FANDOM



Król Lear

(The Tragedy of King Lear)

William Shakespeare

¤ ¤ ¤ ¤

Przekład: Józef Paszkowski

King Lear



Osoby:

  • Lear - król Brytanii
  • Król francuski
  • Książę burgundzki
  • Książę Kornwalii
  • Książę Albanii
  • Hrabia Kent
  • Hrabia Gloucester – jego syn
  • Edgar – syn Gloucestera
  • Edmund - naturalny syn tegoż
  • Kuran - dworzanin
  • Doktor
  • Błazen
  • Oswald - marszałek dworu Goneryli
  • Herold
  • Starzec - dzierżawca w hrabstwie Gloucestera
  • Goneryla
  • Regana córki Leara
  • Kordelia
  • Rycerze z orszaku Leara, słudzy Księcia Kornwalii, dworzanie, rotmistrze, żołnierze, gońce i inne osoby.


Rzecz dzieje się w Brytanii w XXXII wieku świata.


Akt Pierwszy

Scena pierwsza

Sala główna w pałacu Lira. Kent, Gloucester i Edmund.

KENT

Myślałem, że król bardziej sprzyja albańskiemu niż kornwalskiemu księciu.

GLOUCESTER

Tak się nam zawsze zdawało; ale teraz, przy rozdziale królestwa, nie widać wcale, żeby który z tych dwóch książąt w większej był łasce u niego; bo równość względów tak jest ściśle odważoną, że najpilniejsze badanie nie może dociec, która z dwóch połowic wyżej stoi.

KENT

Czy to wasz syn, milordzie?

GLOUCESTER

Wychowałem go moim kosztem; tak często musiałem się rumienić uznając go za syna, że teraz już jestem zahartowany.

KENT

Panie, nie mogę pojąć, o czym mówisz.

GLOUCESTER

Ale matka tego młodego człowieka pojęła mnie, mój panie, wskutek czego łono jej się zaokrągliło, a syn dostał się do kolebki wcześniej niż mąż do jej łoża. Nie węszysz w tym teraz grzechu?

KENT

Nie mogę pragnąć naprawienia grzechu, skoro skutek jego tak jest przystojny.

GLOUCESTER

Mam przecie, panie, i syna prawowitego, o parę lat starszego od tego, który nie jest mi jednak droższy; choć ten acan dość niegrzecznie przyszedł na świat, zanim go o to poproszono, to matka jego była piękna, a że przy jego poczęciu dużo mieliśmy uciechy, trzeba bękarta uznać. Edmundzie, czy znasz tego szanownego pana?

EDMUND

Nie, milordzie.

GLOUCESTER

Jest to milord Kent: pamiętaj o nim jako o moim zacnym przyjacielu.

EDMUND

Moje usługi są na jego rozkazy.

KENT

Naprzód cię już kocham, Edmundzie, i pragnę cię poznać lepiej.

EDMUND

Starać się będę to usprawiedliwić.

GLOUCESTER

Był za granicą przez lat dziewięć i jeszcze się tam uda - król nadchodzi.
Odgłos trąb. Król Lear, Książę Kornwali, Książę Albanii, Goneryla, Regana i Kordelia wchodzą z orszakiem.

KRÓL LIR

Poproś tu panów Francji i Burgundii, Gloucesterze.

GLOUCESTER

Śpieszę, miłościwy królu.
Wychodzi z Edmundem

KRÓL LIR

Tymczasem damy wam poznać nasz zamiar.
Przynieście mapę. Wiedzcie, żeśmy nasze
Królestwo na trzy części podzielili.
I stałym naszym jest postanowieniem
Wyzwolić naszą starość z trosk i trudów,
Na młodsze kładąc je barki, a sami
Spokojnie odtąd, wolni od ciężaru,
Śmierci wyglądać. Synu nasz z Kornwalii
I ty, naszemu sercu niemniej drogi,
Synu z Albanii, dla zapobieżenia
Sporom w przyszłości mogącym się zrodzić
Przedsięwzięliśmy niezłomnie już teraz
Ogłosić posag każdej z naszych córek.
Panowie Francji i Burgundii, zacni
Współzawodnicy do miłości naszej
Najmłodszej córki, od dawna już czynią
Na naszym dworze zalotne zabiegi
I na odpowiedź stanowczą czekają.
Zanim atoli zrzekniemy się rządów,
Królewskich dzierżaw i kłopotów władzy,
Pragniemy wiedzieć przede wszystkim, która
Z was, córki moje, najbardziej nas kocha,
Abyśmy w miarę tego oznaczyli
Najrozciąglejszy dział naszych dobrodziejstw,
Tam gdzie natura z zasługą się ściga.
Ty, Gonerylo, jako pierworodna,
Mów najprzód.

GONERYLA

Ojcze mój, kocham cię bardziej,
Niżeli słowa mogą wypowiedzieć;
Więcej niż światło, powietrze i wolność;
Nad wszystko, co jest szacowne i rzadkie;
Nie mniej jak życie, zdrowie, piękność, honor;
Jak kiedykolwiek dziecko mogło kochać
I kiedykolwiek ojciec był kochanym.
Dech mój za krótki i mowa za słaba
Do wyrażenia siły mej miłości.

KORDELIA

do siebie
Cóż ja uczynić mam? Kochać i milczeć.

KRÓL LIR

Cały ten obszar od tej do tej linii,
Bogaty w grunta i cieniste lasy,
W obfite rzeki i rozległe łąki,
Oddajem w wieczne posiadanie tobie
I twemu z księciem albańskim potomstwu. -
Cóż powie nasza druga córka,nasza
Droga Regana, Kornwala małżonka?

REGANA

Jam z tego kruszcu co i moja siostra
I w sile uczuć jej nie ustępuję.
W szczerości serca znajduję, że ona
Całą mą miłość zawarła w swych słowach;
Tylko za skąpo, bo ja się być mienię
Nieprzyjaciółką wszelkich innych uciech,
Najżywiej zmysły mogących pociągać,
I szczęście moje zakładam jedynie
Na twej miłości, ojcze mój i panie.

KORDELIA

do siebie
Biedna Kordelio! Jakże ty się wydasz?
Nie biednam jednak, bo w sercu mam pewność,
Że moja miłość bogatsza niż słowa.

KRÓL LIR

Tobie i twoim przypada w dziedzictwo,
Na wieczne czasy, ta druga dzielnica,
Nie mniejsza ani pod względem przestrzeni,
Ani wartości, ani przyjemności
Od tej, jakąśmy dali Goneryli.
A tyże, nasza pociecho ostatnia,
Jako najmłodsza, nie jako najniższa
W miłości naszej, o którą się wino
Francji dobija i mleko Burgundii,
Cóż ty nam powiesz, gwoli otrzymania
Działu większego jeszcze niż twe siostry?

KORDELIA

Nic.

KRÓL LIR

Nic?

KORDELIA

Nie, panie.

KRÓL LIR

Jak to? Nic? Z niczego
Może być tylko nic. Odpowiedz jeszcze.

KORDELIA

Nieszczęsnaż ja! Nie umiem uczuć moich
Przenosić z serca w usta: ja miłuję
Waszą królewską mość tak, jak mi każe
Mój obowiązek, ni mniej, ani więcej.

KRÓL LIR

Jak to? Kordelio! Daj inną odpowiedź,
Inaczej los swój zniweczysz.

KORDELIA

O panie!
Tyś mi dał życie, wychował mnie, kochał,
I ja odpłacam ci te dobrodziejstwa,
Tak jak powinnam: jestem ci posłuszna,
Czczę cię i kocham. Na co moim siostrom
Mieć mężów, skoro mówią, że wyłącznie
Kochają ciebie? Gdy ja pójdę za mąż,
Ten, co odbierze z mych rąk zakład wiary,
Otrzyma także połowę mych uczuć,
Połowę starań mych i obowiązków.
Nigdy bym w związki małżeńskie nie weszła,
To pewna, gdybym tak jak moje siostry
Ojca jedynie kochała.

KRÓL LIR

Kordelio,
Czy ty to z serca mówisz?

KORDELIA

Tak jest, panie.

KRÓL LIR

Tak młoda i tak nieczuła!

KORDELIA

Tak młoda
I szczera, panie.

KRÓL LIR

Dobrze więc, niech szczerość,
Którą się chlubisz, stanie ci za wiano:
Gdyż na ten święty, promienny krąg słońca,
Na misteryje Hekaty i nocy,
Na tajemnicze wpływy wszelkich planet,
Przez które istniem i przestajem istnieć,
Zrzekam się odtąd wszelkiej pieczy ojca,
Wszelkiej łączności i związku krwi z tobą.
Bądź od tej chwili mnie i memu sercu
Obcą na zawsze! Barbarzyński Scyta,
Nawet ów dziki, co żre własne dzieci,
By głód nasycił, równie będzie bliski
Mojemu sercu, równe znajdzie względy
I pomoc jak ty, niegdyś moje dziecko.

KENT

Najmiłościwszy mój królu!

KRÓL LIR

Milcz, Kencie,
Nie wchodź pomiędzy smoka i gniew jego.
Jam ją najbardziej kochał, przy jej boku
Miałem nadzieję znaleźć błogi spokój
Na stare lata.
do Kordelii
Precz z mego oblicza!
Obym tak w grobie miał spokojność, jak cię
Nieodwołalnie w tej chwili odtrącam
Od ojcowskiego mego serca. Hola!
Wezwać tu panów Francji i Burgundii!
Kornwalu, i ty, Albanie, rozdzielcie
Pomiędzy siebie tę część pozostałą
I do posagu swych żon ją przyłączcie.
Niech ją zaślubi duch pychy, którego
Zwie duchem prawdy! Was dwóch przyoblekam
W najwyższą władzę, moc i przywileje
Majestatowi służące. Co do nas,
Przy zachowaniu sobie stu rycerzy,
Na waszym żołdzie być mających, u was
Przebywać będziem koleją co miesiąc,
Warujem sobie tylko tytuł króla
I przynależne nam względy, ster rządu,
Intraty, wszelkie atrybucje władzy
Do was należą, kochani synowie:
Tym końcem między siebie rozpołówcie
To złote godło.

KENT

Wielkomyślny Lirze,
Któregom zawsze wielbił jako króla,
Kochał jak ojca,słuchał jako pana
I jak patrona w modłach mych wymieniał...

KRÓL LIR

Łuk naciągnięty, chroń się przed pociskiem,

KENT

Niech padnie, choćby grot ugrzązł mi w sercu!
Niechaj Kent będzie grubianinem, kiedy
Lir jest szaleńcem! Co chcesz czynić starcze?
Czy myślisz, że się obowiązek zlęknie
Otworzyć usta, kiedy się potęga
Gnie ku pochlebstwu? Honor nakazuje
Otwartość, kiedy majestat drwi głową.
Cofnij twe słowo i lepszym rozmysłem
Sprostuj ten zdrożny pośpiech. Gardło moje
Dam na porękę mojego, twierdzenia,
Że cię najmłodsza córka mniej nie kocha;
Ni braknie uczuć tym, których głos słaby
Nie wtórzy próżnym dźwiękom.

KRÓL LIR

W tym celu
Przestań, Kencie,
Jeśli ci życie miłe.

KENT

Życie moje
Zawszem uważał tylko jako zakład
Do postawienia przeciw twoim wrogom,
Nie lękam się go stracić, skoro idzie
O twoje dobro.

KRÓL LIR

Usuń się z mych oczu!

KENT

Patrz lepiej, Lirze, i daj mi pozostać
Rzetelnym oczu twoich drogowskazem.

KRÓL LIR

Na Apollina!

KENT

Apollo jest świadkiem,
Że bogów swoich wzywasz nadaremni

KRÓL LIR

przykładając rękę do miecza
Ha! nikczemniku! renegacie!

KSIĄŻĘ ALBANII I KORNWALII

Przebacz, łaskawy panie.

KENT

Uczyń, coś zamierzył.
Zabij lekarza, a pogłaszcz swą słabość.
Odwołaj swoją darowiznę albo,
Dopóki w piersiach nie zbraknie mi głosu,
Dopóty krzyczeć będę, że popełniasz
Niesprawiedliwość.

KRÓL LIR

Słuchaj, buntowniku!
W imię lenniczej uległości słuchaj!
Ponieważ chciałeś nas do tego skłonić,
Abyśmy dane raz złamali słowo
(Co się nam jeszcze nie zdarzyło nigdy),
I poważyłeś się, z zuchwałą dumą,
Stanąć pomiędzy naszym wyrzeczeniem
A naszą władzą (czego ani nasza
Powaga, ani nasze stanowisko
Ścierpieć nie mogą), przemawiamy teraz
Jak pan:odbierz to, na coś zasłużył.
Pięć dni ci dajem do odpowiedniego
Zaopatrzenia się w to, co wypada,
Aby potrzebom życia stawić czoło;
Szóstego precz się wyniesiesz z królestwa;
A jeśli twoje wyklęte oblicze
Dnia dziesiątego jeszcze się ukaże
Na naszej ziemi, śmiercią to przypłacisz.
Precz! Na Jowisza! Nie cofnę już tego.

KENT

Bądźże zdrów, królu; przy takiej twej zmianie
Wolność gdzie indziej, a tu jest wygnanie.
do Kordelii
Bogowie z tobą, dziewico, co zdrowo
Myślisz i w trafne myśl oblekasz słowo.
do Goneryli i Regony
A z waszych długich przemów niech wypłynie
Niepłonny skutek i sprawdzi je w czynie.
Tym was Kent żegna, z smutnej konieczności
Idąc w kraj nowy ponieść stare kości
Wychodzi. Wchodzi Gloucester z Królem francuskim, Księciem burgundzkim i ich orszakiem.

GLOUCESTER

Oto panowie Burgundii i Francja... Dostojny władco.

KRÓL LIR

Szlachetny, Burgundzie,
Do ciebie mowę nasamprzód zwracamy,
Coś się z tym królem współubiegać raczył
O naszą córkę: jakiego co najmniej
Żądasz z jej ręką posagu, byś wytrwał
W zamiarach względem niej?

KSIĄŻĘ BURGUNDZKI

Potężny panie,
Dosyć mi na tym, co wasza dostojność
Już przeznaczyła, wysokość zaś tego
Nie będzie, tuszę, zniżona.

KRÓL LIR

I owszem.
Póki nam ona była drogą, póty
Szacowaliśmy ją w tej cenie: teraz
Wartość jej spadła. Pisz ją, mości książę,
Tak jak ją widzisz. Jeżeli się waszej
Książęcej mości coś w tej szczerej dziewce
Lub ona cała, bez niczego więcej
Krom złorzeczenia naszego, podoba,
To ją weź; możesz ją nazywać swoją.

KSIĄŻĘ BURGUNDZKI

Nie wiem, co na to odpowiedzieć, panie;

KRÓL LIR

Chceszże ją z tymi upośledzeniami,
Ogołoconą z mienia i przyjaciół,
A świeżo przedmiot naszej nienawiści
Uposażonyli naszym przekleństwem
Wziąć lub porzucić?

KSIĄŻĘ BURGUNDZKI

Przy takich warunkach
Najlepsza, panie, chęć się nie ostoi.

KRÓL LIR

Odstąp więc od niej, bo na tę potęgę,
Co mię stworzyła, klnę się, żem wymienił
Wszystko, co jej się dostanie w podziale.
do Króla francuskiego
Co się was tyczy, przedostojny królu,
Nie lekceważę tak miłości waszej,
Abym was łączył z tym, co nienawidzę;
Skierujcie, proszę, do lepszego celu
Swoje życzenia, a nie do tej dziewki,
Którą natura rumieni się uznać
Za swoje dzieło.

KRÓL FRANCUSKI

To rzecz nie do wiary,
Żeby osoba, co była dotychczas
Przedmiotem waszych nieustannych pochwał,
Waszym klejnotem, balsamem starości,
Najlepszą w waszym uznaniu, najdroższą
Waszemu sercu, nagle, w mgnieniu oka,
Mogła popełnić coś tak występnego,
Co ją wyzuło z wszelkich łask. Jej wina
Musi zaiste być potwornie wielką
Albo poprzednia wasza czułość dla niej
Była naganną; do wierzenia wszakże
W taką jej zmianę rozum mój bez cudu
Nigdy nie zdoła mię skłonić.

KORDELIA

do Lira
O panie,
Jeżelim winna, przeto że mój język
Nie ma giętkości dosyć i biegłości
W mówieniu, czego nie myślę (co bowiem
Serce mi radzi, to nie mówiąc czynię),
Niechże choć wasza królewska mość powie,
Ze to nie żadna zbrodnia, nie morderstwo,
Nie żadna podłość, nie żaden bezwstydny
Postępek ani krok zniesławiający
Waszej mię łaski i względów pozbawił;
Lecz brak, który mię tym bogatszą czyni,
Brak umiejących się przymilać oczu
I tego daru wymowy, którego
Wolę, że nie mam, lubo przez to właśnie
Popadłam w waszą niełaskę.

KRÓL LIR

Bogdajbyś<
Nie żyła lepiej, niżbym się był z ciebie
Takiego braku pociechy doczekał!

KRÓL FRANCUSKI

Nic więcej nad to? Całym przewinieniem
Jest tu więc tylko owa przyrodzona
Powolność[1], która często nie pozwala
Z tym się wywnętrzyć, do spełnienia czego
Jesteśmy w gruncie gotowi?
do Księcia burgundzkiego
Cóż teraz
Zamierzasz czynić, mości książę? Miłość
Nie jest miłością, jeśli idzie w parze
Z względami, które są poza obrębem
Jej celu. Chceszli ją pojąć? Jej posag
Jest w niej.

KSIĄŻĘ BURGUNDZKI

Dostojny Lirze ,daj mi tylko
Tę cząstkę, którą sam wprzód wyznaczyłeś,
A wraz powiodę Kordelię za rękę
Jako burgundzką księżnę.

KRÓL LIR

Nie! Przysiągłem: To rzecz skończona.

KSIĄŻĘ BURGUNDZKI

Boleję więc,pani,
Żeś razem z ojcem utraciła męża.

KORDELIA

Mój książę, pokój z tobą, żoną twoją
Być nie chcę, skoro o twojej miłości
Wzgląd na fortunę tylko decyduje.

KRÓL FRANCUSKI

Piękna Kordelio, ty w ubóstwie swoim
Bogata, wzniosła w swoim poniżeniu,
Najukochańsza, będąc pogardzona,
Z zapałem biorę w posiadanie ciebie
I twoje cnoty:niech mi będzie wolno
To, co zostało odrzuconym, podnieść.
Rzecz dziwna, że ich zimna obojętność
Tym bardziej wzmaga cześć mą i namiętność.
Królu, ta, którąś odsądził od wiana,
Jest teraz Francji królową, jej pana
Wszechwładną panią. Na próżno by który
Z książąt bogatej w strumienie Burgundii
Zapragnął teraz tej brytańskiej córy,
Tak nie cenionej, a tak drogocennej.
Pożegnaj, luba, tych okrutnych;inny,
Lepszy kraj znajdziesz tracąc swój rodzinny.

KRÓL LIR

Wolnoć ją zabrać,Francjo,niech ci służy;
Bo my jej znać nie chcemy ani dłużej
Cierpieć przy sobie,otwarta wam droga
Z dala od serca naszego i proga.
Pójdź,cny Burgundzie.
Odgłos trąb. Król Lir, Książę burgundzki, Książę Albanii i Kornwalii wychodzą; za nimi Gloucester i orszak.

KRÓL FRANCUSKI

Pożegnaj swe siostry.

KORDELIA

Klejnoty ojca naszego, Kordelia
Ze łzami żegna was.
do siebie
Znam ja was dobrze,
Lecz jako siostra nie chcę po nazwisku
Wymieniać waszych przywar.
głośno
Miejcie pieczę
O ojcu. Resztki jego dni szanownych
oddaję pod straż waszych serc wymownych.
do siebie
Gdybym mu jednak jak wprzód była drogą,
Pod bezpieczniejszą zostałby załogą.
głośno
Bywajcie zdrowe!

GONERYLA

Obowiązków córek
Nie ucz nas; my je znamy.

REGANA

Twoją rzeczą
Jest przypodobać się twojemu panu.
Coć przyjął z ręki losu jak jałmużnę.
Skąpiłaś posłuszeństwa, słusznie tedy
Skąpej się za to doczekałaś schedy.

KORDELIA

Czas wyda na jaw, co kryje obłuda:
Kto zły, ten nigdy długo cnót nie uda;
Życzę wam szczęścia.

KRÓL FRANCUSKI

Pójdź, moja Kordelio.
Wychodzi z Kordelią i swoim orszakiem.

GONERYLA

Nie o małej rzeczy mam z tobą do pomówienia, siostro: z bliska się ona tyczy nas obydwóch. Ojciec nasz zamierza, jak się zdaje, dziś wieczorem wyjechać.

REGANA

Nie inaczej,
I to do ciebie:
na drugi miesiąc zjedzie do nas.

GONERYLA

Widzisz sama, jak się stał kapryśny na starość; niemałośmy mieli sposobności do przekonania się o tym: on zawsze kochał naszą siostrę najbardziej, a z jak niedorzeczną surowością ja odepchnął, byłyśmy tego świadkami.

REGANA

To ułomność wieku; ale on nigdy nie wiedział dobrze, czego chce.

GONERYLA

Przy całej sile i czerstwości władz był popędliwym trzeba nam więc być przygotowanym na to, że będziemy musiały znosić nie tylko zło z dawna zakorzenionych przywyknień, ale i wybryki dziwactw, jakie zgryźliwa i choleryczna starość z sobą przywodzą.

REGANA

Będziemy znosić tak nieoczekiwane kaprysy jak wygnanie Kenta.

GONERYLA

Podobnie uprzejmych pożegnań, jak przy rozstaniu się z królem francuskim, będziemy miały więcej: trzymajmyż się za ręce. Jeżeli nasz ojciec zechce się utrzymywać przy powadze z takim jak dotąd usposobieniem, to owo ustąpienie nam władzy obróci się na naszą niekorzyść.

REGANA

Weźmy to pod bliższą rozwagę.

GONERYLA

Trzeba nam coś przedsięwziąć, i to półki żelazo gorące.
Wychodzą.

Scena druga

W zamku hrabiego Gloucestera. Wchodzi Edmund z listem w ręku.

EDMUND

Naturo, tyś mi bóstwem; twemu tylko
Ulegam prawu. Dlaczegoż mam znosić
Plagę zwyczaju i dać się potulnie
Fantazji ludów wydziedziczać, przeto
Żem się o marnych dwanaście miesięcy
Albo czternaście później niż brat jakiś
Zjawił na świecie? Cóż z tego, żem bękart?!
Dlaczegoż mię to tak ma upośledzać,
Gdy moje członki są zarówno krzepkie,
Umysł i rysy zarówno szlachetne
Jak u prawego jejmości potomstwa?
Za cóż kłaść na nas piętno nieprawości,
Zakał bękarctwa, na nas, co po części
W rześkiej natury ukradkowym akcie
Otrzymaliśmy więcej treści, więcej
Ognia i życia niż tłum niedołęgów
Zrodzony w nudnym, głupim prawym łożu
Między zaśnięciem a zbudzeniem? Zatem
Mienie twe, prawo spłodzony Edgarze,
Stanie się moim. Równie drogim ojcu
Jest bękart Edmund jak prawy potomek.
Prawy potomek! - piękne słowo; czekaj,
Prawy potomku, jeżeli mój pomysł
Uda się i ten list wyda swój owoc,
Nieprawość pośle prawość do stu czartów.
Ojciec, bogowie, wspierajcie bękartów!
Wchodzi Gloucester.

GLOUCESTER

Kent na wygnanie poszedł; król francuski
Z gniewem wyjechał; nasz tej nocy także
Wyniósł się z swego zamku zdawszy rządy,
Ograniczony tylko do dochodów!
I wszystko to się stało w mgnieniu oka!
Cóż tam, Edmundzie? Jakie masz nowiny?

EDMUND

Żadnych, panie.
Chowa list.

GLOUCESTER

Dlaczego z takim pośpiechem ten list chowasz?

EDMUND

Nie wiem, panie, nic nowego.

GLOUCESTER

Co to za list czytałeś?

EDMUND

Ej, to nic.

GLOUCESTER

To nic? Cóż znaczyła ta straszna skwapliwość, z jaką wsadziłeś go do kieszeni? Właściwie nic nie potrzebuje tak się ukrywać. Pokaż no. Jeżeli to nic, obejdę się bez okularów.

EDMUND

Wybacz, milordzie, błagam cię; to list od mego brata: jeszcze całego nie przeczytałem;o ilem go przejrzał jednakże, nie znajduję tego, co w nim jest, stosownym dla ciebie do odczytania.

GLOUCESTER

Daj mi ten list zaraz.

EDMUND

Źle uczynię, czy go dam, czy zatrzymam. Osnowa tego listu, o ile ją zrozumiałem, jest naganna.

GLOUCESTER

Zobaczymy, zobaczymy.

EDMUND

Spodziewam się, na usprawiedliwienie mego brata, że on to pisał jedynie dla wypróbowania mojej cnoty.

GLOUCESTER

czyta
"Ta uległość, to uszanowanie dla wieku zaprawia goryczą najpiękniejsze dni życia naszego; zagradza nam drogę do szczęścia, którego w starości kosztować już nie będziemy mogli. Zaczyna mi się coraz niedorzeczniejsze wydawać poddawanie się tej tyranii starszeństwa, które panuje nie dlatego, że silne, ale dlatego, ze jest cierpiane. Przyjdź do mnie, abyśmy o tym obszerniej pomówili. Gdyby mój ojciec mógł zasnąć i spać, dopóki bym go ja nie zbudził, posiadłbyś połowę jego mienia na zawsze i stałbyś się podwójnie drogim twojemu bratu, Edgarowi." Hm! to spisek! "spać, dopóki bym go ja nie zbudził", "posiadłbyś połowę jego mienia".
Mój syn, Edgar! Miałże on rękę zdolną do napisania tego? Serce i głowę zdolne do powzięcia tej myśli? Kiedyżeś odebrał to pismo? Kto ci je przyniósł?

EDMUND

Nie przyniesiono mi go, panie; w tym właśnie mądrość: znalazłem je wrzucone przez okno w moim pokoju.

GLOUCESTER

Jestżeś pewny, że to ręka twego brata?

EDMUND

Gdyby osnowa tego listu była dobra, mógłbym przysiąc, że to jego ręka; ale w obecnym razie rad bym moc myśleć, że tak nie jest.

GLOUCESTER

Jego to ręka.

EDMUND

Jego, w istocie; ale jego serce nie miało, spodziewam się, udziału w tym, co pisał.

GLOUCESTER

Nigdyż on jeszcze dotąd nie napomykał ci o tym?

EDMUND

Nigdy, panie; alem go nieraz słyszał utrzymującego, że kiedy syn jest w wieku dojrzałym, a ojciec na schyłku życia, ojciec powinien by właściwie w takim razie być na opiece syna, a syn zarządzać majątkiem.

GLOUCESTER

O nędznik! nędznik! To samo się pokazuje z jego listu... Nędznik ohydny! Wyrodny, przeklęty bestialski nędznik! Gorszy, od bestii! Idź, mój kochany; każ go przytrzymać, osadzę go pod ryglem. Obrzydliwy nędznik! Gdzież on jest?

EDMUND

Nie wiem. Pozwól sobie jednak powiedzieć, milordzie, iż gdyby ci się podobało powściągnąć oburzenie, jakim cię mój brat przejmuje, dopóki byś z niego nie wydobył więcej wskazówek co do jego zamiarów, oparłbyś się na pewniejszej zasadzie: gdy tymczasem, występując gwałtownie przeciw niemu, gdybyś się zwłaszcza co do zamiarów jego pomylił, naraziłbyś na wielki uszczerbek własną swoją powagę i zniweczył jego szacunek i posłuszeństwo. Gotówem życiem ręczyć, że on to napisał dla doświadczenia moich uczuć ku tobie panie, a nie w żadnej złej intencji.

GLOUCESTER

Czy tak myślisz?

EDMUND

Jeżeli wasza cześć uzna to za stosowne, postawię cię, panie, w takim miejscu, gdzie będziesz nas słyszał rozmawiających w tym przedmiocie, i tym sposobem własnym uchem nabędziesz przeświadczenia o prawdzie; i to zaś stać się może niezwłocznie, tego wieczora.

GLOUCESTER

Niepodobna, aby był takim potworem.

EDMUND

I nie jest nim też, niezawodnie.

GLOUCESTER

Względem ojca, który go tak czule, tak nad miarę kochał! Przekleństwo! Edmundzie, pomów z nim; nastręcz mi sposobność przekonania się o prawdzie; poprowadź tę rzecz według własnego uznania. Gotów bym się ogołocić ze wszystkiego, bylebym stanowczo wiedział, co mam myśleć.

EDMUND

Pomówię z nim natychmiast; ułożę tę rzecz, jak się da najlepiej, i uwiadomię cię o tym, panie.

GLOUCESTER

Te zaćmienia słońca i księżyca, które niedawnymi czasy przypadły, nie zwiastują nam nic dobrego; niech je nauka przyrody, jak chce, wykłada, zawsze to pewna, że one w skutkach są świata ludzkiego plagą: miłość chłodnieje, przyjaźń zawodzi, braterstwo popada w rozdwojenie; w miastach rozruchy, po wsiach zatargi, w pałacach zdrada; węzeł pomiędzy ojcami i dziećmi zostaje przerwany. Na tym moim łotrze sprawdza się przepowiednia: oto syn powstał przeciw ojcu. Król postępuje niezgodnie z naturalnym instynktem: oto ojciec zwraca się przeciw dziecku. Widzieliśmy już piękne rzeczy za dni naszych: intrygi, obłudę, przewrotność, wszelkie burzące czynniki nieładu ścigają nas i niepokoją aż do grobu. Wybadaj tego nędznika, Edmundzie; nie stracisz na tym; uczyń to jak najskrupulatniej. I Kent, szlachetny, prawy Kent wygnany! Uczciwość to jego zbrodnia. Dziwy! Dziwy!
Wychodzi.

EDMUND

Taki to śmieszny zwyczaj tego świata, że kiedy chorujemy na niepomyślność (częstokroć skutkiem własnych nadużyć), obwiniamy o to słońce, księżyc i gwiazdy; jak gdybyśmy byli hultajami z musu; głupcami ze zrządzenia niebios; łotrami, złodziejami i oszustami z nadprzyrodzonego impulsu; pijakami, łgarzami i cudzołożnikami z koniecznej zależności od planetarnego wpływu: słowem, złymi na wszelkie kopyto z poduszczenia bogów. Co za przedziwny wykręt ze strony rozpustnika Składać swoją koźlą naturę na karb gwiazd. Mój ojciec porozumiał się z moją matką pod ogonem smoczym, a urodzeniu mojemu świeciła Ursa Major[2] zatem poszło, że jestem krewki i do sprośności skłonny. Ba, i bardzo! byłbym ci był jakim jestem, choćby najwstydliwsza z gwiazd firmamentu była mię na świat inaugurowała.
Wchodzi Edgar.
Otóż i on, jak rozwiązanie w starej komedii. Przybiorę postać melancholika, a wzdychać będę jak bedlamski żebrak. O, te zaćmienia! one to są zwiastunami tych niezgód! Fa, sol, la, mi!

EDGAR

Cóż to, bracie Edmundzie? W jakichżeś głębokich pogrążony dumaniach!

EDMUND

Rozmyślam, bracie, nad przepowiednią, którą świeżo w tych dniach czytałem, jakie będą skutki tych zaćmień.

EDGAR

Czy ty się takimi rzeczami zajmujesz?

EDMUND

Uprzedzam cię, ze następstwa, o których tam pisze, będą bardzo niefortunne, jako to; przeciwny naturze stosunek pomiędzy rodzicami a dziećmi; pomór, głód, rozerwanie dawnych przyjaźni; rozdział w państwie; zamachy i groźby przeciw królowi i szlachcie; bezzasadna nieufność, wygnanie przyjaciół, rozprzężenie w wojsku, starganie małżeńskich związków i nie wiem jeszcze co.

EDGAR

Od jak dawna zostałeś astrologicznym adeptem?

EDMUND

Dawno się z ojcem widziałeś?

EDGAR

Wczoraj wieczorem.

EDMUND

Czyś z nim mówił?

EDGAR

Nie inaczej: dwie godziny blisko.

EDMUND

Czyście się dobrze rozstali? Nie dostrzegłżeś w nim nieukontentowania bądź w słowach, bądź w obejściu?

EDGAR

Najmniejszego.

EDMUND

Przypomnij sobie, w czym mu się mogłeś narazić, i unikaj jego obecności, proszę cię, póki czas nie ostudzi jego gniewu; bo w tej chwili gniew jego tak jest wielki, że zaledwie by go mogło uśmierzyć jakie gwałtowne wystąpienie przeciw tobie.

EDGAR

Jakiś łotr coś mu o mnie nagadał.

EDMUND

Boję się, czy tak nie jest; Proszę cię, unikaj go jak najpilniej, dopóki gorączka jego uniesienia nie ochłodnie, a tymczasem ukryj się w moim pokoju, gdzie ci nastręczę sposobność do wysłuchania, co on mówić będzie. Posłuchaj mojej rady: oto klucz. A jeżeli wyjdziesz, to miej broń przy sobie.

EDGAR

Broń przy sobie, bracie?

EDMUND

Tak, bracie; radzę ci to dla twojego dobra; nieuczciwym człowiek, jeżeli się co dobrego dla ciebie świeci. Powiedziałem ci, co widziałem i słyszałem; słaby to tylko rys w porównaniu ze strasznym obrazem rzeczywistości. Idź, idź, zaklinam cię.

EDGAR

Prędkoż się zobaczymy?

EDMUND

Spuść się już na mnie.
Wychodzi Edgar.
Łatwowierny ojciec
I brat szlachetny, których dobroduszność
Tak jest daleka od szkodzenia drugim,
Ze nie przypuszcza, aby był ktokolwiek
Zdolnym do tego, to dogodna para
Do mych widoków. Głupia ich poczciwość
Będzie podwodą, którą się do celu
Łatwo dostanę. Widzę już mą przyszłość.
Nie ród, to przemysł uczyni mnie panem;
Wszystko mi dobre, co zgodne z mym planem;
Wychodzi.

Scena trzecia

Pokój w pałacu Księcia Albanii. Wchodzi Goneryla i Oswald.

GONERYLA

To więc mój ojciec obił mego sługę
Za to, że jego lżył błazna?

OSWALD

Tak; pani.

GONERYLA

Dzień i noc mi dokucza; nie ma chwili,
Zęby nam jaki nowy jego wybryk
Nie dał się uczuć; nie zniosę już tego.
Jego rycerze pozwalają sobie
Coraz to więcej, a on sam dom wstrząsa
O lada fraszkę. Jak powróci z łowów,
Nie chcę go widzieć; powiedz mu, Oswaldzie,
Że jestem słaba. Jeśli moja służba
Będzie dla niego nadal mniej uległa,
To dobrze zrobi, ja biorę na siebie
Odpowiedzialność.
Odgłos rogów

OSWALD

Już powraca, słyszę.

GONERYLA

Okaż mu waćpan i inni w czymkolwiek
Lekceważącą opieszałość. Pragnę,
Aby się o to wytoczyła sprawa:
Jeśli mu nie w smak mój dom, to niech idzie
Do mojej siostry, która się w tym względzie
Zupełnie ze mną zgadza i nie myśli
Uginać karku. Bezrozumny starzec!
Chce mu się jeszcze imponować władzą,
Której się pozbył. Te stare półgłówki,
Na honor, stają się małymi dziećmi,
I krótko trzeba ich trzymać, bo skoro
Ich się pogłaszcze, zaraz na kieł biorą.
Com powiedziała, pomnij.

OSWALD

Dobrze, pani.

GONERYLA

A jego orszak niech oziębłość znajdzie
Pomiędzy nami, co z tego wypadnie,
Mniejsza; podszepnij to całej mej służbie,
Rada bym z tego wydobyć sposobność
Do przemówienia. Zaraz list napiszę
Do mojej siostry, ażeby działała
W tym samym duchu. Zarządź waćpan obiad.
Wychodzą.

Scena czwarta

Tamże, inny pokój. Wchodzi Kent przebrany

KENT

Jeżeli tylko zdołam dobrze udać
Głos obcy, który akcent mój pokryje,
To mi się może najzupełniej powieść
Ten bogobojny zamiar, dla którego
Postać zmieniłem. No, wygnany Kencie,
Może się zdarzyć, że jeżeli zdołasz
Być użytecznym tam, skąd cię wygnano,
To twój kochany pan nieznużonego,
Niepożytego znajdzie w tobie sługę.
Odgłos rogów. Lir wchodzi, za nim rycerze i służba.

KRÓL LIR

Nie każcie mi ani sekundy czekać na obiad. Nuże! niech dają!
Jeden z orszaku wychodzi.
Kto ty jesteś? hę?

KENT

Człowiek, panie.

KRÓL LIR

Jaki twój stan? Czego chcesz?

KENT

Mój stan, panie, nie jest krótszym, jak się wydaje; chcę zaś wiernie służyć temu, kto mi zaufa; kochać tego, kto uczciwy; przestawać z tym, kto ma rozum i mało mówi; bić się, kiedy inaczej być nie może, niebu cześć oddawać i ryb nie jeść.

KRÓL LIR

Któż ty jesteś?

KENT

Prostoduszny człowiek i biedny jak nasz król.

KRÓL LIR

Jeżeliś tak biedny jako poddany, jak on jest biedny jako król, to zaprawdę dość biedny jesteś. Czego żądasz?

KENT

Służby.

KRÓL LIR

Komuż chcesz służyć?

KENT

Wam.

KRÓL LIR

Czy mię znasz?

KENT

Nie znam was, panie, ale macie coś w sobie, co mię do służenia wam pociąga.

KRÓL LIR

Cóż to takiego?

KENT

Wyższość.

KRÓL LIR

A co ty umiesz?

KENT

Umiem trzymać język za zębami, kłusować, biegać, psuć ciekawe powieści opowiadaniem ich i jasno otrzymane polecenie po prostu wypełniać. Do czego pospolity człowiek może się kwalifikować, do tegom ja zdolny, a najlepszą moją zaletą jest gorliwość.

KRÓL LIR

W jakimże jesteś wieku?

KENT

Nie jestem tak młody, żeby się zakochać w kobiecie, jak zaśpiewa; ani tak stary, żeby szaleć, za nią bez przyczyny: mam lat czterdzieści ośm na karku.

KRÓL LIR

Zgoda, przyjmuję cię do usług. Jeżeli po obiedzie nie spodobasz mi się gorzej niż teraz, to się nie zaraz rozłączymy, obiad! hej! obiad! Gdzie mój błazen? Niech tam kto pójdzie po mojego błazna.
Wchodzi Oswald.
Hola! służba! Gdzie moja córka?

OSWALD

Za pozwoleniem.
Wychodzi.

KRÓL LIR

Co on powiedział? hę? Niech się wróci ten cymbał. Gdzie mój błazen? Cóż to, czy się wszyscy pospali? No, i cóż? Gdzie ten kundel?

JEDEN Z RYCERZY

On mówi, panie, że wasza córka słaba.

KRÓL LIR

Dlaczego obwieś nie przyszedł, kiedy go wołałem?

RYCERZ

Odpowiedział mi, panie, jak najzwięźlej: że nie chce.

KRÓL LIR

On? Nie chce?

RYCERZ

Nie wiem, co się to znaczy, miłościwy panie, ale wasza wysokość nie odbiera teraz, jak uważam, tej uroczystej atencji, jaką jej dotąd oddawano; pokazuje się wielki ubytek uprzejmości, tak ze strony domowników, jak ze strony księcia i księżny.

KRÓL LIR

Tak waćpan myślisz?

RYCERZ

Błagam cię, miłościwy panie, wybacz mi, jeśli się mylę; obowiązek mój nie pozwala mi milczeć, kiedy mi się zdaje, że waszą królewską mość krzywdzą.

KRÓL LIR

Potwierdzasz tylko to, co mi już samemu po głowie chodziło. Dostrzegałem w ostatnich czasach ledwo widoczne zaniedbanie, ale wolałem to przypisywać mojej podejrzliwości jak ich złej wierze i umyślnemu lekceważeniu. Muszę w to wejrzeć głębiej. Ale gdzie mój błazen? Od dwóch dni go nie widziałem.

RYCERZ

Odkąd nasza młoda królewna do Francji wy jechała, bardzo się zmizerował.

KRÓL LIR

Dajmy temu pokój; uważałem ja to. Idż waćpan do mojej córki i powiedz jej, że chcę z nią mówić. A wy zawołajcie tu mego błazna.
Oswald powraca.
A! to waszmość. Pójdź no tu waszmość. Kto Ja jestem?

OSWALD

Któż? Ojciec, jej książęcej mości.

KRÓL LIR

Ojciec jej książęcej mości, mości hultaju? Ty psie parszywy!Ty fagasie! Ty mucu!

OSWALD

Nie jestem ani tym, ani owym, milordzie; proszę mi darować.

KRÓL LIR

Będziesz mi odszczekiwał, gałganie?
Uderza go.

OSWALD

Ja się, milordzie, bić nie dam.

KENT

podbijając mu nogi
Ani sobie nogi podstawić? Ty nikczemny kopaczu piłki.

KRÓL LIR

Dziękuję ci, przyjacielu: dobrze mi służysz, będę i ja dobrym dla ciebie.

KENT

Wstań wasze i wynoś się! Nauczę ja cię znać różnice. Wynoś się, wynoś! Jeżeli chcesz jeszcze raz zmierzyć długość swego chudego combra, to zostań; a nie, to ruszaj mi zaraz. Allons! Marsz! Masz rozum? Tak.
Wypycha Oswalda za drzwi.

KRÓL LIR

Dobrze, mój poczciwcze; dziękuję ci. Masz tu zadatek.
Daje Kentowi pieniądze. Wchodzi Błazen.

BŁAZEN

Niechże go sobie i ja kupię.
do Kenta
Oto masz mój kapturek.
daje Kentowi swój kapturek.

KRÓL LIR

Jakże tam, mój łotrzyku? Jakże się czujesz?

BŁAZEN

Ot byś wziął, bracie, mój kapturek: nie masz nic lepszego do zrobienia.

KENT

Dlaczego, mości błaźnie?

BŁAZEN

Dlatego że się wieszasz przy kimś, co popadł w niełaskę. Jeżeli się nie umiesz uśmiechać wedle tego, jak wiatr wieje, to dostaniesz kataru. Na, weź mój kapturek. Ten człowiek odpędził od siebie dwie córki, a trzeciej mimo woli dał błogosławieństwo: jeżeli chcesz być przy nim, to trzeba ci gwałtem kapturka.
do Lira

No i cóż, wujaszku? Rad bym mieć dwa kapturki, gdybym miał dwie córki.

KRÓL LIR

Dlaczego, moje serce?

BŁAZEN

Gdybym im oddal całe moje mienie, zachowałbym kapturki dla siebie, oto mój; żebrz o drugi u córek.

KRÓL LIR

Strzeż się, waść, bo korbacz będzie w robocie.

BŁAZEN

Prawda jest to pies, którego korbaczem wyganiają do budy; gdy tymczasem jaśnie wielmożnej bonońskiej suczce wolno przy kominie leżeć i cuchnąć.

KRÓL LIR

do siebie
Gorzka to dla mnie pigułka.

BŁAZEN

do Kenta
Nauczę cię, bracie, jednej przypowiastki.

KRÓL LIR

Słuchamy.

BŁAZEN

Uważaj, wujaszku:
Miej więcej, niż zapowiadasz,
Więcej wiedz, niżeli gadasz;
Mniej pożyczaj, niż posiadasz,
Zyskuj więcej, niż zakładasz;
Zamiast chodzić - dosiądź klaczy,
W to, co słyszysz - nie wierz raczej;
Porzuć kubki i kobietki,
Pilnuj domu i kaletki,<
A rachunek będzie letki:
Gdy w dwustu dwie znajdziesz setki.

KRÓL LIR

To wszystko razem wziąwszy jest - nic.

BŁAZEN

Więc to jest tak dobre jak mowa nie zapłaconego adwokata: niceście mi za to nie dali. Powiedz, no mi, wujaszku, czy z niczego żadnego mieć użytku nie możesz?

KRÓL LIR

Ma się rozumieć, mój chłopcze: z niczego będzie nic.

BŁAZEN

do Kenta
Powiedzże mu, proszę, że właśnie tyle wynosi dochód z jego krajów: błaznowi nie zechce uwierzyć.

KRÓL LIR

Cierpki błazen!

BŁAZEN

Czy znasz różnicę, mój chłopcze, pomiędzy cierpkim błaznom a słodkim?

KRÓL LIR

Nie, moja duszo; wskaż mi ją.

BŁAZEN

Kto ci doradził, panie,
Z twych państw uczynić dań,
Niech tu przede mną stanie
Lub ty za niego stań.
Cierpki i słodki błazen
Wnet się ukażą nam:
Tu jeden w pstrym kaftanie,
A drugi - oto tam.

KRÓL LIR

Błaznem mnie nazywasz, rybeńko?

BŁAZEN

Wszystkie inne tytuły swoje porozdawałeś, ten jest od ciebie nieodłączny.

KENT

Nie jest on kompletnym błaznem, milordzie.

BŁAZEN

Nie, zaiste; milordowie i wielcy ludzie nie pozwalają mi na to. Gdybym miał monopol błazeństw, musieliby oni mieć w nich udział. Panie także nie dałyby mi swobodnie błaznować, jeślibym im czegoś z mego towaru nie odstąpił. Daj mi jajko, wujaszku, a ja ci dam połowicę.

KRÓL LIR

Połowicę? Co przez to rozumiesz?

BŁAZEN

Ma się rozumieć połowicę jaja, skoro je przekraję i wyjem z niego środek. Kiedyś rozciął swoje królestwo i podarował obie jego połowice, poniosłeś osła na grzbiecie przez błoto i głowa twoja rozpadła się podobnież na dwie połowice, czyniąc z ciebie półgłówka, Jeżeli to mówię jako błazen, to każ ściągnąć korbaczem tego, co tak utrzymywać będzie.
śpiewa
Błaźni dziś dawną wziętość stracili,
Bo pobłaźnieli mędrcowie,
Próżno się który na koncept sili:
Żaden nic trafnie nie powie.

KRÓL LIR

Od jak dawna masz torbę tak pełną pieśni?

BŁAZEN

Od tak dawna, wujaszku, jakeś córkom swoim kazał sobie matkować: bo kiedy im dałeś rózgę do ręki, a sam sobie spuściłeś majtki:
śpiewa
One w płacz z szczęścia niespodzianego,
Jam się śpiewaniem pocieszał,
Że król tak wielki gra w schowanego
I między błaznów się wmieszał.
Proszę cię, wujaszku, przyjmij nauczyciela, co by twego błazna nauczył kłamać: rad bym nauczyć się kłamać.

KRÓL LIR

Jak wasze będziesz kłamać, to dostaniesz plagi.

BŁAZEN

Nie pojmuję, jakie jest pokrewieństwo między tobą a twymi córkami: one mi grożą plagami, jak będę mówił prawdę; ty mi grozisz plagami, jak będę kłamał; a czasem grożą mi plagi, jak cicho siedzę. Wolałbym być nie wiem czym niż błaznem: a jednakże nie chciałbym być tobą, wujaszku. Oberwałeś swój rozum z obu stron i nic nie zostawiłeś w pośrodku: oto jedna z tych obrywek.
Wchodzi Goneryla.

KRÓL LIR

Jak się masz, córko? Co znaczą te fałdy
Na twoim czole? Od pewnego czasu
Jesteś, uważam, bardzo zachmurzona.

BŁAZEN

Walnym byłeś chłopcem, kiedyś nie potrzebował zważać na marsy; teraz jesteś zerem bez cyfry. Jam teraz lepszy od ciebie: jestem błaznem, ty niczym.
do Goneryli
W rzeczy samej trzeba mi zahamować język. Nakazuje mi to oblicze pani, choć usta jej nic nie mówią. Sza! sza!
Kto ma okruchy za nic i ochłapy,
Syty wszystkiego: z czasem liże łapy.
To wyłuszczony strączek.
Wskazuje na Lira.

GONERYLA

Nie tylko ten wasz wyuzdany trefniś,
Ale i inni z waszego orszaku,
Milordzie, ciągłe szerzą zamieszanie
I niepokoje, bonując i brojąc
W sposób, zaprawdę, do zniesienia trudny.
Myślałam, panie, że gdy wam to podam
Do wiadomości, złe wkrótce ustanie;
Lecz teraz, po tym, coście świeżo rzekli
I uczynili, muszę się obawiać,
Czyli ten zdrożny tryb postępowania
Nie jest powagą waszą osłonięty
I czy go sami nie wywołujecie
Potakiwaniem swoim. W takim razie
Znalazłyby się kluby do ścieśnienia
Tych niesforności i surowa karność
Nie zaspałaby sprawy: ostre środki,
Zdolne przywrócić pożądany spokój.
Mogłyby wprawdzie, panie, w biegu swoim
Przykrość wam sprawić i nam, w innym razie,
Być niedogodnymi; w obecnym atoli
Byłyby krokiem z roztropnością zgodnym,
Który potrzeba nakazuje.

BŁAZEN

Tak jest:
Bo wiesz, wujaszku:
Wróbel kukułkę poty pielęgnuje,
Póki mu płód jej oczu nie wykluje.
Otóż i wypaliła się świeca i osiedliśmy w ciemności.

KRÓL LIR

Jestżeś ty moją córką?

GONERYLA

Drogi panie,
Rada bym, żebyś chciał się powodować
Zdrowym rozsądkiem, którego, wiem dobrze,
Masz po dostatku, i zbył się tych chimer,
Któreć stawiają od pewnego czasu
W sprzeczności z sobą samym.

BŁAZEN

Przecież i osioł pozna się na tym, kiedy wóz ciągnie konia. Brawo, Joasiu, kocham cię!<

KRÓL LIR

Poznajeż mię tu kto? To nie ja jestem;
To nie Lir! Takżeż Lir wygląda, mówi?
Gdzie jego oczy? Chyba jego zmysły
Stępiały, jego umysłowe władze
Snem letargicznym zostały ujęte.
Czyliż ja czuwam? Nie, to być nie może.
Czymże ja jestem? Mów feto!

BŁAZEN

Cieniem Lira

KRÓL LIR

Chciałbym się tego dowiedzieć, bo wedle
Królewskich oznak, pamięci i wiedzy,
Mógłbym być w błędzie, myśląc, że mam córki.

BŁAZEN

Co chcą wychować posłusznego ojca.

KRÓL LIR

Jak się zwiesz, piękna pani?

GONERYLA

O milordzie!
To zdumiewanie się nosi charakter
Innych wybryków waszych. Chciejcie, proszę,
Wejść lepiej w moją myśl: bądźcie rozsądni,
Tak jak jesteście starzy i szanowni,
Utrzymujecie tu zgraję rycerzy
I giermków, ludzi tak rozpróżniaczonych,
Tak źle się prowadzących i burzliwych,
Że zarażony ich obyczajami
Dwór nasz karczemną ma postać: hulactwo
I libertynizm czynią dom nasz raczej
Do szynkownianej podobnym gospody
I do zamtuza niż do poważnego
Mieszkania książąt. Przyzwoitość sama
Każe zaradzić temu. Chciejcie zatem
Uczynić zadość prośbie tej, co może
W przeciwnym razie zadośćuczynienie
Mieć sama przez się, i zmniejszcie cokolwiek
Swój poczet; reszta zaś teraz i nadal
Niech będzie z ludzi statecznych złożona,
Dbałych o własną sławę i o waszą.

KRÓL LIR

Do wszystkich piekieł i szatanów! Hola!
Siodłajcie konie! Niech się zbierze zaraz
Cały mój orszak! Bękartko wyrodna!
Już ci się więcej naprzykrzać nie będę:
Jeszczeć mam jedną córkę.

GONERYLA

Bijesz, panie,
Mych domowników i hałastra wasza
Pomiata ludźmi lepszymi od siebie.
Wchodzi Książę Albanii.

KRÓL LIR

Biada tym, którzy za późno żałują!
do Księcia
Ha! to wy, panie. Czyliż się to dzieje
Z upoważnieniem waszym? Odpowiedzcie.
Osiodłać konie! Hej! O niewdzięczności,
Czarna diablico z marmurowym sercem,
Tyś ohydniejsza od morskiej potwory,
Kiedy się jawisz w dziecku.

KSIĄŻĘ ALBANII

Bądź cierpliwy

KRÓL LIR

Obrzydły sępie, kłamiesz: w mym orszaku
Są sami ludzie wybrani i zacni,
Znający dobrze swoje obowiązki
I umiejący ściśle utrzymywać
Godność imienia swego. O ty błahy,
Nic nie znaczący występku Kordelii,
Jakżeś ty wielkim wydał się w mych oczach!
Jakże ty mogłeś wstrząsnąć aż do głębi
Moje jestestwo i w żółć zmienić miłość?
bije się w głowę
O Lirze, Lirze, Lirze, bij w tę bramę,
Przez którą weszło twoje zaślepienie,
A wyszedł rozum!
do swoich
Idźcie, moi ludzie.

KSIĄŻĘ ALBANII

Jam nic nie winien, milordzie, i nie wiem,
Co wasz gniew budzi.

KRÓL LIR

Być może, milordzie,
Słuchaj, naturo, ukochane bóstwo,
Słuchaj wezwania mego! Odmień zamiar,
Jeżeliś chciała potwór ten obdarzyć
Imieniem matki! Uczyń ją niepłodną!
Zwarz w niej, wyjałów organa rodzajne!
Niech jej zepsuta krew nie wyda nigdy
Dziecięcia, co by chlubę jej przyniosło!
Jeśli zaś tak jest już postanowione,
Ze jej udziałem ma być macierzyństwo,
Niech jej płód będzie zlewkiem wszelkiej złości
I dokuczliwym dla niej mąk narzędziem!
Niechaj wyryje zmarszczki na jej czole
Wyciskanymi bez ustanku łzami,
Niech jej zbruzduje lica! za jej trudy.
Za odebrane od niej dobrodziejstwa
Niech jej zapłaci śmiechem i pogardą!
By mogła uczuć, o ile dotkliwiej
Niż ukąszenie zjadliwego gadu
Boli niewdzięczność dziecka! Precz stąd! Precz stąd!
Wychodzi z Kentem i orszakiem swoim.

KSIĄŻĘ ALBANII

Na miłość bogów, których czcimy, powiedz,
O co to poszło?

GONERYLA

Nie troszcz się o powód:
Zostawmy wolne pole przywidzeniu,
Co się wylęgło w niedołężnej głowie.
Lir powraca.

KRÓL LIR

Jak to? Za jednym machem pięćdziesięciu
Moich rycerzy, i to w dwóch tygodniach?

KSIĄŻĘ ALBANII

O panie, co to jest?

KRÓL LIR

Dowiesz się zaraz.
Do Goneryli
Do wszystkich śmierci! Aż się wstydzić muszę,
Że ty do tego stopnia mogłaś zatrząść
Mym męskim duchem; że te łzy gorące,
Które się gwałtem z mych ócz dobywają,
Płyną przez ciebie. Niech cię tknie zaraza!
Niezdolne nigdy się zabliźnić rany
Ojcowskich przekleństw niech przejmą i przeżrą
Wszystkie organa twoje! A wy, stare,
Niemądre oczy, jeślibyście jeszcze
Raz uroniły łzy nad tym, co zaszło,
Wyrwę was z nimi i w proch rzucę, byście
Błotem się stały. Ha! niech i tak będzie!
Mam inną córkę, która, pewny jestem,
Będzie uprzejma dla mnie i powolna.
Skoro jej twoje obejście się ze mną
Będzie wiadome, paznokciami ona
Rozszarpie twoją twarz wilczą. Zobaczysz:
Znów ja przybiorę właściwą mi postać,
Której, rozumiesz, że zbyłem na zawsze.
Ręczę za to.
Wychodzi.

GONERYLA

Słyszałeś, milordzie?

KSIĄŻĘ ALBANII

Przy całej mojej miłości dla ciebie,
Nie mogę tak być stronnym, Gonerylo.

GONERYLA

Dajmy już temu pokój! Hej! Oswaldzie?
do Błazna
Ty łotrze bardziej niż błaźnie, idź za nim.

BŁAZEN

Zaczekaj, wujaszku, zaczekaj!
Weź z sobą swego błazna
Taka córka, gorsza Turka,
Nabawiłaby mię sznurka,
Pomimo mego kapturka,
A więc błazen daje nurka
Wychodzi.

GONERYLA

Ten człowiek miał węch dobry. Stu rycerzy!
Zapewne, to by było politycznie
I z bezpieczeństwem dać mu mieć przy sobie
Aż stu rycerzy! By za lada szusem,
Lada fantazją,lada urojeniem,
Za lada jaką skargą lub urazą
Mógł siłą poprzeć swoje fanaberie
I miecz nam trzymać nad głową Oswaldzie!

KSIĄZĘ ALBANII

Może też zbyt się obawiasz.

GONERYLA

Bezpieczniej
Zbyt się obawiać niżeli zbyt ufać.
Wolę ja złemu, gdy się go obawiam,
Wcześnie kark łamać niż wciąż się obawiać,
Aby mnie ono karku nie złamało.
Znam ja grunt jego. O tym, co objawił
Słowem i czynem, piszę do mej siostry;
Jeżeli ona pomimo mych przestróg
Zechce go trzymać i jego stu drabów.
- Gdzież Oswald? Oswald!
Wchodzi Oswald.
Czy już napisany
List do mej siostry?

OSWALD

Napisany, pani.

GONERYLA

Weź z sobą kilku ludzi i siądź na koń;
Przełóż jej, wyłuszcz wszystkie me obawy
I dodaj z swojej strony, co wypadnie,
Aby rzecz wzmocnić. Jedź, a wracaj prędko;
Wychodzi Oswald.
Nie, nie, milordzie; nie mam ja ci za złe
Tej twojej mlekiem i miodem zaprawnej
Dobrotliwości serca, ale, wybacz,
Bardziej świat gani twój brak roztropności
Niż twą szkodliwą łagodność pochwala,

KSIĄŻĘ ALBANII

Nie chcę rozstrzygać, czy sądzisz zasadnie:
Kto lepsze goni, często w gorsze wpadnie.

GONERYLA

A więc?

KSIĄŻĘ ALBANII

Czekajmy końca.
Wychodzą.

Scena piąta

Dziedziniec pałacu, tamże. Wchodzi Król Lir, Kent i Błazen.

KRÓL LIR

Jedź waść naprzód z tym listem do miasta Gloucester, powiedz mojej córce o tym, co wiesz; tylko tyle, ile jej pytania, po odczytaniu listu, wyciągać będą. Jeżeli się nie będziesz bardzo śpieszył, stanę tam przed tobą.

KENT

Nie zmrużę oka, milordzie, dopóki nie doręczę waszego listu.
Wychodzi.

BŁAZEN

Gdyby mózg człowieka był w pięcie, nie byłżeby narażony na odziębieliznę?<

KRÓL LIR

Nie inaczej, mój synu.

BŁAZEN

Bądżże wesół, wujaszku, twój rozum nie będzie nigdy potrzebował chodzić w papuciach.

KRÓL LIR

Cha!- cha!cha!

BŁAZEN

Zobaczysz, że ta druga twoja córunia grzecznie się z tobą obejdzie; bo chociaż ona tak jest do tej podobna jak leśne jabłko do sadowego, to dlatego wiem dobrze to, co wiem.

KRÓL LIR

Cóż ty wiesz, mój robaku?

BŁAZEN

Będzie do tej w smaku tak podobna jak leśne jabłko do leśnego jabłka. A wiesz ty, wujaszku, dlaczego nos sterczy w środku twarzy?

KRÓL LIR

Nie wiem.

BŁAZEN

Dlatego, żeby po każdej jego stronie było jedno oko i żeby człowiek mógł dojrzeć to, czego zwąchać nie może.

KRÓL LIR

Skrzywdziłem ją?

BŁAZEN

Wiesz, wujaszku, jakim sposobem ostryga urabia sobie skorupę.

KRÓL LIR

Nie wiem.

BŁAZEN

Ani ja; ale wiem, na co ślimak ma dom.

KRÓL LIR

Na cóż?

BŁAZEN

Na to, żeby weń głowę włożył; nie na to, żeby go oddał córkom i rogi swoje zostawił bez puzdra.

KRÓL LIR

Wyrzekam się mojej natury. Tak dobrym będąc ojcem! Czy konie w pogotowiu?

BŁAZEN

Osły już po nie poszły.Powód,dla którego w grupie siedmiu gwiazd nie ma gwiazd więcej niż siedem,jest powodem ekstraciekawym.

KRÓL LIR

Bo ich nie ma ostem.

BŁAZEN

W rzeczy samej: doskonały byłby z ciebie błazen.

KRÓL LIR

Gwałtem odebrać będę musiał. Potworna niewdzięczność!

BŁAZEN

Gdybyś ty był moim błaznom,wujaszku,dostałbyś je za to,żeś się przed czasem zestarzał.

KRÓL LIR

Jak to?

BŁAZEN

Nie trzeba ci się było zestarzeć, dopókiś nie zmądrzał

KRÓL LIR

O bogowie, nie dajcie mi oszaleć! Zachowajcie mi przytomność! Nie chciałbym oszaleć.
Wchodzi Rycerz.
Czy konie w pogotowiu?

RYCERZ

W pogotowiu, panie

KRÓL LIR

Siadajmyż.

BŁAZEN

Panna, co z mego śmieje się błazeństwa,
Nie upilnuje swojego panieństwa.
Wychodzą.




Akt Drugi

Scena pierwsza

Dziedziniec w zamku hrabiego Gloucestera. Wchodzą Edmund i Kuran ze stron przeciwnych.

EDMUND

Dobry wieczór, Kuranie;

KURAN

I wam, milordzie. Byłem u waszego ojca i udzieliłem mu wieści, że książę Kornwalii z swą księżną Reganą tej nocy tu przybędą;

EDMUND

Cóż ich sprowadza?

KURAN

Nie wiem. Słyszałeś, milordzie, o krążących nowinach albo raczej o szeptanych? Bo to są dotąd rzeczy podawane na ucho.

EDMUND

Nie słyszałem o żadnych: cóż to takiego?

KURAN

Nie słyszałeś o prawdopodobnie wiszącej wojnie między książętami Albanii i Kornwalii?

EDMUND

Ani słowa.

KURAN

Więc kiedyś o tym usłyszysz. Żegnam cię, milordzie,
Wychodzi

EDMUND

Książę tej nocy, tu? Dobrze, wybornie!
To się w me plany samo przez się wplata,
"Mój ojciec wysłał straże dla pojmania
Mojego brata, ja zaś mam przed sobą
Śliskie zadanie, które spełnić muszę.
Przedsiębiorczości i fortuno, sprzyjaj!
Bracie, znijdź, mam ci coś powiedzieć: bracie!
Wchodzi Edgar.
Nasz ojciec czujny; uciekaj co żywo!
Wyśladowano, gdzie jesteś ukryty.
Uciekaj, póki czas, korzystaj z pory.
Czyś ty co nie rzekł na księcia Kornwalii?
On tu przybywa; teraz, w noc, tak nagle;
A z nim Regana. Nie mówiłżeś czego,
Obstając za nim, na księcia Albanii?
Pomyśl no.

EDGAR

Ani słowa: jestem pewny.

EDMUND

Ha! słyszę kroki ojca. Wybacz, bracie;
Pozornie muszę miecz na ciebie dobyć:
Wydobądź także; udaj, że się bronisz.
Poddaj się! pójdź do ojca! Hola! światła!
Uciekaj! Światła! hej! Tak, bądź zdrów, bracie
Wychodzi Edgar.
Skoro cokolwiek krwi sobie utoczę,
rani się w ramię
Utwierdzę przez to wiarę w tym gorętszą
Moją żarliwość. Widziałem pijaków
Robiących na żart gorsze rzeczy. Ojcze!
Stój! Stój! Nie znajdęż pomocy?
Wchodzi Gloucester, za nim słudzy z pochodniami.

GLOUCESTER

I cóż, Edmundzie, gdzie ten łotr?

EDMUND

Przed chwilą
Stał tu w ciemności z gołym mieczem, mrucząc
Diabelski pacierz, zaklinając księżyc,
Swe opiekuńcze bóstwo.

GLOUCESTER

Gdzież się podział?

EDMUND

Patrz, panie, krew mnie broczy.

GLOUCESTER

Gdzie ten hultaj?

EDMUND

Uszedł tą stroną, kiedy w żaden sposób
Nie mógł...

GLOUCESTER

Ruszajcie w pogoń za nim, żywo!
Co w żaden sposób?
Wychodzą słudzy.

EDMUND

Nie mógł mię nakłonić
Do odebrania życia waszej części.
Gdym mu przekładał, że bogowie zemsty
Wszystkie pioruny swoje obracają
Na ojcobójców, gdym mu przypominał,
Jak wieloliczne i jak silne węzły
Jednoczą dzieci z ojcem - słowem, panie,
Gdy widział, z jakim wstrętem przyjmowałem
Namowy jego przeciwne naturze,
W dzikim zapędzie natarł ostrym mieczem
Na me bezbronne ciało; pchnął mię w ramię:
Skoro atoli spostrzegł, żem w poczuciu
Mej dobrej sprawy zebrał władzę ducha
I energicznie stanął z nim do walki,
Może też krzykiem, jakiegom narobił,
Strwożony będąc uszedł szybkim krokiem.

GLOUCESTER

Niech jak najdalej uchodzi; w tym kraju
Nie ma dla niego oparcia: grób tylko.
Szlachetny książę, mój pan i protektor,
Dostojny zwierzchnik mój zjeżdża tej nocy.
Jego powagą poprę ogłoszenie,
Że kto mi tego zbójeckiego tchórza
Pod miecz dostawi, zyska dzięki moje;
Kto go ukryje - śmierć.

EDMUND

Gdym go odwodził
Od zamierzonej zbrodni i ujrzawszy,
Że trwa w swej złości, surowymi słowy
Groził mu, że go wydam, odpowiedział:
"O ty bękarcki chłystku, czy rozumiesz,
Że gdy ja fałsz ci zadam, twe zeznanie
Będzie mieć jaką wagę, moc i wiarę?
Nie łudź się próżno: czemu ja zaprzeczę
(A przeczyć będę, chociażbyś me pismo
Własne przedstawił), to się wnet obróci
Przeciwko tobie, jako wymysł, dowód
Intrygi twojej i złośliwych knowań:
Chybabyś musiał świat zamienić w dudka,
Gdyby nie uznał, o ile dla ciebie
Korzyść z mej śmierci jest potężnym bodźcem
Do jej zadania."

GLOUCESTER

O, łotr pierwszej próby
Mógłże on zaprzeć się własnego listu?
Nie, nie, on nie jest moim synem.
Odgłos trąb.
Słyszysz?
To trąby księcia. Co go tu sprowadza,
Nie wiem. Dokoła każę zamknąć bramy;
Nie wymknie mi się nędznik. Książę musi
Rozporządzenia me zatwierdzić. Przy tym
Każę rozesłać wszędzie jego obraz,
Aby go cały kraj dokładnie poznał;
Wreszcie obmyślę środki, aby wszystkie,
Jakie mam, ziemie wraz z całą iścizną
Tobie, lojalny, kochający chłopcze,
Przypadły jako dziedzictwo.
Wchodzą Książę Kornwalii i Regana ze swoim orszakiem.

KSIĄŻĘ KORNWALII

Witaj, mój zacny przyjacielu! Cóż to?
Ledwiem tu przybył (a to nastąpiło
Przed chwilą), dziwne doszły nasię nowiny.

REGANA

Jeżeli to jest prawda, nie ma kary,
Której by nie był godzien winowajca.
Jakże się miewasz, milordzie?

GLOUCESTER

O pani, Cios ten mię złamał: stare serce moje
Spękane.

REGANA

Jak to? Co mówisz? Syn chrzestny
Mojego ojca godził na twe życie?
On, co mu ojciec mój dał imię Edgar?

GLOUCESTER

O pani, wstyd by rad to mieć ukryte.

REGANA

Czy on czasami nie miał związków z zgrają
Tych rozpasanych rycerzy, co tworzą
Orszak mojego ojca?

GLOUCESTER

Nie wiem, pani.
To zgroza! zgroza!

EDMUND

Tak jest, pani: miał je.

REGANA

Nie dziw więc, że był skłonny do niecnoty:
Oni to zabić mu kazali starca,
By mienie jego zająć i roztrwonić;
Dziś w wieczór właśnie dostałam od siostry
Bliższą wiadomość o nich, skutkiem której
Nie myślę nigdy być w domu podtenczas,
Gdy oni zjadą w gościnę.

KSIĄŻĘ KORNWALII

Ja także,
Możesz być pewna. Edmundzie, słyszałem,
Że postąpiłeś sobie względem ojca
Prawdziwie po synowsku.

EDMUND

Mości książę,
To było moim obowiązkiem.

GLOUCESTER

Odkrył
Jego knowania i odebrał oto
Tę ranę, chcąc go przytrzymać.

KSIĄŻĘ KORNWALII

Czyś posłał
W pogoń za zdrajcą?

GLOUCESTER

Nie inaczej, panie.

KSIĄŻĘ KORNWALII

Jeżeli będzie schwytany, złość jego
Nie będzie nadal szkodliwa nikomu.
Rozrządzaj mocą moją według woli.
Ty zaś, Edmundzie, którego poczciwość
I przywiązanie synowskie obecnie
Tak jasno świecą, ty do nas należysz;
Potrzebujemy ludzi zaufanych:
Bądźże z nich pierwszym.

EDMUND

Będęć służył, panie,
Źle albo dobrze, ale wiernie.

GLOUCESTER

Dzięki
Za niego składam waszej wysokości.

KSIĄŻĘ KORNWALII

Nie wiesz, po cośmy przybył; w twe progi?

REGANA

O tak niewczesnej porze, w noc tak ciemną
Okoliczności, szlachetny Gloucesterze,
Niepospolitej wagi, względem których
Potrzebujemy rady twej zasięgnąć,
Przyniewoliły nas do tych odwiedzin.
Ojciec nasz pisał, podobnież i siostra,
O pewnych zaszłych nieporozumieniach,
W przedmiocie których odpowiedź udzielić
Uważaliśmy za najstosowniejsze
Poza obrębem domu. Tu czekają
Na nią posłańcy. Daj folgę boleści,
Nasz doświadczony, dobry przyjacielu,
I zdrowej rady swej nam użycz w sprawie
Odwłoki nie cierpiącej.

GLOUCESTER

Służęć, pani.
Niech księstwo ichmość raczą się rozgościć.
Wychodzą.

Scena druga

Przed zamkiem Gloucestera. Wchodzą Kent i Oswald z przeciwnych stron.

OSWALD

Dobry świt, przyjacielu, czyś tutejszy?

KENT

Tak.

OSWALD

Nie wiesz, gdzie by tu można konie umieścić?

KENT

W błocie.

OSWALD

Powiedz mi, jak mię kochasz!

KENT

Ja ciebie nie kocham.

OSWALD

Kiedy tak, to się obejdę bez ciebie.

KENT

Obejście moje z tobą byłoby inne w innym miejscu!

OSWALD

Dlaczego tak ze mną poczynasz, mój człowieku? Ja ciebie nie znam.

KENT

Ale ja znam ciebie, mój robaku.

OSWALD

Któż ja jestem, jeżeli mię znasz?

KENT

Hultaj, łotr, pieczeniarz; nikczemny, próżny, brudny, pyszny a goły, strojny a głodny niecnota w grubych wełnianych pończochach, tchórz piszący pozwy za obrazę; zakochany w sobie, mizdrzący się, nadskakujący, elegancki hultaj; infamis z jednym kufrem, gotów makarelować z wielkiej usłużności; co się ma za coś, a nie jest niczym innym jak mieszaniną łotra, golca, tchórza, rajfura, synem nieodrodnym burej suki; którego zbiję na kwaśne jabłko, jeżeli zechce ująć choćby jedną literę z tych zaszczytnych tytułów.

OSWALD

Cóż za okropny człowiek z waszmości, że tak jeździsz po mnie, który ani ci jestem znany, ani znam ciebie!

KENT

Co za bezwstydny cham z wasana, żeby się zapierać mojej znajomości? Toż dopiero dwa dni temu, jakem ci w tył dał nogę i wygrzmocił cię przed królem. Dobądź żelaza, hultaju; chociaż to noc, ale miesiąc świeci: zmaceruję cię przy świetle miesiąca,
(dobywa miecza)
Dobądź żelaza, mówię, ty plugawy, przemierzły golibrodo!

OSWALD

Idź zdrów, nie mam nic z tobą do czynienia.

KENT

Dobądź żelaza, hultaju, nosisz listy przeciw królowi i służysz tej lalce wiatrem wydętej przeciw powadze jej ojca. Broń. się, warchole, alba ci tak naszpikuję pieczeń - broń się!

OSWALD

Ratunku! Morderstwo! Ratunku!

KENT

Broń się, psubracie, stój! stój! ty wymuskany furiancie! broń się!
Bije go pląsem miecza.

OSWALD

Hej! ratunku! morderstwo! morderstwo!
Wchodzą Książę Kornwalii, Regana, Gloucester, Edmund i służba.

EDMUND

Co to jest? Co się to dzieje?

KENT

Do usług waszych, mój paniczu, jeżelimacie ochotę, pójdź; potańcujemy z sobą.

GLOUCESTER

Miecze dobyte! Co to znaczy?

KSIĄŻĘ KORNWALII

Stójcie, jeśli wam życie miłe, umrze, Kto jeszcze zacznie. Co się to ma znaczyć?

REGANA

To są posłańcy siostry mej i króla.

KSIĄŻĘ KORNWALII

Jaki jest powód waszej kłótni? Mówcie.

OSWALD

Ledwie oddychać mogę, panie.

KENT

Nie dziwota, takeś zhasał twe męstwo. Tchórzliwy niecnoto, natura wypiera się ciebie: szewc cię spłodził.

KSIĄŻĘ KORNWALII

Dowcipniś jakiś: szewc spłodził człowieka!

KENT

Tak jest, szewc, panie: żaden kamieniarz ani malarz nie byłby go tak sfuszerował, choćby był parę godzin spędził przy pracy.

KSIĄŻĘ KORNWALII

Powiedzcie jednak, skąd przyszło do kłótni?

OSWALD

Ten stary burda, com mu życie szczędził
Przez wzgląd na jego siwą brodę...

KENT

Ty nikczemny iksie, niepotrzebna litero. Mości książę, pozwól mi, a zdepcę na miałkie wapno tego niepytlowanego hultaja i posmaruję nim miejsce, gdzie mój pan chodzi piechotą. Oszczędzałeś moją siwą brodę, ty pliszko?

KSIĄŻĘ KORNWALII

Milcz, gburze, nie znaszli uszanowania?

KENT

Znam, panie; ale gniew ma swój przywilej.

KSIĄŻĘ KORNWALII

Cóż gniew twój budzi?

KENT

To, że taki nędznik,
Co nie ma w sobie i szczypty honoru,
Może miecz nosić. Takie infamisy,
Z wiecznym uśmiechem na ustach, jak szczury,
Święte częstokroć przegryzają węzły,
Co się rozwiązać nie dają; schlebiają
Niegodnym panów swoich namiętnościom;
Olej na ogień leją, a do chłodu
Ich usposobień dorzucają lodu;
Przeczą lub twierdzą i jednejże doby
Zwracają swoje alcyjońskie dzioby
W sto stron, skąd pański wiatr zachwycić mogą,
Jak psy umiejąc iść tylko za nogą.
Przepadnij z swoim wykrzywianiem pyska!
Śmiejesz się z moich słów, jakbym plótł brednie?
Gąsiorze! gdybym był na błoniach Sarum!
Pogęgałbyś mi rzewnie do Kamlotu.

KSIĄŻĘ KORNWALII

Czyś ty szalony, starcze!

GLOUCESTER

Skąd poróżnienie wasze, to nam powiedz.

KENT

Nie ma przeciwieństw antypatyczniejszych
Jak ja i taki łotr.

KSIĄŻĘ KORNWALII

Za co go mienisz łotrem? Co ci zrobił?

KENT

Ot, nie podoba mi się jego mina.

KSIĄŻĘ KORNWALII

Może i moja nie, i jej, i jego.

KENT

Szczerość jest, panie, moim powołaniem.
Widziałem lepsze twarze w moim życiu.
Niż te, co siedzą na którym bądź karku
Z tych, co je widzę w tej chwili.

KSIĄŻĘ KORNWALII

To jeden
Z tych urwipołciów, co, gdy ich pochwalisz
Za ich grubiaństwo, silą się udawać
Szorstkość i grają rolę wręcz przeciwną
Swojej naturze. On schlebiać nie umie;
Poczciwa dusza: musi prawdę mówić,
Czy jej kto żąda, czy nie żąda. Znam ja
Takich hultajów: szczerość ich ukrywa
Więcej chytrości i złego zamiaru,
Niż go ma w sobie tuzin głupowatych,
Kornych służalców, wykonywających
Swój obowiązek co do joty.

KENT

Panie,
W samej istocie, z całą otwartością,
Z czcią dla wielkiego waszego aspektu,
Którego wpływ, podobien do kędziorów
Promienistego ognia, co migoce
Na czole Feba...

KSIĄŻĘ KORNWALII

Do czego to zmierza?

KENT

Do zastąpienia stylu, który zyskał tak wielką waszą nieaprobatę. Wiem, panie, że nie jestem pochlebcą; kto was pod pozorem szczerości oszukuje, ten jest szczerym hultajem, jakim bym ja być nie chciał, choćbyś wasza miłość z niełaski swojej raczyła tego żądać ode mnie.

KSIĄŻĘ KORNWALII

do Oswalda
Czyliś mu waćpan w czym uchybił?

OSWALD

W niczym.
Królowi, jego panu, tymi dniami,
W skutku jakiegoś nieporozumienia,
Podobało się mnie uderzyć: wtedy
On, pochlebiając pańskiemu gniewowi,
Rzucił się na mnie z tyłu; powaliwszy
Zelżył mnie, okrył szyderstwem i przybrał
Minę człowieka dziwnie wielkiej wagi.
Otrzymał za to pochwały od króla,
Ze upokorzył tak walecznie tego,
Co sam z natury swojej był pokorny;
I upojony sławą tego czynu,
Znów się tu do mnie przypiął.

KENT

Te niecnoty,
Tchórzem podszyte, tak się układają,
Ze Ajaks obok nich wyda się błaznem.

KSIĄŻĘ KORNWALII

Przynieście dyby! Nauczę ja ciebie,
Ty stary drabie, krnąbrny samochwale.

KENT

Za stary jestem, panie, do nauki;
Cofnij swój rozkaz: ja służę królowi,
Który z zleceniem przysłał mię do ciebie.
Byłby to wielki brak uszanowania;
Lekceważenie za śmiałe osoby
Mojego pana, gdybyś jego sługę.
W dybach osadzał.

KSIĄŻĘ KORNWALII

Hej! Przynieście dyby!
I jak honor kocham i życie, posiedzi
W nich do południa.

REGANA

Do nocy, milordzie,
Nie do południa; nawet przez noc całą.

KENT

O pani, choćbym był psem twego ojca,
Nie powinna byś tak na mnie nastawać.

REGANA

Ale żeś jego ladaco pachołkiem,
Przeto nastaję.
Przynoszą dyby.

KSIĄŻĘ KORNWALII

Ten hardy niecnota
Jest nawyraźniej barwy tych, o których
Pisze nam siostra. Pakujcie go w dyby.

GLOUCESTER

Łaskawy książę, nie każ tego czynić.
Wielka jest jego wina i niechybnie
Zacny król, jego pan, skarci go za to.
Kara przez ciebie, panie, zamierzona
Jest taką, jaką wymierzają ludziom
Najnikczemniejszym, najbardziej zhańbionym,
Za kradzież i za inne gminne zbrodnie.
Król za złe weźmie takie postąpienie
Z jego posłańcem i będzie w tym widział
Własną obrazę.

KSIĄŻĘ KORNWALII

Odpowiem ja za to.

REGANA

Gorzej to może przyjąć moja siostra,
Że jej dworzanin był napastowany
I znieważony w spełnieniu jej zleceń,
Zaklamrujcie mu nogi.
Zakładają dyby Kentowi.
Pójdź, milordzie;
Wychodzą Regana i Książę Kornwalii.

GLOUCESTER

Żal mi cię, bracie: tak się podobało
Księciu, którego wola, jak wiadomo,
Nie cierpi ścieśnień ani tamy.
Będę Prosił za tobą.

KENT

Dajcie pokój, panie.
Czuwałem długo i szybko jechałem:
Pół czasu prześpię, drugie pól przegwizdam.
Poczciwym ludziom zdarza się ugrzęznąć;
Życzę wam dnia dobrego,

GLOUCESTER

Krok ten księcia
Naganny: za złe będzie mu to wzięte.
Wychodzi.

KENT

Poczciwy królu, sprawdza się na tobie
Przypowieść: z deszczu trafiłeś pod rynnę.
Zbliż się, pochodnio ziemskiego padołu,
Bym mógł przy twoich rzeźwiących promieniach
List ten przeczytać. Nikt nie widzi cudów,
Tylko niedola: wiem to od Kordelii,
Która szczęśliwym trafem posłyszała,
Gdzie się obracam. Postara się ona
Ten anormalny stan rzeczy sprostować;
Wynajdzie środki. Trudem i niewczasem.
Znużone oczy moje, korzystajcie
Ze sposobności, by na ten sromotny
Nocleg nie patrzeć. Fortuno! dobranoc!
Przybądź zdjąć ze mnie te drewniane kleszcze:
Obróć twe koło; uśmiechnij się jeszcze!
Zasypia.

Scena trzecia

Dzika leśna okolica. Wchodzi Edgar.

EDGAR

Słyszałem imię moje wymówione;
Alem szczęśliwie uniknął pogoni
Wlazłszy w spróchniałe drzewo. Nie ma portu,
Nie ma jednego miejsca, gdzie by na mnie
Mnogie a czujne straże nie czyhały.
Dopóki tylko będę mógł, dopóty
Chronić się będę: umyśliłem przeto
Przybrać na siebie postać tak nikczemną,
Tak odraźliwą, jaka kiedykolwiek,
Z ujmą ludzkości, do stanu zwierzęcia
Zbliżyła nędzę: twarz sobie pomażę
Błotem, łachmanem członki przyoblekę,
Włos sobie zbiję w kołtuniaste kłaki,
I tak, wpółnagi, stawiać będę czoło
Wiatrom i wszelkim dopuszczeniom niebios
Za wzór mi będą do naśladowania
Znani w tym kraju bedlamscy żebracy,
Którzy, wydając jęki przeraźliwe,
Wrażają sobie w wychudłe ramiona
Szpilki, cierniowe kolce, ćwieki z trzmielu
I opłakanym tym widokiem, chodząc
Po dworkach, chatach, po młynach i hurtach,
Bądź to pokorni, bądź jak opętani,
Na biednych kmieciach wymuszają litość.
Biedny Edgarze, zostań biednym Tomkiem!
Będziesz przynajmniej czymś pod tym przydomkiem.
Wychodzi.

Scena czwarta

Przed zamkiem, Gloucestera. Wchodzą Król Lir, Błazen i Rycerz.

KRÓL LIR

Rzecz dziwna, że tak wyjechali z domu,
Nie odprawiwszy mojego posłańca.

RYCERZ

Dniem wprzód, o ile słyszałem, nie było
O tym wyjeździe u nich ani mowy,

KENT

Cześć ci, szlachetny władco.

KRÓL LIR

Tam do licha!
Cóż to, czy bawisz się w hańbę?

KENT

Nie, panie.

BŁAZEN

Cha, cha! patrzcie, ten nosi podwiązkę nie lada. Konie wiąże się za głowę, psy i niedźwiedzie za szyję, małpy za biodra, a ludzi za nogi; kiedy nogi nie statkują, dostają drewnianą obrożę.

KRÓL LIR

Któż to do tego stopnia zapomina
Winnych mi względów, że cię tu osadził?

KENT

Dwoje ich, panie, on i ona; syn twój
I twoja córka.

KRÓL LIR

Nie.

KENT

Tak jest.

KRÓL LIR

Nie mówię.

KENT

Tak jest, ja mówię.

KRÓL LIR

Nie, tego by oni
Nie uczynili

KENT

Tak jest, uczynili.

KRÓL LIR

Nie, na Jowisza!

KENT

Tak jest, na Junonę.

KRÓL LIR

Oni by tego nie śmieli uczynić,
Oni by tego nie mogli, nie chcieli:
Taka zniewaga w miejsce czci należnej
Byłaby jeszcze gorsza niż morderstwo.
Powiedz mi krótka, ale szczegółowo,
Jak mogłeś ściągnąć na siebie, a on
Taką ci krzywdę wyrządzić, gdyś przyszedł
W naszym imieniu?

KENT

Panie, gdym im w domu
Doręczył pismo waszej dostojności,
Zanim powstałem z miejsca, gdziem na klęczkach
Uszanowanie me okazał, nadbiegł
Konny posłaniec, usmażony w pocie,
Ledwie ziejący, niosąc pozdrowienie
Od Goneryli, swojej pryncypałki,
I nie wytchnąwszy nawet, list im oddał,
Który też oni zaraz przeczytawszy,
Kazali służbie z największym pośpiechem
Kulbaczyć konie; mnie zaś rzekli zimno,
Abym za nimi jechał i zaczekał,
Rychło do dania odpowiedzi znajdą
Sposobną chwilę. Gdym więc tu przybywszy,
Spotkał owego drugiego posłańca,
Którego dobre przyjęcie widocznie
Było powodem mniej dobrego dla mnie
(A był to właśnie ten sam skurczypałka,
Co się niedawno takiego zuchwalstwa
Dopuścił względem waszej dostojności),
Więcej krwi w sobie mając niż rozwagi,
Dobyłem miecza; on wzruszył dom cały
Tchórzliwym krzykiem, i występek taki
Córka twa, panie, i syn twój uznali
Godnym sromoty, jaką tu ponoszę.

BŁAZEN

Zima jeszcze nie przeszła, skoro dzikie gęsi tędy ciągną.
Tatuś chodzący w łatach
Nabawia dzieci ślepoty
Niech chodzi w złotych szatach,
A będzie znał ich pieszczoty:
Fortuna, sprośna diablica,
Od biednych odwraca lica.
Ale co się tyczy córek twoich, te ci policzków nie szczędzą.

KRÓL LIR

O, jak ta kolka prze mnie aż do serca!
Precz, licho! żywioł twój zamarł już we mnie,
Gdzie jest ta córka?

KENT

Z hrabią, panie, w zamku,

KRÓL LIR

Nie idźcie za mną, pozostańcie tutaj
Wychodzi.

RYCERZ

Nie uczyniłżeś nic więcej jak tylko
To, co mówiłeś?

KENT

Więcej nic. Dlaczego
Król się z tak małym pocztem tu wyprawił?

BŁAZEN

Gdybyś był wsadzony w dyby za to pytanie, nie dziwiłbym się bynajmniej.

KENT

Dlaczego, błaźnie?

BŁAZEN

Trzeba by ci pójść na naukę do mrówki, abyś wiedział, że się nie pracuje w zimie. Kto idzie za węchem, tego wzrok prowadzi, wyjąwszy ślepych; a spomiędzy dwudziestu nosów nie ma i jednego, który by nie poczuł kogoś, co cuchnie. Nie czepiaj się wielkiego koła, gdy się stacza z góry, bo cię pociągnie z sobą na złamanie szyi; ale kiedy wielkie koło idzie pod górę, dzierż się go i gramol się za nim. Jeżeli jaki mędrzec da ci lepszą radę, to mi zwróć moją:
Niech za nią idą hultaje,
Ponieważ ją błazen daje.
Kto lubiąc na dwóch stołkach siadać,
Dla zysku tylko służy,
Ten drapnie, gdy deszcz zacznie padać,
I rzuci się wśród burzy.
Ja wytrwam w szczęściu nieprzyjaznem,
Niech mędrzec tył podaje:
Odstępny kiep się staje błaznem,
Kpem błazen się nie staje.

KENT

Gdzie ty się tego, błaźnie, nauczyłeś?

BŁAZEN

Nie w dybach, błaźnie.
Król Lir powraca. Glaucester za nim.

KRÓL LIR

Nie chcieć wyjść do mnie? Słabi są? znużeni?
Jechali całą noc? To są wybiegi,
Wstępne objawy buntu i zerwania!
Przynieś mi lepszą odpowiedź.

GLOUCESTER

O panie,
Znany ci księcia gwałtowny charakter,
Jego zaciętość, jego nieugiętość
W postanowieniach, które raz poweźmie.

KRÓL LIR

Do wszystkich śmierci, plag i pomst! Gwałtowny
Jego charakter? Gloucesterze, Gloucesterze,
Ja chciałem widzieć się z Kornwalskim księciem
I z jego żoną.

GLOUCESTER

Tak, łaskawy panie;
Uwiadomiłem, ich.

KRÓL LIR

Uwiadomiłeś
Człowieku, czy ty rozumiesz, co mówię?

GLOUCESTER

Jak najzupełniej miłościwy panie.

KRÓL LIR

Król chciał się widzieć z księciem; stary ojciec
Z swą własną córką; żąda od niej usług:
Uwiadomieniż oni byli o tym?
Tchu mi brak, krew mi wre. Gwałtowny książę?
Powiedzże temu gwałtownemu księciu... W niemocy zwykle zaniedbuje człowiek
Tych obowiązków, których, zdrowym będąc,
Ściśle dopełnia; nie jesteśmy sobą,
Ale nie, czekaj; może on, i chory,
Gdy w przygnębieniu naszego jestestwa
Duch nasz skazany na cierpienie z ciałem.
Nie chcę przesądzać: uniosłem się może
Niesprawiedliwie, biorąc chorobliwe
Usposobienie za niechęć zdrowego.
spojrzawszy na Kenta
Przekleństwo! za co ten człowiek tu siedzi?
Jawny w tym dowód, że ten wyjazd księcia
I jej jest tylko podstępnym kuglarstwem.
Wyzwólcie go z tych pęt. Idź, powiedz księciu
I jego żonie, że chcę mówić z nimi,
I to natychmiast; powiedz, żeby przyszli
I wysłuchali mnie: inaczej, każę
U drzwi ich izby póty w bęben walić,
Aż bęben sen zabije...

GLOUCESTER

Rad bym harmonię widzieć jak najlepszą
Między waszymi cześćmi.
Wychodzi.

KRÓL LIR

Biada tobie, O moje serce! moje wrzące serce.
Ale siedź cicho!

BŁAZEN

Gadasz do serca, wujaszku, jak owa kucharka de węgorzy, kiedy je żywcem w pasztet włożyła; uderzyła je po łbach kijem i zawołała: "Siedźcie cicho, figlarze! " :Rodzonym jej bratem był ten, co to jedynie przez dobroć serca, siano swym koniom masłem posmarował.
Wchodzi Książę Kornwalii, Regana, Gloucester i orszak.

KRÓL LIR

Dzień dobry wam obojgu,

KSIĄŻĘ KORNWALII

Cześć wam, panie.
Zdejmują dyby z Kenta.

REGANA

Miło mi waszą wysokość oglądać.

KRÓL LIR

Tak sądzę; sądzić tak mam niezły powód;
Gdyby inaczej było, wziąłbym rozwód
Z grobem twej matki, który by pokrywał
Cudzołożnicę.
do Kenta
A! jesteś już wolny;
O tem na potem. Ladaco masz siostrę,
Moja Regano: wraziła mi ona
Ząb niewdzięczności w serce, jak szpon sępa,
Nie wydam tego w słowach; nie uwierzysz,
Jak jej przewrotny umysł...
O Regano!

REGANA

Miarkujcie, panie, swą porywczość.
Tuszę,
Żeście wy raczej mniej zdolni ocenić
Jej wnętrzną wartość niż ona uchybić
Swym obowiązkom.

KRÓL LIR

Hę? jak to rozumiesz?

REGANA

Nie mogę myśleć, aby moja siostra
W najmniejszej części miała wyjść ze szranków
Swej powinności. Jeżeli, przypuszczam,
Chciała ukrócić niesforną swawolę
Twego orszaku, panie, miała ku temu
Tak dobry powód i cel tak zbawienny,
Ze to oddala od niej wszelki zarzut.

KRÓL LIR

Przekleństwo moje niech ją wiecznie ściga!

REGANA

O panie, jesteś stary; władze twoje
Już dobiegają mety: powinien byś
Dać się prowadzić i kierować komuś
Z świeższym umysłem, który by był zdolny
Dobro twe lepiej niż ty sam rozpoznać.
Proszę cię przeto, powróć do mej siostry,
I powiedz, żeś ją skrzywdził.

KRÓL LIR

Ja ją prosić
O przebaczenie? Czyżeś pomyślała,
Jakby to ojca powadze przystało
Pójść i z pokorą do niej się odezwać:
klęka
"Kochana córko, przyznaję, żem stary;
Starość nie radość; na kolanach błagam,
Abyś mi dała karm, odzież i schronę? "

REGANA

Dość tego, drogi panie; to są tylko
Przesadne treny! Wróć się do mej siostry.

KRÓL LIR

wstaje
Nigdy, Regano. Ona mi zmniejszyła
Mój wierny orszak do połowy; krzywo
Na mnie patrzała; ona swym językiem
Jak wąż mi na wskroś rozraniła serce.
Niech wszelkie pomsty niebios spadną razem
Na jej niewdzięczną głowę! Niech zjadliwe
Powietrzne wpływy na jej młode kości
Niemoc sprowadzą!

KSIĄŻĘ KORNWALII

Wstydź się, wstydź się, panie.

KRÓL LIR

Zlejcie ślepiący wasz blask, błyskawice,
W jej wzrok wzgardliwy! Zaraźcie jej piękność,
Wy, miazma, które z błot wyciąga stonce,
Skażcie i strawcie jej wdzięki!

REGANA

O nieba!
Tak samo będziesz mnie złorzeczył, panie,
W nowym przystępie gniewu.

KRÓL LIR

Nie, Regano:
Ciebie przekleństwo me nie dotknie nigdy;
Twoja natura tkliwa i wrażliwa
Ma mój gniew nigdy nie narazi ciebie:
Jej oczy zioną ogień, twoje grzeją,
Ale nie palą. Ty byś nie umiała
Upodobaniom moim się sprzeciwiać,
Zmniejszać mi służbę, miotać harde słowa,
Okrawać moją pensję, a na domiar
Ryglem zastawiać się przed mym przybyciem;
Ty znasz powinność dziecka, głos natury,
Winną uprzejmość, wdzięczność przynależną:
Nie zapomniałaś, żem ci dał na wiano
Połowę mego państwa.

REGANA

Ależ, panie,
Przystąp do rzeczy.

KRÓL LIR

Kto śmiał w dyby wsadzić
Mojego sługę?
Odgłos trąb.

KSIĄŻĘ KORNWALII

Co znaczą te trąby?
Wchodzi Oswald.

REGANA

To trąby mojej siostry: potwierdzają,
Co mi pisała, że wkrótce tu będzie.
do Oswalda
Czy przyjechała twoja pani?

KRÓL LIR

Ten to
Hardy, niecnota, zuchwały pyszałek,
Którego buta jak purchawka rośnie
Na płytkim gruncie łask tej, której służy.
Precz z moich oczu!

KSIĄŻĘ KORNWALII

Co wasza wysokość
Raczyła mówić?

KRÓL LIR

Kto mojego sługę
W dybach osadził? Spodziewam się przecie,
Żeś ty, Regano, o tym nie wiedziała.
Wchodzi Goneryla.
Co widzę? O, wy litościwe bogi,
Jeśli sprzyjacie starcom, jeśli wasze
Łaskawe rządy cenią posłuszeństwo,
Jeżeli sami jesteście starymi,
To się ujmijcie za mną i ześlijcie
Znak współudziału swego w mojej sprawie.
do Regany
Czy się nie wstydzisz, patrząc na tę brodę?
I ty ją bierzesz za rękę, Regano?

GONERYLA

Dlaczegóż by mię za nią brać nie miała?
Cóżem ja, panie, uczyniła złego?
Nie wszystko bywa złem, co nierozsądek
Za złe uważa, dziecinność złem mieni;

KRÓL LIR

O moja piersi, z jakiegożeś kruszcu,
Żeś jeszcze cała? Jakim się sposobem
Mój człowiek dostał w dyby?

KSIĄŻĘ KORNWALII

Jam go, panie,
Kazał w nie wsadzić: lecz postępki
Jego
Zasługiwały na surowszą karę.

KRÓL LIR

Waćpan się tego dopuściłeś? Waćpan?

REGANA

Proszę cię, miły ojcze, będąc słabym,
Nie chciej się innym wydawać na zewnątrz.
Jeżeli wrócisz nazad do mej siostry
I będziesz u niej do końca miesiąca,
Połowę świty swojej odprawiwszy,
Sprowadź się potem do mojego domu.
Nie jestem teraz u siebie i brak mi
Zaopatrzenia w zapasy potrzebne
Na utrzymanie twoje,

KRÓL LIR

Wrócić do niej?
I pięćdziesięciu ludzi mych odprawić?
Nie, wolę raczej zrzec się całkiem strzechy,
Walczyć z wszelkimi zmianami powietrza;
Żyć w towarzystwie sów i wilków, jęcząc
Pod ostrym zębem nędzy. Wrócić do niej!
Z równą łatwością przeniósłbym na sobie,
Zęby się udać do tego Francuza,
Z krwią wrzącą, który me najmłodsze dziecko
Wziął bez posagu, upaść na kolana
Przed jego tronem i na wzór pachołka
Błagać o jurgielt, bym mógł nadal marny
Wieść żywot. Wrócić do niej! Radź mi raczej
Zostać parobkiem i jucznym bydlęciem
Tego fagasa.
Wskazuje na Oswalda.

GONERYLA

Uczyń, jak chcesz, panie.

KRÓL LIR

O moja córko, nie chciej, bym oszalał.
Nie będę tobie ciężarem; bądź zdrowa!
Już się nie ujrzym, nie spotkamy z sobą.
Tyś jednak moim ciałem, tyś krwią moją;
Moim dziecięciem - nie, raczej chorobą
W mym ciele, którą muszę mienić moją,
Naroślą raczej, wrzodem, karbunkułem,
Z krwi mej zepsutej powstałym. Nie będeć
Jednak złorzeczył; niech uczucie wstydu
Przyjdzie, gdy zechce; ja go nie przyzywam,
Nie proszę władcy gromu, by uderzył,
Ni skargi na cię przed tron jego składam,
Wejdź w siebie, popraw się, jeżeli możesz:
Będę cierpliwie czekał tej przemiany;
Tymczasem mogę mieszkać u Regany
Z pocztem rycerstwa mego.

REGANA

Nie tak bardzo.
Jam jeszcze na to nie liczyła; jeszcze
Nie jestem, panie, tak, jakby przystało,
Przygotowana na twoje przyjęcie.
Słuchaj, co siostra mówi: bo kto patrzy
Rozsądnym okiem na twe uniesienie,
Ten musi sobie powiedzieć, żeś stary,
A zatem - ale ona wie, co robi.

KRÓL LIR

Czy to z namysłem powiedziane?

REGANA

Mogęć
Zapewnić, panie. Pięćdziesięciu ludzi!
Czy to nie dosyć? Na co ci ich więcej?
A nawet tyle, gdy koszt, a co gorsza,
Niebezpieczeństwo przemawiają przeciw
Tak wielkiej liczbie? Czyżby w jednym domu
Taka moc ludu pod dwoistym rządem
Mogła żyć w zgodzie? Trudne by to było,
Do osiągnięcia nawet niemożebne.

GONERYLA

Czyliżbyś nie miał, panie, dostatecznej
Obsługi od jej ludzi lub od moich?

REGANA

Zapewne; gdyby zaś który z nich chybił,
Naówczas byśmy mogły go ukarać.
Jeżeli zechcesz do mnie przybyć, panie,
Proszę cię bardzo (teraz bowiem, widzę
Niebezpieczeństwo), przywiedź z sobą tylko;
Dwudziestu pięciu ludzi: większej liczby
Nie będę mogła zmieścić ni opatrzyć.

KRÓL LIR

Dałem wam wszystko.

REGANA

I we właściwą porę.

KRÓL LIR

Siebie i mienie me wam powierzyłem
Z warunkiem, abym przy sobie zachował
Tych stu rycerzy. Jak to! Mogęż tylko
Przybyć do ciebie z dwudziestu pięcioma?
Takżeś mówiła, Regano?

REGANA

Tak, panie;
Powtarzam jeszcze raz i na tym kończę.

KRÓL LIR

Tak szpetne monstra mogą się jednakże
Obok szpetniejszych wydawać pięknymi!
Nie być najgorszym jest to już zaletą
W zepsuciu tego świata.
do Goneryli
Pójdę z tobą.
Twoje pięćdziesiąt jest w dwójnasób większe
Niż jej dwadzieścia pięć i twoja miłość
W dwójnasób większa jest od jej miłości.

GONERYLA

Słuchaj mię, panie: na co ci koniecznie
Dwudziestu pięciu ludzi mieć przy sobie,
Dziesięciu nawet, a wreszcie i pięciu
W domu, gdzie dwakroć tylu czekać będzie
Na twe rozkazy?

REGANA

Na co i jednego?

KRÓL LIR

O, nie rozumuj o ścisłej potrzebie.
Ostatni żebrak ma jeszcze w swej nędzy
Coś zbytkownego. Nie dawaj nikomu
Więcej, niż tego natura wymaga,
Życie człowieka takie jak bydlęce,
Tyś pani; strojnie chodzisz: czyż jedynie
Dlatego strojnie chodzisz, że strój grzeje?
Do utrzymania życia czyż potrzeba
Tych strojów, które ciepła dać nie mogą?
O, co się tyczy prawdziwej potrzeby,
Bogowie, dajcie mi cierpliwość!
Tej ja
Przed wszystkim innym potrzebuję.
Patrzcie, Oto tu stoi biedny starzec, wiekiem
I cierpieniami równie przygnieciony;
Dwakroć nieszczęsny. Jeśli to wy serca
Tych córek przeciw ojcu podniecacie,
Nie chciejcie, abym go łagodnie znosił,
Słusznym zapalcie mię gniewem; nie dajcie
Wodnistym kroplom, tej niewieściej broni,
Męskich lic moich kazić. Mię, potwory.
Wywrę ja na was zemstę taką, taką,
Że się świat cały - zrobię coś takiego,
Że - nie wiem jeszcze co: będzie to jednak
Coś okropnego, strasznego. Myślicie,
Że płakać będę? Nie, nie będę płakał:
Mam wprawdzie nadmiar powodów do płaczu,
Ale to serce zdruzgoce się prędzej
Na milionowe części, nim zapłaczę.
O błaźnie! bliski jestem oszalenia.
Wychodzą Król Lir, Gloucester, Kent i Błazen.

KSIĄŻĘ KORNWALII

Pójdźmy stąd, burza będzie.
Słychać grzmot w oddali

REGANA

Dom ten mały:
Nie zmieści tego starca z jego świtą.

GONERYLA

Sam sobie winien; zatruł sobie spokój
I znosić musi skutki swej głupoty.

REGANA

Jego samego chętnie bym przyjęła,
Ale żadnego z jego zauszników.

GONERYLA

I ja toż samo. Gdzie jest milord Gloucester?
Gloucester wraca.

KSIĄŻĘ KORNWALII

Poszedł za starcem. Lecz oto powraca.

GLOUCESTER

Król zagniewany jest w najwyższym stopniu.

KSIĄŻĘ KORNWALII

Dokądże jedzie?

GLOUCESTER

Każe na koń siadać;
Lecz dokąd udać się zamierza, nie wiem.

KSIĄŻĘ KORNWALII

Najlepiej wolną zostawić mu drogę,
Skoro, sam chce się prowadzić.

GONERYLA

Milordzie,
Nie proś go przecie, aby tu pozostał.

GLOUCESTER

Niestety, noc się zbliża, ostry wicher
Rażąco ryczy; na kilka mil wkoło
Ledwie się krzak gdzie znajdzie.

REGANA

Trudna rada;
Kto jest uparty, panie, temu bieda,
Którą niebacznie sam sobie gotuje,
Musi być szkołą. Każ pan zamknąć bramy:
Ma on garść ludzi na wszystko gotowych.
A co ta gawiedź mogłaby mu poddać,
Bacząc na jego łatwość do namowy,
Temu roztropność każe nam zapobiec.

KSIĄŻĘ KORNWALII

Tak, tak, każ, hrabio, pozamykać bramy.
Burza tuż: schrońmy się, skoro dach mamy.
Wychodzą.




Akt Trzeci Romeo i Julia/Akt III


Akt Czwarty

Scena pierwsza

Dzika okolica. Wchodzi Edgar.

EDGAR

Przecież tak lepiej: lepsza jawna wzgarda
Niż ubarwiona pochlebstwem. Najlichsza,
Najniżej pchnięta od losu istota
Żyje w nadziei ciągłej, nie w obawie,
Żałosna zmiana dotyka jedynie
Wyższych, maluczkim śmiech wraca na usta;
Święć się więc wolne, otwarte powietrze,
Co mnie otaczasz: wichrzeń twych i wstrząśnień
Nie mam ci za złe. Lecz któż to się zbliża?
Wchodzi Gloucester wsparty na ramieniu Starca.
Mój ojciec w takim opłakanym stanie?
O świecie, świecie, świecie! Gdyby twoje.
Dziwne koleje i kapryśne przejścia
Nie kazały nam nienawidzić ciebie,
Któż by cierpliwie znosił brzemię wieku?

STARZEC

O drogi panie, byłem twym dzierżawcą
I twego ojca przez lat osiemdziesiąt.

GLOUCESTER

Idź sobie, idź, mój dobry przyjacielu,
Pomoc twa nic mi poradzić nie może,
A tobie może szkodzić.

STARZEC

O milordzie,
Nie widzisz drogi.

GLOUCESTER

Dla mnie jej już nie ma;
Więc mi do tego oczy niepotrzebne:
Zdarzało mi się potknąć, kiedym widział.
Często brak bywa zbawienny i strata
Jedna nam korzyść. O drogi Edgarze,
Ofiaro gniewu zwiedzionego ojca!
Gdybym cię widzieć mógł przez namacanie,
Rzekłbym, że oczy odzyskałem.

STARZEC

Kto tu?

EDGAR

na stronie
O bogi! komuż wolno jest powiedzieć,
Że już być gorzej nie może? mnie teraz
Gorzej niż kiedy bądź.

STARZEC

To biedny Tomek.

EDGAR

na stronie
I jeszcze może być gorzej. Zaprawdę,
Najgorzej jeszcze nie jest, póki człowiek
Może powiedzieć: "Teraz mi najgorzej."

STARZEC

Gdzie, przyjacielu, idziesz?

GLOUCESTER

Czy to żebrak?

STARZEC

Wariat i żebrak.

GLOUCESTER

Ma on jeszcze rozum;
Bo gdyby nie miał go, nie mógłby żebrać.
Widziałem właśnie jednego takiego
Ostatniej nocy w czasie burzy; istny
Obraz robaka stawił mi ów człowiek.
Wtedy mi biedny mój syn na myśl przyszedł,
A przecież wtedy myśl moja nie była
Usposobiona dla niego przyjaźnie.
Zmieniło się to później. Czym są muchy
Dla psotnych chłopców, tym ludzie dla bogów;
Gnębią nas dla zabawki.

EDGAR

na stronie
Czyi być może?
Smutna to sprawa błaznować w cierpieniu
I drażnić przez to i siebie, i drugich -
głośno
Bogowie z wami, mój paneczku!

GLOUCESTER

do starca
Powiedz,
Czy to ów nagi bedlamczyk?

STARZEC

Tak, panie,

GLOUCESTER

To idź do domu, bracie. Gdybyś dla mnie
Chciał jeszcze wrócić i złączyć się z nami
O jaką milę albo i dwie dalej,
W kierunku Dowru, to cię proszę, w imię
Twej przychylności dawnej, przynieś z sobą
Jakie okrycie dla tego biedaka,
Co mię prowadzić będzie.

STARZEC

Ależ, panie.
On wariat.

GLOUCESTER

Taki dziś porządek świata,
Ze ślepych wodzą wariaci. Idź, uczyń,
O co prosiłem, lub zresztą, co zechcesz,
Tylko idź sobie.

STARZEC

Przyniosę mu odzież
Najlepszą, niechaj, co chce, stąd wyniknie,
Wychodzi.

GLOUCESTER

Słuchaj no, nagi, biedny mój człowieku.

EDGAR

Tomkowi zimno.
na stronie
Nie wytrzymana dłużej.

GLOUCESTER

Chodź no tu; zbliż się.

EDGAR

na stronie
A jednakże muszę.
głośno
Niechaj bogowie uzdrowią, paneczku,
Niebogie oczy twoje: krew z nich ciecze.

GLOUCESTER

Czy znasz ty drogę do Dowru?

EDGAR

Drogi i drożyny, ścieżki i manowce. Biedny Tomek stracił, niestety, jedną z pięciu klepek. Poczciwa duszo, niech cię bogowie chronią od złego ducha! Pięciu ich na raz siedziało w biednym Tomku: Obidykut, duch pożądliwości; Hoberdydas, książę niemoty; Mahu, kradzieży; Modo, morderstwa, i Flibbertygibet, duch fochów i fomfrów, który potem przeszedł w pokojówki i służebne. Bogowie z tobą, paneczku.

GLOUCESTER

Masz tu trzos; weź go ty, którego nieba
Zgięły pod brzemię wszelkich upokorzeń:
Bądź ty szczęśliwszym przeto, żem ja biedny.
Czyńcie tak zawsze, bogowie; niech człowiek
Opływający w dostatki, syt uciech,
Co szydzi z waszych praw, co nie chce widzieć,
Nie czując, nagle moc poczuje waszą:
Takim sposobem podział zniesie zbytek
I każdy będzie miał dosyć. Czy dobrze
Znasz okolice Dowru?

EDGAR

Znam, paneczku.

GLOUCESTER

Jest tam gdzieś skała, której grzbiet spadzisty
Strasznie pogląda w przepaścistą głębię;
Do jej krawędzi tylko mnie doprowadź;
A zmniejszę ciężar twej nędzy czymś drogim,
Co mam przy sobie. Tam się już obejdę
Bez przewodnika.

EDGAR

Oprzyj się o ramię
Biednego Tomka; on cię poprowadzi.
Wychodzą.

Scena druga

Przed zamkiem Księcia Albanii. Wchodzą Goneryla i Edmund; Oswald wychodzi na ich spotkanie.

GONERYLA

do Edmunda
Witaj, milordzie. Dziwi mię to bardzo,
Że mój łagodny małżonek nie raczył
Wyjść na spotkanie nasze.
do Oswalda
Gdzie pan?

OSWALD

W domu,
Łaskawa pani, ale odmieniony
Nie do poznania. Gdym go uwiadomił
O owych wojskach, co wylądowały,
To się uśmiechnął; gdy mu oznajmiłem
Twój powrót, pani, rzekł na to: "Tym gorzej";
A gdym mu wspomniał o Gloucestera zdradzie
A jego syna lojalnej usłudze -
Nazwał mnie głupcem, powiedział, że biorę
Rzeczy na opak. Co by mu powinno
Nie być po myśli, zda mu się przyjemne,
A co po myśli - przykre.

GONERYLA

W takim razie
Nie potrzebujesz, Edmundzie, iść dalej.
Jest to właściwa mu tchórzliwość ducha,
Odbierająca wszelką przedsiębiorczość.
Krzywd on nie czuje, gdy się za nie śmiało
Ująć potrzeba. Wynurzone w drodze
Życzenia nasze mogą być ziszczone.
Wróć się, Edmundzie, do mojego szwagra.
Przyśpiesz czynione przezeń uzbrojenia
I przywiedź jego wojsko. Muszę w domu
Zamienić rolę i mężowi memu
Dać w rękę kądziel. Ten mój wierny sługa
Będzie pomiędzy nami pośrednikiem.
Jeżeli, dbały o swe własne dobro,
Zechcesz na wszystko się ważyć, niebawem
Usłyszysz słodszy rozkaz twojej pani.
Noś to
daje mu upominek
Bądź skąpy w mówieniu; schyl głowę,
Ten pocałunek, gdyby mówić umiał,
Wzniósłby pod niebo władze twego ducha.
Zrozum mię dobrze, bądź zdrów.

EDMUND

Twój niewolnik,
Aż do bram śmierci.

GONERYLA

Drogi mój Gloucesterze!
Wychodzi Edmund.
Co za różnica między tymi ludźmi!
Tamtemu winnam uległość - cap taki
Ma do mnie prawa.

OSWALD

Pani, milord idzie.
Wychodzi. Wchodzi Książę Albanii.

GONERYLA

Sądzę, żem warta choć kiwnięcia głową.

KSIĄŻĘ ALBANII

O Gonerylo! ty nie jesteś warta
I tego pyłu, coć nim wiatr w twarz wieje.
Twoja natura trwoży mię: kto gardzi
Szczepem, z którego powstał, ten nie może
Żądz swych w granicach utrzymać. Gałązka
Odczepiająca się od pnia swojego
Musi koniecznie schnąć i stać się zgubną.

GONERYLA

Dosyć już tego; ten tekst nie ma sensu.

KSIĄŻĘ ALBANII

Mądrość i cnota złym zdaje się zdrożna,
Gnój pachnie gnojkom. Cóżeś uczyniła?
Hieny, nie córki, coście wy zrobiły?
Ojciec wasz, starzec dostojny, którego
Niedźwiedź by ze czcią lizał - o sromoto!
O nieprawości! - wpadł przez was w szaleństwo.
Mógłże mój szwagier coś takiego ścierpieć?
Mąż, książę, który mu tyle był winien?
Jeżeli nieba niebawem widzialnie.
Nie ześlą duchów swoich dla skarcenia
Takich bezprawiów, przyjdzie czas, że ludzie
Żreć się nawzajem będą jak potwory Piekielnych głębi.

GONERYLA

O miękki człowieku!
Co masz policzki do policzkowania,
A głowę, żeby kołki na niej strugać;
Co nie masz zmysłu zdolnego rozpoznać,
Gdzie honor, a gdzie obelga, co nie wiesz,
Że tylko głupcy zwykli się litować
Nad niecnotami, których ukarano,
Nim złe spełnili. Gdzie twój róg wojenny!
Francja rozwija sztandar w naszych krajach;
Pióropuszastym hełmem wróg twój grozi;
A ty, cnotliwy głąb, siedzisz i stękasz:
"Przecz on to czyni? ach!"

KSIĄŻĘ ALBANII

Spójrz na się, diable!
Wewnętrzna szpetność mniej razi w szatanie
Niż w białogłowie.

GONERYLA

Nikczemny półgłówku!

KSIĄŻĘ ALBANII

Z gruntu zepsuta, zbestwiona istota,
Nie czyń potwornym swojego widoku.
Gdyby mi na to przystało pozwolić,
Żeby ta ręka słuchała krwi mojej,
Łatwo by ona mogła ciało twoje
Odprząc od kości. Choć jesteś szatanem,
Niewieścia twoja postać chroni ciebie.

GONERYLA

Ho! co za męska dzielność teraz przyszła!
Wchodzi Goniec

KSIĄŻĘ ALBANII

Co mi przynosisz?

GONIEC

O łaskawy panie,
Książę Kornwalii zmarł, zamordowany
Przez swego sługę, gdy miał Gloucesterowi
Wyłupić drugie oko.

KSIĄŻĘ ALBANII

Gloucesterowi
Oko wyłupić?

GONIEC

Sługa ten, którego
On sam wychował, przejęty litością
I chcąc go w jego zamiarze powstrzymać,
Wydobył miecza przeciw dostojnemu
Swojemu panu, który, do wściekłości
Tym przywiedziony, rzucił się na niego
I przy pomocy drugich go powalił,
Zostawszy jednak wprzód sam ugodzony
Tym ciosem, który później śmierć sprowadził,

KSIĄŻĘ ALBANII

Widoczna, że wy tam jesteście w górze
Sędziowie, którzy ziemskie nasze zbrodnie
Szybko umiecie karać. Biedny Gloucester!
Obojeż oczu stracił!

GONIEC

Tak, milordzie.
List ten wymaga spiesznej odpowiedzi;
Jest on od siostry milady.

GONERYLA

do siebie
Po części
Kontentam z tego; skoro ona jednak
Jest teraz wdową, a przy niej mój Gloucester,
Cała budowa mojej wyobraźni
Mogłaby łatwo runąć i przywalić
Me nienawistne życie. Z drugiej strony
Nie tak trapiąca jest ta wieść.
głośno
Przeczytam
I dam odpowiedź.
Wychodzi.

KSIĄŻĘ ALBANII

Gdzież był syn jego, gdy go oślepiali?

GONIEC

Pojechał z twoją małżonką, milordzie,

KSIĄŻĘ ALBANII

Nie ma go tutaj.

GONIEC

Tak, łaskawy panie;
Wracającego stąd spotkałem właśnie.

KSIĄŻĘ ALBANII

Czy wie on o tym barbarzyńskim czynie?

GONIEC

Wie, miłościwy panie. On to świadczył
Przeciwko ojcu i unikał zamku
Umyślnie, aby ukaraniu jego
Dać bieg swobodny.

KSIĄŻĘ ALBANII

Ja żyję, Gloucesterze,
Bym ci zawdzięczył twą wierność królowi
I wzrok twój pomścił. Pójdź, mój przyjacielu;
Powiedz mi, jeśli jeszcze wiesz co więcej.
Wychodzą.

Scena trzecia

Obóz francuski w pobliskości Dowru. Wchodzi Kent i Jeden z rycerzy.

KENT

Nie wiesz, rycerzu, co było powodem,
Że król francuski tak nagle odjechał?

RYCERZ

Jakiś interes, państwa dotyczący,
Nie załatwiony, a który dopiero
Przyszedł mu na myśl po wylądowaniu.
Królestwu jego grozić ma podobno
Niebezpieczeństwo tak wielkie, że powrót
Jego osoby był wielce potrzebny, Niezbędny nawet.

KENT

K:ogóż on w swe miejsce

Wodzem zostawił?

RYCERZ

Marszałka Le Fera

KENT

Czy ten list, któryś pan oddał królowej,
Wywołał jaki objaw, jej boleści?

RYCERZ

Tak, panie; wzięła go i odczytała
W mej obecności, a gdy go czytała,
Duże łez krople od czasu do czasu
Spadały po jej delikatnych licach.
Widząc ją, byłbyś rzekł, że jest królową
Swojego żalu, który buntowniczo
Chciał jej królować.

KENT

Była więc wzruszona!

RYCERZ

Ale nie gniewna. Żałość i moc duszy
Walczyły w niej o lepsze; widać było
Deszcz i pogodę razem; jej uśmiechy
I jej łzy były jako dzień majowy,
Pełen uroku; błogie te promyki,
Które igrały na jej świeżych ustach,
Zdawały się nie wiedzieć, jacy goście
Byli w jej oczach i z nich wychodzili,
Jakoby perły kapiące z brylantów.
Słowem, żal byłby pożądanym skarbem,
Gdyby każdego tak upiękniał.

KENT

Nicże
Nie powiedziała?

RYCERZ

Owszem, parę razy
Z głębi jej piersi wyszło imię ojca,
Jakby się serce jej oswobadzało
Z ciężaru. "Siostry! - zawołała - siostry!
Hańba kobietom! Siostry! Kencie! Ojcze!
Jak to? W noc? W czasie burzy? Więc litości
Nie ma na świecie! " Wtedy się puściły
Święte strumienie z jej niebiańskich oczu
I rzewny głos jej stłumiły. Wybiegła,
By zostać sama z swym cierpieniem.

KENT

Gwiazdy,
Gwiazdy to rządzą treścią naszych jestestw,
Inaczej, jedno i to samo stadło
Nie wydałoby dzieci tak odmiennych.
Czy się z nią potem widziałeś, rycerzu?

RYCERZ

Nie.

KENT

Czy to było przed odjazdem króla?

RYCERZ

Później.

KENT

To dobrze. Biedny Lir jest w mieście.
Chwilami sobie przypomina, po co
Tu przybyliśmy - i na żaden sposób
Nie chce się widzieć z córką.

RYCERZ

Czemu, panie?

KENT

Tak mu wstyd. Twardość, z jaką jej odmówił
Błogosławieństwa, puścił ją na hazard
W obczyznę, wyzuł ją z praw przynależnych,
Na korzyść tamtych dwóch pogańskich córek;
Wszystko to gryzie mu serce tak srodze,
Tak go zawstydza, że nie śmie nieborak
Spojrzeć Kordelii w oczy.

RYCERZ

Biedny człowiek!

KENT

Wiesz co, rycerzu, o obrotach książąt?

RYCERZ

Wieść się potwierdza, że są w marszu.

KENT

Dobrze.
Powiodęć teraz, rycerzu, do króla
I pozostawię, abyś nad nim czuwał.
Ważne powody każą mi się jeszcze
W skrytość obwijać; gdy mię waćpan poznasz
W właściwym świetle, nie będziesz żałował
Dotychczasowej naszej znajomości;
Chciej mi tymczasem towarzyszyć.
Wychodzą.

Scena czwarta

Tamże. Pole. Wchodzi Kordelia, Doktor, orszak, rotmistrze i żołnierze.

KORDELIA

To on, niestety! spotkano go właśnie
Szalejącego jak wzburzone morze,
Śpiewającego i uwieńczonego
Chabrem, kąkolem, łopianem i innym
Bezużytecznym zielskiem, które rośnie
W żywiących zbożach. Weźcie ze stu ludzi,
Przepatrzcie pilnie każdy mórg tych łanów
Bujnie porosłych i przywiedźcie do nas
Nieszczęśliwego.
Wychodzi rotmistrz z częścią żołnierzy.
Czyliż mądrość ludzka
Zdoła mu wrócić utracone zmysły?
Wszystkie me skarby chętnie oddam temu,
Kto go uleczy.

DOKTOR

Są sposoby, pani.
Odżywicielem natury najlepszym
Jest wypoczynek, na którym mu zbywa;
Do zapewnienia mu tego posłużą
Pewne skuteczne, specyficzne leki,
Których moc uśpi jego udręczenia.

KORDELIA

O wy zaradcze, zbawcze tajemnice,
Wy niezbadane potęgi natury,
Spłyńcie wraz z mymi łzami! Przyjdźcie w pomoc,
Uzdrówcie tego drogiego mi starca!
A wy szukajcie go, szukajcie wszędzie;
Zanim samemu sobie zostawione
Szaleństwo jego rozstroi to życie,
Niezdolne sobie radzić.
Wchodzi Goniec.

GONIEC

Wieści, pani!
Wojska brytańskie zbliżają się.

KORDELIA

O tym
Już wiedzieliśmy i jesteśmy na to
Przygotowani. O! drogi mój ojcze,
W twojej to sprawie uchwyciłam oręż,
W twojej to sprawie wspaniały pan Francji
Cierpienia mego i łez się użalił.
Nie próżna pycha wkłada na nas zbroję,
Lecz miłość, a z nią święte prawa twoje.
Obym cię mogła ujrzeć jak najprędzej,
Słyszeć, i koniec twej położyć nędzy!
Wychodzi ze swoimi.

Scena piąta

Pokój w zamku Gloucestera. Regana i Oswald.

REGANA

Więc wojska mego szwagra są w pochodzie?

OSWALD

Tak, pani.

REGANA

I on sam dowodzi nimi?

OSWALD

Tak jest, po wielu korowodach. Siostra
Waszej miłości lepszym jest żołnierzem.

REGANA

Czy się lord Edmund widział z waszym księciem?

OSWALD

Nie, pani.

REGANA

Cóż by w sobie mógł zawierać
List mojej siostry do niego?

OSWALD

Nic nie wiem.

REGANA

Wyjechał wprawdzie stąd w nie lada celu;
Było to wielkim głupstwem Gloucesterowi,
Po ócz wyjęciu, pozostawiać życie:
Gdzie się pokaże, wszędzie wszystkich serca
Od nas odwraca. Edmund, jak rozumiem,
Z politowania nad jego niedolą,
Udał się mroczny jego byt zakończyć,
A przy tym zbadać siły nieprzyjaciół.

OSWALD

Muszę go szukać z tym listem, milady.

REGANA

Jutro ruszają nasze wojska; czekaj,
Drogi niepewne.

OSWALD

Nie mogę, milady;
Mam przez mą panią zalecony pośpiech.

REGANA

Po co jej było pisać? Czyliż waćpan
Nie mogłeś ustnie powiedzieć, co chciała?
Coś się w tym święci - czyby czasem? ... słuchaj;
Będę ci za to nieskończenie wdzięczna,
Pozwól mi pismo to rozpieczętować.

OSWALD

Wolałbym raczej...

REGANA

Wiem, że twoja pani
Nie cierpi męża; jestem tego pewna,
A za ostatnim swoim tu pobytem,
Rzucała dziwnie znaczące spojrzenia
Na szlachetnego Edmunda. Wiem także,
Iż waćpan jesteś jej wiernkiem.

OSWALD

Ja, pani?

REGANA

Mówię zasadnie: żeś nim jest, wiem o tym;
Muszę dlatego uprzedzić waćpana
O rzeczy, którą, trzeba, żebyś wiedział.
Mój mąż nie żyje; jam się już z Edmundem
Porozumiała i moja dlań ręka
Jest stosowniejsza niż ręka twej pani.
Resztę wywnioskuj sam. Jeśli go znajdziesz,
Oddaj mu, proszę, i to moje pismo;
A gdy twa pani dowie się od ciebie
O tych szczegółach, staraj się ją skłonić,
Ażeby poszła za radą rozumu.
Bywaj mi teraz zdrów. Gdybyś przypadkiem
Tego ślepego zdrajcę gdzie napotkał,
Pomnij, że tego, co go sprzątnie, hojna
Czeka nagroda.

OSWALD

Rad bym go napotkać,
Łaskawa pani, byś się przekonała,
Czyjej się strony trzymam.

REGANA

Idź szczęśliwie.
Wychodzą.

Scena szósta

Okolica w pobliskości Dowru Wchodzi Gloucester i Edgar w ubraniu, wieśniaczym.

GLOUCESTER

Kiedyż dojdziemy na szczyt tego wzgórza?

EDGAR

Drapiemy się nań, panie; nie czujecież,
Jak to iść ciężko?

GLOUCESTER

Grunt zdaje się równy,

EDGAR

Okropnie stromy. Nie słyszycie morza?

GLOUCESTER

Nic wcale.

EDGAR

Widać więc, że wasz brak wzroku
I innym zmysłom odejmuje władzę.

GLOUCESTER

W istocie, być to może. Mnie się zdaje,
Że twój głos inny teraz, że twa mowa
Jest rozsądniejsza i gładsza niż pierwej.

EDGAR

Mylisz się, panie; nie ma we mnie zmiany,
Chyba w ubraniu.

GLOUCESTER

Zdaje mi się jednak,
Że lepiej mówisz.

EDGAR

Jesteśmy na miejscu,
Stójcie spokojnie. - O, jakie to straszne,
Jak to odurza patrzeć w taką głębię!
Wrony i kawki krążące w pośrodku
Ledwie wydają się wielkości chrząszczów.
W połowie chyłu wisi jakiś człowiek,
Zbierając morski kopr, okropna czynność
Zda mi się, że się wydaje nie większym
Jak jego głowa. Rybacy, chodzący
Owdzie wzdłuż brzegów, rzekłbyś, że to myszy;
A ów ogromny statek na kotwicy
Wygląda jak czółenko; jego czółna
Jak morskie boje, ledwie dostrzegalne.
Głuchy ryk fali bijącej o piaski
Tu dojść nie może. Nie będę już patrzał,
Bo mi się w mózgu zawraca i mógłbym
Stoczyć się w przepaść.

GLOUCESTER

Postaw mię, gdzie stoisz.

EDGAR

Dajcie mi rękę; jesteście już tylko
O stopę od krawędzi, za nic w świecie
Nie podskoczyłbym tutaj.

GLOUCESTER

Puść mi rękę.
Masz tu trzos jeszcze jeden, przyjacielu,
A w nim zawarty klejnot, wielkiej ceny
Dla ubogiego, niech ci z nim bogowie
Szczęście przyniosą! Idź teraz, kochanku;
Bywaj zdrów, daj się słyszeć, że odchodzisz.

EDGAR

Bądźże mi, panie, zdrów!

GLOUCESTER

Bogowie z tobą.

EDGAR

do siebie
Pozwalam sobie tych żartów z rozpaczą,
Dlatego tylko, abym ją uleczył.

GLOUCESTER

klęka
O! wy potężni władcy na niebiosach!
W obliczu waszym wyrzekam się świata
I zrzucam z siebie wielką moją boleść.
Gdybym ją dłużej mógł znosić bez szemrań
Na waszą świętą nieodmienną wolę,
Knot mego życia sam przez się by wytlał.
Jeżeli Edgar mój żyje, o, zlejcie,
Zlejcie na niego swe błogosławieństwa!
No, przyjacielu, bądź zdrów - a gdzie jesteś?

EDGAR

Jużem daleko, panie; bądźcie zdrowi.
Gloucester skacze i pada na ziemię.
A kto wie, czyli czasem wyobraźnia
Nie jest w możności wydrzeć skarbu życia,
Kiedy to życie samo chce swej zguby?
Gdyby był tam, gdzie myśli - już by nawet
I myśli nie miał. Żywy czy nieżywy?
Hej, przyjacielu! Panie! Czy nie słyszysz?
Przemów! Czyliżby umrzeć miał w istocie!
Przecież! Porusza się. Kto wy jesteście?

GLOUCESTER

Precz, daj mi umrzeć!

EDGAR

Gdybyś nie był piórkiem,
Nitką pajęczą, byłbyś się był rozbił
Jak jajko, spadłszy tyle sążni na dół:
Ale oddychasz, masz wagę, nie rannyś;
Przemawiasz, jesteś cały. Dziesięć masztów,
Stawionych jeden na drugi, nie czynią
Tej wysokości, z jakiej prostopadle
Zleciałeś tu, gdzie stoim. Cud, że żyjesz.
Przemów raz.
jeszcze.

GLOUCESTER

Spadłżem ja istotnie?

EDGAR

Stamtąd, z owego straszliwego wirchu
Kredowej skały. Spójrz tylko do góry:
Donośnogłosy skowronek nie mógłby
Na taką metę ani być widzianym,
Ani słyszanym. Spójrz tylko do góry.

GLOUCESTER

Niestety, nie mam oczu. Czyliż nędzy
Jest odmówione i to dobrodziejstwo,
By śmiercią sobie położyła koniec?
Było to pewnym rodzajem pociechy,
Gdy uciśniony mógł się tym sposobem
Od okrucieństwa ciemięzcy uchronić
I podejść dumną jego samowolę.

EDGAR

Daj rękę, panie; wstań, tak; no, i jakże?
Stoiszli mocno?

GLOUCESTER

Aż nadto, aż nadto.

EDGAR

To nie do wiary. Co to było owdzie
Na skale, co się od was oddaliło,
Nimeście spadli?

GLOUCESTER

Był to biedny żebrak.

EDGAR

Stąd mi się jego oczy wydawały
Jak dwa księżyce w pełni: miał sto nosów,
Rogi zagięte na kształt wzdętej fali.
Był to niechybnie zły duch. Pomyśl przeto,
Szczęśliwy starcze, żeś winien swą całość
Opatrznym bogom, którzy zakładają
Swą chwałę na tym, żeby uskuteczniać
To, co się ludziom zdaje niepodobnym.

GLOUCESTER

Tak jest, poznaję teraz. Będę odtąd
Dźwigał mą nędzę, aż zawoła sama:
"Dość już, umieraj! " Ten, o którym mówisz,
Mój bracie, mnie się wydawał człowiekiem:
Często on mówił: "Zły duch! Zły duch! " On mię
Tam przyprowadził.

EDGAR

Bądźcie dobrej myśli
I nie frasujcie się. Któż to tu zmierza?
Wchodzi Król Lir, fantastycznie przybrany w polne kwiaty.
Przytomny umysł nigdy swego pana
Tak nie wystroi.

KRÓL LIR

Wolno mi przecie bić monetę; za to mi nic nie zrobią: nie jestżem królem?

EDGAR

Rozdzierający widoku!

KRÓL LIR

Natura w tym względzie przechodzi sztukę. Oto macie jurgielt. Ten drab trzyma łuk jak stracha na ptaki. Naciągaj lepiej krawiecki łokieć, bałwanie. Patrzcie, patrzcie! - mysz. Cicho! cicho! ten kawałek sera to potrafi. Oto moja rękawica: pójdź, olbrzymie, zmierzmy się. Przynieście berdysze! O ptaku, jakżeś czmychnął! W samo centrum, w samo centrum! hiiu! Stój! jakie hasło?

EDGAR

Pachnie majeranek.

KRÓL LIR

Przejdźcie.

GLOUCESTER

Ten głos mi znany.

KRÓL LIR

Ha! Gonerylo! - z białą brodą! - Pochlebiali mi jak. psy; mówili mi, że mam biały włos na brodzie, nim mi jeszcze urósł czarny. "Tak" i "nie" na wszystko, com powiedział! "Tak" i "nie" na jedno i toż samo! to nie bogomyślnie. Kiedy mię razu j ednego deszcz prażył i wiatr na wskroś przejmował, kiedy grzmot nie chciał się uciszyć, choć mu kazałem, wtedym je poznał, wtedym je przewąchał. Dajcie im pokój! nie można liczyć na ich słowo. Powiedzieli mi, że mogę wszystko, to fałsz: nie mogę się nie trząść we febrze.

GLOUCESTER

Dźwięk tego głosu przypominam sobie,
Czy to król?

KRÓL LIR

Tak jest, król z przodu i z tyłu.
Gdy groźnie spojrzę, patrz, jak drżą poddani.
Temum darował życie: cóż on zgrzeszył?
Popełnił cudzołóstwo.
Nie umrzesz, ponieść śmierć za cudzołóstwo?
Nie, nie, tak samo grzeszy pokrzywniczek,
Maleńka złota muszka w moich oczach
Grzeszy tak samo. Niech się ludek mnoży!
Przecież nieprawy syn Gloucestera bardziej
Miłował ojca niż Lira dwie córki
Spłodzone w prawym łożu.
Święć się, rozpusto, bo mi brak żołnierzy.
Patrzcie na ową piękną damę: twarz jej
Zdaje się mówić, że lód jest w jej łonie;
Jawi wzór cnoty i odwraca głowę
Słysząc ten wyraz: rozkosz.
A jednak żadna klacz, żadna łasica
Nie jest w swej żądzy tak nieposkromiona.
Od góry są to kobiety,
Lecz w dół od pasa - chutliwe centaury,
Tylko część górną bogowie dziedziczą,
Dolna to własność diabła, tam jest piekło!
Tam są ciemności, otchłań siarki, smoła!
Żar i war, fetor, stęchlizna.
Tfy! tfy! tfy! Daj mi piżma, aptekarzu,
Na złagodzenie mojej wyobraźni...
Oto pieniądze

GLOUCESTER

Niech ucałuję tę rękę

KRÓL LIR

Zaczekaj;
Wprzód ją obmyję, czuć ją cielesnością.

GLOUCESTER

O ty, ludzkości zrujnowany szczątku!
Tak samo kiedyś wniwecz się obróci
Ten ogrom świata. Poznajesz mię, panie?

KRÓL LIR

Poznaję twoje oczy. Mrugasz na mnie?
Nie, darmo kusisz, ślepy Kupidynie:
Nie chcę już kochać. Czytaj to wyzwanie,
Tylko uważaj na charakter pisma.

GLOUCESTER

Choćby litera każda była słońcem,
Nie przeczytałbym i jednej.

EDGAR

do siebie
Nie chciałem wierzyć, gdy mi to mówiono,
Sam widzę teraz i serce mi pęka.

KRÓL LIR

Czytaj.

GLOUCESTER

Czym?
Tymi dziurami bez oczu?

KRÓL LIR

Oho, tak ze mną poczynasz? Do licha?
Głowa bez oczu, worek bez pieniędzy?
Brak oczu gorzej ciąży twojej głowie
Niż brak pieniędzy twojemu workowi.
Taki to, widzisz, świat.

GLOUCESTER

Widzę, niestety!

KRÓL LIR

Co? Czyś oszalał? Żeby ślepy człowiek
Mógł widzieć, jaki jest świat! Patrz uszyma.
Patrz no, czy widzisz, jak ten sędzia jeździ
Po tym złodzieju dobrodusznym? Słuchaj,
Ale to zostaw przy sobie: zmień miejsce
I zgadnij, w której ręce złota kula?
Kto jest złodziejem, kto sędzią? Czyś widział,
Żeby wieśniaczy pies szczekał na dziada?

GLOUCESTER

Widziałem, panie.

KRÓL LIR

I nieboraczysko
Umknął przed kurtą? Widzisz w tym wielki obraz wpływu władzy:
Słucha się nawet kundlów na urzędzie.
Podły pachołku, odejm krwawą rękę!
Za co ty chłoszczesz tę dziwkę? Bijże się
Po własnym grzbiecie! Pożądasz jej, chamie,
A karzesz ją za pożądliwość? Lichwiarz
Wiesza Cygana. Przez wytarte suknie
Widać najmniejsze niedoskonałości.
Togi i szuby pokrywają wszystko.
Powlecz grzech złotem, a hartowna dzida
Sprawiedliwości pryśnie nie zraniwszy;
Uzbrój go w łachman, karzeł źdźbłem go zmoże
Nikt nie jest winnym, nikt, nikt, ręczę za to:
Jeżeli - zapisz to, mój przyjacielu -
Jeżeli zdoła oskarżycielowi Zapieczętować usta.
Wpraw sobie szklane oczy i tak uczyń,
Jak czynią zręczni politycy: udaj.
Że widzisz rzeczy, których nic nie widzisz.
Cóż teraz będzie? teraz, teraz, teraz
Zdejmcie mi buty - mocniej, mocniej, tak, tak.

EDGAR

O, ileż sensu wśród niedorzeczności!
Wśród obłąkania, jaki rozum!

KRÓL LIR

Chceszli
Płakać nade mną, to weź moje oczy.
Znam ja cię dobrze; nazywasz się Gloucester.
Cierp; myśmy wszyscy płacząc na świat przyszli.
Wiesz, że, wciągając pierwszy raz powietrze,
Kwilim i krzyczym. Powiem ci kazanie,
Tylko uważaj.

GLOUCESTER

Niestety! niestety!

KRÓL LIR

Krzyczymy, rodząc się, dlatego, bracie,
Że wchodzim na tę wielką scenę błazeństw.
Niezła myśl! Byłby to subtelny fortel
Część naszych koni kazać podkuć pilśnią.
Muszę spróbować, gdy zaś tym sposobem
Cichaczem zejdę moich panów zięciów,
Wtedy rżnij, morduj, morduj, morduj, morduj!
Wchodzi Jeden z rotmistrzów, za nim żołnierze.

ROTMISTRZ

Jest tu, jest; miejcie go na oku. Panie,
Dostojna wasza córka...

KRÓL LIR

Bez odsieczy.
Jak to? w niewoli? Istnym błazen losu.
Nie obchodźcie się ze mną barbarzyńsko.
Dam wykup. Każcie przywołać chirurga:
Ciętym tu.
Wskazuje na głowę.

ROTMISTRZ

Wszystko mieć będziecie, panie

KRÓL LIR

Znikąd pomocy? Zewsząd opuszczony?
To by człowieka w zdrój łez mogło zmienić,
A oczy jego w ogrodowe konwie
Do zalewania kurzu.

ROTMISTRZ

Drogi panie!

KRÓL LIR

Umrę walecznie, strojnie, jak pan młody.
Będę jowialny: cha! cha! jestem królem.
Czy wiecie o tym, państwo?

ROTMISTRZ

Wielkim królem.
Wiemy to, panie, i słuchać cię będziem.

KRÓL LIR

Jest więc nadzieja życia: gońcie za mną,
Jeśli mię chcecie schwytać. Hussa! husśa!
Wybiega, żołnierze za nim.

ROTMISTRZ

Ostatni nędzarz w tak żałosnym stanie
Litość by wzbudził, a cóż król dopiero!
Jedna ci jeszcze córka pozostała,
A ta wybawi świat spod ciężkiej klątwy,
Którą go tamte dwie przygniotły.

EDGAR

Cześć wam,
Szlachetny panie.

ROTMISTRZ

Życzę pomyślności,
Czegóż to chcecie?

EDGAR

Nie słyszałżeś, panie,
Czy się zanosi na bitwę?

ROTMISTRZ

Z pewnością;
To rzecz wiadoma: każdy o tym słyszy,
Kto może dźwięki rozeznać.

EDGAR

Wybaczcie:
A czy daleko nieprzyjaciel?

ROTMISTRZ

Blisko:
Szybkim pochodem posuwa się ku nam
I główne jego siły za godzinę
Pewnie nadejdą.

EDGAR

Dziękuję wam, panie,
To wszystko, czego chciałem się dowiedzieć.

ROTMISTRZ

Lubo królowa z szczególnych powodów
Tu się znajduje, wojska jej już dawno
Ruszyły naprzód.

EDGAR

Dziękuję wam, panie,
Wychodzi Rotmistrz.

GLOUCESTER

O bogi, których dobroć nieprzebrana,
Weźcie mi życie, ażeby mię znowu
Zły duch nie skusił do szukania śmierci,
Nim ona będzie zgodna z wolą waszą.

EDGAR

Dobrze się modlisz, ojcze.

GLOUCESTER

Któż ty jesteś,
Mój przyjacielu?

EDGAR

Nader biedny człowiek,
Co się otrzaskał już z ciosami losu
I w szkole własnych cierpień stał się czuły
Na nędzę drugich. Daj mi rękę, starcze,
Zapewnięć jaki przytułek.

GLOUCESTER

Przyjm dzięki:
Błogosławieństwo niebios niech ci zsyła
Pomyślność jedną po drugiej.
Wchodzi Oswald.

OSWALD

Ha!
tuś mi!
Nagroda sama wchodzi mi pod rękę.
Ta twoja ślepa głowa po to siadła
Na twoim karku, by szczęście me poprzeć.
Policz się z sobą, stary, nędzny zdrajco;
Już wydobyty miecz, co cię ma zgładzić.

GLOUCESTER

Kiedy tak, niechże twa przyjazna ręka
Silnie uderzy.
Edgar zasłania go sobą.

OSWALD

Co się to ma znaczyć,
Zuchwały chłopie, śmiesz stawać w obronie
Osławionego zdrajcy? Precz! Inaczej
Zaraza jego doli będzie mogła
Udzielić się i tobie. Odstąp, mówię.

EDGAR

Jo nie kcę, ot, by wej się pon odcepił.

OSWALD

Odstąp, szubrawcze, albo zginiesz.

EDGAR

Ejże,
Idźta jegomość lepiej w swoją drogę
I pozostawia biedny lud w pokoju.
Kiejby jo jeno kciał się dać zjeść w kasy,
To bych był od dwóch tyźni to potrafił.
Nie następujta, warujta się, radzę,
Bo wej spróbuję co mocniejse, łeb was
Cy moja pałka. Mata wóz i przewóz.

OSWALD

Precz, ryfo.

EDGAR

Ej ze, wylecą wam zęby.
Co mi tam tsąsać będzieta śpikulcem.
Walczą. Edgar powala pałką Oswalda.

OSWALD

Nędzny, zabiłeś mię. Weź mój trzos, łotrze,
Chceszli, ażeby ci się dobrze działo,
To ciało moje pochowaj i oddaj
Te listy, które niosłem, Edmundowi,
Hrabiemu Gloucester, pytaj się o niego
W angielskim wojsku. O niewczesna śmierci!
Umiera.

EDGAR

Znam ja cię dobrze, usłużny niecnoto;
Z tobą twa pani straciła narzędzie
Wszelkich występków, do jakich jest zdolna.

GLOUCESTER

Czy on nie żyje?

EDGAR

Siądź tu, panie; spocznij.
do siebie
W kieszenie jego zajrzyjmy: te listy,
O których mówił, mogą mi wyświadczyć
Ważną przysługę.
głośno
Nie żyje on, panie,
Tylko mi przykro, że jego oprawcą
Nie był kto inny.
znalazłszy list, do siebie
Otóż i są, wybacz,
Szanowny wosku; nie wiń mię, dyskrecjo.
Ażeby odkryć myśl nieprzyjaciela,
Rozdarlibyśmy mu serce; rozedrzeć
Kopertę jego listu prędzej ujdzie.
rozpieczętowuje list i czyta
"Nie zapominaj, milordzie, o z obopólnych naszych przyrzeczeniach. Nie brak ci sposobności do usunięcia go z drogi; jeżeli ci woli nie zabraknie, czas i miejsce nieraz ci się przyjaźnie nastręczą. Wszystko na nic, jeżeli on wróci zwycięzcą; ja w takim razie zostałabym niewolnicą, a jego łoże stałoby się moim więzieniem. Uwolnij mię od tej ostateczności i zajmij w nagrodę trudów opróżnione miejsce przy mym boku. Twoja (żona, chciałabym powiedzieć) powolna sługa Goneryla"
O nieprzejrzana głębio żądz niewieścich!
Spisek na życie jej zacnego męża;
A substytutem mój brat. - Tu, w tych piaskach,
Pogrzebię ciebie, niefortunny pośle
Krwawych sprośników, a gdy przyjdzie pora,
Stawię ten słodki bilecik przed oczy
Zagrożonemu księciu. Szczęście jego,
Że mu o śmierci twojej donieść mogę
I dać zbawienną na przyszłość przestrogę.
Wywleka ciało Oswalda za scenę.

GLOUCESTER

Król zmysły stracił. Jak silne są moje,
Że się kołaczę jeszcze, czując ogrom
Mojej niedoli! Bogdajbym oszalał!
Wtedy by moja myśl się oddzieliła
Od moich cierpień i boleść uśpiona
Urojeniami chorej wyobraźni
Świadomość siebie by straciła.
Odgłos trąb w dali.
Edgar wraca.

EDGAR

Idźmy.
Dajcie mi rękę, ojcze. Zdaje mi się,
Że słyszę w dali głuche bicie bębna.
Pójdźcie; umieszczę was u przyjaciela.
Wychodzą.

Scena siódma

Obóz francuski. Namiot Kordelii na stronie.
Melodyjna muzyka za sceną. Kordelia, Kent, Doktor i Jeden z dworzan.

KORDELIA

O najpoczciwszy Kencie! Jakże zdołam
Zawdzięczyć twoją dobroć? Życie moje
Za krótkie na to i możność za szczupła.

KENT

Takie uznanie, miłościwa pani,
Jest już zapłatą nad zasługę. Wszystko,
Co powiedziałem, jest rzetelną prawdą;
Nie przesadziłem nic ani ująłem.

KORDELIA

Ubierz się przecie inaczej: te szaty
Budzą wspomnienie owych chwil żałosnych.
Proszę cię, zdejm je.

KENT

Wybacz mi, królowo;
Plan mój chce, abym jeszcze nie był znanym.
Proszę cię o to, pani, jak o łaskę,
Byś mię nie znała poty, póki pora
Nie przyjdzie i ja nie uznam, że przyszła.

KORDELIA

Niechże tak będzie.
do Doktora
Co się dzieje z królem?

DOKTOR

Śpi ciągle, pani,

KORDELIA

O bogi, uleczcie
Tę wielką szczerbę w tej zranionej duszy!
Wróćcie harmonię rozstrojonym zmysłom
Ojca, co się stał dzieckiem.

DOKTOR

Czy nie każe
Wasza królewska mość obudzić króla?
Dość już spał.

KORDELIA

Rządź się, panie, własnym zdaniem
I czyń, co tylko uznasz za stosowne.
Czy on ubrany?

DWORZANIN

Tak, łaskawa pani.
Pogrążonemu w śnie głębokim świeżą
Daliśmy odzież.

KENT

Bądź pani obecną,
Gdy go przebudzim; jestem prawie pewny,
Że teraz będzie spokojniejszy.

KORDELIA

Dobrze.
Król Lir śpiący w krześle zostaje wniesiony na scenę.

DOKTOR

Bliżej. Powiedzcie, żeby głośniej grano,

KORDELIA

Drogi mój ojcze, oby moje usta
Były lekarstwem i ten pocałunek
Ukoił boleść, którą moje siostry
Czcigodny wiek twój zatruły!

KENT

Kochana
Zacna istoto!

KORDELIA

A chociażbyś nawet
Nie był ich ojcem, te białe kędziory
Powinny były litość w nich obudzić.
Czyliż to była twarz do wystawienia
Na pastwę wichrów, deszczu i piorunów,
Czuwać wśród strasznych i szybkich błyskawic
Jak owa biedna stracona placówka
W wiotkim szyszaku? Pies mojego wroga
Choćby mię ugryzł, byłby był przytułek
W taką noc znalazł przy moim ognisku.
A tyś poprzestać musiał, biedny ojcze,
Na chlewnej strzesze, na skąpej i zgniłej
Garści barłogu, wśród świń i włóczęgów,
O bogi, bogi! to cud, że cię życie
Nie opuściło z przytomnością razem.
Budzi się, przemów do niego, doktorze.

DOKTOR

Uczyń to, pani; to będzie właściwiej.

KORDELIA

Jakże się miewa nasz dostojny chory?
Jakże się wasza królewska mość czuje?

KRÓL LIR

Niepotrzebnieście mię dobyli z grobu.
Tyś dobra dusza, alem ja przykuty
W szyszaku z białych włosów
Do ognistego koła, które łzami
Jak roztopionym ołowiem polewam.

KORDELIA

Czy mię poznajesz, panie?

KRÓL LIR

Jesteś duchem,
Wiem, wiem. Dawnożeś opuściła ciało?

KORDELIA

Wciąż nieprzytomny.

DOKTOR

Tylko co się ocknął,
Zostaw go, pani, chwilkę w spokojności.

KRÓL LIR

Gdzież to ja byłem? Gdzie ja jestem? Dzień jasny.
Zwodzą mię srodze. Umarłbym z litości,
Gdybym w tym stanie widział drugich. Nie wiem,
Co mam powiedzieć. Nie przysiągłbym na to,
Ze to są moje ręce, a nie cudze;
Zobaczmy: czuję to zakłucie szpilką.
Gdybym mógł pewność mieć mojego stanu!

KORDELIA

O, spojrzyj na mnie, panie, i wznieś ręce
Nad moją głową w znak błogosławieństwa,
Nie, panie, tobie klękać nie przystoi.

KRÓL LIR

Nie szydźcie ze mnie! Jestem zdziecinniały,
Bezsilny starzec; mam lat osiemdziesiąt
Z górą, o jeden dzień ni mniej, ni więcej.
Boję się, mówiąc otwarcie, czy jestem
Przy całkiem zdrowych zmysłach.
Zdaje mi się,
Że cię znam, pani, i tego tu męża;
A jednak wątpię, bom zgoła nie świadom,
Co to za miejsce, i cały mój rozum
Nie może sobie przypomnieć tych sukien.
Nie mogę sobie podobnież zdać sprawy,
Gdziem tę noc spędził. Nie śmiejcie się ze mnie,
Bo, na poczciwość, jako żyw tu stoję,
Ta pani zdaje mi się moim dzieckiem,
Moją Kordelią.

KORDELIA

Jestem nią też, jestem!

KRÓL LIR

Sąli wilgotne twe łzy? Tak, zaiste.
Proszę cię, nie płacz. Jeżeli masz dla mnie
Jaką truciznę, chętnie ja wypiję.
Ty mnie nie kochasz, wiem; bo twoje siostry,
Ile pamiętam, złymi były dla mnie.
O, ty masz powód, one go nie miały.

KORDELIA

Nie mam go, nie mam.

KRÓL LIR

Jestżem ja we Francji?

KORDELIA

W własnym Królestwie swoim.

KRÓL LIR

Czy być może?
O nie oszukuj mnie.

DOKTOR

Pociesz się, pani.
Owo szaleństwo wielkie jest, jak widzisz,
Już usunięte; nie byłoby jednak
Bezpiecznie teraz objaśniać mu przeszłość.
Namów go, pani, by wszedł do namiotu;
Nie przerywajmy mu tak potrzebnego
Spoczynku, póki lepiej się nie wzmoże.

KORDELIA

Może się wasza królewska mość przejdzie.

KRÓL LIR

Wybacz mi, proszę, bądź wyrozumiała;
Zapomnij: jestem niedołężny starzec.
Wychodzi z Kordelią; za nimi Doktor i służba.

DWORZANIN

Czy się to sprawdza, ze książę Kornwalii
Tak marnie zginął?

KENT

Z największą pewnością.

DWORZANIN

Któż jego wojska prowadzi?

KENT

Podobno
Ów syn Gloucestera z nieprawego łoża.

DWORZANIN

Mówią, że jego syn wygnany, Edgar,
Jest w Niemczech z hrabią Kentem.

KENT

Ta wiadomość
Może być błędna. Czas nam się obejrzeć,
Wojska książęce postępują naprzód.

DWORZANIN

Będzie to krwawa bitwa. Bądźcie zdrowi.
Wychodzi.

KENT

A, w miarę tego, jak los ją rozstrzygnie,
Szala mej doli schyli się lub dźwignie.
Wychodzi.




Akt Piąty

Scena pierwsza

Obóz brytanski w pobliskosci Dowru. Przy odgłosie kotłów, z chorągwiami wchodzą Edmund, Regana, rotmistrze i żołnierze.

EDMUND

do jednego z rotmistrzów
Idź waćpan spytać księcia, czy trwa stale
Przy ostatecznie umówionych planach,
Czy też, znaglony okolicznościami,
Odstąpił od nich; bo jest sprzeczny z sobą,
I wahający się. Staraj się waćpan
Stanowczą o tym przynieść nam wiadomość.
Wychodzi rotmistrz.

REGANA

Posłańca naszej siostry spotkał pewnie
Jakiś przypadek.

EDMUND

Ani wątpić, pani

REGANA

Znasz, hrabio, moje uczucie dla ciebie,
Powiedz mi tylko otwarcie, rzetelnie,
Czy kochasz moją siostrę?

EDMUND

Jak przystoi
Wiernemu słudze.

REGANA

Lecz czyś nigdy do niej
Nie znalazł drogi dozwolonej tylko
Memu szwagrowi?

EDMUND

Co za myśl!

REGANA

Wieść chodzi,
Żeście wy z sobą w stosunkach tak ścisłych
I poufałych, jak tylko być można.

EDMUND

To fałsz: honorem ci ręczę, milady.

REGANA

Tego bym nigdy nie zniosła.
Pamiętaj, Kochany hrabio, nie zbliżać się do niej.

EDMUND

Oddal, o pani tę myśl raz na zawsze.
Otóż i ona, z księciem, swym małżonkiem.
Wchodzą Książę Albanii, Goneryla i żołnierze.

GONERYLA

do siebie
Nimby ta siostra miała mi go wydrzeć,
Prędzej bym przegrać wołała tę bitwę.

KSIĄŻĘ ALBANII

Witaj nam, luba siostro.
do Edmunda
Mówią, panie,
Że król znajduje się w obozie córki
Z innymi, których ostrość naszych rządów
Zraziła. Nigdy nie byłem waleczny,
Gdzie być nie mogłem uczciwy. Dobyłem
Oręż przeciwko Francuzom dlatego,
Że naszli nasze ziemie, nie dlatego,
Ze dłoń przyjazną podają królowi
I innym, których bodaj czy nie słuszna
Uzbraja przeciw nam sprawa.

EDMUND

Milordzie,
Szlachetnie mówisz.

REGANA

Na co tu ten rozbiór?

GONERYLA

Myślmy, jak stawić czoło najezdnikom;
O tych domowych, prywatnych niechęciach
Nie pora mówić teraz.

KSIĄŻĘ ALBANII

Zasięgnijmyż
Nasamprzód rady starych wojowników,
Jaki by obrać tryb działań.

EDMUND

Za chwilę
Będę w namiocie waszych wysokości.

REGANA

Siostro, wszak idziesz z nam?

GONERYLA

Nie.

REGANA

Pójdź, proszę;
Wypada, abyś była z nami razem.

GONERYLA

do siebie
Aha, wiem, o co idzie.
głośno
Dobrze, pójdę.
Edgar przebrany wchodzi.

EDGAR

do Księcia Albanii
Nie pogardzacieli, panie, rozmową
Z biednym człowiekiem, to mię wysłuchajcie.

KSIĄŻĘ ALBANII

do odchodzących
Zaraz ja przyjdę.
do Edgara
Mów
Edmund, Regana, Goneryla, rotmistrze i żołnierze wychodzą.

EDGAR

Rozpieczętujcie
Ten list przed bitwą; jeśli zwyciężycie,
Każcie oddawcę jego trąbą przyzwać.
Choć moja postać gminna i nikczemna,
Mogę jednakże stawić zapaśnika
Zdolnego stwierdzić to, co tu podane.
Jeśli przegracie, panie, rola wasza
Na tym świecie skończy się tym samym
I usną wszelkie knowania. Bogdajby
Fortuna chciała was kochać!

KSIĄŻĘ ALBANII

Zaczekaj,
Aż list przeczytam.

EDGAR

Nie wolno mi, panie.
Gdy przyjdzie. pora, każcie heroldowi
Ozwać się tylko, a wnet się ukażę.

KSIĄŻĘ ALBANII

Dobrze więc; bywaj zdrów, przejrzę to pismo.
Edgar wychodzi. Edmund powraca.

EDMUND

Już nieprzyjaciel przed nami, milordzie,
Spraw swoje wojsko. Oto obliczenie
Ich sił, z dokładnych powzięte wywiadów;
Ale na waszym pośpiechu, milordzie,
Wiele zależy.

KSIĄŻĘ ALBANII

Będę na czas gotów.
Wychodzi.

EDMUND

Obydwu siostrom zaprzysiągłem miłość;
Jedna niecierpi drugiej, jako żmii
Nie cierpi, kto był ukąszony przez nią.
Którąż z nich wezmę? Obydwie? czy jedną?
Czy żadnej? Żadnej posiadać bym nie mógł,
Jeśliby obie żyły. Wziąwszy wdowę,
W wściekłość bym tamtą wprawił, a przy tamtej
Z trudnością by mi przyszło dojść do celu,
Dopóki mąż jej przy życiu zostaje.
Użyjmyż jego pleców w bitwie, potem
Niech ta, która by rada go się pozbyć,
Sama pomyśli ó tym. Co się tyczy
Ułaskawienia Lira i Kordelii,
Które on sobie ułożył, nic z tego.
Jeżeli bitwę wygramy i oni
Wpadną w moc naszą, wniwecz ja obrócę
Ten piękny projekt. W położeniu moim
Biernym być zgubnie, trzeba iść przebojem.
Wychodzi.

Scena druga

Pole pomiędzy dwoma obozami. Wrzawa wojenna za sceną. Przy odgłosie bębnów przechodzą z chorągwiami przez scenę Król Lir, Kordelia i żołnierze. Wchodzą Edgar i Gloucester.

EDGAR

Usiądź tu, ojcze: to cieniste drzewo
Gościnną strzechę ci zastąpi; módl się
Za triumf dobrej sprawy. Jeśli wrócę,
Przyniosę ci pociechę.

GLOUCESTER

Niech ci, bracie,
Błogosławieństwo niebios towarzyszy!
Edgar wychodzi. Wrzawa wojenna. Sygnały do odwrotu. Edgar powraca.

EDGAR

Uchodźmy, starcze! daj rękę! uchodźmy!
Lir zwyciężony i w niewolę wzięty
Wraz z córką. Idźmy, idźmy.

GLOUCESTER

Po co szukać
Innego miejsca? wszak i tu zgnić można?

EDGAR

Znów czarne myśli? Nie od nas zależy
Nasz koniec, tak jak przyjście nasze na świat.
Jak do tamtego trzeba być dojrzałym,
Tak i do tego. Idźmy.

GLOUCESTER

I to prawda.
Wychodzą.

Scena trzecia

Brytanski obóz w pobliskosci Dworu.
Wchodzi Edmund jako zwycięzca przy odgłosie kotłów z chorągwiami. Król Lir i Kordelia jako jeńcy.
Rotmistrze i żołnierze.

EDMUND

Kilku rotmistrzów niech ich odprowadzi,
Trzymać ich pod jak najściślejszą strażą,
Póki nie będzie oznajmiona wola
Tych, co ich sądzić mają.

KORDELIA

Nie mnie pierwszej
Przyszło w złe popaść, przy chęci najszczerszej
Zrobienia dobrze. Twój to los, o królu,
Boli mię; własny zniosłabym bez bólu.
Nie zobaczymyż tych dwóch sióstr, tych córek?

KRÓL LIR

Nie, nie, nie! Precz! precz! Idźmy do więzienia.
Będziem tam sobie śpiewali we dwoje
Jak ptaki w klatce. Gdy mię ty poprosisz
O udzielenie ci błogosławieństwa,
Ja klęknę wtedy i prosić cię będę
O przebaczenie. Tak sobie żyć będziem;
Modlić się, śpiewać, pleść stare powieści;
Śmiać się do złotych motylów i słuchać,
Jak prostaczkowie opowiadać będą,
Co się u dworu dzieje; kto wygrywa,
Kto traci; kto jest w łasce, kto w niełasce.
Będziemy też i my gawędzić z nimi
I w pogadance tej przybierać minę
Tak tajemniczą, jak gdybyśmy byli
Powiernikami bogów. Tym sposobem,
Odosobnieni za murem i kratą,
Przetrwamy dole i niedole wielkich,
Które się ciągle zmieniają jak przypływ
I odpływ morza.

EDMUND

Precz ich wyprowadzić!

KRÓL LIR

Na takie, jak my, ofiary, Kordelio,
Bogowie sypią kadzidła. Mam ciebie!
Kto by rozdzielić nas chciał, ten by musiał
Wziąć chyba z nieba głownię i tą głownią
Podkurzyć nas jak lisy. Otrzyj oczy!
Niech im zaraza prędzej skanceruje
Skórę i ciało, niż łzy nasze ujrzą!
Niech wprzód zmarnieją! Pójdź!
Król Lir i Kordelia wychodzą pod strażą.

EDMUND

Zbliż się, rotmistrzu.
Weź ten skrypt; idź za nimi do więzienia.
Jużem, o stopień wyżej cię posunął;
Jeżeli zrobisz to, co tu wskazane,
Do wyższych sobie przez to utorujesz
Zaszczytów drogę. Wiedz o tym, że człowiek!
Jest niewolnikiem czasu: nie przystoi
Mieczowi tkliwość. Nad tym, com ci zlecił,
Nie ma co dyskutować, albo powiedz:
Zrobię to, albo szukaj sobie szczęścia
Na innej drodze.

ROTMISTRZ

Zrobię to, milordzie.

EDMUND

Działaj więc i bądź szczęsnym, gdy to zdziałasz.
Ale pamiętaj - jak najprędzej; zresztą
Wykonaj wszystko tak, jak napisałem.

ROTMISTRZ

Nie mogę wozu ciągnąć ni jeść owsa,
Ale co w mocy ludzkiej, to wykonam.
Wychodzi. Odgłos trąb. Wchodzą Książę Albanii, Goneryla, Regana, rotmistrze i żołnierze.

KSIĄŻĘ ALBANII

Daliście, panie, świetny dowód męstwa
I szczęście wam sprzyjało. W naszym ręku
Są ci, co głównie byli sprężynami
Dzisiejszej walki: żądamy ich od was
Dla postąpienia z nimi, jak nam każe
Postąpić wzgląd na bezpieczeństwo nasze
I ich zasługę.

EDMUND

Uważałem, panie,
Za rzecz stosowną usunąć sprzed oczu
I pod zamknięciem umieścić starego,
Biednego króla; wiek jego i tytuł
Ma w sobie urok, zdolny serca ludu
Zwrócić ku niemu, a przeciw nam lance,
Któreśmy zwerbowali. Z nim posłałem,
Dla tychże samych powodów, królowę.
Są oni wszakże w pogotowiu stanąć,
Jutro lub później, tam gdzie posiedzenie
Zechcecie odbywać. Krew z nas ciecze teraz
I pot; przyjaciel płacze przyjaciela,
I najlepszemu wypadkowi bitwy
Klnie ten, co ciosów jej doświadczył.
Kwestia Kordelii i jej ojca sposobniejszej
Wymaga chwili.

KSIĄŻĘ ALBANII

Wybaczcie mi, panie:
Mam was jedynie za sługę w tej wojnie,
A nie za brata.

REGANA

To jeszcze zależy
Od tego, co my powiemy! Zda mi się,
Że się nas pierwej godziło zapytać
Przed tak stanowczym wyrzeczeniem tego.
On wojskiem naszym dowodził, on działał
Jako zastępca mój i reprezentant;
W tak bezpośrednim przeto położeniu
Mógłby się mienić naszym bratem.

GONERYLA

Z wolna!
Nie tak gorąco! Własna jego wartość
Wyżej go stawia niż twe wyniesienie.

REGANA

Przeze mnie w moje prawa wprowadzony,
Nie ustępuje on najznakomitszym.

KSIĄŻĘ ALBANII

To by być mogło w najszczęśliwszym razie,
Gdybyś z nim pani była zaślubioną,

REGANA

Z szyderców często bywają prorocy,

GONERYLA

Hola! To oko pani zezowate,
Co się spodziewa to ujrzeć!

REGANA

O pani -
Czuję się jakoś słaba. Gdyby nie to,
Odpowiedziałabym dosadniej. Hrabio,
Oddajęć wojsko me, jeńców i mienie.
Rozrządzaj wszystkim moim i mną samą.
Niech wie świat, że cię uznaję za pana
I za małżonka.

GONERYLA

Myślisz go posiadać?

KSIĄŻĘ ALBANII

Nie pani dobra chęć przeszkodzi temu.

EDMUND

Ani też twoja, panie.

KSIĄŻĘ ALBANII

Moja właśnie.
Podły mieszańcze.

REGANA

do Edmunda
Każ uderzyć w trąby
I poprzyj moje prawa jako swoje.

KSIĄŻĘ ALBANII

Czekajcie! Parę słów tylko. Edmundzie,
Aresztujemy cię za zdradę stanu,
A z tobą tego węża w złotej łusce.
wskazuje na Gonerylę
Co się zaś tyczy twojego zamiaru,
Nadobna siostro, kładziemy nań weto
W imieniu naszej żony; ona bowiem
Wprzód już z tym lordem była zaręczona,
A my, jej mężem będąc, musim bronić
Jej interesu. Pragnieszli zamężcia,
To weź mnie, pani; jam wolny - ta dama
Już zamówiona.

GONERYLA

Co za śmieszna farsa!

KSIĄŻĘ ALBANII

Masz waćpan oręż. Niech w trąby uderzą!
Nie stawi- li się nikt, aby ci dowieść
Ohydnej, jawnej i przeróżnej zdrady:
Oto mój zakład;
rzuca rękawicę
Nie wprzód tknę się chleba,
Aż ci wykażę z tym mieczem na sercu,
Że jesteś takim, jakim cię ogłaszam.

REGANA

Słabo mi! słabo mi!

GONERYLA

na stronie
Wierzę; inaczej
Nie ufałabym żadnemu lekarstwu.

EDMUND

Oto nawzajem mój zakład.
rzuca rękawicę
Ktokolwiek
Mieni mię zdrajcą, ten kłamie bezczelnie.
Niech zabrzmią trąby! Kto bądź się ośmieli
Wystąpić, przeciw temu gotów będę
Bronić honoru mojego i sławy
Aż do ostatniej kropli krwi.

KSIĄŻĘ ALBANII

Herolda!

EDMUND

Herolda przyzwać!

KSIĄŻĘ ALBANII

Licz na własne siły.
Żołnierze twoi, których zwerbowano
W moim imieniu, w moim też imieniu
Dostali rozkaz wrócenia do domów.

REGANA

Coraz mi gorzej, och! och!

KSIĄŻĘ ALBANII

Jej niedobrze.
Odprowadźcie ją do mego namiotu.
Regana zostaje wyprowadzona. Wchodzi Herold.
Zbliż się, heroldzie, przeczytaj to, pismo,
A potem zatrąb.

ROTMISTRZ

Dmij w trąbę! Słychać trąbę.

HEROLD

czyta
"Jeżeli jest jaki rycerz szlachetnego rodu lub stopnia, co by Edmundowi, przypuszczalnemu hrabiemu Gloucester, w oczy śmiał zarzucić, że jest wielolicznym zdrajcą, niech się ukaże za trzecim odgłosem trąby. W mowie będący Edmund gotów jest przyjąć walkę w swojej obronie."
Zatrąb!
Słychać trąbę pierwszy raz.
Jeszcze!
Słychać trąbę drugi raz.
Jeszcze!
Słychać trąbę trzeci raz. Trąba odpowiada zza sceny. Edgar wchodzi uzbrojony, przed nim trębacz.

KSIĄŻĘ ALBANII

Spytaj go, czego chce, po co się stawia
Na ten głos trąby?

HEROLD

Kto jesteś, rycerzu?
Jakie twe miano? Jaki stan i po co
Stajesz tu na to hasło?

EDGAR

Miano moje,
Od raka zdrady stoczone, przeżarte
Zębem niecnoty, zatarte zostało,
Alem szlachetnej krwi jak ten przeciwnik,
Z którym mam walczyć.

KSIĄŻĘ ALBANII

Któż jest ten przeciwnik?

EDGAR

Kto się tu stawia w obronie Edmunda,
Hrabiego Gloucester?

EDMUND

On sam, cóż mu powiesz?

EDGAR

Dobądź oręża, aby cię dłoń twoja
Mogła oczyścić, jeśli moja mowa
Skrzywdzi szlachetne serce: tu jest moja.
W imię praw moich, mojego honoru,
Mojej przysięgi, bez względu na twoją
Siłę i młodość, stopień i znaczenie,
Na twój zwycięski miecz i świeże szczęście,
Na twoje męstwo i waleczność, twierdzę,
Że jesteś zdrajcą, wiarołomnym bogom,
Bratu i ojcu, sprzysięgłym na życie
Tego wysoko dostojnego księcia;
Słowem, od czubka głowy do ostatnich
Kończyn podeszwy, najprzeniewierniejszym,
Wierutnym zdrajcą. Zaprzeczyszli temu,
Ten miecz, to ramię, wszystkie siły moje
Gotowe stwierdzić to kosztem krwi twojej
I dowieść ci, że kłamiesz.

EDMUND

Ściśle biorąc,
Wprzód bym powinien wiedzieć, jak się zowiesz;
Ponieważ jednak twoja powierzchowność
Tak jest rycerska i niepospolita
I mowa twoja zdradza ród szlachetny,
Pogardzam przeto formą wymaganą
W tego rodzaju spotkaniach, przy której
Roztropność by mi radziła obstawać.
W oczy odbijam ci twój zarzut zdrady
Jako piekielny fałsz, który zaledwie
Drasnął mię, a nie zranił, a któremu
Ten mój miecz zaraz utoruje drogę
Tam, gdzie na wieki spocznie. - Niech zatrąbią!
Odgłos trąb. Walczą. Edmund pada.

KSIĄŻĘ ALBANII

Ratujcie go! ratujcie!

GONERYLA

do Edmunda
To był podstęp
Podstęp, Gloucesterze. Według praw rycerskich
Nie byłeś wcale w obowiązku walczyć
Z nieznanym przeciwnikiem. Oszukany,
Nie pokonany zostałeś.

KSIĄŻĘ ALBANII

Milcz, pani,
Albo ci usta zatkam tym papierem.
do Edmunda, pokazując mu list Goneryli
Patrz, mości panie.
do Goneryli
Poczwaro, przeczytaj
Ten jawny dowód twojej nieprawości.
oddaje jej list
Nie drzyj go, znasz to jejmość, jak uważam.

GONERYLA

Choćby tak było, ja tu jestem panią,
Nie ty; nikt nie ma prawa mię pociągać
Do tłumaczenia.

KSIĄŻĘ ALBANII

Nędzna! a więc znasz to?

GONERYLA

Nie pytaj mnie, co znam.
Wychodzi.

KSIĄŻĘ ALBANII

do Rotmistrza
Idź waćpan za nią,
Jest zrozpaczona; daj na nią baczenie.
Rotmistrz wychodzi.

EDMUND

Jam to uczynił, o co mnie oskarżasz.
I więcej, znacznie więcej; czas pokaże.
Już on się dla mnie kończy. Ale ktoś ty,
Coś mi tak przeciął przyszłość? Jeśliś szlachcic,
Przebaczę ci.

EDGAR

podnosząc przyłbicę
Użalmy się wzajem
Jestem tak dobrej krwi jak ty, Edmundzie;
Jeśli zaś moja lepsza jest od twojej,
Tym gorzej sobie postąpiłeś ze mną,
Moje nazwisko Edgar; jestem synem
Twojego ojca. Nieba sprawiedliwe
Z słodkich występków naszych czynią one
Narzędzie naszej chłosty, owo ciemne,
Pokątne miejsce, w którym on cię spłodził,
Doprowadziło go do ociemnienia.

EDMUND

O, prawdę, prawdę mówisz!
Koło losu Bieg swój odbyło w pełni: ja tu leżę

KSIĄŻĘ ALBANII

Po chodzie jużem domyślał się twojej
Zacności rodu. Pozwól się uścisnąć.
Niech brzemię cierpień przygniecie mi serce,
Jeżeli kiedy źle życzyłem tobie
I twemu ojcu.

EDGAR

Wiem o tym, cny książę.

KSIĄŻĘ ALBANII

Ale gdzieżeś to dotąd się ukrywał?
Skąd wiesz o ojca nieszczęściu?

EDGAR

Stąd, panie,
Żem go w nieszczęściu pielęgnował. Zdam wam
W krótkości sprawę z moich przejść i jego;
Bogdajby potem pękło serce moje!
Aby ujść skutku krwawych listów gończych,
Wysłanych za mną - o, ileż słodyczy
Ma dla nas życie, gdy wolimy w mękach
Mrzeć co godzina niż umrzeć od razu!
Przywdziałem na się łachmany wariata;
Przybrałem postać taką, że psy nawet.
Z wzgardą patrzyły na. mnie. W takim stanie
Spotkałem ojca mojego z owymi
Krwią zbroczonymi pierścieniami, z których
Świeżo szlachetne wyrwano kamienie.
Zostałem odtąd, jego przewodnikiem;
Byłem z nim ciągle, żebrałem dla niego
I wstrzymywałem go od samobójstwa.
Nie dałem mu się poznać (o, dlaczegóż!);
Dopiero teraz, kiedym już był zbrojny,
Przed pól godziną. Niepewny zwycięstwa,
Jakkolwiek pełen najlepszej otuchy,
Prosiłem, aby mię pobłogosławił,
I od samego początku do końca
Opowiedziałem mu moje tułactwo.
Ale, niestety! znękany duch jego,
Za słaby, aby mógł znieść zbieg tak nagły
Dwóch sprzecznych uczuć, bólu i radości,
Uśmiech na jego ustach zostawiając,
Uleciał.

EDMUND

Mowa twoja mię wzruszyła;
Skutki jej mogą być dobre; mów dalej.
Masz, zda się, jeszcze coś do powiedzenia.

KSIĄŻE ALBANII

Maszli coś więcej jeszcze tak smutnego,
To zamilcz, bo ja sam słuchając tego
Zaczynam mięknąć.

EDGAR

To by się zdawało
Dla nie lubiących smutku dostateczne,
Lecz był ktoś, który to wiele powiększył
O wiele więcej jeszcze i posunął
Tę ostateczność do ostateczności.
Gdy żal wydobył głośny jęk z mej piersi,
Wtedy przystąpił do mnie pewien człowiek,
Który mię widział był, w mej ciężkiej nędzy
I z wstrętem stronił od mego widoku;
Ale w tej chwili poznawszy
I przypomni, kto jestem, zawszy sobie, com wycierpiał,
Silnym ramieniem objął mię za szyję
I zawył, jakby chciał rozsadzić niebo.
Rzucił się potem na mojego ojca,
A potem jął się opowiadać dzieje
Lira i jego, z których okropnością
Nic się znanego porównać nie może;
A gdy to opowiadał, boleść jego
Rosła tak, że się struny jego życia
Pękać zdawały. Zatrąbiono wtedy
I pozostawić go musiałem prawie
Bez przytomności.

KSIĄŻĘ ALBANII

Któż to był?

EDGAR

Kent, panie;
Ów to wygnany Kent, który w przebraniu
Nie odstępował króla, swego wroga,
Pełniąc posługi, jakich by się nie chciał
Podjąć niewolnik.
Dworzanin wbiega z zakrwawionym, nożem.

DWORZANIN

Na pomoc! na pomoc!

EDGAR

Komu na pomoc?

KSIĄŻĘ ALBANII

Mów.

EDGAR

Cóż ten nóż znaczy?

DWORZANIN

Gorący on, dymiący się krwią świeżą,
Tylko co wyszedł z serca; już jej nie ma!

KSIĄŻĘ ALBANII

Kogo? mów.

DWORZANIN

Waszej małżonki, milordzie:
Zamordowała się. Jej siostra przez nią
Padła otruta; sama to wyznała.

EDMUND

Z obiema byłem zaślubiony, teraz
Wszystkich nas troje łączy jedna chwila.

EDGAR

Oto Kent.

KSIĄŻĘ ALBANII

Niech je przyniosą żywe czy nieżywe.
Dworzanin wychodzi.
Ta kara niebios drżeniem nas przejmuje,
Litości w nas nie budzi.
Wchodzi Kent.
A, to on.
Czas nie pozwala cię powitać, panie,
Jakby przystało.

KENT

Przyszedłem powiedzieć
Mojemu panu dobranoc na zawsze.
Czy go tu nie ma?

KSIĄŻĘ ALBANII

Ha! jakżeśmy mogli
Zapomnieć o czymś tak ważnym!
Edmundzie, powiedz, gdzie, król, gdzie Kordelia?
Służba wnosi ciała Goneryli i Regony.
Patrz, Kencie, na to widowisko.

KENT

Nieba!
Czemuż tak?

EDMUND

Edmund był kochany jednak:
Dla mnie otruła jedna drugą, po czym
Zabiła siebie.

KSIĄŻĘ ALBANII

Zakryjcie ich twarze.

EDMUND

Pragnę żyć - pragnę zrobić co dobrego
Wbrew mej naturze. Poślijcie czym prędzej
Na zamek - tylko zaraz: bo mój rozkaz
Zagraża życiu Lira i Kordelii. Nie ociągajcie się.

KSIĄŻĘ ALBANII

Spieszcie, o, śpieszcie!

EDGAR

Do kogo, panie?
do Edmunda
Któż Otrzymał rozkaz?
Poślij co na znak odwołania.

EDMUND

Dobrze,
Że ci to na myśl przyszło: oto miecz mój;
Idź z nim i oddaj go oficerowi,
Co ma straż przy nich.

EDGAR

Spiesz, na miłość bogów!
Rotmistrz wychodzi.

EDMUND

On ma od twojej żony i ode mnie
Rozkaz powiesić Kordelię w więzieniu
I zwalić potem winę na jej rozpacz,
Jakoby sama sobie śmierć zadała.

KSIĄŻĘ ALBANII

Bogowie, strzeżcie ją! Wynieść go na bok.
Żołnierze wynoszą Edmunda za scenę. Wchodzi Lir, trzymając w objęciach martwą Kordelię; za nim Rotmistrz i inni.

KRÓL LIR

Jęcz, jęcz, jęcz, świecie! O, wy wszyscy z głazu!
Gdybym miał wasze oczy, wasze usta,
Wstrząsłbym niebiosa mym jękiem. Już po niej!
Po niej, na zawsze! Umiem ja rozpoznać,
Kto żyje, a kto trup: z niej już trup tylko.
Może się mylę. Podajcie zwierciadło:
Jeśli jej oddech na jego powierzchni
Zostawi jaki ślad, to jeszcze żyje.

KENT

Jestże to koniec świata?

EDGAR

Albo obraz
Równej mu zgrozy?

KSIĄŻĘ ALBANII

Wszechprzemiany w nicość?

KRÓL LIR

Poruszyło się piórko: jeszcze żyje!
Jeżeli żyje, szczęście to umorzy
Wszystkie niedole, jakie wycierpiałem.

KENT

klękając
Drogi, kochany panie!

KRÓL LIR

Odstąp! odstąp!

EDGAR

To Kent, szlachetny wasz przyjaciel, panie.

KRÓL LIR

Precz! precz! Przekleństwo wam, zdrajcy, mordercy!
Wszyscyście tacy. Mogłem ją ocalić;
Teraz po wszystkim! Kordelio! Kordelio!
Zaczekaj trochę. Ha! Co mówisz? Głos jej
Był zawsze słodki, łagodny i cichy:
Nieoceniona rzecz w kobiecie! Nędznik,
Co cię powiesił, zginął z mojej ręki.

JEDEN Z ROTMISTRZÓW

W istocie, on go zabił, milordowie.

KRÓL LIR

Nieprawdęź mówię? Był czas gdy na widok
Tego bułata dobytego z pochwy
Truchlano: terazem stary, złamany
Tylolicznymi ciosy. Kto ty jesteś?
Wzrok mi się popsuł: czekaj, zaraz powiem.

KENT

Jeśli fortuna pyszną jest z dwóch ludzi,
Których kochała i nienawidziła,
Jednego z nich tu widzim.

KRÓL LIR

Jak tu ciemno!
Czyś ty Kent?

KENT

Jestem Kent, twój sługa, panie;
A gdzież twój sługa Kajus?

KRÓL LIR

Był to walny,
Poczciwy chłopak, możecie mi wierzyć;
Miał krzepką rękę. Zmarł on i zgnił.

KENT

Żyje,
Kochany panie, jam jest tym człowiekiem.

KRÓL LIR

Zaraz zobaczę.

KENT

Który od początku
Twego upadku nie przestawał dzielić
Smutnych kolei twoich.

KRÓL LIR

Bądź pozdrawion!

KENT

Nikt inny. Zewsząd śmierć, ciemność i próżnia.
Starsze twe córki same się zgładziły
I zmarły śmiercią gwałtowną.

KRÓL LIR

Tak myślę.

KSIĄŻĘ ALBANII

Nie wie, co mówi; próżno byśmy teraz
Dawali mu się poznać.

EDGAR

Nadaremnie.
Wchodzi Rotmistrz

ROTMISTRZ

Milordzie, Edmund, hrabia Gloucester, skonał.

KSIĄŻĘ ALBANII

To rzecz podrzędna. Szlachetni lordowie
I przyjaciele, słuchajcie naszego
Postanowienia. Niech wszelka pociecha,
Jaką dać można, zapewniona będzie
Tej nieszczęśliwej ruinie wielkości.
Co się nas tyczy, zrzekamy się ninie
Najwyżej władzy na rzecz tego starca,
Póki żyć będzie.
do Kenta i Edgara
Wy dwaj, milordowie,
Kencie, Gloucesterze, wejdźcie w wasze prawa,
Przewyżka których będzie odpowiednia
Waszej zasłudze. Niech każdy przyjaciel
Cnót swych dank znajdzie, każdy nieprzyjaciel
Kielich goryczy. Ależ patrzcie, patrzcie.

KRÓL LIR

Powiesili biedactwo! Już bez życia!
Pies, koń, mysz może żyć, a ty i tchnienia
Wydać nie możesz! O, ty już nie wrócisz,
Nigdy nie wrócisz, nigdy, nigdy, nigdy!
Bądźcie tak dobrzy rozpiąć mię. Dziękuję.
O, patrzcie! Patrzcie na nią! Na te usta
Patrzcie! o patrzcie!
Umiera.

EDGAR

Mdleje, o mój królu!

KENT

Pęknie, przez litość, pęknij serce moje!

EDGAR

Spojrzyj, mój królu!

KENT

Przestań: niech duch jego
Wzięci swobodnie! Byłby jego wrogiem,
Kto by go dłużej na torturach świata
Chciał zatrzymywać.

EDGAR

Umarł, rzeczywiście.

KENT

To dziw, że dotrwał do tej chwili: żył on
Od dawna tylko przywłaszczonym życiem.

KSIĄŻĘ ALBANII

Weźcie te ciała. Ogólna żałoba
Tłumi w nas wszelką inną myśl. Wy oba,
do Edgara i Kenta
Drogi Edgarze i Kencie kochany,
Rządźcie i państwa zagajajcie rany.

KENT

Ja się niebawem muszę wybrać w drogę;
Mój pan mię woła, odmówić nie mogę.

EDGAR

Nie traćmy serca w tej dotkliwej próbie,
Czując, co czujem, czyńmy, co na dobie.
Ten z nas najstarszy zniósł najwięcej ciosów,
My nie dożyjem równych lat i losów.
Wychodzą przy dźwiękach marsza pogrzebowego.



Przypisy tłumacza

  1. Tu w sensie: skrytość, niewylewność.
  2. Wielka Niedźwiedzica
Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.