FANDOM



Crystal Clear app printer Dostępny jest E-book / wersja do druku tego tekstu

Katedra Najświętszéj Panny Paryzkiéj

(Notre-Dame-De-Paris)

Wiktor Hugo

¤ ¤ ¤ ¤

Przekład: J. T. Hodi (ps. Józefa Tokarzewicza)
Ilustracje: Luc-Olivier Merson


Quasimodo by Antoine Wiertz



ND-de-Paris-A-Victor-Hugo

ŻYCIORYS WIKTORA HUGO

Wiktor Hugo, największy poeta romantyczny Francyi, jeden z największych noworomantyki europejskiej, urodził się roku 1802 w Besancon. Młodość swoją przebył na wyspie Elbie, we Włoszech, w Hiszpanii, dokąd ojca jego, Józefa Hugo, generała armii Napoleońskiej, sprowadzały koleje wojskowego zawodu. W roku 1812 matka jego osiadła w Paryżu, by poświęcić się zupełnie wychowaniu dwóch młodszych swych synów, Eugeniusza z Wiktorem, z których ostatni rychło objawił niezwykły talent liryczny. Już w 15 roku życia otrzymał od Akademii francuzkiej wzmiankę zaszczytną za wiersz: Sur les avantages de l'etüde (O korzyściach nauki), zaś w roku następnym Akademia tuluzka uwieńczyła dwie jego ody: „Na posąg Henryka IV„” i „Na dziewice z Verdun”, poczem we dwa lata później mianowała go „mistrzem igrzysk kwiatowych” (maitre es jeux floraux).

Matka jego, z domu Trebuchet, rodem Wandejka, wznieciła w nim ducha prawowierności i legitymizmu, jakoż młodzieniec Hugo stanął na czele „batalionu świętego Muzy francuzkiej”, stowarzyszenia młodych poetów romantyków, którzy w pierwszych dziesiątkach bieżącego stulecia występywali z energią (nawet nie bez domieszki reakcyi na polu polityki) przeciw wolnomyślności w rzeczach religii i wiary, zarazem zaś przeciw zastarzałym przesądom w sprawach literatury.

Pierwsze wielkie tryumfy Wiktora Hugo, „Ballady” i „Ody”, należały do tej epoki. Upadek Chateaubrianda (r. 1824) rozprzągł stronnictwo rojalistyczne i rozwiązał także stowarzyszenie „Muzy francuzkiej”. Odtąd Wiktor Hugo coraz bardziej usuwał się od przekonań legitymicznych i klerykalnych, oda zaś jego „Na kolumnę Vendome” (Ode d'la Colonne) pojednała go wnet ze stronnictwem liberalnem i z ojcem, zapamiętałym bonapartystą. W następstwie poeta, idąc za duchem swojego narodu i czasu, stanowczo poświęcił się dramatowi.

Pierwszym wielkim utworem, z jakim romantyzm wystąpił przeciw klassycyzmowi, był jego „Cromwell” (1857); po nich ukazały się „Hernani” i „Marion Delorme” (1829), które rozstrzygnęły o zwycięztwie poety i jego szkoły. Po rewolucyi lipcowej Hugo nie przestawał coraz gwałtowniej pozbywać się jednego po drugiem wszystkich przekonań i złudzeń swojej młodości; — wzniosłe tony odzywające się w jego odach brzmiały już tylko zwątpiałością, boleścią, niekiedy smętną i gorzką ironia. Niemniej tez jego dramatom szkodził częstokroć ten sam brak jedności i otuchy moralnej, a przytem zdawało się, że polityka, której się chwycił namiętnie, wpłynie zgubnie ua dalszą jego poetycką działalność. Kiedy Ludwik Filip mianował go parem, nie wystąpił on mimo to z szeregów oppozycyjnych, a rewolucya 1848 . ujrzała go na czele partyi ultra-demokratycznej. Osobiste nieszczęścia, równie jak smutne rozczarowania dziejowe, nie ostudziły od tej pory jego zapału. Wygnany przez Napoleona III, nie zaprzestał on nigdy prowadzenia z drugiem cesarstwem wojny zaciętej w licznych pamfletach i dziełach, a jednak (świetny w tej mierze od zwykłego prawidła wyjątek), ani namiętności polityczne, ani wiek już podeszły nie osłabiły widocznie poetycznej jego twórczości. Prawda, że nie opuściły go również wady młodości: — rozwlekłość, emfaza dochodząca częstokroć do napuszystości, brak miary i taktu, wreszcie jakaś obojętność genialna na groźne przestrogi, jakie zawiera w sobie historya. Po bitwie Sedańskiej i po detronizacyi cesarza powróciwszy z wygnania, spełniał on dalej i spełnia szlachetne zadanie, które wziął sobie za cel swojego życia: — na mównicy Zgromadzenia Narodowego, w listach otwartych, w powieściach na tle stronniczo-dziejowem, przemawia on słowem ognistem do mass, które, ubóstwiane przez niego, wzajem go ubóstwiają; u niego zaś to słowo jest czynem, do którego pobudza go boleść śmiertelna, napełniająca mu duszę po klęskach ojczyzny.

Jako poeta zjednał sobie Wiktor Hugo sławę troistą: jestto bez wątpienia liryk największy, jakiego wydała Francya; — teoryę dramatu „klassycznego” strącił bezpowrotnie ze swej wysokości; — nakoniec w swoich romansach stworzył nowy rodzaj powieści narodowospółecznej, w której wypływająca z głębi przekonania tendencya owiana jest wszędzie najczystszem tchnieniem poezyi, czem daleko tez zostawia za sobą wszystkich na polu podobnem poprzedników i naśladowców. Jego utwory liryczne (Odes, Ballades, Feuilles d'automne, Chants du crepuscule, Voix interieures, Contemplations), pod względem bogactwa kolorytu poetycznego, siły, biegłości i wdzięku języka nie mają nic sobie równego. Rzekłby kto, że Wiktor Hugo posiada odrębny swej słownik, tak dalece język jest mu bezwarunkowo posłusznym, a obfitość obrazów, zawsze świetnych i zwykle po mistrzowsku dobranych, niekiedy prawie aż przytłumia świetność niemniejszą jego uczuć i myśli. Utwór epicko-liryczny, „Legenda wieków”, zbiór podań, opisów dziejowych i cudnych widzeń proroczych, uwydatnia w historyi prawa postępu, jak je pojmował poeta; i tu również tryska w swej pełni zdrój nieprzebrany siły i życia,

W swoich dziełach scenicznych Hugo brał za punkt wyjścia zasadę, wielce prawdziwą i słuszną, że wszystko, co istnieje w naturze, należy także do sztuki, oraz że cechą charakterystyczną dramatu jest rzeczywistość, która głównie powstaje z połączenia dwóch przeciwnych sobie pierwiastków: — tego co wzniosłe i tego co płaskie.

Dwa te pierwiastki, jak ustawicznie spotykają się w życiu, tak spotykać się także powinny w dramacie, — istotna bowiem i doskonała poezya uwydatnia właśnie wewnętrzną harmonię sprzeczności zewnętrznych. Odrzucał więc Wiktor Hugo jednotonność chłodną tragedyi klassycznej, wszystkie jej abstrakcye bohaterstwa, cnoty i zbrodni, usiłując natomiast, na wzór Szekspirowski, przedstawiać w swoich dramatach całkowitego człowieka. Wyznać potrzeba, że założeniu temu wielekroć nie sprostał, i ie w wykonaniu przesada zwykle szkodziła najczystszym jego koncepcyom. Ta przesada właśnie pozbawiała jego postacie prawdy i życia; i one również bywają nieraz pojęciami oderwanemi, występującemi w sztucznem uosobieniu, tak samo jak figury klassyków, jego wrogów. Najmniej uległy tej chybię: Cromwell, Hernani i Ruy Blas; jeszcze nawet Marion Delorme, kurtyzana uświęcona szlachetną miłością, nie przekraczała niby granic możliwej rzeczywistości. Ale w Le roi s'amuse, gdzie poeta wyobraża najczystszą miłość ojcowską w spodlonej duszy złośliwego i odrażającego swą brzydotą trefnisia, — w Lukrecyi Borgia, gdzie się po nas domaga, żebyśmy w trucicielce potwornej podziwiali świętą miłość matczyną,— w Maryi Tudor, w Angelo, tyran de Padoue, a bardziej jeszcze w Burgrawach, coraz więcej oddala się od owej prawdy człowieczej, która właśnie stanowić ma duszę dramatu.

W powieściach Wiktora Hugo — z których czytelnikom naszej Biblioteki podajemy obecnie najznakomitszą, niezrównaną pod względem kolorytu epoki i miejscowości, arcywzór opisu obrazowego i jędrnej charakterystyki — w powieściach tych skupiły się główne przymioty i braki dwóch innych najcelniejszych rodzajów twórczej działalności tego poety. Począwszy od „Hana Islandyi” i „Ostatniego dnia skazanego na śmierć” (Le dernier jour d'un condamne), a skończywszy na „Nędznikach” (Les misórables), „Pracownikach morza” (Les travailleurs de la mer) i „Roku 93”, jest-to jeden nieprzerwany szereg utworów epickich, których bohaterem wprawdzie cała jest ludzkość, ale przeważnie w upośledzonych i pognębionych swych członkach, dla których w piersi Wiktora Hugo serce bije tem gorętsze i miększe. Potęga jego geniuszu, który możnaby nazwać geniuszem francuzkiej jego ojczyzny, objawia się tu zarówno w ogólnej koncepcyi, jak w szczegółach, a nad nią góruje zawsze i wszędzie miłość wszystkiego co szlachetne i wielkie, miłość prawdy, cnoty, swobody i światła.





ND-de-Paris-Note

OD TŁÓMACZA

Autor dzieła przeznaczonego do pisma zbiorowego, niemniej jest moralnie odpowiedzialnym, jak i onego kierownicy lub wydawcy. W dziedzinie literackiej, jakkolwiek wązkim byłby czyj zakres, nic nie jest robotą. Ztąd i w każdej pracy powierzono), znajdować się musi pewna miara dobrowolnego wyboru, którego się zapierać nie wolno.

Z tego to powodu ośmielamy się nadmienić przedwstępnie, że dążność, charakterystyka powieści Wiktora Hugo, słusznie z danego punktu widzenia skarcona niegdyś przez Michała Grabowskiego, nie w zupełności odpowiada i naszym także poglądom na sprawy twórstwa a zatem i przetwórstwa. A lubo w ciągu tłómaczenia, obowiązującego, jak wiadomo, do ciągłego liczenia się nie tylko ze znaczeniem pojedynczych ustępów, lecz i ze znaczeniem całych działów, przekonaliśmy się niejednokrotnie, że niestosowności owe daleko sa mniejsze w podstawie, w gruncie, niżby się zdawać mogło w czytaniu powierzchownem; z tem wszystkiem przcież taiće nie potrzebujemy, że niejedna scena grzeszy przewagą pewnej tendencyjności, z naszego już rodem wieku nad duchem i usposobieniami epoki, w której opowiadane wypadki miały miejsce. Ułomność zaś tego rodzaju nie ma prawa oczekiwać u społeczności naszej na tyle pobłażania, by przeciwko niej zastrzedz się nie potrzebował niewinny zkądinąd, tłómacz.

Jest to zresztą jedyne właściwe i potrzebne w obecnym wypadku omówienie. Bo co się tyczy pytania, czem mianowicie Notre-Damede-Paris zasłużyło na zaszczyt pierwszeństwa w Bibliotece tak jeszcze młodej, a tak już wysoko i słusznie cenionej, jak Biblioteka najcelniejszych utworów literatury europejskiej, szersza ńa to odpowiedź byłaby równie zbytkowną, jak rozumowania mające na celu dowieść, że tum Koloński, katedra Medyolańska, lub kościół Maryacki w Paryżu, są pierwowzorami budownictwa gotyckiego. Nie zawadzi wszakże najtreściwiej na tem miejscu, gwoli poprzedzającego ustępu zaznaczyć, że sprawiedliwość oddana obecnie staremu romansowi Wiktora Hugo, należała mu się najprzód dlatego, że odnośnie do pojęcia o zadaniu powieściopisarstwa przepełniony jest epizodami historycznemi, rzetelnością i zajęciem nieporównanych; powtóre zaś dlatego, że odnośnie do wykonania artystycznego stanowi arcydzieło skończone. Pod drugim tyra względem, pomimo najszczerszej chęci, nie mamy nic więcej do dodania. W literaturze zachodniej rzecz sama za siebie i oddawna w takiej właśnie mierze przemówiła. Co się zaś tyczy historycznych opisów miejsc, obrazów, poruszeń ludowych, wizerunków życia zbiorowego, powiemy od siebie, że mając do tłómaczenia czas nieokreślony, i liberalnie zeń korzystając (oto już wkrótce rok drugi upłynie kartom początkowym), ciekawi byliśmy porównać parę szczegółów powieści z odpowiedniemi ustępami bądź Micheleta, bądź Thierry'go, bądź Migneta, i nie ulega dziś dla nas wątpliwości, że w rozdziałach tych (np. charakter i życie Ludwika XI, instytucya tak- zwanej truanderyi, etc.) Wiktor Hugo historyę zdołał po mistrzowsku ująć w popularne ramy romansu. Kilka tylko może imion i nazw fantazya tu stworzyła, resztę odtworzyła erudycya przy pomocy wyobraźni, nad literę piśmiennego podania przenikliwszej.

Oddawszy to Cezarowi... z wielkim już chyba tylko kłopotem przyszłoby się rzec cóś i o samym przekładzie. Ale tu znowu otwartość zwięzłości pomoże. Wyznajemy tedy szczerze, że nie zawsześmy w ciągu pracy czuli, iż idziemy równo z oryginałem; niekiedy zmuszeni byliśmy wlec się za nim z pewną niechęcią. Składały się na ten ostatni rezultat powody wielorakie. Zamilczawszy inne, wspomnimy tylko o jednym, materyalnym, elementarnego znaczenia: wszystkie nasze słowniki francuzko-polskie (a bez nich w obecnym wypadku sam Littre z Kraszewskim nie byliby się obeszli), są do niczego: częściej określają wyraz, niż dają jego równowartość. Ale, niestety, nie ze słownikarskich to ostatecznie przyczyn przekład niniejszy okaże, na ogół, więcej usiłowań wiernego kopiowania oryginalnego rysunku, niż prób prawdziwego polszczenia, które obcy rysunek wypełniać zwykło własnym kolorytem, przy nietykalnem zachowaniu kadrów, dat i charakterów miejscowych.

Od drugiej połowy księgi V do X włącznie, przekład czterech do pięciu rozdziałów dokonany został wspólnie z p. B. Rahozą, tłómaczem niektórych historycznych powieści Bulwera. Tych więc części same tylko niedostatki iść powinny na karb podpisanego.

Paryż, dnia 16 Października 1875.

J. T. Hodi





Katedra Najświętszéj Panny Paryzkiéj
(NOTRE-DAME-DE-PARIS).

ND-de-Paris-Prélude

Wstęp

Przed kilkoma laty autor tej książki, zwiedzając katedrę Paryzką, a raczej szperając po jej kątach, znalazł w ciemnej celce jednej z jej wież, ten oto wyraz wycięty ręką na murze:


ÁNÁΓKH[1].


Wielkie litery greckie, czarne ze starości i mocno zagłębione w kamieniu, ich kształt i układ, przypominający coś z pisowni gotyckiej, jakby na świadectwo, że je tu nakreśliła ręka średniowieczna, przedewszystkiem zaś złowrogie i fatalne ich znaczenie, żywo uderzyły autora.

Zapytywał siebie, odgadnąć pragnął, coby to być mogła za dusza pokutnicza, która świata opuścić nie chciała bez położenia tego piętna zbrodni czy nieszczęścia na łonie starego kościoła.

Od owego czasu mur otynkowano, a może i oskrobano (nie wiemy napewno), i napis znikł. W taki właśnie sposób postępujemy sobie od lat blizko dwustu, z cudnemi świątyniami wieków średnich. Kalectwa spadają na nie zewsząd : od środka kapłan je tynkuje, z wierzchu budowniczy skrobie; później idzie lud, który je burzy.

Takiem prawem nic już dziś nie pozostało z tajemniczego wyrazu, wyrytego na ciemnej wieży katedralnej, ani z nieznanych dziejów tak smętnie na niej streszczonych... nic, okrom kruchej pamiątki, jaką im poświęca autor tego dzieła. Człowiek, który to słowo wyżłobił, utonął sród pokoleń w wiekowej zapomnienia fali; wyraz z kolei zgasł na ścianie kościelnej, a wkrótce może i sam kościół zetrze się z oblicza ziemi.

Z tego-to słowa powstała książka niniejsza.

Marzec 1831.






KSIĘGA PIERWSZA.

ND-de-Paris-L1-Ch1

I. Izba wielka.

Lat temu trzysta czterdzieści ośm, miesięcy sześć i dni dziewiętnaście, Paryżanie się obudzili przy huku wszystkich dzwonów szeroko rozmachanych w potrójnym obwodzie Starego Grodu, Wszechnicy i Nowego Miasta.

Szósty Stycznia 1482 nie był przecież dniem dla historyi pamiętnym. Nic szczególnego w wypadku, który tak od samego rana poruszał dzwony i mieszczan paryzkich. Ani to był napad Pikardczyków lub Burginionów, ani procesya z relikwiami, ani rozruch studencki w dzielnicy Laas, ani przybycie „Naszego wielce miłościwego a potężnego Jmci Króla i Pana", ani miła jaka uciecha wieszania łotrów lub łotrzyc w Pałacu Sprawiedliwości. Nie był też to żaden z tak częstych w wieku piętnastym przyjęć ambasady ukitkowanej i ugalonowanej. Dwa dni zaledwo upłynęło od chwili, kiedy ostatnia tego rodzaju kawalkada, mianowicie poselstwo flamandzkie w sprawie małżeństwa Delfina Francyi z Małgorzatą księżniczką Flandryi, odbyło wjazd do stolicy, ku wielkiemu niezadowoleniu kardynała Burbona, który zmuszonym był, dla dogodzenia królowi, sadzić się na uprzejmość dla całej tej grubomieszczańskiej ciżby burmistrzów flamandzkich, i raczyć ich we własnym pałacu „srodze pięknym dyalogiem z krotochwilą i maszkarą", gdy tymczasem deszcz ulewny zatapiał mu u drzwi przepyszne jego kobierce.

Zdarzeniem, które 6-go Stycznia „dodawało tak ducha motłochowi paryzkiemi, że użyjemy wyrażeń Jehana z Troyes, było po prostu święto Trzech Królów, połączone od niepamiętnych czasów ze świętem oszustów, błaznami podówczas zwanych.

Dnia tego miały mieć miejsce ognie radosne na placu Greve, sadzenie rószczki zielonej w kaplicy na Braque, i misteryum w pałacu Sprawiedliwości. Właściwe po temu obwieszczenie na placach publicznych, przy odgłosie trąb, dokonanem zostało w wigilię przez łuzników JW. Starosty Grodzkiego, bogato ubranych w opończe z materyi fioletowej, z wielkiemi białemi krzyżami na piersi.

Tłumy mieszczan i mieszczek dążyły tedy ze wszech stron od samego rana, przy pozamykanych dokoła domach i kramnicach, ku jednemu z trzech wymienionych punktów. Każdy wybrał swoje: ten ognie sztuczne, ów misteryum, inny palmę zieloną. Na pochwałę wszakże starego zdrowego zmysłu gapiów paryzkich powiedzieć trzeba, że większa część ludu śpieszyła na ognie sztuczne, przypadające tym razem bardzo w porę, albo też na misteryum, którego przedstawienie odbywać się miało w wielkiej komnacie trybunalskiej, szczelnie się zamykającej i doskonale osłoniętej. Co do gałązki majowej, zgadzano się niemal powszechnie, że takową samotnie zostawić wypadało, drżącą pod niebem styczniowem, na cmentarzu kaplicy Braque.

Lud zapływał szczególniej wejścia ku Pałacowi Sprawiedliwości; wiedziano bowiem, że ambasadorowie flamandzcy, przybyli przed dwoma dniami, zamierzyli być obecnymi na przedstawieniu misteryum i na wyborach króla hultajów, które się również dokonać miały w wielkiej komnacie.

Nie było to rzeczą łatwą docisnąć się dnia tego do owej wielkiej komnaty, mającej przecież sławę najobszerniejszego na świecie zakola pokrytego. (Prawda, że Sauval nie był jeszcze wtedy wymierzył wielkiej sali zamku Montargis), Plac trybunalski, przepełniony ludem, przedstawiał dla ciekawców wyglądających z okien widok morza, w które pięć czy sześć ulic, niby tyleż ujść rzecznych, wlewało nowe co chwila fale głów ludzkich. Bałwany te wciąż wzrastające roztrącały się o rogi domów wyskakujące zewsząd na sposób przylądków, w nieregularnej kotlinie placu. W środku wysokiego pałacowego frontu gotyckiego, wielkie schody, kipiące podwejnym prądem występującego i schodzącego ludu, który się łamiąc pod gankiem środkowym, szerokiemi płachtami staczał się po pochyłościach bocznych — schody wielkie, mówimy, strumienisto wylewały lud na Plac, jako kaskada wodę w jezioro. Krzyki, śmiechy, tupania tysiączne, tworzyły huk i hałas niezmierny. Huk ów i hałas wzmagały się niekiedy, a pęd, prący całą tę massę ku wielkim schodom, skręcał się nagle, mieszał i pryskał. Powodem było natarcie hajduka grodzkiego, lub uderzenie konnego starościńskiego łucznika, rzucającego się dla przywrócenia porządku. Rozczulający zwyczaj! przekazany przez starostwo dawne juryzdykcyi konnetabla, przez juryzdykcya konnetabla straży marszałkowskiej, a przez straż marszałkowską dzisiejszej naszej żandarmeryi paryzkiej.

W oknach, we drzwiach, na poddaszach, na dachach, wiły się tysiące zacnych facyat mieszczańskich, spokojnych i dobrodusznych, patrzących na pałac, patrzących na ciżbę, i z tego doskonale zadowolonych; trzeba bowiem wiedzieć, że spora część mieszkańców Paryża kontentuje się często widowiskiem widzów, i prosta ściana, za którą „coś się jak gadają dzieje", jest już w razie czego rzeczą niezmiernie ciekawą.

Gdyby nam danem było, nam ludziom 1830 roku, zespolić się uczuciem z tymi Paryżanami XV-go wiekuj wejść wraz z nimi, w ogólnym owym natłoku, rwetesie i spychaniu się, do ogromnej sali Pałacu Sprawiedliwości, łąk ciasnej 6-go Stycznia 1482 widowisko nie byłoby może bez powabu i zajęcia; znaleźlibyśmy jeno do koła rzeczy tak stare iżby się nam one wydały całkiem nowemi.

Jeżeli czytelnik na to pozwoli będziemy usiłowali odnaleźć w myśli, wrażenie, jakiegobyśmy doznali, przestępując progi owej wielkiej komnaty, pośród ciżby pospólstwa w serdakach, opończach i spodnikach strzępiastych.

A nasamprzód, dzwonienie w uszach, olśnienie oczu. Po nad głowami dwoiste sklepienie ostrołukowe, podbite rzeźbami z drzewa pomalowane na błękitno, zdobne w lilie złoto-kwieciste. Pod na-ł szemi stopami posadzka marmurowa, w płytach to białych to czarnych. O kilka kroków od nas potężny słup, dalej drugi, dalej trzeci; razem siedm słupów wzdłuż sali, podtrzymujących w jej środku spadki dwoistego sklepienia. W około pierwszych czterech słupów, kramnice handlarzy, całe błyszczące od szkieł i brzękadeł; w około trzech ostatnich, ławki dębowe, wyślizgane i wypolerowane pludrami pacyentów i sutanami palestry. W obwodzie krańcowym sali, wzdłuż wysokiej ściany między podwojami, między oknami, między słupami, nieskończony szereg posągów wszystkich królów Francyi od Pharamunda: królów próżniaków, z rękami pozwieszanemi, z pospuszczanemi oczami, królów dzielnych i wojowniczych, z głowami i prawicami hardo podniesionemi ku niebu. Następnie, w długich ostrołukowych oknach, szyby o tysiącznych kolorach; w szerokich wyjściach komnaty podwej bogate, misternie rzeźbione; a wszystko razem ze sklepieniami, słupam, ścianami, framugami, stropami, oknami, posągami, podszyte od góry do dołu przepysznem tłem błękitnem i złotem, które, poczerniałe nieco i w epoce naszej powieści, znikło prawie całkiem pod pyłem i pajęczemi siatkami w roku Pańskim 1549, kiedy Dubreul tradycyjnie się jeszcze nad tem zachwycał.

Wyobraźmyż sobie teraz ogromną tę komnatę podłużną, oblaną przyćmionem światłem dnia styczniowego, w pełnem rozigraniu tłumów pstrych, krzykliwych, sunących wzdłuż ścian i zataczających się w około siedmiu słupów, a będziemy już mieli pewne zamglone wyobrażenie o całości obrazu, którego szczegóły ciekawsze postaramy się zaraz dokładniej obejrzeć.

Pewnem jest, żegdyby Kavaillac nie był zamordował Henryka IV-go, nie byłoby wcale dokumentów procesu ravaillakowskiego w kancelaryi trybunalskiej Pałacu Sprawiedliwości, ani też wspólników zbrodni zainteresowanych w zniszczeniu rzeczonych dokumentów; a co za tem idzie, nie byłoby również podpalaczów, zmuszonych z braku lepszego środka podpalić kancelaryę, żeby spalić dowody, podpalić Trybunał cały, żeby spalić kancelaryę; a wreszcie nie byłoby wcale i pożaru 1618. Stary Pałac Sprawiedliwości stałby po dziś dzienna swoich posadach ze stara swoją wielką komnatą. Moglibyśmy w takim razie powiedzieć czytelnikom: „Pejdźcie ją obejrzeć", i w ten sposób bylibyśmy wspólnie wolni, piszący od kreślenia, czytelnik od czytania opisu, jaki się złożyć udało. Dowodzi to tej prawdy nowej: że wielkie wypadki mają skutki nieobliczone.

Co prawda, bardzo możebnem mogłoby być i to, przedewszystkiem że Ravaillac bynajmniej wspólników nie miał, a powtóre, że gdyby przypadkiem wspólnicy ci i byli, to niekoniecznie z ich przyczyny wynikł pożar 1618. Są dwa inne jeszcze tłómaczenia wypadku, i nie całkiem bezzasadne. Primo, wielka płomienna gwiazda, szeroka na stopę, długa na łokieć, spadła, jak każdemu wiadomo, z niebios na Pałac, w dniu 7 Marca po północy. Secundo, czterowiersz Theophila:


Certes, ce fut un triste jeu
Quant ä Paris dame Justice,
Pour avoir mango trop d'epice,
Se mit Ie palais en feu.

(Zaprawdę, smutna to była igraszka, kiedy w Paryżu Pani Sprawiedliwość, najadłszy się za wiele grzanek-przyprawek[2], rzygnęła ogniem na swej pałac.)


Cokolwiek byłoby do powiedzenia o tem potrejnem, politycznem, fizycznem i poetycznem tłómaczeniu powodów zgorzenia Pałacu Sprawiedliwości w roku 1618, faktem na nieszczęście pewnym jest jedno: że Pałac zgorzał. Dzięki tej katastrofie, dzięki zwłaszcza rozmaitym kolejnym odnowieniom, które zrujnowały co zaoszczędził był pożar, nie wiele dziś zostało z tej pierwotnej siedziby królów Francyi, tego starszego brata Luwru, tak sędziwego już za czasów Filipa Pięknego, że na nim szukano śladu owych budynków przepysznych, wzniesionych za króla Boberta, które Halgaldus opisuje Znikło prawie wszystko. Cóż się stało z izbą kanclerską, w której Ludwik Święty „małżeństwa swego dopełnił" ? co się stało z ogrodem, w którym monarcha ten, „leżąc z Joinvillem na kobiercach", sprawiedliwość wymierzał, „ubrany w spodnik kamlotowy, w wełniany serdak bez rękawów, w delię spadającą na czarne sandały?" Gdzież się podziała izba cesarza Zygmunta? izba Karola IV? izba Jana-bez-ziemi? Gdzie krużganek, z którego Karol VI ogłosił swej edykt ułaskawienia? gdzie tafla, na której Marcel, w obecności Delfina, zamordował Eoberta z CJermont i marszałka Champagne? gdzie furta, u której podarto bulle anty-papieża Benedykta, i zkąd ci co je przynieśli, iść musieli w urągowiskowych kapach i mitrach po całym Paryżu, z publicznóm wyznaniem winy? albo i ta sama wielka komnata, ze złoceniami swemi, z błękitem, z ostrołukami, z posągami, ze słupami, ze swojem nieobjętem sklepieniem ponacinanem w rzeźby, gdzież jest ona? a ten lew kamienny, strzegący wejścia z głową pochyloną, z ogonem podkurczonym, na podobieństwo lwów u tronu Salomona, w postawie upokorzonej, jako wypada sile przed sprawiedliwością? a piękne podwoje? a szkła malowane? a żelaza rzeźbione, wprawiające w rozpacz Biscornetta? a delikatne stolarskie roboty mistrza Duhancy? Co uczynił czas, co ludzie uczynili z tych cudów? Co dano nam w zamian za całą tę historyę galską, za całą tę sztukę gotycką? Ciężkie, przyduszone pełnołucza p. Brossen, niezręcznego budowniczego frontonu Saint-Gervais — tyle w zamian za arcydzieła; a co do dziejów, mamy wielomówne pamiątki po słupie pękatym, jeszcze nieostygłym od gorących bredni Patru'ow.

Nie wiele, zaiste!

Wróćmyż do prawdziwej wielkiej komnaty starego Pałacu.

Na dwóch kończynach olbrzymiego tego równoległoboku stały: po jednej stronie, sławny btół marmurowy z jednego jedynego kawałka, a tak długi, tak szeroki i gruby, „że nigdy jeszcze — powiadają stare papiery ziemstwa, stylem któregoby im pozazdrościł Gargantua — nigdy jeszcze, jak świat, światem nie widziano podobnej skrajki marmuru'; po stronie drugiej kaplica, gdzie Ludwik XI kazał się rzeźbić na klęczkach przed Matką Bozką, i dokąd przenieść polecił, nie dbając o ogołocenie dwóch framug galeryi posągów królewskich, posągi Karola Wielkiego i Ludwika Świętego, dwóch Świętych, których uważał za posiadających tytułem królewskim, szczególniejszą łaskę niebios. Kaplica ta, nowa jeszcze, zbudowana przed sześciu zaledwo laty, cała nosiła na sobie zachwycający ten styl architektury misternej, o rzeźbach cudownych, o cienkich głębokich karbowaniach, który we Francyi zaznacza koniec epoki gotyckiej, i przedłuża się aż ku środkowi wieku szesnastego, w czarownyeh fantazyach odrodzenia.

Drobna różyczka, wykuta d jour nad frontonem uchodziła w szczególności za arcydzieło subtelności i wdzięku; rzekłbyś gwiazda z koronek.

W środku sali, naprzeciw głównego wejścia, wzniesiono estradę ze złotogłowiów opartą o mur, z osobnemi podwojami urządzonemi za pomocą okna, wychodzącego na korytarz złoconej komnaty. Podwyższenie to przeznaczonem było dla posłów flamandzkich i innych wysokich gości, zaproszonych na przedstawienie misteryum.

Samo przedstawienie miało się odbyć na stole marmurowym. Od rana przygotowano takowy odpowiednio; bogata jego wierzchnia pokrywa, cała porysowana od obcasów palestry i woźnych trybunalskich, nosiła na sobie rodzaj klatki drewnianej, dość wysokiej, której ściana górna, widzialna ze wszystkich stron wielkiej komnaty, służyć miała za posadzkę sceny teatralnej, wnętrze zaś przeznaczonem było na szatnię dla osób sztuki. Drabina, otwarcie umocowana na zewnątrz utrzymywała związek sceny z szatnią zakulisową, ofiarując strome swe szczeble wchodzącym i wychodzącym. Każdy nieoczekiwany bohater, każdy nagły zwrot akcyi, każda teatralna niespodzianka, musiały najprzód na schodach tych się pokazać. Niewinne a sędziwe dzieciństwo sztuki i wystawności.

Czterech wyprostowanych pachołków juryzdykcyi trybunalskiej (obowiązkowi to stróże wszelkich zabaw ludowych, tak w dniach uroczystych, jak i w dniach egzekucyi) stało przy czterech rogach stołu marmurowego.

Sztuka zacząć się miała dopiero za dwunastem uderzeniem południa na wielkim zegarze Pałacu. Było to bezwątpienia późno, jak na przedstawienie teatralne, ale się z porą zastosować wypadało do ambasadorów.

Tymczasem cały ten tłum czekał już od rana. Spora liczba zacnych ciekawców trzęsła się na zimnie od samego świtu przy wielkich stopniach Pałacu; niektórzy utrzymywali nawet, że noc całą przestali w zagłębieniu wielkiej bramy w tym właśnie celu, żeby być pierwszymi przy wejściu. Tłum gęstniał co chwila, i jako woda poziom swej wypierająca, zaczynał wysuwać się w górę wzdłuż murów, na wszystkie wypukłości architektury, na wszystkie zagięcia rzeźby.

To też niewygoda, zniecierpliwienie, nuda, jednodniowy szał i cynizm swobody, kłótnie wybuchające przy lada okoliczności o żwawsze sturchnięcie łokciem lub butem podkutym, znużeniem długiem oczekiwaniem na dobry już kawał czasu przed przybyciem posłów, nadawały ton cierpki i gorzki wrzawie tego ludu zamkniętego, spakowanego, ściśniętego, spartego, duszącego się. Słyszeć się dawały żale i narzekania na Flaraandów, na starostę kupieckiego, na kardynała Burbonar na marszałka Pałacu, na Jejmość Małgorzatę austryacką, na kopijników starościńskich, na chłód, na gorąco, na niepogodę, na biskupa paryzkiego, na króla trefnisów, na słupy, na posągi, na owe podwoja zamknięte, na tamto okno otwarte; a wszystko to ku wielkiemu zadowoleniu żaków i hajduków, rozsianych w tłumie, którzy zaostrzając całe to nieukonentowanie kpinką i żartem — kłuli rzecby można szpilkami powszechne złe usposobienie.

Jedna szczególniej gruppą wesołych tych zoilów, ta, która wydusiwszy szybę wielkiego okna, rozsiadła się na jego podstawie, ona najbardziej dawała się pospólstwu we znaki, ciskając raz po raz spojrzenia i żartkie słówka, to tu to tam, to w głąb tłumów w pałacu, to w środek gromad ulicznych. Z przedrzeźniających ruchów, z wybuchów śmiechu, z drwinek i wyzwań rzucanych towarzyszom z jednego końca komnaty na drugi, nietrudno było osądzić, że młodzi ci palestranci bynajmniej nie podzielali nudów i zmęczenia reszty zgromadzenia i że z tego co mieli przed oczami, wybornie potrafili urządzić dla własnej uciechy widowisko, pozwalające im bezpiecznie i miło oczekiwiać na inne.

— Na moją duszę! to ty Joannes Frollo de Molendino! — wrzeszczał jeden ze zgrai do jasnowłosego łobuza, o pięknej choć złośliwej twarzy, śledzącego na akantowych liściach naczołka jednej z kolumn.

— Nie bez racyi zwą cię Jehanem du Moalin, bo te dwoje twych rąk i nóg tych dwoje doprawdy wyglądają jak rozpostarte skrzydła wiatraka... Od dawnaś tu?

— A oto, na miłość szatana, od czterech już blizko godzin, — odparł Jan Frollo — i sądzę, że mi to policzonem będzie w rachunku czyśćcowym. Byłem tu, gdy ośmiu kantorów króla sycylijskiego zaczynali mszę śpiewaną w kaplicy Świętej, o siódmej proszę cię!

— Tęgie śpiewaki! — podchwycił tamten — nie ma co: głos mają ostrzejszy od własnych mycek. Król Jegomość pierwej nim mszę świętą na część świętego Jana fundował, powinienby był zapytać, czy święty nasz Jan lubi, by mu łacinę na sposób prowansalski wywodzono.

— Zrobił to król tylko dlatego, żeby dać zajęcie przeklętym tym śpiewakom sycylijskim! — ostro zapiszczała w tłumie jedna z bab starych, stojąca u podnóża okna. — I proszę! tysiąc złotówek paryzkich za jedną mszę ! do tego na targowicznej dzierżawie ryb morskich w Paryżu do tego!

— Oj, oj, zgoda! stara! — podchwycił jegomość poważny i opasły, zatykając nos i odwracając się od przekupki z rybnego targu. — Trzebaż przecie było zafundować mszę jedną. Chciałabyś, aby król na nowo zachorował?

— Tęgo rżniesz, sławetny panie Gilles Lecornu, majstrze kuśnierzu szat królewskich! — krzyknął żaczek uczepiony u kolumny. Cała gromada jego towarzyszów śmiechem głośnym przyjęła niefortunne imię biednego kuśnierza, szubownika szat królewskich.

— Lecornu! Gilles Lecornu! — wołali jedni.

— Cornutus et hirsutus! — dodawał inny.

— Ależ! bez wątpienia! — ciągnął szatanik z góry kolumny. — Cóż tu jest do śmiechu? Zacny człek Gilles Lecornu, którego bratem majster Jehan Lecornu, murgrabia dworu królewskiego; którego ojcem: majster Mahiet Lecornu, pierwszy klucznik lasu Vinceńskiego — wszyscy co do nogi obywatele Paryża, wszyscy żonaci z ojca na syna!...

Podwoiła się wesołość. Gruby kuśnierz-szubownik, nie pisnąwszy już ani słowa, usiłował wydrzeć się spojrzeniom, ciskanym w niego ze wszystkich stron ; ale się pocił i sapał napróżno. Jako klin zagłębiający się w drzewo, starania jego ten tylko odnosiły skutek, że coraz mocniej zamykały mu w klamry ramion sąsiedzkich twarz szeroką, krwistą, karmazynowa z gniewu i złości.

Nareszcie jeden z sąsiadów, mały, krępy, poważny jak i sam pan kuśmierz, rzucił się doń z pomocą.

— Obrzydliwości! i w ten to sposób śmią żaki przemawiać do sławetnego! a tożby za moich czasów osmagano ich łozami, i na łozach następnie spalono.

Gromada cała buchnęła śmiechem.

— Hej-że na! któż tak znowu wywiódł tonem podobnym? cóż to za puhacz nieszczęść?

— Aha, mam go, poznaję — rzekł jeden; — to mistrz Jędrzej Musnier.

— Albowiem jest jednym z czterech przysięgłych księgarzy Wszechnicy! — zauważył drugi.

— Wszystko tam idzie czwórkami w tej kramnicy! — wrzasnął trzeci. — Cztery narody[3], cztery fakultety, cztery święta, czterech prokuratorów, czterech elektorów, czterech księgarzów...

— A więc — pochwycił Jehan Frollo, — podsadźmyżim i djabła czworo-różnego...

— Musnier, z dymem puścimy wszystkie twe książki.

— Musnier, na gorzkie jabłko zbijemy ci twego bębna.

— Musnier, na miazgę zetrzemy ci żonkę...

— Zacną tłuściutką panieneczkę Oudarde...

— Która jest równie świeżą i wesołą, jak gdyby była wdówką.

— A niech-że was piorun trzaśnie — mruknął mistrz Jędrzej Musnier.

— Mistrzu Jędrzeju — odparł Jehan zawieszony zawsze ukapitelu — zamilknij, proszę, albo ci się zwalę na łeb, jak widzisz...

Mistrz Jędrzej podniósł wzrok, zdawał się chwilę mierzyć wysokość słupa, ciężar swawolnika, pomnożył ten ciężar przez kwadrat z odległości, i język mu przylgnął do podniebienia.

Jehan, pan placu, dodał zwycięzko:

— Bo teżbym to zrobił, jakem brat archidyakona!

— No nie ma co mówić, śliczni panowie, ci nasi jegomoście ze Wszechnicy! nie poszanować-że naszych przywilejów nawet w dniu takim jak dzisiejszy! Do licha! są ognie sztuczne i roszczka na Nowem-Mieście, jest misteryum, jest król trefnisiów; są ambasadorowie flamandzcy w Starym Grodzie, a we Wszechnicy ani ni!

— A Plac Maubert dośó przecież wielki! — zauważył jeden z aplikantów, umieszczony na zastawie okienicznej.

— Precz z rektorem, elektorami i prokuratorami! — krzyknął Jehan.

— To nic... urządzimy sobie tego wieczora illuminacyą na ChampGaillard — dodał inny — illuminacyą z książek mistrza Jędrzeja...

— I ze stolików pisarków!

— I z lasek bedelów!

— I ze spluwaczek dziekanów!

— I ze skrzynek elektorów!

— I ze stołków rektora!

— Precz, precz! — jął znowu mały Jehan jak szerszeń — precz z mistrzem Jędrzejem, bedelami i gryzipiórkami; precz z teologami, medykami i dekretnikami; precz z prokuratorami, elektorami i rektorami!

— A toż to skończenie świata! — mówił mistrz Jędrzej, zatykając uszy.

— O wilku mowa, a wilk tuż... Oto i rektor; przechodzi przez Plac L. — krzyknął jakiś pauper z okna.

Wszyscy zwrócili się w stronę placu.

— Czy to doprawdy czcigodny rektor mistrz Thibaut? — zagadnął Jehan Frollo du Moulin, który uczepiony u jednej z kolumn wewnętrznych, nie mógł widzieć co się działo na zewnątrz.

— Tak jest, tak, — odpowiedzieli chórem inni; — to on sam, mistrz Thibaut rektor.

Był to w rzeczy samej rektor; otoczony wszystkimi dygnitarzami uniwersytetu, udawał się ceremonialnie na spotkanie ambasady; w tej chwili naukowa ta processya przeciągała właśnie przez Plac trybunalski. Żaki skupieni w oknach przyjęli ją śmiechem i oklaskami najgrawania. Rektor postępujący na czele swego oddziału zniósł pierwsze natarcie, a nie było lekkiem.

— Dzień dobry, mości rektorze!... Hola, cóż to? zagłuchł jegomość? dzień dobry, powiadam!

— Jakiem-że prawem u Boga Ojca stary szuler zadarł się tutaj? azaliżby rzucił grę w kostki!

— Patrzcie, jak mulica cwałuje pod nim! krótsze ma uszy niż pan!

— Hej-że Dzień dobry ci, rektorze Thibaut! Tibalde aleator! głupcze stary! stary karciarzu!

— Pomagaj Boże! a dużoś miał szóstek podwójnych tej nocy?

— Ależ morda obwisła! ołowiana, zmęczona, zbita nałogowem zamiłowaniem kart i kości...

— Dokądże tak waszmość dążysz, rektorze Thibaut, Tibalde ai dados, tyłem się odwróciwszy do Wszechnicy?...

— Ty i mulica L.

— Aha, szuka bez wątpienia kątka przy ulicy Thibaut-od-cartes— wrzasnął Jehan du Moulin.

Cała zgraja powtórzyła koncept głosem piorunującym, przy szalonem klaskaniu w dłonie.

— Jedziesz szukać mieszkania przy ulicy Thibaut-od-cartes, nieprawdaż, mości rektorze, partyzancie djabełka?

Z kolei wzięto w opały innych dygnitarzy.

— Precz z bedelami! precz z pałkowódzcami!

— Słyszysz, Robku Poussepain, a ten tam oto, kto to jest?

— To Gilbert de Suilly, Gilbertus de Soliaco, kanclerz kollegium Autuńskiego.

— Łapaj, to mej trzewik... Masz lepsze miejsce, wal-że go w papę.

— Saturnalitias mittimus ecce nuces.

— Precz z sześcioma teologami, i ich białemi komżami!

— Więc to teologowie? Myślałbym, że to są raczej trzy pary gęsi, dane miastu od Świętej Genowefy z nadziału Eoogny.

— Precz z lekarzami!

— Precz z dysputami kardynalnemi i konceptorskiemi!

— Tobie kanclerzu Świętej Genowefy, tobie oto moja misiurka I Masz!... to za awans mej.

— Tak jest, rzeczywiście — poparł jeden z kolegów — oddał jego miejsce w wydziale Normandyi małemu Ascanio Falzaspada, który jest z prowincyi Bourges, jako Włoch.

— Gruba niesprawiedliwość — zawołali jednogłośnie żakowie. — Precz z kanclerzem Świętej Genowefy!

— Hej-ty ! mistrzu Joachimie Ladehors! Hej-drugiś, Ludwiku Dahuille! Hej-tam ty poczwaro jakaś! Lambercie Hoctement!

— Żeby cię zmora zdusiła, prokuratorze nacyi niemieckiej!

— Wraz z kanonikami kaplicy Świętej i ich tunikami szaremi; -cum tunicis grisis!

— Seu de pellibus grisis fourratis !

— Owa! czy was djabli, mistrzowie kunsztu!... i te wszystkie wasze pyszne kapy czarne! i czerwone wszystkie kapy!

— Tworzy to u rektora ogon wcale niebrzydki!

— Rzekłbyś, książę wenecki śpieszący na weselisko morza.

— Słyszałeś, Jehan? Kanonicy Świętej Genowefy!

— Do czorta z kanonią!

— Księże Klaudyszu Choart! doktorze Klaudyuszu Choart! Czyno nie szukacie, dobrodzieju, Maryi Giffard?

— Jest przy ulicy Glatigny.

— Ściele loże królowi nicponiów.

— I płaci należne cztery denary: quatuor denarios.

— Aut unum bombum.

— A może miłość wasza woli, by ci pod nos zapłaciła?

— Towarzysze! mistrz Szymon Sanguin, elektor Pikardyi, z babą swoją u czapraka z tyłu!

— Post equitem sedet atra cura.

— Ezeźko, mistrzu Szymonie!

— Dzień dobry, mości elektorze!

— Dobrej nocy, mościa elektorko!

— Ot szczęśliwcy, mogą patrzeć na to wszystko! — z westchnieniem mówił Joannes de Molendino, zasunięty wciąż za liściasty swej kapitel.

Tymczasem przysięgły księgarz Wszechnicy, mistrz Jędrzej Musnier, nachylony ku kuśnierzowi-szubownikowi szat królewskich, mistrzowi Lecornu, szeptał mu na ucho:

— Powiadam waszmości, to koniec świata. Podobnej rozwiązłości nigdy jeszcze nie widziano po szkołach; przeklęte wynalazki wieku gubią wszystko. Działobitnie, śmigownice, muszkiety, a zwłaszcza, ten kunszt drukarski, nowa ona zaraza niemiecka! Nie masz już manuskryptów, nie masz ksiąg! tłocznia zabija księgarnie. Zbliża się koniec świata.

— Alboż tego nie widzę po wzrastającej mnogości materyj aksamitnych! — odrzekł handlarz wyrobów kuśnierskich.

Zegar akurat wydzwonił południe.

— Aa! — odetchnął tłum wszystek oddechem jednym.

Zamilkli żaki. Wszczął się wraz rumor wielki, szelest, suwanie nogami, podjął się szmer ogólny chustek i odchrząkań. Każdy się starał w swojej gromadce umieścić jak najwygodniej, najwidniej, najzręczniej. Wnet zaległo milczenie; wszystkie się karki wyprężyły, wszystkie się usta rozwarły, wszystkie spojrzenia zwróciły ku marmurowemu stołowi... Nikt i nic się na nim nie pokazało. Czterej hajducy marszałkowscy jak stanęli byli, tak i stali po rogach, nieruchomi i chłodni, niby cztery malowane posągi. Spojrzenia tłumów zwróciły się natychmiast ku podwyższeniu przeznaczonemu dla posłów flamandzkich.

Drzwi tam znaleziono zamknięte, podwyższenie puste. Od samego rana pospólstwo na trzy rzeczy oczekiwało: na połudzień, na ambasadę Flandryi, na misteryum. Południe samo jedno przybyło w porę.

Za grube żarty!

Czekano minutę, dwie, trzy, pięć, dziesięć, kwandrans: nikt nie przybywał. Na podwyższeniu honorowem ani żywej duszy; ani cienia na scenie. Niebawem też niecierpliwość gniewem zakipiała. Rozdrażnione wyrazy biegały dokoła, lubo co prawda tyra razem hamowane jeszcze.

— Misteryum! misteryum! — szemrano głosem przytłumionym.

Wrzało pod czuprynami. Burza zaledwo tymczasem pomrukująca, rozhuśtywała się po powierzchni tłumów. Pierwszy alarmowy sygnał wisiał w powietrzu. Dał go Jehan du Moulin.

— Misteryum!! do kroćset z Flamandami! — ryknął całą potęgą piersi, skręcając się jak wąż w około naczołka kolumny.

Pospólstwo odpowiedziało oklaskiem.

— Misteryum! — powtórzyło — i niech tam djabli Plandryę porwą!

— Żądamy misteryum, natychmiast — zaczął żak; — a jeśli nie, tobym sądził, na sznurek wziąć marszałka pałacu, w zastępstwie krotochwili i obroku duchowego.

— Rżnie jak z ambony — zawołał lud; — panowie hajducy nie pożałują pierwsi dać gardło, mniemamy!

Nastąpił okrzyk powszechny. Biedni hajducy poczynali blednąc i poglądać za siebie. Tłum ruszył ku nim; nieboracy ujrzeli naraz, że cienkie ogrodzenie z drzewa, oddzielające ich od fal ludowych, wygięło się łukiem do środka, ohydnie ustępując pod naciskiem motłochu.

Chwila była stanowczą.

— Splądrować! zrabować! — odzywano się ze wszech stron.

Lecz w tej-że chwili zasłona szatni, opisanej powyżej, podniosła się, i z po za niej pokazał się człowiek, na którego widok pospólstwo zatrzymało się nagle, wpadając jakby olśnione urokiem jakim, z gniewu w zaciekawienie.

— Cicho! cicho!

Osobistość nowa, siebie nie pewna, drząca od nóg do głowy, postąpiła aż pod sam kraniec stołu marmurowego, kłaniając się bezustanku z uniżonością, która w miarę zbliżania się ku tłumom coraz bardziej i bardziej stawała się podobną do czołobitnego klękania.

Przez czas ten, wszystko już prawie wróciło zwolna do porządku.

Pozostał tylko lekki ów szmer, który się zwykle wydobywa ze środka milczącego pospólstwa.

— Sławetni obywatele — odezwał się przybyły — czcigodne obywatelki! Baczymy się w obowiązku mieć dostojność wygłoszenia, w obec jego przewielebności pana naszego i kardynała, wielce pouczającego i powabnego dyalogu, tytułem: Sądzenie Sprawiedliwe Świętej Maryje Dziewice, To ja przeznaczon wyprawować Jupitera. Jego przewielebność towarzyszy w tym momencie poselstwu szanownemu jego miłości książęcia Bakuzkiego; które to poselstwo zatrzymane jest przez moment słuchaniem dyskursu rektora Akademii podle bramy Baudets. Skoro tylko najprzewielebniejszy kardynał raczy przybyć, rozpoczniemy tym razem bez uchybienia.

Bzecz niezawodna, że bez interwencyi samego Jowisza ocalenie czterech nieszczęśliwych hajduków ze straży marszałkowskiej byłoby chyba niepodobnem. Nie przeciwko nam tedy wypadałoby zwrócić w tej chwili przepis klassyczny: Nec deus intersit, gdyby szczęśliwy wynalazek tej ściśle prawdziwej historyi, a więc i odpowiedzialność za nią w obec wielmożnej krytyki, nam przypisane być miały. Ubiór mości Jupitera wydał się, zresztą, prześlicznie, i dużo się przyczynił do ukojenia tłumów, pochłaniając całą ich uwagę. Jupiter ubrany był w zbroję pociągniętą aksamitem czarnym, o złoconych szrubkach; na głowie miał kołpak z guzami srebrnemi, pozłacanemi; i gdyby nie potężne ryże baki, zakrywające mu każden z osobna połowę twarzy; gdyby nie zwój tektury, wyzłacany kręgielkami, upstrzony, i zewsząd strzępiący się paskowatemi blaszkami, co wszystko, trzymane w ręku, dla wprawnych oczu wyobrażać miało pęk piorunów niebieskich; gdyby nareszcie nie pludry cielistego koloru, wstążkami na sposób grecki poprzewiązywane, Jowisz nasz zdołałby zapewne wytrzymać porównanie, co do surowej postawy, z jakim chcieć bretońskim łucznikiem pocztu pana de Berry.




ND-de-Paris-L1-Ch2

II. Piotr Gringoire.

Zadowolenie przecież i podziw pobudzone strojem mówcy, rozpraszały się stopniowo za każdem jego słowem; tak że gdy Jupiter doszedł do tego niefortunnego wniosku: że „skoro tylko najprzewielebniejszy kardynał raczy przybyć, rozpoczniemy tym razem niechybnie", głos jego utonął naraz w nawałnicy szyderczych okrzyków.

— Zaczynajcie natychmiast! Misteryum! misteryum niezwłocznie! — huczał motłoch. A nad wszystkiemi górował głos Jehana de Molendino jako gwizdałka sród rozhulanego prażniku w Nimes.

— Zaczynajcie natychmiast! — skowyczał żak.

— Precz z Jupiterem i kardynałem Burbonem ! — wtórował mu Eobek Poussepain i inni bracia palestranci, rozpierający się w oknie.

— Natychmiast dyalog! — powtarzało pospólstwo. — Cóż-to za odwłoki, cóż-to za korowody?... Hej do plądry! hej do stryczka! Stryczka na skoczków i na kardynała !

Biedny Jowisz osłupiały, wylękły i blady z pod swej rudowacizny, pęki gromowładne na ziemię upuścił, zdjął z głowy kołpak, i cały drżący kłaniać się począł i bełkotać:

— Jego przewielebność.... posły.... Małgorzata najjaśniejsza Flondr....

Sam nie wiedział co plótł. W gruncie, bał się szubienicy.

Nie zacząć przedstawienia?, to powiesi motłoch; zacząć, to powiesi kardynał; tak czy inak, nieszczęśliwiec przepaść tylko widział pod sobą, a właściwiej nad sobą: stryczek.

Na szczęście, w tem umartwieniu nadbiegł mu ktoś z pomocą, i odpowiedzialność na własne wziął barki.

Indywiduum jakieś, stojące z tamtej strony ogrodzenia, w wolnem zakolu otaczającem stół marmurowy, a przez nikogo dotąd niespostrzeżone, tak dalece długą a szczupłą jego postać kryła przed wzrokiem widzów średnica słupa, o który ono opartem było; indywiduum owo, mówimy, słuszne, chude, wyżółkłe, jasnowłose, młode jeszcze, lecz już zmarszczkami okryte na czole i policzkach, o iskrzącem spojrzeniu, o wargach uśmiechniętych, okryte wełnianką czarną, postrzępioną i połyskującą od starości, zbliżyło się do marmurowego stołu, i zrobiło znak skazanemu. Ale ten, osłupiały, nic nie widział.

Nowo przybyły uczynił krok jeszcze.

— Jowiszu! — rzekł — drogi Jowiszu!

Jowisz nie słyszał.

Nareszcie wysoki blondyn, zniecierpliwiony, wrzasnął mu w same prawe baki:

— Michale Giborne!

— Woła mię kto? — spytał wtedy Jowisz, jakoby zbudzony znienacka.

— Ja wołam — odrzekł jegomość ubrany w czerni.

— A! — powiedział Jupiter.

— Zaczynajcie natychmiast — mówił tamten....— Uczyńcie zadość ludowi; obowiązuję się przejednać marszałka pałacu, a ten przejedna Jego Miłość kardynała.

Jowisz odetchnął.

— Jaśnie wielmożni obywatele — ryknął całą siłą swych płuc ku tłumom, które go lżyć nie przestawały.... — Jaśnie wielmożni obywatelstwo ! oto w tej chwili zaczynamy.

— Evoe, Jupiter! Plaudite, cives!

— Hej kolęda! kolęda! [4] — wrzeszczały tłumy.

Nastąpiły oklaski ogłuszające; komnata trzęsła się od oznaków zadowolenia, choć Jupiter oddawna znikł za zasłonami szatni.

Tymczasem nieznana owa osobistość, co tak czarodziejsko burzę w pogodę zamieniła, jak się ten stary i drogi Kornel wyraża, znowuż się skromnie schowała w półcieniach słupa, gdzieby bezwątpienia po dawnemu stała niewidzialną, nieruchomą i milczącą, gdyby jej z ukrycia nie wyciągnęły dwie niewiasty, które, jako umieszczone w pierwszym szeregu widzów, zauważyły jej rozmowę z Michałem Giborne Jowiszem.

— Mistrzu — rzekła jedna z tych niewiast do nieznajomego, dając mu znak żeby się zbliżył.

— Cichoż bądź, kochana Lienardo — powiedziała jej sąsiadka, ładna, świeża i z racyi snać galowego swego ubioru, wcale nie lękliwa. — Cicho bądź, to jeden z urzędu, to człowiek świecki; nie mówi się doń: mistrzu, lecz mospanie.

— Mospanie — powtórzyła Lienarda.

Nieznajomy zbliżył się ku balaskom.

— Co ichmościanki rozkazać raczą? — spytał z galanteryą.

— O, nic! — odrzekła Lienarda zmieszana całkiem — to moja sąsiadka pragnęła mówić z waszmością.

— Ale gdzież tam — odparła Gisquetta zarumieniona — to Lienarda powiedziała do waszmości: mistrzu! Jam tylko rzekła, że się mówi: mospanie.

Młode dziewczęta razem pospuszczały oczy. Zagabnięty, któremu o to tylko snać i chodziło, żeby się wdać w dyskurs, spoglądał na nie z uśmiechem.

— Ichmościanki nie mają mi tedy nic do powiedzenia?

— O! nic a nic — odparła Gisquetta.

— Nie, nic — powtórzyła Lienarda.

Wysoki młodzian blondynek uczynił ruch jakoby ku odejściu; ale ciekawe białogłowy nie miały ochoty stracić zdobyczy tak łatwo.

— Mościpanie — odezwała się Gisquetta żywo, pedem tamy zerwanej, lub niewiasty raptem zrezygnowanej — mospanie! waszmość zna tedy rycerza owego, który w misteryum grać ma rolę Świętej Dziewicy ?

— Chciałaś imościanka powiedzieć rolę Jupitera? — podchwycił nieznajomy.

— A no, tak — podchwyciła Lienarda — a to głupia! Waszmość znasz tedy Jupitera?

-— Michała Giborne?... Tak pani — odpowiedział.

— Pyszne ma baki! — mówiła Lienarda.

— Będzie-li to ładne, co tam hen prawić mają? — spytała lękliwie Gisquetta.

— Tak jest, proszę ichmościanek, bardzo ładne — zapewnił mężczyzna bez najmniejszego wahania.

— Cóż to będzie takiego? — zagadnęła Lienarda.

— Sądzenie sprawiedliwe Panienki Maryje, dyalog, proszę łaski waszmościanek.

— A, to rzecz insza — zauważyła Lienarda.

Nastąpiła chwilka milczenia. Przerwał je nieznajomy.

— Całkiem to nowy dyalog, nie wystawiano go ani razu.

— Więc to nie ten — mówiła Gisquetta — który dawano przed dwoma laty w dniu wjazdu pana nuncyusza, i gdzie były trzy dziewczynki tworzące osoby...

— Syreny — wtrąciła Lienarda.

— I w całej postawie — dodał młodzieniec.

Lienarda wstydliwie wparła wzrok w ziemię. Gisquetta, spojrzawszy na nią, uczyniła to samo. Młody człowiek mówił dalej uśmiechając się:

— Rzecz była pocieszna do widzenia. Dzisiaj, to dyalog umyślnie skomponowany dla Jej Miłości księżniczki Flandryi.

— Czy będą śpiewali sielanki? — pytała Gisquetta.

— Gdzie zaś! — odparł nieznajomy — toż dyalog! Nie trzeba mieszać rodzajów. Gdyby to była krotochwila, a! to rzecz inna.

— Szkoda wielka — powiedziała Gisquetta. — W owym to dniu były u wodotrysku Ponceau ludzie i kobiety dzikie, które z sobą wojnę wiodły i czyniły rozmaite figury, wyśpiewując i grając sielanki i psalmy.

— Co było przystojnie nuncyuszowi, to nie przystoi księżniczce — rzekł dość sucho nieznajomy.

— A do koła nich — dodała Lienarda — wydymały się mnogie basetle czyniące melodye wielkie.

— A ku orzeźwieniu przechodniów — ciągnęła Gisquetta — wodotrysk lał trzema gębami wino, mleko i hipokras, które pił kto chciał.

— A nieco dalej od Ponecan — z kolei mówiła Lienarda — u Trejcy, była passya z osób samych, bez dyskursu.

— Ach, czyliż nie pamiętam! — zawołała Gisquetta — Bóg na krzyżu, a przy nim dwaj łotrowi e po lewicy i po prawicy.

Tu już młode towarzyszki rozpromienione przypomnieniem wjazdu nuncyusza, obie razem zaczęły mówić:

— A bardziej naprzód, u wrot Aux peintres, były inne osoby niezmiernie bogato ubrane.

— A około wodotrysku Saint-Innocent ów łucznik, upędzający się za łanią z ogromnym harmiderem psów i trąbek myśliwskich!

— A koło jatek paryzkich owo rusztowanie, na którem wystawiono fortecę Dieppe!

— A pamiętasz, Gisquetto, gdy nuncyusz się zbliżał, jaki to napad urządzono, w którym wszyscy Anglicy gardło dali?

— A i koło bramy Chatelet śliczne personalie były.

— A na moście Change, pokrytym z wierzchu jak długi i szeroki!

— A gdy nuncyusz nadjeżdżał, puszczono naraz na most do dwustu tuzinów rozmaitego ptactwa; bardzo to były ładne, Lienardo.

— Dziś będzie jeszcze ładniej — przerwał nareszcie młodzian, słuchający tych uniesień z widocznem zniecierpliwieniem.

— Przyrzekasz waszmość, że dyalog będzie ładny? — spytała Gisquetta.

— Rozumie się — zapewnił tamten.

I dodał nie bez pewnej dumy:

— To ja jestem onego autorem, proszę ichmościanek.

— Doprawdy? — powiedziały dziewczęta, zdumione mocno.

— Doprawdy! — odrzekł poeta, krztusząc się lekko. — To jest, właśnie, dwóch nas: Jehan Marchand spiłował deski, oraz sprawił roboty i drewna teatralne, a jam sam sztukę złożył... Nazywam się Piotr Gringoire.

Autor Cyda nie byłby z większą godnością powiedział: Piotr Kornel.

Czytelnicy spostrzegli zapewne, że dobry już kawał czasu upłynąć musiał od chwili, gdy Jowisz skrył się za obicia teatralne, aż do owej, kiedy twórca dyalogu nowego tak raptem wyjechał z autorstwem swojem przed Lienardą i Gisquetta, ku naiwnemu ich zachwytowi. Owóż rzecz szczególna: całe to zgromadzenie, przed kilkoma jeszcze minutami tak hałaśliwe, na jedno słowo aktora najspokojniej oczekiwało teraz na przedstawienie; co dowodzi tej prawdy wiecznej, po dziś dzień jeszcze stwierdzającej się po naszych teatrach, że najlepszym sposobem zachęcenia publiki do cierpliwego oczekiwania, jest obietnica natychmiastowego zaczęcia.

Żak Joannes nie zasypiał atoli gruszek w popiele.

— No i cóż tam! — zawołał naraz sród pokojowej ciszy, która po wzburzeniu nastąpiła. — Gdzież Jupiter, Panna Święta, kuglarze wy djabelscy? Drwicie czy co? Dalejże, zaczynajcie, a nie, to my zaczniemy!

Nie trzeba było więcej.

Z wnętrza rusztowania teatralnego rozległa się muzyka instrumentów cienkich i grubych; podniosła się zasłona. Z po za niej wyszły cztery osoby, obciążone i upstrzone, i wdrapywać się poczęły na stromą drabinkę teatralną. Dostawszy się na pomost wierzchni, uszykowały się szeregiem przed publiką, którą głębokim powitały pokłonem. Wtedy zamilkła symfonia. Zaczynało się misteryum.

Odebrawszy za swą czołobitność, szczerą i wspaniałomyślną zapłatę w oklaskach gawiedzi, aktorowie jęli się wraz, sród religijnej ciszy, za prolog sztuki, od którego najuprzejmiej uwolnimy czytelników naszych. Zresztą, zwyczajem po dziś dzień nie podupadłym, publika i tym razem daleko więcej zajmowała się strojami osób „wystawianych" na widowisko, niż rzeczą przez nich traktowaną; i zaprawdę, słusznem to było. Wszyscy czterej aktorowie ubrani byli w sutanny przez pół żółte i białe, które się tem tylko różniły między sobą, że każda była z innej materyi: ta ze złotogłowiu srebrzystego i złocistego, tamta z bławatów, owa sukienna, ostatnia płócienna. Osoba pierwsza trzymała w ręku prawym pałasz, druga dwa złote klucze, trzecia wagi, czwarta rydel; ku wspomożeniu zaś umysłów ciężkich, któreby i przez tę tak przezroczystą symbolikę nie przejrzały jasno, wypisane było wielkiemi czarnemi literami haftowanemi u spodu sutanny złoto-srebrzystej: Ja jestem szlachcianka; u spodu szaty bławatnej: Jam stan duchowny; u spodu sukiennej kapoty: Ja mieszczanka; u spodu płócianki: Jam trud. Płeć allegoryj męzkich dobitnie wskazaną była widzom nieuprzedzonym, za pomocą ubrania krótszego nieco i kapeluszów, gdy tymczasem allegorye żeńskie, dłuższemi szatami okryte, czółka miały na głowie.

Potrzebaby również było sporej dozy złej woli, by skroś poetycznego prologu nie pojąć, że Trud żonatym był z mieszczanką, a stan duchowny szlachciankę miał za połowicę, i że obie te szczęśliwe pary posiadały do współki przepyszny delfindor, który przysądzonym być miał nie komu innemu, tylko najpiękniejszej na świecie dziewicy.

Owóż tedy obszedłszy calutką ziemię, przetrząsłszy dla odszukania takiej piękności wszystkie zakątki państw mnogich, i odrzuciwszy kolejno królowę Golkondy, księżniczkę Trapezuntu, córkę wielkiego hana tatarskiego etc. etc, Trud i Stan duchowny, Mieszczanka i Szlachcianka, przybyły oto na odpoczynek aż na ten tu stół marmurowy w Pałacu Sprawiedliwości, i wykładają obecnie przed prześwietnem zebraniem całą massę maksym i sentencyj, na jakaby się może na fakultecie sztuk nie zdobył kandydat do biretu na mistrza „przy egzaminach, sofizmach, figurach, określnikach i aktach".

Było to w rzeczy samej nadzwyczaj piękne.

Z tem wszystkiem, w całej tej ciżbie, w którą aktorowie na wyprzodki rzucali falami metafor, nie było ucha mocniej natężonego, nie było serca szybciej bijącego, oka więcej rozpłomienionego, grzbietu sztywniej wyprężonego, nad ucho, oko, serce i kark autora, poety, dzielnego tego Piotra Gringoire, który chwilę przedtem nie mógł się był powstrzymać od przyjemności powiedzenia swego nazwiska dwóm ładnym dziewczynom. Odszedł on o kilka kroków od nich. stanął przy swoim słupie, i tam słuchał, patrzał, połykał. Łaskawe oklaski któremi przyjęto początek jego prologu, odbijały się jeszcze w jego wnętrznościach. Zdjął go całkowicie ów dziwny rodzaj kontemplacyjnego zachwytu, z jakiem autorowie spoglądają na swe pomysły, spadające jeden za drugim z ust aktora wśród powszechnej ciszy licznego zgromadzenia. Zacny Piotr Gringoire!

Drogo nas kosztuje ta szczerość, ale niestety wyznać trzeba, że pierwszy ów zachwyt skłóconym wnet został. Zaledwo Gringoire zbliżył był do ust upajającą czaszę tryumfu radości, a oto wraz wpadła w nia kropla goryczy.

Jakiś żebrak odartus, nie mogący snać liczyć na dostateczną jałmużnę sród tłumów zbitych w jedne massę, a wynagrodzenie jakieby mógł był znaléźć w kieszeni bliższych sąsiadów, uważający bez wątpienia za mało poważne, umyślił sobie rozsiąść się na widoczniejszóm jakiem miejscu, dla ściągnięcia ku sobie spojrzeń i groszaków. Wdrapał się więc w czasie pierwszych wierszy prologu, przy pośrednictwie słupa u estrady uprzywilejowanej, aż ku gzemsom obejmującym jej balasti od spodu; i tu się umocowawszy, błagał pospólstwo o wzgląd i litość, pokazując mu swoje łachmany i ohydną ranę, rozpostartą na ręku prawym. Zresztą, milczenia ani jednem słowem nie przerywał.

Spokojne to jego zachowanie się pozwalało prologowi rozwijać się bez tumultu, tak że żaden znaczniejszy nieporządek nie byłby się zdarzył, gdyby nieubłagane fatum chciało było zasłonić przed żakiem Jehanem siedzącym w górze, skrzywione miny i błagalne giesty żebraka. Stało się inaczej. Szalony śmiech porwał łobuza, który nie dbając o przerwanie widowiska i zmącenie uwagi powszechnej, krzyknął wesoło:

— Aha, to ten nieboraczysko prosi o jałmużnę!

Ktokolwiek kiedy cisnął kamieniem w łożysko żabie, lub strzelił w gromadę ptastwa, może sobie wyobrazić skutek sprawiony słowami temi, nieoczekiwanemi sród uwagi ogólnej. Gringoire drgnął, jak przy uderzeniu pioruna. Prolog się zaciął na miejscu, a wszystkie głowy zwróciły się bezładnie ku dziadowi, który nie tylko że się nie zmieszał tym przypadkiem, lecz przeciwnie chwycił się wraz za nią, jako za doskonałą dla zarobku okoliczność, i jął wywodzić tonem omdlałym, z oczami na pół-przymrużonemi:

— Za zdrowie najmilsze!... co łaska panowie!

— Ależ bo... na moją duszę — pochwycił Jehan — toż to Clopin Trouillefou. Hej-że tam, przyjacielu, czy ci ta rana przeszkadza na nodze, że ją dziś na ręku nosisz?

To powiedziawszy, cisnął ze zręcznością małpy groszak biały do zatłuszczonej czapki, którą dziad wyciągał w chorej swej ręce. Żebrak, ani na włos się nie poruszywszy, połknął sarkazm przy groszaku, i dalej jęczał żałośliwie:

— Co łaska, wielmożni! za zdrowie najmilsze!...

Epizod ten nie pomału rozerwał słuchaczów, a spora część zgromadzenia z Bobkiem Poussepain i czeredą palestrzańską na czele, wesoło przyklaskiwała dziwnemu temu duetowi, który w środku prologu, zaimprowizowali: żak głosem krzykliwym i dziad niezrażonym swoim zdrowaśkiem.

Gringoire był mocno niezadowolony. Przyszedłszy do siebie z pierwszego osłupienia, nie znalazł on nawet chwilki na posłanie spojrzenia pogardy dwora sprawcom przerwy, a usiłował czem prędzej szkodę naprawić.

— Dalej! cóż u licha! ciągnijcie dalej! — krzyczał co sił starczyło ku czterem osobistościom na scenie.

Lecz w tej-że chwili poczuł, że go ktoś pociągnął za połę kapoty.

Odwrócił się nie bez kwaśnej miny, i ledwo się mógł zdobyć na uśmiech, A uśmiech był niezbędnym. Zobaczył bowiem piękną rączkę Gisquetty la Gencienne, wytkniętą po przez sztachetki, i dopominającą się w ten sposób o jego uwagę.

— Nie wić waszmość — rzekło młode dziewczę — czy i dalej co będzie?

— Ależ niewątpliwie — odpowiedział Gringoire, dotknięty nieco pytaniem.

— W takim razie — mówiła dalej dziewczyna — czy nie bylibyście grzecznym wytłemaczyć mi...

— Tego, co ma nastąpić? — przerwał Gringoire. — Ależ, mej Boże! w tym celu najlepiej jest słuchać przedstawienia.

— Nie — powiedziała Gisquetta — chciałabym wiedzieć, co oni dotąd mówili...

Gringoire poskoczył jak człowiek gorącem żelazem draśnięty.

— Żebyś przepadła, niedojdo jakaś, głupia i głucha! — zgrzytnął do siebie ścisnąwszy wargi.

Od tej chwili Gisquetta straconą już była w jego opinii.

Tymczasem aktorowie usłuchali nareszcie nakazu twórcy sztuki, a publiczność spostrzegłszy, że rzecz wchodzi na swoje tory, chętnie znowuź nakłoniła ucha; nie bez pewnej atoli straty mnóstwa piękności, wynikłej z powodu owego klejenia dwóch części sztuki, tak nagle przekrojonej. Gorzkie w tym duchu spostrzeżenie, Gringoire w sobie milczkiem strawić był zmuszonym. Spokojność wróciła jednak powoli; żak zamilkł, żebrak liczył pieniądz zebrany, i sztuka wzięła górę.

Było to w istocie wielce piękne dzieło, z któregoby zapewne, jak sądzimy, i dziś jeszcze można było coś wyciągnąć, po kilku stosownych poprawkach. Układ sam, nieco za długi i trochę za pusty, to jest prawidłowy, był wcale prostym; i Gringoire w nieskalanym przybytku swojego wewnętrznego forum jasność onego podziwiał.

Jak się nie trudno domyśleć, cztery allegoryczne osoby zmęczyły się nieco w końcu podróżą po trzech częściach świata i daremnem poszukiwaniem godnego umieszczenia sławnej owej monety, sławnego delfindora. Ztąd, szczęśliwym zwrotem porównania, nastręczyła się wraz pochwała ryby cudownej pokrewnego nazwiska, z tysiącznemi alluzyami nieporównanej delikatności, skierowanemi ku młodemu narzeczonemu Małgorzaty Flandryjskiej, smutnie wtedy odosobnionej w Amboise, i ani podejrzywającej, że Trud i Stan duchowny, że Szlachta i Mieszczaństwo dla niej właśnie świat cały obiegły.

Rzeczony tedy delfin był młodym, był uroczym, był silnym, a nadewszystko (o wspaniały początku wszech cnot królewskich!) był synem lwa Francyi. Oświadczam, że śmiała ta metafora jest wprost uwielbienia godną, i że historya naturalna teatru nic bynajmniej nie może mieć, ze stanowiska allegoryj i epitalamij królewskich, przeciwko delfinowi, który się ze lwa rodzi. Tem niemniej, żeby już i krytyce przynależność jej oddać, poeta mógłby był rozwinąć piękny ten pomysł nie w dwustu koniecznie wierszach. Prawda i to, że misteryum, z rozkazu jaśnie wielmożnego starosty trwać miało od południa aż do godziny czwartej; wypadałoż więc powiedzieć cokolwiek. Zresztą, słuchano cierpliwie.

Naraz, w sam środek sporu między sławetną panną Mieszczanką, a wielmożną panią Szlachcianką, w chwili kiedy sędziwy Trud wymawiał wiersz ten przepyszny.

Owóż nie widziano w boru bestyi wspanialszej; drzwi uprzywilejowanego balkonu, aż dotąd tak nie w porę zamknięte, otwarły się bardziej jeszcze nie w porę, a gromki głos woźnego oznajmił nagle: Jego eminencya, imci pan kardynał Burbon.




ND-de-Paris-L1-Ch3

III. Pan Kardynał.

Biedny Gringoire! huk wszystkich razem petard podwejnych, z fortecy S-to Jańskiej; wystrzał hakownic dwudziestu; trzask sławnej tej śmigownicy z królewskiej wieży Billy, która w czasie oblężenia Paryża, w niedzielę 29 września 1465 roku, trupem położyła siedmiu na raz Burginionów; wzryw całej massy prochu armatniego zgromadzonego u wrót Tempie — mniejby już okrutnie rozdarły mu były organa słuchowe, w tej chwili uroczystej i dramatycznej, niżeli owych słów kilka spadłych z ust woźnego: Jego eminencya imcipan kardynał Burbon.

Nie znaczyło to wcale, by Piotr Gringoire miał się lękać pana kardynała lub go nienawidzieć. Bynajmniej. Nie znał on tej słabości, ani też był tak dalece zarozumiałym. Prawdziwy eklektyk, jakby to dziś powiedziano, Gringoire należał do rzędu owych umysłów wzniosłych i stałych, umiarkowanych i spokojnych, które się zawsze najakuratniej środka trzymać umieją (stare in dimidio rerum), a są gorliwemi zwolennikami rozumu i filozofii liberalnej wtedy nawet, gdy sami kardynalskiej klamki pilnują. Drogocenne i nigdy nie niknące plemię filozofów! Mądrość, jako druga Ariadna, dała im zdaje się splot nici, które oni, przechodząc ziemskiego bytu koleje, od stworzenia świata rozsnuwają przez cały labirynt rzeczy ludzkich. Spotykamy ich po wszystkie czasy, zawsze do siebie podobnych, to jest zawsze na wszelkie czasy przygotowanych. I nie licząc już naszego Piotra Gringoire, któryby mężów tych przedstawiał w wieku XV, gdybyśmy go zdołali przywrócić do chwały na jaką zasłużył, — nadmienimy, że ich to duch ożywiał niewątpliwie pana Dubreuila, gdy ten w wieku XVI kreślił te słowa dziecinnie wzniosłe, godne wszystkich wieków:

„Jam Paryżanin wedle nacyey i parhiżanin wedle języka, jako parrhisia po grecku ma znaczyć swobodne mówienie; której to swobody zażywałem takoż przeciwko samym panom kardynałom, wujowi i bratu imci książęcia Conty, wszelakoż z respektem ich wielkości i nie urażając nikogo z ich dworu, co jest niemało."

W przykrem tedy wrażeniu, jakie kardynał wywarł na Gringoire'a, nie było ani nienawiści do jego osoby, ani pogardy dla jego urzędu. Całkiem przeciwnie; poeta nasz za wiele miał zdrowego zmysłu i zanadto wytartą kapotkę, aby szczególniejszej wartości nie przywiązywał do szczęśliwego zdarzenia, któreby do prześwietnego ucha kardynalskiego donieść mogło tę lub ową gładszą alluzyę prologu, a szczególniej ową gloryfikacyę delfina, potomka lwa Francyi. Nie interes to jednak włada szlachetną naturą wieszczów. Przypuśemy, że istota poety ma się jak liczba dziesięć; pewnem jest, że chemik coby ją rozłożył i „rozapteczył", jak mówi Rabelais, znalazłby w niej jedne zaledwo cząstkę interesu, na dziewięć miłości własnej. Owóż w chwili, kiedy się drzwi przed kardynałem otwarły, dziewięć części miłości własnej Gringoire'a, wydęte i nabrzmiałe pod oddechem uwielbienia ludowego, znajdowały się w stanie niebotycznego wytężenia, pod którem, jakby zduszony, znikał ów niedojrzalny element interesu, któryśmy przed chwilą w konstytucyi poetów wytknęli — element drogocenny zkądinąd, balast humanitaryzmu i realizmu, bez którego aniby się im chciało ziemi dotykać. Gringoire dawał sposobność napawania wzroku, czucia, dotykania rzecby można, zgromadzeniu całemu... hultajów, to prawda, Jecz cóż to znaczy? zgromadzeniu osłupiałemu przecież, skamieniałemu, oczadziałemu niejako w obec nieskończonych obrazów, tryskających każdej chwil: ze wszystkich części dyalogu. Utrzymuję, że uszczęśliwienie owo powszechne tłumów podzielał również sam autor, i że na opak Lafontai nowi (który na przedstawieniu własnej komedyi Florentin zapytywał: jaki to wałkoń ramotę ową skleił?), Gringoire miałby raczej ochotę pytać sąsiadów: czyje to arcydzieło? Możnaż sobie teraz wyobrazić, w jaki sposób oddziałało na niego raptowne i nieszczęsne przybycie kardynała.

To, czego się najbardziej należało obawiać, akurat się i stało,. Wejście kardynała od razu zburzyło ład i harmonię w audytoryum. Wszystkie głowy odwróciły się ku trybunie honorowej. Nie było sposobu porozumienia się i dojścia do ładu. — Kardynał! kardynał! — powtarzały wszystkie usta. Nieszczęśliwy prolog po raz drugi stanął jak wryty.

Kardynał zatrzymał się chwilkę na progu estrady. I kiedy wzrokiem dość obojętnym powiódł po zgromadzeniu, zamieszanie tymczasem rosło. Wszyscy chcieli jak najlepiej przybyłemu się przyjrzeć. Każdy dbał tylko o to, by jak najdogodniej głowę wytknął po nad ramię sąsiada.

I był to zaiste dygnitarz nielada, a widok jego wart był wszelkiej innej komedyi. Karol, kardynał Burbon, arcybiskup i hrabia lugduński, prymas Gallii, uważany był jednocześnie za krewniaka Ludwika XI, przez swego brata Piotra, pana na Beaujeu, który poślubił był starszą córkę królewską, i za krewniaka Karola Zuchwałego, przez swoją matkę, Agnieszkę Burgundzką. Owóż rysem głównym, rysem charakterystycznym i wyróżniającym temperament prymasa WszechGallii, był duch dworactwa i niezmierne poszanowanie wszelkiej potęgi. Sądźmyż teraz o niezliczonych kłopotach, jakie nań spływały z podwejnego tego rodactwa, i o wszystkich tych szkopułach świeckich, pośród których łódź jego duchowna zmuszoną była wywijać, by się nie rozbić ani o Ludwika, ani o Karola, o tę Charybdę i o tę Scyllę, która już pożarła była księcia na Nemours i konetabla Saint-Pol.

Dzięki niebu, kardynał jako tako wyszedł z tej przeprawy, i bez zawad wielkich dopłynął do Rzymu. Lecz, lubo znajdował się już u przystani, i dlatego właśnie, że się u przystani znajdował, nigdy nie mógł bez niepokoju wspominać rozmaitych przygód swojego życia politycznego, przez czas długi groźnego i pracowitego. To też i miał we zwyczaju powiadać, że rok 1476 był dla niego i czarnym i białym; rozumiejąc przez to, że w tym samym właśnie roku strać I zarówno matkę, księżnę Burgundzką, jak i kuzyna, księcia Burgundzkiego, i że w ten sposób jedna żałoba opłaciła mu się drugą.

Zresztą był to sobie człek niezły; pędził wesoło życie kardynalskie, na frasunek szukał lekarstwa w królewskiej winnicy Challuau, nie pogardzał Byszardą Garmoix i Tomicyą Saillarde, chętnie świadczył jałmużny młodszym raczej, niż starszym, i ze wszystkich tych powodów bardzo się podobał motłochowi paryzkiemi. Publicznie się okazywał nie inaczej, jeno otoczony małym dworem biskupów i opatów wyższej kategoryi, wymuskanych,wyświeżonych i w potrzebie nie zasypiających wcale dobrej okazyi; zkąd też niejednokrotnie zacne świętoszki z St. Gerraain d'Auxerre, przechodząc wieczorem pod rzęsisto oświeconemi oknami mieszkania Burbona, gorszyły się mocno, słysząc jak te same głosy, które za dnia śpiewały nieszpory, wywodziły teraz przy brzęku szklanek piosnki mniej uroczyste.

I owa to bezwątpienia popularność, nabyta zasługami tak oczywistemi, ochroniła kardynała, przy wejściu od wszelkiego złego przyjęcia ze strony gminnego łajdactwa, tak niezadowolonego przed chwilą, i bardzo mało usposobionego do szacunku dla jakiegoś tam kardynała, w dniu gdy samo króla śmieszków obierać miało. Paryżanie nie są też zatwardziałymi; rozkazawszy na własny rachunek i z własnego natchnienia rozpocząć przedstawienie urzędowe, poczciwi mieszczanie pokazali już kardynałowi swoje ale i zwycięztwo to uważali za dostateczne. Okrom tego, pan kardynał Burbon wcale przystojnym był mężczyzną, a do tego ubranym był w prześliczny płaszcz karmazynowy, który z wielkim wdziękiem i godnością na sobie nosił. Co znaczy, że już przez to samo po swojej stronie miał wszystkie kobiety, czyli, co na jedno wychodzi, lepszą połowę zgromadzenia. I zaprawdę, byłoby to niesprawiedliwością i dowodem najoczywistszego złego smaku gwizdać na takiego dygnitarza, który lubo nieco za długo kazał na siebie czekać przy widowisku, to przecież urodziwej był postawy i płaszcz miał karmazynowy.

Wszedł więc, pozdrowił obecnych z tradycyjnym uśmiechem potentatów dla ludu, i krokiem wolnym skierował się ku krzesłu obitemu aksamitem szkarłatnym; wyraz twarzy pokazywał, że czynił to machinalnie, że wcale o czem innem myślał, niż o misteryum. Otoczenie jego (czyli, jakbyśmy to nazwali dzisiaj, sztab główny) z biskupów i opatów złożone, wkroczyło za nim na trybunę, zdwoiwszy przez to hałas i ciekawość na parterze. Każdy kogoś sobie wskazywał, każdy kogoś po imieniu wołał, każdy jednego choć prałata znać poczytał sobie za obowiązek: ten imci biskupa marsylskiego Alaudet, jeżeli mie pamięć nie myli, — ów pierwszego kanonika kapituły St.-Denis, — tamten Eoberta de Lespinasse, opataz St.-Germain-des-Pres, brata jednej z kochanek Ludwika XI-go, — a wszystko to z przydomkami i dobrą miarką dodatków pogardliwych. Co do żaków, ci klęli. Był to ich dzień, ich własna uroczystość błaznów, ich saturnalie, doroczny odpust pisarków i studentów. Nie masz bezeceństwa, któreby dnia tego nie należało się im de jure, i nie liczyło się do rzeczy świętych. A byłyż przytem w tłumie kumoszki co się zowie: Szymona Quatrelivre, Agnieszka Gadine, Robina Piedebon. Cóż u licha! nie wolnoż-by już było nawet nakląć się sobie do syta i poturbować z lekka imię Pana Boga nadaremno, w dniu tak pięknym, a w tak dobranem towarzystwie sług Kościoła i panienek miejskich? To i nie żałowano sobie języka tak, iż pośród nieustającego wrzasku wyrywające się z ust, palestrantów i uczniów bluźnierstwa i potworności, głosy tem zuchwalsze, że je przez rok cały na wodzy trzymała obawa gorącego żelaza Ś-go Ludwika, tworzyły harmider rzeczywiście przerażający. Biedny Ludwik Święty! i takież to urągowisko sprawiano mu we własnym jogo Pałacu Sprawiedliwości! Każdy krzykacz wziął na kieł z liczby nowo-przybyłych na trybunę jedne jakąś sutanę, to czarną, to czerwona, to szarą, białą lub fioletową. Joannes Frolio de Molendino, on, z tytułu brata archidyakona, porwał się zapamiętale na kolor karinazynowy, i wlepiwszy bezczelnie wzrok w kardynała, śpiewał na zabej: Cappa repleta mero!

Wszystkie te szczegóły, które tu podajemy bez osłon, ku moralnemu zbudowaniu czytelnika, splatały się do tego stopnia w jeden ogólny hałas i rumor, że traciły całkiem na wydatności rumieńców pojedynczych, zanim na honorową estradę doleciały; zresztą nie wieleby one i dotknęły były kardynała w razie przeciwnym, tak dalece swobody dnia tego leżały w tradycyi obyczajowej. Miał on przytem — i oblicze jego wyraźnie to mówiło — wcale inny kłopot na głowie, który szedł w jego tropy i który tuż za nim wpakował się zaraz na trybunę: była to ambasada Plandryi.

Trapiła go ona. Nie żeby kardynał był, chowaj Boże! wielkim politykiem, lub miał sobie za baj-bardzo skutki wypłynąć mogące z małżeństwa Jejmościanki kuzyny swej Małgorzaty Burgundzkiej z Jego Miłością kuzynem swoim Karolem delfinem wiedeńskim; nie żeby zaprzątał sobie umysł pytaniami, jak długo trwaćby mogła zlepiona zażyłość księcia austryackiego z królem francuzkim, lub za jaką monetę przyjmie król angielski odtrącenie własnej swej córki .. Gdzie tam! To go najmniej niepokoiło; raczył się on przecież każdego wieczora złocistą barwą napoju z królewskiej winnicy Chaillot, i ani dbał o to, czemby tam miał pachnąć jakiś kubek tegoż samego wina (co prawda przejrzanego już nieco i poprawionego przez doktora Ooictier), który, ofiarowany Edwardowi IV przez Ludwika XI, uwolni kiedyś, pewnego pięknego poranka, Ludwika XI-go od Edwarda IV-go. „Wielce nam czcigodne poselstwo pana a książęcia austryackiego" nie zaprzątało żadnym tego gatunku drobiazgiem sumienia kardynała, ale mu natomiast dokuczało z innej strony. Rzecz to w istocie nie wiele pocieszna — a rzekliśmy już o niej słówko na drugiej zaraz stronicy tego opowiadania — rzecz to wcale nie przyjemna, być obowiązanym bez względu na to, że się jest Karolem Burbonem, to fetowania i ugaszczania Bóg wie jakichś tam mieszczuchów. Kardynał ma przyjmować ławników! Francuz, druh do szklanki et caetera, ma za pan-brat traktować Flamandów, bałwochwalców piwska! I to publicznie! Ani słowa, był to jeden z najnudniejszych grymasów, jakie kiedykolwiek wymusiła na nim uprzejma wola królewska.

To też z najgrzeczniejszym w świecie uśmiechem (czego bo nie może nauka!) zwrócił się nasz pan kardynał ku drzwiom, skoro tylko woźny dźwięcznym głosem oznajmił: Panowie posły Jmci książęcia austryackiego. Nie potrzebujemy mówić, że i publika cala za ruchem jego poszła.

Wtedy to wchodzić zaczęli dwóch po dwóch, krokiem poważnym, mocno odbijającym naruchliwem ile duchownego otoczenia Karola Burbona, ambasadorowie Maksymiliana austryackiego, w okrągłej liczbie czterdziestu ośmiu, mając na swojem czele wielebnego ojca po Bogu Jebana opata z Saint-Bertin, kanclerza Złotego runa, i Jakóba de Goy, sławnego Dauby, wielkiego sędziego Gandawy. Zgromadzenie zaległo ciszą głęboką, karbowaną z lekka tylko śmiechem duszonym. Słuchano wszystkich tych nazwisk niestworzonych i wszystkich tych dostojeństw mieszczańskich, jakiemi każdy z owych jegomościów wykazywał się, bez najmniejszej oznaki zmieszania, woźnemu, i jakie ten z kolei bezładnie, a po swojemu przerobiwszy, puszczał skroś tłumu. Byli to: mistrz Loys Boelof, ławnik miasta Louvain; możnie urodzony Glays d'Etuelde, ławnik brukselski; imci Paweł de Baeust, pan na Voirmizeille, prezydent Flandryi; mistrz Jehan Colegiens, burmistrz miasta Antwerpii; mistrz Jerzy vanMoere, pierwszy starosta kierkowy miasta Gandawy; mistrz Gheldolf van der Hage, pierwszy ławnik jatko wy tegoż rzeczonego miasta; i pan z Bierbecque, i Jehan Pinnock, i Jehan Dymaerzelle, i t. d., i t. d. — starostowie, ławnicy, burmistrze, i znowuż burmistrze, ławnicy i starostowie; a wszyscy sztywni, napuszeni, wykrochmaleni, odświętnie przyodziani w aksamity i damaszki, nakryci kapeluszami z czarnego aksamitu o wielkich złoto-puszystych kitach cyprowych; tęgie bądź co bądź głowy flamandzkie, postacie dzielne i surowe, z rodu tych, którym Bembrandt tak poważnie a silnie wystąpić kazał na ciemnem tle swego Rondu nocnego; obywatele, na czołach własnych noszący napis, że Maksymilian austryacki miał słuszność „cale polegać — jak się wyraził w swym manifeście — na ich wiernej wierze, zdrowej eksperyencyi, wszelkiej poczciwości i baczeniu dobrem."

Miał słuszność... z wyjątkiem jednego przecież. Był nim jegomość o twarzy przebiegłej, rozumnej, chytrej, gatunek zlewka z małpy i dyplomaty, naprzeciw któremu kardynał uczynił trzy kroki z ukłonem głębokim, a który jednakże nazywał się tylko Gwilhelm Bym, radca i pensyonarz miasta Gandawy.

Nie bardzo kto wówczas wiedział, czem był naprawdę Gwilhelm Bym. Geniusz rzadki, który w czasach rewolucyjnych byłby świetnym blaskiem wypłynął na powierzchnię wypadków, lecz który w wieku XV-m zniewolony był skupić się cały w intrygach podziemnych, i „żyć w podkopach", jak się wyraża książę Saint-Simon. Umiał go zresztą należycie ocenić pierwszy na owe czasy „kopacz" europejski; z Ludwikiem XI prowadził on machinacye na cztery oczy, i często przykładał rękę do tajemnych robót króla. Wszystkie te rzeczy zakrytem! były dla tłumu, który obecnie unosił się nad niezmienia grzecznością kardynała dla mizernej tej figurki starosty flamandzkiego.



ND-de-Paris-L1-Ch4

IV. Mistrz Jakób Coppenole

W chwili, kiedy pensy onarzgandawski i jego eminencya zamieniali między sobą ukłony głębokie i daleko głębiej od nich przed tłumem tajone półsłówka, sprezentował się człowiek wzrostu wysokiego, o szerokiej facyacie i potężnych ramionach, wchodzący jednocześnie z Gwilhelmem Rymem; rzekłbyś buldog obok lisa. Pilśniowy jego kołpak i kurta skórzana raźną plamą kładły się na otaczające go aksamity i jedwabie. Domyślając się, że jest to jakiś masztalerz zbłąkany, woźny zatrzymał go...

— Hej, przyjacielu, nie tędy! — rzekł.

Człowiek w skórzanej kurcie odepchnął go ramieniem.

— Czego on chce, ten facet, odemnie? — ryknął głosem, który od razu zwrócił uwagę publiczną na dziwne to zajście... — Cóż, nie widzisz kim jestem?

— Imię waszmości? — spytał woźny.

— Jakób Coppenole.

— A godność?

— Pończosznik z pod Trzech Łańcuchów, z Gandawy.

Woźny się cofnął. Oznajmiać takich gości, jak burmistrze i ławnicy, niechby już uszło; lecz pończoszników, to już wydało mu się za wiele. Kardynał stał jak na zarzewiu. Lud wszystek słuchał i patrzał. Oto już od dni dwóch jego eminencya głaska tych niedźwiedziów flamandzkich, by módz nieco przyzwoiciej na świat ich wyprowadzić, a tu, ot tobie i masz. Zbyt ostra nieprzystojność.

Ale tuż zaraz zbliżył się do woźnego Gwilhelm Rym, i ze zwykłym swym pół-uśmiechem szepnął mu nieznacznie:

— Oznajm mistrza Jakóba Coppenole, pisarza ławników miasta Gandawy.

Kardynał podchwycił głośno:

— Woźny, oznajmij mistrza Jakóba Coppenole, pisarza ławników prześwietnego miasta Gandawy.

Był to błąd. Wypadało samemu już Eymowi zostawić skręcenie karku przygodzie. Coppenole akurat właśnie posłyszał rozkaz kardynała.

— A krzyżu Pański! — wrzasnął głosem piorunującym. — Nie, powiadam! nie! Jakób Coppenole pończosznik i basta. Słyszysz, woźny? Ni krzty więcej, ni krzty mniej. Krzyżu Pański! pończosznik, alboż to mało? Niebój się, Jego Mość książę niejedne już rękawiczkę znalazł w mojej pończosze...

Wybuchły śmiechy i oklaski. Wszelki dwuznacznik natychmiast w Paryżu zrozumianym, a więc też i natychmiast uczczonym zostanie. Dodajmy, że Coppenole był z ludu, i że publika co go otaczała była również z ludu. To więc i znajomość między nim a nią nastąpiła szybko, elektrycznie, rzekłbyś gębą całą. Butny docinek pończosznika flamandzkiego, poniżający dworaków, poruszył we wszystkich tych duszach plebejskich nie wiem już jakie uczucie godności, tak jeszcze niewyraźne w wieku piętnastym. Toż jako równy równego, za paniebrat pończosznik potraktował Jego Miłość kardynała! Słodka zaiste myśl dla tego łapserdactwa, przywykłego do szacunku i posłuszeństwa w obec pachołków wielmożnej służby jaśnie wielmożnego starosty przy najprzewielebniejszym opacie od S-tej Genowefy, który sam z kolei był tylko koadjutorem pana kardynała!

Coppenole dumnie się skłonił Jego Eminencyi, która ze swojej strony pozdrowiła wiele mocnego mieszczucha, nielada co znaczącego u samego nawet Ludwika XI-go. Następnie, podczas gdy Gwilhelm Rym, „mąż roztropny a złośliwy", jak się wyraża Filip de Comines, jednego i drugiego mierzył od stóp do głowy wzrokiem wyższości i naigrawania, obaj zajęli swe siedzenia, kardynał nieco zmieszany i zakłopotany, Coppenole spokojny i wyniosły. Cokolwiekbądź — mówił może w duchu ten ostatni — równie dobry mej tytuł pończosznika, jak i wszelki inny; wie o tem Marya Burgundzka, matka tej samej właśnie Małgorzaty, która dziś za mąż wychodzi. Co kardynał, to kardynał, ale stokroć nieraz groźniejszy pończosznik. Nie kardynał by też to potrafił podmówić Gandawczyków do ukarania faworytów córki Karola Śmiałego; nie kardynał uzbroił swem słowem ducha tłuszczy na łzy i prośby kobiece, kiedy Jejmość księżniczka Flandryi przybyła błagać motłoch o życie dla swych protegowanych u samego podnóża ich szafotów; gdy tymczasem dość było pończosznikowi podnieść w górę swej łokieć skórzany, by zrzucić głowy wasze, jaśnie oświeceni panowie Guy d'Hymbercourt i kanclerzu Wilhelmie Hugonet!

Ale się nie wszystko na tem skończyło dla biednego kardynała; wypadło mu do dna samego wychylić kielich goryczy, jaki dlań zgotował obowiązek towarzyszenia owym nieokrzesańcom flamandzkim. Czytelnik nie zapomniał może bezczelnego żebraka, który na początku prologu wgramolił się był na gzemsy podwyższenia kardynalskiego. Przybycie znakomitych gości nie zachęciło go bynajmniej do opuszczenia raz zdobytego stanowiska; przeciwnie, podczas kiedy prałaci i ambasadorowie pakowali się sposobem śledzi holenderskich do ławek trybuny, on, nie żałując sobie wygody, najspokojniej się roztasował przy balaskach estrady, na której podstawie dzielnie oparł skrzyżowane nogi. Śmiałość była niesłychaną, ale nikt jej z razu nie zoczył, tak dalece uwaga powszechna gdzieindziej była skierowaną. Ze swej strony, żebrak ani baczył na to, co się tam dzieje w sali; kiwał się sobie wciąż z niedbalstwem Neapolitańczyka, i od czasu do czasu powtarza! sród szmerów, jakby z machinalnego przyzwyczajenia: — Co łaska! za zdrowie najmilsze!— I zaprawdę, on jeden może z całego zgromadzenia nie raczył zwrócić głowy w stronę zajścia woźnego z Coppenole. Owóż zrządził przypadek, że mistrz pończosznik gandawski, z którym lud w żywe zachodził współczucie, i w którego wszystkie utkwiły spojrzenia, zasiadł akurat w pierwszym szeregu ławek podniesienia, tuż nad samym żebrakiem; nie małeż to było zdziwienie zgromadzonych, gdy naraz ujrzano, jak ambasador flamandzki, obrzuciwszy najprzód wzrokiem umieszczonego przed sobą odartusa, klepnął go poufale po ramieniu łachmanami okrytem. Żebrak się odwrócił. Nastała chwilka zdziwienia; za nią szedł uśmiech odgrzebanej nagle znajomości, uradowania, etc; poczem, obojętni na widzów lub widowisko, pończosznik i biedak poczęli z sobą rozmawiać półgłosem, trzymając się wzajem za ręce, bez najmniejszego ma się rozumieć względu na to, że łachmany Clopina-Trouillefou, rozwieszone na złotogłowiach podwyższenia, raziły wzrok jak gąsienica u pomarańczy.

Nowość szczególnie tej sceny do tego stopnia podniosła rumor wesołości i szaleństwa w sali, że nie mogło to ujść zaciekawionej w końcu uwagi kardynała; pochylił się do połowy, i niedokładnie tylko ujrzawszy ohydną kurtkę żebraka (na dokładniejsze objęcie zdarzenia miejsce samo nie pozwalało), wyobraził sobie naturalnie, że żebrak o jałmużnę błagał, więc wzburzony taką śmiałością, zawołał:

— Mości starosto Pałacu, do rzeki mi tego huncwota!

— Krzyżu Pański! — odparł Coppenole, nie puszczając rąk żebraka — toż to jeden z moich przyjaciół, jaśnie kardynale!

— Dobrze! tak jest! hej kolenda! — huknęły tłumy.

Od tej chwili mistrz Coppenole, w Paryżu zarówno jak iw Gandawie wielkie zachowanie w czerni posiadł, gdyż — jak powiada Filip de Oomines — „mężowie tej krwie zawzdy takowe tam mieć będą, skoroć się w porządku nie trzymają."

Kardynał przygryzł wargi, i zwróciwszy się ku swemu sąsiadowi, opatowi od S-tej Genowefy, rzekł doń z cicha:

— Przedziwnych ambasadorów przyseła nam Jego Miłość arcyksiążę dla oznajmienia Jmci Małgorzaty.

— Wasza Eminencya napróżno tylko grzeczność traci z tymi wałkoniami flamandzkiemi. Margaritas ante porcos.

— Powiedz raczej, opacie — odrzekł kardynał głośniej z uśmiechem — powiedz raczej: Porcos ante Margaritami.

Całe otoczenie zawtórowało uwielbieniem grze tej słów. Ulżyło to nieco kardynałowi; pokwitował się w ten sposób z Coppenole; i jego również dowcipowi przyklaśnięto.

A teraz niechże ci z naszych czytelników, którzy, jak się to mówi stylem dzisiejszym, uzdolnieni są. do uogólniania obrazów i pojęć, pozwolą nam łaskawie postawić pytanie, azali w istocie jasno i dokładnie uobecniają w swej wyobraźni widok, jaki przed nimi roztacza, w chwili gdy ich uwagę zatrzymujemy, czworobok wielkiej trybunalskiej komnaty? Ku środkowi, oparta o ścianę zachodnią sali, szeroka i pyszna trybuna ze złotogłowiów, do której przez małe ostrołukowe drzwiczki wchodzą processyonalnie osoby poważne, oznajmiane krzykliwym głosem woźnego. Na pierwszych jej ławkach, lik znaczny figur obciążonych gronostajami, atłasami i purpura. W około podwyższenia, zatopionego w milczeniu przyzwoitem, w dole, naprzeciw, wszędy, tłum wielki i hałas wielki. Tysiączne skrzyżowane spojrzenia ludu na każdą z kolei twarz dygnitarzów w trybunie, tysiączne szmery przy każdem nazwiska. Zaiste, widowisko to ciekawe i ze wszech miar zasługujące na uwagę widzów. Ale tam oto, aż w samym końcu, cóżby to było takiego ? Co znaczy owa buda, gatunek szłabana, z czterma upstrzonemi figurkami w górze i czterema u dołu? A ten tam znów człeczyna w czarnej kapotce o bladej twarzy, tuż przy baraku, co zacz ? Ach! niestety, drogi mej czytelniku, to Piotr Gringoire i jego prolog.

Na śmierć o nim zapomnieliśmy.

A tego to on właśnie lękał się najbardziej.

Od chwili kiedy wszedł kardynał, Gringoire ani na sekundę nie ustał w usiłowaniach, wymierzonych zawsze ku podtrzymaniu swej sztuki. Rozkazał był najprzód aktorom, którzy naraz rzecz swą zawiesili, by na nic nie zważając recytowali dalej, podniesionym jeno głosem; następnie, widząc że nikt ani myśli słuchać, zatrzymał bieg akcyi; a oto teraz już od kwadransa blizko tupcze nogami, rzuca się, podmawia Gisąuettę, podmawia Lienardę, zachęca swych sąsiadów do baczenia na prolog; wszystko napróżno. Nikt nie odrywał oczu od kardynała, poselstwa i estrady, jedynego centrum tego obszernego koła promiennie zbiegających się spojrzeń. Trzeba też wnosić, a nie bez smutku to powiadamy, że wejście kardynała, które w tak okropny sposób rozwej sztuki przerwało, zmniejszyło zarazem niepomału i interes przywiązany do bogatej zresztą treści prologu, gdyż ostatecznie, na podwyższeniu czy na stole marmurowym, widowisko było tosamo : tu i tam zajście Trudu ze Stanem duchownym i Szlachty z Kupiectwem. Niejednemu zaś z widzów daleko więcej się podobało przedstawienie z osób rzeczywistych, żywych, działających, z krwi i kości, oddychających pod tą sutaną kardynała, pod tym kaftanem Coppenola, i spychających się w7zajem w tem tłokowisku ambasadorów flamandzkich i dworu biskupiego, niżeli misteryum lalek fabrycznych, upstrzonych, wymuskanych, rozprawiających wierszowaną prozą, i rzec-by można duszących się pod temi białemi i żółtemi kapami, które na nich Gringoire ponaciągał.

Pomimo to, skoro tylko poeta nasz spostrzegł, że się spokojność ustaliła nieco, wpadł wraz na pomysł, który omal wszystkiego nie ocalił.

— Panie — powiedział, zwracając się do jednego ze swoich sąsiadów, poczciwego i tłustego jegomościa o twarzy cierpliwej — a gdybyśmy to znów zaczęli?

— Jak ? — spytał sąsiad,

— Gdybyśmy zaczęli na nowo?

— Co zaczęli?

— A no, misteryum.

— Jeżeli chcecie, to zacznijcie — odparł sąsiad.

Owo pół-przyzwolenie wystarczało Gringoirowi; sam tedy do własnej się sprawy zabrawszy, jął krzyczeć na wsze strony, głosem o ile podobna zbliżonym do głosów tłumu :

— Zaczynajcie misteryum! dalszy ciąg misteryum!

— Do licha! — odezwał się Joannes de Molendino — i cóż tam znowu śpiewają hen ci, w kącie? (Gringoire wrzeszczał bowiem za czterech). Słuchajcie bracia! alboż się misteryum nie skończyło jeszcze? Chcą je rozpocząć; jest-że to sprawiedliwie?

— Nie, nie! — jednomyślnie odpowiedzieli żacy.. Precz z misteryum! precz!

Ale się Gringoire mnożył i nie przestawał krzyczeć coraz silniej:

— Zaczynajcie! zaczynajcie!

Hałasy te ściągnęły uwagę kardynała.

— Panie starosto trybunalski — rzekł do wysokiego mężczyzny w czerni, trzymającego się o kilka kroków od dygnitarza kościelnego — czy nie wpadli te łobuzy do chrzcielnicy, że sprawiają ten harmider piekielny?

Starosta pałacu, był to rodzaj sędziego-amfibii, coś niby w guście nietoperza trybunalskiego, niby szczur, niby ptak, prokurator i żołnierz.

Zbliżył się do jego eminencyi i nie bez silnej obawy narażenia się na gniew mocarza, wytłemaczył mu jąkliwie głupią gorączkę motłochu: jak to w południe przybyło przed jego eminencya, i jak tłumy zmusiły komedyantów zacząć nie czekając na jego eminencyę.

Kardynał wybuchł śmiechem.

— Na moją duszę — powiedział — pan rektor wszechnicy powinienby był to samo zrobić. Co o tem myślisz, mistrzu Gwilhelmie Rym?

— Jaśnie oświecony książę - arcypasterzu — odrzekł Gwilhelm Rym — bądźmy radzi, żeśmy choć przed połową komedyi umknęli. Zawszeż to wygrana.

— Hultajstwo ma-li dalej teatrum swe czynić? — spytał starosta.

— Czyńcie, czyńcie, — odrzekł kardynał; — wszystko mi jedno.

Odczytam sobie tymczasem brewiarz.

Starosta postąpił ku poręczom estrady, i dawszy znak ręką, by się uciszono, zawołał:

— Obywatele, prostactwo i mieszkance! Dla zaspokojenia tych, którzy pragną by skończono, i tamtych którzy chcą by zaczęto, jego eminencya rozkazuje, by dalej rzecz prowadzono.

Trzeba było obu stronom ustąpić przed wyrokiem kardynała. Ale i autor i publika nie prędko zapomnieli tej obrazy jego eminencyi. Osoby na scenie podjęły tedy raz jeszcze rymowaną nitkę powieściowego watka, a Gringoire się pocieszał, że przynajmniej dalszy ciąg jego sztuki szkodliwych przerw nie dozna. Zawiodła go wszakże niebawem i ta nadzieja, równie jak i poprzednie jego ułudy. Cisza i porządek w istocie ustaliły się jako tako w audytoryum; tego tylko nie zauważył Gringoire, że w chwili właśnie, kiedy kardynał wydał był rozkaz przedłużający zabawę, podwyższenie bynajmniej jeszcze zapełnionym nie było, i że za posłami flamandzkimi szły nowe osobistości należące do orszaku, których nazwiska i godności, rzucane bez ładu i szyku w sam środek dyalogu, wedle niezmordowanej litanii krzykliwego woźnego, sprawiały w sztuce spustoszenia straszliwe. Bo tez w rzeczy samej wyobraźmy sobie przedstawienie teatralne, którego dykcyę sceniczną, akurat w najciekawszych jej ustępach, przecinają raz po raz donośne wołania hajduka, urywające tu końcówkę wyborną, tam przepoławiające wiersz doskonale w sobie zamknięty, i to nawiasami w gatunku następujących:

— Mistrz Jakób Charmolue, prokurator królewski przy trybunale kościelnym!

— Jehan de Harloy, koniuszy, dowodzcą rycerskiej straży nocnej w stołecznym grodzie Paryżu!

— Wielmożny Galiot de Genouilhac, kawaler, pan na Brussac, mistrz artylleryi królewskiej!

— Mistrz Dreux-Raguier, wielki dozorca wód i lasów króla jegomości pana naszego, w krajach Francyi, Szampanii i Brie!

— Mistrz Ludwik de Graville, kawaler, radca i dworzanin królewski, admirał Francyi, zwierzchnik Jasów vinceriskich!

— Mistrz Denis Lemercier, rządca domu ślepych w Paryżu! Etc. etc. etc.

Stawało się to nieznośnem.

Dziwny ów akompaniament, nie pozwalający śledzić za rozwojem sztuki, tem mocniej oburzał Gringoire'a, że niepodobna mu było utaić, iż sceny obliczone były na coraz wyższe zajęcie publiczności, i że dla pochwycenia całkowitej doskonałości dzieła, dość było słuchać i patrzeć. W istocie trudnoby wymyśleć splot zdarzeń bardziej oryginalny i dramatyczny. Cztery allegorye wciąż jeszcze, w śmiertelnym kłopocie wyboru, gorzkie wywodziły żale, gdy naraz Wenus w osobie własnej (vera incessu patuit dea) zjawiła się przed niemi w prześlicznym stroju, naszytym herbownemi okrętami miasta Paryża. Ona sama przybyła po delfindor obiecany najpiękniejszej. Jowisz, którego gromy rozległy się jednocześnie w szatni barakowej, poparł żądanie bogini; wygrana przechylała się już na jej stronę, czyli mówiąc bez przenośni, Delfin miał już być zaślubionym królowej piękna, gdy nowym zwrotem kunsztu poetyckiego do walki z Wenerą stanęło niespodziewanie młode dziewczę, w białej damaszkowej sukni z kwiatkiem małgorzaiki w ręku (przejrzyste uosobienie jejraościanki księżniczki Flandryi). Ten najwyższy punkt sztuki teatralnej, apogeum dzieła. Po niejakim sporze Wenus, Małgorzata i allegorye zgadzają się na polubowny sąd Najświętszej Panny. Miał tu jeszcze również piękną rolę Don Pedro, król Mezopotamii; w jakim jednak stosunku zostawał do całości sztuki, niepodobna już było dociec sród tylu przerw i przeszkód. Wszystko to wstępowało na teatrum po drabince. Ale napróżno. Żadnej z tych piękności ani odczuto ani pojęto. Rzekłbyś, że za przybyciem kardynała nić jakaś niewidoma i magiczna pociągnęła nagle wszystkie spojrzenia od stołu marmurowego ku estradzie, od zachodniego końca sali ku wschodniemu jej końcowi. Nic już nie mogło odczarować zebrania; wszystkie oczy przylgły do świeższego widowiska, a nowo przybywający, ich imiona przeklęte, ich ubiory, ich twarze, stały się niewyczerpanem źródłem rozrywki tłumów. Nieodżałowane zdarzenie. Z wyjątkiem Gisquetty i Lienardy, które się odwracały kiedy niekiedy, pociągane za suknie przez Gringoire'a, z wyjątkiem spokojnego grubego sąsiada, nikt nie słuchał, nikt nie chciał spojrzeć jak należało na biedne opuszczone misteryum.

Gringoire postrzegał przed sobą same tylko profile.

Z jakąż goryczą spoglądał na całe to rusztowanie chwały i poezyi, rozpadające się kawał po kawale! I myśl-że tu sobie, że jeszcze przed chwilą wszystek ów lud gotów był powstać przeciw panu staroście z niecierpliwości oglądania czem prędzej sztuki! Teraz, gdy się ją ma, ani się o nią dba! I ktoby przypuścił, że to jest to samo przedstawienie, które się zaczęło sród jednomyślnych potwierdzeń i oklasków! Wieczna historya przypływu i odpływu faworów gminnych! Ani-byś uwierzył, że się zabierano do wieszania pachołków starościńskich! I czegobyś to nie dał, gdyby można było powrócić do owej godzinki miodowej.

Z tem wszystkiem, brutalny monolog woźnego ustał nareszcie; goście się zebrali co do jednego. Gringoire odetchnął. Aktorowie rznęli dalej jak przystało. Lecz cóż-to? Majster Coppenole, pończosznik, powstaje naraz? i czego? Gringoire uszom swoim wiary daó nie chce. Sród powszechnej uwagi niedźwiedzisko gandawskie ni z tego ni z owego ćwiczy mówkę do tłumu w następujących szkaradnych wyrazach:

— Sławetni mieszczanie i wielmożni obywatele paryzcy! nie wiem co my, Krzyżu Pański! robimy tutaj. Toć i ja widzę, hen tam w kącie, na szłabanie owym, jakoby ludzie jacyś zabierali się do bejki. Nie wiem, azali one to rzeczy nazywacie misteryą, ale w tem nie ma ani krzty uciechy; kłótnia na języki, nic więcej. Oto już od kwadransa czekam na pierwszy kułak, i ani Boże daj. To są tchórze, powiadam wam, którzy się kaleczą samemi jedno połajankami. Należało sprowadzić zapaśników z Londynu lub Rotterdamu, ot! wtedy to co innego; mielibyście takie szturchańce, że z placu możnaby je było słyszeć: ale co do tych, to litość bierze. Powinniby przynajmniej wystąpić z tańcem arabskim lub z inną jaką krotofilą. Wcale co innego mi powiedziano ; obiecano weselisko błaznów i wybór królika onych. W Gandawie my również mamy swego króla trefnisiów, i pod tym względem wcaleśmy w tyle nie pozostali, Krzyżu Pański! Ale u nas dzieje się to inaczej trochę. Zbieramy się, jak i tutaj, hurmą; po czem każdy z kolei wysadza głowę z umyślnego otworu i tak gębę zebranym pokazuje; ten który się najohydniej wyszczerzy, bywa ogłoszony królem przy okrzykach całego zebrania. Ot jak! Zabawa jest niezmiernie pocieszna. Czy chcecie, żebyśmy wybrali królika sposobem naszym, gandawskim? Będzie to w każdym razie rzecz mniej nudna, niż słuchać tych tam gadanin. Jeżeli i ichmościowie ze szłabana chcą z grymasami swoimi w otworze się pokazać, to i owszem, przyjmiemy ich do gry. Cóż o tem powiadacie, sławetni panowie? Mojem zdaniem, znajdą się tu dostatecznie grubiańskie próbki tak z płci jednej, jak drugiej, byśmy się sobie pośmiać mogli z flamandzka, a i twarze nasze zanadto są brzydkie, byśmy nie mieli liczyć na grymas wyborniejszy.

Gringoire zamierzył był odpowiedzieć na przemówienie, ale mu słowa zastrzegły w gardzieli z osłupienia, gniewu i oburzenia. A przy tem, wniosek ukochanego już pończosznika z takim zapałem przyjęty został przez tych mieszczuchów, którym schlebił tytuł wielmożnych, że wszelki opór pozostaćby musiał bezskutecznym. Nie było innej rady, tylko się poddać prądowi. Gringoire zakrył sobie oblicze obiema rękami, bo mu nawet szczęście na tyle nie dopisało w życiu, by miał czem głowę sobie osłonić, na wzór Agamemnona Tymantejskiego.



ND-de-Paris-L1-Ch5

V. Quasimodo.

W jedno mgnienie oka wszystko było gotowe do wykonania pomysłu Coppenola. Mieszczanie, żacy, palestranci wzięli się do roboty. Mała kapliczka, położona naprzeciw marmurowego stołu, wybraną została na widownię mimiki. Szyba wybita w ślicznej różyczce ponad, drzwiami pozostawiła wolnym okrąg kamienny, który przeznaczono na głowy współzawodników o najpiękniejszy grymas i z nim połączone królewstwo. Żeby dosiądź otworu, dość było wleźć na dwie beczki, wygrzebane nie wiem już zkąd, i naprędce jedna na drugiej umocowane. Postanowiono przytem, dla zachowania świeżości i dziewiczości wrażeń spłynąć mających przez okienko różyczkowe, że każdy kandydat płci męzkiej lub żeńskiej (gdyż królewstwo błaznów nie zna ustawy salickiej), aż do chwili wystąpienia swego na scenie, to jest na beczkach, zawczasu przejdzie do kaplicy z zakrytą twarzą. W jednej sekundzie kaplica się zapełniła współzawodnikami, za którymi natychmiast drzwi zamknięto.

Coppenole z miejsca wszystkiem rozporządzał, wszystko załatwiał, wszystkiemu ład i kierunek nadawał. Kardynał niemniej od Gringoire'a dotknięty przygodą, usunął się z podwyższenia wraz z orszakiem po pierwszych zaraz objawach radości ludowej, z jakiemi propozycyę Flamanda przyjęto, a to pod pozorem zajęć licznych i nieszporów. Wyjściu temu towarzyszyła również głęboka obojętność tłumów, jak głębokiem było wrażenie sprawione przybyciem kardynała. Jeden tylko Wilhelm Rym zauważył cofnięcie się jego eminencyi. Ciekawość publiczna, kołowrotny swej bieg snać na wzór słońca dopełniała; wyszedłszy z jednego końca komnaty, zatrzymawszy się czas jakiś pośrodku, wchodziła obecnie na przeciwny skraj zakola. Stół marmurowy, trybuna ze złotogłowiów, odbyły Swe momenta; teraz padła kolej na kaplicę Ludwika XI. Przed szałem na rozcież otwarły się odtąd wszystkie podwoje. Na pobojowisku pozostali tylko Plamandowie, z hultajstwem do współki.

Rozpoczęły się wyszczerzania. Pierwsza figura, jaka się w otworze pokazała, z powiekami wywróconemi na czerwono aż ku osadzie białek, z gębą rozdartą jak paszcz krokodyla, z czołem pomarszczonem niby cholewy husarskie z czasów Napoleońskich, wywołała śmiech tak siarczysty a niepowstrzymany, że Homer byłby wsiał wszystkich tych chamów za bogów. Wielka komnata bynajmniej przecież Olimpem w tej chwili nie była, i nikt lepiej o tem nie wiedział od biednego Jowisza, podniesionego do tych zaszczytów przez Gringoire'a. Grymas szedł tymczasem za grymasem; po pierwszym drugi, po drugim trzeci; a śmiech i radosne tupanie nogami wzmagały się za każdym. Było -w tem widowisku coś tak szczególnie szalonego, coś do tego stopnia przepojonego wścieklizną ludowego zapału i uroku, że o tem niepodobna byłoby dać czytelnikom naszych czasów i naszych salonów bodaj przybliżonego wyobrażenia. Przedstawmy sobie szereg twarzy, wysilających się lub wysilonych, każda swoim sposobem na wszelkie kształty geometryczne, od trójkąta do trapezu, od stożka do wielokąta; na wszelkie możebne wyrazy namiętności ludzkich, od gniewu do rozwiązłości; na wszelkie wzrosty, od krzywizn nowo-narodzonego dziecka aż do zmarszczek konającej zgrzybiałości; na wszelkie fantasmagorye religijne, od Fauna do Belzebuba: na wszelkie profile zwierząt, od ptasiego dzioba do psiej mordy, od baraniego pyszczka do słoniowej trąby. Wyobraźmy, że wszystkie rzeźbione poczwary Nowego mostu, owe w dłoni Hermana Pilon skamieniałe upiory, ożyły naraz, oddechu nabrały i przyszły, każda z kolei spojrzeć nam w oczy pałającemi ślepiami; że wszystkie maski karnawału weneckiego zaczęły się podsuwać jedna po drugiej pod lunetę naszą... Toby dopiero może uprzytomniło nieco żywe obrazy otworu kapliczki, i grę przez Coppenole zaproponowaną. Istny kalejdoskop potworności ludzkich ! Rozpusta coraz więcej przybierała charakter flamandzki. Teniers bardzo tylko niedokładnie mógłby ją odmalować. Byłoby to chyba coś w rodzaju któregokolwiek z bojowych obrazów Salvatora Rozy, gdyby figury jego objął szał bachancki. Nie było tu już ni żaków, ni ambasadorów, ni mieszczan, ni mężczyzn, ni kobiet: poginęły Clopiny Trouillefou, Gille'owie Lecornu, Marye Quatrelivres, Robkowie Poussepain. Wszystko się stopiło na wspólną swawolę. Wielka komnata stała się jednym ogromnym tyglem zuchwalstwa i bezwstydu, w którym co usta to krzyk, co twarz to grymas, co jednostka to karykatura: wszystko wyło i wrzeszczało. Każde oblicze, które kolejnie przychodziło zgrzytnąć zębami u różyczki, było jakoby głownią w zarzewie rzuconą; po nad całym zaś tłumem rozgorączkowanym unosił się, niby para nad kotłem, szum jakiś dziwnie ostry, cierpki, sykliwy, jak muzyka rojowisk szerszenich.

— Aj, aj! a niech go piorun!

— Spójrz-no na tego...

— Et, nic nie wart. Pójdź precz!

— Hej! Co innego teraz!

— Wilhelmeczko Maugerepuis, obacz-że ten tu pysk bawoli; rogów mu tylko brak... To nie twej mąż.

— Hej, kto inny teraz.

— A żeby ci kiszki wylazły! a toż co za mina?

— Hola! nie wolno oszukiwać! Głowę się tu tylko pokazuje.

— To ta przeklęta Perretka Callebotle! Ona bez żartu zdolna zrobić coś podobnego.

— Nie wstydź się! tęgo! hej kolęda!...

— Brzuch mi pęka!

— Ten znowu uszu nie może przesadzić; patrzaj!

I.t. d. i t. d.

Trzeba przecież i tu oddać słuszność naszemu przyjacielowi Johanowi. Sród tego nawet czarciego weseliska, można go jeszcze było wyróżnić; trzymał się wierzchołka słupa, jak chłopiec okrętowy koronki żagla. Ciskał się ze wściekłością nie do opisania. Rozwarł usta jak bramę do wyjazdu; głosu jednak, który się z nich wydobywał, nikt nie mógł dosłyszeć, nie żeby go miał pochłaniać wrzask ogólny, cokolwiekby zresztą było do powiedzenia, lecz że prawdopodobnie przekraczał już granicę dźwięków ostrych dostępnych uchu ludzkiemu, liczbę dwunastu tysięcy drgnięć według Sauvera, ośmiu tysięcy według Biota.

Co do Gringoire'a, po przejściu pierwszego upadku na duchu, odzyskał on dawną moc woli. Zahartował się przeciwko złym losom.

— No i cóż, róbcie swoje! — zawołał po raz dziesiąty na komedyantów, tych swoich machin do gadania. Poczem, gdy się wielkiemi krokami przechadzał przed stołem marmurowym, napadła go chętka pójść samemu z kolei ku okienku kaplicy, choćby dla tego, by mieć przyjemność pokazania zębów niewdzięcznej tej chałastrze.

— Ale nie — odpowiedział zaraz samemu sobie — toby nie było nas godnem. Żadnej zemsty. Walczmy do ostatka, władza poezyi nad ludem wielką jest. Poprawię tych prostaków. Zobaczymy, kto weźmie górę: grymas czy literatura.

Niestety, sam tymczasem był jedynym widzem swej sztuki. W obecnym razie było to coś gorszego jeszcze, niż przed chwilą, kiedy poeta miał przed sobą tylko profile. Tłum bowiem uczynił był, jakto wiemy, nowe pół-obrotu w stronę przeciwną scenie... Ach, prawda; przepraszamy. Przy sztuce, ku niej twarzą zwróconą, oprócz Gringoire'a, jeszcze ktoś pozostał. Był to ten sam gruby jegomość, którego poeta radził się już był raz w krytycznej okoliczności. Co się zaś tycze Lienardy i Gisquetty, one już oddawna drapnęły. Ta wierność prologowi jedynego widza, do głębi wzruszyła Gringoire'a, Zbliżył się więc ku niemu, i słów parę don przemówił, pociągnąwszy go wpierw mniej więcej silnie za rękaw; poczciwość bowiem, oparty o ogrodzenie, zdrzemnął snać sobie troszeczkę.

— Panie — rzekł poeta — dziękuję ci.

— Czy tak? — odparł tłuścioch, ziewnąwszy niedwuznacznie. — I za cóżby takiego, panie?

— Spostrzegam, co cię tu martwi i niecierpliwi. Wszystek ten hałas przeszkadza ci słuchać ze skupieniem należytem. Ale bądź pan spokojny: imię pańskie przejdzie do potomności. Jakże godność?

— Renauld Chateau, stróż pieczęci w kasztelu paryzkim, do usług pańskich.

— Panie, jesteś tu pan jedynym przedstawicielem muz — mówił Gringoire.

— Zanadtoś pan łaskaw, zacny panie — odpowiedział stróż pieczęci z kasztelu.

— Jesteś pan jedyną osobą — ciągnął Gringoire — która należycie słuchała sztuki. I jakże ją pan znajdujesz?

— Ba! ba! — odparł gruby urzędnik do połowy już rozbudzony — ot niczego sobie, dość niby zabawna...

Wypadało Gringoire'owi poprzestać na tej pochwale, gdyż grzmot oklasków, zmieszany z okrzykami potwierdzenia, w tejże właśnie chwili, jak nożem uciął ich rozmowę. Król hołoty został obrany.

— Hej kolęda! kolęda! kolęda! — krzyczał lud ze wszech stron. Grymas, który w tej chwili promienił w otworze różyczki kaplicznej, cudownym był w rzeczy samej. Po wszystkich figurach pięciokątnych, sześciokątnych i wielokątnych, następujących po sobie przed chwilą w owem okienku, a nie mogących dotąd odpowiedzieć ideałowi, jaki się był wyrobił w mózgach podnieconych gorączką i szałem swawoli, trzeba było w istocie, dla pozyskania głosów publiki, takiej chyba monstrualnej facyaty, jaka w obecnej oto chwili olśniła zgromadzenie. Sam mistrz Coppenole dał oklaski; a Clopin Trouillefou, również należący do konkursu (Bóg zaś widzi, że miał ku temu wszelkie dościgłe na ziemi prawa), otwarcie wyznał, że jest zwyciężonym. I nam też nic innego nie pozostaje. Nie będziemy się przed czytelnikiem silili na opis tego nosa czterościennego, tych ust zgiętych na dół w podkowę; tych oczu małych, z których jedno, lewe, nakrywała ropą czerwoną zachodząca powieka, a drugie, prawe, zakryte było całkowicie ogromną brodawką; tych zębów roztrzęsionych, tu i owdzie powykręcanych i powyłamywanych, jako karbowane otwory forteczne; tych warg spiekłych i pryszczatych, które jeden z zębów ochwytywał, jako kieł dzika lub słonia; tego podbródka widłowato rozdartego; nadewszystko zaś tego ogólnego wyrazu, rozlanego po całej twarzy — wyrazu złożonego ze złośliwości, zdziwienia, i tęsknoty. Wyśnijcie, jeśli zdołacie, całość podobną.

Okrzyk był jednomyślny. Rzucono się ku kaplicy, z której wyprowadzono po chwili w tryumfie szczęśliwego króla śmieszków. I tu dopiero podziw i uwielbienie doszły do swego szczytu. Grymas nowowybranego nie był bowiem wcale grymasem, lecz zwyczajnym stanem ego oblicza.

Albo raczej jego postać cała, była jednym grymasem, jedną wiązanką krzywizn. Wielka głowa najeżona ryżemi włosami; zamiast piec garb potężny, którego odskokowa wzajemnica przodem aż wyłaziła; golenie i łydki w tak dziwny system poskręcane, że się z sobą stykać mogły jedynie za pośrednictwem kolan; widziane zaś z przodu, wyglądały jako dwie pary sierpów, rogato z sobą powiązanych; stopy szerokie, ręce potworne, a przy całym tym nieładzie pojedynczych organów jakaś szczególna i straszna zamaszystość, jakaś potęga zręczności, dzielności i odwagi w całej budowie; niesłychany wyjątek od wiekuistego prawa, które chciało, by siła, równie jak piękność, wynikała z harmonii. Takim był królik, którego trefnisie na tron swej powołali.

Rzekłbyś, olbrzym w kawałki strzaskany i niezręcznie napowrót sklecony.

Gdy gatunek owego cyklopa zjawił się na progu kaplicy, nieruchomy, przysadzisty, i tyleż graby, ile wysoki; czworokątny u podstawy, jak się pewien wielki człowiek wyraził; gmin od razu go poznał, najprzód po jego kurtce pół czerwonej a pół-fioletowej, zasianej dzwonkami srebrnemi, następnie zaś, i najgłówniej z jego brzydoty doskonałej.

ND-de-Paris-L1-Ch5-Quasimodo

— To Quasimodo — krzyknięto jednogłośnie — dzwonnik katedralny! Quasimodo, garbus notre-damski! Quasimodo jednooki! Quasimodo koszlawy! Brawo! wybornie! kolęda!

Widzimy, że jeżeli czego, to przydomków biedakowi nie brakło!

— Na bok niewiasty zamężne! — krzyczeli żaki.

— Lub które niemi być pragną! — podchwycił Joannes.

Kobiety istotnie zakrywały sobie twarze.

— Ach, obrzydliwa małpa! — wołały niektóre.

— Niemniej złośliwa, jak brzydka! — dodawały inne.

— To szatan! — mówiła jedna.

— Mnie nieszczęście dało zamieszkać około Panny Maryi — opowiadała druga — w nocy słyszę, jak to brzydactwo po dachach się grzebie.

— Z kotami.

— Ciągle łazi po naszych ściekach.

— A nam paskudztwa rozmaite przez kominy ciska.

— Któregoś wieczora monstrum to przyszło zerknąć do mego okna. Myślałam zrazu, że to jaki psotnik mężczyzna. Zlękłam się niezmiernie.

— Przysięgłabym, że ropucha ta chodzi na wieczornice wiedźm. Pewnego razu miotłę zostawił na mojej przyzbie.

— Ach, obrzydliwe stworzenie!

— O, szkaradzieństwo!

— Tfu!

Mężczyźni, przeciwnie, byli zachwyceni i oklaskami sypali.

Quasimodo, przedmiot powszechnego tłoku i zaciekawienia, stał sobie dalej u drzwi kaplicy, wyciągnięty, chmurny, poważny. Pozwalał się podziwiać. Żak któryś (Robek Poussepain, jak sądzę) podbiegł parsknąć mu śmiechem w żywe oko (nie możemy powiedzieć: oczy), lecz zanadto się zbliżył. Quasimodo na tem poprzestał, że go wziął za pas i w tłum rzucił, na kroków jakie dziesięć, nie rzekłszy przy tem ani słowa.

Majster Coppenole, uniesiony, postąpił ku niemu.

— Krzyżu Pański! — rzekł — bodaj cię! klnę się na wszystko, że doskonalszej brzydoty w życiu mem nie widziałem. Nie ma co! w Paryżu, w Gandawie, czy w Rzymie, słusznie ci korona błazeńska należy.

To mówiąc, położył mu wesoło rękę na ramieniu. Quasimodo się nie poruszył. Coppenole prawił dalej:

— Jesteś zuch, co się zowie, i dalipan, że mam świerzbiączkę palnąć z tobą butelczynę i jak przystoi zakąsić, bodajby to mnie kosztować miało okrągły tuzin nowych dydek królewskich... Jak ci się zdaje, hę?

Quasimodo nic nie odrzekł.

— Cóż to, krzyżu Pański! czyżeś głuchy? — zawołał pończosznik.

Garbus był istotnie głuchym.

Swoboda jednak Coppenole'a snać zaczynała go nudzić niepomału, zwrócił się bowiem nagle ku Flaraandczykowi i tak przeraźliwie zgrzytnął zębami, że się olbrzym gandawski cofnął, jak buldog przed kotem.

Utworzył się wtedy w około dziwnej tej istoty krąg przerażenia i szacunku, mający najmniej piętnaście stóp geometrycznych w promieniu. Staruszka jakaś wytłómaczyła majstrowi Coppenole, że Quasimodo jest głuchy.

— I głuchy także? — zawołał pończosznik, śmiejąc się na całe gardło. — Ależ krzyżu Pański, to król nad króle!

— Aha, poznaję go — zawołał Jehan, który zlazł nareszcie ze swego kapitela, by się zblizka przyjrzeć nowemu panu hałastry. — Poznaję go: jest to dzwonnik mojego brata archidyakona. Dzień dobry, Quasimodo!

— Djabeł nie człowiek! — mówił Robek Poussepain, nie ostygły jeszcze z wrażenia sprawionego niegrzecznym popchnięciem dzwonnika. — Djabeł nie człowiek, powiadam. Zjawia się: garbus. Postąpił parę kroków: koszlawiec. Spojrzał na cię: jednooki. Zagadałeś, doń: głuchy... Ach, ba, a cóż z językiem swym zrobił nareszcie ten Polifemus?

— Mówi gdy chce — odrzekła staruszka — stał się głuchy od ustawicznego dzwonienia. Niemym nie jest.

— To wada — zauważył Jehan.

— Jest i druga — dodał ßobek Poussepain — ma,jedno oko za wiele.

— A nie, przepraszam — odparł tu Jehan. — Jednooki bardziej jest ograniczonym niż ślepy. Wie czego mu nie dostaje.

Tymczasem, co było w tłumie żebraków, lokajów i rzezimieszków, pobiegło processyonalnie w towarzystwie żaków, szukać po szafach palestrzańskich korony papierowej i igraszkowego ornata, tradycyjnie przeznaczonych dla nowowybranego króla nicwartów. Quasimodo dał się w nie oblec najspokojniej z pewnego rodzaju powolnością zarozumiałą i dumną. Wsadzono go następnie na nosze cackami upstrzone, niby na stolec królewski. Dwunastu urzędników bractwa błaznów porwało go z całym tym aparatem na swe barki. Quasimodo ani mrugnął; szczególna tylko jakaś radość, wzgardliwa a gorzka, rozlała się po całej jego twarzy trędowatej, w chwili, gdy ujrzał u nóg swych pogmatwanych wszystkie te głowy mężczyzn urodziwych, tęgich, wyprostowanych. Poczem, wyjąc i skacząc, zbiorowisko owo oberwańców ruszyło w pochód, by obiedz najprzód wedle zwyczaju wewnętrzne galerye pałacu sprawiedliwości, zanim się następnie wyleje na ulice i place miejskie.



ND-de-Paris-L1-Ch6

VI. Esmeralda

Z zachwyceniem przychodzi nam oznajmić tym razem czytelnikom, że podczas całej opisanej powyżej sceny, Gringoire i jego sztuka trzymały się najwyborniej. Napierani przez autora, aktorowie nie przestali wygłaszać jego dyalogu, a on nie przestał go słuchać. Dawszy za wygraną hałasom, postanowił wytrwale prowadzić rzecz aż do końca, w niezłomnej wierze poprawy i przychylnego zwrotu opinii publicznej. Promyk ów nadziei ożywił się jeszcze, skoro poeta ujrzał, że Quasimodo, Coppenole, wraz z ogłuszającą czeredą króla błaznów, mieli się ku wyjściu z wielkiej komnaty. Tłum rzucił się w ślady pochodu.

— Chwała Bogu — rzekł Gringoire do siebie — rozproszą się nareszcie wszystkie te mgły, spłyną wszystkie te fusy towarzyskie. Na nieszczęście, mgłą i fusami była publiczność cała. W mgnieniu oka, sala pustką zaległa. Jak wymiótł.

Mówiąc bez przesady, zostało jeszcze kilku widzów, zmęczonych snać hałasem; tu luzem, tam w gromadkach, otaczających słupy, spostrzedz mogłeś niejednego starca, dziecię niejedno; gdzie niegdzie były nawet kobiety. Szczególniej u uszaków okien często gęsto spotkać się mogło oko z czerniejącemi, jak muchy, w kupkach kurtkami żaków, z powychylanemi na zewnątrz głowami.

— A no to i wszystko co trzeba — pomyślał sobie Gringoire — by dyalog mej z honorem wyszedł pod koniec. Zgromadzenie wprawdzie nieliczne, lecz jest to publika wyborowa, śmietanka literacka najoczywiściej.

Mniemanie tem mocniej było uzasadnione, że ku samemu finałowi sztuki autor wysadził się z pękiem całym efektów. W tej oto właśnie chwili rozpłynąć miała symfonia rozkoszna na cześć Panny Maryi, z wyrokiem nadchodzącej. Ale symfonii jak na toż nie stało. Postrzegł się Gringoire, że przeklęta kalwakada i muzykę za sobą pociągnęła.

— Proszę na to nie zważać — rzekł poeta stoicznie do aktorów.

Zbliżył się do gromadki, która jak mu się zdało, o jego sztuce rozprawiała. Oto jest ustęp z rozmowy posłyszanej:

— Wiesz, majstrze Cheneteau? ów dworzec nawarski, co to do księcia Nemours należał...

— Ten, naprzeciw kaplicy Braque?...

— Ten sam. Owóż skarb wynajął go Wilhelmowi Alix, bajarzowi, za sześć liwrów ośm soldów paryzkich rocznie.

— Mieszkania szalenie idą w górę!

— Mniejsza o to — rzekł Gringoire wzdychając. — Za to inni słuchają.

— Bracia! bracia! — brzękły naraz głosy żaków w oknach. — Bywajcież co tchu: Esmeralda na placu!

Sądzonem już chyba było, że dnia tego wszystkie słowa mieć będą moc czarowną, okrom słów poety. Na okrzyk malców i te nawet resztki, które się po kątach sali zatrzymały były, rzuciły się z pośpiechem ku oknom, wdrapując się na ściany, i powtarzając: Esmeralda! Esmeralda!

Zarazem też rozległy się na placu oklasków grzmoty.

— Esmeralda?! — zawołał Gringoire, z boleścią załamując ręce. — A niech mnie piorun trzaśnie, jeśli rozumiem co-by to znaczyć miało? A Boże! mej Boże! czyliżby teraz na okna przyjść miała kolej?

Zawrócił ku scenie, i ujrzał, że się przedstawienie nie wiedzieć dla czego urwało. Był to akurat moment, kiedy Jowisz z gromami zjawić się miał na scenie. Owóż Jowisz nieruchomie stał u podnóża teatralnej budki.

— Michale Giborne, — krzyknął poeta ze złością. — Cóż robisz najlepszego? A twoja rola? Leź-że!

— To łatwo powiedzieć! — odparł Jowisz. — Jakiś szkolnik drabinę tylko-co zabrał.

Gringoire spojrzał. Zdarzenie, niestety, było aż nadto prawdziwem. Wszelka komunikacya między węzłem a rozwiązaniem sztuki przeciętą została.

— Smarkacz — mruknął Gringoire. — I po cóż on zabrał drabinę?

— Po to, by popatrzeć na Esmeraldę — rzewnie odpowiedział Jowisz. — Aha, rzekł, otóż drabinka niczem nie zajęta, — i porwał. Cios to był ostatni. Z poddaniem się zniósł go Gringoire.

— Pal was djabli! — powiedział komedyantom — zapłaceni będziecie, jeśli mi zapłacą.

Dopiero wtedy zabrał się do odwrotu, z głową spuszczoną, ale ostatni, jako wódz, który się dzielnie trzymał usque ad finem.

I schodząc powoli po stromych krużgankach pałacu:

— Ani słowa — cedził do siebie przez zęby — piękne stado osłów i urwisów, ci Paryżanie; zbierają się na misteryum, i nie słuchają go wcale! Zajmowali się wszystkiem a wszystkiem, o czembyś nie pomyślał: Clopinem Trouillefou, kardynałem, Coppenole, Quasimodo, czortem rogatym, a sztuką, a dyalogiem, a Najświętszą Panną Marya ani w ząb. O dałbym ja wam najświętsze, gałgani jacyś, gdybym był wiedział! A zemną? a ja? przybyłem patrzeć na oblicza, a widziałem tylko karki! jestem poetą, a sukces miałem aptekarski! Prawda, że sam Homerus włóczył się niegdyś za jałmużną po miasteczkach greckich; prawda, że i Nazon zmarł na wygnaniu sród Chazarów. Z tem wszystkiem, powtarzam, niech mię djabli żywcem ze skóry obedrą, jeżeli wiem co oni chcieli powiedzieć tem swojem: Esmeralda! A najprzód: ciekawym co to za wyraz?... Cyganery a, ani wątpić!





KSIĘGA DRUGA.

ND-de-Paris-L2-Ch1

I. Z Charybdy w Scylle.

W Styczniu noc wcześnie nadchodzi. Ściemniało już na dworze, gdy Gringoire opuścił Pałac Mrok ten zapadłego wieczora był mu po sercu; pragnął czemprędzej zasunąć się w jaką odludną i cichą uliczkę, by módz swobodnie zatopić się w myślach, i aby filozofia pierwszy położyła plaster na ranę poety. Filozofia jedynym mu zresztą była przytułkiem. Do mieszkania, które zajmował przy ulicy 'Renier-sur-l'Eau, naprzeciw przystani Siennej, nie śmiał już i zaglądać po tak jawnym upadku walnej swej próby teatralnej. Przeliczy wszy się na wynagrodzenie, jakie się spodziewał otrzymać za swoje misteryum od wielmożnego marszałka pałacowego, widział jak na dłoni, że nie ma czem zapłacić mistrzowi Wilhelmowi Doulx-Sire, dzierżawcy kopytkowego myta od bydła racicznego miasta Paryża, należnej mu za sześć miesięcy raty komornego, to jest dwunastu soldów paryzkich — summy dwanaście razy większej od tej, jaką na nędznym tym świecie posiadał, włączając w to swe rajtuzy, swą koszulę i swej kaszkiecik. Przytulony tedy tymczasowo u małej furtki więziennej skarbnika kaplicy świętej, rozmyślał w którąby się stronę udać, by znaleźć jakie takie legowisko na noc; jakoż przypomniał sobie niebawem, że jeszcze zeszłego tygodnia upatrzył był u drzwi pewnego radcy parlamentu rodzaj podnóżka do włażenia na mulicę, który to kamień, jak sobie wówczas powiedział, ujśćby mógł w potrzebie za doskonałą poduszkę pod głowę żebraka lub poety. Podziękował Opatrzności, że mu zesłała tak świetny pomysł, i już się zabierał do przejścia przez Plac trybunalski, w zamiarze dostania się do swoistego labiryntu Starego Miasta i jego wężowato-pokręconych siostrzyc, ulic Bednarskiej, Staro-Sukienicznej, Szewskiej, Żydowskiej, etc, po dziś dzień wijących się szeregami domów dziewięciopiętrowych; gdy w tej-że chwili ujrzał czeredę króla błaznów, wysuwającą się również z Pałacu, i rzucającą się w poprzek dziedzińca z wielkiemi okrzykami, ze światłem pochodni i kapelą, wprost ku niemu, Gringoirowi. Widok ten wznowił cierpienia jego miłości własnej; skoczył więc w stronę przeciwną co tchu starczyło. Zgryzionemu niepowodzeniem dramatycznem, wszystko co tylko przypominało niedawną uroczystość, krwawiło i piekło niezagojoną ranę. Chciał zawrócić na most Ś-to-Michalski; dzieciaki biegały po nim w jedną i w drugą stronę z ognistemi lancami i pukawkami.

— Choroba-by porwała te świeczki fajerwerkowe! — rzekł Gringoire i skręcił ku mostowi Wekslarzy. Przed domami u wstępu na most wystawiono trzy wielkie transparenty, przedstawiające króla, Delfina i Małgorzatę Flandrską, oraz sześć mniejszych z portretami księcia austryackiego, kardynała Burbona i Pana z Beaujeu, księżniczki Joanny francuzkiej, jakiegoś malca krwi pono burbońskiej, i Bóg wie czyj tam jeszcze; wszystko razem oświecone pochodniami.

— Szczęśliwy malarz Jehan Fourbeault! — rzekł Gringoire z głębokiem westchnieniem, i tyłem się odwrócił od transparentów i transparencików.

Miał przed sobą uliczkę. Wydała mu się tak ciemną i opuszczoną, że sród niej spodziewał się znaleźć nareszcie osłonę przed wszystkiemi odgłosami i odblaskami uroczystości. Zagłębił się w nią. Po kilku minutach potrącił nogą o jakąś przeszkodę; zachwiał się i padł jak długi. Była to wiązanka świąteczna, złożona z rana przez dependentów i aplikantów palestranckich u drzwi jednego z marszałków trybunału, na cześć i pamiątkę uroczystego dnia. Gringoire heroicznie zniósł nową tę przygodę; podniósł się i dopadł do brzegu rzeki. Zostawiwszy za sobą wieżyczkę cywilną i wieżę kryminalną, minąwszy oraz, sród wybrzeży nie brukowanych, których błoto po kostki mu dochodziło, wielki mur ogrodów królewskich, znalazł się na zachodnim cyplu Starego Miasta i jął czas jakiś przypatrywać się wysepce Wypasaczy krów, zajętej późniejszemi czasy pod konny bronzowy posąg Henryka IV-go na Nowym Moście. Wysepka przedstawiła mu się w cieniu, jako ciemna massa lądu, położona z drugiej strony ważkiego prądu wody białawej, i prądem tym od niego odgrodzona. Przy blasku drobnego światełka ztamtąd promieniejącego, na wysepce można było wyróżnić rodzaj budy w kształcie ula, w której pastuszkowie bydła na noc się chronili.

— Szczęśliwy pastuszku krów! — myślał Gringoire, — nie śni ci się chwała i nie tworzysz dyalogów! Cóż cię obchodzą królowie żeniący się i księżniczki burgundzkie? Nie znasz innych małgorzatkowych kwiatków, okrom tych, które w swej króbce kwietniowej bydełku do żucia podajesz! A ja, poeta, wygwizdany i niezrozumiany, trzęsę się oto od zimna, nie mam ani feniga na opłacenie dwunastu soldów długu, a moje podeszwy tak są już cienkie, że mogłyby służyć za szyby do latarni. Ach, Bóg zapłać ci, pasterzu krów! Chatka twa przynosi ulgę mojemu oku i każe zapomnieć o Paryżu!

"Z lirycznego tego uniesienia obudziła go podwójna pukawka świętojańska, która niespodzianie huknęła z błogosławionej onej szopki. Była to oczywiście sprawka któregoś pastuszka, wtykającego swoje trzy grosze w wir zabaw publicznych, i ku własnej uciesze próbującego ogni sztucznych.

Gringoire całem ciałem drgnął na nowy ów cios uczuciom swym zadany.

— Przeklęte święto! — zawołał — czyliż wszędzie będziesz mię prześladowało? Mej Boże! nawet tu u tych pastuchów!

I spojrzał na Sekwanę u stóp swych rozciągniętą, zdjęty okropną pokusą:

— O! — powiedział—jakżebym chętnie skoczył do wody, gdyby woda choć trochę mniej była chłodną.

Wtedy to porwało go postanowienie rozpaczliwe; a mianowicie: ponieważ niepodobna mu było odczepić się ani od króla błaznów, ani od transparentów Jehana Pourbeault, ani od wiązanek powinszowalnych, ani od ognistych pochodni, ani od pukawek, zamierzył przeto pejść śmiało na spotkanie losów złowrogich i zajrzeć w samo serce pohulanek ludowych, co znaczyło: udać się na Plac grevski.

— Znajdę tam może — rozważał w duchu — choć jedno jakie polanko świątecznego ognia, przy którem się pogrzeję, i dostanę na wieczerzę parę okruszyn z trzech wielkich królewskich tarcz cukrowych, któreć musiano tam ustawić na placach publicznych.



ND-de-Paris-L2-Ch2

II. Plac grevski

Z dawnego placu de Greve ślad tylko ledwo dojrzalny pozostał dzisiaj. Śladem tym, śliczna wieżyczka zajmująca północny róg placu. Ale i ona, pokryta już wstrętną warstwą tynku, zalepiającego żywe zręby i zgięcia jej rzeźb, zniknie być może niezadługo, zatopiona wylewem domów nowych, który tak szybko pochłania wszystkie starożytne frontony paryzkie.

Osoby, które przechodząc przez Plac grevski nie mogą, równie jak autor, powstrzymać się od obdarzenia spojrzeniem współczucia i litości biednej tej wieżyczki, skrępowanej między dwiema kleconkami z czasów Ludwika XV, łatwo potrafią odbudować w swej myśli zbiór zabudowań, do których ona należała, i odnaleźć stary Plac gotycki piętnastego wieku w pierwotnej, posępnej jego całości.

Był to jak i dzisiaj, trapez krzywy, otoczony z jednej strony nadbrzeżem, a z trzech innych szeregiem domów wysokich, ważkich i ciemnych. We dnie można było podziwiać rozmaitość tych gmachów, zdobnych w rzeźby drewniane lub kamienne, i już wówczas przedstawiających wykończone wzory rozmaitych domowych stylów architektonicznych, idąc wstecz od wieku piętnastego do jedenastego, od okna czworokątnego, wypychającego okno ostrołukowe, aż do pełnołucza romańskiego, które się dało było zwyciężyć spięciom ostrołucznym, i które zajmowało jeszcze, tuż pod niemi, pierwsze piętro starożytnego domu, zwanego Rolandową-wieżą, a położonego na, rogu placu i Sekwany, od strony ulicy Garbarskiej. W nocy, z całej owej massy zabudowań rozróżniać się dawała tylko czarno-zębata koronkowatość dachów, rozwijająca w około placu swą wstęgę kątów ostrych. Jest-to bowiem jeden z rdzennych kontrastów między miastami ówczesnemi a dzisiejszemi, że kiedy za dni naszych fasady patrzą na place i ulice, to dawniej wyglądały na nie szczyty. W ciągu dwóch wieków domy się odwróciły z boku na front.

Na wschodniej stronie placu, po samym jej środku, wznosiła się ciężka i mieszana budowa, złożona z trzech mieszkań sąsiednich. Zwano ją trzema imionami, tłómaczącemi jej dzieje, jej przeznaczenie i jej architekturę: Domem delfina, z powodu, że tu mieszkał Karol V, Delfin; Towarnicą, gdyż służyła za ratusz i giełdę; Dornem słupiastym, (domus ad piloria), z powodu że trzy jej piętra spoczywały na grubych potężnych slupach. Miasto znajdowało tu wszystko, co jest potrzebnem tak zacnemu grodowi jak Paryż; kaplicę dla składania modłów Najwyższemu; izbę posłuchalną dla narad kupieckich i dla odprawy, w razie potrzeby z kwitkiem, posłów królewskich ; oraz pod strychem, arsenale pełen sztukostrzelnych narzędzi. Paryzcy bowiem obywatele wiedzą doskonale, że wszystko zważywszy dokładnie, bywają zdarzenia, w których modlić się i pieniaczyć o swobody Grodu nie wystarcza; mają więc zawsze na podorędziu parę tęższych moździerzy zardzewiałych, szczelnie strzeżonych w ciemniejszej świetlicy ratuszowej.

Greve posiadał wtedy fizyognomię złowrogą, która i podziśdzień przy nim pozostała, zarówno w wyobrażeniach doń przywiązanych i przezeń budzonych, jako też i w posępnym ratuszu Dominika Bocadora, wzniesionym na miejscu dawnego bomus ad piloria. Powiedzmy również, że nieustająca szubienica i nieustający pręgierz, czyli „sprawiedliwość i drabinka", jak je wówczas nazywano, ustawione obok siebie na samym środku placu, niemało się też przyczyniały do odwracania głów od tego miejsca fatalnego, na którem tyle istot pełnych zdrowia, i życia konało i skonało, i gdzie w pięćdziesiąt lat później miała się narodzić gorączka Saint-Vallier, potworny ów terroryzm szafotowy, najstraszniejsza z chorób, bo pochodząca nie od Boga, lecz od ludzi.

Pocieszającym jest wszakże widokiem — dodajmy tu nawiasowo — pomyśleć sobie, że kara śmierci, która przed trzystu jeszcze laty żelaznemi swemi kołami, swemi szubienicami kamiennemi i całym przyborem do męczenia, stale i okazale do bruku przygwożdżonym, zapełniała niemal wszystkie główne place i przejścia publiczne: Greve Targowiska centralne, Plac Delfina, rozstaiska Trahoir, Rynek prosięcy, ohydny Montfaucon, zastawę Strażników, Plac-koci, bramę St.-Denis, Champeaux, bramę Beaudet, bramę Św. Jakóba, nie rachując już licznych "drabinek" starościńskich, marszałkowskich, biskupich, kapitulnych, opackich i parochialnych, nie rachując sądowych pławień i topień w rzece Sekwanie; pocieszającym jest — powiadamy — widokiem, że dziś stara owa władczyni społeczności feudalnych, straciwszy po kolei wszystkie części swojego rynsztunku, wszystek swej wykwint ciemięzki, cały proceder karny, oparty na samowoli i fantazyi, całą torturową wystawę, dla której co lat pięć sprawiano nowe „miedziane łoża" w wielkim zamku Chatelet, wypędzona później z miast i niemal wyjęta z pod praw naszych, wypłaszana z kodeksu do kodeksu, szczuta z miejsca na miejsce, zeszła w końcu do tego, że w niezmierzonym naszym Paryżu posiada już tylko kryjówkę bezczesną przy Greve, z jedną jedyną do usług pokojówką: gilotyną wynędzniałą, głodną, nieśmiałą, i tak wstydliwie zmykającą do swej norki za każdem wysunięciem się na świat, jakby się lękała być schwytaną na gorącym uczynku.



ND-de-Paris-L2-Ch3

III. Besos para Golpes.

Na Plac Grevski Gringoire przybył zziębnięty do szpiku kości. Dla wyminięcia zbiegowisk przy moście Wekslarzy i transparentów Jehana Fourbeault, obrał on drogę na Młynarskie-raosty; ale tu właśnie koła młynów biskupich obryzgały go całkiem przy przejściu; lekkiej zaś sukmance nie trzeba było wiele, by przesiąknąć. Okrom tego zdało się poecie, że upadek dyalogu uczynił go nieskończenie czulszym jeszcze na zimno, niż przedtem. Nie dziw tedy, że czem prędzej dążył ku ogniom illuminacyjnym, radośnie płonącym pośrodku placu, lecz i tu tłumy obręczą mocno ze wszech stron ściśniętą otaczały płomień dokoła.

— Przeklęci Paryżaniel — rzekł Gringoire do siebie (bowiem jako prawdziwy poeta dramatyczny, nad życie kochał monologi), — oto mi ogień zasłaniają! A wszakże bardzobym potrzebował cieplejszego kątka; buty mi zaciekają, a te młyny czartowskie rozpłakały się nade mną, jak najęte. To szatan nie biskup, ten biskup paryzki ze swojemi młynami! I chciałbym wiedzieć, na co mu się młyny przydały! Czyliżby pragnął z biskupstwa awansować na młynarstwo? Jeśli ku temu brak mu tylko mojego przekleństwa, to je daję, jemu, katedrze jego i jego młynom. No, ale ciekawym, czy się oni rozstąpią cokolwiek, huncwoty te! I co oni tam robią, proszę! Grzeją się; wyśmienita rozkosz! Patrzą na palące się pęki chrustów; wyborne widowisko! Rozglądając się bliżej, postrzegł nasz poeta, że okrąg tłumów szerszym był daleko, niżby to wypadało z chęci lub możności ogrzania się przy ogniu królewskim, i że tego zbiegowiska widzów pociągała nie jedynie i nie wyłącznie rozkosz oglądania zapalonych pęków drzewa. Na szerokiej przestrzeni, swobodnie zostawionej między tłumem a ogniem, tańczyło młode jakieś dziewczę.

La Esmeralda from Victor Hugo and His Time

Czy dziewczę to było jestestwem ludzkiem, czy też czarodziejką, czy może aniołem, Gringoire, aczkolwiek filozof niedowiarek i poeta ironiczny, nie mógł sobie z tego jasno zdać sprawy w pierwszym momencie, tak go uderzyła oślepiająca ta mara.

Wzrost miała niewielki, lecz się wydawała prawie słuszną z powodu śmiałej wyniosłości swej kibici zgrabnej. Była brunetką, lecz się domyślałeś bez trudu, że płeć jej musiała mieć za dnia śliczny ten odblask złocisty, którym się tak słusznie chlubią Andaluzki i Rzymianki. Mała jej stopa również chyba z Andaluzyi ród wiodła, gdyż we wdzięcznym buciku było jej zarazem i za ciasno i za swobodnie. Tańczyła, kręciła się, wywijała, mając pod sobą stary kobierzec perski, naprędce na ziemię zarzucony: ilekroć zaś w wirowych tych zwrotach promieniąca jej twarzyczka w twoją się stronę zwróciła, tylekroć wielkie czarne jej oczy błyskawicami w ciebie ciskały.

W około niej wszystkie spojrzenia były nieruchome, wszystkie usta rozwarte; i zaprawdę, tańcząc w ten sposób, przy odgłosie pirenejskiego bębenka, który pulchniutkiemi rączkami podnosiła w górę ponad swą głową ; smukła, zwinna, żywa, z odkrytemi ramionami, w gładkim złocistym staniku, w spódniczce ucackanej, fałdzisto się wydymającej, z pod której wyglądała niekiedy nóżka zarysów najdelikatniejszych, przy wzroku płomienistym, przy włosach kruczych, — dziwne to stworzenie wydawało się czemś nadnaturalnem.

— Jakoż bez żartu powiadam wam — myślał sobie Gringoire — jest-to salamandra, jest-to nimfa, jest-to boginią, jest-to bachantka z góry Menalejskiej!

W tej chwili jeden z węzłów warkocza salamandry się rozplótł i pieniądz mosiężny, doń uwiązany, zatoczył się po bruku.

— Ej nie! — rzekł wtedy poeta — to cyganka.

Znikły wszelkie uroki!

Dziewczę wróciło do tańca; podjąwszy z ziemi dwie szpady, i oparłszy ostrza ich o swoje czoło, obracała niemi w jedną stronę, gdy sama się kręciła w stronę przeciwną. Ani więc przypuszczać, żeby to mogło być co innego, jak cyganka prosta. Jakiegokolwiek jednak doznał Gringoire zawodu, jakiekolwiek spotkało go rozczarowanie, całość obrazu pomimo to nie była bez magicznego uroku ; oblewał takową ogień radosny światłem czerwonem a mocnem, które skacząc żywcem po kolistem zatoczeniu twarzy tłumu i po śniadem czole młodej dziewczyny, rzucało jednocześnie blady swej odblask, cieniami zabudowań przepleciony, w głąb placu, z jednej strony na starą, czarną i pomarszczoną facyatę Słupiastego domu, a z drugiej na kamienne ramiona szubienicy.

Sród tysiącznych twarzy okraszonych szkarłatem tych płomieni, znajdowała się jedna, której uwaga mocniej jeszcze od innych zdawała się być skierowaną na tancerkę. Było to oblicze męzkie, surowe, spokojne i chmurne. Człowiek ten, którego ubranie kryło się w otaczającym go tłumie, mógł mieć, co najwięcej lat trzydzieści pięć; był łysym przecież; zaledwo na skroniach trzymało mu się kilka kosmyków rzadkich i już posiwiałych włosów; szerokie i wysokie jego czoło zaczynało się rysować zmarszczkami. W oczach zapadłych tryskała natomiast młodość nadzwyczajna, gorączka życia, namiętność głęboka. Wzrok ten pałający trzymał bez ustanku na uwięzi przy cygance, i w miarę jak rozochocone szesnastoletnie dziewczę roztaczało ku powszechnemu zadowoleniu wszystkie zasoby swej tanecznej sztuki, własna jego zaduma stawała się coraz i coraz posępniejszą. Od czasu do czasu uśmiech z westchnieniem zetknęły mu się na ustach, lecz uśmiech boleśniejszym był od westchnienia.

Młoda dziewczyna, zdyszana, zatrzymała się nareszcie, a lud klaskał ze współczuciem serdecznem.

— Dżali! — zawołała cyganka.

Gringoire, po tem słówku, wraz ujrzał nadbiegającą śliczniuchną małą kózkę, białą, zwinną, czujną, wygłaskaną, z rożkami złoconemi, z kopytkami złoconemi, ze złoconym naszyjnikiem, której przedtem nie spostrzegł, a która aż dotąd skulona przy jednym z końców kobierca, patrzała sobie na tańczącą swą panienkę.

— Dżali — rzekła dziewczyna — na ciebie kolej.

I siadając, wdzięcznie wysunęła do kozy bębenek swej góralski.

— Dżali — mówiła — powiedz nam, jaki to teraz miesiąc mamy?

Koza podjęła łapkę przednią i uderzyła raz jeden w bębenek. I w istocie był to pierwszy miesiąc roku. Tłum zaklaskał.

— Dżali — jęło znów młode dziewczę, obracając bębenek na drugą stronę — któryż to dziś dzień miesiąca?

Dżali podjęła łapkę złoconą i sześć uderzeń odliczyła na bębenku.

— Dżali — pytała z kolei cyganka, na inny znów ład odwracając bębenek — któraż jest teraz godzina?

Dżali w siedmiu uderzeniach odpowiedź swą dała. A w tejże chwili z Domus ad pilorta siódmą godzinę zegar wydzwonił.

Lud był zachwycony.

— Są w tem sprawki nieczystego ducha — odezwał się głos złowrogi w tłumie. Był-to głos mężczyzny łysego, który wzroku z cyganki nie spuszczał.

Ona drgnęła i obejrzała się; ale wybuchły oklaski, i zgłuszyły okrzyk niedobry.

Zgłuszyły takowy tak stanowczo i zupełnie w umyśle tancerki, że wnet napowrót wróciła do zabawek z kozą.

— Dżali, jak się trzyma mistrz Guichard Grand-Remy, dowódzca halabardników miejskich podczas procesyi gromnicznej?

Dżali podniosła się na tylne nóżki i zaczęła beczeć, postępując naprzód krokiem tak pociesznie poważnym, że całe koło widzów parskło śmiechem na tę parodyę interesowanej pobożności kapitana halabardników.

— Dżali — spytało młode dziewczę, ośmielone takiem powodzeniem — pokaż jak peroruje mistrz Jakób Charmoluc, prokurator przy trybunale kościelnym?

Koza, przysiadłszy na tylnych łapkach, w tak charakterystyczny sposób poczęła beczeć i wywijać przedniemi kopytkami, że okrom kiepskiej francuzczyzny i obrzydliwej łaciny, miałeś przed sobą giest, akcent, postawę, zgoła całego Jakóba Charmoluc.

Publika, rozumie się, grzmotnęła siarczystym oklaskiem.

— Świętokradztwo! profanacya! — odezwał się powtórnie głos mężczyzny łysego.

Cyganka raz jeszcze się obejrzała.

— Ach! — rzekła — to ten niedobry człowiek!

Poczem, wydłużywszy wargę niższą po przed wargę wyższą, skrzywiła się lekko w pewien, jakby sobie właściwy sposób, okręciła się na pięcie i zabrała się do zbierania datków tłumu w swej pirenejski bębenek.

Sypnęły się białaki większe, pół białaki, tarczowniki, groszaki orzełkowe. Naraz cyganka znalazła się tuż obok Gringoire'a, który snać oszołomiony, z takim nierozważnym pośpiechem zasunął rękę do kieszeni, że się dziewczę zatrzymało.

— A żeby cię djabli! — szepnął poeta, znalazłszy na dnie swej kieszeni rzeczywistość, to jest próżnię.

Piękna dziewczyna stała tymczasem tuż przed nim, spoglądając nań wielkiemi swojemi oczyma, w postawie wyczekującej, z wyciągniętym bębenkiem; Gringoir'owi pot kroplisty wystąpił na czoło.

Gdyby miał był Peru w swojej kiesce, byłby niezawodnie takowe oddał tancerce; ale niestety, Peru Gringoire nie posiadał, a i Ameryka, zresztą, na odkrycie jeszcze czekała.

Trafem szczęśliwym, wypadek niespodziewany przyszedł mu w pomoc.

— Pójdziesz-no mi precz ztąd, jaszczurko egipska! — rozległ się nagle głos ostry, idący z najciemniejszego końca placu. Młoda dziewczyna odwróciła się z przestrachem. Nie był to już głos mężczyzny łysego, lecz głos kobiecy, zeschły i złośliwy.

Okrzyk ów przecież, który tak przeląkł cygankę, wprawił w radość kupę dzieciaków wałęsających się w pobliżu.

— To baba pustelnica z Rolandowej-wieży — zawołali malce ze śmiechami bezładnemi — to ta wiedźma zgrzyta! Czyliżby nie jadła jeszcze wieczerzy? zanieśmy jej kilka resztek ze stołów miejskich!

Co powiedziawszy, wszyscy razem rzucili się ku Domowi-nasłupach.

Gringoire skorzystał tymczasem z pomieszania dziewczyny, i umknął z pierwszego planu. Wołania dzieciaków przypomniały mu, że i on także nie wieczerzał dnia tego. Pobiegł więc ku zastawionym stołom. Ale mali hultaje dzielniejsze od niego mieli nogi; gdy bowiem dopadł, było już po wszystkiem. Stoły znalazł próżne. Nie zostało nawet nędznej skórki zakalcowej od trzygroszowego placka. Po ścianach tylko, nad ogołoconą zastawą, wiły się smukłe liliokwiaty królewskie, różanemi krzaczkami poprzetykane, które w roku 1434 malował Maciej Biterne. Za chude to było na wieczerzę nawet dla poety.

Nie jest wcale rzeczą przyjemną kłaść się do łóżka bez wieczerzy; a jest rzeczą mniej jeszcze wesołą nie mieć nic do zjedzenia i nie wiedzieć, gdzie się na noc podziać. W takiem zaś położeniu znajdował się Gringoire. Ani chleba, ani kątka; czuł, że nieubłagane prawa natury ze wszech stron biorą go w obroty, i znajdował, że natura owa niezmiernie jest kapryśną. Oddawna odkrył on prawdę, że Jowisz stworzył ludzi w przystępie gniewu i zniechęcenia, i że w ciągu całego żywota mędrca, przeznaczenie trzyma w ciągłem oblężeniu jego filozofię. Co do niego, nigdy jeszcze nie widział się tak szczelnie otoczonym i ściśniętym; na własne uszy słyszał, jak mu żołądek wycinał coraz głośniejsze marsze alarmu, i coraz smutniej błagał o odsiecz; to więc za bardzo niewłaściwe uważał losom niefortunnym, że się do jego filozofii brały od strony głodu. Z melancholijnych tych rozmyślań, w które coraz się głębiej zanurzał, wyzwał go dopiero nagle śpiew dziwny, choć pełen słodyczy. Śpiewała młoda cyganka.

Z głosem jej tak samo się rzecz miała, jak i z jej tańcem, lub jej wdziękami. Było w nim coś nieoznaczonego a czarującego, coś czystego i dźwięcznego, powietrznego, skrzydlatego, rzekłbyś. Jakieś szeregi rozbłysków, melodyi, spadków nieoczekiwanych; wyrażenia proste, przeplatane nutami ostremi i syczącemi; dalej rzuty gamm, któreby człowieka zdumieć potrafiły, a w których harmonia zawsze się znajdywała; następnie miękkie kołysanie się oktaw, które opadały i wznosiły się, jako pierś młodej śpiewaczki. Piękne jej oblicze z ruchliwością nadzwyczajną towarzyszyło wszystkim kaprysom piosnki, od natchnień najswobodniej rozigranych, aż do najczystszej i najsurowszej dumy. Powiedziałbyś, że to waryatka, to znów królowa. Słowa, które śpiewała, były w języku nieznanym Gringoire'owi, i o ile się zdawało, nieznanym również jej samej: nacisk bowiem, jaki kładła na nastrój i moc śpiewu, rzadko kiedy odpowiadał znaczeniu wyrażeń. Cztery naprzykład poniższe wierszyki miały w jej ustach wesołość szaloną:


Un cofre de gran riqueza
Hallaron dentro in pillar,
Dentro dei nuevas banderas,
Con figuras de espantar.


Po chwilce zaś, na sam odgłos nuty w tej oto strofce:


Alarabes de cavallo
Sin poderse menear,
Con espadas, y los cuellos,
Ballestras de buen ecbar!..


Gringoire poczuł najdokładniej płynące łzy z oczu. Przeważnie przecież śpiew cyganki tchnął radością i swobodą; śpiewała ona, zdawało się, na wzór ptasząt: bez troski a ku pogodzie.

Piosnka dziewczyny skłóciła zadumę Gringoire'a, ale tak, jako łabędź powierzchnią wody kłóci. Słuchał jej z pewnego rodzaju zachwyceniem i zapomnieniem o wszystkiem. Pierwsza to była chwila od godzin kilku, w której cierpienia mu nie dokuczały.

Nie trwało to jednak długo.

Ten sam głos kobiecy, który przerwał taniec dziewczyny, przerwał teraz i śpiew jej.

— Czy przestaniesz tam kiedy, puszczyku piekielny! — krzyknęła pustelnica z ciemnego kąta placu.

Biedny puszczyk zamilkł odrazu. Gringoire uszy sobie zatkał.

— O przeklęta piło poszczerbiona! — zawołał — coś nam tę lirę połamała!

Ale i inni spektatorowie poczęli szemrać na równi z nim.

— Do stu piorunów z wiedźmą! — zgrzytnął niejeden.

I stara sekutnica byłaby może ciężko pożałowała tej swej napaści na cygankę, gdyby uwagi publicznej nie odwrócił był nadciągający w tejże właśnie chwili orszak króla błaznów, który przebiegłszy siłę ulic i rynków, wstępował obecnie na Plac Grevski, ze wszystkiemi swemi pochodniami i całem swem taborowem warcholstwem.

Pochód ten, którego wyjście z pałacu widział czytelnik, uporządkował się po drodze i pomnożył całym zastępem znajdującego się wówczas w Paryżu hultajstwa, próżnującego złodziejstwa i wolnej maruderki; to też, gdy się zjawił na placu Grevskim, przedstawiał już widok wcale pokaźny.

Nasamprzód postępowało państwo cygańskie. Książę tej kohorty na czele, konno, z pieszemi swemi komturami, którzy mu cugle podtrzymywali i strzemiona; za nimi cyganie i cyganki kupą bezładną, z wrzaskliwemi dzieciakami na plecach; wszyscy, czy kto hersztem, czy adjunktem prostego konokrada, w łachmanach i świecidełkach. Dalej szło królestwo szwargotu, to jest urzędowi złodzieje całej Francyi, uporządkowani wedle zasług i godności; pierwsze miejsca przeznaczone były najmniej zręcznym. Uszykowanych tak w czwórki, ozdobionych znakami dostojeństw i stopni, jakie się otrzymało w dziwnej tej wszechnicy, mogłeś widzieć niby na przeglądzie. Większość składała się z kulasów jednonogich; przed nimi byli beznodzy, za nimi niedojdy z rąk lub ramion; tu kuce, tam mańkuty, ówdzie konokrady, gdzieindziej szulerzy, kuglarze, wróżki, sprośnicy, lichwiarze, oszusty, płaczki, fałszerze, wymaniacze, wytrychacze, obełguny, powróźniki, straszki... Samego Homera rachunek-by w końcu zmęczył. Po środku mocarstwowego tego związku, między margrabstwem filutów a zakonem rabusiów, spostrzegłbyś nie bez trudu władzcę szwargotu, wielkiego koezre, skulonego na małym wózku, ciągnionym przez dwóch ogromnych psów. Za królestwem szwargotników rozwijało się z chorągwiami państwo galilejskie. Wilhelm Eousseaur jego przywódzca, postępował majestatycznie w szacie purpurowej, obryzganej winem, mając na przodzie wojewodów, ścierających się z sobą na laski i wyprawiających tany pirryjskie; otaczali go do koła właśni jego woźni, poplecznicy i pisarze izby obrachunkowej. Pochód zamykali palestranci i pieniacze, mając ręce ubrane w kwiaty, w ubiorach czarnych, z muzyką godną czarcich godów na Babiej górze, z ogromnemi świecami z żółtego wosku. W centrum tłumu, książęta kanclerze bractwa śmieszków dźwigali na swych barkach stolec przepełniony jarzącemi światłami, a na tym stolcu, błazeńską kapą, mitrą i berłem zdobny, jaśniał nowo-wybrany król błaznów, dzwonnik notredamski, Quasimodo-Garbus.

Każdy z wydziałów dziwacznego tego pochodu miał osobną swą kapelę. Cyganie walili w brzękadła i bębenki afrykańskie; szwargotnicy, plemię niezmiernie mało muzykalne, trzymali się wciąż jeszcze rogu, wioli i gotyckiej piszczałki z wieku dwunastego. Cesarstwo galilejskie nie o wiele więcej postępowem było; z trudembyś wyróżnił w jego muzyce parę nędznych fujarek z dzieciństwa sztuki, całkowicie jeszcze zawartej w re-la-mi.

W około króla błaznów dopiero, w przepysznie rozrzępolonym gwałcie, roztaczały się wszystkie muzykalne zasoby wieku. Miałeś tu same kobzy, same gitary, same waltornie, nie licząc już dud, kotłów mosiężnych i trąbek. Niestety! czytelnicy nasi przypomną sobie zapewne, że była to właśnie dyalogowa kapela Gringoirea. Nie sposób daó wyobrażenia o stopniu rozpromienionego uszczęśliwienia i dumy, do jakiego doszło odrażające a smutne oblicze Quasimoda, w drodze z pałacu ku Greve. Było to pierwsze upojenie miłości własnej, jakiego potwór ten biedny doznał kiedykolwiek. Dotąd spotykał tylko upokorzenie, pogardę dla swego stanu, wstręt do swej osoby. To też, acz był głuchym, z rozkoszą rzeczywistego władzcy napawał się teraz tryumfalnemi okrzykami tłumu, do którego miał nienawiść, czując się być od niego nienawidzonym. Że lud jego był zbiorowiskiem półgłówków, wyrzutków, złodziejów, urwisów, żebraków, cóż go to obchodziło? zawsze to lud, a on jego wszechwładzcą. Brał zaś najpoważniej wszystkie te ironiczne oklaski, wszystkie owe udane czołobitności, z któremi wszakże, należy to powiedzieć, mieszało się także niemało rzeczywistej bojaźni w tłumach. Garbus ów bowiem siłę posiadał; koszlawiec ów zwinnym był, głuchota zaś jego bynajmniej złości w nim nie łagodziła: trzy przymioty znacznie śmieszność miarkujące.

Zresztą dalecy jesteśmy od mniemania, żeby nowy królik błaznów dokładnie zdawał sam sobie sprawę z uczuć, które doznawał i z uczuć, jakie w innych budził. Dusza zamknięta w tem ciele chybionem, sama koniecznie miała w sobie wiele niepełnego, głuchego, ograniczonego. Więc i to, co w tej chwili odczuwał, było dlań bezwzględnie nieokreślonem, mglistem i zmięszanem. Radość biła mu wszakże z twarzy najwyraźniej, duma górowała po nad brzydotą samą. Dokoła postaci tej ciemnej i nieszczęśliwej, promienność się roztaczała.

Nie bez zdziwienia to zatem i nie bez przerażenia ujrzano naraz, że w chwili właśnie, gdy Quasimodo pogrążony w tem pół-upojeniu tryumfalnie mijał Domus ad piloria, człowiek jakiś rzucił się nań z tłumu, i z wyrazem najwyższego gniewu porwał mu z rąk berło pozłacane, najwyższą oznakę błazeńskiej jego królewskości. Śmiałkiem tym, napastnikiem, był człowiek o wyłysiałem czole, który parę minut przedtem, wmieszany w tłum widzów cyganki, ściął był krew wszystką w żyłach biednej dziewczyny słowami groźby i nienawiści. Miał on na sobie ubranie duchowne. W chwili gdy występował z tłumu, Gringoire, który go przedtem nie zauważył, poznał go.

— Patrz-no! — zawołał z okrzykiem zdziwienia — toż-to mej mistrz w Hermesie, dominus Klaudyusz Frollo, archidyakon! czegóżby on chciał u licha od tego obrzydliwego ślepaka? Zginął! w kawałki go ta bestya rozszarpie!

Wrzask przestrachu podniósł się w istocie. Okropny Quasimodo skoczył z królewskiego swego stolca z taką wściekłością, że kobiety odwróciły twarze, by nie widzieć niechybnej a strasznej zguby archidyakona.

Jednym skokiem potwór znalazł się tuż przy kapłanie. Spojrzał nań, i padł na kolana.

Ksiądz zerwał z niego koronę, połamał mu drzewce złocone, zmiął i potargał kapę błazeńską.

Quasimodo pozostał na kolanach z pochyloną głową, ze złożonemi jak do modlitwy rękami.

Po czem nastąpiła wraz między nimi dziwna jakaś wymiana myśli za pomocą znaków i giestów, gdyż ani jeden ani drugi słowa nie wyrzekł. Kapłan wyprostowany, gniewny, grożący, natarczywy; Quasimodo skurczony, pokorny, błagający. A jednakże rzeczą było pewną, że ten ostatni mógłby był palcem jednym zgnieść księdza na miazgę.

Nareszcie archidyakon, silnie strząchnąwszy Quasimoda za potężne ramię, uczynił mu znak, by wstał i szedł za nim.

Quasimodo się podniósł.

Wtedy bractwo trefnisiów, wyszedłszy z pierwszego osłupienia zamierzyło bronie swojego monarchy, tak niespodziewanie zrzuconego z tronu. Cyganie, szwargotnicy, palestra cała ujadać poczęły dokoła kapłana.

Quasimodo umieścił się przed archidyakonem, wywinął młynka atletycznemi swemi kułakami, i na oblegających popatrzał, zgrzytnąwszy wpierw zębami, jak tygrys podrażniony.

Kapłan wrócił do zwykłej powagi i zasępienia, skinął na Quasimoda, i ruszył w milczeniu.

Quasimodo postępował przed nim, roztrącając motłoch po drodze. Gdy w ten sposób przerżnęli się przez tłum i Plac opuście mieli, gromady ciekawców zapragnęły iść dalej za nimi. Quasimodo zajął wówczas stanowisko straży tylnej, i odwrotem szedł za archidyakonem, najeżony, wyszczerzony, kąśliwy, zły i potworny, wierzgając nogami, oblizując kły odyńcowe, warcząc jak psisko nieugłaskane i wprawiając tłumy w ruch wahadłowy zwrotem lub spojrzeniem jednem.

Dozwolono im obu zagłębić się w uliczkę ciasną i ciemną, gdzie się już nikt w ich ślady na niepewne narażać nie myślał, tak dalece samo poczwarne oblicza Quasimoda, zgrzytającego zębami, wyborną było zastawą.

— Ot co to, to cudowne! — rzekł Gringoire. — Lecz gdzieby tu, u djabła, przekąsić?



ND-de-Paris-L2-Ch4

IV. Niedogodności nocnego śledzenia po ulicach za ładną kobietą.

Gringoire na chybił trafił skierował swe kroki za cyganką. Widział, że dziewczę ze swoją kózką weszło na ulicę Nożowniczą, więc i on wszedł na Nożowniczą ulicę.

— Czemuby nie? — powiedział sobie.

Gringoire, filozof praktyczny ulic paryzkich, zauważył był, że nic tak marzeniom nie sprzyja, jak tropienie ładnej kobiety, bez wiedzy dokąd się ona udaje. Jest w tem wolnem zrzeczeniu się wolnej swej woli, w tej fantazyi poddającej się fantazyi osoby innej, bynajmniej tego nie podejrzywającej, jakaś mieszanina niezależności rozrzutnej ze ślepem posłuszeństwem, coś dziwnie środkującego między poddaństwem a swobodą, a co się niezmiernie podobało Gringoirowi, umysłowi zasadniczo z kawałków różnych złożonemu, powątpiewającemu, niepewnemu, trzymającemu końce wszystkich ostateczności, wciąż zawieszonemu między najrozmaitszemi popędami duszy ludzkiej i ubezwładniającemu takowe we wzajemnem jej ścieraniu ze sobą. Sam on siebie bardzo chętnie porównywał do trumny Mahometa, przyciąganej w kierunkach odwrotnych przez dwie bryły magnesowe, i w ten sposób wiecznie się wahającej między wierzchem a spodem, między powałą a posadzką, między upadkiem a wniebowzięciem, między zenitem a nadyrem.

Gdyby Gringoire żył za dni naszych, jakież to bezstronne, jak dalece centralne stanowisko zająłby pomiędzy klassykami a romantykami!

Ale nie był on znowu tak ograniczonym, ażeby żyć lat aż trzysta. A szkoda. Nieobecność jego jest próżnią, która się dziś czuć aż nadto daje.

Wracając do rzeczy, dodajmy, że aby módz w ten sposób śledzić za przechodzącymi, a zwłaszcza za przechodzącemi, co Gringoire ochotnie czynił, nie trzeba było lepszego usposobienia nad niewiadomość, gdzie głowę przytulić.

Postępował więc zamyślony za młodą dziewczyna, która przyśpieszała kroku i pogłaskiwała piękną swą kozę, w miarę jak mieszkańcy znikali z ulic i zamykały się gościnne gospody miasta, jedyne sklepy dnia tego otwarte.

— Tak czy inaczej — bijąc się z troskami powiadał sobie Gringoire — przecież ostatecznie musi ona mieszkać gdziekolwiek. Cyganki dobre mają serce, kto wie...

I w urywających tych kropkach, któremi Gringoire zastąpił w duchu niewiadomy dalszy ciąg biegu swej myśli, kryły się tłumnie jakieś obrazy wcale przyjemne.

Od czasu do czasu wszakże; mijając ostatnie gromadki mieszczan, podwoje za sobą zamykających, poeta nasz chwytał w lot kawałki ich rozmów, które mu łańcuch uśmiechniętych jego hipotez ucinały. Niekiedy starzec jakiś starca zagadnął:

— Nieprawdaż, majstrze Thibaut Pernicie, że mrozek podcinać zaczyna?

(Wiedział już otem Gringoire od samego początku zimy.)

— Oj, co prawda to prawda, majstrze Bonifacy Disome! Będziemy chyba znowuż mieli takie chłody jak przed trzema laty; w 80-m, kiedy się za sążeń drzew płaciło osiem soldów.

— Ba! toby jeszcze było pół-biedy, majstrze Thibaut. Niczem rok 80 w obec 1407, w którym marzło od Świętego Marcina do samych gromnic! a z taką wciekłością, że się pióro co słowo ścinało w rękach pisarza izby wielkiej parlamentu! zkąd właśnie i poszło, że trzeba było przerwać wpis wyroków trybunalskich...

Nieco dalej rozmawiały sąsiadki przymykające okienice, ze świecami w ręku, które się skroś czerwieniły.

— Czy ci opowiadał mężulek, panieneczko La Boudraque, o nowina nieszczęściu?

— Nie, panienko Turquant. I cóż się tam stało takiego?

— Koń sławetnego Gilles-Godina, rejenta u Chatelet, przeląkł się Flamandów i ich processyi, skoczył i obalił na ziemię Phillipot Avrillota, oblata od Celestynów.

— Czy tak? doprawdy?

— A tak. Rymnął, słyszę, jak długi.

— Koń mieszczański! słyszałaś! tego to już zanadto ! Niech-by koń rycerski, tobym rozumiała!

I okienice się zamykały. Tem niemniej przecież Gringoire stracił nią z kłębka swych myśli.

Szczęściem, odnalazł ją szybko i bez trudu rozwikłał, dzięki cygance, dzięki Dżali, które wciąż szły przed nim. Dwie tajemnicze, delikatne, czarujące istoty, których podziwiał drobne nóżki, kształty piękne i układ pociągający, mieszając prawie w swej wyobraźni postać jednej z postacią drugiej, tamte biorąc za tę i na odwrót. Z pojętności i zażyłości przyjacielskiej miał je obie za młode dziewczynki; ze swobody, zwinności i lekkości chodu, obie zdawały mu się być kozami.

Ulice tymczasem stawały się z każdą chwilą ciemniejsze i cichsze. Wieczorny okrzyk „gaście ognie, gospodarze!” przebrzmiał oddawna, i już zaledwo w długich odstępach czasu, spotykałeś gdzie niegdzie spóźnionego przechodnia lub drobne światełko w oknie. Gringoire, dążąc ślad w ślad za cyganką, zabrnął tak w nierozplątalną ową matnię uliczek, rynków i uciętych zaułków, która otaczała dawne cmentarzysko Świętych Niewiniątek, i wielce było podobną do motka nici powikłanych przez kota.

— Otoż mi dopiero ulice bez logiki wszelkiej! — mówił Gringoire splątany w tysiącznych tych kabłękach, ustawicznie w sobie się zwierających i na siebie zachodzących, w których jednakże młode dziewczę wybierało drogę jakby najlepiej sobie znaną, nie wahając się, a krokiem coraz bardziej przyśpieszonym. Co do niego, byłby on pozostał w całkowitej nieświadomości miejsc przez które przechodził, gdyby nie postrzegł był znienacka, na skręcie jednej z ulic, ośmiokątnego wachlarza wystawy targowiskowej, której szczyt wydrążony, ostro zarysowanym cieniem kładł swej odcinek czarny na szyby jednego z oświetlonych jeszcze okien przy ulicy Verdelet.

Poeta zwrócił był na siebie przed chwilą baczność młodego dziewczęcia; po razy już kilka cyganka oglądała się nań z niepokojem; zatrzymawszy się nawet raz jeden na dobre, by skorzystać z promienia wydzierającego się z przymkniętych drzwi piekarni jakiejś, surowo obejrzała go od stóp do głowy; poczem, z ostatnim blaskiem tego rzutu oka, zobaczył był Gringoire na jej twarzy coś w rodzaju owej minki skrzywionej, jaką już był zauważył przedtem na placu grevskim. Co uczyniwszy, dziewczyna, niewiele już na niego zważając poszła sobie dalej.

Drobne owe skrzywienie dało do myślenia Gringoire'owi. We wdzięcznym tym grymasie malowała się niezawodnie pogarda, kpinka. To też poeta nasz zaczynał zwieszać powoli głowę, liczyć kamienie w bruku i postępować za młodą dziewczyną mniej śmiało, a w większem oddaleniu, gdy wtem, na załomie jednej z ulic, który mu cygankę z przed oczu sprzątnął, dał się słyszeć krzyk przeraźliwie ostry.

Podwoił kroku.

Ulicę zalegała ciemność nieprzenikniona. Na samym tylko jej rogu, u stóp posągu Najświętszej Panny, połyskiwało blade światełka z pobożnie zapalonej oliwnej gąbki, zatkniętej w małej żelaznej klatce. Owo to światełko pozwoliło Gringoire'owi spostrzedz, że cyganka wpadła w moc dwóch jakichś mężczyzn, z rąk których się wydzierała, a którzy wołanie jej usiłowali zatamować. Biedna mała kózka, cała pomieszana, spuściła różki i biegała.

— Do nas tu, wielmożna straży ! — wrzasnął Gringoire, i dzielnie się posunął naprzód.

Jeden z napastników trzymających dziewczynę, zwrócił się ku niemu. Była to straszliwa postać Quasimoda.

Gringoire się nie cofnął, dostojał placu, ale ani jednego kroku dalej nie zrobił.

Quasimodo zbliżył się ku niemu, jednem machnięciem ręki na odlew cisnął go o cztery kroki od siebie i szybko się ukrył w cieniach nocnych, unosząc na swojem ręku młodą dziewczynę, jak wstążka jedwabna przewieszoną. Towarzysz jego postępował za nim, a biedna kózka biegła na końcu, becząc żałośnie.

— Rozbejniki! ratunku! — wołała nieszczęśliwa cyganka.

— Ani kroku dalej! — rozległ się nagle piorunujący głos jeźdźca, wyskakującego z sąsiedniego placu. — Ani kroku dalej, i puścić mi tego ptaszka!

Był to rotmistrz łuczników pocztu królewskiego, uzbrojony od stóp do czubka, z karabelą w ręku.

Porwał on cygankę z rąk osłupiałego Quasimoda i umieścił w poprzek swojego siodła; a igdy straszny garbus, ochłonąwszy nieco z pierwszego oszołomienia rzucił się nań w celu odbicia swej zdobyczy, tej-że chwili zjawiło się kilkunastu łuczników galopujących w ślad swojego rotmistrza z koncerzami w dłoni. Oddzialik ten należał, jak i jego dowodzcą, do pocztu królewskiego; objeżdżał zaś czaty z ramienia jaśnie wielmożnego imci pana Roberta d'Estouville, przełożonego straży marszałkowskiej miasta Paryża.

Quasimodo został otoczony, schwytany, związany. Napróżno ryczał, pienił się, kąsał; gdyby to było w dzień biały, nie ulega najmniejszej wątpliwości, ie samo jego oblicze, stawszy się ohydniejszem jeszcze w skutek złości, byłoby rozpędziło oddział. W nocy jednak pozbawionym on był najdzielniejszej swej broni: brzydoty.

Towarzysz jego znikł w czasie walki.

Cyganka wdzięcznie się podniosła na siodle rotmistrza, położyła obie ręce na ramionach młodziana, i popatrzyła nań chwil kilka, jakby zachwycona dzielną jego postawą i niemniej dzielną pomocą, z którą jej nadbiegł w momencie rozpaczliwym. Poczem pierwsza przerywając milczenie, i słodząc bardziej jeszcze głos swej naturalnie słodki, rzekła doń:

— Jak się pan nazywasz, mości rycerzu?

— Rotmistrz Febus z Chateaupers, do usług twoich, moja panieneczko — odpowiedział młody wojak prostując się.

— Dziękuję panu! — domówiło dziewczę.

I podczas gdy rotmistrz Febus z burginiońska wąsa pokręcał, ona lekko się ześliznęła z konia na dół, jako strzała wypadająca na ziemię, i pierzchła.

Błyskawica szybciejby z horyzontu nie znikła.

— A sakramencie ósmy! — zaklął rotmistrz zacisnąwszy powrozowe więzy Quasimoda. — Wolałbym już tamtą filutkę zatrzymać!

— Cóż chcesz, rotmistrzu? — zauważył sierżant łuczników — umknęła piegża, został nietoperz.



ND-de-Paris-L2-Ch5

V. Dalszy ciąg niedogodności.

Gringoire, odurzony doszczętnie ciosem i upadkiem, pozostał na bruku przed Najświętszą Matką przy rogu ulicznym. Zwolna jednak odzyskiwał zmysły. Kołysał się najprzód przez minut kilka w pewnego rodzaju marzeniach na pół-sennych, które nie były bez niejakiego uroku, a w których powiewne figury cyganki i kozy łączyły się z ciężarem pięści Quasimoda. Stan ten nie trwał długo. Silne oddziaływanie zimna na te części jego ciała, które się znalazły w bezpośredniej styczności z powierzchnią bruku, obudziło go niebawem całkowicie, powołując umysł do baczenia na rzeczywistość.

— Zkądby się tu ta świeżość brała? — zawołał raptem. I spostrzegł wówczas, że się znajdował w samym poniekąd środku kałuży.

— Djabeł rogaty ten cyklop zgarbiony! — wycedził przez zęby, i chciał powstać. Ale zanadto był jeszcze omdlały i stłuczony. Rad nierad musiał pozostać na miejscu. Miał wszakże rękę swobodna; więc nią nos sobie zatkawszy poddał się losom złośliwym.

— Błoto paryzkie — rozmyślał sobie (gdyż mniemał być pewnym że koniec końców, rynsztok będzie mu schronieniem nocnem, „a na samotnem posłaniu, sama myśl bieży ku rozmyślaniu" powiada pewien poeta) — błoto paryzkie — rozmyślał — szczególnie ostry posiada zapach; musi ono zawierać w sobie sporo soli lotnych i nitratowych. Takie jest zresztą zdanie mistrza Mikołaja Flamela i hermetyków... Wyraz hermetycy szybko nasunął jego wyobraźni myśl o archidyakonie Klaudyuszu Frollo. Przypomniał sobie scenę gwałtowną, której był świadkiem i po trochu aktorem, jak to cyganka wyrywała się z rąk dwóch łudzi, jak Quasimodo miał obok siebie towarzysza... i sztywna a harda postać archidyakona mglisto zarysowała się w jego wspomnieniach.

— Dziwnemby to było — pomyślał. I zabrał się do wznoszenia na tym punkcie i na tej podstawie fantastycznego gmachu hipotez, owego karcianego pałacu filozofów. Lecz wnet, wracając snać znowu do rzeczywistości:

— Do kaduka! — zawołał. — Toż doprawdy marznę!

Jakoż w istocie, miejsce stawało się co sekunda trudniejszem do utrzymania. Każda cząsteczka wody rynsztokowej zabierała cząstkę ciepłoty promionkującej z karku Gringoire'a, tak że równowaga temperatury ciała jego z temperaturą kałuży ustalać się zaczynała coraz dotkliwiej na niekorzyść wrażliwej natury poety.

A jakby i tego było jeszcze niedość, kłopot całkiem innego znowu gatunku, nadbiegał tamtemu z pomocą.

ND-de-Paris-L2-Ch5-PierreGringoire

Gromada chłopców, zdziczałych tych urwisów bosonogich, którzy po wszystkie czasy zbijali bruki paryzkie pod nieśmiertelnem imieniem gamenow, a którzy i na nas, pamiętamy, gdyśmy byli jeszcze dziećmi, ciskali kamieniami po wyjściu ze szkoły, za to żeśmy mieli majteczki niepodarte, taki rej drobnego hultajstwa nadlatywał ku rozstaiskom, kędy spoczywał Gringoire, ze śmiechami i okrzykami, jak się okazywało mało dbającemi o spokojny sen mieszkańców okolicznych. Rozpustnicy ciągnęli za sobą coś niby w kształcie pierzyny zmiętej i zwalanej; a samo już tylko stukanie drewnianych ich trzewików mogłoby umarłego poruszyć. Gringoire, w którym kropelka żywego ducha pozostała jeszcze, podniósł się do połowy.

— Słyszysz, ty, Heńku Dandeche! hej ty, Jehanku Pincebourde — wyzywali się nawzajem co gardła starczyło: — stary Eustachy Moubon, kowal narożny, tylko co skonał. Mamy jego siennik; otoż będzie z czego sprawić sobie ogieniek miły! Alboż dziś nie Flamandy?!

I malcy cisnęli siennik jak wymierzył prosto na Gringoire'a, przy którym się, nie spostrzegłszy go, zatrzymali. Jeden z nich porwał natychmiast garść słomy i biegł ją zapalić u kagańca przy posągu Matki Boskiej.

— Chrystusie Nazareński! — mruknął Gringoire — czyliżbym się z kolei o ciepło miał otrzeć za blizko?

Chwila była krytyczną. Wziąć go zamierzano między wodę a ogień; uczynił więc wysiłek nadludzki, wysiłek fałszerza pieniędzy, stojącego nad zgotowanym dlań ukropem i starającego się wyśliznąć oprawcom. Zerwał się na równe nogi, odrzucił siennik ulicznikom, i drapnął.

— Panno cudowna! — wrzasnęły dzieciaki — Kowal wraca z tamtego świata.

I same zaraz dmuchnęły w stronę przeciwną.

Siennik został panem placu. Belleforet, O. Lejuge i Corrozet utrzymują, że go motłoch przesądny podjął nazajutrz i z pompą wielką zawlókł do skarbca przy kościele S-tej Fortunaty. Wieść niesie również, że aż do r. 1789 zakrystyanie tej świątyni niemałe zyski krzesali sobie z całej tej przygody, opowiadając zabobonnym ludziom, jak to w nocy z 6-go na 7-y Stycznia 1482 r. stał się cud wielki na rogu ulicy Mauconseil, gdzie sam posąg Panny Najświętszej mocen był rozgrzeszyć nieboszczyka Jehana Moubon, który chcąc djabłu wyrządzić psikus przed śmiercią, dowcipnie schował swą duszę do siennika.



ND-de-Paris-L2-Ch6

VI. Dzban rozbity

Bez zdania sobie sprawy dokąd, Gringoire rżnął czas jakiś prosto przed siebie, co nóg i tchu starczyło, obijając łbem węgły domów, przeskakując rynsztoki, przecinając setki uliczek, zaułków i dziedzińców, omackiem szukając wyjścia i przejścia poprzez wszystkie zapadliska i jamy targowisk, wycierając i tłukąc się w panicznym strachu po całym owym labiryncie, zwanym w pięknej łacinie starożytnych nadań i przywilejów: tota via, cheminum et viaria. Zatrzymał się nie pierwej, aż mu oddechu w piersi zabrakło. Wtedy też i rozum zjawił się niespodzianie w jego głowie, biorąc go, rzecby można oburącz za kołnierz tym oto dylematem, który poeta nasz wygłosił zaraz w rozzmowie z samym sobą, jak to było w jego zwyczaju.

— Zdaje mi się, mistrzu Piotrze Gringoire — mówił do siebie, kładąc palec na czole — zdaje mi się, że bieżysz oto nie przymierzając jak warchoł jaki. Łobuzom małym napędziłeś niemniejszego strachu, jak łobuzy tobie. Albowiem jeżeli się nie mylę, najdokładniej słyszałeś klaskania ich sandałków drewnianych, wynoszących się akurat ku południowi, gdyś ty zmykał nie wiedząc po co pod skrzydła boreasza. Owoż dwie rzeczy... czyli raczej, jedna rzecz z dwóch: albo dzieciaki naprawdę drapnęły, i w takim wypadku siennik, przez nich opuszczony, jest właśnie owem łóżkiem gościnnem, za którem się od rana napróżno upędzasz, a które ci cudownie zsełała Królowa Niebios jako nagrodę za to, żeś na jej cześć stworzył misteryum z facecyarai łamanemi i tryumfami; albo tóż chłopcy nie uciekli aktualnie, i w takim znowu razie niechybnie pożar w sienniku wzniecili, to zaś właśnie wyłonić musiało ów ogień, którego tak potrzebujesz, by się rozerwać, osuszyć i ogrzać. W jednem czy drugiem zdarzeniu, ogień wyborny, czy posłanie wygodne, siennik, powinieneś był uważać za dar z góry. Trzykroć błogosławiona Panna Najświętsza, znajdująca się na rogu ulicy Mauconseil, po to może wyłącznie i kazała umrzeć Jehanowi Maubon; trzeba tedy zaiste być opętanym, by tak cwałować na oślep, jako Pikardyjczyk przed Francuzem, zostawiając za sobą to, czego dokumentalnie szukasz przed sobą; więc półgłówkiem jesteś, i kwita.

Wrócił tedy w swe ślady, i z rozpuszczonym na wiatr węchem, z zaostrzonemi słuchami, usiłował odnaleźć ubłogosławiony siennik; lecz daremnie. Spotykał tylko pokrzyżowane szachownice domostw, kiszkowato pokręcone drogi, rozbłąkane lub poucinane ścieżki, pośród których wahał się i wątpił ustawicznie, gorzej zdurzony i zmęczony w tej gmatwaninie zaułków ciemnych, niżby to mogło mieć miejsce w labiryntach zamczyska Tourneiles. Stracił nareszcie cierpliwość i zawołał uroczyście:

— Przeklęte bądźcie, rozstaiska wszelkie! szatan was stworzył na obraz i podobieństwo widłowatego swego ożoga!

Wykrzyknik ten ulżył mu nieco, czerwonawe zaś światełko, jakie w tej chwili ujrzał u końca długiej a ważkiej uliczki, większej mu jeszcze dodało otuchy.

— Bogu bądź chwała! — rzekł. — To tam mej palący się siennik. Porównywając zaś siebie do sternika w niebezpieczeństwie sród mroków, dodał pobożnie:

— Salve, salve, maris stella!

Lecz czy urywek ów litanii stosował do Panny Najświętszej, czy do gorejącego swego siennika? tego bezwarunkowo wiedzieć nie możemy.

Zaledwo uczynił kroków parę w kierunku długiej uliczki, która była pochyłą, niebrukowaną, i coraz szkaradniej błotną i grzęską, spostrzegł wnet na niej coś niezwykłego, Nie była ona całkowicie pustą: wzdłuż niej czołgały się massy jakieś nieokreślone i bezkształtne, zmierzające jedna za drugą w stronę światełka migocącego u przeciwnego końca uliczki; rzekłbyś: ropuchy nocne, potwornie wydęte, a zataczające się z kępki na kępkę ku pastuszym ogniskom.

Nic tak odwadze nie sprzyja, jak pusty trzos i żołądek. Gringoire śmiało więc postępował naprzód, i dopędził niebawem jedne z larw, najleniwiej wlokącą się za innemi. Zbliżywszy się, rozpoznał, że to był po prostu nędzarz bez nogi, pełzający przy pomocy rąk na sposób kosarza rannego, któremu dwie tylko łapy pozostały. W chwili gdy poeta wyrównywał się z owym gatunkiem pająka o twarzy ludzkiej, nieszczęśliwy podniósł ku niemu głos rzewny.

— La buona manda, signor! la buona manda — wołał.

— Djabeł-by cię porwał pierwej! i mnie z tobą razem — odpowiedział Gringoire — zanimbym zrozumiał o co ci chodzi.

I poszedł dalej.

Dotarł do drugiego z tych cielsk ruchomych, i obejrzał je. Był-to paralityk, kulawy i bezręki zarazem, a tak bezręki i kulawy, że zbiór jego kijów, kul i nóg drewnianych, któremi się podpierał, czynił wrażenie posuwającego się rusztowania mularskiego. Gringoire, który lubił porównania wzniosłe i klassyczne, nazwał go w myśli żyjącym trejnogiem Wulkana.

Trejnóg ów żyjący pozdrowił go przy spotkaniu, ale w ten mianowicie sposób, że mu pod sam podbródek podsunął swą czapkę frędzlastą, i prawie do ucha wrzasnął:

— Senor caballero, para comprar un pedazo de pan.

— Zdaje się — powiedział Gringoire — że i temu także nie brak języka; ale język to strasznie twardy... szczęśliwszym, jesteś, panie bracie, odemnie, jeśli go rozumiesz.

Po czem, uderzając się po czole, jako w nagłym przeskoku wyobrażeń :

— Ale, ale — zawołał — co oni u stu djabłów rozumieli dziś z rana pod wyrazem Esmeralda?

Chciał podwoić kroku, lecz po raz trzeci coś mu zagrodziło drogę. Owem coś, a raczej owym ktoś, był człowieczek drobny, ślepy, mizerny, rysów semickich, wywijający kijem na około siebie i prowadzony przez psa wielkiego. Przy spotkaniu się z Gringoirem, wyjąkał on przez nos, z zacięciem węgierskiem:

— Facitote caritatem.

— Aha, przecież! — rzekł poeta — ten dopiero po chrześciańsku przynajmniej zagadał. Mam dziś chyba minę wielce miłosierną, skoro mię tak błagają o jałmużnę przy obecnej chudziźnie mej kieski...

Zwracając się zaś do ślepego:

— Mej przyjacielu —- dodał — sprzedałem zeszłego tygodnia ostatnią swą koszulę; czyli mówiąc jedynie zrozumiałym dla ciebie językiem Cycerona: Vendidi kebdomade nuper transita meam ultimam chemisam.

Co rzekłszy, plecami się odwrócił do kaleki, i drogą swą podążał.

Ale ślepy jął krok wydłużać jednocześnie z nim; a tuż zaraz, ze swojej strony, paralityk, a tuż zaraz i beznogi nadbiegać poczęli, pobrzękując hałaśliwie żebraczemi swemi miseczkami i łomocząc kulami po kamieniach. Po czem wszyscy trzej razem, choć każdy na swej ład, wywiedli chorowód żebraczy, pilnie się przytem ocierając o poły i żebra biednego Gringoire'a.

— Caritatem! — jęczał ślepy.

— La buona mancia! — wtórował mu paralityk.

A podnosząc nutę muzykalną, kulas powtarzał:

— Un pedazo de pan.

Gringoire zatknął sobie uszy.

— O wieżo Babel! —- wołał.

Począł biedź. Biegł i ślepy, bieżeli również chromy z paralitykiem. W miarę zaś, jak się zagłębiał w uliczkę ciasną i gliniastą, mnożyli się dokoła kulasy,ślepcy, paralitycy, to znowu za tymi,beznodzy, garbusy, trędowaci, kalecy z czerwieniącemi się ranami, ci wyłażąc z domów przyległych, owi z rynsztoków, tamci z nór sklepowych, inni z za-węgłów ze skowytem, miauczeniem, piskiem, a wszyscy razem wiercąc się i utykając, borykając i cisnąc ku światłu, błotem oblepieni jak ślimaki po deszczu.

Zaparty w środek tego tłokowiska i wciąż prowadzony przez trzech swoich prześladowców, Gringoire szedł naprzód, nie wiedząc dobrze na czem się to wszystko skończy, skrzętnie omijał kulawych, przełaził przez chromych i wyplątywał nogi z tego mrowiska kulasów, jak ów kapitan angielski, który wpadł był w gromadę krabów[5].

Przyszło mu na myśl spróbować, czy nie mógłby wrócić nazad.

Ale już było za późno. Cały ów legion szeregi z tyłu ścisnął, a trzej żebracy, z któremi najprzód zabrał znajomość, nie mieli najmniejszej ochoty go puszczać. Postępował więc party falą nieubłaganą, strachem i jakimś zawrotem głowy, czyniącym mu całe to widowisko rodzajem snu strasznego.

Dotarł nareszcie do końca ulicy. Wychodziła ona na Plac niezmierny, na którym tysiące rozproszonych świateł kołysały się w zamroczystych mgłach nocy. Gringoire rzucił się przed siebie, w nadziei że go dzielność uwolni od trzech widm obmierzłych, które się doń przyczepiły.

— Onde vas, hombre? — krzyknął wówczas paralityk ciskając swe kule na ziemię i pędząc za poetą całym zamachem nóg najzdrowszych, jakie kiedykolwiek krok geometryczny na bruku Paryzkim wykreśliły.

W tym-że czasie paralityk, wyprostowawszy się jak długi, uwieńczył Gringoirea ciężkim swym w żelazo okutym półmiskiem dziadowskim, a ślepy cisnął mu prosto w twarz spojrzenie gorejące.

— Gdzież jestem ? — spytał Gringoire struchlały.

— Na Dziedzińcu-Cudów — odrzekło widmo czwarte, łączące się z trzema poprzedniemi.

— Na moją duszę! — począł Gringoire — widzę najdoskonalej ślepych, którzy patrzą, i kulawych, którzy skaczą; lecz gdzież jest cudotwórca?

Odpowiedziano mu złowrogim wybuchem śmiechu.

Biedny poeta powiódł wzrokiem do koła. Był-to w istocie okropny ów Dziedziniec-Cudów, na którym żaden uczciwy człowiek nie pokazał się kiedy o tej porze; koło zaczarowane, w którem strażnicy grodzcy lub urzędnicy kasztelańscy przypadkowo zabłąkani, ginęli jak okruszynki sród zgłodniałych zwierząt; osada złodziejów i rabusiów, ohydna wrzodzianka na obliczu Paryża ; ściekowisko, z którego się wylewała każdego poranka i dokąd się każdego wieczora chroniła stęchła rzeka występków, zepsucia, żebractwa i włóczęgostwa, zwykle zalewająca ulice stolic; ul potworny, do którego się wieczorem z łupami swemi zlatywały szersznie porządku społecznego; szpital obłudny, w którym cygan, mnich przeniewierca, uczeń w rozpuście zaprzepaszczony, hultaje i łotry wszystkich narodów, wszystkich wyznań, mahometanie, żydzi, chrześcianie, bałwochwalcę, pokryci zmyślonemi ranami, żebracy za dnia, przemieniali się w nocy na zbójów; słowem jednem, ogromna szatnia, gdzie w epoce owej ubierali i rozbierali się aktorowie wiekuistej onej komedyi, ktorą kradzież, nierząd i morderstwo odgrywają na brukach paryzkich.

Plac to był obszerny, nieprawidłowy i źle wybrukowany, jako niemal wszystkie place Paryża tamtych czasów. Gdzie niegdzie pobłyskiwały ognie, dokoła których huczały gromady dziwne. Wszystkie te kupy wiły się, kręciły, wrzeszczały, złaziły się i rozłaziły. Słyszałeś ostre śmiechy męzkie, kwilenie niemowląt, głosy kobiet. Ręce, głowy tych tłumów, czarne na tle świetlanem, wyłamywały się w tysiączne kształty. Od czasu do czasu, na ziemi, po którśj się rozpościerały odblaski świateł, zmieszane z cieniami niejasno zarysowanemu można było spostrzedz psa, podobnego do człowieka, i człowieka podobnego do psa. Granice plemion i rodzajów niknąć zdawały się w tem zbiorowisku, jak w jakiem pandemonium. Mężczyźni, kobiety, dzieci, zwierzęta, płcie, wyrosty, choroby, oblicza, wszystko lud ów szczególny do współki, zdawało się, posiadał; wszystko się razem słaniało, tłukło, mięło, jadło i wrzeszczało; każdy brał udział we wszystkiem.

Przy niepewnem, przyćmionem i urywanem migotaniu odblasków ogniowych, Gringoire, acz skłócony wewnątrz, postrzegł przecież na okolutko niezmierzonego placu ohydne czworościennejego ogrodzenie ze starych chałup, których facyaty pośniedziałe, poodrapywane, pryszczate, wyszczerzone każda jednym lub dwoma oświetlonemi otworami, wydały mu się w cienistej zasłonie olbrzymiemi głowami bab starych, potwornych, rozzłoszczonych, które się rozsiadłszy do koła, przyglądały się, pomrugując oczyma, czarciemu temu weselisku.

Był to jakiś świat nowy, nieznany, niesłychany, bezkształtny, fantastyczny, podziemne jakieś państwo płazów, ludzi, wyrodków i wyrzutków.

Gringoire, coraz głębiej upadający na duchu i władzach rozpoznawczych, ściskany przez trzech żebraków jak obcęgami, zahukany ciżbą innych twarzy, w około niego wyjących i beczących, niefortunny Gringoire usiłował zdobyć się na kropelkę przytomności umysłu, by sobie przypomnieć, czy nie był-to przypadkiem dzień sobotni. Ale wysiłek okazał się daremnym. Urwała mu się stanowczo nić pamięci i myślenia. Zwątpiwszy tedy o wszystkiem, i kołysząc się omdlałe między tem co czuł, a tem na co patrzał, stawiał sobie nierozwiązalne pytanie:

— Jeśli jestem, prawdaż to? gdy to prawda, jestem-że?

Jakby w odpowiedzi na ten pirronizm, rozległ się okrzyk przenikliwy w tłumach huczących, które go otaczały:

— Prowadźmy go do króla! do króla go prowadźmy!

— Panno miłosierna! — mruknął Gringoire — królem tu, cap chyba.

— Do króla! do króla! — powtarzały wszystkie głosy.

Porwano go. O to tu, rzekłbyś, chodziło tylko, kto pierwszy za kark go złapie. Trzej żebracy nie chcieli przecież nikomu ustąpić zdobyczy; wyrywali ją drugim, skowycząc:

— To nasze! to do nas należy!

I tak już słabowita kurtka poety, ostatni oddech wyzionęła w tej walce.

Za to, pochód przez Plac wywiał mu z głowy wszelkie zawrotowe mamidła. Po kilku już krokach zrobionych, przyszedł do poczucia rzeczywistości. Zaczynał oswajać się z atmosferą otoczenia. W pierwszym momencie, z powodu poetycznej jego głowy, albo też, co daleko prostsze i naturalniejsze, z racyi pustego jego żołądka, wytworzyły mu się w oczach dymy jakieś kłębiaste, coś niby w gatunku pary, która zataczając się między nim a przedmiotami, zaledwo pozwalała odgadywać takowe z pod obłoczy obłąkanych i grubych płacht sennego urojenia, zamazywała tych przedmiotów zarysy, wykrzywiała formy wszelkie, gromadziła w jedno właściwości różne, wydymała rzeczy w przywidzenia, a ludzi na zmory przekształcała. Zwolna hallucynacyą ta ustąpiła miejsca poglądowi trzeźwiejszemu, przedstawiającemu rzeczy w kształtach mniej olbrzymich. Odlatywały mary, a na jaw występowała rzeczywistość, przecierająca mu oczy, plącząca się pod nogami i rujnująca kawałek po kawałku cały ów gmach przerażającej poezyi, sród którego sądził, że się znajdował. Potrzebaż było nato niejakiej obrazie powonienia pięciu czy sześcią łapserdaczek, spierających się przy jednym stole o ukradzione z wieczora niemowlę. Wszystko ci sami ludzie i rzeczy te same, które we dwa wieki później tak pociesznemi wydały się dworowi — jak powiada Sauval — że posłużyły za rozrywkę królowi i wstęp do królewskiego baletu Nocy, podzielonego na cztery części i odegranego w teatrze Małego-Burbona. „Nigdy jeszcze — dodaje świadek naoczny z r. 1653 — nagłe metamorfozy Dziedzińca Cudów nie były szczęśliwiej przedstawione. Benserade przygotował nas do tego wierszami dość udatnemi".

Gruby śmiech buchał zewsząd, w towarzystwie piosnki brudnej. Każdy dbał o siebie jedynie, klął, dowcipkował i na sąsiada nie baczył. Przepijano do siebie dzbanami, z zetknięcia się dzbanów powstawały kłótnie, a kłótnie i dzbany poszczerbione, darły łachmany. Wielkie psisko, usiadłszy sobie na ogonie, patrzyło na ogień. Kilkoro dzieci dzieliło pohulankę starszych. Dziecko skradzione płakało i krzyczało. Inne, tłusty chłopiec czteroletni, siedziało ze zwieszonemi nogami na ławce za wysokiej na swej wiek, przy stole, który mu pod sam podbródek podchodził, i nic nie mówiło. Trzecie poważnie rozmazywało palcem po stole tej płynący z szabasówki. Ostatnie, drobne, skulone w błocie, niemal całkiem ukryte w kotle, waliło cegłą po jego ściankach, wydobywając zeń dźwięki, od którychby sara Stradivarius omdlał.

Beczka stała w pobliżu ognia; siedział na niej żebrak. Był to król na swym tronie.

Trzej trzymający Gringoire'a przyprowadzili go przed ową beczkę, a wszystko łapserdactwo umilkło na chwilę, z wyjątkiem dzieciaka umieszczonego w kotle.

Gringoire nie śmiał odetchnąć, ani oczu podnieść.

— Hombre, quita tu sombrero — rzekł jeden z jego posiadaczów; i zanim poeta dorozumiał się znaczenia tych słów, drugi ściągnął mu czapkę. Nędzny kaszkiecik, zaprawdę, lecz dobry jeszcze i od słońca i od deszczu. Gringoire westchnął.

A tuż zaraz, z wyżyn swojego antałka, w te słowa król go zagadnął:

— Cóż to za łajdaczyna?

Gringoire drgnął. Głos ten, acz zaostrzony tonem groźby, przypomniał mu głos inny, ten właśnie, który z rana pierwszy cios zadał jego dyalogowi, wywodząc przez nos, pośród zgromadzenia: Za zdrowie najmilsze! co łaska! Podniósł głowę. W rzeczy samej byłto Clopin Trouillefou.

Clopin Trouillefou, obwieszony znakami żebraczej swej królewskości, ani jednego łachmana więcej, ani jednego mniej nie miał na sobie. Bana znikła mu już z łokcia. Trzymał w ręku jeden z owych kańczugów surowcowych, któremi się posługiwali pachołkowie pałkonosy przy zebraniach tłumnych, a które nazywano sypełkowcami. Na głowie miał gatunek obręczowego nakrycia, spiętego u góry; lecz z powodu niezmiernego do siebie podobieństwa dwóch rzeczy, zachodziła trudność w rozpoznaniu, azali to była po prostu tylko wypchana szmatka dziecięca, czy też korona królewska.

Nie wiedzieć dlaczego Gringoire nabrał tymczasem otuchy niejakiej, poznawszy w królu Cudownego Dziedzińca przeklętego owego żebraka z wielkiej komnaty.

— Mistrzu — bełkotał. — Jaśnie wielmożny... Najjaśniejszy... jakżeż-bo mam tytułować? — spytał nareszcie, doszedłszy do kulminacyjnego punktu swojego crescendo, a nie wiedząc już ani którędy iść wyżej, ani jak zejść.

— Wielmożny, najjaśniejszy, djable, czorcie, nazywaj mnie jak chcesz. Ale śpiesz. Co masz do powiedzenia na swoją obronę?

— Na swoją obronę? — pomyślał Gringoire — to mi się jakoś nie podoba.

I zaczął jąkając się:

— Ja jestem ten który poranka tego...

— Do kroćset pazurów djablich! — przerwał Clopin — jak się nazywasz, łajdaku, i ani słówka więcej. Słuchaj. Stoisz w obec trzech potężnych władzców: mnie, Clopina Trouillefou, króla Szałaszników, następcy wielkiego koezry, najwyższego władzcy państwa Szwargotu; Mathiasa Hungadi Spicoli, księcia Cyganii i Bohemii, którym jest ów mąż stary, żółty, ze ścierką w około głowy, Wilhelma Rousseau, Kajzera Galilei, tego oto tłuściocha, który łajdaczkę jakąś pieści i nas nie słucha. Jesteśmy twoimi sędziami. Wszedłeś do naszego królestwa szwargotu, nie będąc sam szwargotnikiem; zgwałciłeś przywileje naszego grodu. Musisz być ukaranym, albo dowieść, że jestem chapunem, podbieraczem lub świstakiem, to jest, tłómacząc na szwargot ludzi porządnych, złodziejem, żebrakiem lub włóczęgą. Czy jesteś czemś w tym guście? Tłómacz się; odsłoń nam swą godność.

— Niestety! — odpowiedział Gringoire, — nie mam tego zaszczytu. Jestem autorem...

— Wystarcza — przerwał Trouillefou, nie pozwalając mu dokończyć. — Zaraz powieszonym zostaniesz. Rzecz całkiem prosta, moi panowie obywatele uczciwi! jaki traktament znajdują nasi u was, takim samym my przyjmujemy waszych u siebie. Prawa, które wy stanowicie przeciwko gołocie, gołota na was stanowi. Wasza w tem wina, jeżeli łagodnem nie jest. Wypada przecież spojrzeć kiedy niekiedy i w zęby porządnego człowieka, wyszczerzone po nad sznureczkiem konopianym; dyndulka zyskuje przez to cokolwiek na honorze. Dalejże przyjacielu, a wesoło! podziel swe łachmanki pomiędzy te oto panienki. Każe cię powiesić dla ubawienia hultajstwa, a ty mu za to oddasz swą kieskę, by miało czem zapić twe zdrowie. Jeśli potrzebujesz wywrócić jakiego świątobliwego koziołka przed śmiercią, to znajdziesz tam, w tej oto budce, kamienny posążek ku temu snać przeznaczony; skradli go niepotrzebnie chłopcy u Św. Piotra Wypustnego. Masz cztery minuty na wyplunięcie przed nim swej duszy.

Przemówienie było straszliwe.

— Dobrze rżnie, na moją duszę! Clopin Trouilleou prawi jak z kazalnicy! — zawołał kajzer galilejski, poprawiając u stołu i dzban tłukąc zarazem.

— Jaśnie oświeceni cezarowie i królowie — odezwał się Gringoire z krwią zimną (nie wiem bowiem, jakim sposobem wróciło mu męztwo, i prawił rezolutnie) — przebaczcie, ale to chyba żart co powiadacie. Nazywam się Piotr Gringoire, jestem poetą, którego dyalog przedstawiano dzisiejszego rana w wielkiej komnacie trybunalskiej.

— Aha! to ty mistrzu! — rzekł Clopin. — Byłem tam, do kroćset kardynałów! Więc jakże, towarzyszu? czy sądzisz, że dlatego nie masz być powieszony wieczorem, żeś nas znudził zrana?

— Nie utrzymam się na tym punkcie — pomyślał Gringoire.

Z innej tedy spróbował beczki.

— Nie widzę — mówił — dlaczegoby poeci nie mieli być wykluczeni z bractwa huncwotów. Jeżeli chodzi o włóczęgę, był nim Ezopus; jeżeli o żebraka, to macie Horaerusa; jeżeli złodziej wam potrzebny, to niech Mercurius za mną świadczy...

Przerwał mu Clopin:

— Uważam bratku, że chcesz nam gęby zamalować tem swojem tałałajstwem. Bez tych zachodów, kochanie; nie taki mądry postronek, jak ci się zdaje.

— Przepraszam jaśnie oświeconego króla Szałaszników — odparł Gringoire, spierając się o każdą piędź gruntu. — Sprawa to godna zastanowienia... Chwileczkę!... Ależ posłuchajcie .. Nie skażecie mnie przecież bez wyrozumienia okoliczności...

Ale nieszczęśliwy głos poety utonął we wrzaskach, które się do koła niego podniosły. Mały urwis tłukł w kociołek z większym niż przedtem zapałem; na dobitkę zaś, stara kobieta tylko-co ustawiła była na dynarze rondel pełen szmalcu, który na ogniu warczeć i klekotać począł z hałasem, podobnym do krzyku gromady dzieci, upędzających za maszkarą.

Clopin Trouillefou zdawał się przecież naradzać chwilkę z księciem Cyganii i kajzerem galilejskim, który był już całkowicie pijanym.

Następnie krzyknął ostro:

— Milczcież do pioruna!

Ponieważ jednak ani rondel ze szmalcem, ani kocioł z malcem wcale go nie słuchały i dalej prowadziły swej duet, zeskoczył ze swej beczki, palnął jedną nogą w kocioł, który się o dziesięć kroków z dzieciakiem zatoczył, drugą w rondel, który się w ogień, wraz ze szmalcem, zawalił, i poważnie wrócił na swej tron, nie zważając bynajmniej ani na zduszone łkania dziecka, ani na szemrania staruszki, której cała wieczerza zaleciała w górę pięknym płomieniem białym.

Trouillefou dał znak, na który wraz książę cygański, i władca galilejski, i komturowie i arcy-mistrze złodziejstwa, nadbiegli otoczyć króla szwargotników, tworząc w około niego rodzaj żywej podkowy, której Gringoire, silnie zawsze trzymany w rękach trzech swoich zdobywców, zajmował środek. Było to półkole z łachmanów, szmat, brzękadeł, wideł, siekier, nóg napojem oblanych, obnażonych grubych ramion, twarzy pożądliwych, rozkiełznanych, wytartych. Z naczelnej porady owego „okrągłego stołu łajdactwa, Clopin Trouillefou, niby doża tego senatu, niby król tej żebraczej izby parów, niby arcykapłan pogańskiego tego zboru, przewodził i panował rzeszy całą najprzód wyższością swojej beczki, następnie zaś nie wiem już jakim wyrazem oczu wyniosłym, rozżartym a strasznym, który zaiskrzając jego źrenicę, wypełniał w dzikim jego profilu bydlęcy typ rassy złodziejskiej. Rzekłbyś morda odyńca sród świńskich ryjaków.

— Słuchaj-no — mówił do Gringoire'a, gładząc mu podbródek wykrzywiony ze strachu, dłonią namozoloną i połupaną — niewidzę dlaczegobyś nie miał być powieszony. Prawda, że wygląda jakobyś wstręt czuł do szubienicy; i rzecz to całkiem prosta; wy mieszczuchy jacyś, wy z tem nie bardzoście oswojeni. Wielkie rzeczy tworzycie sobie z konopnego procederu. Bądź co bądź, zła ci nie pragniemy. Oto jest dla ciebie sposób wydobycia się na dziś z kłopotu. Chcesz zostać jednym z naszych?

Nietrudno sobie wyobrazić, jaki skutek propozycya ta wywarła na Gringoire, który czując, że mu się życie wymyka, spuścił znowu z tonu i całkowicie tym razem. Spazmatycznie tedy chwycił za deskę zbawienia.

— Chcę, oczywiście, najdoskonalej — odpowiedział.

— Zgadzasz się tedy — mówił dalej Clopin — wejść miedzy mężów drobnego płomyka?

— Drobnego płomyka, właśnież — odrzekł Gringoire.

— Uznajesz się członkiem rzeszy wolno-obywatelskiej?

— Wolno-obywatelskiej, najzupełniej.

— Poddanym królestwa szwargotu ?

— Królestwa szwargotu.

— Złodziejem?

— Złodziejem.

— W duszy?

— W duszy.

— Oświadczam ci wszakże — jął król — że tem niemniej powieszonym zostaniesz.

— Do licha! — zauważył poeta.

— Z tem zastrzeżeniem — prawił Clopin niewzruszony — że powieszonym będziesz później, z większą ceremonią, kosztem przesławnego miasta Paryża, na pięknej szubienicy kamiennej i przez ludzi porządnych. Zawszeć to pociecha.

— Co do tego, to niby tak — zauważył Gringoire.

— Są inne jeszcze korzyści. Z tytułu wolnego obywatelstwa, nie będziesz potrzebował płacić na ubogich, na oświetlenie ulic, na zamiataczów, do czego obowiązani sa mieszkańcy paryzcy.

— Amen, — rzekł poeta. — Zgadzam się. Zostaję złodziejem, szwargotnikiem, wolnym obywatelem, drobnym płomykiem, wszystkiem, czem chcecie; a co lepsze, mości królu Szałaszników, byłem wszystkiem już z góry; filozof bowiem jestem z professyi; et omnia in philosophia, omnes in philosopho continentur, jak ci panie wiadomo. Król Szałaszników zmarszczył brwi.

— Za kogo to mię bierzesz, przyjacielu? — krzyknął gniewnie. — I jakim to węgiersko-żydowskim szwargotem zaśpiewałeś nam w tej chwili? Nie umiem po hebrajsku. Nie jest ten jeszcze żydem, kto jest bandytą. Nie kradnę już nawet; za nizkie to dla mnie; zabijam. Gardłorzeź — tak; rzezimieszek — nie.

Gringoire starał się wtrącić parę słów przeproszenia w ten urywany monolog, któremu gniew coraz ostrzejsze nadawał zacięcie.

— Racz mi przebaczyć, jaśnie mości oświecony — powiadał. — To nie po hebrajsku, to po łacinie.

— Powiadam ci — z uniesieniem wołał Clopin — że nie jestem żydem, mycki przeklęte! i że cię natychmiast każę obwiesić, wraz z tym oto małym przekupniem izraelskim, który obok ciebie stoi, a którego ujrzę kiedyś nareszcie przykłutym do lichwiarskiego stołu, jak sztukę monety fałszywej, którą jest i był zawsze!

To mówiąc, wskazał palcem na małego brodatego żydka węgierskiego, który powitał był Gringoir'a swojem: facitote caritatem, a który obecnie, nie rozumiejąc innej mowy, z zadziwieniem spoglądał na króla Szałaszników, spędzającego na nim właśnie swoje złe usposobienie.

Ale nareszcie uspokoił się najjaśniejszy Clopin.

— Włóczęgo — odezwał się do naszego poety — więc chcesz zostać złodziejem?

— Najniewątpliwiej — odrzekł poeta.

— Chcieć, to jeszcze nie wszystko — rzekł wtedy wymyślny Clopin; — dobre zamiary ani jednej cebulki nie włożą do garnka; zdadzą się chyba jako paszport do raju; raj zaś a szwargot, to nie jedno, mej bratku. Żebyś był przyjętym do bractwa szwargotników, trzeba pierwej dowieść, że się jest zdolnym do czegokolwiek; a w tym celu wypada człowieczka przetrząść i obmacać.

— Przetrząsnę i obmacam kogo każecie — odparł Gringoire.

Clopin skinął. Kilku szwargotników oderwało się od gromady i wróciło po chwili. Nieśli dwa drągi zakończone od spodu dwiema drewnianemi podstawkami, najwyraźniej przeznaczonemi do podtrzymywania słupów na gruncie w kierunku prostopadłym; u górnych zaś końców drągów umocowano wraz belkę poprzeczną, w ten sposób, iż całość utworzyła wcale ładną szubienicę przenośną, która w jednem mgnieniu oka, jak to Gringoire miał przyjemność oglądać, wzniosła się przed nim. Nic jej nie brakowało, nawet powroza, który się wdzięcznie kołysał pod poprzecznicą.

— Dokąd to oni z tem zamierzają? — zapytywał siebie Gringoire z niejaką obawą.

Odgłos dzwonków, który jednocześnie posłyszał, położył koniec jego niepokojom; był-to człowieczek, manekin, zawieszony przez hultajstwo na sznurku za szyję, gatunek straszydła na wróble, ubrany czerwono i do tyla oczepiany dzwonkami i brzęczącemi kulkami, że niemi objuczyłbyś trzydziestu kastylskich mułów. Tysiączne te dzwonki drgały czas jakiś w miarę kołysania się sznurka, następnie milkły zwolna, aż w końcu, gdy manekin sprowadzony został do nieruchomości na mocy praw wahadła, które zdetronizowało klepsydrę, ucichły całkowicie.

Wtedy Clopin, wskazując na stary kulejący stołek, umieszczony pod szubienicą, rzekł do Gringoire'a.

— Wleź nań.

— Do miliona chorób — odparł Gringoire — ależ kark sobie skręcę. Stołczysko wasze chromieje jak dwuwiersz Marcyala; jedna stopa hexametrowa, druga pentametrowa.

— Leź — powtórzył Clopin.

Gringoire wlazł na stołek, i lubo nie bez niejakich chybań się głową i rękami, zdołał w końcu natrafić na własny środek ciężkości.

— Teraz — mówił dalej król Szałaszników — okręć prawą nogą na około nogi lewej i wyprostuj się na palcach stopy lewej.

— Miłościwy panie — ozwał się Gringoire — czyliż ci koniecznie chodzi o to, bym sobie złamał którąkolwiek część ciała.

Clopin podniósł głowę.

— Słuchaj, przyjacielu, zanadto gadasz. Oto w dwóch słowach rzecz cała. Masz się wyprostować na palcach nogi lewej, jakem ci to powiedział; w ten sposób będziesz mógł dosiądź do kieszeni manekina; przetrzęsiesz takową; wyciągniesz z niej woreczek, który się tam znajduje; i jeżeli wszystko to uczynisz tak. że ani jeden głos dzwonka się nie odezwie, wówczas i owszem: ogłosimy cię naszym kolegą. Zostanie nam tylko w takim wypadku, tłuc cię w ciągu dni ośmiu.

— Pioruny-by cię! mała rzecz! — mruknął Gringoire — A jeśli dzwoneczki zagrają?

— Wówczas powieszonym zostaniesz. Czy rozumiesz?

— Nie, nie rozumiem nic a nic — odrzekł Gringoire.

— Posłuchaj-że raz jeszcze. Trzeba ci się dobrać do kieszeni manekina, trzeba z niej wyciągnąć kieskę; jeżeli podczas tej operacyi choć jeden dzwonek brzęknie, pójdziesz na szubienicę. Czy to rozumiesz?

— No tak — odpowiedział Gringoire — to rozumiem. Później!

— Owóż, jeżeli zdołasz wydostać kieskę w sposób, że ani jedno brzękadełko głosu nie wyda, jesteś naszym, i przez osiem dni kolejnych kołem bity będziesz. Teraz to już bez wątpienia rozumiesz?

— Nie, miłościwy panie, właśnież teraz to nic nie rozumiem. Bo i jakaż moja wygrana? obatożony w jednym razie, powieszony w drugim?

— A godność łajdacka? — podchwycił Clopin — za nic-że masz sobie godność łajdacką? W twoim to własnym interesie tłuc cię będziemy, hartując na cięgi.

— Bóg zapłać! — odparł poeta.

— Nuże, prędzej! — zawołał król, tupnąwszy nogą w beczkę, która rozbrzmiała jak pudło puste. — Bierz się do człowieczka, i skończmy to już do kaduka. Ostrzegam cię po raz ostatni, że jeżeli posłyszę choć jeden dźwięk, ty zajmiesz miejsce człowieczka.

Banda szwargotników oklaskami przyjęła słowa Clopina, i uszykowała się kolisto przy szubienicy, ze śmiechami tak nielitościwemi, że Gringoire spostrzegł, iż za wiele tu było żartu na żart zwykły; zanadto się nim bawiono, by się wszystkiego nie miał obawiać i nie wszystko przypuszczać. Nie pozostało mu przeto żadnej nadziei, okrom tej, nieprawdopodobnej, jaka leżeć mogła w uskutecznieniu operacyi naznaczonej. Nie było innej rady; zdecydował się przystąpić do dzieła, nie bez poprzedniej atoli gorącej prośby, zwróconej ku manekinowi, którego wypadało okraść, a który prędzejby się może dał był wzruszyć niżeli złodzieje. Miliony owych dzwonków z miedzianemi języczkami, wydawały mu się milionami rozwartych pyszczków gadzin, gotowych do kąsania i sykania.

— O! — mówił po cichutku — jest-że możebnem, by życie me zależało od najmniejszego drgnięcia najmniejszej z tych drobnych kulek? O bębenki — dodał ze złożonemi dłońmi — nie bębnijcie! dzwoneczki, nie dzwońcie! brzękadełka, nie brzękajcie!

Z jednym jeszcze wysiłkiem próbował wystąpić w obec Trouillefou:

— A jeśli — pytał go — wiatr wionie zkądkolwiek?

— Powieszonym zostaniesz — odrzekł tamten bez najmniejszego wahania.

Widząc, że tu piwo nie przelewki, że biedy ani zażegnać, ani odwlec, ani omówić nie sposób, Gringoire mężnie postanowił fortuny spróbować; zakręcił nogą prawą około nogi lewej, wzniósł się na palce i rękę do góry wyciągnął; w chwili atoli gdy się miał dotknąć szaty manekina, korpus nie dotrzymał mu placu; na jednej już tylko nodze oparty, dał się zachwiać na stołku o trzech jeno nogach; poeta nasz machinalnie szukał podpory w wisielcu, lecz stracił równowagę i ciężko się zwalił na ziemię, ogłuszony fatalnym szczęknięciem tysiąca naraz dzwonków człowieczka, który idąc za popchnięciem jego ręki, zakręcił się parę razy w jedne stronę i naodwrót, i zaczął naostatek majestatycznie huśtać się pomiędzy dwoma słupami.

— Przekleństwo! — zawołał poeta padając, i jak nieżywy, twarzą do ziemi przylgnął.

Słyszał wszakże nad głową straszne dzwonienie, djabelski śmiech hultajów i głos Trouillefou, powiadającego:

— Podnieście mi tego bałwana i co żywo na szubienicę.

Zwlekł się na nogi. Lalka z szubienicy była już odczepioną, i wolne po niej miejsce na niego czekało.

Szwargotnicy postawili go na stołek. Clopin podszedł ku niemu, założył sznurek na szyję i rzekł, klepiąc ręką po ramieniu:

— Adieu, braciszku. Nie umkniesz już teraz, choćbyś kasztelańskie miał gardło[6].

Wyraz: łaski! zamarł na ustach Gringoire'a. Powiódł oczyma do koła, ale nadziei nigdzie nie zoczył; wszyscy się śmieli.

— Belleville de l'Etoile — rzekł król szałaszników do ogromnego hultaja występującego z tłumu — pójdź na belkę.

— Belleville de l'Etoile gramolił się zwolna na poprzecznicę szubieniczną, a po niejakiej chwili Gringoire, gdy podniósł oczy, ujrzał go tuż nad swą głową, siedzącego na belce.

— A teraz, — mówił Clopin Trouillefou — jak tylko klasnę w dłonie, ty, Andry-Rouge, obalisz stołek kolanem; ty, Franciszku Chante-Prune, uczepisz się nóg niegodziwca, a ty, Belleville, rzucisz mu się na kark; wszyscy zaś trzej, razem... rozumiecie?

Dreszcz przebiegł po skórze Gringoire'a.

— Gotowiście? — spytał Clopin Trouillefou trzech szwargotników, czekających tylko na znak, by się na ofiarę rzucie.

Była to dla Gringoire'a chwila strasznego oczekiwania, podczas której Clopin spokojnie podrzucał nogą, ku środkowi ogniska, szczątki łuczywek, których płomień pochwycić nie mógł.

— Gotowiście? — powtórzył, i odwiódł dłonie do klaśnięcia. Jeszcze sekunda jedna i byłoby już po wszystkiem.

Ale się zatrzymał, jakby ostrzeżon myślą nagłą.

— Momencik jeden — rzekł — byłbym zapomniał... Chce mieć zwyczaj, byśmy nie wieszali człowieka, dopóki się nie zapytamy, czy nie ma kobiety, coby go sobie zabrać chciała. Kamracie, to twoja ucieczka ostatnia. Jeżeli się nie ożenisz z łajdaczką, szubieniczkę niechybnie już poślubisz.

Cygańskie owe prawo, jakkolwiek dziwnem wydaćby się mogło czytelnikowi, dziś jeszcze znajduje się zapisanem jak długie w starem prawodawstwie angielskem. Zobacz Buringtoris Observations.

Gringoire odetchnął. Drugi to raz w ciągu pół godziny niespełna, wracał do życia. To i nie tak już bardzo chciał temu wierzyć.

— Hej wy tam! — ryknął Clopin ze swej beczki, na którą powrócił — hej, baby, babska i babulki, czy nie ma między wami, od czarownicy do kotki, łajdaczki jakiej, coby tego niewarta chciała? Hej Coletko Charonne! Elżbieto Trouvain! Szymonko Jodouyne! Maryśko Piedebou! Tonko Długa! Berardo Fanouel! Michalinko Geraille! Klodko Bongeoreille! Maciejowo Girorou! hej ty tam Izabelko Thierrye! Chodźcie i pejrzcie! jest chłopiec za darmo! kto go chce?

W tem nędznem swem położeniu Gringoire był chyba mało ponętnym. Propozycya bowiem nie robiła na złodziejkach wielkiego wrażenia. Nieszczęsny słyszał jak odpowiadały:

— Nie, nie! wieszajcie go sobie. Bo zweseli to nas wszystkich.

Znalazły się jednak w tłumie trzy kobiety, które przyszły bliżej interes obejrzeć. Najpierw przystąpiła dziewczyna tłusta, o twarzy czworograniastej. Bacznie badała opłakany stan filozofa. Żupanik na nim był zużyty i bardziej podziurawiony, niż blacha do pieczenia kasztanów. Dziewczyna się skrzywiła.

— Stary samodziałek — mruknęła: zwracając się zaś do Gringoire'a:

— Pokaż-no kapiszonik.

— Zgubiłem go — rzekł Gringoire.

— Czapkę?

— Zabrali mi ją.

— Sandałki?

— Już są prawie bez podeszew.

— Sakiewka?

— Niestety — jęknął Gringoire — nie mara ani jednego szeląga paryzkiego.

— To daj się powiesić, i powiedz jeszcze Bóg zapłać — odparła dziewczyna i odwróciła się.

Druga, stara, czarna, pomarszczona, wstrętna, a tak brzydka, że sam Dziedziniec Cudów mogłaby oplamić, poczęła z kolei obchodzić do koła Gringoire'a. Ten trząsł się prawie ze strachu, by go nie zapragnęła. Straszydło przecież wycedziło skroś zęby.

— Za chudy! — i odeszło.

Trzecią była młoda dziewczyna, dość świeża i nie bardzo brzydka.

— Ratuj mię! — rzekł do niej cichym głosem nieborak.

Ona popatrzyła nań chwilkę z litością, spuściła oczy, zacisnęła w palcach fałdek jeden spódnicy, i sama nie wiedziała jak zrobić. On oczami pożerał każdy z jej ruchów; ostatniż to był promyk nadziei.

— Nie — powiedziała nareszcie dziewczyna — nie! Wilhelm Longuejoue wytłukłby mnie.

I wróciła do tłumu.

— Nie masz szczęścia, towarzyszu — rzekł Clopin.

Po czem stanąwszy równemi nogami na swojej beczce:

— Nikt nie chce więcej? — wołał, naśladując ku wielkiemu zadowoleniu hałastry głos woźnego przy licytacyach. — Nikt nie chce więcej? Raz, dwa, trzy!

Obracając się zaś ku szubienicy ze znaczącem skinieniem głowy dodał:

— Przysądzono!

Belleville de l'Etoile, Andry Ie Eouge i Franciszek Chante-Prune postąpili ku Gringoire'owi.

W tej-że chwili rozległ się okrzyk w tłumach szwargotników:

— Esmeralda! Esmeralda!

Gringoire drgnął i zwrócił się w stronę zkąd szły okrzyki. Tłumy się rozstąpiły i dały przejście postaci uderzająco czystej i pięknej.

Była to Cyganka.

— Esmeralda! — powtórzył Gringoire, rażony śród tyla wzruszeń nagłością sposobu, w jaki imię to magicznie wiązało wszystkie wspomnienia dnia całego.

Szczególna ta istota, władztwo swych wdzięków i piękna rozciągać zdawała się nawet tu, na Dziedziniec Cudów. Szwargotnicy i Szwargotnice łagodnie się szeregowały, gdzie tylko stąpiła, a brutalne ich twarze rozpromieniały się pod jej spojrzeniem.

William Adolphe Bouguereau - La Petite Esméralda

Lekkim krokiem zbliżyła się ku delinkwentowi. Śliczna jej Dżali biegła za nia. Gringoire był więcej umarłym niż żywym. Ona poglądała nań chwilkę w milczeniu.

— Czy zamierzacie powiesić tego człowieka? — spytała poważnie, Clopina.

— Tak, siostrzyczko — odpowiedział król Szałaszników — wyjąwszy wypadek, kiedybyś chciała wziąć go sobie za męża.

Dziewczę po zwyczaju z milutką pogardą poruszyło swą wargę niższa.

— Biorę go — odpowiedziało.

Tu Gringoire formalnie i stanowczo uwierzył, że od samego rana wciąż śnił tylko, i że to był dalszy ciąg rojeń.

Przeskok, acz niezmiernie miły, był w istocie nieco za gwałtowny.

Odwiązano poecie stryczek i sprowadzono go ze stołka. Wstrząśnienie było tak silne, że usiąść musiał.

Nie powiedziawszy ani słowa, książę Cyganii przyniósł garnek gliniany. Piękna cyganka podała takowy Gringoire'owi.

— Ciśnij to waszmość na ziemię — powiedziała.

Garnek pękł na cztery kawałki.

Wtedy książę Cyganii położył dłonie na ich czołach, i rzekł, zwracając się najprzód do poety:

— Bracie, to twoja żonka.

A do Esmeraldy:

— Siostro, to twej mąż.

I dodał usuwając dłonie:

— Na lat cztery. Z Bogiem!




ND-de-Paris-L2-Ch7

VII. Noc po ślubie.

Po niejakim czasie poeta nasz znalazł się w małej komnatce sklepionej w ostrołuk, szczelnie upatrzonej, dobrze ogrzanej. Siedział właśnie w tej chwili przy stole, któremu jeżeli brakło czego, to chyba niewielkiej pożyczki u śpiżarenki, zawieszonej tuż zaraz w sąsiedztwie. W perspektywie było wygodne łóżko i prawdopodobnie czarująca gawędka sam na sam z ładną dziewczyną. Przygoda graniczyła z czarami. Zaczynał na dobre uważać się za jakąś postać z bajek o zaklętych duchach; od czasu do czasu zataczał do koła spojrzeniem, jakby dla przekonania się, azali jeszcze znajdował się gdzie rydwan ognisty, do dwóch skrzydlatych chimer zaprzężony., który sam jeden chyba zdolnym był przywieźć go tak szybko z piekieł do raju. Niekiedy też upornie wzrok przywiązywał do przeświecających dziurek swojego żupanika, w celu uczepienia się rzeczywistości, by do reszty gruntu pod nogami nie stracić. Rozum jego, skołatany podróżą po przestrzeniach wyobraźni, na tym jednym włosku i wisiał tylko.

Młoda dziewczyna nie zdawała się zwracać nań żadnej uwagi: krzątała się z kąta w kąt, to tu to tam stołek jakiś poprawiła, zagadała do kózki, i niekiedy zrobiła skrzywioną swą minkę. Nareszcie przyszła usiąść okołu stołu, i Gringoire swobodnie teraz mógł się jej napatrzeć.

Byliścieniegdyś dziećmi, czytelnicy moi, a może mieliście szczęście i po dziśdzień niemi pozostać. Niepodobna, przeto, byście się choć parę razy w życiu (bo co do mnie, calutkie i najlepiej zresztą użyte duie mojej młodości poświęciłem na to), byście się nie upędzali z zarośli w zaroślę, po nad prądem żywej rzeczułki, sród słonecznej pogody, za ładną jaką libella, w sukience błękitnej lub zielonej, łamiącą swej polot nagłemi zwrotami i całującą końce wszystkich gałęzi. Przypominacie sobie, z jaką to rozkochaną ciekawością myśl wasza i wzrok wasz czepiały się szeleszczącego tego wiru skrzydełek błękitnych i różanych, sród którego mknęła postać niepochwytna, osłonięta samą już szybkością swych ruchów. Istota powietrzna, niewyraźnie się rysująca na tle owego migocącego drżenia skrzydełek, wydawała się wam urojoną, wyimaginowaną, niepodobną do pochwycenia, niepodobna do widzenia. Ale gdy w końcu usiadła dla spoczynku na szczycie uginającej się trzciny, i gdyście z zatamowanym oddechem bliżej rozejrzeć się mogli w tych długich skrzydłach gazowych, w tej sukience różnobarwnej, w tych dwóch gwiazdkach kryształowych, jakież było wasze zdziwienie, a zarazem jak żywa obawa, by rzeczywistość znowuż nie pierzchła urojeniem w oczach waszych, formy nie rozwiały się w przywidzenia, a istota w mgłach się duchowych nie rozpłynęła. Przywołajcie ku sobie te wrażenia, a łatwo wam będzie zdać sobie sprawę z uczuć, jakie w tej chwili przepełniały pierś Gringoire'a, podziwiającego w sposób niejako naoczny i dotykalny, kształtną postać tej samej właśnie Esmeraldy, którą dotąd spostrzegał zaledwie w mglistych wirach, tańca, śpiewu i ścisku.

Poeta też coraz bardziej zatapiając się w marzeniach:

— Otóż! — wymówił, niewyraźnie oprowadzając wzrokiem dziewczynę — otoż więc i owa Esmeralda! istota nadziemska! tancerka uliczna! tyle i tak mało zarazem! Ona to zadała ostatni cios mojemu dyalogowi z rana, ona ocaliła mi życie wieczorem. Mej duch prześladowca! mej anioł opiekuńczy!... Ładna dziewczyna, na moją uczciwość!... i która też szalenie musi być we mnie rozkochaną, skoro w ten sposób wybrany zostałem... Ale. ale — powiedział nagle, wstając z owem poczuciem prawdy, które bądź co bądź było tłem jego charakteru i jego filozofii — nie wiem, jak i czem się to stało, lecz koniec końcem jestem jej mężem.

Z myślą tą w głowie i w oczach, zbliżył się do młodej dziewczyny w sposób tak rycerski i wykwintny, że się ta zerwała z miejsca i odskoczyła.

— Czegóż to waszmość chcesz odemnie? — spytała.

— Czyliż możesz mię o to pytać, boska Esmeraldo? — odpowiedział Gringoire tonera tak namiętnie uczuciowym, że sam się niepomału zdziwił, własną mowę posłyszawszy.

Cyganka otwarła wielkie swe oczy:

— Nie rozumiem, co chcesz waszmość powiedzieć.

— Jakto, prześliczna! — prawił poeta, coraz więcej się zapalając, i tłumacząc sobie, że ostatecznie ma tu jeno do czynienia z cnotą cór Dziedzińca Cudów — jak to? alboż nie do ciebie należę, przyjaciółko droga, a ty nie do mnie?

I w najszczerszej intencyi, objął kibić dziewczęcia.

Stanik cyganki wyśliznął mu się z rąk, niby skóra węgorza.

Ona skoczyła z jednego końca stancyjki na drugi, schyliła się i wyprostowała ze sztylecikiem w ręku, pierwej nawet nim Gringoire miał czas dostrzedz, zkąd się sztylecik ów zjawił. Dumna i gniewna, usta miała nabrzmiałe, nozdrza rozdęte, policzki czerwone jak dwa jabłuszka leśne, źrenice błyskawicami ziejące. W tymże czasie biała kózka umieściła się z przodu swej pani, wystawiając przeciw Gringoire'owi front bojowy, najeżony dwoma ładnemi różkami, złoconemi lecz silnie zaostrzonemi. Wszystko to spełniło się w jednem mgnieniu oka.

Libelka zmieniła się w osę, która na to tylko i czekała, by ukłuć.

Filozof nasz stał jak wryty, i wodził spojrzenie osowiałe z kozy na dziewczynę, to napowrót.

— Panno Najświętsza! — zawołał w końcu, gdy mu zdziwienie dozwoliło przyjść do języka — otoż dwa bąki krwi chciwe!

Cyganka ze swojej strony przerwała milczenie:

— Śmiałym, bardzo śmiałym głupcem musisz być waćpan!

— Chciej mi panna łaskawie przebaczyć! — powiedział Gringoire uspokojony nieco. — Lecz z jakiegoż powodu wzięłaś mię waszmościanka za męża?

— Czyliż należało pozwolić, by cię powieszono?

— To więc — zagadnął poeta, rozczarowany nieco co do swych nadziei miłosnych — to więc biorąc mię nie miałaś panna żadnej innej myśli, okrom ocalenia od szubienicy?

— A jakąż inną myśl chciałbyś, żebym miała?

Gringoire przygryzł usta.

— Trudna rada — rzekł — nie jestem jeszcze w tak dobrej komitywie z Kupidynem, jakem to sądził. Lecz, w takim razie, po co było rozbijać biedny ów garnuszek?

Tymczasem ani Esmeralda swego sztyleta nie rzucała, ani koza z pozycyi obronnej nie schodziła.

— Panno Esmeraldo — rzekł tedy poeta: — kapitulujmy. Nie jestem ci ja pisarz sądowy z kasztelu, i wcale na to nastawać nie będę, że z puginałem chodzisz po Paryżu, pod samym nosem rozkazów i zakazów jaśnie wielmożnego marszałka. Nie możesz wszakże nie wiedzieć, że Noel Lescrivain skazanym został ośm dni temu na dziesięć soldów paryzkich kary za to, że się nosił z rożenkiem po ulicy. Owóż nie wglądam w sprawy nie moje; przystępuję do rzeczy. Przysięgam na wszystkich świętych i moje sród nich miejsce, że się nie będę zbliżał ku waszmościance bez jej pozwolenia i zachęty; lecz proszę mi dać co zjeść.

Gringoire, w gruncie, jak i pan Despreaux, był „bardzo mało lubieżnym". Nie należał on do owej rasy rycerskiej i muszkieterskiej, co to szturmem dziewczęta bierze. W kwestyach miłości, tak samo jak i w każdej innej sprawie, chętniej zawsze trzymał się on strony umiarkowania, ustępstw i półśrodków; a niezła wieczerza, z miłem sam-na-sam, zdawało mu się, zwłaszcza gdy był głodnym, doskonałym antraktem między prologiem a rozwiązaniem przygody miłosnej. Cyganka nie odpowiedziała. Zrobiła tylko pogardliwą swą minkę, podniosła głowę jak ptaszę dziobek, i śmiechem parsknęła; ładny puginałek znikł równie szybko, jak się był znalazł, tak że Gringoire nie mógł widzieć, kędy pszczółka żądełko swe schowała.

Po niejakim czasie znalazł się na stole chleb żytni, kawałek słoniny, parę jabłek pieżastych i konewka podpiwka. Gringoire zabrał się do jedzenia z uniesieniem. Słysząc wściekłe szczękanie widełek jego żelaznych i fajansowego talerza, powiedziałbyś, że wszystka jego miłość w apetyt się nagle zmieniła.

Młode dziewczę, siedząc naprzeciw, w milczeniu spoglądało na to uwijanie się poety; inne ją, najwidoczniej, zajmowały myśli, do których się uśmiechała kiedy niekiedy, gładząc jednocześnie pulchną rączką zmyślną główkę kozy, łagodnie przytulonej do kolan swej pani. Świeczka z żółtego wosku oświecała tę scenę żarłoczności i marzeń.

Zaspokoiwszy atoli najgwałtowniejsze lamenty swego żołądka, Gringoire ze wstydem niejakim spostrzegł, że jedno już tylko jabłuszko zostało.

— Waszmościanka nie jesz, panno Esmeraldo — zagadnął.

Odpowiedziała poruszeniem głowy potwierdzającem spóźniony domysł poety i spojrzenie zamyślone powiodła ku sklepieniu komnatki.

— Czem-by się tam ona u djabła tak zajmowała? — myślał Gringoire, przypatrując się temu. na co dziewczyna patrzała. — Niepodobna przecież, żeby uwagę jej pochłaniał grymas tego karluka kamiennego, wykutego u wiązadła sklepienia. Do licha! mogę porównanie wytrzymać!

Podniósł głos:

— Panienko!

Ona nie zdawała się go słyszeć.

Jął więc jeszcze głośniej:

— Panno Esmeraldo!

Stracony trud. Myśl młodej dziewczyny bujała gdzieś indziej, a głos Gringoire'a nie był mocen przywołać jej ztamtąd. Na szczęście, koza zainterweniowała. Zaczęła targać z lekka swą panią za rękaw.

— Czego chcesz, Dżali? — spytała żywo cyganka, jakby ocknięta z nienacka.

— Głodną jest — odpowiedział Gringoire, szczęśliw że rozmowę zacząć może.

Esmeralda zabrała się do drobienia chleba, który Dżali jadła skromnie i wdzięcznie z dłoni swej pani.

Zresztą Gringoire nie dał już jej wrócić do rozpoczętego wątka marzeń. Na chybił trafił posłał pytanie:

— Więc waszmościanka nie chcesz mię za małżonka?

Dziewczę wlepiło weń oczy i po chwili odrzekło:

— Nie.

— A za kochanka? — ciągnął Gringoire.

Cyganka skrzywiła się po swojemu, i odparła:

— Nie.

— Za swego przyjaciela? — nastawał Gringoire.

Popatrzyła nań raz jeszcze, i odpowiedziała po chwilce zastanowienia:

— Być może.

Owo być może, tak drogie filozofom, ośmieliło Gringoire'a.

— A czy wie jejmościanka, co to jest przyjaźń? — spytał.

— O, tak — odrzekła cyganka — jest to być siostrą i bratem; dwie dusze stykające się choć nie zlewają się z sobą; dwa palce u ręki.

— A miłość? — pytał dalej Gringoire.

— O! miłość! — zawołała, a głos jej drżał i oko promieniało. Miłość, to być we dwojgu, a być tylko jednem. Mężczyna i kobieta stopione w anioła. To niebo.

Piękno rozlewające się po całem obliczu cyganki, gdy to mówiła, szczególnie uderzyło Gringoire'a; wydało mu się, jakoby między tem obliczem a uniesieniem prawie wschodniem słów dziewczyny, zachodziła ścisła jakaś łączność. Jej usta różane i czyste uśmiechały się w połowie ; jej czoło pogodne i wstydliwe pokrywało się chwilami mgłą myśli, jak zwierciadło, gdy oddech na nie spadnie; długie zaś, spuszczone rzęsy czarne, rzucały rodzaj świateł niewypowiedzianie błogich, nadających rysom jej ową słodycz idealną, którą Rafael znalazł później w punkcie tajemniczego przecięcia się dziewiczości, macierzyństwa i boskości.

Nie powstrzymało to Gringoire'a od pytań.

— Cóż czynić należy, by się jejmościance podobać? — prawił.

— Trzeba być mężczyzną.

— A ja — rzekł — czem-że u licha jestem?

— Mężczyzna ma hełm na głowie, pałasz w dłoni i złote ostrogi u obcasów.

— Tego — powiedział Gringoire — nie masz, zatem znaczy mężczyzny bez konia. Panienka kochasz już kogo?

— Miłością?

— Miłością.

Pozostała chwilkę w milczeniu zamyślonem, później odrzekła z wyrazem szczęśliwym:

— Będę o tem wiedziała wkrótce.

— Dlaczegożby nie dzisiejszego wieczora ? — podchwycił poeta czule. — Dlaczegoby nie mnie?

Ona rzuciła nań spojrzenie poważne.

— Tego tylko będę kochała, który mię obronić potrafi.

Gringoire się zarumienił i na tem poprzestać uważał za stosowne. Było rzeczą widoczną, że dziewczę napomknęło mu o przygodzie, w której przed dwiema godzinami tak małą od niego pomoc otrzymała śród okoliczności krytycznych. Wspomnienie to, zatarte późniejszemi zdarzeniami wieczora, wróciło mu. Uderzył się w czoło.

— Aha! otóż-to! od tego-bym i zacząć był powinien. Przebacz mi waszmościanka szalone roztargnienie. I jakżeż, powiedz mi, poradziłaś sobie, by się wyrwać z pazurów Quasimoda?

Pytanie to dreszczem przejęło cygankę.

— O! garbus okropny ! — zawołała zakrywając sobie twarz rękami.

I drżała jakby na chłodzie wielkim.

— Okropny, w rzeczy samej — powtórzył Gringoire, własnej myśli nie tracąc — lecz jakim sposobem mogłaś się mu wydrzeć?

Esmeralda uśmiechnęła się, westchnęła, lecz milczeć nie przestała.

— A czy wie jejmościanka, z jakiego powodu garbus za nią śledził? — jął Gringoire w nadziei, że uboczem powróci do swego pytania.

— Nie, nie wiem.

I dodała żywo:

— Lecz waszmość, któryś także mię śledził, pocóżeś mię śledził?

— Sumiennie mówiąc — odparł Gringoire — ja również nie wiem.

Nastało milczenie. Gringoire kiereszował nożem po stole. Młode dziewczę uśmiechało się, i jakby się czemuś przypatrywało przez ścianę. Nagle ni z tego ni z owego poczęło nucić głosem niewyraźnym:


Quando las pintadas aves
Mudas estan, y la tierra...


Lecz zaraz urwała i jęła pieścić swą Dżali.

— Niezmiernie milutkie stworzenie — rzekł Gringoire.

— Siostrzyczka moja — odpowiedziała dziewczyna.

— Dlaczego się waszmościanka nazywasz Esmeralda? — spytał poeta.

— Nic a nic o tem nie wiem.

— No, ale przecież?...

Cyganka wyjęła z zanadrza rodzaj medalionika, rodzaj drobnej poduszeczki podługowatej, zawieszonej u szyi na sznureczku z ziarnek adrezarachu; z medalionika tego rozchodził się dość silny zapach kamforowy. Pokryty on był z wierzchu jedwabiem zielonym, a w środku zawierał grube szkiełko zielonkawe, szmaragd naśladujące.

— Być może — powiedziała — że to z tego oto powodu.

Gringoire zamierzył wziąć do rąk medalionik. Dziewczę się usunęło.

— Nie wolno dotykać, to talizman. Złe-byś wyrządził czarowi lub czar tobie.

Ciekawość poety zaostrzała się coraz bardziej.

— Kto panience to dał?

Ona położyła palce na ustach i schowała talizmanik na piersiach.

Próbował innych pytań, lecz cyganka prawie nie odpowiadała.

— Co ma oznaczać ten wyraz: Esmeralda?

— Nie wiem — odparła od niechcenia.

— Do jakiej mowy należy?

— Do cygańskiej, sądzę.

— Domyślałem się tego od razu — powiedział Gringoire — więc nie jesteś z Francyi?

— Nie wiem tego.

— Czy masz rodziców?

Dziewczyna zaczęła pośpiewywać na starą nutę.


Ojciec mej jest ptakiem,
Ptaszyną moja matka.
Bez łodzi pędzę morskim szlakiem,
Przez morze pędzę ja bez statka.
Ptaszyną moja matka,
Ojciec mej jest ptakiem.


— To sobie niezłe — rzekł Gringoire. — W jakim wieku przybyłaś waszmościanka do Francyi?

— Malutką.

— A do Paryża?

— Łońskiego roku. Gdyśmy wchodzili przez wrota papiezkie, ujrzałam w powietrzu latającą piegżę leśną; było to pod koniec sierpnia; powiedziałam: ciężką mieć zimę będziemy.

— I zaprawdę nie była lekką — dodał Gringoire, ucieszony zawiązkiem klejącej się jak mniemał rozmowy. — Spędziłem ją calutką chuchając w palce. Więc masz dar przepowiadania?

Dziewczę wróciło do lakonizmu:

— Nie — odparło.

— Człowiek ten, którego nazywacie księciem Cygańskim, to zwierzchnik waszego plemienia?

— Tak.

— A on to właśnie ślub nam dawał? — nieśmiało zauważył poeta.

Cyganka skrzywiła się swoim sposobem.

— Imię twoje nie jest mi nawet znanem — powiedziała.

— Imię moje? ależ jeżeli chcesz, i owszem: jestem Piotr Gringoire.

— Znam ja piękniejsze — odpowiedziała.

— Złośliwaś — odparł poeta. — Lecz mniejsza o to, nie pogniewamy się. Ba, pokochasz mię może, poznawszy bliżej; przytem z taką szczerością i zaufaniem opowiedziałaś mi swoje życie, że i ja o swojem powinienem ci coś nadmienić. Wiedz przeto, ładna panienko, że się nazywam Piotr Gringoire; jestem synem dzierżawcy z nadziału jonesse. Ojciec mej powieszonym został przez Burginionów, matkę zakłuli Pikardczykowie podczas oblężenia Paryża przed laty dwudziestu. W szóstym roku życia byłem już sierotą; miejsce podeszew u trzewików zastępował bruk paryzki. Nie wiem już, w jaki sposób przebrnąłem peryod od lat sześciu do lat szesnastu. Tu przekupka owoców rzuciła mi śliwkę, owdzie złapało się skórynkę chleba; wieczorem wpadałem w ręce straży miejskiej, która mię sadzała do więzienia, i w ten sposób miałem wiązkę słomy pod głowę. Wszystko to nie przeszkadzało mi rosnąć i chudnieć, jak widzisz. W zimie grzałem się na słońcu u przysionka Dworca Sens, i bardzo mi się śmiesznym wydawał obyczaj palenia ogni święto-jańskich, akurat sród lata. W szesnatym roku chciałem obrać stan jaki. Próbowałem wszystkiego po kolei. Wstąpiłem był do wojska, lecz się okazało, że nie jestem dość bitny. Poszedłem do klasztoru, lecz jak na zakonnika za mało byłem pobożny; przytem i pić nie mogę, Z rozpaczy zapisałem się tedy na chłopca grubo-ciesielskiego cechu; lecz tu siły fizyczne mię zdradziły. Daleko więcej skłonności czułem do bakałarstwa; nie umiałem wprawdzie czytać, ale to rzecz podrzędna. Po pewnym czasie spostrzegłem się, że mi we wszystkiem czegoś brakło; widząc przeto, żem się na nic zgoła nie zdał, z własnej i nieprzymuszonej woli stałem się poetą i wytwórcą rymów. Jest-to professyą dostępna w każdym czasie i każdemu, kto jest włóczęgą, a więcej daleko warta, niźli złodziejstwo, do którego mię namawiało kilku młodych urwisów, synów moich przyjaciół. Na szczęście, pewnego pięknego poranka spotkałem don-Klaudyusza Frollo, wielebnego archidyakona od Panny Maryi. Zaopiekował się on moim losem, i jemu to zawdzięczam, że dziś jestem w pełnem znaczeniu słowa piśmiennym; że znam łacinę od „Powinności" Cycerona aż do Mortuologii ojców Celestynów i że równie biegły jestem w scholastyce, poetyce, jak i w rytmice, tej mądrości nad mądroście. Jam to twórcą misteryum, które dziś przedstawiano z tryumfem wielkim i przy wielkim zbiegu ludności pośród samej wielkiej sali pałacu trybunalskiego. Napisałem również książkę, która mieć będzie sześćset stronic, o wspaniałym komecie 1465 roku, z powodu którego jeden już człowiek zwaryował. Doznałem i innych sukcesów. Będąc potrochu stolarzem artyleryjskiego fachu, pracowałem przy owej, wiesz, wielkiej bombardzie Jana Maugue, co to pękła na moście Charenton w dniu czynienia próby około niej, i dwudziestu czterech ciekawców zabiła. Widzisz więc waszmościanka, że nie jestem tak złą partya małżeńską. Znam massę sposobów robienia sztuczek wcale niezłych, których kózkę nauczę; jak naprzykład trzeba przedrzeźniać biskupa paryzkiego, przeklętego tego faryzeusza, którego młyny błotem przechodzących obryzgują wzdłuż całego mostu Młynarskiego. W dodatku zaś misteryum moje dużo mi bitych pieniędzy przyniesie, gdy zapłacony zostanę. Jednem słowem, jestem na twoje rozkazy, śliczna panienko, ja, i umysł mej, i nauka moja, i pisma moje; a żyć z tobą gotów jestem wedle twojego rozkazu, zdaleka czy zblizka, świętobliwie czy rozkosznie; jako mąż z żoną, jeśli to uznasz za dobre; jako brat z siostrą, jeśli to uznasz za lepsze.

Gringoire umilkł, oczekując na skutek, jaki przemówienie to wywarło na młodą dziewczynę. Ona wzrok miała wparty w posadzkę.

— Febus — mówiła półgłosem.

Poczem zwracając się ku poecie:

— Febus, coby to właściwie był za wyraz?

Gringoire, acz nie bardzo rozumiał, jakiby to stosunek zachodzić miał między jego mową, a pytaniem cyganki, nie gniewał się przecież na zręczność błyśnięcia erudycya. Odpowiedział przeto z pyszna:

— Jest-to wyraz łaciński, który oznacza słońce.

— Słońce! — zawołała.

— Imię to nosił pewien strzelec ładny, bóg — dodał Gringoire.

— Bóg! — powtórzyła dziewczyna, a w głosie jej brzmiało coś głęboko rozmarzonego i namiętnego.

W tej chwili jeden z jej naramienników odwiązał się i spadł.

Gringoire żywo się schylił by takowy podnieść, a gdy się wyprostował, nie znalazł już ani cyganki, ani kózki. Posłyszał zgrzytnięcie rygla. Szczęk szedł od małych drzwiczek prowadzących bezwątpienia do stancyjki sąsiedniej, od środka się zamykającej.

— Czy mi przynajmniej łóżko zostawiła? — rzekł do siebie filozof.

Obszedł celkę do koła. Ze sprzętów mogących służyć do snu znalazł tylko długi drewniany kufer; i to jeszcze, w dodatku, z wiekiem wydatnie porzeźbionem. Gdy się na nim poeta rozciągnął, doznał wrażenia wielce podobnego do tego, jakieby sobie sprawił Mikro, megas, położywszy się wzdłuż Alpów.

— Niech i tak będzie — powiedział, układając gnaty o ile podobna znośniej; — trzeba się zdać na łaskę przypadku. Ale toż mi dopiero szczególna noc ślubna! Szkoda! Było w tem małżeństwie przy rozbitym garnku coś prostego i przedpotopowego, nie bez wdzięku dla mnie.





KSIĘGA TRZECIA.

ND-de-Paris-L3-Ch1

I. Notre-Dame.

Bez wątpienia, dziś jeszcze gmach to pyszny i wspaniały, ten kościół Najświętszej Panny Paryzkiej. Jakiekolwiek atoli cuda piękności zdołał on starzejąc na sobie zatrzymać, trudno nie westchnąć, trudno się nie oburzyć na widok tych uszkodzeń i krzywd bez liku, jakiemi wieki pospołu z ludźmi pomnik ów sędziwy okryły, bez żadnego poszanowania dla Karola Wielkiego, który podeń pierwszy kamień położył i dla Filipa Angusta, który go ostatnim uwieńczył.

Na twarzy starej tej królowej katedr naszych, wszędzie w istocie, znajdziesz obok zmarszczka, szramę. Tempus edax, homo edacior, cobym chętnie przetłómaczył: czas ślepcem, głupcem człowiek. Gdybyśmy bowiem mieli chwile swobodne na obejrzenie dokładne z czytelnikiem, rozmaitych tych ciosów zniszczenia zadanych starożytnemu kościołowi, przekonalibyśmy się, że udział w nich mniejszy przyjęły lata, gorszy ludzie, przedewszystkiem ludzie sztuki, ponieważ znaleźli się i tacy w ostatnich dwóch wiekach, co godność architektów na siebie wzięli.

A najprzód, że tu jedynie celniejsze przykłady powołamy, mało jest niezawodnie piękniejszych kart budownictwa, nad ów fronton świątyni, na którym się kolejno i naraz wzbijają z dołu ku górze: trzy wejścia w ostrołuk spięte; nad niemi haftowany i wiązany szereg dwudziestu ośmiu framug królewskich; ogromna różyczkowa tarcza pośrodku z dwoma pobocznemi oknami, niby arcykapłan z dyakonami; wyżej wyniosła i wiotka galerya arkad, gałązkowo się zmykających, i dźwigających na cienkich swych kolumnach pomost ciężki; nareszcie dwie wieże ciemne a pełne z galerkowemi nakryciami; części harmonijne wspaniałej całości, ułożone w pięć piętr olbrzymich, rozwijające się na jeden rzut oka tłumnie a bez zamieszania, z niezliczonemi swemi szczegółami posążnictwa, rzeźby, snycerki, a potężnie zlane w spokojną wielkość jedności: rozległa symfonia z kamienia, że się tak wyrazimy; kolosalna praca człowieka i ludu, prosta i złożona zarazem, jak rapsody Iliady i romanse trubadurskie, których jest siostrą; przepyszny twór współudziału wszystkich sił epoki, na którego cegiełce każdej widzisz tryskającą tysiącznemi sposoby wyobraźnię robotnika, ujętą w ład geniuszem artysty; coś, jednem słowem, w rodzaju kreacyi człowieczej, mocnej i płodnej jak stworzenie Boże, któremu rzekłbyś że wykradła przymiot podwójny: rozmaitość i wieczność.

Co zaś mówimy tu o fasadzie, trzeba powiedzieć o kościele całym; co mówimy o katedralnym kościele paryzkim, trzeba powiedzieć o wszystkich kościołach chrześciaństwa w wiekach średnich. Wszystko się wiąże w tej sztuce z siebie poczętej, logicznej i doskonale ustosunkowanej. Zmierzysz olbrzyma, zmierzywszy palec wielki u jego stopy.

Wróemyż do fasady notrdamskiej, jak się nam takowa przedstawia dzisiaj jeszcze, w chwili gdy się zbieramy podziwiać poważną i wyniosłą katedrę, która, jeśli dać mamy wiarę słowom jej latopisców, przerażeniem widza zdejmuje; quae mole sua terrorem incutit spectantibus.

Trzech rzeczy braknie obecnie temu frontonowi: najprzód schodów jedenasto-stopniowych, które wywyższały je niegdyś ponad grunt; następnie niższego szeregu posągów, zajmujących ongi framugi trzech wejść, oraz wyższego pocztu dwudziestu ośmiu dawnych królów Francyi[7], który pierwszo-piętrową galeryę zdobił, poczynając od Childeberta aż do Filipa Augusta, trzymającego w ręku „jabłko cesarskie".

Co do stopni, zniósł je czas, podnosząc w postępie nieubłaganym i powolnym grunt Grodu; czas ów przecież, aczkolwiek z jednej strony pochłonął przy pomocy wzbierającego morza bruku paryzkiego jedenaście schodków, majestatyczną wysokość gmachu wydłużających, z drugiej wrócił mu może więcej jeszcze niż zabrał, gdyż on to rozlał po fasadzie ten ciemny kolor wieków, który sędziwą starość pomników zamienia w uroczą dobę ich piękna.

Ale kto obalił dwa szeregi posągów? kto framugi pustką zostawił? kto w samym środku podwoi głównych wydrążył ów ostrołuk nowy i bękarci? kto śmiał wtłoczyć w ich ramy ciężkie te i ckliwe wrota z drzewa rzeźbionego ä la Louis XV, tuż obok arabesków Biscornetta? Ludzie; architekci, artyści dni naszych.

A gdy wejdziemy do środka gmachu, kto obalił ów kolos Świętego Krzysztofa, zażywający przysłowiowej sławy tym samym tytułem między posągami, jakim wielka komnata Pałacu Sprawiedliwości słynęła między salami, wieża strasburska między dzwonnicami ? a miryady owych posągów, zaludniających wszystkie międzysłupia, nawy i chóru, na klęczkach, stojące, konne, mężów, niewiast, dzieci, królów, biskupów, wojaków, z kamienia, ze złota, ze srebra, z miedzi, z wosku nawet, kto takowe wymiótł grubiańsko? — Nie wieki.

Kto zastąpił stary ołtarz gotycki, pełen relikwiarzy i monstrancyj, ciężkim owym grobowcem marmurowym z aniołkami, i obłokami zdający się być kawalcem wydartym u Inwalidów lub w Val-de-Gräce? Kto bezmyślnie wtłoczył ociężały ten anachronizm w karlowingską posadzkę Herkanduka? Nie jest-że to Ludwik XIV, spełniający obiatę Ludwika XIII?

Kto wstawił chłodne szkła białe na miejsce owych szyb „wysokich w kolorze"[8], które oczarowanemu oku ojców naszych wahać się kazały w wyborze między różyczkową tarczą nad głównem wejściem, a ostrołuczami nad ołtarzowemi? I coby powiedział prosty pod-kleryk XVI wieku, zobaczywszy ów śliczny pokost żółty, którym wandalscy nasi arcypasterze poobmazywali swe katedry? Przypomniałby sobie, że to był kolor używany przez katów dla obmazywania ścian budynków opiętnowanych; przywiódłby sobie na myśl pałac Małego Burbona, oblepiony za zdradę konnetabla również na żółto, — „tak srodze i mocno na żółto — powiada Sauval — i z tak wybornem obostrzeniem, że wiek jeden z górą nie zdołał zetrzeć tej omasty z pałacu".... Wydałoby mu się, że miejsce święte stało się miejscem bezczesnem, i uciekłby.

A gdy z kolei wejdziemy na katedrę, nie zatrzymując się już przy tysiącznych barbarzyństwach wszelkiego rodzaju, co zrobiono, spytajmy, z czarującej tej wieżyczki, która się opierała na krzyżowym zbiegu szczytów, a która równie wdzięczna i niemniej, wyniosła jak jej strzelista sąsiadka (zniszczona również) w Kaplicy Świętej Pałacu trybunalskiego, wysuwała się w niebiosa wyżej jeszcze niż wieże frontowe, smukła, ostra, dźwięczna, przeświecająca rzeźbami ażurowemi? Ściął ją architekt dobrego smaku (1787), który mniemał, że ranę tę założy szerokim owym plastrem ołowianym, podobnym do nakrywki radia[9].

W ten to sposób traktowano uroczą sztukę wieków średnich wszystkich prawie krajach, we Francyi szczególnie. Na ruinach jej rozróżnić możemy trojakiego gatunku pokrzywdzenia, z których każde dotknęło ją na właściwą sobie głębokość: pokrzywdzenia czasu najprzód, które powierzchnię jej poszczerbiły tu i ówdzie, a omroczyły zewsząd; następnie pokrzywdzenia rozruchów politycznych i religijnych, ślepych i rozbestwionych ze swej natury, które gromadnie się ciskały na nia, drąc bogate szaty jej rzeźb i ozdób snycerskich, łamiąc jej różyczkowe wachlarze, rwąc z niej paciorki arabesków i figurek, wywalając jej posągi, raz z powodu ich pastorałów, drugi raz z powodu ich bereł; nareszcie, pokrzywdzenia gusłów modnych, wciąż grubiejących i podlejących, które od chwili anarchicznych i wybujałych zboczeń Odrodzenia, następowały po sobie w fatalnym upadku architektury. Gusta owe więcej zrobiły złego, niżeli przewroty gwałtowne. Rąbały one żywcem, naruszały podskórne, kościste zarysy sztuki; siekały, krajały, rujnowały, zabijały gmach zarówno w jego formie jak w symbolu, zarówno w jego logice jak w pięknie. Co większa, do przeróbek się brały; roszczenia, których przynajmniej ani rewolucye, ani czas nie objawiły. Mody owe, w imię dobrego tonu, bezczelnie przymierzały do ran architektury gotyckiej nędzne swe cacka jednodniowe, swe marmurowe opaski, swe metaliczne gałki i wiechcie i prawdziwe krosty kołek, skorupek, przewiązek, centkowań, sznurków, frendzli; płomyków kamiennych, obłoków spiżowych, amorków pucołowatych, cherubinków wydętych, które oblicze sztuki gryźć i trawić zaczynają w oratoryum Katarzyny Medicis, i konać jej każą, we dwa wieki później, sród skrzywień i kurczów bolesnych, w sypialni pani Dubarry.

Takiem tedy prawem, by zebrać w jedno punkta tu wskazane, trzy rodzaje nadwerężeń szpecą dziś architekturę gotycką. Zmarszczki i mechy poskórne; jest to dzieło czasu. Cięgi grubiaństwa, obszarpania, sińce; to dzieło przewrotów, od Lutra aż do Mirabeau. Kalectwa, żywoi zeźnie, zwichnięcia organiczne, przebudowania vel restauracije ; to grecka, rzymska i barbarzyńska praca profesorów wedle Witruwiusza i Vignola. Sztuka ta wspaniała, którą Wandalowie wytworzyli, zamordowaną została przez akademie. Z nieprzyjazną robotą wieków i zaburzeń społecznych, które pustoszyły przynajmniej bezstronnie i nie bez pewnej wielkości, przyszły połączyć się chmary budowniczych szkolnych, patentowanych, sprzysięgłych i zaprzysięgłych, szelmujących z rozwagą i rozgarnieniem najgorszego smaku, zastępujących koronkowe ozdoby gotyckie cykoryami Ludwika XV ku największej chwale Partenonu. Kopnięcie osła dane lwu umierającemu. Łysienie sędziwego dębu, opadniętego, na domiar złego, przez gąsienice, kąsające, gryzące, obierające go z góry, z dołu, ze środka, zewsząd.

Jakżeśmy tu daleko od epoki, kiedy Robert Canalis, porównywający Katedrę Najświętszej Panny Paryzkiej z głośną świątynią Dyany efezkiej, do tyla rozgadaną przez dawnych poganów, a unieśmiertelnioną przez Herostrata, znajdował katedrę galską „wielce doskonalszą wszerz, wzdłuż, na wysokość i w budowie"[10].

Notre-Dame nie jest zresztą wcale, coby się dało nazwać pomnikiem uzupełnionym, oznaczonym, określonym. Nie jest-to już kościół romański, i nie jest-to jeszcze kościół gotycki. Gmachu tego niepodobna zaliczyć do pierwowzorów, do typów. Katedra Najświętszej Panny Paryzkiej wcale nie posiada, jak np. opactwo Tournus, poważnej tej i barczystej osady, okrągłego i szerokiego tego sklepienia, chłodnego obnażenia, majestatycznej prostoty gmachów, których pełnołucz linią genezyjną. Nie jest ona, jak katedra w Bourges, wspaniale wyniosłym, lekkim, wielokształtnym, gaistyra, strzępionym, rozkwitowym wytworem ostrołucza. Nie sposób umieścić ją w starej tej rodzinie kościołów posępnych, tajemniczych, nizkich, i jakby przygniecionych łukiem pełnym, prawie egipskich, powałę wyjąwszy, całkiem hieroglificznych, całkiem kasto-kapłańskich, całkiem symbolicznych, da* leko więcej w ozdobach swych obciążonych zygzakami i rozwartokątami, niżeli kwiatami, kwiatami więcej, niżeli zwierzętami, i więcej zwierzętami, niżeli postaciami ludzkiemi; — kościołów, które są raczej dziełem biskupów niżeli architektów, a znaczą pierwszy w przekształceniach sztuki przebieg nacechowany karnością teokratyczną i wojowniczą, biorący początek w Państwie Bizantyjskiem, a kończący się na Wilhelmie Zdobywcy. Nie sposób także katedrę naszą zaliczyć do drugiej rodziny kościołów, wysokich, jasnych, napowietrznych, bogatych w szkła i rzeźby; spiczastych pod względem formy, dumnych z postawy; gminnych i mieszczańskich co do symbolu politycznego; swobodnych i rozmaszystych, swawolnych ze stanowiska dzieł sztuki; kościołów z dalszego okresu przekształceń architektury, już tym razem nie hieroglifieznej, nie nieruchomej i mniszej, lecz postępowej, artystycznej i ludowej, poczynającej się od powrotu z wypraw krzyżowych, a kończącej się na Ludwiku XL Katedra paryzką nie jest czystej krwi romańskiej, jak gruppą pierwsza, ani też czystej krwi maurytańskie, jak gruppą drugą.

Gmach to z epoki przejściowej. Architekt saksoński zaledwie zdążył wznieść pierwsze słupy nawy, gdy już łuk ostry, przybyły z wypraw krzyżowych, narzucił się jako zwycięzca szerokim tym kapitelom romańskim, przeznaczonym jedynie do dźwigania pełnołucza. Styl ostrołukowy, odtąd władca, zbudował resztę kościoła. Niedoświadczony jednak i nieśmiały, jak na wstępie, rozkracza się naprzód, rozszerza, powstrzymuje swe zapędy i nie śmie jeszcze wylecić w górę strzałami i iglicami, jak to uczynił później w tylu przecudnych katedrach. Możnaby powiedzieć, że czuje na sobie sąsiedztwo ciężkich słupów romańskich.

Zkądinąd, przejściowe te gmachy od romańszczyzny do gotyku, niemniej są drogocenne dla badacza, jak i typy czyste. Wyrażają one pewien odcień sztuki, któryby się zatracił bez nich. Jest-to podpis łuku ostrego na pełnym łuku.

Katedra paryzką przedstawia szczególnie ciekawy okaz tego urozmaicenia. Każda strona, każdy kamień sędziwego pomnika, jest kartą nie tylko dziejów kraju, lecz dziejów nauki i sztuki. I tak, by same główniejsze przytoczyć tu szczegóły: podczas gdy małe drzwi Czerwone sięgają niemal krańców wykwintu gotyckiego z XV-go wieku, te słupy nawy, tak swą objętością jak i powagą, cofają się aż ku karlowingskiemu Opactwu St.-Germain-des-Prós. Przysiągłbyś, że sześć wieków oddziela te drzwiczki od tych słupów. Sami hermetycy, oni nawet, mogliby znaleźć w symbolach od drzwi głównych zadawalniające streszczenie swej nauki, której kościół Ś-go Jakóba-u-Rzeźni tak pełnym był hieroglifem! W ten sposób opactwo romańskie, kościół filozofujący, sztuka gotycka, sztuka saksońska, ciężki słup okrągły przypominający Grzegorza VII, symbolizm hermetyków którym Mikołaj Flamel zapowiadał Lutra, jedność papiezka, rozdwojenie Kościoła, Święty Herman-Łączny, Święty Jakób-u-Rzeźni, wszystko to zlało się, stopiło, okrzepło w katedrze Najświętszej Panny Paryzkiej. Kościół ten środkowy i macierzysty jest sród starych kościołów Paryża rodzajem fantastycznego gryfa; ma głowę jednego z nich, członki drugiego, kark tamtego, i cóś ze wszystkich razem.

Powtarzamy, wielopoczątkowe te budowy tem niemniej są ciekawe dla artysty, dla starożytnika, dla dziejopisarza. Każą one odczuwać, jak dalece budownictwo jest rzeczą pierwotną, a to dowodząc (czego dowodzą również ślady pocyklopskie, piramidy egipskie, olbrzymie pagody indyjskie), że największe dzieła architektury nie tyle są dziełem osób pojedyńczych, ile wynikowemi pracami społeczeństw; jest-to raczej poród trudu ludowego, niżeli wytrysk ludzi genialnych; pokład, który po sobie zostawia naród; osad stopniowego ulatniania się usiłowań i zdobyczy społeczności ludzkiej; słowem, gatunek formacyj geologicznych. Każda fala czasu przynosi swej napływ, każde plemię kładzie swoją warstwę na pomniku, każda jednostka cegiełkę swą wtyka. Tak czynią bobry, tak czynią pszczoły, tak czynią ludzie. Olbrzymi symbol architektury, wieża Babel, jest ulem.

Wielkie gmachy, jako wielkie góry, są dziećmi wieków. Częstokroć sztuka się przekształca, gdy one zaledwo sklepić się zaczynają, pendent opera interrupta; dzieło idzie dalej wedle stylu przekształconego. Sztuka nowa chwyta pomnik, gdzie go w porodzie zastała, zazębia się weń, przyswaja go sobie, rozwija wedle swego widzi-mi-się, i kończy takowy gdy da rady. Sprawa się toczy bez zamętu, bez wysiłków, bez odwetów, według praw przyrodzonych a cichych. To tylko jakby dyl dębowy na modrzew' się położył, jakby siejba stara plonem świeżym zakiełkowała, lub roślinność dawna z nową zazieleniła wiosną. Niewątpliwie, materyał to na stosy grubych książek, a często nawet historya rodzaju ludzkiego, kolejne owe wiązanie wielu sztuk na rozmaitych wysokościach tegoż samego wciąż pomnika. Człowiek, artysta, jednostka nikną w wielkich tych massach bez imienia twórcy; lecz duch ludzki streszcza się w nich i skupia. Czas jest ich budowniczy, a mularzem lud.

Spozierając tu jedynie na architekturę chrześciańsko europejską, młodszą tę siostrę wielkich budownictw Wschodu, przedstawia się ona oczom jako ogromna formacya pokładowa, podzielona na trzy strefy ściśle odrębne, jedna po drugiej idące: na strefę romańską[11], strefę gotycką i strefę odnowienia, którąbyśmy chętnie nazwali greko-rzymską. Pokład romański, najstarożytniejszy i najgłębszy, zajęty jest pełnym łukiem który, po pewnej przerwie, odnajduje się na raz drugi w nowożytnych, górnych warstwach odnowienia, wsparty na kolumnie greckiej.

Ostrołucz mieści się między tamtym a tym objawem pełnego Juku., Gmachy, należące wyłącznie do jednego z trzech rzeczonych pokładów, posiadają charakter doskonale się wyróżniający, jeden i uzupełniony. Takiemi są opactwo w Jumieges, katedra w Reims, kościół Ś-to Krzyzki w Orleanie. Atoli trzy owe strefy łączyć się mogą i stapiać brzegami swemi, jako np. pryzmatycznie uwydatnione kolory widrna słonecznego. Ztąd pomniki złożone, gmachy o odcieniach i przejściach. Niektóre z nich mają spód romański, środek gotycki, wierzch greko-romański. Bo tez sześć wieków zużyto na ich wzniesienie.. Szczep to wszakże rzadki. Zamkowa wieża w Rtampes wzorem jest jego. Częstsze są pomniki dwoisto-pokładowe. Taką jest katedra paryzką, gmach ostrołukowy, a zagłębiony pierwotnemi swemi słupami w tej właśnie strefie romańskiej,, w której są całkiem pogrążone: fronton kościoła Saint-Denis i nawa Ś-go Hermana-na-Łąkach. Tak jest również prześliczna pół-gotycka sala kapitulna w Bocherville, której warstwa romańska do pół-pasa dochodzi. Taką i katedra w Rouen, która byłaby całkowicie gotycką, gdyby się nie kąpała wierzchołkiem środkowej swej wieży w strefie odnowienia[12].

Zresztą, wszystkie te odcienia, wszystkie te różnice dotykają jedynie powierzchni gmachów. Sztuka sama zmieniała powłokę. Co zaś do samej osady kościołów chrześciańskich, takowa nie dała się ugryźć. Dziś czy przed wieki, zawsze tu jeden i ten sam ustrój wewnętrzny, jeden i ten sam logiczny rozkład części. Jakąkolwiek będzie zwierzchnia szata tkanin i rzeźb katedry, kryje ona zawsze pod spodem, bodajby w stanie zarodkowym i pierwiastkowym, bazylikę romańską. Rozwija się ona na gruncie według jednego i tego samego prawa. Znajdziesz tu niezmiennie dwie nawy przecinające się w kształt krzyża, którego zakończenie górne, zapoprzeczne, wycinkowo zaokrąglone, tworzy chór ołtarzowy: zawsze tam skrzydła poboczne dla processyj wewnętrznych, dla kaplic, w rodzaju przejść postronnych, ku którym się nawa główna wylewa za pośrednictwem otworów między kolumnowych.

Gdy to raz zawarowanem zostało, liczba kaplic, wejść, wieżyc, zmienia się nieskończenie, wedle fantazyi wieku, ludu, sztuki. Gdy potrzebom służby religijnej zadość się stało, gdy wymagania obrzędowe zabezpieczono, architektura może zresztą robić co uzna za lepsze. Posągi, różyczki, arabeski, koronki, kapitele, płaskorzeźby, wszelkie zgoła wymysły wyobraźni twórczej, wolno jej układać według logarytmu, jaki najbardziej jej na rękę. Ztąd nieprzebrana rozmaitość zewnętrzna tych gmachów, w głębi których spoczywa tyle porządku i jedności. Pień drzewa niewzruszony, roślinność kapryśna.




ND-de-Paris-L3-Ch2

II. Paryż w ptasiej perspektywie.

Staraliśmy się naprawić dla czytelnika cudny ten kościół Najświętszej Panny Paryzkiej. Wskazaliśmy summarycznie większą część piękności, które on posiadał w wieku XV, a których mu braknie dzisiaj; aleśmy ominęli najgłówniejsza, to jest widok Paryża, rozpościerający się wówczas z wyżyn wież katedralnych.

I zaprawdę, gdy po długiem, omackowem wstępywaniu po ciemnych krętych schodach, przeszywających prostopadle gruby mur dzwonniczny, wychodziło się nareszcie nagle na jeden z wysokich tarasów, oblanych światłem i powietrzem, obraz jaki się wraz roztaczał ze wszech stron przed naszemi oczyma, był jednym z najpiękniejszych; widowisko sui generis, o którem łatwo powziąść mogą wyobrażenie ci z naszych czytelników, co mieli szczęście oglądać jedno z miast gotyckich, całe, całkowite, jednorodne, jakie gdzieniegdzie .spotykać się jeszcze daje, Norymbergę np. w Bawaryi, Vittorie yt Hiszpanii, lub przynajmniej coś z drobniejszych okazów, byle dobrze zachowanych, jak Vitro w Bretanii, Nordhausen w Prusiech. Paryż z przed trzystu pięćdziesięciu lat, Paryż XV wieku był już miastem olbrzymiem. My Paryżanie mylimy się zwykle co do obszerności gruntu, jakiśmy zdaniem upowszechnionem podgarnęli pod siebie od tego czasu. Paryż od Ludwika XI-go nie o wiele więcej urósł, jak o jedne trzecią część. I niewątpliwie, daleko więcej stracił on na piękności, niźli wygrał na obszarze.

Jak wiadomo, urodził się Paryż na starej owej wyspie Grodu, która ma kształt kolebki. Wybrzeże tej wyspy było jego pierwszym szańcem, Sekwana pierwszą jego fossa. Paryż wiele wieków pozostał w stanie wyspy, z dwoma mostami, jeden na północ, dragi na południe, i dwoma przyczółkami które były zarazem jego bramami i jego strażnicami: Wielkim - Kasztelem na prawym brzegu i Małym-Kasztelem na brzegu lewym. Następnie, z wygaśnieniem pierwszego rodu królów, gdy mu za ciasno było na wyspie, gdy się już na niej nie miał gdzie obrócić, Paryż przekroczył rzekę.

Wtedy po za Kasztelem wielkim i po za małym, pierwsza opaska murów i wież poczęła się wgryzać w nadbrzeżne pola po obu stronach Sekwany. Ze starożytnego ogrodzenia tego parę śladów dochowało się było do zeszłego stulecia; dziś pozostały tylko wspomnienia i gdzieniegdzie podanie niepewne: brama Baudets czy też Baudoyer, Porta Bagauda. Mało po mału, fala domów, popychana wciąż od serca miasta na zewnątrz, zalewa, świdruje, zużywa i zaciera ten okop. Filip August stawia Paryżowi nową tamę. Zamyka go w kolisty łańcuch wież grubych, wysokich, mocnych. Więcej niż wiek jeden domy się ściskają, gromadzą i wznoszą swej poziom w kotlinie owej, jako woda w kadzi. Zaczynają zbierać się na głębokość; dźwigają piętro na piętro; włażą jeden na drugi; sforują się w górę, jako wszelki siew do koła sparty; każdy zatem już tylko patrzy, jakby łeb wysunąć po nad plecy sąsiada, by zachwycić trochę powietrza. Ulice podkopują się i węża; wszystkie się place zapychają i nikną. Domy wyskakują nareszcie przez mur Filipa Augusta i rozbiegają się wesoło po płaszczyźnie, bez ładu, bez planu, jak żaki z kozy na otwarte pole. Tu, na swobodzie, rozpierają się, wykreślają sobie ogrody, szeroko i wygodnie. Od r. 1367 miasto do tego stopnia rozpływa się na przedmieścia, że nowy okop staje się niezbędnym, szczególnie na prawym brzegu. Wznosi takowy Karol V. Siedlisko atoli jak Paryż zostaje w wiecznym rozpływie. Takie też tylko miasta i stają się stolicami. Są to stawy, w które się wylewają wszystkie stoki kraju, geograficzne, polityczne, moralne, intelektualne, wszystkie naturalne spadki ludu; studnie cywilizacyi, że tak powiemy, a i ścieki zarazem, do których handel, przemysł, rozum, ludność, wszystko co jest zasiewkiem, wszystko co jest życiem, wszystko co jest duszą w narodzie, scedza się i zbiera bezustanku, kropla po kropli, stulecie po stuleciu. Więc i okopy Karola V-go spotkał los okopów Filipa Augusta. Z końcem wieku XV-go zabudowania wychylają się przez nie, przełażą i biegną dalej przez przedmieścia. W wieku XVI-ym zdaje się, jakby sama ta opaska skupiała się w sobie i w oczach mizerniała, tak dalece miasto nowe grubiało zewnątrz. Takiem prawem już w wieku XV — że się tu zatrzymamy — Paryż zużył trzy dośrodkowe obmurowania, które za czasów Juliana Apostaty zaczynały dopiero jakby kiełkować tylko w Wielkim i Małym Kasztelu. Potężne miasto znosiło na sobie jeden po drugim kilka kamiennych pasów, niby dziecię dorastające, na którem pęka odzież z łońskiego lata. Za Ludwika XI widziano jeszcze gdzie niegdzie gołe barki zrujnowanych wieżyc z dawnych okopów, wystające po nad morze domów, jako wierzchołki pagórków ponad powodzią, jako archipelagi starego Paryża zatopionego pod nowym. Od tamtej pory Paryż nie przestał się przekształcać, na utrapienie naszych oczu; ale już tylko jeden nowy okop przekroczył, ową zbudowaną przez Ludwika XV-go nędzną lepiankę z błota i śmieci, godną króla co ją stawiał i poety, który na jej cześć rymy kleił:

Le mur murant Paris rend Paris murmurant.

Aleśmy stanęli na wieku XV. W owej epoce Paryż podzielonym był jeszcze na trzy miasta całkiem odrębne i oddzielone, z których każde miało własną swą powierzchowność, swej rodzaj zajęć, swoje zwyczaje, swej obyczaj, swoje przywileje, swoją historyę: na Gród, Wszechnicę, Nowe-Miasto. Gród staromiejski, zajmujący wyspę, był dzielnicą najstarożytniejszą, najmniejszą, a matką dwóch innych, ściśniętą między niemi (wybaczmy porównaniu), jakoby nizka staruszka między dwiema słusznemi, urodziwemi swemi córkami. Okręg Wszechnicy zalegał lewy brzeg Sekwany, od Tournelle aż do wieży Nesle, punktów odpowiadających w obecnym Paryżu: pierwszy targowicy win, drugi Mennicy. Jego okopiska dość zamaszyście zakreślały poletek, na którym Julian cieplice swe zbudował. Góra S-tej Genowefy na wewnątrz jego leżała. Punktem najbardziej wysuniętym krzywej tej linii murów była brama Papiezka, to jest, prawie miejsce, na którem się dziś wznosi Panteon. Nowe-miasto, największy z trzech odłamów Paryża, zasiadło prawy brzeg rzeki. Podłużne jego arterye, poprzecinane zresztą lub poprzerywane w wielu miejscach, biegły wzdłuż Sekwany, od wieży Billy do wieży drewnianej, czyli od miejsca, gdzie dziś są spichrze zapasowe, aż do miejsca gdzie się wznoszą Tuillerye. Cztery punkta, w których Sekwana przecinała szańce stolicy, Tournelle i wieża Nesle, z lewej strony rzeki wieża Billy i wieża drewniana ze strony prawej, zwały się przed innemi czterema wieżami miasta Paryża. Nowe-miasto bardziej się jeszcze wychylało ku obszarom wiejskim, niżeli Wszechnica. Najmocniej wytkniętemi punktami okopalisk miejskich (z czasów Karola V-go) były bramy Św. Dyonizego i Św. Marcina, których siedziby nie zmieniły się.

Jakeśmy tylko co nadmienili, każda z trzech wielkich dzielnic Paryża była miastem osobnem, lecz każda też miastem zanadto cechowem by mogła sobie wystarczyć, by mogła się obyć bez innych. Ztąd trzy widoki najzupełniej wydzielone. Gród przepełniały kościoły, Nowe-Miasto pałace, Wszechnicę Szkoły. Pominąwszy tu podrzędne osobliwości starego Paryża i dziwactwa jego ustaw drogowych, powiemy ze stanowiska ogólnego tylko i czerpiąc jedynie zbiorowo a ryczałtem w tym chaosie juryzdykcyj gminnych, że wyspa była pod biskupem, brzeg prawy pod starostą kupieckim, brzeg lewy pod rektorem. Nad wszystkiemi zaś był kasztelan paryzki, dygnitarz królewski, nie miejski. Gród posiadał Katedrę, Nowe-miasto miało Luwr i Ratusz, Wszechnica Sorbonę. W Nowem-Mieście były Targowice, w Grodzie Dwór-szpitalny, we Wszechnicy Pre-aux-Clercs, uświęcone owe bursy i łączki studenckie. Występki popełnione przez żaków na brzegu lewym sądzono na wyspie, w Pałacu Sprawiedliwości, karano zaś takowe na brzegu prawym, na górze Sokolej w Montfaucon, chyba-by rektor, zwąchawszy słabość władzy królewskiej, poczuł się na siłach wystąpić z nadaniami Wszechnicy; było to bowiem przywilejem uznanym, że żacy mieli prawo do własnej szubienicy. (Zauważmy nawiasowo, że większą część tych przywilejów, a były między niemi i lepsze od powyższego, wydarły królom zaburzenia i bunty. Bieg to rzeczy odwieczny: król łask swych nie skąpił, gdy lud mu nastąpił na gardło. Znajduje się stary pergamin, który sprawy te opowiada w sposób bardzo szczery; co do wierności: Civibus fidelitas in reges, quae tamen aliquoties seditionibus interruptas multa peperit privilegia.)

W wieku XV Sekwana opływała pięć wysp w obrębie ówczesnego Paryża; wyspę Louviers, gdzie wtedy były drzewa, a gdzie dziś jest tylko drzewo; wyspę Krowią i wyspę Katedralną, obie niemal puste i obie należące do nadziału biskupiego (przybrały one wspólną nazwę wyspy Św. Ludwika, odkąd w wieku XVII połączono je w jedną i zabudowano); nareszcie wyspę Grodu, wraz z wysepką Pastucha-od-krów, przy jej cyplu położoną: ta ostatnia znikła później pod tarasowym nasypem Nowego-Mostu. Gród starożytny miał pięć mostów: trzy naprawo, Katedralny i Wekslarski, murowane, oraz Młynarski, drewniany; dwa na lewo, Mały-Most, kamienny, i S-to Michalski, drewniany; wszystkie obciążone domami. Wszechnica posiadała sześć bram, zbudowanych przez Filipa Augusta, a mianowicie, biorąc się od, Tournelle: bramę Św. Wiktora, Bondelle, Papiezką, Św. Jakóba, Św. Michała, Św. Hermana. Nowe-Miasto takoż sześć, zbudowanych przez Karola V; szły one, zaczynając od wieży Billy w porządku następującym: brama Św. Antoniego; Tempie, Św. Marcina, Św. Dyonizego, Montmartre, Św. Honoryusza. Wszystkie te bramy były piękne, a w dodatku mocne, co piękności nie psuje. Szeroki i głęboki kanał, zapełniający się wodą w czasie przypływów zimowych, płukał stopy murów naokoło Paryża; woda szła z Sekwany. Na noc zamykano bramy, zaciągano wielkie łańcuchy żelazne przez rzekę u dwóch nadsekwańskich krańców miasta, i Paryż zasypiał spokojnie.

Z wysokości przelotnej, każdy z trzech tych okręgów, Gród, Wszechnica, Nowe-Miasto, przedstawiał nierozplątaną siatkę ulic dziwacznie zwartych. Na pierwszy atoli rzut oka można było poznać, że trzy owe odłamy stolicy stanowiły jedno ciało. Spostrzegałeś od razu dwie długie ulice równoległe, które bez przerwy, bez nadwerężeń, prawie w linii prostej sznurowo przecinały wszystkie trzy miasta z końca w koniec, z południa na północ, prostopadle do Sekwany, łączyły je z sobą, spajały, mieszały, przelewając i przerzucając bezustanka ludność z jednej części w mury drugiej; z czego się tworzyła wyrównana wspólność. t Pierwsza z dwóch tych ulic szła od bramy Św. Jakóba do bramy Św. Marcina; zwała się ulicą Św. Jakóba we Wszechnicy, ulicą Żydowską w Grodzie, ulicą Św. Marcina na Nowem-Mieście; w dwóch miejscach przechodziła rzekę, przez Mały most, i przez most Katedralny. Ulica druga, zwana de la Harpe na stronie lewej, Bednarską na wyspie, Św. Dyonizego na brzegu prawym, ciągnęła się od bramy Ś-to Michalskiej we Wszechnicy, przez most Św. Michała na jednem ramieniu Sekwany przez most Wekslarski na drugiem, aż do bramy Św. Dyonizego na Nowem-mieście. Zresztą, pod tyloma rozmaitemi imionami, były to wciąż dwie tylko ulice, lecz dwie ulice-matki, dwie ulice rodzicielskie, dwie główne żyły Paryża. Wszystkie inne żyłki potrójnego miasta z nich brały początek, lub się na nich kończyły.

Niezależnie od dwóch owych ulic pryncypalnych, średnicowych, przeszywających Paryż na wylot po przez całą jego długość, wspólnych całej stolicy, Nowe miasto i Wszechnica posiadały jeszcze własne swoje ulice główne, biegące w kierunku wydłużenia tych dzielnic, równolegle do Sekwany, a przecinające wymienione arterye wszechstołeczne pod kątem prostym. I tak, w Nowem-mieście postępowało się w prostej linii od bramy Św. Antoniego do bramy Sw. Honoryusza, we Wszechnicy od bramy Św. Wiktora do bramy Sw. Hermana.

Dwie te wielkie drogi, skrzyżowane z dwiema poprzedniemi, tworzyły kanwę, na której spoczywała, pozaciskana i powiązana na wsze strony, labiryntowa siatka ulic Paryża. W zagmatwanym rysunku tej siatki, można było okrom tego rozróżnić, rozpatrując się uważnie, jako dwa snopy rozpostarte, jeden we Wszechnicy, drugi w Nowem-mieście, dwa wory ulic grubych, idących rozwoiście od mostów ku bramom. Z tego planu geometrycznego zostało i podziśdzień jeszcze cośkolwiek.

Teraz, jaki widok przedstawiała całość owa z wyżyn kościoła Panny Maryi, w r. 1482? O tem właśnie chcemy pomówić.

Widz, przybywający zdyszany na wierzchołek, doznawał najprzód jakiegoś oszołomiającego olśnienia, bijącego z tego zamętu dachów, kominów, ulic, mostów, placów, strzelnic, dzwonnic. Wszystko ci naraz skakało do oczu, szczyt zębaty, dach ostry, wieżyczka zatknięta na skraju muru, piramida kamienna z wieku XI-go, obelisk łupkowy z XV-go, okrągła i goła wieża kopuły zamkowej, czworoboczna haftowana wieża kościelna, i wielkie, i małe, i krępe i powietrzne. Wzrok gubił się długo o całą głębokość w tym labiryncie, gdzie nie było ani jednego szczegółu, któryby nie posiadał właściwej sobie oryginalności, właściwego sobie powodu, twórstwa, piękna, i gdzie wszystko należało do sztuki, od najmniejszego domku o podwojach malowanych i rzeźbionych, o węgłach i zębach wydatnych, o piętrach rozsadzistych, o drzwiach na przód pochylonych, aż do królewskiego Luwru, posiadającego wówczas kolumnadę wieżową. W miarę atoli, jak się oko oswajało nieco z tem tłokowiskiem gmachów, wysuwały się jeden po drugim następujące szczegóły główne:

Gród na czele. Wyspa grodzka — używając tu słów Sauvala, który skroś koszałek opałek swej gadaniny trafiał niekiedy na szczęśliwsze wyrażenia — „wyspa grodzka obrazem jest okrętu wielkiego który się zagłębił w muły i osiadł sród pędów Sekwany". Wyłuszczyliśmy tylko-co, jako ów okręt uwiązanym był w wieku XV do obu brzegów rzeki za pomocą pięciu mostów. Forma ta okrętowa zastanowiła tez pisaków heraldycznych; od ich to bowiem czasów, nie zaś od oblężenia Normandów, datuje, według Faryna i Pasquier, znak okrętowy zdobiący starą herbową tarczę Paryża. Kto umie czytał w średniowiecznej księdze, dla tego herb jest algebrą, dla tego herb jest mową. Cała historya drugiej połowy wieków średnich spisaną jest w herbarzu, jak historya pierwszej onych połowy zawiera się w symbolizmie kościołów romańskich. Są to hieroglify feudalizmu po hieroglifach teokracyi.

Gród stawał tedy najpierw przed oczyma, tyłem na wschód, przodem na zachód. Zwróciwszy się ku przodowi, miałeś przed sobą niezliczone stado starych dachów, nad któremi szeroko się zaokrąglały ołowiane barki Kaplicy Świętej, podobne do karku słonia objuczonego swą wieżą. Tylko że w tym razie wieżą była strzała, jedna z najśmielszych, z najwytworniejszych, najbardziej powydrążanych i porzeźbionych, jakie kiedykolwiek przepuszczały błękit niebios po przez swe stogi koronkowe. Przed katedrą, w samem pobliżu, trzy ulice wypływały na Plac przedkościelny, ładne zakole ustawione staremi domami. Na południową stronę tego placu, wychylał się pomarszczony i pokrzywiony fronton Głównego Szpitala i dach jego zasiany jakby krostami i liszajami. Dalej na lewo, na prawo, na wschód, na zachód w tym tak wszelakoż ciasnym obrębie Grodu, wznosiły się dzwonnicy jego dwudziestu i jeden kościołów najrozmaitszego pochodzenia, najrozmaitszej formy i wielkości, od nizkiej i próchniejącej dzwonniczki romańskiej Saint-Denis-du-Pas (Garcer Glaucini) aż do wykwintnych iglic Św. Piotra-przy-Wołach i Św. Landry. Z tyłu katedry, roztaczały się, na północ: klasztor ze swemi galeryjkami gotyckiemi; na południe: pół-romański pałac biskupi; na wschód: pusty klin Wygonu. W tym natłoku domów, oko wyróżniało (po wysokich owych mitrach kamiennych przetkanych na światło, które wieńczyły wówczas, na dachu samym, gdzie okna pałaców) dworzec dany przez miasto, za Karola VI-go, Juvenalowi od Ursynów ; nieco po za tem, smolne budy na rynku Palus; w innem miejscu, nową zakrystyę Św. Hermana - Starego, wydłużoną w r. 1458, kosztem kawałka ulicy Febres; następnie, gdzieniegdzie, placyk zapełniony ludem ; szubienicę wywieszoną na rogu ulicy; dobrze zachowany kawał bruku Filipa Augusta, przepyszną tę posadzkę taflową, narzynaną pod kopyta końskie w środku drogi, i tak niezręcznie zastąpioną w końcu wieku XVI-go przez nędzną kamieniarkę, zwaną brukiem Ligi: a nieco bliżej, ciche podwórze tylne z jedną z owych przezroczystych wieżyczek wschodowych, które wiek XV umiał budować, i jakich jedyny dziś okaz posiadamy przy ulicy Bourdonnais. Nareszcie, na prawo od Kaplicy Świętej, ku wschodowi, Pałac Sprawiedliwości sadowił się u brzegów wody, z gromadą swych wież. Gąszcz ogrodów królewskich, pokrywających zachodni klin Grodu, zakrywał wysepkę Pastuszą. Co do wody, z wyżyn wież katedralnych, nie wiele jej widziałeś po obu stronach Grodu: Sekwana znikała pod mostami i mosty pod domami.

Gdy zaś wźrok, przekroczywszy te mosty zieleniejące przedwczesnemi mchami, które z wyziewów rzecznych powstały, skierował się na lewo ku Wszechnicy, pierwszym gmachem który go uderzał, był gruby i nizki snop wież, Mały-Kasztel, rozwartym swym przysionkiem pochłaniający koniec Małego-Mostu; następnie, prowadząc okiem po wybrzeżu, od wschodu na zachód, od Tournelle do wieży Nesle, spotykałeś długie pasmo domów z belkami rzeźbionemi, z szybami kolorowemi, wysuwających się z piętra na piętro po nad bruk nieskończonym zygzakiem szczytów mieszczańskich, i często ucinanych przez zakręt uliczny, a niekiedy to i przez front lub róg wielkiego kamiennego dworca, który się rozpierzał swobodnie, sród tego gminu zabudowań ważkich i spartych, z dziedzińcami swemi i ogrodami, ze skrzydłami i oficynami, jako wielmożnik i jego służba w kupie prostactwa. Było takich dworców pięć lub sześć na wybrzeżu, od Lotaryngskiego-Zajazdu, zajmującego do współki z Bernardynami wielką płachtę gruntu około Tournelle, do dworca Nesle, którego wieża główna stanowiła z tej strony granicę Paryża, a którego dach ostry, posiadał w ciągu trzech miesięcy na rok przywilej krajania czarnemi swemi trójkątami szkarłatnej tarczy zachodzącego słońca. Ta strona brzegów nadsekwańskich była zresztą bez porównania mniej handlowną od drugiej; większy tu hałas, większe zbiegowiska czynili żaki niżeli rzemieślnicy: mówiąc zaś ściśle, właściwe wybrzeże, czyli ponadrzecze, istniało tylko od mostu Św. Michała do wieży Nesle. Reszta nadwodzia była albo prostym gołożwirem, jak po za Bernardynami, albo też nawałem domów, podwalinami sięgających wody, jak na przestrzeni między dwoma mostami.

Rozlegały się tu ciągłe wrzaski praczek, które się śmiały, paplały lub śpiewały od rana do wieczora, wzdłuż całego wybrzeża, przy siarczystych kląskaniach klepaczów, jako i za dni naszych. Nie jest to jedna z mniejszych rozrywek paryzkich.

Okręg Wszechnicy wydawał się dużym klocem na pierwszy rzut oka, z końca w koniec była to całość jednorodna i spoista. Tysiączne jego dachy, gęste, czubate, powiązane, należące niemal wyłącznie do jednego i tego samego pierwiastka geometrycznego, widziane z góry, przedstawiały coś w rodzaju mineralogicznej krystalizacyi pewnego jakiego ciała. Swawolne wądoły ulic nie rozcinały tego okrzepłego ciasta na części zbyt nieustosunkowane. Czterdzieści dwa kollegiów rozsiane tu były w sposób dość jednostajny i miałeś je wszędzie. Urozmaicone i zabawne wierzchołki pięknych owych gmachów były wytworem tej-że samej sztuki, do której należały i proste poniżej ich rozłożone dachy, tak, że ostatecznie stanowiły tylko jakby kwadratową lub sześcienną potęgę tej samej figury geometrycznej. Bogaciły zatem całość, nie mieszając takowej, dopełniały ją nieobciążając. Geometrya jest harmonią. Kilka ładnych dworców tworzyły też tu i owdzie wspaniale wydatności. Sród malowniczych zabudowań lewego brzegu: zajazd np. neverski, zajazd rzymski, zajazd reimski, które znikły; dworzec Cluny, dochowany podziśdzień ku pociesze artysty, choć już bez wieży tak bezsensownie zdjętej przed kilkoma laty. W pobliżu Cluny, pałacu romańskiego o pięknych arkadach pełnołukowych, znajdowały się Cieplice Juliana. Było tu również niemało opactw, w stylu pobożniejszym, i surowszego niźli we dworcach układu, niemniej jednak pięknych i niemniej wzniosłych. Z najpierw pociągających wzrok ku sobie, wymienimy: opactwo Bernardynów z trzema dzwonnicami; Św. Genowefę, której wieża czworokątna, istniejąca jeszcze, tak mocno żałować każe reszty; Sorbonę, napół kollegium, napół monaster, po której pozostała tyle wielbiona nawa; piękny czworoboczny klasztor Bonifratrów; jego sąsiada, klasztor Benedyktyński, w którego murach miano czas sklecić teatrzyk między siódmera a ósmem wydaniem tej książki; opactwo Franciszkańskie z trzema swemi olbrzymiemi, obok siebie położonemi szczytami; klasztor Augustyański z wdzięczną wieżyczką, tworzącą drugą, po wieży Nesle, koronkowatość z tej strony Paryża, licząc od zachodu. Co do kollegiów, które są w istocie ogniwem przejściowem od klasztoru do świeckości, takowe w szeregu pomnikowym trzymały środek między dworcami a opactwami, posiadając powagę pełną wykwintu, rzeźbę raniej ulotną od pałacowej, architekturę mniej surową od klasztornej. Na nieszczęście, nic prawie nie pozostało z tych pomników, w których sztuka gotycka z taką ścisłością łączyła w sobie skromność i bogactwo. Kościoły (były zaś one liczne i przepyszne w Wszechnicy; a i tu także rozwijały się one łańcuchem wszystkich wieków architektonicznych, od pełnołucza u Św. Juliana, do ostrych łuków Św. Seweryna), kościoły górowały nad ogółem widoku, i jako najwyższa harmonia w tej harmonijnej całości, wybijały co chwila po nad urozmaiconą wyciętność szczytów, strzałami narzynemi, przeświecającemi się dzwonnickami, iglicami cienkiemi, których linia wykreślna była również nie czem innem tylko wytryskowym ostrokątem dachów.

Grunt miała Wszechnica pagórkowaty. Wyniosłość Świętej Genowefy tworzyła tu, ku wschodniemu południowi, kopiec potężny; i rzecz to zaprawdę godna widzenia z wyżyn katedralnych ów tłum uliczek wązkich i krętych (objętych dziś nazwą kraju łacińskiego), te grona domów rozrzuconych w kierunkach najrozmaitszych, od samego wierzchołka góry, a staczających się w nieporządku po jej pochyłościach stromych, aż ku nadbrzeżom Sekwany. Zdawało się, że jedne z nich rzeczywiście zchodzą na dół, drugie gramolą się ku wierzchołkowi, a wszystkie razem wspierają się i podtrzymują wzajem. Stały odpływ i przypływ tysiąca czarnych punkcików, krzyżujących się i ścierających na bruku, poruszał wszystkiem przed oczami widza. Kropki owe, to był lud widziany z wysoka i z dala.

Nareszcie w przerwach tych dachów, wieżyczek, i tych zarysowych wygięć gmachów bez liczby, wykrzywiających i łamiących w sposób tak dziwny i fantastyczny krańcową linię Wszechnicy, dostrzegałeś, to tu, to tam grubą ścianę muru porosłego, okrągłą i pękatą basztę, zębatą bramę miejską, zastępującą twierdzę: były to okopy Filipa Augusta. Za niemi zieleniały łąki i rozbiegały się drogi, wzdłuż których wlekło się jeszcze kilka domów przedmiejskich, tem rzadszych, im bardziej się oddalały. Niektóre z owych przedmieść posiadały wagę. Oto najprzód, zaczynając od Tournelle, miasteczko Saint-Victor, ze swoim jedno-arkadowym mostem na rzeczułce Bievre, z opactwem gdzie się znajdował nagrobek Ludwika Grubego, epitaphium Ludovici Grossi, i ze swoim kościołem o wieżyczce ośmiokątnej, zdobnej czterema pobocznemi dzwonniczkami z wieku XI (podobną można jeszcze widzieć w Etampes; nie obalono jej dotąd); dalej miasteczko St.-Marceau, mające już wtedy trzy kościoły i klasztor; następnie, zostawiwszy na lewo młyn Gobelinów i cztery jego mury białe, było przedmieście St.-Jacques z pięknym zrzeźbionym krzyżem na placu ; kościół Św. Jakóba du Haut-Pas, wówczas gotycki, ostry i powabny; Saint-Magloire, piękna nawa kościelna z XIV wieku, z której Napoleon zrobił szopę na siano; kościół Panny Maryi Polnej, gdzie się znajdowały mozaiki bizantyńskie. Nareszcie, porzuciwszy w otwartem polu klasztor Kartuzów, bogaty gmach z czasów Pałacu Sprawiedliwości, z małemi ogródkami poprzedzielanemi oraz nieuprzejmemi ruinami vauvertskiemi, wzrok padał ku zachodowi na trzy romańskie iglice Św. Hermana-na-Łąkach. Miasteczko St.-Germain, gmina już niemała, składało się z piętnastu do dwudziestu ulic, wijących się po za kościołem i opactwem; ostra dzwonnica Św. Sulpicyusza zaznaczała jeden z granicznych punktów onego. Zaraz z boku wyróżniało się czworoboczne ogrodzenie jarmarcznego placu St.-Germain, gdzie dziś znajdują się targowice stałe; przy niem w pobliżu była szubienica opacka, piękna wieżyczka okrągła, nakryta stożkiem ołowianym; nieco dalej znajdowała się cegielnia, z ulicą Du-Four, prowadzącą do najpospolitszego wypałowego pieca, tudzież młyn na pagórku i szpital, domek mały, źle reputowany. Lecz co najbardziej wzrok ku sobie pociągało, pochłaniając uwagę widza, to opactwo samo. I zaiste monaster ów, mający wspaniałą postawę i jako kościół i jako dominium, ten jego pałac opacki, gdzie spędzić noc jedną za szczęście się uważało nawet dla monarchów francuzkich, ten refektarz, któremu architekt nadał kształt, piękną i przepyszną różaną tarczę katedr, wykwintna kaplica Najświętszej Panny, monumentalna izba sypialna, rozległe ogrody, kolczata brama rycerska, zębate te bastyony, jakby się wrzynające w otaczającą do koła zieleń, dziedzińce te lśniące od stalowych pancerzy wojowników i złotych ornatów duchowieństwa — wszystko to razem, powiadamy, zgarnięte i skupione u stóp trzech wysokich wież pełnołukowych, mocno osadzonych na gotyckiem wezgłowiu kościoła, uroczyście się rysowało na widnokręgu.

Gdy po długim rozglądzie we Wszechnicy zwróciłeś się w końcu ku prawemu wybrzeżu, ku Nowemu-miastu, charakter widoku od razu się zmienił. Jakoż Nowe-miasto, znacznie większe od Wszechnicy, było też mniej jednolitem. Najsamprzód, ku wschodowi, część miasta biorąca dziś jeszcze miano swe od bagnisk, w które Camulogenes wpakował Cezara, zawalona była pałacami. Zabudowania podchodziły aż pod samą rzekę. Cztery dworce prawie przyległe, Jouy, Sens, Barbeau i Zajazd Królowej, odbijały w Sekwanie swe dachy łupkowe, poprzecinane wiotkiemi wieżyczkami. Cztery te gmachy zapełniały przestrzeń od ulicy Nonaindieres do opactwa Celestynów, którego wieżyczka wdzięcznie podnosiła za sobą ku górze linię szczytów i zębatych murów klasztornych. Kilka lepianek zielonkawych, pochylonych nad wodą przed temi okazałymi dworcami, nie zasłaniały widoku na piękne węgły ich facyat, na ich szerokie okna kwadratowe o krzyżownicach kamiennych, na ich ostrołukowe przedsionki posągami obciążone, na ostre krańce ich ścian, dokładnie zewsząd zarysowanych, zgoła na wszystkie czarowne te przypadłości architektoniczne, które sprawiają, że sztuka gotycka ma pozór, jakby swe kombinacye co chwila na nowo rozpoczynała. Po za temi pałacami rozbiegał się we wszystkich kierunkach niezmierzony i wielokształtny obwód dworca Saint-Pol, raz krępy, opasany i najeżony jak twierdza, to znowu ocieniony wielkiemi drzewami, jako śródleśna siedziba zakonna. Był to ów zamek olbrzymi a cudowny, w którym król Francyi swobodnie mógł pomieścić w razie potrzeby czterdziestu i czterech książąt tej-że samej co Delfin i pan burgundzki godności, z ich pachołkami i orszakami, nie licząc już wielkich dostojników państwa, ani cesarza, gdy przyjeżdżał odwiedzić Paryż, ani lwów do nich należących, które osobny dla siebie posiadały dworzec w dworcu królewskim. Powiedzmy też tu, że wszelkie mieszkanie książęce składało się wówczas co najmniej z jedenastu komnat, od izby posłuchalnej do kaplicy domowej, że już nie wspominamy ani o galeryach, łaźniach, umywalniach i innych „nadpotrzebnych miejscach", stanowiących nieodłączne dopełnienie apartamentów książęcych; ani o ogrodach przypadających na każdego poszczególnie gościa królewskiego; ani o kuchniach, lamusach, oficynach, refektarzach, podwórzach pałacowych, przy których się mieściły „pracownie" ogólne, bez liku i miary, od piekarń do piwnic; ani o dziedzińcach dla gier tysiącznych, w palcaty, w palanta, w pierścienie; ani o ptaszarniach, stawach rybnych, zwierzyńcach, stajniach, oborach, bibliotekach, arsenałach, kuźniach, ludwisarniach. Oto czem były wtedy pałace królewskie, Luwr taki lub dworzec St.-Pol. Gród w grodzie.

Z wieży, na którejśmy się umieścili, dworzec St.-Pol, lubo do połowy schowany za czterema gmachami, o których tylko co mówiliśmy, wyglądał przecież bardzo jeszcze pokaźnie i w cudownych przedstawiał się zarysach. Wyróżniały się w nim doskonale, pomimo zręcznego spojenia z budową główną za pomocą długich przejść szklannych i wieżyczkowych, najpierw trzy dworce, które Karol V zlał ze swoim pałacem: dworzec Petit-Muce z koronkowemi sztachetkami, wdzięcznie obrębiającemi dach onego; dworzec opata Saint-Maur, posiadający wydatność obronnego zamku, grubą wieżę, zygzakowy mur osłon, strzelnice, żelazne bastyonki, a na szerokich podwojach saksońskich tarczę opata między dwoma zaczepnemi hakami zwodzonego mostu; dworzec hrabiego d'Etampes, którego wieżyca, zniszczona u góry, szczerbato zaokrąglała się w oczach widza jako grzebień koguci; gdzieniegdzie trzy lub cztery stare dęby, tworzące razem gałęziste pęki nakształt olbrzymich kalafiorów; igraszki łabędzi po przezroczystych wodach stawów, pofałdowanych pręgami cieniów i świateł; siła dziedzińców pokazujących swe malownicze zakątki; dworzec Lwi z nizkiemi ostrołuczami na krótkich słupach saksońskich, z kratą żelazną i rykiem nieustającym; skroś tej całości łuskowa strzała kaplicy Ave-Maria; na lewo mieszkalny dom kasztelana paryzkiego, z czterema bocznemi wieżycami cienko poprzekłuwanemi; po środku, w głębi, właściwy dworzec Saint-Pol, z mnogiemi swemi fasadami, z kolejnemi od Karola V upiększeniami, z różnorodnemi naddatkami, któremi go fantazya budowniczych obciążyła w ciągu dwóch wieków, ze wszystkiemi wezgłowiami swych kaplic, wszystkiemi szczytami swych korytarzy, tysiącem chorągiewek rozwiniętych na cztery wiatry, i dwiema wysokiemi, przyległemi wieżami, których dach stożkowy, ujęty od spodu w dziąsłowate przewiąsło uwydatnionego poddasza, przypominał coś z kapeluszy spiczastych o podniesionych skrzydłach.

Posuwając się dalej z piętra na piętro owego amfiteatru pałaców, szeroko w dal roztoczonego na powierzchni, i przeskoczywszy głęboki parów wydrążony w dachach Nowego-miasta, a zaznaczający bieg ulicy Św.-Antoniego, wzrok się spotykał z zamczyskiem angulemskiem, rozległa budową wielu epok, w której były części nowe i zupełnie białe, nie o wiele lepiej przystające do całości jak łata czerwona do błękitnego kaftana. Pokrycie wszakże szczególnie ostre i podniesione nowożytnego tego pałacu, najeżone rynnami rzeźbionemi, zszyte z płacht ołowianych, ociekających w tysiącznych fantazyach arabeskowych błyszczącemi nasadzeniami z miedzi złoconej, pokrycie owe ciekawie stalowane, z wdziękiem się wysuwało w górę z pośród ciemnawych ruin starożytnego gmachu, którego potężne wiekowe wieże rozłożysto pękające pod ciężarem lat, osuwały się ze starości i zwlekały z siebie od góry na dół zdarte swe wierzchnie szaty. Za zamczyskiem wznosił się las wieżyczek pałacu Tournelles. Ani Chambord, ani Alhambra, ani żaden inny na świecie widok, nie był bardziej czarującym, bardziej napowietrznym i wybujałym nad tę puszczę strzelnic, dzwonniczek, kominów, chorągiewek, wieżyc śrubiastych, latarń otworkowo przeświecających się i poświdrowanych pokrowców, wysokich strzępiastych iglic, czyli „krętałek", jak wówczas je zwano, w kształtach najrozmaitszych, najrozmaitszej wysokości i położenia. Powiedziałbyś, że to kamienne szachy tytanów.

Na prawo od Tournelles, ta oto wiązka bastyonów krępych, jak sadza czarnych, obejmujących się wzajemnie i jakby powiązanych kolistą fossa; ta wieża gęściej zasiana strzelnicami, niż oknami; ten most zwodzony, a zawsze wzniesiony; ta kratownica u wejścia wciąż spuszczona — to Bastylia. Te niby-to dzioby czarne, wysunięte przez szczerbate otwory ścian, a które zdala wziąłbyś za dżdżownice, to są armaty.

Pod ich strzałami, u stóp potwornego gmachu, oto mamy bramę Św. Antoniego, skurczoną pod dwiema swemi wieżami. Po za murami Tournelles, aż ku okopom Karola V, rozwijał się bogatemi rzędami zieleni i kwiatów aksamitny kobierzec sadów i parków królewskich, pośród których łatwo było rozpoznać, labiryntem drzew i dróg cienistych zaznaczony, sławny ów ogród Dedala, darowany przez Ludwika XI lekarzowi Coictier. Obserwatoryum doktora wznosiło się po nad zmięszanemi szeregami sadów; była-to gruba osamotniona kolumna, mająca za naczołek domek maleńki. W oficynie tej spełniła się niejedna straszna przepowiednia astrologiczna.

Na tem miejscu znajduje się obecnie Plac królewski.

Jakeśmy to przed chwilą powiedzieli, dzielnica pałaców, o której usiłowaliśmy dać czytelnikowi niejakie wyobrażenie na samych jeno wybitniejszych szczegółach, obejmowała kąt gruntu zawartego ku wschodowi między Sekwaną a szańcami Karola V. Środek Nowegomiasta zapchany był kupami domów do pospólstwa należących. Jakoż w tym to właśnie punkcie wychodziły na brzeg prawy trzy mosty Grodu; most zaś tworzy chałupy pierwej, nim na chałupach dworcy się dźwigną. Zbiorowisko to domów mieszczańskich, ściśniętych jak komórki woskowe w ulu, nie było bez powabu. Z dachami stolicy rzecz się ma podobnie, jak i z falami morza: widok to wielkości. Najprzód ulice, pokrzyżowane i poplątane, tworzyły w massie setki figur zabawnych ; dokoła targowic było to cóś w guście gwiazd rozpływających się tysiącznemi włókienkami promieni. Ulica Św. Dyonizego i Św. Marcina, z niezliczonemi swemi odpływnikami, sunęły się wzdłuż jedna obok drugiej, jako dwa wielkie drzewa gałęzisto z sobą powiązane; a dalej linie wężowate, ulice jak Szklarska, Wapienna, Tkacka, etc. wiły się wszędy nie bacząc na żaden już ład. A i ładniejsze gmachy wybijały się z pod skamieniałej falistości tego morza dachów pospolitych. Takim był u naczółka mostu Wekslarskiego, przy którym się pieniła Sekwana pod kołami mostu Młynarskiego, Mały-Kasztel, nie owa wieża romańska jak za Juliana Apostaty, lecz baszta feudalna z XIII wieku, z kamienia tak twardego, że trzygodzinne piłowanie zaledwo na grubość pięści przegryźć go mogło; taką była bogata czworokątna dzwonnica Św. Jakóba-u-Rzeźni, ze swemi węgłami sciosanemi w rzeźby, już wtedy wspaniała i podziwiana, choć nie była jeszcze w wieku XV skończoną. (Brakło jej przedewszystkiem czterech tych potworów, które wychylone z poddaszowych jej rogów, podziśdzień zdają się być czterema sfinksami domagającemi się u nowego Paryża rozwiązania zagadki starego. Rzeźbiarz Rault umieścił je tu dopiero w roku 1526, otrzymawszy za swą pracę dwadzieścia franków wynagrodzenia). Takim był Domus-ad-piloria, czyli Tracenia, wychodzący na Plac Grevski, o którym już wspominaliśmy; takim był kościół Sw. Gerwazego, oszpecony później frontonem dobrego smaku; Saint-Mery ze staremi swemi niemal całkowicie pełnemi, romańskiemi jeszcze łukami; Święty-Jan ze swoją przepyszną, przysłowiową wieżyczką; takiemi były dwadzieścia innych pomników, nie wstydzących się chaosu tych ulic czarnych, ważkich i głębokich, sród których swe cuda chowały. Dodajmy do tego kamienne rzeźbione krzyże, gęściej po placach zasiane niżeli szubienice; cmentarz Niewiniątek, którego murowany obwód wyglądał z po za dachów; słupiaste wiązanie Targowic głównych, wyglądające przez szczyt między dwoma kominami ulicy Cossonnerie; „drabinkę" na placu rozstaisk du-Trahoir, czerniących się zawsze od ludu; koliste zabudowania wystaw zbożowych; kawałki starożytnego opasowego muru Pilipa-Augusta, wystające gdzie niegdzie sród powodzi domów wieżami porosłemi bluszczem, spustoszonemi bramami, ścianami rozpadającemi się i powykrzywianemi; dodajmy nadto wybrzeże z tysiącznemi onego kramnicami i garbarniami parującemi od krwi świeżej; Sekwanę obciążoną statkami, od bramy Siennej do Biskupich gumien, a mieć będziemy mglisty obraz tego, czem był w r. 1482 środkowy trapez Nowego-miasta. Obok dwóch powyższych grupp, pałacowej i mieszczańskiej, miałeś trzeci składowy pierwiastek widoku na Nowe-miasto; było nim długie pasmo opactw, rozesłane u krańców prawobrzeżnej części stolicy przez cały niemal ich przebieg półkolisty, od wschodu do zachodu. Pasmo to, więcej zbliżone ku Sekwanie niżeli fortyfikacye ściskające Paryż z zewnątrz, stanowiło jakby straż przednią tych ostatnich; było obwodem wewnętrznym, złożonym z kaplic i klasztorów po przed obwodem właściwych okopów. I tak, obok parku Tournelles, między ulicą Św. Antoniego a starą ulicą Tempie, znajdowała się Św. Katarzyna z rozległemi swemi ogrodami, ograniczonemi tylko murem paryzkim. Między starą a nową ulicą Tempie był klasztor Tempie, złowrogi pęk wież, wysoki, prosty, samotny sród obszernego ogrodzenia z krępego i zębatego muru. Między ulicą Neuve-du-Temple a Św. Marcina wznosiło się opactwo Św. Marcina, otoczone sadami; kościół okazały, obronny, nastrzępiony wieżami, uwieńczony tyarą dzwonnic, ustępujący co do siły i przepychu chyba samemu tylko opactwu St.-Germaindes-Pres. Bardziej na zachód, między ulicami Św. Marcina i Św. Dyonizego rozwijało się zakole opactwa Sw. Trójcy; za niem zaś, między ulicą Św. Dyonizego a ulicą Montorgueil, klasztor Córek-Bożych. W pobliżu wyróżniały się przegniłe dachy i połamane bruki Dziedzińca-Ludów. Było to jedyne ognisko świeckie; zamieszane do tego mnisiego łańcucha gmachów kościelnych.

Nareszcie czwarty dział, wybitnie się rysujący w tłumie dachów prawego brzegu, a zajmujący zachodni kąt Nowego-miasta, między okopami a dolnem wybrzeżem rzeki, składał się z nowego węzła pałaców i dworców, skupionych tym razem u stóp Luwru. Stary ten Luwr Filipa-Augusta, gmach niepomierny, z potężną basztą łączącą w około siebie dwadzieścia trzy naczelnych wież, nie licząc już wieżyczek, zdala wydawał się jakby oprawiany w ramy wierzchów gotyckich pałacu Alencon i Petit-Bourbon. Stuszyjna owa hydra, tytaniczna strażnica Paryża, z dwiestu czterema głowami wciąż wzniesionemi, z potwornym swym grzbietem pokrytym ołowiem i łuską łupkową, lśniąca zewsząd od pobłysków metalicznych, zamykała w sposób podziwu godny zakres Nowego-miasta od wschodu.

Tak tedy niezmierzona kupa (insula jak mawiali Rzymianie) domów mieszczańskich, podparta z boków, na prawo i lewo dwiema klocowatemi gromadami pałaców, ztąd Luwrem, ztamtąd zamczyskiem Tournelles, zaciśnięta od północy długą opaską opactw i ogrodów uprawnych, i wszystko razem stopione i zlane w całość pozorną; nad tysiącem tych gmachów, dachówkowemi i łupkowemi swemi wierzchami wykreślających linie najdziwaczniejsze, las malowanych, klejonych i kratkowanych dzwonnic czterdziestu czterech kościołów prawego brzegu; miriady ulic pokręconych na wszystkie strony; granicą zaś, z jednej strony, wał ścian wysokich ze strzępiastemi okrągłemi basztami (okop Wszechnicy miał wieże czworoboczne), z drugiej Sekwana, poprzecinana mostami i pokryta statkami: oto jest Nowe-miasto z wieku XV-go.

Za okopami, kilka przedmieść cisnęło się u bram, mniej przecież tłumnie a bardziej rozrzucone, niż za okopami Wszechnicy. Były to: z tylu bastylii, kilkadziesiąt lepianek uszeregowanych przy ciekawych rzeźbach Krzyża-Faubin i obłąkowych filarach opactwa Św. Antoniego-polnego; dalej Popincourt, w zbożu schowany; dalej Courtille, wesoła wieś gospod; miasteczko Św. Wawrzyńca z kościołem, którego wieża z oddalenia jakby się łączyła ze śpiczastemi bastyonami bramy Św. Marcina; przedmieście St.-Denis, z obszernem ogrodzeniem Św. Ladra; na zewnątrz bramy Montmartre, Flisacze-Stopy, obwiedzione murem białym; za niemi u wyżyn wapnistych i kredowych, przedmieście Montmartre, posiadające wówczas tyleż kościołów co i młynów, a dziś pozostałe przy samych tylko młynach (znać, że społeczność potrzebuje dziś cielesnego już jedno chleba). W końcu po za Luwrem wydłużało się na łąkach przedmieście Św. Honoryusza, dość już wtedy znaczne; przy niem kwitła Mała Bretania i rozwijały się Targowiska-Prosięce, z czerniącym się w ich środku — strasznym piecem do gotowania fałszerzy pieniędzy. Między Courtille a Ś-ym Wawrzyńcem, oko widza musiało już zapewne spostrzedz pagórek, przysiadły na równinie odludnej, na którego szczycie wznosił się gatunek gmachu podobnego zdala do kolumnady zszarpanej i stojącej na podmurowaniu bosem. Nie był to żaden Partenon, ani świątynia Jupitera olimpijskiego. Była to Góra-Sokola, Montfaucon.

Obecnie, jeśli tylko spis tylu gmachów, jakkolwiek go zwięzłym i doraźnym usiłowaliśmy uczynić, nie roztoczył na miazgę w umyśle czytelnika, w miarę naszych wywodów, ogólnego obrazu starego Paryża, postarajmy się streścić takowy w kilku wyrazach. We środku wyspa Grodu, podobna z formy do ogromnego żółwia, wysuwającego mosty, kryte łuskami chałup, jako łapy z pod szarej, szyldkretowej skorupy dachów staromiejskich. Na lewo jednolity, ścisły, gęsty, najeżony wielokąt Wszechnicy; na prawo rozległe półkole Nowego-miasta, nierównomiernie pocięte ogrodami i pomnikami. Trzy wielkie skały: Gród, Wszechnica, Nowomieście, porysowane ulicami bez liczby. Skroś nich na wylot, Sekwana, „karraicielka Sekwana", jak się wyraża O. Du-Breuil, zapakowana wyspami, mostami i ładownemi galarami. Na około, jak okiem zajrzeć, płaszczyzna nieobjęta, posiekana uprawą tysiącgatunkową, zasiana pięknemi wioskami; na lewo, Issy, Vanves, Vaugirard, Montrouge, Gentilly z wieżą okrągłą i czworokątną, i t. d.; na prawo, dwadzieścia innych, od Conflans aż do Ville-l'Eveque.

Na widokręgu kolisto zatoczony sznur pagórków.

Nareszcie w dali, na czterech skrajnych punktach nieba: ku wschodowi, Vincennes z siedmioma czworobocznemi wieżami; na południe, Bicetre, z wieżyczkami ostremi; na północ St.-Denis i jego dzwonniczna iglica; na zachód St.-Cloud i jego belwederowa baszta. Oto jest Paryż takim, jakim go z wyżyn katedry Najświętszej Panny widziały kruki, żyjące w r. 1482.

O tem to wszakże mieście powiadał Voltaire, że „przed Ludwikiem XIV posiadało tylko cztery piękne pomniki": kopułę Sorbony,, Val-de-Grace, Luwr nowożytny i nie wiem już jaki czwarty, Luxemburg może. Szczęściem, że Voltaire pomimo to nie przestał być autorem Kandyda ani filozofem, który w długim szeregu znakomitych ludzi naszego rodu, najlepiej śmiać się umiał śmiechem djabelskim. Dowodzi to także, że można być świetnym geniuszem i nic się nie rozumieć na sztuce, w którą się nie wtajemniczyło. Moliere azaliż nie mniemał, że wielki zaszczyt czyni Rafaelowi i Michałowi Aniołowi, nazywając ich „rozkosznisiami swoich czasów"?

Wróćmy do Paryża i wieku XV-go.

Było to wówczas miasto nietylko piękne; był-to pomnik jednorodny wytwór dziejowy i architektoniczny wieków średnich, kronika kamienna. Był-to gród złożony z dwóch jedynie pokładów, z pokładu romańskiego i pokładu gotyckiego, pokład bowiem rzymski znikł był oddawna, wyjąwszy przy Cieplicach Juliana, gdzie jeszcze sterczał z pod grubej skorupy wieków średnich. Co do pokładu celtyckiego, nie znalazłbyś go już nawet na pokaz przy świdrowaniu studzien. W pięćdziesiąt lat później, gdy Odrodzenie przyszło skłócić tę jedność tak surową, a przecież urozmaiconą olśniewającym przepychem swych systematów, rozrzutnością pełnych łuków rzymskich, kolumnami greckiemi i gałęzistą spadzistością podarkadowych ozdób gotyckich, rzeźbą swą miękką i idealną, szczególnem zamiłowaniem arabesków i naczółków akantowych, architektonicznym poganizmem z czasów Lutra, Paryż wyglądał być może piękniej jeszcze, choć mniej harmonijnie dla oka i myśli. Chwila jednakże tego rozkwitu trwała krótko; Odnowienie nie utrzymało się przy bezstronności; nie poprzestała na wznoszeniu swych dzieł; zapragnęło jeszcze burzyć. Prawda też, że potrzebowało miejsca. W ten sposób Paryż przez jedne tylko minutę był gotyckim całkowicie i w pełni. Kończono zaledwie wieżę Sw. Jakóba-u-Ezeźni, gdy już zaczęto rozwalać Luwr stary.

Odtąd wielkie miasto z każdym dniem szybciej zmierzało ku zagubię średniowiecznych swych form. Paryż gotycki, pod którym się zatarł Paryż romański, sara się z kolei zatarł; ale czy można powiedzieć, jaki go Paryż zastąpił?

Jest Paryż Katarzyny Medicis w Tuileryach[13], Paryż Henryka V w Ratuszu: dwóch gmachach należących do wielkiego jeszcze stylu; mamy Paryż Henryka IV przy placu królewskim: frontony z cegły, z węgłami kamiennemi, z dachami łupkowemi, domy trójkolorowe; Paryż Ludwika XIII znajduje się w Val-de-Grace: architektura zduszona i karłowata, sklepienia kabłąkowe, coś pękatego i brzuchatego w kolumnach, coś krzywego w kopule; Paryż Ludwika XIV zamknął się u Inwalidów: wielki, bogaty, złocony i chłodny; Paryż Ludwika XV w Saint-Sulpice: sznurówki, kokardy, pukle, makarony, cykorye, i wszystko kamienne; Paryż Ludwika XVI w Panteonie: tym źle skopiowanym Św. Piotrze rzymskim (gmach rozparł się niezgrabnie, ale to nic nie pomogło jego liniom); Paryż Rzeczypospolitej zasiadł w Szkole medycznej: mizerny gust grecki i rzymski, tak samo podobny do Kolizeum lub Partenonu, jak konstytucya roku III do praw Minosa, słowem architektura gustu messidorskiego; Paryż Napoleona zatrzymał się na placu Vendome: ten to już wzniosły, bo się wsparł na kolumnie śpiżowej odlanej z dział; Paryż Restauracyi uczepił się pałacu Giełdy: za słupy silnie białe podtrzymujące fryz znamienicie gładki, i za całość kwadratową, kosztującą dwadzieścia milionów. Każdemu z tych gmachów charakterystycznych odpowiada podobieństwem stylu, sposobu i położenia, pewna ilość domów rozrzuconych w rozmaitych dzielnicach, a które oko znawcy łatwo wyróżni i do właściwej daty odniesie. Gdy się umie patrzeć, odczyta się ducha wieku i fizyognomię króla, nawet na młotku ode drzwi.

Paryż obecny nie posiada tedy żadnego ogólnego wyrazu. Jest-to zbiór próbek ze wszystkich wieków, w którym zaginęły najpiękniejsze. Stolica wzrasta jedynie w domy, i w jakie domy z Koleją, jaką dziś Paryż bieży, odnawiać się on będzie przynajmniej co lat pięćdziesiąt. Ztąd i znaczenie historyczne jego architektury niknie z każdym rokiem bardziej. Pomniki stają się w nim coraz rzadsze, i zdaje się jakobyś patrzył na ich powolne tonięcie sród potopu domostw. Ojcowie nasi mieli Paryż kamienny: synowie będą mieli Paryż gipsowy. Co się zaś tycze świeżych pomników w Paryżu nowym, chętnie uwalniamy siebie od mówienia o nich. Nie dla tego żebyśmy nie umieli ich wielbić należycie. Święta Genowefa pana Soufflot jest niezawodnie najpiękniejszym sabaudzkim plackiem, jaki kiedykolwiek udało się sporządzić z kamienia. Pałac Legii honorowej należy również do smaczniejszych kęsów niemniej wybornego pieczywa. Kopuła wystaw zbożowych jest dżokejskim kaszkietem angielskim na szerokie wymiary. Wieże Św. Sulpicyusza sa dwoma grubemi klarnetami; forma to jak i każda inna; telegraf na dachu, pokręcony i pokrzywiony, tworzy tu wszakże miłą przypadłość. Święty Roch ma fronton dający się porównać we względzie wspaniałości chyba tylko do Św. Tomasza z Akwinu. Posiada też rzeźbioną mękę Pańską w piwnicach, i słońce z drzewa złoconego. Są to rzeczy najzupełniej cudowne.

Latarnia nad labiryntem Ogrodu Botanicznego należy do dzieł również wyszukanych. Co do pałacu Giełdy, greckiego przez kolumnadę, rzymskiego przez pełnołucza swych okien i podwoi, renesansowego z powodu wielkiego ku środkowi nachylonego sklepienia, pomnik to zaiste wielce poprawny i wielce czysty. Dowodem to, że wieńczy go attyk, jakiego Ateny nawet nie widziały, i piękna linia prosta, wdzięcznie tu i owdzie poprzecinana rurami od pieca. Dodajmy, że jeżeli jest regułą, iż architektura pewnego gmachu ma być przystosowane do przeznaczenia onego w ten sposób, aby przeznaczenie owo uwydatniało się od razu na sam widok budowy, to nie sposób jest za wiele się unieść nad pomnikiem, który mocen być bez różnicy: pałacem królewskim, izbą deputowanych, ratuszem, szkołą, ujeżdżalnią, akademią, magazynem, trybunałem, muzeum, koszarami, grobowcem, świątynią, teatrem. Póki co, jest to giełda. Przytem, gmach wszelki powinien mieć na względzie klimat kraju, w którym się znajduje. Owóż pałac Giełdy jest chyba najumyślniej wystawiony na nasze niebo dżdżyste i chłodne. Posiada dach płaski, prawie jak na Wschodzie, co czyni że w zimie, gdy śnieg pada, wymiatać dach trzeba. A któż nie wie, że dachy są na to, by je wymiatano? W kwestyi zaś przeznaczenia, o którem tylko cośmy napomknęli, takowe przesławny czworobok spełnia cudownie: jest giełdą we Francyi, jak byłby świątynią w Grecyi. Prawda, że się architekt dużo nabiedził nad tem, jakby tu skryć kompas zegarowy, któryby łatwo mógł był zniszczyć piękną czystość linij frontonu; ale nawzajem, ma się za-to kolumnadę obiegającą gmach dokoła, pod którą, w czasie wielkich uroczystości religijnych, majestatycznie rozwijać się mogą chorągwie agentów bankowych i komiwojażerów kupieckich.

To sa bez wątpliwości najmniejszej, bardzo przepyszne pomniki.

Dodawszy do nich siła ślicznych ulic, zabawnych i urozmaiconych, jak np. ulica Rivoli, trzebaby rzeczywiście zrozpaczyć, gdyby w stanie tym Paryż, widziany w balonowym przelocie, nie przedstawił oczom bogactwa zarysów, przepychu szczegółów, rozmaitości obrazów, i tej — nie wiem już jakby tu i powiedzieć — tej wzniosłości w prostocie i niespodzianki w pięknie, które cechują warcabnicę.

Z tem wszystkiem, i jakkolwiek cudownym wydaje się wam Paryż teraźniejszy, wskrzeście Paryż XV wieku, odbudujcie go sobie w myśli; spejrzcie na światło dzienne skroś zadziwiającego tego szeregu iglic, wieżyc, dzwonnic; opaszcie środek nieobjętego miasta Sekwaną podartą u klinów wysp, pofałdowaną u arkad mostów, mieniącą się żółtozielonemi pasami jak skóra węża, i wysforujcie wyraziście na błękity widnokręgu gotycki profil starego tego Paryża. Lub też pogrążcie jego zarysy w mgle zimowej, czepiającej się o niezliczone kominy; zatopcie je w noc głęboką, wpatrzcie się w dziwną grę mroków ze światłami w ciemnym tym labiryncie gmachów, i poślijcie promień księżyca, któryby tęsknie zarysował i z mgieł wydobył wyniosłe głowy baszt. Albo, jeśli wolicie, zbierzcie i napowrót skupcie czarny ów zarys stolicy, uwydatnijcie cienisto tysiączne a ostre węgły jej szczytów i wież, mocniej w koronki poszczerbione, niźli szczęka rekina, i zarzućcię całość na miedziane niebo zachodu. Co uczyniwszy, porównajcie. Jeśli zaś chcecie otrzymać od starego grodu wrażenie, jakiego nowy w żaden sposób dać wam już niejest w stanie, wnijdźcie porankiem wielkiego jakiego święta, przed wschodem słońca w dzień Wielkiejnocy lub Zielonych Świąt, na którykolwiek z wysokich punktów, zkądbyście pod sobą mieli stolicę całą. I czekajcie na przebudzenie dzwonów. Patrzcie jak na znak dany z nieba (słońce tu bowiem samo kapelmistrzem) tysiące tych kościołów drgną jednocześnie. Są to najprzód dźwięki rozrzucone, płynące z jednego kościoła do drugiego, niby urywane zacięcia muzykusów, oznajmujących sobie że się wraz dzieło zacznie. Po czem, nagle, spójrzcie — zdaje się bowiem, że w pewnych chwilach ucho ma własny swej wzrok — spójrzcie, jak w jednej chwili wzniosły się nad wszystkiemi dzwonnicami kolumny huku, niby dymy harmonii. Z początku, każde uderzenie dzwonu wzbija się prosto, czysto, jakby odosobnione od innych, ku uroczym niebiosom poranka; później, zwolna a coraz mocniej i mocniej, głosy te mieszają się, łączą i obejmują wzajem, wyrównane i wylane w najwspanialszy koncert. Jest-to już jedna tylko massa roztętnionych drgań, wydobywająca się bezustanku z niezliczonych wież kościelnych, rozkołysana, rozhulana, rozhukana nad stolicą i rozpłynięta daleko po za widnokrąg ogłuszającem kołem powietrznych wstrząśnień. Morze to harmonii nie jest wszakże bynajmniej chaosem. Jakkolwiek wzburzone i głębokie, nie straciło przezroczystości, i możecie w niem wyróżnić niemal każdy kłębek nut pierścieniasto wyrywający się z dzwonnicznego okna; zdołacie posłyszeć i wyrozumieć każdą rozmowę, to poważniejszą, to wrzaskliwszą, jaką cienki powszednik zaprowadził z grubym niedzielnikiem. W tej rozterce rozmachanych tonów, widzicie oktawy skaczące z wieży na wieżę; postrzegacie jak z nich jedne pierzchają lekko i swobodnie na srebrnych skrzydłach sygnaturek, gdy drugie twardo i głucho na miejscu biją ciężkiemi obuchami śpiżowców; śród nich podziwiacie bogatą, gammę, wciąż się podnoszącą i wciąż spadająca z siedmiu dzwonów Św. Eustachego; chwytacie przelatujące skroś na wskroś wytryski głosów, czystych i ostrych, które po trzech lub czterech zwrotach płomiennych, znikają jak błyskawice. Tam oto, opacka dzwonnica Ś-go Marcina, śpiewaczka wrzaskliwa i pryskająca; tu głos groźny i dziwaczny Bastylii; na drugim końcu mrukliwy bas grubej baszty luwrskiej. Królewski korowód Pałacu Sprawiedliwości ciska tymczasem niezmordowanie na wszystkie strony rozgorzałe pęki brzękadeł, które równomierne a potężne uderzenia katedralnego garłacza, niby młota po kowadle, rozsypują wraz niebogłośnie na iskry promieniste. Od czasu do czasu, potrejna strzelnica Świętego-Germana-na-Łąkach lunie ognistemi pękami tonów różnorodnych, to znowu wszystek ów huk podniebny rozstępuje się naraz, dając wolne przejście wiązce cienkich i przenikających dźwięków Zdrowasiek, które pryskają, iskrzą się jak gwiaździste wieńce na niebie. Pod spodem, w najniższych strefach koncertu, zdaje się wam, że wyróżniacie zmieszane śpiewy kapłanów i ludu, przedzierające się przez drgające sklepienia świątyń ku napowietrznym tym chórom.

Zaiste, opera to godna słyszenia. Zwykle rumor, podnoszący się z Paryża we dnie, to echo rozmów miejskich; szmery nocne, to oddech stolicy. Tym razem, jest to śpiew wielkiego grodu. Wsłuchajcie-że się w owe tutti dzwonnic; osnujcie takowe gwarem półmiliona ludzi; zawtórujcie całości wiekuistą skargą rzeki, nieskończonemi powiewami wiatrów i poważnym oddalonym kwartetem puszcz rozłożonych na czterech punktach horyzontu, jako niezmierzone frontony organów; odgrodźcie się niby półcienistą zasłoną od zbytkowych, zanadto może rozkrzyczanych głosów centralnej kapeli, i powiedzcie, azali znacie w świecie cokolwiek bogatszego, weselszego, bardziej złoconego i rozbłyśniętego nad ten odświętnie rozradowany hymn dzwonów i dzwonień; nad to rozpalone ognisko muzyczne; nad pieśń tych dziesięciu tysięcy spiżowych piersi, dmących razem w kamienne dudy, trzysta stóp wysokie; nad gród ów w jedne zamieniony orkiestrę; nad tę symfonię wrzasków rozmodlonych huraganowo.






KSIĘGA CZWARTA.

ND-de-Paris-L4-Ch1

I. Duszyczki miłosierne.

Na lat szesnaście przed epoką, w której się odbywają wypadki tu opowiedziane, w poranek niedzieli przewodniej (Quasimodo), stworzenie jakieś żyjące złożonem zostało, po mszy, w kościele katedralnym, na tapczanie przykutym do lewej ściany babińca, wprost u wielkiego wyobrażenia Świętego Krzysztofa, olbrzymiego owego posągu, na który rznięta z kamienia figura wielmożnego imci Antoniego z Essarts, rycerza, patrzała na klęczkach od r. 1419, dopóki na raz nie pomyślano obalić i świętego i wiernego. Na tym to tapczanie było we zwyczaju kłaść dzieci opuszczonych na łaskę osób miłosiernych. Brał je ztąd kto chciał. U tapczana znajdowała się skarbonka miedziana na jałmużny.

Gatunek istoty ludzkiej, leżącej na tej desce przed południem przewodniem roku Pańskiego 1467, zdawał się budzić w wysokim stopniu ciekawość dość znacznej gromady, zebranej około tapczana. Gromada składała się przeważnie z osób płci pięknej. Były to prawie bez wyjątku staruszki.

Z nich cztery w pierwszym szeregu, najbardziej nad deską pochylone, zwrócić na siebie mogły baczniejszą uwagę; sukmanki na nich szare, w rodzaju sutan, domyślać się w nich kazały sióstr z jakiegoś pobożnego bractwa. Nie wiem dlaczegoby historya przekazać nie miała potomności imion czterech tych skromnych i czcigodnych ichmościanek. Były to: Agnieszka Laherme, Joanna Delatarme, Henryeta Lagaultiere, i Gauchera Laviolette, wszystkie cztery wdówki, wszystkie cztery służebnice kaplicy Stefana-Haudry, wyszłe z domu za pozwoleniem swej przełożonej, dla wysłuchania kazania, stosownie do statutów Piotra d'Ailly.

Zresztą, jeżeli cztery owe Stefonistki w istocie trzymały się tym razem przepisów Piotra d'Ailly, to natomiast gwałciły najwidoczniej i z całej duszy reguły Michała z Brache i kardynała z Pizy, które im tak nieludzko nakazywały milczenie.

— A to co takiego, moja siostro? — odezwała się Agnieszka do Gauchery, przypatrując się leżącej małej istocie, która się kręciła i skomliła, wylękniona tyloma spojrzeniami.

— Co to się z nami stanie — mówiła Johanna — jeśli to w taki sposób na świat dziś dzieci przychodzą.

— Nie znam się na dzieciach — podchwyciła Agnieszka — lecz grzechem jest chyba patrzeć na takie.

— To nie jest dziecko, Agnieszko.

— To małpa chybiona — zauważyła Gauchera.

— To cud — dodała Henryeta Lagaultiere.

— W takim razie — rzekła Agnieszka — byłby to już trzeci z rzędu od niedzieli Lactare, nie ma bowiem jeszcze i dni ośmiu, jakeśmy mieli cud nad żartownisiem z pielgrzymów, ukaranym z nieba przez Najświętszą Pannę Aubeivillierska, a był to drugi cud w tym miesiącu.

— Ależ to prawdziwy potwór obrzydliwości, ten niby to dzieciak podrzucony — poczęła Joanna.

— Wrzeszczy, że dyakona-by ogłuszył — mówiła ze swej strony Gauchera. — Milcz że, szczeniaku jakiś!

— I ktoby dał wiarę, że to przewielebny z Keims okropieństwo podobne przeseła naszemu arcypasterzowi! — rzekła Gaultiera składając ręce.

— Przedstawiam sobie — powiadała Agnieszka Laherme—że to jest bydlę, zwierzę, płód żyda z maciorą; coś takiego nareszcie, co nie jest chrześciańskie, a co rzucić należy w wodę lub w ogień.

— Pewną jestem przynajmniej — dodała Gaultiera — że się nikt o nie upomnieć nie zechce.

— O, mej ty Boże! — wołała Agnieszka — biedne te mamki z tego tam domu podrzutków, wiecie, u końca uliczki, idąc w dół rzeki, tuż obok Pana naszego, biskupa! ot gdy małego tego potwora poślą im do karmienia! Wolałabym już pierwej upiorowi piersi dawać.

— Otoż niewiniątko, biedna ta Laherme! — pochwyciła Joanna. - Czyliż nie widzisz, siostro moja, że małe to monstrum ma co najmniej lat cztery, i że więcej już chyba dbałoby o rożen, niż o pierś twoją?

W istocie, do nowonarodzonych nie mogło się liczyć „małe to monstrum". (Samibyśmy byli w kłopocie gdyby nam przyszło biedactwo owo nazwać inaczej.) Była to jakaś drobna massa niezmiernie kańczasta i ruchliwa, zaszyta w worek płócienny, zaznaczony literami Jego Miłości Wilhelm Chartier, ongi biskupa paryzkiego. Z worka wyłaziła głowa, czyli raczej coś bezkształtnego, pokrytego zarośla kudeł ryżych, z pod których wyglądało oko, usta i zęby. Oko płakało, usta trzęsły się od wrzasku, a zęby na to tylko i czekały, by kąsać. Wszystko razem wiło się i łomotało w worku ku wielkiemu zadziwieniu tłumu, wzrastającego dokoła i odnawiającego się nieustannie.

Pani Aloiza de Gondelaurier, niewiasta bogata i szlachetnie urodzona, w długim zawoju spadającym ze złoconego rogu jej czepca, trzymająca za rękę dziewczynkę lat około sześciu, przechodząc zatrzymała się przy desce i popatrzyła chwilę na nieszczęśliwe stworzenie, podczas gdy śliczniutka jej wnuczka, Fleur-de-Lys de Gondelaurier, cała ubrana w jedwabie i aksamity, syllabizowała drobnym swym paluszkiem wyryty napis na skraju tapczana: „Podrzutki".

— Doprawdy — rzekła pani, odwracając się ze wstrętem, — sądziłam, że tu jedynie dzieci podrzucają.

I odwróciła się, kładąc na talerz złotówkę srebrną, która aż jękła między miedziakami, a na dźwięk której biedne służebnice z kaplicy Stefana-Haudry szeroko aż otworzyły oczy.

Po chwili nadszedł poważny i uczony Robert Mistricolle, protonotaryusz królewski, z ogromnym mszałem pod jedną ręką, pod drugą zaś wiodąc swą żonę (jejmościankę Wilhelminę Lamoiresse), mając w ten sposób przy swym boku dwa regulatory, duchowny i świecki.

— Podrzutek! — rzekł, oglądnąwszy przedmiot. — Podrzutek wyrzucony niechybnie na poręczy rzeki Phlegeto!

— Jedno tylko ślepie widać na nim — zauważyła Wilhelmina — brodawka zakrywa mu drugie.

— To nie brodawka — odparł mistrz Robert Mistricolle — to jaje zawierające drugiego takiego szatana, który ma na sobie podobneż jajeczko innego znowu czarcika w sobie chowające, i tak bez końca.

— Zkąd wiesz o tem? — spytała Wilhelmina Lamairesse.

— Wiem o tem dowodnie.

— Mości protonotaryuszu — spytała Gauchera — jaki nam prognostyk wyciągasz z tego niby-to podrzutka?

ND-de-Paris-L4-Ch1-LesBonnesAmes

— Prognostyk największych nieszczęść — odpowiedział Mistricolle.

— Ach, mej Boże, mej Boże! — zawołała stara jakaś kobieta z tłumu — kiedy już łońskiego lata była taka zaraza, i Anglicy, jak powiadają, mają wylądować gromadą w Harefleu.

— Stanie to nawet może na przeszkodzie przybyciu królowej we wrześniu dodała inna; — wszak i tak już towar ani rusz w górę.

— Mojem zdaniem — powiedziała stanowczo Joanna Delatarme — byłoby lepiej mieszczanom paryzkim, gdyby małego tego zaklętusa na wiązce drew suchych położyli, niżeli na tej tu desce.

— Na porządnej wiązce w płomieniach — dodała staruszka.

— Byłoby to daleko roztropniejsze — rzekł Mistricolle.

Rozumowaniu Stefanistek i wyroczym słowom protonotaryusza królewskiego przysłuchiwał się od niejakiego czasu młody kapłan. Była to postać surowa, o szerokiem czole i spojrzeniu głębokiem. W milczeniu rozsunął on ciżbę, przyjrzał się „małemu zaklętusowi", i dłoń nad nim wyciągnął. Nadchodził nie zawcześnie, gdyż wszystkie dewotka połykały już ślinkę na samo wspomnienie „porządnej wiązki w płomieniach”.

— Biorę za swoje to dziecko — powiedział kapłan.

Ukrył je pod swoją sutanę i poniósł. Zgromadzenie powiodło za nim wzrokiem osłupiałym. Ksiądz znikł zaraz za podwojami czerwonemi, prowadzącemi wówczas z kościoła do klasztoru.

Gdy pierwsze zdziwienie przeszło, Johanna Delaternse rzekła na ucho do Gaultiery:

— Mówiłam ci przecie, siostro, że młody ten kleryk, imci Klaudyusz Frollo, jest czarnoksiężnikiem.



ND-de-Paris-L4-Ch2

II. Klaudyusz Frollo

I w rzeczy samej Klaudyusz Frollo nie był człowiekiem pospolitym.

Z pochodzenia należał on do owych rodów średnich, które w niegrzecznym języku ostatniego wieku zwano bez różnicy, bądź wyższem mieszczaństwem, bądź drobną szlachtą. Rodzina ta odziedziczyła po braciach Paclet majętność lenną Tirechappe, zależną od biskupa paryzkiego, a której dwadzieścia i jeden domów były w wieku XIII przedmiotem tylu pieniaczych sporów przed urzędem ziemskim. Jako posiadacz tej lenności, Klaudyusz Frollo należał do rzędu stu czterdziestu i jednego panów, mających prawo do gruntów czynszowych Paryża i jego przedmieść, długi czas można było oglądać imię jego zapisane w tej godności w archiwach u Sw. Marcina-Polnego między dworem Trancarvillskim, należącym do mistrza Franciszka Le-Rez, a kollegium Tours.

Klaudyusz Frollo od dzieciństwa przeznaczonym był przez rodziców do stanu duchownego. Nauczono go czytać na księgach łacińskich; zawczasu wychowano do spuszczania oczu i mówienia po cichu. Dzieckiem jeszcze będąc, zamknięty został przez ojca w kollegium Torchi, we Wszechnicy. Tam to wyrósł nad mszałem i słownikiem.

Było to zresztą dziecię smutne, poważne i myślące; uczyło się z zapałem, pojmowało szybko; w czasie zabaw rekreacyjnych, w okrzykach towarzyszów udziału nie brało; nie mieszało się do swawolnych wypraw na ulicę Dufouarre; nie znało, co to jest dare alapas et capilos laniare, i żadnej roli nie odgrywało w zaburzeniach 1462 roku, które latopisy poważnie zaznaczają pod tytułem: „Szóstego rozruchu Wszechnicy". Nie zdarzyło mu się chyba ani razu drwić z biednych uczniów kollegium Montaigu, za ich kapotki, od których nazwę swą brali, ani ze stypendystów kollegium Dornans za ich strzyżone nagłowię koronki, i za ich trójmienne sutanki z sukna perskiego, koloru błękitnego i fioletowego, azurini coloris et bruni, jak się wyraża przywilej kardynała Des Quatre-Gouronnes.

Natomiast chłopiec najprzykładniej uczęszczał do wielkich i małych szkół przy ulicy Świętego Jana z Beauvais. Pierwszym żakiem, jakiego ksiądz od Św. Piotra-de-Val, przed rozpoczęciem lekcyi prawa kanonicznego, spostrzegał naprzeciw swej katedry w szkole Saint-Vendregesile, był zawsze Klaudyusz Frollo, skromnie przytulony do słupa, uzbrojony kałamarzem rogowym, gryzący pióro, piszący na wytartem kolanie, i jak w zimie, chuchający w palce. Pierwszym nadbiegającym słuchaczem, którego Jmci Pan Miles d'Isliers, doktor dekretów, spotykał każdego poniedziałku rano przy otwieraniu bram szkoły Chef-St.-Denis, był również Klaudyusz Frollo. W szesnastym też roku życia młody kleryk już dotrzymać mógł placu w teologii mistycznej, Ojcom Kościoła; w teologii kanonicznej Ojcom Soboru; w teologii scholastycznej doktorom Sorbony.

Skończywszy teologię rzucił się do dekretów. Przeszedłszy Mistrza sentencyj, zajął się kapitularzami Karola Wielkiego; od nich, party nieugaszonem pragnieniem wiedzy, chłonął kolejno, jedne po drugich, dekretalie Teodora biskupa hispalskiego, dekretalie Bouchacda, biskupa Wormskiego, dekretalie Ivesa, biskupa z Chartres; później dekreta Gracyana, stanowiące ciąg dalszy kapitularzów Karola Wielkiego; później zbiór Grzegorza IX, później epistołę Honoryusza III-go Super specula. Zbadał i przyswoił sobie obszerny i tłumny ten peryod walki prawa pospolitego z prawem kanonicznem, wyłaniający się z chaosu wieków średnich, peryod, który biskup Teodor otwiera w roku 618, a papież Grzegorz zamyka w 1227.

Po strawieniu dekretów, wpadł na medycynę i sztuki wyzwolone. Poznał naukę ziół i naukę leków zewnętrznych. Stał się biegłym w gorączkach i potłuczeniach, w ranach i puchlinach. Jakób d'Espars uznałby go był za lekarza-fizyka, Ryszard Hellain za lekarza-chirurga. Z jednakiem powodzeniem przebiegł wszystkie stopnie wyzwoleństwa, mistrzowstwa i doktorstwa sztuk. Zgłębił filologię łacińską, grecką i hebrajską, świątynię potrójną, bardzo rzadko wówczas odwiedzaną. Była to prawdziwa gorączka zbierania i gromadzenia skarbów wiedzy. Do ośmnastego roku życia młody ten człowiek przeszedł wszystkie cztery fakultety; zdawało mu się, że jedynym celem życia jest: poznawać.

Około tej to epoki, nadzwyczaj gorące lato 1466 r. spowodowało straszną oną zarazą, która w samem tylko vice-hrabstwie paryzkiem zmiotła czterdzieści tysięcy ludzi z górą, między innemi, powiada Jan z Troyes, „mistrza Arnoula, astrologa królewskiego, wielce człowieka uczynnego, mądrego i dowcipnego." Rozeszła się akurat wieść po Wszechnicy, że ulica Tirechappe szczególniej klęską dotknięta została. Tam zaś znajdowała się lenność, na której siedzieli rodzice Klaudyusza. Młodzieniec z trwogą pobiegł do rodzinnej chaty. Ale zanim jej próg przestąpił, już wiedział, że ojciec i matka nie żyli od wczora. Ocalał tylko braciszek mały, z powijaków nie wyszły, który leżał w kołysce i płakał. Z tego się odtąd składać miała cała rodzina Klaudyusza. Młodzian wziął dziecię na ręce i wyszedł, głęboko zadumany. Do tej pory żył jedynie nauką; zaczynał teraz żyć życiem.

Katastrofa ta była punktem przesilającym w istnieniu Klaudyusza. Sierota, starszy, głowa rodziny w dziewiętnastym roku, ujrzał się znienacka powołanym od wrażeń szkolnych do rzeczywistości. Więc wzruszony litością, namiętnie i ofiarnie przywiązał się do owego dziecka, do swego brata. Znajdował w uczuciu ludzkiem coś zarazem i dziwnego i słodkiego, on, który dotąd same tylko kochał książki. Do szczególnego stopnia doszło to uczucie: w duszy równie świeżej, była to jakby pierwsza miłość. Rozłączony od samego dzieciństwa z rodzicami, których prawie nie znał, zamknięty i jakby zamurowany w swych książkach, żądny przedewszystkiem wiedzy i nauki, zwracając wyłączną uwagę na się w badaniach, oraz na swą wyobraźnię rozkwitłą na sprawie literackiej, biedny seminarzysta nie miał nawet czasu poczuć miejsca gdy w nim serce biło. Brat ten maleńki bez ojca, bez matki, spadający mu dziś nagle na barki jak z nieba, uczynił zeń człowieka nowego. Spostrzegł, że jest coś innego jeszcze na świecie, oprócz rozumowań Sorbony i wierszy Homera; że dusza ludzka i tkliwych wrażeń potrzebuje; że życie bez pieszczoty i miłości byłoby kołowrotkiem suchym, skrzypiącym i rozdzierającym. Wyobrażał atoli sobie — był bowiem w wieku, który złudzenia złudzeniami zwykł zastępować — że same jedynie przywiązania pokrewne, że jedne tylko pokrewieństwa rodzinne są nieodbicie potrzebne, i że dość mu ukochać małego braciszka, by mieć czem wypełnić całe swoje istnienie. Z całą tedy namiętnością charakteru już głębokiego, gorącego i w sobie skupionego, oddał się przywiązaniu dla małego swojego Janka. Słabe, nieszczęśliwe to stworzenie, miluchne, rumiane, o jasnych kędziorach, sierota rzucona na łaskę i wsparcie sięroty, wzruszało go do dna duszy; i jako myśliciel poważny jął zastanawiać się z miłosierdziem nieskończonem nad jego losem. Otoczył go pieczołowitością i staraniem, jak przedmiot kruchy i wymagający usilnej ostrożności. Stał się dla dziecięcia czemś więcej niż bratem: niemal jego matką.

Jehan był jeszcze u piersi, gdy matkę stracił; Klaudyusz oddał go do ma raki. Okrom nadziału Tirechappe, w spadku po ojcu otrzymał on nadział du Moulin, zawisły lennictwem od czworobocznej wieży Gentilly: był to młyn na wzgórzu przy zamku Winchestre (Bicetre) Młynarka karmiła wówczas ładne niemowlę; wszystko razem znajdowało się tuż pod samym bokiem Wszechnicy. Klaudyusz odniósł do niej małego swego Jehana.

Odtąd, czując na sobie ciężar do dźwigania, począł brać życie z bardzo poważnej strony. Myśl o małym braciszku stała się dlań nie tylko rozrywką, lecz celem nauki. Postanowił poświęcić się całkiem przyszłości chłopca, za która odpowiadał przed Bogiem, i o żadnej innej nie myśląc małżonce, o żadnem innem nie marząc dziecięciu, oddać się szczęściu i pomyślności swego brata. Bardziej więc niż kiedykolwiek polubił swej stan duchowny. Zasługi jego, nauka, stanowisko jako bezpośredniego lennika biskupstwa paryzkiego, na oścież otwierały przed nim podwoje Kościoła. Za szczególną dyspensą Stolicy Apostolskiej w dwudziestym już roku życia został księdzem, i jako najmłodszy z kapelanów katedry notrdamskiej otrzymał służbę przy ołtarzu, zwanym altare pigrorum (ołtarzem leniuchów), z powodu późnej mszy przy nim odprawianej.

Na tem miejscu, więcej niż kiedykolwiek zatopiony w ukochanych swych książkach, które opuszczał na godzinkę jedynie dlatego, by pobiedz ku nadziałowi Moulin, szybko stał się przedmiotem szacunku i uwielbienia klasztoru, podziwiającego w nim ową mieszaninę nauki i surowości, tak rzadką w jego wieku. Z klasztoru rozgłos jego, jako uczonego, udzielił się niebawem ludowi, u którego, zwyczajem podówczas nierzadkim, zyskał nawet cokolwiek sławę czarnoksiężnika. W chwili to właśnie, kiedy ostatniej niedzieli postnej śpieszył na służbę przy ołtarzu leniuchów, znajdującym się tuż obok drzwi chóru wychodzącego na nawę, na prawo, w pobliżu obrazu Najświętszej Panny, w tej właśnie chwili uwagę jego obudziła gromada starych sekutnic, ujadająca do koła tapczana podrzutków.

Zbliżył się wtedy do nieszczęśliwej małej istoty, tak nienawistnej i tak zagrożonej. Niebezpieczeństwo w którem się biedactwo znajdowało, jego kalectwo, jego opuszczenie, myśl o osieroconym bracie, przywidzenie, które się naraz uczepiło wyobraźni Klaudyusza, że i biedny ten mały Janek mógłby również, w razie jego śmierci, być nędznie rzuconym na deskę podrzutków, wszystko to razem zbiegło się do serca młodego kapłana. Litość niewypowiedziana ścisnęła mu duszę i zabrał z sobą dziecię.

Gdy nieboraka wyciągnął z worka, znalazł go w istocie bezkszałtnym nad wyraz. Bestyjstwo to małe miało brodawkę na oku lewem, głowę zapartą w ramiona, grzbiet powyginany, kość piersiową wystającą, nogi powykręcane; pomimo to wszakże nie wyglądało chorobliwie, a lubo niepodobna było odgadnąć, w jakiem narzeczu bełkotało, krzyk sara przecież oznajmiał zdrowie i siły nielada. Współczucie Klaudyusza wzmogło w się w skutek tej brzydoty; uczynił w swem sercu wotum wychowania dziecięcia, a to przez miłość dla swego brata, i w tym zamiarze, ażeby — jakiekolwiek byłyby w przyszłości błędy Jehanka — miał on za sobą na wszelki przypadek uczynek ów miłosierny, na jego intencye "spełniony. Był to rodzaj zaliczki dobrych uczynków, która wnosił na rachunek młodziutkiego swego braciszka; był to akt miłosierdzia, rzucony niby z góry na ten wypadek, gdyby malcowi zabraknąć kiedy miało owej monety, jedynej jaką przyjmują u wejścia do raju.

Ochrzcił przybrane swe dziecko i nazwał je Quasimodo, bądź dlatego, że chciał tym sposobem naznaczyć dzień, w którym je znalazł, bądź tóż, że mu chodziło o scharakteryzowanie, do jakiego stopnia biedne to mało stworzenie urodziło się niedojdą koszlawym i jakby niewykończonym. I zaprawdę, jednooki, garbaty, połamany podrzutek był chyba tylko niby-czemś (quasi-modo).



ND-de-Paris-L4-Ch3

III. Immanis pecoris custos, immanior ipse

Owóż do r. 1482 Quasimodo wyrósł. Od lat kilku był już dzwonnikiem katedry, a to z łaski swego przybranego ojca Klaudyusza Frollo, który został archidyakonem Jozajskim, z łaski swego lennego władzcy, Jego Miłości Ludwika de Beaumont, który po śmierci Wilhelma Ohartier obrany został w roku 1472 biskupem paryzkim, z łaski Oliviera Ledaim, golibrody Ludwika XI, który z łaski Bożej był królem.

Quasimodo był tedy katedralnym dzwonnikiem notrdamskim. Z czasem wytworzył się pewien, nie wiem już jaki mianowicie, lecz ścisły związek dzwonnika z kościołem. Oddzielony na zawsze od świata podwójnem nieszczęściem niewiadomego pochodzenia i potwornych kształtów ciała, uwięziony od niemowlęctwa w kole tem podwójnie nieprzebitem, nieszczęśliwy kaleka przyzwyczaił się w świecie tym widzieć to jedynie, co nie przekraczało murów święconych, które go cieniem swym przygarnęły i otuliły. Katedra stała się dlań stopniowo, w miarę jak się rozwijał i rósł, jajkiem, gniazdem, domem, ojczyzna, wszechświatem.

I niezawodnie istniał pewien rodzaj harmonii tajemniczej i jakby wrodzonej we wzajemnym stosunku tej istoty do tego gmachu.

Gdy niemowlęciem jeszcze czołgał się kręcąc i skacząc w mroku jego uklepień, zdawał się być, przy ludzkiej swej twarzy, przy zwierzęcym układzie ciała, naturalnym płazem owej posadzki wilgotnej i posępnej, na której cienie naczółków romańskich łamały się w tyle form dziwacznych.

Później, gdy po raz pierwszy machinalnie się uczepił sznura wieżycowego, i zawiesiwszy się na nim, w dzwon uderzył, wywarło to na Klaudyuszu, przybranym jego ojcu, takie wrażenie, jakby posłyszał głos dziecka, któremu się język rozwiązał i które mówić zaczyna.

W ten to sposób, mało po mału, rozwijając się zawsze pod wpływem zarysów katedry, w niej żyjąc, w niej sypiając, nigdy prawie z niej nie wychodząc, każdej chwili wystawionym będąc na tajemnicze jej oddziaływania, skończył na tem, że się stał do niej podobnym, że się w nią jakby wtłoczył, że się do niej jako część do całości dosztukował. Wykulawione i kościsto popychane jego członki, wyciskały się i modelowały (że tej przenośni użyjemy) według ostrozagłębionych kątów katedry, tak, że sam on zdawał się być jej nie tylko mieszkańcem, lecz jeszcze jakby naturalnem jej wypełnieniem. Możnaby prawie powiedzieć, że przybrał jej formę, jak ślimak bierze formę swojej skorupy. Było to jego mieszkanie, jego kryjówka, jego osłona. Między starym kościołem a nim zachodziło tyle głębokiego współczucia instynktowego, tyle powinowactw magnetycznych i materyalnych, że Quasimodo przystawał do gmachu, jak żółw do swojej siedziby. Chropowata katedra była jego skorupą.

Uważamy za zbyteczne ostrzegać czytelnika, że nie trzeba dosłownie brać figur, których zmuszeni jesteśmy tu używać dla wyrażenia szczególnej tej spółki, symetrycznej, bezpośredniej, niemal jednoosnownej, jaka się wyrobiła między człowiekiem a gmachem. Nie ma również potrzeby mówić, do jakiego stopnia człowiek obznajmił się i oswoił z całą katedrą, w skutek długiej i ścisłej z nią zażyłości. Był w niej rzeczywiście jak u siebie, jak we własnem legowisku. Nie znalazłbyś lochu, którego on nie zgłębił, nie było wyżyny, na którąby się nie wgramolił. Bardzo często zdarzało mu się włazić po frontonie na stóp kilkadziesiąt, przy pomocy samych jeno wypukłości rzeźby. Wieże, na których zewnętrznej powierzchni widziano go nieraz, kiedy nakształt jaszczurki wił się po ścianie ich prostopadłej, dwie owe olbrzymie siostrzyce bliźnięce, tak wysokie, tak groźne, tak przerażające, nie nabawiały go ani zawrotu głowy, ani strachu, ani wstrząśnień odurzających. Patrząc, jak mu one pod ręką łagodniały, jak przychylnie podsuwały pod jego stopy wszystkie swe zgięcia i gzemsy, byłbyś powiedział, że je ugłaskał i oswoił. W skutek częstych przeskakiwań, wierceń się i wspinań po nad przepaściami olbrzymiej katedry, stał się niejako małpą i kozą dziką, tak samo jak dzieciak kalabryjski pływa pierwej, nim chodzić zacznie, i igra z morzem, zanim z kolebki wylezie.

Quasimodo by Antoine Wiertz

Zresztą, nie tylko ciało jego zasklepiać się zdawało na obraz i podobieństwo katedry, ale jeszcze i jego dusza. W jakim mianowicie dusza ta była stanie? w jakie się fałdy i zmarszczki ułożyła? jakie kształty przybrała pod węzłową ową pokrywą i sród tego dzikiego osamotnienia? trudno rzeczywiście określić. Quasimodo urodził się jednookim, garbatym, kulawym. Klaudyusz Frollo cierpliwością niezmierną i niezmiernym trudem zdołał nauczyć go mówić; fatalność atoli nieubłagana uczepiła się biednego podrzutka. W czternastym roku życia gdy został dzwonnikiem katedralnym, nowe kalectwo nawiedzić go przyszło. Dzwony pozrywały mu błonki słuchowe: zrobił się głuchym. Jedyne podwoje, jakie mu natura zostawiła odchylonemi na świat, zamknęły się mu nagle na zawsze.

Zamykając się zaś, ucięły jedyny promień uciechy i światła, jaki jeszcze przenikał do duszy Quasimoda. Dusza ta pogrążyła się w noc głęboką. Smutek nieszczęśliwca stał się nieuleczonym i zupełnym, jak i jego brzydota. Dodajmy, że głuchota uczyniła go w pewnej mierze niemym. Od chwili, gdy spostrzegł że jest głuchym, nie chcąc się wystawiać na śmiechy bliźnich, stanowczo skazał siebie na milczenie, które wtedy chyba przerywał, kiedy był sam jeden. Własnowolnie skrępował sobie język, który mu takim nakładem pracy rozplatał był Klaudyusz Frollo. Ztąd pochodziło, że gdy konieczność zmuszała go do mówienia, język jego był ciężki, niezręczny, i obracał się jako drzwi na zardzewiałych zawiasach.

Gdybyśmy teraz usiłowali przeniknąć do samej duszy Quasimoda przez grubą i twardą tę łupinę; gdybyśmy mogli zmierzyć głębiny owej organizacyi bezdarnie zlepionej; gdyby nam danem było zaglądnąć przy pomocy pochodni za te organa nieprzenikliwe, przetrząść ukryte wnętrza tej nieprzejrzystej istoty, oświetlić ciemne onej zakątki, zwiedzić niedorzecznie poucinane wT niej przejścia na głucho zamurowane okna, i rzucić naraz żywą strugę świateł na psyche przykutą u dna tej jaskini, znaleźlibyśmy bezwątpienia biedaczkę w postawie równie nędznej, skulonej i cherlaczej, jak owi więźnie w „ołowiankach" weneckich, którzy skurczeni we dwoje, starzeli w pudłach kamiennych, nizkich zanadto i krótkich za wiele.

Pewnem jest, że duch usycha w ciele chybionem. Quasimodo niewyraźnie tylko czuł w swojem wnętrzu duszę błąkającą się tam omackiem i na oślep, a do niego samego podobną. Wrażenia przedmiotów podlegały wpierw znacznemu przełamaniu, zanim się do jego myśli dostały. Mózg jego był zbiornikiem szczególnym: pojęcia, które tamtędy przebiegały, wychodziły ztamtąd całkiem pokręcone. Pojęcie, sąd, myśl, wypływające z owego przełomu i zgmatwania, z konieczności samej musiały być rozstrzelone i spaczone. Ztąd tysiączne ułudy wzroku, tysiączne rozbryzgi wyobrażeń, tysiączne wyboje uczuć, sród których dusza się kołatała, raz szalenie rozhukana, to znów idyotycznie osowiała.

Pierwszym skutkiem fatalnej tej organizacyi było jakieś zamglenie wzroku na otaczające przedmioty. Quasimodo nie odbierał od nich prawie żadnego wrażenia bezpośredniego. Świat zewnętrzny wydawał się mu daleko więcej oddalonym, niżeli ludziom zwyczajnym. Drugi skutek upośledzenia wyrażał się tem, że czyniło go ono złośliwym.

Był on w istocie złośliwym, bo był dzikim; był zaś dzikim, bo był -brzydkim. Miała natura jego własną swą logikę, jak nasza swoją. Siła jego, tak niesłychanie rozwinięta, stanowiła także jedne z przyczyn jego złośliwości. Malus puer robustus, powiada Hobbes. Zkądinąd trzeba mu oddać tę sprawiedliwość, że złość nie była zapewne cechą jego wrodzoną. Od pierwszego swego występu na świat czuł się, później widział się pogardzonym, oplwanym, odepchniętym. Słowo ludzkie nigdy dlań nie brzmiało inaczej, tylko naigrawaniem się lub przekleństwem. Dorastając, samą jeno nienawiść znajdował dokoła siebie. Brał ją. Przejął się złością powszechną. Podjął oręż, który go ranił.

Zresztą niechętnie tylko zwracał twarz swą w stronę żyjących; katedra mu wystarczała. Zaludnioną była marmurowemi posągami królów, świętych, biskupów, którzy mu przynajmniej śmiechem w żywe oczy nie parskali, darzyli go owszem spojrzeniem spokojnem i łaskawem. Inne posągi, mianowicie potworów i szatanów, wcale mu wstrętu nie okazywały, jemu Quasimodo. Zanadto po temu był do nich podobny. Szydziły one raczej z innych ludzi. Święci byli jego przyjaciółmi i błogosławili mu; poczwary nie były jego nieprzyjaciółmi i broniły go. To też często i serdecznie wylewał się przed niemi. Skurczony przed którąkolwiek z tych postaci, godziny nieraz całe pędził na samotnym z nią rozhoworze. Gdy kto nadchodził, uciekał jako kochanek złapany na serenadzie.

I nie tylko społeczeństwem była mu katedra; stała mu ona za wszechświat, za całą przyrodę. O innych szpalerach nad te, co dlań wciąż kwitły na szybach, nie marzył; o innych cieniach nad spadające z gęstych, bujnych, gałęzisto splecionych, ptastwem zasianych kapitelów saksońskich, nie myślał; innych gór nad kolosalne wieże kościoła, i innego oceanu nad Paryż szumiący u stóp ich, nie pragnął. Do czego się jednak najmocniej przywiązał w tym gmachu matczynym, co najżywiej budziło w nim duszę do swobodnego i radosnego rozwoju skrzydeł, które tak nędznie kurczyć musiała w pokutnej swojej pieczarze, co go niekiedy czyniło nawet całkiem szczęśliwym, to dzwony. Kochał je, pieścił, rozmawiał z niemi, rozumiał ich język. Od sygnaturki w wieżyczce nadśrodkowej, aż do ogromnego dzwonu frontowego, wszystkie jednaką otaczał czułością. Dzwonniczka śródszczytowa i dwie wieże naczelne były dla niego jakby trzema wielkiemi klatkami, których ptastwo, przez niego chowane, dla niego jedynie śpiewało. A wszakże owe to dzwony przyprawiły go o głuchotę; ale bo też często rodzice najmocniej kochają te właśnie dzieci, które najwięcej zgotowały im cierpień.

Dodać także należy, że były to jedyne głosy, które jeszcze mógł słyszeć. Z tego tytułu największą z tych mass spiżowych, uważaćby trzeba za jego sułtankę. Ją, przed innemi przenosił w tej gromadzie dziewcząt hałaśliwych, wiercących się w około niego w dniach tecznych. Zwala się ona, ta wielka muszkieter-baba, Marya. Mieszkają w naczelnej wieży południowej, sam na sam ze swoją siostrą Jakobina, panienką umiarkowańszych nieco rozmiarów, osadzoną tuż obok na zagrodzie mniej obszernej. Owa Jakobina nazwaną tak została od imienia małżonki Jana Montagu, który dzwon ten ofiarował kościołowi; co mu wszakże nie przeszkodziło pójść z głową uciętą na cmentarz Montfaucon. W wieży drugiej znajdowało się sześć innych dzwonów, a tyleż mniejszych zamieszkiwało dzwonniczkę szczylo-krzyżowniczą, razem ze dzwonem drewnianym, w który bito jedynie raz do roku od południa wielkiego czwartku do ranka wielkiej soboty. Quasimodo posiadał tedy piętnaście poddanych w swem państwie, którego królową była gruba Marychna.

Niezdołalibyśmy sobie wyobrazić, jaka to radość ogarniała go w dnie wielkich uroczystości. W chwili gdy archidyakon wysełając go wyrzekł słówko magiczne: „Możesz", pędził on na dzwonnicę po schodkach świdrowych szybciej, niżby kto inny potrafił z niej zbiegać.

Jego ga czeka wyprawa. Żałował go, że tak ciężkie trudy ma do przebycia. Po tych wstępnych pieszczotach, nachylał się ku swym pomocnikom, znajdującym się na niższem piętrze wieży, i znak umówiony posełał. Ci zawieszali się u sznurów, winda zgrzytnęła, i ogromny piston metaliczny zwolna zaczynał się kołysać. Cały wzruszony, Quasimodo wzrokiem ruchy jego śledził. Pierwsze uderzenie buławy sercowej o ściany śpiżowca, drżeniem przejmowały dylaste rusztowanie, na którem był zawieszony. Quasimodo podskakiwał i ryczał wraz z dzwonem. „Rznij" wrzeszczał, wybuchając śmiechem szalonym. Tymczasem wzmagała się siła zamachu świątecznika, i w miarę jak dzwon opisywał kąty coraz szerzej rozwarte, roztwierało się i oko Quasimoda coraz więcej i więcej roziskrzone i płomienne. Nareszcie, następował moment walny: dzwon doszedł do najwyższej możebnej zamaszystości. Trzęsła się wieża cała; posadzki, dachy, ściany, wszystko razem huczało i drgało od podwalin budowy do podwoistych stropów. Quasimodo wrzał wówczas pianami grubemi; rzucał się w tył i naprzód, drgał wraz z wieżą od stóp do głowy. Dzwon rozjadły i rozchychotany wysuwał kolejno ku obu otworom wieży swą paszczę bronzową, zkąd się wyrywał oddech ten burzliwy, słyszany na cztery mile dokoła; Quasimodo stawał naprzeciw paszczy rozwartej; przysiady wał, podnosił się za każdym odlewnym zwrotem dzwonu, pożądliwie chłonął w siebie gwałtowne te podmuchy, spoglądał kolejno to na Plac głęboki, mrowiący się ludem na dwieście stóp pod nim, to na potężną miedzianą gomołę, która od sekundy do sekundy nadlatywała by zawyć mu w ucho słówko dobitne. Była to, powtarzamy, jedyna mowa, którą mógł jeszcze słyszeć i rozumieć, był to jedyny ton, który mu przerywał milczenie powszechne. Rozpływał się też w nim, jak ptak w promieniach słońca. Nagle, gorączka dzwonu chwytała w swe objęcia jego samego; wzrok mu się rozpalał niezwykle; stawał, zaczajał się, pilnował dogodnego zwrotnego rzutu niedzielnika, jak pająk przelotu muchy pilnuje, i ciskał się nań naraz gwałtownie całem ciałem bez pamięci. Wówczas, zawieszony nad przepaścią, pchnięty w przerażające zapędy rozhuśtanego dzwonu, porywał rozgorzałego potwora za mosiężne ucha, ściskał go kolanami, wpierał weń pięty, i całym naporem swojego skoku, całym ciężarem ciała podwajał szał jego uderzeń. Wieża tymczasem nie przestawała się chybać, on wrzeszczał i zgrzytał zębami, ryże włosy jeżyły mu się na głowie, pierś holowała miechem kowalskim, oko pałało płomiennie, potworny śpiżowiec cały zdyszany rżał pod nim; wówczas nie był to już ani wielki dzwon katedralny, ani Quasimodo: było to jakieś widziadło, wir, burza; wścieklizna oklepem na huku; upiór pazurami wpity w grzbiet napowietrznego rumaka; dziwotwór bajeczny z pół człowieka i pół dzwona; coś w rodzaju strasznego Astolfa, unoszonego na rozhukanym smoku z bronzu żywego.

Obecność istoty tej. nadzwyczajnej napełniała katedrę całą nie wiem już jakiemi tchnieniami życia. Zdawało się, a przynajmniej takie przesądne i powiększające krążyły sród gminu baśnie, że się z niej wydobywały kłęby tajemniczych mgieł jakichś, które ożywiały wszystkie kamienie kościoła i najgłębsze jego wnętrza poruszały. Dość było wiedzieć, że dzwonnik jest tam, by na własne oczy widzieć żyjące i poruszające się posągi portyków i galeryj. I poniekąd katedra zdawała się być pod jej ręką w rzeczy samej jakąś istotą łagodną i pokorną; na jego tylko wolę czekała, ilekroć oderwać się zapragnęła; on był geniuszem rodowym, stróżującym wszystkie jej kąty i kryjówki. Gotów byłbyś powiedzieć, że jego duchem oddychał gmach ten niezmierny. Pełno go było wszędzie, mnożył się on tu, jakby na wszystkich punktach jednocześnie. Baz widziałeś z przerażeniem na samym wierzchołku wieży dziwnego jakiegoś karzełka, który się wdrapywał, wił i pełzł na czworakach, wysuwał się na zewnątrz nad przepaścią, piął się z gzemsu na gzems, i zapadał we wnętrzu rzeźbionego jakiego gryfa: był to Quasimodo, spędzający kruków. To znowu potrącałeś w ciemnym jakim zakątku nawy bocznej o gatunek żyjącej mary, zwinięto) w kłębek i sapiącej: był to Quasimodo pogrążony w dumach. Innym znowu razem rzucał ci się w oczy u dołu dzwonniczki łeb ogromny z wiązką bezładnie rozrzuconych członków, huśtający się zapalczywie na końcu sznura: był to Quasimodo wydzwaniający na nieszpory lub Anioł-Pański. Często w nocy spostrzegano kształt jakiś ohydny, błąkający się sród koronkowo przetkanych cienkich balustrad, wieńczących obie wieże i brzegi nadołtarzowego naczółka katedry: i tym jeszcze razem był to garbusek notrdamski. W takich zdarzeniach, mówiły sąsiednie kumoszki, kościół nabierał czegoś fantastycznego, nadnaturalnego, okropnego: tu i tam otwierały się paszcze, zapalały się ślepie kamiennych jaszczurek; słyszeó się dawały ujadania psów dzikich, grzechotnic i poczwarników, czuwających we śnie i na jawie, z wyciągniętemi szyjami, z pyskami rozwartemi, dokoła olbrzymiej, kolczato najeżonej katedry. Jeśli zaś miało to miejsce w noc Bożego Narodzenia, podczas gdy wielki dzwon, zdający się stękać z wysilenia, wzywał wiernych na uroczystą pasterkę, wtedy ciemne odoblicze katedry takim zapływało wyrazem, że sambyś przysiągł, iż różyczkowa jego tarcza iskrami sypała na tłumy, gdy główne podwoje chłonęły i pożerały lud boży. Wszystko to właśnie czynił Quasimodo. Egipt byłby go wziął za Boga tej świątyni; wieki średnie mieniły go złym jej duchem; a on był jej duszą naprawdę.

I to do tego stopnia, że dla tych którzy wiedzą, że Quasimodo istniał, kościół Najświętszej Panny Paryzkiej jest dziś pustym, głuchym, obumarłym. Czuje się, że tu coś znikło i przepadło. Próżnia zaległa kolosalne to ciało. Szkielet to tylko sterczący dumnie. Duch go potężny opuścił, siedziba jeno po nim została, nic więcej. Ma to pozór czaszki, w której są jeszcze otwory na oczy, ale gdzie już nie ma spojrzenia.



ND-de-Paris-L4-Ch4

IV. Pies i jego pan

Była przecież na świecie istota, którą Quasimodo wyłączał ze swej nienawiści i złości do innych, a którą kochał tyleż, jeżeli nie więcej, co i swą katedrę. Istotą tą, Klaudyusz Frollo.

Rzecz prosta. Klaudyusz Frollo dał mu przytułek, on go wykarmił, on wychował. U kolan to Klaudyusza Frollo zwykł był Quasimodo szukać obrony i ratunku w chwilach, gdy będąc jeszcze dzieckiem, uciekać nieraz musiał przed ujadaniem psów i uliczników.

Klaudyusz Frollo nauczył go mówić, czytać i pisać. Nareszcie Klaudyusz to Frollo uczynił go dzwonnikiem katedralnym. Dać zaś Quasimodowi w zamężcie wieżę wielko-dzwonniczną, to tyle, co dać Bomeowi Juliettę.

To też i wdzięczność Quasimoda była głęboką, namiętną, bezgraniczną; i lubo oblicze przybranego jego ojca nieraz się zasępiało groźnie, lubo mowa jego była zwyczajnie twardą, krótką, rozkazującą, to przecież wdzięczność ta nigdy ani na jedn chwilę nie uległa zmianie lub pokusie najmniejszej. Archidyakon miał w Quasimodo niewolnika najuleglejszego. Gdy biedny dzwonnik ogłuchł, ustalił się między nim a Klaudyuszem Frollo pewien rodzaj języka znakowego, tajemniczego, im samym tylko zrozumiałego. W ten sposób archidyakon był jedyną istotą ludzką, z którą Quasimodo związek zachowaj. Stosunki jego z tym światem ograniczały się na dwóch rzeczach, na katedrze i Klaudyuszu Frollo.

Wpływ archidyakona na dzwonnika i przywiązanie dzwonnika do archidyakona, nie dadzą się do niczego porównać. Dość było jednego skinienia Klaudyusza, dość było wiedzieć, że to mu uczyni jakąś przyjemność, by Quasimodo gotów był rzucić się z wysokości wież katedralnych. Szczególne to zjawisko owej siły fizycznej, doszłej w Quasimodo do rozwoju tak nadzwyczajnego, a ślepo przezeń oddanej na rozkazy cudze! Było w tem niewątpliwie poświęcenie synowskie, przywiązanie rodzinne; ale był też urok I i wpływ jednego ducha na drugi. Jestestwo nieszczęśliwe, kalekie, niezgrabne, stało tu, z głową pochyloną i wzrokiem błagającym, w obec umysłu podniosłego i głębokiego, wyższego i potężnego. Przytem i nadewszystko, była wtem wdzięczność. Wdzięczność do tyla posunięta ku swym najdalszym krańcom, że z niczem nie umielibyśmy jej zestawić. Cnota ta nie jest z rzędu tych, których najpiękniejsze przykłady znajdują się sród ludzi. Powiemy więc, że Quasimodo kochał archidyakona, jako żaden pies, żaden koń, żaden wielbłąd nie kocha swojego pana.



ND-de-Paris-L4-Ch5

V. Ciąg dalszy o Klaudyuszu Frollo

W 1482 Quasimodo miał około lat dwudziestu, Klaudyusz Frollo około trzydziestu sześciu. Jeden wyrósł, drugi postarzał. Klaudyusz Frollo nie był to już prosty żak z kollegium Torchi, czuły opiekun małego dziecięcia, filozof młody i marzący, który wiele rzeczy znał i nie znał wielu. Był to kapłan surowy, poważny, chmurny, dusz przewodnik, wielebny archidyakon Jozajski, drugi przybocznik biskupa, mający na swej głowie dwa dekanaty, Montlhery i Chäteaufort, oraz sto sześćdziesiąt probostw wiejskich; osobistość dumna a ponura, przed którą drżeli chłopcy-śpiewaki w komżach i albach, zakrystyanie, bracia od Św. Augustyna, jutrzenni klerycy Najświętszej Panny katedralnej, gdy on zwolna postępował pod wysokiemi wspięciami chórów, wspaniały, zamyślony, z rękami skrzyżowanemi i z głową tak na piersi pochyloną, żeś z całej jego głowy widział tylko czoło wyłysiałe.

Dominus Klaudyusz Frollo nie opuścił zresztą ani nauki, ani starań około wychowania młodszego swego brata, dwóch głównych zajęć swojego życia. Z czasem atoli przymięszało się trochę goryczy do rzeczy tych tak słodkich. — Z laty — powiada Paweł Diakon — najlepsze sadło jełczeje. Mały Jehan Frollo, przezwany du Moulin czyli Wiatrakiem, może z powodu miejsca, w którem się wykarmił, a może i z innej jakiej przyczyny, poszedł akurat w kierunku najmniej przez Klaudyusza pożądanym. Starszy brat liczył na ucznia pobożnego, pokornego, pracowitego, szanowanego. A tu właśnie braciszek młodszy, niby owe drzewka świeże, zawodzące usiłowania ogrodnika i uporczywie zwracające się w stronę, zkąd otrzymują światło i powietrze — braciszek ten, mówimy, właśnież puszczał najbujniejsze i najrozkoszniejsze gałązki jedynie od strony hultajstwa, nieuctwa i rozpusty. Był to prawdziwy szatan, rozwydrzony niezmiernie, co marszczyło brwi dom Klaudyuszowi, ale też i niezmiernie śmiały a dowcipny, co znowu wywoływało uśmiech na usta starszego brata. Klaudyusz oddał go był do tego samego kollegium Torchi, gdzie sam niegdyś spędził pierwsze lata rozmyślań i pracy; boleśnież mu było, że świątynia owa, kędy wpierw tryumfami brzmiało imię Frolla, w imieniu tem dziś uosobione zgorszenie widziało. Z tego to powodu prawił niekiedy Jehankowi długie i wcale niewesołe kazania, które od a do z najpobożniej połykał; ostatecznie bowiem młody niewart wcale niezłe miał serce, jak się to daje widzieć we wszystkich komedyach. Tam niemniej przecież po każdem takiem kazaniu, najspokojniej wracał do watka dawnych psot i nieprawości. Eaz, idąc za szanowną od wieków wiecznych podziśdzień tradycya szkolną, wyszczutkował i wyczubił, na powitanie, jakiegoś fidora (zwano tem słowem nowonadpływających do Wszechnicy); to znowu, gdzieindziej, podjudził i podburzył gromadę żaków do klassycznej wyprawy na gospodę, quasi classico excitati, do wytłuczenia winiarza „kijami cackiem szkodliwemu, przy wesołych okrzykach i skokach dokoła fontanny z poszczepanych w piwnicy beczek. Innego dnia zjawiło się satżniste curriculum diei po łacinie, które Klaudyuszowi podawał skurczony monitorek kollegialny, i gdzie na marginesie ze smutkiem czytałeś opłakane streszczenie przełożonego: Rixa; prima, causa vinum optimum potatum. Nareszcie... o zgrozo, w dziecku szesnastoletniem!... mówiono nawet, że uniesienia Jehanka sięgały niekiedy aż ku ulicy Glatigny...

Zniechęcony tem wszystkiem i zawiedziony w swych uczuciach ludzkich, Klaudyusz z tem większym zapałem rzucił się w objęcia nauki, siostry tej, która ci przynajmniej, w żywe oczy nie parska i zawsze płaci acz moneta cokolwiek lichą i pustą, usługi sobie świadczone. Stawał się więc coraz bardziej uczonym, a jednocześnie, następstwem naturalnem, coraz bardziej w pełnieniu powinności ścisłym jako kapłan, a coraz smutniejszym jako człowiek. Dla każdego z nas istnieją pewne linie równoległe między umysłem, charakterem i obyczajami naszemi, linie rozwijające się bez przerwy, a urywające się jedynie przy wielkich wstrząśnieniach życia.

Klaudyusz Frollo, przebiegłszy od młodości całe już prawie koło wiadomości ludzkich, pozytywnych, zewnętrznych, przed każdym otwartych i każdemu dostępnych, a nie chcąc zatrzymać się ubi defuit orbis, zmuszonym był niemal fatalnie iść dalej i szukać innych pokarmów dla nienasyconej żądzy i czynności niezmordowanej swojego umysłu. Starożytny symbol węża kąsającego się za ogon, stosuje się przedewszystkiem do nauki. Zdaje się, że Klaudyusz Frollo doświadczył tego na sobie. Wiele osób poważnych zapewniało, że wyczerpawszy fas wiedzy ludzkiej, śmiał on zagłębić się w jej nefas. Kosztował on — mówiono — każdego z kolei jabłka z drzewa poznania, i czy to z głodu, czy z przesytu, skończył na tem, że ukąsił i za owoc wzbroniony. Brał on kolejno udział, jakeśmy to pierwej nadmienili, w dysputach teologów sorbońskich, w zgromadzeniach sztukmistrzów opieki Sw. Hilarego, w naradach dekretystów wezwania Św. Marcina, w kongregacyach lekarzy u kropielnicy Najświętszej Panny, ad cupam Nostrae-Dominae. Wszystkie potrawy dozwolone i potwierdzone, które cztery te wielkie kuchnie zwane fakultetami, mogły przygotować i podać umysłowi, spożył on skwapliwie, i pierwej nim głód zaspokoił, sytość go opanowała. Wówczas jął grzebać, głębiej, daleko niżej, popod całą tą nauką skończoną, materyalną, ograniczoną, i hazardując może zbawienie swej duszy, zasiadł w jaskini u owego tajemniczego stołu alchemików, astrologów i hermetyków, przy którym Averroes, Wilhelm paryzki i Mikołaj Flamel koniec jeden zajmują w wiekach średnich, a który drugim wydłuża się na Wschód, przy blaskach siedmioramiennego świecznika, aż do Salomona, Pitagorasa i Zoroastra.

Tak przynajmniej sądzono, słusznie czy niesłusznie.

Pewnem jest, że archidyakou często odwiedzał cmentarz Św. Niewiniątek, gdzie, co prawda, spoczywały zwłoki jego ojca i matki, pospołu z innemi ofiarami powietrza z r. 1466, lecz gdzie Klaudyusz daleko mniej zajętym się zdawał pobożnością, przy nagrobkowym ich krzyżu, niżeli dziwnemi figurami, obciążąjącemi pomnik Mikołaja Flamela i Claude-Pernella, wzniesiony tuż obok!

Pewnem jest, że widywano go często, jak się przemykał przez ulicę Lombardów i skrycie wchodził do małego domku, położonego na rogu ulicy Marivault. Był to dom zbudowany niegdyś przez Mikołaja Flamel, i od śmierci swego właściciela, przypadłej około i 1417, zalegający pustką i zapadający w ruinę, tak dalece alchemicy i tygielkarze wszystkich krajów zniszczyli jego ściany, pisząc na nich swoje tylko nazwiska. Kilku sąsiadów twierdziło nawet, że widziano raz przez szczelinę, jak archidyakon kopał, rył i przewracał ziemię w dwóch owych piwnicach, których belki ostrogowe zasiane były wierszami i hieroglifami bez liku, skreślonemu ręką samego Flamela. Przypuszczano, że Flamel zakopał był przed laty w tych piwnicach kamień filozoficzny; i hermetycy w ciągu dwóch wieków, od Magistrina do ojca Pacifika, nie przestawali męczyć zaklętej tej gleby, aż dopóki dom tak niemiłosiernie strzeżony i pokiereszowany, w pył się nie rozleciał pod ich stopami.

Pewnem jest również, że archidyakon nie umiał się obronić szczególnej jakiejś namiętności do symbolicznych odedrzwi katedralnego kościoła, do czarnoksięzkiej owej karty, wyrytej na kamieniu przez biskupa Wilhelma paryzkiego, który też bez wątpienia i potępiony został, że tak piekielny ustęp zamieszał do poematu wiekuiście śpiewanego przez resztę gmachu. Archidyakon Klaudyusz — jak utrzymywano— miał obok tego zbadać i zgłębić kolos w. Krzysztofa, ów wysoki, zagadkowy posąg, wznoszący się wówczas przy wejściu do babińca, a lekceważąco zwany przez pospólstwo Starym jegomościem. Ale co najbardziej wszystkich zastanawiało, to właśnie nieskończone owe godziny, jakie Frollo tak często pędził, siedząc na progu babińca, przed rzeźbami odedrzwi, w rozmarzonych zachwytach to nad dziewicami nieroztropnemi i ich przewróconemi lampami, to nad dziewicami mądremi, czujnie i prosto trzymającemi lampy swe w ręku. Inną jeszcze razą z przerażeniem spoglądano na archidyakona, gdy w myślach obliczał kąt spojrzenia tego oto kruka, który umieszczon u lewego frontowego wejścia do katedry, mierzył w tajemnicy pewien punkt jej wnętrza, gdzie niewątpliwie schowany był kamień filozoficzny, jeśli już go nie było w piwnicach Flamela. Mówiąc nawiasowo, szczególne to było przeznaczenie Katedry Najświętszej Panny z owych czasów, że ją tak silnie a jednocześnie, choć ze względów różnych., kochały dwie istoty do tyla niepodobne do siebie: Klaudyusz i Quasimodo. Kochał ją jeden, gatunek pół-człowieka dzikiego i instynktowego, dla jej piękna, dla jej postawy, dla harmonijnych wdzięków wydobywających się z przepysznej jej całości; kochał ją drugi, dusza namiętna, wypracowana a rozbujała, dla jej znaczenia, dla jej mitologii, dla symbolu rozwiniętego pod frontową rzeźbą, jako pismo niewyraźne, przemazane na tablicy marmurowej pod pismem powtórnie skreślonem; słowem, kochał ją ten drugi dla zagadek, wiecznie przez nią umysłowi stawianych.

Pewnem jest nakoniec, że archidyakon przykuł się, zrósł się prawie z pewną maleńką, tajemniczą celką, do której, jak zapewniano, nikt a nikt, sam biskup nawet, nie mógł wchodzić bez jego upoważnienia, a która się mieściła w jednej z dwóch wież katedralnych, tej mianowicie, co wychodziła na Plac tracenia, czyli grevski. Celkę ową kazał niegdyś wykuć u samego prawie szczytu wieży, sród gniazd kruczych, biskup Hugo bezansoński, który tam w swoim czasie sztuki czarne wyrabiał. Co mianowicie obejmowała ta celka, nikt nie wiedział; często atoli, sród nocy, gdyś stanął na wybrzeżach Wygonu katedralnego, spostrzedz mogłeś w jej okienku wydrążonem w tylnej ścianie wieży, jakieś migotanie światełek czerwonych, dziwnych, to się zjawiających, to niknących, i znów wyskakujących w odstępach czasu krótkich, równomiernych — migotanie zdające się biegać w takt zdyszanych podmuchów mieszka, pochodzące raczej z płomienia, niż ze światła. W cieniu na tej wyżynie wywierało to skutek dziwny, a poczciwe kumoszki mówiły wtedy do siebie: „To archidyakon dmucha! piekło skrzy się tam w górze!"

Rzecz dobrze zważywszy, nie było jeszcze w tem wszystkiem wielkich dowodów czamoksięztwa; tem niemniej przecież dymu akurat miałeś na tyle, by przypuszczenie o obecności ognia mogło być uzasadnionem; zwłaszcza gdy i tak już imię archidyakona strasznym a głuchym sród gminu tętniło rozgłosem. Ze swojej strony jednak zmuszeni jesteśmy powiedzieć, że nauki egipskie, nekroraancya, magia, nawet najbielsza i najniewinniejsza, nie znały wroga odeń zaciętszego i oskarżyciela nielitościwszego przed obliczem wielebnych oficyałów Najświętszej Panny paryzkiej. Ale, czy to był wstręt szczery, czy udana tylko gra łotra krzyczącego: hej I m pomoc! trudno już było archidyakonowi w każdym razie rozpędzić chmurki podejrzeń z czoła uczonych mężów kapituły, która go uważała za duszę zbłąkaną w przedsionkach piekła, zapadłą w jaskinię kabalistycznych praktyk, tłukącą się sród mroku potajemnych nauk. A i lud także nie dał się wyprowadzić w pole: kto choć trochę posiadał przenikliwości, brał wręcz Quasimoda za djabła, a Klaudyusza Frollo za czarnoksiężnika. Widocznem było, że dzwonnik obowiązany był służyć archidyakonowi przez pewien tylko okres czasu, po upływie którego porwać miał jego duszę w zamian za ziemskie myto. Ztąd też archidyakon, pomimo nadzwyczajnej surowości życia, krzywem okiem widziany był u ludzi z gruntu świątobliwych, i nie znalazłbyś węchu na tyle w pobożności niewyćwiczonego, iżby ci takowy od razu nie zwietrzył, co się to święciło pod tą sutaną na piersi i pod wyłysiałą czaszką na karku.

W gruncie, jeżeli wraz z laty w sumieniu jego rzeczywiście potworzyły się głębokie jakie rozpadliny, to już niezawodnie coś podobnego w sercu jego mieścić się musiało. Tak przynajmniej wypadało wnosić z rozglądu po tej twarzy oryginalnej, na której żaden promień duszy nie lśnił inaczej, jeno jakby skroś mgły ciemne. Bo i zkądby mu ta wczesna łysina na głowie? Zkąd te zadumy ciężkie i głębokie? zkąd westchnienia ustawicznie pierś jego podnoszące? Jaka myśl tajemna zmuszała jego usta do tak gorzkiego uśmiechu, gdy jednocześnie brwi zmarszczone zbliżały się ku sobie, jako dwie do boju gotujące się jaszczurki? Z jakiego powodu resztka jego włosów już siwiała? Czem był ów ogień wewnętrzny, w spojrzeniu jego buchający niekiedy tak siarczyście, że oczy wyglądały mu wtedy jak dwa otwory wybite w rozgorzałym piecu?

Objawy gwałtownej jakiejś gorączki duszy doszły do wysokiego stopnia natężenia, szczególnie w epoce opowiadanych tu wypadków. Ileż to razy żaczek chóralny, znalazłszy się sam na sam w kościele z archidyakonem, uciekał z przestrachu przed rozgorzałym jego wzrokiem. A i w obecności ludzi, w czasie nabożeństwa, przed samym ołtarzem, czyliż to raz zdarzało się sąsiadowi z ławki chóralnej posłyszeć, jak w środek strof kościelnego śpiewu, ad omnem tonum, archidyakon wtrącał niezrozumiałe jakieś pomruki. Na co sam nawet krochmalnik z Wygona, zajmujący się „opieraniem kapituły", azaliż pokilkakroć już nie zauważył, i nie bez przerażenia, śladów pazurów i palców skurczonych na komży Jmci archidyakona Jozajskiego? Ksiądz Frollo podwajał tymczasem surowość postępowania i nigdy nie był więcej wzorowym. Z charakteru, jak i z powołania swego, trzymał się on zawsze z dala od kobiet; teraz zdawał się nienawidzieć je bardziej niż kiedybądź. Sam jeno szelest jedwabnej spódniczki zarzucał mu zaraz kaptur na oczy. W punkcie tym stał się do tego stopnia dbałym o nieskazitelność i ścisłe dochowanie reguł zakonnych, że gdy Pani z Beaujeu, córka królewska, zapragnęła była w grudniu 1481 zwiedzić klasztor Najświętszej Panny paryzkiej, on się najsilniej temu sprzeciwił, przypominając biskupowi statut księgi-czarnej, datowany w wigilię Świętego Bartłomieja 1334, zabraniający przystępu do klasztoru „niewieście każdej, kto zacz byłaby, stara albo młoda, pani albo służebnica". Na co biskup zmuszonym aż był powołać się na rozkaz legata Odo, czyniący wyjątek dla niektórych znakomitych matron, aliquae magnates mulieres, quae sine scandalo evitari non possunt. Lecz i wtedy jeszcze archidyakon protestował, zarzucając postanowieniu legata, które wyszło było w r. 1207, że jest o sto dwadzieścia siedem lat wcześniejszem od księgi czarnej, a przez to samo i faktycznie przez nią zniesionem. I odmówił stawienia się przed księżną.

Okrom tego zauważono, że od pewnego czasu wzmogła się i odraza archidyakona do cyganek i skoczków ulicznych. Domagał się on właśnie od biskupa o wydanie edyktu, najsurowiej zabraniającego cygankom wyprawiania tańców i bębenkowych uciech na placu przedbabińcowym; od tej-że również pory począł szperać w spleśniałych archiwach kapituły, celem zebrania i spisania wypadków sądowych z czarnoksiężnikami i wiedźmami, skazanemi na ogień lub postronek za gusła szatańskie przy pomocy capów, macior i kóz.



ND-de-Paris-L4-Ch6

VI. Niepopularność

Archidyakon i dzwonnik, jakeśmy o tem nadmienili, nie cieszyli się wcale przywiązaniem grubszych i nędzniejszych warstw pospólstwa z okolic katedralnych. Gdy Klaudyusz i Quasimodo wychodzili razem, co się bardzo często zdarzało, ilekroć widziano ich przechodzących wspólnie — pan naprzód, sługa z tyłu — przez ciemne, ważkie i chłodne ulice przyległego kościołowi okręgu, niejedno złe słowo, niejeden docinek ironiczny, niejeden dowcip obraźliwy spotkał ich po drodze. Napaści podobne stały się nawet pewnego rodzaju zwyczajem, który wtedy tylko w kąt schował się nagle, gdy rzadkim wyjątkiem Klaudyusz Frollo szedł z głową wyprostowaną i podniesioną, wystawiając czoło swe surowe i prawie sędziwe na spojrzenia tłuszczy zdumiałej.

Obaj byli w swej dzielnicy jako poeci, o których powiada Regnier:


Wszelkiej miary ludzie w ślad poetów dążą,
Jak za sową — piegży, kiedy wrzeszcząc, krążą.


To raz ulicznik jakiś złośliwy narażał skórę i kości, by tylko mieć niewysłowioną przyjemność wsadzenia szpilki w garb Quasimoda.

To znowu młoda ładna dziewczyna, więcej wesoła i śmiała niżby wypadało, szarpnęła księdza za sutanę, zaśpiewawszy mu u samego ucha sarkastyczną zwrotkę: a kysz, a kysz! daj buziaka... w krzyż! Kiedy indziej brudna gromada bab starych, skupionych i skulonych w cieniu, u stopni jakiego portyku, skomleć i łajać poczynała na sam widok archidyakona i dzwonnika, ciskając w nich łaskawem tem powitaniem: „Aha, to ten oto, co ma duszę akurat jak tamten ciało". W innem miejscu przechodniów spotykały kupy urwisów szkolnych, grających w gałki, którzy naraz wstawali wszyscy razem, jako w szkole przy wejściu rektora, i kłaniając się wykrzykiwali łacińskie jakie głupstwo: Eia! eia! Claudius com claudo! (Klaudyusz z kulawym!)

Najczęściej atoli obelga mijała niepostrzeżona ani od księdza, ani od dzwonnika. Aby zwrócić uwagę na tak miłe rzeczy, Quasimodo był zanadto głuchy, Klaudyusz zanadto w myślach zatopiony.





ND-de-Paris-L5-Ch1

KSIĘGA PIĄTA.

I. Abbas beati Martini.

Sława domu Klaudyusza daleko się rozbiegła. Spowodowała mu ona, jakoś około epoki wspomnionych sporów z biskupem o Panią z Beaujeu, odwiedziny pewne, które na długo wyryły się w jego pamięci.

Było to pod wieczór. Archidyakon, wróciwszy tylko co z nabożeństwa, usunął się do swej celki zakonnej w klasztorze Notre-Dame. Okrom może kilku flaszek szklannych, zastawionych w kącie i pełnych jakiegoś dwuznacznego piasku, wielce podobnego do strzelniczego prochu, celka ta nie przedstawiała nic dziwnego ani tajemniczego.

Tu i owdzie widziałeś wprawdzie parę napisów na ścianie; były to jednakże proste sentencye naukowe lub pobożne, wyjęte z autorów niepodejrzanych. Klaudyusz zasiadł właśnie przy świetle mosiężnego trójramiennika, naprzeciw obszernej skrzyni objuczonej rękopisami. Oparł łokieć o rozwartą książkę Honoryusza Autun: De praedesttnatione et libero arbitrio, i w głębokiej zadumie przerzucał karty jakiegoś foliału drukowanego, który z sobą przyniósł. Sród tych jego dumań zastukano do drzwi. — Kto tam? — zawołał uczony, uprzejmym głosem zgłodniałego brytana, odpędzanego od kości. Odpowiedziano z zewnątrz: — Przyjaciel waszej miłości, Jakób Coictier. — Poszedł odemknąć.

Był to w istocie lekarz królewski; osobistość już niemłoda, lat pięćdziesięciu, o ostrym wyrazie twarzy, którą łagodził chyba wzrok chytrowaty. Towarzyszył mu ktoś drugi. Obaj mieli na sobie szaty długie siwego koloru, podbijane futerkiem popieliczkowem, opasane i spięte, z kapturami tegoż koloru i materyału. Ręce ich chowały się w obszernych rękawach, nogi kryły się pod fałdami kapot, a oczy pod kapturami.

— A miej-że mię, Panie, w swojej opiece! — rzekł archidyakon wprowadzając gości — zaprawdę, panowie, nie spodziewałem się tak zaszczytnych odwiedzin o tej porze. I ciągnąc wciąż w sposób równie ugrzeczniony, wzrok niespokojny i badawczy rzucał to na lekarzy, to na jego towarzysza.

— Nie jest nigdy zanadto późno oddać pokłon uczonemu tak znakomitemu, jak dominus Klaudyusz Frollo de Tire-chappe — odpowiedział doktor Coictier, którego akcent franc-comptski rozwlekał wszystkie wyrazy frazesu z majestatem sukni ogoniastej.

Wtedy się rozpoczął między lekarzem a archidyakonem jeden z owych wzajem pochwalnych prologów, które w owej epoce, zwyczajem utartym, poprzedzały wszelką rozmowę między uczonymi, a które im bynajmniej nie przeszkadzały nienawidzieć się najserdeczniej w świecie. Nie jest zresztą dzisiaj inaczej: każde usta uczonego wywyższające drugiego uczonego, to czara żółci miodem zaprawnej.

Grzeczności Klaudyusza Frollo sypane Jakóbowi Coictier odnosiły się szczególnie do licznych korzyści światowych, jakie czcigodny lekarz wyciągnąć umiał, w ciągu swojego tak godnego zazdrości zawodu, z każdej choroby króla. Operacya ta alchemiczna, jak się okazuje, pewniejsza i skuteczniejsza, niźli poszukiwanie kamienia filozoficznego.

— Doprawdy, mości doktorze Coictier, niezmiernie byłem rad, dowiedziawszy o biskupstwie pańskiego siostrzeńca, mnie wielce miłościwego pana Piotra Verse. Czyliż nie jest biskupem w Amiens?

— Tak jest, mości archidyakonie; wielka to łaska i miłosierdzie Boże.

— A czy wiesz waszmość, przepysznieś mi wyglądał w dzień Bożego Narodzenia na czele swojego bractwa izby obrachunkowej. Pozdrowić, pozdrowić pana seniora!

— Pod-seniora, tylko pod-seniora, księże Klaudyuszu. Niestety, nic nad to.

— No, a jakże daleko postąpiły roboty około domu przy ulicy Saint-Andre-des-Ares? To Luwr prawdziwy. Bardzo lubię rzeźbione owe morelowe drzewko na drzwiach, z tą miłą grą słów: à l'abricotier[14].

— Ha, mistrzu Klaudyuszu, cała ta murarka strasznie drogo mię kosztuje. W miarę jak się dom wznosi, ja w ruinę zapadam.

— Ależ! alboż cię pozbawiono dochodów z ciemnic i dzierżaw Pałacu Sprawiedliwości? alboż nie do ciebie należy komorne z domów, bud, stajen i zagród okopowych? Dojna-to krówka!

— Klucz Poissy nic a nic mi w tym roku nie przyniósł,

— Lecz kopytkowe z Triel, Saint-James, St.-Germain-en-Laye, zawsze przecież stoi wybornie?

— Sześć-dwudziestek liwrów, nawet nie paryzkich.

— Masz urząd radcy królewskiego. To już stałe, zdaje mi się.

— Zapewne, ojcze Klaudyuszu; ale za to przeklęte owe dominium Poligny, o którem tyle plotą, nie przynosi mi nawet rocznie w przecięciu sześćdziesięciu dukatów w złocie.

W grzecznościach, któremi dom Klaudyusz z umysłu okładał Jakóba Coictier, znać było ów ton ostry, zjadliwy i głucho drwiący, pobłyskiwał ów uśmiech smutny a niemiłosierny człowieka wyższego i nieszczęśliwego, który niekiedy naigrawa się od niechcenia nad grubą pomyślnością człowieka pospolitego. Lekarz królewski ani się poznał na tym.

— Na moją duszę — rzekł nareszcie Klaudyusz ściskając go za rękę — rad widzę, że waszmość przy tak doskonałem zostajesz zdrowiu.

— Bóg ci zapłać, mistrzu Klaudyuszu.

— Ale, ale — zawołał dom Klaudyusz — a jakże się ma najjaśniejszy nasz chory?

— Nie dość się wypłaca lekarzowi swemu — odpowiedział doktor, rzucając uboczne spojrzenie na swego towarzysza.

— Tak sądzisz, bracie Coictier? — wtrącił naraz towarzysz.

Wyrazy te, wymówione tonem zdziwienia i wyrzutu, sprowadziły na nieznajomego uwagę archidyakona, który mówiąc właściwie, ani na chwilę nie spuścił z myśli obcego przybysza, odkąd ten próg jego celki przestąpił. Wielorakie też tylko względy dla doktora Jakóba Coictier, wszechmocnego lekarza Ludwika XI, były powodem, że dom Klaudyusz przyjąć go raczył w takiem niespodziewanem towarzystwie. Ztąd i w twarzy archidyakona nie znać było bynajmniej życzliwości, gdy Jakób Coictier odezwał się doń:

— Otoż właśnie, ojcze Klaudyuszu, przyprowadzam ci jednego z braci, który cię pragnął widzieć, prowadzon twoim rozgłosem.

— Jego miłość naukom się poświęca? — spytał archidyakon, wpierając w nieznajomego wzrok swej przenikliwy. Pod powiekami obcego skrył się wzrok niemniej przeszywający i niemniej niedowierzający, jak i jego własny. Był to, o ile słabe światełko lampy pozwoliło archidyakonowi miarkować, starzec lat około sześćdziesięciu, średniego wzrostu, niepomału jak się zdawało skołatany a chorowity.

Rysy jego oblicza, acz na ogół dość pospolite, mieszczańskie, miały w sobie coś potężnego i surowego; źrenica jego migotała z pod głęboko wgiętej arkady powiekowej, jako światło w głębi jaskini, a pod kapturem nasuniętym i zwieszającym się na sam nos prawie, czułeś poruszającą się szeroką płaszczyznę czoła genialnego.

Nieznajomy podjął się sam odpowiedzieć na pytanie archidyakona.

— Czcigodny mistrzu — odezwał się tonem poważnym — sława twa doszła aż do mnie, i zapragnąłem zasięgnąć twej rady. Jestem tylko biedny szlachcic prowincyonalny, który sandały swe zrzuca, zanim wejdzie do mieszkania uczonych. Wypada byś się o mojem imieniu dowiedział. Jestem sodalis Tourangeau.

— Szczególne imię jak na szlachcica — pomyślał archidyakon. Poczuł się jednak w obec czegoś silnego i rzetelnie poważnego. Instynkt wzniosłego jego umysłu odgadnąć mu pomógł zdolność również wysoką, choć pod zwieszonym kapturem sodalisa Tourangeau, i rozpatrując się w surowej tej postaci, kąśliwy półuśmiech, wywołany na jego ściętej twarzy obecnością Jakóba Coictier, znikał zwolna jako brzask na widnokręgu nocy. Ponury i milczący, wrócił do swego wielkiego poręczastego krzesła, i usiadł, oparłszy się po zwyczaju łokciem o stół, i głowę zwiesiwszy na dłoń. Po krótkiej chwili namysłu, dat znak ręką, by goście raczyli usiąść, i odezwał się do Tourangeau:

— Przychodzicie, mistrzu, do mnie po radę, i w jakiej-że nauce?

— Wielebny — odrzekł Tourangeau — jestem chory, mocno chory. Posiadacie imię wielkiego Eskulapa, przybyłem tedy prosić o radę w lekach.

— W lekach! — rzekł archidyakon podnosząc głowę. Zdawał się skupiać w sobie przez chwilę, poczem mówił dalej:

— Mości sodalisie Tourangeau, że takie jest już wasze imię, odwróćcie jeno głowę. Odpowiedź znajdziecie wypisaną na ścianie. Tourangeau usłuchał i odczytał po nad sobą ten oto napis, wyrżnięty w murze: „Lecznictwo jest córą mar. Jamblichos".

Doktor Jakób Coictier, nie bez pewnego tymczasem oburzenia posłyszał był zapytanie towarzysza. Odpowiedź Klaudyusza ukłuła go jeszcze żywiej. Nachylił się ku Tourangeau i rzekł doń głosem dostatecznie cichym, by nie być słyszanym od archidyakona:

— Uprzedziłem, że to szaleniec. Aleście się kazali prowadzić...

— Bo też — odparł sodalis w tymże tonie, a z uśmiechem gorzkim — bo też, doktorze Jakóbie, bardzo bvć może iż ten szaleniec ma słuszność.

— A, to już wola wasza! — zamknął Coictier sucho.

Zwracając się zaś do archidyakona:

— Szybko jedziesz, mości Klaudyuszu i nie więcej ci Hipokrates czyni trudności, niż małpie łupina orzecha! Leki mara! Nie sądzę, iżby aptekarze i mistrze, gdyby tu byli przytomni, zastanawiali się długo nad tem, czem cię ukamionować. Więc zaprzeczasz wpływowi cieczy na krew i maści na ciało! Więc zaprzeczasz wiecznej tej mocy leczniczej kwiatów i metalów, którą światem nazywamy, stworzonej umyślnie dla wiecznego tego łazarza, którego zwiemy człowiekiem?

— Nie zaprzeczam — odparł chłodno dom Klaudyusz — ani lekarstwom ani chorobom. Zaprzeczam lekarzowi.

— Więc nieprawda — ciągnął Coictier z zapałem — że podagra jest liszajem na wewnątrz, że się ranę orężną leczy przyłożeniem myszy pieczonej, że krew junacza właściwie wstrzyknięta przywraca młodość żyłom zastarzałym; więc jaz nieprawda, że dwa i dwa są cztery, a amprostatonos następuje po opistatonos?

Archidyakon odpowiedział niewzruszony:

— Są pewne rzeczy, o których sądzę w sposób pewien... Coictier poczerwieniał z gniewu.

— No, no — odezwał się sodalis Tourangeau — nie unośmy-że się. Jego miłość, archidyakon, naszym jest przyjacielem.

Coictier się uspokoił, mruknąwszy półgłosem:

— Zresztą, to szaleniec!

— Do kaduka — począł sodalis Tourangeau do archidyakona po niejakiem milczeniu — nie trafiacie jakoś w chęć moją. Zamierzałbym prosić was o dwa posłuchania, jedno w przedmiocie zdrowia, drugie w przedmiocie mej gwiazdy.

— Miłościwy panie — odrzekł archidyakon jeśli taką jest myśl wasza, równie dobrze byłoby się stało, gdybyście się byli nie męczyli po moich schodach. Nie wierzę w medycynę. Niewierze w astrologię.

— Na prawdę? — zawołał sodalis zdziwiony.

Coictier śmiał się śmiechem przymuszonym.

— Widzisz, wasza mość teraz — mówił z cicha do Tourangeau — widzisz, że to istny waryat. I w astrologię nie wierzy.

— Bo też — kończył Klaudyusz — niech-że mi kto będzie mądry i wyobrazi sobie coś w rodzaju tego, że każdy promień gwiazdy jest nitką, która się wiąże z głową człowieka!

— To więc w cóż nareszcie wierzycie! — zawołał sodalis Tourangeau.

Archidyakon zawahał się sekundę jedne, poczem pozwolił przemknąć po swych ustach uśmiechowi, który jakby kłam zadawał odpowiedzi jego:

— Credo in Deum.

— Dominum nostrum — dodał sodalis, kładąc na piersi znak Krzyża Świętego.

— Amen — rzekł Coictier.

— Przezacny mistrzu — począł sodalis — błogo mi na sercu, że was widzę przy tak mocnej świętobliwości. Wszelakoż, wielkim takim uczonym będąc, azaliżbyście do tego w końcu doszli, że w naukę nie wierzycie?

— Nie! — powiedział archidyakon, chwytając za ramię sodalisa Tourangeau, i iskra zapału rozświeciła szarą jego źrenicę. — Nie, nauce nie urągam, nauki nie odrzucam! Jeżelim pełzał tak długo po ziemi i z pazurami w nią wpuszczonemi sród nieprzeliczonych skrętów jaskini, to nie bez tego, bym zdala, przed sobą, u końca lochu nie spostrzegał światła, płomienia, czegoś, najpewniej odbłysku oślepiającej tej pracowni środkowej, gdzie cierpliwi i mędrcy Wszechmoc oglądają...

— Ostatecznie — przerwał Tourangeau — na czem zasadzić pewność i prawdę? w czem je upatrujecie?

— W alchemii.

Coictier aż podskoczył.

— Ależ oczywiście — zawołał — alchemia ma swoją racyę, ale po cóż, don Klaudyuszu, złorzeczyć medycynie i astrologii?

— Nicość, wasza nauka o człowieku! Nicość, wasza nauka o niebie! — powiedział archidyakon stanowczo.

— To tyle, co jednem dmuchnięciem zmieść Epidaurus i Chaldeę — odciął się Coictier drwiąco.

— Posłuchaj-no mnie waszmość, panie Jakóbie. To ci mówię w najlepszej wierze. Nie jestem ja, wiesz, lekarzem króla, i Najjaśniejszy Pan nie powierzał mi Dedalowego ogrodu dla postrzeżeń konstelacyjnych... Nie gniewaj się, chciej wysłuchać. Jaką, pytam, prawdę żywotną wyciągnęliście już nie z medycyny, która jest sztuką zanadto niedorzeczną, lecz z astrologii samej? Czy przymioty „bustrefedonu” prostopadłego, czy może cudowne własności liczby ziruph, lub takież własności liczby zephirod?

— A sympatyczna siła „kluczykowej kostki"? — zawołał Coictier a kabalistyka cała ztąd wypływająca?

— Błąd, mości doktorze! żadna z waszych formuł gruntu rzeczywistości nie dościga. Alchemia tymczasem, ona, zadziwiające poczyniła odkrycia. Zdołasz-li zaprzeczyć wypadkom jak następujące? Lód zamknięty w ziemi przez lat tysiąc przekształca się w kryształ skalny. Ołów jest praszczurem wszystkich metalów; złoto bowiem nie jest metalem, złoto jest światłem. Owóż, ołów potrzebuje zaledwo czterech okresów po dwa wieki każdy, by przejść stopniowo z ołowiu w stan arszeniku czerwonego, z arszeniku czerwonego w cynę, z cyny w srebro. Azaliż to nie fakta? Ale wierzyć w „kluczyk", w prostopadłość promienistą i w gwiazdy, rzecz to niemniej śmieszna, jak wierzyć z mieszkańcami Wielkiego-Kataju, że wilga przeradza się w kreta, a ziarnko zboża w rybę cyprinowego rodzaju.

— Badałem hermetykę — przerwał Coictier — i utrzymuję...

Nie pozwolił mu dokończyć rozpędzony archidyakon.

— Ja zaś — mówił — badałem medycynę, astrologię i hermetykę. Oto w czem prawda (i to mówiąc, wziął z półki flaszkę napełnioną proszkiem, o którym wspomnieliśmy wyżej), w tem jedynie światło! Hipokrates złudzenie, Urania sen; Hermes, oto jest myśl. Złoto to słońce; robić złoto, to tyle co być Bogiem. W tem jedyna nauka. Zgłębiłem — powiadam wam — medycynę; zgłębiłem astrologię: nicość, nicość. Ciało ludzkie, ciemnością; gwiazdy, ciemnością.

ND-de-Paris-L5-Ch1-AbbasBeatiMartini

I zasunął się we swe krzesło w postawie potężnej i natchnionej. Sodalis Tourangeau śledził za nim w milczeniu. Coictier usiłował poddrwiwać, ruszał nieznacznie ramionami, i powtarzał z cicha:

— Szaleniec! fiksat!

— Lecz punkt ostatni — ozwał się naraz Tourangeau — punkt celowy, został-że dopięty? Czy doszedłeś, jak się robi złoto?

— Gdybym tego doszedł — odrzekł archidyakon zwolna, rozwlekając wyrazy jako człowiek, ważący w myśli wartość każdej syllaby — gdybym tego doszedł, król Francyi nosiłby imię Klaudyusza, nie zaś Ludwika.

Sodalis ściągnął brwi.

— Cóż-bo tam znowu plotę! — podchwycił dom Klaudyusz z uśmiechem pogardy. — Na co-by mi się przydał tron Francyi, skoro mógłbym odbudować państwo Wschodu!

— A no, to co innego! — powiedział sodalis.

— O nieszczęśliwy waryat! — mruknął Coictier.

Archidyakon ciągnął tymczasem dalej, lecz się zdawało, że tym razem własnym już tylko myślom odpowiada.

— Daremnie, gdzie tam! pełzam dziś zaledwo; kaleczę sobie twarz i kolana o kamienie na drodze podziemnej. Przewiduję, nie widzę jeszcze! nie czytam, syllabizuję tylko.

— A gdy się nauczysz czytać — spytał sodalis — czy zrobisz złoto?

— Któż o tem wątpi? — odrzekł archidyakon.

— W takim razie, świadczę się Panną Najświętszą, że w ciężkiej jestem potrzebie pieniędzy, i bardzobym chciał nauczyć się czytać w twych księgach. Powiedz mi, wielebny mistrzu, nauka twoja nie jest-li wrogą lub nieprzyjemną Królowej niebios?

Na to pytanie sodalisa, dom Klaudyusz z wyniosłością spokojną odpowiedział tylko:

— Czyim-że jestem archidyakonem?

— To prawda, mej mistrzu. W takim tedy razie, byłżebyś łaskaw przypuścić mię do tajemnicy? Każ mi syllabizować z sobą. Klaudyusz przybrał majestatyczną i arcykapłańską postawę drugiego Samuela.

— Starcze — rzekł — trzebaby dłuższego szeregu lat, niźli ci pozostał, by przedsięwziąć tę podróż po przez światy tajemnicze. Sędziwą, wielce sędziwą masz głowę! Nikt nie opuszcza jaskini bez włosów pobielałych, ale się do niej wchodzi o rumianej jedynie twarzy. Nauka wybornie umie sama przez się zasuszać, ze świeżości odzierać i bliznami zaorywać twarze ludzkie; nie potrzebuje od starości, by jej przynosiła oblicza całkiem pomarszczone. Jeżeli jednak bierze cię ochota poddać się w twym wieku karności i odczytywać straszliwy alfabet mędrców, chodź ze mną, dobrze, spróbujemy. Nie każę ci, biedny mej staruszku, zwiedzać grobowcowych izb piramid, o których powiada starożytny Herodotus, ani ceglanej wieży babilońskiej, ani niezmiernego biało-marmurowego przybytku indyjskiej świątyni Eklingi. Równie jak ty, i ja też nie oglądam murów chaldejskich, wzniesionych według świętej formuły Sikry, ani świątyni Salomona, dziś zniszczonej, ani kamiennych a połamanych drzwi grobowca królów izraelskich. Wytłómaczę ci posąg Św. Krzysztofa, obraz siewcy i symbol dwóch aniołów u fasady Kaplicy Świętej, z których jeden rękę swą trzyma w kielichu, a drugi w chmurach...

Wtem miejscu Jakób Coictier, zbity najprzód z tropu zapaloną wymową archidyakona, odchrząknął tryumfalnie, i przerwał tonem uczonego, poprawiającego kolegę:

— Erras, amice Claudi. Symbol nie jest liczbą. Bierzesz Orfeusza za Hermesa.

— To waszmość się raczej mylisz — odparł poważnie archidyakon. — Dedalus to podmurowanie, Orfeusz to ściany, Hermes to gmach, to wszystko. Przyjdziesz, ojcze, kiedy ci się spodoba — mówił dalej, zwracając się do Tourangeau — pokażę ci cząsteczki złota pozostałe na dnie tygla Mikołaja Plamela, porównasz je ze złotem Wilhelma paryzkiego. Odkryję ci cudowne własności greckiego słowa peristera. Przedewszystkiem atoli odczytam ci jedne po drugiej marmurowe litery alfabetu, granitowe stronice książki. Od fasady,biskupa Wilhelma i od Św. Jana-Okrągłego przejdziemy do kaplicy Świętej, następnie zaś do domu Mikołaja Plamela przy ulicy Marivaulx, do jego nagrobka na cmentarzu SS. Niewiniątek, do dwóch jego szpitali przy ulicy Montmorency. Dam ci do odczytania hieroglify, okrywające cztery wielkie żelazne rynny facyaty szpitala Św. Gerwazego i ulicy Rupieciej. Wspólnie też odsyllabizujemy fasady Św. Koźmy, Św. Genowefy przy Ogiennikach, Sw. Marcina, Sw. Jakóba-u-Rzeźni...

Tourangeau, jakkolwiek rozumnem było jego spojrzenie, od dawna nie zdawał się już pojmować słów dom Klaudyusza. Przerwał teraz :

— Jako Bóg żyw! i jakież to są te książki waszej miłości?

— A oto z nich jedna! — powiedział archidyakon.

I otwierając okno celki, wskazał palcem na niezmierną katedrę Najświętszej Panny, która ścieląc się na gwiaździstem niebie ciemnym wycinkiem dwóch swych wież, swych żeber kamiennych i fantastycznego swego grzbietu, wyglądała jako niezmierny sfinks dwugłowy, rozsiadły pośrodku stolicy.

Archidyakon popatrzył czas jakiś w milczeniu na gmach olbrzymi, poczem wyciągając z westchnieniem rękę prawą ku książce drukowanej, która leżała rozwartą na stole, lewą zaś ku Notre-Dame, i prowadząc wzrok smutny z książki na kościół: „Niestety — rzekł — to zabije tamto”.

Coictier, który się z ciekawością zbliżył był ku książce, nie mógł się wstrzymać od okrzyku:

— Cóż znowu! — jest-że w tem coś tak bardzo strasznego: Glossa in epistolas D. Pauli. Norimbergae, Antonius Koburger, 1474. Starorzeczy. Książka to Piotra Lombarda, mistrza, Sentencyi. A może dlatego taka nadzwyczajna, że drukowana?

— Rzekłeś — odpowiedział Klaudyusz, który, jak się zdawało, pogrążonym był w głębokie dumy, i stał wyprostowany, trzymając odgięty indeks na foliale wyszłym z pod sławnej prassy norymbergskiej. Poczem dodał te słowa tajemnicze:

— O zaprawdę, zaprawdę! drobne rzeczy dają rady wielkim; ząb góry znosi. Szczur nilowy zabija krokodyla, koncerz zabija wieloryba, książka zabije gmach!

Klasztorne „gaście ognie” wydzwoniły w chwili, gdy doktor Jakób po raz dziesiąty szeptał nieznajomemu swą zwrotkę: To obłąkaniec!

Na co towarzysz odrzekł mu tym razem :

— Zdaje się, że tak jest.

Była to godzina, o której żadna obca dusza nie mogła już dłużej bawić w klasztorze. Goście pożegnali więc archidyakona.

— Mistrzu — rzekł sodalis do archidyakona na progu — lubię ludzi uczonych, cenię umysły wielkie, i ciebie w szczególniejszem mam poszanowaniu. Przyjdź jutro do zamku Tournelle i zażądaj widzieć się z opatem Ś-go Marcina z Tours.

Archidyakon wrócił do celki cały zdumiony. Pojął nareszcie kim był ów sodalis Tourangeau, i przyszedł mu na myśl ustęp z kapitularzy Ś-go Marcina Tourskiego: Abbas beati Martini, scilicet Rex Franciae, est canonicus de consuetudine et habet parvam praebendam, quam habet sanctus Venantius et debet sedere in sede thesaurarii. Utrzymywano, że od tej to właśnie daty archidyakon częste miewać począł narady z Ludwikiem XI, gdy Jego Królewska Mość przybywała do Paryża, i że wpływ don Klaudyusza cieniem okrywał Olliviera Le-Daim i Jakóba Coictier, który, swoim zwyczajem, silnie za to króla strofował.




ND-de-Paris-L5-Ch2

II. „To zabije tamto”.

Nasze czytelniczki przebaczą nam, jeżeli się zatrzymamy tutaj na chwilę dla rozpatrzenia, jaką mogła być myśl, która się wymykała z pod tych zagadkowych słów archidyakona: To zabije tamto.

Książka gmach zabije.

W naszem rozumieniu rzeczy, myśl ta miała dwie strony. Była to najprzód myśl księdza; przestrach kapłańskiego stanu przed nowym czynnikiem, przed drukiem. Było to przerażenie i olśnienie sługi ołtarza w obec promiennej prassy Gutenberga. Katedra i rękopis, słowo mówione i słowo pisane, zatrwożone słowem drukowanym; coś, jakby osłupienie wróbla, któryby ujrzał Legion aniołów, rozwijający swe sześć milionów skrzydeł. Był to krzyk proroka, który już słyszy wrzawę wyzwolonej ludzkości i widzi w przyszłości podkopanie wiary przez rozum, zdetronizowanie dogmatu przez opinię, opuszczenie Rzymu przez świat. Była to przepowiednia filozofa, który widzi, jak myśl ludzka, zamieniona w parę siłą prassy, opuszcza kocioł teokratyczny. Trwoga żołnierza, który ogląda taran spiżowy i mówi: „Wieża upadnie". Znaczyło to, że nowa potęga miała zniszczyć potęgę istniejącą, że „prassa zabije Kościół".

Lecz pod tą pierwszą i bez wątpienia najprostszą myślą, była, naszem zdaniem, druga, nowsza, będąca dodatkiem pierwszej, trudniej dająca się spostrzedz i więcej podpadająca sporowi, zawierająca pogląd równie filozoficzny nie samego już tylko księdza, ale uczonego i artysty. Było to przeczucie, że myśl ludzka zmieniając kształt, zmieni także sposób objawiania się; że idea główna każdego pokolenia nie będzie nadal wyrażaną tym samym sposobem i za pomocą tej samej materyi; że księga kamienna, tak mocna i trwała, ustąpi miejsca jeszcze mocniejszej i jeszcze trwalszej, księdze papierowej. Pod tym względem mglista formuła archidyakona rzeczywiście inne miała znaczenie; znaczyła ona, że jedna sztuka zwycięży drugą sztukę; że „Druk zabije budownictwo”.

Jakoż, od początku rzeczy, aż do XV wieku ery chrześciańskiej włącznie, budownictwo było wielką księgą ludzkości, głównem objawieniem się człowieka w rozmaitych stopniach jego rozwijania się, bądź jako siły, bądź jako intelligencyi.

Kiedy pamięć pierwotnych ras poczuła się przepełnioną, kiedy zasób wspomnień rodzaju ludzkiego stał się tak ciężkim i tak pomieszanym, że gołe a lotne słowo nie było już w stanie nieść go bezpiecznie, wówczas przepisano te wspomnienia na ziemi w sposób najwidoczniejszy, najtrwalszy i zarazem najnaturalniejszy. Każde podanie zapieczętowano pomnikiem.

Pierwsze pomniki były prostemi odłamami skały, których się żelazo nie tknęło, powiada Mojżesz. Budownictwo miało początek podobny do początku pisma. Było ono najprzód abecadłem. Stawiano kamień i to było literą, a każda litera hieroglifem, na każdym zaś hieroglifie spoczywała gruppą myśli, jak kapitel na kolumnie. Tak robiły pierwotne plemiona wszędzie, jednocześnie, na powierzchni świata całego. „Wzniesiony kamień” Celtów odnajdujemy w Syberyi, w pampasach Ameryki.

Później zaczęto tworzyć wyrazy; kładziono kamień na kamień, łączono te syllaby granitowe, słowo zdobyło się na kilka kombinacyi.

Dolmen i kromlech Celtów, etruski tumulus, hebrajski galgal, są to wyrazy. Niektóre, przedewszystkiem tumulus, są imionami własnemi. Czasami nawet, gdy posiadano wiele kamieni i nie brakło miejsca, pisano cały okres. Olbrzymie nagromadzenie kamieni w Karnaku jest już zupełną formułą.

Nareszcie ukazały się książki. Podania porodziły symbole, pod któremi same znikały, jak pień znika pod liściem. Wszystkie symbole, w które ludzkość wierzyła, wzrastały, mnożyły się, krzyżowały i mieszały się coraz bardziej. Pierwsze pomniki nie były już w stanie pomieścić ich w sobie i symbole rozpierały swe znaki zewnętrzne; pomniki bardzo tylko jeszcze niedokładnie wyrażały pierwotną tradycyę, prostą jak one same, nagą i do ziemi przytuloną. Symbol uczuł potrzebę rozkwitnięcia w budynek. Wtedy budownictwo zaczęło się rozwijać razem z myślą ludzką; stało się olbrzymem o tysiącu głów i rąk, oblókłszy wieczystą, widzialną i dotykalną formą cały ten symbol ruchomy. Podczas gdy Dedal, który jest siłą, mierzył; podczas gdy Orfeusz, który jest intelligencyą, śpiewał; — słup, będący literą, arkada będąca syllaba, piramida będąca wyrazem, wprowadzone w ruch przez prawo geometryczne i przez prawo poezyi, dopóty się gruppowały, łączyły, zlewały, zniżały, podnosiły się z ziemi, piętrzyły się ku niebu, dopóki nie napisały, pod kierownictwem głównej idei epoki, tych cudownych ksiąg, które były także cudownemi budynkami: Eklingskiej pagody, Egipskiego Ehamzejonu, świątyni Salomona.

Myśl naczelna, słowo, tkwiło nie tylko w treściowej głębi budynku, ale także i w ich kształcie. Świątynia Salomona, naprzykład, nie była tylko prostą oprawą świętej księgi, sama była księgą świętą. Na każdym jej spółśrodkowym murze, kapłani mogli czytać wytłómaczone i objawione ich oczom słowo, i z przybytku do przybytku śledzić jego przeobrażenia się aż do chwili, w której ukazało się im w swojem ostatniem mieszkaniu, w swej najdoskonalszej formie: w arce. Tak więc, słowo było zamknięte w budynku; ale obraz słowa malował się na jego powłoce, tak jak rysy człowieka malują się na sarkofagu mumii.

I nietylko kształt budynków, ale również miejsce, gdzie się wznosiły, zdradzało myśl, którą przedstawiały. Stosownie do tego, czy symbol mający być wyobrażonym był jasny lub ponury, Grecya swe góry wieńczyła przyjemną dla oka świątynią, Indye zaś skały swe wydrążały od środka, by tam kuć i ciosać niekształtne pagody podziemne, oparte na olbrzymich szeregach granitowych słoni.

Tak tedy w ciągu sześciu tysięcy pierwszych lat świata, począwszy od najdawniejszej pagody Hindostanu, aż do katedry Kolońskiej, budownictwo było wielkiem pismem rodzaju ludzkiego. I jest to do tyla prawdziwem, że nie tylko każdy symbol religijny, ale nawet każda myśl człowieka ma w tej ogromnej księdze swoją stronicę i swej pomnik.

Wszelką cywilizacyę zaczyna teokracya, a kończy demokracya. Prawo to wolności, idącej po jedności, zapisane jest w budownictwie. Bo, zwracamy jeszcze raz uwagę czytelników na ten ważny punkt, błędem byłoby sądzie, że mularstwo służy tylko do wzniesienia świątyni, do wyrażenia mytu i kapłańskiego symbolizmu, do przepisywania hieroglifami na kamiennych kartach tajemniczych tablic prawa. Gdyby tak było, to (ponieważ w każdem towarzystwie ludzkiem nastaje chwila, kiedy święty symbol zużywa się i zaciera pod wpływem wolnej myśli, kiedy człowiek wymyka się z rąk księdza, a rozrost filozofii i systemów wgryza się w łono religii) — gdyby tak, powiadamy, było, toby budownictwo nie umiało przedstawić tego nowego stanu ludzkiego umysłu; jego karty miałyby tylko pierwszą stronicę zapisaną, druga pozostałaby nietknięta; jego dzieło byłoby niezupełnem, jego księga — niecałą. Ale nie.

Weźmy naprzykład czasy średniowieczne, w których jaśniej widzimy, bo są bliżej nas. W ciągu pierwszego ichperyodu, podczas gdy teokracya organizuje Europę, a Watykan gromadzi i rozmieszcza wkoło siebie żywioły nowego Rzymu, zlepionego z leżących przed kapitolem gruzów Rzymu Starożytnego ; podczas gdy chrystyanizm idzie grzebać w szczątkach dawnej cywilizacyi, ażeby znów sklecić wszystkie piętra społeczeństwa, i buduje z tych rumowisk nowy świat hierarchiczny, któremu kapłaństwo służy za klucz sklepienia, słyszysz zarazem w tym chaosie najprzód szmer jakiejś siły, torującej sobie drogę, później zaczynasz spostrzegać coraz wyraźniej, pod tchnieniem chrystyanizmu, pod ręką barbarzyńców, wychylające się z pośród zwalisk umarłych budownictw Grecyi i Rzymu, tajemnicze budownictwo romańskie, siostrę teokratycznego mularstwa Egiptu i Indyj, niespożyty emblemat czystego katolicyzmu, niezatarty hieroglif papiezkiej jedności. Całkowita ówczesna myśl odbija się w tym ponurym stylu romańskim. Wszędzie tam daje się czuć władza, jedność, tajemniczość, samodzielność Grzegorza VII; wszędzie ksiądz, nigdzie człowieka; wszędzie kasta, nigdzie ludu. Niebawem nadchodzą wojny krzyżowe. Wielki to ruch ludowy; wszelki zaś wielki ruch ludowy, jakakolwiek byłaby jego przyczyna i cel, wydobywa zawsze z ostatniego swego osadu ducha swobody. Nowe prądy wydzierają się na światło dzienne. Oto otwiera się burzliwy okres rzezi chłopskich, młócek taboryckich i religijnych sprzysiężeń. Władza się chwieje, jedność się rozpada.

Feudalizm wyzywa teokracyę do podziału, zanim nadejdzie lud, który niechybnie, jak zawsze, udział lwi dla siebie zabierze: quia nominor leo. Rycerstwo wykluwa się z pod kapłaństwa, gminy z pod rycerstwa. Postać Europy zmienia się. Otoż, w ślad za tem, charakter budownictwa także się zmienia. Jak cywilizacya, tak też i budownictwo przewróciło kartę, i nowy duch czasu znajduje je gotowem do pisania wedle wskazówek nowych. Z wojen krzyżowych wróciło ono z ostrołuczem, podobnie jak ludy wróciły z wolnością. Wtedy, powolnemu rozkładowi Rzymu towarzyszy upadek architektury romańskiej. Hieroglif porzuca katedrę i idzie zamki zdobić herbami, dla dodania uroku feudalizmowi. Sama nawet katedra, gmach niegdyś tak dogmatyczny, teraz zalany przez mieszczaństwo, gminę i wolność, wydziera się z rąk księdza i oddaje się artyście. Artysta buduje ją według swej woli. Bywaj mi zdrowa, tajemnico! żegnam was, myty i prawa I Nastaje panowanie fantazyi i swobody. Byleby tylko ksiądz miał swoją bazylikę i swej ołtarz, niczego więcej nie może żądać. Cztery ściany sa w mocy artysty. Księga budownicza przestaje należeć do kapłaństwa, do religii, do Rzymu; staje się własnością wyobraźni, poezyi, ludu. Ztąd szybkie i niezliczone przeobrażenia tego budownictwa, liczącego zaledwo trzy wieki, przeobrażenia zdumiewające po strupieszałej nieruchomości budownictwa romańskiego, które liczy sześć czy siedm wieków. Sztuka tymczasem postępuje naprzód krokiem olbrzyma. Geniusz i samodzielność ludu pełnią dawne zadanie biskupów, każde plemię kreśli w przechodzie swej wiersz na tej księdze, wyskrobując dawne hieroglify z fasad katedr, tak że wkrótce niepodobna prawie będzie dostrzedz śladów dogmatu pod nowym symbolem, który się na nich rozpościera. Ludowe draperyę domyślać się zaledwie pozwalają istnienia zarysów religijnych. Trudno przedstawić sobie ówczesną samowolę budowniczych względem samego nawet Kościoła. Tu spostrzegasz kapitele utkane z mnichów i mniszek w pobożne pary poukładanych, jak np. w kominowej sali paryzkiego pałacu Sprawiedliwości; tam przygoda Noego wyrzeźbiona została dosłownie, jak pod wielkim portykiem katedry Bourges; gdzie indziej masz pucołowatego mnicha o oślich uszach, z puharem w ręku, śmiejącego się do rozpuku w obecności całego zakonu, jak na umywalni opactwa Bocherville. W tej epoce myśl pisana kamiennemi zgłoskami posiada przywilej, podobny do wolności prassy naszych czasów. Jest-to wolność budownictwa.

Ta wolność wiele sobie pozwala. Czasami portyk, fasada, nawet cały kościół wyobraża jakiś symbol, nie mający nic wspólnego z religią, lub wrogi Kościołowi. Już w XIII wieku Wilhelm paryzki, Mikołaj Flamel, napisali niejedne taką kartę buntowniczą. Cały Św. Jakóbu-Rzeźni był kościołem oppozycyjnym.

Ówczesna myśl tylko w taki sposób mogła być wolną; to też i wyrażano ją od a do z jedynie w książkach owych, zwanych gmachami. Inaczej pod postacią np. rękopisu, gdyby nierozważnie tę formę była przybrała, zostałaby spaloną na publicznym placu, ręką kata. Myśl, jako portyk kościelny, patrzyłaby była na tracenie myśli jako książki. To było powodem, że mając tylko jedne mularską drogę do wydobycia się na światło dzienne, rzuciła się na nią zewsząd. Ztąd nieobjęta ilość katedr pokrywających Europę, ilość tak bajeczna, że trudnoby jej wierzyć, nawet po sprawdzeniu. Wszystkie siły umysłowe społeczeństwa dążyły ku jednemu punktowi: ku budownictwu. W taki sposób, pod pozorem budowania przybytków Pańskich, sztuka rozwijała się na rozmiary przepyszne.

Rzecz prosta, że ktokolwiek wówczas przychodził na świat poetą, stawał się budowniczym. Rozproszony w massach geniusz, gnieciony ze wszech stron pod feudalizmem, jak pod skorupą ze spiżowych puklerzy, znajdując jedyne wyjście w budownictwie, wytryskał przez tę sztukę, a Iliady jego przybierały kształty katedr. Wszystkie inne sztuki oddawały się pod rozkazy budownictwa. Były robotnikami wielkiego dzieła. Budowniczy, poeta, mistrz, skupiał w sobie: rzeźbę, która mu rzeźbiła jego fasady, malarstwo, które mu barwiło okna, muzykę, która wprawiała w ruch jego dzwon i dęła w jego organy. Nawet właściwa poezya, ta biedna poezya, która uporczywie wegetowała w rękopismach, ujrzała się zmuszoną, chcąc być czemkolwiek, dać się ująć w ramy gmachu pod postacią hymnu lub prozy; była to ta sama rola, jaką grały tragedyę Eschyla w religijnych uroczystościach Grecyi, Genesis w świątyni Salomona.

Tak więc, aż do Gutenberga, budownictwo było głównem pismem, pismem powszechnem. Średnie wieki zapełniły ostatnią kartę tej granitowej księgi, którą Wschód rozpoczął, a prowadziła dalej starożytność grecka i rzymska. Zresztą, ten fenomen budownictwa ludu następującego po budownictwie kasty, fenomen, który tylko cośmy oglądali w wiekach średnich, powtarza się z całym podobnymże ruchem w umyśle ludzkim w innych wielkich epokach historyi. I tak (zaznaczamy tutaj tylko pobieżnie to prawo, dla rozwinięcia którego trzeba byłoby napisać kilka tomów), na Wschodzie, w kolebce pierwotnych czasów, po budownictwie hinduskiem następuje budownictwo fenicyańskie, ta bogata matka budownictwa arabskiego; w starożytności, po budownictwie egipskiem, którego styl etruski i cyklopskie pomniki są tylko przetworami, idzie budownictwo greckie, którego styl rzymski jest tylko przeciążonym ciągiem dalszym kartagińskiej kopuły; w czasach nowożytnych, po budownictwie romańskiem mamy budownictwo gotyckie. Rozdzielając na dwoje te trzy szeregi, znajdziemy w trzech starszych siostrach, w architekturze hinduskiej, w architekturze egipskiej, w architekturze romańskiej ten sam symbol, to jest: teokracyę, kastę, jedność, dogmat, myt, Boga: a w trzech siostrach młodszych: w architekturze fenicyańskiej, w architekturze greckiej, w architekturze gotyckiej, bez względu na rozmaitość form właściwych ich naturze, jedno i to samo również znaczenie, to jest: wolność, lud, człowieka.

Jakąkolwiek władza duchowna przybiera nazwę, bramina, maga, czy papieża, w mularstwie hinduskiem, egipskiem lub romańskiem czujesz zawsze kapłana, tylko kapłana. Inaczej rzecz się ma w budownictwach ludowych. Są one bogatsze a mniej święte. W fenicyańskiem czujesz kupca; w greckiem republikanina; w gotyckiem mieszczanina.

Głównemi cechami każdego budownictwa teokratycznego są: nieodmienność, wstręt do postępu, zachowywanie tradycyonalnych linij, uświęcanie pierwotnych wzorów, zastosowywanie wszystkich kształtów człowieka i natury do niepojętych wymagań symbolu. Księgi to ciemne, czytelne tylko dla wtajemniczonych. Jednakże wszelka forma, wszelka potworność nawet, ma tutaj znaczenie, które ją czyni nietykalną. Napróżnoby wymagano od budownictw hinduskich, egipskich i romańskich jakichkolwiek ulepszeń rysunku lub posążnictwa; wszelkie ulepszenie jest dla nich bezbożnością. W tych architekturach sztywność dogmatu zdaje się podwajać skamieniałość użytych materyałów. Wręcz przeciwne cechy spostrzegamy w pomnikach ludowych, a temi są: rozmaitość, postęp, oryginalność, bogactwo, ruch wieczny. Mularstwo gminne na tyle się już wyzwoliło z więzów religii, że może dbać o swe piękno, pielęgnować je, naprawiać strój swój z posągów i arabesków. Zgadzają się te budownictwa z duchem swego czasu. Cóś ludzkiego łączą z symbolem boskim, pod wpływem którego wciąż jeszcze oddychają. Ztąd gmachy zrozumiałe dla każdej duszy, dla każdego umysłu, dla każdej wyobraźni, symboliczno jeszcze, ale tak łatwo dające się pojąć, jak natura. Między budownictwem teokratycznem a tem drugiem jest takaż sama różnica, jaka istnieje między językiem kościelnym a językiem pospolitym, między hieroglifem a sztuką; między Salomonem a Pidyaszem.

Streszczając, cośmy dotychczas wykazali bardzo pobieżnie, z pominięciem tysiącznych dowodów i tysiącznych szczegółowych uwag, przychodzimy do następującego wypadku: że budownictwo aż do XV wieku było główną kroniką ludzkości; że w tym przeciągu czasu nie było ani jednej myśli mniej więcej złożonej, którąby się nie stała gmachem; że każda myśl ludowa, jak każde prawo religijne, miała swoje pomniki; że nareszcie rodzaj ludzki wszelką swoją myśl, mającą pewne znaczenie, kreślił na kamieniu. Dlaczego? bo wszelka myśl, bądź religijna, bądź filozoficzna, zasługuje na uwiecznienie; bo myśl, która poruszyła jedno pokolenie, chce poruszyć inne także i ślad po sobie zostawić. Jakżeż-bo niepewną jest nieśmiertelność rękopismu! A jak mocną i trwałą księgą gmach! Dla zniszczenia słowa pisanego dość pochodni i ladajakiego Turka. Dla zatarcia słowa budowanego, potrzeba rewolucyi społecznej, rewolucyi ziemi.

Nad Kolizeum przeszła nawałnica barbarzyńców; po nad piramidami potop może przeszedł.

W XV wieku wszystko się zmienia.

Myśl ludzka znajduje sposób uwiecznienia się nie tylko trwalszy od budownictwa, ale jeszcze prostszy i łatwiejszy. Budownictwo traci berło. Kamienne litery Orfeusza ustępują miejsca literom ołowianego Gutenberga.

Książka ma zabić gmach.

"Wynalazek druku jest największem zdarzeniem historycznem. Jestto rewolucya matka. Sposób wyrażania się ludzkości zupełnie się odnawia; myśl człowiecza porzuca dawny kształt i przybiera nowy; zmienia się całkowicie i ostatecznie skóra symbolicznego tego węża, który od czasu Adama przedstawia rozum.

W kształtach druku, myśl mniej niż kiedykolwiek podlega zniszczeniu. Jest lotną, nieułowioną, nigdy nie ginącą. Wznosi się i miesza z powietrzem. Za czasów budownictwa była niejaką górą panującą potężnie nad jednym pewnym wiekiem, nad jedną miejscowością. Dziś zamienia się w stado ptasząt, rozlatuje się na cztery wiatry i zajmuje jednocześnie wszystkie punkta powietrza i przestrzeni.

Powtarzamy, któż nie przyzna, że w tym kształcie jest ona bez porównania trwalszą? Zamiast mocy ma życie; zamiast trwałości ma nieśmiertelność. Massę można obalić; jakże wykorzenić wszechobecność? Nastanie potop, góra zniknie pod falami; lecz ptaki będą jeszcze latały, i niech tylko jedna arka pływa na powierzchni wody, a na niej usiądą, z nią się wyratują, z nią będą patrzały na opadanie wód, a nowy świat, który wyjdzie z tego chaosu, przebudzając się ujrzy bujającą nad sobą skrzydlatą i pełną życia myśl świata pochłoniętego.

A gdy zwrócimy uwagę na to, że ten sposób wyrażania idei jest najbardziej zachowawczym, lecz także najprostszym, najwygodniejszym, najpraktyczniejszym ze wszystkich innych; że nie wymaga wielkiej ilości sprzętów i nie porusza żadnych ciężkich narzędzi; zwłaszcza zaś gdy myśl zmuszoną, dla objawienia się w gmachu wprowadzać w ruch cztery lub pięć innych sztuk, beczki złota, całą górę kamieni, cały las budulcu, cały naród robotników — gdy myśl tę, powiadam, porównamy z myślą, która staje się książką i dla której wystarcza trochę papieru, trochę atramentu i pióro, dziwić się wcale nie będziemy, że duch ludzki porzucił budownictwo dla druku. Przetnijmy pierwotne koryto rzeki kanałem wykopanym pod jej poziomem, a rzeka opuści swoje łożysko.

To też architektura, od chwili wynalazku druku, powoli umyka i ubożeje. Czujesz, że woda opada, że sok życiowy wycieka, że myśl czasów i narodów ją opuszcza! W XV wieku wycieńczenie jest prawie niedostrzeżonem, prassa zbyt jeszcze słaba, ssie zaledwo z potężnego budownictwa nadmiar życia. Lecz w XVI wieku choroba objawia się w sposób widzialny; budownictwo już nie wyraża dokładnie społeczeństwa; przeistacza się nędznie w sztukę klassyczną, z galskiej, z europejskiej, z krajowej, staje się grecką i rzymską, z prawdziwej i nowożytnej, pseudo-starożytną. Ten to upadek mienią Odrodzeniem.

Upadek to wszakże wspaniały; stary bowiem geniusz gotycki, słońce owo zachodzące za olbrzymiemi prassami Moguncyi, przeplata jeszcze czas jakiś ostatniemi swemi promieńmi całe to bezładne nagromadzenie łacińskich arkad i korynckich kolumnad.

Ten to właśnie zachód słońca bierzemy za jutrzenkę.

Z tem wszystkiem, od chwili kiedy budownictwo staje się sztuką pospolitą, od chwili kiedy przestaje być sztuką zupełną, sztuką najwyższą, sztuką tyranem, traci siłę krępowania sztuk innych. Więc się te wyzwalają, druzgocą jarzmo budowniczego i każda idzie w swoją stronę. Każda z nich zyskuje na tym rozwodzie. Samotność wszystko podnosi. Snycerstwo staje się posążnictwem, ikonoklectwo malarstwem, śpiew kantyczkowy muzyką. Masz tu, rzekłbyś, cesarstwo, które się rozpada po śmierci swego Aleksandra, i którego każda prowincya ogłasza się królestwem.

Ztąd Rafael, Michał-Anioł, Jan Goujon, Palestrina, te blaski olśniewającego wieku XVI.

Jednocześnie ze sztukami, myśl także się wszędzie wyzwala. Już herezyarchowie średnich wieków poczynili szerokie wyłomy w katolicyzmie. Szesnaste stulecie łamie jedność religijną. Przed drukiem reforma byłaby tylko odszczepieństwem, druk uczynił ją rewolucya.

Bez prassy herezya nie ma siły. Przypiszmy to fatalizmowi lub Opatrzności, w każdym razie Gutenberg jest zwiastunem Lutra.

Tymczasem po zupełnem zajściu średniowiecznego słońca, gdy geniusz gotycki na zawsze zgasł na widnokręgu sztuki, architektura przyćmiewa się, blednieje, zaciera się coraz bardziej. Drukowana książka, ten robak toczyciel gmachu, wysysa ją i pożera. Budownictwo wyzuwa się ze swego bogactwa, więdnie, chudnie widocznie. Staje się lichem, ubogiem, błahem. Nic już nie wyraża, wspomnienia nawet sztuki dawmej dostrzedz w niem nie można. Zostawione samo sobie, opuszczone przez wszystkie inne sztuki, w braku artystów przyzywa robotników. Prosta płyta szklanna zastępuje miejsce różnokolorowego okna. Kamieniarz następuje po rzeźbiarzu. Znika jedność, oryginalność, życie, intelligencya. Architektura podobna do wędrownego czeladnika, szuka i kopiuje cudze tylko wzory. W głowie Michała-Anioła, który od XVI wieku przeczuwał zapewne śmierć budownictwa, zabłyska ostatnia myśl, myśl rozpaczliwa. Tytan ten sztuki wspiął Panteon na Partenon i stworzył kościół Św. Piotra w Rzymie. Wielkie dzieło, które zasługiwało na pozostanie jedynem, ostatni wytrysk samodzielności budownictwa, podpis artysty-olbrzyma, położony na końcu zamykającej się kolosalnej księgi kamiennej. Po śmierci Michała-Anioła cóż czyni to nędzne budownictwo, które przeżyło samo siebie w stanie widma i cienia? Oto bierze kościół Św. Piotra i naśladuje, parodyuje go. Istna mania, godna litości. Każdy wiek ma swej kościół Sw. Piotra; w XVII stuleciu Val-de-Grące, w XVIII kościół Św. Genowefy. Każdy kraj posiada swej kościół Św. Piotra. Londyn posiada swej. Petersburg posiada swej. Paryż ma ich aż dwa czy trzy. Testament to bez znaczenia, ostatnie zabełkotanie wielkiej sztuki zgrzybiałej, która przed śmiercią wpada w dzieciństwo.

Jeżeli, z charakterystycznych pomników, jak te o których tylko cośmy mówili, przeniesiemy wzrok na ogólną postać budownictwa w okresie od XVI do XVIII wieku, zauważymy takież same objawy upadku i suchot. Począwszy od Franciszka II, architektoniczny kształt gmachu zaciera się coraz bardziej i odsłania kształt geometryczny, podobny do szkieletu wychudłego chorego. Piękne linie sztuki ustępują miejsca zimnym i surowym liniom geometryi. Gmach przestaje być gmachem, jest to wielościan. Jednak budownictwo biedzi się nad ukryciem tej nagości. Fronton grecki ściele się na frontonie rzymskim i nawzajem Panteon w Partenonie, to jest kościół Św. Piotra i nic po za tem.

Patrzmy: oto cegielne domy Henryka IV z kamiennemi węgłami przy placach Królewskim i Delfina; oto kościoły Ludwika XIII, ciężkie, przysadkowate, pochyłe, skulone, przytłoczone kopułą jakby garbem; oto budownictwo mazarińskie, złe pasticcio włoskie Czterech-Narodów; oto pałac Ludwika XIV, długie koszary dla dworaków, sztywne, chłodne, nudne; oto nareszcie Ludwik XV z cykoryą i makaronem, ze wszystkiemi brodawkami i narościami, które szpecą to stare trzęsące się budownictwo, jeszcze zalotne, choć już zmurszałe. Od Franciszka II do Ludwika XV choroba wzmagała się według geometrycznego postępu. Sztuce zostały tylko skóra i kości. Umiera nędznie.

Zobaczmy teraz co się dzieje z drukiem. Całe to życie, uciekające z budownictwa, weń wchodzi. W miarę chylenia się ku upadkowi budownictwa, druk wielmoży się i wzrasta. Kapitał sił, który myśl ludzka wydawała wprzód na gmachy, opłaca teraz książki. Od XVI właśnie wieku, prassa rośnie obok walącego się budownictwa, z niem walczy i je zabija. W XVII stuleciu jest ona już na tyle wszechwładną, na tyle tryumfującą, na tyle silną w swem zwycięztwie, że może wyprawić światu ucztę wielkiego stulecia literackiego. W wieku XVIII, po długim spoczynku na dworze Ludwika XIV, chwyta znów starą szpadę Lutra, i w zbroi Woltera śpieszy z zapałem atakować tę starożytną Europę, której architektoniczny wyraz już zabiła. W chwili kiedy wiek XVIII dobiega swego kresu, prassa kończy dzieło niszczenia. W wieku XIX zaczyna budować.

Otoż, zapytajmy obecnie, która z tych dwóch sztuk rzeczywiście przedstawia od trzech wieków myśl ludzką? która ją tłómaczy? która wyraża nietylko jej popędy literackie i scholastyczne, ale również jej niezmierny, głęboki, ruch powszechny? która równoległą siejbą pojęć i wyobrażeń towarzyszy bez przerw i ustanku rodzajowi ludzkiemu, potworowi temu o tysiącznych nogach, w pochodzie jego czynów? Budownictwo czy druk?

Druk. I rzeczywiście, niech to nikogo już nie łudzi: budownictwo umarło, umarło bez zmartwychwstania, zabite przez książkę drukowaną, zabite dlatego, że krócej trwa, zabite dlatego, że więcej kosztuje. Każda katedra jest miliardem. Wyobraźmyż teraz sobie, jakiegoby to nakładu potrzeba było, aby napisać dziś nową księgę budowniczą; aby znów pokryć ziemię tysiącami gmachów, aby wrócić do tych epok, w których ilość pomników była taką, podług słów naocznego świadka, że, „rzekłbyś, iż świat strząsł z siebie stare swe łachmany, ażeby przywdziać białą szatę kościołów.” Erat enim ut si mundus, ipse excntiendo semet, rejecta vetustate, candidam ecclesiarum vestem indueret. (Glaber Radulphus)

Książka tak mało wymaga czasu, tak mało kosztuje, a tak daleko zajść może! Jakże się dziwić, że myśl ludzka spływa po tej pochyłości? To nie znaczy, by budownictwo tu i owdzie nie zdobyło się jeszcze dziś na piękny pomnik, na arcydzieło pojedyncze. Dlaczegożbyśmy nie mieli posiadać jeszcze od czasu do czasu, pod panowaniem druku, jakiejś kolumny?, zrobionej, przypuszczam, przez całą armię, a ulanej z dział? przecież pod panowaniem architektury były Iliady i romancerosy, Mahabaraty i Nibelungi, stworzone przez cały naród z nagromadzonych i zlanych rapsodów. Genialny budowniczy przypadkiem nadzwyczajnym zjawić się będzie mógł i w XX wieku, jak Dante zjawił się w XIII. Ale budownictwo nigdy już nie zostanie sztuką społeczną, sztuką zbiorową, sztuką panującą. Wielki poemat, wielki gmach, wielkie dzieło ludzkości nie będzie się już odtąd budowało; drukować się ono będzie.

I w ogóle, jeżeli się budownictwo i podniesie w przyszłości, to bez wszechwładztwa. Pójdzie ono pod prawa literatury, która przedtem jego rozkazów słuchała. Stanowiska dwóch sztuk odwrócą się. Kto był wodzem, zostanie szeregowcem. Pewnem to, że w epoce budownictwa poemata, rzadkie wprawdzie, podobne były do pomników. W Indyi Wjaza, zawikłany, dziwny, niepojęty, prawdziwą jest pagodą. Na Wschodzie egipskim poezya ma, jak i gmachy, wielkość i spokej linij; w starożytnej Grecyi, piękno, pogodę, ciszę; w chrześciańskiej Europie, majestatyczność katolicką, prostotę ludową rokwitość i krasę epok odświeżających się. Biblia podobną jest do piramid, Iliada do Partenonu, Homer do Fidyasza. Dante w XIII wieku, to ostatni kościół romański; Szekspir w XVI, to ostatnia katedra gotycka.

Tak więc — że tu streścimy, cośmy dotychczas w krótkości wypowiedzieli — tak więc rodzaj ludzki posiada dwie księgi, dwa życiorysy, dwa testamenta: budownictwo i druk, Biblię kamienną i Biblię papierową. Bez wątpienia, patrząc na te dwie Biblie, tak szeroko rozwarte przez wieki, wolno żałować widzialnego majestatu pisma granitowego, tych olbrzymich alfabetów, złożonych z kolumnad, z obelisków, z wież, z baszt, z kopuł, tych niejako gór ludzkich, pokrywających świat i przeszłość, od piramidy aż do dzwonnicy, od Cheopsa aż do Strasburga. Trzeba odczytywać przeszłość na tych marmurowych stronicach; trzeba podziwiać tę księgę przez budownictwo spisaną i ciągle przewracać jej karty; lecz nie należy odmawiać wielkości gmachowi, który z kolei druk wznosi.

Gmach to olbrzymi, zaiste. Nie pamiętam już, który statysta obliczył, że kładąc jeden na drugi wszystkie tomy, wydane przez prassę od czasu Gutenberga, możnaby zapełnić przestrzeń dzielącą ziemię od księżyca; nie o tego to jednak rodzaju wielkości chcielibyśmy tu mówić. Chociaż, gdy w myśli szukamy ogólnego obrazu wszystkich nagromadzonych aż do dni naszych płodów druku, czyliż nie przedstawia się nam całość ta w kształcie ogromnego budynku, któremu świat cały podstawą, nad którym ludzkość nieustannie pracuje, a którego głowa potworna kryje się w głębokich mgłach przyszłości? Jest-to mrowisko duchów; ul, dokąd wszystkie wyobraźnie, te pszczoły złocone, nektar swej znoszą; gmach o tysiącznych piętrach. Tu i owdzie dają się widzieć otwory ciemnych jaskiń nauki, krzyżujące się w jego wnętrzach. Po szczytach i poboczach sztuka rozsypała swe arabeski, różyczkowe tarcze i koronki. Wszelkie dzieło pojedyncze, na pozór nieraz dziwaczne i odosobnione, ma tu swe miejsce i swe wytyczne znaczenie. Harmonia wynika z całości. Od katedry Szekspira aż do meczetu Byrona, tysiące wieżyczek wieńczą w malowniczym nieładzie tę metropolię myśli powszechnej. U jej podstawy wpisano kilka starożytnych tytułów ludzkości, które budownictwo pominęło. Na lewo od wejścia umieszczono starą płaskorzeźbę z białego marmuru Homera; na prawo Biblia wielojęzykowa podnosi swych siedm głów. Dalej jeży się hydra romancerosów, i kilku innych niedokształtów twórczości ludzkiej, Weda i Nibelungi. Zkądinąd cudowny gmach pozostaje wciąż niewykończonym. Prassa, machina ta olbrzymia, bez przerwy pochłaniająca wszech-umysłową treść społecznego żywota, nie przestaje wytwarzać jednocześnie nowych materyałów dla swego dzieła. Cały rodzaj ludzki zalega budownicze rusztowania i zastawy. Każdy tu umysł mularzem. Najuboższy na duchu cegiełkę swą kładzie i luki chudoby swej wypełnia. Retif-de-la-Bretonne przynosi swej kosz złoraków gipsowych. Dnia nie ma bez nowych zakładzin. Niezależnie od osobistej i samodzielnej wkładki każdego pisarza, bywają także wkładki zbiorowe. Wiek XVIII daje Encyklopedyę, rewolucya daje Monitora. Zaiste, gmach to również rzeczywisty, gromadnie a niebotycznie narastający nieobjętemi kolistemi splotami i wylotami w górę; mamy tu również pomięszanie języków, czynność nieustanną, pracę niezmordowaną, zażarty współudział sił ludzkości całej, obiecaną arkę ducha przeciwko nowemu potopowi, przeciwko nowym zalewom barbarzyństwa. Jest-to druga wieża Babel człowieczeństwa.





KSIĘGA SZÓSTA.

ND-de-Paris-L6-Ch1

I. Bezstronny rzut oka na dawne sądownictwo

Szczęśliwy to był człowiek, w roku Pańskim 1482, ten wielmożnie urodzony Robert d'Estouteville, rycerz, pan na Beyne, baron d'Ivry i St. Andry-en-Marche, radca i dworzanin królewski, namiestnik wicehrabskiej kasztelanii paryzkiej. Oto już bez mała lat siedemnaście, bo od 7 listopada 1465, od roku komety[15], dzierżył on z rąk królewskich piękną tę godność Kasztelana paryzkiego, będącą w przekonaniu powszechnem raczej księztwem udzielnem niźli urzędem: Dignitas — powiada Jan Loemnoeus — quae cum non exigua potestate politiam concernente, atquae praerogativis multis et juribus conjuncta est.

Dygnitarz z rodu szlacheckiego, którego listy installacyjne, łaską królewską nietykalnie zachowane, sięgałyby epoki małżeństwa naturalnej córki Ludwika XI z jego miłością nieprawym synem Burbonów, rzecz to zaprawdę cudowna w r. SZ. Tegoż samego dnia, w którym Eobert d'Estouteville obejmował po mistrzu Jakóbie-de-Villiers posadę kasztelana paryzkiego, mistrz Jehan Dauvet zajął miejsce Imci Helego de Thorrettes na urzędzie pierwszego marszałka Izby trybunalskiej, Jehan Jouvenel des Ursins wysadzał Piotra de Morvillier z dostojności kanclerza Francyi. Regnault des Dornums uwalniał Piotra Puy od ciężarów referendarza zwyczajnych spraw dworu królewskiego. Owóż, przez czyjeż to już ręce nie przerakło marszałkowstwo, kanclerstwo lub referendarstwo, od kiedy Robert d'Estouteville posiadł kasztelanię paryzką! Dostała mu się ona „ku stróżowaniu starościńskiemu", jak się wyrażały listy wierzytelne; i zaiste dzielnie ją pan kasztelan stróżował. Uczepił się jej rękami i nogami, wcielił się w nią, zlał się z nią do tego stopnia, że cało umknął przed gorączkową namiętnością zmian, na którą cierpiał Ludwik XI, król podejrzliwy, skąpy, czynny i wciąż przemyśliwający, jakby za pomocą ciągłych rozdawnictw i odwołań, utrzymać sprężystość swej władzy. Nie dość. Mężny nasz rycerz dla własnego syna otrzymać potrafił pośmiertny przekaz swojego obowiązku, tak, że już od lat dwóch imię wielmożnego Jakóba d'Estouteville, koniuszego, czerniło się obok imienia ojcowskiego na czele służbowego regestru kasztelanii paryzkiej. Prawda też, że Robert d'Estouteville dobrym był wojakiem, że wiernie chorągiew swą podjął przeciwko lidze dobra publicznego, i że w dniu wjazdu królowej do Paryża w r. 14..., ofiarował Najjaśniejszej Pani cudnego jelenia z powideł.

Przytem zostawał w najlepszej przyjaźni z Trystanem Pustelnikiem, marszałkiem nadwornym króla Jegomości. Rozkoszne to więc i słodyczy pełne było życie tego jaśnie wielmożnego pana Roberta. Najprzód, płaca doskonała, przy której jako zbytkowne grona, wychylające się po za winnicę, wisiały kancelaryjne dochody z cywilnych i kryminalnych procedur kasztelanii; okrom tego cywilne i kryminalne dochody z posłuchalnych izb Podwala wielko-zamkowego, nie licząc już drobniejszych myt z mostów Mantes i Corbeil, oraz kopytkowych zysków z paryzkich targowic zboża i nierogacizny, z pomiarników i pomiernic drzewa i soli. Dodajmy do tego przyjemność paradnych przejażdżek po mieście i możność uwydatnienia na tle szat ławniczych, przez pół czerwonych a przez pół dębnikowych, ślicznego swego ubioru wojskowego, którego rzeźbę podziśdzień podziwiać możemy na jego grobie, w opactwie Valmont w Normandyi, a jego hełm pogięty w Montlhery. Nadto, za nic-że liczyć mamy władzę wszelaką, posiadaną przez pana paryzkiego nad woźnemi dwunastki trybunalskiej, nad odźwiernym i dozorcą Wielkiego-Zamku, nad dwoma audytorami Kasztelu, auditores Castelleti, nad czterema przysięgłemi strażnikami wice-hrabstwa, szesnastoma wydziałowymi tyluż obwodów miejskich, jednym wielkim turemnikiem Kasztelu, stoma dwudziestoma łucznikami chorągwi kasztelańskiej, stoma dwudziestoma pachołkami pieszej starościńskiej straży, nad dowodzcą czat rycerskich, wraz z jego przyboczną wartą nocną, wartą jego obchodową, objezdną, przednią, tylną, jego wartą zapasową, drugo- i trzecio-hasłową? Mamyż liczyć za nic przywilej wymiaru sprawiedliwości, wielkiej i małej, przywilej skazywania na gardło i grzywny, prawo wieszania, ćwiertowania i darcia kołem, że już pominiemy drobiazgowe sądownictwo pierwszopowodowe (in prima instantia, jak się wyrażają nadania ówczesne), i to nad całem tem wicehrabstwem paryzkiem, tak znakomicie uposażonem siedmioma starostwami rycerskiemi? Możnaż sobie wyobrazić zajęcie powabniejsze od tego, jakiem się każdodziennie rozkoszował J. W. Eobert d'Estouteville, gdy zasiadłszy pod szerokiemi i zduszonemi łukami sklepienia Filipa Augusta w Wielkim-Kasztelu, wydawał wszem w obec i każdemu z osobna wyroki i sądy? lub gdy po skończonych już sprawach, wracał sobie wieczorem na odpoczynek do czarującego swojego pałacyku, położonego przy ulicy Galileusza, w zakolu dworców królewskich, a spadłego nań w posagu żony Ambrozyi de Lore? Zadowolenie wtedy tem większe było, im większą liczbę hultajstwa odprawił był przed chwilą pan kasztelan na noc do „maluczkiego onego mieszkanka podle ulicy Złupiskórnej, w którem starostowie i ławnicy sławetnego Paryża kunice swoje założyli; a która to rzeczona izdebka trzymała jedenaście stóp długości, siedem stóp i cztery cale szerokości, zasię jedenaście stóp wysokości”[16].

I nie dość, że J. W. Robert d'Estouteville posiadał osobną juryzdykcyę kasztelaństwa i wice-hrabstwa paryzkiego; miał on jeszcze współudział, oko i kęs w wielkiem sądownictwie króla. Nie było głowy za wiele wyniosłej, którejby jego nie dosięgły ręce, pierwej nim się jej dotknęły ręce oprawcy. On to wysłany był do Bastylii Św. Antoniego, by z niej wyprowadził księcia Nemourskiego na szafot Targowic głównych; on to wyprowadzał z niej na Plac Grevski J. W. Saint-Pol, który się ciskał i krzyczał ku wielkiej radości J. W. kasztelana, który od dawien dawnych nienawidził J. W. hetmana.

Wszystkiego tego, przyznajmy, było aż nadto, aby człeka uczynić szczęśliwym a sławnym, i zapewnić mu kiedyś znakomitą kartę w zajmującej onej historyi kasztelanów paryzkich, z której się uczymy takich oto naprzykład ciekawych szczegółów, jak, że Oudar z Villeneuve posiadał dom przy ulicy Rzeźniczej, że Wilhelm z Hangest kupił wielką i małą Sabaudyę, że Wilhelm Thiboust podarował zakonnicom od Św. Genowefy swe domy przy ulicy Clopin, że Hugon Aubriot mieszkał w zamku Porc-Epic, i tym podobnych zdarzeń familijnych.

Z tem wszystkiem, przy tylu powodach brania życia z najmilszej i najspokojniejszej strony, J. W. Eobert d'Estouteville obudził się był w poranek 7 stycznia 1482, w najkwaśniejszem usposobieniu ducha, w najopryskliwszym humorze. Zkądby to pochodziło? samby on nie o tem nie umiał powiedzieć. Czy niebo było trochę za szare? czy klamra starego jego pasa z Montlhery źle była spięta i zanadto po wojskowemu ściskała cielesną powagę jego kasztelańskiej mości? czy ujrzał przez okno urwipołciów przeciągających z podrwiwającemi minami, czterech po czterech, w kurtkach a bez bielizny, w kołpakach bez denek, z sakwami i butelkami u boku? A może to było niejasne przeczucie tych trzystu siedmdziesięciu liwrów, szesnastu soldów, ośmiu denarów, które w rok potem następca Ludwika XI, król Karol VIII odtrąci od dochodów kasztelanii? Czytelnik może zrobić wybór; co do nas bylibyśmy skłonni mniemać najprościej, że dygnitarz dlatego w złem się znajdował usposobieniu, że się w usposobieniu złem znajdował.

Zresztą, było to nazajutrz po uroczystości, dzień nudów dla wszystkich, szczególniej zaś dla potentata powołanego do sprzątania wszelkich owych nieczystości (w przenośnem i aktualnem słowa znaczeniu), które po sobie uroczystość w Paryżu zostawia. Do tego zaś jeszcze przypadało akurat i posiedzenie w Wielkim-Kasztelu. Owóż, rzecz to powszechnie znana, że sędziowie tak zwykle urządzają swoje humory, ażeby się takowe objawiały najpunktualniej w dniach rokowych.

W ten sposób zawsze jest na kogo wylać przynajmniej niezadowolenie i złość swoją, w imię króla, prawa i sprawiedliwości.

Posłuchanie wszakże zaczęło się bez pana paryzkiego. Sprawy odprawiali, wedle zwyczaju, jego zastępcy na wydziale cywilnym, kryminalnym i partykularnym; i już od ósmej godziny z rana kilka tuzinów mieszczan i mieszczek, zebranych w Podwalu zamkowem i spakowanych w ciemnym kątku izby posłuchalnej, między mocnem odgrodzeniem dębowem a ścianą, z uszczęśliwieniem wielkiem przyglądało się pociesznemu i urozmaiconemu widowisku sprawiedliwości cywilnej i kryminalnej, wymierzanej w sposób nieco zgmatwany i całkiem przypadkowy przez mistrza Floryana Barbedienne, audytora Kasztelu, zastępcę J. W. pana paryzkiego.

Izba była mała, nizka, sklepiona. Stół zasłany kobiercem z herbownemi liliami znajdował się w głębi, wraz z wielkiem rzeźbionem krzesłem dębowem, dla kasztelana przeznaczonem, a próżnem, i z prostym stołkiem na lewo dla audytora mistrza Floriana. Poniżej siędział pisarz sądowy i od niechcenia wodził piórem po papierze. Naprzeciw mieścił się gmin; około zaś stołu i przy podwojach, stała służba starościńska w opończach z kamlotu fioletowego w krzyżyki białe. Dwaj woźni posłuchalni - mieszczańskiej, w kontuszach wszechświętnych przez pół szkarłatnych i szafirowych, trzymali się przy nizkich zamkniętych drzwiach, widzialnych w głębi, po tamtej stronie stołu. Jedno jedyne okno ostrołukowe, wazko zaciśnięte w grubym murze, bladym promieniem stycznia oświecało dwie dziwaczne postacie: skrzywionego kamiennego biesa, rzeźbionego u kluczowej cegły sklepienia w kształt haka od lampy, i sędziego siedzącego w głębi izby na herbownych liliach.

I rzeczywiście ten drugi godnie dotrzymał placu pierwszemu, pod pewnym przynajmniej względem. Wyobraźmy-no sobie za stołem kasztelańskim, śród gromad dokumentów procesowych, mistrza Floryana Barbedienne, audytora Zamkowego, w chwili gdy wsparty na łokciach, z nogami na ogonie swej sukni koloru mocno brunatnego, z twarzą oprawną w białe barankowe futerko, z brwiami tej-że samej rzekłbyś maści, czerwonego jak rak, mrugającego oczkami, sapiącego, a jednak z powagą i godnością wielką dźwigającego sadełko swych policzków, które się mu aż pod podbródek schodziły, wyobraźmy go sobie w chwili, gdy się zabiera do sądzenia spraw. Kontrast to, jak widzimy, niezbyt rażący w odniesieniu do rzeźbionej figury u powały. Zachodziła przecież jedna jeszcze okoliczność, zbliżająca hak latarniany do audytora. Mistrz Floryan był głuchy.

Ułomność ta, jak wiadomo, jest wcale lekką na sędziego, jeśli tylko nawet nie jest zaletą. Wszystko bowiem, czego się po nim żąda, sprowadza się do tego, by miał pozór i postawę słuchającego; warunkowi zaś temu, jedynemu zasadniczemu przy dobrze pojętej sprawiedliwości, czcigodny audytor tem lepiej i swobodniej odpowiadał, że żaden hałas nie mógł przerywać jego uwagi. Pewnem zaś w każdym razie jest to, że mistrz Floryan, cokolwiek tam sobie mówiono o jego uszach, wyrokował zawsze najstanowczej i z podziwu godną biegłością.

Zresztą, znajdował się w izbie posłuchalnej nieubłagany kontroler jego dzieł i ruchów w osobie naszego przyjaciela Jehana Frollo du Moulin, wrzaskliwego owego żaka, któregośmy wczoraj w Pałacu poznali, „dowódzcy kawaleryi piechotyńskiej”, jak go jeszcze zwano z powodu, że o każdej porze byłeś pewien spotkać go na wszystkich punktach Paryża, ławkę szkolną wyjąwszy.

— Patrzaj — mówił Wiatrak po cichu do swego koleżki Robka Poussepain, śmiejącego się tuż obok, podczas gdy Janek czynił spostrzeżenia nad widowiskiem roztaczającem się przed ich oczami — patrzaj, toż to Żanetka du Buisson! Córeczka nicponia z Nowego-Rnku! Na mej honor, skazał ją, stary szelma! Nie lepsze snać baryła ma oczy od uszu. Piętnaście soldów i cztery denary paryzkie za to, że dwie pary paciorek miała na sobie. Za ostro. Lex duri carminis. — A ten zacz? Robin rakarz miejski, gospodnik! Że przeszedł egzamin i otrzymał magistraturę w rzeczonym fachu?... Aha, to wpisowe! — Ba, dwaj szlachetnie urodzeni sród tej hołoty! Aiglet de Soins i Hutin de Mailly. Obaj koniuszowie, corpus Christi. Grali w kostki... no, to co innego. Kiedyż kolej na naszego rektora? Sto liwrów paryzkich do skarbu za obrazę króla! Ta czerwona dynia wali na głucho. Niech mię djabli porwą, niech się stanę własnym moim bratem archidyakonem, jeśli mi to przeszkodzi grać, przegrywać i wygrywać; grać we dnie, grać w nocy, żyć grając, grając skonać, grać zawsze i wszędzie aż do ostatniej koszuli i co pod nią! Ależ dziewczyna, Barnabo święty! Jedna za drugą, gołąbki. Ambrozya Lecuyere, Izabelka Paynetta! Bierarda Gironin! Znam wszystkie, co do utka, tak mi Boże dopomóż. Na grzywny! na grzywny ! To was moje panienki nauczy, gdzie macie drugi raz nosić opaski złocone. Dziesięć soldów paryzkich, zalotnice wy jakieś! — O, stara sędziowska morda, głucha i głupia! bydle opasłe! dardanelski osioł! toż dopadł do korytka! żre skargi, źre procesy, żre, żuje, zapycha się, dławi. Grzywny, taksy, zaguby, koszta, płace, pokomorne, zwrotne, gehenny, odwieżne, gardlane, łańcuszkowe, podybne, wszystko to jemu zaledwo plackiem wielkanocnym i święto-jańskim korowajem. Spojrzno co zaparsiuk! — Masz tobie! akurat! jeszcze jedna pani kochani ca! Thibaud-Thibalda?... Dalibóg że ona, ta sama. Za to, że się wymknęła po za ulicę Glatigny! Czy razem z tym oto synalkiem wąsalem? Znam go. Gieffroy Mabonne, żandarm, hałaburdnik pierwszej ręki. Zaklął, łajdak, w imię Ojca... Na grzywny go! na grzywny oboje, Thibaldkę i żandarma! Stary muchomor najniezawodniej pomieszać musiał sprawy! założę się nie wiem o co, że każe dziewce zapłacić za zaklęcie, a Mabonne'owi za miłostki! — Baczność, Robusiu kochany, baczność! Kogóż to teraz wprowadzą? Pachołków jak nasiał! Na Jupitera cała psiarnia tu, jak u Patroszyn. Najgrubsza to pewno zdobycz obławy. Dzik może. — Ach Bobku, tak jest, dalipan, że dzik. — I jaki jeszcze! — Herkulesie święty ! toż to nasz książę wczorajszy, nasz król błaznów, nasz dzwonnik katedralny, nasz jednooki, nasz garbus, nasz skrzywipysk! Quasimodo!

Nie kto inny, w istocie.

Jakoż był to Quasimodo, skrępowany, spętany, skuty, osznurowany od stóp do głowy, i pod silną strażą. Oddział pachołków otaczający go, prowadzon był przez samego dowódzcę czatów w pełnym uniformie, z herbem Francyi na piersi i herbem stolicy na plecach. Zkądinąd, a kalectwo wyjąwszy, nie było nic tak szczególnego w postawie Quasimoda, coby usprawiedliwiało niezwykłą tę wystawę łuków i halabard. Twarz więźnia była smutną, lecz spokojną i nieruchomą. Jego tylko jedno jedyne oko rzucało od czasu do czasu spojrzenie złe i gniewne na obciążające go więzy.

Tymże samym wzrokiem zatoczył on przy wejściu do koła siebie, źrenica atoli jego tak była przygasłą i senną, że kobiety dla śmiechu jeno wytykały go sobie palcami.

Audytor mistrz Floryan przerzucał tymczasem kartki oskarżenia, spisanego przeciw winowajcy, a złożonego na stół sędziowski przez pisarza. Poczem zdawał się czas jakiś namyślać. Dzięki tej ostrożności, którą sędzia nasz śledczy zachowywać zwykł przed każdem zgoła badaniem, znanemi mu były zawczasu imiona, rodzaje zajęć i win oskarżonych. Pozwalało to mu z góry układać zarzuty przewidziane przeciwko przewidzianym odpowiedziom, i wymijać w ten sposób wszystkie krzywizny i zboczenia przesłuchań, bez wielkiej ujmy dla swej głuchoty. Protokół sprawny tem był dla niego, czem pies dla ślepego dziada. A jeśli przypadkiem zdradził czasami swą ułomność jedną lub drugą apostrofą cudacką, lub pytaniem niezrozumiałem; uchodziło to za głęboką mądrość u jednych, za głupotę u drugich.

W obu razach cześć sądownictwa nie tak dużo na tem cierpiała, gdyż z dwojga złego lepiej już jest, gdy sędziego mają za półgłówka, lub za uczonego, niż za głuchego. Mistrz Floryan dokładał tedy wszelkich starań dla ukrycia swej głuchoty przed światem, i tak mu się to dobrze zazwyczaj udawało, że w końcu sam własnemu złudzeniu dał się zwyciężyć. Co zresztą łatwiejszem jest, niźli się wydaje. Każdy garbusek ma głowę wyprostowaną, każdy jąkała peroruje, każdy głuchy mówi z cicha. Co do niego, w najgorszym wypadku mógłby się na to chyba zgodzić, że ucho miał nieco za twarde, odrobinkę nieposłuszne. Było to jedyne ustępstwo, jakie w tym punkcie czynił na rzecz opinii publicznej, w chwilach otwartości zupełnej i szczerego obrachunku sumienia.

Dokładnie tedy przeżuwszy sprawę Quasimoda, mistrz Floryan przechylił głowę w tył i przymknął do połowy powieki, dla tem większego majestatu i bezstronności, tak, że w tej chwili stał się w rzeczy samej głuchym i ślepym zarazem. Podwójny warunek, bez którego nie masz sędziego doskonałego. W tej to wspaniałej postawie rozpoczął badanie obwinionego.

— Imię twe? — spytał.

Owóż zachodził tu właśnie jeden z wypadków nieprzewidzianych w ustawie, wypadek gdzie głuchy głuchego przesłuchuje.

Quasimodo, którego nic nie ostrzegało o wystosowanem do niego pytaniu, nie przestawał patrzeć na sędziego spokojnie i prosto i nie odpowiadał wcale. Sędzia, również głuchy i przez nikogo nie ostrzeżony o milczeniu obwinionego, mniemał, iż ten odrzekł jak należało, i jak czynili zazwyczaj wszyscy w ogóle oskarżeni; ciągnął więc dalej z powagą nadętą a głupią:

— Dobrze. — Ile masz lat?

Quasimodo nie wiele więcej odpowiadał i na to drugie pytanie.

Sędzia uważał je jednak za wyczerpane, i zagadnął z kolei:

— Teraz, czem się zajmujesz?

Zawsze to samo milczenie. W publice zaczynano już wszakże szeptać i poglądać po sobie.

— To wystarcza — jął nieugięty audytor, gdy wedle swych obliczeń obwiniony skończyć był powinien trzecią swą odpowiedź, — Jesteś wobec nas zawezwany i oskarżony: primo o rozruchy nocne: secundo o czyny niegodne na osobie kobiety straconej, in praejudicium meretricis; tertio o rebelię i nierzetelność względem łuczników z ordynansu Jego Miłości króla, Pana naszego. Wytłómacz się co do wszystkich tych punktów.

Zwracając się zaś do pisarza:

— Czy zapisałeś waszmość wszystko, co oskarżony dotąd powiedział?

Na to niefortunne pytanie audytoryum całe, od kratek aż do podwoi, buchnęło śmiechem tak gwałtownym, tak szalonym, tak udzielającym się i powszechnym, że nań w końcu i obaj głusi zwrócić musieli uwagę. Quasimodo się obejrzał, ruszając garbem pogardliwie, podczas gdy mistrz Floryan, niemniej od niego zdziwiony, a przypuszczając że śmiech widzów wywołany został nieskromnym jakim dowcipem oskarżonego, co poniekąd i sam ruch garbu jego zdawał się potwierdzać, gromić jął winowajcę z oburzeniem wielkiem:

— Dałeś mitu, bałwanie, odpowiedź zasługującą na stryczek! Czy wiesz z kim mówisz?

Koncept ten bynajmniej nie był zdolnym powstrzymać wspienionych fal wesołości powszechnej. Wydał się on owszem tak dziwacznie i rogato, że śmiech szalony ogarnął nareszcie i dwóch strażników Posłuchalni-Mieszczańskiej, gatunek pałek frontowych, u których głupota już na uniformie, zda się, wyszytą była. Sam tylko Quasimodo ani źdźbła nie stracił na zwykłej surowości i powadze, z tej doskonałej przyczyny, że nic a nic nie pojmował, co się w około niego działo.

Sędzia, podrażniony do najwyższego stopnia, uważał za potrzebne nie spuszczać z tonu; miał nadzieję, że w ten sposób zdoła zatrwożyć oskarżonego, i grozą oddziałać na publikę, powołując ją do szacunku należnego wysokiemu swemu stanowisku.

— Więc to ma znaczyć — wołał — człeku ty przewrotny i buntowniczy, że sobie pozwalasz uchybień względem audytora Kasztelu, delegata do spraw gminnych magistratu paryzkiego, dygnitarza zajmującego się poszukiwaniem zbrodni, występków i włóczęgostw złych; powierzaniem rzemiosł i ściganiem monopolu; utrzymywaniem bruków; niedopuszczaniem podstępnych oszukaństw przekupniów na jatkach kurzych, ptaszych i zwierzynnych; mierzeniem łuczyw i innych gatunków drzewa; oczyszczaniem miasta z błota, a powietrza z pomorów zaraźliwych; ustawicznem, jednem słowem, strzeżeniem pospolitego dobra, bez płacy i nadziei na wynagrodzenie! Wiedz, że się nazywam Floryan Barbedienne, własny Namiestnik samego J. W. Kasztelana, a takoż komisarz, asesor, kontroler i egzaminator z władzą jednaką w kasztelanii, starostwie, grodzie i trybunale...

Trudno przewidzieć, z jakiegoby powodu głuchy mówiący do głuchego miał się zatrzymać. Bóg sam tedy wie tylko, gdzie i kiedy wylądowałby mistrz Floryan, rozmachany w ten sposób na wszystkich wiosłach elokwencyi, gdyby się naraz nie rozwarły były nizkie podwoje w głębi izby i nie wszedł przez nie sam Kasztelan.

Za jego zjawieniem się mistrz Floryan nie urwał ani na chwilę, lecz uczyniwszy w też pędy pół obrotu na piętach, i w Kasztelana mierząc oracyą, której gromy spadały przed chwilą na Quasimoda:

— Miłościwy Panie! — rzekł — żądam na obecnego tu oskarżonego takiej kary, jaką się spodoba Waszej Miłości naznaczyć, a to za ciężką i rozmyślną obrazę sprawiedliwości.

I usiadł cały zdyszany, ocierając wielkie krople potu, spadające mu z czoła, niby łzy duże na leżące przed nim dokumenta. J. W. Robert d'Estouteville ściągnął brwi i skinął na Quasimoda w sposób tak rozkazujący i znaczący, że głuchy i jednooki garbus zrozumiał nareszcie, że tu o coś przecie chodzi.

Surowo doń Kasztelan przemówił.

— Cóżeś to zrobił, łajdaku, żeś się tu dostał?

Biedaczysko, przypuszczając że Kasztelan pyta go o nazwisko przerwał milczenie, w jakiem się zwykle zamykał, i odrzekł głosem chrapliwym i zduszonym:

— Quasimodo.

Odpowiedź tak się mało stosowała do pytania, że huczne śmiechy poczęły znowu obiegać izbę, a Imci Pan Robert zawołał czerwieniejąc od gniewu:

— To i ze mnie szydzisz sobie, huncwocie jakiś?

— Dzwonnik katedry Najświętszej Panny — powiedział na to Quasimodo, mniemając że chodzi o wytłumaczenie sędziom, czem się zajmuje.

— Dzwonnik Najświętszej Panny! — krzyczał Kasztelan, który jakeśmy to zauważyli, od samego już rana w dostatecznie kiepskiem był usposobieniu, i wcale nie potrzebował tak dziwacznych odpowiedzi dla zaostrzenia swej złości.— Dzwonnik Najświętszej Panny! Ja ci na karku każę wyprawić dzwonienie bizunami, na wszystkich placach i rogach ulic Paryża. Słyszysz, szelmo ty ostatnia?

— Jeśli o wiek mej chodzi wielmożnemu panu — rzekł Quasimodo — to sądzę, że na Św. Marcin skończę lat dwadzieścia.

Tego już było zanadto; Kasztelan nie mógł wytrzymać.

— A, to ty z władzy kasztelańskiej drwisz, nikczemniku? Poczekajże! Hej, mości panowie pachołkowie rzemienni, zaprowadzić mi tego łotra pod pręgierz grevski. Godzinę całą nabojów i koła! Ja mu pokaże, serce przenajświętsze! Obwieścić mi wyrok obecny, w assystencyi czterech trębaczów przysięgłych w siedmiu starostwach wicehrabstwa paryzkiego.

Pisarz wziął się natychmiast do formułowania sentencyi.

— A święty żywocie Pański! to mi dopiero sąd, co się zowie! — zawołał ze swego kątka żak Jehan Frollo du Moulin.

Kasztelan się odwrócił i po raz drugi przeszył Quasimoda wzrokiem płomienistym.

— Słyszałem, zdaje mi się, że zbrodniarz wyrzekł żywocie Pański! Mości pisarzu, dodaj dwanaście denarów paryzkich, jako grzywnę za zaklęcie, której połowę odesłać do skarbca Św. Eustachego. Szczególniejsze mam do Św. Eustachego nabożeństwo.

W minut kilka wyrok był spisany. Treść jego brzmiała krótko i zwięźle. Obyczajowe prawa kasztelanii i wice-hrabstwa paryzkiego nie były wówczas jeszcze poprzerabiane i pogmatwane przez marszałka Thibaut Baillet i Rogera Barmne, adwokata królewskiego; nie zaciemniała ich gęsta owa puszcza procedur i ceregieli, jaką dwaj prawnicy zasieli tu w początkach wieku XVI. Wszystko w nich było jasne, wyraźne, proste, bez zachodu i kłopotu. Szło się prosto do celu; ani jednego nigdzie kruczka; od pierwszego wejrzenia wszędzie jak na dłoni widziałeś czysto i równo wytknięte ścieżyny, u końca których miałeś pręgierz, szubienicę lub torturę. Nie łudziłeś się przynajmniej po drodze.

Pisarz podał wyrok Kasztelanowi, który przyłożywszy doń pieczęć, wyszedł wraz do dalszych izb posłuchalnych, w nastroju ducha wiele dobrego obiecującym na dzień ten wszystkim paryzkim więzieniom i strażnicom. Jehan Frollo i Robert Poussepain aż usta sobie rękawami zapychali. Quasimodo spozierał dokoła wzrokiem obojętnym a zdziwionym.

W chwili jednakże, gdy mistrz Floryan Barbedienne, odczytawszy z kolei wyrok, zabierał się do podpisania onego, pisarz tknięty litością dla skazanego nieboraka, a sądząc, że dlań wyjedna niejakie zmniejszenie kary, nachylił się jak mógł najbliżej do ucha audytora i powiedział wskazując na Quasimoda:

— Człowiek ten, wielmożny sędzio, głuchym jest.

Liczył, że wspólnictwo to w ułomności obudzi uwagę i łaskę mistrza Floryana dla skazanego. Ale najprzód, jakeśmy o tem nadmienili, mistrz Floryan bardzo mało dbał oto, by się spostrzegano na jego głuchocie. Powtóre zaś, słuch tak rzeczywiście miał tępy, że ani jednego wyrazu z odezwania się pisarza nie schwycił. Chciał pomimo to pokazać, że doskonale posłyszał zrobioną uwagę i odrzekł:

— Czy tak? to co innego; nie wiedziałem o tem. W takim razie dorzuć waszmość drugą jeszcze godzinkę u pręgierza!

I podpisał wyrok w ten sposób ulżony.

— O to to to! — powiedział Robek Poussepain, który od wczorajszej przygody nie przestał ostrzyć zębów na Quasimoda — drugi raz nauczy go to, jak się ma z ludźmi obchodzić.




ND-de-Paris-L6-Ch2

II. Szczurza-Jama

Pozwól, czytelniku, wrócić teraz z sobą na Plac tracenia, któryśmy opuścili wczoraj z Gringoirem, idąc w ślad za Esmeralda.

Godzina szósta z rana; wszędzie czuć, że to nazajutrz po uroczystości ludowej. Bruk pokryty szczątkami: kokardki, szmatki, piórka od kitek, okrzepłe krople wosku z pochodni , okruszki z pohulanki ludowej.

Spora liczba mieszczan wałęsa się, jakbyśmy to dziś powiedzieli, z kąta w kąt, podrzucając nogami zagasłe głowienki radosnych ogni, rozwodząc się przed Domera-słupiastym na wspomnienie pięknych transparentów wczorajszych, i przyglądając się samym już słupkom i zawiaskom. resztce uciechy minionej. Przedawcy jabłeczników i podpiwków wywijają się sród gromadek, tocząc przed sobą beczułki próżne. Kilku śpieszących za interesami snuje się w jedne i drugą stronę.

Przekupnie gwarzą i wywołują się z progów i przyzb domów. Obchód, posły, Coppenole, król trefnisiów na wszystkich są ustach; ubiega się każdy o to, kto lepiej wykrztusi nazwę, kto do głośniejszego pobudzi śmiechu. Czterej łucznicy konni, którzy tylko-co się umieścili u czterech rogów pręgierza, skupili już tymczasem dokoła siebie niemałą kupę gawiedzi miejscowej, rozrzuconej przed chwilą na placu, a skazującej siebie obecnie na nieruchomość i nudę, w nadziei, że się zobaczy maleńką jaką egzekucyę.

Tyle o poświętnym ruchu. Jeśli zaś, dowoli się napatrzywszy na tę scenę żywą i krzykliwą, odgrywającą się na wszytkich punktach placu, czytelnik zwróci wzrok ku starożytnemu, na pół-gotyckiemu, na pół-romańskiemu domowi Wieży-Bolandowej, tworzącemu węgieł wybrzeża od zachodu, zauważy on niezawodnie na rogu fasady jego gruby modlitewnik publiczny w bogatej oprawie, zabezpieczony od deszczu daszkiem niewielkim, od złodziejów zaś kratą żelazną, tak przecież urządzoną, by kartki brewiarza można odwracać. Tuż zaraz przy tej kapliczce znajdowało się ważkie ostrołukowe okienko, przegrodzone dwiema żelaznemi sztabami na krzyż, wychodzące na Plac; był-to jedyny otwór, pozwalający powietrzu i światłu przenikać do środka małej celki bez drzwi, wykutej w grubej ścianie starożytnego domu, w odziemnem jego piętrze, a zalegającej milczeniem tem posępniejszem, spokojem tem głębszym, że Plac sąsiedni, najludniejszy i najhałaśliwszy w Paryżu, wiecznie się roił i huczał do koła.

Celka ta głośną była w Paryżu od trzech blizko wieków, od czasu kiedy pani Rolland-z Rolandowej Wieży, w żałobie po swoim ojcu, zmarłym na wyprawie krzyżowej, wykuć ją kazała w murze własnego domu, i w niej się zamknęła na zawsze, zapisawszy pierwej wszystek majątek ubogim i Kościołowi, i zatrzymawszy przy sobie z całego zamku tę jedne tylko izdebkę z zamurowanemi na głucho drzwiami, a z okienkiem otwartem i w zimie i w lecie. Lat dwadzieścia stroskana dziewica oczekiwała na śmierć w zawczesnym tym grobie, modląc się ustawicznie za duszę swego ojca, sypiając w popiele, bez kamienia nawet pod głowę, odziana w worek czarny, i żyjąc jedynie chlebem i wodą, jakie miłosierdzie przechodniów zastawiło na krawędzi pustelniczego okienka. Rozdawszy dobra na jałmużny, jałmużną się sama teraz utrzymywała. Po śmierci, w chwili przejścia do innego grobu, na wieki wieczne i tę ostatnią swą ziemską spuściznę przekazała niewiastom dotkniętym ręką losu, matkom, wdowom lub dziewicom, którym-by wypadło modlić się wiele za drugich lub za siebie, a któreby pragnęły za życia się odziać całunem wielkiej boleści, czy też wielkiej pokuty. Ubodzy tamtych czasów sprawili jej piękny pogrzeb z łez i błogosławieństw ; ku wielkiemu atoli ich żalowi, pobożne dziewczę nie dostąpiło kanonizacyi na świętą, z braku poparcia. Ci z nich, których niedowiarstwo po trochu już było zaraziło, udali się z prośbami o to do Boga, nie mogąc się dostać wprost do papieża, i sądzili że sprawa daleko łatwiej pejdzie w raju, niżeli w Bzymie. Większość poprzestała na tem, że pamięć pani z Rolandowej-wieży święcie w swem sercu zapisawszy, jej łachmany za relikwie poczytała. Ze swojej strony miasto sprawiło na cześć i pod wezwaniem dziewicy brewiarz gminny, przykuty tuż u okienka lochu, a to w tym celu, iżby przechodnie od czasu do czasu zatrzymać się tu mogli, bodajby tylko dla modlitwy. Modlitwa, sądzono, przypomni komukolwiek obowiązek jałmużny, by w ten sposób biedne worecznice, jak zwano pustelne dziedziczki przedśmiertnego majątku pani Roland, nie konały tu w całkowitem zapomnieniu i o zupełnym głodzie.

Gatunek owych grobów żywych nie był zresztą niczem tak nadzwyczajnem po miastach średniowiecznych. Bardzo często, przy ulicy najludniejszej, na rynku najkrzykliwszym i najruchliwszym, w samiutkim środku, pod kopytami końskiemi, niejako pod kołami wozów, spotykałeś jamę, studnię, izdebkę murowaną i zakratowaną, w głębi której, we dnie i w nocy modliła się istota ludzka przez siebie skazana, własnowolnie posłana na wieczne płacze i prośby, lub ciężką, dozgonną pokutę. I zważmy, że wszystkie myśli, jakie w nas dziś obudziłby widok ten dziwny i straszna owa celka. coś jakby pośrednie ogniwo wiążące dom z mogiłą, kraj z cmentarzem; ten człowiek odcięty za życia od społeczności ludzkiej i odtąd liczony między umarłych; ta lampa zużywająca ostatnią kroplę oliwy w cieniu; ta resztka życia migocącego w katakumbie; ten głos, ta wieczysta modlitwa w skrzyni kamiennej; to oblicze, na zawsze obrócone w stronę innego świata, oko pobłyskujące promieniami innego już słońca; ta dusza więziona w ciele, to ciało więzione w kryjówce chłodnej, i pod podwójną ową skorupą kości i granitu szepczące głuche pokutne pacierze: wszystko to, powiadamy, wymykało się pojęciom ówczesnego gminu. Niewiele rozumująca i wcale nie subtelna pobożność tamtych czasów nie spostrzegała stron tylu w jednym czynie religijnym. Brała rzecz ryczałtem, i lubo czciła, wielbiła, do świętości wywyższała ofiarę i zaparcie się, to jednak cierpień nie roztrząsała i mało się nad niemi w litości rozpływała. Od czasu do czasu przynosiła trochę żywości nieszczęśliwemu pokutnikowi, zaglądała do nory, czy żyje jeszcze, nie troszczyła się o jego imię lub stan, wiedziała zaledwo, od jak dawna zamknięty umierać począł, a cudzoziemcowi zapytującemu sąsiadów, kto jest ten szkielet rozkładający się za życia na dnie jaskini, odpowiadała po prostu: „to pustelnik14, jeśli pokutnikiem był mężczyzna, „to pustelnica", jeśli w zamknięciu znajdowała się niewiasta.

Na wszystko patrzano wtedy temże okiem, bez metafizyki, bez przesady, bez szkieł powiększających. Mikroskop nie był jeszcze wynaleziony, ani dla rzeczy materyalnych, ani dla spraw ducha.

Przykłady tego rodzaju zamknięcia się i zamurowania w środku miast, pomimo niewielkiego nad niemi zachwytu, były zaiste, jakeśmy to przed chwilą nadmienili, wcale nierzadkie. Paryż posiadał dość znaczną liczbę takich celek modlitewnych i pokutnych; a żadna z nich długo nie próżnowała. Prawda też, że i duchowieństwu nie chodziło bynajmniej o zostawienie ich pustką, coby gorliwość wiernych w podejrzenie mogło było podać; gdy nie było pokutników, rzucano do nory trędowatych. Okrom izdebki Placu Tracenia, znajdowała się druga taka w Montfaucon, trzecia przy cmentarzu Niewiniątek, czwarta nie pamiętam już gdzie, zdaje się że przy gospodach Clichon; inne jeszcze w rozmaitych miejscowościach, gdzie ślad po nich, z braku pomników, w podaniach pozostał. Wszechnica posiada własne studnie pustelnicze. Na górze Sw. Genowefy gatunek średniowiecznego Hioba przez lat trzydzieści odśpiewywał siedm psalmów pokutnych na gnoju, w głębi ciemnego i wilgotnego lochu, zaczynając da capo co raz skończył, i głośniej wywodząc w nocy niż we dnie, manna voce per umbras; starożytnikowi dziś jeszcze zdaje się, że słyszy głos łazarza, wchodząc na ulicę Puits-qui-parle.

Co do izdebki w Rolandowej-wieży, że na niej poprzestaniemy, zaznaczyć trzeba, iż nigdy jej na pustelnicach nie zbywało. Od śmierci pani Roland rzadko kiedy bywała ona rok lub dwa niezajętą.

Mnóstwo niewiast przychodziło tu po kolei szukać przytułku i opłakiwać śmierć rodziców, krewnych, kochanków i błędy własne. Złośliwość paryzką, mieszająca się do wszystkiego, nawet do rzeczy najmniej ją obchodzących, utrzymywała, że wdówek tylko tradycya zapamiętać jakoś nie mogła.

Upowszechnionym trybem epoki, przysłowie łacińskie, wypisane na ścianie, wskazywało przechodniowi czytelnemu świątobliwe przeznaczenie celki. Aż do środka XVI wieku dochował się obyczaj tłemaczenia budynku za pomocą krótkiej sentencyi, wyrytej po nad bramą. I tak podziśdzień jeszcze czytamy, we Francyi, nad więzienną furtką szlacheckiego dworu Tourville: Sileto et spera; w Irlandyi pod tarczą osłaniającą główną bramę zamku Fortescue: Forte seutum, salus ducum; w Anglii, u naczelnego wejścia do gościnnego gniazda hrabiów Cowperów: Tuum est. Jakoż w czasach owych gmach każdy był myślą.

Ponieważ celka wykuta w wieży Rolandowej nie miała drzwiczek, nad jej tedy okienkiem wyryto wielkiemi romańskiemi głoskami dwa te wyrazy:

Tu, ora.

Ztąd poszło, że lud, którego zdrowy rozsądek nie upatruje w różnych przedmiotach subtelności zbyt wiele i którą rad tłómaczy; Ludovico Magno słowami: Brama Św. Dyonizego, nadał temu ciemnemu, posępnemu i wilgotnemu lochowi nazwisko Szczurzej-Jamy (Trou aux rats). Tłómaczenie mniej być może od oryginału wzniosłe, za to bardziej jest odeń malownicze.



ND-de-Paris-L6-Ch3

III. Historya pewnego kukurydzowego placka

W epoce, w której rzecz przez nas opowiadana ma miejsce, cela Wieży-Rolandowej była zajętą. Jeżeli czytelnik chce wiedzieć, przez kogo, niech posłucha rozmowy trzech poczciwych kumoszek, które w chwili, kiedyśmy jego uwagę zatrzymali na Szczurzej-Jamie, zmierzały właśnie w tę samą stronę, idąc wzdłuż wody od Zamku ku Placowi-Tracenia.

Dwie z tych kobiet były ubrane na sposób porządnych mieszczanek paryzkich. Ich cienkie białe kołnierzyki, spódniczki z pół-wełnianej tkaniny w czerwone i niebieskie pasy, białe pończochy z kolorowemi wyszyciami, opięte na nodze, czworograniaste trzewiki z płowej skóry o czarnych podeszwach, a przedewszystkiem ich czepce w kształcie rogu pokrytego niezmierną ilością wstążek i koronek, czepce, jakie noszą jeszcze wieśniaczki w Szampanii i Grenadyerzy gwardyi cesarskiej, świadczyły, że należą one do tej klassy bogatych kupcowych, która zajmuje pośrednie miejsce między tem, co służba nazywa kobietą, a tem, co zwie panią. Nie miały na sobie ani pierścieni, ani złotych krzyżyków; ale widocznem było, że przyczyną tego braku nie było ubóstwo, lecz po prostu obawa kary. Starej niewiasty trzeciej niczem się prawie nie różnił od stroju jej towarzyszek; w postawie tylko i w ruchach jej było cóś, co trąci żoną prowincyonalnego notaryusza. Jej zbyt podniesiona przepaska kazała się domyślać, że nie oddawna znajduje się w Paryżu. Dodajmy do tego zmięty kołnierzyk, kokardy wstążkowe na trzewikach, pasy sukni wszerz zamiast wzdłuż, i tysiące innych wybryków uwłaczających dobremu gustowi.

Dwie pierwsze szły krokiem właściwym Paryżankom, gdy pokazują Paryż swoim przyjaciółkom z prowincyi. Parafianka prowadziła za rękę tłustego malca, który trzymał w garści spory placek.

Jesteśmy zmuszeni dodać, że ze względu na chłodną katarową porę roku, język służył chłopakowi za chustkę.

Malec pozwalał się wlec, non passibus aequis, jak mówi Wirgiliusz, i potykał się co chwila ku wielkiemu umartwieniu swej matki. Prawda, że patrzał więcej na placek, niż na bruk. Zapewne jakaś ważna przyczyna przeszkadzała mu jeśó, bo nie zbliżał placka do ust, tylko czule nań spoglądał. Właściwie mówiąc, matka powinnaby była przysmak ów własnej powierzyć pieczy. Okrucieństwem było narażać tłuścioszka tego na tantalowe męki.

Tymczasem trzy panienki (paniami nazywały się wówczas tylko szlachcianki) odzywały się jednocześnie.

— Spieszmy się, panno Mahietto — mówiła najmłodsza i najgrubsza z trzech do parafianki. — Lękam się, abyśmy nie przyszły zapóźno; w Zamku nam powiedziano, że go natychmiast poprowadzą pod pręgierz.

— E! co tam nam prawisz, panno Oudardo Musnier! — odparła druga Paryżanka. — Aż dwie godziny zostawać on będzie pod pręgierzem. Mamy dosyć czasu. Czy widziałaś kiedy stawianie pod pręgierz, kochana Mahietto?

— Widziałam — odrzekła parafianka — w Reims.

— A ba! toż mi tam sztuka, wasz pręgierz w Reims i stara jakaś klatka, w której samych tylko chłopów kręcą. Ot wielka rzecz!

— Tylko chłopów? — zawołała Mahietta — na Sukienicznym Rynku? w Reims? Prawda to! Widywaliśmy tam bardzo pięknych zbrodniarzy, takich co to zabili matkę i ojca! Tylko chłopów! No proszę, za kogóż nas bierzesz, Gerwazo?

Nie ulega wątpliwości, że parafianka blizką była gniewu za honor swego pręgierza. Na szczęście, przezorna panienka Oudarda Musnier w porę zmieniła przedmiot rozmowy.

Ale, ale, panno Mahietto, cóż mówisz o naszych posłach flamandzkich? Czy widziałaś podobnie pięknych w Reims?

— Wyznaję — odpowiedziała Mahietta. że tylko w Paryżu można widzieć takich Plamandczyków.

— Czy zauważyłaś między nimi tego wielkiego posła, który jest pończosznikiem? — zapytała Oudarda.

— A jakże — odrzekła Mahietta — wygląda jak Saturn.

— I tego grubego, którego czoło wielkie ma podobieństwo do gołego kolana? — pytała dalej Gerwaza — a tego znowu, małego o małych oczętach, oprawnych w czerwone i obrzmiałe powieki, wychapane jak główka ostu?

— A co za śliczne konie, ubrane według mody ich kraju? — wtrąciła Oudarda.

— Ach! moja droga — przerwała parafianka Mahietta, przybierając także ton pewnej wyższości — cóż byście to dopiero powiedziały o koniach książąt i dworu królewskiego, gdybyście były w Reims w roku 61 (jest temu lat ośmnaście) podczas koronacyi królewskiej? Najrozmaitsze rzędy i czapraki, jedne z adamaszku i złotogłowia, podbite sobolami, drugie z aksamitu, podbite gronostajami, inne znów wyszywane złotem i srebrem z takiemiż dzwoneczkami! Ile to wszystko pieniędzy kosztowało! A ile pięknych paziów na koniach!

— To nic nieznaczy — odparła sucho panna Oudarda — a pewną jest rzeczą, że Flamandczycy mają bardzo śliczne konie i że wczoraj byli na pysznej wieczerzy u burmistrza, w Ratuszu, gdzie im dawano rozmaite cukry, grzanego wina, korzeni i innych przedziwnych łakoci.

— Ale gdzie tam, sąsiadko! — zawołała Gerwaza — Flamandczycy nie byli wcale na wieczerzy u burmistrza, ale u kardynała w małym pałacu Burbońskim.

— Nie prawda, w Ratuszu!

— Mylisz się, w pałacyku Burbońskim!

— Na dowód, że to było rzeczywiście w Ratuszu — odrzekła cierpko Oudarda — moge jeszcze dodać, iż doktor Secourable miał do nich mowę po łacinie, z której bardzo byli zadowoleni. Słyszałam to od mego męża, który jest księgarzem przysięgłym.

— A ja na dowód, że to było w pałacyku Burbońskim — odparła z niemniejszą żywością Gerwaza — powiem nawet co im ofiarował pełnomocnik kardynalski: dwanaście podwójnych kwart białego, różowego i czerwonego grzanego wina; dwadzieścia cztery skrzynek lugduńskich złoconych marcepanów; tyleż dwufuntowych pochodni i sześć miar najlepszego wina z Beaune, białego i żółto-różanego.

Zdaje mi się, że to jasne; powiedział zaś mi to mej mąż, który jest pięćdziesiętnikiem w posłuchalnej izbie mieszczańskiej i który tego rana porównywał posłów flamandzkich z posłami księdza-Jana oraz cesarza Trebizondu, co to za ostatniego króla przybyli do Paryża z Mezopotamii i mieli obrączki w uszach.

— A jednak prawdą jest, że byli na wieczerzy w Ratuszu — odrzekła mało wzruszona tym świetnym opisem Oudarda, jakożby nie widziano jeszcze ani razu podobnej wystawy mięsiwa i cukrów.

— Powiadam ci, że im usługiwał Le Sec, pachołek z Ratusza, lecz w pałacyku Burbońskim, i to cię właśnie w błąd wprowadza.

— Ależ zapewniam, że w Ratuszu!

— W pałacu Burbońskim, moja kochana, w Burbońskim; nawet był tam oświetlony w szkła magiczne wyraz: Nadzieja, który znajduje się napisany nad główną bramą.

— W Ratuszu! w Ratuszu! boć nawet Husson le Voir grał na flecie!

— Powiadam ci, że nie!

— Powiadam ci, że tak!

— Otóż nie!

Poczciwa tłusta Oudarda zbierała się na nową odpowiedź i kłótnia doszłaby być może aż do czepców, gdyby Mahietta nie zawołała nagle:

— Czy widzicie tych ludzi, co stoją tam przy moście? Jest pośród nich coś, czemu się przypatrują.

— W samej rzeczy — rzekła Gerwaza — słyszę bębnienie.

Zdaje mi się, że to mała Esmeralda pokazuje swoje wywijałki z kozą. Prędzej, Mahietto! śpiesz się i ciągnij chłopca. Przyjechałaś tu do nas dla widzenia osobliwości Paryża. Wczoraj widziałaś Plamandczyków; trzeba żebyś dzisiaj zobaczyła cygankę.

— Cygankę! — zawołała Mahietta, nagle się wracając w przeciwną stronę i silnie chwytając za ramię swego synka. — A niech mię Bóg uchowa! Ukradnie mi jeszcze moje dziecko! Chodź, Eustaszku!

I to rzekłszy, podążyła szybko po nadbrzeżu w stronę Placu-Tracenia,, zostawiając most daleko za sobą. Tymczasem dzieciak, którego ciągnęła za rękę, pośliznął się na kolana; zatrzymała się zadyszana. Oudarda i Gerwaza ją dopędziły.

— Ta cyganka miałaby ci ukraść dziecko? — rzekła Gerwaza. — Dziwne doprawdy masz urojenia!

Mahietta kiwnęła głową z miną zamyśloną.

— Dziwna rzecz — zauważyła Oudarda — że worecznica tak samo lęka się cyganek.

— Cóż to za jedna ta worecznica? — zapytała Mahietta?

— Siostra Gudula — odpowiedziała Oudarda.

— Cóż to za jedna ta siostra Gudula? — pytała dalej Mahietta.

— Widać zaraz, że jesteś z Reims; jakże można tego niewiedzieć! — odparła Oudarda. — Jest-to pokutnica ze Szczurzej-Jamy.

— Jakto! — zawołała Mahietta — ta biedna kobieta, dla której niesiemy placek?

Oudarda zrobiła głową znak twierdzący.

— Właśnie. Zaraz ją zobaczysz przez zakratowane okno wychodzące na Plac-Tracenia. Ona podobnie jak i ty zapatruje się na tych włóczęgów egipskich, którzy biją w bęben i wróżą publiczności. Niewiadomo, zkąd się u niej wziął ten wstręt do cyganów i Egipcyanów. Ale ty, Mahietto, dlaczego się tak boisz samego ich widoku?

— O! — rzekła Mahietta, tuląc ku sobie głowę dzieciaka — nie chcę, aby mię spotkało to, co spotkało Bóżę Perełkę.

— A! musisz nam opowiedzieć tę historyę, moja dobra Mahietto — zawołała Gerwaza, biorąc ją pod rękę.

— Zgoda — odpowiedziała Mahietta — ale trzeba w samej rzeczy być Paryżankami, żeby tego nie wiedzieć! Powiem więc wam (ale nie potrzebujemy się zatrzymywać dla tej historyi), że Eóża Perełka była śliczną ośmnastoletnią dziewczyną w czasie, kiedy i ja nią byłam również, to jest, będzie temu lat już ośmnaście, a jej to własna wina, jeżeli dzisiaj nie jest tak samo jak ja, poczciwą, pulchną i świeżą trzydziesto-sześcioletnią matką, mającą męża i chłopaka. Trzeba zresztą wyznać, że zaledwie doszła lat czternastu, już było po czasie!

Owoż, była ona córką Guybertaud'a, minstrela czółen w Reims, tego samego, który grał w obecności króla Karola VII podczas jego koronacyi, gdy pospołu z panią Dziewicą Orleańską płynął po naszej rzece Vesle od Sillery aż do Muison. Stary ojciec odumarł Pożyczkę jeszcze dzieckiem; nie miała więc nikogo, okrom swej matki, siostry sławetnego Pradona, ślusarza i kotlarza, który mieszkał w Paryżu przy ulicy Parin-Garlin, a umarł w roku zeszłym. Widzicie, że należała do dobrej familii. Matka była poczciwą kobietą, ale, na nieszczęście, nie nauczyła Róży niczego, prócz robienia dziecinnych zabawek, co wcale jej nie przeszkadzało rosnąć i być bardzo ubogą. Mieszkały obie w Reims, nad rzeką, przy ulicy Ciężko-Smutnej. Zauważcie to dobrze, bo sądzę, że okoliczność ta była właśnie przyczyną nieszczęść Róży. W roku 61, a zatem w roku koronacyi naszego króla Ludwika XI, którego niech Bóg ma swojej opiece! Różą była tak ładną a tak wesołą, że wszędzie ją nazywaną Perełką-Spiewną....

Biedna dziewczyna L. Miała śliczne ząbki i śmiać się lubiła, żeby je pokazywać. Otoż dziewczyna, która się lubi śmiać, prostą drogą idzie do płaczu; ładne zęby gubią ładne oczy. Taką była Perełka.

Ona i jej matka ciężko pracowały na życie; Minstrel umierając zostawił je w nędzy; bawidełkowe ich robótki przynosiły zaledwie sześć denarów tygodniowo, co nawet nie czyni dwóch orzełkowych liardów.

Ani porównania do czasów, kiedy ojciec Guybertaud zarabiał w dnie koronacyjne po dwanaście soldów paryzkich za jedne piosenkę. Ku zimie (było to w tym samym roku 61), gdy obie nie miały ani drew, ani chrustu, a na mróz się zbierało nadzwyczajny, chłody owe okryły naraz dziewczynę tak żywemi rumieńcami, że wszyscy mężczyźni zaczęli ja nazywać Różą, a inni Różyczką, i tak się biedna zgubiła... Eustaszku, niech cię tylko raz jeszcze zobaczę z plackiem w ustach!... Pewnej niedzieli, gdy Różyczka przyszła do kościoła ze złotym krzyżykiem na szyi, od razuśmy poznały, że już po niej!... W czternastym roku! Czy możecie sobie coś podobnego wyobrazić? Nasamprzód, był to młody wice-hrabia de Cormontreuil, który ma zamek o milkę od Reims; potem pan Henryk de Triancourt, koniuszy królewski; potem Chiart de Beaulion, figura mniej wielmożna, bo tylko urzędnik dworski; potem schodząc coraz niżej i niżej, Guery Aubergeon, krajczy pachołek królewski; potem Mace de Frepus, golibroda Jmci królewicza; potem Thevenin le Moine, kuchta królewski; potom, wciąż tymże porządkiem z młodszego na mniej znacznego trafiając, zeszła aż do Wilhelma Racine, dudarza, i Thierry'ego de Mer, lampucera. W końcu biedna Perełka wszystkim ze wszystkiem się zaprzepaściła; złotko jej wyczerpało się do ostatniego szeląga. Cóż wam jeszcze mam powiedzieć, moje kochane? Podczas koronacyi, w tym samym roku 61, ona to właśnie słała łoże królowi nicwartów...

W tym samym roku!

Mahietta westchnęła i otarła łzy spływające z oczu.

— Historya to wcale nie nadzwyczajna — rzekła Gerwaza — i nie widzę w tem wszystkiem ani cyganów, ani dzieci.

— Cierpliwości! — odparła Mahietta; —- co do dziecka, będziecie je zaraz miały. W roku 66, lat temu blizko szesnaście, właśnie w dzień Św. Pawła, Róża powiła dziewczynkę. Nieszczęsna! była to dla niej wielka radość; oddawna już chciała mieć dziecko. Jej matka, dobra kobieta, ale do niczego, umarła. Róża nie miała odtąd nikogo na świecie, coby ją kochał, ani kogoby kochała. Od lat pięciu, od dnia swego upadku, była też to najnieszczęśliwsza istota na ziemi. Sama samiuteńka na świecie, wytykaną była palcami, łajaną publicznie, bitą przez pachołków miejskich, wyśmiewaną od odartusów ulicznych. Do tego, nadbiegł dwudziesty roczek życia, a dwadzieścia lat, to starość dla miłośnic. Swawola przynosiła jej zaledwie tyle już tylko, ile dawniej miała z robótek cacedełkowych. Każda nowa zmarszczka dukata jej odbierała. Zima znów stawała się straszną; na kominku jej coraz częściej brakło polanka i coraz częściej chleba nie było w niecce. Pracować już nie mogła, bo namiętnościom raz się oddawszy, stała się tem samem leniwą; cierpiała podwójnie, gdyż ze swojej strony lenistwo czyniło ją bardziej jeszcze namiętną.

W ten to przynajmniej sposób tłómaczy ksiądz proboszcz z Saint Remy, dla czego podobne kobiety, gdy się zestarzeją, czują biedaczki silniej, niż inne, zimno i głód.

— Tak, dajmy na to — zauważyła Gerwaza — ale gdzież są cyganie?

— Poczekajże chwilkę, Gerwazo! — odezwała się Oudarda, której uwaga była raniej niecierpliwą. — Cóżby zostało na zakończenie, gdyby się wszystko znajdowało w początku? Proszę cię, Mahietto, mów białej. Biedna Perełka!

Mahietta znów zabrała głos.

— Była więc ona bardzo smutną, bardzo nieszczęśliwą, schła, więdła i oczy sobie wypłakiwała. W tej atoli hańbie, w tem opuszczeniu i pogardzie, zdawało się jej, że byłaby mniej shańbioną, mniej pogardy godną i mniej opuszczoną, gdyby miała kogokolwiek, kogoby kochać mogła i ktoby ją kochał. Na to trzeba było dziecka, bo tylko dziecię mogło być na tyle niewinnem. Przekonania tego nabrała Perełka, spróbowawszy kochać jakiegoś [złodzieja, jedynego człowieka, który jeszcze chciał wejść z nią w stosunki; po niejakim wszakże czasie spostrzegła, że złodziej nią pogardzał... Kobietom tym zatraconym potrzeba albo kochanka, albo dziecka dla zapełnienia próżni w sercu. W każdym innym razie są one nieszczęśliwe.

Nie mogąc posiadać kochanka, Roża oddała się całkiem pragnieniu dziecka i, ponieważ nie przestała być pobożną, jęła zasełać o to do Boga gorące i ustawiczne modły. Dobry Bóg zlitował się nad nią i dał jej córeczkę. Nie będę wam mówiła o jej radości; był to wybuch łez, pieszczot i pocałunków. Sama karmiła swoje dziecię; z jedynego swego prześcieradła zrobiła mu pieluchy i nie czuła już ani zimna, ani głodu. Aż odładniała z rozkoszy. Stara panna odzyskuje młodość, stając się matką. Znów zaczęto skakać i mizdrzyć się koło niej; odwiedzano ją i Perełka znalazła niebawem licznych konkurentów o swoje wdzięki; ze wszystkich zaś tych szkaradzieństw sporządzała pieluszki, czepeczki, fartuszki, koronkowe kaftaniczki, nie myśląc nawet o sprawieniu sobie nowego prześcieradła... Mości Eustachy, powiedziałam ci raz, żebyś nie jadł placka... Nie ulega wątpliwości, że mała Anielka... takie bowiem imię nadano dziecku na chrzcie świętym... imię, bo co się tyczy nazwiska, to Perełka oddawna takowe straciła... Nie ulega, mówię, wątpliwości, że ta mała więcej na sobie miała rozmaitych haftów i koronek, niż córka królewska! Między innemi rzeczami posiadała parę trzewiczków tak ładnych, że pewno nawet król Ludwik XI nie nosił podobnych! Zrobiła je i wyszyła sama matka, a użyła ku temu całej swej umiejętności, że wyglądały, jak na obrazku złoconym. Były to rzeczywiście dwa najśliczniejsze trzewiczki, jakie kiedykolwiek widziano. Ot takie, od mego palca nie większe, i trzebaby oglądać nóżki dziewczęcia, żeby uwierzyć, iż mogły w nich się pomieścić. Prawda, że małe te nóżki były tak małe, tak ładniutkie, tak różowe! więcej różowe, niźli atłas trzewiczków....

Gdy będziesz miała dzieci, Oudardo, przekonasz się, że nie ma nic piękniejszego nad małe te nóżki i małe te rączki.

— Tego tylko pragnę — rzekła Oudarda z westchnieniem — ale i w tem, jak we wszystkiem, stanowi wola sławetnego Jędrzeja Musnier, małżonka mego.

— Zresztą — mówiła dalej Mahietta — u dziecka Perełki nie same tylko nóżki były ładne. Widziałam dziewczynkę, kiedy miała zaledwie cztery miesiące; był to aniołek! Oczy większe od ust i najśliczniejsze czarne włoski, które się już zaczynały w kędziorki układać. Mogłaby z nią wyjść przepyszna brunetka w szesnastym roku! Matka szalała z miłości ku niej. Pieściła ją, całowała, myła, stroiła, pożerała ! Odchodziła od zmysłów patrząc na nią, dziękczynne modły niebiosom składała.... Szczególnie śliczne małe różowe jej nóżki były przedmiotem ciągłych zachwytów, zapamiętałych uniesień Perełki! Ust od nich nie odrywała, nigdy dosyć nadziwić się im nio mogła. To wkładała trzewiczki, to znów je zdejmowała, znów się drobnemi stopkami zachwycała, przyglądając się im przez światło, litując się nad niemi, gdy przyszło uczyć małą chodzić po łóżku; chętnie byłaby całe życie spędziła na klęczkach przed niemi, niby... Panie odpuść grzechy... przed nóżkami Dzieciątka Jezus.

— Ładna to bardzo historya, nie przeczę — rzekła półgłosem Gerwaza — ale nie widzę w niej wcale cyganów.

— Zaraz zobaczysz — odparła Mahietta.— Pewnego dnia przybył do Reims gatunek dziwacznych jakichś jeźdźców. Byli to złodzieje i włóczęgi, przeciągający po kraju pod przewodnictwem swego księcia i swoich komturów. Płeć mieli śniadą, włosy kędzierzawe i srebrne obrączki w uszach. Kobiety brzydsze jeszcze były od mężczyzn. Miały twarz ciemniejszą i zawsze odkrytą, nędzny kaftanik na grzbiecie, starą, sznurkami skleconą szmatę po wierzchu i włosy w kształcie końskiego ogona. Tłukące się im pod nogami dzieci mogłyby przestraszyć nawet małpy. Słowem, banda potępieńców. Wszystko to przybyło prostą drogą z Niższego Egiptu do Reims przez Polskę. Mówiono, że papież ich spowiadał i kazał za pokutę chodzić po świecie przez siedem lat, zabroniwszy spać w łóżkach; dlatego też słusznie nazywano ich smrodkami, a i zaprawdę nie pachło od nich. Wieść niesie, że kiedyś dawniej byli oni Saracenami, że więc wierzyli w Jowisza i że żądali od wszystkich arcybiskupów, biskupów i opatów, obdarzonych pastorałem i mitrą, po dziesięć liwrów turskich. Zrobiła im to bulla papiezka. Do Reims przybyli wróżyć w imię króla algierskiego i cesarza Niemiec, co ma się rozumieć, było dostatecznym powodem, aby im wzbroniono wstępu do miasta. Wtedy cała banda, rada nierada, rozłożyła się obozem w blizkości bramy Braine, na wzgórzu, gdzie się znajduje młyn, obok dawnych kopalni glinki. Tam to mieszkańcy Reims na wyścigi biegli ich oglądać, a oni obmacywali dłonie i dziwne każdemu pletli przepowiednie. Samemu Judaszowi zdolni byli wywróżyć, że zostanie papieżem. Pomimo to obiegały po mieście straszliwe pogłoski o skradzionych dzieciach, o odciętych mieszkach, o jedzeniu ludzkiego ciała. Rozsądni mówili wartogłowom: — „Nie chodźcie tam", — a sami tymczasem ukradkiem pod namioty zaglądali. Był to szał. Prawda jest zresztą, że co tam słyszeli, nawet kardynała zadziwić mogło. Matki tryumfowały, bo cyganki wy czytywały na rękach ich dzieci najrozmaitsze cuda spisane w języku pogańskim i tureckim. Jedno miało być cesarzem, drugie papieżem, inne wodzem. Biedna Perełka uległa także pokusie; i ona zapragnęła wiedzieć, czyją jest matką, i czy czasami piękna jej Anielka nie będzie cesarzową Armenii, lub czemś w tym guście. Poniosła więc je do cyganów, a cyganki dawąjże się nią zachwycać, całować czarnemi swemi ustami, podziwiać jej małą rączkę, ku wielkiej, niestety! radości matki. Wynosiły szczególniej małe jej nóżki i ładne trzewiczki. Dziewczynka nie miała jeszcze roku; ale już szczebiotała, śmiała się do matki, jak opętana, była okrąglutką, pulchniutką i robiła minki tak czarujące, że choć do rany przyłóż! Widok cyganek przestraszył ją i biedactwo się rozpłakało. Matka ucałowała dziecinę i odeszła uradowana z przyszłości, jaką wróżbiarki przepowiedziały jej Anielce. Przeznaczono jej było stać się pięknością nad pięknościami, wcieloną cnotą, królową. Perełka wróciła tedy do swojej chałupki przy ulicy Ciężko-Smutnej dumna, że wniosła do niej królową. Nazajutrz, korzystając z chwili, kiedy dziecko spało na jej łóżku (bo sypiała zawsze z niem razem), zostawiła drzwi lekko przymknięte i pobiegła do sąsiadki, mieszkającej przy ulicy Sechesserie opowiedzieć, jak to przyjdzie dzień, w którym Anielce posługiwać będą u stołu król Angielski i książę Etyopii, oraz wiele innych niespodzianek. Z powrotem, nie słysząc na schodach krzyku dziecka, pomyślała sobie: „Dobrze! mała się nie przebudziła”. Drzwi znalazła więcej roztwarte, niźli zostawiła przy wyjściu; miała jednak siły biedna matka próg przestąpić i podbiedz do łóżka.... Dziecka na niem nie było. Po Anielce nic nie zostało, nic, okrom ładnego małego trzewiczka. Matka wypadła z pokoju, zleciała ze schodów i zaczęła głową tłuc o ściany. „Moje dziecko! — wrzeszczała — u kogo moje dziecko? kto wziął moje dziecko?" Ulica była pustą, dom odosobniony; nikt jej nie odpowiadał. Chodziła po mieście, przebiegała ulice dzień cały, szalona, nieprzytomna, straszna, wietrząc u drzwi i okien, jak dzikie zwierzę po stracie swych małych. Zadyszana, z rozpuszczonemu włosami, przerażająca, z oczami których ogień suszył jej łzy, zatrzymywała przechodniów, wołając: „Moja córka! moja córka! moja śliczna mała Anielka! będę niewolnicą tego, kto mi odda moją córkę, sługą jego psa, serce mu oddam na pożarcie, jeżeli zechce". Spotykając proboszcza z Saint-Bemy, rzekła do niego: „Księże proboszczu, będę paznogciami orała ziemię, ale wróć mi moje dziecko!" Był to rozdzierający widok, Oudardo. Widziałam człowieka bardzo twardego serca, prokuratora Lacabre'a, jak płakał rzewnemi łzami. Biedna matka!... Wieczorem wróciła do siebie. Podczas jej nieobecności jedna z sąsiadek widziała dwie cyganki, wchodzące ukradkiem do jej mieszkania z jakiemś zawiniątkiem w rękach; po chwili wyszły i śpiesznie się oddaliły. Po tych odwiedzinach u Perełki dały się słyszeć krzyki dziecięce. Matka buchnęła śmiechem radosnym, wbiegła, a raczej wleciała po schodach na górę, wywaliła drzwi i weszła... Strach pomyśleć, Oudardo! Zamiast jej ślicznej małej Anielki tak zdrowej, tak świeżej, jakiś mały potwór odrażający, kulawy, ślepy, kaleka, czołgał się, piszcząc po podłodze. Perełka z przestrachu zakryła sobie oczy. „O! — zawołała — czyżby te czarownice przemieniły moją córkę w to straszliwe zwierzę?* Pośpieszono wynieść straszydło, bo mogło doprowadzić ją do wścieklizny. Było to dziecko którejś cyganki powite djabłu. Zdawało się mieć około czterech lat i mówiło nieludzkim jakimś językiem... Perełka rzuciła się na mały trzewiczek, który jeden tylko jej został z tego wszystkiego co kochała. Długo leżała na nim nieruchoma, niema, bez oddechu; sądzono że umarła. Nagle zadrżała całem ciałem , wściekłemi pocałunkami pokryła drogą pamiątkę i zalała się tak obfitym potokiem łez, jakby jej serce pękło. Wierzcie mi, i mybyśmy wszystkie tak płakały. Mówiła:

„O! moja córko! moja ładna mała Anielko, gdzieś ty teraz?” aż nam się wszystko we wnętrznościach przewracało. Dziś jeszcze mi łzy cieką na samo wspomnienie. Bo, widzicie, nasze dzieci, to szpik naszych kości... Mej biedny Eustaszku! Slicznoto moja!... Gdybyście wiedziały, jaki on miły! Wczoraj mówił do mnie: „Ja koniecznie chcę być wojakiem". O mej Eustaszku! gdybym cię broń Boże straciła!... Perełka nagle się podniosła i pobiegła przez miasto krzycząc: „Do obozu cyganów! do obozu cyganów! Dajcie mi żołnierzy! spalić te czarownice!" Cyganie już byli daleko. Noe ciemna zapadła. Nie można było ich gonić. Nazajutrz, o dwie mile - od Reims, w zaroślach między Gueux a Tilloy, znaleziono resztki wielkiego ogniska, kilka wstążek, które należały do dziecka Perełki, ślady krwi i trochę gnoju koziego. Działo się to akurat w sobotę. Nikt nie wątpił, że cyganie w tych zaroślach mieli z djabłem naradę i że pożarli dziecko w towarzystwie Belzebuba, jak się to praktykuje u mahometanów. Perełka, gdy się dowiedziała o tych strasznych rzeczach, ani jednej już łzy nie wylała, tylko poruszyła ustami, jakby chciała mówić, ale nie mogła. Nazajutrz jej włosy były siwe. Na drugi dzień, znikła.

— W samej rzeczy to okropna historya — rzekła Oudarda — nawet Burgundczyka do łez-by wzruszyła!

— Teraz nie dziwię się, że się tak lękasz cyganów — dodała Gerwaza.

— I dobrześ robiła, tak uciekając przed chwilą razem z Eustaszkiem, bo ci oto są także z Polonii.

— Wcale nie — odparła Gerwaza — ci przyszli z Hiszpanii i z Katalonii.

— Z Katalonii? to być może — odrzekła Oudarda. — Polonia, Katalonia, Walonia; ile razy się mówi o tych trzech prowincyach, zawsze biorę jedne za drugą. W każdym razie nie ulega wątpliwości, że są to cyganie.

— I mają zęby aż nadto długie, by pożerać małe dzieci — dodała Gerwaza. — Nie dziwiłabym się wcale, gdyby i Esmeralda kosztowała czasami tej potrawy, pomimo swojej małej buzi. Jej biała koza jest zbyt mądrą, jak na zwierzę; musi w tem być cóś nieczystego.

Mahietta szła milcząca, pogrążona w marzeniu, które jest niejako przedłużeniem każdego bolesnego opowiadania, i które ustaje dopiero, kiedy już przejmie i poruszy wszystkie struny i zakątki serca.

Po chwili Gerwaza odezwała się do niej:

— I nie można było dowiedzieć się, co się stało z Perełką? Mahietta nic nie odpowiedziała. Gerwaza powtórzyła pytanie, potrząsając ją za rękę i nazywając po imieniu. Mahietta jakby się przebudziła z zamyślenia.

— Co się stało z Perełką? — rzekła, powtarzając machinalnie wyrazy, których wrażenie było zupełnie świeżem w jej uchu; a następnie, czyniąc wysilenie, ażeby zrozumieć znaczenie swych własnych słów, dodała z żywością:

— A to dla wszystkich pozostało tajemnicą.

Po krótkiej przerwie znów ciągnęła dalej:

— Jedni widzieli ją o zmroku wychodzącą z Reims przez bramę Flechembault; inni zaś powiadają, że wyszła nad rankiem przez starą bramę Basee. Pewien żebrak znalazł jej złoty krzyżyk zawieszony na kamiennym krzyżu śród pola gdzie się jarmark odbywa. Ten to właśnie klejnot był przyczyną jej zguby w r. 61. Pochodził od wicehrabiego de Cormontreuil, jej pierwszego kochanka. Nigdy przedtem, pomimo największej nędzy, Perełka nie chciała się go pozbyć. Ceniła go nad życie. To też, kiedyśmy się dowiedziały o porzuceniu tego krzyżyka, domyśliłyśmy się wszystkie od razu że umarła. Jednakże są ludzie w Cabaret-les-Vautes, którzy utrzymują, że widzieli ją idącą boso po żwirze na drodze do Paryża. Ale w takim razie musiałaby wyjść przez bramę Vesle; i jakże tu pogodzić te wszystkie tak różne zdania. Co do ranie, sądzę że rzeczywiście wyszła przez bramę Vesle w drogę na drugi świat.

— Nie rozumiem cię — rzekła Gerwaza.

— Vesle — odpowiedziała z westchnieniem Mahietta — to rzeka.

— Biedna Perełka! — wymówiła Oudarda ze drżeniem — utopiła się.

— Tak, utonęła! — powtórzyła Mahietta: — i któżby to mógł powiedzieć ojcu Guybertaut'owi, kiedy przyśpiewując sobie przepływał w czółnie pod mostem Tinqueux, że przyjdzie dzień, w którym jego kochana mała Perełka przepłynie także pod tym samym mostem, ale bez czółna i bez pieśni?

— A mały trzewiczek? — zapytała Gerwaza.

— Znikł razem z matka.

— Biedny mały trzewiczek! — westchnęła Oudarda.

Oudarda, tłusta i czuła kobiecina, poprzestałaby chętnie na wzdychaniu w towarzystwie Mahietty: lecz ciekawsza od niej Gerwaza nie wyczerpała jeszcze wszystkich swoich pytań.

— A potwór? — odezwała się nagle do Mahietty.

— Jaki potwór ?

— Mały potwór cygański, który czarownice zostawiły u Perełki w zamian za jej córkę. Coście z nim zrobiły? Spodziewam się, że utopiłyście go także.

— Bynajmniej — odrzekła Mahietta.

— Jakto! więc spaliłyście? Może to nawet było słuszniejsze. Dziecko czarownicy!

— Ani to, ani owo, Gerwazo. Arcybiskup ulitował się nad dzieckiem cyganki, wyegzorcyzmował je, pokropił święconą wodą, wypędzi! starannie djabla z jego ciała i posłał do Paryża z rozkazem wystawienia go na ławie przy kościele Najświętszej Panny, jako podrzutka.

— Oj, ci biskupi!— mruknęła Gerwaza. — Pod pretekstem że są uczeni, wszystko robią nie tak jak inni. No pytam cię, Oudardo, jakże można posłać djabła do domu podrzutków? bo nie ma wątpliwości, że mały ten potwór był djabłem. I cóż, Mahietto, co z nim zrobiono w Paryżu? Jestem przekonaną, że żadna osoba miłosierna wziąć go nie chciała.

— Ja nie wiem — odrzekła Mahietta — właśnie w tym czasie mej mąż kupił notaryuszostwo w Beru, o dwie mile od miasta i więcej już nie zajmowaliśmy się tą sprawą; straciłam z oczu nawet wieże katedry Reimskiej, które się schowały za dwa pagórki Cernay znajdujące się przed Beru.

Tak rozprawiając, trzy poczciwe mieszczanki przyszły na Plac Traceni. Zajęte rozmową, minęły nie zatrzymując się brewiarz publiczny Wieży Rolandowej, i kierowały się machinalnie ku pręgierzowi, około którego tłum się powiększał co chwila. Prawdopodobnie widok, jaki w tej chwili zajmował oczy całego tłumu, odwróciłby zupełnie ich myśli od Szczurzej-Jamy, i zamierzane przez nie odwiedziny nie miałyby miejsca, gdyby tłusty sześcioletni Eustaszek, którego Mahietta ciągnęła za rękę, nie przypomniał im celu ich wycieczki:

— Marno! — zawołał, jakgdyby instynkt go był uprzedził, że Szczurza-Jama znajduje się tuż za nim — czy mogę teraz jeść placek? Gdyby Eustaszek był nieco przezorniejszym, czyli właściwie mówiąc mniej łakomym, byłby zaczekał na powrót do domu do swego ojca Andrzeja Musnier przy ulicy Walencyi, i wtedy dopiero, odgrodziwszy placek od Szczurzej Jamy dwoma ramionami Sekwany i pięcioma mostami Grodu, byłby śmielej wyrzekł nieśmiałe pytanie: „Marno, czy mogę teraz jeść placek?

Ale to samo zagadnienie bardzo nieroztropne w chwili, kiedy z ust Eustaszka akuratnie wyszło, obudziło tylko uwagę Mahietty.

— Ale, ale — wykrzyknęła — zapominamy o worecznicy. Pokażcież mi waszą Szczurzą-Jamę, niechże tam oddam placek.

— Zaraz — odrzekła Oudarda — miłosierny to będzie uczynek. Taki obrót rzeczy wcale nie zadawalał Eustaszka.

— Jakże! to mój placek—zawołał, dotykając uszami obu ramion, co w podobnym wypadku bywa największą oznaką niezadowolenia.

Kobiety zawróciły się nazad, a gdy przystąpiły do domu Wieży Rolandowej, Oudarda rzekła do swoich towarzyszek:

— Nie zbliżajmy się wszystkie trzy naraz do otworu, aby nie przestraszyć worecznicy. Udawajcie obie, że czytacie Dominus w brewiarzu, podczas gdy ja będę patrzała przez okienko; worecznica zna mię trochę. Uprzedzę was, kiedy będziem mogły podejść.

Sama stanęła przy okienku. W chwili, gdy wźrok jej przeniknął wewnątrz, głęboka litość zasępiła jej rysy, a wesoła ta i otwarta twarz tak nagle zmieniła swej zwykły wyraz i kolor, jak gdyby z pod promienia słonecznego przeszła pod promień księżyca; oko zabiegło łzą, usta złożyły się jakby do płaczu. Po chwili skinęła na Mahiettę. Mahietta zbliżyła się wzruszona, w milczeniu i na palcach; rzekłbyś, że idzie do łóżka umierającego.

Widok przedstawiający się oczom dwóch kobiet, które nieruchome i nieme, patrzały przez zakratowane okienko Szczurzej-Jamy, był w samej rzeczy smutnym.

Cela wązka, szersza niż wysoka, sklepiona w ostrołuk, miała pewne podobieństwo do wnętrza wielkiej mitry biskupiej. W kącię, na gołej kamiennej podłodze, siedziała skulona kobieta. Podbródek miała oparty na kolanach, które skrzyżowanemi rękami silnie przyciskała do piersi. Tak skurczona, ubrana w brunatny wór, którego szerokie fałdy ją całą okrywały, ze spadającemi aż do nóg włosami, przedstawiała na pierwszy rzut oka dziwną postać, występującą z cienia celki, rodzaj trójkąta, który promieniem dziennym wpadającym przez okienko, przecięty był na dwie połowy, ciemną i oświetloną. Było to jedno z tych widm z cienia i światła, bladych, nieruchomych, strasznych, przytulonych do grobowca lub opartych o więzienną kratę, jakie można widzieć tylko w snach i na sławnem malowidle Goyi.

Nie była to ani kobieta, ani mężczyzna, ani żyjąca istota, ani forma określona: była to postać, widzenie, w którem się mieszały rzeczywistość z fantastycznością, dzień z ciemnością. Zaledwie można było rozpoznać pod jej włosami profil wychudły i surowy; jej okrycie zaledwie pozwalało dostrzedz koniec gołej stopy, przyciśniętej do zimnej podłogi. Trochę ludzkich kształtów, które dawały się widzieć pod tą żałobną zasłoną, przejmowały dreszczem.

Ta postać, jakby wmurowana w kamienną podłogę, zdawała się być pozbawioną ruchu, myśli, oddechu. Pod tym cienkim worem, w styczniu, mając za posłanie granitową podłogę, bez ognia w cieniu celi, której otwór ukośny przepuszczał tylko wiatr, a nigdy słońca, niczem nie dawała poznać, że cierpi, że czuje. Rzekłbyś, że stała się kamieniem razem z ciemnicą, że pora roku przemieniła ją w lód. Pierwszy rzut oka kazał ją brać za widmo, drugi, za posąg. Wprawdzie, od czasu do czasu jej sine usta otwierały się pod westchnieniem i drżały; ale były tak martwe i tak machinalne, jak liście poruszane wiatrem.

Jednakże z jej zamglonych oczu wymykało się spojrzenie, spojrzenie dziwne, głębokie, ponure, niewzruszone, wciąż utkwione w niewidzialny z zewnątrz kąt celi; spojrzenie, które zdawało się przykuwać wszystkie czarne myśli tej duszy w rozpaczy, do jakiegoś tajemniczego przedmiotu.

Taką była istota, którą nazywano pustelnicą dla miejsca jej pobytu, a worecznica dla jej odzieży.

Trzy kobiety — gdyż Gerwaza połączyła się niebawem z Mahietta i Oudarda — patrzyły przez otwór. Chociaż ich głowy pozbawiały celę jej słabego światła, nieszczęśliwa istota nie zwracała na nic najmniejszej uwagi.

— Nie zakłócajmy jej spokoju — rzekła półgłosem Oudarda — jest teraz w swoim zwykłym zachwycie, modli się.

Mahietta jednak z wrastającem zajęciem wpatrywała się w tę twarz wynędzniałą i zwiędłą, a jej oczy napełniały się Izami.

— To byłoby nie do uwierzenia — mruczała.

Nareszcie wychyliła głowę za kratę i rzuciła wzrokiem w kąt, ku któremu ciągle były skierowane oczy nieszczęśliwej.

Gdy się odwróciła od okienka, jej twarz była zalaną łzami.

— Jak nazywacie tę kobietę? — zapytała Oudardy.

Oudarda odrzekła:

— Siostrą Gudula.

— A ja — domówiła Mahietta — nazywam ją Różą Perełką.

I, kładąc palec na usta, dała znak zdumionej Oudardzie, aby wychyliła głowę za kratę.

Oudarda usłuchała i spostrzegła w kącie, gdzie w ponurym zachwycie tkwił wzrok pustelnicy, mały trzewiczek z różowego atłasu, pokryty złotemi i srebrnemi wyszyciami.

Po Oudardzie spojrzała Gerwaza, i wtedy trzy kobiety, patrząc na nieszczęśliwą matkę, zaczęły płakać.

Wszakże ani ich spojrzenia, ani ich łzy nie wywiodły pustelnicy ze stanu, w jakim się znajdywała. Jej ręce pozostały załamane na kolanach, usta nieme, oczy nieruchome; widok zaś tego małego trzewiczka zdolnym był przeszyć serce każdego, kto znał jego przeszłość.

Kobiety nie wymówiły jeszcze ani słowa; lękały się odezwać, nawet pocichu. To wielkie milczenie, ta wielka boleść, to wielkie opuszczenie, w którem znikło wszystko, okrom strasznego wspomnienia, sprawiało na nich wrażenie, jakiegoby doznały przed wielkim ołtarzem w dzień Zmartwychwstania lub Bożego Narodzenia. Milczały, rozmyślały i były gotowe uklęknąć. Zdawało się im, że weszły do kościoła podczas rozpamiętywania Męki Pańskiej.

Nareszcie Gerwaza, najciekawsza z trzech i wskutek tego najmniej czuła, spróbowała wejść w rozmowę z pustelnicą:

— Siostro ! siostro Gudulo!

Powtórzyła ten wykrzyknik aż trzy razy, podwyższając głos za każdym razem. Pustelnica nie poruszyła się; ani słowa, ani spojrzenia, ani westchnienia, ani znaku życia.

To kolei Oudarda, głosem słodszym i bardziej ujmującym, zawołała :

— Siostro ! siostro Swięta-Gudulo!

Toż samo milczenie, taż sama nieruchomość.

— Dziwna kobieta! — wykrzyknęła Gerwaza — wystrzał z moździerza jej-by nie poruszył.

— Ogłuchła może — rzekła Oudarda.

— Może oślepła — dodała Gerwaza.

— Lub też umarła — zauważyła Mahietta.

To pewna, że jeżeli dusza jeszcze nie była porzuciła tego bezwładnego, uśpionego ciała, to w każdym razie skryła się w takich głębokościach, dokąd wrażenia organów zewnętrznych wcale nie dochodziły.

— Trzeba chyba będzie — rzekła Oudarda — zostawić placek na okienku; dzieciak go jaki weźmie. Jakby ją obudzić?

Eustaszek, którego uwaga była do tej chwili zajętą małym wózkiem ciągnionym przez dużego psa, spostrzegł nagle, że jego trzy przewodniczki przypatrywały się czemuś przez okno, a zdjęty także ciekawością, wskoczył na kamienny słupek, podniósł się na palcach i zbliżając swoje pulchną i różową twarzyczkę do otworu, zawołał:

— Mamo, niechże i ja zobaczę!

Na ten głos dziecięcy, świeży i dźwięczny, pustelnica drgnęła. Suchym i gwałtownym ruchem stalowej sprężyny odwróciła głowę, długiemi, wychudłemi rękami odgarnęła włosy z czoła i utkwiła w dzieciaku wzrok zdziwiony, gorzki, zrozpaczony. Spojrzenie to było tylko błyskawicą.

— O mej Boże! — zawołała nagle, tuląc głowę do kolan, a głos jej był tak ochrypły, że zdawało się iż pierś jej rozdziera — nie pokazujcież mi przynajmniej innych...

— Dzień dobry pani — przemówił poważnie Eustaszek.

Wstrząśnienia to jednak ocknęło, że tak powiemy, pustelnicę. Długi dreszcz przebiegł po całem jej ciele od głowy do stóp; zęby jej dzwoniły; nieszczęśliwa na pół podniosła głowę i rzekła przyciskając łokcie do bioder, a rękami obejmując stopy, jakby dla ich rozgrzania.

— Och ! jakże zimno!

— Biedna kobieto! — wymówiła litościwie Oudarda; — czy chcesz troche ognia?

Pustelnica wstrząsnęła głową na znak odmowy.

— A więc — dodała Oudarda — oto grzane wino, które cię rozgrzeje; napij się.

Znowu wstrząsnęła głową, wpatrzyła się w Oudardę i odrzekła:

— Wody.

Oudarda nastawała:

— Nie, siostro, woda nie jest napojem styczniowym. Trzeba wypić trochę wina i zjeść ten placek z kukurydzy, który upiekłyśmy dla ciebie.

Pustelnica odepchnęła placek, który Mahietta jej podawała i rzekła :

— Chleba czarnego.

Gerwaza, ulegając także litości, zdjęła z siebie narzutkę wełnianą.

— Oto masz okrycie cieplejsze od twego — rzekła. — Zarzuć to na plecy.

Pustelnica odepchnęła płaszczyk, podobnie jak odepchnęła butelkę z winem i placek i odpowiedziała:

— Wór.

— Ależ musiałaś spostrzedz — ciągnęła dobra Oudarda — że wczoraj było święto.

— Spostrzegam to — odparła pustelnica — już od dwóch dni nie ma wody w mym dzbanku.

Po chwili milczenia dodała:

— Święto; zapominają o mnie. Dobrze robią. Dlaczegóżby świat miał o mnie pamiętać, kiedy ja o nim wcale nie myślę? Gdy węgiel zgaśnie, popiół go chłodny okryje.

I jakby zmęczona tem co powiedziała, spuściła znowuż głowę na kolana. Prosta a litościwa Oudarda, której się zdawało, że pustelnica w ostatnich swoich słowach, uskarżała jeszcze na zimno, odrzekła prostodusznie:

— Więc chcesz trochę ognia?

— Ognia! — rzekła dziwnym tonem worecznica — a czy rozniecicie także zarzewie dla biednej małej, która od piętnastu lat spoczywa pod ziemią?

Wszystkie jej członki drgnęły, głos drżał, oczy błyszczały; nagle podniosła się na kolana, wyciągnęła swoją białą, wychudłą rękę ku dziecku, które spoglądało na nią ze zdziwieniem, i wykrzyknęła:

— Weźcie ztąd to dziecko. Cyganka idzie.

To powiedziawszy, padła twarzą na ziemię, a czoło jej, uderzając o podłogę, wydało odgłos kamienia spadającego na kamień. Kobiety sądziły, że się zabiła. Po chwili jednak worecznica poruszyła się; ujrzały ją pełznącą na kolanach aż do kąta, gdzie się znajdował mały trzewiczek. Wtedy zabrakło im odwagi patrzeć na nią; nie widziały jej, ale słyszały tysiączne pocałunki i tysiączne westchnienia, zmieszane z rozdzierającemi krzykami i głuchemi uderzeniami, podobnemi do uderzeń głowy o mur; nareszcie, po jednem z takich uderzeń, tak silnem i gwałtownem, że wszystkie trzy zawahały się na nogach, nic więcej nie słyszały.

— Czyżby się zabiła? — rzekła Gerwaza, odważając siz okiem przez okienko. — Siostro, siostro Gudulo!

— Siostro Gudulo! — powtórzyła Oudarda.

— Ach! mój Boże! nie rusza się! — ubolewała Gerwaza — może umarła! Gudulo! Gudulo!

Mahietta, z oddechem przytłumionym do tego stopnia, że nie mogła słowa wymówić, uczyniła wysilenie.

— Zaczekajcie — rzekła; poczem zbliżając się do okienka, zawołała: — Bożo! Bożo Perełko!

Dziecko dmuchające nierozważnie na źle zapalony knot bomby, która mu naraz pryska w oczy, mniejby się przestraszyło niespodziewanym wybuchem, niżeli Mahietta skutkiem, jaki wywarło imię to rzucone do celi siostry Guduli.

Pustelnica drgnęła całem ciałem, wyprostowała się na gołych nogach i podskoczyła do otworu z oczami tak rozognionemi, że Mahietta z dzieckiem, Oudarda i Gerwaza odskoczyły aż ku ogrodzeniu nadrzecznemu.

Ukazała się straszliwa twarz pustelnicy, przyparta do kraty otworu. — O! o! — wykrzyknęła z okropnym śmiechem — cyganka mię woła!

Tej-że atoli chwili, scena odbywająca się u pręgierza, ścięła jej wzrok obłąkany. Czoło nieszczęśliwej zfałdowało się, pod wpływem przerażenia i głosem podobnym do ryku zawołała:

— To jeszcze ty, córko Egiptu! to ty mię wołasz, złodziejko dzieci! A wiec przeklętą bądź, przeklętą! przeklętą!



ND-de-Paris-L6-Ch4

IV. Łza za kroplę wody.

Ostatnie słowa worecznicy były niejako łącznikiem dwóch scen, które rozwijały się dotychczas jednocześnie, każda na właściwej sobie widowni: jedna, ta którąśmy opisali, w Szczurzej-Jamie; druga, ta którą mamy opisać, na stopniach pręgierza. Świadkami pierwszej były tylko trzy kobiety, z któremi czytelnika zaznajomiliśmy; druga miała za świadków całą publiczność, jaką widzieliśmy wyżej gromadzącą się na placu Tracenia w około pręgierza i szubienicy. Tłum, któremu czterej żołnierze, stojący od dziewiątej godziny z rana przy czterech rogach pręgierza, obiecali niewielką egzekucyjkę, nie wieszanie, chowaj Boże, ale ot tak sobie, proste biczowanie, obcięcie uszu lub coś podobnego, — tłum ten wzrósł tak prędko, że ściśnięci ze wszystkich stron żołnierze już kilka razy zmuszeni byli ją „ścisnąć” (jak się wówczas już mówiło), za pomocą supełkowców i kopnięć końskich.

Motłoch, wyćwiczony w oczekiwaniu na publiczne egzekucye, nie objawiał zbyt wielkiej niecierpliwości. Oglądanie pręgierza, maszyny bardzo prostej, składającej się z murowanego czworoboku wysokości dziesięciu stóp, wewnątrz pustego, służyło mu za rozrywkę. Kamienne, strome wschody, zwane drabinką, prowadziły na pomost, na którym znajdowało się koło z drzewa dębowego umieszczone poziomo. Skazanego przywiązywano do tego koła w postawie klęczącej, ze związanemi na tył rękami. Słup wprawiony w ruch za pomocą kołowrotu, znajdującego się wewnątrz czworoboku, obracał kołem, które w taki sposób, utrzymywane zawsze w kierunku poziomym, przedstawiało kolejno twarz skazanego wszystkim stronom placu; to właśnie nazywano „kręceniem” przestępcy.

Jak czytelnik widzi, pręgierz placu-Tracenia był daleko mniej zajmującym, niż pręgierz Targowiska. Ani cienia sztuki budowniczej.

Nic pomnikowego. Ani żelaznego krzyża, ani ośmiograniastej latarni, ani lekkich wieżyczek wykwitających na brzegu dachu w kapitele liściaste i kwieciste, ani fantastycznie łamanych a potwornych ryn, ani śladu rzeźb bądź na drzewie, bądź na kamieniu.

Trzeba się było zadowolić temi czterema murowanemi ścianami i lichą gołą szubienicą z kamienia, wznoszącą się obok.

Ten widok nie zachwyciłby wcale miłośników budownictwa gotyckiego. Prawda, że poczciwi średniowieczni gapie nie grzeszyli bynajmniej ciekawością względem pomników, i że piękność pręgierza bardzo mało ich obchodziła.

Pacyent przybył nareszcie przywiązany do tyłu wozu, a gdy go wniesiono na pomost, gdy ze wszystkich punktów placu ujrzano go skrępowanego powrozami i pasami na kole pręgierza, okropny okrzyk zmieszany ze śmiechem rozległ się na placu. Poznano Quasimoda.

Był to rzeczywiście Quasimodo. Dziwny obrót rzeczy! karany na tem samem miejscu, gdzie dzień przedtem był witany i ogłoszony panem i władzcą łajdactwa; w orszaku księcia Egiptu, króla Szałaszników i hercoga Galilei. To jednak pewna, że nikt w tym tłumie, on sam nawet, naprzemian tryumfator i ofiara, nie uczynił w myśli tego zestawienia. Brakowało w tem widowisku Gringoire'a i jego filozofii.

Wkrótce Michał Noiret, trębacz przysięgły króla Jegomości, nakazał milczenie motłochowi i ogłosił wyrok, stosownie do postanowienia i rozkazu kasztelana. Poczem usunął się nieco na stronę, za wóz, razem ze swoimi pomocnikami, ubranymi w opończe urzędowe.

Quasimodo, obojętny, brwi nawet nie zmarszczył. Wszelki opór uniemożebniono mu tem, co nazywano wówczas, w stylu kancelaryi kryminalnej, gwałtownością i mocą węzłów; mówiąc prościej powrozy i łańcuchy wchodziły mu zapewne w ciało. Odwieczna to zresztą tradycya więzienia i ciurmy, którą sród nas, narodu cywilizowanego, łagodnego i ludzkiego, kajdany starannie podziśdzień przechowują (galery i gilotyna w nawiasie).

Pozwolił się prowadzić, popychać, nieść, windować, wiązać i zawiązywać powtórnie. Na jego twarzy nie można było wyczytać nic, prócz zdumienia człowieka dzikiego lub idyoty. Wiedziano, że głuchy; teraz rzekłby kto jeszcze że ślepy.

Kazano mu uklęknąć na okrągłej desce; ukląkł. Obnażono go aż do pasa: nie sprzeciwiał się wcale. Okręcono go nową siecią powrozów i pasów; pozwolił i na to. Tylko od czasu do czasu rzęził głośno, jak cielę, którego zwieszona głowa bije się o brzeg rzeźniczego wozu.

— Bałwan — rzekł Jehan Frollo du Moulin do swego przyjaciela Bobka Poussepain (gdyż dwaj wszechniczniki, jak się i należało było spodziewać, przyszli za skazanym), — tyle on tylko chyba ma pojęcia o swej godności, co chrząszcz zamknięty w pudełku.

Na widok gołego garbu Quasimoda, jego wielbłądziej piersi, kosmatych i kościstych ramion, tłuszcza parsknęła szalonym śmiechem.

Podczas tej wesołości, na pomoście ukazał się człowiek w mundurze grodzkim, nizkiego wzrostu, ale barczysty, i stanął za pacyentem. Jego nazwisko przelatywało z ust do ust środ obecnych. Byłto Pierrot Torterue, przysięgły kat Kasztelu.

Zaczął od postawienia na rogu pręgierza czarnej klepsydry, której górna część była napełniona czerwonym piaskiem, przesypującym się do części dolnej; następnie zrzucił z siebie kaftan i wtedy ujrzano w jego prawej ręce zawiesisty kańczuk z białych rzemieni, błyszczących, węzłowatych, splecionych razem i uzbrojonych w metaliczne kruczki. Lewą dłonią zakasywał niedbale koszulę około ręki prawej, aż do pachy.

Tymczasem Jehan Frollo nie przestawał krzyczeć, wznosząc po nad tłum swoją głowę z jasnemi ufryzowanemi włosami (dlatego wlazł na plecy Bobka Poussepaina).

— Panowie i panie! chodźcie patrzeć jak będą ćwiczyć przykładnie Quasimoda, dzwonnika mego brata, archidyakona Jozajskiego; raczcie spojrzeć na ten dziwny okaz wschodniego budownictwa, z garbem zamiast kopuły i z nogami nakształt kręconych kolumn.

A tłum w śmiech, szczególnie dzieci i młode dziewczęta.

Nareszcie kat stuknął nogą. Koło zaczęło się obracać, Quasimodo zachwiał się pod powrozami. Wyraz osłupienia, jaki nagle jego potworna twarz przybrała, powiększył jeszcze wesołość tłuszczy.

W tem, w chwili gdy koło obracając się pokazało katowi górzysty grzbiet Quasimoda, Pierrot podniósł ramię; cienkie rzemienie syknęły ostro w powietrzu jak gadziny, i spadły ze wściekłością na plecy nieszczęśliwego.

Quasimodo drgnął i zwinął się, jakby nagle ze snu zbudzony. Zaczynał pojmować. Skręcił się w swych więzach; gwałtowna boleść i zdziwienie skurczyły mięśnie jego twarzy, ale nie wydał ani jednego jęku. Głową tylko rzucał to w tył, to na prawo, to na lewo, obracając nią, jak byk ukąszony przez szerszenia.

Drugie uderzenie nastąpiło po pierwszem, później trzecie, czwarte, piąte, bez liczby. Koło nie przestawało się obracać, ani uderzenia spadać. Wkrótce trysnęła krew, a jej niezliczone strugi zalały czarne plecy garbuska; cienkie paski rzemienia, przerzynając powietrze, kroplisto tryskały ją na tłumy.

Po niejakim czasie Quasimodo odzyskał, na pozór przynajmniej, pierwotną swą obojętność. Z początku próbował po cichu i bez wielkiego wstrząśnienia zerwać więzy. Widziano, jak się jego oko zapadło, wyprężyły muszkuły, a stężały pasy i łańcuchy. Naparcie było potężne, nadzwyczajne, rozpaczliwe; ale stare powrozy kasztelańskie przemogły. Zatrzeszczały, i nic więcej. Quasimodo skulił się wycieńczony. Na jego rysach, gorzkie a głębokie zwątpienie zajęło miejsce osłupienia. Zamknął jedyne oko, spuścił głowę na piersi, i leżał jak nieżywy.

Od tej chwili, ani drgnął. Nic już nie mogło go poruszyć; ani krew, która nie przestawała ciec, ani spadające ze wzmagającą się wściekłością uderzenia, ani gniew kata, który sam sobie dodawał ducha, upajał się egzekucyą.

Nareszcie woźny zamku, czarno ubrany, na czarnym koniu, stojący przy wschodach pręgierza od początku egzekucyi, wyciągnął swoją hebanową laskę ku klepsydrze; kat się zatrzymał. Zatrzymało się i koło. Oko Quasimoda zaczęło się otwierać powoli.

Biczowanie skończyło się. Dwaj pomocnicy przysięgłego kata obmyli zakrwawiony grzbiet pacyenta, wytarli go nie wiem już jaką maścią, która natychmiast zasklepiła wszystkie rany, i zarzucili na plecy rodzaj chusty żółtej, w kształcie ornata. Tymczasem Pierrot Torterue strząsał na bruk krew z rzemieni swego bicza.

Nie wszystko się skończyło dla Quasimoda. Pozostawało mu odbyć jeszcze jedną godzinę pręgierza, tę, którą imci pan Floryan Barbedienne tak trafnie i słusznie dodał do wyroku J. W. Boberta d'Estouteville; a to wszystko ku większej sławie starej fizyologicznej i psychologicznej gry słów Jana Cumena: Surdus absurdus.

Przewrócono więc klepsydrę i zostawiono garbuska przywiązanego do deski, aby się w pełni zadość stało wielmożnemu starościńskiemu rozkazaniu.

Lud, szczególnie w średnich wiekach, tem jest w społeczeństwie, czem dziecko w rodzinie. Dopóki pozostaje w stanie pierwotnej niewiadomości, małoletności moralnej i umysłowej, można o nim powiedzieć to samo co o dziecku:

Ten wiek nie zna litości.

Powiedzieliśmy już, że Quasimodo był powszechnie nienawidzony, — dla wielu słusznych przyczyn, trzeba to przyznać. W tłumie tym nie wiem czy byś jednego znalazł widza, któryby nie miał powodu uskarżania się na złośliwego garbuska od Najświętszej Panny.

Wszyscy się cieszyli, widząc go u pręgierza; surowa zaś kara, jakiej uległ, i upokarzająca postawa w jakiej go zostawiono, nie tylko że nie rozczuliły tłuszczy, ale uczyniły nienawiść jej jeszcze złośliwszą, dodając do niej szczyptę śmieszności.

To też, skoro „krzywdzie publicznej stało się zadość”, jak dziś jeszcze wyrażają się adwokaci, nastała kolej tysiącznych zemst osobistych.

Tak tutaj, jak w sali sądowej, kobiety szczególniej gardłowały. Wszystkie miały do niego jakaś urazę, jedne za jego złośliwość, drugie za jego szpetność. Te ostatnie były najzawziętsze.

— O! larwa Antychrysta! — mówiła jedna.

— Czarownik! — krzyczała druga.

— Co za piękny grymas tragiczny — wrzeszczała trzecia. — Dla samej tej jego miny wartałoby ogłosić go królem huncwotów, gdyby dzień wczorajszy był dzisiaj.

— To dobrze — mówiła jakaś stara — wiemy teraz, jak wygląda u pręgierza; kiedyż zobaczymy go na szubienicy?

— Kiedyż cię dzwon twej do ziemi przygniecie na wieki, dzwonniku ty przeklęty!

— A jednak czort ten dzwoni na Anioł Pański!

— O! — głuchy! garbaty! potwór!

— Spojrzeć dość na tę mordę, by poronić, bez żadnych lekarstw ni ziółek.

Dwaj zaś żaki, Jehan Frollo i Eobek Poussepain, śpiewali w niebogłosy starą piosenkę ludową:


Powrozy! stryki!
Na szubieniczniki!
A smolne stosy
Na dusitrzosy!


Tysiące obelg, przekleństw, szyderstw i gdzie niegdzie kamieni, sypały się gradem.

Quasimodo był głuchy, ale widział dobrze; złość zaś publiczna równie energicznie malowała się na twarzach, jak i w słowach. Zresztą kamienie były dobitnem objaśnieniem śmiechu.

Trzymał się z początku nieźle. Lecz powoli, sama nawet cierpliwość, która go uczyniła była nieczułym na uderzenia katowskiego bicza, zaczęła słabnąć pod temi ukąszeniami owadów. Byk asturyjski, mało zważający na ciosy pikadora, wpada w gniew na widok psów i szczeniąt.

Groźnym wzrokiem powiódł po tłumie. Ale skrępowany, nie mógł jednem spojrzeniem odpędzić much, co mu się w rany wpijały.

Co spostrzegłszy, wstrząsnął wieżami, że aż od wściekłych tych wysileń skrzypnęło stare koło pręgierza. Wzmogło to jeszcze szyderstwa i krzyki.

Nie mogąc złamać obroży, w którą jak dzikie zwierzę był ujęty, znów się uspokoił; tylko od czasu do czasu wściekłe westchnienie pierś mu wzdymało. Na twarzy nie można było dostrzedz ni wstydu, ni rumieńca. Zbyt był oddalonym od życia towarzyskiego, i zbyt blizkim stanu natury, aby wiedzieć co to jest wstyd. Zresztą, w tym stopniu potworności, czyż hańba może się dać uczuć? Gniew atoli, nienawiść, rozpacz, napędzały powoli na tę odrażającą twarz chmurę coraz to czarniejszą, pełną elektryczności, która wybuchała w tysiącznych błyskawicach z oka cyklopa.

Chmura ta wszakże zeszła mu na chwilę z czoła na widok muła, przeciskającego się przez tłum z księdzem na grzbiecie. Jak skoro nieszczęśliwy pacyent spostrzegł z oddalenia tę prawdopodobnie odsiecz duchową, twarz się jego rozjaśniła. Na miejscu gromadzącej się wściekłości osiadł uśmiech dziwny, pełen słodyczy i spokoju, niewysłowionej czułości. W miarę zbliżania się księdza, uśmiech ów stawał się wyraźniejszym, bardziej promiennym. Zdawało się, że nieszczęśliwy witał nadchodzącego zbawcę. Wszakże, w chwili gdy muł znalazł się dosyć blizko pręgierza, aby jeździec mógł poznać pacyenta, ksiądz spuścił oczy, szybko zwrócił muła w inną stronę i oddalił się, jak gdyby chciał unikać poniżających przycinków z jednej strony, a z drugiej powitań i podziękowań biedaka w takiem położeniu.

Tym księdzem był archidyakon Klaudyusz Frollo.

Chmura wróciła na czoło Qnasimoda czarniejsza niż poprzednio. Uśmiech igrał jeszcze przez czas jakiś na jego ustach, ale gorzki: smutny, pełen ostatecznego zwątpienia.

Czas bieżał. Półtory już godziny najmniej spędził na kole, bez przestanku bity, wyśmiewany, kamionowany prawie.

Nagle poruszył znowu łańcuchami, a z taką rozpaczą, że rusztowanie zgrzytło i zajęczało; przerywając zaś milczenie, które dotychczas uporczywie zachowywał, zawołał głosem chrapliwym, ostrym, podobnym raczej do szczekania psa, niż do krzyku człowieka, głosem, który zagłuszył wrzaski tłuszczy:

— Wody!

Krzyk ten rozpaczliwy nie tylko że nie obudził żadnego współczucia, ale nawet wywołał nowy wybuch dobrego humoru w poczciwym ludzie paryzkim, otaczającym pręgierz. Lud ten, trzeba wyznać, wzięty w massie, ryczałtem jako tłum, nie był w owym czasie ani mniej okrutnym, ani mniej nikczemnym od plemienia włóczęgów, z którem zaznajomiliśmy już czytelnika, i które było nie czem innem, tylko najniższą warstwą ludu. Żaden głos nie odezwał się w około nieszczęśliwego pacyenta, wyjąwszy głosy, pragnienie jego wyśmiewające.

A i to pewna, że w tej chwili widok jego twarzy, zaczerwienionej i oblanej potem, z okiem obłąkanem, ustami zapienionemi od gniewu i cierpienia, z językiem napół wysuniętym, mógł obudzić raczej naigrawanie się i odrazę, niżeli litość. Trzeba jeszcze dodać, że gdyby nawet znalazła się w tłumie miłosierna jaka dusza mieszczanina lub mieszczanki, chcąca podać szklankę wody tej nieszczęśliwej istocie cierpiącej, przesąd wstydu i hańby, panujący w około pręgierza, cofnąłby dobrego Samarytanina.

Po kilku chwilach Quasimodo powiódł po tłumie rozpaczliwym wzrokiem, i powtórzył głosem jeszcze bardziej rozdzierającym:

— Wody!

Wszyscy w śmiech.

— Wypij tot — krzyknął Bobek Poussepain, ciskając mu w twarz gąbkę umaczaną w rynsztoku. Masz, podły garbusie! jestem twoim dłużnikiem.

Jakaś kobieta palnęła go kamieniem w głowę.

— To cię nauczy budzić nas w nocy przeklętem twem dzwonieniem.

— No cóż! synu — wrzeszczał sparaliżowany żebrak, starając się ugodzić go swoją kulą — czy będziesz jeszcze rzucał na nas czary z wieży Najświętszej Panny?

— Oto naczynie do picia! — mówił człowiek jakiś, ciskając mu w pierś rozbitym dzbankiem. Tyś winien, że moja żona, koło której tylko przeszedłeś, porodziła dziecko z dwiema głowami!

— A moja kotka, kota z sześcioma nogami! — dodała stara baba rzucając dachówką.

— Wody! — powtórzył poraz trzeci Quasimodo.

W tej chwili ujrzał, jak się tłuszcza rozstępowała. Młoda dziewczyna, dziwacznie ubrana, wyszła z tłumu. Szła w towarzystwie małej kozy białej ze złoconemi rogami, a w ręku niosła bębenek góralski.

Zaiskrzyło oko Quasimoda. Była to ta sama cyganka, którą usiłował porwać poprzedniej nocy, i czuł, chociaż niewyraźnie, że za ten właśnie napad karano go teraz; co zresztą było błędem, gdyż karano go tylko za to, że miał nieszczęście być głuchym i że był sądzony przez głuchego. Nie wątpił, że cyganka przychodzi wywrzeć na nim swą zemstę, jak i wszyscy inni.

W samej rzeczy, ujrzał ją szybko wbiegającą po wschodach. Gniew dusił go. Chciałby rozwalić pręgierz, i gdyby błyskawica jego oka miała władzę pioruna, cyganka byłaby w proch obróconą, zanimby wstąpiła na pomost.

ND-de-Paris-L6-Ch4-UneLarme

Młoda dziewczyna, nie wyrzekłszy ani słowa, zbliżyła się do pacyenta, który się napróżno silił uniknąć jej zbliżenia, a odwiązując od swego paska flaszkę, podniosła ją łagodnie do spiekłych ust nieszczęśliwego.

Wtedy to oko, tak dotychczas suche i spalone, zabiegło dużą łzą, która spłynęła po potwornej, skurczonej rozpaczą twarzy. Była to, być może, pierwsza łza, jaką nieszczęśliwy wylał w swem życiu.

Zapomniał, że pić mu się chciało. Cyganka skrzywiła się z niecierpliwości i z uśmiechem przytknęła flaszkę do zębatej gęby Quasimoda. Pociągnął łapczywie. Pragnienie jego było gorące.

Gdy skończył, wyciągnął naprzód czarne swe usta; chciał zapewne ucałować rękę, która go opatrzyła. Lecz młoda dziewczyna, pomna gwałtownego nocnego napadu i, być może, nie dowierzając, mu zupełnie, oddaliła rękę z przestrachem dziecka, które się obawia ukąszenia zwierza.

Wtedy biedny głuchy rzucił na nią spojrzenie pełne wyrzutu i niewysłowionego smutku.

Widok tej młodej dziewczyny, świeżej, niewinnej, pięknej a zarazem tak wiotkiej i słabej, przybiegającej w pomoc człowiekowi nędznemu, potwornemu, złośliwemu, w każdem miejscu byłby wzruszającym.

Na rusztowaniu widok ów był wzniosłym.

To też sam lud nawet zmiękł zaraz jak wosk, i jął klaskać w dłonie wołając:

— Zuch dziewczyna!... zgoda już, przebaczyć zbrodniarzowi!

W tej właśnie chwili pustelnica spostrzegła przez otwór swej nory cygankę na pomoście pręgierza i posłała jej straszne to złorzeczenie:

— Bądź przeklętą, córko Egiptu! — przeklętą, bądź przeklętą!



ND-de-Paris-L6-Ch5

V. Koniec historyi placka

Esmeralda pobladła; chwiejąc się zeszła z rusztowania. Głos pustelnicy ścigał ją jeszcze:

— Schodź! schodź! złodziejko egipska! wrócisz tam znowu!

— To zwykła febra pustelnicy — rzekł lud mrucząc — i na tem poprzestano. Kobiety tego rodzaju wzbudzały obawę, i dlatego też może uważane były za święte. W owym czasie nielada kto napaść śmiał na tego, kto się modlił we dnie i w nocy.

Nadeszła chwila uwolnienia Quasimoda. Odwiązano go i tłum się rozproszył.

Około Wielkiego-Mostu, Mahietta, wracająca ze swemi dwiema towarzyszkami, zatrzymała się nagle.

— Ale, ale, Eustaszku, cóżeś zrobił z plackiem?

— Mamo — odrzekło dziecko — jak ty rozmawiałaś z tą kobietą co siedzi w dziurze, to jakiś duży pies ukąsił placka. Wtedy i ja także ukąsiłem.

— Jakto! waćpan wszystko zjadłeś?

— Mamo, to pies! — Mówiłem, żeby nie ruszał, ale on nie słuchał, więc ja także spróbowałem trochę.

— To straszliwy dzieciak — mówiła matka śmiejąc się i łając zarazem. — Czy wiesz, Qudardo? on już sam objada nam wszystkie wiśnie? ogrodu w Charlerange. Jego dziadek powiada tóż, że będzie z niego wielki wódz.... Niech cię tylko raz jeszcze złapię na uczynku, mości Eustachy.... No, idźże, psotniku!





KSIĘGA SIÓDMA.

ND-de-Paris-L7-Ch1

I. O niebezpieczeństwie powierzania swych tajemnic kozie

Upłynęło kilka tygodni.

Było to w pierwszych dniach marca. Słońce, którego Dubartas, klassyczny ów protoplasta przenośni, nie był jeszcze nazwał wielkim księciem świec, i które pomimo to nie było ani mniej wesołem, ani więcej jasnem, opromieniało jeden z tych dni wiosennych, które mają w sobie tyle słodyczy i piękna, że cały Paryż, wysypany na placach i przechadzkach, święci je jak niedzielę. W tych dniach jasności, gorąca i pogody, jest pewna godzina, kiedy fasada kościoła Najświętszej Panny staje się istotnie uwielbienia godną. Moment to, w którym słońce, już skłonione ku zachodowi, znajduje się prawie naprzeciwko katedry. Promienie jego przybierają kierunek coraz bardziej poziomy, podnoszą się powoli z placu, ścielą się prostopadle na fasadę, i na ciemnem tle jej murów uwydatniają w ten sposób rzeźby tysiączne, podczas gdy wielka tarcza środkowa płomienie się zaczyna, jak oko cyklopa oświetlone odblaskami kuźni.

W takiej tu właśnie chwili jesteśmy.

Naprzeciwko wysokiej katedry, zaczerwienionej zachodzącem słońcem, na kamiennym balkonie zawieszonym nad bramą bogatego gotyckiego domu, który stanowił róg placu i ulicy Parois, kilka ślicznych młodych dziewcząt śmiało się i rozmawiało z wszelkim możliwym wdziękiem i z nieopisaną wesołością. Sądząc z długości zasłon, które z wierzchołka ich wysokości stożkowych ubrań głowy, okręconych sznurami pereł, spadały aż do stóp; z cienkości haftowanych koszulek, które okrywały ich ramiona, nie zasłaniając wcale, według ówczesnej powabnej mody, ich ślicznych dziewiczych szyj; z bogactwa spódniczek, cenniejszych jeszcze od zwierzchnich narzutek (wyszukanie godne podziwu!) z gazy, materyi i aksamitu, szczególnie zaś z białości ich rąk, świadczących o ich odświętnej zawsze bezczynności, łatwo możnaby się było domyśleć, że są to dziedziczki szlachetnych i bogatych rodów. W samej rzeczy miałeś tu Lilią Gondelaurier z towarzyszkami swemi: Dyaną de Christeuil, Amelottą de Montmichel, Kolumbą de Gaillefontaine, małą de Champchevrier; wszystkie córki rodzin krajowi znanych, a zgromadzone w tej chwili u owdowiałej pani de Gondelaurier, z powodu jaśnie pana de Beaujeu i jego małżonki, mających przybyć do Paryża w kwietniu, w celu wybrania towarzyszek honorowych dla Jej książęcej mości Małgorzaty, przyszłej żony Delfina Francyi, którą mieli Flamandczycy odprowadzić aż do Pikardyi.

Otoż, cała okoliczna szlachta starała się o ten zaszczyt dla swych córek, i wielu panów zawczasu przywiozło je lub przysłało do Paryża.

Te, o których mowa, zostały powierzone przez swych rodziców pieczy przezornej i sędziwej pani Aloizy de Gondelaurier, wdowy po dawnym naczelniku halebardników królewskich, mieszkającej ze swoją jedynaczką w domu przy placu Najświętszej Panny, w Paryżu.

Balkon, gdzie się znajdowały młode dziewczyny, łączył się z pokojem bogato obitym skórą flamandzką koloru płowego ze złotemi ozdobami. Belki, przecinające powałę równolegle, bawiły oko niezliczoną ilością rzeźb malowanych i złoconych. Na szafach lśniły się pyszne emalie; fajansowy łeb dzika uwieńczał wspaniały kredens, którego stopnie świadczyły, że gospodyni domu była żoną lub wdową po udzielnym panu. W głębi, obok wysokiego komina zasianego herbami od góry do dołu, bogatym fotelu z czerwonego aksamitu, siedziała pani de Gondelaurier, której pięćdziesiąt pięć lat równie wyraźnie odbijały na jej sukni, jak i na twarzy. Przy niej stał młody człowiek, postawy dosyć okazałej, chociaż tchnącej próżnością, jeden z tych młodzików, którzy podobają się wszystkim kobietom, ale na widok których ludzie poważni i fizyognomiści wzruszają ramionami.

Ten młody kawaler miał na sobie świetny ubiór kapitana straży królewskiej, ubiór zbyt podobny do stroju Jowisza, skreślonego w pierwszej księdze powieści, abyśmy potrzebowali nudzić czytelnika powtórnym jego opisem.

Panny zajmowały część balkonu i część pokoju, siedząc jedne na poduszkach z utrechtskiego aksamitu ze złotemi frendzlami, inne na stołkach z dębowego rzeźbionego drzewa. Każda z nich trzymała na kolanach róg szerokiej igiełkowej tkaniny, nad którą wspólnie pracowały i której spory kawał rozciągał się na pokrywającym posadzkę dywanie.

Rozmawiały z sobą tym głosem szepczącym i temi pół-uśmiechami stłumionemi, jakich zwykle używają dziewczęta, śród których znajduje się młody mężczyzna. Młodzian zaś, którego obecność wprowadzała w grę wszystkie te kobiece miłości własne, zdawał się być zupełnie na to obojętnym, podczas bowiem gdy piękne panny na wyścigi starały się ściągnąć na siebie jego uwagę, rotmistrz z wielkiem zajęciem czyścił łosiową rękawicą klamrę u swego pasa.

Od czasu do czasu stara dama zwracała się ku niemu z rozmową cichą, a on odpowiadał jak mógł najgrzeczniej, ze starannością wymuszoną i dość niezręczną. Uśmiechy, znaki porozumienia pani Aloizy, spojrzenia jakie rzucała ukradkiem na swoją córkę Lilię, szepcząc do kapitana, jasno mówiły, że chodziło tutaj o zaręczyny, o ślub, zapewne blizki, między młodym człowiekiem a Lilia. Z drugiej strony, zakłopotana oziębłość oficera była oczywistym dowodem, że miłość wcale go nie zajmuje. Cała jego postawa wyrażała obowiązek powinny i znudzenie, któreby dzisiejsi nasi obozowi podporucznicy wymownie określili wykrzyknikiem: „psia-ż to pańszczyzna!”

Poczciwa dama, bardzo rozkochana w swej córce, jak każda zresztą matka, nie spostrzegała wcale tej obojętności oficera i nie przestawała wychwalać przed nim niezrównanej zręczności, z jaką Lilia igłą dziergała, lub motek swej rozwijała.

— Patrz, kuzynku — rzekła przyciągnąwszy go do siebie za rękaw i szepcząc mu na ucho — patrz na nią! teraz się nachyla.

— W samej rzeczy — odrzekł młody człowiek i znów się pogrążył w chłodne i roztargnione milczenie.

Po chwili trzeba się było znowu nachylić, a pani Aloiza ciągnęła:

— Czy widziałeś kiedy twarzyczkę milszą i weselszą od twarzyczki swej narzeczonej? Czy podobna być bielszą i mieć ładniejsze jasne włosy? a ręce, jakie wykończone! a szyja, czyż nie przybiera zachwycających kształtów szyi łabędziej? Jakże ci niekiedy zazdroszczę! i jakżeś szczęśliwy, żeś mężczyzną, swawolniku! Nieprawdaż, że moja Lilia jest piękną jak bogini i że szalejesz za nią?

— Bez wątpienia — odpowiedział kapitan, myśląc zupełnie o czem innem.

— Ależ przemów do niej — rzekła nagle pani Aloiza, popychając go naprzód — powiedzże jej cokolwiek; stałeś się zbyt nieśmiałym. Możemy upewnić czytelników, że nieśmiałość nie była ani cnotą, ani wadą kapitana. Spróbował jednak uczynić to, czego od niego żądano.

— Piękna kuzynko — rzekł podchodząc do Lilii — powiedz mi, co przedstawia ten deseń, według którego wyszywasz?

— Piękny kuzynie — odparła tonem urazy Lilia — już ci to powiedziałam trzy razy: grotę Neptuna.

Widocznem było, że Lilia wiedziała lepiej niż jej matka, co znaczyło oziębłe postępowanie kapitana. Ten ostatni uczuł potrzebę zawiązania dłuższej niby rozmowy.

— I dla kogóż ta neptunerya? — zapytał.

— Dla opactwa Św. Antoniego des Champs — rzekła Lilia nie podnosząc oczu.

Kapitan dotknął się palcami brzegu tkaniny.

— Cóż to za jeden, piękna kuzynko, ten gruby rycerz, dmący z całych sił w trąbę?

— Jest-to Tryton — odpowiedziała.

Krótkie odpowiedzi Lilii tchnęły zawsze pewnem zagniewaniem. Młody człowiek pojął, że koniecznem było powiedzieć jej coś na ucho, jakieś głupstwo, jakąś grzeczność; byle co. Nachylił się więc, ale nie mógł znaleźć w swej wyobraźni nic czulszego i nic bardziej romansowego nad to:

— Dlaczego twoja matka nosi ciągle fałdzisty stanik z herbami, jak nasze babki z czasów Karola VII? — Powiedz-że jej piękna kuzynko, że to nie należy do wykwintności dzisiejszej, a te klamry i wawrzyny wyszyte herbownie na sukni, czynią ją podobną do chodzącego ekranu od komina? Przysięgam ci na honor, że dzisiaj nikt już nie siada tak na swej tarczy.

Lilia podniosła piękne swe oczy pełne wyrzutu: — I to już wszystko, na co mi przysięgasz? — wymówiła półgłosem.

Tymczasem poczciwa pani Aloiza, uradowana widokiem młodej szepczącej z sobą pary, mówiła sama do siebie, bawiąc się oprawą swej książki do nabożeństwa:

— Co za rozczulający obraz miłości!

Kapitan, coraz bardziej zakłopotany, uczepił się znowu tkaniny:

— Prawdziwie cudowna robota! — zawołał.

Korzystając z tego wykrzykniku, Kolumba de Gaillefontaine, także piękna blondynka o białej cerze, w sukni z niebieskiego adamaszku, odważyła się przemówić słówko do Lilii w nadziei, że kapitan jej odpowie.

— Kochana Gondelaurier — rzekła — czy widziałaś kobierce w pałacu la Roche-Guyon?

— Czy to nie ten pałac, do którego przytyka ogród Luwru? — wtrąciła śmiejąc się Dyana de Christeuil, która mając ładne ząbki, szczerzyła niemi bezustanku.

— I gdzie się znajduje duża stara wieża dawnego okopu paryzkiego? — dodała Amelolta de Montmichel, śliczna brunetka, kędzierzawa i świeża, mająca zwyczaj wzdychać, tak jak Dyana śmiać się, nie wiedzieć dlaczego.

— Moja droga Kolumbo — odezwała się pani Aloiza — czy chcesz mówić o pałacu, który należał do pana de Baqueville, za panowania króla Karola VI? — są tam w istocie pyszne kobierce.

— Karol VI! Karol VI! — mruknął młody kapitan, pokręcając wąsa. — Mój Boże! jak staruszka pamięta dawne czasy!

Pani de Gondelaurier mówiła dalej:

— Piękne tkaniny, zaprawdę. Robota tak ceniona, że uchodzi za nadzwyczajną!

W tej chwili Beranżera de Champehevrier, wysmukła siedmioletnia dziewczynka, która patrzała na Plac z balkonu, zawołała:

— Oj! piękna matko chrzestna, Lilio! Patrz, jaka śliczna tancerka tańczy na bruku i bije w bęben śród tłumu.

W samej rzeczy, dźwięczne burczenie góralskiego bębna dolatywało do pokoju.

— Zapewne jakaś cyganka — rzekła Lilia, zwracając niedbale głowę w stronę placu.

— Zobaczmy! zobaczmy! — zawołały żywo jej towarzyszki, i wszystkie pobiegły na skraj balkonu, podczas gdy Lilia zamyślona nad oziębłością swego narzeczonego, postępowała za niemi powoli, a kapitan, uradowany zdarzeniem kładącem koniec kłopotliwej rozmowie, wracał w głąb komnaty z wyrazem zadowolenia na twarzy, jak żołnierz zlózowany po odbytej służbie. Służba jednak przy pięknej Lilii była przyjemną, i taką tóż mu się dawniej wydawała; ale czas zepsuł kapitana: myśl blizkiego ślubu ochładzała go z każdym dniem bardziej. Zresztą miał charakter niestały i, mamyż powiedzieć? smak trochę pospolity. Chociaż bardzo szlachetnie urodzony, pod zbroją nabył przecież wiele zwyczajów żołnierskich. Lubił oberżę i jej dodatki, był swobodny tylko pośród grubych dowcipków, wojskowych umizgów, łatwych piękności i łatwych zwycięztw. Wyniósł z rodzinnego domu pewne wykształcenie i niektóre jego polory, lecz w zbyt młodym wieku zaczął harcować po kraju, zbyt wcześnie poznał życie obozowe, by szlachecki połysk nie zszargał się pod codziennem tarciem twardego żołnierskiego temblaka. Nie przestając przez resztę uszanowania, odwiedzać od czasu do czasu Lilii, czuł się u niej podwójnie krępowanym: najprzód dlatego, że roztrwoniwszy zapał młodzieńczy na miłość po wszelkiego rodzaju kątach, mało dla niej przy sobie zostawił rzetelnego uczucia; następnie dla tego, że w gronie tak pięknych dam, sztywnych, oszpilkowanych i przyzwoitych, drżał wciąż z bojaźni, aby jego usta, przyzwyczajone do krzyków żołnierskich, nie wypowiedziały mu nagle posłuszeństwa i nie palnęły karczemnego jakiego zaklęcia. Proszę sobie wyobrazić, jakieby to przyjemne sprawiło wrażenie!

Zresztą, wszystko to razem łączyło się w nim z wielkiemi urodzeniami do wykwintu, stroju i okazałej postawy. Niech czytelnik pogodzi sprzeczności owe jak mu się podoba. Jestem tylko dziejopisarzem.

Już od kilku chwil stał tedy kapitan zamyślony, lub też wcale bez myśli, oparty w milczeniu o rzeźby komina, gdy wtem Lilia, zwracając się ku niemu, przemówiła. Biedna dziewczyna nie miała snać wielkiej ochoty gniewać się na kapitana.

— Dobry kuzynie, wszakżeś opowiadał nam o małej cygance, którą uratowałeś przed dwoma miesiącami, prowadząc patrol nocny, z rąk bandy złodziei ?

— Zdaje mi się że tak, piękna kuzynko — odrzekł kapitan.

— A więc! — mówiła dalej — może to ta sama cyganka tańczy teraz na placu przed kościołem. Chodź zobacz, czy poznasz ją, kochany kuzynie Phoebusie.

Tajemna chęć zgody przebijała się w tem słodkiem wezwaniu i wymówieniu imienia. Kapitan Phoebus de Chateaupers (bo jego to ma czytelnik przed sobą od początku tego rozdziału) podszedł wolnym krokiem do balkonu.

— No — rzekła Lilia czule, kładąc swą rękę na ramieniu Phoebusa — przypatrz się tej małej, co tańczy pośród tłumu. Twojaż to cyganka?

Phoebus spojrzał i odpowiedział:

— Tak, nie wątpię, poznaję ją po jej towarzyszce kozie.

— O! co za ładna mała koza! — zawołała Amelotta. składając ręce w zachwyceniu.

— Czy rogi jej są rzeczywiście ze złota? — zapytała Beranżera.

Nie powstając ze swego fotelu pani Aloiza zabrała głos:

— Czy nie jest to jedna z tych cyganek, które przybyły w roku zeszłym przez bramę Gibarda?

— Pani matko — zauważyła łagodnie Lilia — ta brama nazywa się dzisiaj bramą Piekielną.

Panna de Gondelaurier wiedziała, do jakiego stopnia rotmistrz gorszył się przestarzałym sposobem mówienia jej matki. W samej rzeczy, zaczynał już mruczeć przez zęby:

— Brama Gibarda! Brama Gibarda! Jak za Karola VI!

— Mateczko chrzestna! — zaszczebiotała Beranżera, której biegające wciąż oczy zatrzymały się były na szczycie wież Najświętszej Paniny — jaki to czarny człowiek tam na górze?

Panny razem podniosły oczy. W istocie, człowiek jakiś stał przy najwyższem ogrodzeniu północnej wieży, od strony Placu-Tracenia. Ksiądz najwyraźniej. Można było dokładnie rozpoznać jego ubiór i jego twarz wspartą na dłoniach. Zresztą, był nieruchomy jak posąg. Wźrok miał utkwiony w jedno miejsce placu. Była to nieruchawość kani, patrzącej na odkryte gniazdo wróbli.

— Jest-to archidyakon Jozajski — rzekła Lilia.

— Masz dobre oczy, jeżeli go ztąd poznajesz! — zauważyła panna de'Gaillefontaine.

— Jak się wpatruje w tę małą tancerkę! — zawołała Dyana de Christeuil.

— Niech się cyganka ma na baczności, bo nie lubi cyganów! — dodała Lilia.

— Szkoda, że człowiek ten tak na nią patrzy — odezwała się Amelotta de Montmichel — bo zachwycająco tańczy.

— Piękny kuzynie Phoebusie - rzekła nagle Lilia — ponieważ znasz te małą cygankę, daj jej znak, żeby przyszła tutaj. To nas rozweseli.

— O! tak, tak! — krzyknęły wszystkie panny klaszcząc w dłonie.

— Ależ to szaleństwo — odparł Phoebus. — Już mnie pewno zapomniała, ja zaś nie wiem nawet, jak się nazywa. Jednakże, ponieważ panie tego żądacie, spróbuję.

I wychylając się po nad sztachety balkonu zawołał:

— Hej! mała!

Tancerka nie bębniła w tej chwili. Zwróciła głowę w stronę, zkąd głos wyszedł, a wzrok jej błyszczący padł na Pboebusa. Stanęła.

— Mała! — powtórzył kapitan i skinął na nią.

Młode dziewczę raz jeszcze spojrzało na niego, oblało się rumieńcem żywym, jakby ukropem prysnął jej kto na twarzyczkę, i wziąwszy swej bębenek pod pachę, skierowała się przez tłum zdumionych widzów ku bramie domu, z którego Phoebus ją wołał. Szła powoli, chwiejąc się, ze zmieszanym wzrokiem ptaszka zaklętego pod spojrzeniem węża.

Po chwili zasłona drzwi podniosła się, i na progu komnaty stanęła cyganka, zapłoniona, nieśmiała, zdyszana, z oczami spuszczonemi, nie odważając się jednego kroku naprzód uczynić.

Beranżera klasnęła w dłonie.

Tancerka wciąż nieruchomie stała na progu. Ukazanie się jej sprawiło na młodych pannach dziwne wrażenie. Nie ulega wątpliwości, że wszystkie miały ukrytą i niejasną chęć podobania się ślicznemu oficerowi, że jego pyszny mundur był przedmiotem wszystkich ich zalotów, i że od czasu jego przybycia istniało między niemi pewne utajone, głuche współzawodnictwo, z którego zaledwie same sobie zdawały sprawę, ale które wszakże objawiało się co chwila w ich ruchach i w ich słowach. Ponieważ jednak wszystkie były zarówno ładne, walczyły z sobą równą bronią i każda mogła spodziewać się zwycięztwa. Przybycie cyganki zniszczyło tę równowagę. Była ona tak wyjątkowie piękną, że w chwili, gdy się zjawiła we drzwiach, zdawało się, iż opromieniła całą komnatę właściwą sobie jasnością.

W tym ściśniętym pokoju, w tym ciemnem otoczeniu malowideł i rzeźb, wydała się powabniejszą jeszcze i bardziej rozpromienioną, niż na placu publicznym. Była to pochodnia, którą ze światła dziennego przeniesiono w cień. Wielmożne panny pomimo woli zostały olśnione. Każda uczuła się, jakby ranną na swej urodzie. To też natychmiast, ani jednego słówka pomiędzy sobą nie zamieniwszy, odwróciły dotychczasowy szyk bojowy (niech nam czytelnicy przebaczą to wyrażenie). Doskonale i od razu się zrozumiały. Instynkta niewieście pojmują się i odpowiadają sobie prędzej, niż rozumy męzkie. Spotykały wroga i wszystkie go czuły, wszystkie się łączyły.

Dość jednej kropli wina do zabarwienia szklanki wody; dla nadania pewnego nastroju zgromadzeniu kobiet ładnych, dość przybycia kobiety ładniejszej... szczególnie, jeżeli w ich gronie znajduje się jeden tylko mężczyzna.

To też przyjęcie, jakiego doznała cyganka, było nadzwyczaj zimne. Zmierzyły ją z góry, następnie spojrzały na siebie i postanowienie zapadło: były gotowe. Tymczasem młoda dziewczyna czekała aż do niej przemówią, a tak była wzruszoną, że nie ośmielała się podnieść powiek.

Kapitan pierwszy przerwał milczenie:

— Na honor — rzekł tonem zuchwałego lekceważenia — śliczne stworzenie! Jak sądzisz, piękna kuzynko?

Ta uwaga, którą delikatniejszy wielbiciel uczyniłby przynajmniej po cichu, nie mogła oczywiście zażegnać zawiści kobiet, stojących już na Czatach przed cyganką.

Lilia odpowiedziała kapitanowi ze słodko kwaśnym wyrazem pogardy:

— Nie brzydka.

Inne szeptały.

Dopiero pani Aloiza, mniej zazdrosna, boć przecie chodziło tu o jej córkę, odezwała się do cyganki:

— Zbliż się, mała.

— Zbliż się, mała! — powtórzyła Beranżera z powagą komiczną, gdyż nie sięgała głową wyżej stanika nowo przybyłej.

Cyganka postąpiła ku szlachetnej matronie.

— Śliczne dziecię — rzekł z napuszeniem Phoebus, czyniąc także ze swej strony kilka kroków ku dziewczynie — nie wiem, azali mam to niezmierne szczęście być poznanym przez ciebie...

— O! tak! — przerwała cyganka.

— Ma dobrą pamięć — zauważyła Lilia.

— Bo też — mówił dalej Phoebus — zbyt prędko uciekłaś tamtego wieczora. Czy się mię lękasz?

— O! nie! — odparła.

W tonie, jakim to: o! nie! zostało wymówione po: o! tak, było coś niewysłowionego, co zadrasnęło Lilię.

— Zostawiłaś mi w zamian, moja piękna — ciągnął kapitan, któremu się język rozwiązywał w rozmowie z dziewczyną uliczną, — zostawiłaś jakiegoś połamanego łajdaka, jednookiego i garbatego, który zdaje mi się, jest dzwonnikiem biskupa, czy co. Słyszałem, że to bękart pewnego archidyakona, a djabeł z urodzenia. Zabawne ma imię; nazywa się Kwasipost, Mięsopust, Suchednik, nie wiem już jak! Słowem, nazwa jakiegoś wielkiego święta! I on to ośmielił się porwać cię, jak gdybyś była przeznaczoną dla kościelnych dziadów! no proszę! Czegóż on chciał od ciebie, ten nietoperz? Hę, powiedz!

— Nie wiem — odrzekła.

— Zuchwałość nie do uwierzenia! jakiś dzwonnik porywa dziewczynę, jak hrabia! Chłop zastawia sidła na zwierzynę szlachecką! to rzecz niesłychana. Ale drogo za to zapłacił. Pierrot Torterue lepiej się sprawia z chłopstwem, niż najdzielniejszy ze stajennych; dodam jeszcze, jeżeli to może sprawić ci przyjemność, że skóra twego dzwonnika gladziuchno z rąk jego wyszła.

— Biedny człowiek! — westchnęła cyganka, której te słowa przypominały scenę pręgierza.

Kapitan parsknął śmiechem

— Do pioruna! toż mi litość w miejscu, jak kita u łopatki prosięcej. Bodajbym rozpęczniał jak ojciec Św....

Nagle urwał.

— Darujcie, panie! Zdaje mi się, żem tylko co nie palnął głupstwa jakiego.

— To źle, panie! — rzekła panna de Gaillefontaine.

— Mówi do tej istoty jej własnym językiem! — dodała Lilia, której gniew wzrastał co chwila. Gniewu tego nie łagodził bynajmniej widok rotmistrza, gdy zachwycony cyganką, a głównie samym sobą, wykręcał się na obcasie i powtarzał z grubą galanteryą, naiwną a żołdacka:

— Śliczny kęs, dalipan!

— Dosyć dziko ubrana, - rzekła Dyana de Christeuil, ze zwykłym swoim uśmiechem, odsłaniającym ładne jej ząbki.

Uwaga była rzutem światła dla drugich. Pokazała im słabą stronę cyganki; nie mogąc ugryźć jej piękności, rzuciły się na jej strój.

— W samej rzeczy, to prawda, mała — potwierdziła panna de Montmichel. — Zkąd ci przyszła myśl biegania po ulicach bez fartuszka i bez kołnierzyka ?

— Drżę, patrząc na tę krótką spódniczkę — dodała panna de Gaillefontaine.

— Moja kochana — przemówiła znów Lilia — pachołcy miejscy gotowi cię zaaresztować za pozłacaną tę opaskę.

— Mała — dorzuciła panna de Christeuil z uśmiechem kolącym gdybyś rękawkiem przykryła swą rękę, jak przyzwoitość nakazuje, słońce mniejby ją spiekło.

Był to w istocie widok godny rozumniejszego niż Phoebus widza, widok urodziwych tych panien, — gdy rozjątrzone z jadowitemi językami, wiły się niby gadziny w około ulicznej tancerki; okrutne i zarazem pełne uprzedzającej niby to dobroci, z szyderstwem grzebały, szperały w jej ubogim i dziwacznym stroju z rozmaitych błyskotek i grzechotek; nie szczędziły śmiechów, naigrawań się, poniżeń, szyderstwa, wyniosłej łaskawości, gniewnych spojrzeń. Wszystko to razem sypało się na cygankę jak grad. Rzekłbyś, że masz przed sobą młode owe Rzymianki, które bawiły się zanurzając złote szpilki w pierś pięknej niewolnicy. Patrzyłeś, zdawało się, na zwinne charcice na polowaniu, z rozdętemi nozdrzami, z iskrzącemi się oczyma, skaczące w około biednej sarny, do której oko pana dotknąć się im nie pozwala.

Zresztą, czemże była, w obec tych panien z wielkich domów, jakaś biedna tancerka z publicznego placu? Nie zdawały się wcale zważać na jej obecność, i mówiły o niej przed nią, do niej samej, głośno, jakby o jakimś przedmiocie podrzędnym, dość sobie brudnym a niebrzydkim.

Cyganka nie była nieczułą na te ukąszenia. Od czasu do czasu rumieniec wstydu, błyskawica gniewu, zapalały jej policzki i oczy; nieraz już pogardliwa odpowiedź była na jej ustach; jej twarzyczka przybierała znajomy czytelnikowi wyraz niecierpliwości; ale pozostawała nieruchomą, zatrzymując na Phoebusie spojrzenie pełne poddania się, smutku i słodyczy. Spojrzenie to drgało także szczęściem i czułością. Rzekłbyś, że się dziewczę hamuje z bojaźni, aby jej nie wypędzono.

Phoebus tymczasem śmiał się i bronił cygankę tonem, w którym przebijała się zuchwałość i litość.

— Pozwól im mówić co chcą, mała! — powtarzał, dzwoniąc złotemi ostrogami.— Zapewne, twej strój jest trochę dziwaczny i dziki, ale cóż to znaczy dla tak pięknej jak ty dziewczyny?

— Mój Boże! — zawołała jasnowłosa de Gaillefontaine z gorzkim uśmiechem, prostując łabędzią swą szyję — widzę, że panowie oficerowie straży królewskiej łatwo się zapalają do ładnych oczu cygańskich.

— Dlaczegóżby nie? — odparł Phoebus.

Na tę odpowiedź, rzuconą niedbale przez kapitana, wszystkie zaczęły się śmiać, i Kolomba, i Dyanna, i Amelotta i Lilia, w oku której jednocześnie zabłysła łza.

Cyganka, która po słowach Kolumby de Gaillefontaine spuściła była oczy ku ziemi, podniosła je rozpromienione radością i duma, i znów utkwiła w Phoebusa. W tej chwili zaprawdę piękną była.

Stara matrona, świadek tej sceny, uczuła się dotkniętą, chociaż dobrze jej nie pojmowała.

— Matko Boska! — zawołała nagie, cóż to się wałęsa pod mojemi nogami? Ach! brzydkie zwierzę.

Była to koza, która szukając swej pani, tylko co wpadła do pokoju i w drodze ku niej zawadziła różkami o stos materyi, wznoszący się na nogach siedzącej gospodyni domu.

Zdarzenie to pobudziło wszystkich do wesołości. Cyganka w milczeniu pomogła kozie wydostać się z przypadkowej matni. — O! maleńka kózka ze złoconemi kopytkami! — krzyknęła Beranżera, skacząc z radości.

Cyganka uklękła i zbliżyła pieszczotliwie do swej twarzy łaszącą się główkę kozy, jakby prosząc o przebaczenie za to, że ją opuściła.

Tymczasem Dyana pochyliła się do ucha Kolumby.

— E! mej Boże! — rzekła półgłosem — jakże można było o tem zapomnieć? Toż to cyganka, włócząca się z kozą. Mówią, że jest czarownicą i że jej koza pokazuje zadziwiające sztuki.

— A więc — odrzekła Kolumba — niechże teraz z kolei koza nas bawi i cud nam jaki pokaże.

Dyana i Kolumba odezwały się z żywością do cyganki:

— Mała, każ swej kozie, żeby nam pokazała cud jaki.

— Nie wiem, co chcecie panie powiedzieć — odrzekła tancerka.

— No, przecież cokolwiek, cudy, czary, sztuki magiczne.

— Nie rozumiem! — i zaczęła głaskać ładne zwierzę, powtarzając: — Dżali! Dżali!

W tej chwili Lilia spostrzegła woreczek z haftowanej skóry, zawieszony na szyi kozy.

— Co to takiego? — spytała,

Cyganka podniosła na nią swe duże oczy i odpowiedziała poważnie:

— To moja tajemnica.

— Chciałabym bardzo poznać tę twoją tajemnicę — pomyślała Lilia.

Wtem sędziwa matrona powstała ze skrzywioną miną.

— Cóż znowu — zawołała surowo do cyganki — jeżeli ani ty, ani twoja koza nie chcecie tańczyć, pocóżeście tu przyszły?

Dziewczyna bez żadnej odpowiedzi, skierowała się zwolna ku drzwiom. Lecz czem więcej się ku nim zbliżała, tem więcej zwalniała kroku. Jakiś niewidzialny magnes zdawał się ją zatrzymywać. Nagie zwilżone oczy podniosła na Phoebusa i stanęła.

— Dalibóg! — zawołał kapitan — tak się nie odchodzi. Wróć i potańcz nam trochę. Ale ba! piękny amorku, jak-że bo się nazywasz?

— Esmeralda — odrzekła tancerka, wciąż patrząc na rotmistrza.

Na to dziwne imię śmiech szalony rozległ się między młodemi pannami.

— Dla dziewczyny straszne to imię — zawyrokowała Dyana.

— A co, widzicie — rzekła Amelotta — że to czarownica.

— Moja kochana — zawołała uroczyście pani Aloiza — przyznaj, że twoi rodzice nie złowili ci tego imienia w kropielnicy.

Tymczasem Beranżera, nie zwracając na siebie niczyjej uwagi, zaprowadziła kozę, przy pomocy marcepana, do kąta pokoju, i zawiązawszy z nią bardzo prędko przyjazne stosunki, już od kilku minut tam pozostawała. Ciekawe dziecię odwiązało zawieszony na szyi kozy woreczek, otworzyło takowy i wypróżniło na dywan. Woreczek zawierał całe abecadło, którego każda litera była napisaną na oddzielnej tabliczce bukszpanowej. Zaledwie tabliczki owe zostały wysypane na dywan, koza, której było to zapewne jednym z cudów, ku wielkiemu zdumieniu dziecka, zaczęła wysuwać swoją złoconą nóżką niektóre litery i układać je zręcznie w pewny porządek. W taki sposób po chwili utworzył się wyraz, w składaniu którego koza zdawała się być bardzo wprawną, gdyż go utworzyła bez najmniejszego wahania się, tak, że Beranżera składając ręce z zadziwienia, zawołała nagle:

— Mateczko chrzestna Lilio, zobacz co koza zrobiła!

Lilia przybiegła i zadrżała. Ułożone na posadzce litery tworzyły wyraz:

Phoebus.

— Czy koza to napisała? — zapytała dziecka zmienionym głosem.

— Tak, mateczko chrzestna — odrzekła Beranżera.

Niepodobna było wątpić; dziecko nie umiało pisać.

— Oto i jej tajemnica! — pomyślała Lilia.

Na okrzyk dziecka zbiegli się wszyscy, i matka i młode panny i cyganka i kapitan.

Cyganka spostrzegła popełnioną przez kozę niedorzeczność. Zarumieniła się, zbladła i zaczęła drżeć przed rotmistrzem, jak winowajca; ten zdziwiony spoglądał na nią z uśmiechem zadowolenia.

— Phoebus! — szeptały młode panny pomieszane — imię kapitana !

— Masz nadzwyczajną pamięć! — rzekła Lilia do skamieniałej z bojaźni cyganki.

Poczem, skroś łez i łkania powiedziała z boleścią, zakrywając sobie twarz licznemi rękami:

— O! to czarownica! — Głos zaś jeszcze bardziej gorzki dodał w głębi jej serca: — To rywalka!

Upadła zemdlona.

— Moja córka! moja córka! — krzyknęła przestraszona matka. — Precz, cyganko piekielna!

Cyganka w mgnieniu oka zebrała nieszczęśliwe litery, skinęła na Dżali i wyszła przez jedne podwoje, podczas gdy przez drugie wynoszono Lilie.

Kapitan Phoebus, pozostawszy sam, wahał się przez chwilę między jednemi a drugiemi drzwiami; poczem udał się za cyganką.



ND-de-Paris-L7-Ch2

II. Co filozof, to nie ksiądz

Księdzem, którego młode panny spostrzegły na szczycie północnej wieży, pochylonego nad placem i uważnie przypatrującego się tańczącej cygance, był rzeczywiście archidyakon Klaudyusz Frollo.

Czytelnicy nasi nie zapomnieli zapewne tajemniczej celi, jaką archidyakon wybrał dla siebie w tej wieży. (Dodam nawiasem, że nie wiem, czy to nie jest czasami ta sama, której wnętrze dziś jeszcze oglądać można przez kwadratowe od wschodu okienko, znajdujące się na wysokość człowieka — tuż przy samej niemal platformie, zkąd wzbijają się wieże dzwonniczne; klatka zupełnie teraz goła, pusta i oszarpana; ściany jej, niedbale wapnem pomazane, ozdabia obecnie kilka nędznych żółtych malowideł, przedstawiających fasady rozmaitych katedr. Przypuszczam, że dziurę tę zamieszkują teraz nietoperze do współki z pająkami, i że wskutek tego służy ona za teatr nieustającej wojnie, której celem wytępienie much).

Codziennie na godzinę przed zachodem słońca, archidyakon wchodził do tej celi i noce całe niekiedy tam spędzał. Tego dnia, w chwili, gdy stanąwszy przed nizkiemi drzwiami komnatki, wkładał do zamka mały sztuczny kluczyk, który nosił zawsze przy sobie w sakwie zawieszonej u boku, odgłos bębna i kastanietek doleciał jego uszu. Odgłos ów szedł z placu kościelnego. Powiedzieliśmy już, że cela miała jedno tylko okienko, wychodzące na grzbiet kościoła. Klaudyusz Frollo szybko wyjął klucz z zamku i po chwili znalazł się na szczycie wieży, w postawie ponurej i zadumanej, w jakiej go młode dziewczyny postrzegły.

Stał tam, poważny, nieruchomy, cały wylany w jedno spojrzenie i w jedną myśl. Paryż był pod jego stopami, z niezliczonemi wieżyczkami swych gmachów, z okrągłym widnokręgiem płaskich wzgórzy, ze swoją rzeką wężowo wijącą się pod mostami, z ludem swym falującym ulicami, z powłóczystemi dymami swych kominów, z kolczatym łańcuchem swych dachów, jakby ściskających kościół Najświętszej Panny w kleszcze zębate. W całym tym atoli grodzie, jeden tylko punkt zwracał na siebie uwagę archidyakona: Plac przed katedralny; w całym tym tłumie jedna tylko postać go zajmowała: cyganka.

Trudnem byłoby określić to spojrzenie i powiedzieć, zkąd pochodził żarzący się w niem ogień. Było to spojrzenie nieruchome, a jednak pełne niepokoju i wrzawy. Patrząc też na zupełną nieruchomość całego jego ciała, zaledwie czasami poruszanego machinalnem drżeniem, jak drzewo od wiatru; patrząc na sztywność jego łokci, sztywniej szych od marmurowej balustrady, o którą się opierały, na skamieniały uśmiech wykrzywiający jego twarz i usta, rzekłbyś, że w Klaudyuszu Frollo oczy tylko jedne żyły.

Cyganka tańczyła sarabandy prowansalskie, kręcąc swej bębenek na końcu palca i podrzucając go w powietrzu; zręczna, lekka, wesoła, ani czuła ciężaru strasznego wzroku, spadającego wprost na jej głowę.

Tłum mrowił się w około niej; od czasu do czasu mężczyzna w żółto pąsowym kaftanie ustawiał publiczność w kółko, po czem wracał zasiąść na stołku o kilka kroków od tancerki, i kładł na swe kolana głowę kozy. Jegomość ów zdawał się być towarzyszem cyganki. Z wysokości, na jakiej stał, Klaudyusz Frollo nie mógł rozpoznać jego rysów.

Od chwili, w której archidyakon go spostrzegł, uwaga jego podzieliła się między tancerkę a nieznajomego, twarz zaś przybrała wyraz bardziej jeszcze ponury. Nagle wyprostował się i dreszcz przebiegł po całem jego ciele.

— Co to za człowiek? — mruknął przez zęby — widziałem ją zawsze samą jedną!

To rzekłszy, skrył się pod krętem sklepieniem wschodów i zeszedł na dół. Przechodząc koło drzwi dzwonnicy, ujrzał rzecz, która go mocno zastanowiła: ujrzał Quasimoda, jak pochylony nad otworem jednego z naddaszków, tworzących rodzaj olbrzymich żaluzyj, wyglądał również na Plac Był tak silnie zajęty tem, na co patrzał, że wcale nie zauważył przybranego swego ojca. Dzikie jego oko szczególny miało wyraz: było pełne zachwytu i słodyczy.

— To cóś nadzwyczajnego! — mruknął Klaudyusz. — Czyliżby się cygance tak przypatrywał? — I poszedł dalej. Po kilku minutach zadumany archidyakon wyszedł na Plac przez drzwi, znajdujące się u spodu wieży.

— Gdzież się podziała cyganka? — spytał, mieszając się z gromadą widzów, których bębenek był zwabił.

— Nie wiem — odpowiedział jeden z sąsiadów — tylko co znikła. Zdaje mi się, że poszła pokazywać swe sztuki do tego oto domu naprzeciwko, dokąd ją zawołano.

W miejscu cyganki, na tym samym kobiercu, którego arabeski zacierały się przed chwilą pod dziwacznym deseniem jej tańca, archidyakon ujrzał tylko czerwono żółtego jegomościa, który snać dla zarobienia także kilku groszy, pełzał w kółko z rękami opartemi o biodra, głową odrzuconą w tył, twarzą czerwoną, szyją wyciągniętą i z krzesłem w zębach. Do tego krzesła przywiązał był kota, którego mu użyczyła któraś z sąsiadek, a który miauczał ze strachu.

— Matko Boska! — zawołał archidyakon, w chwili gdy kuglarz, oblany potem, przechodził koło niego ze swoją piramidą stołków i kotem — co tutaj robisz, mości Piotrze Gringoire?

Surowy głos archidyakona sprawił na biedaku tak silne wrażenie, że stracił równowagę razem ze swoim gmachem; krzesełko i kot runęły na głowy widzom, pośród nieopisanych okrzyków tłumu.

Prawdopodobnie Piotrowi Gringoire (on to był w istocie), przyszłoby odbyć ciężką rozprawę z właścicielką kota i ze wszystkiemi poszkodowanemi na oczach lub policzkach, gdyby nie pośpieszył był skorzystać z zamieszania, i ukryć się w kościele tuż w ślady za Klaudyuszem Frollo, który był nań skinął.

W katedrze było już ciemno i pusto; nawy boczne zalegał mrok gruby, a lampy kaplic gwiazdkami już migotały pod czarnem sklepieniem. Wielka tylko różnokolorowa tarcza fasady, przeszyta poziomemi promieniami słońca, jaśniała w cieniu jak stos dyamentów, lejąc na drugą stronę nawy głównej, ku ołtarzowi, strugę olśniewających odblasków.

Uczyniwszy kilka kroków, archidyakon oparł się o filar i spojrzał na Gringoire'a. Spojrzenie to nie było takiem, jakiego się obawiał Gringoire, zawstydzony, iż osoba równie szanowna i uczona spotkała go w kuglarskim stroju. Rzut oka księdza nie miał w sobie nic drwiącego ani uszczypliwego, przeciwnie, świeciła w nim powaga, spokój i przenikliwość. Archidyakon pierwszy przerwał milczenie:

— Zbliż się no, mości Piotrze. Masz mi wiele rzeczy wytłómaczyć. A najprzód, powiedz rai, co za przyczyna, żeś się nie pokazywał od dwóch blizko miesięcy, i że zjawiasz mi się oto raptem na ulicy, w pięknym stroju, zaprawdę! pół żółtym, pół czerwonym, jak jabłko z Caudebec?

— Księże archidyakonie dobrodzieju! — zaczął Gringoire żałośnie — strój to w samej rzeczy dziwaczny i dla tego widzisz mnie bardziej zakłopotanym, niż kot z pęcherzem. Czuję, że robię bardzo źle, narażając ukryte pod tym kaftanem gnaty pitagorejskiego filozofa na pałki miejskich pachołków. Ale cóż chcesz, wielebny ojcze? wina spada na mej stary surdut, który mię nikczemnie zdradził w początkach zimy, pod pozorem, że był zbyt podarty i że czuł potrzebę pójścia na spoczynek do kosza gałganiarza. Cóż robić? cywilizacya nie doszła jeszcze do tego stopnia rozwoju, iżby się godziło chodzić golcem, jak tego chciał starożytny Dyogenes. Trzeba dodać, że na dworze wiatr dął straszliwie; trudnoż było w miesiącu styczniu zaczynać podobną dla ludzkości zbawczą reformę. Znalazł się oto kaftan, wziąłem go, pożegnawszy starą czarną kapotkę, która dla hermetyka jak ja nie zapinała się już dość hermetycznie. I oto w jaki sposób przywdziałem strój kuglarza, jak Św. Genest. Cóż chcesz, mistrzu? stało się zaćmienie. Toż i Apollo wlazłszy między wrony...

— Ślicznym trudnisz się przemysłem! — przerwał archidyakon — Nie ma co mówić.

— Przyznaję, mistrzu, że lepiej filozofować i poetyzować, rozdmuchiwać ogień w pięciu, lub otrzymywać takowy z nieba, niźli obnosić koty po ulicach. Dlatego też, skoroś przemówił do mnie, zgłupiałem jak osioł przed rożnem kuchennym. Ale co robić, mistrzu? żyć trzeba, a najpiękniejsze wiersze aleksandryjskie nie zastąpią w gębie kawałka normandzkiego sera. Napisałem na cześć Jej królewiczowskiej mości Małgorzaty Flamandzkiej sławne owo znane ci misteryum; cóż kiedy miasto nie płaci mi pod pozorem, że sztuka nie jest dość znakomitą, jak gdyby to można było za cztery czerwone złote dać tragedyę Sofoklesa. Miałem więc umrzeć z głodu. Na moje szczęście spostrzegłem się, że mam wcale mocne szczęki; rzekłem więc do nich na pół już tylko po łacinie: „Pokazujcie sztuki, uczcie się równowagi sił; karmcie same siebie. Ale U ipsam.” Zawiązałem przyjazne stosunki z bandą żebraków i włóczęgów, którzy nauczyli mię rozmaitych herkulesowych figlów, i oto obecnie co wieczór daję zębom chleb, zarobiony przez nie w dzień w pocie czoła. Z tem wszystkiem, concedo, zgadzam się, że najhaniebniejszy użytek robię ze swych władz umysłowych; człowiek bowiem nie dlatego się rodził, by przez całe życie bił w bęben i kąsał stołki. Ale, wielebny mistrzu, nie dosyć życie pędzić, trzeba na nie zarobić!

Archidyakon słuchał w milczeniu. Nagle zapadłe jego oczy przybrały wyraz tak koląco przenikliwy, że Gringoire uczuł się jakby przeszytym do głębi duszy.

— Bardzo dobrze, mości Piotrze — zawołał — ale dlaczegóż teraz chodzisz w towarzystwie tej tancerki cygańskiej?

— Rzecz prosta! — odrzekł Gringoire; dla tego, że ona jest moją żoną, a ja jej mężem.

Ponury wzrok księdza ogniem się zapalił.

— Miałżebyś to uczynić, nędzniku? — krzyknął, chwytając gwałtownie Gringoire a za ramię. — Czyliż Bóg tak cię już opuścił, żeś się odważył sięgnąć po tę dziewczynę?

— Przysięgam, wielebny ojcze, na moją cząstkę raju — odparł Gringoire drżąc całem ciałem — przysięgam ci że nigdym się jej nie tknął, jeżeli tylko o to ci chodzi.

— Dlaczegóż więc mówisz o mężu i żonie ? — spytał ksiądz. Gringoire pośpieszył opowiedzieć mu, w jak można najkrótszych wyrazach, wszystko co czytelnik już wie; swej przypadek na Dziedzińcu Cudów i swej ślub stłuczonym dzbankiem. Słowem, według opowiadania Gringoire'a, ślub ów nie miał żadnego dotąd rezultatu, gdyż każdego wieczora cyganka kradła mu noc weselną, zupełnie jak po pierwszem spotkaniu się.

— Nieprzyjemne to bardzo — dodał kończąc — pochodzi to przecież ztąd, że miałem nieszczęście ożenić się z dziewczyną, niewinną jak nowonarodzone dziecię.

— Co chcesz przez to powiedzieć? — zapytał archidyakon, który się stopniowo uspokoił, słuchając tego opowiadania.

— Jest-to dosyć trudne do wytłómaczenia — odpowiedział poeta. — We wszystkiem tem główną rolę gra przesąd. Moja żona, jeśli mam wierzyć staremu włóczędze, zwanemu u nas księciem Egipskim, jest dzieckiem zgubionem czy podrzuconem, co na jedno wychodzi. Nosi na szyi pewien szkaplerzyk, który ma jej niby to dopomódz do znalezienia rodziców, ale straciłby właściwość swą, gdyby dziewczyna cnotę swoją straciła. Ztąd wynika, że pozostajemy oboje bardzo, zanadto niewinnymi.

— Zatem — rzekł Klaudyusz z czołem bardziej jeszcze wypogodzonem — sądzisz, mości Piotrze, że żaden mężczyzna nie miał tej istoty?

— Cóż człowiek może poradzić zabobonowi, powiedz mistrzu? Nikt jej tego z głowy już nie wybije. Mojem zdaniem jest-to rzecz nadzwyczaj rzadka, wstydliwość owa klasztorna stale dzika i nieubłagana środ tych cyganek, tak łatwo dających się przyswoić. Ma wprawdzie dla swej obrony trzy rzeczy: 1) księcia Egipskiego, który wziął ją pod swoją opiekę w nadziei, być może, sprzedania jej duchownemu jakiemu łowimieszkowi; 2) całe plemię, co ją czci, jak nie przymierzając Najświętszą Pannę; i 3) pewien sztylecik, który filutka nosi ciągle przy sobie w którejś kieszonce, pomimo zakazów starościńskich, i który natychmiast błyska w jej ręku, gdy ją ktokolwiek ujmie za stanik. Ona to nielada, dalibóg!

Archidyakon osypał Gringoire'a pytaniami.

Esmeralda, według Gringoire'a, była to istota nikomu nieszkodliwa a miła, piękności bez zarzutu, okrom chyba pewnego, właściwego jej wykrzywienia ust; dziewczyna pełna prostoty i uczucia, nic nie wiedząca a kochająca wszystko; nie znająca dotąd różnicy między niewiastą a mężem, nawet we śnie; taką już przyszła na świat; rozmiłowana w tańcu, wrzawie i swobodzie; rodzaj pszczółki, z niewidzialnemi skrzydłami u stóp, żyjącej sród wichrów. Naturę tę zawdzięczała życiu tułaczemu, jakie pędziła zawsze. Gringoire'owi udało się dowiedzieć, że będąc jeszcze dzieckiem, przebiegła Hiszpanie i Katalonię, aż do Sycylii; sądził nawet, że była z karawaną zingarów, do których należała, w królestwie Algieru, kraju położonym w Achai, którato Achają przytyka z jednej strony do małej Albanii i Grecyi, a z drugiej do morza Sycylijskiego, kędy idzie droga Konstantynopolska.

Cyganie — mówił Gringoire — byli wassalami króla Algieru, jako naczelnika narodu białych Maurów. W każdym razie nie ulegało wątpliwości, że Esmeralda przybyła do Francyi w młodym bardzo wieku, przez Węgry. Ze wszystkich tych krajów, młoda dziewczyna wyniosła okruszyny dziwacznych narzeczy, cudzoziemskich śpiewów i wyobrażeń, co czyniło jej mowę czemś tak pstrem, jak jej strój pół paryzki, pół afrykański. Zresztą, mieszkańcy zwiedzanych przez nią dzielnic lubili ją za jej wesołość, miłe i żywe ruchy, za jej tańce i śpiewy. Jak sama mniemała, w całem mieście dwie tylko osoby ją nienawidziły, i o nich to często się odzywała z bojaźnią: worecznica Wieży Rolandowej, odrażająca pustelnica, która, nie wiadomo z jakiego powodu, czuła urazę do cyganek i przeklinała młodą tancerkę, ile razy ta przechodziła koło jej okienka; drugą zaś osobą był ksiądz niejaki, który zawsze spotykając się, rzucał na nią spojrzenia i wymawiał słowa przejmujące ją trwogą. Ostatni szczegół zmieszał silnie archidyakona, Gringoire jednak bynajmniej tego nie spostrzegł; dość było dwóch miesięcy czasu dla zatarcia w pamięci lekkomyślnego poety dziwnych zdarzeń wieczora owego, kiedy to spotkał był cygankę, dla zatarcia w umyśle jego roli, jaką w tem wszystkiem archidyakon odegrywał. W rezultacie, zapewniał Gringoire, i mała tancerka niczego się nie bała; nie zajmowała się wcale wróżbiarstwem i to ją chroniło od zatargów z władzą, tak często się przydarzających cyganom Przytem, w razach cięższych, poeta był dla niej bratem, jeżeli nie mężem.

Filozof zaś znosił bardzo cierpliwie gatunek ów platonicznego małżeństwa. To mu dawało w każdym razie kąt i chleb. Każdego rana opuszczał siedlisko żebractwa, najczęściej razem z cyganką; pomagał jej przy zwykłym zbiorze groszaków i dydek posrebrzanych; wieczorem wracał z nią pod jeden i ten sam dach, pozwalał się jej zamykać w swoim pokoiku i zasypiał snem sprawiedliwego. Sposób życia bardzo słodki, mówił, i bardzo zachęcający do marzeń i widzeń. Trzeba też dodać, że filozof sumiennie rzecz biorący, z ręką na sercu, nie był zupełnie pewny, czy się tak bardzo kochał w cygance. Prawie tyleż kochał maleńką kozę. Było to zwierzątko miłe, łagodne, zmyślne, rozumne, uczone. Nic pospolitszego w średnich wiekach nad te uczone bestyjki; budziły one wszędzie wielkie zajęcie, i często swych sztukmistrzów na stos prowadziły. Sztuki wszakże kozy o złoconych kopytach były bardzo a bardzo niewinne. Gringoire objaśnił je archidyakonowi, którego te szczegóły zdawały się żywo obchodzić. Najczęściej wystarczało pokazać kozie figielek jaki na bębenku w ten lub ów sposób, ażeby ta powtórzyła wraz pożądaną sztukę. Wdrażała ją do tego wszystkiego cyganka mała, posiadająca tak rzadkie zdolności w tym zakresie, że we dwa np. niespełna miesiące nauczyła kozę układać z ruchomych liter wyraz Phoebus.

— Phoebus! — rzekł ksiądz; — dlaczego phoebus?

— Nie wiem — odpowiedział Gringoire. — Być może w jej mniemaniu wyraz ten posiada tajemniczą jaką własność magiczną. Często powtarza go półgłosem, gdy sądzi że jest sama.

— Czy jesteś pewny — zapytał Klaudyusz z przenikliwem spojrzeniem — że jest-to tylko wyraz, a nie imię?

— Czyje imię? — odparł poeta.

— Alboż ja wiem? — rzekł ksiądz.

— Oto co mi się zdaje, mistrzu, cyganie ci są trochę Gwebrami i czczą słońce. Ztąd Phoebus.

— To dla mnie nie jest tak jasne, jak tobie, panie Piotrze.

— Zresztą, mało to mie obchodzi. Niech sobie mruczy o swoim Phoebusie co się jej podoba. Pewnem - jest w każdym razie to, że Dżali kocha mię prawie tyle co ona.

— Co za Dżali?

— A ta koza.

Archidyakon podparł podbródek dłonią i zamyślił się. Nagle znowu się zwrócił do Gringoire'a.

— Przysięgasz mi, że się jej nie tknąłeś?

— Kogo? — spytał Gringoire — kozy?

— Nie — tej kobiety.

— Mojej żony?... Ależ przysięgam.

— I często jesteś z nią sam na sam ?

— Co wieczór, godzinkę, drugą.

Ksiądz Klaudyusz ściągnął brwi.

— O! o! Solus cum sola non cogitabuntur orare Pater noster.

— Na moją duszę, mógłbym odmówić Pater, i Ave Maria i Credo in Deum Patrem omnipotentem, a ona nie więcej-by na mnie zważała, co kura na kościół.

— Przysięgnij mi na łono swej matki — powtórzył archidyakon gwałtownie — żeś się jednego włosa tej istoty nie dotknął w swem życiu.

— Przysiągłbym również i na głowę swojego ojca, bo dwie te rzeczy są bardzo do siebie zbliżone. Lecz pozwól, ojcze wielebny, że i ja ci z kolei jedno zadam pytanie.

— Mów pan.

— Co cię to tak obchodzi?

Blada twarz archidyakona pokraśniała jak policzki młodej dziewczyny. Przez chwilę milczał, nareszcie z widocznem zakłopotaniem rzekł:

— Słuchaj, mistrzu Piotrze Gringoire! Nie jesteś jeszcze zupełnie potępionym, o ile mi wiadomo. Twej los nie jest mi obojętnym, szczerze ci sprzyjam. Otóż widzisz, najmniejszy stosunek bliższy z tą szatańską cyganką uczyniłby cię niewolnikiem djabła. Wiesz, że duszę ciało zawsze gubi. Biada ci, jeżeli się zbliżysz do tej kobiety! Skończyłem.

— Spróbowałem ci ja, co do tego zbliżenia, raz jeden — powiedział Gringoire skrobiąc się w ucho — miało-to miejsce pierwszego wieczora; alem się sparzył.

— Byłeś do tyla zuchwałym? — zawołał ksiądz.

I czoło jego chmurami zaszło.

— Innym znów razem — mówił dalej poeta z uśmiechem — przed pójściem na spoczynek, rzuciłem okiem przez dziurkę od klucza, i ujrzałem w bieliźnie najśliczniejszą kobietę, jaka kiedykolwiek stanęła bosą stopą na łóżku...

— Idź do szatana! — wrzasnął ksiądz z okropnym wzrokiem — i odepchnąwszy zdumionego Gringoire'a, wielkiemi krokami zasunął się pod ciemne sklepienie katedry.



ND-de-Paris-L7-Ch3

III. Dzwony

Od czasu sceny u pręgierza, sąsiedzi Najświętszej-Panny zauważyli, że zapał, z jakim dawniej Quasimodo wydzwaniał, znacznie ostygł. Poprzednio głos dzwonów rozlegał się przy lada zdarzeniu; jutrznie trwały od prymy do pierwszej wotywy; wielka summa była prawdziwym koncertem gardłarzów, niedzielników i sygnaturek; wysokie gammy wydobywały się z dzwonów mniejszych przy ślubie, przy chrzcie, przy pogrzebie, zlewając się w powietrzu jakby w tkaninę, to żałosnych, to wesołych tonów. Stary kościół, cały drgający i rozbrzmiały, rozpływał się naprzemian to jękami skarg, to hymnami radości. Czułeś obecność jakiegoś ducha wrzawy i szału, który wyśpiewywał ongi przez te wszystkie usta spiżowe. Teraz zdawało się, że duch ów znikł; katedra sposępniała, na dobrowolne, rzekłbyś, skazując siebie milczenie ; uroczystości i pogrzeby miały już obecnie swe zwykłe tylko dzwonienia, suche i nagie, takie, jakich rytuał wymagał, nic nadto; z podwójnej melodyi, jaką kościół z siebie wydobywa przez organy wewnątrz i przez dzwony zewnątrz, pozostały tylko organy. Sądziłbyś, że dzwonnica straciła swego kapelmistrza. Quasimodo wszakże jej nie porzucił; zaszłażby więc zmiana jaka w nim samym? I jaka mianowicie? czyliżby hańba i rozpacz, jakie go dotknęły na rusztowaniu, trwały jeszcze w głębi jego serca? czyliżby razy katowskiego bicza powtarzały się dotychczas w jego duszy? czyliżby gorycz owego poniżenia stłumiła w nim nawet jego namiętność do dzwonów? A może to Marychna znalazła już współzawodniczkę w sercu dzwonnika Najświętszej-Panny? może czternaście jej sióstr młodszych zostały zapomniane dla czegoś słodszego i piękniejszego?

Zdarzyło się, że w miłym tym roku 1482, Zwiastowanie przypadło we wtorek 25 marca. Dnia tego powietrze było tak czyste i tak lekkie, że w sercu Quasimoda odezwała się jego dawna miłość dla dzwonów. Raźniej tedy nieco wstępował na północną wieżę, podczas gdy stróż kościelny otwierał na oścież podwoje katedry, składające się wtedy z grubych desek pokrytych skórą, obitych ćwiekami o złoconych główkach i ujętych w ramy rzeźbione „bardzo misternej roboty.”

Doszedłszy do najwyższej klatki dzwonnicznej, Quasimodo spoglądał czas jakiś na sześć dzwonów, smutnie kiwając głową, jak gdyby ubolewał nad tem, że coś obcego stanęło w jego sercu między nim a niemi. Lecz gdy wprowadził je w ruch, gdy uczuł pod ręką polotne pozywy tego grona grajków ochoczych, gdy ujrzał, bo nie mógł słyszeć, jak drgająca oktawa wznosiła się i spadała po huczącej tej skali, niby ptak przeskakujący z gałęzi na gałąź, gdy Duch-muzyka, zaklęty ów geniusz, potrząsający roziskrzonym pękiem śpiżowcowych basów, kwint, treli, sykań sygnaturkowych, porwał i opętał głuchego dzwonnika, wtedy biedak uczuł się znów szczęśliwym, zapomniał o wszystkiem i rozkosz, która pierś mu wzdymała, rozpromieniła jego oblicze.

Chodził, rzucał się, klaskał w dłonie, biegał od sznura do sznura, głosem i ruchem zachęcał sześciu śpiewaków, jak przywódzca orkiestry pobudzający pojętną swoją kapelę.

— No, Gabryelo — mówił — wylej dziś wszystkie swe dźwięki na miasto! wszak to święto... Mikołajku, nie próżnuj! cóż, ustajesz? dzwoń, dzwoń-że, czyś zardzewiał, hultaju?... Dobrze! prędzej! prędzej! tak żeby serca nie widziano... Załóż im wszystkim uszy, zamaluj gęby, żebyć na głuchych nie wrzeszczeli... Wybornie, Grześku, tak jest śmiało!... Wilhelmie! Wilhelmie! tyś największy, a Pafnucy, który jest najmniejszy, lepiej od ciebie dzwoni. Założyłbym się, że ci, co słuchać mogą, słyszą go lepiej .. Dobrze, dobrze! Gabryelo, silniej! jeszcze silniej!,.. E! cóż wy tam robicie, wy dwaj w górze? Wróble? nie wydajecie najmniejszego dźwięku... Cóż to za dzioby miedziane, które zdają się ziewać, kiedy śpiewać trzeba? Hej! do pracy! Toż Zwiastowanie. Słońce świeci, grajcie dzwony... Biedny Wilhelmie! tchu ci już braknie, mej gruby przyjacielu?

Cały był zajęty podnietą swych dzwonów, które skakały na wyścigi, wstrząsając błyszczącemi grzbietami, jak hałaśliwa uprząż mułów hiszpańskich smaganych przez poganiacza.

Nagle, rzucając od niechcenia okiem przez jeden z otworów pomiędzy szerokiemi dachówkami, pokrywającemi na pewnej wysokości prostopadły mur dzwonnicy, ujrzał na placu dziwacznie przystrojoną młodą dziewczynę, przy niej małą kozę leżącą na rozesłanym kobiercu, a w około dziewczyny i kozy, gromadzący się tłum ciekawych.

Widok ten zmienił raptownie bieg jego myśli i ściął jego zapał muzyczny, jak powiew wiatru ścina topniejącą smółkę. Stanął, odwrócił się plecami do dzwonów, przytulił twarz do otworu, i utkwił w tancerce ten sam wzrok zadumany, czuły i słodki, który już raz zadziwił był archidyakona. Tymczasem zapomniane dzwony zamilkły bełkotliwie i smutnie jeden po drugim, ku wielkiemu niezadowoleniu miłośników muzyki śpiżowej, którzy z Zamiennego mostu z żywem spółczuciem przysłuchiwali się grze Quasimoda, i odeszli rozczarowani jak pies, któremu pokazano kość, a rzucono kamień.



ND-de-Paris-L7-Ch4

IV. ÁNÁΓKH

Stało się, że pewnego pięknego poranku tegoż samego miesiąca marca, a było to zdaje mi się, w sobotę 29, w dzień św. Eustachego, stało się, że nasz młody przyjaciel, żak Jehan Frollo zwany Wiatrakiem, spostrzegł, ubierając się, że jego spodnie, w których chował sakiewkę, nie wydawały żadnego dźwięku metalicznego.

— Biedna sakiewko — rzekł, wyjmując ją z kieszeni — jakto! nie zawierasz najlichszego już bodaj grosza paryzkiego? o jakże kufle piwa, kości i Wenera srodze cię wypatroszyły! jakżeś pusty, pomarszczony i chudy! podobnyś do zwiędłych piersi wiedźmy! Pytam was, mości Cyceronie i mości Seneko, których zbutwiałe dzieła spostrzegam oto na podłodze, cóż mi potem, że wiem lepiej od przełożonego mennicy lub żyda z mostu Wekslarskiego, iż złoty dukat z koronką wart trzydzieści pięć jedynek po dwadzieścia pięć susów i sześć denarów paryzkich każda, a dukat z półksiężycem liczy trzydzieści sześć jedynek po dwadzieścia sześć susów i sześć denarów turnejskich sztuka w sztukę? co mi po tem, skoro nie mam złamanego nawet szeląga, aby postawić na podwójną szóstkę? O! konsulu Cyceronie! nie twoja to parafraza w rodzaju: quemadmodum, lub też: verum enim vero, wybawi mię z tej niefortunnej przygody.

Odziewał się smutny. Gdy wkładał trzewiki, myśl pewna zawitała mu w głowie, ale odepchnął ją z razu; myśl jednak wróciła po niejakim czasie, i żak włożył kamizelkę na wywrót, co było widocznym znakiem gwałtownej wewnętrznej walki. Nareszcie, ciskając silnie czapką na ziemię, zawołał:

— Pal go licho ! niech się stanie co ma stać. Pójdę do mego brata! Będę miał kazanie, ale i dukat będzie.

Po tych słowach zarzucił pośpiesznie na plecy opończę podbitą futerkiem, podniósł czapkę i wybiegł, jakby go w pięty parzyło.

Udał się ulicą la Harpe ku Staremu Miastu. Gdy przechodził koło ulicy la Huchette, zapach zachwycających pieczeni, które tam ustawicznie kręcono na rożnach, załechtał jego organy powonienia, i zgłodniały żak posłał czułe spojrzenie ku cyklopejskiej tej warzelni mięsiw, na widok której Franciszkanin Calatagironne wykrzyknął pewnego dnia patetycznie: Veramente, queste rotisserie sono cosa stupenda!

Ale Jehan nie miał za co śniadać; to też z głębokiem westchnieniem zasunął się w chłodny cień bramy Małego-Kasztelu, pod ciężkie sklepienia jej wież, strzegących wejścia do starego grodu.

Nie zatrzymał się nawet dla rzucenia po drodze, jak to było we zwyczaju, kamieniem w posąg Perineta Leclerc'a, co to wydał był Anglikom Paryż Karola VI, za jaką zbrodnię popiersie jego z twarzą pokaleczoną kamieniami i obryzganą kałem, pokutowało przez trzy stulecia na rogu ulic la Harpe i Duci, jakby u wiekuistego pręgierza.

Przeskoczywszy przez Mały-Most, przebiegłszy przez ulicę Neuve Sainte-Genevieve, Jehan znalazł się przed kościołem Najświętszej Panny. Tutaj znów się zaczął wahać, w ciągu kilku minut przechadzał się pod posągiem p. Legris, i powtazał z niepokojem:

— Kazanie nieuniknione, dukat niepewny!

Nareszcie zatrzymał jakiegoś kościelnego posługacza, wychodzącego z klasztoru:

— Gdzie jest pan archidyakon Jozajski?

— Sądzę, że jest w kryjówce swej, na wieży — odrzekł posługacz — a nie radziłbym waszmości przeszkadzać mu, chybabyś przychodził w imieniu kogoś takiego, jak ojciec święty lub Najjaśniejszy Pan nasz, Jego Miłość.

Jehan klasnął w dłonie.

— Dalibóg! znakomita sposobność obejrzenia sławnej jaskini czarnoksięzkiej.

Podniecony tą myślą, śmiało uderzył na małą czarną furtkę i zaczął wstępować na kręte wschody Saint-Gilles, prowadzące na górne piętra wieży.

— Zobaczę! — mówił w drodze. — Na wyprawę Przeczystej Dziewicy! ciekawa tu musi być rzecz, ta cela, którą wielebny mej brat chowa jak swoje pudendum! Mówią, że ma tam całą kuchnię piekielną i smaży na wielkim ogniu kamień filozoficzny. Na pazurki czarcie! tyle mię obchodzi jego kamień filozoficzny, co pierwszy lepszy krzemyczek, i wolałbym w piecyku jego znaleźć jajecznicę, niż największy z kamieni filozoficznych jakie na świecie istnieją.

Doszedłszy do galeryi o smukłych kolumnach, odpoczął chwilkę, klnąc nie wiem na ile już milionów fur beczek djabłów, nieskończone te wschody; następuie przez ważkie drzwi północnej wieży, dziś wzbronione dla publiczności, udał się w dalszą drogę. Po kilku minutach, minąwszy izbę dzwonniczną, napotkał rodzaj korytarzyka w bocznem zagłębieniu ściany, a pod sklepieniem nizkie ostrołukowe drzwi, opatrzone w zamek olbrzymi i mocne żelazne okucie, szczegóły, którym mógł się przyjrzeć, dzięki strzelniczemu otworowi, wybitemu naprzeciw w kolistej ścianie schodów. Osoby, któreby chciały dzisiaj drzwi te obejrzeć, poznają je po tym napisie wyrytym na czarnej ścianie: J'Adore Coralie, 1823. Podpisano. Ugène. Podpisano znajduje się w tekście.

— Uf! — rzekł Jehan —- to zapewne tutaj.

Klucz był w zamku; drzwi tuż przed nosem; pchnął je z lekka i wysunął głowę naprzód.

Czytelnik przerzucał zapewne cudowne dzieło Rembrandta, tego Szekspira malarstwa. Śród tyla zachwycających rycin, jedna szczególniej aqua-forta, przedstawiająca, jak się domyślają, Fausta, godną jest uwagi znawców. Wyobraża ciemną celkę: pośrodku stoi stół obciążony przedmiotami rozmaitego rodzaju, jak trupie głowy, globusy, alembiki, cyrkle, pergaminy hieroglificzne. Przed stołem znajduje się czarnoksiężnik, okryty grubym płaszczem, w futrzanym kołpaku naciśniętym po same brwi. Postać jego widzialną jest tylko do pasa. Podniósł się w połowie z ogromnego krzesła, oparł zaciśnięte pięście na stole, i z ciekawością a przerażeniem wpatruje się w wielkie promieniste koło, złożone z liter magicznych, które świeci na tle muru, jako pryzmatycznie rozłożony odblask słoneczny w ciemnicy. Kabalistyczne to słońce zdaje się migotać na ścianie, zapływając pomroczystą celkę tajemniczą swą promiennością. Obraz straszny i piękny zarazem.

Coś podobnego do celi Fausta ukazało się właśnie oczom Jehana, gdy się odważył wsunąć głowę w drzwi na pół otwarte. Był to również kącik pogrążony w mroku i zaledwie oświetlony. Postrzegałeś tu także fotel ogromny i stół nie mniejszy, kompasy, alembiki, szkielety zwierząt zawieszone u powały; globus walający się po podłodze; czaszki gryfie obok słojów, w których drżały złote liście; trupie głowy śród pergaminów, pokrytych znakami i literami; grube rękopisy pootwierane i rzucone w nieporządku jedne na drugie, bez względu na łamiące się rogi kart; słowem, wszelkie naukowe rupiecia, a na kupach tych wszędzie pył i pajęczyny. Koła tylko z promienistych liter nie było ; nie było też i czarnoksiężnika, spoglądającego w zachwycie na promieniste widziadło, jako orzeł patrzy na słońce.

Cela jednak nie była pustą. W krześle siedział ktoś schylony nad stołem. Jehan, do którego postać ta tyłem odwróconą była, mógł widzieć jeno plecy jego i nadkarcze; bez trudności wszakże poznał łysą tę głowę, którą natura obdarzyła wieczną tonsurą jakby chcąc zewnętrznym onym symbolem zaznaczyć nieodwołalne duchowe powołanie archidyakona.

Jehan poznał tedy swego brata; drzwi otworzyły się przecież tak pocichu, że ksiądz Klaudyusz nie spostrzegł jego obecności. Ciekawy żak skorzystał z tego, aby dokładnie obejrzeć celę. Szeroki piec, którego z początku nie spostrzegł, stał na lewo od fotelu, pod okienkiem

Promień światła dziennego, wpadający przez ten otwór, przeszywa okrągłą pajęczynę, której delikatny deseń rozpierał się w ramach okienka, a w której środku nieruchomie się trzymał sam budowniczy zasłonki, pająk, jakby centralny supełek koronkowego tego koła. Na piecu stały w nieładzie wszelkiego rodzaju naczynia, kubki gliniane, lejki szklanne, tygle, fajerki z węglami. Jehan z westchnieniem zauważył, że nie było ani jednej patelni. — Ładne mi statki kuchenne! — pomyślał.

Zresztą, w piecu się nie paliło i zdawało się nawet, że już oddawna nie było w nim ognia. Szklanna maska, którą Jehan zoczył pomiędzy alchemicznemi przyrządami, służąca zapewne do zasłaniania twarzy archidyakona w czasie robienia niebezpiecznych jakich doświadczeń, leżała w kącie pokryta pyłem i jakby zapomniana. Obok spoczywał niemniej zapylony mieszek, z tym napisem z wierzchu, sadzonym literami miedzianemi: Spira, spera.

Inne napisy, według zwyczaju alchemików, w wielkiej liczbie pokrywały ściany; jedne były skreślone inkaustem, inne wyryte ostrzem metalicznym. Mieszanina liter gotyckich, hebrajskich, greckich i rzymskich; napisy porozrzucane bez żadnego porządku, jedne na drugich, bezładnie; świeższe zacierały dawniejsze, a wszystkie powikłane razem, jak gałązki krzaku, jak piki śród utarczki. W istocie, walczyły tu z sobą wszystkie filozofie, wszystkie marzenia, wszystkie mądrości ludzkie. Tam i ówdzie godło jakieś jaśniało pomiędzy innemi, jak chorągiew pośród dzid. Były to po większej części krótkie orzeczenia łacińskie lub greckie, w formułowaniu których celowały średnie wieki: Unde? inde? — Homo homini monstrum. — Astra, castra, nomen, numen. — Mέγα βιϐλίον, μέγα κακόν. — Sapere aude. — Fiat ubi vult. i t. d.; czasami jakiś wyraz nie mający na pozór żadnego znaczenia: Ἀναγκοφαγία; co skrywało być może gorzki przycinek klasztornemu życiu; czasami znowu proste przykazanie karności kościelnej, wyrażone w sześcio-stopowym klassycznym wierszu: Coelestem dominum, terrestrem dicito domnum. Czerniły się także passim i wyciągi z hebrajskich ksiąg, czego Jehan, niewiele się już znający na greczyznie, wcale nie rozumiał; na tem zaś wszystkiem porozsiewane miałeś gwiazdy, postacie ludzi i zwierząt, trójkąty przecinające się, co czyniło pogryzmolony mur celki podobnym do arkusza papieru, po którymby małpa wodziła maczanem w atramencie piórem.

Całość izdebki przedstawiała widok opuszczenia i nieporządku, zły zaś stan sprzętów pozwalał przypuszczać, że gospodarza oddawna odwiodły od zwykłej kolei zajęć kłopoty inne. Jakoż sam on pochylony nad ogromnym rękopismem, zdobnym w dziwne malowidła, zdawał się być dręczonym stałą jakąś namiętnością, mieszającą się we wszystkie jego rozmyślania. Tak przynajmniej osądził Jehan, posłyszawszy ten jego monolog głuchy i przerywany zwrotami zastanowienia, jak w snach marzyciela rojącego głośno.

— Tak jest, Manu to powiada, Zoroaster tego nauczał! Słońce rodzi się z ognia, księżyc ze słońca; ogień jest duszą wszystkiego; atomy jego pierwiastkowe wylewają się ustawicznie na świat niezliczonemi strumieniami! W punktach, gdzie się te strumienie przecinają na niebie, tworzy się światło; w punktach ich przecięcia się na ziemi, dają złoto... Światło .. złoto : jedno i to samo! Ogień w stanie okrzepłym... Różnica taka zaledwie, jak między przedmiotem widzialnym a dotykalnym, między płynem a ciałem stałem tej samej substancyi; między parą a lodem, nic więcej... To nie są marzenia... to ogólne prawo natury... Ale jak sobie począć, by pochwycić tajemnicę tego prawa? I zaprawdę, to oto światło oblewające mą rękę, to złoto! najzupełniej te same atomy, rozcieńczone jeno według pewnego jakiegoś prawa; trzeba tylko złożyć je teraz według innego pewnego prawa... Ale jak? Niektórzy wpadli byli na myśl zakopania promienia słonecznego. Awerroes... czy Awerroes?... tak Awerroes zakopał jeden taki pod pierwszym filarem lewej strony świątyni Koranu, w wielkim meczecie kordubskim; lecz grobowiec otworzyć i zobaczyć, czy doświadczenie się udało, można będzie dopiero po ośmiu tysiącach lat.

— Do djabła! — mruknął Jehan — ot dukat, na który nie każdy umiałby czekać.

— ....Inni sądzili — mówił dalej rozmarzony archidyakon — że lepiej jest próbować doświadczeń na promieniach Syryusa. Promienie te atoli rzadko kiedy znajdują się w stanie czystym, z powodu jednoczasowej obecności innych gwiazd. Flamel mniema, że ogień ziemski najzdatniejszym byłby do tego rodzaju operaeyj... Flamel! imię rzeczywiście wybrane... Flamel — Flamma ... Tak jest, ogień. Nic więcej .. Dyament znajduje się w węglu, złoto w ogniu... Ale jak je wydostać?... Magistri twierdzi, że są niektóre imiona kobiet, tak słodkiego i tajemniczego pełne uroku, że dość wymówić je podczas doświadczenia... Przeczytajmy, co o tem powiada Manu; „Gdzie kobiety są poważane, tam radują się bóstwa; gdzie są poniewierane, tam modlitwa przestaje być skuteczną. — Usta kobiety zawsze są czyste, jak woda biegąca, jak promień słoneczny. — Imię kobiety powinno być miłe, słodkie, fantazyjne; powinno się kończyć na samogłoskę długą, i mieć podobieństwo do wyrazów błogosławieństwa...” Tak jest, mędrzec ma słuszność: w istocie Marya, Zofia, Esmeral... Przekleństwo! zawsze ta sama myśl!

I zamknął gwałtownie księgę.

Ręką potarł czoło, jakby dla opędzenia się prześladującym go marom; następnie wziął ze stołu gwóźdź i mały młotek z rączką, pokrytą kabalistycznemi znakami.

— Od niejakiego czasu — rzekł z gorzkim uśmiechem — nie udają mi się już żadne doświadczenia! myśl nieubłagana, nieodżegnana, mną owłada i ogniem mózg mi pali. Nie mogłem nawet odnaleźć tajemnicy Kassyodora, którego lampa gorzała bez knota i bez oliwy. Rzecz prosta, jednak!

— Do licha! — bąknął Jehan.

— ...I tak więc dość jednej poziomej myśli, by się człowiek stał słabym, by się stał szalonym. O ! jakżeby się ze mnie śmiała Klaudya Pernelle, która nie mogła ani na chwilę odciągnąć Flamela od wielkiego dzieła! Jakto! trzymam w mej dłoni magiczny młotek Zechielego! każdym razem, gdy straszny rabin w głębi swej celi uderzał tym młotkiem w gwóźdź ów, wróg, którego potępił, chociażby był oddalony o dwa tysiące mil, zapadał na stopę w ziemię i więdł. Sam król francuzki wszedł po kolana w bruk swego Paryża za to jedynie, że pewnego wieczora zapukał niebacznie we drzwi czarodzieja... I miało to miejsce lat temu zaledwie trzysta... Posiadam oto młotek i gwóźdź, lecz cóż, narzędzia te nie sa w moich rękach straszniejsze od kowadełka w rękach kowala. A jednakże, chodzi o nic więcej, tylko o odnalezienie magicznego wyrazu, który Zechiele wymawiał, uderzając w swej gwóźdź.

— Fraszka! — pomyślał Jehan.

— Mniejsza o to, spróbujmy — powiedział żywo archidyakon, — Jeżeli mi się uda, iskierka błękitnawa wytryśnie z główki gwoździa... Emen-Hetan! Emen-Hetan!... Nie, nie to... Sigeani! Sigeani!. Niech gwóźdź ten otworzy grób osobie noszącej imię Phoebusa... Przekleństwo! ciągle, zawsze, wiecznie ta sama myśl!...

I z gniewem cisnąwszy młotek, tak się na swej fotel osunął, że Jehan stracił go z oczu za ogromnem wezgłowiem krzesła. Przez minut kilka widział tylko pięść jego, konwulsyjnie ściśniętą na księdze. Nagle dom Klaudyusz powstał, porwał za cyrkiel i w milczeniu wyrył na ścianie wielkiemi literami ten oto wyraz grecki:

Á N Á Γ K H.

— Mój brat oszalał — rzekł w duchu Jehan. — Bez porównania prościej było napisać Fatum; nie wszyscy przecież obowiązani są umieć po grecku.

Archidyakon znów utonął w krześle, biorąc głowę w dłonie, jak chory w gorączce.

Żak spoglądał na brata ze zdziwieniem. Nie wiedział wcale, on, który otwierał swe serce przed światem, nie przestrzegał innych praw prócz prawa natury, pozwalał swym namiętnościom wylewać się prostemi spadkami swych skłonności, i u którego jezioro wielkich wzruszeń było ciągle suche, tyle bowiem nowych ścieków wynajdywał dlań co rana.... on nie odgadywał, z jaką wściekłością to morze ludzkich namiętności burzy się i gotuje, pozbawione będąc wszelkiego odpływu ; jak się pieni, jak wzbiera, jak wylewa, jak ryje serce, jak wybucha w wewnętrznych łkaniach i głuchych konwulsyach, dopóki nic nie przełamie tamy i nie utoruje dla siebie łożyska. Poważna i lodowata powierzchowność Klaudyusza Frollo, chłodna ta powłoka stromej a niedostępnej cnoty, zawsze w błąd wprowadzała Jehana. Wesołemu żakowi nigdy i przez myśl nie przeszło, że tyle lawy wrzącej, wściekłej i głębokiej znajduje się pod śnieżnem czołem Etny.

Nie wiemy, czy na razie zdał sobie rachunek z tych myśli; to jednak pewne, że chociaż był trzpiotem, zrozumiał, iż widział to, czego nie powinien był widzieć, że podpatrzył duszę swego brata w jednym z najbardziej tajemniczych jej objawów, i że bądź co bądź, nie wypada dać tego poznać Klaudyuszowi. Widząc tedy, że archidyakon znów popadł w poprzednią nieruchawość, Jehan cofnął się pocichu od drzwi pół przymkniętych, i zaczął szustać i tupać nogami jako człowiek, chcący uprzedzić o swojem przybyciu.

— Wejdźcie! — zawołał archidyakon z wnętrza celi — czekałem na was. Zostawiłem naumyślnie klucz we drzwiach; wejdźcie, mistrzu Jakóbie.

Żak postąpił śmiało naprzód. Archidyakon, któremu podobne odwiedziny w tem miejscu nie bardzo snać przypadły do smaku, aż drgnął na krześle,

— Jakto! to ty, Jehanie?

— Do usług brata, zawszeć to także ja — odrzekł, nie straciwszy ani jednej kropelki krwi z wesołej, rumianej, nieustraszonej swej twarzy.

Ksiądz Klaudyusz ciężko się zasępił.

— Po coś tu przybył?

— Mój bracie — odrzekł młodzieniec, starając się przybrać minę przyzwoitą, zbiedzoną, skromną, a obracając w rękach czapeczkę z wykazem niewinności — chciałem cię właśnie prosić...

— O co?

— O trochę nauki moralnej, której bardzo potrzebuję. — Jehan nie śmiał dodać głośno: — „I trochę pieniędzy, których potrzebuję jeszcze więcej.” Ostatnia ta część jego frazesu została mu w myśli.

— Jestem bardzo z ciebie niezadowolony — rzekł archidyakon zimno.

— Niestety! — westchnął Żak.

Ksiądz Klaudyusz zakreślił krzesłem ćwierć koła i mocno się wpatrzył w Jebana.

— Rad bardzo jestem, że cię widzę. Wstęp to był zatrważający. Jehan przygotował się do wytrzymania silnego ataku.

— Jebanie, odbieram codzień skargi na ciebie. Co znaczy ta bójka, w której pokaleczyłeś małego wice-hrabiego Alberta de Ramonchamp ?

— E! — odparł Jehan — wielka mi rzecz, jakiś nędzny paź, który się bawił obryzgiwaniem żaków, galopując po błocie!

— A cóż mi powiesz — ciągnął archidyakon — o tym Mahiecie Fargelu, któremu rozdarłeś odzież? Tunicam dechiraverunt, opiewa zażalenie.

— A ba! jakaś licha kapota! czy nie o tem mówicie?

— W skardze powiedziano tunicam, nie zaś cappettam. Czy umiesz po łacinie?

Jehan nic nie odpowiedział.

— Tak jest — zawołał ksiądz kiwając głową. — Oto więc, w jakim stanie znajdują się obecnie nauki i literatura. Język łaciński zaledwie rozumiany, syryjski nieznany, grecki tak nie lubiany, że najuczeńsi nie wstydzą się przeskakiwać przez wyraz grecki, nie umiejąc go odczytać nawet, tak, iż w przysłowie już poszło: Graecum est, non legitur.

Żak śmiało podniósł oczy.

— Mój bracie, czy chcesz abym ci wytłómaczył dobrą francuzczyzną znaczenie napisanego tam na murze wyrazu greckiego ?

— Jakiego wyrazu?

— ÁNÁΓKH.

Lekki rumieniec pokrył policzki archidyakona, jak kłębek dymu zdradzający na zewnątrz ukryte w głębi wstrząśnienia wulkanu. Żak zaledwie na to zwrócił uwagę.

— Dobrze, Jehanie — wycedził starszy brat z trudnością; — powiedz, co znaczy ten wyraz?

— Fatalizm.

Bladość wróciła na twarz Klaudyusza, a Jehan mówił dalej niedbale :

— A ten wyraz niżej, wyryty tą samą ręką, Ἀναγνέια znaczy nieczystość. Widzisz bracie, że język grecki nie jest mi zupełnie obcy.

Archidyakon milczał. Ta lekcya greckiego języka wprawiła go w zadumanie. Młody Jehan, sprytny jak zepsute dziecko, osądził, że chwila była dogodną dla wyrażenia prośby. Głosem więc jak najsłodszym rzekł:

— Mej dobry bracie, czyliż więc już wcale mię nie kochasz, że się tak srożysz na mnie za parę nędznych kuksów i kułaków, rozdanych w dobrej sprawie, nie wiem już jakim chłopcom i bałwanom, quibusdam marmosetts? Widzisz, dobry bracie Klaudyuszu, że znam się trochę i na łacinie.

Wszystka ta przecież pieszczotliwa obłuda nie wywarła na surowym starszym bracie Jehana zamierzonego wpływu. Cerber nie dał się złapać na miodowe ciastko. Czoło archidyakona nie straciło ani jednej zmarszczki.

— Do czego to wszystko zmierza? — zagadnął sucho.

— A więc! oto do czego! — odrzekł odważnie Jehan — potrzebuję pieniędzy.

Na to bezwstydne oświadczenie, twarz archidyakona przybrała wyraz całkowicie mentorski i ojcowski.

— Wiesz, mości Jehanie, że nasza ziemia Tirechappe, razem z czynszem i intrata dwudziestu i jednej chaty, nie przynosi więcej nad trzydzieści dziewięć liwrów jedenaście susów, sześć denarów paryzkich. Summa ta dwa razy większa niż z czasów dzierżawy braci Paclet, ale nie jest bynajmniej wystarczającą.

— Potrzebuję pieniędzy — rzekł stoicznie Jehan.

— Wiesz, że z rozkazu kapituły majętność naszą zaliczono do bezpośrednio lennych ziem biskupstwa paryzkiego, i że dla uwolnienia się od tego zaszczytu trzeba nam płacić J. W. biskupowi dwie srebrne pozłacane marki, wartości sześciu liwrów paryzkich. Otoż, tych dwóch marek nie mogłem jeszcze uzbierać. Wiesz o tem dobrze.

— Wiem, że potrzebuję pieniędzy — powtórzył po raz trzeci Jehan.

— I na cóż ich potrzebujesz?

Pytanie to zapaliło przed oczami Jehana promień nadziei. Złagodniał znowu i słodkim głosem odpowiedział:

— Wierzaj, kochany bracie Klaudyuszu, że nie udałbym się do ciebie w złej jakiej intencyi. Nie myślę bynajmniej rozbijać się za twoje pieniądze po gospodach, ani paradować po ulicach Paryża w opończy ze złotogłowia, z pachołkiem z tyłu, cum meo laquasio. Nie, mej bracie, powoduje raną chęć zrobienia pewnego dobrego uczynku.

— Jakiego dobrego uczynku? — spytał Klaudyusz trochę zdziwiony.

— Dwóch moich przyjaciół postanowiło kupić chrzestną bieliznę na podarek dla dziecka pewnej ubogiej wdowy z zakładu Haudryetek.

Chodzi tutaj o spełnienie chrześciańskiego obowiązku. Będzie to kosztowało trzy złote, a chciałbym należeć do składki.

— Jak się nazywają ci twoi przyjaciele?

— Piotr Maczugan i Baptysta Łowiptak.

— Hm! — rzekł archidyakon — nazwiska te tak się zgadzają z dobrym uczynkiem, jak annata z wielkim ołtarzem.

To pewna, że Jehan bardzo źle wybrał nazwiska swoich przyjaciół. Uczuł to sam, ale trochę za późno.

— Zresztą — mówił dalej przenikliwy ksiądz Klaudyusz — cóż to za podarunek, który ma kosztować trzy złote, i to dla dziecka kobiety od Haudryetek? I od kiedyż to wdowy z zakładu Haudry'ego, mają dzieci w pieluchach?

Jehan raz jeszcze wypłynąć musiał na czystą wodę.

— A no, więc cóż? — zawołał — potrzebuję pieniędzy, żeby się zabawić dzisiejszego wieczora z Izabelką Thierrye w Rajskiej-dolince.

— Rozpustniku nędzny! — wykrzyknął ksiądz.

— Ἀναγνέια — rzekł Jehan.

Ta cytata, wzięta ze ściany celki i przytoczona być może w złośliwej myśli, sprawiła na księdzu szczególne wrażenie. Zagryzł wargi, a gniew jego zgasł w rumieńcu.

— Idź precz — rzekł do Jehana. — Czekam na pewną osobę.

Żak odezwał się jeszcze do brata:

— Bracie Klaudyuszu, daj mi przynajmniej jedne złotówkę paryzką na jadło.

— Jakie postępy uczyniłeś w dekretaliach Gracyana? —zagadnął w miejsce odpowiedzi ksiądz Klaudyusz.

— Zgubiłem swe seksterna.

— A w języku łacińskim ?

— Skradziono mi mej egzemplarz Horacyusza.

— A w nauce Arystotelesa ?

— Dalibóg! bracie, wspomnij-no sobie tego Ojca Kościoła, który powiedział, że wszystkie błędy heretyków wyszły z ciemnych manowców metafizyki Arystotelesa... Do djabła Arystoteles! nie głupim gubić swej wiary dla jego metafizyki!

— Młodzieńcze — rzekł archidyakon — słuchaj, podczas ostatniego wjazdu króla, znajdował się w orszaku pewien szlachcic, nazwiskiem Filip de Comines. Na czapraku jego konia wyszyte było to godło, które radzę ci wziąść pod rozwagę: „Qui non laborat non manducet.”

Żak zachował czas jakiś milczenie, z palcem przy uchu, z oczami spuszczonemi, z twarzą niezadowoloną. Nagle odwrócił się do Klaudyusza z żywością pliszki:

— To więc, dobry bracie, odmawiasz mi jednej złotówki paryzkiej na kupienie kawałka chleba?

— „Qui non laborat non manducet”

Na tę odpowiedź nieugiętego archidyakona, Jehan zakrył twarz rękami, jak łkająca kobieta i zawołał z wyrazem rozpaczy: Ο τοτοτοτοτοῖ!

— Co to ma znaczyć? — zapytał Klaudyusz zdziwiony tym niespodziewanym wyskokiem.

— Jakto co! — odpowiedział żak, śmiało podnosząc na Klaudyusza oczy, które przygniótł był kułakami, aby udać płaczącego — przecież to po grecku. Jest-to anapest Eschyla, wybornie malujący boleść.

I parsknął tak komicznym i gwałtownym śmiechem, że nawet archidyakon się uśmiechnął. Było to oczywiście winą Klaudyusza: dlaczegóż bo do tego stopnia zepsuł chłopca?

— O! dobry bracie Klaudyuszu — odezwał się znów Jehan, ośmielony tym uśmiechem — popatrz na moje trzewiki. Jestże w świecie koturn tragiczniejszy od ciżemek z wywalonemi językami?

Archidyakon prędko wrócił do poprzedniej swej surowości.

— Przyślę ci nowe obuwie, ale nie czekaj na pieniądze.

— Tylko mały parisis, bracie — błagał Jehan. — Nauczę się na pamięć Gracyana, będę wierzył w Boga i stanę się prawdziwym Pitagorasem nauki i cnoty. Ale daj małą paryzką złotówkę, przez litość! Azaliż chcesz, aby głód pochłonął mię, którego paszcza otwiera się oto przedemną głębsza, czarniejsza i srarodliwsza od posad Tartaru, lub od czeluści mniszego nosa?

Ksiądz Klaudyusz pokiwał głową:

— „Qui non laborat...”

Jehan nie pozwolił dokończyć.

— No, to i dobrze, do pioruna! — zawołał — niech żyje uciecha! Będę pił, bił, tłukł dzbanki i chodził do dziewcząt!

I to powiedziawszy, rznął czapką o ścianę i klasnął palcami jak kastanietem.

Archidyakon spojrzał nań ponuro.

— Jehanie, Jehanie! nie masz ty duszy.

— W takim razie, według Epikura, nie mam niewiadomo czego, zlepionego z czegoś co nie ma nazwy.

— Jehanie, trzeba żebyś na seryo pomyślał o poprawie.

— Czy to tak — mówił łobuz, spoglądając kolejno to na brata, to na stojące na piecu alembiki — jak widzę, tu wszystko rogate, i myśli i flaszki!

— Jehanie, na ślizkiej, na bardzo ślizkiej jesteś drodze. Czy wiesz dokąd dążysz?

— Do gospody, na pohulankę — odparł Jehan.

— Pohulanka wiedzie wprost ku pręgierzowi.

— Ba, ku pręgierzowi! Latarnia to jak i inne, być nawet może, że z taką właśnie Dyogenes byłby znalazł człowieka, jakiego szukał.

— Pręgierz stoi tuż przy szubienicy.

— Szubienica jest to szala, na której jednym końcu człowiek, a na drugim ziemia cała. Czyliż nie chlubnie być człowiekiem?

— Szubienica prowadzi do piekła.

— Piekło, wielkie duchów ognisko, zgoda.

— Jehanie, Jehanie, źle skończysz.

— Ale za to dobrze zacznę.

W tej chwili dał się słyszeć odgłos kroków na schodach.

— Cicho! — rzekł archidyakon, kładąc palec na usta — mistrz Jakób idzie. Słuchaj Jehanie — dodał zniżonym głosem: — nie waż się nigdy mówić o tem, co tu posłyszysz, lub zobaczysz. Schowaj się czemprędzey pod piec i ani jednego słówka!

Żak bez oporu wgramolił się pod piec; w kryjówce tej atoli przyszła mu myśl, myśl płodna, jak się okazało, w następstwa.

— Ale, ale, bracie Klaudyuszu, dać mi musisz dwuzłotówkę, żebym milczał.

— Cicho! będziesz ją miał.

— O nie! trzeba teraz dać.

— Masz do stu par! — rzekł archidyakon, rzucając mu z gniewem sakwę.

Jehan zasunął się w głąb schronienia i drzwi się otworzyły.



ND-de-Paris-L7-Ch5

V. Dwaj ludzie czarno ubrani

Osoba wchodząca ubrana była czarno, a wyraz twarzy miała ponury. Na pierwszy zaraz rzut oka, przyjaciel nasz Jehan (który, jak się czytelnicy zapewne domyślają, ulokował się w swym kątku w taki sposób, aby mógł wszystko widzieć i słyszeć według upodobania), został uderzony niezwykłą posępnością, przebijającą się w ubraniu i w rysach przybysza. Na obliczu tem wszakże rozlaną była pewna także słodycz, ale słodycz kota lub sędziego, słodycz słodziuchna. Jegomość zupełnie już prawie siwy, pomarszczony, zdawał się mieć około lat sześćdziesięciu, łupał oczyma, brwi miał białe, wargi zwieszone i ręce grube. Gdy Jehan spostrzegłszy, że gość niczem się więcej nie odznaczał, t. j. że był bez wątpienia lekarzem, albo urzędnikiem sądowym; gdy zauważył, że człowiek ów miał nos bardzo oddalony od ust, znak cechujący głupotę, skurczył się w swej norze zmartwiony myślą, iż będzie musiał zostawać Bóg wie jak długo w tak niewygodnej postawie, i w tak niemiłem towarzystwie.

Archidyakon nie powstał nawet na przyjęcie gościa. Dał mu znak, by usiadł na stojącym przy drzwiach stołku, i po kilku chwilach milczenia , które zdawały się być dalszym ciągiem poprzednich rozmyślań, rzekł do niego tonem opiekuńczym:

— Dzień dobry, mistrzu Jakóbie.

— Do stóp się ścielę, mistrzu — odpowiedział człowiek w czerni.

Między dwoma sposobami, jakiemi zostały wymówione, z jednej strony to: mistrzu Jakóbie, z drugiej wprost i stanowczo: mistrzu, była różnica dzieląca jaśnie wielmożnego od pana, domine od domne. Uczony widocznie przyjmował tu ucznia.

— I cóż! — odezwał się nowym zwrotem archidyakon po paru minutach milczenia, którego mistrz Jakób nie śmiał przerywać — jakże ci się udaje?

— Niestety, mistrzu mej — odrzekł zapytany ze smutnym uśmiechem — dmucham wciąż. Popiołu ile chcę; ale złota ani źdźbła.

Dom Klaudyusz poruszył się niecierpliwie.

— Nie o tem mówię, panie Jakóbie Charmolue, mówię o procesie waszego czarnoksiężnika. Jak się nazywa? Marek Cenaine? klucznik Izby obrachunkowej? Czy przyznaje się do czarnoksięztwa? Czy badanie poskutkowało?

— Gdzie tam, nie — odpowiedział mistrz Jakób, smutnie się po zwyczaju uśmiechając — nie mamy tej pociechy. Ten człowiek to kamień; prędzej da się ugotować na Prosięcym Rynku, niźli co powie.

Używamy wszakże wszelkich środków, aby dojść do prawdy; cały już pokiereszowany, nie szczędzimy świętojańskich ziół, jak powiada Plautus:

Advorsum stimulos, laminas, cruces, compedesque, Nervos, catenas, carceres, numellas, pedicas, boia.

Nic nie pomaga; straszny to człowiek. Nie wiem już co i począć.

— Nie znaleźliście nic nowego w jego domu?

— Owszem — odparł Jakób szukając w swoim worku; — znaleźliśmy ten oto pargamin. Są na nim wyrazy, których nie rozumiemy.

A wszakże pan referendarz spraw kryminalnych, Filip Lheulier, zna się trochę na hebrajskim, poduczywszy się go w czasie procesu żydów z ulicy Kantersten w Brukselli.

To mówiąc, mistrz Jakób rozwinął pargamin.

— Dajcie-no—rzekł archidyakon,a rzuciwszy okiem na pismo: —

Najczystsze czarnoksięztwo, mistrzu Jakóbie! — zawołał. — Emen hetan! to krzyk wiedźm, gdy się zbierają na naradę. Per ipsum, et cum ipso, et in ipso ! zaklęcie to służy do zakucia w kajdanki djabła wracającego do piekieł. Hax, pax, max! to, to już należy do medycyny. Formuła przeciw ukąszeniu wściekłych psów. Mistrzu Charmolue! jesteś waszmość prokuratorem królewskim w izbie duchownej: pargamin to ohydny.

— Weźmiemy znów więźnia na pytałki. Oto — dodał mistrz Jakób, sięgając ponownie do worka — cośmy również znaleźli u Marka Cenaine.

Było to naczynie z rodzaju tych, jakiemi zastawiony był piec księdza Klaudyusza.

— A! — zawołał archidyakon — tygiel alchemiczny.

— Przyznam się — wtrącił mistrz Jakób ze swoim uśmiechem krzywym a nieśmiałym — przyznam się, żem sobie pozwolił tego tygla spróbować na własnym piecu, ale nic nie wskórałem.

Archidyakon jął oglądać naczynie.

— Cóż to wyrył tu, na tym swoim tyglu? Och! och! zaklęcię, którem się pchły odpędza! Ów wasz Marek Cenaine jest nieukiem! No, jużci, że z tem złota nie zrobisz! To się chyba przydać może do twej sypialni wiecie, nic więcej.

— Ponieważ mowa o błędach — rzekł prokurator królewski — pozwolę sobie, mistrzu, zadać ci przy tej okoliczności jedno pytanie. Idąc tutaj, przypatrywałem się dolnym oddrzwiom Kościoła; Wielebność wasza azaliż jest pewną, że początek spraw fizycznych upostaciowań tu od strony Szpitala-Głównego, i że z siedmiu figur nagich, znajdujących się u stóp Najświętszej Panny, ta co ma skrzydła u pięt, wyobraża Merkurego?

— Tak jest — odpowiedział ksiądz — świadectwo o tem zapisane jest w dziełach Augustyna Nypho, sławnego zakonnika italskiego, co to miał brodatego djabełka, od którego wiedział wszystko o czem tylko zamarzył. Zresztą zejdziemy wnet razem na dół i wytłómaczę to waszmości na tekście.

— Dziękuję pokornie, mej mistrzu — rzekł Charmolue, kłaniając się do samej ziemi... Ale, ale, byłbym zapomniał. Kiedyż się podoba Wielebności waszej dać rozkaz przytrzymania czarodziejki?

— Jakiej czarodziejki?

— A tej, cyganki, wiesz mistrzu dobrze, co to każdodziennie skakać przychodzi na Plac przedkatedralny, wbrew zakazowi oficyała. Posiada ona kozę opętaną przez złego ducha, z czarciemi rogami, która czyta, pisze i zna rachunek jak sam Picatrix. Cygaństwo całe możnaby za nią jedną wywieszać. Do procesu wszystko już gotowe. Żywo się doń zabierzemy, o to można być spokojnym! Bo tóż, na moją duszę, ładneż to stworzonko, ładne, ta tancerka uliczna! Najcudniejsze czarne oczy! dwa karbunkuły egipskie! Kiedyż rozpoczniemy?

Archidyakon był niezmiernie blady.

— Dam waszmości wiedzieć o tem — wycedził z cicha, ledwo zrozumiale.

Po czem dodał z wysiłkiem:

— Zajmij się, proszę, Markiem Cenaine.

— O, bądź spokojny, mistrzu — odrzekł Cbarmolue z uśmiechem — zaraz za powrotem każę go znowu rozciągnąć na łożu miedzianem.

Ale to djabeł, nie człowiek; zmęczy samego nawet Pierrota Torterue, który ma większe ręce od moich. Jako powiada dobry ów Plautus:

Nudus vinctus, centum pondo es quando pendes per pedes. Huśtawkowa pytałeczka! wszystko co posiadamy najlepszego w tym zakresie.

Spróbuję jej.

Dom Klaudyusz zdawał się być pogrążonym w ciemne i ciężkie rozmyślania. Zwrócił się do Charmolue:

— Mistrzu Pierrot... mistrzu Jakóbie, chciałem powiedzieć, pilnujcię-no Marka Cenaine.

— Tak, tak, ojcze Klaudyuszu. Biedne człeczysko! cierpi jak Mummol. Bo też, co za pomysł! biegać z wiedźmami na wieczorynki. Klucznik izby obrachunkowej powinien-by przecież znać tekst Karola Wielkiego, Stryga vel masca! Co się zaś tycze małej tej... Smeraldy, jak ją zowią... będę czekał na twe rozkazy, mistrzu... Aha! jeszcze jedno... gdy się znajdować będziemy u głównego wejścia katedralnego, wytłómaczyć mi także raczysz, mistrzu, znaczenie owego ogrodnika, namalowanego tuż niedaleko drzwi kościelnych. Jest-że to Siejbiarz?.... No, ale nad czem-że tak wielebność wasza zamyślona?

W sobie skupiony, nic już nie słyszał Klaudyusz. Charmolue powiódłszy okiem w kierunku jego spojrzenia, ujrzał, że wzrok księdza wlepiony był mimowolnie w dużą siatkę pajęczą, rozwieszoną w okienku. W tej chwili zbłąkana mucha, szukająca marcowego słońca, tylko co rzuciła się była na zasłonkę i w niej ugrzęzła. Za poruszeniem siatki, ogromny pająk wysunął się nagle ze środkowej swej kryjówki, poczem skokiem jednym dopadł muchę, którą zgiął zaraz we dwoje przedniemi łapkami, i jął ohydnym pyszczkiem obmacywać główkę ofiary.

— Biedna mucha! — powiedział prokurator królewski przy sądzie duchownym i podniósł rękę, by ją ratować.

Archidyakon, jakby zbudzony znienacka, chwycił go za łokieć z konwulsyjną gwałtownością.

— Mistrzu Jakóbie — zawołał — nie mieszaj się do wyroków fatalności!

Prokurator się odwrócił osłupiały; sądził, że mu ktoś rękę ujął w kleszcze żelazne. Oko księdza pałało, zwrócone wciąż ku scenie pająka z muchą.

— O, tak, niezawodnie — mówił Klaudyusz głosem idącym, zdawało się, z głębin jego wnętrzności. — Jest-to symbol wszystkiego. Buja, weseli się, tylko co na świat przyszła; szuka wiosny, czystego powietrza, wolności i to tak! Ale niech-no się natknie na zasłonę fatalną; wyskoczy pająk, pająk obrzydliwy. Biedna tancerka! biedna mucha skarana! Mistrzu Jakóbie, daj pokej, to przeznaczenie!... Niestety, pająkiem... ty Klaudyuszu. I muchą również... Leciałeś ku wiedzy, ku światłu, ku słońcu. Pragnąłeś czem prędzej dostać się na wolne powietrze, dotrzeć jasnego dnia prawdy wiekuistej; ale się rzucając ku oślepiającemu oknu, wychodzącemu na świat inny, na świat jasności, pojęcia i nauki, nie spostrzegłeś, mucho ty ślepa, doktorze niebaczny, cienkiej tej zasłony pajęczej, rozciągniętej ręką losów między światłem i tobą; runąłeś w nią na oślep, szaleńcze nędzny, i szamoczesz się oto teraz, z głową pobitą i powyrywanemi skrzydły, w żelaznych obręczach fatalności!... Mistrzu Jakóbie! mistrzu Jakóbie! zostaw, niech pająk swoje pełni!

— Ależ zapewniam wielebność waszą — mówił Charmolue, patrząc na księdza ze zdumieniem i nie rozumiejąc go wcale — zapewniam, że się ani dotknę. Rękę mi tylko mistrzu puść, przez litość! Kamienne masz palce.

Archidyakon nie słyszał.

— O nieroztropny! — ciągnął, nie spuszczając oczu z okienka. — A gdyby ci się udało zerwać zasłonę tę straszną muszemi twemi skrzydełkami, czyliż sądzisz, że dotarłbyś do światła? Niestety, szkło które się dalej znajduje, przeszkoda ta przezroczysta, ściana owa kryształowa od spiżu twardsza, odgradzająca filozofię wszelką od prawdy, onaby z kolei polotowi twemu stanęła w poprzek. Jakżebyś ją przebył? O nauko nasza marna! iluż mędrców, odległą wędrówką rozpędzonych, głowy tu położyło! ile systematów zgmatwanych roztrącało się hałaśliwie o szybę tę wieczną!

Zamilkł. Ostatnie wyrazy, sprowadzające uwagę jego z osoby własnej na naukę, zdawały się go uspakajać. Jakób Charmolue ostatecznie powołał go do czucia rzeczywistości tem oto pytaniem:

— No, a kiedyż to nareszcie, mistrzu mej, przyjdziesz pomódz mi złoto zrobić? pilno mi z tem.

Archidyakon podniósł głowę z uśmiechem gorzkim.

— Mistrzu Jakóbie, czytaj Michała Psellusa: Dialogus de energia et operatione daemonum. To co robimy, nie jest bynajmniej rzeczą niewinną...

— Ciszej, mistrzu! Wiem o tem — przerwał Charmolue. — Ale trudno nie uledz pokusie i nie spróbować hermetyki, skoro się jest tylko prokuratorem królewskim przy sądzie duchownym za trzydzieści ciętych dukatów rocznie... Mówmy ciszej, proszę cię mistrzu W tej chwili odgłos jakiegoś chrupania i żucia, idący z pod pieca, uderzył niespokojny słuch gościa.

— Co to! — spytał Charmolue.

Nasz to przyjaciel Jehan dawał o sobie znak życia. Znudzony i zmęczony niewygodną pozycyą, jął odbywać poszukiwania do koła kryjówki, i znalazłszy w kąteczku śród śmieci zeschłą skórkę chleba i resztki okwitłego sera, zabrał się bez ceremonii do jedzenia, niby to w zamian pociechy i śniadania. Ponieważ zaś głód go brał w kluby, więc i on zębów nie żałował, silny kładąc nacisk na każdy kęsek; obudziło to właśnie czujność i niepokój prokuratora.

— To kocisko swawolnik — rzekł żywo archidyakon — raczy się tam myszką złapaną.

Tłómaczenie wydało się prokuratorowi wystarczającem.

— W istocie — odpowiedział z uśmiechem pełnym uszanowania — każdy wielki filozof chować zwykł u siebie ulubione jakieś zwierzątko. Serwiusz wszak powiada: Nullus enim locus sine genio est.

Tymczasem dom Klaudyusz, lękający się nowego psikusa ze strony Janka, przypomniał godnemu swemu uczniowi, że mają razem obejrzeć kilka postaci u odrzwi katedralnych; obaj też wraz opuścili celkę, ku wielkiemu ulżeniu żaka, który się już naprawdę zaczynał lękać, by mu kolano kształtów swych na podbródku nie odpieczętowało.



ND-de-Paris-L7-Ch6

VI. Skutek, jaki sprowadzić mogą siedem siarczystych zaklęć na wolnem powietrzu

— Te Deum laudamus! — wołał Janek, wyskakując z kryjówki — wywlekły-że się nareszcie sowy te przeklęte! O la-la-la! Hax! pax! max! pchły! sobaki! szczekuny! nakładli-ż mi do uszu, że w głowie huczy jak w dzwonnicy. W dodatku ser zgniły i śmierdzący! Hej-że czemprędzej z czarcich tych schodów, za pas kieskę wielebnego brata, i śpieszmy zmienić te grosze na butelki.

Zapuścił wzrok uwielbienia i szacunku do środka nieoszacowanej kieski, poprawił ubranie, potarł śliną obuwie, strząchnął i wyprostował rękawki szare od popiołu, gwiznął jakąś zwrotkę uliczną, okręcił się na piecie, obejrzał dokoła, czyby nie było jeszcze czego do wzięcia w celce, capnął tu i tam z komina garstkę szkiełek i kamyków alchemicznych, mogących się przydać Izabelce Thierrye w braku klejnotów pchnął nogą we drzwi, które archidyakon przez wzgląd na niego zostawił otwarte, a których on nawzajem przez figiel nie zamknął, zbiegł skacząc jak ptak na schody kręcone.

Śród ciemności skrętów potracił o jakąś raassę, która się wraz przed nim warcząc na bok usunęła. Domyślał się, że to musiał być Quasimodo, co mu się tak wydało zabawnem, że przez resztę stopni pędził trzymając się za boki od śmiechu. Wypadłszy na Plac śmiał się jeszcze.

Tupnął nogą, gdy się nareszcie znalazł na bruku.

— A! zacny i poczciwy mej bruku paryzki! — zawołał — przekleństwo tym schodom, zdolnym ducha wypędzić aniołom, włóczącym się po drabinie Jakóba. I czehoż mię poniosło na ten świder z płyt kamiennych, przeszywający niebiosa. I po co, proszę? oto, by skosztować sera omszonego i spojrzeć przez okienko na wieżyce paryzkie!

Postąpił parę kroków i spostrzegł dwóch swoich puhaczów, to jest dom Klaudyusza i mistrza Jakóba Charmolue, podziwiających jakąś rzeźbę odrzwi kościelnych. Zbliżył się ku nim na palcach i posłyszał, jak archidyakon mówił z cicha do Charmolue:

— To Wilhelm paryzki kazał wyrżnąć Hioba na tym tu kamieniu Japis-lazulowego koloru, o brzegach wyzłacanych, Hiob jest obrazem kamienia filozoficznego, który również musi być doświadczonym i męczonym, by się stał doskonałym, jak powiada Raymund Lulle: Sub conservationeformae specificae salva anima.

— Wszystko mi tam jedno — rzekł Jehan — kieska w mojej kieszeni.

Jednocześnie posłyszał za sobą głos silny i dźwięczny, wysypujący szereg cały zaklęć potężnych:

— A niech was jasne, siarczyste, płomieniste pioruny! a do milion kroć krociów sto tysięcy djabłów, szatanów, wiedźm i czarownic! A żeby was morowe wytarzało powietrze!

— Gardło me daję piekłu w zastaw — zawołał Jehan — jeśli to nie jest mej przyjaciel, rotmistrz Phoebus !

Imię to Phoebusa obiło się o uszy archidyakona w chwili, gdy prokuratorowi królewskiemu tłómaczył znaczenie smoka, kryjącego ogon w wannie, z której się śród dymów wyłania głowa żelaznego rycerza, uwieńczona książęcą koroną. Dom Klaudyusz drgnął, uciął ku wielkiemu zdziwieniu Jakóba Charmolue, odwrócił się i ujrzał Jehanka, przystępującego do wojaka wyniosłej postawy, znajdującego się u bramy domu Gondelaurier.

Był to w istocie pan rotmistrz Phoebus de Chäteaupers. Oparty o róg mieszkania swej narzeczonej, klął jak poganin.

— Na moje zbawienie, rotmistrzu — mówił Jehan, biorąc wojaka za rękę — rzniesz jak z samopału, co się zowie!

— Kolki-by cię śmiertelne! — odpowiedział rotmistrz.

— To niech lepiej ciebie! — odparł Jehan. — No, ale mniejsza! zkąd ci, powiedz kapitanku drogi, taki wylew rzetelnej elokwencyi?

— Daruj, dobry mój towarzyszu — rzekł wtedy Phoebus, ściskając dłoń Jehanka — rozpędzonego konia nie osadzisz na miejscu. KiąJem istotnie pełnym galopem. Wychodzę właśnie od tych świętoszek, a ilekroć je opuszczam, zawsze mam pełną gardziel złorzeczeń; zdusiłyby mię gdybym nie wyplunął, do kroćset beczek!

— Chcesz waszmość pójść napić się? — spytał żak.

Propozycya uspokoiła rotmistrza.

— Dlaczegóżby nie? Cóż, kiedy pieniędzy nie mam.

— Ale ja za to mam.

— Ba! o drogę pytasz?

Jehan w miejsce odpowiedzi, z majestatyczną prostotą roztoczył worek przed oczami kapitana. Tymczasem archidyakon, zostawiwszy zdumionego prokuratora, podszedł ku nim, zatrzymał się o kilka kroków, i bacznie śledził obu, wcale przez nich niepostrzeżony, tak byli zajęci kieską.

Phoebus zawołał:

— Sakwa w twej kieszeni, Jehanku, to księżyc w wiedrze wody. Widzisz ją, lecz nie ma jej tam. Cień tylko jest. Stawię co chcesz, że to są kamyki.

Jehan odrzekł chłodno:

— Oto są kamyki, któremi sobie pochwy brukuję.

I nie dodawszy już ani słowa, wypróżnił worek u sąsiedniej przyzby z miną Rzymianina zbawiającego ojczyznę.

— Siły niebieskie! — mruknął Phoebus — dydki, białaki, półzłotki, szczere półfrankowe nakrapianki, denary paryzkie, prawdziwe orzełkowe liardy! Ależ to skarb cały!

Jehan stał dumny i nieporuszony. Kilka groszaków stoczyło się do błota; w zapale, rotmistrz się nachylił z zamiarem podniesienia ich. Jehan go powstrzymał.

— Pe! rotmistrzu Phoebusie de Chateaupers!

Phoebus przeliczył pieniądze, i zwracając się uroczyście ku Jehankowi:

— A czy wiesz, panie bracie — rzekł — że jest tego dwadzieścia trzy soldów paryzkich? Kogóż to obrałeś tak dzisiejszej nocy przy Wali-mordach?

Jehan odrzucił w tył jasną i kędzierzawą swą głowę, i rzekł przymrużając pogardliwie oczy:

— Ma się, mospanie, brata archidyakona i durnia.

— Na świętego kaduka! — zawołał Phoebus — złoty człowiek!

— Pejdźmy pić! — powiedział Jehan.

— Chodźmy! — powtórzył Phoebus — lecz dokąd?... ? od Jabłuszko Ewy?

— Nie, rotmistrzu, pod Gońca-Wiedzy... idźmy „pod-o-gon-niedźwie-dzi”, jest-to szarada, lubię takie rzeczy.

— E, pal tam djabli szarady, Jehanku, winj lepsze pod Jabłuszkiem, a przytem jest tam u wejścia wyborny antałek na słońcu, który mi ducha dodaje gdy piję.

— A no, to walmy pod Ewę i jej jabłuszko — zawyrokował Jehan.

A biorąc Phoebusa pod rękę:

— Słuchaj, kapitanku mej drogi, wymieniłeś przed chwilą dzielnicę Wali-mordy. To język bardzo nieprzyzwoity; dziś już nie jesteśmy tak wielkimi barbarzyńcami. Mówi się teraz postępowo: Waliszczęki.

Dwaj przyjaciele udali się w stronę Jabłuszka Ewy. Nie potrzebujemy dodawać, że poprzednio zebrali pieniądze, i że za nimi archidyakon postępował.

Dom Klaudyusz szedł chmurny i posępny. Czy miał przed sobą tego samego Phoebusa, którego imię od ostatniej rozmowy z Gringoirem mieszało się do wszystkich jego myśli? tego nie wiedział; pewnym był jednak, że i to także Phoebus. Wiedziony czarodziejskim tym wyrazem, postępował więc krokiem wilczym za wesołymi towarzyszami, podsłuchując co mówią, i śledząc każdy ich ruch z bacznością niespokojną. Zresztą, nie trzeba było sobie zadawać wielkiego trudu, by pochwycić rozmowę dwóch przyjaciół, tak mało chodziło im o zachowanie tajemnic jakichkolwiek w obec przechodzących osób. Mówili głośno i bezpiecznie, co jeno ślina na język przyniosła: o pojedynkach, dzbanach, dziewczętach, wyprawach.

Na zawrocie jednej z ulic doleciał ich z sąsiedniego placyku odgłos góralskiego bębenka. Dom Klaudyusz posłyszał, jak wojak rzekł do żaka :

— Do czorta!... śpieszmy!

— Dlaczego, Phoebusie?

— Boję się, żeby mnie cyganka nie spostrzegła.

— Jaka cyganka?

— Ta mała, z koza.

— Smeralda?

— A tak, akurat. Nie moge spamiętać szelmoskiego tego imienia. Dalej-że, gotowaby mię poznać. Nie chcę, by mię ta dziewczyna zaczepiała na ulicy.

— Alboż ją znasz — mości rotmistrzu ?

Tu archidyakon zoczył drwiący uśmiech Phoebusa, który się schylił do ucha Jehanka i szepnął mu coś z cicha. Po czem kapitan zachychotał na głos i głową tryumfalnie wstrząsnął.

— Doprawdy? — spytał Jehan.

— Na moją duszę! — rzekł Phoebus.

— Tego wieczora?

— Tego wieczora.

— Czy pewny jesteś, że przyjdzie?

— Cóż znowu, waryat jesteś Jehanku? alboż się wątpi w takich sprawach?

— Rotmistrzu Phoebusie, szczęśliwym wać jesteś rycerzem. Archidyakon słyszał całą, tę rozmowę. Szczęknęły mu zęby, drżenie widome oczom przebiegło po całem ciele. Zatrzymał się chwilkę, oparł o węgieł poblizkiego domu, jako człowiek pijany, poczem znów jął dążyć w ślady dwóch wesołych hultajów.

W chwili, gdy ich dopędził na poprzednią odległość, znalazł rozmowę już zmienioną. Dwaj przyjaciele urżnęli wraz w niebogłosy na starą nutę:


Oj ta wiara ukochana,
Oj wiarusy niebożęta;
Jak rycerze doją z dzbana,
Dają gardła jak cielęta.



ND-de-Paris-L7-Ch7

VII. Mnich kłótliwy

Sławna gospoda pod Jabłuszkiem Ewy położoną była we wszechnicy, na rogu ulic Tarczowej i Marszałkowskiej. Stanowiła ją izba dolna, dość obszerna i bardzo nizka ze sklepieniem, którego środkowe pochylenia opierały się w gruby słup drewniany pomalowany na żółto. Stołków i stołów moc wielka, po ścianach świecące się cynowe półmiski, huk zawsze niezmierny raczących i raczących się, tłumy dziewcząt, okna na ulicę, u drzwi ogromna kufa wina, nade drzwiami zaś skrzypiąca blacha, z czerwieniącym się na niej obrazkiem kobiety i jabłka, zardzewiała od deszczu i obracająca się z wiatrem na żelaznym rożnie. Gatunek tej chorągiewki, zwieszonej nad brukiem, był „herbem” gospody, jak się wówczas wyrażano.

Noc zapadała; na placyku było już ciemno; gospoda zapływająca światłem, gorzała zdala jako kuźnia śród czarnego mroku; dawały się w niej słyszeć hałasy i dźwięki szklanek, noży, zaklęć, sporów, wyrywające się przez pobite okna. Przez parę i mgły, które ciepło izby wybijało na szyby i zastawy frontowe, widziałeś mrowiące się setki postaci zmieszanych, z pośród których od czasu do czasu wybuchały kłęby siarczystego śmiechu. Ludzie śpieszący za swemi interesami, nie spojrzawszy, mijali te cienisto poprzerywane odblaski.

Kiedy niekiedy tylko jeden lub drugi niedorosły obdartus miejski wspinał się na palcach aż po nad oprawę zastawy szklannej i ciskał do wnętrza gospody okrzyk uliczny, którym wówczas pijaków prześladowano:

— Pod morskie piany, kto tu schlany, zdżgany, zrzygany! Człowiek wszakże jakiś niezrażenie przez czas ten przechadzał przed huczącym szynkiem, zazierał doń bez ustanku i pilnował się go jak szyldwach swej budki. Okryty był opończą po same uszy. Opończę ową kupił był przed chwilą u łachmaniarza sąsiadującego z Jabłuszkiem Ewy, dlatego zapewne, by się zabezpieczyć od marcowego chłodu, a może dla okrycia swego stroju. Zatrzymywał się co kilka minut przed szybą gospodną, powleczoną matową siatką niby ołowianych centek, słuchał, zaglądał i tupał nogami.

Otworzyły się nareszcie drzwi szybko. Wartownik na to zdawał się oczekiwać. Dwóch opilców wytoczyło się z gospody. Pas światła, który z wnętrza lunął przez podwoje, zaczerwienił na chwilę rozigrane ich twarze. Człowiek w opończy usunął się na drugą stronę ulicy, ku furtce, i zaczajony uważał.

— Gromy i pioruny! — wołał jeden z ochotyńców. — Siódma wraz zakołata. Schadzka nad uchem.

— Powiadam ci — ciągnął swoje towarzysz językiem omotanym w ciężką jakąś materyę — powiadam ci, że nie mieszkam wcale przy ulicy Zło-rzecznej, indignus qui inter mala verba habitat. Mieszkanie moje jest w ulicy... na... z za... po ulicy Jean-Pain-Mollet, in vico Johannisrain-Mottet. Jeżeli utrzymujesz inaczej, toś więcej rogaty niż jednorożec. Wiadomo albowiem, że kto raz wlezie na niedźwiedzia, ten się już jego ogona nie lęka; ale ty na same tylko nowalie nos masz zwrócony, jak S-ty Jacek Szpitalny.

— Jehanku, przyjacielu mej drogi, pijanyś — reflektował drugi. — Podoba ci się to zmyślać — odpowiadał tamten zataczając się w lewo i prawo — ale dowiedzionem jest, że nie tylko Platon miał pysk legowca...

Czytelnik poznał już zapewne w kawalerach, dzielnych naszych dwóch przyjaciół, żaka i rotmistrza. Zdaje się, że człowiek, który na nich czatował w ukryciu, także ich poznał, gdyż krokiem wolnym ciągnął ślad w ślad za wszystkiemi skrętami, do jakich wszechnicznik zmusza! kapitana, więcej jak się okazywało zahartowanego w sprawach butelkowych i zachowującego krew zimną. Uważnie się przysłuchując, człowiek w opończy pochwycić zdołał ich rozmowę od początku do końca, a była wcale interesującą:

— Na kark lucypera! starajże się waszmość iść prosto, mości magistrze; wiesz przecie, że muszę się z tobą rozstać. Siódma godzina, czy słyszysz? Mam wszak schadzkę z dziewczyną,

— To odczep się odemnie do paralusza. Widzęć i bez ciebie gwiazdę i pochodnie ogniste. Podobnyś do zamku Dampraartin pękającego od śmiechu.

— Na krosty i liszaje prababki, Jehanie, za wiele paplesz od rzeczy. Ale, czy zostało ci jeszcze trochę pieniędzy?

— Mości rektorze, bez uchybienia, mała rzeźniczka parva boucheria...

— Jehanie, kochany mej Jehanie! opamiętaj-że się. Alboż nie wiesz, że naznaczyłem małej schadzkę na moście Ś-to-Michalskim. Nio m°gę jej gdzie indziej zaprowadzić, jak do Falurdelowej, kątnicy mostu, tam zaś koniecznie zapłacić wypadnie za stancyjkę. Stara baba po toż ma wąsy siwe, by mi na kredę nie wierzyła. Jehanku, zmiłuj się, czyżbyśmy całą sakwę plecha przepili? nie zostałoż-ci ani jednej złotówki?

Przeświadczenie dobrze zużytych godzin dnia jest najsłuszniejszą i najłechtliwszą przyprawą stołu...

— Do stu czarcich macior! dość tych głupich facecyj. Jehanku, gadaj mi do stu szatanów, czy ci zostało parę groszy? Dawaj, a nie, to cię obmacam do koszuli, choćbyś był trędowatym jak Hiob i krostawym jak Cezar.

— Mnie wiel... mości panie dobrodzieju, jednym końcem ulica Galiache wychodzi na Szklarską, a drugim na Tkacką.

— No i owszem, dobrze! biedny mej, kochany towarzyszu Jehanie. Ulica Galiache co innego, a to znów co innego. Wybornie, niech i tak będzie. Lecz na miłość Boską, przyjdź do przytomności. Potrzebuję choć jednej złotówki paryzkiej, i to na siódmą.

— Milczeć straży i słuchać zwrotki:


Niech-no ród szczurzy tu się rozmnoży,
Wnet się królowi Arras ukorzy;
Wnet też i morze, co tam tak wyje,
Grzbiet swej czerwcowym lodem okryje;
A po tych lodach, bosiutką nogą,
Wyjdzie paść na twarz Arras z załogą.


— A, kiedy tak, magistrze ty antychrysta, to niechże cię zdławi wątroba twej matuli! — zawołał Phoebus, i silnie pchnął pijanego żaka, który się otarłszy o mur przeciwległy, bezwładnie a miękko padł na bruk Filipa Augusta. Przez resztkę litości braterskiej, w najgorszych razach nie opuszczającej do szczętu serce pijaka, Phoebus podrzucił Jehanka nogą na jedne z owych poduszek nędzarzy, jakie opatrzność grodzka chowa na zawołanie po wszystkich rogach ulic paryzkich, a które wygodnisie i dusitrzosy piętnują pogardliwą nazwą kup śmiecia i gnoju. Rotmistrz ułożył głowę Jehanka na pochyłej płaszczyznie kapuścianego okrawka, i żak nasz, nie zdążywszy nawet zmówić pacierza, jął wraz wycinać marsza chrapickiego basem prze pysznym. W sercu jednak rotmistrza uraza snać nie wygasła jeszcze całkowicie, bo rzekł, odchodząc, do śpiącego wszechnicznika:

— Tem-ci gorzej, Jeśli cię ztąd sprzątnie wóz Belzebuba!

Zdawało się z razu, że człowiek w opończy nie pójdzie dalej za rotmistrzem; zatrzymał się bowiem chwilkę przed leżącym żakiem, i jakby się wahał. Ale niebawem westchnął ciężko, i w ślad za Phoebusem podążył.

Za ich przykładem zostawimy i my chrapiącego Jehanka łaskawej opiece gołych niebios, a sami pośpieszymy w stronę odchodzących. Wstępując na ulicę St.-Andre-des-Arcs, rotmistrz Phoebus postrzegł, że go ktoś jakby ścigał. Wzrok odwróciwszy przypadkowo, zobaczył za sobą gatunek cienia pełzającego wzdłuż murów. Zatrzymał się, i cień się zatrzymał; szedł, cień także wlókł się. Bardzo to go mało niepokoiło.

— Owa! — mruknął — jestem bez szeląga w kieszeni.

Przed frontem kollegium Autuńskiego, rotmistrz pozwolił sobie na mały odpoczynek. W gmachu tym skończył on, jak się wyrażał, edukacya swoję? więc obyczajem niesfornego żaka, wiernie w pamięci i praktyce przechowanym, nie mógł ominąć fasady szkolnej, nie wyrządziwszy posągowi kardynała Piotra Bertrand, wykutemu na prawo od głównego wejścia, pewnego gatunku krzywdy, na którą tak gorzko skarży się Priap w satyrze Horacego: Olim truncus eram ficulnus.

Zawziętość zaś jego i stałość były tak wielkie, że z czasem do szczętu zatarły napis z podnóża: Eduensis episcopus. Zatrzymał się tedy i tym razem przy statui, trybem nałogowym. W chwili właśnie, gdy astronomiczną snać zajęty obserwacyą, słał wzrok to ku jednemu, to ku drugiemu skrajowi nieba, ujrzał, że cień postępował w kierunku prostym niegrzecznej jego admonicyi kardynałowi, a krokiem tak wolnym, iż nie trudno było zauważyć, że miał na sobie opończę i czapkę.

Zbliżywszy się, widmo stanęło i stało nieruchomie jak głaz, z którego wykuto ten pomnik na obelgi nieczuły. Oczy tylko wlepiło w Phoebusa, oczy pełne owego niepewnego blasku, jaki sród nocy rzucają źrenice kocie.

Rotmistrzowi na śmiałości nie zbywało nigdy, tem mniej teraz, po serdeczniejszej wymianie myśli z Jehankiem pod Jabłuszkiem Ewy. Mało-by więc sobie robił ze zbója, mając w dodatku karabelę u boku. Lecz ów posąg chodzący, ów człowiek skamieniały, chłodem go oblał. Krążyły podówczas pomiędzy ludźmi jakieś wieści niespokojne o mnichu kłótliwym, o upiorowym włóczędze nocnym, nawiedzającym ulice paryzkie. To mu właśnie niejasno w myśli stanęło.

Przez minut kilka nie mógł przyjść do siebie; w końcu atoli zebrawszy się na odwadze, przerwał milczenie, usiłując zarazem zdobyć się na śmiech i dobry humor:

— Jeśli waszmość złodziejem jesteś, jak wątpić sobie ani na chwilę nie pozwalam, to przyznam się, że masz dla mnie minę czapli, rzucającą się na pustą orzechową łupinę. Jestem, mój drogi, zrujnowanym synem rodziny. Udaj się tuż obok. W kaplicy tego oto kollegium jest drzewo krzyża prawdziwego, w srebrnej, w srebrniutkiej oprawie.

Ręka widma wysunęła się z pod opończy i chwyciła Phoebusa za ramię, a silnie, że niby szponami orlemi. Jednocześnie cień przemówił:

— Rotmistrzu Phoebusie Chateaupers!

— Jakiem-że u licha prawem — rzekł Phoebus — znasz jegomość moje nazwisko.

— Znać nie dość — odpowiedział człowiek w opończy głosem ponurym. — Wiem także cokolwiek. Masz schadzkę tego wieczora.

— Tak, mam — mruknął Phoebus, wytrzeszczając oczy zdziwione.

— O godzinie siódmej.

— Za kwadrans.

— U Falurdelowej.

— Najzupełniej.

— Kątnicy, mostu S-to-Michalskiego.

— Mostu Ś-go Michała Archanioła, jako stoi w litanii.

— Bezbożniku! — jękło widmo. — Z kobietą?

— Confiteor.

— Która się nazywa...

— Smeraldą — dopełnił weselej już Phoebus. Spokój o duszę i skórę wracał mu stopniowo.

Na to imię szpony widma wściekle szarpnęły za ramię Phoebusa.

— Rotmistrzu Phoebusie de Chateaupers, łżesz waść.

Ktoby w tej chwili widzieć mógł rozognioną nagle twarz rotmistrza, gwałtowny poskok jego w tył, rozrywający kleszcze, które go były chwyciły, postawę dumną jaką przybrał, chwytając dłonią za rękojeść karabeli, a wobec rozpłomienionego tego gniewu, głuchą nieruchomość człowieka w opończy, ktoby to mógł był widzieć, przeląkłby się niechybnie. Było-to coś w rodzaju walki Don Żuana z posągiem komandora.

— Jerzy święty lub szatanie! — wrzasnął rotmistrz. — A to mi słówko, które się chyba nie często obijało o uszy Chateaupersów. Nie odważysz się go łotrze powtórzyć!

— Łżesz bezczelnie — rzekł cień chłodno.

Rotmistrz zgrzytnął jak potępieniec. Mnich kłótliwy, duch, upiór, baśń, przesąd, wszystko pierzchło mu z oczu od razu. Nic już przed sobą nie widział, okrom zwykłego śmiertelnika, i nic już okrom jego obelgi nie słyszał. — A no — bełkotał, dławiąc się od gniewu i wściekłości — idzie, widzę, jak po maśle. — Wyciągnął karabelę i szczekając zębami... gniew bowiem trzęsie nie gorzej od strachu... krzyczał:

— Naprzód! żywo! do pałasza! krwi mi natychmiast! krwi na ten tu bruk!

Drugi ani się ruszył. A tylko gdy ujrzał przeciwnika, jak wywinąwszy młynka gotów był do napaści:

— Rotmistrzu Phoebusie — odezwał się głosem pełnym goryczy i cierpkości — zapominasz o schadzce.

Uniesienia łudzi takich jak Phoebus, podobne są do gotującego się mleka ; jedna kropla zimnej wody przerywa kipienie. Na odgłos prostych tych wyrazów opuściła się szpada połyskująca w dłoni rotmistrza.

— Kapitanie — mówił dalej napastnik — jutro, pojutrze, za miesiąc, za lat dziesięć znajdziesz mie gotowym poderżnąć ci gardło; ale pierw idź na schadzkę.

— Zaprawdę — ozwał się Phoebus, jakby kapitulując z sobą samym — rzeczy to zarówno zachwycające: spotkać się czy ze szpadą, czy z dziewczyną; ale nie widzę, dlaczegobym miał uchybiać jednej, upędzając się za drugą, skoro mogę mieć obie.

I wsadził szpadę do pochwy.

— Idź waszmość na naznaczoną schadzkę — powtórzył nieznajomy.

— Mości panie — odrzekł Phoebus z niejakiem zakłopotaniem — szczere dzięki za grzeczność. W gruncie zawsze się jutro znajdzie chwila na zrobienie psom potrawki z jednych czy drugich dudek gardlanych. Mocnom obowiązany za przyjemną obietnicę łaskawego spędzenia kwandransika jeszcze w zacnem towarzystwie waszej miłości. Sądziłem, że zdążę położyć głowę waszeci tu w tym rynsztoku na nocleg przydłuższy i jeszcze na czas stanąć u bogdanki, tem bardziej, że nie ma to wcale złej miny, gdy się białogłowom każe chwileczkę czekać na siebie w razach podobnych. Ale wyznaję, żeś mi się waszmość zuchowato postawił, i za bezpieczniejsze uważam odłożyć casus do jutra. Spieszę tedy na umówione miejsce, na siódmą, jak waszmości wiadomo...

Tu Phoebus poskrobał się w ucho.

— Psia kość! — dodał rezolutnie i bez wszelkiej już galanteryi — na śmierć zapomniałem, żem bez grosza. Nie ma czem ciupkowego opłacić, a stara maciora nie zgodzi się na poczekane. Nie ufa mi.

— Oto jest na zapłatę.

Phoebus poczuł w swej dłoni chłodną dłoń nieznajomego, wciskającą mu grubą sztukę monety. Nie mógł się wstrzymać od przyjęcia pieniędzy i od uściśnienia ręki.

— Jak Boga kocham! poczciwiec z was co się zowie!

— Warunek jeden — rzekł człowiek. — Muszę się przekonać, żem nie miał racyi i że waszmość prawdę-ś powiedział. Ukryjesz mię gdzie w kącie, abym mógł widzieć czy kobieta jest rzeczy wiście ta, której imię powiedziałeś.

— Ua! — odpowiedział Phoebus — dla mnie to wszystko jedno. Weźmiemy izdebkę Ś-tej Marty; będziesz waść mógł sobie patrzyć do woli z psiej budki znajdującej się obok.

— Chodźmyż — sucho się ozwał cień.

— Do usług jegomości. Lubo nie wiem, czy nie jesteś waść wielmożnym Lucyperem we własnej osobie, to jednak zamawiam jego przyjaźń na dzisiejszy wieczór. Jutro pozwolisz sobie wypłacić długi kieską i szablą.

Poczęli iść śpiesznie. Po kilku minutach odgłos fali rzecznej oznajmił im, że byli na moście Ś-to-Michalskim, zawalonym w owej epoce domami.

— Wprowadzę was najprzód — rzekł Phoebus do towarzysza — sam zaś następnie pójdę po ichmościankę, czekającą u Małego-Kasztelu.

Towarzysz przez całą drogę idąc obok niego nie wyrzekł ani słowa.

Phoebus się zatrzymał przed nizkiemi drzwiami i silnie w nie uderzył; światło pokazało się przez szczeliny drzwi.

— Kto tam! — zawołał głos ochrzypły.

— Do stu par czartów łysych i wiedźm rosochatych! — odrzekł rotmistrz.

Drzwi się natychmiast otworzyły, i przybywający ujrzeli przed sobą babę zgrzybiałą z kagańcem w ręku. Baba i kaganiec drżały.

Staruszka, skulona we dwoje, okryta łachmanami, ze ścierką na głowie, kiwająca się i krechcząca, czarną była od zmarszczek, rozsypanych po twarzy, szyi i rękach; wargi zachodziły jej pod przednie zęby, usta obrośnięte dokoła kosmykami białej sierści, nadawały jej pozór kota oczepionego gałgankami. Wnętrze chałupy niemniej było oszarpane; ściany poobrywane z tynku i gliny, belki pod powałą zakopcone, piec łatany a rozsypujący się, siatki pajęcze, po wszystkich kątach; po środku kilkanaście rozkraczonych stołów i kulawych ławek, brudny dzieciak w popiele, a w głębi schodki, czyli raczej drabina drewniana, zmierzająca ku otworowi w powale, ze spustem na pół podniesionym. Wstępując do jaskini tej, tajemniczy towarzysz Phoebusa podciągnął kołnierz opończy na same oczy. Rotmistrz, zawsze klnący jak Saracen jaki, pośpieszył tymczasem „odbić słonko w talarku”, jak mówi nasz nieporównany Regnier.

— Izdebka Ś-tej Marty — rzekł Phoebus.

Stara tytułowała go jaśnie panem, i talara schowała do szuflady. Była to ta sama sztuka monety, ktorą człowiek w opończy wsunął Phoebusowi. Baba zaledwo się odwróciła, gdy mały. rozczochrany i rozbabrany chłopak, grzebiący się dotąd w popiele, zwinnie podsunąwszy się ku szufladzie, wyjął z niej pieniądz i na jego miejsce położył liść suchy, zerwany przed chwilką z pęku chróśniaku.

Stara skinęła na jaśnie panów, jak ich nazywała, by szli za nią i pierwsza polazła po drabince. Dostawszy się na górę, postawiła kaganiec na kufrze, a Phoebus, z miną starego znajomego, otworzył rodzaj drzwiczek prowadzących w jakiś kąt ciemny.

— Wejdź tam łaskawco — rzekł do towarzysza.

Człowiek w opończy usłuchał w milczeniu; drzwiczki się za nim zamknęły; Phoebus zasunął je ryglem i niebawem zeszedł na dół ze starą. Światło znikło.



ND-de-Paris-L7-Ch8

VIII. Pożytek okien od rzeki

Klaudyusz Frollo (przypuszczamy bowiem, że czytelnik rozumniejszy od Phoebusa, w całej tej przygodzie nie dojrzał żadnego innego ducha mnisiego okrom archidyakona), Klaudyusz Frollo tłukł się czas jakiś omackiem po ciemnej jamie, w której go rotmistrz zaryglował. Był to jeden z owych zakątków, jakie budowniczowie zostawiają niekiedy w punkcie zejścia się dachu ze ścianą podpierającą. Prostopadłe przecięcie tej psiej budki, jak Phoebus trafnie ją nazwał, dałoby trójkąt. Co do reszty, nie było tu ani okna, ani otworka, pochylona zaś płaszczyzna dachu przeszkadzała stać wyciągniętym.

Klaudyusz przysiadł tedy w pyle i glinie, która mu pod nogami rozcierała się i trzeszczała. Głowa go paliła; szperając dokoła siebie znalazł był kawałek szyby zbitej; przyłożył takową do czoła; chłód szkła orzeźwił go nieco.

Co się tej chwili działo w posępnej duszy archidyakona? on sam tylko i Bóg o tem mogli wiedzieć.

Jaką fatalną kolej naznaczał w myśli Esraeraldzie, Phoebusowi, Jakóbowi Charmolue, młodszemu swemu bratu tak niegdyś ukochanemu, a zostawionemu obecnie w błocku? co myślał o swej archidyakońskiej sutanie, o czci swej, wystawionej być może na szwank przez wycieranie kątów Falurdelowej, o wszystkich tych zdarzeniach i przygodach? Nie umiałbym tego powiedzieć. Pewnem jest tylko, że wszystkie te obrazy tworzyły w jego umyśle okropne jakieś rojowisko.

Czekał od kwandransa, a zdało mu się, że o wiek jeden postarzał.

Naraz posłyszał skrzypnięcie szczebla u drabinki drewnianej; ktoś wchodził. Spust się podniósł, pokazało się światło. W spróchniałych drzwiczkach norki Klaudyusza znajdowała się dość szeroka szczelina; do niej twarzą przylgnął. W ten sposób mógł widzieć wszystko co się działo w sąsiedniej izdebce. Baba o kociej minie, z kagańcem w ręku, wysunęła się pierwsza zpod odchylonego spustu, za nią Phoebus pokręcający wąsa, a dalej trzecia osoba, postać śliczna i wdzięczna, Esmeralda. Księdzu wydała się promiennem zjawiskiem wychodzącem z ziemi. Klaudyusz drgnął, obłok ciemny nasunął mu się na oczy, serce zakołatało niewypowiedzianie silnem jakiemś uczuciem, wszystko w okół zaszumiało, zakrążyło... i nic już dalej nie widział, nie słyszał.

Gdy wrócił do przytomności, Phoebus i Esmeralda znajdowali się sami; siedzieli na drewnianym kufrze, obok dymnego kagańca, który w oczach archidyakona brudził dwa te młode oblicza; nędzny tapczan stał w głębi ciupki.

Obok tapczana było okno z potłuczonemi szybami, jako pajęczyna skropiona deszczem. Przez zębate dziury tych szkieł matowo zamglonych widziałeś okrawek nieba i księżyc sennie chowający się pod puszyste płachty obłoków.

Młode dziewczę było zarumienione, drżące, zmieszane. Długie jej rzęsy spuszczone, cienisto zasłaniały policzki purpurowe. Wojak, na którego oczu podnieść nie śmiała, promieniał. Machinalnie, w zachwycającej niezgrabnością postawie, cyganka końcem palca kreśliła na siedzeniu linie jakieś bezładne, i patrzyła na swej palec. Stopek jej nie było widać; na nich leżała koza skulona.

Rotmistrza odzież pobłyskiwała wytwornie, na jego szyi i u rękawek wisiały pęki szychów i cacek: szczegół należący do wielkiej elegancyi tamtoczesnej.

Nie bez wysiłku zdołał Klaudyusz pochwycić co z sobą mówili, tak mu wciąż jeszcze krew w uszach szumiała i po skroniach biła.

(Nie ma bo też nic tak bardzo szczególnego w tych rozmowach miłosnych. Wieczne i nieustające ja cię kocham, lub też kocham ciębie. Frazes muzykalny niezmiernie suchy, szkieletowy i nieznośny dla obojętnych, którzy go słuchają, zwłaszcza jeśli mu nie towarzyszą żadne waryacyjki. Prawda, że ucho Klaudyusza nie było obojętnem).

— O ! — mówiła dziewczyna nie podnosząc oczu — o nie pogardzaj mną, wielmożny panie Phoebusie. Wiem, że co czynię, złem jest.

— Tobą pogardzać, dziecię prześliczne! — odpowiedział wojak tonem i ruchem galantaryi wyższej i znaczącej — tobą pogardzać? i za cóż-by do stu piorunów?

— Żem pana usłuchała.

— Co do tego, moja śliczna, wcale się na jedno nie zgadzamy. Powinienem-by nienawidzieć cię raczej, a nie pogardzać tobą.

Dziewczę spojrzało na rotmistrza przerażone.

— Nienawidzieć mię! i cóżem zrobiła?

— Żeś się tak długo dała prosić.

— Niestety — rzekła — bo... właśnie ślub w ten sposób łamię... Rodziców mych nie odnajdę... pamiątka straci moc bez tego. Lecz mniejsza o to! na co mi teraz ojciec, na co mi matka?

I to mówiąc, wlepiła w rotmistrza czarne swe oczy, zwilżone szczęściem i radością.

— Niech mię szatan porwie, jeśli cię rozumiem! — zawołał Phoebus.

Esmeralda zamilkła. Po chwili łza stoczyła się jej po jagodach, westchnienie wyrwało się z piersi, i powiedziała:

— Ach, panie mej, bo ja cię kocham.

Do koła dziewczyny roztaczała się taka jasność niewinności i prostoty, taki powab cnoty i czystości, że Phoebus czuł się jakoś nieswobodnym przy niej. Słówko to przecież ośmieliło go.

— Kochasz mię — zawołał z uniesieniem i ręką otoczył kibić cyganki. Na to tylko i czekał.

Klaudyusz widział to i końcem palca dotknął ostrza puginału, który chował na piersi.

— Phoebusie — mówiła dalej cyganka, odpychając zwolna od swego stanika uparte ręce rotmistrza — jesteś pan dobrym, szlachetnym, jesteś pięknym. Tyś mię ocalił, mnie biedne cygańskie dziecko. Oddawna już marzę o wojaku, któryby mię od śmierci uratował. O tobie-m to śniła pierwej, nim cię poznałam; w rojeniach moich ten sam był strój piękny, ta sama postać słuszna, szpada taka sama; nazywasz się Phoebus, śliczne imię, kocham twe imię, kocham twą szpadę. Wyciągnij-no swoją szpadę, Phoebusie, niech ją zobaczę.

— Dzieckoś — rzekł rotmistrz i uśmiechając się rapir swej wydostał z pochwy.

Cyganka obejrzała rękojeść, ostrze, z zachwycającą ciekawością przyglądała się znakom i cyfrom na stali, w końcu ucałowała ją i rzekła:

— Jesteś pałaszem dzielnego rycerza. Kocham mego kapitana. Phoebus skorzystał znowu ze zręczności i złożył na pięknej pochylonej szyjce całus, na który się młode dziewczę zerwało kraśne jak wiśnia. Frollo zgrzytnął zębami w ciemnej kryjówce.

— Phoebusie — szczebiotała cyganka — pozwól mi mówić.

Przejdź się tak po pokoiku trochę, bym cię całego widzieć mogła, bym posłyszała dźwięk twoich ostróg. Ach, jakżeś piękny.

Rotmistrz powstał, zadość czyniąc jej woli; swarzył niby, a uśmiechał się zadowolony.

— Ależ dziecko z ciebie!... No, a czy widziałaś mię w nowym paradnym żupanie?

— Niestety, nie — odpowiedziała cyganka.

— Ot to dopiero ładne!

Phoebus usiadł znów przy niej, ale już daleko bliżej niż przedtem.

— Słuchaj-no, kochana moja...

Cyganka uderzyła go parę razy rączką po ustach, z dąskiem pełnym wdzięku, wesołości i zachwytu.

— Nie, nie, ani się waż. Nie chcę cię słuchać. Czy kochasz mię? Chcę, żebyś powiedział czy mię kochasz?

— Czy cię kocham, aniele mojego życia! — zawołał rotmistrz przyklękając do połowy. — Krew moją, duszę moją, ciało moje, wszystko dla ciebie, wszystko za ciebie oddam. Kocham cię i nikogo innego w życiu mem nie kochałem!

Rotmistrz tyle razy frazes ów powtarzał w rozmaitych podobnego rodzaju przypadkach, że go jednym tchem wyrzucił, nie uchybiwszy ani na włos pamięci. Na oświadczenie to namiętne, cyganka wzniosła ku powale zapylonej, zastępującej miejsce niebios pogodnych, spojrzenie pełne anielskiego uszczęśliwienia.

— O! — szemrała — chwila to, w której-by umrzeć należało!

Phoebus uważał, że „chwila" stosowniejszą jest owszem do nowego całusa, co też zapewne i czynem okazał, o ile sądzić wolno z gwałtowniejszego jeszcze niż pierwej wstrząśnienia Klaudyusza.

— Umrzeć — krzyknął rozkochany rotmistrz. — Co bo tam wygadujesz, aniołku mej drogi! Jeżeli kiedy, to teraz właśnie i żyć, chybaby Jowisz był ulicznikiem ! Umrzeć na samym progu szczęścia i rozkoszy... klnę się na rogi bawole, żart byłby nie w porę... także!... Nie! posłuchaj-no mię, droga moja Similar... Esmenardo... Daruj, ale masz imię tak przedziwnie saraceńskie, że przeżuć go nie moge. Ani sposób przedrzeć się przez tę gęstwinę.

— Mej Boże — wyszeptała biedna dziewczyna — a jam sądziła, że imię to jest ładne, przez to już choćby że niezwykłe. Ponieważ jednak nie podoba ci się, to mię nazwij inaczej, Karusią naprzykład.

— No, nie będziesz-że przynajmniej płakała o taką fraszkę! wypadnie do imienia się przyzwyczaić, to i basta. Niech-no się go raz na pamięć nauczę, a pójdzie jak z płatka. Słuchaj-że więc, droga moja Similar, ubóstwiam cię namiętnie. Kocham cię tak, że to aż cud, dalibóg ! Znam panieneczkę, która w skutek tego schnie z zazdrości...

Zadraśnięte dziewczę przerwało:

— Któż taki?

— Co to nas ma obchodzić... kochasz mię?

— O!... — odrzekła.

— A no, to i wszystko. Zobaczysz jak ja cię kocham również. Niech mię tu na tem miejscu szatan Neptunus widłami swemi sporze, jeśli cię nie uczynię najszczęśliwszą istotą na świecie. Najmiemy sobie cichutki gdziekolwiek kącik, jak cacko wychuchany. Każę łucznikom mym przechadzać się paradnie przed twemi oknami. Są co do jednego na koniach, na złość łucznikom rotmistrza Mignona. Jedni granatniki, drudzy toporniki, inni bombardniki ręczni. Zaprowadzę cię na wielkie dziwowiska Paryża, do szopy na Rully. Ot cudo znakomite. Osiemdziesiąt tysięcy kołpaków zbrojnych; trzydzieści tysięcy zaprzęgów białych, kolczug i pancerzy; sześćdziesiąt siedem sztandarów cechowych; chorągwie trybunalskie, chorągwie izby rachunkowej, chorągwie regimentarskie, płatnicze, skarbcowe; słowem poczet że aż w oczach mieni. Zaprowadzę cię popatrzeć na lwy dworca królewskiego, które są zwierzętami dzikiemi. Wszystkie kobiety unoszą się nad tem.

Od kilku minut młode dziewczę, zatopione w myślach uroczych, marzyło przy dźwiękach głosu rotmistrza, nie słuchając, nie zważając na treść jego słów.

— O będziesz szczęśliwą jak królowa — ciągnął Phoebus, i jednocześnie rozplątywał zwolna kokardki stanika cyganki.

— Co pan najlepszego robisz? — krzyknęło dziewczę, ocknione nareszcie z upojeń słodkich tym akompaniamentem ręcznym.

— Nic — odrzekł Phoebus — mówiłem tylko, iż wypadnie ci porzucić wszystek ów strej dziwaczny i uliczny, gdy ze mną będziesz.

— Gdy z tobą będę, mej Phoebusie! — z uczuciem niewysłowionem powtórzyło dziewczę.

I znów zamilkło w głęboką zapadając dumę.

Rotmistrz, zachęcony powolnością dziewczyny, objął ją w pół bez oporu i począł cichemi marszami i kontrmarszami oprowadzać swe palce po szamerowaniach i spięciach kaftanika nieszczęśliwej cyganki, czem niebawem doprowadził kołnierzyk dziewczęcia do takiej pozycyi, że zdyszany Klaudyusz Frollo ujrzał występujące z pod tiulów śliczne gołe jej ramie, pulchne, okrąglutkie, śniadawe, jako księżyc wypływający z mgieł na widnokrąg.

Esmeralda nie broniła się Phoebusowi. Nie zdawała się zwracać nań najmniejszej uwagi. Oko walecznego rotmistrza pałało.

Nagle zwróciła się ku niemu:

— Phoebusie — rzekła z wyrazem nieskończonej miłości — naucz mię swojej religii.

— Religii mej? — huknął Phoebus śmiechem koszarowym. — Ja mam uczyć ciebie religii? Do miliona pik i samopałów! na cóż ci się przyda moja religia?

— Bo widzisz, jak ślub brać będziemy...

Twarz rotmistrza powlekła się pasmami zdziwienia, pogardy, niedbalstwa i żądzy swawolnej.

— Tere fere kuku! — przerwał z pogwizdem — alboż się be ślubu pobrać nie można?

Dziewczyna zbladła i głowę na pierś zwiesiła.

— Serduszko moje — jął czule Phoebus — co ci tam po głowie licho się błąka jakieś? Wielka sztuka ślub, zaręczyny, małżeństwo! alboż się więcej przez to jest kochanym, że ksiądz ci po łacinie splunie na głowę?

Mówiąc to głosem jak mógł najsłodszym, podsunął się ku cygance niezmiernie blizko, ręce posłał znów na stanowisko raz zdobyte, i z okiem coraz bardziej płomiennem, ku sobie tulił smukłą i cienką kibić biednej dziewczyny. Trudna rada, trzeba wyznać, że najwidoczniej zbliżał się do jednego z owych momentów, w których sam nawet Jowisz takie i tyle głupstw popełnia, że zacny Homer zmuszony jest chmury przywołać na pomoc.

Klaudyusz tymczasem widział wszystko. Drzwiczki sklecone z dranic i klepek pozbijanych, które do szczętu przegniły, tworzyły szerokie przepusty dla dzikich jego spojrzeń. Człowiek ten, o cerze śniadej, o szerokich barkach, skazany aż dotąd na surową klasztorną wstrzemięźliwość, drżał i kipiał na widok tej sceny miłosno-namiętnej, cieniami nocy uwydatnionej i zaostrzonej. Młode i ładne dziewczę, rzucone na łaskę nieskromnego młodziana, lało mu w żyły ołów roztopiony. Wyobraźnia szalonemi dziwami wykończała mu obraz rzeczywisty, oko z zazdrosną lubieżnością wciskało się pod wszystkie te haftki, spięte czy rozpięte. Ktoby w tem położeniu mógł był widzieć twarz nędzarza, wpartą w deszczułki spróchniałe, mógł-by był sądzić, że patrzy na pysk tygrysa, spoglądającego z klatki na szakala pożerającego gazelę. Źrenice gorzały i tryskały mu jak rozpalone świece po przez szczeliny przegródki.

Naraz, jednym szybkim zwrotem ręki, Phoebus zdjął kołnierzyk z szyi i ramion cyganki. Biedne dziecię, wciąż blade i zamyślone, skoczyło jak ukropem zlane; w sekundzie jednej znalazło się na przeciwległym końcu izdebki, zdala od przedsiębiorczego wojaka, a rzuciwszy okiem na pierś swą obnażoną do połowy, zapłoniona, zmieszana i niema z upokorzenia, skrzyżowała u ramion ręce przecudne. Gdyby nie płomień oblewający jej jagody, rzekłbyś, patrząc na jej milczenie i nieruchomość: posąg Wstydliwości. Oczy miała spuszczone.

Zręczny atak rotmistrza odkrył tymczasem tajemniczy amulecik, zawieszony na szyi dziewczyny.

— Cóż to za szkaplerzyk! — spytał kawaler, korzystając z okoliczności, by napowrót zbliżyć się do urażonej cyganki.

— Nie ruszaj pan! — odpowiedziała żywo — to moja ochrona. Przez nią to odnajdę rodzinę, jeśli tylko godną tego będę. Ach, zostaw mię, odejdź odemnie, panie. Matko, biedna moja matko, gdzieżeś? Ratuj mię, matko! - Łaski, miłosierdzia, panie Phoebusie ! Oddaj mi, proszę, kołnierzyk!

Phoebus się cofnął i rzekł tonem chłodnym:

— E, mościa panno, widzę, doskonale teraz widzę, że mię wcale nie kochasz.

— Jago nie kocham! — jękło dziewczę nieszczęśliwe, rzucając się jednocześnie ku rotmistrzowi, którego obok siebie posadziła. — Ja cię nie kocham, Phoebusie mej? Cóż to znowu wymyślasz, złośniku, żeby mi serce krwawić? O kiedy tak, bierz mię, zabieraj, zabieraj wszystko! Bób co ci się podoba ze mną, jam twoja. Na co mi szkaplerze, na co mi matka? ty mi teraz matką, bo cię kocham. Phoebusię! Phoebusie mej najdroższy, czy widzisz mię? to ja, patrz; to ta mała, której ty raczysz nie odpychać, mala, co cię przychodzi, sama przychodzi szukać. Dusza ma, życie, ciało me, osoba, wszystko do ciebie należy, wszystko jest rzeczą twoją, mej panie, mej rycerzu. Żenić się nie chcesz? nudzi cię ślub? to i bez ślubu się obejdzie. Bo i czem-że wreszcie jestem, ja, nędzna dziewczyna uliczna, gdy ty mej, Phoebusie, ty panicz, szlachcic, oświecony. Ot zachciało się cygance! szalona! tancerka za rotmistrza! Nie, nie, Phoebusie; będę twoją niewolnicą, twoją zabawką, igraszką twoją, gdy zapragniesz, dziewczyną do ciebie należąca. Do tegom-że tylko i stworzona. Odpychana, pogardzana, lżona? cóż ztąd, jeśli kocham? Będę najdumniejsza i najszczęśliwszą z kobiet. A gdy postarzeję lub zbrzydnę, Phoebusię, gdy już nie będę godną cię kochać panie, ty mię i wtedy od usług nie odpędzisz. Inne ci szarfy haftować będą, ranie służącej, staranie o nich powierzysz. Czyścić ci będę ostrogi, wypylać suknie, błoto z obuwia twego oskrobywać. Wszak prawda, Phoebusie mej, że cię na tyle litości stanie? A tymczasem, masz mię! masz całą, jak oto widzisz! kochaj mię tylko! Nam cygankom — nam niczego też więcej i nie trzeba, nad swobodę a miłość!

Wraz z temi słowy, zarzuciła ręce na szyję wojaka; spoglądała nań od dołu ku górze, błagalnie, łzami perląc uśmiech rozkoszy. Pierś jej dziewicza dotykała żupana i twardych złoceń rotmistrza. Łamała mu się na kolanach ciałem na pół-obnażonem. Kapitan, upojony, przycisnął usta płomienne do jej pięknych afrykańskich ramion.

Dziewczę młode, z głową odrzuconą, ze wzrokiem błąkającym po powale izby, wiło się drżące od palącego tego całusa.

ND-de-Paris-L7-Ch8-UtiliteDesFenetresQuiDonnetSurLaRiviere

Nagle, po nad głową Phoebusa ujrzała drugą twarz jakąś, obcą, straszną; śród bladych, pozieleniałych, konwulsyjnie powykrzywianych jej rysów i cieniów, palił się wźrok potępieńczy. Tuż przy szatańskiem obliczu sterczała ręka pobłyskująca puginałem. Była to twarz i ręka Klaudyusza; złamał drzwi i stanął tu. Phoebus nie mógł go postrzydz. Dziewczę skamieniało na widok tej poczwary, jako gołąbka, kiedy wznosząc główkę do góry spotka się ze wzrokiem jastrzębia, mierzącego w jej gniazdko okrągłemi swemi oczami.

Nie zdołała już nawet krzyknąć. Dojrzała zaledwo, że się żelazo nad Phoebusem usunęło i podniosło, purpurową parą otoczone.

— Przekleństwo! — jęknął rotmistrz i padł.

Ona omdlała.

W chwili, gdy się powieki nieszczęśliwej zmykały, gdy ostatnie brzaski pojęcia i bólu w niej gasły, zdało się jej, że poczuła na ustach jakby pieczęć ognistą, pocałunek jakiś piekielny, gorętszy od czerwonego żelaza kata.

Przyszedłszy do przytomności, ujrzała się otoczoną żołnierzami straży nocnej; wynoszono kapitana ociekającego krwią, widziadło straszne znikło; okno w głębi izdebki, wychodzące na rzekę, było na oścież otwarte; oglądano podjętą z posadzki opończę, należącą jak wnoszono do ofiary. Na około rozlegały się szepty:

— Czarownica jakaś zasztyletowała rotmistrza z pocztu łuczników Króla Jegomości.





KSIĘGA ÓSMA.

ND-de-Paris-L8-Ch1

I. Talar przemieniony w liść suchy

Gringoire i cały Dziedziniec-Cudów w śmiertelnym zostawały niepokoju. Od miesiąca przeszło nie wiedziano, gdzie się podziała Esmeralda, co niezmiernie smuciło księcia cyganów i jej przyjaciół z żebraczego państwa; ani gdzie się podziała koza tancerki, co podwajało boleść Gringoire'a. Pewnego wieczora dziewczę znikło i odtąd nie dawało już znaku życia. Wszelkie poszukiwania bezskutecznemi się okazały. Kilku złośliwców utrzymywało, snać dla dokuczenia Gringoire'owi, że wieczora owego spotkali cygankę w okolicach mostu Św. Michalskiego, idącą w towarzystwie jakiegoś wojaka; „małżonek wedle strzaskanego dzbana" był atoli filozofem niewiernym, i sam zresztą wiedział lepiej niż ktokolwiek, do jakiego dziwactwa żonka jego zakochaną była w niewinności. Miał był możność i sposób dokumentnie osądzić, jak nieprzepartą była wstydliwość, wynikająca z kombinacyi dwóch takich potęg, jak cnota dziewicy i cudowna własność amuleta; z matematyczną tedy ścisłością obliczył opór skromności panieńskiej, podniesionej do drugiego stopnia. Z tej strony był więc spokojnym.

Bezpośrednim wszakże skutkiem obrachowań Gringoire'a było to, że nie umiał sobie wytłómaczyć zniknięcia Esmeraldy. Głęboka tęsknota go opanowała. Byłby schudł, gdyby to było rzeczą możliwą.

Zapomniał o wszystkiem, nawet o swojem zamiłowaniu do literatury, nawet o wielkiem swem dziele De figuris regularibus et irregularibus, które obiecywał sobie wytłoczyć zaraz za pierwszym uzbieranym groszem (gdyż o niczem więcej nie śnił jak o druku, od chwili kiedy mu wpadł w oczy Didascolon Hugona z St.-Victor, odbity sławnemi czcionkami Windelina Spirskiego).

Dnia pewnego, gdy smutny wałęsał się po mieście, ujrzał tłumy cisnące się do jednej z bram Pałacu Sprawiedliwości. Stał właśnie w pobliżu Wieży kryminalnej.

— Cóż to tam takiego? — spytał młodzieńca, który ztamtąd wychodził.

— Nie wiem, łaskawy panie — odrzekł młody człowiek. — Powiadają, że sądzić będą kobietę jakąś, zbrodniarkę, która zamordowała rycerza. Że zaś w sprawie tej są podobno i czary, więc też i biskup z officyałem wścibił w nia swoje trzy grosze; ztąd brat mej, archidyakon Jozajski, dnie całe tam spędza. Chciałem z nim właśnie pomówić, ale nie mogłem się dostać z powodu tłumów; wcale mi to nie na rękę, gdyż potrzebuję pieniędzy.

— Niestety, panie — powiedział Gringoire — żałuję mocno, że się wierzycielem twym stać nie moge; kieszenie mam podziurawione to prawda, lecz bynajmniej nie przez dukaty.

Nie śmiał oznajmić młodzieńcowi, że zna jego brata archidyakona, którego przez zapomnienie godne pożałowania, nie odwiedzał od czasu zajścia w katedrze.

Żak poszedł w swoją stronę, Gringoire zaś jął postępować za tłumem, pnącym się na schody wielkiej izby trybunalskiej. Uważał, że nic tak przeciw melancholii nie działa, jak proces kryminalny, a to z racyi niezmiernie pociesznej zwykle głupoty sędziów. Gromady, w które się wmieszał milcząc, szły naprzód i łokciami się szturchały.

Po nieznośnie powolnej tupaninie krok za krokiem, po przez długi ciemny korytarz, wijący się skroś pałacu jakoby kanał kiszkowy starożytnego gmachu, dostał się do nizkich podwoi wychodzących na wielką komnatę. Wysoki wzrost Gringoire'a pozwolił mu obejrzeć izbę po nad głowami zbiorowiska.

Obszerna komnata, osłonięta pomrokiem, wydawała się obszerniejszą jeszcze. Dzień miał się ku schyłkowi: długie ostrołukowe okna zaledwo przepuszczały z zewnątrz blade promienie, niknące pierwej, nim się dostały do sklepienia, bujnie i gałęzisto opchanego splotami figur i scen rzeźbionych, które się jakby poruszały i majaczyły w cieniu. Rozstawione po stołach świeczniki tu i owdzie były już zapalone, rzucając światło na głowy pisarzów zasuniętych za stosy papierów. Tylną część komnaty zajmował tłum; na prawo i lewo miałeś ławy, na których i za któremi rozwijały się surowe postacie w sutannach; w głębi, na podwyższeniu, liczue gromady sędziów, których ostatnie szeregi kryły się w ciemnościach; oblicza nieruchome i złowrogie. Ściany zasiane były herbownemi liliami bez miary i końca. Po nad sędziami niewyraźnie się rysował wielki krucyfiks. Piki i halabardy sterczały gdzieś okiem rzucił, ostrza ich płomykowo pobłyskiwały od świateł.

— Panie — odezwał się Gringoire do sąsiada — co to są za osobistości, tam oto roztasowane jak prałaci na soborze?

— Są to, proszę waszmości — odpowiedział zagadniony — konsyliarze izby wielkiej, na prawo; zaś tam na lewo, to konsyliarze śledczy; mistrze w togach czarnych i dygnitarze w togach czerwonych.

— A po nad nimi — pytał dalej Gringoire — ten oto jegomość opasły, spocony jak wieprz, któż to taki?

— To jaśnie wielmożny marszałek trybunału.

— Te zaś barany z tyłu za nim? — ciągnął poeta, nie mający, jakeśmy przed chwilą nadmienili, zbyt wielkiego nabożeństwa do władz sądowniczych. Zostawało to zapewne w niejakim związku z urazą, którą w swem sercu przechowywał do Pałacu Sprawiedliwości, za swe niepowodzenie dramatyczne.

— Są to panowie referendarze dworu królewskiego.

— A przed marszałkiem, o stopień niżej, odyniec ów?

— To wielmożny pisarz wielkiej izby trybunalskiej.

— A na prawo, ten tam krokodyl?

— Mistrz Filip Lheulier, adwokat Króla Jegomości nadzwyczajny. — A na lewo, ten gruby kot czarny?

— Mistrz Jakób Charmolue, prokurator królewski przy sądzie duchownym, z delegatami kanonii katedralnej.

— No dobrze, miłościwy panie — rzekł Gringoire — lecz cóż owy jegomościowie ci wszyscy, porabiają tutaj?

— Sądzą.

— Kogo sądzą? nie spostrzegam oskarżonego.

— Oskarżonym, proszę waszmości, jest kobieta. Nie możemy jej ztąd widzieć. Odwróconą jest do nas tyłem, a zakrywają ją przed nami tłumy. Aha, czy spostrzegasz waszmość? jest ona śród tego tam karcza halabard.

— Cóż to za kobieta? — pytał Gringoire. — Czy nie wiesz waszmość, jak się nazywa?

— Nie, panie; tylkom co przybył. Dorozumiewam się jeno, że są w tem jakieś gusła czy czary, bowiem officyał obecnym jest przy rozprawach.

— To wiadomo! — powiedział nasz filozof — ujrzymy wszystkich tych jegomościów w sukienkach, jak ludzką krew ssać będą. Widowisko to jak i każde inne.

— Mości panie — zauważył sąsiad — alboż nie znajdujesz waszmość, że mistrz Jakób Charmolue ma wyraz twarzy bardzo łagodny?

— Hm — odrzekł Gringoire. — Nie ufam łagodności o nozdrzach spiczastych i cieniutkich wargach.

W tem miejscu publiczność nakazała milczenie rozmawiającym. Słuchano niezmiernie ważnego zeznania.

— Jaśni panowie — mówiła z pośrodka sali staruszka, której postać do tego stopnia w łachmany była uwikłaną, że się zdawała być jedną chodzącą szmatą — panowie jaśnie oświeceni! zdarzenie to niemniej prawdziwe, jak prawdą jest, że się nazywam Falurdelową, od lat czterdziestu zamieszkałą na moście Ś-go Michała Archanioła, za co najregularniej opłacam podatki, myta i czynsze, tuż naprzeciwko domu sławetnego Tassin-Caillarta, farbiarza, co jest od strony przypływu wody. Biedna staruszka dzisiaj, ładna niegdyś dziewucha, panowie! Od dni już kilku mówiono mi: „Ej ej, Falurdelową, nie warcz kółkiem tak do późnej nocy; umie djabeł rogami czesać kądziel bab starych. Rzeczą jest niezawodną, że mnich kłótliwy, upiór w postaci księdza, błąkający się łońskiego lata koło Tempie, włóczy się teraz po Starem-mieście. Pilnuj się Falurdelowo, by do twych drzwi nie zapukał.” Jednego wieczora przędę sobie kądziel; naraz słyszę ktoś stuka. Pytam, kto? Poczęło kląć. Otwieram. Weszło dwóch ludzi. Czarny z rycerzem wysokim. Widziałam tylko oczy czarnego; dwa rozpalone węgle. Nic więcej tam nie było, jedna czapka i opończa. Mówią tedy do mnie: „Izba S-tej Marty” Jest-to jaśni panowie komora moja górna, najschludniejsza. Dają mi talara. Chowam go do szuflady i powiadam: „Będzie za co kupić jutro flaków w rzeźni Gloriette” Wschodzimy na górę. Gdyśmy przybyli do komory, zanim-em się odwróciła, już czarny znikł jak dym. Zgiń maro, przepadnij. To mie trochę zastanowiło. Rycerz tymczasem, piękny jak królewicz jaki albo kasztelan, spuszcza się ze mną po drabince. Wychodzi. Nie uprządł-byś garstki kądzieli, gdy wrócił. Z nim młoda ładna dziewczyna, laleczka, cacko prawdziwe, któreby jak słoneczko błyszczało, gdyby jej czepeczek kto włożył. Miała z sobą kozła, wielkiego kozła czarnego czy białego, już nie wiem. To dało mi do myślenia. Dziewczyna, to nie moja sprawa, ale kozioł! Nie lubię tych zwierząt, mają brodę i rogi. Podobne to do chłopów. A przytem zdaleka sobotą pachnie. Nie rzekłam jednak ani słówka. Dali-ć talara. Co, czy nie słusznie, panie sędzio? Prowadzę dziewczynę i kapitana do komory na górę, i zostawiam samych, to jest z kozłem. Schodzę i zasiadam do kądzieli. Trzeba wiedzieć, że dom mej układa się z dwóch pięter, pierwszego i drugiego; tyłem obrócony do rzeki, jak i wszystkie domy mostu, a okno pierwszego piętra i okno drugiego wychodzą na wodę. Zabrałam się tedy najspokojniej do przędzenia. Nie wiem dlaczego myślałam ciągle o czarnem widziadle, które mi ten kozieł wbił do łba jeszcze bardziej; a i piękna dziewczyna trochę za dziwacznie upstrzoną była. Raptem, gdy sobie tak myślę, słyszę krzyk na górze, a razem uderza coś po szybach, i okno się otwiera. Biegnę czem prędzej do swego okienka na dole, patrzę, jakaś czarna massa miga przed oczyma i do wody wpada. Było to widmo przebrane po mnisiemu. Księżyc świecił jak we dnie. Widziałam dobrze. Płynęło ku Staremu-miastu. Wtedy, drżąc cała, wołam na straż. Ichmościowie z patrolu nocnego wchodzą, i nie wiedząc nawet o co chodzi, w pierwszej chwili, że byli podochoceni, poczęli mię tłuc. Ale im wytłómaczyłam. Idziemy na górę i cóż znajdujemy? oto biedna moja komora cała we krwi; kapitan rozciągnięty jak długi z puginałem w szyi; dziewczyna niby martwa; kozioł skacze jak szalony. „Masz tobie, powiadam, będzie na cały tydzień mycia. Posadzka sposoczona, wypadnie wyskrobywać, a to nie żart." Wyniesiono rycerza — biedny młody człowiek!... i dziewczynę rozchrestaną, jak matka narodziła. Poczekajcie. Najgorszem ze wszystkiego jest to, że nazajutrz, gdym poszła do szuflady wziąść talara na flaki, znalazłam tylko na jego miejscu listek suchy.

Stara zamilkła. Szmer zgrozy rozległ się po całej izbie.

— Owo widziadło, ów kozieł, wszystko to strasznie jakoś czarami trąci — odezwał się jeden z sąsiadów Gringoire'a.

— A ten-że liść suchy! — wtrącił drugi.

— Nie ulega najmniejszej wątpliwości — wnioskował trzeci — że wiedźma utrzymuje stosunki z mara zaklętą, i wspólnie rycerstwo obierają.

Samemu Gringoire owi nie wiele już brakło, by całą te sprawę uznał za okropną i prawdopodobną.

— Mościa Falurdelowo — rzekł pan Marszałek solennie — czy nic więcej nie masz do powiedzenia sprawiedliwości?

— Nie, jasny panie — odparła starocie — to chyba jeszcze, że w podaniu dom mej nazwano lepianką krzywą i smrodną, co jest szkaradnie obraźliwem powiedzeniem. Domy mostowe nie mają buńczucznej postawy, to prawda, bowiem ludu przepaść w nich się mieści, ale to wszakże jednakowoż nie przeszkadza nawet rzeźnikom tam mieszkać, którzy są ludźmi wcale nie biednemi, i żonatym z pięknemi białogłowami, które się noszą schludnie i ochędożnie.

Powstał dygnitarz, który na Gringoirze uczynił był wrażenie krokodyla.

— Dość! — rzekł. — Upraszam wysokie zgromadzenie i sądy nie tracić z uwagi, że znaleziono puginał przy oskarżonej. Urodzona Falurdelowo, czy przyniosłaś ów liść, w który się przemienił talar dany ci przez złego ducha?

— Tak, wielmożny panie — odpowiedziała; — odszukałam takowy.

Jeden z woźnych doręczył zasuszony listek krokodylowi, który ponuro strząchnąwszy głową, przesłał go prokuratorowi królewskiemu przy sądzie kościelnym, tak, że w ten sposób izba cała mogła mu się choć zdala przyjrzeć.

— Liść to brzozowy — zauważył mistrz Jakób Charmolue.— Nowy dowód czarnoksięztwa.

Jeden z konsyliarzów głos zabrał:

— Świadku, dwóch ludzi jednocześnie weszło do twego mieszkania. Człowiek w czerni, który znikł ci naprzód z oczu, a później płynął Sekwana w ubraniu zakonnem, oraz człowiek rycerskiego stanu. Któryż z nich doręczył ci talara ?

Stara pomyślała chwilkę, poczem odrzekła:

— Człowiek rycerskiego stanu.

Rumor podniósł się po nad głowami tłumu.

— A! — pomyślał Gringoire — to mi nieco osłabia powzięte przekonanie...

Mistrz Filip Lheulier, nadzwyczajny adwokat królewski, powstał wraz znowu ze swego stolca, i mówił:

— Czuję się w obowiązku przypomnieć i przypominam sądom wysokim, jako w zeznaniu spisanem na śmiertelnej pościeli, zamordowany rycerz oświadczył, że miał był niejasne pojęcie, wt chwili gdy go człowiek w czerni nadszedł, iż to mógłby bardzo być tajemniczy ów mnich kłótliwy, dodając, że tenże silnie go namawiał, iżby w poufałość zaszedł z oskarżoną; a na uwagę jego, rotmistrza, że był bez pieniędzy, wcisnął mu talara do ręki, którym rzeczony rotmistrz opłacił Falurdelową. Owóż, talar był monetą piekielną.

Uwaga ta zdawała się stanowczo i całkowicie rozpraszać wszelkie wątpliwości Gringoire'a i innych sceptyków izby posłuchalnej.

— Prześwietni sędziowie mają przed sobą dokumenta należyte — dodał wielki mówca królewski siadając — mogą zatem rozejrzeć się w deklaracyi Phoebusa de Chateaupers.

Na odgłos tego imienia podniosła się oskarżona; głowa jej górowała nad zbiorowiskiem. Gringoire przerażony poznał Esmeraldę. Była jak trup bladą; jej włosy, niegdyś tak wdzięcznie splecione i sekinami poprzedzierżgane, spadały w nieładzie; usta miała sine, oczy przerażająco wpadłe... Niestety!

— Phoebus! — rzekła, jakby nieprzytomnie — gdzież jest Phoebus? O jaśni panowie! raczcie powiedzieć, zanim mnie zabijecie, czy żyje on jeszcze?

— Milcz waśćka — odrzekł marszałek izby — nie możemy się tem zajmować.

— O, przez litość! powiedzcie, czy Phoebus jest przy życiu? — nastawała biedaczka, składając piękne swe rączęta wychudłe. I posłyszano jak słowom tym wtórował wzdłuż jej sukienki dźwięk łańcuszków więziennych.

— No więc cóż? — odparł sucho adwokat królewski — umiera właśnie. Czyś zadowolona?

Nieszczęśliwa usunęła się na ławkę, bez głosu, bez łez, żółta jako posąg z wosku.

Marszałek nachylił się ku urzędnikowi siedzącemu o parę stopni niżej, u podnóża majestatu trybunalskiego, w kołpaku złoconym, w szacie czarnej, z łańcuchem na szyi i laską w ręku:

— Woźny, każ wprowadzić wspólniczkę oskarżonej.

Oczy wszystkich zwróciły się w stronę drzwiczek pobocznych, które się otwarły, i ku wielkiemu wzruszeniu Gringoire'a, dały przejście prześlicznemu stworzeniu o wyzłacanych rogach i kopytkach. Powabna istotka zatrzymała się chwilkę na progu, i wyciągnęła szyjkę, jakoby z wierzchołka skały spozierała przed siebie na widokrąg niezmierzony. Naraz spostrzegłszy cygankę, wywinęła młynka po nad stołem i głowami pisarzów trybunalskich, stanęła na równe nóżki, i za drugim z kolei zamaszystym zawrotem znalazła się u kolan swej pani; poczem zatoczyła się przymilająco u jej stóp, najwidoczniej prosząc o słówko lub kares; ale oskarżona pozostała nieruchomą, i biedna Dżali jednego nawet jej spojrzenia nie otrzymała.

Ale ba! — odezwała się stara Falurdelową — toć to owa szkaradna bestya; doskonale poznaję je obie.

Wystąpił Jakób Charmolue:

— Za pozwoleniem prześwietnej izby, przejdziemy teraz do badania kozy.

Była to w rzeczy samej druga obwiniona. Nic prostszego na owe czasy jak proces o czarodziejstwo, wytoczony zwierzęciu. W rzędzie innych, znajdujemy w rachunkach kasztelanii za rok 1466 ciekawy szczegół kosztów sądowych, niejakiego Gillet Soulart i należącej do niego maciory, „ściętych za ich niecnotliwość w Corbeil” Wszystko tu znajdziesz, wydatek na jamy dla umieszczenia maciory, pięćset wiązek podściołu wziętego w porcie Morsant, trzy miarki wina i chleb, ostatni posiłek skazanego bratersko podzielony z katem, aż do jedenastu dni chowu i karmu dla maciory, po ośm denarów paryzkich na dobę. Lecz co to proces zwierzętom! Niekiedy posuwano rzecz dalej jeszcze.

Kapitularze Karola Wielkiego i Ludwika-Dobrodusznego naznaczają ciężkie kary na widma płomieniste, któreby sobie pozwoliły w powietrzu się pokazywać...

Prokurator przy sądzie kościelnym zawołał tymczasem uroczyście:

— Jeżeli szatan, który tę kozę opętał i przed żadnemi egzorcyzmami ustąpić nie chciał, upierać się będzie przy swych sprawkach i bezeceństwach, prześwietny trybunał niemi trwożąc, my go uprzedzamy, że zmuszeni będziemy użyć szubienicy lub stosu.

Gringoire'owi pot zimny wystąpił na czoło. Charmolue wziął bowiem właśnie z poblizkiego stołu góralski bębenek cyganki i podsuwając takowy w pewien znany sposób kozie, zagadnął ją:

— Która teraz godzina?

Koza popatrzyła nań rozumnie, podniosła złocone kopytko i siedem uderzeń wyliczyła. Była w rzeczy samej godzina siódma. Poruszenie trwożne obiegło tłumy. Gringoire nie mógł wytrzymać.

— Ależ się gubi, stworzenie biedne! — krzyknął głośno — wszak widzicie, że sama nie wie co czyni.

— Milczeć prostactwu tam w końcu izby! — gwizdnął ostro woźny.

Jakób Charmolue za pomocą takich samych obrotów bębenka, kazał kozie robić rozmaite inne sztuczki co do daty dnia, miesiąca, i t. p. czego czytelnik był już świadkiem. I rzecz szczególna! dziwnem jakiemś złudzeniem optyki, w rozprawach sądowych dość, zkądinąd często się zdarzającem, ci sami widzowie, którzy być może niejednokrotnie oklaskami przyjmowali na placach niewinne psoty Dżali, przerażali się niemi teraz pod sklepieniami pałacu Sprawiedliwości. W kozie widocznie zły duch siedział.

Cóż dopiero mówić o wrażeniu, jakiem publikę przejął widok, gdy prokurator królewski wypróżnił na posadzkę pewien skórzany woreczek, napełniony ruchomemi literami, wiszący zwykle na szyi Dżali, a koza, jakby na to tylko czekając, poczęła łapką swą wysuwać z alfabetu i porządkiem układać te właśnie głoski, które potrzebne były do utworzenia fatalnego słowa: Phoebus!... Djabelskie knowania, których rotmistrz padł ofiarą, pokazały się dowiedzionem! w sposób nieprzeparty, jak na dłoni, a cyganka zgrabna i miluchna, ta tancerka do niedawna jeszcze zachwycająca przechodniów wdziękami swemi, była najwyraźniej, w oczach wszystkich, najpoczwarniejszą upiorzycą. Ona sama nie dawała zresztą najmniejszego znaku życia; ani łaszące się figle Dżali, ani pogróżki urzędu, ani głuche złorzeczenia publiki, nic się już nie przedzierało do jej myśli.

Żeby ją z tego letargu obudzić, trzeba aż było bezlitosnego szarpnięcia strażnika; marszałek nawet zmuszonym był nastroić głos na wysoką i solenną nutę:

— Dziewczyno, jesteś z plemienia cygańskiego, oddana praktykom i szalbierstwom nieczystym. W zmowie z kozą opętaną przez złego ducha, tu przed kratki sprawiedliwości powołaną, zamordowałaś i zasztyletowałaś, za współudziałem potęg ciemności, przy pomocy uroków i praktyk, rotmistrza od łuczników pocztu Króla Jego Mości, Phoebusa de Obateaupers. Zawsze-li temu uporczywie zaprzeczasz?

— Okropność! — wołało dziewczę kryjąc twarz w dłoniach — Phoebusie mej! Phoebusie!... O, to piekło!

— Zaprzeczasz temu wciąż? — pytał marszałek chłodno.

— Czy zaprzeczam? — jękło dziewcze z mocą przerażającą. Powstała, wzrok jej skrzył się.

Marszałek ciągnął raźnie i stanowczo:

— W takim razie, jakże wytłómaczysz ciążące na tobie fakta?

Odrzekła głosem urywanym:

— Powiedziałam już. Nie wiem. To jakiś zakonnik, ksiądz, którego nie znam; mnich piekielny co mię prześladuje.

— Właśnież — jął sędzia — mnich zaklęty, widmo zakapturzone. upiór.

— O panowie! litość miejcie! jam prosta dziewczyna...

— Cygańskiego rodu — dodał sędzia.

Mistrz Jakób Charmolue ozwał się ze słodyczą:

— Zważywszy na bolesny upór obwinionej, wnoszę zastosowanie tortury.

— Zezwalam — rzekł marszałek.

Nędzarka drgnęła całem ciałem. Wstała wszakże na rozkaz halabardników, i poprzedzona przez mistrza Charmolue i delegatów officyała, skierowała się krokiem dość siebie pewnym między dwoma wyciągniętemi sznurami straży, ku nizkim podwojom, które się przed nią błyskawicznie rozwarły, i wraz za nią zamknęły; na stroskanym Gringoirze zrobiło to wrażenie potwornej paszczy pożerającej biedną istotę.

Gdy znikła, rozległa się w sali skarga żałosna. Był to płacz Dżali.

Posłuchanie zostało zawieszone. Jeden z konsyliarzów, który zwrócił był uwagę przewodniczącego na to, że panowie sędziowie byli zmęczeni, i że czekać na skończenie procedury torturowej byłoby za długo, otrzymał od marszałka odpowiedź, iż dygnitarz powinien umieć poświęcać się dla swych obowiązków.

— A głupie i niedorosłe paskudztwo! — rzekł jakiś sędzia posiwiały — skazywać siebie wtedy na pytałki, gdy nikt jeszcze nie wieczerzał.



ND-de-Paris-L8-Ch2

II. Dalszy ciąg o talarze przemienionym w liść suchy

Po przejściu kilkunastu stopni na dół i pod górę, wzdłuż lochu tak ciemnego, że go nawet śród dnia białego trzebaby pochodniami oświecać, Esmeralda, otoczona wciąż strażą posępną, wepchniętą została przez pachołków starościńskich do jakiejś izby okropnej. Izba ta, okrągłego kształtu, zajmowała dolną część jednej z grubych owych baszt, które podziśdzień jeszcze przerzynają, pnąc się w górę, pokłady nowożytnego budownictwa, jakiemi Paryż młody pokrył Paryż dawny. Nie było okien w ciężkiem tem podwalu; nie było innego otworu, okrom wejścia nizkiego, ohukanego uderzeniami krępych drzwi żelazem kutych. Ale światła nie brakło tu bynajmniej; piec wydrążony w grubym kamiennym murze ziajał żywo i mocno rozpalonym ogniem, zapełniając przysadzistą izbę purpurowemi swemi odblaskami i zatapiając w gorącej powodzi świateł, mizerny promyk świeczki stojącej na uboczu. Żelazna krata, służąca do zamykania pieca, podniesiona w chwili obecnej, spodniemi tylko kolcami zasłaniała otwór pieca, buchającego czerwonemi promieniami na ciemne ściany pękatej jaskini, tak, iż ostry i szczerbaty szereg tych zębów czarnych czynił roziskrzone owe zarzewisko podobnem do gardzieli średniowiecznych, legendowych smoków, rzygających płomienie. Przy tem to oświetleniu, ujrzała uwięziona porozrzucane po całem podwalu narzędzia okropne, których użytku ani się domyślała. Po środku leżał materac skórzany, rozciągnięty na samej prawie posadzce; na tapczan ów spadał gruby pierściem asty i węzełkowy rzemień, uczepiony do miedzianego kółka, które w zębach trzymał potwór płaskonosy, rzeźbiony w wiązadłowym kluczu sklepienia. Szczypce, obcęgi, szerokie zaostrzone widła, zapełniały bezładnie wnętrze pieca i czerwieniły się na rozżarzonych węglach. Krwawe pasy ognistych odbryzgów porozwieszane na garbatych ścianach tej huty, rumieniły samą jedynie kupę przedmiotów ohydnych i strasznych.

Piekło owe zwało się po prostu „Chambre de la question”, izbą tortur.

Na łóżu siedział rozwalony i w boki podparty Pierrot Torterue, dręczyciel przysięgły. Dwaj jego pachołkowie, mruki o twarzach szerokich, w skórzanych fartuchach, w zgrzebnych kurtach i szarawarach, przewracali żelaztwo w piecu.

Daremnie się biedna dziewczyna siliła na odwagę; gdy weszła do izby strach ją zdjął niewysłowiony.

Halabardnicy starosty pałacowego wyciągnęli się w szereg po jednej stronie; po drugiej stanęli delegaci officyała. Pisarz umieścił się w kątku za stolikiem i kałamarzem. Mistrz Jakób Charmolue zbliżył się do cyganki z wyrazem niezmiernie słodziutkim.

— Drogie moje dziecię — rzekł — obstajesz więc przy przeczeniu?

— Obstaję — odpowiedziała głosem już gasnącym.

— W takim razie — począł Charmolue — bardzo nam będzie boleśnie, lecz musimy pytać z większym nieco naciskiem, niżbyśmy sobię życzyli. Racz łaskawie pofatygować się i usiąść na tem oto łożu....

Mistrzu Pierrat, ustąp miejsca panience i drzwi zamknij. Pierrat powstał warcząc.

— Jeżeli drzwi zamknę — odparł szorstko — to mi w piecu wygaśnie.

— A no, mej kochany — łagodnie wymówił Charmolue — to nie zamykaj.

Esmeralda wszakże nie ruszała się z miejsca. Łoże to skórze na którem się tylu łamało nędzarzy, przerażało ją. Strach do szpiku kości chłodem ją przejmował; stała tak, drżąca, osowiała, bez przytomności prawie. Na znak Charmolue dwaj pomocnicy przysięgłego mistrza porwali ją i posadzili na łóżu. Krzywdy dotkliwszej nie zrobili wcale; w chwili jednak, gdy się jej dotknęli, w chwili gdy pod sobą poczuła skórzany tapczan, wydało się nieboraczce, że wszystka krew zbiegła jej naraz do serca. Wzrokiem obłąkanym powiodła po izbie. Wyobraziło się jej, że ze wszech stron naraz powstały, ku niej szły, po całem się ciele rozlazły, kąsając i szczypiąc, wszystkie te krzywe i potworne wymysły tortur, które śród rozmaitych narzędzi, jakie dotychczas w swem życiu widziała, były tem czem są nietoperze, stonogi i pająki śród ptastwa, drobiu lub bożych krówek ludzkości.

— Gdzie jest lekarz? — spytał Charmolue.

— Jestem — odpowiedział głos z pod czarnej sutany, której dotąd cyganka nie spostrzegła.

Przejął ją dreszcz śmiertelny.

— Mościa panno — począł znów najuprzejmiej prokurator królewski przy sądzie duchownym — po raz trzeci cię zapytuję, azali wciąż zapierasz się czynów, o jakie jesteś oskarżoną?

Tym razem zaledwo się zdobyła na potwierdzający znak głową.

Słowa już zabrakło.

— Zapierasz się? — powtórzył Jakób Charmolue. — A więc! lubo doprowadza mię to do rozpaczy, trzeba mi spełnić powinność mojego urzędu.

— Panie prokuratorze królewski — opryskliwie wtrącił Pierrat — od czego zacząć?

Charmolue wahał się sekund parę, z dwuznacznem zakłopotaniem poety szukającego rymu.

— Od dwu-soszniczka — powiedział wreszcie.

Nieboraczka tak głęboko uczuła się być opuszczoną od Boga i ludzi, że głowa jej opadła na pierś jako coś martwego, nie posiadającego żadnej już w sobie siły.

Dręczyciel i lekarz zbliżyli się do niej jednocześnie. Dwaj zaś pachołkowie zabrali się natychmiast do szperania w ohydnej zbrojowni. Na oddźwięk okrutnego żelaztwa, nieszczęśliwe dziecię drgnęło, jako ciało martwe pod iskrą bateryi galwanicznej. — „O! — zaszemrała tak cicho, że nikt jej nie posłyszał — o mej Phoebusie!” Poczem znów zapadła w nieruchomość i milczenie marmurowe. Widok ten przeszyłby każde niezawodnie serce, oprócz serc sędziów. Gotów byłeś myśleć, że tu szatani nie ludzie zabrali się do badania duszy grzesznej, sród łunami zasnutej przedsieni piekieł. I nędznem tern ciałem, rzuconem na bezecne a przerażające mrowisko pił, kół, kabłęków, wrzecion, istotą ową ciśniętą na pastwę twardej pieszczoty katów i obcęgów, któż był? oto stworzenie słabe, drobne, kruche, ziarnko prosa ledwo dojrzalne śród świata, dane przez sprawiedliwość ludzką do zżęłcia straszliwym żarnom tortury.

Tymczasem żylaste ręce pomocników Pierrata Torterue obnażyły już brutalnie, skostniałą obecnie, śliczniutką i pulchniutką do niedawna stopę cyganki, która tylekroć zachwycała swą zgrabnością i wprawą przybyszów przechodnich i mieszczan paryzkich po wszystkich placach stolicy.

— Szkoda! — zauważył dręczyciel przysięgły, przypatrując się kształtom nóżki, tak wdzięcznym, wytwornym i delikatnym.

Gdyby archidyakon był temu obecny, przypomniałby sobie w tej chwili niechybnie parabolę swą o pająku i musze. Nieszczęśliwa ujrzała bowiem niebawem, skroś mgły wzrok jej zasłaniającej, zbliżający się dwu-sosznik morderczy, ujrzała jak stopa jej, ujęta w grube blachy żelazne, znikła pod okryciem potwornego narzędzia. Wtedy trwoga wróciła jej siły.

— Zdejmcie mi to! — wrzasła z uniesieniem rozpaczy; a zerwawszy się, wyprężona, z włosami rozczochranemi: — Łaski! Łaski! — zawołała!

Wyskoczyła z łoża, by się rzucić do nóg prokuratora królewskiego, ale jej stopa ujętą była w ciężki kloc z drzewa i żelaza. Osunęła się na dwu-sosznik, bardziej złamana, bardziej przygnieciona od pszczoły, na którejby skrzydłach ołów zaciążył.

Na skinienie prokuratora osadzono ją znów na łożu, a dwoje rąk grubych otoczyły stanik jej cienki rzemieniem, uwiązanym do sklepiennego haka.

— Po raz ostatni, panienko, czy się przyznajesz do dzieł i sprawek w procesie wymienionych? — spytał Charraolue z niezmienną słodyczą.

— Jestem niewinną.

— W takim wypadku jakżeż mościa panno wytłómaczysz okoliczności obciążające cię?

— Ach, niestety! jaśnie panie, nic nie wiem.

— Zaprzeczasz tedy?

— Wszystkiemu.

— Zaczynaj — rzekł Charmolue do Pierrata.

Pierrat oburącz zakręcił szrubą, dwu-soszniksię zwężył, i nieszczęśliwa wydała jeden z tych przerażających okrzyków, na wyrażenie których pisownia żadnego... tak jest — żadnego języka znaków nie posiada.

— Zatrzymaj — powiedział Charmolue do oprawcy. — Czy wyznajesz? — spytał cyganki.

— Wszystko! — jęczała dziewczyna w konwulsyach. — Wyznaję wszystko! Łaski!

Nie obliczyła nieszczęsna sił swoich mierząc się z pytałką. Biedne dziecko! ono, którego życie aż dotąd płynęło wesoło, swobodnie, słodko, pierwszej boleści zwyciężyć się dało.

— Każe mi ludzkość i miłosierdzie powiedzieć — zauważył prokurator królewski — że przyznawszy się do winy, śmierci już tylko oczekiwać możesz.

— Pragnę jej! — rzekła. I padła na łoże skórzane, półmartwa, zgięta we dwoje, zawieszona na rzemieniu u piersi jej spiętym.

— Haj-że, piękna moja — mówił Pierrat podtrzymując ją — zbierz się na trochę odwagi. Masz oto minę owieczki złotej, co to czepi u szyi księcia Jegomości Burgundzkiego.

Jakób Charmolue głos podniósł:

— Pisarzu, notuj... Młoda dziewczyno cygańska, przyznajesz się do udziału w szabasach, wieczorynkach i nieczystych sprawach piekła, z larwami, maszkarami i upiorami? Odpowiedz!

— Tak — odrzekła cicho, że głos jej w westchnieniu ginął.

— Przyznajesz, żeś widziała łopatkę tryka, którą Belzebub pokazuje w chmurach, zwołując wiece szatańskie, a którą tylko wiedźmy i czarowniki oglądać mogą?

— Tak.

— Przyznajesz, żeś czciła poczwarne łby Bophometa, ohydne owe cielce Templaryuszów ?

— Tak.

— Żeś zostawała w ciągłej spółce ze złym duchem, ukrytym w koziołku domowym, z którym sprawa twoja ma łączność?

— Tak.

— Nareszcie zeznajesz, jako przy pomocy szatana i zakapturzonego upiora, zwanego pospolicie mnichem kłótliwym, zamordowałaś i zakłułaś w nocy dwudziestego dziewiątego zeszłego marca, rotmistrza imieniem Phoebus de Chäteaupers?

Podniosła na dygitarza wielkie swe, nieruchomo otwarte oczy, i odrzekła bez wstrząśnienia i bez zgrozy.

— Tak.

Widocznem było, że się w niej połamały wszystkie sprężyny poznania.

— Zanotuj, pisarzu — rzekł Charmolue. Zwracając się zaś do oprawców: — Odwiązać uwięzioną i odprowadzić przed najjaśniejszy trybunał.

Gdy dziewczynę odsosznikowano, prokurator przy sądzie kościelnym obejrzał jej nogę, skostniałą jeszcze od szrub aparatu.

— Ii! nic się złego nie stało — zauważył — krzyknęłaś waszmościanka akurat w porę. Mogłabyś jeszcze tańczyć, kotko.

Poczem się zwrócił do swych towarzyszów z delegacyi biskupiej:

— Nareszcie wyszła prawda na światło boże. Lżej aż na sercu, panowie. Odda, nam panienka tę sprawiedliwość, żeśmy działali z najwyższą możebną łagodnością.



ND-de-Paris-L8-Ch3

III. Dokończenie o talarze przemienionym w liść suchy

Skoro cyganka, jak śmierć blada, weszła kulejąc do izby trybunalskiej, przyjęły ją powszechne odgłosy zadowolenia. Ze strony publiczności było to uczucie zaspokojonej niecierpliwości, jakiego doznajemy w teatrze po przejściu ostatniego antraktu, gdy się kurtyna podejmuje i koniec się ma zacząć. Ze strony sędziów była to nadzieja niedalekiej wieczerzy. Kózka mała beknęła również z radości. Porwała się biedź ku swej pani, ale sznurek przeszkodził; uwiązaną była do ławy.

Noc całkowicie już była zapadła. Nie uważano snać za stosowne powiększyć liczby kagańców w komnacie, ztąd światła było tak mało, iż ściany nikły w ciemnościach. Mrok otaczał mgłą jakąś błękitnawą przedmioty wszelkie. Kilka zniechęconych sędziowskich twarzy zaledwie się rysowało na tle tem grubemi cieniami wysłanem. Naprzeciwko nich, u samego końca długiej sali, migotał niewyraźnie punkcik biały, niby świetlany rąbek obłoczka śród chmur czarnych.

Była to obwiniona.

Cyganka nie bez wysilenia dociągnęła do swego miejsca. A gdy i Charmolue pompatycznie na swojem się roztasował, usiadł najprzód, później znów się podniósł i rzekł, nie dając zanadto poznać po sobie dumy z uwieńczonego powodzeniem dzieła:

— Obwiniona przyznała się do wszystkiego.

— Dziewczyno cygańska — jął marszałek — zeznałaś swe praktyki czarnoksięztwa, wszetecznictwa i morderstwa na osobie Phoebusa de Chäteaupers?

Ból chwycił ją za serce. Słyszano, jak łkała śród ciemności.

— Wszystko, co się wam podoba — odrzekła głosem omdlałym — tylko zabijcie mię prędzej.

— Mości prokuratorze królewski przy sądzie duchownym — powiedział wówczas marszałek — izba gotową jest do słuchania wniosków waszej miłości.

Mistrz Charmolue wydobył przestraszających rozmiarów rękopis i począł czytać, wśród licznych giestów i przesadnych wykrzykników rzecznictwa, kazanie łacińskie, w którem wszystkie dowody procesu piętrzyły się parafrazami cycerońskiemi, podpartemi cytatami z Plauta, ulubionego komika mówcy. Żałujemy wielce, że nie możemy czytelnikom w całości ofiarować znakomitego tego utworu. Krasomówca wygłaszał takowy z akcyą przepyszną. Był zaledwo w połowie rozprawy, a już mu pot wystąpił na czoło, a oczy, zdawało się, wyskoczyć były gotowe z posad. Nagle, w samym środku najpiękniejszego okresu, prokurator uciął, a wzrok jego zazwyczaj słodki, a nawet czasem bydlęco tępy, błyskawice siać począł. — „Mości panowie! — wołał (tym razem mową pospolitą, bo w rękopisie stało trochę inaczej) — spójrzcie-no. Szatan do tyla zamieszanym jest do całej tej sprawy, że oto wtrąca się do procesu i przedrzeźnia majestat trybunalski. Patrzcie!” — Mówiąc to wskazywał na kozę, która widząc mistrza Charmolue wywijającego rękami, osądziła w rzeczy samej za stosowne uczynić to samo; usiadła na tylne łapki i jak mogła najlepiej powtarzała kopytkami przedniemi i główką swą brodatą patetyczne pantominy prokuratora królewskiego przy sadzie duchownym. Jeśli sobie przypominamy, była-to jedna z ciekawych sztuk utalentowanej Dżali. Ostatnie to zajście, ostatni ów dowód, silne zrobił wrażenie. Związano łapki kozie, i prokurator królewski swobodnie znów podjął przerwaną nić elokwencyi. Ciągnęło się to bardzo długo, ale wymowa była świetna. Oto jest zakończenie, które dopełnijmy sobie w myśli giestykulacyą i tonem mistrza Charmolue: „Ideo, domini, coram „stryga demonstrata, crimine patente, intentione criminis existente, in nomine sanctae ecclesiae Nostrae Dominae Parisiensis, quae est in saisina habendi omnimodam altam et bassam justitiam in illa hac in temerata Civitatis insula, tenore praesentium declaramus nos requi rere, primo, aüquandam pecuniariam indemnitatem; secundo, amen dationera honorabilera ante portalium maximum Nostrae Dominae, ecclesiae cathedralis; tertio, sententiam in virtute cujus ista stryga vum sua capella, seu in trivio vulgariter dicto la Greoe, seu in insula exeunte in fluvio Secanae, juxta pointam jardini regalis, executatae sint!u

Nakrył głowę i usiadł.

— Eheu — westchnął Gringoire odurzony — bossa latinitas!

Z kolei drugi jegomość w czarnej sutanie podniósł się przy oskarżonej; był to jej obrońca. Sędziowie głodni, mruczeć poczęli.

— Zwięzłym bądź, mistrzu — odezwał się doń marszałek.

— J. W. Marszałku — odrzekł obrońca — ponieważ obżałowana zbrodnię swą wyznała, słówko mam tylko do powiedzenia prześwietnemu trybunałowi. Oto jest brzmienie ustawy salickiej odnośne do przedmiotu: „Gdy czarownica zjadła człowieka i dowiedziono jej tego, ma być skazaną na grzywny w wysokości ośmiu tysięcy denarów, co czyni dwieście złotych soldów.” Baczy sąd prześwietny skazać klientkę moją na grzywny.

— Tekst zniesiony — powiedział Króla Jegomości adwokat nadzwyczajny.

— Nego — odparł obrońca.

— Do głosowania! — zawołał któryś z konsyliarzów — zbrodnia jest oczywistą, a pora spóźniona.

Poczęto zbierać wota nie opuszczając izby. Sędziowie głosowali doraźnie... optnerent du bonnet; spieszno było każdemu. Zakapturzone czoła sędziów odkrywały się w cieniu jedno po drugiem na ponure pytanie, które im półgłosem zadawał marszałek. Zdawaćby się mogło pozornie, że biedna cyganka patrzyła na nich, ale oko jej zamglone nic już nie widziało.

Poczem wielki pisarz trybunalski zabrał się do pióra; niebawem podał marszałkowi długi pargamin. Nieszczęsna posłyszała wraz pewien rumor między publiką, brzęk pik i halabard, i głos grobowy skierowany ku niej:

— Córo cygańska, w dniu kiedy się podoba królowi, panu naszemu miłościwemu, o godzinie południowej, zawiezioną zostaniesz na gnojownicy, w koszuli, z bosemi nogami, z powrozem u szyi przed wielki fronton Najświętszej Panny, gdzie kajać się będziesz publicznie z dwufuntową woskową pochodnią w ręku, zkąd odprowadzona na Plac-Tracenia, zostaniesz tam powieszoną i uduszoną na szubienicy miejskiej; i ta twoja koza również; a zapłacisz officyałowi trzy herbowce złote za naprawę zbrodni, przez siebie spełnionych i wyznanych, czarów, guseł, rozwiązłości i morderstwa na osobie wielmożnie urodzonego Phoebusa de Chäteaupers. Niech Bóg ma duszę twą w świętej swej pieczy!

— Ach, to sen! — zaszemrało dziewcze, i uczuło jednocześnie, jak ją krzepkie jakieś dłonie pochwyciły i uniosły.



ND-de-Paris-L8-Ch4

IV. Lasciate ogni speranza.

W wiekach średnich, gdy gmach był skończony, miałeś go tyleż pod ziemią co nad nią. Pałac, twierdza, kościół, posiadały zawsze — jeśli tylko nie były, jak Notre Dame de Paris, wzniesione na palach — objętość podwojoną; okrom budowy nad ziemią, podziemie. W katedrach była to pewnego rodzaju katedra podziemna, nizka, ciemna tajemnicza, ślepa i głucha, rozpostarta pod nawą wyższą, zapływającą światłem, brzmiącą organami i dzwonami we dnie i w nocy; niekiedy bywał to cmentarz. Po pałacach, po twierdzach, podwale takie było więzieniem lub również cmentarzem, jeżeli nie jednem i drugiem zarazem. Potężne owe budowy, których sposób powstawania i rośniecie wytłómaczyliśmy w innem miejscu, miały nie proste tylko posady fundamenta, lecz, że się tak wyrazimy, korzenie roztaczające się gałęzisto w glebie izdebkami, kurytarzami, lochami, schodkami, tak same jak i odgórna część gmachu. W ten sposób kościoły, pałace, twierdze, do pasa chowały się w ziemi. Sklepy budynku pewnego były drugim budynkiem, do którego się zstępowało, zamiast wstępować, i który podziemne owe piętra domierzał do piętrowych gromad wyższej, śródpowietrznej polowy gmachu, jak owe lasy i góry, odbite w zwierciadlanych wodach jeziora, domierzają swe kształty do lasów i gór ponadbrzeżnych.

W Bastylii Ś-go Antoniego, w paryzkim Pałacu - Sprawiedliwości, w Luwrze, dolne owe budowy były więzieniami. Piętra onych, zagłębiające się w glebie, stawały się coraz węższemi i ciemniejszemi. Miałeś tu szereg stref, wedle których układały się stopnie grozy. Dante nic straszniejszego nie mógł wymyśleć dla swego piekła. Potworne te stoki ciemnic kończyły się zwykle na samym spodzie tej kadzi, tam gdzie Dante umieścił szatana, a gdzie społeczność dawna trzymała skazanych na śmierć, — pewnego rodzaju banią odsadkową malowniczo zwaną w języku francuzkim: cul-de-basse-fosse. Nędzna istota, która się tu raz dostała, mogła się już na wieki pożegnać ze słońcem, powietrzem, życiem... ogni speranza: bo jeśli ztąd i wyszła kiedy, to tylko na szubienicę lub na stos. Niekiedy pozwalano jej żywcem gnić w owym „odsadku”; zwało się to wówczas w języku sprawiedliwości ludzkiej: „zapomnieć.” Między sobą a ludźmi, zbrodniarz czuł zawieszony nad głową nawał kamieni, strażnic i stróżów więzienie całe, forteca cała, była tylko jedną wielką kłódką, na niezliczone śruby i skręty przytwierdzającą rozbrat jego ze światem żyjącym.

Na dnie to podobnej studni, w tych lochach zapomnienia, wydrążonych przez Ludwika Św., w owem in pace głównej starościńskiej baszty Tournelle, z kolosalnym Pałacem Sprawiedliwości nad głową, — do takiego przedśmiertnego grobowca, zapewne z obawy ucieczki, bardzo jak na czartowską kochanicę możebnej, zamkniętą została skazana na postronek Esmeralda; ona, muszka ta biedna, którąby najmniejszego może kamyczka z tego gmachu nie zdołała udźwignąć!

Zaprawdę, losy zarówno jak i społeczność dziwnie niesprawiedliwemi się tu okazały: tyle zbytku, męczarni i nieszczęść na złamanie rak wiotkiej istoty!

Dola opłakana! Tego kto dziewczynę widział był niegdyś tańczącą i śpiewającą na słońcu, na obecny widok przejęłyby dreszcze. Rzucona śród tych ciemności, pogrzebana, zapchnięta, zamurowana, zimna jak głaz, zimna jako śmierć, pozbawiona najlżejszego powiewu powietrza, któryby spadające te ku ziemi włosy zdołał poruszyć, pozbawiona najdrobniejszego promyka dla źrenicy, najcichszego dla ucha odgłosu ludzkiego, przywalona, zgnębiona ciężarem kajdan, skurczona przy garnku wody i chleba kawałku na wiązce słomy, w kałuży utworzonej z kropel wilgoci ściekającej po ścianach wydrążenia, bez ruchu, prawie bez oddechu, nie była już w stanie czuć nawet cierpień. Phoebus, słońce, południe, świeże powietrze, ulice Paryża, taniec przy oklaskach, słodki szczebiot miłosny z rycerzem, a później znów mnich kłótliwy, baba ohydna, puginał, krew, tortura, szubienica; wszystko to wprawdzie przesuwało się jeszcze w jej umyśle, raz jako widzenie śpiewne i złote, to znów jak ciężka zmora senna; ale było to już tylko coś jakby chaotyczna walka niejasna i straszna, ginąca w oddalonym mroku, coś niby ostatnie echo muzyki odległej, grającej tam w górze, na ziemi, lecz niesłyszalnej śród przepaści, w którą nieszczęśliwa popadła. Odkąd się tu znajdowała, zasnąć nie mogła, czuwać była niezdolną.

W tem opuszczeniu, w ciemnicy tej, nie umiała już odróżniać ani wrażeń sennych od wrażeń na jawie, ani widm od rzeczywistości, ani nocy od dnia. Wszystko to w jej myśli było zmieszane, pokruszone, chwiejne, zamroczyste, rozrzucone i zgmatwane. Nie czuła, nie wiedziała, nie myślała; co najwięcej, roiła chyba jeszcze. Nigdy istota żyjąca nie posunęła się głębiej w nicość.

W ten sposób, odrętwiała, zziębnięta, skamieniała, ledwo nieledwie dwa czy trzy razy zauważyła skrzypnięcie płyty spustnej, która się gdzieś ponad nia otwierała, nie przepuściwszy bladego nawet promyka światła, a przez którą ręka jakaś rzuciła jej suchą kromkę czarnego chleba. Była to wszakże ostatnia nić związku z ludźmi jaka jej pozostała, owa nić peryodycznych odwiedzin strażnika.

Po czem następowała cisza przerażająca... Ach, prawda, inna rzecz jeszcze zajmowała ją machinalnie: nad głową, przez omszone kamienie sklepienia, przeciskała się wilgoć, wytwarzająca kropelki wody, które na dół spadały. Cyganka osłupiałe przysłuchiwała się pluśnięciom tych kropel w kałuży, znajdującej się tuż obok, pod jej stopami. Do tego się też sprowadzał cały ruch jej otoczenia, to był jedyny zegar, wymierzający chwile zaćmionego i głuchego jej bytu, jedyny stały odbryzg życia, wirującego na powierzchni ziemi.

Od jak dawna tu się znajdowała? nie umiałaby powiedzieć. Przypominała sobie, że jakiś wyrok wydany był przez kogoś przeciw komuś, że następnie samą ją porwano i uniesiono, że się obudziła śród nocy i milczenia, cała od zimna skostniała. Poczęła pełzać na rękach; wtedy ogniwo łańcucha skaleczyło jej kostkę u stopy, i żelaza zabrzekły. Rozpoznała z kolei, że dokoła znalazła była ściany kamienne, że pod nią znajdowała się posadzka twarda, wodą pokryta, i wiązka słomy. Ale ani kagańca, ani otworu na wolne powietrze. Usiadła wówczas na owej słomie i siedziała, przenosząc się niekiedy, gdy jedna wciąż postawa resztę sił wyczerpywała, na kamienny stopień sterczący w jednym z kątów ciemnicy. Raz spróbowała była liczyć czarne minuty, mierzone spadającemi kroplami wody; smutna ta jednak praca umysłu, skołatanego i nadwerężonego, urwała się wkrótce sama przez się w jej głowie, pogrążając ją w tem cięższe, całkowite już niemal osłupienie.

Pewnego dnia nareszcie lub pewnej nocy (południe bowiem i północ jednakie tu miały barwy), posłyszała nad sobą szelest daleko dobitniejszy od tego, jaki zwyczajnie sprawiało przybycie dozorcy, gdy jej więzienną strawę przynosił. Podniosła głowę i ujrzała promień czerwonawy przeciskający się przez szparę spustu czyli płyty poziomej, umocowanej w otworze ciemnicznego sklepienia. Jednocześnie ciężkie okucie zgrzytnęło, zaskrzypiały zardzewiałe zawiasy, płyta się podniosła, i w otworze pokazały się najpierw latarnia, później ręka ją trzymająca, i w końcu dolna połowa postaci dwóch mężczyzn; wejście było za wązkie, by twarze dały się dojrzeć. Światło zresztą tak silnie uderzyło nieboraczkę, że oczy wraz zamknąć musiała.

Gdy je otworzyła, drzwi były zamknięte. Na jednym ze stopni wschodów ujrzała latarkę, a przed sobą jakiegoś człowieka. Czarny płaszcz spadał mu aż do stóp, takiegoż koloru kaptur zakrywał oblicze. Z całej jego osoby można było widzieć tylko twarz i ręce. Byłto całun czarny, pod którym coś się poruszało. Przez kilka minut wpatrywała się uważnie w ten rodzaj widma. Oboje jednak milczeli. Rzekłbyś: spotkanie dwóch posągów. Dwie tylko rzeczy zdawały się żyć w tym sklepie: knot latarki, który palił się z trzaskiem z powodu wilgoci powietrza, i spadająca ze sklepienia kropla wody, która przerywała nieregularne to parskanie jednostajnym pluskiem, i tworzyła ze światła latarki najrozmaitsze desenie na powierzchni zakłóconej kałuży.

Nareszcie uwięziona odezwała się :

— Któś ty?

— Duchowny.

Ten wyraz, ton jakim został wymówiony, głos człowieka, przejęły ją dreszczem.

Zakonnik mówił dalej głucho:

— Czy jesteś gotową?

— Do czego?

— Na śmierć.

— O! — rzekła — czy prędko?

— Jutro.

Jej głowa, która się była podniosła z radością, znów spadła na piersi.

— Jakże długo czekać! — szepnęła. — Cóżby im szkodziło, gdyby dzisiaj ?

— Jesteś więc bardzo nieszczęśliwą? — zapytał zakonnik po chwili milczenia.

— Zimno mi — odrzekła.

To mówiąc, objęła swe nogi rękami, ruch jaki zwykle czynią nieszczęśliwi cierpiący od chłodu, i jaki jużeśmy raz zauważyli u pustelnicy Wieży-Rolandowej. Zęby jej dzwoniły.

Zakonnik zdawał się z pod kaptura rzucać wzrokiem w około celi.

— Bez światła! bez ognia! bez wody! to okropne!

— Tak — odpowiedziała tonem zdziwienia, jakiego nabyła w nieszczęściu, — Dzień jest dla wszystkich. Dlaczego mi noc tylko dają?

— Czy wiesz — rzekł znowu zakonnik po chwili — dlaczego tu jesteś?

— Zdaje mi się, że wiedziałam — odparła trąc sobie czoło chudemi palcami, jakby dla obudzenia pamięci — alem już zapomniała.

Nagle zaczęła płakać jak dziecko.

— Chciałabym wyjść ztąd, panie. Zimno mi i straszno; jakieś zwierzęta włażą mi na ciało.

— A więc, chodź za mną.

I zakonnik wziął ją za ramię. Nieszczęśliwa była przemarzła do głębi. Dotknięcie się jednak tej ręki chłodem ją przejęło.

— O! — wyszeptała — to zimna ręka śmierci. Któś ty taki?

Zakonnik podniósł kaptur; spojrzała nań. Była-to ta sama straszna twarz, która ją prześladowała oddawna, ta sama głowa szatańska, która się jej ukazała u Falurdelowej, po nad ubóstwianą głową Phoebusa, to samo oko, które ostatnią razą zabłysło przed nią przy sztylecie.

Widmo to zawsze tak dla niej złowrogie, a które pchało ją z nieszczęścia w nieszczęście aż. do rusztowania, wyrwało ją z odrętwienia. Zdawało się jej, że się rozdarła zasłona okrywająca jej pamięć. Wszystkie szczegóły straszliwego zdarzenia, którego padła ofiarą, od nocnej sceny u Falurdelowej, aż do skazania jej w Tournelle, przedstawiały się znów w jej umyśle, nie mgliste i ciemne jak dotychczas, ale surowe, wyraźne, określone, żywe, przerażające. Jak ogień uwydatnia na białym papierze niewidzialne litery, nakreślone sympatycznym inkaustem, tak ponura twarz, jaką miała przed sobą, ożywiła zatarte przez zbytek boleści wspomnienia jej. Zdawało się, że wszystkie rany jej serca na raz się otworzyły i krwią ociekały.

— Ach! —- zawołała z konwulsyjnem drżeniem, zakrywając sobie oczy rękami — to ten sam, to ksiądz ten.

Poczem opuściła bezwładne ręce i przez czas jakiś pozostawała w postawie siedzącej, z głową zwieszoną, z oczami w ziemię wlepionemi, niema i drżąca.

Zakonnik spoglądał na nią okiem sępa, który długo krążył nad biednym skowronkiem ukrytym w życie, aż nareszcie, zwężywszy w milczeniu olbrzymie koła swego lotu, spadł na ofiarę z szybkością błyskawicy i drgającą trzyma w swych szponach.

Nieszczęśliwa wyszeptała zaledwie dosłyszanym głosem:

— Dokończ! dobij! — i trwożnie tuliła głowę do ramion, jak owca przed uderzeniem rzeźniczego obucha.

— Więc boisz się mnie? — odezwał się nareszcie.

Cyganka nic nie odpowiedziała.

— Więc się mnie lękasz? — powtórzył.

Usta jej złożyły się jakby do uśmiechu.

— Tak — rzekła — kat pastwicie nad skazanym. Od kilku już miesięcy prześladuje mię, grozi, przeraża! Bez niego, mój Boże! jakżem była szczęśliwą! On mie rzucił w tę przepaść! O nieba! to on zamordował... on go zamordował! mego Phoebusa!

Tutaj, zachodząc się od płaczu i podnosząc oczy na przybysza, wykrzyknęła:

— O! nędzniku! ktoś ty? com ci uczyniła? dlaczego mię tak nienawidzisz? co masz przeciwko mnie?

— Kocham cię! — zawołał zakonnik.

Łzy się jej nagle zatrzymały; spojrzała nań okiem idyoty. Zakonnik upadł był na kolana i obejmował ją wzrokiem rozpłomienionym.

— Czy słyszysz? kocham cię! — krzyknął powtórnie.

— Co za miłość! — rzekła nieszczęśliwa ze drżeniem.

Czarny człowiek odparł:

— Miłość potępieńca.

Oboje przygnieceni ciężarem wzruszeń, przez kilka minut zachowywali milczenie, on szalony, ona odurzona.

— Słuchaj — rzekł nakoniec zakonnik z dziwnym spokojem — o wszystkiem się dowiesz. Powiem ci to, com dotychczas zaledwie sam sobie odważał się wyznać, badając sumienie własne w tych długich godzinach nocnych, kiedy ciemności tak są gęste, że zdaje się, sam nawet Bóg nas nie widzi. Słuchaj. Zanim cię spotkałem, młoda dziewczyno, byłem szczęśliwy.

— A ja! — westchnęła słabo cyganka.

— Nie przerywaj... Tak, byłem szczęśliwy, za takiegom się przynajmniej uważał. Byłem czysty, miałem duszę pełną jasności. Nie było głowy, któraby się nad moją trzymała spokojniej i dumniej. Duchowni przychodzili zasięgać mej rady w sprawach moralności, doktorowie w rzeczach nauki. Tak, nauka była wszystkiem dla mnie; była moją siostrą i siostra mi wystarczała. Z wiekiem tylko inne zrodziły się we ranie myśli. Nieraz ciało me drżało na widok kształtów kobiety. Siła płci i krwi człowieka, o której myślałem w szalonej młodości, że ją stłumię na zawsze, nieraz wstrząsała konwulsyjnie łańcuchem ślubów przykuwających mnie nędznego do zimnych kamieni ołtarza. Ale post, modlitwa, nauka, klasztorne umartwienia, wróciły duszy władzę nad ciałem. Przytem unikałem kobiet. Zresztą, wystarczało mi otworzyć książkę, aby wszystkie nieczyste myśli uleciały wraz z mózgu przed bogactwami nauki. W kilka minut grube przedmioty ziemskie uciekały daleko, i znów olśniony i wypogodzony, wobec spokojnej jasności wiekuistej prawdy, odzyskiwałem spokój. Dopóki szatan przysłał dla kuszenia mię tylko niewyraźne cienie kobiet, które ukazywały się mym oczom w kościele, na ulicy, podczas przechadzki, i rzadko kiedy niepokoiły mię we śnie, łatwo je pokonywałem. Niestety! jeślim nie odniósł zupełnego zwycięztwa, wina spada na tego, który nie dał równej siły człowiekowi i szatanowi... Słuchaj. Pewnego dnia...

Tutaj zakonnik zatrzymał się, a uwięziona usłyszała wychodzące z jego piersi westchnienie, podobne do rzężenia konających.

Zakonnik mówił dalej:

...Pewnego dnia, stałem oparty o okno celi... Jakież-to dzieło czytałem? O! wszystko to dziś rozwiane w mej głowie... Czytałem. Okno wychodziło na Plac. Wtem słyszę bębnienie i śpiew. Zdraźniony, że mi rozmyślanie przerwano, spoglądam przez okno. To com ujrzał, wielu innych widziało, a jednak nie był to widok dla oczu ludzkich. Na bruku... było południe... słońce świeciło w całej swej okazałości... jakaś istota tańczyła. Istota tak piękna..... Oczy jej były czarne i pełne blasku. Śród hebanowych jej kędziorków, kilka włosów jasnych, słońcem opromienionych, pobłyskiwało jako pasemka złote. Stopy znikały w ruchu, jak promienie szybko kręcącego się koła. W około jej głowy poprzetykane w czarnych splotach metalowe blaszki błyszczały na słońcu i tworzyły rodzaj korony z gwiazd na jej czole. Niebieska sukienka, błyskotkami usiana, mieniła się i iskrzyła jak noc letnia. Zgrabne ciemnawe rączęta wiązały się i rozwiązywały w około kibici, jakby dwie wstążki. Kształty ciała zdumiewały pięknością. O! jakże cudowną była ta postać, jaśniejąca nawet wśród jasności słońca!... Niestety! młodą tą dziewczyną, tyś była... Zdziwiony, upojony, olśniony, nie mogłem oderwać wzroku od ciebie. Takem ci się przypatrywał, że nagle zadrżałem z przestrachu: uczułem, że fatum mię porywało.

Zakonnik zadyszany, zatrzymał się jeszcze na chwilę. Następnie ciągnął dalej:

— Na wpół już oczarowany, starałem się uczepić czegóś, ochronić się od upadku. Przypomniałem sobie sidła, jakie szatan nastawiał na mnie. Istota znajdująca się przed memi oczami miała tę piękność nadludzką, którą tylko niebo lub piekło dać może. Nie była to bowiem zwyczajna dziewczyna, zlepiona z garści ziemi i oświecona wewnątrz drżącym promieniem duszy kobiecej. Był to anioł! ale z ciemności i z ognia, nie ze światła. W chwili kiedy te myśli snuły się po mej głowie, spostrzegłem przy tobie kozę, zwierzę szatańskie, które na mnie z uśmiechem spoglądało. Słońce południa czyniło jej rogi podobnemi do języków ognistych. Wtedy domyśliłem się matni szatańskiej i nie wątpiłem, że przyszłaś z piekła, aby mię zgubić. W tom wierzył.

Tutaj zakonnik wpatrzył się w uwięzioną i dodał zimno:

— W to wierzę jeszcze... Urok wszakże działał powoli; taniec twej kręcił mi się w głowie; czułem, że tajemniczy czar spełniał się we mnie. Wszystko, co powinno było czuwać w mej duszy, zasypiało; i podobnie jak ci, co umierają w śniegu, znajdywałem dziwną rozkosz w,tym śnie. Nagle zaczęłaś śpiewać. Cóż ja nędzny miałem robić? Śpiew twej był jeszcze śliczniejszym od twego tańca. Chciałem uciec. Niepodobna. Byłem przybity, wszczepiony w posadzkę. Zdawało się mi, że marmur jej dochodzi mi aż do kolan. Trzeba było zostać do końca. Nogi miałem zimne jak lód, w głowie się gotowało. Nareszcie, być może przez litość dla mnie, przestałaś śpiewać, niknęłaś. Odblask olśniewającego widzenia, echo czarującej muzyki oddaliły się zwolna od mego wzroku i słuchu. Wtedy upadłem we framudze okna sztywniejszy i słabszy od zwalonego posągu. Nieszporne dzwony mie obudziły: ale, niestety! było we mnie coś złamanego, co nie chciało się podnieść, coś nowego, od czego uciec nie mogłem.

Po nowej przerwie mówił dalej :

— Tak, tego dnia odkryłem w sobie człowieka, którego wprzód nie znałem. Broniąc się, chciałem wyczerpać wszystkie środki; klasztor, ołtarz, pracę, książki. Szaleństwo! O! jakże próżny dźwięk wydaje nauka, gdy w nią uderza z rozpaczą głowa przepełniona namiętnością! Czy wiesz, młoda dziewczyno, co odtąd widziałem ciągle między sobą a książką? Ciebie, twej cień, obraz promiennego zjawiska, które przeleciało w przestrzeni przed mym wzrokiem. Ale ten obraz nie miał już swej pierwszej barwy; stał się ponurym, ciemnym, zamglonym, jak czarne koło, długo prześladujące oczy nierozważnego, który się wpatrywał w słońce.

„Nie mogąc zmory uniknąć, słysząc ciągle w mej głowie brzmienie twej pieśni, widząc nieustannie twe stopy tańczące na brewiarzu, czując w nocy, we śnie, ciągłą twą przy mnie obecność; chciałem ujrzeć cię raz jeszcze, dotknąć się ciebie, dowiedzieć się kto jesteś, zobaczyć, czy w samej rzeczy jesteś podobną do obrazu idealnego, jaki mi się został po tobie; rozproszyć, być może, marzenia w rzeczywistości. W każdym razie miałem nadzieję, że nowe wrażenie zatrze wrażenie pierwsze, a pierwsze było dla mnie nieznośne. Szukałem cię. Ujrzałem cię powtórnie. Nieszczęście! Po tych dwóch spotkaniach, chciałem cię widzieć tysiąc razy, widzieć ciągle. Wtedy... jakżem się mógł zatrzymać na tej piekielnej pochyłości?... wtedy przestałem być panem siebie. Drugi koniec nici, ktorą szatan związał me skrzydła, przytwierdzony do jego stopy. Stałem się błędnym, jak ty. Czekałem na cię pod portykami, czatowałem na rogach ulic, z wysokości wieży. Każdego wieczora wracałem do siebie coraz bardziej olśniony, oczarowany, i coraz więcej zrozpaczony i opętany.

„Dowiedziałem się kto jesteś... Cyganka, Egipcyanka, czyż podobna było wątpić o czarnoksięztwie? Słuchaj. Myślałem, że trybunał uwolni mię od uroków. Wiedźma jakaś oczarowała była Bruna d'Ast spalił ją i wyleczył się. Wiedziałem o tem. Chciałem spróbować tegoż samego lekarstwa. Wzbroniłem ci najprzód wstępu na Plac Najświętszej-Panny, spodziewając się, że nie widząc cię, zapomnę o tobie. Nie zwróciłaś uwagi na ten zakaz. Wróciłaś. Następnie przyszła mi myśl porwania cię. Pewnej nocy spróbowałem i to uczynić. Było nas dwóch. Mieliśmy cię już w naszych rękach, gdy się zjawił ten przeklęty żołdak. Uwolnił cię i w taki sposób dał początek twojemu, mojemu i swojemu nieszczęściu. Nareszcie, nie wiedząc co począć, wydałem cię oficyałowi. Sądziłem, że się wyleczę jak Bruno d'Ast. Miałem tez nadzieję, że proces odda cię w moje ręce; że w więzieniu będziesz moją; że tutaj nie będziesz mogła mię uniknąć; że posiadałaś mię zbyt długo, abym ja cię nie miał także posiadać. Robiąc źle, trzeba robić do końca. Szaleństwem byłoby się zatrzymywać na środku złej drogi! Ostateczność w zbrodni ma przepaść radości. W niej, w tej przepaści, rozkosz połączyć może zakonnika i czarownicę na garści słomy więziennej!

„Wydałem cię więc. Wtedym-to cię przestraszał przy spotkaniach. Spisek, jaki przeciwko tobie knułem, burza, którą nad twoją głową gromadziłem, wytryskały ze mnie w groźbach i błyskawicach. Wahałem się jednak jeszcze. Mej zamiar miał straszne strony i te mię wstrzymywały.

„Być może zaniechałbym go. Być może, potworna myśl moja wyschłaby w moim mózgu nie wydawszy owocu. Sądziłem, że odemnie zawsze będzie zależało prowadzenie lub zawieszenie procesu. Ale wszelka zła myśl jest nieubłaganą i musi w czyn się zamienić; tam, gdziem się uważał za wszechmocnego, fatalizm silniejszym był odemnie. Niestety! niestety! fatalizm-to cię uchwycił i rzucił na straszne koła machiny, którą w ciemności zbudowałem! Słuchaj... zbliżam się do końca.

„Pewnego dnia... dzień był jasny... spostrzegam przed sobą człowieka, który wymawia twe imię ze śmiechem i w którego oczach się bezwstyd przebija. Przekleństwo! poszedłem za nim. Wiesz resztę.”

Zamilkł. Młoda dziewczyna mogła jeden tylko znaleźć wyraz:

— O mój Phoebusie!

— Precz z tem imieniem! — krzyknął zakonnik, chwytając ją gwałtownie za ramię. — Nie wymawiaj tego imienia! O! my nieszczęśliwi, imię to nas zgubiło! Albo raczej zgubiliśmy się wzajemnie pod wpływem niepojętej siły fatalizmu!... Cierpisz, nieprawdaż? zimno ci, noc cię obejmuje, mury więzienne cię otaczają; lecz być może, tli się jeszcze choć światełko drobne w twem łonie, bodajby nawet ta miłość dziecinna dla tego człowieka próżnego, który igrał z twem sercem! A we mnie... ja noszę więzienie sam w sobie; we wnętrzu to mojem panuje zima, lód, rozpacz; w duszy mam noc Czy wiesz com cierpiał? Byłem przy twoim procesie. Siedziałem na ławie oficyała. Tak, pod jednym z mniszych kapturów można było widzieć konwulsye potępieńca. Byłem obecny, gdy cię przyprowadzono, byłem obecny gdy cię badano— Jaskinia wilków! Moja-to była zbrodnia, moje-to szubieniczne piętno widziałem występujące powoli na twem czole. Widziałem każdego świadka, słyszałem każdy dowód, wszystkie oskarżenia; mogłem liczyć wszystkie twe kroki po tej okropnej drodze; widziałem także, jak to zwierzę dzikie... O! co do tortury, nie przewidywałem jej!... Słuchaj. Poszedłem za tobą do izby pytałkowej. Widziałem, jak cię rozbierali i przewracali w pół obnażoną katowskiemi rękami. Widziałem twoją stopę, tę stopę, na której pragnąłbym za cenę królestwa złożyć jeden pocałunek i umrzeć, stopę tę, pod którą głowę bym sobie pozwolił z rozkoszą roztrzaskać, — widziałem ściśnięta w strasznych kleszczach, zamieniających zwykle członki istoty żyjącej w garść zakrwawionego błota. O! nędzny! podczas kiedym patrzał na to, miałem pod suknią sztylet, którym pierś sobie krajałem. Na krzyk, jaki wydałaś, zatopiłem go w ciało, na drugi krzyk, ten sztylet przeszyłby mi serce! Patrz. Zdaje mi się że krew płynie jeszcze.

Odkrył sutannę. Pierś jego w samej rzeczy była rozdartą jakby pazurem tygrysa, a w boku otwierała się rana szeroka, prawie świeża.

Uwięziona cofnęła się z przerażeniem.

— O! młoda dziewczyno — rzekł ksiądz — miej litość nademną! Sądzisz, że jesteś nieszczęśliwą; niestety! niestety! ty i nie znasz nieszczęścia. O! kochać kobietę! być zakonnikiem! być nienawidzonym ! kochać ją całą mocą i potęgą swej duszy; czuć, że za najnieznaczniejszy jej uśmiech oddałoby się krew swoją, wnętrzności swoje, sławę, zbawienie, nieśmiertelność i wieczność, doczesne i wiekuiste życie; żałować, że się niejest królem, wszechwładzcą, geniuszem, archaniołem, bogiem, aby do stóp się jej rzucić niewolnikiem; obejmować ją dniem i nocą, myślą i snami, a widzieć ją zakochaną w świecidełkach żołdaka! i nie módz ofiarować jej nic prócz nędznej sutanny mnisiej, której się lęka, a którą się brzydzi! Z zazdrością i wściekłością w duszy być obecnym scenie, w której ona, dla jakiegoś podłego i głupiego samochwała, trwoni skarby cnoty i piękności! Widzieć to ciało, które cię pali, tę pierś, która dla cię jest świętością — widzieć je drgające i rumieniące się pod pocałunkami innego!... Piekło!... Ubóstwiać jej postać; po całych dniach tarzać się z myślami o niej po kamiennej podłodze celi, i widzieć w końcu wszystkie wymarzone dla niej pieszczoty zamienione w torturę! Nie być w stanie nic innego uczynić nad to, jak kazać katom by ją rozciągnęli na skórzanem łożu! O! to są dopiero kleszcze prawdziwe, rozpalone na ogniu piekielnym! Szczęśliwszy już stokroć, z kogo pasy drą od stóp do głowy, kogo między dwiema deskami duszą, kogo ćwiartują końmi!......Czy znasz ty cierpienie, jakie człowiekowi sprawiają śród długich niespanych nocy własne jego wrzące żądze, serce, które się kraje, głowa, która pęka, zęby, które kąsają mu ręce: wściekli owi oprawcy, co cię ustawicznie, jak na rozpalonej iglastej kracie, przewracają na nożach płomiennej zazdrości i rozpaczy! Młoda dziewczyno, litości! daj wytchnąć przez chwilę! Trochę popiołu na ten żar! Otrzyj, błagam cię, pot, który kroplami spływa mi z czoła! Dziecko! dręcz mię jedną ręką, lecz głaskaj drugą! Miej litość, młoda dziewczyno! miej litość nademną!

Mnich tarzał się w kałuży zalewającej podłogę i tłukł głową o rogi kamiennych stopni. Dziewczyna go słuchała, wpatrywała się weń. Gdy zamilkł zmęczony i prawie bez oddechu, nieszczęśliwa powtórzyła półgłosem:

— O mój Phoebusie!

Nędzarz przyczołgał się ku niej na kolanach.

— Błagam cię — zawołał — jeśli masz serce, nie odpychaj mię! O! kocham cię! jestem nieszczęśliwy ! Gdy wymawiasz to imię, okrutna, to się zdaje że mi kąsasz i rwiesz zębami wszystkie fibry mojego serca! Litości! jeśli z piekła przychodzisz, pójdę z tobą. Na tom już zasłużył. Piekło w którem będziesz, to raj mój; twój widok milszym mi jest nad widok bóstwa! O! powiedz, więc odpychasz mię? Myślałem, że w dniu, kiedy kobieta odepchnie podobną miłość, góry się porusza. O! gdybyś chciała! o! jakżebyśmy szczęśliwymi być mogli! Ucieklibyśmy... jabym ci ucieczkę ułatwił... pojechalibyśmy dokądkolwiek, szukać na ziemi miejsca, gdzie więcej jest słońca, więcej drzew, więcej nieba błękitnego. Złączeni miłością, zlelibyśmy nasze serca, a nieugaszone pragnienia duszy zaspakajalibyśmy z niewyczerpanego kielicha rozkoszy.

Dziewczyna przerwała głośnym okropnym śmiechem:

— Patrz-że, mój ojcze! krew masz na palcach...

Zakonnik chwil kilka stał jakby skamieniały, z oczami utkwionemi w swe ręce...

— A tak! — odparł z dziwną słodyczą — lżyj mię, śmiej się ze mnie, depcz po mnie! ale chodź, ale chodźmy! Śpieszmy się. Powiedziałem ci, że to jutro. Szubienica grevska, wiesz? zawsze gotowa. To okropne, widzieć cię jadącą na tym wozie! O! litości!... Nigdym nie czuł tak silnie jak teraz, do jakiego stopnia cię kocham... Chodź za raną. Będziesz miała aż nadto czasu na pokochanie... na przebaczenie mi, gdy cię wyratuję. Będziesz mię nienawidziła, dopóki ci się spodoba. Ale chodź. Jutro!... jutro szubienica! śmierć! O! ratuj się! oszczędź mię!

Wziął ją za ramię. Był obłąkany; chciał ją ciągnąć.

Cyganka wlepiła weń oczy.

— Co się stało z moim Phoebusem? — spytała z cicha ale silnie.

— A! — rzekł zakonnik puszczając jej rękę — czy tak?... a litość gdzie ?

— Co się stało z Phoebusem? — powtórzyła zimno.

— Umarł! — zgrzytnął mnich.

— Umarł! — rzekła ciągle chłodna i nieruchoma — dlaczegóż więc mówisz mi o życiu?

Ksiądz nie słuchał jej.

— O! tak — mówił jakby sam do siebie — ani wątpię, już nie żyje. Ostrze weszło głęboko. Zdaje mi się, żem trafił w serce. O! żyje moje całe było na końcu tego puginału.

Dziewczyna rzuciła się nań jak roztarta tygrysica, i z nadludzkim wysiłkiem pchnęła go na stopnie wschodów.

— Precz, potworze! precz, morderco! pozwól mi umrzeć! Niech krew jego i moja napiętnuje twe czoło wieczystą plamą! Być twoją, mnichu? nigdy! Nie, nic nas nie złączy! nawet piekło! nic i nigdy! Precz, przeklęty! nigdy!

Nędznik zachwiał się przy wschodach. W milczeniu uwolnił splątane swe nogi z fałdów sutanny, wziął latarkę i wolnym krokiem zaczął wchodzić po stopniach prowadzących do drzwi; otworzył je i wyszedł. Nagle dziewczyna ujrzała znów jego głowę... Wyraz tej twarzy był przerażający... Usta zgrzytnęły z wyciem wściekłości i rozpaczy:

— Powiadam ci, że skonał. Tak mi Boże dopomóż! — Skazana padła twarzą na ziemię, i w celi, okrom płaczu kropli wody, nurzającej się śród ciemności w kałuży, nic już więcej słychać nie było.



ND-de-Paris-L8-Ch5

V. Matka.

Nie sądzę, aby na świecie było coś weselszego od tych myśli, jakie się w sercu matki budzą na widok małego trzewiczka jej dziecka; szczególnie, jeżeli to trzewiczek świąteczny, niedzielny lub chrzestny; trzewiczek wyhaftowany aż do podeszewki; trzewiczek w którym dziecko nie uczyniło jeszcze ani jednego kroku. Trzewiczek ów ma tyle wdzięku i tak jest mały, tak w nim zdaje się trudno chodzić, że matka czuje się szczęśliwą, jakby patrzała na swe dziecię. Uśmiecha się doń, całuje je, z niem rozmawia. Zapytuje sama siebie, czy być może, aby naprawdę istniała nóżka tak mała?... W nieobecności dziecięcia, dość trzewiczka, by oczy matki mogły oglądać aniołka swego.

Jest pewną, że widzi swe dziecię, widzi je całe, żyjące, wesołe, z rączkami drobnemi, okrągłą główką, różowemi usteczkami, jasnemi oczętami, których białka są błękitem. Jeśli to zima, dziecię bawi się oto niezawodnie w pokoju, na kobiercu, z trudnością włazi na stołek, a matka drży, aby przypadkiem nie chwyciło za iskrę, za piecyk rozgrzany. Jeśli lato, czołga się na dziedzińcu, w ogrodzie, wyrywa trawę z pomiędzy kamieni, spogląda naiwnie na wielkie psy, wielkie konie, ale się ich nie lęka, igra z muszlami, z kwiatkami, i gniewa ogrodnika, który burczy znajdując piasek na kląbach i ziemię w alejach. Wszystko się śmieje, wszystko rozpromienione, wszystko bawi się w około niego, jak i ono samo: nawet wietrzyk, który dmucha, nawet promień słoneczny, który radośnie zanurza się w rozwiane sploty jego włosków. Trzewiczek wszystko to matce pokazuje i roztapia jej serce, jak ogień wosk roztapia.

Lecz gdy dziecko zniknie, wszystkie te obrazy radości, wdzięku, czułości, jakie się skupiają, w około trzewiczka, stają się okropnemi wspomnieniami. Mały trzewiczek haftowany przemienia się w narzędzie tortury, które wiecznie kraje serce matki. Wprawdzie zawsze jedna i ta sama drga struna, struna najgłębsza i najczulsza; ale nie anioł już się z nia pieści, tylko drażni ją szatan.

Pewnego poranku, podczas gdy słońce majowe wschodziło na niebie ciemno-błękitnem, jakiego Garofolo zwykle używa za tło dla swoich zdjęć z krzyża, pustelnica z Wieży-Rolandowej usłyszała turkot wozów, tentent koni i brzękania żelaztwa, dolatujące do niej z placu-Tracenia. Mało na to zwróciła uwagi, nasunęła włosy na uszy, aby jej nie przeszkadzano, i ukląkłszy zaczęła się przyglądać martwemu przedmiotowi, który w taki sposób od lat piętnastu czciła. Mały ten trzewiczek, jakeśmy to już raz powiedzieli, był dla niej całym światem. Myśl jej w nim była zamkniętą i nie śmiała zeń wyjść, aż w godzinę śmierci. Ile gorzkich złorzeczeń, ile skarg rozczulających, próśb i westchnień posłała do nieba, z powodu tego ślicznego cacka z różowego atłasu, o tem wie jedna tylko ciemna cela Wieży-Rolandowej. Nigdy łez więcej nie wylano nad rzeczą piękniejszą. Tego rana zdawało się, że boleść była jeszcze gwałtowniejszą niż zwykle; nawet z ulicy można ją było słyszeć płaczącą i wyrzekającą głosem, który rozdzierał serce.

— O moja córko — mówiła — moja córko! moje biedne, drogie małe dziecię, nigdy już więc cię nie zobaczę! wszystko więc stracone! Zdaje mi się ciągle, że to się wczoraj stało! Mej Boże, mej Boże! lepiejby było, gdybyś wcale mi jej nie dawał, jeśli tak prędko miałeś mi ją odebrać. Czyż nie wiesz, o Boże! że nasze dzieci wiążą się z naszemi wnętrznościami, i że matka, która straciła swe dziecię, przestaje wierzyć w Opatrzność?... Ach! jakże karygodną byłam, wychodząc dnia owego!... Panie! Panie! jeśliś mi ją odebrał, to chybaś nie widział mię nigdy z nią razem, kiedy uśmiechnięta i milutka grzała się przy ogniu, kiedy ssąc uśmiechała się do mnie, kiedym uczyła ją stąpać małemi nóżkami po piersi od pasa aż do ust! O! gdybyś to widział, mej Boże, ulitowałbyś się nad moją radością, nie odjąłbyś mi jedynej miłości, jaka pozostawała w niem sercu! Czyż tak już nędzną byłam istotą, Panie, że nie chciałeś spojrzeć na mnie przed wydaniem wyroku?...” Niestety! niestety! oto trzewiczek; gdzież nóżka? gdzież reszta? gdzie dziecię? Moja córko, moja córko! co oni z tobą zrobili? Panie, oddaj mi ją! Przez piętnaście lat kaleczyłam kolana modląc się do Ciebie, Panie! czyż tego nie dość? Oddaj mi ją na jeden dzień, na minutę: na jedne minutę, Panie! a potem rzuć mię na wieczność szatanowi! O! gdybym wiedziała, gdzie się ciągnie pola twej szaty, uczepiłabym się jej obiema rękami i musiałbyś mi wrócić moje dziecko! A ten mały ładny trzewiczek, czyż nie litujesz się nad nim, Panie! Czyż możesz skazać biedną matkę na te piętnastoletnie katusze? Matko Boska! Panno Najświętsza! moje dzieciątko-Jezus zostało mi odebranem, skradzionem, zjedzono je w lesie, wypito krew z niego, zdruzgotano mu kości! Bogarodzico, zlituj się nademną. Moją córkę! muszę mieć moją córkę! Cóż mi po tem, że ona w raju? nie żądam od was anioła, żądam mego dziecka! Jestem kobietą... jestem owcą; chcę odzyskać moje jagniątko... O ! będę gryzła ziemię, kamień rozbiję czołem, zgubię swą duszę, przeklnę wszystkich Twych Panie posłańców i aniołów-stróżów, jeśli zatrzymasz mi moje dziecię! Widzisz, Panie, że mam ręce pokąsane! czyliżby i tu w niebie nie było litości?... O! nie dawaj mi nic prócz chleba i soli, tylko wróć mi córkę, niech mię ogrzeje, jak słońce! Niestety! Boże mej i Panie, nędzną jestem grzesznicą, ale moja córka czyniła mię bogobojną. Przez miłość ku niej byłam pełną wiary, i widziałam Cię w jej uśmiechu, jakby w niebie... O! gdybym tylko mogła raz jeszcze, jeden raz tylko, jeden jedyny raz włożyć ten trzewiczek na jej małą nóżkę różową, a umarłabym, Panno miłosierna, błogosławiąc Cię i wielbiąc!... Ach! piętnaście lat! byłaby już słuszną teraz!... Nieszczęsne dziecię! jakto! więc to prawda, już jej nie ujrzę, nawet w niebie! bo do nieba nie pójdę. O! co za okropność! oto jej trzewiczek, i to wszystko! — Nieszczęśliwa rzuciła się na trzewiczek, samotny przedmiot jej zachwytów i rozpaczy od lat tylu, i wnętrzności jej rozdzierały się, jako w pierwszym dniu bólów macierzyńskich; dla niewiasty bowiem, która straciła swe dziecię, dzień pierwszy trwa ciągle. Boleść ta nigdy nie starzeje. Napróżno czarne suknie niszczą się i myją; serce zawsze pozostaje w żałobie. Tak płakała, tak cierpiała worecznica biedna. Nie byłoby chyba końca tym żalom, gdyby świeże i wesołe głosy dziecięce nie dały się były słyszeć naraz przed celą... Nieszczęśliwa matka! Ile tylko razy spostrzegała dzieci, lub głos ich słyszała, biegła wraz w najciemniejszy kąt swego grobu i przytulała się do ściany, jakby chciała głowę wbić w kamienie, aby ich nie słyszeć.

Tym razem przeciwnie, podniosła się nagle, i łapczywie chwytała dźwięki dziecięcej mowy. Jeden z małych chłopców właśnie zawołał:

— To dziś mają wieszać cygankę.

Gwałtownym skokiem owego pająka, któregośmy widzieli, jak się to rzucił na muchę przy pierwszem drgnięciu siatki, pustelnica podbiegła do okienka wychodzącego na Plac-Tracenia. W rzeczy samej, obok szubienicy stała drabina, a kat czyścił zardzewiałe od deszczu łańcuchy. W około tłum zaczynał się gromadzić.

Śmiejąca się gruppą dzieci była daleko. Worecznica poczęła szukać wzrokiem przechodnia, któregoby się mogła zapytać. Zatrzymają oczy na jakiejś postaci duchownej, na zakonniku, który stał w blizkości celi i zdawał się czytać w brewiarzu publicznym; ale daleko mniej był naprawdę zajęty księgą zakratowaną, niżeli szubienicą, na która, od czasu do czasu rzucał ponure i posępne spojrzenia. Pustelnica go poznała; był to archidyakon Jozajski, święty człowiek.

— Mój ojcze — odezwała się — kogóż to mają wieszać?

Ksiądz spojrzał na nią i nic nie odpowiedział; powtórzyła pytanie.

Wówczas rzekł:

— Nie wiem. — Dzieci mówiły tu, że ma to być cyganka, czy prawda? — nastawała pustelnica.

— Mniemam, że tak jest — powiedział.

Oczy starej błysły żądzą hyeny.

— Siostro moja — spytał archidyakon — azaliż tak bardzo znieść nie możesz cyganek?

— Czy ich znieść nie mogę? — wrzasła pustelnica — upiorzyc tych? wiedźm tych, kradnących dzieci? czy je znieść mogę? Toż to one mi pożarły córeczkę moją, dziecię moje, jedyne moje dziecię! Ani kawałeczka serca już nie mam, zjadły mi.

Przerażającą była. Kapłan patrzał chłodno.

— Jednę z nich szczególniej przeklinam, jednej z nich nienawidzę — mówiła dalej; — to ta mała, mająca może akurat lat tyle, ileby miała moja córka, gdyby matka jej nie pożarła była mej biednej... Każdym razem, gdy jaszczurka ta przesuwa się około mej celki krew mi się burzy i wszystko się we mnie przewraca...

— Jeżeli tak, siostro moja, to się pociesz — rzekł ksiądz zimny jako posąg mogilny. — Ową to małą cygankę ujrzysz niebawem na szubienicy.

Głowa mu opadła na piersi, i oddalił się zwolna.

Worecznica podniosła ręce radośnie.

— A czy nie przepowiedziałam jej tego?... Bóg zapłać, księże! I zaczęła się przechadzać wielkiemi krokami przed kratkami otworu celi, rozkudłana, z okiem płomieniącem, tłukąc się ramionami o mury, z dzikim wyrazem wilczycy, zamkniętej a zgłodniałej oddawna, która odczuwa zbliżającą się godzinę żeru.



ND-de-Paris-L8-Ch6

VI. Trzy piersi męzkie niejednako skrojone.

Phoebus jednak ostatecznie nie skonał. Ludzie tego gatunku twardy kark mają. Gdy mistrz Filip Lheulier, orator króla nadzwyczajny, mówił biednej Esmeraldzie: umiera, był to błąd lub żart. Gdy archidyakon powtórzył skazanej: umarł, faktem było, że nic o tem nie wiedział na pewno, lecz tak tylko sądził, na to liczył, w to wierzył, tego sobie serdecznie życzył. Byłoby mu zanadto ciężko przynosić kobiecie kochanej dobre nowiny o swoim rywalu. Na jego miejscu każdy mężczyzna zrobił-by to samo.

Nie mówi się przez to, że rana Phoebusa była lekką, ale nie była też znowu i tak ciężką, jak Klaudyusz sobie schlebiał. Mistrz chirurg, do którego żołnierze czatnicy odnieśli chorego w pierwszej zaraz chwili, przez dni osiem lękał się o jego życie, i to mu nawet po łacinie wyznał. Młodość wszakże wzięła górę, i, jak się to bardzo często zdarza, pomimo prognostyków i dyagnostyków spodobało się naturze podźwignąć umierającego, tuż pod samym na kwintę zwieszonym nosem lekarza. Leżąc jeszcze na tapczanie u mistrza chirurga, poddać się on musiał pierwszym dochodzeniom słownym mistrza Filipa Lheulier i sędziów śledczych officyała. Znudziło to go niezmiernie.

To też pewnego pięknego poranku, czując się nieco lepiej, zostawił złote swe ostrogi panu znachorowi w zamian zapłaty za ziółka i drapnął. Nie spowodowało to zresztą żadnego zamieszania w przebiegu sprawy. Sądownictwo ówczesne mniej jeszcze od dzisiejszego dbało o sumienność i rzetelność procesów kryminalnych. Byle obwiniony mógł być powieszony, bez pretensyi kwitowało z reszty. Owóż sędziowie bez wszystkiego dość mieli dowodów przeciw Esmeraldzie.

Mniemali, że Phoebus umarł, i niczego już mniej nie potrzebowali. Ze swojej strony, nie uciekał znów i Phoebus tak bardzo. Pospieszył połączyć się ze swoją kompanią łuczników, na leżach w Queueen-Brie, w hrabstwie Ile-de-France, o jeden, dwa popasy od Paryża. Nic więcej.

Mówiąc prawdę, nie byłoby mu wcale miło stawać przy procesie osobiście. Czuł przez skórę, że nie miałby tam miny zbyt rycerskiej. W gruncie, sam nie wiedział co myśleć o całej tej sprawie. Niepobożny i zabobonny, jak każdy żołnierz który jest tylko żołnierzem, ilekroć zapytywał siebie o prawdziwe znaczenie przygody, zawsze niezupełnie jakoś bezpieczne i pewne snuły się jemu wyobrażenia na konto kozy, na konto sposobu w jaki spotkał Esmeraldę, na konto niemniej dziwnych miłosnych oświadczyn dziewczyny, na konto cygańskiego jej stanu, a wreszcie i na konto samego tego mnicha, widma czy pokutnika zaklętego. Wszystkie owe konta kazały mu domyślać się w całej tej historyi daleko więcej sztuczek magicznych, niż miłości. Siedziało tu jakieś licho, to widoczne; czarownica zapewne, djabeł może, najprawdopodobniej zaś sprawka jakaś, czyli mówiąc językiem ówczesnym, uroki, i to najnieprzyjemniejszego dla kapitana gatunku, uroki w których odegrał rolę wielce niezręczną, bo potłuczonego i okpionego. Rumieniło go to po same białka; doznawał rodzaju wstydu, który nasz Lafontaine tak oto określił wybornie:

„Honteux comme un renard qu'une poule aurait pris.”

Zkądinąd był prawie pewnym, że sprawa nie nabierze wielkiego rozgłosu, że imię jego, pod nieobecność osoby, wymówionem ledwo zostanie, a w każdym razie nie rozebrzmi po za krasomówcze mury baszty Tournelle. I co do tego nie mylił się bynajmniej. Gazeta sądowa wcale jeszcze wówczas nie istniała, a że nie było tygodnia, w którymby nie smażono w jednej z licznych sądownie paryzkich jakiego podrabiacza monety, nie wieszano jakiej czarownicy, nie pławiono wiedźmy, lub nie palono heretyka, ztąd widok starej feudalnej Temidy, zakasującej żylaste ręce i przy lada placyku powinność swą czyniącej u kotła, pręgierza lub szubienicy, stał się do tego stopnia pospolitym, iż pierwszy lepszy proces o morderstwo, spisek, kabałę i schadzki ze złym duchem, w żaden żywy sposób za dziwowisko nadzwyczajne uchodzić nie mógł. Wiedziano, że tak czy inak na gardle się kończył, a stokroć łatwiej było wtedy dać gardło, niż grzywnę. Większy świat czasów owych rzadko kiedy nawet wiedział nazwisko nieboraka, ciągnionego pod oknami na śmierć. Lud prosty, co prawda, zawsze się chętnie raczył grubemi temi potrawami, ale rzecz to znana od wieków, że w razach takich zawsze go raczej ilość zajmowała, niż jakość. Patrzał zawsze, nie badał nigdy. Z tego powodu egzekucyą była na drodze publicznej wypadkiem niemal tak zwyczajnym, jak kupa opiłek przed domem ślusarza, lub niewyprawna skóra na płocię garbarza. Kat był niejako gatunkiem rzeźnika, tylko barwy troszkę ciemniejszej.

Rychło więc uspokoił się Phoebus na duchu co do tej uwodzicielki Esmeraldy, czy Similardy, jak ją nazywał, co do jej puginału lub puginału mnicha zaklętego (o różnicę nie stał wcale), i co do rozwiązania procesu. Ale zato, jak tylko serce jego zostało z tej strony wolnem, obraz Lilii zjawił się w niem w też pędy. Serce rotmistrza Phoebusa, za przykładem fizyków tamtych czasów, nie cierpiało próżni.

A i to wziąć wypadało na uwagę, że trzeba-by nie wiem już kogo, żeby nieco dłużej można było wytrzymać w Queue-en-Brie, miasteczku kowalów i mleczarek o szorstkich rękach i zamurusanych twarzach, miasteczku składającemi się z długiego łańcucha lepianek i chatek, które opisują gościniec główny na jakie pół mili. Prawdziwe queue, ogon niezmiernej długości.

Lilia była przedostatnim przedmiotem jego ubóstwiań; sama wyglądała jak aniołek, a posag miała prześliczny: jest-że więc dziwnem, że pewnego cudownego poranka, całkiem się już podleczywszy, a przypuszczając, że po dwóch miesiącach sprawa cyganki powinnaby być skończoną i pogrzebaną, zakochany nasz rycerz strojnie i zbrojnie stanął przed bramą mieszkania pani Gondelaurier?

Nie zwrócił uwagi na dość liczne tłokowisko ludu, gromadzącego się na placu katedralnym przed frontonem Najświętszej Panny; przypomniał sobie, że był to miesiąc Maj; mogło więc, przypuszczał sobie, chodzić tu o jaką processyę, o uroczysty obchód, o jakie zielone świątki; uwiązał zatem konia u haka przy bramie i wesoło pobiegł ku pokojom pięknej swej narzeczonej.

Zastał ją z matką samotnie.

Lilii nie przestała ciężyć na serduszku scena z tancerką, kozą i alfabetem. Szczególnie trudno się jej było pogodzić z długą nieobecnością Phoebusa. Jednakże, gdy ujrzała rotmistrza wchodzącego, gdy zobaczyła jego postawę dziarską, mundur nowiutki, pas lśniący i wyraz twarzy istotnie rozkochany, niepodobna jej było wstrzymać się od żywego rumieńca zadowolenia. Poczciwa dziewczyna i sama też wyglądała powabniej, niż zwykle. Przepyszne jej jasne włosy splatały się w warkocz zachwycający; ubraną była od stóp do głowy w ów błękit niebieski, co tak doskonale licuje z białością śnieżną, a o czem się pod sekretem dowiedziała od Kolumby; wzrok zaś jej był przyćmiony miłosną ową tęsknicą, która płci naprawdę białej więcej jest jeszcze do twarzy, niż niebieskie błękity.

Phoebus, który od kilku tygodni w kwestyi piękna zmuszonym był poprzestawać na dziewkach w Queue-en-Brie, od razu upojony został widokiem Lilii, co z kolei i jego samego ubrało wraz w pozory tak nadskakujące i rzetelnie zachwycone, że pokej podpisanym został bez przydłuższych formalności, natychmiast. Sama nawet pani Gondelaurier, po staremu zawsze odpoczywająca w szerokim dziedzicznym fotelu, nie miała serca zburczyć rotmistrza jak należało. Co zaś do wyrzutów Lilijki, takowe po niejakiem zakłopotaniu w kwestyach etymologii, wysforowały się wraz, nie wiemy już jaką drogą kokieteryi niewieściej, na przestworza gruchań, takoż niebieskich.

Śliczne dziewczę siedziało u okna, haftując wciąż grotę Neptuna.

Kapitan stał oparty o wezgłowie jej krzesełka, a ona posełała mu półgłosem miłe swe wyrzuty:

— No, ale cóż to się z tobą działo, niedobry, przez te dwa długie miesiące? Gadaj mi zaraz.

— Przysięgam ci — odpowiedział Phoebus, zaambarasowany trochę pytaniem — przysięgam ci, że papieżowi byś głowę zawróciła, tak jesteś piękną.

— Dobrze, dobrze, niech i tak będzie, mości panie. Zostaw już tę moją piękność i odpowiadaj. Śliczna piękność, to widać...

— No, jeśli tak, kochana kuzynko, to ci powiem, że mię służba wzywała.

— Służba, i dokąd-że to, jeśli łaska? i dlaczegożeś nie przyszedł pożegnać się z nami?

— Do Queue-en-Brie.

Phoebus rad był niezmiernie, że tak chwacko wyminął pytanie drugie za pomocą pierwszego.

— Ależ to niemal zaraz za okopami, łaskawy panie. Czemużem nie przyjechał choć raz mię odwiedzić?

Tu już Phoebus dość rzetelnie się zakłopotał.

— Temu... wszak służba to.... a przytem, prześliczna kuzyneczko7 byłem chory.

— Chory? — powtórzyła Lilia przelękniona.

— Tak jest... ranny.

— Ranny! Zacne dziewczę aż pobladło ze wzruszenia.

— O! nie trwóż się, droga kuzynko — pochwycił rotmistrz z pewnem lekceważeniem. — Drobiazg. Kłótnia maleńka i parę młynków karabeli. Cóż-by to cię miało obchodzić?

— Coby to mię miało obchodzić? — zawołała panienka podnosząc piękne swe oczy łez pełne. — O! chyba nie mówisz tego co myślisz, mówiąc to. Zkąd-że poszły te wasze młynki karabeli? Chcę wszystko wiedzieć.

— No więc, droga kuzynko, ot jak było. Popstrzykaliśmy się trochę z Mahe Fedy, wiesz, porucznikiem z Saint-Germain-en-Laye, i popruliśmy sobie nawzajem po parę cali skóry. To cała historya.

Kłamca rotmistrz doskonale wiedział, że zatarg honorowy w oczach kobiety, zawżdy waloru dodaje mężczyźnie. I w istocie, Lilijka patrzyła mu w oczy cała przejęta obawą, rozkoszą i uwielbieniem. Ale nie była jeszcze całkowicie zaspokojoną.

— Byłeś mi tylko, Phoebusie mej, zdrów był zupełnie! — rzekła. — Nie znam tego tam Mahe Fedy, ale niedobry to człowiek. I o eo-żeście się pogniewali?

Na tym punkcie Phoebus, którego wyobraźnia straszliwie chromała w sprawach twórczości, poczuł się osamotnionym, jak na straconej placówce.

— O! ba!... albo ja wiem, myślisz! o nic, o konia, o słówko.... Kuzynko najdroższa — jął wnet z innej beczki — cóżby to mógł być za hałas tam na ulicy ?

I zbliżył się ku oknu.

— Ależ ludu! — dodał — jak makiem zasiał.

— Nie wiem dobrze — mówiła Lilia — ale zdaje się, że czarownica jakaś ma tu odbywać pokutę publiczną, tego rana, przed kościołem; później powieszoną zostanie.

Rotmistrz tak dalece upewnił siebie, że sprawa Esmeraldy musiała już być skończoną, że słowa Lilii nie zrobiły na nim najmniejszego wrażenia. Zadał jej wszakże kilka pytań.

— Jak się nazywa czarownica?

— Nie wiem — odrzekła panienka.

— A cóż mówią o jej zbrodni?

— Nie wiem.

— O Panie Jezu Chryste! — wtrąciła matka — tylu dziś mamy czarowników, że jak mniemam, palą ich, nie turbując się nawet o nazwiska. Pytajcie raczej każdego obłoczka jak się nazywa. Bądź co bądź, przynajmniej spokojnie będzie na świecie...

Czcigodna matrona, powiedziawszy to, wstała z westchnieniem i podeszła ku oknu.

— Panie Boże! — powiedziała — a masz racyę, Phoebusie. Toż mi zbiegowisko motłochu!... Wszelki duch Pana Boga chwali! aż na dachy powłazili. Czy wiesz, Phoebusie? to mi przypomina najpiękniejsze chwile życia. Wjazd króla Karola VII, kiedy ludu było również huk... Nie pamiętam już roku. Gdy o tem mówię, nieprawdaż, że wam się to wydaje czemś niezmiernie starem? dla mnie jest to młodziutkie... O, lud był wtedy bez porównania dzielniejszy. A miałeś go po uszy nawet w strzelnicznych otworach bramy Ś-go Antoniego. Król jechał na czele, z królową przed sobą na siodle. Za rodziną królewską postępowały inne panie, tak samo na siodłach przed panami i rycerstwem. Przypominam sobie, jak się to śmiano, że tuż przy Amanyonie panu na Garlande, który był ot taki malutki, znajdował się pan Matefelon, rycerz olbrzymiego wzrostu, co to kupami całemi zmiatał Anglików. Ach jak to było ładnie. Cała szlachta królestwa szeregiem jednym wyciągnięta, pan za panem, każdy ze swoim sztandarem! Jedni mieli tarcze, drudzy proporce. Ktoby dziś zliczył! Pan na Calan z chorągwią; Jan z Chateaumorant z tarczą; pan na Concy z chorągwią, a dworno i hucznie jak nikt, księcia burbońskiego wyjąwszy... Smutno, niestety pomyśleć, że wszystko to było niegdyś, i znikło! Zakochani nie słyszeli bolesnego tego zakończenia czcigodnej wdowy. Phoebus zaraz w początkach opowiadania wrócił oprzeć się o poręcz krzesła narzeczonej, na stanowisko pociągające w rzeczy samej, z niego to bowiem swawolny wzrok rotmistrza zapuszczać się mógł w zagięcia stanika Lilijki. Stanik zaś ów tak jakoś w porę odkaszliwał i poziewał, pozwalając dojrzeć tyle rzeczy rozkosznych, a tyle innych się domyślać, że Phoebus olśniony atłasowemi odblaskami cery tej alabastrowo-białej, nie mógł się wstrzymać od uwagi, którą zresztą, oddajmy mu tę sprawiedliwość, w duchu jeno sobie uczynił: „Jakże tu, do pioruna, kochać co innego jak blondynki!” Oboje zachowywali milczenie. Ładna panienka podnosiła nań tylko od czasu do czasu oczęta swe słodkie i zachwycone, a on z uwielbieniem coraz bliżej się przypatrywał maleńkiemu kontrastowi swych włosów z włosami narzeczonej, kontrastowi, który promień wiosennego słońca zawsze przecież jakoś wyrównywał i w jedność harmonijną, splatał.

— Phoebusie — odezwała się naraz Lilijka głosem cichym — za trzy miesiące powinniśmy się pobrać; przysięgnij-że mi, żeś nigdy okrom mnie nikogo nie kochał.

— Przysięgam ci, aniele mej duszy! — odpowiedział Phoebus, i wzrok jego, jakby dla tem większego przekonania Lilii, połączył się ze szczerością jego głosu. Kto wie? Być może, że sam sobie wierzył w tej chwili.

Dobra pani Gondelaurier, zachwycona tak doskonałą komitywą narzeczonych, wyszła tymczasem z pokojów, by zajrzeć do apteczki i kuchni. Postrzegł to Phoebus, a sam-na-sam owo z miluchną kuzynką ośmieliło do tego stopnia wojowniczego jego ducha, że mu się wraz mózg najeżył najdziwniejszemi pomysłami. Rozumował jak z książki. Lilijka go kochała; był jej narzeczonym; dawniejsze ku niej przywiązanie obudziło się nie w pierwotnej już wprawdzie świeżości, zawsze jednak w pełni zapału; ostatecznie tedy, byłożby tak strasznym już grzechem, gdyby się chlebek upiekło z mąki trochę zawcześnie zaparzonej? Nie możemy ręczyć, czy w takim dosłownie porządku rozwijał się szwadron idei rotmistrza ; co jednak pewne, to że Lilia ni z tego ni z owego przeraziła się naraz, spojrzawszy po zwyczaju w oczy „pięknego kuzyna”.

— Ach, mej Boże! — rzekła zaczerwieniona i niespokojna — jakże mi gorąco!

— W istocie — potwierdził Phoebus — południe zdaje się być niedaleko. Słońce dokucza. Zapuśćmy firanki.

— O nie, nie! — krzyknęła biedna mała — przeciwnie, świeżego powietrza mi trzeba.

I jako łania, czująca wiatr pogoni, poskoczyła ku oknu, otworzyła je i wpadła na balkon.

Phoebus mocno podrażniony, rad nierad pociągnął za nią.

Tłum bezmierny, wypierający się aż na przyboczne ulice i zaułki, zalegał Plac właściwy. Niewielka opaska murowana, wysokości dołokciowej, obejmująca wązka przestrzeń u schodów kościelnych, czyli babiniec przedkatedralny, nie byłaby wstanie ochronić wstępnego tego zakola od natarczywości cisnącego się gminu, gdyby jej nie podszył był gruby łańcuch strażników stu-dwudziestki kasztelańskiej i puszkarzy, ze śmigownicami w ręku. Dzięki temu przewiąsłu pik i rusznic, dziedziniec przedfrontowy był pusty. Wejścia doń pilnowała gromada halabardników tarczy biskupiej. Szerokie podwoje kościoła były zamknięte, co stanowiło wydatną sprzeczność z niezliczonemi oknami placu, które pootwierane od piwnic aż do poddaszy, mrowiły się tysiącami głów, tak prawie poukładanych i spakowanych, jak stosy kul po parkach artyleryjskich.

Powierzchnia ciżby tej na placu była szarą, brudną, gliniastą. Widowisko, na które oczekiwała, należało najoczewiściej do rzędu tych, które posiadają przywilej wyciągania i przyciągania ku sobie wszystkiego, co najplugawsze w gminie. Nic obrzydliwszego nad hałasy, wyrywające się z tego kipiącego błocka czepców żółtawych i zapylonych kudeł. W tłuszczy onej więcej było śmiechów, niźli krzyków, i więcej kobiet, niźli mężczyzn.

Od czasu do czasu jeden to drugi głos ostry i donośny przedarł się przez rumor powszechny.

— Hej Maćku Żurbo! czy to tam mają ją wieszać?

— Ośle dardański! to tylko pokuta publiczna! rozmowa z Panem Bogiem po łacinie przez usta biskupów! Zawsze się to tutaj odbywa, w południe. A jeżeli ci pilno do postronka, to ruszaj na Plac grevski.

— Pójdę razem z tobą!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Powiedz-no, pani Pafnucowo, czy prawda, że nie przyjęła spowiednika?

— Podobnoć, kumo Grzegorzowo.

— Widzisz ją, poganka!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Trzeba wiedzieć waszmości, że taki jest zwyczaj. Starosta pałacu Sprawiedliwości obowiązany dostarczyć złoczyńcę całkiem już gotowego, jak na szubienicę: kasztelanowi paryzkiemu, gdy jest świecki, officyałowi, gdy należy do stanu duchownego.

— Bóg zapłać waszmości.

— O mej Boże! — zawołała Lilia — biedna istota!

Myśl o nieszczęśliwej boleścią przepełniła jej oczy, któremi po tłumach wodziła. Rotmistrz, zajęty daleko więcej nią, niźli zbiorowiskiem hultajstwa, miłośnie miął jej opaskę z tyłu. Odwróciła się błagająca i uśmiechnięta:

— Zostaw, Phoebusie kochany, proszę cię. Matka może nadejść i rękę zobaczy.

W tej akurat chwili południe bić zaczęło zwolna na zegarze katedralnym. Pomruk zadowolenia wydobył się z tłumów. Ostatnie echo dwunastego uderzenia nie przebrzmiało jeszcze, gdy wszystkie głowy wełnisto się naraz poruszyły, jako zboże w polu od dmuchnięcia wiatru. Po nad hałas niezmierny wybiegł jeden ogłuszający okrzyk, z bruku, z okien, z dachów:

— Jadą!

Lilia zakryła twarz rękami.

— Czy chcesz wejść, aniołku? — spytał Phoebus.

— Nie — odpowiedziała, i oezy jej, które strach był przymknął, otworzyła teraz ciekawość.

Wóz gnojowy, ciągniony przez silnego normandzkiego hołoblowca i otoczony zewsząd jeźdźcami w strojach fioletowych w białe krzyżyki, tylko co się wysforował naprzód z ulicy Saint-Pierre-aux-Boeufs. Straż starościńska torowała pochodowi drogę śród tłumów, przy pomocy rozmachanych sypełkowców. Obok wozu podrygiwało konno kilku urzędników trybunalskich i policyjnych, dokładnie się wyróżniających strojem czarnym i niezręcznym sposobem trzymania się na siodle. Mistrz Jakób Charmolue paradował na czele. Na bezecnym wózku siedziała młoda dziewczyna, ze związanymi w tył rękoma, bez kapłana przy sobie. Była w jednej koszuli; długie czarne jej włosy (zwyczajem ówczesnym warkocz ucinano dopiero u stóp szafotu), spadały w nieładzie na szyję i ramiona na pół-przykryte.

Z pod zasłony tej falującej i czarniejszej od kruczego pierza, wyglądał powróz szary i twardy, splotami i węzłami swemi szorujący o cieniutkie żyłki wychudłej szyi dziewczyny, i jako robak na kwiatku wijący się na jej piersi. Pod postronkiem pobłyskiwał maleńki szkaplerzyk sadzony szkiełkami zielonemi, który skazanej zostawiono dlatego zapewne, że się już nic nie odmawia tym co idą na śmierć. Widzowie umieszczeni w oknach postrzedz mogli na dnie wozu jej stopy obnażone, które usiłowała ukryć pod sobą, jakby przez resztki instynktu niewieściego. U nóg jej leżała koza skrępowana. Zbrodniarka zębami przytrzymywała koszulkę źle spiętą. Śród tej nawet nędzy cierpiała snać jeszcze nad tem, że ją w ten sposób, prawie nago, wystawiono na spojrzenia ludzkie. Niestety, nie dla takich to wzdragań się wstydliwość stworzoną została.

— Jezus Marya! — żywo rzekła Lilia do kapitana. — Spojrz-no, kochany kuzynku, toż to niegodziwa ta cyganka z kozą!

Co mówiąc zwróciła się ku Phoebusowi. On oczy w wóz miał wlepione. Bladym był niezmiernie.

— Jaka? Gdzie cyganka z kozą? — wybełkotał.

— Cóż znowu! — jęła Lilia — alboż waszmość nie pamiętasz tej..

Phoebus przerwał.

— Ani wiem, o czem kuzynka chce mówić.

Uczynił krok ku wejściu do środka; ale dumne dziewczę, którego zazdrość tak silnie niedawno poruszona przez tęż samą cygankę, nagło się teraz zbudziła, rzuciła nań wzrokiem niedowierzającym i przenikliwym. Lilia niewyraźnie przypomniała sobie w tej chwili, że słyszała coś właśnie bodaj czy nie o rotmistrzu jakimś, zamieszanym do procesu czarownicy.

— Co się z waszmością dzieje? — spytała Phoebusa, bystro mu zawsze patrząc w oczy — zdawałby się mogło, że się mieszasz na widok tej kobiety?

Rotmistrz usiłował drwinką się zasłonić.

— Ja? ależ! cóżby znowu? Bynajmniej!

— W takim razie proszę zostać! — rzekła rozkazująco — patrzmy do końca.

Niefortunny rotmistrz, chcąc nie chcąc, pozostać musiał. Co mu jeszcze trochę serca dodawało, to postawa skazanej, której wzrok przykutym był do dna wozu. A było rzeczą więcej niż pewną, że przed oczyma miał Esmeraldę. Na ostatnim tym stopniu nędzy, upokorzenia i nieszczęścia, nie przestała ona być niewypowiedzianie piękną; wielkie jej czarne oczy czarniejszemi się jeszcze wydawały z powodu schudnięcia twarzy, profil jej wybladły i zżółkły uderzał wzniosłą czystością rysów. W porównaniu do tego, czem dawniej była, miała się jako madonna Masaccia do madonny Rafaela; szczuplejsza, słabsza, mizerniejsza.

Co do reszty, okrom wstydliwości, nie było chyba ani jednego w niej uczucia, ani jednej na niej nitki, któraby, że tak powiemy, nie miotała się na wszystkie strony, którejby nieszczęsna nie zdała na łaskę przygniatającej ją fatalności, tak głęboko skołatało ją cierpienie, przybiła rozpacz. Ciało jej podskakiwało za każdem stuknięciem wozu, jako rzecz martwa lub złamana; spojrzenie było smętne i obłąkane; usta, podtrzymujące śmiertelną koszulkę, drgały konwulsyjnie.

W oczach widać było łzę, ale już nieruchomą, jakby zlodowaciałą. Ponura kawalkada przerżnęła się tymczasem przez tłumy, sród radosnych okrzyków i twarzy rozciekawionych. Nadmienić wszakże wypada, by roli wiernego historyka nie ubliżyć, że widząc ją tak piękną a tak pognębioną, wielu najtwardszych nawet dało się litości poruszyć... Wóz gnojowy wtoczył się w zakole przedkatedralne.

Zatrzymał się naprzeciw głównego wejścia kościelnego. Straż stanęła w porządku bojowym po obu stronach. Tłumy umilkły, i środ tej ciszy uroczystej a niepokoju pełnej, dwa skrzydła wielkich podwoi, jakby mocą tajemną poruszyły się na swych zawiasach, i zaskrzypiały z hałaśliwą cierpkością piszczałki. Ujrzano tedy głębię ciemnego kościoła w całej jego długości, wysłaną żałobnie, oświetloną zaledwie kilkoma gromnicami, pobłyskującemi w dali na wielkim ołtarzu, a rozwartą, jak paszcza jaskini pośród placu zapływającego olśniewającą jasnością. Po za ołtarzem, ku górze, przysłoniwszy wzrok, można było spostrzedz olbrzymi krzyż srebrny, rozpostarty na czarnem suknie, spadającym od sklepienia aż do posadzki u bocznych stopni ołtarza. Cała nawa była pustą. Tylko w odległych ławkach biskupiego chóru, chybotały się jakby we mgle postacie ojców duchownych, a w chwili gdy się wielkie drzwi były otwarły, wydobył się z kościoła śpiew poważny, wysoki i monotonny, niby garściami na głowę skazanej ciskający urywki psalmów posępnych.

„...Non timebo millia populi circumdantis me: exsurge, Domine”, salvum me fac Deus!

„...Salvum me fac, Deus, quoniam intraverunt aquae usque ad animam meam.

„...Infixus sum in limo profundi; et non est substantia.”

W tymże czasie inny głos, odosobniony od chóru, wywodził na stopniach wielkiego ołtarza melancholijne to offertoryum:

„Qui verbum meum audit, et credit ei qui misit me, habet vitam aeternam et in judicium non venit; sed transit a morte in vitam.”

Oddalone te śpiewania kilku starców, otoczonych mrokiem, nad piękną ową istotą pełną życia i młodości, owioniętą ciepłem powietrzem wiosny, oblaną słońcem, były to egzekwie, była to msza za dusze zmarłych.

Lud przysłuchiwał się w pobożnem skupieniu.

Nieszczęśliwa, wparłszy szklanne spojrzenie w próg wielkich drzwi kościelnych, zdawała się tracić i wźrok i myśl w ciemnych wnętrznościach kościoła. Usta jej białe ruszały się, jakby w cichej szeptanej modlitwie, a gdy pomocnik oprawcy zbliżył się, by jej pomódz zleźć z woza, posłyszał jak powtarzała głosem przyćmionym wyraz:

Phoebus.

Rozwiązano jej ręce, sprowadzono z wozu wraz z kozą (którą również rozkrępowano, a która beczała z radości czując się wolną), i zmuszono iść boso po ostrym bruku, aż pod same stopnie schodów.

Powróz, który miała na szyi, ciągnął się za nią z tyłu. Rzekłbyś, wąż pełznący w ślad za jej stopami.

Śpiewy zaraz umilkły w kościele. Wielki krzyż złoty i szereg świateł poczęły się ruszać w mroku. Posłyszano szczękania halabard Szwajcarów, strojnych w świecidełka; a w kilka sekund potom, długa procesya księży w ornatach i dyakonów w dalmatykach, postępująca poważnie i ze śpiewami ku skazanej, rozwinęła się przed jej oczami i przed oczami tłumów. Wzrok jej zatrzymał się wszakże na celebrancie, postępującym z przodu zaraz za klerykiem, który krzyż niósł w rękach.

— O! — powiedziała z cicha ze drżeniem — i znowu on! ksiądz!

Był-to archidyakon w rzeczy samej. Po lewej swej stronie miał pod-kantora kościelnego, po prawej, kantora z laską godności swej w dłoni. Postępował z głową w tył odrzuconą, z oczami otwartemi i nieruchomemi, śpiewając głosem silnym:

„De ventre inferi clamavi, et exaudisti vocem meam,

„Et projecisti me in profundum in corde maris, et flumen circumdedit me.”

W chwili, gdy wychodził na światło dzienne, mijając wysokie drzwi ostrołukowe, okryty szeroką kapą srebrną z czarnemi pasami na krzyż, był tak bladym, że niejeden z tłumu mógł siebie zapytać, czy jeno który z biskupów marmurowych, klęczących na grobowcowych płytach chóru, nie powstał spotkać na progu wieczności tę, która szła na śmierć.

Ona, niemniej blada i niemniej skamieniała, zaledwo spostrzegła, że jej wetknięto do ręki ciężką gromnicę z żółtego wosku, zapaloną; nie słyszała sykliwego głosu pisarza, odczytującego fatalny testament pokuty publicznej; a gdy jej kazano powiedzieć amen, powiedziała amen. Dopiero wtedy wróciła nieco do życia i do sił, gdy ujrzała, iż kapłan celebrujący, dawszy znak strażnikom aby się nieco oddalili, sam ku niej zmierzał.

Poczuła wtedy, jak krew wszystka rzuciła się jej kipiąc do głowy; biedna jej dusza, już skostniała i zimna, buchnęła płomykowemi resztkami oburzenia.

Archidyakon zbliżał się ku niej powoli; a choć już stała nad samym grobem, widziała przecież, jak oprowadzał po jej obnażeniu roziskrzony wzrok żądzy, zazdrości i rozpusty. Ozwał się jednocześnie głosem podniesionym:

— Dziewczyno młoda, prosiłaś-że Boga o przebaczenie grzechów i uchybień?

Nachylił się do jej ucha i dodał... (widzowie mniemali, że ostatniej słuchał spowiedzi).

— Czy zgadzasz się na mnie? mogę cię jeszcze wybawić!

Ona popatrzyła nań skupionemi ostatkami woli i rozumu.

— Precz szatanie! albo cię wydam — odpowiedziała z wysileniem.

On skrzywił usta uśmiechem strasznym.

— Nie uwierzą ci... Do zbrodni dodasz tylko błazeństwo... Odpowiadaj prędko! chcesz mię?

— Z Phoebusem moim cóżeś zrobił?

— Już nie żyje! — rzekł ksiądz.

W tej chwili nikczemny archidyakon podniósł machinalnie głowę, i ujrzał na drugim końcu placu, na balkonie mieszkania pani Gondelaurier, rotmistrza stojącego przy Lilii. Posłonił się, przetarł dłonią oczy, spojrzał raz jeszcze, cisnął przez zęby przekleństwem, i wszystkie jego rysy ściągnęły się gwałtownie.

— Jeśli tak, giń-że! — syknął jak ukąszony. — Nikt cię mieć nie będzie.

I wznosząc rękę nad cyganką, zawołał głosem grobowym:

— I nunc, anima anceps, et sit tibi Deus misericors!

Była to formuła złowroga, którą kończono zwykle żałobne takie nabożeństwa. Był to znak umówiony kapłana wykonawcom sprawiedliwości państwowej.

Lud ukląkł.

— Kyrie elejson — zaintonowali księża, pozostali u podwojów katedralnych.

— Kyrie elejson — powtórzyły tłumy z pomrukiem przebiegającym po nad wszystkiemi głowami, jako odgłos wzburzonego morza.

— Amen ! — wyrzekł archidyakon.

Odwrócił się od skazanej, głowa mu spadła na pierś, skrzyżowały się ręce; połączył się ze swoim orszakiem księży, i w parę sekund później widziano, jak się zasunął z krzyżem, świecami i ornatami w posępną cienistość arkad katedralnych, a głos jego dźwięczny gasł stopniowo ze słowami strofy tej rozpoczętej:

„Omnes gurgites tui et fluctus tui super me transierunt”

Towarzyszący śpiewowi brzęk halabardniczych skówek woźnych, uderzających o kamienną posadzkę kościoła, nikł zwolna pod łukami i kolumnami nawy, sprawiając skutek młota zegarowego, który wydzwaniał ostatnią dla skazanej godzinę.

Podwoje katedry wciąż jednak były rozwarte, pozwalając tłumom rozglądać się we wnętrzu kościoła, opróżnionem, smętnem, chłodnem, bez świec, i bez głosu.

Skazana stała nieruchomie na swojem miejscu, oczekując na dalsze względem siebie rozporządzenia władz świeckich czy duchownych. Wypadło aż jednemu z dziesiętników miejskich uprzedzić o tem mistrza Jakóba Charmolue, który w samym zaraz początku sceny zabrał się był do rozpatrywania rzeźbionych i posążniczych cudów frontonu, i zgłębiał właśnie płaskorzeźby wielkiego portyku, które według jednych wyobrażać mają ofiarę Abrahama, według zaś drugich operacyą nad kamieniem filozoficznym; anioł miałby tu przedstawiać słońce, pęk drzew ogień, Abraham alchemika.

Nie bez trudności oderwano prokuratora królewskiego od rozmyślań, ale się odwrócił nareszcie; na jego skinienie, dwaj ludzie ubrani żółto, pachołki kata, zbliżyli się wraz do cyganki, by jej ręce na nowo związać.

Zanim nieszczęśliwa wstąpiła na wóz fatalny, zawieźć ją mający ku stacyi końcowej, dała się prawdopodobnie opanować rozdzierającemu jakiemu uczuciu żalu i tęsknoty za życiem. Podniosła bowiem poczerwieniałe i suche oczy ku niebu, ku słońcu, ku srebrnym obłokom tu i owdzie poprzecinanym trójkątami i czworobokami błękitów; poczem wzrok pełen zadumy boleśne] oprowadzała po ziemi, po tłumach, po domach... Nagle, podczas gdy człowiek w żółtym kaftanie sznurem okręcał jej łokcie, wydała okrzyk niebogłośny, okrzyk radości. Tam oto, na tym balkonie, przy placu, na rogu, spostrzec jego, przyjaciela swego, swego pana, Phoebusa. Sędzia skłamał. I ksiądz skłamał! Był to on, ani wątpić mogła. On, ten sam, młody, piękny, ubrany w promienisty swej mundur, z piórem u głowy, z szablą przy boku!

— Phoebusie! — krzyknęła — Phoebusie mój!

I chciała ku niemu wyciągnąć ręce drżące z miłości i zachwycenia, lecz były już skrępowane.

Zobaczyła tedy, jak kapitan ściągnął brwi, a młoda ładna pani, wsparta na jego ramieniu, spojrzała nań oczami rozgniewanemi, z zacisniętemi wargami; poczem Phoebus wymówił kilka wyrazów, których cyganka nie dosłyszała, i młoda para usunęła się pośpiesznie za szklanne drzwi balkonu, które się wraz za nią i zamknęły.

— Phoebusie! — wołało dziewczę rwąc się jak szalone — alboż ty temu wierzysz?

Myśl potworna chłosnęła ją naraz po skroniach. Przypomniała sobie, że skazaną została za morderstwo na osobie Phoebusa de Chfiteaupers.

Wszystko znieść dotąd mogła. Ale ostatni ten cios zanadto był ciężkim. Padła na bruk jak nieżywa.

— No i cóż tak wielkiego! — rzekł Charmolue do oprawców. — Zanieść ją na wóz i basta. Czas kończyć.

Aż do ostatniej chwili nikt nie był zauważył, że i na galeryi posągów królewskich, wykutej bezpośrednio po nad ostrołukowemi spięciami trzech wejść frontowych katedry, znajdował się także widz jeden, widz dziwny, przypatrujący się wszystkiemu z taką dotąd nieruchawością, z szyją tak wyciągniętą, z twarzą tak bezkształtną, że gdyby nie strej przez połowę czerwony, a przez połowę fioletowy, możnaby go było wziąść za jedno z owych potworzysk kamiennych, paszczami których długie rynny katedralne rzygają od lat sześciuset wodę. Widz ten nie stracił ani jednego szczegółu z tego, co się od południa działo przed odedrzwiami Najświętszej Panny. W pierwszych już zaraz chwilach, kiedy ani przyszło komu do głowy nim się zajmować, silnie uwiązał był do jednej z kolumn galeryi gruby sznur węzłowaty, którego koniec dolny sięgał samego niemal poziomu stopni przedkatedralnych. Co uczyniwszy, zasiadł do spokojnej obserwacyi, którą od czasu do czasu przerwał gwizdnięciem, skierowanem do przelatującego szpaka. Raptem, w chwili gdy pomocnicy mistrza-oprawcy brali się do wykonania flegmatycznego rozkazu Jakóba Charmolue, widz ów zerwał się na nogi, przesadził balustradę galeryi, uchwycił za 6znur kolanami, stopami i rękami, i zanim wyjść kto mógł z osłupienia, jak kropla deszczu spływająca po szybie, stoczył się na dół; poczem z szybkością kota, który z dachu na ziemi się oparł, rzucił się ku katom, potężnemi łapami łby im do bruku przycapił, porwał cygankę jedną ręką jak dziecię lalkę, i tej-że chwili lamparcim ku katedrze poskokiem, znalazł się na progu świątyni. Wówczas uniósł omdlałą dziewczynę w górę, po nad swą głowę, i ryknął całą kościstą piersią że aż najdalsze zakątki placu powiekami mrugnęły:

— Miejsce święte! schronienie!

Stało się to tak szybko i tak gwałtownie, że gdyby się rzecz działa była w nocy, zdarzenie byłoby się przed oczami tłumów odrysowało na frontonie kościelnym jedną w zygzaki połamaną błyskawicą.

— Schronienie! wiwat! schronienie! — powtórzyły tłumy, i dziesięć tysięcy siarczystych oklasków odbłysło w jedynem oku Quasimoda wyrazem dumy i radości.

Huk ten i wstrząśnienie obudziły skazaną. Podniosła omdlałą powiekę, spojrzała na Quasimoda, i znów ją zaraz zamknęła, jakby przerażona widokiem swojego zbawcy.

Charmolue zgłupiał, oprawca główny także, strażnicy stali jak bałwany kamienne. W rzeczy samej, w obrębie kościoła Najświętszej Panny skazana była już nietykalną. Katedra posiadała przywilej ochrony i ratunku. Wszelka sprawiedliwość, wszelki sąd i władza kończyły się na jej progach.

ND-de-Paris-L8-Ch6-TroisCoeursD'HommeFaitsDifferement

Quasimodo zatrzymał się u wielkich podwoi. Grube jego nogi zdawały się być równie mocnemi na posadzce kościelnej, jak i ciężkie słupy romańskie. Wielki jego łeb rozczochrany zagłębiał się w ramiona jako łby lwów, które również mają grzywy, a prawie nic szyi. Trzymał młodą dziewczynę, drżącą jak listek, zwieszoną na jego mozolistych rękach jako draperya biała; ale trzymał ją z taką uwagą i ostrożnością, jakby się lękał, by mu się co z tego nie złamało, albo nie zwiędło. Czuł, rzekłbyś, że jest to przedmiot drogocenny, delikatny, wytworny, nie jego rąk godny. Czasami taki miał wyraz, jakby jej nawet nie śmiał dotknąć, bodaj oddechem. Lecz znów nagle chwytał ją w objęcia, przyciskał do swej kabłękowej piersi, jakoby swe dobro, jakoby swej skarb, jakoby dziecię to matka była ściskała. Oko wielkoluda, pochylone ku niej, oblewało ją strumieniami czułości, bólu i litości, a gdy się podniosło, jaśniało światłem przepełnione. Kobiety, patrząc na to, płakały i śmiały się z radości; tłumy z uniesienia tupały nogami, a w momencie tym Quasimodo istotnie promieniał... pięknością własną promieniał. I zaiste pięknym był wówczas ten podrzutek wzgardzony, sierota ten odepchnięty od świata, straszydło to upośledzone od Boga i ludzi; czuł się silnym i wspaniałym, patrzył prosto w żywe ślepie: społeczeństwu temu, którego był wygnańcem, a w którego sprawy mieszał się oto z taką potęgą, sprawiedliwości owej ludzkiej, ze szponów której wydarł ofiarę, wszystkim owym tygrysom zmuszonym teraz żuć i szczękać na głodno zębami, zbirom tylu, sędziom tylu, tym katom, całej tej podłej i nikczemnej zgrai, całemu temu śmieciu praw z racyi siły, na które plunął właśnie teraz z pogardą i oburzeniem, on biedak i niedołęga — działający mocą Bożą i pod opieką imienia Najświętszej Panny...

I w każdym razie rzecz ta była wzruszająca, owa pomoc spadająca z rąk istoty tak kalekiej na istotę tak nieszczęśliwą, owo wybawienie skazanej na śmierć cyganki przez potwornego dzwonnika. Miałeś tu dwie ostateczne nędze przyrody i społeczeństwa, stykające się z sobą i wspierające się wzajem.

Po kilku atoli minutach tryumfu i upojenia w obliczu nieba i ludzi, Quasimodo żywo zawrócił naraz z ciężarem swoim, i w głąb się kościoła zapuścił. Lud, rozmiłowany w każdej tego rodzaju nadzwyczajności, szukał garbuska oczami pod ciemną nawą i żałował, że tak prędko umknął przed oklaskami. Nagle ujrzano dzwonnika na jednym z rogów galeryi królów Francyi; pędził po niej wzdłuż jak wściekły, podnosząc w rękach swą zdobycz i wrzeszcząc: „Opieka! Schronienie! Nowe okrzyki potwierdzenia wzbiły sio po nad tłumy. Poczem przebiegłszy galeryę, garbus skrył się znowu we wnętrzu kościoła. Chwilkę później zjawił się poraz drugi, już na krużganku przydzwonnicznym, zawsze z cyganką na barkach, w pędzie szalonym i z okrzykiem: „Schronienie!! A lud huczał i rozpływał się z zadowolenia. Nareszcie, po niejakim czasie Quasimodo raz jeszcze się pokazał, tuż na samym szczycie wieży wielko-dzwonnicznej; ztąd całej stolicy, całemu światu chrześciańskiemu zdawał się chcieć dumnie okazać tę, którą ocalił, a głos jego gromki, tak rzadko słyszany przez innych, nigdy przez niego, po trzykroć z płomiennym zapałem, ku samym aż obłokom zawołał:

— Schronienie! opieka! wolność!

— Górą nasi! — odwrzasnął lud ze swojej strony — brawo! Niech żyje! — a nie objęty ten okrzyk dostał się i na drugi brzeg Sekwany, na Plac-Tracenia, gdzie niepomiernie zdziwił tłumy, wraz z worecznica oczekujące na widowisko końcowe, ze wzrokiem w szafot wlepionym.





KSIĘGA DZIEWIĄTA.

ND-de-Paris-L9-Ch1

I. Gorączka.

Nie było już Klaudyusza Frollo w katedrze, kiedy jego syn przybrany tak niespodziewanie rozcinał węzeł fatalny, którym niefortunny archidyakon siebie i cygankę oplatał. Skoro tylko wrócił do zakrystyi, zerwał wraz z siebie komżę, kapę i stułę, cisnął wszystko na ręce osłupiałego sługi kościelnego, wymknął się boczną furtką z klasztoru, kazał rybakowi Wygonu przewieźć się na brzeg lewy Sekwany, i sam nie wiedząc dokąd dąży, zapuścił się w pagórkowate uliczki Wszechnicy, gdzie na każdym kroku drogę mu zagradzały gromady mężczyzn i kobiet, śpieszące wesoło ku mostowi Ś-go Michała, w nadziei, ze się jeszcze przybędzie na czas, by ujrzeć wieszanie czarownicy. Szedł tak gdzie oczy go wiodły, zbłąkany, bardziej rozdrażniony, ślepo gniewny i stargany niż ptak nocny, puszczony w lot śród dnia białego, ścigany przez kupy dzieciaków. Nie mógł już sobie zdać sprawy, ani gdzie się znajduje, ani o czem myśli, ani czy roi na jawie lub we śnie. Szedł, zwracał się, biegł, rzucał się na wszystkie strony, bez oglądania się na ulice, które przed sobą spotykał, wciąż tylko popychany naprzód przez Plac Tracenia, straszny Plac grevski, który niewyraźnie czuł za sobą.

Przedarł się w ten sposób przez kręte ulice góry S-ej Genowefy i wyszedł nareszcie z miasta przez bramę Ś-go Wiktora. Nie przestał jednakże uciekać, dopóki oglądając się widział za sobą opaskę wież Wszechnicy i rzadkie domy przedmieścia; ale gdy w końcu niewielkie zagłębienie gruntu całkowicie ukryło za nim wstrętny ten Paryż, gdy już mógł roić, że o sto mil go za sobą zostawił, że się znalazł sród pól na pustyni, zatrzymał się wtedy, i zdawało mu się, że odetchnął.

Okropne myśli opanowały go teraz. Jasno przejrzał w swej duszy i zadrżał. Stanęła mu w pamięci nieszczęsna ta dziewczyna, która go zgubiła i którą on zgubił. Powiódł wzrokiem obłąkanym po zgmatwanej tej, a podwójnej drodze, kędy fatalność pędziła ich losy aż do punktu przecięcia się, gdzie takowe jeden o drugi zgruchotała. I począł rozmyślać o niedorzeczności ślubów wiekuistych, o próżności celibatu, o zarozumiałości nauki, teologii, cnoty, o bezpożyteczności istoty wszechbytu. Zapamiętale się nurzał w czarnych myślach, a im bardziej się w nie zagłębiał, tem żywiej czuł, jak w jego duszy śmiech szatański wybucha.

A gdy grzebiąc się w ten sposób w swem sercu, postrzegł jak szerokie w niem miejsce zostawiła przyroda dla namiętności, jął jeszcze bardziej drwić i szydzić. Poruszył w swem wnętrzu wszystką nienawiść, wszystką złość, do jakiej był zdolny; i uznał z najzupełniejszą krwią zimną lekarza badającego chorobę, że złość owa nie była czem innem, jak tylko miłością skrzywioną; że miłość, źródło wszelakiej cnoty w mężczyźnie, wyradzała się w duszy niepowołanej, na rzeczy potworne, i że człowiek, z takiem jak on usposobieniem idący na księdza, stać się musi szatanem. Wówczas zaśmiał się przeraźliwie, pobladł nagle, spojrzawszy na najczarniejszą stronę fatalnej swej namiętności, na tę miłość pożerającą, zjadliwą, nienawistną, nieubłaganą, która się szubienicą skończyła dla niej, piekłem dla niego: ją skazała na śmierć z rąk kata, jego uczyniła potępieńcem.

I znowu śmiech mu wrócił na samo wspomnienie, że Phoebus żyje, ie bądź co bądź nie zginął, że jest wesoły i zadowolony, nosi się śliczniej i szykowniej niż kiedybądź, i ma nową kochankę, którą wodzi na widowisko wieszania kochanki starej. Sarkazm w nim się podwoił, gdy rozważył, że ze wszystkich istot żyjących, których śmierci pragnął, którym śmierć przygotował lub przygotowywał, sama tylko cyganka, jedyna istota od nienawiści jego wolna, ciosu nie uniknęła.

Od rotmistrza rozżalone jego marzenia przeniosły się z kolei na lud, i opanowała go zazdrość niesłychanego rodzaju. Dusiła go myśl, że pospólstwo nawet, całe paryzkie pospólstwo, miało przed oczyma kobietę, którą on kochał, a miało ją w jednej niemal koszuli, oniemal nie nagą. Załamywał ręce na przypuszczenie jedno, że dziewczyna ta, której sam tylko obraz oglądany przezeń samotnie, bodajby pod zasłoną zamroczych cieniów, byłby zdolnym zapewnić szczęście niewysłowionę, że niewiasta ta rzuconą została w dzień biały, w południe pełne, na pastwę rozbestwionych oczu tłuszczy ciekawej. Płakał ze wściekłości nad wszystkiemi temi misteryami uczuć człowiekowi najdroższych, zbezczeszczonemu zbrudzonemi, osławionemi i opiętnowanemi na zawsze. Zalewał się łzami goryczy i zemsty bezsilnej, wyobrażając sobie, ile to spojrzeń niecnych szperało bezwstydnie, otwarcie, pod gołem niebem, w zmarszczkach tej źle spiętej bielizny. Piękne to dziewczę, ta lilia panieństwa, drogocenna ta czasza słodyczy i wstydliwości, do którejby nie śmiał był ust zbliżyć bez drżenia, obróciła się tym sposobem w gatunek jakiegoś kubka publicznego, z którego najczarniejszy motłoch paryzki, złodzieje, żebracy, pachołki, pili wspólnie rozkosz bezczelną, zbrukaną i wyuzdaną.

Gdy zaś usiłował utworzyć sobie pojęcie szczęścia, jakieby posiąść mógł był na ziemi w razie, gdyby ona nie była cyganką, a on nie był księdzem, gdyby Phoebus nie istniał, a ona jego samego, Klaudyusza, chciała pokochać: gdy sobie przedstawiał, że i dla niego również byt cichy i miłością promienny, mógłby się był uśmiechnąć; że w tej samej nawet oto chwili znajdowały się na świecie pary szczęśliwe, niepamiętnie oddane długim rozmowom śród gajów figowych i pomarańczowych, nad brzegami strumyków, w obec zachodzącego słońca i powstającej nocy gwiaździstej, i że gdyby wyroki opatrzne nie chciały mieć były inaczej, on mógłby był z nią właśnie stanowić jedne z takich par ubłogosławionych, — gdy sobie to wszystko rozważał, serce jego, obrazami takiemi podniecone, zapływało czułością i rozpaczą.

Ach, taki to ona! o niej to myśl nieprzebłagana, nieodżegnana, wracała ustawicznie, ona go wciąż tak dręczyła, w mózg mu się wpijała, wnętrzności mu rozdzierała. Tego co zrobił nie żałował; nie ubolewał nad tem, co się stać miało i stało; tak jak postąpił, gotów był postąpić i teraz jeszcze; wolał dziewczynę tę widzieć w"rękach kata, niźli w objęciach rotmistrza. Ale cierpiał; cierpiał do tego stopnia, że bywały chwile, iż sobie włosy garściami darł z głowy, i patrzał azali nie posiwiały.

W liczbie innych, był i taki moment, kiedy mu przychodziło do głowy, że w owej to być może właśnie sekundzie ohydny łańcuch, widziany z rana, zaciskał żelaznym swym węzłem wdzięczną i wątłą szyję dziewczęcia. Myśl ta oblewała go potem śmiertelnym.

Innym razem, acz wciąż rozchychotany w sobie szatańsko, odtwarzał w duchu postać tej Esmeraldy, którą po raz pierwszy ujrzał na placu katedralnym, żywą, wesołą, swobodną, ustrojoną, skaczącą, skrzydlatą, powiewną, i tuż zaraz zestawił ją z postacią Esmeraldy dnia ostatniego, z postronkiem na szyi, w jednej koszuli, wstępującą zwolna bosemi stopami na Stromą drabinkę szubienicy; podwójny ten obraz odbijał się na jego sumieniu w taki sposób, że go z krzykiem przeraźliwym odsunął od siebie.

Podczas gdy rozpaczliwa ta burza wywracała, łamała, rwała, gięła, wypleniała wszystko, co w jego duszy znalazła, on spojrzał przypadkiem na przyrodę do koła siebie. U stóp jego, kury kwokcząc grzebały w śmietnikach, chrząszcze połyskujące wylatywały ku słońcu; po nad głową kilka gromad obłoków szarych, kłębiasto sunęły po błękitach niebios; na widnokręgu wieża opactwa Ś-go Wiktora przecinała poziom wyniosłości okolicznych łupkowym swym obeliskiem, a tuż niedaleko młynarz z Wysokich-Wiosek pogwizdując, przyglądał się obrotowi skrzydeł-robotnic swojego młyna. Widok całego tego życia ruchliwego, uporządkowanego, spokojnego, roztaczającego się przed nim w tysiącznych kształtach, zamiast ulgi, nową tylko boleść do piersi mu wtłoczył. Począł biedź znowu.

Pędził tak przez pola aż do wieczora. Ucieczka ta od natury, od życia, od siebie samego, odludzi, od Boga, od wszystkiego, trwała popołudnie całe. Niekiedy rzucał się twarzą na ziemię i paznogciami szarpał zboże młode. Niekiedy znowu zatrzymywał się na skraju wsi opuszczonej; myśli ciążyły mu tak okropnie, że chwytał się obiema rękami za głowę i usiłował wyrwać ją z ramion, jakby w zamiarze roztrzaskania gdziekolwiek o kamień.

Jakoś około zachodu słońca raz jeszcze zajrzał w głąb' swego jestestwa, i przekonał się, że niewiele mu brakło do obłąkania. Huragan trwający w nim od chwili, w której stracił nadzieję i chęć wybawienia cyganki, huragan ten nie pozostawił na dnie jego sumienia ani jednego zdrowego pojęcia, ani jednego jaśniejszego wrażenia.

Rozum leżał prawie do szczętu złamany i znicestwiony. Umysł zachował dwa tylko wyobrażenia wybitniejsze: Esmeraldę i szubienicę; wszystko inne było czarne. Dwa te obrazy, zbliżone do siebie, tworzyły gruppę przerażającą; im więcej wytężał resztki rozwagi i myślenia, tem więcej kształty owe wyrastały w jego oczach, prawem fantastycznej jakiejś postępni, tamten na coś nieskończenie pięknego, wdzięcznego, czarującego, świetlanego, ten znowu na coś bezdennie strasznego i ohydnego; tak, iż w końcu Esmeralda przedstawiała mu się gwiazdą promienną, a szubienica olbrzymią jakąś, ogołoconą z ciała prawicą.

Rzecz godna uwagi: przez ciąg trwania całej tej tortury, myśl samobójstwa ani razu przed nim rzetelnie nie stanęła. Taką już była natura nędznika. Cenił życie. Być też może, że doprawdy widział piekło przed sobą.

Dzień tymczasem coraz bardziej zbliżał się ku końcowi. To co w nim żyjącego pozostało jeszcze, instynktownie dopomniało się o powrót. Sądził, iż był daleko od Paryża; rozejrzawszy się atoli baczniej spostrzegł, że tylko okrążył do koła mury Wszechnicy. Wieża Ś-go Sulpicyusza i trzy wysokie dzwonnice Ś-go Germana od Łąk sterczały nad widokręgiem na prawo. Podążył w tę stronę. Posłyszawszy okrzyk: kto idzie ? strażników opata, rozstawionych w krąg obronnej ściany klasztoru, zawrócił w bok. skierował się pierwszą ścieżką, którą przed sobą znalazł między młynem opackim i szpitalem przedmiejskim, a po kilku minutach znalazł się na brzegu Gaiku-palestrzańskiego. Gaik ów słynął z awanturek i hałasów, kipiących w nim dniem i nocą; była to hydra dla bogobojnej zakonnej braci od Ś-go Germana. Quod monachis Sancti-Germani pratensis hydra fuit, clericis nova semper discidiorum capita suscitantibus. Archidyakon bał się spotkać tu z kimkolwiek; lękało go każde ludzkie oblicze; wyminął Wszechnicę, obszedł okopisko Saint-Germain; pragnął teraz wejść do miasta jak można najpóźniej. Przemknął tedy wzdłuż wybrzeża Palestrzańskiego-Gaiku, obrał drożynkę odludną, by się nie natknąć na Nowoboże i dotarł nareszcie do brzegu rzeki. Tutaj dom Klaudyusz znalazł przewoźnika, co mu za kilka soldów paryzkich dostać się pomógł pod górę Sekwany, aż do wystającego klina Grodu, gdzie go wysadził tuż obok owego pustego pasa gruntu, przy którym czytelnik widział już rozmarzonego Gringoire'a obok pasa, który się wydłużał aż po za ogrody królewskie, równolegle do Wyspy-Pastuszej. Monotonne kołysanie łodzi i szmer fal rzecznych, jakby uśpiły nieszczęśliwego Klaudyusza. Kiedy się przewoźnik oddalił, on pozostał osłupiały na zaspach nadrzecznych, patrząc bezmyślnie przed siebie ; przedmioty przedstawiały mu się w jakichś kształtach rozhuśtanych i powydłużanych, tworzących rodzaj gry fantasmagorycznej. Zdarza się niekiedy, że zmęczenie sprawione boleścią wielką, oddziaływa w podobny sposób na umysł.

Słońce kryło się już za wysoką wieżę Nesle. Mrok zapadał. Niebo było białe, białawą rzeka. Między niebem a rzeką, lewe wybrzeże Sekwany, na które spoglądał, rozpromieniało na widnokręgu tułów swej ciemny, i zwężając się coraz bardziej perspektywicznie, ostrym klinem rozcinało mgły oddalenia, niby olbrzymia piramida czarna, obciążona domami, których same tylko kontury ciemne ostro się uwydatniały na jasnem tle nieba i rzeki. Gdzieniegdzie okna migotać zaczynały światełkami, jako dziurkowate oczka rozpalonego żelaznego pieca. Niezmierny ten obelisk czarny, odosobniony w ten sposób pośród białych płacht firmamentu i Sekwany, bardzo szerokiej w tem miejscu, wywołał na dom Klaudyuszu wrażenie szczególne, podobne do tego, jakiegoby doznał człowiek, który położywszy się na wznak u stóp dzwonnicy strasburgskiej, patrzał na ogromną i wysoką jej wieżę, strzelającą mu po nad głową w światłocień zmroku. Z ta różnicą, że tutaj Klaudyusz stał, a obelisk leżał; ponieważ jednak rzeka, odzwierciadlając niebo, przepaścisto przedłuża pod nim powietrzną próżnię, olbrzymi zatem przylądek równie szeroko i zamaszysto roztaczał się na błękitnawo-szarem tem morzu, jak katedralna wieża stolicy alzackiej na przestworzach podobłocznych, sprawiając ten sam skutek. Wrażenie owo tem nawet było dziwniejsze i głębsze, że archidyakon miał tu zaprawdę dzwonnicę strasburgską przed sobą, ale dzwonnicę wysoką na dwie mile, coś niesłychanego, tytanicznego, nieobjętego; gmach, jakiego żadne jeszcze oko ludzkie nie widziało, wieżę Babel. Kominy domów, strzelniczne zagłębienia baszt okopowych, kolczate szczyty dachów, dzwonniczka Augustyanów, wieża Nesle, wszystkie te ostre wydatności gmachów, szczerbiące profil kolosalnego obeliska, wzmagały obłęd optyczny, dziwacznie igrając w oku wycinkami rzeźby gęsto-strzępiastej i fantastycznej. W stanie halucynacyi, w jakim się znajdował, Klaudyusz był pewien, że widzi, na własne żywe oczy widzi, świątynię piekieł; tysiące świateł rozrzuconych na całej powierzchni przerażającego gmachu wydały mu się tyloraż otworami niezmierzonego wewnętrznego ogniska, glosy zaś i pomruki, ztamtąd się wyrywające, krzykami i rzężeniami dusz potępionych. Wówczas, zdjęty strachem, uszy sobie zatkał rękami by nic nie słyszeć, odwrócił się tyłem by nic nie widzieć, i szybkiemi kroki oddalił się od okropnego przywidzenia.

Ale przywidzenie było w nim samym.

Gdy wszedł w ulice, przechodnie poruszający się przy kagańcowych pobłyskach sklepowych wystaw tworzyli w jego oczach jakieś mrowisko widm i cieniów, tłukących się w jedne i drugą stronę. W uszach huczało mu i turkotało jak w tartaku; mary naprzykrzone a ciężkie, umysł mu obsiadały. Nie widział ani domów, ani bruku, ani wozów, ani mężczyzn lub kobiet, a tylko zamęt przedmiotów nieokreślonych, które się z sobą rębami zlewały. Na rogu ulicy Bednarskiej znajdował się sklepik korzenny, którego daszek, zwyczajem przechowanym od niepamiętnych czasów, oczepiany był na około krążkami blaszanemi, ze zwieszającym się od nich frędzlatym pasem świeczek drewnianych, które się trącały na wietrze i jak kastaniety klaskamy. Jemu się wyobrażało, że posłyszał chrzęst pęku szkieletów u szczytu Góry-Sokolej.

— O! — zgrzytnął — wicher nocny tłucze je jedno o drugie, i miesza szczęk łańcuchów z chrupaniem ich kości. Ona jest może tam, śród tych wisielców!

Stracił głowę do reszty, i sam już nie wiedział dokąd szedł. Zrobiwszy parę kroków, znalazł się na moście Ś-to-Michalskim. Świeciło się w jednem z okienek dolnych i zbliżył się ku niemu. Przez potłuczone szyby ujrzał ciupę brudną, która zgmatwane jakieś wspomnienia w nim obudziła. W izdebce tej, źle oświetlonej lampką mizerną, siedział przy stole młodzieniec jasnowłosy i świeży, z rozweseloną twarzą, obejmujący przy serdecznych wybuchach śmiechu dziewkę młodą, czupurną i bezczelnie w gałganki ustrojoną ; w pobliżu lampki staruszka garbata przędła kądziel i wyśpiewywała jakiś różaniec łysogórski głosem ochrypłym. Ponieważ dziarski chłopczyna wybuchy śmiechu urywał od czasu do czasu dla figlów, pieśń starej dochodziła kawałkami do uszu księdza; było to coś ciemnego i ohydnego zarazem:


Warcz kądziałko! kat psia wiara
Kiedyś tobą się poszczyci:
Nitka twoja szorstka, szara,
Lecz postronek będzie z nici.
Orze, picie ludziom grzędę
Sam Lucyper pod konopie :
Ja gdy swej zagonik skopię
Komornicą jego będę.
Szubieniczko grevska stara!
Nie poskąpi nam czart mienia,
Toż wciąż szczepi w pokolenia
Miłość kruczków i pubara.
Warcz-że, kręć się, nitko szara,
Ja cię karmię śliną, potem,
Za toż spoi ciebie wiara
Krwią swą, winem krasno-złotem...


Tu młodzieniec klasnął całusem w usta dziewki i śmiechem się zaniósł. Staruszką była Falurdeiowa, dziewką zwykła ulicznica miejska, młodzieńcem brat archidyakona, Jehan.

Klaudyusz nie przestawał patrzeć. To czy owo widowisko, dla niego było wszystko jedno.

Jehan powstał właśnie, i podszedł ku okienku, znajdującemu si; w głębi ciupy, otworzył je, powiódł wzrokiem po nadbrzeżnych domach, w których zdala pobłyskiwały tysiączne szyby oświetlone, i rzekł zamykając:

— Na młode latka matki Falurdelowej! noc już na dworze. Łyczak] zapalają świeczki, Bozia gwiazdy.

Poczem chłopiec wrócił do dziewki, rznąwszy po drodze o ziemię próżną flaszą, która stała na stole.

— Do trzystu beczek! — zawołał — już pusta! a tu ani feniga w kieszeni, lzabelko, duszko moja, klnę ci się na żywot matki, że nie będę rad z Jupitera, dopóki nie przemieni dwóch tych twoich brodaweczek białych na dwa czarne dzbany, z których ciągnąć będę winko bońskie, jak bąk, we dnie i w nocy.

Miluchny ten żarcik rozśmieszył dziewkę, a Jehanek wyszedł.

Dom Klaudyusz tyle tylko miał czasu, co upaść na ziemię, by się twarz w twarz nie spotkać z braciszkiem i nie być przezeń poznanym.

Na jego szczęście ulica była ciemna, a żak pijany. Jehan atoli dojrzał archidyakona leżącego na bruku w kałuży.

— Oho! — powiedział — ten to chyba dnia dzisiejszego nie stracił na czczo.

Potracił nogą dom Klaudyusza, który oddech zataił.

— Na smierć! do nitki! — zauważył. — Jak mamę kocham pełniusieńki. Prawdziwa pijawka oderwana od beczki... Łysak jakiś — dodał nachylając się — starowina. Fortunate senex!

Poczem Klaudyusz posłyszał, że się urwis oddalił, powiadając:

— Bądź co bądź, rozum rzecz to wcale piękna, i brat mej archidyakon szczęśliwym być musi, że taki skromny i pieniądze ma.

Archidyakon zerwał się czemprędzej i co tchu pędził ku NotreDame, której ogromne wieże widział w mroku wznoszące się po nad domy.

W chwili, gdy cały zdyszany wbiegał na Plac przedkatedralny, zatrzymał się naraz, cofnął i nie śmiał oczu podnieść na gmach złowrogi.

— Jest-że rzeczą możebną — rzekł do siebie z cicha—by coś podobnego stało się tutaj, dziś, tego właśnie rana?

Spróbował jednak spojrzeć na kościół. Fronton był ciemny; niebo z tyłu iskrzyło się gwiazdami. Półobrączkowy księżyc, który tylko co wysforował się był na widnokrąg, w tej chwili zatrzymał się u szczytu wieży prawej i siadł, zdawało się. jako ptak świetlany, na brzegu balustrady gałęzisto wycinanej.

Drzwi klasztorne były zamknięte; ale archidyakon przy sobie zawsze nosił klucz od wieży, w której się znajdowała jego pracownia. Przy jego pomocy dostał się do wnętrza katedry.

W kościele znalazł ciemność i milczenie jaskini. Po grubych cieniach, spadających ze wszech stron szerokiemi płachtami, poznał, że nie zdjęto jeszcze obchodowych obić tego poranka. Wielki krzyż srebrny migotał w głębi, usiany pobłyskującemi punkcikami, jako droga mleczna nocy tej grobowej. Podłużne okna głównego przyołtarzowego chóru wychylały z pod czarnych zasłon ostrołukowe swe wierzchołki, których mleczne szyby, przeszyte promieńmi księżyca, miały już tylko niepewny kolor nocy, coś nakształt fioletu, białego i błękitnawego, jakby odblask który spotykamy jedynie na twarzy umarłych. Archidyakonowi się zdało, spoglądając dokoła chóru na blade te odcinki ostrołukowe, że patrzy na infuły potępionych biskupów. Przymknął powieki, a gdy je napowrót otworzył, widziało mu się, jakoby cały szereg twarzy nieboszczyków jemu samemu z kolei się przyglądał.

Począł biedź przez kościół. Uroiło mu się wtedy, że i katedra się poruszyła, zatrzęsła, ożywała, ożyła; że wszystkie grube kolumny stały się ogromnemi łapami, tłukącemi o posadzkę szerokiemi swemi kamiennemi kopytami, i że gmach olbrzymi zamienił się na rodzaj nadzwyczajnego jakiegoś słonia, który oddychał i postępował, mając slupy za nogi, dwie wieże za trąbę, a niezmierną zasłonę żałobną za czaprak.

Gorączka, czy obłąkanie doszły więc w nim do tego stopnia natężenia, że świat zewnętrzny był już tylko dla nieszczęśliwca gatunkiem Apokalipsy, widzialnej, dotykalnej, przerażającej.

Doznał na chwilę ulgi. Zasunąwszy się pod sklepienie nawy bocznej, postrzegł z po za ciężkich kolumn czerwonawy odblask światełka. Rzucił się ku niemu, jak ku gwiaździe. Była to lampka maleńka, oświecająca we dnie i w nocy brewiarz publiczny Najświętszej Panny, osłonięty splotami kratek żelaznych. Rzucił się z upragnieniem na świętą księgę w nadziei, że w niej znajdzie jakąś pociechę lub zachętę jakąś. Księga otwartą była na tym oto ustępie Hioba, który przebiegł źrenicą nieruchomą:

„I duch przeszedł przed obliczem mojem, i słyszałem tchnienie słabe, i włosy powstały na ciele mojem”.

Przy czytaniu słów tych ponurych, doznał najprzód dziwnie ostrego jakiegoś wrażenia; drgnął jak ślepy, gdy poczuje nagłe ukłócie kija podniesionego z ziemi. Wspomniawszy zaś tę, która dnia tego umarła, nogi się pod nim zachwiały i bezwładnie się usunął na posadzkę. Mózg mu rozpierały, po głowie się mu zataczały kłęby tak potwornego jakiegoś dymu, że czaszkę swą brał za komin piekielny.

Zdaje się, że czas niemały zostawał w tem położeniu, bez czucia, bez zmysłów, przybity i jakby przyduszony dłonią szatana. W końcu wróciło mu trochę sił; pomyślał o schronieniu się w wieży, przy boku wiernego swego Quasimodo. Podniósł się; a że strach go obejmował, wziął, by sobie drogę oświetlić, lampkę od brewiarza. Było to świętokradztwo; ale na takie drobiazgi nie mógł już zważać w chwili obecnej.

Począł zwolna wstępować na wschody wieży, pełen tajemnego przerażenia, które światełko mistyczne, pnące się o tak późnej porze ze strzelnicy na strzelnicę ku dzwonnicznemu szczytowi, roztaczało aż na rzadkich przechodniów placu przedkatedralnego.

Naraz poczuł coś zimnego na twarzy i znalazł się u drzwi ostatniej pod górę galeryi. Powietrze było chłodne; niebo zapływało obłokami, których szerokie białe ręby zachodziły jedne na drugie, łamiąc się kątami; przedstawiało jakby rzekę pędzącą krę popękaną. Bogaty księżyc, osiadły pośród obłoków, podobnym był do okrętu podniebnego, zapartego w lody powietrzne.

Pochylił głowę i przypatrywał się czas jakiś przez szereg kolumn łączących dwie wieże, a skroś siatkowej opony mgieł i dymów, milczącym gromadom dachów Paryża, ostrych, niezliczonych, ściśniętych i zdrobniałych, jako fale morza spokojnego w noc letnią.

Księżyc rzucał promienie sinawe, nadające niebu i ziemi jednostajnie spopielała barwę.

Zegar w tej chwili począł wywodzić cienkie i zgrzytliwe swe tony.

Wybiła północ. Dom Klaudyuszowi stanęło w myśli południe. Dwunasta wracała.

— Ach! — rzekł do siebie z cicha — już zapewne teraz jest zimna.

Silniejszy podmuch wiatru zgasił mu nagle lampkę, i tej-że samej niema! chwili ujrzał zjawiający się na przeciwnym rogu wieży cień jakiś, kształt, postać w bieli, niewiastę. Drgnął. Czuł, że nie śnił.

Tuż obok mary znajdowała się mała koza, mieszająca płaczliwy głos swej z ostatniemi oddźwiękami zegara.

Odważył się spojrzeć. Ujrzał ją, ją samą. Była bladą i zachmurzoną. Włosy spadały jej na ramiona tak, jak z rana; ale już sznurek znikł z szyi, ręce miała rozwiązane: była wolną, była nieboszczką.

Ubranie miała na sobie białe, biała zasłona spadała jej z czoła. Szła ku niemu, zwolna, patrząc w niebo: koza nadprzyrodzona postępowała za nią. Uczuł się ciężkim jak z kamienia i nie był w stanie uciekać. Za każdym jej krokiem naprzód, on robił krok w tył, nic więcej. Zasunął się w ten sposób aż pod ciemne sklepienie schodów. Kostniał na samą myśl, że ona także podąży tu może za nim; gdyby się to było stało, byłby niezawodnie skonał z trwogi.

Ona tymczasem zbliżyła się tylko do wejścia na schody, zatrzymała się moment przy nich, głęboko popatrzyła w cień, i poszła dalej. Wydała mu się słuszniejsza, niż za życia; księżyc przeświecał przez jej sukienkę; słychać było jej oddech.

Gdy się oddaliła, on począł zstępować ze schodów; zwolna, spokojnie, wzorem widma, które mu się pokazało — sam siebie brał już bowiem za upiora — struchlały, dziki, z najeżonemi włosami, ze wzrokiem obłąkanym, wciąż ze zgaszoną lampką w ręku; i schodząc tak po stopniach kręcących się w śrubę, dobitnie wciąż słyszał w uchu powtarzający się szyderczo głos jakiś:

„I duch przeszedł przed obliczem mojem, i słyszałem tchnienie słabe i włosy powstały na ciele mojem”.



ND-de-Paris-L9-Ch2

II. Garbaty, jednooki, kulawy.

Każde miasto w wiekach średnich, a do Ludwika XII każde miasto we Francyi, posiadało własny przybytek ochronny. Śród powodzi ustaw karnych i barbarzyńskich prawodawstw, zapływających grody, miejsca owe były rodzajem wysp, unoszących się po nad powierzchnią sprawiedliwości ludzkiej. Najcięższy zbrodzień, dopadłszy tu, był ocalonym. Po okręgach sądowych tyleż prawie miałeś ochron, co placów tracenia. Było to nadużycie bezkarności obok nadużycia męczarni, rzecz zła obok rzeczy złej, jakoby nieodłączna jej wzajemnica naprawna. Pałace królewskie, dwory książęce, kościoły przedewszystkiem, miały przywilej przytułku. Niekiedy całe jedno miasto, potrzebujące zaludnienia, czyniono tymczasowo miejscem ucieczki. Ludwik XI uczynił Paryż ochroną w r. 1467.

Raz stanąwszy w przytułku, zbrodniarz był osobą nietykalną; ale trzeba było trzymać się go święcie, rękami i nogami; krok jeden na zewnątrz przybytku, rzucał chroniącego się na pełne fale odpowiedzialności. Szubienica, kołowrotek, pręgierzyk Ś-go Wita, ciasno blokowały każdą świątynię ratunkową, bezustanku czatując na ofiary, jako rekin dokoła okrętu. Widziano skazanych, którzy wiek swój cały spędzili po klasztorach, na schodach pałaców, w zakolu opactwa, pod portykiem kościelnym; tym sposobem ochrona była więzieniem nie gorszeni od innych. Zdarzało się czasami, że na mocy uroczystego wyroku trybunału gwałcono przytułek, i skazany wracał na ręce kata; ale rzecz to była rzadka. Parlamenta lękały się biskupów; ilekroć zaś toga sądowa szła w zawody z sutanną, blaskowi jej nie tak łatwo było wyjść z tryumfem. Bywały wszakże i takie wypadki, w których , jak naprzykład w sprawie morderców Małego - Janka, kata paryzkiego, lub w sprawie Emeryka Rousseau, zabójcy Jana Vallereta, sprawiedliwość przeważyć umiała miłosierdzie, i bez względu na opozycyę Kościoła, wyrokom swym wykonanie zapewnić; ale na wszystko to trzeba było — powiadamy — osobnego postanowienia parlamentu, bez czego, biada śmiałkowi, któryby zbrojną ręką zgwałcił miejsce ochrony! Wiadomo, jaki był koniec Roberta Clerraont, marszałka Francyi i Jana Chalons, marszałka Szampanii; chodziło tu wszakże tylko o niejakiego Marka Perrin, pachołka bankierskiego, nędznego mordercę; lecz właśnie dwaj marszałkowie wyłamali podwoje kościoła St.-Móry: w tem była cała potworność.

Przytułki otaczała taka cześć bogobojna, że, jeżeli wierzyć mamy podaniom, zwierzęta nawet jej ulegały. Opowiada Aymoin, że gdy pewnego razu, jeleń uciekający przed chartami Dagoberta, przypadł do grobowca Ś-go Dyonizego, pogoń zatrzymała się nagle, skowycząc i wyjąc.

Kościół uprzywilejowany posiada zwykle izdebkę przygotowaną do przyjęcia błagających o ratunek. W roku 1407 Mikołaj Flamel kazał dla nich zbudować po nad sklepieniami Ś-go Jakóba-u-Rzeźni komnatę, która go kosztowała cztery liwry sześć soldów szesnaście denarów paryzkich.

W katedrze Najświętszej Panny izdebka taka znajdowała się u wierzchołkowego zejścia naw bocznych, pod nabłękowemi filarami, naprzeciwko klasztoru, w tem akurat miejscu, gdzie zona obecnego oddźwiernego założyła sobie ogródek warzywny, który tak się ma do wiszących ogrodów babilońskich, jak pietruszka do palmy, jak oddźwierna do królowej Semiramis.

Tutaj to Quasimodo złożył Esmeraldę, zakończywszy szalony a tryumfalny swój bieg przez galerye dzwonniczne. Dopóki bieg ów trwał, biedne dziewczę nie mogło przytomności odzyskać; na poły senną i na pół czuwająca, nie pojmowała nic co się w około niej działo, okrom tego, że się podnosiła w powietrze, że po niem pływała, że w niem jak na skrzydłach leciała, że ją coś unosiło ponad ziemią. Od czasu do czasu posłyszała tylko wybuch radosnego śmiechu, potężny głos Quasimoda rozlegający się nad jej uchem; otwierała powieki; widziała wtedy niewyraźnie pod sobą Paryż pocentkowany tysiącznemi łupkowemi i ceglanemi dachami, niby mozaikę czerwono-błękitnawą, nad swoją zaś głową przerażającą a rozradowaną twarz Quasimoda. Poczem powieki się jej zamykały napowrót; mniemała, że już jest po wszystkiem, że ją uduszono podczas omdlenia, i że zły duch niedolą jej kierujący porwał ją i zmykał. Nie śmiała nań spojrzeć i bezbronnie losowi swemu była posłuszną.

Ale gdy dzwonnik katedralny, zdyszany i rozczochrany, złożył ją w izdebce ochronnej, gdy poczuła grube jego ręce ostrożnie rozwiązujące powrozy, co ciało jej targały, doznała coś w rodzaju owego wstrząśnienia, które śród ciemnej nocy budzi podróżnych na statku przybijającym do brzegu. Pojęcia jej obudziły się również, wyobrażenia wracały powoli jedne po drugich. Ujrzała, że jest w katedrze Najświętszej Panny: przypomniała sobie, że wyrwaną została z rąk kata, że Phoebus żył, że Phoebus już jej nie kochał, i dwie te myśli, z których jedna tyle goryczy lała na drugą, tak razem ostro ścisnęły serce biednej skazanej, oblały ją takim chłodem rzeczywistości, że oprzytomniona zwróciła się do Quasimoda, stojącego przed nią, i bojaźliwie go zapytała:

— Po co-żeście mię ratowali?

On patrzał na nią z niepokojem, jakby w chęci odgadnienia co mu mówiła. Dziewczę powtórzyło pytanie. Rzucił wtedy na nią spojrzenie pełne głębokiego smutku i uciekł.

Ją ogarnęło zdziwienie.

W kilka chwil powrócił, z zawiniątkiem w ręku, które pod jej stopy podrzucił. Była-to odzież złożona dla ocalonej na progu świątyni przez kilka litościwych kobiet. Pojrzała wtedy po sobie, i ujrzawszy się prawie obnażoną, żywym się oblała rumieńcem. Życie wracało.

Quasimodo zdawał się doznawać również niejakiego zawstydzenia.

Wzrok sobie zakrył szeroką dłonią, i raz jeszcze wyszedł, lecz już krokiem powolnym.

Nieboga ubierać się poczęła pośpiesznie. Włożyła sukienkę białą z białą zasłoną. Był to strój nowicyatki od sióstr miłosierdzia przy Szpitalu Św. Ducha.

Zaledwie strój skończyła, gdy ujrzała powracającego Quasimoda. Pod jedną ręką niósł kosz, pod drugą siennik. W koszu znajdowała się butelka, chleb i nieco żywności. Postawił kosz na posadzce i rzekł:

— „Proszę jeść.” — Rozciągnął siennik w kątku i powiedział: — „Proszę zasnąć.” — Własne to pożywienie i własne posłanie przynosił dzwonnik.

Cyganka podniosła nań oczy z zamiarem podziękowania; ale ani jednego słowa wymówić nie mogła. Nieboraczysko strasznym był w istocie. Zwiesiła głowę ze drżeniem trwogi.

On się ozwał:

— Lękacie się... lękasz się mnie. Jestem bardzo brzydki, nieprawdaż? to nie patrz na mnie; słuchaj mię tylko. Dzień trzeba tu spędzać; w nocy można się przechadzać po całym kościele. Ale z kościoła nie wychodź, proszę, ni we dnie ni w nocy. Zginęłabyś niechybnie. Zabili-by cię, a ja-bym skonał.

Wzruszona, podniosła głowę by mu odpowiedzieć. Ale dzwonnika już nie było. Znalazła się więc znowu sama, uderzona dziwnemi słowami istoty tej niemal potwornej, i dźwiękiem jego głosu, tak chrapliwego, a jednak tak łagodnego i słodkiego.

ND-de-Paris-L9-Ch2-Bossu,Borgne,Boiteux

Po chwilce dumania poczęła się rozpatrywać w celce. Była to izdebka parę kroków szeroka i parę długa, z małem, okrągłem okienkiem i drzwiczkami w lekko nachylonej płaszczyźnie dachu z gładkich kamieni. Kilka rynien z rzeźbami zwierząt zdawały się nachylać do koła niej i wyciągać szyjki, by zajrzeć przez okienko do środka. Ze skraju poddasza dziewczę spostrzegło wierzchołki tysiąca kominów, które przed jej oczyma wypuszczały dymy wszystkich ognisk paryzkich. Smutny widok dla biednej cyganki, podrzutka, istoty nieszczęśliwej, bez ojczyzny, bez rodziny, bez matczynego kąta, na śmierć skazanej.

W chwili, gdy myśl samotności i opuszczenia, zbudzona w ten sposób, dotkliwszą się wydała niż kiedykolwiek, poczuła mordkę jakąś wełnistą i brodatą, podsuwającą się jej pod dłonie załamane na kolanach.

Drgnęła od stóp do głowy (wszystko już ją odtąd lękało) i spojrzała.

Była to biedna kózka, Dżali wiatronoga, która w chwili gdy Quasimodo z niczem odprawiał brygadę mistrza Charmolue, wyrwała się była za swą panią i w ślady jej podążyła. Przymilała się tak oto od godziny już blizko, nie mogąc ani jednego wzajem otrzymać spojrzenia. Cyganka okryła ją pocałunkami:

— O moja Dżali! — mówiła — jamże o tobie zapomnieć mogła!

Więc nie myślisz mię opuścić?... O! ty nie znasz niewdzięczności!

I jednocześnie, jakby ręka niewidzialna odchyliła nareszcie kamień od tak dawna przywalający w jej sercu krynicę łez, płakać poczęła; im więcej zaś łzy twarz jej zapływały, tem więcej czuła, że wraz z niemi ucieka co było najzjadliwszego, najcierpszego w jej niedoli.

A gdy nadszedł wieczór, noc wydała się jej tak piękną, księżyc tak słodkim i wdzięcznym, że wyszła obejść dokoła galeryę wyższą otaczającą katedrę. Ulżyło to jej; tak dalece spokojną przedstawiła się jej ziemia, z tej podniosłości oglądana.



ND-de-Paris-L9-Ch3

III. Głuchy.

Nazajutrz z rana ocknąwszy się, postrzegła, że się nieco przespała. Zdziwiła się tem niezmiernie. Odwykła już była, niefortunna, nawet od snu. Radosny promień wschodzącego słońca, przekradłszy się przez okienko, muskał ją po twarzy. Ale tuż przy słońcu we framudze, zobaczyła przedmiot, który ją przeraził; zobaczyła nieszczęśliwą twarz Quasimoda. Mimowolnie przymknęła oczy, ale napróżno; zdawało się jej, że wciąż widzi po przez różaną swą powiekę jednooką tę, szczerbąto-zębną larwę, oblicze tego straszydła. Zarazem też, mając oczy ciągle przymrużone, posłyszała głos twardy, temi słowy zwolna do niej przemawiający:

— Proszę się nie lękać. Jestem twoim przyjacielem. Przyszedłem zobaczyć cię śpiącą. To ci szkodzić nie może, wszak prawda, że przychodzę spojrzeć na cię gdy śnisz? Cóż cię to może obchodzić, że stoję tu, gdy masz oczy zamknięte? Teraz już odchodzę. Ot, skryłem się za ścianę. Możesz już pani otworzyć oczy.

Coś boleśniejszego jeszcze, niż same te słowa, słyszeć się dawało w dźwięku i tonie, z jakiemi wyrzeczone zostały. Wzruszona cyganka otwarła powieki. W okienku istotnie nie było nikogo. Podeszła ku otworowi i zobaczyła biednego garbuska, skurczonego w kątku pod ścianą, w postawie ofiarnej i boleściwej. Usiłowała przemódz na sobie wstręt jaki w niej nieszczęśliwy budził.

— Chodź że! — rzekła łagodnie.

Z poruszenia jej ust, Quasimodo wniósł, że go odpędza; powstał więc i oddalił się kulejąc, zwolna, z pochyloną głową, nie śmiąc nawet podnieść na młodą dziewczynę wzroku pełnego rozpaczy.

— Chodź-że! — krzyknęła nań.

Ale nieborak wciąż się oddalał. Wtedy wybiegła z celki, rzuciła się za nim i za ramię go pochwyciła. Poczuwszy jej dotknięcie, Quasimodo drgnął całem ciałem. Podniósł błagalne swe oko, a widząc, że go dziewczę w swą stronę ciągnęło, zawracało, rozpromieniał cały z radości i rozczulenia. Ona pragnęła wprowadzić go do swojej celki; ale on upierał się przy progu.

— Nie, nie — mówił — sowa nie wchodzi do gniazdka jaskółki.

Więc w postawie wdzięcznie ku niemu zwróconej, dziewczę usiadło na swojem posłaniu, ze śpiącą, kozą u stóp. Oboje zachowywali czas jakiś milczenie; on przypatrywał się nadzwyczajnemu jej pięknu, ona nadzwyczajnej jego brzydocie. Co chwila odkrywała w nim nową jakąś ułomność. Spojrzenie jej przenosiło się kolejno, to z jego kolan , złamanych na kark wygarbiony, to z karku wygarbionego na twarz jednooką. Nie mogła pojąć, iżby istota tak okropnie na ciele pokrzywdzona istniała na świecie. Po całej tej wszakże postaci tyle się rozlewało smutku i boleści, że poczęła nieco się oswajać z potworem.

Quasimodo pierwszy przerwał milczenie.

— Więc kazałaś mi pani wrócić?

Główką dała znak potwierdzenia, mówiąc:

— Tak jest.

Pojął skinienie głowy.

— Bo też niestety — rzekł, jak-by się wahając, czy ma dokończyć — jestem głuchy.

— Biedny człowiek! — zawołała cyganka z wyrazem litosnego współczucia.

On się uśmiechnął boleśnie.

— Znajdujesz, że tego mi tylko i brakło, nieprawdaż? W istocie głuchy-m. Tak już jestem stworzony. To okropne, wszak prawda? Ty, pani, ty taka piękna!

W głosie biedaka tyle było głębokiego poczucia swej nędzy, że dziewczę ani jednego słowa wyrzec nie miało siły. Zresztą, i słyszećby jej nie mógł. Mówił dalej:

— Nigdym jeszcze brzydoty swej nie widział dokładniej, niż obecnie. Gdy się z tobą porównam, sam się nad sobą lituję, taki-m biedny i nieszczęśliwy, takie ze mnie monstrum! Wyglądam w twych oczach pewno jak bydlę jakie, powiedz... Ty, pani, ty jesteś jako promień słoneczny, jako kropla rosy, jako śpiew ptaszy. Ja, czemś strasznem, czemś, co ani człowiekiem, ani zwierzem niejest, czemś stokroć twardszem i bardziej zdeptanem, niż kamyk pod nogami.

I począł się śmiać, a śmiech ten miał w sobie coś nieskończenie żałosnego i rozdzierającego.

— O tak; głuchy jestem; ale ty będziesz do mnie mówiła znakami, skinieniami. Mam pana, który w ten sposób ze mną rozmawia. A przytem, bardzo prędko wolę twą odgadnę z poruszenia twych ust, z twojego spojrzenia.

— Zobaczymy — podchwyciła z uśmiechem cyganka — powiedzże mi, po coś mię ratował?

On uważnie patrzał na poruszenia jej ust.

— Zdaje mi się, żem zrozumiał — odrzekł. — Zapytujesz pani, dlaczego m cię wyrwał z rąk straży więziennej. Straciłaś znać z pamięci nieszczęśliwego nędzarza, który pewnej nocy porwać cię usiłował; nędzarza, któremu sama ty nazajutrz z pomocą przyszłaś, gdy był u niecnego pręgierza. Kropelka wody, litości trochę, więcej to niż życiem mem zdołam wypłacić. Zapomniałaś nędznika, ale on sobie przypomniał...

Słuchała go z rozczuleniem serdecznem. Łza kręciła się w oku dzwonnika, lecz się na policzki nie stoczyła. Zdawał się uważać sobie za obowiązek sumienia ukryć ją pod powieką.

— Tak jest — począł wraz, gdy już był pewien, że łza ta mu się nie wymknie — powiadam ci, pani: mamy tu wieże bardzo wysokie; człowiek spadający z nich ginie pierwej, nim się bruku dotknie. Gdy wolą twą będzie, bym się ztąd rzucił, nie będziesz potrzebowała słowa nawet; spojrzenie wystarczy.

Zawrócił się ku wyjściu. Jakkolwiek nieszczęśliwą była cyganka, człowiek ton dziwny nie mógł przecież nie wzbudzić w niej współczucia. Dała znak, by pozostał.

— Nie — rzekł — nie powinienem tu bawić za długo. le mi jest. Wiem, że tylko przez litość oczu nie odwracasz. Idę gdziekolwiek, zkądbym cię mógł widzieć, sam nie będąc widziany: tak będzie lepiej.

Wyciągnął z kieszeni małą gwizdałkę metaliczną.

— Weź to — dodał — gdy ci czego będzie potrzeba, gdy zechcesz żebym przyszedł, gdy ci obecność moja nie będzie zanadto wstrętną, zadmiesz w to. Gwizd ten słyszę.

Położył cewkę na ziemi i umknął.



ND-de-Paris-L9-Ch4

IV. Glina i kryształ.

Dnie biegły.

Spokój wracał stopniowo do duszy Esmeraldy. Zbytek boleści jak zbytek rozkoszy zanadto jest gwałtownym, by mógł trwać długo. Serce ludzkie czas tylko jakiś wytrzymać zdoła u jednego krańca. Cyganka tyle już przecierpiała, że jej jedynie zdziwienie zostało. Z bezpieczeństwem zaświtała i nadzieja. Wygnaną była ze społeczeństwa, wyjętą z pod praw do życia, ale czuła niewyraźnie, że powrót do świata nie byłby może dla niej niepodobnym. Była jako umarła, posiadająca w odwodzie klucz od swego grobu.

Widziała, jak jeden po drugim oddalały się od niej wszystkie te straszne obrazy, co ją tak długo męczyły. Wszystkie widma ohydne, Pierrat Torterue, Jakób Charmolue, zacierały się w jej umyśle, wszystkie co do jednego; mnich nawet przeklęty.

A przytem, Phoebus żył; była tego pewną, widziała go na własne oczy. Zycie Phoebusa, to świat cały. Z szeregu wstrząśnień fatalnych, które w niej wszystko stargały i pokruszyły, jedne rzecz tylko znalazła w swej duszy nieobaloną, jedno uczucie nietknięte, miłość do kapitana. Bo też miłość jest jako drzewo : rośnie sama, głęboko zapuszcza korzenie w całe nasze jestestwo, i częstokroć nie przestaje zielenieć nawet na ruinach naszego serca. To się zresztą tłómaczy; trudniej daleko pojąć ten fakt, że im bardziej namiętność jest ślepą, tem wytrwałej się trzyma i krzewi, i że grunt jej wtedy jest najmocniejszym, gdy sama w sobie nie ma racy i bytu.

Bez wątpienia, w myślach Esmeraldy o kapitanie wiele było goryczy. Okropna to rzecz zaiste, że i on także dał się był oszukać, że uwierzyć mógł w czyste niepodobieństwo, że sobie pozwolił wmówić, iż cios puginału padł nań z tej ręki, która-by gotowa była milion razy życie zań poświęcić. Ale ostatecznie, czyliżby się godziło mieć doń jaką z tego powodu żałość? nie samąż ona wyznała swą zbrodnię? nie uległaż, kobieta słaba, torturze? Winną wszystkiemu ona jedna była. Wypadało dać raczej powydzierać sobie paznogcie, niż wyrzec słowo podobne. Zresztą, byleby choć raz ujrzała Phoebusa, raz na kilka minut, wyraz jeden, jedno spojrzenie zdołałoby go z błędu wyprowadzić, do dawnych uczuć nakłonić. Ani o tem wątpiła. Biedziła się także nad wieloma rzeczami trudnemi do wytłumaczenia, nad przypadkową obecnością Phoebusa w chwili jej publicznej pokuty, nad młodą panią, w towarzystwie której znajdował się wtedy. Była to jego siostra najprawdopodobniej. Tłómaczenie najdowolniejsze z możebnych, lecz się niem zadawalniała, gdyż potrzebowała wierzyć, że Phoebus kochał ją zawsze, i ją jedynie. Bo czyliż nie był jej na to przysiągł? Czegóż chcieć mogła więcej, ona, istota tak prosta i dobroduszna? A w końcu, alboż w całej tej sprawie pozory nie mówiły raczej przeciwko niej, niż przeciwko niemu? Czekała więc. Żywiła nadzieję.

Dodajmy, że kościół, rozległy ów kościół ze wszech stron ją otaczający, co ją ochraniał, co się nia zaopiekował, był również wszechwładzcą kojącym. Uroczyste linie jego architektury, religijna powaga i majestat przedmiotów, na które jeno dziewczyna spojrzała, myśli pobożne i pogodne, wydobywające się, że tak powiemy, z każdej kamiennej szpary świątyni, mimowiednie na nią wpływały. Miała katedra okrom tego odgłosy do tyla błogosławiące, do tyla wspaniałe, że uśmierzyć mogły najgłębsze cierpienia duszy tej chorej. Monotonny śpiew celebrantów, chóry wiernych odpowiadające intonacyom kapłanów, raz bezsłowne, niekiedy grzmiące, harmonijne drżenia szyb katedralnych, organy wybuchające dźwiękami stu trąb, trzy dzwonnice rozbrzmiewające jako roje ogromnych pszczół, cała ta kapela, ponad którą chwytała się jedna olbrzymia gamma, bez ustanku się podnosząca lub spadająca z wieży na tłumy i naodwrót, głuszyły w niej pamięć, wyobraźnię, boleść. Dzwonienie szczególniej ją kołysało. Był to jakby jeden potężny prąd magnetyczny, szerokiemi strugami lecący balsamy na jej dolegliwości.

To też każde nowo-wschodzące słońce zastawało ją coraz spokojniejszą, swobodniej oddychającą, mniej bladą. W miarę, jak się wewnętrzne jej rany zasklepiały, twarz też zarazem odkwitała pięknem, bardziej jeno w sobie skupionem, poważniej i smętniej ocienionem.

Odnajdywały się zarazem i niektóre strony dawnego charakteru, coś nawet z dawnej wesołości, to samo śliczniutkie ścięcie ust niezadowolonych, przywiązanie do Dżali, zamiłowanie śpiewu, wstydliwość.

Z rana baczyła zawsze na to, by się ubierać w kątku celki, z obawy, iżby jaki mieszkaniec sąsiednich poddaszy nie ujrzał jej przez okienko celki.

Ilekroć myśl o Phoebusie zostawiała jej chwilę wolnego czasu, cyganka myślała także niekiedy i o dzwonniku. Był to jedyny związek, jedyny stosunek, jedyna nić łączności, jaka jej jeszcze zostawała z ludźmi, z żyjącymi. Nieszczęśliwa! więcej jeszcze odgrodzoną była od świata, niż Quasimodo. Nie pojmowała nic a nic swego dziwnego przyjaciela, którego jej zesłał przypadek. Często wyrzucała sobie, że uczuciem wdzięczności oczu sobie zasłaniać nie mogła, ale rzeczywiście niepodobna jej było przyzwyczaić się całkowicie do biednego dzwonnika. Zanadto był potwornym.

Gwizdałkę, którą od niego otrzymała, zostawiła na posadzce. Nie przeszkadzało to garbuskowi zjawiać się z początku od czasu do czasu. Ona ze swojej strony robiła co mogła, by się nie odwracać ze zbyt widocznym wstrętem, ilekroć nadchodził niosąc koszyk z żywnością i dzbanek z wodą; on jednak postrzegał zawsze najmniejszy ruch tego rodzaju, i zaraz się oddalał smutnie skurczony.

Pewnego razu nadszedł w chwili, gdy dziewczę bawiło się z Dżali.

Postał parę minut zamyślony nad miłą grupką kozy i cyganki, poczem wstrząsając swym łbem kudłatym i nieforemnym, powiedział:

— Całe moje nieszczęście w tem, że zawiele jeszcze podobny jestem do człowieka. Wolałbym już być zwierzęciem zupełnem.

Ona zmierzyła go wzrokiem zaciekawionym.

Na spojrzenie to odpowiedział:

— O wiem dobrze, dlaczego. — I odszedł.

Innym razem zjawił się u drzwiczek celi (do której środka nie wchodził nigdy), podczas gdy Esmeralda śpiewała starą balladę hiszpańską, której nie rozumiała ani jednego wyrazu, ale która wraziła się w jej ucho i pamięć od najpierwszej młodości, kiedy śpiewem tyra do snu ją kołysano. Na widok szkaradnej postaci nachodzącej ją z nienacka w samym środku piosenki, młode dziewczę urwało z mimowolnym giestem przestrachu. Biedny dzwonnik złożył z wyrazem błagalnym grube bezkształtne swe dłonie.

— O, zaklinam cię! — wołał boleśnie — śpiewaj dalej i nie wypędzaj mię!

Nie chciała go zmartwić, i cała drżąca, wróciła do swej ballady. Stopniowo jednak pierwsze wrażenie znikało, a dziewczyna dała się wkrótce unieść wpływowi nuty tęsknej i szerokiej, i śpiewała ze zwykłem ożywieniem i swobodą. Quasimodo stał ciągle ze złożonemi jak do modlitwy rękami, skupiony na uwadze, oddychający zaledwie, ze wzrokiem wlepionym w roziskrzone źrenice cyganki. Możnaby było powiedzieć, że z oczu jej pieśń słyszał.

Kiedy indziej znowu podchodził ku niej z wyrazem nieśmiałości, z zakłopotaniem niezmiernem.

— Proszę pani — powiadał z wysiłkiem — mam ci coś do powiedzenia. — Ana znak dziewczyny że go słucha, zaczynał wzdychać, ruszał wargami, zdawał się być gotowym do mówienia, poczem raz jeszcze spojrzawszy na nią, czynił wzbraniający giest głową, i odchodził krokiem chwiejnym, z czołem w dłoniach ukrytem, zostawiając dziewczynę w osłupieniu.

W liczbie figur dziwacznych wykutych w murze, zjedna szczególniej zostawał w zażyłości blizkiej; zdawał się nawet wymieniać z nią niekiedy spojrzenia braterskie. Jednego razu posłyszała cyganka, jak się do posągu odezwał:

— O! czemuż nie jestem jak ty z kamienia!

Nareszcie, pewnego dnia z rana, Esmeralda postąpiwszy na krawędź dachu, przyglądała się placowi po nad ostrym szczytem Świętego Jana-Okrąglaka. Quasimodo znajdował się tuż, zaraz za nią.

Umyślnie wybierał takie dla siebie pozycye, by o ile można nie narażać młodej dziewczyny na przykre z sobą spotkanie. Nagle cyganka drgnęła, łza i błyskawica trysły jej jednocześnie z oczu, uklękła na samym skraju dachu, i wyciągnąwszy jakby w ciężkiem utrapieniu ręce w stronę placu, zawołała:

— Phoebus! — Głos jej drżał, jak do pęknięcia naciągniona struna — Phoebus! mej Phoebus! — wołała — tul chodź tu! słówko, jedno tylko słówko ! na pamięć matki! Phoebusie! — Twarz jej, ruchy, cała jej postać miały rozdzierający wyraz rozbitka, który z tonącej swej łodzi posyła błagalne znaki trwogi i rozpaczy wesołemu statkowi, szybującemu w dali na widnokręgu pod jasnem promieniem słońca.

Quasimodo wychylił się ku placowi, i ujrzał, że przedmiotem czułej tej i uniesionej prośby był młody mężczyzna, rycerz, piękny jeździec, cały błyszczący od strojów i broni, paradujący konno w głębi placu i salutujący puszastym swym kołpakiem piękną panie uśmiechającą się doń z balkonu. Samo się rozumie, że kawaler nie posłyszał ani jednego słówka z wołań nieszczęśliwej; zanadto był oddalony.

Ale głuchy natomiast, on słyszał dobrze. Głębokie westchnienie pierś mu wzdęło; odwrócił się: serce jego przepełniło się wszystkiemi łzami, którym na zewnątrz wydobywać się nie pozwalał; konwulsyjnie wykrzywionemi pięściami za głowę się porwał, a gdy je odjął, garści miał pełne włosów ryżych.

Cyganka nie zwracała nań najmniejszej uwagi. Nieborak, zgrzytając zębami, powtarzał z cicha:

— Przekleństwo! więc to takim być trzeba! dość jest błyszczeć i promienie się z wierzchu?

Ona tymczasem klęczała ciągle, wołając z siłą i wzruszeniem nadzwyczajnem:

— Ach, oto zsiada z konia!... Wejdzie zaraz do tego domu,.. Phoebusie!... Nie słyszy mię!... Phoebusie!... O jakże złośliwą jest ta kobieta, że mówi doń razem ze mną!... Phoebusie, Phoebusie!

Głuchy patrzał na nią. Rozumiał te rzucania się. Oko biednego dzwonnika zapłynęło łzami, lecz ani jednej spłynąć nie pozwolił. Naraz pociągnął zlekka dziewczynę za rąbek rękawa. Odwróciła się.

On przybrał postawę spokojną i rzekł do niej:

— Czy chcesz, żebym go przyprowadził?

Dziewczyna krzyknęła z radości.

— Ach, idź! pędź! czemprędzej! wiesz, ten kapitan! kapitan ten! przyprowadź mi go! kochać cię będę!

Obejmowała jego kolana. On nie mógł się wstrzymać od smutnego kiwnięcia głową.

— Pójdę ci go przyprowadzić — rzekł głosem słabym. Odwrócił czem prędzej twarz i szybkim krokiem rzucił się ku schodom. Zachodził się od łkania.

Gdy przybył na Plac, ujrzał już tylko bogato ubranego konia, uwiązanego przy bramie mieszkania Gondelaurier; kapitana nie było; tylko co wszedł.

Podniósł wzrok ku dachowi katedry. Esmeralda znajdowała się wciąż na tem samem miejscu, w tej samej postawie. Posłał jej smutny znak głową; poczem oparł się o jeden z węgłów domu Gondelaurier, postanowiwszy czekać, dopóki kapitan nie wyjdzie.

W mieszkaniu Gondelaurier był to jeden z owych dni galowych, które poprzedzają zwykłe wesele. Quasimodo widział wielką ilość osób wchodzących, i ani jednej wychodzącej. Od czasu do czasu poglądał na dach katedry; cyganka, równie jak on, nie ruszała się.

Z domu wybiegł koniuszy, odwiązał konia i poprowadził do stajni dworku.

Dzień cały minął w ten sposób. Quasimodo u węgła, Esmeralda na dachu, Phoebus bez wątpienia u stóp Lilijki.

Nadeszła i noc w końcu; noc bezksiężycowa, noc ciemna. Quasimodo daremnie już wytężał wzrok ku Esmeraldzie; z początku spostrzegał jeszcze, jakby obłoczek białawy na tle szarem; później nic a nic. Wszystko się zatarło; wszystko się stało czarnem.

Widział, jak od góry do dołu frontu mieszkania Gondelaurier zapalały się okna światłami rzęsistemi; widział, jak się oświetlały jedne po drugich inne okna placu; widział poźniej, jak w tych samych oknach światła pogasły co do jednego, gdyż przez calutki wieczór pozostał na swojej placówce. Rycerz jednak nie wychodził. Gdy ostatni przechodnie z placu znikli, gdy już na najwyższych piętrach światełka pogaszono, Quasimodo pozostał najzupełniej samotnym, w najzupełniejszym mroku. Nie było wówczas jeszcze latarń przed katedrą Najświętszej Panny.

Okna jednak mieszkania Gondelaurier pozostały oświetlone nawet po północy. Quasimodo, nieruchomy i czujny, śledził na różnokolorowych ich szybach migotanie tysiącznych cieni żywych i skaczących.

Gdyby nie był głuchym, mógł-by był słyszeć zarazem, że w miarę jak gasł rumor zasypiającego Paryża, odgłos uczty, śmiechów i muzyki coraz żywiej i mocniej wydobywał się z wnętrza domu Gondelaurier.

Około godziny pierwszej po północy goście poczęli się rozchodzić.

Ukryty w ciemnościach Quasimodo uważnie przyglądał się każdej postaci przechodzącej pod krużgankiem oświetlonym pochodnią. W żadnej nie dostrzegł kapitana.

Nurzał się w myślach smutnych; niekiedy odwracał się ku górze, jak człowiek potrzebujący odetchnąć świeżem powietrzem, lub ziewający z nudów. Duże czarne płachty obłoków, ciężkie, podarte, popękane, zwieszały się ku niemu jako żałobne kiry pod gwiazdzistem sklepieniem niebios. Wyglądały jak ogromne pajęczyny, rozciągnięte śród przestworzy podniebnych.

W jednej z takich chwil właśnie, ujrzał jak się naraz z cicha i tajemniczo otwarły drzwi szklanne balkonu, którego ogrodzenie kamienne rysowało się mu nad głową. Dały one przejście dwom osobom, po czem się wraz bez najmniejszego hałasu przymknęły. Jedna z postaci była męzką, druga niewieścią. Nie bez trudu rozpoznać zdołał Quasimodo w mężczyźnie pięknego kapitana, w niewieście młodą panią, którą widział był tego rana, gdy uprzejmie witała rycerza z wysokości tego samego balkonu. Na placu było zupełnie ciemno, a podwójna karmazynowa opona, zesunąwszy się natychmiast za przymykającemi się podwojami, niewiele przepuszczała światła z wnętrza pokojów na balkon.

O ile o tem sądzić mógł nasz głuchy, który z rozmowy dwojga młodych łudzi ani jednej syllaby nie słyszał, rycerz i piękna pani oddały się wraz słodkiemu, najczulszemu sam-na-sam. Młode dziewczę pozwoliło, zdaje się, wojakowi objąć swą kibić, i słabo się opierało natarczywemu jego całusowi.

Quasimodo przytomnym był na dole tej scenie, tem powabniejszej dla oka, że bynajmniej nie dla widzów przeznaczonej. Przypatrywał się temu szczęściu, jego zachwytowi, z goryczą i cierpkością. Bądź co bądź, „Przyrodzenia łańcuch złoty” nie był niemym w złamanej tej istocie, a serce dzwonnika, acz ukryte pod piersią wydętą i pokręconą, bynajmniej się przez to nie wzbraniało bić goręcej i żywiej. Więc myślał nad nędzną okruszyną doli, jaką mu w dziale Opatrzność wyznaczyła ; myślał nad tem, jak to kobieta, miłość, rozkosz, wiecznie mu tylko przed oczyma mijały, i jak wypadnie do końca zapewne patrzeć zdala na szczęście drugich, samemu się doń nie dotknąwszy.

Ale co mu najboleśniej w tem widowisku duszę rozdzierało, dorzucając oburzenie do żalu, to myśl o cierpieniach cyganki, gdyby coś podobnego ujrzeć mogła. Noc jednak była bardzo ciemną, a Esmeralda, choćby nawet pozostała była na swojem miejscu (o czem nie wątpił), znajdowała się jeszcze ztąd zbyt daleko ; on sam z tego tu miejsca zaledwie wyróżniał postacie zakochanych od zamrocznych figur otoczenia.

To go pocieszało.

Schadzka tymczasem stawała się coraz bardziej ożywioną. Młoda kobieta zdawała się błagać rycerza, by raczył poprzestać już na tem. Z tego wszytkiego Quasimodo dostrzegał tylko piękne rączki załamane, uśmiechy zmieszane ze łzami, spojrzenia dziewczęcia ku gwiazdom skierowane, i rozżarzone nad nią oczy kapitana.

Na szczęście — młoda bowiem pani bardzo już tylko słabo walczyła — drzwi balkonu otworzyły się raptem, i ukazała się w nich niewiasta sędziwa. Niewiniątko zmieszało się widocznie, rycerz zawiesiście splunął z balkonu, i wszyscy troje weszli do pokoju.

Niebawem pod bramą rozległ się stuk kopyt końskich, i wspaniały rycerz, owinięty w opończę nocną, przemknął szybko przed oczami Quasimoda.

Dzwonnik pozwolił mu zakręcić za róg uliczny, poczem puścił się za nim ze zwinnością małpy, wołając:

— Hej, rotmistrzu!

Rotmistrz się zatrzymał.

— Czego ono chce to huncwoctwo? — rzekł oglądając w ciemności gatunek owej figury, rozpłatanej i skaczącej ku niemu zygzakiem kulawym.

Quasimodo dopadł tymczasem do jeźdźca i śmiało chwycił konia za cugle.

— Jedź za mną, rotmistrzu; chce tu ktoś pomówić z waszą miłością.

— Do kroćset buntów sobaczych! — zgrzytnął Phoebus — a toż mi kudłate ścierwo jakieś, które podobno i widziałem już gdzieś... Hola! mości panie, będziesz-no łaskaw puścić cugle koniowi?

— Kapitanie, czy nie pytasz, kto taki?

— Powiadam ci, puść cugle koniowi! — wrzasnął Phoebus zniecierpliwiony.— Co mu przyszło do głowy, łajdakowi temu! wierzchowca za nozdrza mi chwyta! Bierzesz może konia za szubienicę?

Quasimodo nie tylko że nie puszczał cugli, lecz się zabierał zawrócić konia w tył. Nie mogąc zaś wytłómaczyć sobie oporu kapitana, pośpieszył powiedzieć:

— Żywo, mości rotmistrzu, czeka na ciebie kobieta.

I dodał z wysiłkiem:

— Kobieta, która cię kocha.

— Ot dureń! — zawołał kapitan — zdaje mu się, żem obowiązany łazić do wszystkich kobiet, które mię kochają! lub które to mówią... A jeżeli, mordo ty obrzydliwa, panienka do ciebie podobna?... Powiedz tej, co cię przysłała, że się żenię, i niech idzie do djabła!

— Słuchaj-no, mości kapitanie! — rzekł Quasimodo, pewny że jednem słowem wahanie się rotmistrza przezwycięży. —- Jedź wielmożny pan za mną! To ta cyganka, co wiesz!

Słowo to rzeczywiście wielkie na Phoebusie wywarło wrażenie, ale nie to, na które liczył głuchy. Przypominamy sobie zapewne, że dzielny nasz wojak usunął się był wraz z Lilią na parę minut przed chwilą, w której Quasimodo wyrwał skazaną z rąk mistrza Charmolue.

Od tego czasu we wszystkich swych odwiedzinach państwa Gondelaurier kapitan się strzegł wzmianki o tej dziewczynie, której wspomnienie bądź co bądź ciężkiem mu było; ze swojej zaś strony Lilia nie uważała za taktowne mówić mu, że cyganka żyje. Phoebus sądził więc, że biedna jego Similar oddawna już, od dwóch, od trzech może miesięcy Bogu ducha oddała. Zważmy obok tego, że rotmistrzowi noc wydała się ciemniejszą niż kiedykolwiek, że szczególny ten napastnik-posłaniec twarz miał nadnaturalnie brzydką, a głos grobowy, że dobrze już było z północka, że ulice zalegały pustką niemniejszą od tej, śród której przyczepił się doń mnich kłótliwy, i że koń jego parskał na widok Quasimoda.

— Cyganka! — krzyknął przerażony niemal — to waść, mistrzu, nie z tego jak widzę świata...

I dłoń położył na rękojeści swego bułata.

— Prędzej! prędzej! — wołał głuchy, starając się konia za sobą skierować — tędy właśnie.

Phoebus rżnął go co siły obcasem w pierś samą.

Oko Quasimoda zaiskrzyło. Uczynił ruch, jakby się rzucić miał na kapitana. Ale się prostując rzekł tylko:

— O, masz waszmość szczęście, że cię ktoś kocha.

Położył nacisk na ktoś, i puszczając cugle, syknął:

— Zmykaj-że mi teraz waść!

Phoebus spiął konia ostrogami, zakląwszy siarczyście. Quasimodo stracił go wraz z oka w ciemnościach ulicy.

— Na to nie przystać! — powiedział z cicha garbusek biedny — nie przystać na to!!

Powrócił do Notre-Dame, zapalił lampkę, i wszedł po schodach na górę. Jako i myślał, cygankę zastał na tem samem miejscu. Biegła ku niemu, skoro go tylko zdala zoczyła.

— Sam jeden! — krzyknęła boleśnie, załamując piękne rączęta.

— Nie mogłem go odszukać — wycedził chłodno Quasimodo.

— Potrzeba było noc całą czekać — odparła z uniesieniem.

Głuchy spostrzegł giest i wyrzut zrozumiał.

— Dopilnuję go lepiej inną razą — powiedział zwieszając głowę.

— Idź precz! — rzekła doń.

Odszedł. Widział, że wcale nie była zeń zadowoloną. Wolał jednak być złajanym, niż ją zasmucić. Wszystek ból przy sobie zatrzymał.

Od tej pory nie pokazywał się już cygance. Przestał zachodzić do jej celki. Kiedy niekiedy tylko, twarz jego melancholijnie zapatrzoną w dziewczynę można było dostrzedz przelotnie na szczycie to tej, to tamtej wieży katedralnej. Ale znikał natychmiast, gdy się z wzrokiem jej spotkał.

Należy wyznać, że ją nie wiele smuciła dobrowolna ta wstrzemięźliwość biednego garbuska. W głębi duszy wdzięczną mu nawet za nią była. A i Quasimodo zresztą żadnego już nie miał w tej mierze złudzenia.

Nie widziała go odtąd, ale czuła do koła obecność jakby jakiego ducha opiekuńczego. Koszyk z żywnością zabierała co wieczór ręka niewidzialna, by go odnowić na dzień następny. Któregoś poranku znalazła na oknie klatkę z ptaszkami. Tuż nad jej celką znajdowała się rzeźba, która ją nieraz strachu nabawiała. Zdradziła się z tem była parę razy wobec Quasimoda. Pewnego poranku (widoczną jest rzeczą, że wszystko to dziać się musiało chyba w nocy) nie ujrzała już kamiennego straszydła; zgruchotano je. Ten co się wdarł aż do tej rzeźby, życie swe zawieszał na włosku.

Niekiedy wieczorem, głos ukryty pod dachem dzwonnicy śpiewał jak dla uśpienia dziewczęcia, pieśni dziwnie smutne i tęskne. Były to wiersze bez rymów, takie właśnie jakie głuchy tworzyć może:


Na twarz, dziewczyno, nie patrzaj
Ale do serca, do duszy zajrzyj.
W sercu pięknego młodziana mieszka niekiedy szpetność.
Są serca ludzkie, w których miłość nie długo gości.
Jodłowe drzewa nie piękne,
Stokroć piękniejsza topola,
Ale w zimie liści nie tracą.
Lecz po cóż mówię i komu?
Szkoda że żyje co brzydkie.
Piękno się w pięknie tylko rozkocha,
Od Grudnia Kwiecień twarz swą odwraca.
Piękno jest doskonałe,
Wszechwładnem jest piękno.
Piękno jedyną jest rzeczą, której nie spotkasz w połowie.
Kruk tylko we dnie lata;
Sowa lata tylko nocą;
Łabędź i w nocy i we dnie.


Pewnego rana, budząc się, ujrzała na okienku dwa wazony pełne kwiatów. Jeden był kryształowy, bardzo ładny i błyszczący, ale nadpęknięty. Wyciekła z niego nalana doń woda, a kwiaty w nim się znajdujące zaczynały już więdnąć. Drugi był prostym garnkiem glinianym, pospolitym i niekształtnym, ale szczelnie wody swej pilnującym; kwiaty w nim były świeżutkie i rumiane.

Z umysłu czy nie, Esmeralda wzięła równiankę zwiędłą i cały dzień nosiła ją na piersi.

Dnia tego nie słyszała głosu śpiewającego z wieży.

Obeszło to ją niewiele. Dnie swe przywykła już pędzić samotnie, na pieszczotach z Dżali, na bacznem śledzeniu i przyglądaniu się bramie mieszkania Gondelaurier, na cichych rozmowach z sobą o Phoebusie, i na rzucaniu gałeczek z chleba jaskółkom.

Zresztą, wkrótce przestała już całkowicie widywać, przestała słyszeć Quasimoda. Biedny dzwonnik znikł zdawało się bez śladu z katedry. Pewnej przecież nocy, gdy zasnąć nie mogła i myślała o pięknym swoim rotmistrzu, słyszeć się dało w pobliżu jej celki westchnienie ciężkie. Przelękniona, podniosła się z posłania i ujrzała przy świetle księżyca jakaś massę bezkształtną rozciągniętą w poprzek jej drzwi, na ziemi. Był to Quasimodo: spał tak na gołych kamieniach.



ND-de-Paris-L9-Ch5

V. Klucz od czerwonych podwoi

Gawędy miejskie dały tymczasem znać archidyakonowi, w jaki to cudowny sposób cyganka ocaloną została. Gdy się o tem dowiedział, zdumiał się nad rodzajem własnych uczuć, jakie się w nim naraz obudziły. Zgodził się już był w sobie ze zgonem Esmeraldy. W ten sposób był spokojnym: dotknął dna boleści możebnych. Serce ludzkie (Klaudyusz często nad tem rozmyślał) objąć może pewną tylko miarę rozpaczy. Gdy gąbka jest przesyconą, morze całe po niej przepłynie, a już ani jednej łzy więcej w nią nie wciśnie.

Owóż śmierć Esmeraldy była łzą ta przedostatnią dla jego duszy; z nią wszystko się dla Klaudyusza kończyło na ziemi. Ale wiedzieć że ona żyje, i Phoebus także, znaczyło dlań tyle, co być gotowym do nowych tortur, do nowych cierpień, wstrząśnień, niepokojów, do nowego życia. A już tego wszystkiego Klaudyusz miał dość.

Gdy nowina doszła do niego, zamknął się w celce i nie wychodził. Nie pokazywał się na naradach obowiązkowych, zaniechał służb zwykłych. Zaryglował się od wszystkich, od przełożonych nawet. Zamurował się w ten sposób na kilka tygodni. Myślano, że jest chory. I był nim w istocie.

Tak zamknięty cóż robił u siebie? Jaka myśl pożerała nieszczęśliwego? Ostatnią-li walkę staczał z namiętnością straszną? Układał-li ostatni plan zgonu dla niej i zatraty dla siebie?

Jehanek, brat jego jedyny, dziecię w marzeniach pieszczone, przyszedł raz podedrzwi, stukał, klął, błagał, dziesięć razy z imieniem się oznajmiał. Napróżno; Klaudyusz nie otworzył.

Dnie całe pędził oparłszy czoło o szyby okna. Z okna tego, należącego do klasztoru, widział kryjówkę Esmeraldy; ją samą widział często, z kozą zawsze, w towarzystwie Quasimoda niekiedy. Zauważył pieczołowite starania obrzydliwego garbuska, jego posługi, delikatne i pokorne sposoby obejścia się z cyganką. Przypomniał sobie, gdyż dobrą miał pamięć, a pamięć dla zazdrosnego to udręczeń krzyż Pański... przypomniał sobie szczególny wzrok dzwonnika gdy pewnego wieczora zdybał go przypatrującego się tancerce. Zapytywał siebie, czem się kierował Quasimodo ocalając Esmeraldę? Świadkiem był tysiącznych scen drobnych między cyganką a głuchym, których pozory, widziane zdaleka w gorączce namiętności, wydawały mu się niezmiernie czułemi. Nie miał najmniejszego zaufania do pewnych upodobań kobiet. Rodziła się w nim wtedy zazdrość dziwna, — zazdrość, które] się nigdy nie mógł był pierwej spodziewać, a która mu na twarzy wybijała rumieńce wstydu i oburzenia.

— Niech-by jeszcze rotmistrz, ale on!... — Myśl ta dobijała go.

Okropne miał noce. Od czasu jak się dowiedział, że cyganka żyje, ścinające widma grobowe, które go przedtem męczyły, ustąpiły całkiem, a natomiast piekielne pokusy płomiennemi biczami chłostały mu mózg, krew, wyobraźnię. Wił się śród nich, jak od ognistych pocałunków jędz zwodniczych.

Nie miał ni chwili spoczynku. We dnie wzrok go dręczył szatańsko, w nocy szarpały rojenia pół senne. Daremnie się im opędzał. Wszystkie straszne obrazy świeżej jeszcze, lecz już minionej zdawało się przeszłości, rozwijały się przed nim najjaskrawszemi swemi stronami. Opadły z nich szaty pogrzebowe, pozostała cielesność żyjąca, oświetlona czerwonemi pobłyskami rozszalałej wyobraźni. Widział Esmeraldę rozciągniętą na ciele zasztyletowanego rotmistrza, z zamkniętemi powiekami, z piersią obnażoną i zlaną krwią Phoebusa, w rozkosznym tym momencie, kiedy na usta jej blade złożył był pocałunek, którego nieszczęśliwa acz na pół martwa, żar czuła. To znowu wyobrażał ją sobie, jak rozobuta brutalną ręką oprawcy, kładła pod śrubę żelazną drobną swą stopę, nóżkę swą okrąglutką i pulchną, kolanko jakby utoczone z kości słoniowej. Widział je dotąd jeszcze przed sobą, samo jedno wystające po nad ohydny aparat pytałki.

Przedstawiał sobie nareszcie młodą dziewczynę w koszulce, bosą, z postronkiem na szyi, z obnażonemi ramionami, nagą prawie zupełnie, tak jako ją widział dnia ostatniego. Obrazy te, z cieniów ponurych zwleczone, dreszczem lubieżnym go przejmowały, konwulsyjnie kurczyły pięście nieborakowi.

Po wielu takich, aż dotąd zwycięzko odpieranych przesileniach, fantasmagorye owe tak go nareszcie pewnej nocy dokoła obsiadły, tak mu skronie i pierś rozpaliły, pierś niegdyś oddychającą wyłącznem przywiązaniem do brata, do nauki, do idei — że targnąwszy zębami za poduszkę, skoczył z posłania, narzucił płaszcz na ramiona i wybiegł z celki, z latarką w ręku, dziki, nieprzytomny, z okiem rozgorzałem.

Wiedział, jak się otwarzają Czerwone podwoje, prowadzące przez katedrę ku wieży schodowej, od której klucz, jak nadmieniliśmy dawniej, przy sobie nosił.



ND-de-Paris-L9-Ch6

VI. Ciąg dalszy poprzedniego rozdziału.

Nocy tej Esmeralda zasnęła w swej izdebce pełna zapomnienia, nadziei i słodkich myśli. Spała już od pewnego czasu, śród rojeń, jak zawsze, o swoim Phoebusie, o dniach dziecinnych swych swobód, gdy naraz zdało się, jakoby posłyszała szmer pewien w pobliżu. Sny zwykle miewała lekkie i lekko niespokojne, sny ptaszęcia; budziło ją lada co. Otworzyła powieki. Noc była straszliwie ciemną. Pomimo to ujrzała w okienku twarz jakąś, wpatrującą się we wnętrze celki; lampka oświecała zjawisko. W chwili, gdy Esmeralda podnosiła głowę, widmo dmuchnęło na kaganiec. Tem niemniej dziewcze miało czas spostrzedz widziadło; powieki jej zamknęły się z przerażenia.

— On jęknęła głosem gasnącym — mnich przeklęty!

Wszystkie jej przeszłe nieszczęścia wróciły jako na skrzydłach błyskawicy. Upadła na łoże, zlodowaciała.

Chwilkę później, poczuła wzdłuż ciała dotknięcie, które ją wzburzyło do tego stopnia, że się jak wściekła zerwała z posłania.

Napastnik podpełzł był ku niej. Obiema rękami ją objął.

Chciała krzyczeć, nie mogła.

— Precz potworo! precz morderco! — powiedziała głosem ochrypłym, drżącym z przestrachu i dławiącego oburzenia.

— Litości! litości! — szeptał nikczemnik, wyciskając spalonemi usty całus na jej ramieniu.

Ona obiema rękami porwała łysą jego głowę za resztki włosów i odsunąć się usiłowała od uścisków, jak od ukąszeń gadziny.

— Litości! — powtarzał szaleniec. — Gdybyś wiedziała, czem jest ma miłość ku tobie! Ogień, ołów roztopiony, tysiące noży w sercu!

I ręce wyprężył z siłą nadludzką. Ona, od zmysłów odchodząc:

— Puść mię! — wrzasnęła — lub naplwam ci w oczy!

Puścił.

— Tak jest, plwaj na ranie! bij mię! nie żałuj, rób co ci się spodoba! lecz litości! kochaj mię!

Wtedy uderzyła nań ze ślepem uniesieniem dziecka. Natężała piękne swe ręce, by módz twarz mu dotkliwiej kaleczyć,

— Precz, precz ztąd, szatanie!

— Kochaj mię! przez litość, kochaj mię! — wołał niegodziwiec, zataczając się po raz wtóry ku niej, i pocałowaniami odpowiadając na ciosy.

Nagle, nieszczęśliwa uczuła się jakby słabszą od napastnika.

— Skończmy raz! — rzekł zgrzytając zębami.

Była złamaną, obaloną, w jego objęciach, prawie na jego łasce.

Poczuła dłoń waryata, rozpaloną jako sromotne żelazo kata, a błąkającą się już po kostniejącem jej ciele. Uczyniła ostatni wysiłek i krzyczeć poczęła:

— Ratunku! upiór! szatan wściekły!

Nikt nie nadchodził. Dżali się tylko zbudziła i jęczała jak płaczące niemowlę.

— Milcz-że! — rzekł podlec zdyszany.

Przytomność ją, opuszczała, lecz instynktowe oburzenie dzielny jeszcze stawiało opór. Wiła się, wyrywała, darła palcami posadzkę.

Nagle, czołgając się tak, natrafiła ręką na coś chłodnego i metalicznego. Była to gwizdałka Quasimoda. Chwyciła ją z konwulsyjną nadzieją, i podniósłszy do ust zadęła resztkami dzielności i woli. Gwizdałka wydała głos ostry, cienki, przeszywający.

— Co to jest? — spytał waryat.

I w tej-że prawie chwili uczuł, jak go dłoń jakaś kamienna za kark porwała; w izdebce było ciemno. Nie mógł zrazu rozpoznać dokładnie, w czyim się wten sposób znalazł ręku; ale posłyszał szczękające ze złości zęby, a brzasku rozcieńczonego w mroku znalazło się akurat na tyle, by spostrzegł pobłyskującą nad sobą klingę.

Nędznikowi się zdało, że zobaczył postać Quasimoda. Przypuszczać nawet inaczej nie mógł. Przypomniał sobie, że wchodząc potrącił jakby o kupę szmat ciężkich, zalegającą próg w poprzek. Ponieważ jednak nowy napastnik, czy też obrońca, nie wyrzekł ani słowa, sam nie wiedział co myśleć. A i czasu nie było. Rzucił się na rękę trzymającą nóż, krzycząc: Quasimodo! Zapomniał biedaczysko w niebezpieczeństwie, że Quasimodo był głuchy.

W jedno mgnienie oka gwałciciel, zmięty i stargany, leżał na ziemi; kolano jak ołów ciężkie pierś mu przygniatało. Po kościstej wydatności tego kolana zwyciężony poznał Quasimoda; lecz co robić? jak ze swojej strony dać mu się poznać? noc uczyniła głuchego ślepym.

Ginął. Młode dziewczę, bez litości, jak rozjuszona tygrysica, ani myśliła śpieszyć mu z ratunkiem. Nóż raz i drugi błysnął w powietrzu, jakby ręka co go trzymała, skuteczniejszego i zamaszystszego próbowała ciosu. Raptem przeciwnik się zawahał.

— Ni kropli krwi na niej! — mruknął ponuro.

Nieszczęsny poczuł wtedy, że go żelazne palce chwyciły za nogi i jednym zamachem na zewnątrz izdebki wywlekły; tam miał umrzeć.

Na jego szczęście księżyc wszedł był od kilku minut.

Gdy się znaleźli za progiem celki, blady promień padł na twarz posiniałej poczwary. Quasimodo pochylił się ku niej. Drgnął jak ukropem zlany, puścił ofiarę i cofnął się.

Cyganka, która postąpiła była ku drzwiom izdebki, z zadziwieniem ujrzała zmieniające się nagle role. Złoczyńca teraz z kolei groził, Quasimodo błagał.

Scena była gwałtowna, ale krótka. Obarczony niememi wyrzutami gniewu i złości, głuchy otrzymał wraz rozkazujący znak do odejścia. W skinieniu była absolutna pewność siebie.

Garbusek zwiesił głowę, poczem podszedł pod próg cyganki i ukląkł.

— Panie — powiedział głosem poważnym i stanowczym — zrobisz sobie później co zechcesz, ale zabij mię pierwej.

I mówiąc to, podawał nóż przeciwnikowi. Ten, na nic nie pomny, rzucił się ku żelazu. Ale go zwinnością uprzedziła dziewczyna; wyrwała nóż z ręki Quasimoda, i wybuchając śmiechem szalonym:

— Zbliż się! — zawołała do swego prześladowcy.

Trzymała klingę podniesioną. Zczerniały napastnik postawił się niepewnie. Byłaby go niechybnie żgnęła.

— Nie śmiesz? — czy nie śmiesz już teraz zbliżyć się, łotrze? — Po czem z wyrazem okrutnego naigrawania się, i pewna, że tysiącem rozpalonych sztyletów przeszyje serce swego kata, dodała: — Myślisz że nie wiem, iż Phoebus mój żyje?!

Mnich obalił Quasimoda jednem uderzeniem kolana, i trzęsąc się cały ze wściekłości, zasunął się pod sklepienie schodów.

Gdy odszedł, Quasimodo podjął gwizdałkę, która cygankę wybawiła.

— Już zrdzewiała — rzekł, oddając ją dziewczynie i sam się wraz oddalił.

Młode dziewczę, wzburzone i przybite gwałtownością okropnego tego zajścia, upadło bez ducha na pościel, i łkającym wybuchło płaczem. Czarne chmury wróciły na jej widnokrąg chwilowo rozjaśniony.

Ze swojej strony waryat także wrócił do swojej celi, omackiem.

Stało się; nie ma wątpliwości: dom Klaudyusz zazdrościł garbatemu dzwonnikowi.

I powtórzył w głębokiej zadumie fatalne swe słowo:

— Nie, nikt jej nie posiądzie!





KSIĘGA DZIESIĄTA.

ND-de-Paris-L10-Ch1

I. Przy ulicy Bernardyńskiej Gringoire jednym tchem zdobywa się na kilka trafnych myśli.

Skoro tylko Piotr Gringoire naocznie przekonał się, jaki to obrót sprawa bierze, iże tu chcąc niechcąc wrobocie będą postronek, powieszenie i inne nieprzyjemności dla głównych osób tej komedyi, postanowił dać pokój wszelkim interwencyom dalszym. Cech hultajski, przy którym pozostał z uwagi, że ostatecznie była to jeszcze najlepsza kompania u całego Paryża, cech hultajski był mniej podniosłych w tej mierze zasad: nie przestawał zajmować się cyganką. Poecie wydało się to bardzo prostom ze strony urwipołciów, przed którymi ta sama co i przed cyganką wydłużała się perspektywa, to jest Charmolue i Torterue, i którym ani się śniło, co to jest cwałować w wysokich sferach wyobraźni między dwoma skrzydłami Pegaza. Z rozmów ich dowiedział się, że małżonka jego wedle stłuczonego dzbanka skryła się w Notre-Dame, i rad temu był szczerze. Ale zajrzeć tam nawet nie brała go pokusa. Niekiedy pomyślał tylko o małej kozie, i to mu wystarczało. Zresztą, był zajęty. We dnie pokazywał sztuki łamane, zarabiał na życie, w nocy wypracowywał memorandum przeciw biskupowi paryzkiemu, pomny był bowiem na krzywdy sobie wyrządzone i nie tak rychło przebaczyć miał kołom katedralnego młyna, co go niegdyś wodą zlały były do nitki. Zajmował się także komentarzami pięknego dzieła Baudry-Ryżego, biskupa noyonskiego i tournayskiego, de Cupa Petrarum, co właśnie zamiłowania jego gwałtownie zwróciło ku Architekturze, która tym sposobem w sercu jego zajęła miejsce hermetyzmu, który, ze swojej znów strony, był niczem więcej jeno niezbędnem dopełnieniem budownictwa, gdyż, jak wiadomo, między hermetyką a mularstwem ścisły zachodzi związek. Słowem, od miłości idei samej, Gringoire przeszedł do miłości formy tej idei. Dnia jednego zatrzymał się nasz poeta-architekt w pobliżu kościoła Saint-Germain-l'Auxerrois, u węgła zabudowań zwanych Roki-biskupie, naprzeciw którego był dworzec zwany Roki-królewskie. Owe Boki-biskupie posiadały prześliczną kapliczkę z XIV wieku, której ściana chóralna wychodziła na ulicę. Gringoire z wielkiem właśnie nabożeństwem studyował jej rzeźby zewnętrzne. Zatopiony był w jednej z owych rozkoszy samolubnych, wyłącznych, najwyższych, które artyście każą widzieć świat cały w sztuce i nic okrom sztuki w świecie. A tu nagle trąca go ktoś po ramieniu. Odwraca się. Losy chyba strzegły przybysza... był nim bowiem nie kto inny, tylko stary przyjaciel artysty, mistrz jego dawny, sam wielebny archidyakon Jozajski we własnej osobie.

Zdumiony Gringoire struchlały otworzył usta. Spory już kawał czasu upłynął od chwili, jak poeta miał przyjemność po raz ostatni widzieć archidyakona, a dom i Klaudyusz, bez wszystkiego już był jednym z owych ludzi poważnych i uroczystych, z któremi spotkanie się w każdym razie nadwerężać zwykło równowagę filozofów sceptyków.

Archidyakon zachowywał czas jakiś milczenie, które Gringoir'owi pozwoliło się skupić nieco i opamiętać. Znalazł Klaudyusza wielce zmienionym: bladym był jak poranek zimowy, oczy miał zapadłe, włosy prawie białe. Ksiądz pierwszy przerwał nareszcie milczenie, zapytując tonem spokojnym,ale chłodnym:

— Jak się miewasz, mości Piotrze?

— Na zdrowiu? — odrzekł Gringoire. — At! można-by o tem powiedzieć i tak i owak. Z tem wszystkiem całość trzyma się nie źle. Zanadto w niczem nie nadużywam. Wszak znasz, mistrzu, tajemnicę zdrowia wedle Hippokratesa, id est: cibi, potus, somni, Venus, omnia moderata sint.

— Nie masz więc żadnych kłopotów, mistrzu Piotrze? — zagadnął archidyakon, wpatrując się weń mocniej.

— Ot, dalibóg, chyba że nie.

— A cóż teraz porabiasz?

— Toż widzisz, mistrzu. Przypatruję się ścięciom tych kamieni i osadzie tej oto płaskorzeźby.

Ksiądz począł się uśmiechać, owym uśmiechem gorzkim, który ukazuje się na jednym tylko końcu warg.

— I to cię bawi?

— Ależ to raj! — zawołał Gringoire; zwracając się zaś ku rzeźbom z zachwyconym wyrazem człowieka objaśniającego zjawiska żywotne: — Alboż nie znajdujesz, mistrzu — mówił — że wyrób tej metamorfozy płasko-ciętnej ma w sobie bezmiar zręczności, wycackania i cierpliwości? Spójrz na ten słupek. I gdzież, przy jakim naczółku widziałeś linie cieńsze i bardziej dłutem wypieszczone? A oto trzy posążki Jana Maillevin. Nie są to wprawdzie najpiękniejsze dzieła wielkiego tego twórcy. Z tem wszystkiem prostota, słodycz twarzy, swoboda postawy i draperyi, oraz niewytłómaczony ów powab, wdzięk ów niewysłowiony, rozlewający się w samych nawet nadużyciach swawoli, czynią figurki wielce delikatnemi i wesołemi, za wiele może wesołemi, Uważałbyś, mistrzu, że to nie sprawia przyjemności?

— Owszem, owszem! — potwierdził ksiądz.

— A gdybyś zajrzał do wnętrza kościoła, mistrzu! — ciągnął poeta z zapałem rozgadanym. — Wszędzie rzeźby. Nastrzępione to, jak jądro kapusty. Wycinek chóralny jest z gatunku niezmiernie pobożnych i dziwnych; nic podobnego nie widziałem gdzie indziej!

Klaudyusz przerwał mu:

— Jesteś więc szczęśliwym?

Gringoire odrzekł z zapałem:

— Na sumienie, tak jest! Kochałem najprzód kobiety, później zwierzątka. Teraz kocham kamienie. Równie to przyjemne i miłe, jak zwierzątka i kobiety, a mniej tylko przewrotne.

Ksiądz sięgnął ręką do czoła. Był to jego ruch zwykły.

— Doprawdy?

— Pójdź-no, mistrzu — powiedział Gringoire — i osądź co za rozkosze!

Wziął za rękę księdza, który się dał prowadzić, i zawiódł go pod schodową wieżycę Biskupich-roków.

— Ot, to mi to schody! — mówił — ilekroć tu jestem, szczęśliwym się czuję. Skręty te należą do najrzadszych i najgustowniejszych w Paryżu całym. Wszystkie stopnie są tu od dołu ukośnie popodcinane. Całe piękno, cała ich prostota polega na układzie splotów dolnych, które się wzajem tulą, obejmują, ściskają, wiążą, zlewają, rozpływają, rzekłbym całują się i kąsają wzajem, w sposób rzeczywiście dziewiczo-łagodny i po męzku dzielny.

— I niczego nie pragniesz?

— Nie.

— I niczego nie żałujesz?

— Ani pragnień ani żalów. Urządziłem się z życiem.

— Co ludzie urządzą — zauważył Klaudyusz — rzeczy znów mogą rozstroić.

— Jestem filozofem pyrrońskim — odrzekł Gringoire — i wszystko w równowadze trzymam.

— A jakżeż na nie zarabiasz, na to życie?

— Ej! tu i owdzie układam jeszcze tragedyę i epopeje! najwięcej jednak przynosi mi professyą, o której wiesz, mistrzu; wykręcam się z piramidami stołków na zębach.

— Fach za gruby na filozofa.

— Hm, zawszeć i to równowaga — rzekł Gringoire. — Gdy człowiek ma myśl, wszędzie ją odnajduje.

— Wiem o tem — odpowiedział archidyakon.

Po niejakiem milczeniu, ksiądz jął znowu:

— Tem niemniej przecież nędznie jakoś około waszmości.

— Nędznie, tak, ale nieszczęśliwie, nie.

W tej chwili dał się słyszeć odgłos jazdy konnej, i rozmawiający ujrzeli na końcu ulicy rozwijającą się kompanię łuczników pocztu królewskiego, ze wzniesionemi lancami, z dowodzcą na czele. Kawalkada była świetną i pysznie hasała po dudniącym bruku.

— Dziwnie się patrzysz, mistrzu, na tego wojaka! — rzekł Gringoire do archidyakona.

— Bo mi się zdaje, że go sobie przypominam.

— A jakże-by mu było na imię?

— Jeżeli się nie mylę — odpowiedział archidyakon — zwie się Phoebus de Chateaupers.

— Phoebus! ciekawe imię. Jest także pewien Phoebus hrabia de Foix. Pomni mi się, żem znał dziewczynę, która nie zaklinała się inaczej, jedno na imię Phoebusa.

— Chodź waszmość za mną — przerwał ksiądz. — Mam ci coś do powiedzenia.

Od zjawienia się oddziałku konnego, niepokój jakiś przebijał z pod lodowatej powierzchowności archidyakona. Począł iść. Gringoiro szedł za nim, przyzwyczajony do słuchania go, jak i wszystko co się raz zbliżyło do tego człowieka pełnego wyższości i przewagi. Doszli milcząc do ulicy Bernardyńskiej, która była dość pustą. Tu się Klaudyusz zatrzymał.

— Co mi masz do powiedzenia, mistrzu? — spytał go Gringoire.

— Czyliż nie znajdujesz — odrzekł archidyakon z wyrazem głębokiego zadumania — że strój rycerzy tych, których tylko cośmy widzieli, piękniejszym jest stokroć od twego i mego?

Gringoire potrząsł głową.

— Bóg mi świadkiem! wolę tę oto świtkę żółto-czerwoną, niźli owe brzękadełka miedziane i stalowe. Piękna mi przyjemność dźwiękać i hękać za każdym zrobionym krokiem, jak ulica Tandetna podczas trzęsienia ziemi.

— A zatem, mości Gringoire, nigdyś nie zazdrościł urodziwym tym chłopakom w kurtach i opończach wojskowych?

— Zazdrościł czego, panie archidyakonie? ich siły, ich broni, ich karności? Stokroć lepsza filozofia i niezależność w łachmanach. Wolę być główką muszą, niźli ogonem lwim.

— To szczególne — zauważył ksiądz zamyślony. — Strój piękny pięknym jest zawsze przecie.

Gringoire, widząc księdza zadumanym opuścił go i podszedł podziwiać portyk sąsiedniego domu. Wrócił klaskając w dłonie.

— Gdybyś mniej był zajęty pięknemi ubiorami tych lalek marsowych, panie archidyakonie, poprosiłbym cię, byś raczył obejrzeć tę oto bramę. Zawszem to utrzymywał, dom pana Aubry ma wejście najpyszniejsze w świecie.

— Piotrze Gringoire — ozwał się archidyakon — cóżeś waść zrobił z tą małą tancerką cygańską!

— Esmeralda?... Szybko i nagle zmieniasz, mistrzu, rozmowę.

— Nie była-ż twoją żoną?

— Była, wedle dzbanuszka stłuczonego. Rzecz trwać miała lat cztery... No, ale — dodał Gringoire, wpatrując się w archidyakona z miną pół-żartobliwą i pół-drwiącą — czy zawsze o niej jeszcze myślisz, mistrzu?

— A waść, waść już o niej nie myślisz ?

— Rzadko i mało... Tyle mam na głowie... Co prawda to prawda, ładniutkie to było stworzenie, ta mała koza.

— Cyganka owa azaliż nie ocaliła ci życia?

— Co to, do stu par! to prawda.

— A więc! cóż się z nią stało? cóżeś z nią zrobił?

— Nie mógłbym tego powiedzieć. Sądzę, że ją powieszono.

— Sądzisz?

— Nie jestem pewny. Skórom zobaczył, że idzie o wieszanie ludzi, cofnąłem się natychmiast od widowiska.

— I to już wszystko, co wiesz o niej?

— No, pozwól. Mówiono mi, że uciekła pod opiekę Najświętszej Panny katedralnej, że bezpieczną tam była, czy jest nawet, co mię nieskończenie cieszy, oraz że nie mogłem się dopytać, azali i koza razem się uratowała. Ot wszystko co wiem o tem.

— To ja ci powiem więcej — zawołał Klaudyusz; i głos jego, dotąd nizki, wolny i prawie głuchy, stał się piorunującym. — Skryła się w rzeczy samej w Notre-Dame. Ale za dni trzy sprawiedliwość ją znowu pochwyci, i powieszoną zostanie na placu grevskim. Jest powrotny wyrok trybunalski.

— To, to smutne — powiedział Gringoire.

Ksiądz w mgnieniu oka powrócił do poprzedniego chłodu i spokoju.

— I któż u licha — ciągnął poeta — chciał się kłopotać wyjednywaniem tych wyroków powrotnych? Alboż nie można było dać święty pokój trybunałom? Cóż to komu szkodzi, że biedna jakaś dziewczyna ukrywa się pod kabłękami Najświętszej Panny, obok gniazdek jaskółczych?

— Są szatani na świecie — wtrącił archidyakon.

— Szkaradnie na świecie się dzieje — zauważył Gringoire.

Po niejakiej przerwie począł znów archidyakon:

— A więc ocaliła ci życie?

— U zacnych mych przyjaciół hołotników. O włosek więcej, o włosek mniej, byłbym dyndał. Żałowali-by dziś, — kondle.

— Nic-że nie chcesz zrobić dla niej?

— A i owszem, gdyby się dało, panie Klaudyuszu. Ale wiesz, nużno po uszy wlezę w gorącą jaką kaszę?

— I cóż ztąd ?

— Ba! cóż ztąd?! Łaskawyś na mnie, jak widzę, mej mistrzu. Mam dwa dzieła zaczęte.

Ksiądz się uderzył w czoło. Pomimo naciąganego spokoju, od czasu do czasu ruchem gwałtownym zdradzał drżączki wewnętrzne.

— Jak ją ocalić? — mruczał.

Gringoire rzekł mu:

— Mój mistrzu, odpowiem ci: Ilpadelt, co w tureckiem znaczy: Bóg naszą ucieczką.

— Jak ją ocalić? — powtórzył Klaudyusz, zatopiony w myślach.

Z kolei Gringoire uderzył się po czole.

— Posłuchąj-no, mistrzu, nie zbywa mi na wyobraźni; znajdę sposoby. Ot, żeby tak np. postarać się o ułaskawienie u króla?

— U Ludwika XI-go? ułaskawienie?

— Dlaczegoż-by nie?

— Idź odbierz kość tygrysowi!

Gringoire udał się do głowy po nowe sposoby.

— Aha! jest!... Chcesz, mistrzu, to wystosuję do matron grodzkich prośbę z oświadczeniem, że dziewka jest przy nadziei.

To wydobyło iskrę z zapadłej źrenicy archidyakona.

— Przy nadziei?! alboż, ośle, znałbyś się na tem?

Gringoire skamieniał na widok twarzy swojego mistrza. Na czas jednak pośpieszył z pojaśnieniem:

— Nie ja! nie ja! Małżeństwo nasze było prawdziwem foris maritagium. Zostałem za drzwiami. Ale przecież otrzyma się odroczenie.

— Szaleństwo! bezcześć! ani słowa więcej!

— Nie masz racyi gniewać się na mnie, mistrzu — mruknął Gringoire. — Wyjedna się odroczenie, to żadnego zła nikomu nie przyczyni, a pozwoli zarobić czterdzieści denarów paryzkich matronom grodzkim, kobietom ostatecznie ubogim.

Ksiądz nie słuchał.

— A jednak trzeba, by ztamtąd wyszła! — mruczał. — Termin wykonania wyroku trzydniowy. Zresztą, gdyby i nie było wyroku... Ach ten Quasimodo! Jakież u tych kobiet dziwne narowy!

Podniósł głos.

— Mistrzu Piotrze, namyślałem się dobrze, jeden jest tylko dla niej środek zbawienia.

— Jaki? ja nie widzę żadnego.

— Słuchaj-no, panie Piotrze. Nie zapominaj, że to jej właśnie winieneś życie. Otwarcie ci myśl mą wypowiem. Kościół strzeżony jest we dnie i w nocy; wypuszczają tych tylko ze środka, których widziano jak weszli. Będziesz więc mógł wejść. Przyjdziesz do mnie. Zaprowadzę cię do niej. Zamienicie z sobą ubranie. Ona włoży twoją kapotkę, ty wdziejesz jej spódnicę.

— Jak dotąd, to nieźle idzie — wtrącił filozof. — No, a dalej?

— Dalej? Ona wyjdzie w twojem ubraniu, ty przy jej zostaniesz. Bardzo być może, że cię obwieszą; ale ona ocaloną będzie.

Gringoire złapał się za ucho z miną najzupełniej poważną.

— Przysięgam — rzekł — że myśl podobna nigdy-by mi samemu nie przyszła.

Na nieoczekiwane przedstawienie Klaudyusza, swobodna i szczerze zadowolona twarz poety posępniała raptem, niby wesoły jaki krajobraz włoski, gdy nań ni ztąd ni zowąd wiatr dmuchnie chmurą, która się ze słońcem zetrze.

— I cóż, Gringoirze? jakże ci się sposób wydaje?

— Wydaje mi się to, mój mistrzu, że nie być może mię powieszą, ale powieszą niechybnie.

— To nas wcale nie tyczy.

— Choroba-by nie tyczyła!

— Ocaliła ci życie. Dług tylko płacisz.

— Mam tego dobrego po sam czub i nie płacę.

— Mistrzu Piotrze, potrzeba żebyś tak zrobił; potrzeba koniecznie i nieodwołalnie.

Archidyakon mówił chłodno i rozkazująco.

— Racz-no posłuchać, księże Klaudyuszu — odpowiedział poeta całkiem zmieszany. — Obstajesz przy tem, w czem nie masz słuszności. Albowiem nie widzę, dlaczego-by miano mię wieszać na miejscu kogo innego.

— A cóżby cię tak znowu do życia przywiązywało?

— Oho! tysiące rozmaitych rzeczy.

— Jakich mianowicie, jeśli łaska?

— Jakich? Powietrze, niebo, poranek, wieczór, światło księżyca, dobrzy moi przyjaciele hołotnicy, nasze wesołe chychoty z facetkami, prześliczne paryzkie gmachy do oglądania, trzy grube książki do napisania, z których jedna przeciw biskupowi i jego młynom... Djabli-ż zresztą wszystko zliczą! Wszak Anaxagoras powiadał, że jest po to na świecie, by słońce podziwiał. A przytem mam szczęście spędzać wszystkie godziny mojego żywota w towarzystwie człowieka genialnego, którym jestem ja; a czyliż to nie rozkosz?

— O łbie kamienny! — ofuknął archidyakon. — Tak sobie rozkosznem czynisz dziś życie, a kto ci je zachował? kto? gadaj! Komu winieneś, że oddychasz powietrzem, że widzisz niebo, że umysł napawać jeszcze możesz sielankami ślamazarstw i niedorzeczności? Bez niej, gdzie-byś był? Chcesz więc, żeby zginęła ona, z łaski której żyjesz? żeby umarła istota ta piękna, słodka, czci i uwielbień godna, boska, słońcu i światu niezbędna? podczas gdy ty, pół-mędrzec i półgłupiec, lichy zarys czegoś, gatunek liszaja, któremu się zdaje że chodzi i który mniema że myśli, ty będziesz żyć dalej życiem, które jej skradłeś, równie na świecie potrzebny, jak lampa w południe? Słyszał-że kto coś podobnego? Daj pokój, Gringoirze! Bądź-że choć w setnej części tak miłosiernym dla niej, jak ona była dla ciebie. Bądź wspaniałomyślnym; ona ci przykład dała.

Ksiądz mówił jak z kazalnicy. Gringoire słuchał go najprzód z miną obojętną, później się rozczulił, i skończył na tem, że się skrzywił tragicznie, co go uczyniło podobnym z twarzy do nowonarodzonego niemowlęcia, cierpiącego na żołądeczek.

— Wzniosłym jesteś, mistrzu! — powiedział ocierając łzę. — Nie ma co, rozważę.... Szczególny, doprawdy, przyszedł ci był pomysł.... A kto wie zresztą — ciągnął po chwilce namysłu — kto wie, możeby mię i nie powiesili? Kupić nie kupić, potargować wolno. Kto się zaręcza, nie żeni się jeszcze. Gdy mię znajdą w izdebce owej, tak dziwacznie upstrzonego, w spódnicy i czepcu, wybuchną może śmiechem... W końcu, jeżeli mię i powieszą, to i cóż? sznurek — śmierć to jak i inna, albo mówiąc właściwiej, śmierć to inna niż każda inna. Jest to śmierć godna mędrca, który całe swe życie wątpił, męczył się, wahał; śmierć ni mięso ni ryba, jak i umysł prawdziwego sceptyka, śmierć nawskróś przejęta pyrronizmem i niedowiarstwem, trzymająca człeka między niebem i ziemią, śród niepewności. Śmierć to filozofa, i do takiej losy już zapewne same mię przeznaczyły. Przepyszną jest rzeczą skończyć jak się zaczęło, umrzeć tak, jak się żyło.

Ksiądz przerwał:

— Więc zgoda?

— Bo i cóż to jest śmierć w ostatku? — głośno i w zapale medytował dalej Gringoire. — Momencik trudniejszy, myto u rogatki, przejście od niewielkich rzeczy do niczego. Pytał ktoś Cercydasa, megalopolitańczyka, azaliby chętnie umarł: „Dlaczegożby nie, odpowiedział ten, wszak po śmierci oczom się moim przedstawią wielcy owi ludzie, Pytagoras między filozofami, Hekateus między historykami, Homer między poetami, Olimp między piewcami”.

Archidyakon podał mu rękę.

— No, więc skończone. Czekam cię jutro.

Zwrot ów od razu osadził Gringoire'a na gruncie pozytywnym.

— A, przepraszam, co do tego, to nie! Być powieszonym! zanadto to niedorzeczne! Nie chcę.

— Więc bywaj zdrów! — I archidyakon dodał skroś zęby: — Znajdziemy się!

— Wcale sobie tego nie życzę — pomyślał Gringoire — by mię ten djabeł w ludzkiej skórze znajdować potrzebował — i pobiegł za Klaudyuszem.

— Słówko, panie archidyakonie! tylko bez kwasów, jak na starych przyjaciół przystało. Interesujesz się tą dziewczyną, żoną moją, chciałem powiedzieć — nic przeciwko temu. Postanowiłeś wynaleźć kruczek, za pomocą którego mógłbyś ją bez szwanku wyprowadzić z Notre-Dame, i owszem; ale środek o którym wspomniałeś, nieskończenie jest nieprzyjemny dla mnie, Gringoire'a. Ach, gdybym to mógł mieć inny jaki!... Ależ czekaj, mistrzu!... uprzedzam cię, że właśnie w tej oto chwili przyszło mi natchnienie szczęśliwe... Cobyś na to powiedział, np. gdybym znalazł sposób wyciągnienia jej z biedy, nie narażając szyi swej na żadne postronki węzłate czy gładkie? nie było-by ci tego dość? Jest-że absolutnie koniecznem, bym dał gardło dla pozyskania twojego zadowolenia?

Ksiądz rwał guziki na sutannie z niecierpliwości.

— Potok słów to wszystko, nic więcej... Do rzeczy! jaki jest twej sposób? mów!

— Niewątpliwie — mruczał do siebie Gringoire, dotykając nosa palcem znak na rozmyślania — tak jest... dzielna wiara z tej hołoty... pokolenie etyopskie ją kocha.... ergo powstaną na pierwszy sygnał.... Nic łatwiejszego!... Raz, dwa, trzy... Pod zasłoną rozruchu... nocką... zaraz od jutrzejszego wieczora... Uniosą jak piórko... W to im graj.

— Powiesz czy nie? — przerwał ksiądz, potrząsając go za kurtkę. Gringoire najestetyczniej zwrócił się ku archidyakonowi.

— Ależ zostaw, mistrzu! alboż nie widzisz, że komponuję? — Rozważał jeszcze chwil kilka, poczem jął samemu sobie co sił klaskać w dłonie, wołając: — Cudne! powodzenie niezawodne!

— Słucham — rzekł ksiądz sucho.

Gringoire był rozpłomieniony.

— Daj ucha, mistrzu, z cicha ci powiem. Jest-to koncept rzeczywiście dziarski, podkop prawdziwy, co nas wszystkich ocali. Mówcieco chcecie, nie darmo noszę głowę na karku...

Przerwał sobie:

— Ale, ale... czy koza jest przy dziewczynie?

— Jest, i niech cię piorun zapali!

— Byliby ją także powiesili, wszak prawda?

— I cóż mię to obchodzi?

— Powiesiliby nieodmiennie. Wszakże powiesili maciorę zeszłego miesiąca. Sprawy takie, to istna Wielkanoc dla tych garbarczyków. I sznur zostanie i kocioł próżny nie będzie. Paluszki obliżą... Biedna moja Dżali!

— Przeklęty głupcze! — krzyknął Klaudyusz. — Dokądże się to będziesz wodził? Sposób! gdzie twej sposób? Trzebaż obcęgów, byś go porodził?

— Prześliczny, mistrzu. Oto jest!

Gringoire pochylił się i począł szeptać na ucho archidyakonowi, rzucając spojrzenia niespokojne z końca w koniec ulicy, po której nikt wszakże nie przechodził. Gdy skończył, ksiądz Klaudyusz wziął go za rękę i rzekł zimno:

— Dobrze. Do jutra.

— Do jutra — powtórzył Gringoire. I podczas gdy archidyakon oddalał się w jedne stronę, on poszedł w drugą, mówiąc do siebie półgłosem: — Ot, pomysł co się zowie! Wspaniałyś, panie Piotrze Gringoire! Pal licho! tak czy inak, nie powiedziano nigdzie, by mali ludzie nie byli do wielkich przedsięwzięć. Biton żubra uniósł na barkach; pliszki, piegży i rudziki Ocean przelatują.



ND-de-Paris-L10-Ch2

II. Zaciągnij się do szałaszników.

Archidyakon wróciwszy do klasztoru, u drzwi swej celki zastał Jehana du Moulin, który oczekując nań, dla zażegnania nudów przedpokojowych rysował sobie węglem na ścianie profil starszego swego brata, zbogacony nosem wydłużonym.

ND-de-Paris-L10-Ch2-Faites-VousTruand

Dom Klaudyusz ledwie spojrzał na młodszego brata; miał w tej chwili inne kłopoty. Wesołe to oblicze hultaja, które tyle już razy promiennością swą wypogodziło zasępione czoło księdza, bezsilnem się okazało teraz, w obec ciężkich mgieł, gromadzących się z każdym dniem więcej na tej duszy zepsutej, spleśniałej, cuchnącej.

— Kochany bracie — nieśmiało odezwał się Jehanek — przyszedłem cię odwiedzić.

Archidyakon oczu nań nawet nie podniósł.

— I cóż dalej?

— Bracie mój — mówił obłudnik — tak jesteś dla mnie dobrym i takie wyborne rady mi dajesz, że zawsze ku tobie się zwracam.

— No, i co więcej?

— Niestety, bracie mój kochany, wielką miałeś słuszność, gdyś powiadał: „Jehanku, Jehanku! cessat doctorum doctrina, discipulorum disciplina! Jehanku, bądź roztropnym! Jehanku ucz się! Jehanku nie wałęsaj si