.

Następnego dnia niepokój ogarnął Filadelfję. Już w godzinach rannych wiedziało całe miasto, co zaszło na zebraniu Instytutu Weldona, Zjawienie się owego intruza, inżyniera, nazwiskiem Robur – Robur zwycięsca – kłótnia, jaką prawdopodobnie rozmyślnie wzniecił między balonistami i wreszcie jego nagłe niewyjaśnione zniknięcie.

Wszystko to zrobiło tem większe wrażenie, gdy dowiedziano się, że w noc tę z 12 na 13 czerwca zniknęli równocześnie prezydent i sekretarz klubu.

Skrupulatne poszukiwania zrobiono w mieście i całej okolicy, jednakowoż napróżno. Wszystkie czasopisma Philadelphji, a za niemi gazety Pensylwanji ł wreszcie całej Ameryki roztrząsały ten dziwny wypadek tłumacząc go wiele razy, a każda inaczej. Ogłoszenia i plakaty ścienne obiecywały sowite nagrody, nie tylko temu kto wskaże, ale kto przyczyni się nawet lub naprowadzi na ślad czcigodnych i wielce zasłużonych mężów. Wszystko nadaremno.

Gdyby ziemia rozpadła się i pochłonęła ich nie mogliby gruntowniej zniknąć z powierzchni ziemi.

Gazety rządowe wystąpiły przy tej okazji z żądaniem podniesienia stanu liczebnego policji, słusznie przypuszczając, że napady na najlepszych obywateli mogą się powtórzyć – i miały najzupełniejszą rację.



ROZDZIAŁ V,

w którym zawieszenie kroków nieprzyjacielskich pomiędzy prezydentem a sekretarzem Instytutu Weldona staje się faktem dokonanym.

Mieć na oczach opaskę, w ustach knebel i sznur na rękach i nogach t. zn. być pozbawionym możliwości widzenia, mówienia i ruchu było to dla wuja Prudenta położenie w którem z pewnością nie mógł się czuć dobrze. Nie czuli się również dobrze Phil Evans i Frycolin. Wdodatku nie wiedzieli nawet kto był sprawcą uprowadzenia, nie wiedzieli, gdzie się znajdują i co ich w przyszłości czeka – mogło to zgniewać nawet najcierpliwszego człowieka, a wiadomo przecież, że członkowie Instytutu Weldona, nie zaliczali się bynajmniej do baranków. Wziąwszy pod uwagę ich naturalną skłonność do gwałtowności, można sobie łatwo wyobrazić, w jakim stanie ducha znajdował się wuj Prudent.

Tak wuj Prudent, jak Phil Evans, zrozumieli. że zajęcie ich zwyczajnych miejsc w kancelarji klubu nie będzie pozbawione pewnych trudności.

Co zaś do Frycolina to z kneblem w ustach i z zamkniętemi oczami nie potrafił wogóle myśleć.

W ciągu godziny w położeniu naszych znajomych nie zaszła żadna zmiana. Nie ukazał się nikt, by im przynajmniej dać wolność ruchu i mowy, czego tak bardzo pragnęli.

Musieli się ograniczyć do stłumionego jęku, lub cichych westchnień, na co najwyżej mogły im pozwolić zakneblowane usta i do słabych poruszeń skrępowanego ciała. Można sobie zatem wyobrazić głuchą złość i wściekłość, która ich nurtowała. Po nadaremnej próbie uwolnienia się z więzów, leżeli teraz spokojnie. Ponieważ zaś pozbawieni byli możności patrzenia, starali się choćby tylko przy pomocy słuchu zorjentować gdzie się znajdują. Nadaremnie jednak usiłowali uchwycić jakiś inny szmer, poza bezustannem, nieokreślonem furkotaniem, które zdawało się górować nad wszystkiem.

Tymczasem Phil’owi Evans’owi, który z większym zasobem cierpliwości zabrał się do pracy, udało się cokolwiek rozluźnić więzy na przegubach rąk. Powoli rozciągał sznur, skupiając palce coraz silniej razem, aż wreszcie ręce nabrały zwykłej swobody ruchów.

Silnemi masażami przywrócił następnie normalne krążenie krwi w rękach, a następnie zdarł z oczu opaskę, wyjął knebel z ust i kilkoma cięciami swego nieodłącznego noża poprzecinał resztę krępujących go więzów.

Na tem jednak skończyło się wszystko co mógł uczynić, albowiem mimo odzyskania swobody mowy i ruchów oczy jego nadal błądziły w ciemnościach, panujących w tej niewielkiej izbie. Tylko zgóry, przez maleńki otwór, podobny do otworu strzelnicy, padał słabiuteńki brzask dzienny.

Rozumie się, że Phil Evans nie zwlekał ani minuty z uwolnieniem swojego rywala. Kilka cięć nożem wystarczyło w zupełności by przeciąć sznur krępujący jego ręce i nogi. Natychmiast też wuj Prudent zerwał się na nogi, zdarł z oczu opaskę, wyjął knebel z ust i zawołał:

– Dziękuję panu!

– Nie ma za co – odpowiedział sekretarz Instytutu Weldona.

– Phil Evans’ie?

– Wuju Prudent’ie?

– Nie ma tu żadnych prezydentów ani sekretarzy Instytutu Weldona, sądzę też, że nie ma i wrogów.

– Ma pan rację – przytaknął Phil Evans. – Tu są tylko dwaj mężczyźni którzy mają się zemścić na napastniku, godzącym w ich życie i mienie.

– Kto jest tym napastnikiem, Evansie?

– Jest nim Robur…

– I ja sądzę, że Robur…

Chociaż na tym punkcie zgadzali się dawni rywale i rozwiązanie tej kwestji nie groziło sprzeczką.

– A pański służący? – zauważył Phil Evans wskazując na zwiniętego w kłębek Frycolina. – Musimy go również uwolnić.

– Jeszcze nie, – odparł wuj Prudent – zamęczyłby nas swoimi lamentami, a my mamy teraz co innego do roboty, aniżeli słuchanie jego skarg.

– Co mamy takiego do roboty, wuju Prudent’ie?

– Ratować się, o ile jest to możliwe.

– A nawet o ile jest niemożliwe?

Prezydent i jego kolega nie wątpili już teraz, że zostali uprowadzeni przez Robura, albowiem inni, prawdziwi rabusie dawno by ich już ogołocili z zegarków, biżuterji i pieniędzy a ich samych po poderżnięciu gardła wrzucili do rzeki Schnykill, nie zaś zamykali… gdzie?… No tak, gdzie?… Było to pytanie, wymagające natychmiastowej odpowiedzi, o ile mieli obmyśleć plan ucieczki.

– Phil Evans’ie – rzekł po chwili wuj Prudent – zrobilibyśmy dużo lepiej, gdybyśmy zamiast prawić sobie komplementa, których tu zresztą nie chcę powtarzać, nie byli tak bardzo roztargnieni. Gdybyśmy nie opuszczali granic miasta, nie stałoby się to wszystko. Widocznie Robur dobrze przewidział jakie skutki wywoła jego wystąpienie w klubie i dlatego nie licząc się ze słowami chciał wywołać awanturę, ustawiając równocześnie przy bramie bandytów, mających mu przyjść z pomocą. Gdy opuściliśmy już Walmut-street wisielcy postępowali za nami krok w krok; gdy wreszcie, dzięki naszej naiwności, znaleźliśmy się w parku Fairmont, mieli już ułatwiona zadanie.

– Zgoda – odpowiedział Phil Evans. – Nie bardzo mądrze zrobiliśmy, udając się na ten spóźniony spacer.

Z najciemniejszego kąta izby rozległo się nagle przeciągle westchnienie.

– Co to było? – zapytał Phil Ewans.

– Frycolin, panie kolego.

Wuj Prudent mówił dalej.

Między punktem na polance parkowej, gdzie nas napadnięto, a punktem, gdzie nas przyniesiono było najwyżej dwie minuty drogi. Jasne zatem, jak na dłoni, że ludzie ci nie wynosili nas poza obręb parku.

– Gdyż wówczas – rzekł Evans – pozostało by nam coś nie coś w pamięci z całego uprowadzenia.

– Zgoda – zawołaj wuj Prudent. – Nie ulega więc wątpliwości, że jesteśmy zamknięci w jakimś wagonie, możliwe nawet, że w wozie jakich wiele się widuje na zachodzie albo w wozie cyrkowym.

– Bezwątpienia. Znajdując się na jakimś statku odczuwalibyśmy owo charakterystyczne bujanie, szum wiatru w ożaglowaniu…

– Rozumie się – powtórzył wuj Prudent – i sądzę, że teraz właśnie, o ile jeszcze znajdujemy się na terenie parku, albo nigdy, jest najodpowiedniejszy moment do ucieczki, o ile chcemy jeszcze kiedyś odszukać tego Robura.

– I kazać sobie na wolności drogo zapłacić za napad aa dwóch wolnych obywateli Stanów Zjednoczonych!

– Drogo… bardzo drogo!

– Ale kim jest ten człowiek?… Skąd przybył?… Czy jest to anglik, niemiec, francuz?…

– W każdym razie nędzny łajdak, to wystarczy, – odpowiedział wuj Prudent. – A teraz do dzieła.

Z wyciągniętemi przed siebie ramionami, suwając rękami po ścianie tej małej izdebki, krążyli wkoło, szukając jakiejś szpary lub wyjścia. Nadaremno. W jednem miejscu natrafili na drzwi, ale tak szczelnie dopasowane i zamknięte, że nie można było nawet marzyć o wysadzeniu ich z zawiasów. Trzeba było zatem zrobić w nich dziurę, aby przez nią zbiec. Zachodziło pytanie, czy nóż Evansa jest dość ostry, aby naciąć ścianę, czy nie wyszczerbi się, albo co gorsza nie pęknie.

– Skąd to ustawiczne drżenie, które ani na chwilę nie ustaje? – zapytał Phil Evans, zaniepokojony tajemniczem furkotaniem.

– To wiatr, – rzekł wuj Prudent.

– Wiatr?… Zdaje mi się, że do północy nie było go wcale…

– Masz rację, Phil Evans’ie, ale jeżeli to nie wiatr, więc co takiego?

Napróżno Phil Evans usiłował zagłębić nóż w ścianę obok drzwi. Parę cięć wystarczyło, by ostrze wyszczerbiło się, pękło i cały nóż zamienił się w tysiączębną piłę.

– Nie idzie?

– Nie.

– Czyżbyśmy się znajdowali w izdebce ze stali?

– Nie, wuju Prudent’ie, ściany te nie dają żadnego metalicznego odgłosu.

– A więc są z drzewa żelaznego?

– I to nie, ani z drzewa, ani z żelaza.

– A więc z czego?

– W tem właśnie sęk. W każdym razie jest to jakaś masa, której nie kraje stal.

Wuj Prudent rozgniewał się niewiadome czemu, tupnął nogami o ziemię, a ręce jego zdawały się szukać w ciemności Robura, by go zdusić.

– Spokojnie, wuju Prudent’ie – upominał Phil Evans – spokojnie. Spróbuj pan, może pan będzie szczęśliwszy.

Wuj Prudent zabrał się do pracy, ale nóż nie drasnął nawet ściany, jakby była z kryształu lub djamentu.

Trzeba było zrezygnować z ucieczki, gdyż nie mając możności zrobienia otworu w ścianie, trudno było marzyć o wydostaniu się z więzienia.

Wuj Prudent i Evans nie mogli się z tem tak łatwo pogodzić. Amerykański ich temperament burzył się i buntował; nie chcieli wszystkiego zdawać na przypadek losu: było to przeciwne ich naturze. Naturalnie, te nie obeszło się bez wyzwisk, pogróżek ł przekleństw, rzucanych pod adresem Robura.

Tymczasem Frycolin poruszył się w swoim kącie i obaj dostojnicy Instytutu Weldona musieli się nim z konieczności zająć. Czy miał kurcze żołądka, czy może sznur za bardzo wpijał mu się w ciało, dość, że jęczał bezustanku.

Wuj Prudent sądząc, że ulży jego cierpieniom. przeciął krępujące go więzy.

Natychmiast prawie pożałował tego odruchu litości, gdyż Frycolin zaczął tak nieskończoną litanję skarg, żalów i lamentów – wczem naturalnie główną rolę odgrywał głód, – że mogło to doprowadzić do pasji nawet najspokojniejszego człowieka. Mówił, że cierpi na głowę i żołądek, lecz trudno byłoby określić, który z tych organów największą ponosił winę w lamentach murzyna.

– Frycolin’ie! – zawołał wuj Prudent…

– Master wuju! Master wuju! – skomlał płaczliwie murzyn.

– Jesteśmy widocznie skazani na głodową śmierć w tem więzieniu. Nie poddamy się jednak tak łatwo, postaramy się utrzymać przy życiu, przedłużyć nasze życie. Zjemy wszystko co tylko się da.

– I mnie także? – biadał Frycolin.

– Zaczyna się w tych wypadkach zwykle od murzyna. Pamiętaj zatem Frycolin’ie, abyś się nam za bardzo nie naprzykrzał…

– Bo zostaniesz zje-dzo-ny! – dodał Phil Evans.

Frycolin przeraził się nie na żarty. Wyobraził już sobie jak go wuj Prudent zażyna, a potem obaj do spółki z Evansem pożerają na surowo. Wolał się nie narażać, zamilkł i poprzestał na cichem skomleniu.

Tymczasem czas leciał, a wysiłki, zmierzające do zrobienia dziury w ścianie lub otwarcia drzwi, pozostawały bezowocne. Nie można było ustalić z jakiego materjału zrobiona była ściana. Nie odlano jej ze stali, nie zbudowano z drzewa lub kamienia. Podłoga izdebki była zrobiona z tego samego materjału. Phil Evans zauważył nawet, że przy uderzeniu wydaje pusty dźwięk, jakby nie była ułożona na ziemi, a nawet zdawało mu się, jakby przy tem nieokreślonem furkotaniu, cokolwiek drżała. Wszystko to nie wpływało uspokajająco na naszych przyjaciół.

– Wuju Prudent’ie – rzekł Phil Evans.

– Co? – odparł prezydent.

– Czy myśli pan, że nasza izdebka zmieniła położenie?

– Niemożliwe.

– A jednak w chwili gdy zostaliśmy zamknięci odczuwałem świeży zapach trawy i balsamiczną woń kwiatów, a teraz choć mogę w siebie wchłaniać ile zechcę powietrza, nie czuję już tego zapachu.

– To prawda.

– Jakże to wytlomaczy?

– Tłomaczmy sobie jak chcemy, Phil Evansie. tylko nie hypotezą, że więzienie nasze zmieniło położenie. Jeszcze raz powtarzam, że musielibyśmy odczuć, gdybyśmy się znajdowali na jakimś ruchomym wozie lub statku.

W tym momencie Frycolin tak westchnął, że możnaby pomyśleć, że jest to jego ostatnie tchnienie, gdyby nie nastąpiło po niem drugie i trzecie westchnienie.

– Mam nadzieję, że Robur zawezwie nas wkrótce do siebie – mówił dalej Phil Evans.

– I ja mam to wrażenie – zawołał wuj Prudent – ale powiem mu w oczy…

– Że nieproszony wdarł się na nasze zebranie, aby wkońcu postąpić jak ostatni łotr.

Teraz dopiero zauważył Phil Evans, że zaczynało dnieć. Słabe promienie brzasku rannego wdzierały się przez otwór strzelnicy i kładły się jasną plamą na przeciwległą ścianę. Mogło być około czwartej rano, gdyż w czerwcu pod tym stopniem szerokości geograficznej rozjaśniał się horyzont o tej właśnie godzinie.

A jednak, gdy wuj Prudent puścił w ruch swój zegarek repetierowy, arcydzieło fabryki kolegi klubowego – czasomierz wybił dopiero trzy kwadranse na trzecią, chociaż w międzyczasie zegarek napewno nie stał.

– Szczególne! – rzekł Phil Evans. – O trzy kwadranse na trzecią powinna być jeszcze noc.

– Mój zegarek musiał się zatem dobrze spóźnić – zauważył wuj Prudent.

– Zegarek Waldon Watch Compagnie! – zawołał Phil Evans. – To niemożliwe.

W każdym razie coraz widoczniej dniało. Coraz bardziej odbijała jasna plama strzelnicy od ponurej ciemni izdebki.

– A możebyśmy wspięli się do strzelnicy – zauważył Phil Evans – żeby zobaczyć, gdzie się wogóle znajdujemy.

– Możemy – przyświadczył wuj Prudent.

Następnie, zwrócił się do Frycolin’a:

– Dalej, Fry, stawaj na nogi!

Murzyn podniósł się.

– Oprzyj się plecami o ścianę – mówił dalej wuj Prudent – a pan, Phil Evans’ie, zechciej łaskawie wejść na plecy tego chłopca, podczas gdy ja będę pana podtrzymywał z tyłu.

– Zupełnie słusznie, – odpowiedział Phil Evans.

W moment później był już na ramionach Frycolin’a i mógł spojrzeć przez strzelnicę na świat Boży.

Strzelnica była zasłonięta szybą, ale nie taką jak na okrętach, tylko jakąś inną, zupełnie nieznaną Evansowi.

– Wybij pan szybę – mówił wuj Prudent – łatwiej będzie panu wyjrzeć!

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 12

Phil Evans uderzył z taką siłą trzonkiem swojego noża w płytę szyby, że aż zadźwięczała, lecz nie pękła.

Drugie uderzenie, jeszcze silniejsze, dało ten sam rezultat.

– Ślicznie, – zawołał Phil Evans – nietłukące się szkło!

Rzeczywiście, szkło to wytworzone było według metody wynalazcy Siems’a z zahartowanego surowca i dlatego jedynie mimo silnych, kilkakrotnych uderzeń, pozostało nienaruszone,

A zresztą było już na tyle widno, że można było rozejrzeć się swobodnie przynajmniej w polu widzenia obramowania strzelnicy.

– Co pan widzi? – zapytał wuj Prudent,

– Nic.

– Jakto? Ani lasu, ani pola?

– Nic.

– Ani nawet wierzchołków drzew?

– Nawet wierzchołków drzew.

– A więc nie znajdujemy się na polance?

– Ani na polance, ani w parku.

– I nie rozpoznaje pan dachów domów i szczytów pomników? – pytał dalej wuj Prudent.

– Ani dachów, ani pomników.

– Co? Ani jednego nawet masztu z banderą ani jednej wieży kościelnej albo bodaj jednego komina fabrycznego?

– Nic, – nic prócz powietrza.

W tej chwili otwarły się drzwi celi i ukazał się w nich jakiś mężczyzna.

Był to Robur.

– Wielce szanowni panowie baloniści – zawołał – jesteście wolni i możecie iść, gdzie się wam tylko podoba…

– Wolni – odezwał się wuj Prudent.

– Tak… to znaczy w obrębie „Albatrosa”!

Wuj Prudent i Phil Evans wypadli z celi.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 13

I cóż zobaczyli?

Na dwanaście albo trzynaście setek metrów pod sobą powierzchnię lądu, który nadaremnie starali się rozpoznać.



ROZDZIAŁ VI,

który inżynierowie i mechanicy mogą opuścić.

Kiedyż wreszcie człowiek przestanie się czołgać po nizinach, by żyć w lazurowym spokoju nieba?

Odpowiedź na to pytanie Camille’a Flammarion’a jest bardzo łatwa. Stanie się to wtedy, gdy postępy mechaniki pozwolą rozwiązać problem awjacji, pozwolą naśladować lot ptaków; za kilka lat praktyczne zastosowanie elektryczności musi doprowadzić do rozwiązania tego zagadnienia.

Już w roku 1773, a więc na wiele lat przedtem nim bracia Montgolfier i fizyk Charles skonstruowali swój pierwszy balon napełniony wodorem kilka awanturniczych głów myślało o zdobyciu powietrza przy pomocy aparatów mechanicznych. Ci pierwsi wynalazcy kroczyli śladem Ikara syna Dedala, którego skrzydła, przylepione woskiem, poodpadały przy zbliżeniu się do słońca.

Nie sięgając nawet czasów mitologicznych, ani nie wspominając Archyta z Tarentu, spotyka się już w pracach Dantego z Perousy, Leonarda da Vinci i Guidotii’ego, zarys maszyn, przeznaczonych do poruszania się w powietrzu. W dwa i pół wieku później wystąpili inni liczniejsi wynalazcy. W roku 1742 konstruuje markiz de Baqueville drewniane skrzydła i przy pierwszej próbie spada ł łamie sobie ramię. W r. 1768 Pancton projektuje plan aparatu z dwoma śrubami do podnoszenia się i posuwania naprzód. W r. 1781 buduje Meerwein, architekt księcia badeńskiego, maszynę naśladującą lot ptaka i porzuca myśl kierowania balonem, który właśnie wtedy został wynaleziony. W r. 1784 Launoy i Bienvenu dosiadają helikoptera, poruszanego skrzydłami. W r. 1808 odbył się próbny lot austrjaka Jakóba Degena. W r. 1810 ukazuje się pismo Denian’a z Nantes, w którem zagadnienie aparatu lotniczego, cięższego od powietrza zostaje należycie oświetlone. W międzyczasie koło roku 1811-40 następują próby i pomysły Verblingera, Vignal’a, Sarti’ego, Dubocheta i Cagniard’a de Latour’a. W r. 1842 występuje anglik Henson ze swoim systemem nachylonej płaszczyzny i poruszanej parą śruby; w r. 1845 prezentuje swój aparat o lotnem śmigle Cossus; w r. 1847 zjawia się Camille Vert ze swoim helikopterem, opatrzonym skrzydłami; w r. 1852 wystąpił Letur ze swoim kierowniczym spadochronem, którego praktyczny egzamin przypłacił życiem. W tymże samym roku występuje Michał Loup z projektem ślizgowca o czterech skrzydłach, W r. 1853 Belegnie zbudował poruszający się za pomocą elastycznego śmigła aeroplan; Vaussin-Chardannes prezentuje ślizgowiec o ruchomym sterze; Georges Cauley zjawia się z projektem latającej maszyny poruszanej motorem gazowym. W latach zaś od 1854 do 1863 występują: Józef Pline, Breant, Carlingfort, Le Bris, Du Temple, Bright, którego śmigło obraca się w kierunku skośnym; Smythics, Panafieu, Crosnier i w. i., aż wreszcie w r. 1863 powstaje w Paryżu na wzniosek Nadar’a Towarzystwo Budowy Aparatów Lotniczych Cięższych od Powietrza. W utworzonem przez to towarzystwo centrum doświadczalnem wynalazcy montują swoje latające maszyny, z których wiele zostało już opatentowanych, jak parowe helikoptery Ponton d’Amecourta, jak połączenie śmigła z pochyłą płaszczyzną i spadochronem de la Landella, jak helikopter: Louvrie Acroscapia, jak mechaniczny ptak Esternosa, jak aparat z ruchomemi skrzydłami Groofa. Obecnie, gdy już porobiono teoretyczne przygotowania wynalazcy tworzą praktyczne projekty, a rachmistrze obliczają wszystko, co tylko może mieć praktyczne zastosowanie w lotnictwie. Bourcart, Le Bris, Kaufmann, Smyth, Stringiellow, Prigent, Danjard, Ponies i de la Panze, Moy, Renand, Jobert, Hureau de Villeneuve, Achenbach, Garapon, Duchesue, Danduran, Parisel, Dienaide, Melkisff, Forlanini, Brearey, Tatui, Daudrieux, Edison tworzą, konstruują, budują i udoskonalają – jedni zastosowując do swoich aparatów skrzydła i śmigło, inni wynajdując maszyny o nachylonej płaszczyźnie, które będą funkcjonowały dopiero wówczas kiedy jakiś szczęśliwy wynalazca nada motorowi dostateczną siłę i nadzwyczajną lekkość. Prosimy o łaskawe wybaczenie długiego spisu nazwisk lecz spis ten wydał się nam koniecznym ze względu na uwydatnienie i porównanie rozwoju lotnictwa z efektem, który udało się osiągnąć Roburowi Zwycięzcy. Bez śmiałych eksperymentów poprzedników trudno byłoby Roburowi skonstruować tak wszechstronnie doskonały aparat, jak Albatros, który pruł teraz bezmiar powietrznego oceanu.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 14

– Czemu nie mielibyśmy fruwać, skoro fruwa gołąb, lub kondor, skoro fruwają ptaki, niewątpliwie cięższe od powietrza – rzekł pewien uczony entuzjasta awjacji.

– Będziemy jeszcze spacerować po powietrzu jak po ziemi! – dodał inny gorliwy obrońca aparatów cięższych od powietrza.

– Doczekamy jeszcze chwili kiedy powietrznym szlakiem ciągnąć będą całe pociągi – rzekł inny wyznawca tej samej tezy, który przy pomocy prasy starał się zainteresować świat postępami awjacji.

Dowiedziono drogą doświadczeń i obliczeń, że powietrze stanowi dostateczne oparcie. Wiadomo, następnie, że działanie siły ciężkości, jeżeli szybkość danego ciała jest bardzo duża, zmniejsza się w odwrotnym stosunku do kwadratu szybkości.

Wiadomo, że przy wzrastającym ciężarze właściwym jakiegoś latającego owada, rozpiętość jego skrzydeł nie powiększa się w stosunku do jego ciężaru, choć ruchy, które owad wykonuje muszą być dużo powolniejsze.

A zatem aparat awjacyjny musi być tak skonstruowany, aby odpowiadał prawom natury i naśladował ptaka ten najdoskonalszy wzór poruszania się w powietrzu, jak wyraził się w francuskiej Akademi Nauk Marcy.

Aparaty, budowane celem rozwiązania problemu awjacji rozpadają się na trzy rodzaje.

1. Helikoptery albo sprzalifery zaopatrzone śmigłem, o prostopadłej osi.

2. Orthoptery, to jest maszyny, zbudowane na wzór naturalnego lotu ptaków.

3. Aeroplany, o nachylonych płaszczyznach jak papierowe latawce chłopców, pędzone i poruszane poziomem śmigłem.

Każdy z tych systemów miał i ma dziś jeszcze swoich zdecydowanych zwolenników, którzy zapatrywania swoje uważają za najsłuszniejsze i niezmienne.

Z równych względów Robur pominął te dwa ostatnie systemy.

Nie ulega wątpliwości że orthaptery, mechaniczne ptaki wykazują pewne zalety jak to udowodniły, w r. 1884. prace Renanda. Nie trzeba jednakże naśladować niewolniczo natury. Lokomotywy nie są budowane na wzór zający, a okręty na wzór ryb. Parowozy mają koła zamiast nóg, a okręty śruby nie odpowiadające z pewnością płetwom. A jednak obie te maszyny pracują doskonale. Z resztą do dziś niewiadomo w jaki sposób odbywa się lot ptaków, wykonujących najbardziej skomplikowane ruchy. Doktór Marey twierdzi, że pióra ptaka podczas lotu rozszerzają się, co dałoby się, naturalnie, tylko z trudnością zastosować w sztucznych maszynach.

Co zaś do aeroplanów nie ulega to wątpliwości, że mają one pewne, dodatnie strony. Posiadają jednak bardzo skomplikowaną budowę, a Robur wierzył, że dobry aparat lotniczy musi być dużo prostszy. Wierzył, następnie, że maszynie latającej powinny wystarczyć propelery. Jedne powinny utrzymać aparat w powietrzu, inne znów przy równoczesnem pełnem bezpieczeństwie i prędkości dać mu możliwość poziomego lotu.

Orthoptery wznoszą się w powietrze przy pomocy poruszania się skrzydeł, na wzór ptaków, helikoptery wznoszą się, dzięki ukośnemu działaniu śruby, jakby wspinały się na pochyłą wyżynę.

Duży aparat lotniczy inżyniera Robura składał się z trzech części: z pokładu, z maszyn pędnych i unoszących aparat w powietrze i wewnętrznej maszynerji.

Pokład. Był to plac długości trzydziestu metrów, szerokości czterych metrów, istny pokład okrętowy, pod którym znajdował się dobrze urządzony kadłub, kryjący w sobie aparaty służące do wytwarzania siły mechanicznej, składy prochu, narzędzi, ogólny magazyn prowiantowy i kadzie z wodą. Dookoła pokładu stały lekkie słupki, pospajane ze sobą żelaznym drutem. Pośrodku znajdowały się kajuty, przeznaczone dla załogi maszynerji. W środkowej kajucie pracowała maszyna, wprowadzająca w ruch maszynę utrzymującą aparat w powietrzu; w przedniej maszyna poruszająca przednią śrubę pędną, a w tylnej, maszyna poruszająca tylną śrubę, tak że te wszystkie trzy maszyny działały zupełnie niezależnie od siebie. Na samym przedzie znajdowała się kajuta przeznaczona na warsztat, kuchnię i mieszkanie dla załogi. W pobliżu tyłu pokładu znajdowały się liczne kabiny, między innemi kabina kapitana, pokój jadalny, oraz małe oszklone pomieszczenie dla sternika, który przy pomocy olbrzymiego koła sterowego kierował lotem tego napowietrznego statku. Wszystkie kajuty były zaopatrzone w otwory, oszklone hartowanem szkłem, dziesięćkroć razy odporniejszem od zwyczajnego. Pod pokładem umieszczone były resory, przeznaczone na łagodzenie wstrząśnień. Kapitan Robur był panem całego aparatu.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 15

Maszyny. Na pomoście wznosiło się trzydzieści siedem osi, z których po piętnaście znajdowało się na bakorcie i sztymborku, a siedem wyższych urządzonych było w środku, tak że całość podobna była do okrętu o trzydziestu siedmiu masztach, tylko że te maszty w miejsce żagli miały każdy po dwa horyzontalne propelery o krótkiej rozpiętości i małym przekroju, które jednakże były wstanie rozwijać bardzo dużą szybkość. Każda z tych osi puszczana była w ruch niezależnie od drugiej, a oprócz tego co dwie obracały się w przeciwnych kierunkach – by aparat nie wpadł w korkociąg. W ten sam sposób urządzone były i śruby pędne, w jakie aparat wyposażony był w ilości siedemdziesięciu czterech. Każde trzy skrzydła śruby wmontowane były nazewnątrz metalowym pierścieniem, aby lepiej wykorzystać siłę motoru. Na przednim zaś i tylnym pomoście obracały się na poziomych osiach dwa propelery pędne każdy czwórramienny, które zapewniały poruszanie się całości statku. Te właśnie propelery, których przekrój przewyższał śruby pędne, miały zdolność obracania się z nadzwyczajną szybkością.

Wszystko w konstrukcji tego aparatu wskazywało na system Cossus’a, de la Landelle’a i Ponton’a d’Amencourt’a, lecz znacznie ulepszony przez Robura. To też przypada mu bezsprzecznie, jeśli chodzi o wybór i zastosowanie motorów, sława wynalazcy.

Maszynerja. Siłą poruszającą motory nie była ani para wodna lub inna jakaś ciecz, ani też powietrze lub inny elastyczny gaz, a tem mniej żadna mieszanina eksplodujących gazów, zdolnych do wytwarzania siły mechanicznej, w tym wypadku zastosował bowiem inżynier Robur elektryczność, tę naturalną siłę, która w przyszłości stanie się duszą przemysłu. Nie użył jednak do tego dynamo-maszyny tylko baterji akumulatorów, skład których był jednak jego tajemnicą i których ostrożny inżynier nie dał nawet opatentować. Baterje jego wykazywały nadzwyczajną wydajność, kwasy zupełną odporność na zgęszczenie lub zamarznięcie, a wreszcie dostarczały prąd w nieosiągalnej dotychczas ilości. Maszyny zapewniały dostateczną ilość koni elekrycznych potrzebnych do pracy śrub utrzymujących aparat w powietrzu.

Powtarzamy jednak, że było to wyłączną tajemnicą inżyniera Robura, zachowywaną przez niego skrupulatnie a jeżeli prezydent i sekretarz Instytutu Weldona nie mieli szczęścia przeniknięcia jej, to prawdopodobnie dla ludzkości pozostanie ona na zawsze nieznana.

Rozumie się samo przez się, że ten aparat dzięki szczęśliwie obranemu punktowi ciężkości utrzymywał dostateczną równowagę. Nie trzeba się zatem obawiać, że mógłby kiedykolwiek przechylić się lub przewrócić.

Pozostaje jeszcze do nadmienienia, z jakiego materjału zbudował inżynier Robur swój aerostatek, do którego nazwa „Albatros” szczególnie się nadawała. Cóż to była za masa, której nawet nóż Phil’a Evans’a nie mógł zarysować, a której nie mógł rozpoznać wuj Prudent. Był to zwyczajny – papier!

Już ładne kilka lat temu fabrykacja takiego papieru znalazła szerokie zastosowanie. Nieklejony papier, impregnowany tylko zwyczajnym klajstrem, tworzy pod silnem ciśnieniem prasy hydraulicznej masę, twardą jak stal. Wytwarza się z niej zwoje papierów, szyny a nawet koła do wozów, które są dużo lżejsze, a zarazem trwalsze niż z metalu. Ta to właśnie trwałość przy jej równoczesnej lekkości skłoniła inżyniera Robura do użycia jej przy budowie swojego powietrznego statku. Wszystko: kadłub, rufa i kabiny zrobione były z tej masy, która pod działaniem wysokiego ciśnienia stała się podobną do metalu – zaleta, która przy wysokości do jakiej wznosił się aerostatek miała swoją wartość; musimy jeszcze nadmienić, że papier ten był niepalny.

Cała załoga „Albatrosa” składała się z inżyniera Robura, sternika Toma Turnera, mechanika z dwoma pomocnikami, dwóch bosmanów i jednego kucharza – wszystkiego osiem osób, które przy takich powietrznych podróżach najzupełniej wystarczały. Myśliwska i wojskowa broń, narzędzia rybackie, elektryczne lampy, przyrządy obserwacyjne, busole i sekstanty do oznaczania kierunku jazdy, termometry do mierzenia temperatury, rozmaite barometry, jedne do określania osiągniętej wysokości, drugie, do mierzenia ciśnienia powietrza i do określania zbliżającej się burzy, mała bibljoteka, jedna przenośna drukarnia; pośrodku pomostu jedno działo na biegunach, które ładowane z tyłu wyrzucało pocisk o sześciu centymetrach średnicy; konieczne zapasy prochu, kul i naboi dynamitowych, jedna kuchnia, w której prąd elektryczny służył za paliwo, duży zapas konserw, mięsa i jarzyn w specjalnej do tego celu zbudowanej spiżarni, beczułki z brandy i whisky, a wreszcie to wszystko, co w przeciągu kilku miesięcy mogło być zużyte, bez potrzeby lądowania – wrzystko to tworzyło cały materjał i zapas „Albatrosa” – nie licząc wreszcie sławnej trąby.

Prócz tego wszystkiego znajdowała się jeszcze na pokładzie mała łódź kauczukowa, która mogła pomieścić i unieść na powierzchni jeziora, spokojnego morza lub rzeki, ośmiu ludzi. Spadochronów nie było, inżynier Robur nie wierzył bowiem w możliwość katastrofy. Wszystkie osie propelerów pracowały oddzielnie i zupełnie od siebie niezależnie, tak dalece, że stan spoczynku lub zepsucie się jednej, nie wywierało żadnego wpływu na inne. A nawet o ile tylko połowa maszynerji pędnej była w ruchu, wystarczała już w zupełności, by zapewnić „Albatrosowi” jego normalny lot.

– Dzięki temu aerostatkowi – rzekł Robur Zwycięsca do swoich pasażerów, pasażerów wbrew ich własnej woli – jestem panem owej siódmej części świata, przewyższającej co do wielkości obszar Australji, Afryki, Azji, Ameryki i Europy, jestem nowym Ikarem, władcą przestworzy.



ROZDZIAŁ VII,

w którym wuj Prudent i Phil Evans wciąż jeszcze nie dają się przekonać.

Przewodniczący Instytutu Weldona był nadzwyczaj zdumiony, a jego towarzysz wprost zbity z tropu. Lecz żaden z nich nie dał tego poznać po sobie. Jeden tylko Frycolin nie mógł ukryć swego przerażenia, widząc, że znajduje się na pokładzie olbrzymiego powietrznego kolosa.

Tymczasem propelery kręciły się spokojnie ponad głowami członków Instytutu Weldona. Chociaż „Albatros” posuwał się szybko naprzód, mógł jeszcze potroić swą szybkość, gdyby chciał osiągnąć wyższe regjony atmosfery.

Dwa właściwe propelery, pracujące teraz zupełnie normalnie, zapewniały aparatowi szybkość dwudziestu kilometrów na godzinę.

Przechyliwszy się przez balustradę, otaczającą pokład aerostatku, przymusowi pasażerowie mogli dostrzec jakąś długą, pogiętą, wodną wstęgę, ciągnącą się pod nimi przez falisty krajobraz, na którym stawy i jeziora odbijały w swej szklistej powierzchni promienie słońca. Wstęga owa była rzeką, jedną z większych w tej okolicy. Po lewej jej stronie ciągnęło się wysokie pasmo górskie, którego końca nie można było dojrzeć.

– Powie nam pan zapewne, gdzie się znajdujemy? – zapytał wuj Prudent głosem drżącym z wzruszenia.

– Nie widzę ku temu żadnego powodu – odpowiedział inżynier Robur.

– Nie powie nam pan, dokąd jedziemy? – dodał Phil Evans.

– Do celu podróży.

– Jak to długo potrwa?…

– Jak długo będzie trzeba.

– Czy zamierza pan zrobić podróż naokoło świata? – zapytał ironicznie Phil Evans.

– Być może – odparł Robur.

– A jeśli nie spodoba się nam ta podróż?… – rzekł wuj Prudent.

– Właśnie dlatego będzie się wam musiała spodobać!

Rozmowa ta była przedsmakiem stosunków, jakie się wytworzą w przyszłości między panem „Albatrosa” a jego gośćmi a raczej więźniami. Nie troszcząc się już zupełnie o obu dżentelmenów Robur oddalił się, jakby chcąc im dać możność rozejrzenia się w spokoju po aerostatku, unoszącym się wraz z nimi w bezmiarze powietrznego oceanu i celem złożenia mu jako wynalazcy należnego hołdu. Chodził teraz z jednego końca pokładu na drugi paląc fajkę i spoglądając od czasu do czasu na horyzont; członkowie Instytutu Weldona, mając pozostawioną zupełną swobodę, zabrali się do obejrzenia maszynerji, całego bogatego uposażenia aerostatku i podziwiania krajobrazu, który się rozciągał pod ich stopami.

– Wuju Prudent’ie – rzekł Phil Evans – o ile nie mylę się, powinniśmy się znajdować ponad środkową częścią Kanady. Ta rzeka, płynąca ku północnemu zachodowi, jest to prawdopodobnie St. Lorenz a tem miastem, które właśnie mijamy, jest niezawodnie Quebec.

Rzeczywiście, było to owo stare miasto Champlain’a, którego cynkowe dachy, błyszczały tera/ w promieniach słońca, jak reflektory. „Albatros” wznosił się ku czterdziestemu szóstemu stopniowi szerokości geograficznej, oto dlaczego brzask ranny zabłysnął tego dnia tak niezwykle wcześnie.

– Tak – mówił Phil Evans – mamy przed sobą Quebec, miasto zbudowane amfiteatralnie; oto wzgórze na którem wznosi się cytadela, ten Gibraltar Ameryki Północnej! Opodal kościoły francuskie i angielskie, dalej urząd celny z kopułą i powiewającą na niej flagą angielską!

Zaledwie Phil Evans wymówił te słowa, już stolica Kanady była daleko poza nimi. Aerostatek znajdował się teraz pośrodku jakiejś chmurki, która utrudniała obserwację lądu.

Kiedy Robur spostrzegł, że przewodniczący i sekretarz Instytutu Weldona zajęli się oglądaniem wewnętrznej konstrukcji „Albatrosa”, podszedł do nich i rzekł:

– Czy wierzycie wreszcie, panowie, w możliwość poruszania się w powietrzu przy pomocy aparatów, cięższych od powietrza?

Trudno byłoby zaiste zaprzeczyć tym widocznym dowodom, a jednak wuj Prudent i Phil Evans nie dali żadnej odpowiedzi.

– Nie odpowiadacie panowie? – ciągnął Robur. – Może głód przeszkadza wam mówić?… Otóż skoro postanowiłem zaproponować panom tę małą przejażdżkę powietrzną to wierzcie mi, nie chcę was karmić tym małopożywnym fluidem. Pierwsze śniadanie czeka na panów.

Ponieważ wuj Prudent i Phil Evans dotkliwie odczuwali głód, nie widzieli więc potrzeby, żeby nie skorzystać z zaproszenia. Jedno śniadanie nie zobowiązywało jeszcze do niczego, a jeżeli Robur wyląduje na ziemię to i tak będzie musiał zdać im rachunek z całego swojego postępowania.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 16

Obaj udali się na tylny pomost, gdzie w gustownie urządzonym dining-roomie, oczekiwał na nich czysto nakryty stół, przy którym podczas swej przymusowej podróży mieli stale jadać. Potrawy składały się z najrozmaitszych konserw a między innemi z chleba wyrabianego z równej ilości mąki i sproszkowanego mięsa, zmieszanego z małą ilością słoniny, który rozgotowany w wodzie, dawał wyśmienitą i pożywną zupę; następnie podano peklowaną szynkę i herbatę.

Gospodarz nie zapomniał również o Frycolin’ie. Dano mu zupy z chleba, którą mimo szczękających ze strachu szczęk skonsumował z wilczym apetytem.

– Co to będzie jeśli ten djabelski statek trzaśnie na dwoje! Oj, co to będzie jeśli rozłupie się na dwoje! – powtarzał nieszczęśliwy murzyn.

Możliwość katastrofy napawała go największym niepokojem. Pomyśleć tylko!… Upadek z wysokości pięciuset metrów, toż to człowiek zamieni się w miazgę!

Po upływie godziny wuj Prudent i Phil Evans ukazali się zpowrotem na pokładzie. Robura nie było nigdzie. Na tylnej części pokładu, w swoim oszklonym budyneczku, stał sternik z wzrokiem utkwionym w oznaczony przez Robura kierunek.

Reszta załogi, niewidoczna na pokładzie, zajęta była prawdopodobnie spożywaniem śniadania. Jeden tylko pomocnik mechanika którego pieczy powierzone były maszyny, spacerował od jednego pomostu do drugiego.

„Albatros” leciał teraz pięćset metrów ponad ziemią, widoczną zupełnie dokładnie przez obu dżentelmenów.

– Trudne do uwierzenia! – zauważył Phil Evans.

– A więc nie wierzmy, – odpowiedział wuj Prudent.

Przeszli następnie na przedni pomost i spojrzeli na zachodni widnokrąg,

– Ach, znowu miasto! – zawołał Phil Evans.

– Może je pan poznać?

– Tak, zdaje mi się, że to Montreal.

– Montreal?… Przecież zaledwie przed dwoma godzinami minęliśmy Quebek?

– Dowodzi to, że aerostatek porusza się z szybkością conajmniej dwudziestu pięciu węzłów na godzinę.

„Albatros” pędził rzeczywiście z szybkością dwudziestu pięciu węzłów na godzinę i jeśli pasażerowie nie odczuwali zawrotnego pędu, to jedynie dlatego, że lecieli z wiatrem. W czasie pogody, szybkość taka, równa szybkości pociągu pospiesznego nie jest widoczną, lecz przy wietrznej pogodzie, trudno ją nieraz znieść.

Nie mylił się Phil Evans. Pod „Albatrosem” ukazał się teraz Montreal, łatwy do rozpoznania dzięki mostowi Wiktorji, rozpiętemu nad wezbranemi falami Św. Wawrzyńca. Wkrótce można już było odróżnić jego szerokie ulice, olbrzymie magazyny, pałace, banki, katedry, bazylikę zbudowaną na wzór bazyliki św. Piotra w Rzymie i wreszcie park Mont-Royal, który otaczając całe miasto, przemienia je w jeden wielki ogród.

Na szczęście Phil Evans był już raz w stolicy Kanady. Po Montrealu znaleźli się w dwie i pół godziny później nad Ottawą, której wodospady sprawiały nadzwyczajny i imponujący efekt.

– Oto gmach parlamentu, – rzekł Phil Evans.

I wskazał ręką na budowlę podobną do zabawki norymberskiej, którą po chwili zakryło jakieś lesiste wzgórze. Architektura tej zabawki tak była podobną do parlamentu londyńskiego, jak katedra Montrealu do kościoła Św. Piotra w Rzymie. Samo miasto Ottawa nie jest zbyt duże.

Wuj Prudent i Phil Evans nie mieli nawet możności przyjrzeć mu się dokładniej. „Albatros” leciał wciąż na zachód i Ottawa szybko oddalała się od nich i wkrótce tworzyła tylko maleńką, jaśniejszą plamę na ziemi.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 17

Mogło być około drugiej po południu, gdy Robur ukazał się z powrotem na pokładzie. Towarzyszył mu sternik Tom Turner. Robur wydał mu krótki rozkaz. Sternik zakomunikował rozkaz kapitana swoim dwu pomocnikom na przednim i tylnym pomoście. Na dany znak zmienił nagle sternik kierunek „Albatrosa”, i aerostatek zboczył o dwa stopnie na południowy zachód. Równocześnie wuj Prudent i Phil Evans spostrzegli, że Albatros zwiększył swoją szybkość.

Szybkość tę można było zresztą jeszcze łatwo podwoić, przy pomocy znakomitej maszyny pędnej, stanowiącej niedościgniony wzór dla wszystkich ziemskich motorów.

Łatwo to samemu osądzić. Torpedowce osiągają szybkość dwudziestu węzłów albo czterdziestu kilometrów na godzinę. Najprędsze pociągi pospieszne robią do stu kilometrów, a sanie ślizgowe na zamarzniętych jeziorach Stanów Zjednoczonych do stu piętnastu kilometrów. Łodzie motorowe wykonane w warsztatach Patterson’a osiągnęły na jeziorze Erie szybkość stu trzydziestu kilometrów, a lokomotywa pospieszna między Trenton a Jersey nawet sto trzydzieści siedem kilometrów.

Natomiast „Albatros” przy maximum natężenia swoich motorów mógł osiągnąć dwieście kilometrów na godzinę tzn. około pięćdziesięciu metrów na sekundę.

Taką szybkość osiągają orkany, wyrywające drzewa z korzeniami, jak ów, który 21 września 1881 r. w Cahorze miał sto osiemdziesiąt cztery kilometry na sekundę. Pięćdziesiąt metrów na sekundę to średnia szybkość gołębia pocztowego, którego prześciga tylko jaskółka (sześćdziesiąt siedem metrów na sekundę).

Jednem słowem, jak powiedział Robur, „Albatros” przy maximum swej szybkości mógłby zrobić podróż naokoło świata w przeciągu dwustu godzin, tzn. w osiem dni.

Czy potrzebne są jeszcze jakieś wyjaśnienia? Fenomenem, który poruszył cały Stary i Nowy Świat był właśnie aerostatek inżyniera Robura. Trąbą, wygrywającą w powietrzu symfonje, była trąba sternika Toma Turner’a. Chorągwie, które były zatknięte na wszystkich główniejszych budynkach Europy, Azji i Ameryki, były flagą Robura Zwycięscy i jego „Albatrosa”.

A jeśli dotąd inżynier Robur zachowywał pewną ostrożność, aby nie być poznanym i latając tylko nocą, dniem chował się za obłoki, to obecnie zdawał się mniej przestrzegać tajemnicy. Jeśli bowiem przybył do Philadelphji i zjawił się na posiedzeniu Instytutu Weldona, miał zapewne zamiar robić co innego, niż mówić o swoim cudownym wynalazku, i starać się przekonywać niedowiarków.

Tymczasem Robur zbliżył się do naszych przyjaciół. Obaj udali, że nic ich nie interesuje i nie dziwią się nikomu i niczemu. Robur zaś udał, że tego nie spostrzega i rzekł, nawiązując jakgdyby do przerwanej przed chwilą rozmowy:

– Zastanawialiście się panowie zapewne nad pytaniem, czy aerostatek mój może rozwinąć jeszcze większą szybkość. Uważałbym się za niegodnego nazwy Robura Zwycięscy, gdyby tak być miało. Budując Albastora, wychodziłem z założenia, że powietrze stanowi dostateczne oparcie dla aerostatku. Nie potrzebuję żagli, aby mnie popychały, ani kół, by prędzej i łatwiej się poruszać – tylko powietrze… nic więcej. Powietrze, które otacza mnie jak wody morskie otaczają okręt, a moje propelery obracają się w niem tak samo, jak śruba parostatku w wodzie. Oto cała tajemnica, oto w jaki sposób rozwiązałem problem awjacji. Nie macie tu do czynienia moi panowie, ani z balonem, ani z żadnym innym aparatem lżejszym odpowietrza.

Wuj Prudent i Phil Evans nic nie odpowiedzieli. Robur uśmiechał się i mówił dalej:

– Ciekawi może jesteście, panowie, czy „Albatros”, pędząc z tą samą szybkością może poruszać się poziomo i pionowo, t. zn. czy może wzbić się w wyższe regjony atmosfery. Nie radziłbym wam puszczać Go a head z nim zawody.

Wuj Prudent i Phil Evans wzruszyli ramionami.

Robur dał znak. Natychmiast maszyny pędne stanęły i „Albatros”, uleciawszy jeszcze w tym samym poziomym kierunku około jednej mili, zatrzymał się nieruchomo w miejscu.

Na nowy znak kapitana, puszczono w ruch maszyny i aparat wzniósł się wgórę zupełnie prostopadle, jak skowronek.

– Panie! Kochany panie!… – krzyczał Frycolin – Oj, trzaśnie, oj, rozwali się na kawałki.

Robur uśmiechnął się. Po kilku minutach „Albatros” osiągnął wysokość dwuch tysięcy siedemset metrów; oczom wuja Prudenta i Phila Evansa ukazało się rozległe pole widzenia na siedemdziesiąt mil; – następnie Albatros wzniósł się na wysokość czterech tysięcy metrów. Barometr spadł do czterechset osiemdziesięciu milimetrów.

Po tej udanej próbie „Albatros” zniżył lot. Zmniejszenie ciśnienia w górnych warstwach powietrza powoduje zwiększenie ciśnienia krwi na ścianki arteryj i żył. Okoliczność ta jest przyczyną licznych wypadków; naczynia krwionośne pękają, powodując krwotoki, a następnie śmierć. Robur był zanadto ostrożny, by dopuścić do czegoś podobnego.

„Albatros” osiągnął zpowrotem swą normalną wysokość i po powtórnem puszczeniu w ruch maszyn pędnych, pofrunął ze zdwojoną szybkością ha południowy zachód.

– A teraz, moi panowie, możecie sobie sami odpowiedzieć na swoje pytania.

Rzekłszy to, przechylił się przez balustradę pomostu i bez słowa obserwował rozciągający się pod nim krajobraz.

Gdy wreszcie podniósł głowę do góry prezydent i sekretarz Instytutu Weldona zbliżyli się do niego ukłonili ceremonjalnie, poczem wuj Prudent rzekł:

– Inżynierze Roburze, – pytania, które miał pan na myśli, nie interesują nas wcale. Chcieliśmy zadać panu jedno tylko pytanie, na które pragniemy otrzymać odpowiedź.

– Mów pan!

– Jakiem prawem napadł pan na nas w Philadelphji w parku Fairmonta? Jakiem prawem zamknął nas pan w celi? I jakiem prawem uprowadził nas pan na pokładzie swego aerostatku.

– A jakiem prawem, panowie baloniści, – odpowiedział Robur – obraziliście mnie, wyszydzali w waszym własnym klubie i wreszcie godziliście w moje życie tak, iż sam się dziwię jakim cudem zdołałem uniknąć śmierci?

– Pytanie nie starczy za odpowiedź – odpowiedział Phil Evans. – Jeszcze raz pytam, jakiem prawem uwięził nas pan na swoim statku?

– Chce pan wiedzieć?

– Tak jest, chcę wiedzieć?

– A więc prawem silniejszego.

– To cyniczne powiedzenie.

– Ale tak jest.

– A jak jeszcze długo, panie inżynierze, – wtrącił się do rozmowy wuj Prudent, – jak długo myśli pan nadużywać tego prawa?

– Proszę panów – odpowiedział Robur – jakże możecie zadawać takie pytania, gdy oczy wasze napawają się widokiem, jakiemu niema równego na świecie?

„Albatros” krążył właśnie nad niezmierzoną powierzchnią jeziora Ontario, a potem leciał nad krajem, który tak malowniczo opisał Cooper, by skierować się stąd ku południowym granicom powierzchni wodnej Ontario, a następnie ku sławnej rzece, pełnej wodospadów, zasilającej wodami swojemi jezioro Erie.

Na chwilę odczuli pasażerowie wilgotny pył w powietrzu i usłyszeli odległy pomruk toczącej się wdali masy wodnej; równocześnie temperatura obniżyła się znacznie.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 18

Głęboko pod nimi przewalały się olbrzymie zwały huczących wodospadów. Można było pomyśleć, że ma się przed sobą jakąś olbrzymią krystaliczną rzekę, ponad którą rozpięty został cudowny łuk różnokolorowej tęczy. Był to rzeczywiście, imponujący widok.

Ułożony przed wodospadami wąski most, łączył jeden brzeg z drugim. Dalej jeszcze – w odległości około trzech mil – widać było drugi most wiszący, przez który jechał właśnie pociąg od strony kanadyjskiej.

– Wodospady Niagary! – zawołał Phil Evans.

Okrzyk ten wyrwał się z jego piersi zupełnie mimowolnie, podczas gdy wuj Prudent nadaremnie usiłował nie zwracać uwagi na wszystkie cuda, jakie się roztaczały przed jego oczami.

W minutę później „Albatros” był już po drugiej stronie rzeki dzielącej Stany Zjednoczone od Kanady i leciał ku północnym granicom Ameryki.



ROZDZIAŁ VIII.

Robur odpowiada na postawione mu ważne pytanie.

W jednej z licznych kabin pierwszego pomostu znaleźli wuj Prudent i Phil Evans znakomite schronienie, zaopatrzone w dostateczną ilość bielizny i ubrań na zmianę, w podróżne płaszcze i pledy. Żaden okręt transatlantycki nie mógł im zapewnić większej wygody. A że mimo to dręczyła ich bezsenność jest to tylko wina dręczących myśli, które im nie pozwalały na spoczynek. W jaką nieobliczalną awanturę wdali się niebacznie? Ile już przeżyli i co jeszcze będą musieli przeżyć, a wszystko wbrew własnej woli? Jakże zakończy się cała historja i jak wogóle inżynier myśli ją zakończyć? Doprawdy, dość było powodów do niepokoju.

Frycolin został umieszczony w kabinie przylegającej do kabiny kucharza „Albatrosa” – sąsiedztwo to musiało mu być miłe – lubił bowiem przestawać z wielkimi tego świata. Jednak gdy sen skleił mu powieki śnił tylko o katastrofie i koszmarny sen dręczył go i mordował przez całą noc.

A przecież żadna podróż nie mogła być bezpieczniejszą od tej podróży powietrznej, wśród zupełnej ciszy późnej godziny wieczornej. Prócz ustawicznego turkotu propelerów nie docierał tu żaden prawie szmer z ziemi, conajwyżej gwizd lokomotywy pędzącej po szynach, lub ryk bydła wracającego z pastwiska. – Jakiś dziwny instynkt zdradzał zwierzętom lot aerostatku i lęk swój objawiały donośnym porykiem.

Na drugi dzień tj. 4 czerwca już o piątej godzinie rano wuj Prudent i Phil Evans spacerowali po pokładzie „Albatrosa”. Nie zauważyli żadnej zmiany – obserwator stał jak zwykle na przednim pomoście, a sternik na tylnym. Phil Evans zadał sobie pytanie, poco ta warta? Czyżby Robur obawiał się zderzenia z podobnym aerostatkiem? Nie! Robur nie znalazł jeszcze naśladowców! Możliwość zderzenia była więc tak minimalna, że nie mogła wchodzić w rachubę. W każdym razie, najgorzej wyszedłby na tem ten inny aerostatek, gdyż „Albatros” nie miał się czego obawiać; był zbyt solidnie zbudowany.

Czy istniała zatem możliwość katastrofy innego rodzaju? Tak. „Albatros” mógł nieopatrznie znaleźć się przed jakąś zaporą tak jak, np., okręt przed górą lodową, której nie może wyminąć, a która zamyka mu drogę. Taką właśnie górą dla aerostatku, jest próżnia powietrzna, lub skała.

Inna rzecz, że inżynier Robur zawsze naprzód wyznaczał kurs lotu i określał jego wysokość, by móc przelecieć ponad najwyższemi szczytami gór. Ponieważ zaś obecnie znajdowali się w bardzo górzystej okolicy, więc ostrożność taka na wypadek zboczenia z drogi, była bardzo na miejscu.

Patrząc na dół wuj Prudent i Phil Evans zauważyli olbrzymie jezioro. Wywnioskowali z tego, że podczas nocy dawno już przelecieli jezioro Erie. Ponieważ zaś aerostatek leciał wprost ku zachodowi, więc musieli niezadługo osiągnąć najdalszą połać jeziora Michigan.

– Nie ulega wątpliwości – rzekł Phil Evans – że to morze dachów to Chicago.

Nie mylił się. Było to właśnie Chicago, w którem schodzi się siedemnaście linji koleji żelaznych, królowa zachodu, olbrzymi spichlerz, napełniony produktami Stanów Indiana, Ohio, Wisconsin, Missouri i innych jeszcze prowincji, wchodzących w skład tej zachodniej części Stanów Zjednoczonych.

Uzbrojony w doskonałą lunetę morską, znalezioną w swojej kabinie, mógł wuj Prudent z największą łatwością rozpoznać najgłówniejsze budowle miasta. Kolega jego pokazywał mu kościoły, gmachy publiczne, niezliczone elewatory, jak również olbrzymi hotel Sheeman’a, który podobny z tej wysokości do olbrzymiej kostki do gry, spoglądał ku nim tysiącem oczu szyb.

– Chicago dowodzi – zauważył wuj Prudent – że posunęliśmy się trochę za daleko na zachód, co zupełnie nie odpowiada naszym zamiarom powrotu do Filadelfji.

Rzeczywiście „Albatros” oddalał się w prostej linji coraz dalej od stolicy Pensylwanji.

Gdyby nawet wuj Prudent zechciał prosić inżyniera Robura o odwiezienie ich na wschód, byłoby to chwilowo niemożliwe, choćby dlatego, że Robur nie opuszczał swojej kabiny, w której albo był czemś zajęty, albo może spał. Obaj dżentelmeni musieli zjeść śniadanie samotnie.

Szybkość lotu od wczorajszego dnia nie uległa zmianie. W oczekiwaniu na Robura, spacerowali po pokładzie tu i tam w cieniu warczących propelerów, wyglądających teraz jak pojedyncze lśniące tarcze.

W dwie godziny potem znaleźli się nad północną częścią miasta Illinois, a później nad ojcem wód, Mississipi, na którego powierzchni dwukominowy parowiec, wyglądał jak zwyczajna łódka. Potem skierował się „Albatros” do Jowy, a około jedenastej przed południem był już niedaleko Jova-City.

W okolicy tej wznosił się łańcuch pagórków ciągnących się z południa na północny zachód, nie na tyle wysokich aby zmusić aerostatek do porzucenia normalnej trasy lotu. Łańcuch wzgórz stopniowo opadał, ustępując płaskiej wyżynie Jovy, która ciągnie się przez całą północną część Nebraski. Tu i tam błyszczały w słońcu liczne dopływy rzeki Msisouri. Na obu jej brzegach widniały miasta i wioski, które jednak stawały się coraz rzadsze w miarę jak aerostatek posuwał się na zachód. „Albatros” pozostawił daleko za sobą ostatnią osadę ludzką.

W ciągu całego dnia nie zaszło nic szczególnego. Wuj Prudent i Phil Evans byli pozostawieni sami sobie. Raz tylko jeden zobaczyli Frycolin’a, który leżąc na pokładzie, miał oczy zamknięte, by nic nie widzieć. W ten sposób uniknął zawrotów głowy. Na tak dużej wysokości choroba przestrzeni nie objawia się zresztą tak jak, np., gdy patrzy się z dachu wysokiego budynku. Otchłań traci swą siłę przyciągającą, gdy człowiek znajduje się w gondoli balonu albo na pokładzie aerostatku. Sam tylko horyzont wznosi się i otacza nas ze wszystkich stron.

Około drugiej po południu „Albatros” leciał ponad stanem Omaha, granicą Nebraski, ponad Omaha-City, tem prawdziwem centrum koleji transoceanicznej, łączącej New-York z San Francisko. Przez krótką chwilę wuj Prudent dojrzał żółtawe wody Missouri, potem miasto z jego drewnianemi i murowanemi domami, wyglądające pośród licznych dopływów rzeki jak klamra pasa, spinająca północną Amerykę w biodrach.

Mieszkańcy miasta bezwątpienia musieli widzieć oryginalny aerostatek.

Ich zdziwienie nie było jednak napewno większe od zdziwienia, jakie odczuwali prezydent i sekretarz Instytutu Weldona, znajdując się na pokładzie „Albatrosa”.

W godzinę później, „Albatros”, pozostawiwszy Omahę za sobą, leciał na zachód, oddalaląc się od Platte-River, którego dolina jest linją wykreślną Pacific-Railway’u. Spostrzeżenia czynione w ciągu dnia nie mogły uspokoić wuja Prudent’a i Evans’a.

– Sprawa staje się poważną; jak widzę Robur ma zamiar wcielić w życie swój głupi projekt przejażdżki do Antypodów – zauważył Phil Evans.

– Wbrew naszej woli! – potwierdził wuj Prudent. – Ale niech się ma na baczności, gdyż nie jestem człowiekiem, z którym można igrać.

– Ja również! – rzekł Phil Evans. – A jednak posłuchaj pan mojej rady, wuju Prudent’ie i powstrzymaj swój gniew.

– Ja mam powstrzymać swój gniew!…

– Do chwili, gdy nadejdzie stosowny czas na porachunki.

Około godziny piątej po przeleceniu porośniętej cedrami i świerkami Czarnej góry, poszybował „Albatros” ponad krainą, słusznie zwaną „brzydkim krajem” – taki tu chaos dziwnie postrzępionych skał i urwisk. Tu i tam pomiędzy zwałami urwisk i skał można było spostrzec ruiny jakichś dawnych, starożytnych miast czy fortów, baszt strażniczych i okopów.

Z nadchodzącym mrokiem cała Platte-River była już za nimi, a przed „Albatrosem” ciągnęła się teraz rozległa wyżyna, rozpościerająca się hen, aż do najodleglejszych krańców widnokręgu.

Wśród nocy docierały do „Albatrosa”, szybującego prawie nad samą ziemią, poryki bydła stepowego, a szczególnie bizonów galopujących przez prerję do wodopoju i lepszych pastwisk. Kiedy na chwilę milkły owe dźwięki, odzywał się głuchy tupot kopyt mustangów, podobny do poszumu wezbranych powodzią wód.

Od czasu do czasu rozlegało się skomlenie wilków, szczekanie i wrzaski lisów lub dzikich kotów, albo groźne wycie kujota, owego canis latrans, którego nazwę w zupełności usprawiedliwia jego donośny głos.

15 czerwca Phil Evans opuścił swoją kajutę już o piątej rano, z myślą, że tego dnia uda mu się może zobaczyć Robura.

Zaciekawiony dlaczego kapitan aerostatku poprzedniego dnia nie ukazał się zupełnie na pokładzie, skierował swe kroki do sternika Toma Turner’a.

Tom Turner, człek pochodzenia angielskiego, był mężczyzną czterdzieste pięcio letnim, szerokim w barach i przysadzistym, o kościach jak żelazo i twarzy à la Hogarth, jaką tylko umiał wyczarować z pod swojego pędzla ów malarz anglosaskich obrzydliwości; twarz ta nic dobrego nie wróżyła.

– Czy ujrzymy dzisiaj inżyniera Robura? – zapytał Phil Evans.

– Nie wiem – odparł krótko sternik.

– Pytam, czy wyjdzie na pokład?

– Możliwe.

– Ale kiedy?

– Przypuszczalnie wówczas, gdy będzie gotów z określeniem trasy lotu.

Rzekłszy to Tom Turner znikł w swojej kabinie.

Volens nolens musiał się sekretarz zadowolnić tą odpowiedzią, co wcale nie było uspokajające, gdyż jak wynikało z kompasu „Albatros” wciąż jeszcze szybował na południowy zachód. Co za różnica jednak między wczorajszym a dzisiejszym widokiem!

Po opuszczeniu granic stanu Omaha aerostatek zrobił tysiąc kilometrów i znajdował się obecnie nad okolicą zupełnie nieznaną Philowi Evans’owi. Kilka fortów, przeznaczonych zdaje się do trzymania w szachu indjan, wieńczyło okolicę, poprzecinaną geometrycznemi linjami palisad i bardzo rzadko porozrzucanych wiosek.

W dali wznosił się, widoczny narazie w zarysach, łańcuch skał, ozłoconych ognistemi promieniami wschodzącego słońca.

Było to potężne pasmo górskie.

Po raz pierwszy wuj Prudent i Phil Evans odczuwali tego rana zimno, choć zmiany temperatury nie można było przypisać pogodzie.

– Jest to zapewne skutek wzniesienia się naszego aerostatku w wyższe warstwy powietrza – pomyślał Phil Evans.

Rzeczywiście, barometr znajdujący się na zewnętrznej stronie drzwi, opadł do pięciuset czterdziestu milimetrów – co odpowiadało trzem tysiącom metrów wysokości.

W godzinę potem „Albatros”, zmuszony do tego górzystą okolicą, wzniósł się do wysokości czterech tysięcy metrów. Ani wuj Prudent ani jego towarzysz nie mogli rozpoznać, co to za kraj. W ciągu nocy aerostatek zmienił widocznie kierunek lotu z północy na południe, a przy jego szybkości wystarczało to w zupełności, by przebyć znaczną część obranej drogi.

Snując mniej lub więcej prawdopodobne przypuszczenia, zgodzili się na jedno, że rozciągający się pod nimi teren, otoczony wokół wieńcem gór, jest właśnie terenem, który akt kongresowy z marca 1872 roku przeznaczył na Park Narodowy Stanów Zjednoczonych.

Amerykanie mieli zupełną rację, obierając ten teren na park narodowy; wznoszą się tu góry zamiast wzniesień, jeziora zamiast stawów, rzeki zamiast strumyków, ogromne lasy zamiast sztucznych labiryntów i prawdziwe gejzery zamiast sztucznych wodotrysków.

W kilka minut potem „Albatros”, pozostawiając z prawej strony górę Stevensona, przeleciał przez rzekę Yellowstone i szybował ku wielkiemu jezioru, noszącemu to samo miano, co rzeka. Jakże cudownie odzwierciedlała powierzchnia jeziora lazur niebios! A wokół niego – wokół najwyżej położonego jeziora na ziemi – krążyły niezliczone gromady różnorodnego ptactwa: gęsi, mew, czapli, pelikanów i mnogiego ptactwa wodnego. Strome, spadziste ściany gór pokryte były modrzewiami i jodłami, podczas gdy u podnóża ich dymiły niezliczone, białe, źródła parowe, wydobywające się tutaj ze środka rozżarzonej ziemi.

Dla kucharza nadarzała się teraz najlepsza okazja do połowu ryb i zwłaszcza foreli, gdyż gatunek ten przebywa tłumnie w jeziorze Yellow. Jednakże „Albatros” trzymał się wciąż na tej wysokości, z której połów był niemożliwy.

W trzy kwadranse potem jezioro i kraj gejzerów, które mogą śmiało współzawodniczyć z najpiękniejszemi w Islandji, był już po za nimi. Przechyleni pzez balustradę wuj Prudent i Phil Evans podziwiali te wodne kolumny, które zdawały się rosnąć, by dodać „Albatrosowi” nowej siły pędnej.

Robur znał widocznie aż nadto dobrze te cuda przyrody, gdyż nie ukazał się nawet na pokładzie.

Czyżby kierował swój aerostatek tylko dla przyjemności gości ponad parkiem narodowym? Jeżeli przypuszczenie to było słuszne, to czemu unikał ich podziękowań, nie pokazując się nawet podczas śmiałego lotu ponad skalnemi wierzchołkami gór, przez jakie Albatros na szczęście niezbyt wysoko, dzięki licznym przełęczom, musiał szybować w ciągu niespełna trzech godzin. Znajduje się tu wiele takich przełęczy, mniej lub więcej dogodnych, przez które można się przedostać – jak np. przełęcz Bridger’a, którą poprowadzona jest kolej transamerykańska do krainy Mormonów.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 19

W jedną z podobnych przełęczy skierował swój lot „Albatros” zmniejszywszy uprzednio szybkość by łatwiej uniknąć ewentualnych zderzeń ze zboczem góry. Był to zaiste imponujący widok; sternik pewną ręką nadawał kierunek „Albatrosowi” szybującemu wzdłuż stromych ścian skalnych. Mimo całego wstrętu, jaki odczuwali wobec Robura i jego dzieła obaj wrogowie dewizy „cięższe odpowietrza”, musieli jednak czuć pewien respekt dla tej maszyny, poruszającej się tak pewnie w powietrzu.

W przeciągu niecałych dwóch i pół godzin „Albatros” przeleciał przez grzbiet górski i przybrawszy swoją poprzednią szybkość stu kilometrów na godzinę, skierował się na południowy zachód, zniżając równocześnie lot do kilkuset metrów ponad ziemią.

Ostry gwizd zwrócił uwagę wuja Prudent’a i Phil’a Ewans’a, na przejeżdżający pod nimi pociąg, zdążający do miasta słonego jeziora.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 20

W tym samym momencie, na znak Robura aerostatek zniżył jeszcze bardziej swój lot i szybował za pędzącym całą silą pary pociągiem. Kilka głów ukazało się w drzwiach wagonów – potem liczne rzesze podróżnych zaległy pomosty, a niektórzy nawet odważyli się wejść na dach wagonu, by tem lepiej móc widzieć latającą maszynę. Rozgłośne: hip, hip, hurra! wstrząsnęło powietrzem ale i to nawet nie zachęciło Robura do wyjścia na pokład. Zmniejszywszy jeszcze więcej swą szybkość, leciał teraz „Albatros”, jak olbrzymi owad nad pociągiem, zbaczał na prawo, i na lewo, nawracał lub też wyprzedzał pociąg i wreszcie zatknął dumnie na swym maszcie czarną flagą, którą maszynista pociągu pozdrowił przeciągłem gwizdnięciem lokomotywy i trzydziestosiedmiogwiezdną flagą Stanów Zjednoczonych,

Napróżno obaj więźniowie, pragnąc wykorzystać nadarzającą się sposobność, chcieli dać jakiś znak o sobie. Napróżno, prezydent Instytutu Weldona krzyczał swym tubalnym głosem:

– Jestem wuj Prudent z Filadelfji!

A sekretarz:

– Jestem Phil Evans, kolega klubowy wuja Prudenta!

Wołania ich tonęły w głośnych hurra, jakiemi pasażerowie pociągu pozdrawiali to osobliwe zjawisko statku powietrznego.

W międzyczasie na pokładzie aerostatku ukazało się czterech ludzi załogi, z których jeden – jak to zwykle robią marynarze przy mijaniu wolno płynącego okrętu – zrzucił na pociąg kawałek liny jako znak, że może go za sobą holować.

Następnie, osiągnąwszy swą normalną szybkość, „Albatros” poszybował dalej i w pół godziny potem miał już ów pospieszny pociąg daleko za sobą.

Około jedenastej przed południem podróżni ujrzeli wielką tarczę odbijającą promienie słoneczne, jak reflektor.

– To stolica mormonów, Salt-Lake-City! – zawołał wuj Prudent.

Było to, rzeczywiście, miasto „słonego jeziora”, reflektorem zaś, dach świątyni, mogącej śmiało pomieścić dziesięć tysięcy wiernych. Dach ten jak olbrzymie zwierciadło, rozrzucał we wszystkich kierunkach promienie słoneczne.

U podnóża góry Wasatsh rozciąga się duże miasto. Góra aż do połowy wysokości pokryta jest cedrami i jodłami, a u podnóża jej sączy się Jordan, zasilający wodami Utahu, wielkie słone jezioro. Pod „Albatrosem” widniała teraz warcabnica ulic i placów. Salt-Lake-City, jak większość miast amerykańskich, zbudowana jest wkształt warcabnicy na której spotyka się zresztą więcej dam niż kamieni, gdyż wielożeństwo kwitnie u mormonów. Kraj słynie z wysokiej kultury rolnej czego świadectwem były dobrze uprawne pola i tysiączne stada owiec.

Ale wszystko to zniknęło niebawem i okryło się mgłą. „Albatros” leciał teraz ze zdwojoną szybkością na południowy zachód.

Wkrótce potem szybował już nad stanem Newada i jego srebrodajną okolicą, oddzieloną tylko Sierrą od złotodajnej Kalifornji.

– Jeszcze przed wieczorem ujrzymy San Francisco – odezwał się wuj Prudent.

– A potem?… – rzekł Phil Evans.

O szóstej po południu Sierra Nevada była już za nimi. Od miejsca w którem się znajdowali było zaledwie trzysta kilometrów drogi do San Francisco i nieco mniej do stolicy Kalifornji Sacramento.

Szybkość „Albatrosa” była jednak tak duża, że już około godziny ósmej wyłoniła się z widnokręgu kopuła Kapitelu, by za chwilę już zniknąć w przeciwnym jego krańcu.

W tej chwili ukazał się na pokładzie Robur. Obaj koledzy podeszli do niego.

– Inżynierze Robur – zaczął wuj Prudent – znajdujemy się na granicy Ameryki. Sądzimy zatem, że należy jut zakończyć ten żart.

– Nie żartuję nigdy, – odpowiedział Robur.

Dał znak; „Albatros” pochylił się naprzód, ale z taką szybkością, że wszyscy musieli schronić się do kajut.

– Muszę z całej siły panować nad sobą, żeby nie dorwać mu się do gardła! – wołał wuj Prudent, gdy tylko drzwi kabiny zamknęły się za nimi.

– Musimy spróbować ucieczki – radził Phil Evans.

– Za wszelką cenę!

Za chwilę do uszu ich dobiegł złowrogi pomruk.

Były to fale morza rozpryskujące się z hukiem o skalisty brzeg. Zrozumieli, że szybują nad oceanem Wielkim.



ROZDZIAŁ IX,

w którym „Albatros” robi dziesięć tysięcy kilometrów i kończy oryginalnym skokiem.

Wuj Prudent i Phil Evans postanowili więc uciec. Gdyby było ich choć ze trzech i gdyby mieli do czynienia z ośmioma ludźmi załogi, odważyliby się na walkę. Śmiały zamach uczyniłby ich panami statku i pozwolił wylądować w dogodnem miejscu. We dwóch jednakże – Frycolin nie mógł bowiem wchodzić w rachubę – nie było o czem myśleć. Ponieważ zaś zdobycie aerostatku silą nie mogło być brane pod uwagę, nie pozostawało więc nic innego, jak wykorzystać najbliższy postój „Albatrosa” na ziemi i rzucić się do ucieczki. Taką właśnie myśl poddał Phil Evans swojemu pieniącemu się z gniewu koledze klubowemu chcąc go tym sposobem powstrzymać od jakiegoś desperackiego kroku, który mógłby tylko pogorszyć ich położenie.

W każdym razie chwilowo nie było żadnej sposobności do ucieczki, Aerostatek leciał teraz z nadzwyczajną szybkością ponad Oceanem Spokojnym.

Jakże nieskończenie długie wydały się obu dżentelmenom spędzane na „Albatrosie” noce! Już wczesnym rankiem wychodzili na pokład. Natomiast inżynier Robur – czy to przez przyzwyczajenie, czy rozmyślnie – nic opuszczał swojej kabiny. A gdy wreszcie ukazał się kiedy na pokładzie, zadowalniał się pozdrowieniem, rzuconem w przejściu na tylny pokład aerostatku.

Tymczasem odważył się wysunąć nos z kabiny nawet Frycolin, prezentując towarzystwu wiecznie zaczerwienione oczy i drżące ze strachu nogi. Szedł jak człowiek niedowierzający temu co ma pod nogami. Pierwsze spojrzenie skierował na propelery, które nie spiesząc się, pracowały spokojnie dalej.

Potem zaczołgał się do balustrady i aby nie stracić równowagi, uchwycił się jej kurczowo. Chciał prawdopodobnie ogarnąć wzrokiem kraj ponad którym na wysokości najwyżej dwóchset metrów leciał „Albatros”.

Musiał zebrać całą odwagę aby się zdobyć na tak ryzykowny krok. Trzeba było na to, według jego mniemania prawie bohaterstwa aby wystawiać swą osobę na podobne niebezpieczeństwo.

Stojąc przed barjerą, okalającą pokład, poddał się całem ciałem do tyłu, potem potrząsnął balustradą by wypróbować jej wytrzymałość, następnie wyprostował się i przegiąwszy się cokolwiek ku przodowi, wychylił głowę. Nie potrzebujemy nadmieniać że przez cały czas trwania tego eksperymentu miał oczy zamknięte. Wreszcie otworzył je.

Jakże głośno krzyknął, jak prędko uciekł z powrotem i jakże głęboko wtulił głowę w ramiona!

Pod sobą zobaczył niezmierzony ocean. Gdyby włosy jego nie były tak bardzo szczeciniaste, stanęły by mu napewno dęba na głowie.

– Morze… morze… – krzyknął uciekając.

I byłby runął jak długi na pokład, gdyby nie kucharz, który pochwycił go w wyciągnięte ramiona.

Kucharz był francuzem, a może nawet gaskończykiem, choć nazywał się Francois Tapage. Jakim sposobem dostał się na służbę do inżyniera Robura, jakie przechodził koleje losu, znajdując się pośród załogi „Albatrosa”, o tem nikt nie wiedział. W każdym razie ten stary wyga mówił bardzo dobrze po angielsku.

– Głowa do góry, do góry, do djabła! – krzyknął trzymając murzyna silnie w swoich rękach.

– Master Tapage!…– mamrotał murzyn, rzucając błędny wzrok w stronę propelera.

– Co ci Frycolinie?

– Czy Albatros może się rozpaść?

Jest to mało prawdopodobne ale niewykluczone.

– Dlaczego?… Dlaczego?…

– Ponieważ wszystko ma swój koniec, jak się zwykło mówić u mnie w domu.

– Tak, ale mamy morze pod sobą?…

– To i lepiej dla nas wrazie wypadku.

– Możemy się potopić!

– Naturalnie, że możemy się utopić, ale nie połamiemy przynajmniej kości – zapewniał Francois Tapage.

Po tej rozmowie Frycolin, zaszył się głęboko w swojej kabinie.

Przez cały dzień 16 czerwca aerostatek utrzymywał średnią szybkość dwustu kilometrów na godzinę. Zdawał się dotykać prawie spokojnej powierzchni morza, od której oddalony był zaledwie o sto metrów. Wuj Prudent i Phil Evans pozostawali w kajucie, nie chcąc spotkać Robura, który paląc papierosa, przechadzał się po pokładzie sam, lub w towarzystwie Toma Turner’a. Połowa tylko maszyn była w ruchu, a i ta w zupełności wystarczała, do utrzymania „Albatrosa” w dolnych warstwach powietrza.

W tych warunkach załoga aerostatku miałaby dobrą sposobność zajęcia się rybołówstwem co, w każdym razie stworzyłoby pewną zmianę w jadłospisie, Na powierzchni morza ukazywały się jednak same tylko kaszaloty o żółtych brzuchach; długość ich dochodziła niekiedy do dwudziestu pięciu metrów. Były to pospolite na północnych morzach cetaceery, przed któremi czują lęk nawet zawodowi rybacy.

Można było jednak dla sportu spróbować zabić wieloryba czy to przy pomocy harpunu, czy nawet bomby eksplodującej, których duży zapas znajdował się na pokładzie „Albatrosa”.

Prawdopodobnie inżynier Robur chciał popisać się przed swoimi gośćmi, do czego zdolny jest jego latający statek to też zarządził polowanie.

Gdy na rufie statku rozległ się okrzyk: – Wieloryby! Wieloryby! – pospieszyli wuj Prudent i Phil Evans na pokład. Uczynili to głównie pod wpływem myśli, że gdzieś w pobliżu znajduje się jakiś statek wielorybniczy. W tym wypadku obaj byli zdecydowani rzucić się w morze aby dostać się na statek rybacki.

Tymczasem cala załoga stała w pogotowiu na pokładzie i czekała na dalsze rozkazy.

– Czy mamy zacząć, master Robur? – zapytał sternik Tom Turner.

– Tak, Tomie – odpowiedział inżynier.

W hali maszyn stali tymczasem pomocnicy mechaników gotowi wykonać każdy rozkaz jaki zostanie przesłany z pokładu. „Albatros” opuścił się jeszcze niżej i szybował nad powierzchnią morza na wysokości zaledwie pięćdziesięciu metrów.

Jak jednak przekonali się zaraz obaj koledzy klubowi nigdzie w pobliżu nie było okrętu, nie było też żadnego wybrzeża do którego mogliby dopłynąć o ileby ich przedtem naturalnie nie pochwycił Robur.

Wielka ilość wodotrysków zdradzała obecność wielorybów, wypływających dla zaczerpnięcia powietrza na powierzchnię morza.

Tom Turner z jednym jeszcze członkiem załogi zajął stanowisko na przednim pokładzie sterowca, mając pod ręką bombę kalifornijskiego wyrobu w kształcie puszki. Robur stojąc w budce sternika dał prawą ręką znak mechanikowi, a lewą sternikowi jak mają manewrować sterowcem.

– Wieloryb!… Wieloryb! – zawołał jeszcze raz Tom Turner.

Rzeczywiście, na powierzchni morza ukazał się grzbiet cetaccer’a, długi na cztery długości kabla.

Albatros” rzucił się natychmiast w tym kierunku i w odległości niecałych sześćdziesięciu stóp stanął nieruchomo nad zwierzęciem.

W tym momencie rzucił w nie Tom Turner umocowaną na linie bombę. Suchy trzask i pocisk ugrzązł w ciele potwora, powodując w niem jeszcze jedną eksplozję naskutek której dwuramienny harpun wpił się w ciało ssaka.

– Baczność! – krzyknął Tom Turner.

Mimo złego usposobienia wuj Prudent i Phil Evans obserwowali z zainteresowaniem tę osobliwą grę.

Ciężko ranny wieloryb z taką siłą bił ogonem o powierzchnię morza, że strugi wody pryskały aż na pokład sterowca, potem zanurzył się tak głęboko, że trzeba było wkrótce popuścić liny, a kiedy wreszcie ukazał się znów na powierzchni morza, zaczął z największą szybkością biec w kierunku północnym.

Albatros”, wciąż trzymując na uwięzi wieloryba szybował z równą mu szybkością.

W ten sposób sterowiec posuwał się prawie pól godziny za wielorybem, w odległości niespełna sześciu mil; wreszcie, zauważono, że siły zaczynają opuszczać ssaka.

Na dany znak puszczono w ruch wszystkie maszyny i sterowiec wziąwszy odwrotny kierunek, oparł się osłabionemu wielorybowi.

W krótkim czasie znalazł się już aerostatek na wysokości zaledwie dwudziestu pięciu stóp nad morzem. Wieloryb wciąż jeszcze smagał powierzchnię wody ogonem z taką gwałtownością, że gęste strumienie wody opryskiwały pokład. Nagle wyprostował się i dał nurka z taką szybkością, że Tom Turner zaledwie miał czas popuścić liny.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 21

Albatros” znalazł się raptem tuż nad powierzchnią morza. W miejscu zniknięcia wieloryba utworzył się głęboki wir, a spienione fale przelewały się wprost przez pokład, tak jak przelewają się przez burtę okrętu, płynącego przeciw wiatrowi i przeciw falom.

Tom Turner jednym zamachem przeciął linę i oswobodzony nagle „Albatros” wzbił się wgórę.

W kilka minut później wieloryb wypłynął powtórnie na powierzchnię morza, ale tym razem już nieżywy. Nad bezwładnem cielskiem jego krążyła teraz cała chmara różnorakiego ptactwa.

Albatros” pozostawiając łasce losu martwe ciało wieloryba ruszył w dalszą drogę.

Następnego dnia tj. 17 czerwca ukazały się na dalekim horyzoncie kontury lądu. Był to półwysep Alaska i długi łańcuch Aleut.

Albatros” przelatywał nad skalną barjerą, rojącą się formalnie od psów morskich. Był to teren ekspansji towarzystwa amerykańsko-rosyjskiego, dla którego polowanie na jaskrawo czerwone zwierzęta, było świetnym interesem. Foki leżały nieskończenie długim szeregiem, jakby specjalnie poukładane na rzeź.

Dwa tysiące kilometrów, dzielące morze Berynga od Kamczatki, zrobił „Albatros” w przeciągu dwudziestu czterech godzin. Wuj Prudent i Phil Evans nie znajdowali się w zbyt korzystnych warunkach, by urzeczywistnić swój plan ucieczki, gdyż na pustem wybrzeżu północnej Azji, tak jak na morzu, nie mogli liczyć na niczyją pomoc.

Według wszelkiego prawdopodobieństwa „Albatros” szybował w kierunku Japonji lub Chin. Chociaż kraje te nie były wówczas bezpiecznem schronieniem dla białego człowieka obaj dżentelmeni zdecydowani byli mimo wszystko wykorzystać najbliższe lądowanie i uciec.

Czy „Albatros” będzie jednak lądował? Nie jest przecież ptakiem, który wyczerpany osiada na ziemi, ani też balonem, który utrata gazu zmusza do opuszczenia się na ląd. Dostateczne zapasy żywności i paliwa i solidna budowa „Albatrosa”, nie budziły tego rodzaju nadzieji.

Po szybkim locie nad półwyspem Kamczatką, w czasie którego zaledwie można było zauważyć Petropawłowsk i wulkan Kluczew, znalazł się „Albatros” dnia 9 czerwca nad kanałem La Perouse, położonym między północnym krańcem Japonji a wyspą Sachalinem.

Gęsta mgła otaczająca ze wszystkich stron aerostatek była tak przesycona wilgocią, że wszyscy lotnicy byli przemoknięci do nitki. Trzeba było puścić w ruch propelery wznoszące „Albatros” w kierunku pionowym i wydostać się ponad zaporę z mgły, wysokości trzystu lub conajwyżej czterystu metrów. Uczyniwszy to „Albatros”, znalazł się w czystym lazurze nieba.

Tegoż dnia inżynier Robur, przechodząc koło wuja Prudenta i Phila Evansa, rzekł:

– Gdy żaglowiec lub parowiec dostanie się w warstwę gęstej mgły, musi płynąć przy akompanjamencie gwizdów lub syren. Musi zwolnić biegu, aby uniknąć zderzenia z innym okrętem. „Albatros” nie zna takich obaw. Cóż go mogą obchodzić mgły, gdy może się im wyrwać każdej chwili? Cały bezmiar powietrza należy do niego.

Nie czekając nawet na odpowiedź, poszedł dalej spokojnie puszczając kłęby dymu ze swej marynarskiej fajki.

– Wuju Prudent’ie – zagadnął Phil Evans – mam rzeczywiście wrażenie, że „Albatros” niczego się nie boi.

– Zobaczymy jeszcze! – odpowiedział prezydent Instytutu Weldona.

Mgła trwała z nadzwyczajnym uporem przez następne trzy dni, tj. 19, 20 i 21 czerwca. W tym czasie aerostatek lecąc ponad świętą górą Japonji Fusi-Yama, zmuszony był wznieść się jeszcze wyżej. Gdy wreszcie wydostali się z mgły, ujrzeli ogromne miasto, pełne pałaców, will, wieżyczek, ogrodów i parków. Nie patrząc nawet na nie, poznał je Robur po wyciu tysięcy psów, po wrzasku ptactwa, a przedewszystkiem po licznych trupach, które zaścielały ziemię.

Obaj koledzy klubowi znajdowali się właśnie na pokładzie sterowca, gdy nadszedł Robur.

– Nie widzę powodu, – rzekł – czemu miałbym taić przed wami, że miasto, które widzicie, nazywa się Yeddo i jest stolicą Japonji.

Wuj Prudent nie odpowiedział. Zawsze ilekroć znajdował się w obecności inżyniera, sapał, jakgdyby płucom jego brak było powietrza.

– Widok Yeddo jest naprawdę niezwykły.

– Mógłby być niezwykły… – poprawił Phil Evans.

– A jednak nie umywa się do widoku Pekinu – rzekł Robur. – Oto moje zdanie i będziecie to panowie mogli wkrótce sami ocenić.

Rzekłszy to, obrócił się na pięcie i poszedł do oddziału maszyn.

Albatros” lecący dotychczas w kierunku południowo wschodnim zmienił teraz swój kierunek o cztery kreski kompasu i szybował na wschód.

Przez noc mgła zapewnie opadła, pojawiły się natomiast pewne oznaki niedalekiego tajfunu, którego nadejście sygnalizował nieomylny barometr. Opary ulotniły się – ale na miedzianem prawie tle nieba, tłoczyły się wielkie chmury. Na przeciwległym krańcu widnokręgu żarzyły się formalnie karminowe smugi, wychodzące jakgdyby z ciemnobłękitnego tła nieba. Na północy niebo było zupełnie czyste i jasne.

Morze było spokojne, ale woda jego przy zachodzie słońca nabrała koloru ciemnego szkarłatu.

Na szczęście orkan szalał tylko na południu, a w tem miejscu, po za przepędzeniem mgły, nie miał żadnych następstw.

W przeciągu godziny przebyto przestrzeń cieśniny koreańskiej następnie cały półwysep tejże nazwy i gdy tajfun szalał na południowem wybrzeżu Chin, „Albatros” szybował nad morzem Żółtem, a 22 i 23 unosił się już nad golfem Petscheli; 24 leciał nad doliną Pei-Ho, aż wkońcu znalazł się nad stolicą niebieskiego państwa.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 23
'Robur the Conqueror' by Léon Benett 22

Obaj koledzy klubowi, jak przewidział Robur, przegięci przez balustradę pokładu, mogli dokładnie widzieć całe miasto, słynny mur dzielący gród słońca na część mandżurską i część chińską i dwanaście otaczających go przedmieść, szerokie ulice – aleje biegnące ku centrum miasta, świątynie, których żółte albo zielone dachy połyskiwały w zachodzącem słońcu, parki, otaczające domy mandarynów, żółte miasto wraz z pagodami, ogrodem cesarskim, sztucznemi jeziorami i górującą ponad wszystkiem górą węglową, a wreszcie czerwone miasto, tj. właściwy pałac cesarski ze swoją fantastyczną, wprost nie do pomyślenia, architekturą.

Właśnie w tym momencie zagrała pod „Albatrosem” jakaś niesamowita orkiestra; zdało się, jakby grał zespół anielskich harf. W powietrzu unosiły się setki latawców o przeróżnych kształtach; były one zrobione z papieru palmowego lub pergaminu, rozpiętego na cieniutkim bambusowym patyczku, który przy najlżejszym bodaj wiaterku wydawał ten oryginalny dźwięk, zbliżony do gry na organkach. Wszystkie dźwięki, zlane w jedno, czyniły nader melancholijne wrażenie.

Roburowi przyszła fantazja zniżenia się w sam środek fruwających latawców i za chwilę „Albatros” płynął wśród otaczających go dźwięków.

Nagle między ludnością powstało jakieś nadzwyczajne podniecenie. Ze wszystkich stron rozlegały się dźwięki bębna tam-tam i innych obrzydliwych instrumentów orkiestry chińskiej, padały strzały; chciano widocznie zniszczyć „Albatrosa”, Ludzie czytający w gwiazdach poznali dzisiaj, że jest to właśnie latająca maszyna, która narobiła tyle niepokoju w całym naukowym świecie, lud natomiast, nie wyłączając czteroguzikowego mandaryna, miał go za jakiegoś apokaliptycznego potwora, który ukazał się na niebie Buddy.

Na pokładzie „Albatrosa” nikt nie troszczył się o te przyziemne wrzaski. Tymczasem właściciele latawców zaczęli je ściągać, a co płochliwsi przecinać nici utrzymujące latawce w powietrzu. Lekkie zabaweczki, ściągane nadół, wydawały jeszcze głośniejsze dźwięki, albo też po przecięciu nitki spadały jak postrzelone ptaki, wygłaszając swój ostatni śpiew.

Wtem ponad stolicą zabrzmiała potężna fanfara trąby Toma Turner’a i zagłuszyła ostatnie dźwięki latawców, ale mimo wszystko nie zakończyła strzelaniny. Gdy nakoniec jedna kula przeleciała tuż pod pokładem „Albatrosa”, aerostatek wzbił się wyżej i poszybował w kierunku południowym,

W ciągu następnego dnia nie zaszło nic takiego co by mogło być pożyteczne dla więźniów. Kierunek aerostatku pozostał niezmiennie południowo zachodni; „Albatros” zbliżał się do Hindostanu. W niespełna dziesięć godzin lotu od Pekinu wuj Prudent i Phil Evans dojrzeli na granicy Chen-Si część muru chińskiego. A potem lecieli nad górą Bung, nad doliną Wany-Ho i wreszcie w miejscu, gdzie dolina ta styka się z Tybetem, przelecieli granicę chińskiego cesarstwa.

Sam Tybet tworzy pozbawioną wszelkiej roślinności wyżynę, gdzieniegdzie pokrytą szczytami górskiemi, przepaściami i poprzeżynaną strumieniami, biorącemi swój początek z lodowców.

Opadły na 450 milimetrów barometr wskazywał cztery tysiące metrów wysokości. Na tej wysokości, mimo panującego na powierzchni ziemi lata, obaj koledzy odczuwali tak znaczne oziębienie, że mając do dyspozycji ciepłe pledy i derki, woleli schronić się do rufy.

Rozumie się samo przez się, że aby utrzymać aerostatek w tak rozrzedzonem powietrzu, jakie jest na tej wysokości, trzeba było zwiększyć szybkość maszyn do maximum. Te ostatnie pracowały jednak tak wyśmienicie, że pasażerowie odczuwali zaledwie lekkie drżenie aerostatku.

Owego dnia zobaczono Garlok, miasto położone w północnej części Tybetu, stolicę prowincji Gavikhorsum. „Albatros” przeleciał nad niem na wysokości gołębia pocztowego.

27 czerwca wuj Prudent i Phil Evans ujrzeli olbrzymią przeszkodę w postaci niebosiężnych gór pokrytych lodowcami, zagradzających widnokrąg.

Stojąc oparci o przednią część rufy, by móc wytrzymać silny napór powietrza, wywołanego szybkim lotem aerostatku, podziwiali te kolosalne góry, zdające się biegnąć naprzeciw nich.

– Niebosiężne Himalaje! – odezwał się Phil Evans – Robur okrąży prawdopodobnie niższą ich część, omijając Indje.

– Tem gorzej dla nas – odpowiedział wuj Prudent – w tym ogromnym kraju, mielibyśmy pewną sposobność do ucieczki.

– Gdyby przynajmniej chciał lecieć nad Birmą na wschodzie, albo nad Nepalem na zachodzie.

– Mógłbym się założyć, że tędy właśnie będzie leciał.

– Bardzo być może, rozległ się jakiś głos za nimi.

Następnego dnia tj. 28 czerwca znajdował się „Albatros” ponad prowincją Zvang, nawprost olbrzymich gór. Z drugiej strony Himalajów leżało państwo Nepal. Idąc do Indji do strony północnej, zamykają drogę trzy pasma górskie. Dwa z nich, północne, pośród których zmuszony był przedzierać się „Albatros”, są pierwszemi stopniami granicznego wału centralnej Azji. Kuen-Lun a po nim Karakorum tworzą najpierw ową podłużną i równolegle z Himalajami biegnącą dolinę, w tej mniej więcej odległości, w której rozwidlają się rzeki Bramaputra na wschodzie i Indus na zachodzie.

Co za cudowny widok! Znajduje się tutaj przeszło dwieście szczytów, z których piętnaście ma dwadzieścia pięć tysięcy stóp wysokości. Przed „Albatrosem” wznosił się szczyt Mont Everest, wysoki na osiem tysięcy osiemset czterdzieści metrów, po prawej stronie jego Dawalaghiri, liczący osiem tysięcy dwieście metrów; a po lewej Kinahanjunga – osiem tysięcy pięćset dziewięćdziesiąt dwa metry, zajmujący według ostatnio poczynionych pomiarów drugie miejsce po Mont Evereście.

Robur nie miał prawdopodobnie zamiaru przelatywać nad temi szczytami. Nie ulegało wątpliwości, że musiał znać przesmyki gór Himalaja, a między innemi także przesmyk Ibi-Yamin, który bracia Schlagintweit przekroczyli w r. 1856 na wysokości sześciu tysięcy ośmiuset metrów; przynajmniej w tę właśnie stronę leciał aerostatek.

Nadeszły teraz godziny pełne niepokoju, choć bowiem powietrze nie było jeszcze tak dalece rzadkie, by trzeba było się uciec do specjalnych aparatów, wytwarzających tlen, konieczny do napełnienia kabin, to jednakże samo zimno było bardzo ciężkie do zniesienia.

Robur, owinięty w płaszcz, stojąc na przedniej części pokładu, sam osobiście kierował lotem aerostatku. Tom Turner silną dłonią trzymał koło steru. Maszynista zwracał baczną uwagę na baterje, w których kwasy szczęśliwym zbiegiem okoliczności nie obawiały się zamarznięcia. Wprawiane w najszybszy pęd propelery wydawały coraz ostrzejszy turkot, słyszalny zupełnie dokładnie mimo rozrzedzonego powietrza. Barometr, spadł do dwustu dziewięćdziesięciu milimetrów i wskazywał wysokość siedmiu tysięcy metrów.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 24

Jakże cudownym dla oka był ten chaos porozrzucanych szczytów górskich. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, same lśniące bielą turnie, żadnego jeziora – olbrzymie, połyskujące lodowce, sięgające dziesięciu tysięcy stóp wysokości. Nie było tu trawy, ani tych przepięknych cedrów i jodeł, rosnących u podnóża stoków górskich; ani tych gigantycznych ljan, splatających i przerzucających się z drzewa na drzewo. Żadnej zwierzyny – ani dzikich koni, ani yaków lub tybetańskich wołów; gdzieniegdzie tylko jakaś gazela, która zabłąkała się na tym pustkowiu, – żadnego ptaka, oprócz jednej jedynej pary kondorów.

Po przeleceniu tej przełączy „Albatros” zaczął się zpowrotem opuszczać na dół, a pasażerowie jego mieli teraz przed oczami olbrzymie zalesione stoki górskie i gęste lasy, które szerokim łukiem rozciągały się przed nimi.

Robur podszedł do swoich gości i odezwał się do nich uprzejmie:

– Oto Indje, moi panowie!



ROZDZIAŁ X,

o przykrej przygodzie Frycolina.

Inżynier Robur nie miał wcale zamiaru lecieć do Indji, a jeśli to czynił i przebywał Himalaje to jedynie dlatego, aby udowodnić jaką dysponował maszyną. Czy miało to oznaczać, że „Albatros” był szczytem doskonałości, skoro, jak uczy nas doświadczenie, zupełnej doskonałości niema na tym świecie. Dowiemy się o tem w dalszym ciągu niniejszego prawdziwego opowiadania.

Chociaż wuj Prudent i Phil Evans byli w głębi ducha przekonani, że aerostatek Robura jest nadzwyczajną maszyną, nie okazywali tego jednak po sobie. Szukali jedynie okazji do ucieczki, nie chcieli nawet podziwiać cudownego krajobrazu, jaki się roztaczał przed ich oczami, gdy Albatros szybował ku rozkosznym okolicom Pendżabu.

W Himalajach znajdują się strefy mokradeł, których wyziewy są bardzo szkodliwe dla zdrowia. Lecz cóż to ostatecznie mogła obchodzić „Albatrosa”, który kierując się w miejsce, w którem Hindostan graniczy z Turkiestanem i Chinami, szybował ponad objętemi febrą obszarami. Już w najwcześniejszych godzinach rannych roztaczała się przed oczami podróżnych wspaniała dolina Kaszmiru.

Jest to najpiękniejsza kotlina Himalajów. Nawadnia ją Hydaspis, ten sam, którego brzegi widziały zastępy wojsk Pyrussa i Aleksandra, w decydującej bitwie o niezależność Persji. Rzeka płynie spokojnie swoim korytem, podczas gdy miasta założone na cześć zwycięstwa słynnego króla, dawno już znikły z powierzchni ziemi.

W ciągu dnia „Albatros” szybował ponad Srinagar’em – Kaszmirem.

Wuj Prudent i jego towarzysz mieli możność obejrzenia miasta, rozłożonego po obu brzegach rzeki, mostu rozpiętego jak struna, domów ocienionych wysokiemi topolami, z wysuniętemi naprzód balkonami, sieci kanałów, po których uganiała się niezliczona ilość łódek i bark, podobnych z tej wysokości do łupin orzechowych, wspaniałych pałaców, świątyń i meczetów: a wkońcu cytadeli Hari-Parvata, zbudowanej na wzgórzu, podobnie jak fort Paryża na Mont-Valerian’e.

– Gdybyśmy znajdowali się teraz w Europie– rzekł Phil Evans – myślałbym, że to Wenecja.

– Gdybyśmy byli w Europie, wiedzielibyśmy jak znaleźć drogę do Ameryki – odpowiedział wuj Prutent.

Albatros” szybował teraz ponad doliną Hydaspisu. Zaledwie na jakieś pół godziny zatrzymał się na wysokości niespełna dziesięciu metrów nad rzeką celem zaopatrzenia się przy pomocy kiszki gumowej w świeży zapas wody, potrzebny do uruchomienia akumulatorów.

Przyjaciele nasi w jednej chwili obliczyli wszystkie szansę ucieczki i już gotowi byli wykonać swój plan, rzucając się z pokładu do wody, gdy z wszystkich stron liczne ręce złapały ich za ramiona.

Byli obserwowani, zrozumieli całą niemożliwość ucieczki.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 25

W każdym razie nie poddali się odrazu, stawiali pewien opór, usiłując nawet odepchnąć od siebie atakujących – ale załoga „Albatrosa” składała się na ich nieszczęście z silnych chłopców.

– Moi panowie – rzekł do nich inżynier Robur – jeżeli macie już przyjemność podróżowania w towarzystwie Robura Zwycięscy, jak nazwaliście mnie zresztą sami, i jeżeli znajdujecie się na pokładzie „Albatrosa”, nie powinniście go opuszczać tak po angielsku, bo to nawet bardzo niegrzecznie.

Phil Evans w ostatniej chwili powstrzymał swego towarzysza, rwącego się do popełnienia jakiegoś desperackiego kroku. Obaj skierowali się do swojej kajuty zawsze jeszcze zdecydowani uciec przy pierwszej sposobności choćby ten krok mieli przypłacić życiem.

Albatros” leciał na zachód. Owego dnia minął obszar Kabulistanu, granicę królestwa Heratu. Na trakcie, łączącym Rosję z angielskiemi posiadłościami, ukazały się olbrzymie tłumy ludzi, furgony i wozy z żywnością, jednem słowem to wszystko, co charakteryzuje armję w stanie marszu. Słychać było nawet odległe strzelanie z dział i karabinów; inżynier Robur nie mieszał się jednak nigdy w obce sprawy, dopóki go nie zaczepiono. Choć Herat był naprawdę kluczem Azji, nie obchodziło go to nic, w czyjej dłoni ten klucz się znajdował; w rosyjskiej czy angielskiej ręce. Ziemskie sprawy nie obchodziły wogóle tego nie znającego trwogi człowieka, który jedynie powietrze uznawał za wyłącznie swój teren.

A zresztą wkrótce cały ten obraz zniknął im z oczu wskutek silnej piasczystej zawiei, która w tych okolicach jest rzeczą bardzo częstą. Podobna burza znana tu pod nazwą tobbadu, powoduje niejednokrotnie zagładę karawan.

By uniknąć skutków osobliwej burzy, „Albatros” zmuszony był wznieść się o dwieście metrów wyżej i tem samem dostać się w czyściejszą warstwę powietrza.

Z tą chwilą zniknęła im z oczu również granica Persji, wraz ze swojemi rozległemi wyżynami. Dalszy lot odbywał się już bez żadnych przeszkód, choć bowiem mapa tego kraju wskazuje pewne góry, dochodzą one zaledwie do średniej wysokości i nie zmuszały aerostatku do wzniesienia się w wyższe strefy atmosfery. Uczynił do dopiero łańcuch górski Elbrus u którego podnóża rozłożył się Teheran.

Około 10 rano można już było rozpoznać szerokie fosy, otaczające pałac szacha, o murach wyłożonych fajansem. Strome brzegi fos sprawiały wrażenie najczystszych turkusów.

Śliczny ten widok nie cieszył jednak długo oka, gdyż „Albatros” zmienił nagle kierunek i leciał ku północy. W kilka godzin później znajdowali się ponad jakiemś miasteczkiem na granicy perskiej, rozłożonem nad rozległą powierzchnią wodną której brzegów nie można było rozpoznać.

Miastem tem był port Aschnarda, najdalej na południe wysunięta placówka Rosji, powierzchnią wodną morze – a raczej jezioro Kaspijskie.

Można było rozpoznać miasto, zbudowane na wzór europejski, ponad którem górowała dzwonnica, o czerwonej jaskrawej kopule.

Albatros” leciał w kierunku morza, położonego trzysta stóp niżej, niż morze Śródziemne, Wieczorem znajdował się koło wybrzeża dawniej turkiestańskiego, a obecnie rosyjskiego, a następnego dnia, tj. 3 lipca szybował nad morzem Kaspijskiem.

W miejscu tem nie był widoczny żaden ląd, ani azjatycki, ani europejski; na powierzchni morskiej można było zauważyć małe żaglowce popychane lekkim wiatrem lub t. zw. okręty pirackie o jednym maszcie, wreszcie łodzie krajowców zwane kajakami, służące do przejażdżki po morzu i do połowu ryb. Czasem tylko doleciała aż do pokładu aerostatku gęsta smuga dymu z kominów kanonierki, któremi państwo rosyjskie posługuje się jak policją wodną.

Tego samego poranka sternik Tom Turner rzekł do kucharza Francois Tapage’a:

– Zatrzymamy się nad morzem Kaspijskiem blisko czterdzieści cztery godziny.

– Ślicznie – odpowiedział kucharz – przynajmniej raz będziemy mieli okazję łowienia ryb?

– Oczywiście.

Ponieważ przeszło czterdzieści godzin miało być zużyte na przelot nad morzem Kaspijskiem, mającem zaledwie dwieście mil (angielskich) szerokości i sześćset dwadzieścia pięć długości, musiano znacznie ograniczyć szybkość „Albatrosa”, a nawet czasami zatrzymywać go w powietrzu.

Odpowiedź Toma Turner’a usłyszał znajdujący się przypadkowo na pokładzie Phil Evans.

W tym czasie Frycolin zaczął napowrót lamentować i prosił nawet sekretarza Instytutu Weldona o wstawienie się za nim u swojego pana, by tenże spowodował wysadzenie go na ziemię.

Nie odpowiadając nawet na tę bezsensowną prośbę, udał się Phil Evans na tylną część pokładu, by spotkać wuja Prudent’a i zachowując jaknajdalej idące ostrożności, powiedzieć, to, co usłyszał od Toma Turner’a i kucharza.

– Phil Evans’ie – zauważył wuj Prudent – uważam, że nie potrzebujemy sobie robić żadnych złudzeń co do postępowania tego nędznika?

– Z pewnością nie, – odpowiedział Phil Evans. – Mam wrażenie, że zwróci nam wolność, kiedy sam będzie chciał – o ile wogóle będzie kiedyś chciał.

– To też musimy zdecydować się na wszystko by tylko opuścić „Albatrosa”.

– Godny zachwytu aparat, trzeba to przyznać!

– Możliwe, – zawołał wuj Prudent – ale jest własnością łotra, który wbrew naszej woli i łamiąc prawo zatrzymuje nas na jego pokładzie. W każdym razie aparat ten stanowi tak dla Ameryki jak i dla całego świata straszne niebezpieczeństwo. Jeżeli zatem nie uda się nam go zniszczyć…

– Zacznijmy lepiej od ratunku samych siebie!… – odpowiedział Phil Evans. – A potem zobaczymy…

– Przypuśćmy – odparł wuj Prudent. – Musimy więc starać się wykorzystać każdą sposobność. Według wszelkiego prawdopodobieństwa „Albatros” leci już teraz nad morzem Kaspijskiem, a potem skieruje się ku północy lub na południe tj. z Rosji do Europy. Doskonale. Gdziekolwiek staniemy, wszędzie aż do oceanu Atlantyckiego ratunek nasz jest zapewniony. A zatem każdej godziny bądźmy w pogotowiu.

– Ale – zapytał Phil Evans – jak mamy uciekać?

– Słuchaj pan, – odpowiedział wuj Prudent. – Zdarza się czasami, że „Albatros” jest w ciągu nocy oddalony od ziemi zaledwie o paręset stóp. Na pokładzie znajdują się liny różnej długości, a zatem przy niewielkiej dozie odwagi, możnaby się po nich spuścić nadół…

– Tak – przytaknął Phil Evans – w tym wypadku i ja bym się nie namyślał.

– Ja również – mruknął wuj Prudent. – Nadmienię jeszcze, że prócz sternika, nikogo więcej niema na pokładzie. Jedna taka lina leży właśnie na pokładzie i możnaby ją było odkręcić nie zwracając niczyjej uwagi.

– Dobrze, dobrze – przerwał mu Phil Evans. – Z przyjemnością konstatuję, wuju Prudent’ie, że jest już pan daleko spokojniejszy, a to jest najważniejsze, jeśli ma się coś zrobić. Obecnie znajdujemy się nad morzem Kaspijskiem; wszędzie widać czółna. „Albatros” opuści się jeszcze napewno o wiele niżej i aby udogodnić łowienie ryb, zatrzyma się w miejscu… Czyżby nie można było wykorzystać tej sposobności?…

– Ach, – jesteśmy przecież strzeżeni i to nawet wtedy, gdy wydaje nam się, że jesteśmy zdani sami sobie – odpowiedział wuj Prudent. – Sam pan to widział najlepiej, gdy chcieliśmy skoczyć do Hydaspisu.

– A któż zaręczy, że nie jesteśmy tak samo strzeżeni w nocy?

– Wszystko jedno, trzeba z tem raz skończyć – zawołał wuj Prudent. – Trzeba skończyć z „Albatrosem” i jego łajdakiem właścicielem!

Oto, jak dalece obaj koledzy klubowi – a szczególnie wuj Prudent – zaślepieni byli w swej nienawiści i gotowi do popełnienia szalonych czynów które i im przecież groziły niebezpieczeństwem.

Poczucie własnej bezsilności wraz z pogardliwemi drwinami, któremi obdarzał ich Robur, a wreszcie ostre odpowiedzi, jakiemi ich ostatnio darzył – wszystko to czyniło ich położenie trudnem do zniesienia. Przepaść, dzieląca ich od Robura, z każdym dniem stawała się coraz głębszą

Owego dnia jak codzień między Roburem a naszymi przyjaciółmi miała nastąpić ostrzejsza wymiana zdań, do której powód dał nie przeczuwający niczego Frycolin.

Biedak widząc pod sobą bezgraniczne morze tak dalece się przestraszył, że począł lamentować i płakać jak dziecko lub jak murzyn co jest równoznaczne, murzyni są bowiem jak dzieci…

– Ja nie chcę tutaj!… Ja chcę iść stąd! – krzyczał. – Nie jestem ptakiem!… Nie jestem stworzony do latania!… Żądam wysadzenia mnie na ziemię i to natychmiast! Zaraz!

Rozumie się, że wuj Prudent nie myślał go wcale uspokajać. Przeciwnie nawet podjudzał go jak umiał w nadziei, że skomlenie murzyna doprowadzi Robura do pasji.

Ponieważ Tom Turner i reszta załogi zajęci byli przygotowaniami do połowu ryb, Robur chcąc się pozbyć Frycolina wydał rozkaz zaprowadzenia go do kajuty. Murzyn krzyczał jednak dalej, bił pięściami w ściany kabiny i darł się ile miał siły.

Można łatwo pojąć, że w tych warunkach wuj Prudent i jego towarzysz stali się przedmiotem ogólnej uwagi.

Gdyby nawet udało im się rzucić z pokładu „Albatrosa” do morza, zostaliby niechybnie schwytani przy pomocy kauczukowej łodzi „Albatrosa”. Nie można było nic zrobić i Phil Evans zadowolnił się obserwowaniem połowu ryb, podczas gdy czerwony ze złości wuj Prudent powrócił do swojej kajuty.

Wiadomo, że dno morza Kaspijskiego jest pochodzenia wulkanicznego i że wpadają do niego takie rzeki, jak Wołga, Ural, Kur, Kuma, Jemba i inne. Choć morze to nie ma żadnego połączenia z morzem Czarnem i Uralskiem, których poziom jest znacznie wyższy, jednak jest zarybione – naturalnie temi gatunkami ryb, które mogą znieść gorycz wody, pochodzącej ze źródeł naftowych, rozsianych na południu morza.

Już sama myśl pewnej odmiany w menu, dawała załodze „Albatrosa” pewne zadowolenie, które aż nadto dokładnie można było zaobserwować po mowie jej i ruchach.

– Baczność! – zawołał Tom Turner, godząc harpunem w wychylającą się z wody rybę.

Był to wspaniały, długości siedmiu stóp jesiotr, z gatunku, zwanego przez rosjan bieługą, którego ikra przyprawiona solą, octem i białem winem stanowi najlepszy kawior. Możliwe, że jesiotry rzeczne są dużo smaczniejsze od morskich, a jednak i tego powitano na pokładzie „Albatrosa” z wielką radością.

Jeszcze lepszy okazał się połów przy pomocy sieci, w której znalazło się wkrótce mnóstwo karpi, szczupaków i innych ryb, sprowadzanych z Astrachania przez smakoszów żywcem do Moskwy i Petersburga. Ryby te znalazły się na pokładzie – bez żadnych kosztów transportowych – i żywe napełniły kotły kuchenne załogi.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 26

Następnie, ludzie Robura podnieśli linę, a gaskończyk Tapage (nazwisko to oznacza po polsku hałas, wrzawę) aż skakał z radości, krzycząc ile sił w płucach, zgodnie ze swem rodowem nazwiskiem. Jedna godzina wystarczyła w zupełności, by zapełnić rybami wszystkie beczułki i „Albatros” poszybował w dalszą drogę na północ.

Przez cały czas połowu Frycolin ani na jedną chwilę nie przestawał krzyczeć, bić pięściami o ściany kabiny, jednem słowem zachowywać się jak wściekły.

– Czy ten przeklęty murzyn nigdy nie nauczy się spokoju! – zawołał Robur, którego zaczynała już opuszczać cierpliwość.

– Zdaje mi się, panie Robur, że on jednak ma zupełną rację – zauważył Phil Evans.

– Być może – ale zdaje mi się, że i ja mam słuszność, skoro chcę sobie zaoszczędzić wrzasku! – odpowiedział Robur.

– Panie inżynierze!… – rzekł, zjawiając się na pokładzie, wuj Prudent.

– Czem mogę służyć, panie prezydencie Instytutu Weldona?

Obaj zbliżyli się do siebie i przez chwilę patrzyli sobie w oczy.

Inżynier wzruszył ramionami.

– Na linkę! – zawołał.

Tom Turner szepnął kilka słów dwóm marynarzom; wprowadzono Frycolin’a na pokład.

Jakże przeraźliwie krzyczał, gdy sternik i marynarze sadowili go w koszu i wiązali kosz u końca liny.

Była to jedna z lin, które wuj Prudent chciał użyć do ucieczki.

Murzyn sądził początkowo, że mają go wieszać… ale okazało się, że ma tylko wisieć.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 27

Spuszczono linkę i Frycolin zawisł na wysokości stu stóp w powietrzu.

Teraz mógł krzyczeć i wrzeszczeć ile zechce; ale strach ścisnął go tak mocno za gardło, że nie mógł wydobyć z krtani nawet głoski.

Wuj Prudent i Phil Evans nie chcieli dopuścić do tego barbarzyństwa, – poprostu jednak zostali odepchnięci.

– To wstrętne!… – To barbarzyństwo! – krzyczał wuj Prudent, którego poprostu ponosił gniew.

– Naturalnie! – odparł Robur.

– To nadużycie władzy, przeciw któremu muszę jaknajgoręcej zaprotestować.

– Co jeszcze?

– Oświadczam, że zemszczę się przy pierwszej sposobności.

– Mścij się pan, ile się panu podoba, panie prezydencie Instytutu Weldona.

– Zemszczę się na panu i pańskich ludziach!

Załoga „Albatrosa” słysząc sprzeczkę zbliżyła się do obu balonistów w zamiarach nie wróżących nic dobrego. Robur dał jednak znak swoim ludziom, żeby odeszli.

– Tak, zemszczę się na panu i pańskich ludziach… – powtarzał wuj Prudent, którego starał się napróżno uspokoić jego kolega klubowy.

– Jak się panu podoba – odpowiedział inżynier Robur,

– Nie oglądając się na środki!

– Dosyć – zawołał nagle groźnym tonem Robur – dosyć! Jest jeszcze więcej lin na pokładzie! Milcz pan… albo… pojedzie pan za burtę jak pański służący.

Wuj Prudent zamilkł, ale nie ze strachu, tylko dlatego, że formalnie dusiła go złość. Phil Evans musiał go zaprowadzić siłą do kabiny.

Od kilku godzin pogoda zmieniła się i występowały oznaki zbliżającej się burzy. Nasycenie atmosfery elektrycznością było tak duże, że z propelerów i balustrad „Albatrosa” sypały się iskry.

Od północy, skąd nadciągała burza, kotłowały się gęste kłęby zbitych w jedną masę chmur, przecinanych ognistemi biczami wyładowań elektrycznych.

Refleksy błyskawic rzucały miljardy światełek na powierzchnię morza i były tem żywsze, im niebo więcej się zaciemniało.

Albatros” dążył wprost ku burzy i za chwilę musiał się z nią zetknąć.

A Frycolin? – Aerostatek ciągnął go za sobą w wątłym koszu, mknąc z szybkością stu kilometrów na godzinę.

Trudno odmalować przestrach Frycolin’a, gdy zoczył wokół siebie błyskawice. Cala załoga „Albatrosa” wyległa na pokład; aerostatek manewrował starając się wzbić ponad burzę.

Albatros” znajdował się właśnie na wysokości około tysiąca metrów – gdy obok niego przeleciał ze strasznym hukiem piorun, a w kilka sekund później pokryły go płomieniste chmury.

W tym momencie Phil Evans postanowił interwenjować na korzyść wiszącego w bezdnie powietrznej Frycolin’a.

Robur nie czekał jednak na to pośrednictwo lecz sam już wydał odpowiednie rozkazy.

Właśnie cała załoga zajęta była wyciąganiem na pokład kosza z Frycolin’em, gdy zwrócono uwagę na coraz wolniejszą pracę maszyn.

Robur skoczył do środkowej rufy.

– Pełną mocą naprzód! – krzyknął do maszynisty. – Musimy jaknajprędzej wzbić się ponad chmury.

– Niemożliwe, panie inżynierze.

– Dlaczego!

– Dynamo odmawia posłuszeństwa.

Albatros” opadał coraz niżej. Przytrafiło się i nim to samo co bywa podczas burzy z nadawczemi aparatami telegraficznemi; akumulatory i dynamo działały z przerwami; to co stanowi tylko pewną niedogodność w wysłaniu depeszy, przekształcało się tutaj w groźne niebezpieczeństwo i mogło się skończyć katastrofą; aerostatek tracąc szybkość mógł runąć do morza.

– Trzeba mu dać opaść – rzekł Robur – żeby wyszedł z tej niebezpiecznej strefy. Naprzód, wiara, zachować zimną krew.

Wszedł na kapitański pomost. Załoga stała na posterunkach, gotowa każdej chwili do wypełnienia rozkazu swego pana.

Chociaż „Albatros” zniżył się już na dobre kilkaset metrów, wciąż jednak znajdował się wśród grzmotów i błyskawic, które przelatywały obok niego jak rakiety. Lada chwila mógł w niego trafić piorun. Propelery obracały się coraz powolniej i gdy dotychczas aerostatek opadał tylko miarowo, teraz już groził formalnem runięciem w odmęty morskie.

Gdyby zaś spadł i pogrążył się w wodzie, nie mogłaby go ocalić żadna ludzka siła.

Ciężka chmura zawisła nad zmartwiałym statkiem. „Albatros” znajdował się nie więcej niż na sześćdziesiąt stóp nad powierzchnią morza i za dwie lub trzy sekundy musiał zetknąć się z siwemi grzywami fal.

Moment ten wykorzystał Robur. Podbiegł błyskawicznie do środkowego pomostu, chwycił za dźwig wprowadzający w ruch maszyny pędne i wyłączył akumulatory.

Aerostatek odzyskał momentalnie równowagę. Propelery zaczęły się obracać normalnie, powstrzymały upadek i „Albatros” utrzymując się przez chwilę na wysokości pięćdziesięciu stóp, uciekał teraz z nadzwyczajną szybkością przed burzą, którą też wkrótce pozostawił daleko za sobą.

Nie trzeba nadmieniać, że Frycolin choć tylko przez kilka sekund, ale użył kąpieli. Gdy znalazł się na pokładzie był taki przemoczony, jakby dał nurka pod powierzchnię morza. Trudno uwierzyć, jak nie krzyczał.

Następnego dnia, tj. 4 lipca przeleciał „Albatros” nad północną granicą morza Kaspijskiego.



ROZDZIAŁ XI,

w którym wściekłość wuja Prudent’a wzrasta w stosunku do kwadratu szybkości „Albatrosa”.

Wuj Prudent i Phil Evans musieli zrezygnować z nadziei ucieczki na przestrzeni ostatnich pięćdziesięciu godzin. Robur obawiał się, widocznie, że pilnowanie więźniów będzie trudniejsze podczas lotu nad Europą. Wiedział, że byli zdecydowani na wszystko.

Każda próba ucieczki równała się teraz samobójstwu. Kto wyskakuje z pociągu pospiesznego, jadącego z szybkością stu kilometrów na godzinę, wystawia swe życie na wielkie niebezpieczeństwo; ale kto próbuje uczynić to samo z pociągu, mknącego dwieście kilometrów na godzinę, naraża się na niechybną śmierć. A taką właśnie szybkość rozwinął obecnie „Albatros” prześcigając swym lotem nawet jaskółkę, która robi sto osiemdziesiąt kilometrów na godzinę.

Należy zaznaczyć, że „Albatros” leciał dotychczas z wiatrem północno-wschodnim, co stanowiło dla niego znaczne ułatwienie. Wiatr zmienił jednak kierunek, tak, że nie sposób było utrzymać się na pokładzie.

Obaj koledzy zostaliby dosłownie zmieceni jak pyłki z pokładu statku gdyby nie silny pęd powietrza, który ich prawie przybił do rufy.

Na szczęście zauważył ich wkrótce sternik i nacisnąwszy elektryczny guzik dał znać o żałosnem położeniu naszych bohaterów załodze sterowca.

Cztery odziane w skórzane kurty postaci wczołgały się na tylny pokład.

Ludzie znajdujący się kiedyś na pokładzie okrętu, płynącego podczas burzy pod wiatr, zrozumieją jaki opór stawia przeciwny wiatr. Tu zaś sam „Albatros” wywoływał przeciwne prądy powietrza co jeszcze pogarszało sytuację.

Trzeba było zwolnić biegu by umożliwić wujowi Prudentowi i jego koledze klubowemu rejteradę do kajuty.

Jaką silną budowę musiał mieć aerostatek Robura by móc się przeciwstawić podobnemu pędowi powietrza! Propelerów nie było prawie widać, słychać było tylko przeciągły, monotonny jazgot.

Ostatniem miastem widzianem z pokładu był Astrachań, położony na północnym krańcu morza Kaspijskiego, przy ujściu Wołgi.

Od tego miejsca lot „Albatrosa”‘ stał się podobniejszy do jakiejś karkołomnej jazdy po grzbietach chmur, jakby był niesiony przez hipogryfy których każde uderzenie skrzydeł posuwało go o jedną milę naprzód.

Było około dziesiątej rano 4 lipca, gdy aerostatek przeleciał dolinę Wołgi, kierując się na północny zachód. Po obu stronach rzeki ciągnęły się rozległe stepy Donu i Urala. Gdyby nawet można było objąć wzrokiem te olbrzymie przestrzenie, to i tak trudną byłoby rzeczą policzyć wszystkie porozrzucane na osi lotu aerostatku wsie i miasteczka. Wieczorem przeleciał „Albatros” nad Moskwą, nie okazując nawet należnych honorów powiewającej na Kremlu carskiej chorągwi.

W ciągu dziesięciu godzin sterowiec przebył przestrzeń dwutysięczną, dzielącą Astrachań od stolicy Rosji.

Linja kolejowa, biegnąca z Moskwy do Petersburga, nie liczy więcej niż tysiąc dwieście kilometrów. „Albatros” przebył je w niespełna sześć godzin i przyleciał do Petersburga i nad brzegi Newy, z punktualnością ekspressu około godziny drugiej rano.

Przed oczami wuja Prudent’a i Phila Evans’a mignęło, następnie, wybrzeże fińskie, wyspy Abo, Szwecja ze Sztokholmem, Norwegja – dwa tysiące kilometrów w niecałych dziesięć godzin! Naprawdę, można było sądzić, że żadna siła ludzka nie jest w stanie zmniejszyć szybkości „Albatros’a”.

Raz tylko statek Robura zwolnił biegu, dokładnie nad sławnym wodospadem Rjukanfos w Norwegji, by wkrótce potem rozpocząć na nowo swój szatański wyścig.

Dla tych czytelników, którzy interesują się losem Frycolina możemy nadmienić, że dzielny murzyn w czasie tej całej karkołomnej wyprawy siedział w swojej kabinie głuchy i ślepy na wszystko co się działo nazewnątrz i spał albo jadł, ile się zmieści.

Niekiedy zachodził do niego Francois Tapage i dobrodusznie żartował z wiecznych obaw murzyna.

– Hę, hę, młodzieńcze – mówił – nie płaczesz już? No, nie wstydź się, pokaż buzię! Świetnie! Jak widzę dwugodzinna jazda w koszyku zrobiła ci dobrze. A możebyś chciał raz jeszcze spróbować? Hę, przy szybkości dwustu kilometrów na godzinę byłaby to doskonała kąpiel powietrzna, skuteczna na reumatyzm.

– Oj, ja mam i tak dosyć! Zdaje mi się, że ten przeklęty statek rozleci się lada chwila na drobne kawałki – odparł Frycolin.

– Możliwe, kochany Frycolinie, wszystko możliwe; lecz lecimy tak szybko, że nie możemy nawet zlecieć. I to już jest pewna pociecha.

– Oj, czy to prawda?

– Na mój honor gaskończyka!

– Czy długo to jeszcze potrwa, panie Tapage? – spytał Frycolin.

– Czy długo? Chyba nie! – odparł kucharz. – Najwyżej kilkadziesiąt lat.

– Ach! – jęknął murzyn. – Ach, biedna moja głowa, Oj, poco ja tu wlazłem,

– Przestań wyć, Frycolinie, – zawołał Francois Tapage – bo jak Bóg na niebie, jak powiadają u nas w domu, jeszcze cię pan kapitan wsadzi na huśtawkę.

Frycolin, po bohatersku, zdusił w sobie westchnienie.

Tymczasem wuj Prudent i Phil Evans, będąc ludźmi czynu, powzięli nowy plan. Tym razem nie był to plan ucieczki. Postanowili wyjaśnić mieszkańcom kuli ziemskiej co się stało z prezydentem i sekretarzem Instytutu Weldona, kto ich porwał i gdzie przebywali.

Spodziewali się, że skoro świat dowie się o prawdziwej przyczynie ich zniknięcia, przyjaciele pospieszą z pomocą i wyrwą ich z rąk Robura.

Lecz jakim sposobem przesłać tą wiadomość? Czy powodować się metodą żeglarzy i powierzyć wiadomość rzuconej w fale morskie butelce?

Lecz że powietrze, zastępowało tu wodę zachodziła trudność tego rodzaju, że butelka nie mogła po niem płynąć. Gdyby więc nie spadła przypadkowo na jakiegoś przechodnia, któremu tak samo dobrze mogła rozbić głowę, trzeba było suponować, że nie zostałaby nigdy odnalezioną.

Obaj koledzy klubowi nie mieli, niestety, żadnego innego środka do dyspozycji i już byli zdecydowani zrzucić z pokładu statku butelkę, gdy wujowi Prudent’owi przyszła raptem inna myśl do głowy. Jak już wiemy, zażywał on tabakę, a tą małą wadę można wybaczyć Amerykaninowi, który mógłby mieć dużo gorsze nawyknienia. Miał zatem i tabakierę, która jednak już dłuższy czas była próżna. Zrobiona była z aluminjum. Gdy się ją zrzuci na ziemię jest już większa nadzieja, że podniesie ją jakiś zacny obywatel. A gdy podniesie zaniesie niewątpliwie do policji i cały świat dowie się z zawartego w niej pisma o położeniu obu ofiar Robura Zwycięscy.

Tak też rzecz przeprowadzono. Krótkie pismo zamknięte w tabakierze zawierało wszystko co mogło zainteresować przyjaciół obu dżentelmenów, a nawet adres Instytutu Weldona.

Wuj Prudent włożył papier w tabakierę, owiązał ją, następnie, szczelnie wełnianą szmatką, by ochronić od otwarcia podczas spadania i czekał na odpowiednią sposobność.

W tem wszystkiem najtrudniejsze zadanie stanowiło wyjście z kajuty i doczołganie się do barjery otaczającej pomost bez narażenia się na zrzucenie z pokładu, i to tak, by nikt owego manewru nie widział. Z drugiej strony należało uważać, by tabakiera nie wpadła w morze, jezioro lub rzekę w tym bowiem wypadku cała szansa byłaby stracona.

Kontakt ze światem zostałby w ten sposób nawiązany.

W chwili gdy kartka została napisana był dzień. Dużo roztropniej byłoby poczekać aż się ściemni i wykorzystując zwolnienie lotu aerostatku, opuścić kajutę. Może wówczas udałoby się rzucić tabakierę akurat na jakieś miasto.

Mimo skrupulatnych przygotowań plan nie mógł być jednak szybko wykonany.

Aerostatek opuściwszy bowiem Norwegję mniej więcej na wysokości Gusty, skierował się na południe i leciał wzdłuż południka zero, który jak wiadomo biegnie przez Paryż. Szybował ponad morzem Północnem, budząc zdziwienie wśród licznych spacerowiczów zalegających pokłady okrętów kursujących pomiędzy Anglją a lądem starym. Trudno było przypuścić aby tabakiera spadła na pokład okrętu, należało się spodziewać, że zginie bezpowrotnie w falach morskich.

Wuj Prudent i Phil Evans zmuszeni byli czekać na lepszą sposobność, która, jak wkrótce zobaczymy, miała niedługo nastąpić.

Około godziny dziesiątej wieczorem osiągnął „Albatros” brzegi Francji, mniej więcej w okolicy Dunkierki. Nie było stosunkowo ciemno. Na krótką chwilę można było zobaczyć latarnię morską Gris-Nez, której reflektory oświetlały całą szerokość kanału. Następnie „Albatros” poszybował nad Francją, trzymając się na wysokości niespełna tysiąc metrów.

Szybkość lotu nie uległa jednak zmniejszeniu. Sterowiec przelatywał jak bomba ponad wsiami i miastami, gęsto porozrzucanemi w tej żyznej północnej okolicy Francji. Lot odbywał się stale wzdłuż południka Paryż, ponad Dunkierką, Dollons, Amiens, Creil, St. Denis… zawsze w prostej linji.

W ten sposób „Albatros” doleciał do stolicy świata.

Co za fantazję miał inżynier Robur, zatrzymując się nad Paryżem? Trudno to było odgadnąć. W każdym razie „Albatros” zniżył się tak dalece, że zawisł na wysokości paruset metrów. Wówczas zjawił się na pokładzie sterowca Robur, a wkrótce za nim cała załoga, żądna zaczerpnięcia świeżego powietrza.

Wuj Prudent i Phil Evans postanowili wyzyskać nadarzającą się sposobność. Obaj szukali okazji, by znaleźć się w odosobnieniu, aby tem łatwiej móc wykonać swój plan.

Podobny do olbrzymiego żuka „Albatros” szybował wolno nad miastem, nad bulwarami, oświetlonemi lampami elektrycznemi jak światłem dziennem. Z dołu dolatywał turkot pociągów i pojazdów konnych.

Następnie „Albatros” wzniósł się wyżej, jakby chciał zerwać kopułę Panteonu lub krzyż z pałacu Inwalidów. Szybował pomiędzy oboma minaretami Trocadera, lecąc w stronę żelaznej wieży pola Marsowego, której olbrzymie reflektory oświetlały całą stolice elektrycznem światłem.

Powietrzny spacer ponad Paryżem trwał blisko godzinę i był jakby chwilowym postojem podczas tej długotrwałej podłoży.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 28

Inżynier Robur chciał ofiarować przy tej sposobności paryżanom widowisko meteoru, jakiego dotychczas nie widział i o jakim nie śnił żaden z astronomów. Sygnałowe światła „Albatrosa” zostały puszczone w ruch. Momentalnie dwie olbrzymie smugi światła zalały cały Paryż, wszystkie place, wszystkie narożniki domów, ogrody i wszystkie sześćdziesiąt tysięcy domów.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 29

Jak zazwyczaj można było nie tylko widzieć, ale i słyszeć aerostatek, gdyż Tom Turner puścił w ruch swą parową trąbę, której donośna fanfara zabrzmiała nad całem miastem. W tym momencie wuj Prudent przechylił się przez balustradę, otworzył dłoń i wypuścił z ręki tabakierę.

Prawie równocześnie „Albatros” wzbił się wgórę, i rozległo się tysiączne hurra, wyrwane z piesi tłumu przelewającego się po bulwarach – hurra na cześć tego fantaztycznego, wspaniałego meteoru.

Momentalnie zagasły światła „Albatros’a” i zapanowała wokół niego znów nieprzenikniona ciemność i cisza, poczem aerostatek podjął swój lot z szybkością dwustu kilometrów na godzinę.

To było wszystko, co pasażerowie mogli zobaczyć. O czwartej rano był już „Albatros” na granicy Francji. Aby nie tracić czasu na przelot ponad Pirenejami lub Alpami skierował się do Cap-d’Antibes.

O dziewiątej zgromadzeni na tarasie bazyliki św. Piotra rzymianie zobaczyli przelatującego ponad wiecznem miastem potwora. W dwie godziny później aerostatek był już nad Neapolem i zaglądał w dymiący krater Wezuwjusza. Przeleciawszy, następnie, w skośnym kierunku morze Śródziemne został spostrzeżony popołudniu przez posterunki graniczne w La Golette na brzegu Tunisu.

Z Ameryki przez Azję! Z Azji przez Europę. Więcej niż trzydzieści tysięcy kilometrów zrobił ten cudowny aerostatek w ciągu niecałych dwudziestu trzech dni.

A teraz majestatycznie szybował nad znanemi i nieznanemi krajami i okolicami Afryki.

A może czytelnik ciekaw, co się stało z ową zrzuconą z aerostatku sławną tabakierą.

Tabakierę znaleziono na ulicy Rivoli przed domem Nr. 210 w czasie, gdy ulica była jeszcze pusta. Na drugi dzień rano znalazła ją jakaś uczciwa stróżka i zaniosła na posterunek policji.

Tam wzięto ją najpierw za jakąś maszynę djabelską i przystąpiono do odwinięcia szmatki z zachowaniem wszelkich środków ostrożności.

I rzeczywiście, eksplozja nastąpiła… Silne kichnięcie od którego nie mógł się powstrzymać szef policji.

Następnie, wyjęto z tabakiery jakąś kartkę i ku ogólnemu zdumieniu przeczytano co następuje:

Wuj Prudent i Phil Evans, prezydent i sekretarz Instytutu Weldona zostali uprowadzeni przez inżyniera Robura.

Uprzejmie prosimy o zakomunikowanie tej wiadomości przyjaciołom i znajomym.

Wuj Prudent i Phil Evans.

W ten sposób przyczyna niewytłumaczonego dotąd zjawiska została wyjaśniona – astronomowie odzyskali dawno utracony spokój.



ROZDZIAŁ XII,

w którym inżynier Robur postępuje w ten sposób, jakby chodziło conajmniej o nagrodę Monthyon’u.

W czasie owego cudownego lotu dookoła ziemi obu naszym przyjaciołom przychodziły mimowoli na myśl różne pytania w rodzaju:

Kim jest Robur, o którym nic więcej niewiadomo oprócz samego nazwiska? Czy całe swoje życie przebywa w powietrzu? Czy jego aerostatek nigdy nie odpoczywa? Czy posiada jakąś niedostępną dla stopy ludzkiej kryjówkę, w której jeśli nie wypoczywa to przynajmniej zaopatruje się w zapasy? Byłaby to rzecz szczególna, gdyby to przypuszczenie nie odpowiadało prawdzie. Przecież najpotężniejsi nawet władcy powietrza – orły szybkobieżne posiadają gniazda, w których wypoczywają po trudach podróży.

A dalej: Co inżynier Robur ma zamiar zrobić z dworna więźniami, którzy są dla niego tylko niepotrzebnym balastem? Czyżby chciał ich trzymać w swej mocy i skazać na wieczne krążenie w powietrzu? Czy też po przeleceniu Afryki, Południowej Ameryki, Australji, Azji i oceanów Indyjskiego, Atlantyckiego i Spokojnego, chciał ich obdarzyć swobodą, rzekłszy może:

– A teraz, moi panowie, nie będziecie już chyba przeciwnikami dewizy „cięższe od powietrza!” Narazie na te niepokojące pytanie nie można było dać żadnej konkretnej odpowiedzi; było to tajemnicą przyszłości, która pewnego dnia zostanie niewątpliwie odsłoniętą.

Tymczasem ptak Robura próbował jakby odnaleźć bezpieczne gniazdo na północnym brzegu Afryki. Przez cały dzień krążył, lecąc to wolniej to prędzej, od przylądka Bon do Kartaginy, ponad całym obszarem Tunisu. Potem skręcił jednak raptownie w wnętrze kraju i poszybował nad cudowną doliną Medjerdy, ponad skrytym w kaktusach i różach brzegiem rzeki.

Z nadejściem nocy „Albatros” przelatywał granicę Krumiry i jeżeli nie spał jeszcze jakiś krumir i ujrzał lecącego nad sobą olbrzymiego orła, napewno padał twarzą na ziemię i prosił Allaha o wzięcie go w opiekę.

Na drugi dzień widoczną byta Bona, a później prześliczne wzgórza tej okolicy, nieco dalej Philippeville, obecny Algier, ze swoim łukowatym portem i wspaniałemi winnicami, których zielone zarośla nadają tak oryginalny charakter całej okolicy, jakby była wyciętą z cudownych obrazów Burgundji.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 31

Pięćsetkilometrowy spacer powietrzny ponad dużym i małym Kabylistanem skończył się około południa na wysokości Kasbah w Algierze. Jaki cudowny widok ukazał się teraz oczom pasażerów aerostatku! Obszar pomiędzy przylądkiem Matifu a Pescade usiany pałacami i domkami krajowców; bajeczne doliny pokryte płaszczem winnic; ciemno błękitne morze Śródziemne, po którem płynęły, podobne do małych łodzi, olbrzymie parostatki. W ten sposób dolecieli do Oranu i mieszkańcy jego zgromadzeni w ogrodach cytadeli, ujrzeli jak aerostatek znikł wraz z blaskiem pierwszych gwiazd.

Lekkie skrzywienie steru i „Albatros” poszybował na południowy wschód. Nazajutrz wuj Prudent i Phil Evans ujrzeli żółte piaski Sahary.

8 lipca została przebyta następująca marszruta: najpierw aerostatek przeleciał ponad maleńką plamą Géryville, które podobnie jak Laghnat, założone zostało na samym skraju pustyni, by ułatwić podbój jej przez kabylów, następnie pasażerowie ujrzeli Stille; podróż odbywała się przy niesprzyjającym wietrze. Potem „Albatros” szybował nad pustynią, raz wolniej i zupełnie powoli nad oazami to znów wprost z dziką chyżością, pozostawiającą daleko wtyle szybkość lotu sępów i orłów. Niekiedy trzeba było nawet strzelać do tych groźnych drapieżników, kiedy w liczbie dwunastu lub piętnastu rzucały się na aerostatek. „Albatros” leciał nad wielką Saharą, gdzie w niektórych okolicach widać było jeszcze ślady obozowiska Abd-el-Kader’a. Tu właśnie, a zwłaszcza wśród sprzymierzeńców Beni-Myel’a podróżni są narażeni na groźne niebezpieczeństwa.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 32

W pewnej chwili „Albatros” musiał wzbić się wyżej, chcąc ujść szalejącemu w pustyni samumowi. Pędzone do góry tumany żółtawego piasku, podobne były do fal wzburzonego oceanu. Trudno było sobie wyobrazić bardziej urozmaiconą panoramę, ponad tę, jaką oko obejmowało tutaj w dalekiej perspektywie. Po okrytych bujnem zadrzewieniem wzgórzach następowały siwe faliste okolice, podobne do arabskiego zawoju; wdali lśniły w słońcu oazy, potoki górskie, lasy palmowe i zrzadka porozrzucane chaty tubylcze, wśród których górował niekiedy meczet, siedlisko zwierzchnika religijnego wiernych, wielkiego szeika Marabuta Sidi.

W ciągu nocy zrobiono wiele setek kilometrów. Gdyby „Albatros” chciał się teraz zatrzymać, znalazłby się nad ukrytą w gęstwinie palm oazą Uargla. Zupełnie wyraźnie widać było miasto, przecięte jakby na trzy części, na stary pałac sułtański, coś nakształt warowni, na domki mieszkańców budowane ze zwałów skalnych i na znajdujące się w kotlinie studnie artezyjskie, z których aerostatek mógłby nabrać świeży zapas wody, gdyby nie posiadał jeszcze starego zapasu nabranego z Hydaspisu w dolinie kaszmirskiej.

Albatros” został zauważony przez arabów, mozabitów i murzynów, zamieszkujących oazę Uarglę; powitały go strzały karabinowe, które na szczęście nie dosięgły celu.

Zapadła potem noc, cicha noc pustyni, której tajemnice tak poetycznie odtworzył Felicjan David.

Aerostatek szybował w kierunku południowo wschodnim; o północy przeleciał ponad skrzyżowaniem szlaków karawan, odkrytym w r. 1859 przez nieustraszonego Duveyrier’a.

Dokoła panowała głęboka ciemność. Tak głęboka, że nie można było dojrzeć nawet śladu drogi wiodącej przez Saharę, zbudowanej według planów Duponchel’a, która łącząc początkowo Algier z Timbuktu biegła przez Leghnat i Gardaia, a później została przedłużona do Gwinei.

Albatros” znajdował się w strefie równikowej. Tysiąc kilometrów od granicy pustyni Sahary przeleciał ponad szlakiem, na którym w r. 1846 poniósł śmierć major Loiny; po przecięciu, następnie, szlaku karawan wiodącego z Marokka do Sudanu, szybował znów nad Saharą i wsłuchiwał się w „pieśń pustyni” jak nazywają ów łagodny, melancholijny szmer, zdający się wydobywać ze środka ziemi.

W tym czasie zaszedł charakterystyczny wypadek; na dużej wysokości leciała olbrzymia chmura szarańczy, z której część opadła na pokład „Albatrosa”; stało się to tak nagle, że aerostatek omal nie runął wdół pod ciężarem wielkiej ilości owadów. Na szczęście Tom Turner zorjentował się szybko w sytuacji, załoga sprawnie usunęła szarańczę z propelerów i pokładów, prócz części którą zachowa Francois Tapage. Przyrządził z tłustych owadów apetyczną potrawę. Frycolin, jedząc ten przysmak, zapomniał nawet o swoim strachu.

– Smakuje znakomicie, jak najlepsze kraby! – mówił.

Znajdowano się teraz w odległości tysiąca ośmiuset kilometrów od oazy Uargli, prawie na północnej granicy niezmierzonego królestwa Sudanu.

Około drugiej po południu ujrzano jakieś miasto, rozłożone na brzegu wielkiej rzeki. Rzeką tą był Czarny Nil a miastem Timbuktu,

Afrykańską tę Mekkę widziało dotąd niewielu podróżnych starego świata, Batonta, Khazan, Imbert, Mungo-Park, Adams, Loiny, Laillé, Barth, Lenz lecz od dziś dzięki swej przygodzie będą mogli o niej opowiadać de visu, de auditu, a ponadto de olfactu, również dwaj amerykanie – o ile wogóle kiedyś wrócą do ojczyzny.

De visu, ponieważ mogli zaobserwować olbrzymi pięcio czy sześcio kilometrowy trójkąt tworzący miasto; – de auditu, gdyż owego dnia odbywał się tam jarmark, podczas którego nie obeszło się bez krzyków i wrzawy; de olfactu, ponieważ zmysł smaku był niezbyt mile podrażniony zapachami, unoszącemi się z placu Yubu-Kauw, na którym obok pałacu królewskiego wznosiły się hale mięsne.

Inżynier Robur uznał za stosowne zwrócić uwagę prezydenta i sekretarza Instytutu Weldona, że najwyższy czas, by. przyjrzeć się królowej Sudanu, znajdującej się obecnie w rękach Tonarega z Laganetu.

– Timbuktu, moi panowie! – rzekł tym samym tonem, jakim dwanaście dni przedtem powiedział: – Indje, moi panowie!

Następnie, uzupełnił swą informację, mówiąc:

– Timbuktu, znajduje się pod 18 stopniem północnej szerokości geograficznej i 5 stopniem długości zachodniej od południka Paryż, na wysokości dwustu czterdziestu pięciu metrów ponad poziomem morza Śródziemnego. Miasto liczy dwanaście do trzynastu tysięcy mieszkańców, którzy od niepamiętnych czasów słyną ze swej sztuki i wiedzy. Może macie panowie życzenie, żebyśmy zatrzymali się tutaj na kilka dni?

Propozycja inżyniera wywołała ironiczny uśmiech na ustach obu przyjaciół klubowych.

Coprawda dla obcych nie jest to może zbyt bezpieczne znaleźć się między tymi murzynami, berberami, fellahami i arabami, którzy tu zamieszkują, szczególnie jeśli się zważy, że „Albatros” mógł im nie przypaść do gustu.

– Mój panie – odpowiedział tym samym tonem Phil Evans – za przyjemność opuszczenia pana chętnie narazimy się na niebezpieczeństwa, które mogą nas spotkać ze strony krajowców. Każde więzienie jest jednakowe, ale Timbuktu jest zawsze jeszcze lepsze od „Albatrosa”.

– To rzecz gustu – odparł inżynier Robur. – Na wszelki wypadek nie mogę jednak zezwolić na ten awanturniczy krok, gdyż jestem osobiście odpowiedzialny za bezpieczeństwo gości, którzy uczynili mi zaszczyt, że ze mną podróżują.

– A więc nie zadawalnia się pan już, panie inżynierze – rzekł, nie mogąc się powstrzymać, wuj Prudent – rolą dozorcy więzienia i jeszcze nas pan obraża.

– Nie było w tem ani krzyny żartu, proszę panów.

– Czy na „Albatrosie” niema broni?

– Owszem, jest nawet cały arsenał.

– Dwa rewolwery najzupełniej wystarczą… jeden dla mnie, a drugi dla pana.

– Pojedynek – zawołał Robur – pojedynek, który jednego z nas mógłby kosztować życie!

– Musi kosztować!

– Nie, panie prezydencie, postanowiłem sobie utrzymać pana przy życiu.

– Aby być pewnym, że i pan także będzie żyć. To bardzo mądre.

– Mądre czy niemądre, ale mnie się tak podoba. Wolno panom myśleć o tem, co im się żywnie podoba, a nawet zaskarżyć mnie do sądu.

– Zrobiliśmy to już, panie inżynierze Robur!

– Hola, doprawdy?

– A czy zrzucenie odpowiedniego pisma podczas lotu nad Europą, było rzeczą tak bardzo już trudną?

– Zrobili to panowie? –spytał Robur.

– A gdybyśmy zrobili?

– Gdybyście to zrobili zasłużylibyście…

– Na co, panie inżynierze?

– Żeby wślad za tym pismem wylecieć z pokładu „Albatrosa!”

– A więc zrzuć nas pan z niego… zrobiliśmy to! – zawołał wuj Prudent.

Robur podszedł do obu dżentelmenów. Na znak z jego strony nadbiegli Tom Turner i kilku jego kolegów. Władca „Albatrosa” miał nieprzepartą chęć, żeby wykonać swoje pogróżki i jedynie z obawy, aby nie popełnić tego bądź co bądź barbarzyńskiego kroku, zawrócił na pięcie i ukrył się w swej kajucie.

– Ślicznie! – rzekł Phil Evans.

– Czego ten gbur nie śmiał wykonać – mruknął wuj Prudent – ja zrobię, tak, ja zrobię!

W tym momencie mieszkańcy Timbuktu zgromadzili się na placach i ulicach miasta, a nawet na tarasach amfiteatralnie zbudowanych domów.

We wszystkich częściach miasta, w bogatych dzielnicach Sankor i Saraham, i w najbiedniejszych kulistych lepiankach rzucano groźne klątwy i przekleństwa na powietrznego potwora. W każdym razie było to mniej szkodliwe od kuli karabinowej.

Gdyby „Albatros” opuścił się na ziemię zostałyby z niego wkrótce tylko szczątki.

Przez kilka godzin ścigały aerostatek prześcigające się nawzajem gromady bocianów, ibisów i jarząbków, które jednakże „Albatros” w krótkim czasie pozostawił daleko za sobą.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 30

Pod wieczór usłyszano głuchy pomruk licznych słoni i bawołów, ciągnących po tej wyjątkowo żyznej okolicy.

W ciągu dwudziestu czterech godzin jakie upłynęły od chwili przelotu nad południkiem zero do momentu osiągnięcia drugiego stopnia długości geograficznej oglądali bez przerwy wspaniałe widoki.

Gdyby jakiś geograf mógł rozporządzać podobnym aerostatkiem, jakże łatwo sporządziłby wówczas topograficzne zdjęcia kraju, oznaczyłby wysokość poszczególnych miejscowości, określiłby bieg rzek i ich dopływów a wreszcie oznaczyłby dokładnie położenie miast i wsi. Wtedy na mapach środkowej Afryki nie byłoby tyle wolnych miejsc, zapełnionych obecnie bladym kolorem – nie byłoby tych punktowanych granic, doprowadzających kartografów do rozpaczy.

Rankiem 11 lipca przeleciał „Albatros” nad górami północnej Gwinei, między Sudanem a Golfem. Na dalekim widnokręgu wznosiły się w niewyraźnym narazie zarysie góry Konga królestwa Dahomey’u.

Od chwili odlotu z Timbuktu wuj Prudent i Phil Evans zaobserwowali, że aerostatek szybuje w kierunku z północy na południe. Czyżby „Albatros” zamierzał oderwać się od lądu stałego i odważył się puścić nad Atlantyk?

Podobny obrót rzeczy nie byłby dla obu dżentelmenów zbyt przyjemny.

Albatros” szybował teraz tak powoli, jakby wzdragał się opuścić ląd afrykański. Inżynier Robur nie myślał jednak o powrocie; zwolnił bieg aerostatku tylko dlatego, że uwagę jego zwrócił kraj nad którym przelatywał.

Wiadomo i inżynierowi Roburowi nie było to również rzeczą nieznaną, że najpotężniejszem państwem na zachodniem wybrzeżu Afryki jest królestwo Dahomey. Chociaż dość silne, by się móc zmierzyć z sąsiedniemi państwami posiada granice niezbyt rozległe, gdyż wynoszące zaledwie dwadzieścia siedem mil angielskich z północy na południe i około sześćdziesięciu mil ze wschodu na zachód; liczba mieszkańców sięga natomiast cyfry 800.000, od czasu aneksji obszaru Azdrah i Wydoch.

Jeśli królestwo Dahomeyu pod względem obszaru nie jest duże, to mimo to ma prawo, by o niem mówiono, choćby ze względu na okrucieństwa, jakie popełniane są przy każdym nowym roku i ofiary w ludziach, poświęcanych każdemu zmarłemu królowi. Co więcej, król Dahomeyu przyjmując u siebie jakąś dostojną osobę albo podejmując jakiegoś posła sąsiedniego państwa, każe mu w darze ściąć tuzin jeńców; funkcję tę wykonuje sam minister sprawiedliwości, „Minghan” i czyni to znakomicie.

W czasie gdy „Albatros” przelatywał nad granicą Dahomeyu, zmarł właśnie król Lahadu i cała ludność dążyła do stolicy na uroczystość wstąpienia na tron nowego króla. Ruch panujący w murzyńskiem państwie nie uszedł uwagi Robura.

Przyglądał się z zaciekawieniem karawanom udającym się do Abomey i uroczemu krajobrazowi tego żyznego zakątka Afryki. Przez kraj przebiegały dobrze utrzymane szosy, prowadzące przez wyżynę zarosłą wysoką trawą. Jak okiem sięgnąć ciągnęły się pola kukurydzowe, lasy pełne wspaniałych palm kokosowych, drzew pomarańczowych, mangowych i cudownych kwiatów, których zapach docierał aż do pokładu aerostatku; wśród gęstych zarośli uwijały się z wrzaskiem całe gromady papug i kardynałów.

Przechylony przez balustradę pokładu inżynier Robur zamienił zaledwie parę słów z Tomem Turnerem.

Mieszkańcy Dahomeyu nie widzieli widocznie „Albatrosa”, gdyż aerostatek szybował dotychczas prawie wyłącznie nad chmurami.

Około jedenastej ukazała się stolica, miasto Abomey, otoczone na dwanaście mil dokoła murem obronnym i fosą, o szerokich, równoległych ulicach i dużym pałacu Królewskim, stojącym na rozległym reprezentacyjnym placu. Wszystkie budynki przewyższała wieża, położona niedaleko placu straceń. Z tej wieży podczas wielkich uroczystości zrzucano ludowi przywiązanych do wiklinowych koszy jeńców i trudno jest sobie doprawdy wyobrazić wściekłość, z jaką mieszkańcy rozrywali formalnie na sztuki ciała tych nieszczęśliwych.

W jednej części zabudowań pałacu królewskiego koszaruje cztery tysiące wojowników i to bynajmniej nie najgorszych.

Myt grecki o amazonkach został tu wcielony w życie. W królestwie Dahomeyu służbę pełnią kobiety. Jedne noszą niebieską koszulę przepasaną czerwoną lub niebieską wstęgą i białe spodnie w niebieskie pasy na których są nawłóczone inne jeszcze białe krótkie spodenki; za pasem mają zatkniętą ładownicę. Inne są uzbrojone w niezgrabną strzelbę i sztylet o krótkim ostrzu; na głowie mają rogi antylopy zczepione żelaznym pierścieniem. Inne jeszcze ubrane w napół czerwoną, napół niebieską narzutkę za broń mają jakąś żelazną puszkę opatrzoną starą żelazną rurą. Inne wreszcie, noszą coś w rodzaju niebieskiego płaszcza i krótkie białe majteczki; są to prawdziwe westalki, cnotliwe jak sama Djana i jak ona uzbrojone w łuk i strzały.

Gdy doliczymy do tych amazonek jeszcze pięć do sześciu tysięcy wojowników w wełnianych koszulach, przepasanych wstęgą dokoła bioder, będziemy mieli cały przegląd armji Dahomeyu.

Abomey było dzisiaj zupełnie puste, gdyż król i dwór jego, łącznie z armją żeńską i męską i cała ludność, wszyscy opuścili stolicę, by podążyć do oddalonego o kilka mil miejsca ceremonji, znajdującego się na placu ocienionym rozłożystemi drzewami.

Na wzniesieniu tysiące mieszkańców oczekiwało chwili ofiarowania jeńców ku czci zmarłego króla.

Około drugiej „Albatros” zaczął się opuszczać wdół.

Na miejscu ceremonji znajdowało się około sześćdziesięciu tysięcy mieszkańców, przybyłych tutaj ze wszystkich części królestwa, z Midah’u, Karapay’u, Azdrah’u, Tombory i ze wszystkich miast i wsi.

Nowy król – silny dwudziesto pięcioletni dryblas imieniem Bu-Stadi – siedział na małem wzniesieniu, ocienionem grupą rozłożystych drzew. Przed nim stał jego cały dwór, armja męska i żeńska i cały naród.

U podnóża owego wzniesienia orkiestra złożona z pięćdziesięciu muzykantów grała na najróżnorodniejszych barbarzyńskich instrumentach, wydających surowe, nieokreślone dźwięki. Warczał duży bęben obity skórą wołu; trzaskały, jak kastaniety żelazne pręty; dzwoniły dzwonki, rzępoliły podobne do gitar instrumenty, piszczały flety z trzciny bambusowej, głusząc swym przeraźliwym tonem całą orkiestrę. Co chwila odzywały się strzały z karabinów, żelaznych puszek napełnionych prochem, czasem odezwał się jakiś odwieczny moździerz, zagrażając starą odskakującą przy wystrzale lawetą życiu artylerzysty. Nad tem wszystkiem górował nieopisany rwetes i wrzask widzów, wściekłe okrzyki wojowników, tak, iż chwilami nie było nawet słychać huku moździerza.

W jednym z zakątków wyżyny stali zbici w gromadę i strzeżeni przez straż jeńcy, poświęceni zmarłemu królowi jako orszak w zaświaty, którego brak każdy zmarły król mógł uważać sobie za obelgę. Na pogrzebie Ghozo’sa, ojca Bahadu’sa, syn jego złożył ofiarę z trzech tysięcy sług, Bu-Stadi nie mógł pozostać wtyle za swoim przodkiem. Zmarły musiał mieć przecież całą rzeszę gońców, szafarzy, podczaszych i kuchmistrzów.

Całą godzinę trwały przemowy i pogwarki, przeplatane tańcami wykonywanemi przez bajadery i amazonki, okazujące cały swój wojowniczy wdzięk.

Wreszcie nadeszła godzina kaźni. Robur, który doskonale znał krwawe ceremonje w Dahomeyu, nie spuszczał oka z mężczyzn, kobiet i dzieci, które za chwilę miały pójść pod nóż.

Minghan stał u podnóża wzgórza, dzierżąc w prawej ręce katowski miecz, opatrzony u rękojeści metalowym ptakiem, dla nadania mu większej wagi.

Tym razem jednakże nie był sam; robota była bowiem za ciężka jak na jednego kata. Otaczał go rój stu podobnych katów, którzy jednem uderzeniem miecza odrąbywali głowy od tułowia.

Albatros” zniżał się coraz bardziej; maszyny metalowego ptaka pracowały wolniej; wyglądał jak sęp krążący nad swą ofiarą. Nagle wychylił się zza chmury i znajdując się na wysokości najwyżej stu metrów nad ziemią, został dostrzeżony po raz pierwszy przez mieszkańców Dahomey’u.

Wbrew wszelkim dotychczasowym doświadczeniom mieszkańcy ci widzieli w nim jakieś straszne bóstwo, zstępujące na ziemię po to jedynie, by uczcić zmarłego króla.

Wśród zebranych uczestników ceremonji powstał entuzjazm nie do opisania, rozległy się wołania i modły, skierowane do nadnaturalnego hipogryfa o zabranie z sobą ciała zmarłego króla do nieba dahomey’skiego.

W tej właśnie chwili padła pierwsza głowa pod katowskim mieczem; setki innych ofiar ciągnięto w stronę katów.

Nagle z „Albatros’a” padł strzał. Minister sprawiedliwości padł trupem na miejscu.

– Dobrze wycelowałeś, Tomie! – zawołał Robur,

– Ba… zwyczajny strzał w środek zbitego tłumu, – odpowiedział skromnie sternik.

Uzbrojona załoga stała w pogotowiu by dać ognia na pierwszy znak inżyniera Robura.

Incydent ten zmienił natychmiast zapatrywania tłumu; uskrzydlony olbrzym nie był dobrem bóstwem lecz złem i wrogo dla nich usposobionem. Na widok śmiertelnie rannego Minghana, wybuchła niesłychana wrzawa i równocześnie rozległy się liczne strzały, skierowane w stronę „Albatrosa”.

Groźby te nie powstrzymały jednak „Albatros’a” opuścił się na wysokość pięćdziesięciu metrów ponad plac straceń. Widząc to wuj Prudent i Phil Evans. mimo nieprzyjaznego usposobienia do osoby inżyniera Robura, postanowili wziąć udział w tem humanitarnem dziele.

– Pozwól nam pan przyczynić się do oswobodzenia skazańców! – zawołali prawie jednocześnie,

– Jest to i moje życzenie! – odpowiedział inżynier Robur.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 33

W chwilę później z pokładu „Albatros’a” zagrzmiała salwa, a żadna kula wystrzelona w ten zbity tłum nie była zmarnowana. Działo polowe ulokowane na pokładzie, wyrzuciło parę kartaczy czyniąc istne cuda.

Skazańcy, nie zdając sobie nawet sprawy co się wokół nich dzieje, zerwali krępujące ich więzy i w czasie, gdy żołnierze zajęci byli ostrzeliwaniem aerostatku, pouciekali we wszystkich kierunkach. Przedni propeler został przedziurawiony kulą, a kilka pocisków dosięgło kadłuba aerostatku.

– Mają widać apetyt na coś więcej! – zawołał Tom Turner.

Udał się do składu amunicyjnego i wrócił niosąc tuzin nabojów dynamitowych, które rozdzielił między załogę. Na dany przez Robura znak rzucono je na wzgórze; straszne pociski eksplodowały, niosąc śmierć i spustoszenie.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 34

Dało to pochop do panicznej ucieczki. Sam król zerwał się z miejsca, a zanim dwór, cała armja i cały naród wszyscy ogarnięci panicznym strachem, poczęli uciekać co sił w nogach.

W ten sposób zostały przerwane uroczystości koronacyjne nowego króla Dahomey’u. Wuj Prudent i jego kolega klubowy musieli przyznać, że aerostatek Robura jest niezwykłym wynalazkiem, że mógłby oddać wielkie korzyści.

Następnie „Albatros” wzbił się wgórę i szybując ponad Mydah’em, stracił wkrótce z oczu niegościnne brzegi Afryki. Smagany zachodnim wiatrem, dmącym z nieopisaną siłą, sunął ponad bezmiarem oceanu Atlantyckiego.



ROZDZIAŁ XIII,

w którym wuj Prudent i Phil Evans dokonują przelotu ponad oceanem Atlantyckim nie nabawiając się przytem choroby morskiej.

Ocean Atlantycki! A więc ziściły się obawy obu kolegów. Ocean nie napawał Robura lękiem lub niepokojem. Nie obchodził go wcale szum przewalających się wdole fal: załoga spokojnie spełniała swe codzienne zajęcia przyzwyczajona, widocznie, do podobnych podróży. Gdy noc zapadła ludzie spokojnie wrócili do swoich kajut i podczas snu nie dręczyła ich napewno żadna zmora.

Lecz dokąd dążył „Albatros”? Czy nie zadawalał się już samym pobiciem rekordu podróży dookoła świata? Każdy lot musi mieć przecież jakiś koniec. Trudno było suponować, by Robur całe swoje życie miał spędzić na pokładzie „Albatros’a” nie zaglądając nawet na ziemię, tembardziej, że musiał przecież uzupełniać zapasy żywności i amunicji, nie mówiąc już o niezbędnych poprawkach maszynerji. Musiał więc mieć przystań, w której zaopatrywał się w konieczne zapasy, przystań znajdującą się może w jakiemś niedostępnem i nieznanem ludziom miejscu na ziemi. Wszelki stosunek z ludźmi mógł zerwać, ale nie było na to sposobu, aby zerwać stosunek z ziemią.

Jeśli zaś tak, to gdzie się może znajdować owo gniazdo pustelnicze? W jaki sposób doszedł Robur do wyboru swej przystani? Czy czeka tam na niego jakaś kolonja, jak na pana? Czy zabiera stamtąd nową załogę? Wreszcie w jaki sposób związał los tych ludzi ze swoim losem? Jakiemi środkami rozporządza, że mógł zbudować tak kosztowny aerostatek i utrzymać konstrukcję jego w tajemnicy?

Na pokładzie „Albatros’a” cała załoga prowadzi takie życie, jak jedna rodzina, jak szczęśliwi ludzie, którzy nie mają przed sobą żadnych tajemnic. Kim jest Robur? Skąd przybył? Jaką jest jego przeszłość? Były to nierozwiązane pytania, na które ten kogo dotyczyły, nie byłby z pewnością odpowiedział.

Nic dziwnego, że podobna sytuacja pełna różnych zagadkowych problemów denerwowała coraz więcej obu dżentelmenów. Awantura, w którą się wplątali niechcący, lot dookoła świata, w zakończenie którego zaczynali już wątpić, wszystko to napełniało serca ich rozpaczą i skłaniało do uczynienia jakiegoś desperackiego kroku?

Lot nad oceanem Atlantyckim „Albatros” rozpoczął jedenastego lipca. Gdy następnego dnia zaczęło wschodzić słońce, zdało się, że wschodzi z miejsca, w którem morze zlewa się z widnokręgiem nieba. Mimo dalekiego pola widzenia nie było nigdzie widać pasemka ziemi i ląd Afryki zniknął już z północnego horyzontu.

Kiedy Frycolin odważył się wyjść pewnego dnia z kajuty i zobaczył pod sobą szeroki bezmiar morza, ogarnął go nieprzejednany strach. Słowo „pod sobą” nie jest właściwem określeniem, gdyż ktoś znajdujący się na bardzo wysokim punkcie odnosi wrażenie, że bezmiar otacza go ze wszystkich stron, a widnokrąg równocześnie cofa się przed nim, jakby był bez granic.

Frycolin nie umiał sobie objaśnić tego zjawiska fizycznego, ale zato odczuwał go aż nadto dobrze. Drżał jak osika i byłby chętnie narobił wrzasku, gdyby nie pamiętał jeszcze dotkliwej nauczki, która spotkała go ze strony Robura.

Zadowolnił się więc zamknięciem oczu i cofnięniem się z powrotem do kabiny, aby jej już nie opuścić na dłuższy czas.

Z 373. 895. 343 kilometrów kwadratowych[3] przypadających na powierzchnię wód świata, jedna czwarta przypada na ocean Atlantycki. Nie zdawało się jednak aby inżynier Robur, spieszył się z lotem przez ocean. Nie rozwinął nawet takiej szybkości jak podczas lotu przez Europę, w miejscach w których wiał wiatr południowo zachodni leciał nawet frontem do wiatru, a chociaż pęd mas powietrznych nie był gwałtowny, aerostatek musiał przezwyciężać duży opór.

Najnowsze prace meteorologiczne, oparte na dużej ilości doświadczeń i badań wykazały, że poza obrębem Calmen’u wieją pewną część roku wiatry, zachodnie mknące w stronę Afryki pewną zaś część roku wiatry wschodnie mknące w kierunku Ameryki. Wiatry te zwą się passatami.

Albatros” nie pracował całą siłą swych motorów, lecąc przeciw wiatrowi, zadawalniał się średnią szybkością, którą zawsze jeszcze prześcigał transatlantyckie okręty.

13 lipca znalazł się aerostatek nad równikiem o czem natychmiast powiadomiono załogę.

Wuj Prudent i Phil Evans dowiedzieli się przy tej sposobności, że opuścili północną półkulę ziemską i przybyli na południową. Przekroczenia równika nie uczczono żadnemi ceremonjami, któremi obchodzi się ten znakomity fakt na wszystkich parowcach handlowych i wojennych.

Jeden tylko Francois Tapage nie mógł sobie odmówić przyjemności wylania na głowę Frycolin’a całego wiadra wody, ale gdy murzyn po chrzcie dostał od niego całą szklankę rumu, oświadczył że gotów jest przebywać równik tyle razy ile tylko zechce jego przyjaciel kucharz, naturalnie, o ile odbywać się to będzie nie na grzbiecie tego mechanicznego ptaka, do którego nie ma żadnego zaufania.

Rankiem 15 lipca szybował „Albatros” nad wyspą Assonsion i Św. Heleną, bliżej Św. Heleny, tak, że można było zaobserwować jej wyższe wzniesienie ponad poziom morza.

Gdyby w owym czasie, gdy Napoleon znajdował się w przemocy anglików, egzystował aerostatek podobny do posiadanego przez Robura, Hudson Lowe, mimo najostrzejszych zarządzeń, doczekałby się ucieczki powietrznej swego sławnego więźnia.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 35

W czasie dwóch następnych wieczorów 16 i 17 lipca można było zaobserwować szczególny zmierzch. Znajdując się pod wyższą szerokością geograficzną, możnaby to zjawisko wziąć za zorzę północną. O zachodzie słońca niebo okryło się istną tęczą barw; najwięcej było ciemnej zieleni.

Czy była to chmura kosmicznego pyłu, która przeciągając ponad ziemią, odzwierciedlała ostatnie promienie słońca? Kilku badaczy w ten właśnie sposób tłumaczy owo zjawisko zmierzchu dość częste na Oceanie Atlantyckim; lecz gdyby znajdowali się na pokładzie „Albatrosa”, doszliby do odmiennego zdania.

Szczegółowe badania wykazały, że w powietrzu unoszą się szczególne kryształki, w kształcie maleńkich szklanych kuleczek, delikatne atomy magnetycznego żelaza, wyrzucane przez kratery wulkanów, Chmury pyłu, powstałe z erupcyj wulkanicznych, są następnie, unoszone nad oceanem przez silne prądy powietrza.

Członkowie Instytutu Weldona zauważyli w tym okresie lotu jeszcze inne zjawisko. Napotykano chmury które nadawały niebu biało-siwy kolor, z chwilą jednak, gdy znajdowano się po drugiej stronie chmury cała powierznia jej była jakby usłana lśniącemi białemi ciałkami, między któremi niektóre większe błyszczały jak gwiazdki, co pod tym stopniem szerokości geograficznej dało się wytłumaczyć, tylko tworzeniem się gradu.

W nocy z 17 na 18 lipca widziano zielonawo żółtą tęczę; był to skutek załamania promieni księżyca z drobnym deszczem, który nie osiągnąwszy nawet powierzchni oceanu rozpadał się na pył wodny. Stanowiło to oznakę zmiany pogody. Wiatr, który począwszy od brzegów afrykańskich stale dął z południowego zachodu po przeleceniu równika zupełnie ustał. W miejscu tem panował upał nie do zniesienia który zmusił inżyniera Robura do szukania chłodu w wyższych warstwach powietrza, w których mimo wszystko nikt nie mógłby wytrzymać palących promieni słońca,

Ta zmiana prądów powietrznych kazała przypuszczać, że z tej strony równika będą inne warunki klimatyczne; nie trzeba zapominać, że lipiec na południowej półkuli odpowiada styczniowi półkuli północnej, a więc jest najostrzejszą zimą. Jeżeli „Albatros” miał zamiar kontynuować swój lot na południe nie było to rzeczą bezpieczną o tej porze roku.

Morze wyczuwało to, jak mówią żeglarze. 18 lipca ukazało się zjawisko, które przestraszyłoby napewno niejednego majtka.

Z szybkością najmniej sześćdziesięciu mil na godzinę ciągnęły przez morze osobliwie świecące szeregi fal, posuwające się za sobą w odległości niespełna osiemdziesięciu stóp i pozostawiające po sobie świecące pasemka.

Z nadejściem nocy fale te rzucały taką jasność wokół siebie, że „Albatros” mógłby teraz uchodzić za jakieś ciało niebieskie. Nigdy jeszcze Robur nie szybował ponad podobnem morzem płomieni – od których jednak potrzebował uciekać.

Przyczyną zjawiska była prawdopodobnie elektryczność gdyż niepodobna było przypuszczać, aby wywołały je fosforyczne żyjątka, zalegające czasami powierzchnię morza.

Nasycenie powietrza elektrycznością musiało być szczególnie wielkie.

Następnego dnia 19 lipca każdy okręt któryby się znalazł w strefie złowrogiego zjawiska musiałby pójść na dno. „Albatros” igrał jednak z wichrem i falami, jak ów ptak, którego nosił miano. Jeżeli nie chciał szybować tuż nad powierzchnią morza, to mógł jak orzeł, szukać spokoju i promieni słonecznych w wyższych warstwach powietrza.

W ten sposób osiągnięto 47 stopień szerokości geograficznej. Dzień trwał tutaj siedem do ośmiu godzin i z każdem zbliżeniem się do okolic podbiegunowych stawał się coraz krótszym.

Około godziny jedenastej przed południem „Albatros”, chcąc znaleźć dogodniejsze prądy powietrzne, musiał opuścić się głęboko nadół i szybował najwyżej sto metrów nad powierzchnią morza.

Pogoda była niepewna. Po niebie płynęły gęste, ciemne chmury o pozębionych brzegach. Z chmur tych opadały ku samej powierzchni morza jakieś wilgotne smugi, które morze zdawało się ku sobie przyciągać.

Nagle woda przybrała kształt piaskowego zegara i wzbiła się na moment wgórę.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 36

W jednej chwili „Albatros” został wciągnięty w sam środek trąby powietrznej, wokół której potworzyło się wnet około dwudziestu podobnych atramentowo czarnych trąb. Szczęśliwym trafem biegły one jednak w przeciwnym kierunku, niż aerostatek i w ten sposób uchroniły „Albatrosa” od niechybnego zatopienia. Sterowiec nabranym pędem okręcił się tylko parę razy koło siebie.

Niebezpieczeństwo było jednak i nadal groźne, gdyż aerostatek nie mógł się wyrwać z pod działania trąby, do której mimo natężonej pracy maszyn ciągnęło go coś jak magnes. Załoga odrzucona siłą ośrodkową na dwa przeciwległe końce, musiała się trzymać masztów propelerów, by nie zostać zmieconą do morza.

– Zachować zimną krew! – krzyknął Robur.

Rzeczywiście to tylko było potrzebne.

Wuj Prudent i Phil Evans, którzy w tym właśnie czasie opuścili kajutę, zostali również zmieceni na kraniec pokładu i tylko z trudem mogli utrzymać równowagę.

Albatros” kręcił się dookoła siebie i posuwał się wraz z trąbą z taką szybkością jakiejby mu mogły pozazdrościć wszystkie propelery. Uwolniony od jednej trąby dostawał się w ośrodek działania następnej, pozostając ustawicznie pod grozą rozerwania w strzępy.

– Strzelić z działa! – krzyknął inżynier Robur.

Tom Turner wlot zrozumiał skierowany do niego rozkaz; prędzej niżbyśmy nawet mogli pomyśleć otworzył zamek, wsadził ostry ładunek i wystrzelił.

Wstrząs powietrza wystarczył najzupełniej, by rozbić trąbę powietrzną; natychmiast padł gęsty, rzęsisty deszcz, wiążący ze sobą razem morze i niebo.

Uwolniony „Albatros” pospiesznie wzbił się w powietrze.

– Wszystko w porządku? – spytał Robur.

– W porządeczku – odpowiedział Tom Turner. – Ale to było głupie kręcenie się wkółko, którego nie życzyłbym sobie więcej.

Albatros” znajdował się istotnie w ciągu tych dziesięciu minut w groźnem niebezpieczeństwie i tylko dzięki swej solidnej budowie wyszedł z niego bez szwanku.

Jakże uciążliwe i nudne byłyby godziny lotu nad oceanem, gdyby nie ten wypadek! Dnie stawały się coraz krótsze, a zimno coraz dokuczliwsze. Wuj Prudent i Phil Evans nie widzieli prawie Robura. Zamknięty w swojej kajucie, zajęty był oznaczeniem kierunku lotu, wciągnięciem na mapie trasy przebytej drogi, określeniem miejsca, w którem się obecnie znajdują, badaniem barometru, termometru i chronometru, a wreszcie zapisywaniem w książce okrętowej wszystkich zdarzeń podróży.

Obaj koledzy klubowi napróżno starali się dojrzeć jakiś ląd na południu.

Frycolin, obarczony szczególną misją przez wuja Prudenta, nadaremnie usiłował wybadać kucharza co do osoby inżyniera, Ktoby tam zresztą mógł co zrozumieć z odpowiedzi, jakie dawał gaskończyk Francois Tapage? Według niego Robur był ministrem rzeczypospolitej Argentyny, to znów szefem admiralicji, byłym prezydentem Stanów Zjednoczonych, emerytowanym generałem hiszpańskim, albo nawet wicekrólem Indji, szukającym w powietrzu jeszcze większego stanowiska. Raz opowiadał, że dzięki swojej latającej maszynie, Robur zdobył miljony; innym razem, że przez budowę tego aparatu został doszczętnie zrujnowany i musiał uciekać, by zpowrotem zdobyć pieniądze. Co zaś do zadawanych mu pytań odnośnie miejsca postoju, odpowiadał, że Robur ma zamiar udać się na księżyc, aby tam osiąść, o ile znajdą się odpowiednie warunki klimatyczne i terenowe.

– Prawda, Frycolinie, przyjacielu… że sprawi ci to przyjemność zobaczyć, co porabiają mieszkańcy księżyca?

– Nie pojadę z wami! Nie chcę!… – odpowiadał Frycolin, biorąc te wszystkie brednie za dobrą nonetę.

– Dlaczego, kochanie, dlaczego? Ożenimy cię z jaką przystojną, młodą mieszkanką księżycu,. Będziesz założycielem rodu murzyńskiego na księżycu.

Gdy Frycolin opowiedział to wszystko swojemu panu, wuj Prudent zrozumiał, że z tej strony nie będzie się można dowiedzieć prawdy.

– Philu – rzekł pewnego dnia – widzę, że ucieczka jest niemożliwa.

– Niemożliwa, wuju Prudent’ie!

– Uważam, że prawy człowiek jest zawsze panem samego siebie i jeżeli trzeba poświęcić życie, zrobi to bez mrugnięcia powiek.

– Jeśli podobna ofiara jest konieczna, gotów jestem uczynić to natychmiast! – odpowiedział Phil Evans, którego flegma i cierpliwość znajdowały się widocznie na wyczerpaniu. – Czas z tem zrobić koniec!… Dokąd dąży „Albatros”? Leci naukos przez ocean i jeżeli tak dalej będzie dążyć znajdzie się wkrótce nad Patagonją, a wreszcie nad Ziemią Ognistą… Co potem?… Czy skieruje się w stronę oceanu Spokojnego? Czy uda się do bieguna południowego?… Wszystkiego można się spodziewać po tym Roburze!… A wtedy bylibyśmy zgubieni… Znajdujemy się więc w położeniu koniecznej samoobrony i jeżeli już mamy zginąć…

– Jeśli się to stanie – wtrącił wuj Prudent – musimy się pomścić, musimy zniszczyć przeklęty aerostatek, z całą jego załogą!

Oto do czego doprowadziło obu dżentelmenów zapamiętanie i gniew! Skoro nie mogli się wyzwolić, woleli poświęcić siebie, by tylko zniszczyć wynalazcę wraz z jego dziełem.

Myśl ta tak głęboko zakiełkowała w ich głowach, że o niczem innem nie mogli już myśleć. Jak zabrać się do wykonania planu? Jedna bomba znajdująca się w składzie amunicyjnym mogła rozsadzić na kawałki cały aerostatek; naturalnie, że trzeba było znaleźć przedtem sposobność dostania się do składu amunicyjnego.

Szczęśliwym trafem Frycolin nie wiedział nic o tych zamiarach. Na samą myśl bowiem, że sterowiec ma wylecieć w powietrze, nie namyślałby się ani chwili, i zdradziłby plan swego pana.

23 lipca na południowym zachodzie zamajaczył skrawek lądu. Był to przylądek u wejścia do przesmyku Magellana. Pod 54 stopniem szerokości geograficznej noc panowała blizko dziewiętnaście godzin, a średnia temperatura powietrza była poniżej zera.

Zamiast skierować się natychmiast na południe, „Albatros” leciał wzdłuż zygzakowatej linji cieśniny, jakby chciał skierować się ponad ocean Spokojny. Gdy minął Bai Lomas’u i pozostawił daleko za sobą górę Gregory na północy a górę Breknocks na zachodzie, ukazała się Punta Arena, mała wioska, w której akurat biły dzwony kościelne; w chwilę później ukazał się t. zw. port głodowy.

Jeśli, jak twierdzą niektórzy podróżnicy patagończycy, których ogniska płonęły tu i owdzie, są naprawdę o połowę niżsi od normalnego wzrostu człowieka, to widziani z pokładu „Albatrosa” wyglądali jak karzełki.

Dziki a zarazem wspaniały był to krajobraz! Strome, skaliste, pokryte wiecznym śniegiem szczyty i u podnóża ich gęste lasy, liczne zatoki i wyspy, osobliwy archipelag, niezliczone przylądki i półwyspy – a wszystko spowite w lodową skorupę, od przylądka Forward’a, znajdującego się na krańcu amerykańskiego lądu stałego, aż do przylądka Horn wbitego jak ostroga w lodowate ciało oceanu południowego.

Kiedy „Albatros” znalazł się nad portem głodu, poszybował znów w kierunku południowym. Lecąc początkowo ponad górą Taru półwyspu Brunświk i górą Grawes, skręcił potem w prostej linji ku górze Sarmiento, olbrzymiemu szczytowi, górującemu nad całą cieśniną Magellana.

Tutaj oczom podróżnych ukazał się kraj peszerarów i fuegierów pramieszkańców Ziemi Ognistej.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 37

Piękne i żyzne musiały być te okolice – szczególnie zaś środek kraju – w lecie, gdy dzień trwa blizko szesnaście godzin. Wszędzie widać było doliny i pastwiska, mogące wyżywić tysiące bydła, nie mówiąc już o dziewiczych lasach pełnych najróżnorodniejszych drzew. Gdy zapłonęły elektryczne światła „Albatrosa”, zerwały się liczne gromady kaczek i gęsi – stokrotnie większe, niżby je mogła pomieścić spiżarnia Francois’a Tapage’a.

Tego samego dnia, właśnie w chwili, gdy już słońce miało skryć się za horyzontem, ukazało się duże jezioro, obramowane gęstym lasem. Okrywała je teraz lśniąca powłoka lodowa, po której z błyskawiczną szybkością sunęli na swych wydłużonych trzewikach krajowcy.

Na widok aerostatku ludzie uciekli na wszystkie strony i jeżeli nie mieli się gdzie schować, zagrzebywali się w ziemi jak zwierzęta.

Albatros” szybował na południe, lecąc nad kanałem Beagle, a potem nad wyspą Navarin, której grecka nazwa trochę dziwnie brzmi w tej odludnej krainie i wyspą Wolaston, skąpaną już w falach oceanu Spokojnego. Aż wreszcie gdy był już oddalony od brzegów Dahomeyu o siedem tysięcy siedemset kilometrów, znajdował się akurat ponad ostatnią wyspą archipelagu Magellana. Pozostawiwszy, ją daleko za sobą, minął wkońcu najdalej na południe wysunięty straszny przylądek Horn, nad którym szaleją nieustanne burze.



ROZDZIAŁ XIV,

w którym „Albatros” popełnia szaleństwo.

Nazajutrz według kalendarza amerykańskiego był dzień 24 lipca. Dzień ten na południowej półkuli odpowiada styczniowi półkuli północnej; przebyto 56 stopień południowej szerokości geograficznej, który w północnej Europie odpowiada Edinburgh’owi w Szkocji i Helsingborg’owi w południowej Szwecji.

Termometr wskazywał 10° poniżej zera, skutkiem czego trzeba było opalać kajuty.

Wobec dalszego lotu „Albatrosa” w strefę podbiegunową, dnie stawały się coraz krótsze.

W części oceanu Wielkiego graniczącej z oceanem Lodowatym jest w ciągu dnia niezbyt widno, a w nocy panuje nieznośne zimno. To też, by nie odczuć chłodu ubierano się na wzór eskimosów i mieszkańców Ziemi Ognistej, ponieważ zaś „Albatros” był dobrze zaopatrzony w ciepłe ubrania, mogli więc obaj koledzy klubowi, dobrze okryci, przebywać na pokładzie i obmyślać swój plan działania, wyczekując stosownej sposobności. Robura widywali bardzo rzadko, a od czasu obopólnych pogróżek nad Timbuktu, inżynier i obaj dżentelmeni nie rozmawiali prawie zupełnie ze sobą.

Frycolin zaś od chwili, gdy zawarł układ z Francois Tapagem, że będzie przy nim sprawował funkcję pomocnika kucharza, nie wychodził prawie z kuchni. Funkcja ta nie była pozbawiona pewnych korzyści, zgodził się więc na nią chętnie, naturalnie nie bez zgody swojego pana. Był zupełnie odosobniony, o niczem nie wiedział i sądził, że nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo.

Dokąd leciał „Albatros”? Czy Robur miał zamiar zapuścić się wśród tej surowej zimy nad ocean Lodowaty lub nad sam biegun? Gdyby nawet kwasy bateryj nie uległy zamarznięciu, czekała załogę aerostatku śmierć z głodu i chłodu. O wyprawie do bieguna możnaby jeszcze mówić w okresie letnim teraz natomiast w pełni strasznej zimy polarnej, byłby to pomysł szalony.

Tak przynajmniej sądzili prezydent i sekretarz Instytutu Weldona. Aerostatek szybował ponad najodleglejszemi okolicami Nowego Świata, które choć formalnie należały do niego nie wchodziły jednak de facto w skład Ameryki.

Nie wiedzieli co jeszcze uczyni Robur, a spodziewali się po nim wszystkiego. To też postanowili wykorzystać pierwszy nadarzający się moment i wysadzić aerostatek w powietrze.

Tymczasem Robur i sternik prowadzili ze sobą jakieś tajemnicze narady. Kilkakrotnie badali barometry, czynili obliczenia i kreślili coś na mapie.

Wujowi Prudent’owi zdawało się, że inżynier Robur sprawdza zapasy materjałów pędnych i żywności.

Wszystko wskazywało na planowane lądowanie.

– Lądowanie – zawołał Phil Evans – ale gdzie?

– Tam, gdzie Robur posiada świeży zapas prowiantu – odparł wuj Prudent.

– Jest to zapewne jakaś nieznana wyspa na oceanie Spokojnym, zamieszkała przez łotrowską kolonję godną swego szefa.

– I ja tak sądzę. Myślę nawet, że Robur każe skręcić na zachód i że wobec szybkości „Albatrosa” możemy już w krótkim czasie stanąć na miejscu.

– A zatem nie będziemy mogli wykonać naszego planu. Skoro bowiem „Albatros” wyląduje…

– Nie wyląduje, Philu Evans’ie!

Koledzy klubowi poczęści odgadli zamysły inżyniera. „Albatros” po osiągnięciu granicy oceanu Lodowatego, zdecydowanie nawracał.

Uleciał jeszcze około stu kilometrów na południe, a potem skręcił nagle na zachód, jakby szybował wprost ku nieznanej wyspie na oceanie Wielkim.

Pod aerostatkiem szkliła się niezmierzona płaszczyzna wodna, dzieląca Amerykę od Azji, o tem szczególnem zabarwieniu, które nadało oceanowi nazwę morza mlecznego. W półmroku, którego mdłe promienie słoneczne nigdy nie przenikają, wyglądała ta część oceanu Spokojnego dziwnie niesamowicie jak odlana z porcelany. Powierzchnia morska wydawała się polem śniegowem, bez żadnych wzniesień i szczytów. Gdyby kiedy naprawdę zamarzła, nie wyglądała by z pewnością inaczej.

Wiemy obecnie, że przyczyną owego zjawiska są żyjątka fosforyzujące. Poza tym zakątkiem oceanu Wielkiego spotyka się je jeszcze tylko w oceanie Indyjskim.

Barometr, stojący w pierwszych godzinach dnia stosunkowo wysoko, zaczął nagle gwałtownie opadać; był to objaw groźny dla każdego okrętu, ale nie dla „Albatrosa” – oznajmiał, że wody oceanu Spokojnego może wzburzyć nadchodząca groźna burza.

Około godziny drugiej po południu, do inżyniera Robura zbliżył się Tom Turner.

– Master Robur – rzekł – czy widzi pan ten czarny punkt na horyzoncie?… Tam, na północ od nas… Przecież to chyba nie skała.

– Nie, Tomie, w tej okolicy nie ma żadnego lądu.

– W takim razie jest to jakiś statek wielorybniczy a może nawet steamer pocztowy.

Wuj Prudent i Phil Evans spojrzeli w stronę wskazaną przez sternika.

Tymczasem Robur Kazał sobie podać lunetę i badał przez nią ów zagadkowy przedmiot.

– Łódź – rzekł – mógłbym się nawet założyć, że znajdują się w niej ludzie.

– Rozbitkowie – mruknął Tom.

– Rozbitkowie, zmuszeni wskutek jakiejś katastrofy do opuszczenia swojego okrętu – potwierdził Robur. – Nieszczęśnicy, którzy nie wiedzą, gdzie znajduje się ziemia i umierają może z pragnienia i głodu. A więc, niech nikt nie mówi, że „Albatros” nie zrobił wszystkiego, by przyjść im z pomocą.

Maszynista i jego pomocnik otrzymali stosowne rozkazy i aerostatek zaczął się zwolna obniżać. Zatrzymał się na wysokości stu metrów i ruszył na północ.

Była to łódź o zwisającym smutnie żaglu; nie dął najlżejszy wiaterek, któryby ją mógł popchnąć naprzód. Załoga zaś była, prawdopodobnie, tak osłabiona, że nie mogła nawet utrzymać wiosła w ręku.

Na dnie łodzi leżało pięciu ludzi zupełnie bez ruchu, jakby we śnie lub omdleniu; kto wie, czy nie byli już nawet nieżywi.

Zbliżywszy się do rozbitków zaczął się „Albatros” powoli zniżać. Na boku łodzi można było przeczytać nazwę okrętu, do którego należała: „Jeannette” z Nantes.

– Ach! – krzyknął Tom Turner.

Ludzie powinni byli usłyszeć, gdyż aerostatek znajdował się nad nimi na wysokości najwyżej osiemdziesięciu stóp.

Żadnej odpowiedzi.

– Strzelić z karabinu! – zawołał Robur.

Rozkaz wypełniono, a strzał rozszedł się dalekim echem po morzu.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 38

Wówczas jeden z rozbitków podniósł się z dna łodzi. Wyglądał okropnie: oczy zapadły mu w oczodołach, więcej był podobny do szkieletu niż do żyjącej istoty.

Gdy ujrzał nad sobą „Albatrosa”, na twarzy jego odmalował się wyraz przestrachu.

– Nie bój się! – zawołał do niego po francusku Robur.

– Chcemy was uratować. Coście za jedni?

– Marynarze z trójmasztowca „Jeannette”. Byłem jego drugim oficerem – odpowiedział, rozbitek – Przed czternastoma dniami… musieliśmy go opuścić… ponieważ zaczął już tonąć… Nie mamy ani wody… ani żywności!

Pomału i czterej inni marynarze zaczęli się zwolna podnosić z dna łodzi. Wszyscy wyciągali ręce do „Albatrosa”.

– Baczność! – zawołał Robur.

Z pokładu sterowca spuszczono linę z uwiązanym u jej końca kubłem świeżej wody.

Nieszczęśliwi rzucili się do kubła i pili chciwie, jak zwierzęta.

– Chleba!… – zawołali.

Spuszczono kosz z pieczywem, konserwami, jedną butelką brandy i paru litrami kawy. Drugi oficer Jeannette’y niemało miał kłopotu z poskromieniem żarłoczności swoich towarzyszy.

– Gdzie jesteśmy? – zapytał.

– Pięćdziesiąt kilometrów od Chile i archipelagu Chonas, – odpowiedział Robur.

– Wobec braku wiatru jesteśmy zdani na łaskę fal…

– Będziemy was holować.

– Kim jesteście?

– Ludźmi, którzy czują się szczęśliwymi, że mogą wam przyjść z pomocą, – odpowiedział Robur.

Oficer zrozumiał, że musi się zgodzić na incognito swoich zbawców. Czyżby jednak było możliwe by aerostatek mógł holować łódź.

Rzucono linę. Aerostatek pociągnął za sobą łódź.

O dziesiątej wieczór ujrzano wdali ląd, a właściwie światła, które określały jego położenie. Ratunek przyszedł istotnie w samą porę, rozbitkowie mogli go uważać za prawdziwy cud.

Gdy łódź znalazła się na szlaku wodnym pomiędzy wyspami Chonas Robur kazał odczepić linę; „Albatros” zawrócił nad pełne morze.

Nawet wróg Robura musiał przyznać, że jego wynalazek miał swoje dobre strony, skoro umożliwiał przyjście z pomocą zbłąkanym rozbitkom. Jaki, choćby najdoskonalszy balon, mógł wykonać podobną robotę? Wuj Prudent i Phil Evans musieli w cichości ducha przyznać tę prawdę.

Morze było nadal wzburzone i występowały coraz groźniejsze objawy zbliżającej się burzy. Barometr opadał coraz niżej i niżej. Wszystko wskazywało na nawrót wiatru ku północnemu zachodowi.

O pierwszej rano wiatr zaczął dąć z niesłychaną siłą. Choć wiał wprost w oczy propelery aerostatku pchały go jeszcze naprzód z szybkością czterech do pięciu mil na godzinę; trudno było więcej od nich wymagać.

Należało się spodziewać cyklonu, który pod tą szerokością geograficzną stanowi rzadkość nielada. Na Atlantyku zowie się on huraganem, na morzu Chińskiem tajfunem, na Saharze samumem, a na zachodnich wybrzeżach Ameryki tornadem, lecz jakkolwiek się nazywa wzbudza lęk w sercach żeglarzy. Szczególne niebezpieczeństwo stanowi dla statków, które jeśli raz dostaną się w ośrodek burzy, rzadko z niego wychodzą w całości.

Robur wiedział o tem. Wiedział również, te dużo lepiej nie szukać zaczepki i uciec wzbijając się w wyższe warstwy atmosfery, co zawsze mu się dotychczas udawało. Nie było godziny, a nawet minuty do stracenia.

Wicher przybierał na sile i stawał się coraz groźniejszym. Postrzępione fale, okryte białą pianą, huczały i wyły. Cyklon zbliżał się w strefy podbiegunowe.

– Wgórę! – rzekł Robur.

– Wgórę! – powtórzył Tom Turner. Aerostatek, wzbił się prawie prostopadle wgórę, jakby sunął po nachylonej płaszczyźnie.

Barometr wciąż spadał; ciśnienie zmniejszyło się początkowo o osiem, a potem dwanaście milimetrów. Nagle „Albatros” zwolnił biegu.

Co się stało? Jeśli parowiec płynie pod prąd, śruba jego wykonywuje tem mniej pożyteczną pracę, im prędzej przepływa woda między wachlarzami. Wkońcu statek staje i zaczyna się cofać z prądem. W tem samem położeniu znalazł się obecnie „Albatros”.

Robur nie dał za wygraną. Zdumiewająco dokładnie pracujące motory aerostatku osiągnęły, na jego rozkaz, największą wydajność; aparat mimo wysiłków nie mógł jednak wyjść z pod wpływu przyciągającego go do siebie cyklonu.

Przez krótką chwilę zaczął się wznosić. Lecz wkrótce potem ciśnienie powietrza zepchnęło go powtórnie wdół; opadał, jak rozbity okręt coraz niżej i niżej wśród ciemnej nocy, oświetlanej słabem światłem nielicznych gwiazd.

Robur i Tom Turner porozumiewali się za pomocą znaków, podczas gdy wuj Prudent i Phil Evans nachyleni nad burtą, zwierzali sobie na ucho, że cyklon zjawił się dla nich, by zniszczyć aerostatek wraz z jego wynalazcą, a z wynalazcą i całą tajemnicę wynalazku.

Skoro „Albatrosowi” nie udało się ujść władzy cyklonu, ulatując ponad niego, musiał wyszukać słabe miejsce huraganu, w którem miałby pewną swobodę ruchów. Żeby dotrzeć do tego miejsca trzeba było pokonać siłę dośrodkową wichru. Czy „Albatros” będzie posiadać tyle siły, by móc uskutecznić ten niezwykły zamiar?

Chmury, otaczające aerostatek, nagle zgęstniały i lunął ulewny deszcz.

Stało się to o drugiej rano. Barometr, spadł na 709 milimetrów.

Szczególnym trafem cyklon utworzył się po za obrębem zwykłej strefy swego działania to zn. między 30 stopniem północnej a 27 stopniem południowej szerokości geograficznej. Być może trąba powietrzna, z którą zetknął się w przeddzień „Albatros”, przetworzyła się raptownie w huragan. Wicher dął z niesłychaną siłą. Możnaby z nim porównać tornado, szalejący 22 marca 1882 roku w Connecticut, z szybkością stu dziesięciu metrów na sekundę, to zn. ponad sto mil na godzinę.

Nie pozostawało nic innego jak lot z wiatrem; burza porwała aerostatek podobnie jak porywa ze sobą okręt i poniosła go do okolic podbiegunowych. Robur nie był już panem swego aparatu, musiał lecieć tam, gdzie go ponosił orkan.

Tom Turner wciąż jeszcze kierował sterem, choć z trudem trzymał się na nogach; lada chwila mógł zostać powalony na deski pokładu.

Zrana okazało się, że „Albatros” przebył piętnaście stopni geograficznych, to zn. przeszło czterysta mil od przylądka Horn i znajdował się w okolicy podbiegunowej.

Noc trwa tutaj – w lipcu – dziewiętnaście godzin, a tarcza słoneczna rzuca blade promienie na widnokrąg. Na samym biegunie noc trwa sto siedemdziesiąt dziewięć dni. Wszystko zdawało się wskazywać, że „Albatros” pogrąży się w tę noc jak w otchłań.

Aerostatek oddalony był od bieguna o czternaście setek mil i z każdą chwilą zbliżał się coraz bardziej do tego nieosiągniętego dotychczas przez człowieka punktu kuli ziemskiej. Siła burzy była tak wielka, że Robur chcąc oszczędzić pracę motorów, zmniejszył ich obrotność do minimum, a tem samem zwiększył sprawność sterów.

Pośród tych niebezpieczeństw inżynier Robur wydawał rozkazy z zimną krwią, a cała załoga słuchała go, jakby wszystkich ożywiał duch szefa.

Wuj Prudent i Phil Evans przez cały czas nie schodzili z pokładu, na którym zresztą mogli pozostawać bez żadnych trudności. Powietrze nie stawiało teraz prawie żadnego oporu. Aerostatek znajdował się w tem samem położeniu, co przedmiot zanurzony w płynie, z którym się jednocześnie porusza.

Ląd południowej Antarktydy stanowi płaszczyznę, wynoszącą cztery i pół miljona mil kwadratowych; nie wiadomo, czy jest to ląd stały, czy tylko archipelag lub wreszcie morze, którego skorupy lodowej nie może stopić nawet długa pora letnia. Klimat Antarktydy południowej jest surowy, o wiele chłodniejszy, niż północnej Antarktydy.

Podczas dnia nie zaszło nic takiego, co by wskazywało na zmniejszenie się siły wichru. „Albatros” znajdował się teraz pod 75 stopniem zachodniej długości geograficznej.

Im dalej posuwał się na południe, tem dnie stawały się krótsze. Niebawem osiągnie zapewne krainę wiecznej nocy, którą oświetla czasem tylko księżyc albo jaskrawa zorza polarna.

Niewątpliwie, w swej drodze do bieguna „Albatros” leciał nad znanemi i dawno odkrytemi okolicami; np. na zachodzie nad ziemią Grahama, którą odkrył w r. 1832 Biscoe i nad krajem Ludwika Filipa, który Dumont d’Urville odkrył w r. 1838 jako najdalej wysuniętą część lądu stałego.

Na pokładzie nie odczuwano zimna, jakiego należałoby się obawiać, co było może zasługą orkanu, unoszącego ze sobą ciepłe prądy powietrzne.

Jaka szkoda, że cała okolica pogrążona była w ciemności! Coprawda, obserwacja byłaby bardzo ograniczona nawet przy pełni księżyca, choćby ze względu na to, że o tej porze roku całą powierzchnię Antarktydy pokrywała zlodowaciała powłoka, tworząc jeden pancerz lodowy. Jakim sposobem mógłby kto rozpoznać w tych warunkach ukształtowanie lądów, rozległość morza, położenie poszczególnych wysp, hydrograficzne czy orograficzne ukształtowanie lądu, gdy wszystkie wzgórza, wszystkie góry stopione były w jedną lodową bryłę.

Krótko przed północą rozświetliła głęboką ciemność zorza polarna, podobna do olbrzymiego wachlarza zajmującego przynajmniej połowę nieba. Promienie świetnej iluminacji ginęły w Krzyżu Południa, którego cztery gwiazdy słabo żarzyły się na horyzoncie. Było to naprawdę niezrównane widowisko a jasność którą rzucało wystarczała, aby objąć okiem całą w biel śnieżny spowitą okolicę.

Kompas w okolicach bieguna magnetycznego stracił swe cenne właściwości i nie dawał zgodnego z prawdą kierunku. Odchylenie igły magnetycznej było tak znaczne, że Robur postanowił odnotować na mapie biegun magnetyczny pod siedemdziesiątym ósmym południkiem.

Następnie, około godziny pierwszej rano, obserwując kąt, jaki tworzyła igła kompasu, zawołał:

– Biegun południowy znajduje się pod naszemi nogami.

Widać było dokładnie białą płaszczyznę lądu lecz nic nie zdradzało, co może się kryć pod lodową skorupą.

Gdyby wuj Prudent i Phil Evans mieli zamiar pogrzebać aerostatek mieliby teraz najlepszą do tego sposobność. Jeśli zaś nie uczynili tego, to z tej prostej przyczyny, że nie posiadali żadnego materjału wybuchowego.

Tymczasem orkan dął z taką siłą, że gdyby „Albatros” napotkał na swojej drodze jaką górę, roztrzaskałby się, jak okręt rzucony na skalisty brzeg.

Jak powszechnie wiadomo szczyty górskie znajdują się również na biegunie. Katastrofa była więc możliwa i mogła pociągnąć za sobą zniszczenie całego aparatu. Należało się jej obawiać tem bardziej, że wiatr dął na wschód. W odległości niespełna stu kilometrów przed „Albatrosem” ukazały się jakieś dwa świetlne punkty.

Były to wulkany, wchodzące w skład antarktycznego łańcucha górskiego: Ros i Erebus.

Czyżby „Albatros” miał spalić się w ich płomieniach jak ćma?

Zapanowała godzina śmiertelnej trwogi; jeden zwłaszcza z wulkanów – Erebus – zdawał się pędzić wprost na aerostatek… Jego płomienisty pióropusz rosnął z każdę chwilą, a olbrzymia sieć ognia zamykała drogę „Albatrosowi”. Załoga sterowca zamarła; wszyscy oczekiwali bezgłośnie okropnej minuty, w której pochłonie ich ognisty piec Hefajstosa.

Jednakże ten sam orkan, który ponosił ze sobą „Albatrosa” uchronił go od strasznej katastrofy. Zduszone siłą orkanu płomienie dały wolną drogę sterowcowi i pozwoliły mu przemknąć nad samym kraterem wulkanu.

W godzinę później widnokrąg zasłonił wulkany, oświetlające kraniec świata w czasie długiej polarnej nocy.

O godzinie drugiej rano „Albatros” szybował nad wyspą Ballery, na której tak samo nie można było rozpoznać ukształtowania lądu, gdyż i ona spowita była w lodowy całun.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 39

Strefa podbiegunowa została przekroczona pod siedemdziesiątym piątym południkiem. Orkan unosił sterowiec nad górami lodowemi zagrażającemi mu co chwila rozbiciem. Los aerostatku nie spoczywał w rękach sternika, tylko w rękach Boga, a Bóg jest przecież najlepszym pilotem.

Aerostatek posuwał się znowu wzdłuż południka Paryż, który z południkiem, którym przekroczyli strefę podbiegunową, tworzył kąt 105 stopni.

Wreszcie po przeleceniu 60 stopnia szerokości geograficznej, siła orkanu zaczęła maleć. Równocześnie własna szybkość aerostatku znacznie wzrosła i „Albatros” stał się zpowrotem panem siebie. Dnie były coraz dłuższe i o godzinie ósmej rano wschodziło słońce.

Robur i jego współtowarzysze szczęśliwie przebywszy trąbę powietrzną nad przylądkiem Horn, szczęśliwie przebyli i orkan. Robiąc w ciągu dziewiętnastu godzin około siedmiu tysięcy mil, odwiedzili biegun i obecnie znaleźli się zpowrotem nad oceanem Wielkim, ponieważ zaś na przebycie jednej mili zużywali tylko jedną minutę, szybkość aparatu była tak zdumiewająca, jakiej „Albatros” w normalnych warunkach nie mógłby nigdy rozwinąć.

Skutkiem zepsucia się kompasu Robur nie wiedział, gdzie się znajduje. Z określeniem położenia geograficznego musiał się wstrzymać, aż ukaże się słońce. Niestety całe niebo pokryte było gęstemi chmurami i słońca zupełnie nie było widać.

Co gorsza zaś w czasie huraganu zepsuły się dwa propelery.

„Albatros” mógł się teraz posuwać tylko ze znacznie zmniejszoną szybkością, aby uchronić się od jeszcze większych uszkodzeń. Gdyby stanęły te dwa propelery, położenie aerostatku mogłoby być tragiczne. Robur zastanawiał się, czy nie byłoby lepiej uskutecznić naprawą w czasie lotu.

Tymczasem nad ranem 27 lipca zamajaczył na północy ląd. Wkrótce już można było rozpoznać zarysy niewielkiej wyspy, jednej z pośród wielu rozsianych po oceanie Wielkim. Inżynier Robur postanowił się nad nią zatrzymać. Jeden dzień powinien był całkowicie wystarczyć do naprawy uszkodzeń.

Wiatr – co już było bardzo szczęśliwą okolicznością – zupełnie ustał. Spuszczono zatem z pokładu aerostatku linę długości stu pięćdziesięciu stóp, u dołu opatrzoną kotwicą. Gdy „Albatros’’ znalazł się nad brzegiem wyspy, kotwica zaczepiła się o pierwszą wyrwę i utknęła między dwoma skałami. Lina wyprężyła się i „Albatros” stanął w miejscu jak okręt zakotwiczony w porcie.

Po raz pierwszy od chwili odlotu z Filadelfii „Albatros” zatrzymał się na dłuższy postój.



ROZDZIAŁ XV,

w którym dzieją się rzeczy, rzeczywiście godne opowiedzenia.

W chwili gdy „Albatros” ukazał się nad wyspą, można już było ocenić, że jest ona średniej wielkości. Niewiadome było jednak pod którym stopniem szerokości geograficznej znajduje się i czy należy do jednego z licznych archipelagów oceanu Spokojnego, do Nowej-Holandji lub wysp oceanu Indyjskiego? Zagadnienie to pozostanie zagadką, do chwili gdy Robur przeprowadzi swoje badania. Kompas był zepsuty i kapitan „Albatrosa” mógł dokonać potrzebnych pomiarów dopiero po ukazaniu się na firmamencie słońca.

Z tej wysokości – około pięciuset stóp – cała wyspa wyglądała jak trójgraniasta rozgwiazda.

Od południowego cyplu ciągnęła się pustynna równina, która przechodziła później w skaliste urwiska. Na brzegach nie było znać burzącego śladu fal, co utwierdziło Robura w przekonaniu, że na wyspie tej przypływ i odpływ morza równały się prawie zeru. Na północnym cyplu wyspy wznosiła się jakaś góra, której wysokość możnaby określić na tysiąc dwieście stóp.

Mieszkańców nie było widać; może zamieszkiwali przeciwległy brzeg? W każdym razie aerostatek musiał ich, o ile go naturalnie zobaczyli, mocno przestraszyć i skłonić do ukrycia się lub ucieczki.

Albatros” zatrzymał się nad południowym cyplem wyspy. Niedaleko od niego łączyła się wązkiem korytem strumyk. Dalej widać było niewielkie kotliny o najróżnorodniejszych gatunkach drzew, rojne od różnorakiego ptactwa, a szczególnie kuropatw i dropi. Jeśli wyspa nie była zamieszkała przez ludzi mieszkało na niej przynajmniej ptactwo. Robur mógłby równie dobrze kazać wylądować, a jeśli tego nie uczynił, to jedynie dlatego, że nie było nigdzie dogodnego miejsca do lądowania.

Wkrótce po zakotwiczeniu załoga przystąpiła do koniecznych poprawek zepsutych części aerostatku; Robur przypuszczał, że da się to uskutecznić w ciągu jednego dnia.

Oba propelery były o wiele więcej uszkodzone niż początkowo sądzono.

Wszyscy zajęli się pod przewodnictwem Robur’a i Toma Turuner’a reperacją przedniego propelera który na wszelki wypadek, gdyby zaszła konieczność wzlotu jeszcze przed zupełnem wykończeniem napraw mógł nadać aerostatkowi potrzebną szybkość.

Tymczasem wuj Prudent i jego kolega klubowy spacerując po pokładzie „Albatrosa”, zeszli na tylną część pomostu i tam usiedli.

Frycolin był jakoś dziwnie spokojny. Na humor jego wpłynęło, niewątpliwie, niewielkie oddalenie aerostatku od ziemi.

Roboty zostały przerwane w samo południe i Robur przystąpił do określenia miejsca postoju.

W wyniku skrupulatnych badań okazało się, że „Albatros” znajduje się nad lądem, położonym pod 176° 17’ zachodniej długości geograficznej od Greenwich, i pod 43° 37’ geograficznej szerokości na południe od równika.

Punkt ten odpowiadał na mapie wyspie Chatam i archipelagowi Viff; grupę tę określa się pospolicie mianem wysp Brougthon. Znajduje się ona zaledwie o piętnaście stopni na wschód od Tawai-Pomanu i wyspy Nowej Zelandji na południu oceanu Spokojnego.

– Zgadza się to najzupełniej z mojemi przypuszczeniami – rzekł Robur do Toma Turner’a.

– A zatem znajdujemy się?…

– Czterdzieści sześć stopni na południe od wyspy X, oddalonej od nas o dwa tysiące osiemset mil morskich.

– Jeszcze jeden powód więcej, by doprowadzić do porządku nasze propelery – odpowiedział sternik. – W czasie lotu do wyspy możemy napotkać przeciwne wiatry, a zresztą choćby ze względu na silnie uszczuplone zapasy żywności, byłoby dobrze dobić do portu możliwie jaknajprędzej.

– Słusznie, Tomie; myślę, że do nadejścia nocy zdołamy odlecieć, w najgorszym wypadku choćby tylko przy pomocy jednego propelera, a podczas drogi będziemy naprawiać drugi.

– A co będzie, panie kapitanie – rzekł Tom Turner – z tymi dwoma panami i ich służącym.

– Przypuszczam – odparł Robur – że nie będą mieli powodu do skarg, gdy zostaną kolonistami naszej wyspy X.

Cóż to była za wyspa X? Była to nieznana wyspa na oceanie Spokojnym, której ta nazwa, nadana przez Robura, najzupełniej odpowiadała. Leżała zdała od szlaków morskich. Tutaj Robur założył swoją małą kolonję, tutaj wypoczywał jego „Albatros”, gdy powracał zmęczony z wędrówki i tutaj wreszcie zaopatrywał się w konieczne zapasy na swoje długotrwałe podróże. Na wyspie X, Robur rozporządzający olbrzymiemi środkami, kazał zbudować hangar i skonstruował swojego niedoścignionego „Albatrosa”. Na wyspie X mógł uskuteczniać wszelkie poprawki i przeróbki aerostatku. Tu wreszcie magazyny pełne były najróżnorodniejszych zapasów, o które zabiegała pięćdziesiąt głów licząca załoga.

Kiedy przed kilkoma dniami szybował Robur nad przylądkiem Horn już wtedy miał zamiar lecieć do wyspy X, wprost przez ocean Spokojny. Na drodze stanęła mu jednak owa trąba powietrzna, a nieco później orkan, który poniósł go aż nad biegun południowy.

Obecnie postanowił lecieć do wyspy nie tracąc już czasu i nie szczędząc motorów, gdyż jak słusznie zaznaczył Tom Turner, mogły ich spotkać w drodze silne przeciwne wiatry. Koniecznym warunkiem powodzenia wyprawy było podniesienie do maximum sił mechanicznych „Albatrosa”, by mógł przebyć dzielącą go od wyspy X przestrzeń, choćby tylko przy możliwej pogodzie, w ciągu trzech lub czterech dni.

Okoliczność ta skłoniła Robura do zatrzymania się nad wyspą Chatam, by podczas postoju naprawić choćby sam przedni propeler. Rozporządzając tym propelerem, nie potrzebował się lękać, by chcąc lecieć w kierunku północnym, nie zostać zniesionym na południe. Cala reperacja powinna być zakończona do nastania mroku i można byłoby z wieczora podnieść kotwicę. Na wypadek gdyby kotwica aerostatku była zbyt mocno zaczepiona i oderwanie jej musiałoby spowodować opóźnienie, Robur był zdecydowany raczej przeciąć linę, aby tylko przyspieszyć odlot.

Zabrano się natychmiast do dzieła.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 40

Podczas gdy załoga zajęta była robotą, wuj Prudent i Phil Evans prowadzili ze sobą poufną rozmowę.

– Philu Evans’ie – mówił wuj Prudent, – czy gotów jesteś poświęcić swoje życie.

– Tak jest!

– Sądzę, że nie mamy się czego spodziewać po Roburze.

– I ja tak sądzę.

– Postanowienie możemy zatem uważać za powzięte. Ponieważ „Albatros” odleci późnym wieczorem musimy wykonać swój zamiar przed nadejściem nocy. Złamiemy skrzydła ptakowi inżyniera Robura; dzisiejszej nocy „Albatros” rozleci się w kawałki.

– Czy wszystko gotowe?

– Tak jest. Ostatniej nocy, gdy cała załoga z inżynierem Roburem na czele zajęta była ratowaniem aerostatku, udało mi się wejść niepostrzeżenie do składu amunicji i zabrać nabój dynamitowy.

– Nie traćmy zatem czasu, wuju Prudent’ie…

– Dziś późnym wieczorem, gdy zupełnie się ściemni, uda się pan do mojej kajuty i stanie na straży, aby mi nikt nie przeszkodził podczas pracy przygotowawczej.

O szóstej zjedli obaj koledzy kolację. W dwie godziny potem udali się do swoich kabin, jakby mieli zamiar położyć się spokojnie spać.

Robur ani żaden z jego współtowarzyszy nie przeczuwali nawet, jaka katastrofa zagraża „Albatrosowi”.

Wuj Prudent ułożył następujący sposób działania.

Jak wiadomo, udało mu się wedrzeć do składu amunicyjnego, urządzonego w międzypokładzie i zabrać pewną ilość prochu i jeden nabój dynamitowy. Następnie, starannie ukrył nabój w swojej kajucie; tym właśnie dynamitem obaj dżentelmeni postanowili wysadzić „Albatros’a”.

Wuj Prudent wyjął nabój z ukrycia i podał Phil’owi Evans’owi.

Składał się z długiej metalowej gilzy, w której i mieścił się kilogram materjału wybuchowego, ilość wystarczająca, aby wysadzić w powietrze aerostatek i zniszczyć jego całą maszynerję. Na wypadek, gdyby silą wybuchu nie była porwała sterowca na ćwierci, straszny upadek na ziemię dokonałby reszty. Kształt i wielkość naboju dawały jednak gwarancję, że umieszczony w rogu kajuty rozsadzi i zniszczy cały kadłub aerostatku.

Eksplozja mogła jednak nastąpić dopiero po uderzeniu w zapalnik, w jaki zaopatrzony był nabój i stanowiło to właśnie najsłabszą stronę całego przedsięwzięcia.

Wuj Prudent tak sobie wszystko obmyślił: zaraz po ukończeniu naprawy przedniego propelera aerostatek miał ruszyć na północ. Oczywiście że wówczas Robur musiałby przejść ze swoimi ludźmi na tylny pokład, aby uskutecznić naprawę tylnego propelera. Obecność załogi w pobliżu kabiny mogłaby przeszkodzić wujowi Prudent’owi w zrealizowaniu jego planu. Okoliczność ta zmusiła go do zastosowania lontu, przy pomocy którego miał nastąpić wybuch.

– Biorąc nabój, – rzekł do Phil’a Evans’a – zabrałem równocześnie trochę prochu, z którego myślę spreparować lont, i koniec jego umieścić w zapalniku. Cały mój plan polega na tem, że eksplozja winna nastąpić między godziną trzecią a czwartą rano.

– Doskonale! – odparł Phil Evans.

Obaj doszli już do tego, że mogli omawiać z zimną krwią straszne dzieło zniszczenia, przy którem i oni mieli postradać życie. Odczuwali tak straszną nienawiść do Robura, że ofiara z własnego życia nie wydawała im się wielką, by tylko zniszczyć „Albatros’a” i jego załogę.

– A Frycolin? – zauważył Phil Evans. – Czy mamy prawo, nie pytając się go uprzednio, rozporządzać jego życiem?

– Przecież i my poświęcamy swoje, – odparł wuj Prudent.

Mówiąc to wuj Prudent zabrał się do dzieła, podczas gdy Phil Evans stał na straży przed kajutą.

Cała załoga znajdowała się jeszcze na przedniej części pokładu, a zatem niespodziewane zaskoczenie było prawie niemożliwe.

Tymczasem wuj Prudent lekko zwilżywszy proch oblepiać nim wąskie pasmo sukna. Następnie zapalił lont na próbę i przekonał się, że dziesięć centymetrów spala się w ciągu dziesięciu minut, a więc metr będzie się palić trzy i pół godziny. Zagasił lont, owiązał silnie nitką i koniec jego uwprowadził w zapalnik naboju.

Cała robota trwała niedługo i około godziny dziesiątej wieczór, Phil Evans wszedł z powrotem do kajuty kolegi.

Tymczasem reperacja przedniego propelera postępowała szybko naprzód. Ramiona śmigła lujty jednak tak pogięte, że Robur musiał zupełnie odjąć propeler, żeby móc go łatwiej wyprostować.

Było już dobrze ciemno, gdy Robur i jego ludzie przerwali pracę, nie osadzając nawet propelera na jego miejsce. Wykończenie reperacji wymagało jeszcze conajmniej trzech godzin. Po krótkiej rozmowie z Tomem Turner’em Robur postanowił dać wypoczynek spracowanej załodze i odłożyć dalszą pracę do następnego dnia. Zresztą praca przy naprawie propelerów wymagała dziennego oświetlenia.

O postanowieniu kapitana aerostatku wuj Prudent i Phil Evans nic oczywiście nie wiedzieli. Z tych słów Robura, które dobiegły ich uszu, wywnioskowali, że jeszcze przed nadejściem nocy nastąpi odlot „Albatros’a” na północ. Sądzili, że kotwica została już odczepiona podczas gdy aerostatek był nią jeszcze skrępowany. Okoliczność ta miała nadać całej sprawie zupełnie inny, niespodziewany obrót.

Nadeszła ciemna, bezksiężycowa noc, którą powleczone chmurami niebo czyniło jeszcze ciemniejszą. Od strony południowo zachodniej wiał od czasu do czasu lekki wietrzyk, nie był jednak w stanie poruszyć „Albatros’a”, stojącego prawie nieporuszenie na silnie naciągniętej linie, zaczepionej o skalisty brzeg wyspy.

Obaj koledzy klubowi zamknięci w swojej kajucie bardzo mało mówili ustawicznie nasłuchając, czy nie odezwie się wreszcie upragniony poszum propelerów.

Krótko przed północą odezwał się wuj Prudent.

– Nadszedł czas!

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 41

W kajucie znajdowała się skrzynka w którą wuj Prudent włożył nabój z lontem, aby podczas tlenia nie zdradził się sykiem lub specyficznem zapachem. Wuj Prudent zapalił wolny koniec lontu i wsunął skrzynkę pod łóżko.

– A teraz na tylną część pokładu – zawołał – tam będziemy czekać.

Obaj wyszli z kajuty. Zdziwili się nie widząc sternika na jego zwykłem miejscu.

Phil Evans przechylił się przez barjerę pokładu.

– „Albatros” tkwi jeszcze w tem samem miejscu – rzekł wolno. – Zdaje się, że nie ukończono jeszcze pracy i nie może lecieć.

Przez twarz wuja Prudenta przebiegł wyraz niezadowolenia.

– W takim razie musimy zagasić lont.

– Poco?

– Nadarza się znakomita okazja do ucieczki; trzeba ją wykorzystać – odparł Phil Evans.

– Do ucieczki?

– Tak, przy pomocy liny kotwicznej. Ześlizgnąć się po linie długości stu pięćdziesięciu stóp wśród ciemności nocnych potrafi byle ciura.

– Słusznie – rzekł wuj Prudent – a my bylibyśmy skończonymi głupcami gdybyśmy nie mieli skorzystać z tej okazji.

Wrócili raz jeszcze do swojej kajuty i tam zaopatrzyli się w to wszystko, co uważali, że w czasie krótszego czy dłuższego pobytu na wyspie Chatam, będzie potrzebne. Następnie, cicho zamknęli drzwi i wyślizgnęli się na pokład.

Chcieli jeszcze obudzić Frycolin’a i namówić go do ucieczki.

Panowały nieprzeniknione ciemności. Od południowego zachodu napływały ciężkie deszczowe chmury. Aerostatek, przytrzymywany wyprężoną stalową liną, kołysał się lekko. Zejście na dół było więc połączone pewnemi trudnościami. Nie mogło to jednak odstraszyć dwóch mężczyzn, gotowych w razie potrzeby do poświęcenia swojego życia.

Obaj przekradali się przez pokład, kryjąc się w zakamarkach i nadsłuchując, czy nie usłyszą czegoś podejrzanego.

…Wszędzie cisza. Nigdzie cienia. Aerostatek spoczywa w głębokim śnie.

Już wuj Prudent i jego towarzysz zbliżali się do kajuty Frycolin’a, gdy Phil Evans raptem stanął.

– Wartownik – szepnął cicho.

Rzeczywiście, tuż koło budki sternika stał jakiś człowiek.

W pobliżu leżały na pokładzie różne gałgany, szmaty i kilka sznurów, niezbędnych przy remoncie propelera.

W kilka minut później wartownik był już zakneblowany, związany i silnie przywiązany do słupa balustrady, tak że nie mógł ani krzyknąć, ani się poruszyć.

Stało się to prawie bez hałasu.

Wuj Prudent i Phil Evans nadsłuchiwali… nawet z wnętrza statku nie doleciał ich żaden szmer. Wszystkie żyjące istoty na „Albatrosie” pogrążone były w głębokim śnie.

Obaj uciekinierze zbliżyli się do kajuty, zajmowanej przez Frycolin’a. Francois Tapage najspokojniej chrapał.

Wuj Prudent zastał drzwi otwarte. Zrobił parę kroków do wnętrza i czemprędzej cofnął się wtył.

– Nikogo niema – szepnął.

– Gdzież się u licha podział?– mruknął Phil Evans.

Obaj szukali dalej, sądząc, że Frycolin zasnął w jakimś kącie.

Lecz Frycolina nie było nigdzie.

– Czyżby ten urwis miał nas wyprzedzić?… – zapytał wuj Prudent.

– Możliwe, zupełnie możliwe – odpowiedział Phil Evans – lecz nie możemy dłużej zwlekać. Naprzód!

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 42

Po chwili spuszczali się już po linie, obejmując ją silnie rękami i nogami i szczęśliwie i zdrowo dotknęli stopami ziemi.

Co za rozkosz stać na ziemi, chodzić po niej czuć dotknięcie liści i kolców krzewów i drzew!

Szukali, idąc wzdłuż małego strumyka, najdogodniejszej drogi wgłąb wyspy, gdy nagle podniósł się przed nimi jakiś cień.

Był to Frycolin.

Murzyn wpadł na ten sam pomysł, co jego pan, a nawet ośmielił się wykonać swój plan bez uprzedniego powiadomienia wuja Prudenta.

Nie było czasu na wymówki. Wuj Prudent nalegał, by szukać schronienia w głębi wyspy, gdy Phil Evans nagle przystanął.

– Słuchaj pan, – rzekł. – Znajdujemy się poza obrębem mocy Robura. On i jego towarzysze skazani są na straszną śmierć, na którą oczywiście najzupełniej zasłużyli. Ale gdyby przysiągł na swój honor, że nie będzie nas ścigał…

– Honor tego człowieka…

Wuj Prudent nie dokończył zdania. Z pokładu „Albatrosa” dobiegł dziwny gwar i ruch.

Według wszelkiego prawdopodobieństwa spostrzeżono już ucieczkę i wszczęto alarm.

– Tutaj!… tutaj!… – wołał jakiś głos.

Głos ten należał zapewne do wartownika, który zdążył już zrzucić krępujące go więzy. W tej samej chwili z pokładu aerostatku padł silny snop światła i oświetlił w dalekim promieniu polanę i brzeg wyspy.

Równocześnie rozległ się głos Phila Evans’a:

– Panie inżynierze – zawołał – czy zobowiązuje się pan pozostawić nas w spokoju na tej wyspie?…

– Nie! – odparł Robur.

Odpowiedzi tej towarzyszył wystrzał karabinowy; kula lekko drasnęła ramię Phila Evans’a.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 43

– Ach, łotry! – krzyknął wuj Prudent Z nożem bowiego w ręce, rzucił się ku linie kotwicznej. Aerostatek oddalony był od ziemi zaledwie o pięćdziesiąt kroków.

Błysnęło ostrze noża, lina prysnęła. W tejże chwili wiatr uniósł „Albatrosa” w kierunku północno wschodnim, pędząc go nad pełne morze.



ROZDZIAŁ XVI,

który pozostawia czytelnika w rozpaczliwej niepewności.

Było dwadzieścia minut po północy. Z pokładu unoszonego wiatrem aerostatku padło jeszcze pięć czy sześć strzałów. Phil Evans podtrzymywany przez Frycolina i wuja Prudent’a szukał schronienia za zboczami skalnemi.

Albatros” uwolniony od krępującej go kotwicy, wzbił się w górę na wysokość dziewięciuset metrów i zwolna oddalał się od wyspy. Musiał osiągnąć tę wysokość by nie wpaść do morza.

W momencie, gdy skrępowany i zakneblowany wartownik zdołał krzyknąć, podbiegli do niego Robur i Tom Turner i uwolnili z reszty krępujących go więzów i szmat, któremi owiązaną miał nawet głowę. Następnie, sternik wszedł do kajut Phila Evans’a i wuja Prudent’a; były puste.

Tymczasem Francois Tapage przeszukał kajutę Frycolina i również nie znalazł nikogo.

Gdy Robur doszedł do przekonania, że więźniowie zbiegli, ogarnął go straszny gniew; tajemnica wynalazku i wyspy X zostałaby odkryta w razie powodzenia ucieczki naszych bohaterów. Nie troszczył się dotąd o pismo, zrzucone w czasie przelotu nad Europą, słusznie przypuszczając, że mogło zaginąć… Lecz obecnie sytuacja była o wiele gorsza.

Po chwili uspokoił się jednakże.

– Uciekli – rzekł do siebie – ale wyspy Chatam nie będą mogli opuścić przed upływem conajmniej kilku dni, więc powrócę… odszukam ich… zabiorę… a potem…

Uciekinierzy nie mogli się istotnie uważać za wyratowanych. Skoro „Albatros” odzyska swobodę ruchów, zjawi się nad wyspą Chatam, z której trudno im się będzie przedtem wydobyć. W ciągu dwunastu godzin mogą wpaść z powrotem w ręce inżyniera Robura.

Przed upływem dwunastu godzin? Kapitan sterowca nie wiedział, że za dwie godziny jego cudowny wynalazek rozpryśnie się na kawałki. Nabój dynamitowy drzemał w skrzynce wuja Prudent’a, aby z matematyczną ścisłością dokonać dzieła zniszczenia.

Tymczasem aerostatek, unoszony wiatrem na północny wschód, z brzaskiem dziennym winien był stracić z oczu wyspę Chatam. Gdyby chciał lecieć przeciw wiatrowi musiałby mieć choć jeden przedni propeler zdolny do działania.

– Tomie – zawołał Robur – każ zapalić latarnie sygnałowe.

– W tej chwili, panie kapitanie.

– A potem wszyscy do roboty!

– Wszyscy! – powtórzył sternik.

Nie mogło być teraz mowy o odłożeniu naprawy na następny dzień. Na pokładzie „Albatrosa” nie było człowieka, któryby nie podzielał pośpiechu swego szefa i nie pragnął ujęcia zbiegów. Gdy tylko przedni propeler zostanie wmontowany w swoje miejsce „Albatros” powróci nad wyspę Chatam zarzuci kotwicę i odnajdzie ślady zbiegów. Następnie, załoga przystąpi do naprawy tylnej śruby, by móc poszybować nad ocean Spokojny ku wyspie X.

W każdym razie nie było to bez znaczenia, że „Albatros” leciał w kierunku północno wschodnim. Wiatr był coraz silniejszy i aerostatek nie był mu się w stanie przeciwstawić, w zupełności zdany na łaskę prądów powietrznych. Pozbawiony przedniego propelera, upodobnił się do zwykłego balonu.

Tymczasem Robur uspokoił się zupełnie; nie stracił nadziei, że w krótkim czasie powróci na wyspę Chatam. Podczas, gdy załoga zajęta była mozolną pracą przy naprawie propelera, władca „Albatrosa” stanął u steru i próbował opuścić się niżej, spodziewając się znaleźć tam słabsze wiatry. Przypuszczał, że „Albatros” napotkawszy na dogodniejsze warunki atmosferyczne, zdoła nawrócić do opuszczonego przed kwadransem lądu.

Gdyby znajdował się w pobliżu jakiś okręt, jakże zdziwiłaby się jego załoga, widząc ruchy olbrzyma powietrznego.

Osiągnąwszy wysokość paruset stóp nad powierzchnią morza „Albatros” przestał się opuszczać.

Niestety, przewidywania Robura nie sprawdziły się; w niższych warstwach powietrznych wiatr wiał z jeszcze większą mocą i jeszcze prędzej unosił bezwładny aerostatek. Inżynier zrozumiał, że aerostatek zostanie uniesiony daleko na północny wschód i nie będzie mógł powrócić do wyspy Chatam.

Po tej bezowocnej próbie postanowił zatem wzbić się napowrót wgórę i starać się utrzymać w wyższych warstwach atmosfery, przez które nie przechodzą tak gwałtowne prądy powietrzne. „Albatros” wzbił się więc zpowrotem na wysokość trzech tysięcy metrów. Robur przypuszczał, że z nadejściem dnia będzie mógł ujrzeć z tej wysokości wyspę Chatam, której położenie geograficzne określił przecież z jaknajwiększą dokładnością.

Czy uciekinierzy doznali życzliwego przyjęcia ze strony mieszkańców Chatam – o ile wogóle wyspa była zamieszkałą, – to mało obchodziło Robura. Mało się również troszczył, czy chatamczycy zechcą ich wspierać siłą swego oręża. Przy pomocy uzbrojenia, jakiem rozporządzał „Albatros”, wystraszyłby napewno dzikusów i zmusił do rozsypki. Powtórne ujęcie więźniów było zadaniem łatwem, a raz ujęci…

– Z wyspy X nikt już nie ucieknie! – pomyślał Robur.

W godzinę po północy przedni propeler wmontowany był już w swoje miejsce. Pozostawało tylko oszlifowanie całości, wymagające dalszej godziny pracy. Poczem „Albatros” skieruje się na południowy zachód; naprawa tylnego śmigła zostanie dokończona w czasie lotu.

Lecz lont tlący się w opuszczonej kajucie, lont, nawpół już spalony!… Iskra, z każdą minutą zbliżająca, się do zapalnika!…

Gdyby załoga nie zajmowała się tak gorliwie naprawą śmigła usłyszałby ktoś napewno słaby syk i trzask, dochodzący z wnętrza kabiny wuja Prudenta, a może nawet poczułby zapach palącego się prochu i o wszystkiem dałby znać Roburowi. Kapitan sterowca wszcząłby, niewątpliwie, dochodzenie i wykryłby puszkę, zawierającą maszynę piekielną. Byłoby jeszcze dość czasu na uratowanie „Albatrosa”.

Ale wszyscy ludzie zajęci byli pracą na przedniej części pokładu i oddaleni conajmniej o dwadzieścia metrów od kajuty Prudenta. Narazić nic nie mogło oderwać ich od roboty, na której skupili całą swoją uwagę.

Robur, będąc sam pierwszorzędnym mechanikiem, osobiście przykładał się do pracy. Pilnował, by wszystko było zrobione z jaknajwiększą dokładnością. Gdyby nie udało się pochwycić więźniów, wiedział że znaleźliby jakąś okazję aby dotrzeć do ojczyzny. Rząd Stanów Zjednoczonych poruszony ich opowiadaniem, zorganizowałby ekspedycję, celem odnalezienia wyspy X; z tą chwilą nastąpiłby kres nieskrępowanej żadnemi więzami egzystencji prowadzonej przez ludzi szybujących na pokładzie „Albatrosa” – kres bohaterskiego eposu.

W tym momencie podszedł do inżyniera Robura Tom Turner. Było kwadrans po pierwszej.

– Panie kapitanie – rzekł – wiatr zmienił kierunek i wieje bardziej na zachód.

– A co wskazuje barometr? – zapytał Robur, spoglądając badawczo w niebo.

– Żadnej zmiany, panie kapitanie – odpowiedział sternik. – Zdaje mi się, pozatem, że obłoki obniżyły się znacznie pod „Albatrosem”.

– Możliwe, Tomie, możliwe. Nie byłoby w tem nic nieprawdopodobnego, gdyby na morze spadł deszcz. Pozostaniemy wobec tego ponad deszczową chmurą, deszcz nie będzie nas obchodził i nie przerwiemy sobie pracy.

– Jeśli spadnie deszcz – mówił Tom Turner – będzie napewno gwałtowny – tak przynajmniej sądzę po tych chmurach, a wówczas wiatr ustanie.

– Możliwe, Tomie, możliwe – odparł Robur. – Zawsze jednak wolę nie opuszczać się niżej. Kierunek wiatru, jak o tem poucza barometr, jest zawsze niezmienny. Pospieszmy się z naprawą uszkodzeń, a później możemy sobie manewrować, jak uznamy za stosowne.

Około godziny drugiej pierwsza część roboty była już ukończona. Po osadzeniu propelera puszczono w ruch baterje. Powoli, ale stale, wzrastała szybkość aerostatku i „Albatros” skierowany na południowy zachód, wracał ku wyspie Chatam.

– Tomie, – odezwał się inżynier Rubur – upłynęło już zpewnością ze dwie i pół godziny, od czasu gdy wiatr zaczął nas pędzić na północny wschód. Kierunek wiatru, mimo twoich twierdzeń, nie zmienił się. Sądzę zatem, że w ciągu najwyżej godziny powinniśmy osiągnąć brzeg wyspy.

– I ja tak samo myślę, panie kapitanie – odparł sternik, – poruszamy się teraz z szybkością dwunastu metrów na sekundę. A więc między trzecią a czwartą rano „Albatros” powinien dotrzeć do celu.

– Tem lepiej, Tomie, – mruknął Robur. – Zależy nam przecież na tem, żeby wylądować jeszcze w nocy i niespostrzeżenie zejść na ląd. Uciekinierzy sądzą, zapewne, że wicher zapędził nas daleko na północ i nie mają się wcale na baczności. Postaramy się ukryć „Albatrosa” za jakąś wysoką skałą i zaczniemy poszukiwania. Choćbyśmy mieli zostać kilka dni na wyspie…

– Nie zniechęcimy się, panie kapitanie i nie odstraszy nas nawet walka z całą armją krajowców…

– A więc do roboty, Tomie.

Robur zwrócił się do swoich ludzi, oczekujących w milczeniu na rozkazy.

– Kochani przyjaciele – rzekł, – nie nadeszła jeszcze godzina wypoczynku, musimy pracować aż do świtu.

Wszyscy oświadczyli, że gotowi są do największego wysiłku dla dobra sprawy.

Przystąpiono do naprawy tylnego propelera. Uszkodzenia były tu prawie identyczne z uszkodzeniami przedniego śmigła.

Aby zdjąć go z obsady trzeba było albo wstrzymać lot na kilka minut, albo też nadać aerostatkowi ruch wsteczny. Na dany przez Robura znak mechanicy zastosowali tak zw. kontraparę i aerostatek w jednej chwili – używając marynarskiego słownika – przeszedł przez ster.

Załoga ruszyła na tylną część pokładu. Idąc z nią razem Tom Turner poczuł jakąś dziwną woń!

Była to charakterystyczna woń tlącego się prochu. Wydobywała się z kajuty zbiegów.

– Hm?… – rzekł sternik.

– Co się stało? – spytał Robur.

– Nic pan nie czuje? Możnaby powiedzieć, że pali się gdzieś proch.

– Masz słuszność, Tomie!

– A nawet z tej kajuty…

– Czyżby ci nędznicy podłożyli ogień?

– A gdyby to nie był tylko ogień?… – zawołał Robur. – Wyważ drzwi, Tomie, wyważ drzwi!

Sternik nie zdążył spełnić rozkazu, gdy całym korpusem „Albatrosa” wstrząsnął silny wybuch… i rufa wyleciała w powietrze. Lampy elektryczne zagasły i aerostatek zaległy głębokie ciemności. Wśród maszyn wprowadzających w ruch propelery, jedne uległy częściowemu zniszczeniu, gdy inne położone bliżej dziobu aerostatku pozostały na szczęście nienaruszone,

Nagle rozległ się nowy trzask; aerostatek pękł w okolicy kabiny, w której były umieszczone akumulatory utrzymujące w ruchu tylny propeler i cała tylna część pokładu runęła wdół. Prawie równocześnie stanął przedni propeler; „Albatros” zachwiał się…

Dla ośmiu ludzi, stanowiących załogę sterowca, oznaczało to wściekły upadek z wysokości trzech tysięcy metrów.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 44

W tym momencie Robur, którego dziwnym trafem nie opuściła zimna krew, przedostał się do rozsadzonej budki sternika i chwyciwszy koło sterowe, nadał padającemu „Albatrosowi” odwrotny kierunek do poruszających się jeszcze ustawicznie propelerów.

Ruch ten nie powstrzymał wprawdzie katastrofy, złagodził jednak upadek; kadłub aerostatku opadał wolno, jak spadochron. Załodze „Albatrosa” groziła wprawdzie śmierć, lecz forma jej była łagodniejsza – utonięcie zamiast rozbicia.

W dwadzieścia cztery sekundy po eksplozji, szczątki aerostatku pogrążyły się w falach spienionego oceanu.



ROZDZIAŁ XVII,

w którym czytelnik cofa się o dwa miesiące i posuwa się naprzód o dziewięć miesięcy.

Kilka tygodni wcześniej 13 czerwca t. j. następnego dnia po pamiętnem posiedzeniu Instytutu Weldona, podczas którego doszło do burzliwych zajść, panowało we wszystkich warstwach społeczeństwa Filadelfji, zarówno wśród murzynów jak i białych silne podniecenie.

Już o świcie przy pierwszem śniadaniu rozmawiano i roztrząsano niebywałe i gorszące zajście na zebraniu balonistów. Jakiś intruz, podający się za inżyniera, o nieprawdopodobnem nazwisku Robura Zwycięscy, osobistość nieznanego pochodzenia i narodowości, wdarł się na salę posiedzeń, najokropniej naubliżał balonistom, wyśmiał aparaty lżejsze od powietrza i wzburzył do tego stopnia zgromadzenie, że spokojni obywatele Filadelfji rzucili się na niego, aby pomścić zniewagę. Wówczas, zmuszony krzykami i strzałami rewolwerowemi do opuszczenia mównicy, zniknął i mimo skrupulatnych poszukiwań wszelki ślad po nim zaginął.

Naturalnie, że dziwne to zdarzenie wywoływało rozmaite domysły i dawało pole do plotek i bajek. Z Filadelfji wiadomość o awanturze na zebraniu balonistów zawędrowała do trzydziestu sześciu pozostałych stolic Stanów Zjednoczonych, a stamtąd do Europy i Azji.

Ogólne podniecenie wzmogło się znacznie, gdy wieczorem 13 czerwca rozeszła się pogłoska, że po pamiętnem zebraniu nie powrócili jeszcze do domu ani prezydent ani sekretarz Instytutu Weldona, co było tembardziej znamienne, że chodziło o ludzi szanowanych, uczonych i zajmujących wybitne stanowiska. Wczoraj wieczorem opuścili salę posiedzeń, pragnąc w spokoju ducha odpocząć na łonie rodziny. Czyżby mieli zniknąć rozmyślnie? Nic na to nie wskazywało; obaj dżentelmeni umówili się z pozostałymi balonistami, że nazajutrz zjawią się w klubie i zajmą swoje fotele prezydenta i sekretarza Instytutu Weldona w czasie nadzwyczajnego posiedzenia, poświęconego rozpatrzeniu zajść poprzedniego wieczora.

Okazało się, następnie, że prócz tych obu znakomitych obywateli Filadelfji zniknął również służący wuja Prudent’a Frycolin. Od czasu Toussaint’a Louverture’a, Faustin’a Soulonque’a i Dessaline’a sprawa żadnego murzyna nie narobiła tyle wrzawy i hałasu, Frycolin stał się nieomal sławnym wśród kelnerów, szwaczek i pomywaczy Filadelfji.

Następny dzień nie przyniósł nic nowego. Nie nadeszła żadna wiadomość ani od Frycolin’a, ani od obu kolegów klubowych. Podniecenie rosło z godziny na godzinę. Przed gmachem Post and Telegraph Offices zgromadził się wielki tłum ciekawych i żądnych najświeższych nowin.

Daremny trud.

A przecież tylu ludzi widziało zupełnie dokładnie jak obaj dygnitarze opuścili Instytut Weldona, jak zabrali ze sobą oczekującego na nich Frycolin’a, skręcili w ulicę Walmut, a następnie, weszli do parku Fairmont.

Jem Cip, jarosz, uścisnął nawet prawicę prezydenta i rzekł na pożegnanie:

– Do zobaczenia – jutro!

William F. Forbes, wytwórca cukru ze szmat, opowiadał, że Phil Evans uderzył go dwa razy poufale po ramieniu i dwukrotnie krzyknął:

– Do widzenia, stary!

Miss Dol i miss Mat Forbes, które łączyła prawdziwa przyjaźń z wujem Prudentem, nie mogły się w żaden sposób uspokoić po jego zniknięciu.

Upłynęło trzy, pięć, sześć dni, tydzień, drugi tydzień… Nikt ani nic nie wskazywało na jakiekolwiek ślady po zaginionych.

Czyniono wszelkie możliwe poszukiwania we wszystkich częściach miasta… napróżno; w uliczkach i podejrzanych spelunkach portowych… bez rezultatu; w parku Fairmont, w mało uczęszczanych zakątkach i gęstych zaroślach… nadaremnie. Nic i nic.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 45

Na wielkiej polanie pośrodku parku, jakiś prywatny detektyw wykrył, że gdzieniegdzie trawa była świeżo wygnieciona. Spostrzeżenie to nasunęło mu myśl, na którą wskazywały pewne ślady, że stoczono tu walkę. Czyżby w tem bezludnem miejscu napadła na obu dżentelmenów jakaś banda opryszków. Było to zupełnie możliwe.

Policja ze swej strony prowadziła dochodzenie pedantycznie i powoli. Przeszukano niewodem rzekę Schnykill, odmulono jej koryto i oczyszczono brzegi z chwastów i nieczystości. Nie osiągnięto wprawdzie celu, lecz nie pozostało to bez korzyści, gdyż rzeka Schnykill oddawna potrzebowała gruntownego oczyszczenia. Są jeszcze praktyczni ludzie w Filadelfji!

Następnie, zwrócono się o pomoc do najpoczytniejszych dzienników demokratycznych i republikańskich – bez względu na zabarwienie polityczne. „Daily Negro”, organ czarnej rasy, zamieścił nawet odbitkę Frycolin’a, wziętą z jego ostatniej fotografji. Obiecywano nagrody pieniężne każdemu kto mógłby udzielić jakichkolwiek wiadomości o zaginionych, lub spostrzeżeniami swojemi naprowadzić na ich ślad.

Pięć tysięcy dolarów. Pięć tysięcy dolarów każdemu obywatelowi, który…

Napróżno; pięć tysięcy dolarów leżało nienaruszone w kasie Instytutu Weldona.

– Poszukiwania zakończyły się kompletnem fiaskiem – donosiło „Echo Zachodu”. Wuja Prudenta i Phil’a Evans’a nie odnaleziono!

Od chwili niewytłumaczonego zniknięcia prezydenta i sekretarza Instytut Weldona zamarł; postanowiono odroczyć na czas nieokreślony dalsze prace związane z konstrukcją Go a head.

W tym właśnie czasie zaczęto znów mówić o cudownem zjawisku, które już kilka tygodni przedtem poruszyło umysły wszystkich współczesnych.

Na horyzoncie ukazał się tajemniczy meteoryt; szybował w wyższych warstwach powietrza jak błyszcząca kula. Znamienna rzecz – nikt nie powiązał dziwnego zjawiska z zaginięciem członków zarządu Instytutu Weldona. Trzebaby mieć zresztą dużą dozę wyobraźni, aby połączyć te dwa fakty.

Wracając do cudownego zjawiska, ujrzano je najpierw w Kanadzie nad okolicami, położonemi pomiędzy Ottawą a Quebec’iem; stało się to nazajutrz po zniknięciu obu kolegów klubowych. Następnie zaobserwowano je nad wyżynami Dalekiego Zachodu, w chwili, gdy „Albatros” ścigał się z pociągiem pospiesznym.

Od tego dnia znikła wszelka niepewność; tajemniczem ciałem niebieskiem był latający aparat, stanowiący praktyczne zastosowanie teorji: cięższe od powietrza. A choć twórca jego zachowywał w dalszym ciągu incognito, nie stosował go już widocznie do swego aerostatku skoro demonstrował go przy każdej nadarzającej się sposobności w czasie przelotu nad obszarami Dalekiego Zachodu. Oczywiście, iż źródło siły mechanicznej i maszyny wprowadzające w ruch aerostatek, były ogółowi nieznane. Nie ulegało wątpliwości, że aparat może rozwinąć w nadzwyczajną szybkość, gdyż już w kilka dni potem sygnalizowano jego zjawienie się w państwie niebieskiem, potem w północnych częściach Hindostanu, a niewiele później nad stepami Rosji.

Kim był ten śmiały inżynier, rozporządzający takim fenomenalnym środkiem lokomocji, że nie było dla niego żadnych przeszkód ani żadnej granicy, poruszający się w atmosferze jak udzielny władca? Czy można było choćby na chwilę przypuścić, że jest nim Robur, człowiek, który wzburzył swemi bezlitosnemi teorjami członków Instytutu Weldona.

Niektórym błyskotliwym umysłom podobna koncepcja przyszła wreszcie do głowy. Mimo to nawet i oni nie wpadli jakoś na pomysł, że Robur może mieć łączność z zaginięciem prezydenta i sekretarza Instytutu Weldona.

Kto wie czy zostałby kiedy odsłonięty rąbek tajemnicy, gdyby nie depesza z Francji, która nadeszła do Nowego Yorku 6 lipca o godzinie jedenastej rano.

Depesza zawierała tekst znalezionego w Paryżu pisma i oznajmiła wreszcie, co się stało z dwoma znakomitymi mężami Filadelfji, po których całe Stany chciały już nosić żałobę.

Sprawcą uprowadzienia był więc Robur, człowiek, który przybył do Filadelfji, wyłącznie w tym celu aby obalić teorję balonistów, Z zemsty za zniewagę ze strony balonistów uprowadził wuja Prudent’a, Phil’a Evans’a i Frycolin’a! Ludzi tych trzeba uważać za bezpowrotnie straconych, chyba żeby się udało skonstruować sterowiec, któryby był w stanie pokonać potężny aparat Robura.

Co za rozczarowanie! Co za zdumienie! Paryska depesza adresowana było do biura Instytutu Weldona. Członkowie klubu zostali natychmiast powiadomieni o wszystkiem. Po dziesięciu minutach wiedziała już o tem cała Filadelfja, a w godzinę potem całe Stany Zjednoczone. Mimo to nie wszyscy wierzyli w prawdziwość doniesienia, jedni uważali to za kiepski żart – inni za kaczkę dziennikarską. Niesposób zrozumieć, jak zorganizować napad w samem sercu Filadelfji. Jak wreszcie mógł lądować „Albatros” w parku Fairmont, nie będąc zauważony w stanie Pennsylwanja?

– Wszystko jest możliwe – odpowiadano na te zarzuty. – Noc jest najlepszym sprzymierzeńcem opryszków.

Niewierni wciąż jeszcze powątpiewali lecz wkrótce przekonali się, że wiadomość była prawdziwa. 13 lipca zawinął do Hudson francuski transportowiec „Normandja” – i przywiózł ze sobą sławną tabakierę. Wysłano ją z największym pośpiechem z Nowego Jorku do Filadelfji.

Była to, niewątpliwie, tabakiera prezydenta Instytutu Weldona. Dobrze uczynił Jem Cip, zażywszy owego dnia krzynę mięsnego pokarmu, gdyż tylko dzięki temu, ujrzawszy tabakierę nie popadł w omdlenie. Jakże często brał z niej przyjacielskie niuchy! Miss Doll i miss Mat również poznały tabakierę; wywoływała w nich nieraz skryte pragnienie zanurzenia w brunatnym pyle chudych staropanieńskich paluszków. Inni, a więc ojciec Doll i Mat, William F. Forbes, Truk Milnor, Bat F. Fyn i pozostali członkowie Instytutu Weldona niejednokrotnie widzieli ją w rękach czcigodnego prezydenta. Tabakiera była świadectwem przyjaźni, jaką cieszył się wuj Prudent w dobrem mieście Filadelfji, mieście którego sama nazwa świadczy, że jego mieszkańcy kochają się jak bracia.

Znikał więc ostatni cień wątpliwości. Tabakiera i dokument napisany własnoręcznie przez wuja Prudenta przekonały największych niedowiarków. Zaczęły się wówczas lamenty i narzekania. Wuj Prudent i jego kolega klubowy zostali uprowadzeni i nie było sposobu, aby ich uwolnić!

Towarzystwo wodospadów Niagary, którego największym akcjonarjuszem był wuj Prudent, chwiało się, blizkie upadłości. Walton Watch Company, domena Phila Evansa przemyśliwało o likwidacji fabryki zegarków.

Zapanowała powszechna żałoba.

Od chwili przelotu „Albatrosa” nad Paryżem nic o nim nie wiedziano. W kilka godzin później ukazał się nad Rzymem potem zaginął po nim ślad. Nie było w tem zresztą nic dziwnego, wobec szybkości, którą aerostatek rozwinął w czasie przelotu nad Europą i morzem Śródziemnem. Dzięki temu nie można go było zaobserwować nawet przez lunetę. Gdyby wszystkie placówki astronomiczne zmobilizowały w dzień i w nocy cały swój personel, aerostatek Robura uszedłby ich uwagi i wszyscy musieliby zwątpić, czy kiedykolwiek natrafią na jego ślad.

Nad wybrzeżem Afryki północnej „Albatros” leciał wprawdzie ze zmniejszoną szybkością nikomu jednak nie przyszło na myśl szukać go pod niebem algierskiem, gdyż nikt jeszcze nie znał treści zrzuconego w tabakierze pisma. Zauważono go dopiero nad Timbuktu lecz mieszkańcy tego sławnego miasta nie zawiadomili o tem Europy. Co zaś do króla Dahomeyu to kazałby raczej skrócić o głowę dziesięć tysięcy poddanych łącznie z ministrami, niż miałby się przyznać do porażki w walce z „Albatrosem”. Każdy hołduje swej miłości własnej.

Jak już wiemy „Albatros” leciał potem nad oceanem Atlantyckim i przybył najpierw nad Ziemię Ognistą i nad przylądek Horn, następnie, zaś błąkał się nad najdalej na południu wysuniętemi okolicami lądu amerykańskiego i nad rozległym obszarem bieguna. Z okolic polarnych nie można było naturalnie liczyć na żadne wiadomości.

Upłynął lipiec i żadne oko ludzkie nie mogło się pochwalić, by choć przelotnie widzieć sterowiec Robura.

Kończył się już i sierpień; ta sama niepewność panowała co do losu obu więźniów. Zadawano sobie pytania, czy Robur, wzorem najstarszego lotnika Ikara – nie padł ofiarą swojej śmiałości.

Minął sierpień, potem dwadzieścia siedem dni września bez żadnej zmiany w położeniu.

Do wszystkiego można się wkońcu przyzwyczaić. Leży to już w naturze ludzkiej, że czas tępi ostrze bólu; wspomnienie zaciera się powoli w pamięci; blaknie i matowieje. Wbrew regule, a ku chwale jankesów, zainteresowanie sprawą Robura nie słabło; niezmiennie współczuto losowi dwóch białych i jednego murzyna, uprowadzonych jak prorok Eljasz z tą tylko różnicą, że powrót ich nie został przez biblję wyprorokowany.

W Filadelfji mówiono o tem, oczywiście, więcej, niż gdzieindziej, gdyż wchodziły tu w grę osobiste uczucia. Robur uprowadził wuja Prudent’a i Phil’a Evans’a, mszcząc się na najlepszych obywatelach miasta. Lecz czy czynem tym zaspokoił swą zemstę? Czy nie zechce się mścić na innych kolegach prezydenta i sekretarza Instytutu Weldona? Kto może się czuć zabezpieczonym przed napaścią wszechwładnego władcy przestworzy?

Nagle 28 września przebiegła całe miasto niezwykła nowina: wuj Prudent i Phil Evans znajdują się w prywatnem mieszkaniu prezydenta Instytutu Weldona.

Wiadomość ta została wkrótce oficjalnie potwierdzona, choć wielu wątpiło jeszcze w jej prawdziwość.

Obaj dygnitarze – a nie ich cienie – powrócili wraz z wiernym Frycolin’em.

Przed dom wuja Prudent’a zaczęli wędrować członkowie klubu, przyjaciele i znajomi, a wkońcu niezliczona rzesza gapiów. Wszyscy witali obu dżentelmenów głośnemi okrzykami radości; przy akompanjamencie wrzaskliwych hipp, hipp – hurra zaczęto ich podrzucać entuzjastycznie do góry.

Znajdował się tu Jem Cip, który w pośpiechu porzucił śniadanie – przypiekane grzaneczki – był również William F. Forbes z córeczkami miss Doll i miss Mat. Gdyby wuj Prudent był mormonem, mógłby dziś jeszcze wziąć je obie za żony; lecz jako gorliwy prezbiterjanin i zagorzały zwolennik starokawalerstwa nie uczyniłby tego nigdy. Obecni byli Truk Milnor, Bat F. Fyn i wreszcie wszyscy pozostali członkowie klubu. Do dnia dzisiejszego pozostaje zagadką, jakim cudem wuj Prudent i Phil Evans uszli cało z ramion przyjaciół zagrażających im uduszeniem w czasie pierwszego ich przejścia przez miasto.

Owego wieczora w Instytucie Weldona miało się odbyć pierwsze posiedzenie po długotrwałej przerwie. Sądzono, że obaj dżentelmeni zajmą swoje zwykłe miejsca w prezydjum. Ponieważ zaś dotychczas nic jeszcze nie opowiedzieli o swoich przeżyciach spodziewano się ogólnie, że uskutecznią to w czasie zebrania.

Tymczasem milczeli jak groby; milczał również Frycolin, którego współplemieńcy z przyjemnością by go za to poćwiartowali.

Postaramy się więc opowiedzieć w zastępstwie naszych bohaterów co zaszło od chwili, gdyśmy się z nimi rozstali.

Nie potrzebujemy zdaje się cofać czytelnika do wydarzeń nocy z 27 na 28 lipca; wspominać o śmiałej ucieczce prezydenta i sekretarza Instytutu Weldona, o ich wędrówce przez skalistą wyspę Chatam; o strzale karabinowym skierowanym do Phila Evans’a oraz o przecięciu liny kotwicznej „Albatrosa”.

Wiatr południowo wschodni uniósł aerostatek, noc wchłonęła go bez śladu.

Uciekinierzy nie mieli się już czego obawiać. Wiedzieli, że inżynier Robur nie mógł wrócić na wyspę, gdyż śmigła aerostatku pozbawione były władzy najmniej na trzy, cztery godziny.

Po upływie tego czasu „Albatros” stanie się nędznym, zdanym na łaskę fal wrakiem, a wszyscy, których nosił na swym pokładzie, porozrywanymi na części trupami.

Straszny akt zemsty musiał się udać. Ponieważ zaś wuj Prudent i Phil Evans uważali, że działają w koniecznej obronie, nie odczuwali więc wyrzutów sumienia.

Phil Evans był lekko ranny. Wszyscy trzej ruszyli brzegiem rzeki w nadziei napotkania krajowców.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 46

Nie zawiedli się. Na zachodniem wybrzeżu wyspy Chatam koczowało około pięćdziesięciu nędznych napół dzikich mieszkańców, trudniących się połowem ryb. Zauważyli szybujący w stronę wyspy aerostatek i powitali przybyszów jak jakie nadnaturalne istoty. Modlili się do nich, a przynajmniej niewiele do tego brakowało i zaprowadzili do największej i najładniejszej chaty. Frycolin chodził jak paw, dumny ze swej nowej roli boga.

Jak przewidywali, nie ujrzeli już więcej aerostatku z czego wywnioskowali, że eksplozja zniszczyła twór Robura wraz z całą jego załogą. Nikt już więcej nie usłyszy o inżynierze Roburze, o jego cudownej maszynie, ani o dzielnej załodze „Albatrosa”.

Trzeba teraz tylko było oczekiwać w spokoju na sposobność powrotu do Ameryki, gdyż wyspa Chatam leży zdała od wszelkich uczęszczanych szlaków morskich. W ten sposób upłynął cały sierpień i nieszczęśni członkowie Instytutu Weldona zaczęli już sobie zadawać pytanie, czy nie zamienili jednego więzienia na drugie. Jeden tylko Frycolin czuł się na wyspie Chatam doskonale i wcale nie myślał o powrocie.

Wreszcie 3 września pojawił się u brzegów wyspy okręt. Czytelnik nie zapomniał może, że wuj Prudent w chwili uprowadzenia miał przy sobie kilka tysięcy dolarów, a więc o wiele więcej, niż potrzeba na powrót do Ameryki. Nasi przyjaciele serdecznie podziękowali krajowcom za gościnność i wsiedli na okręt. O przeżyciach swoich nikomu nie mówili; po dwóch dniach dotarli do stolicy Nowej Zelandji.

Tutaj wziął ich na pokład wielki okręt transoceaniczny. 20 września wylądowali po szczęśliwej podróży w San Francisco. Nie mówili ani kim są, ani skąd przybywają; ponieważ dobrze zapłacili za karty okrętowe żaden amerykański kapitan nie pytał skąd pochodzą.

W San Francisco wuj Prudent, jego kolega klubowy i Frycolin zajęli miejsca w expressie kolei transamerykańskiej i 27 września zdrowi i cali znaleźli się w Filadelfji.

Oto krótkie sprawozdanie, napisane stylem kronikarskim o tem, co zaszło od czasu ucieczki dżentelmenów i ich odjazdu z wyspy Chatam. Nadszedł wieczór. Prezydent i sekretarz Instytutu Weldona zajęli flegmatycznie swe miejsca przy stole prezy-djalnym.

Nigdy jeszcze nie byli tak spokojni. Najbystrzejsze oko nie dostrzegłoby na ich twarzach śladów przeżytych wrażeń. Zdawało się jakby te trzy i pół miesiąca były wykreślone z ich życia.

Po pierwszych entuzjastycznych powitaniach, które obaj dżentelmeni przyjęli wzruszeniem ramion, wuj Prudent nakrył głowę i powiedział:

– Szanowni obywatele, posiedzenie jest otwarte.

Obłędne oklaski zagłuszyły mówcę; gdyby na zebraniu nie zaszło nic nadzwyczajnego już samo to, że zostało otwarte przez wuja Prudent’a podnosiło niezwykle jego wartość.

Prezydent przeczekał wspaniałomyślnie, aż ustaną okrzyki radości i oklaski. Następnie rzekł:

– Podczas ostatniego posiedzenia doszło do gwałtownej wymiany zdań (Słuchajcie! Słuchajcie!) między zwolennikami osadzenia śmigła na przedniej i na tylnej części naszego balonu Go a head. (Oznaki zdumienia). W międzyczasie zrobiliśmy jednak pewien wynalazek, który pozwoli na osadzenie przedniego i tylnego steru. Wynalazek ten jest bardzo prosty. Przedni i tylny dziób naszej gondoli zaopatrzymy w propelery pędne. (Cisza spowodowana ogólnem zdumieniem).

To było wszystko!

Wszystko, o samem bowiem uprowadzeniu prezydent i sekretarz Instytutu Weldona nie powiedzieli ani słowa; nie wspomnieli również o inżynierze Roburze i jego „Albatrosie”, ucieczce i strasznym losie „Albatrosa”. Pominęli milczeniem zagadnienie, czy „Albatros” jeszcze szybuje w przestworzu i czy należy się z jego strony obawiać jakichkolwiek napaści na pozostałych członków klubu.

Nie zbywało zapewne balonistom na chęciach zadawania pytań wujowi Prudent’owi i Phil’owi Evans’owi ale obaj dżentelmeni byli tacy pełni dostojeństwa, że trzeba było uszanować ich powściągliwość. Gdy nadejdzie odpowiednia chwila opowiedzą niewątpliwie wszystko, niepytani i nieproszeni.

Wreszcie kto wie czy pod tem milczeniem nie kryje się jakaś głębsza tajemnica, która nie może być jeszcze dzisiaj odsłonięta?

Wśród ogólnego milczenia, co było niesłychaną rzadkością na posiedzeniach Instytutu Weldona, wuj Prudent zabrał ponownie głos.

– Moi panowie – powiedział – czeka nas ważne zadanie – musimy jaknajprędzej wykończyć Go a head.

– Zamykam posiedzenie.



ROZDZIAŁ XVIII,

który kończy tą prawdziwą historję, nie doprowadzając jej jednak do końca.

Dwudziestego dziewiątego kwietnia następnego roku, a więc siedem miesięcy po powrocie wuja Prudent’a i Phil’a Evans’a, cała Filadelfja była niezwykle podniecona. Tym razem nie chodziło o spory partyjne, wybory lub zebrania publiczne. Oto, poprostu, Go a head miał być po raz pierwszy wypuszczony z hangaru.

Na pilota wyznaczono Harry W. Tinder’a, o którym wspomnieliśmy na początku niniejszego opowiadania, do pomocy dodano mu doświadczonego pomocnika.

Pasażerami mieli być prezydent i sekretarz Instytutu Weldona, którym należał się ten zaszczyt, choćby z tego powodu, że całe życie walczyli w imię zasady: „lżejsze od powietrza”.

Dziś jeszcze po upływie pełnych siedmiu miesięcy od chwili ucieczki z „Albatrosa” nie pisnęli ani słowa o swoich przygodach. Nawet Frycolin, któremu naprawdę ciężko się było powstrzymać, nie wspomniał nikomu o inżynierze Roburze i jego cudownej maszynie. Wuj Prudent i Phil Evans, jako zażarci baloniści, wykreślili ze swej pamięci cudowny aerostatek Robura. Choćby Go a head miał zawieść pokładane w nim nadzieje, woleli to, niż zapożyczenie jakiegoś wynalazku, pochodzącego od zwolenników awjacji. Wierzyli dawniej, a obecnie chcieli w to wierzyć, że władcą i zdobywcą przestworzy może być tylko balon i że do niego jednego należy przyszłość.

Pozatem nie było już człowieka, na którym wywarli tak straszną i według ich zdania usprawiedliwioną zemstę. Żaden z członków załogi nie przeżył zniszczenia aerostatku; tajemnica „Albatrosa” leżała pogrzebana w głębi oceanu Spokojnego,

Przypuszczenie, że inżynier Robur mógł znaleźć jakieś schronisko, cudowną wyspę na niezmierzonym zwierciadle oceanu, wydawało się mało prawdopodobne.

Zbliżano się zatem do wielkiego eksperymentu nad którym Instytut Weldona pracował tak długo i zbożnie. Go a head był ostatnim wyrazem techniki w dziedzinie aeronautyki tak jak „Inilexible” i „Formidable” (dwa najnowsze francuskie krążowniki) są ostatniemi wyrazami techniki w dziedzinie budownictwa okrętowego.

Go a head nie miał słabych punktów. Objętość balonu pozwalała na osiąganie wysokości o której dotąd żaden inny balon nie mógł nawet marzyć; powłoka była nieprzepuszczalna wskutek czego mógł się długo utrzymać w powietrzu i przeciwstawić wysokiemu ciśnieniu, najulewniejszemu deszczowi i najgwałtowniejszym wiatrom; pojemność umożliwiała zabranie motoru elektrycznego, wprowadzającego w ruch propelery. Go a head miał kształt podobny do cygara. Gondola zawierała, oprócz koniecznych dla aeronauty narzędzi, instrumenty fizyczne, liny, kotwicę i t.p.; ponadto baterje i akumulatory dostarczające siły mechanicznej. Na przodzie gondoli mieściła się jedna śruba pędna, a ztyłu obok steru druga. Moc maszyn Go a head’u, pozostawała oczywiście daleko wtyle za „Albatrosem”.

Po napełnieniu gazem Go a head został przetransportowany na polanę parku Fairmont, w to same miejsce, gdzie swego czasu stał przez kilka godzin „Albatros”.

Nie potrzebujemy podkreślać, że balon był wypełniony najlżejszym ze wszystkich gazów, wodorem, stosownie do doświadczeń Henry Giffard’a. Go a head miał objętość 40.000 metrów sześciennych.

Rankiem 20 kwietnia przygotowania zostały ukończone. O jedenastej olbrzymi balon wznosił się już kilka stóp ponad ziemią, gotów do odlotu.

Pogoda była prześliczna, jakby specjalnie obstalowana. Może cokolwiek silniejszy wiatr byłby bardziej pożądany, gdyż podkreśliłby wartość Go a head’u.

Narazie, nie było o tem mowy – wiatr szeleścił zaledwie listowiem drzew – i nic nie wskazywało na zmianę pogody. Owego dnia Północna Ameryka nie wysłała ze swojego nigdy niewyczerpanego zapasu żadnej burzy w stronę Europy.

Wielka ciżba ludzi wędrowała pieszo i pociągiem ze wszystkich okolic Filadelfji do parku Fairmont; stanęły fabryki i zakłady handlowe; wszyscy – szefowie, urzędnicy, rzemieślnicy, robotnicy, mężczyźni i kobiety, starcy i dzieci, członkowie kongresu, żołnierze, ławnicy miejscy, reporterzy pism, obywatele biali i kolorowi zgromadzili się by ujrzeć to widowisko. Czy mamy opisywać niecierpliwe podniecenie tłumu, okrzyki zachęty i podziwu? Czy mamy liczyć hip! hip! hip!, które jak strzały biegły ze wszystkich stron placu w chwili gdy wuj Prudent i Phil Evans ukazali się w gondoli upiększone] gwaździstą flagą Ameryki? Albo czy mamy mówić, że większość ciekawych nie przyszła tu, żeby zobaczyć Go a head, tylko, by przypatrzyć się dwóm mężom, których zazdrościł Stary Świat Nowemu?

Dlaczego jednak tylko dwóm, nie trzem? Gdyż Frycolin uważał, że sława jego została dostatecznie ugruntowana, dzięki podróży na „Albatrosie” i ten drugi zaszczyt skromnie odstąpił swojemu panu. Oklaski i dzikie okrzyki radości przypadły więc w udziale wyłącznie prezydentowi i sekretarzowi Instytutu Weldona. Wewnątrz stoiska, okolonego palikami i chorągiewkami stawili się wszyscy członkowie klubu. Znajdowali się tu Truk Milnor, Bat F. Fyn i William F. Forbes, pod ramię z córeczkami swemi miss Doll i miss Mat. Wszyscy zjawili się, aby zaświadczyć, że nic nie jest w stanie rozłączyć zwolenników tezy lżejsze od powietrza.

Około godziny jedenastej minut dwadzieścia wystrzał armatni oznajmił zakończenie ostatnich przygotowań.

Go a head oczekiwał tylko na sygnał do odlotu. Drugi wystrzał armatni rozległ się o godzinie jedenastej minut dwadzieścia pięć.

Przytrzymywany podręczną liną Go a head wzniósł się na wysokość piętnastu metrów nad polanką. Wuj Prudent i Phil Evans, stojąc w tylnej części gondoli, położyli lewą rękę na piersi, na znak, że całem sercem są z widzami. Wyciągnąwszy, następnie, prawą rękę ku niebu oznajmili, że największy, najpotężniejszy z zbudowanych dotąd balonów dąży do swego powietrznego królestwa.

W odpowiedzi setki tysięcy rąk położyło się na setkach tysięcy piersi; setki tysięcy rąk wzniosło się do góry.

O godzinie jedenastej minut trzydzieści rozległ się trzeci wystrzał armatni.

– Puścić liny! – krzyknął wuj Prudent.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 47

I Go a head wzniósł się majestatycznie wgórę.

Było to wspaniałe widowisko! Zdawało się, że to nie balon tylko okręt spuszczony z doku w odmęty morskie.

Go a head unosił się prawie prostopadle – dowód zupełnej ciszy powietrza – i zatrzymał się na wysokości dwustu pięćdziesięciu metrów.

Na tej wysokości rozpoczął się lot w kierunku poziomym z szybkością dziesięciu metrów na sekundę. Podobną szybkość rozwija na pełnem morzu wieloryb. Porównanie olbrzymiego ssaka mórz północnych z Go a head nasuwało się mimowoli na myśl jeszcze z tego względu, że balon posiadał kształt wieloryba.

Nowa porcja hurra wzbiła się aż do dzielnych aeronautów.

Następnie Go a head wykonał kilka okrążeń i ewolucyj, posłuszny wprawnej ręce sternika. Szybował to wtył to naprzód, jakby chciał okazać wszystkim przeciwnikom sterowania balonem jak bardzo błądzili.

Udanemu, jak dotąd, lotowi nie towarzyszył wiatr. A szkoda, gdyż Go a head mógłby się z nim uporać, czy to biorąc ukośny kierunek do wiatru, jak żaglowiec, czy też lecąc przeciw wiatrowi, jak parowiec.

Po pewnym czasie balon wzbił się o kilkaset metrów wgórę.

Łatwo było pojąć zamiary aeronautów. Wuj Prudent i jego współtowarzysze szukali w wyższych warstwach powietrza prądów koniecznych do uzupełnienia swej pierwszej próby.

Go a head wznosił się zatem prostopadle wgórę… Dla patrzących na niego z dołu, olbrzymi wieloryb przeistoczył się w świnkę morską, a wreszcie w zwyczajnego kiełbika.

Ponieważ przy wznoszeniu się Go a head nie napotkał żadnych przeszkód osiągnął więc wysokość czterech tysięcy metrów i na tej wysokości był zupełnie dokładnie widziany, na czystem tle nieba.

Tymczasem wciąż jeszcze znajdował się nad polaną parkową, jakby był przytwierdzony liną do ziemi. Powietrze było spokojne. Ani w dolnych ani w wyższych warstwach nie wiał najlżejszy wiaterek. Go a head pomniejszony, jakby oglądany odwróconym końcem lunety, manewrował nie napotykając najmniejszego oporu.

Nagle z tłumu wzbił się przeraźliwy krzyk. Wzrok widzów skierował się wgórę.

Na jasnym lazurze ukazał się jakiś poruszający się punkcik i z każdą chwilą zwiększał się i zbliżał. Czy był to olbrzymi ptak, szybujący przez najwyższe regjony powietrzne? Czy ognisty meteoryt, którego droga przebiega atmosferę ziemską w skośnym kierunku? W każdym razie zagadkowe zjawisko poruszało się nadzwyczaj szybko i niezadługo winno się było znaleźć nad zdumionym tłumem.

Jakieś nieokreślone podejrzenie zelektryzowało nagle umysły wszystkich obecnych.

Zdało się, jakby i Go a head spostrzegł przybysza. Możliwe nawet, że przeczuł grożące mu niebezpieczeństwo, gdyż raptownie zwiększył swą szybkość i zaczął uciekać na wschód.

Wówczas tłum zrozumiał nagle wszystko. Imię wyrwane z piersi jakiegoś członka Instytutu Weldona zostało machinalnie powtórzone przez dwieście tysięcy ust: „Albatros!”… „Albatros!”…

Był to rzeczywiście „Albatros”. Robur zjawił się ponownie, jak Napoleon powracający z Elby. Aerostatek jego rzucił się jak ptak drapieżny na Go a head. Jakże się to stało, u Boga?

Przed dziewięcioma miesiącami „Albatros” został rozsadzony na kawałki. Wiemy wprawdzie, że dzięki cudownemu opanowaniu inżyniera Robura, który w ostatniej chwili stanął u steru, aerostatek splanował i załoga uniknęła śmierci przez rozbicie o fale morskie, nie tłomaczyło to jednak, czemu się nie potopiła, czemu przypisać zmartwychwstanie „Albatrosa”?

Oto resztki pokładu, propelerów i kadłuba przemieniły go w pływającą tratwę. Ranny ptak opadł wprawdzie na fale, ale jego skrzydła wciąż jeszcze utrzymywały go na powierzchni. Przez kilka godzin Robur i jego ludzie utrzymywali się na wraku, a potem schronili się na odnalezioną łódź kauczukową.

Opatrzność, dla tych, którzy wierzą w boską interwencję w ludzkich sprawach – a przypadek, dla tych, którzy w Opatrzność nie wierzą – przybyła rozbitkom z pomocą.

W kilka godzin po wschodzie słońca zostali spostrzeżeni przez jakiś okręt, który wziął na swój pokład załogę i szczątki aerostatku. Inżynier Robur powiedział kapitanowi, że jego statek uległ katastrofie; a że dobrze zapłacił za przejazd, nikt go nie wypytywał zbytnio o szczegóły.

Okrętem, który wyświadczył Roburowi przysługę był angielski trójmasztowiec, „Two Friends” z Liverpoolu; w kilka dni po zabraniu rozbitków dotarł do Melbourne.

Załoga aerostatku była więc w Australji, ale zawsze jeszcze daleko do wyspy X, do której Robur postanowił jaknajprędzej powrócić.

Pod szczątkami tylnego pokładu aerostatku znalazł inżynier dostateczną sumę pieniędzy, która pozwoliła opędzić wszystkie wydatki załogi. Krótko po przybyciu do Melbourne, kupił mały parowiec i udał się do wyspy X.

Opanowała go całkowicie idee fixe, – postanowił zemścić się. W tym celu trzeba było wybudować drugi „Albatros”, co dla człowieka, który już zbudował jeden aerostatek, było fraszką. Do budowy użyto wszystko, co pozostało ze starego „Albatros’a” a między innemi wszystkie części maszyn łącznie z propelerami, zwiezione na pokładzie parowca. Mechanizm puszczono w ruch przy pomocy nowych bateryj i akumulatorów. Cała robota trwała niecałe osiem miesięcy i nowy „Albatros”, zupełnie podobny do dawnego zniszczonego, tak samo silny i potężny, był gotów do odlotu.

Załogę stanowili, oczywiście, ci sami ludzie, wszyscy pałali gniewem na wuja Prudent’a i Phil’a Evans’a i na cały Instytut Weldona.

W pierwszych dniach kwietnia „Albatros” opuścił wyspę X. Przez cały czas lotu nikt go nigdzie nie widział, gdyż trzymał się stale nad obłokami. Dopiero szybując nad północną Ameryką wylądował na pustkowiu Far-West. Zachowując nadal jaknaściślejsze incognito, dowiedział się tutaj inżynier Robur, ku najwyższemu swemu zadowoleniu, że Instytut Weldona postanowił 29 kwietnia uruchomić Go a head.

Cóż za wspaniała sposobność do zemsty, napełniającej serce Robura i jego wszystkich ludzi. Robur planował straszną zemstę, przed którą nie mógł umknąć Go a head. Tem straszniejszą, że publiczną mającą zarazem wykazać zupełną przewagę maszyn cięższych od powietrza nad wszelkimi aerostatkami i aparatami lżejszymi od powietrza.

Oto dlaczego dnia 29 kwietnia „Albatros”, podobny do olbrzymiego sępa, zjawił się na zawrotnej wysokości by strącić na polanę parku Fairmont balon wuja Prudenta.

Tak, był to „Albatros”, łatwy do poznania nawet przez tych, którzy go dotychczas nigdy nie widzieli.

Go a head wciąż jeszcze uciekał. Zrozumiał prawdopodobnie, że w kierunku poziomym nigdy nie zdoła ujść przed „Albatros’em”, gdyż wzbił się teraz w kierunku prostopadłym, szukając widocznie ocalenia w wyższych warstwach atmosfery. Było to bardzo śmiało, a zarazem logicznie przeprowadzone.

Lecz równocześnie z balonem wzbił się również wgórę „Albatros”. Dużo mniejszy od Go a head podobny był teraz do ryby – miecza, polującego na wieloryba i starającego się go przebić, albo do mknącej na powierzchni morskiej torpedy, która za jednym zamachem wysadza w powietrze wrogi krążownik.

Widzowie obserwowali walkę ze straszną trwogą. W kilka chwil balon osiągnął wysokość pięciu tysięcy metrów. „Albatros” podążał wytrwale za Go a head, to górując, to zataczając wokół niego coraz mniejsze kręgi. Jednem uderzeniem mógłby zniszczyć balon, przebijając jego cienką powłokę i powodując straszny upadek, w wyniku którego z wuja Prudent’a i Phil’a Evans’a zostałaby tylko miazga.

Widzowie oniemiali i jakby skamieniali ogarnięci byli tak wielkiem przerażeniem, że poprostu krępowało im ono piersi i odbierało władzę w nogach. Byli świadkami walki powietrznej, która w przeciwieństwie do bitwy morskiej nie daje najmniejszego widoku ocalenia, – pierwszej tego rodzaju, ale z pewnością nie ostatniej, gdyż wynalazczość ludzka nie zna granic.

Z gondoli Go a head zwiszała się amerykańska flaga gwiaździsta, „Albatros” rozwinął również swoją flagę: na czarnym polu złote słońce, flagę Robura Zwycięzcy.

Go a head starał się ujść przeciwnikowi, wznosząc się coraz wyżej; w tym celu wyrzucił zabrany balast. Wzniósł się jeszcze o tysiąc metrów wyżej i wyglądał jak mały punkcik zawieszony nieruchomo w powietrzu. „Albatros”, podążając za nim, był już zupełnie niewidoczny.

Nagle rozległ się okrzyk przerażenia.

Go a head zaczął przybierać na wielkości; opadający za nim „Albatros” stał się znów widoczny. Teraz nastąpiła katastrofa. Zbyt silnie rozprężony w zawrotnej wysokości gaz rozsadził powłokę balonu; Go a head, napół wzdęty, opadał gwałtownie na dół.

'Robur the Conqueror' by Léon Benett 48

Albatros” zmniejszywszy szybkość opuścił się wślad za nim. Na wysokości dwuch tysięcy metrów zbliżył się do balonu pokład do pokładu.

Czyżby Robur chciał zadać ostatni cios?

Straszne to przypuszczenie było, na szczęście, płonne.

Korsarz powietrzny manewrował tak zdumiewająco zgrabnie że po chwili lotnik i obaj pasażerowie balonu byli już na pokładzie „Albatrosa”.

Czy wuj Prudent i Phil Evans odrzucili pomoc Robura, czy wzdragali się przed ofiarowanym ratunkiem? Chcieli to zapewne uczynić, lecz w tym momencie ludzie inżyniera Robura wdarli się już do gondoli i siłą przeciągnęli obu przyjaciół z Go a head’u na pokład „Albatrosa.”

Z tą chwilą aerostatek odsunąwszy się od balonu pozostał w miejscu, a balon zupełnie już teraz pozbawiony gazu, spadł na drzewa polanki parku, aż wreszcie zawisł na nich, jak łachman.

Wdole zalegała grobowa cisza; zdawało się, że z serc tego zbitego w gromadę tłumu uleciało życie. Wielu zamknęło nawet oczy, by nie patrzeć na koniec tej potwornej katastrofy.

Wuj Prudent i Phil Evans zostali więc powtórnie więźniami inżyniera Robura. Czyżby mając ich znowu w swej mocy, chciał im zaproponować nową wycieczkę powietrzną?

Wszystkiego można się było spodziewać.

Tymczasem „Albatros” zamiast wzbić się jeszcze wyżej, opadał wolno na ziemię. Widzowie, sądząc że chce lądować, tłoczyli się, robiąc jaknajwięcej wolnego miejsca.

Niepokój i zdenerwowanie osiągnęły najwyższy szczyt.

Albatros” zatrzymał się wreszcie o dwa metry nad ziemią. Pośród ogólnego milczenia rozległ się z pokładu aerostatku głos inżyniera Robura:

– Obywatele Stanów Zjednoczonych – rzekł – prezydent i sekretarz Instytutu Weldona, znajdują się zpowrotem w mojej mocy. Gdybym ich uwięził, skorzystałbym tylko z przysługującego mi prawa odwetu. Lecz widząc, jak dążenia ich rozpadają się w gruzy wobec sukcesu „Albatrosa”, rozumiem że stan duchowy tych panów nie jest już tego rodzaju, by nie mogli pojąć wymogów koniecznych do opanowania powietrza. Wuju Prudent’ie i Philu Evans’ie jesteście wolni.

Prezydent, sekretarz Instytutu Weldona, lotnik i jego pomocnik potrzebowali zrobić tylko jeden krok, by znaleźć się na ziemi.

Następnie, „Albatros” wzniósł się o dziesięć metrów nad zbity i osłupiały tłum, poczem Robur rzekł dalej:

– Obywatele Stanów Zjednoczonych, przeprowadziłem doświadczenie z pomyślnym skutkiem, ale zamiary moje nie idą w tym kierunku, aby prześcignąć wszystko, a nawet postęp. Wiedza nie powinna nigdy wyprzedzać zwyczajów i obyczajów danego kraju. Ludzkość musi iść naprzód krokami, a nigdy nagłemi skokami. Zawcześnie zjawiłem się na świecie, by pogodzić ze sobą wszystkie sprzeczne i rozbieżne zdania; narody nie dojrzały jeszcze do prawdziwego braterstwa.

– Ruszam więc swoją drogą i tajemnicę wynalazku zabieram ze sobą. Dla ludzkości nie zginie ona; będzie do niej należała, gdy ludzkość zrozumie jakie z niej należy wyciągnąć korzyści i będzie dość mądra, by jej nie nadużywać. Bądźcie zatem zdrowi, obywatele Stanów Zjednoczonych, teraz i na zawsze.

Po tych słowach „Albatros”, chłoszcząc powietrze swemi potężnemi propelerami, zniknął na wschodzie wśród gromkich okrzyków „hurra”, które goniły za nim jako oznaka powszechnego podziwu i entuzjazmu.

Obaj koledzy, jak zresztą cały Instytut Weldona, głęboko zasmuceni, uczynili jedno, co mogli w danej chwili uczynić – prześlizgnęli się cichutko do swoich domów, podczas gdy tłum pod wpływem nagłej zmiany zapatrywania i uczuć, okazywał nieposkromioną ochotę obrzucenia ich stekiem dotkliwych drwin i docinków.

A teraz pozostało tylko jedno jeszcze pytanie: Kim był Robur? Czy dowiemy się o tem kiedy? Spróbujmy odgadnąć. Robur jest to wiedza i wiara przyszłości, – kto wie czy nie najbliższej – to skarb, ukryty w łonie nadchodzących czasów.

Albatros” wciąż jeszcze szybuje w powietrzu w królestwie, którego nikt mu nie może zaprzeczyć; nie należy wątpić, że stosownie do danego przyrzeczenia powróci pewnego dnia Robur Zwycięsca, by objawić tajemnicę swojego wynalazku, który powinien przekształcić cały ekonomiczny i polityczny ustrój świata.

Przyszłość awjacji należy bezprzecznie do aparatów cięższych od powietrza, nie do balonów.

Zdobycie królestwa powietrznego stanie się udziałem aerostatków, podobnych do „Albatrosa.”


KONIEC


'Robur the Conqueror' by Léon Benett 02



Przypisy

  1. Francuskiego słowa „grandir” oznaczającego rość i zarazem przybierać na wadze i wyglądzie nie da się odtworzyć żadnem polskiem słowem. (Przyp. tłum).
  2. Imię Helis zostało tu użyte w znaczeniu śmigła (przyp. tłum).
  3. Powierzchnia lądu stałego wynosi 136. 055. 371 kilometrów kwadratowych.
Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.