FANDOM



Crystal Clear app printer Dostępny jest E-book / wersja do druku tego tekstu

Kłopoty Chińczyka w Chinach

(Les Tribulations d’un Chinois en Chine)

Juliusz Verne

¤ ¤ ¤ ¤

Przekład: Władysław Zawadzki lub Anonim
Ilustracje: Léon Benett


'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 01



Rozdział I

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 03

w którym przymioty i narodowość osób działających zwolna się odsłaniają.

Trzeba przecież przyznać, że życie ma w sobie wiele dobrego – zawołał jeden z współbiesiadników, oparty o poręcz krzesła o marmurowym grzbiecie, żując smażone w cukrze tatarskie ziele.

– I wiele złego odpowiedział zakaszlawszy się drugi towarzysz, który omal się właśnie że nie udławił ością rybią.

– Bądźmy filozofami – rzekł na to trzeci starszy jegomość z ogromnemi okularami na nosie, oprawnemi w drzewo. – Dziś jemy i pijemy, a jutro wszystko przeminie i zniknie jak krople tego oto nektaru. Takie jest nasze życie!

To powiedziawszy epikurejczyk wesołego usposobienia połknął jednym haustem szklankę doskonałego ogrzanego wina, którego lekka para wydobywała się z metalowego czajnika.

– Co do mnie – rzekł czwarty spółpbiesiadnik – życie zdaje mi się rzeczą bardzo przyjemną, jeżeli się nie pracuje i ma po temu potrzebne środki.

– Mylisz się – odparł piąty. – Szczęście jest w pracy i w nauce. Zdobyć sobie jak można największą sumę wiedzy, oto jest droga do prawdziwego szczęścia.

– I do tego, ażeby się w końcu dowiedzieć że się nic nie wie.

– A czyż to właśnie nie jest początkiem mądrości?

– A gdzież jest jej koniec?

– Mądrość jest nieskończona – odrzekł z powagą filozofa jegomość w okularach. Najwyższą rzeczą z wszystkiego jest mieć zdrowy rozum.

Tutaj pierwszy z biesiadników zwrócił się wprost do gospodarza siedzącego na najdalszym końcu stołu, to jest, na najgorszem miejscu, jak tego wymagają prawidła grzeczności. Obojętny i roztargniony słuchał on milcząco całej tej rozprawy inter pocula.

– Obaczmy co też myśli nasz gospodarz o tych naszych kieliszkowych rozprawach? Czy mu się dzisiaj życie wydaje dobrem czy złem? Czy jest za, czy przeciw?

Gospodarz gryzł sobie tymczasem obojętnie ziarnka z kawona, i za całą odpowiedź na powyższe pytanie, wydął pogardliwie usta, jak człowiek, którego nic nie obchodzi i rzekł:

– At…

Jest to słowo najodpowiedniejsze wszystkim ludziom znudzonym i obojętnym. Zawiera się w niem wszystko i nic. Jest ono w każdym języku i we wszystkich słownikach całego świata. Czuć w niem skrzywienie.

Pięciu biesiadników, których ten nudziarz podejmował, obsypało go argumentami, gdyż każdy usiłował dowieść swego zdania. Chciano się dowiedzieć co o tem myśli. Z początku milczał, potem naciskany przyznał, że życie nie jest ni dobrem ni złem. Zdaniem jego był to jakiś wymysł, nie mający znaczenia, nie bardzo pocieszny ostatecznie.

– Otóż to nasz przyjaciel – zawołał któryś z obecnych.

– Czyż się to godzi tak mówić, jemu, któ­remu nigdy nic w życiu cieniem nawet nie zamą­ciło jeszcze spokoju.

– Kiedy jest młody…

– Młody i zdrowy.

– Zdrowy i bogaty.

– Bardzo bogaty.

– Więcej niż bardzo bogaty…

– Może zanadto bogaty.

Wykrzykniki powyższe skrzyżowały się jak rakiety sztucznych ogni, nie wywoławszy najmniej­szego nawet uśmiechu na usta gospodarza. Pod­niósł zlekka ramionami, jako człowiek nie lubiący nigdy chociażby tylko pobieżnie przejrzeć kartki w księdze swego żywota, z którego to powodu nie zaczął ich nawet rozcinać.

A przecież obojętny ten człowiek kończył już trzydziesty pierwszy rok życia, był zdrowy, posia­dał ogromny majątek, umysł dosyć wykształcony, przechodzący kres powszedniej mierności; słowem posiadał to wszystko, co wielu innym nie dostaje, aby mogli być najszczęśliwszymi na świecie. Dla­czegoż on nie był szczęśliwym?

Dlaczego ?

Poważny ozwał się głos filozofa, mówiącego takim tonem, jakby koryfeusz starożytnego chóru:

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 04

– Przyjacielu, jeżeli nie jesteś szczęśliwy, to dlatego, że szczęście twoje było dotychczas za­wsze jednakowe. Szczęście jest jak zdrowie. Aby go użyć w całej pełni, potrzeba być go pozbawionym czasami. Otóż ty nie byłeś nigdy chory… czyli – chciałem powiedzieć: Nie byłeś nigdy nieszczęśli­wym. Oto jest, czego ci nie dostaje w życiu. Któż zdoła ocenić szczęście, jeżeli nie był nigdy nieszczęśliwym, chociażby na krótką tylko chwilę w życiu?

A po tej uwadze, nacechowanej mądrością filozof nasz podnosząc kielich najprzewyborniejszego szampana

– Życzę, zawołał, aby słońce naszego gospodarza zaćmiło się cośkolwiek; ażeby doznał trochę boleści w życiu.

Poczem duszkiem wychylił czarę.

Gospodarz dał znak, że się z tem zgadza i popadł znów w stan zwykłej obojętności.

Gdzie toczyła się powyższa rozmowa? Działoż się to w restauracji Europejskiej, w Paryżu, Londynie Wiedniu czy Petersburgu? Tych sześciu biesiadników ucztowało przy bankietniczym stole starego czy nowego świata? Kto byli ci ludzie rozbierający powyższe kwestje przy objedzie, nie podchmieliwszy sobie nad miarę?

To pewna, że nie byli to Francuzi, skoro nie mówili o polityce.

Sześciu onych biesiadników siedziało w około stołu w salonie nie zbyt wielkim, ale zbytkownie urządzonym. Po przez siatkę okien ze szkła niebieskiego i pomarańczowego prześlizgały się do wnętrza salonu tej chwili ostatnie promienie zachodzącego słońca. Za oknami lekki wieczorny powiew kołysał festonami kwiatów naturalnych i sztucznych, a kilka lamp różnokolorowych mięszało swe blade promienie z blaskami dnia konającego. Po nad oknami wpośród najrozmaitszego kształtu arabesków, wiły się rzeźby przedstawiające różne zwierzęta i rośliny fantastycznej fauny i flory.

Na ścianach salonu, obitych jedwabnem obiciem, świeciły szerokie kryształowe podwójne zwierciadła a umocowany w górze wachlarz wiejąc skrzydłami czterema malowanego perkalu ochładzał temperaturę salonu.

Stół był duży, czworograniasty na czarno lakierowany. Obrusa nie było. Gładka jak kryształ powierzchnia stołu odzwierciedlała srebra i porcelany bogatej zastawy. Zamiast serwet były małe rozmaitemi figurami pomalowane kartki papieru, których dostateczna ilość leżała przed każdym o zaproszonych gości. W około stołu stały krzesła o wysokich marmurowych oparciach, o wiele stosowniejsze w gorącym klimacie od sprzętów nowomodnych.

Posługiwały młode dziewczęta, bardzo uprzejme. Czarne ich włosy przeplatane były liljami i złocieniem, naramienniki ze złota i jaspisu, dodawały wdzięku białym i pulchnym ramionom. Uśmiechnięte i wesołe, jedną ręką podawały potrawy, podczas gdy drugą wachlowały gości szerokiemi wachlarzami, utrzymując w ciągłym ruch prąd powietrza w salonie.

Obiad był tak wyborny, jak sobie tylko wyobrazić można. Nic doskonalszego nad tę kuchnię równie smaczną jak wykwintną. Kucharz miejscowy, wiedząc, że ma do czynienia ze znawcami, przewyższył sam siebie w sporządzeniu stu pięćdziesięciu potraw składających całość objadu.

Na początek, otwierały szereg dań ciasta cukrowe, kawior, smażona szarańcza, suszone owoce i ostrygi z Ning Ro. Potem w krótkich po sobie odstępach szły jaja kacze, gołębie i czajek, gniazda jaskółcze z jajecznicą, frykasy, jesiotr w kompocie, potrawka z wieloryba ze słodkim sosem, młode żabki, raki morskie, wróble wole i baranie oczy z czosnykiem, ryby, bambusowe pączki z sosem, sałaty z młodego warzywa cukrowne, i td., ananasy, smażone w cukrze migdały, kasztany, najrozmaitsze owoce, pomarańcze z Kantonu stanowiły wety tego obiadu, ciągnącego się przez całe trzy godziny, polanego obficie, piwem, szampanem i rozmaitemi winami; który miał się właśnie zakończyć niezbędnym ryżem, dostającym się do ust za pomocą małych kijków, a będącym niejako koroną tak umiejętnie obmyślanego bankietu.

Nadeszła wreszcie chwila, w której młode służebne wniosły, ale na wzór mody europejskiej, czary z ciepłą a woniejącą wodą do wypłukania ust, i serwety w ciepłej umoczone wodzie, któremi każdy ze spółbiesiadników z wielką przyjemnością otarł sobie twarz.

Był to wszakże tylko przestanek międzyobiadowy. – Godzina spoczynku, uprzyjemniona muzyką.

Grono muzykantek i spiewaczek weszło do salonu. Spiewaczki były młode, piękne skromne i przyzwoite. Ale co za głosy – jaki śpiew! Miauczenie i bełkotanie, bez miary i taktu, podnoszące się w tonach ostrych do najdalszego kresu, zaledwo dosłyszane w końcu. A jakież były instrumenta tej kapeli? Skrzypce, których struny w ciągłej plątaninie kłóciły się ze smyczkami – gitary powleczone skórą wężową, klarnety wrzaskliwe, harmoniki podobne do małych kieszonkowych fortepianów, wszystko to godne spiewu i spiewaczek, którym z wielkim hałasem akompaniowały.

Dyrektor tej dziwacznej orkiestry przedłożył, wszedłszy, gospodarzowi program koncertu. Na potakujący znak tegoż kapela zaczęła grać Bukiet z dziewięciu kwiatów, bardzo wówczas będący w modzie w świecie arystokratycznym.

Orkiestra się potem oddaliła, dobrze z góry zapłacona, odebrawszy brawa ze stron wszystkich.

Sześciu współbiesiadników opuściło swe miejsca, jedynie jednak w celu przejścia do innego stołu. Na stole tym każdy znalazł małą filiżankę z pokrywką, upiększoną portretem Bodhidharamy, sławnego mnicha buddysty. Każdy dostał szczyptę herbaty, którą wsypał do wody gorącej zawartej w filiżance i zaraz wypił mięszaninę.

Ale jaka to była herbata! Nie było obawy żeby dom handlowy Gibb-Gibb and Comp., który dostarczył, zanieczyścił ją przymieszką obcych liści, ani żeby jakiś fałszerz niedelikatny pomalował ją kurkumą na żółto lub błękitem pruskim na odcień błękitnawy. Była to herbata cesarska w całej swej czystości. Były to drogocenne liście podobne do czystego kwiatu; liście z pierwszego zbioru marcowego, zbioru, który się bardzo rzadko odbywa, bo krzew ginie wtedy; liście te mają prawo zbierać tylko dzieci ubrane w czyściutkie rękawiczki!

Europejczykowi z pewnością zabrakłoby pochwał dla godnego ocenienia tej wielkiej przymiotów herbaty, którą sześciu naszych współbiesiadników spokojnie popijali zwolna, nie mówiąc ani słowa – jak to przystoi znawcom prawdziwym.

Trzeba wyznać zresztą, że i oni sami nie byli zdolni ocenić jak należy całej doskonałości tego złotawego trunku. Byli to ludzie, należący do najlepszego towarzystwa; ubrani bardzo wytwornie, w lekki kaftaniczek, zwany „haol,” w długą suknię zapinaną z boku; stopy ich, obute w żółte papucie; pończochy ich były piękne ażurowe; jedwabne spodnie ściągnięte u pasa szarfą ze złotemi żołędziami na końcach, na piersiach rodzaj kirasy jedwabnej, haftowanej ślicznie, a wachlarz u boku – cóż dziwnego, że pochodząc właśnie z prowincji, że herbaciany krzew raz tylko do roku daje całe żniwo aromatycznych liści, nie dziwili się im już wcale? Ucztę składającą się z gniazd jaskułczych, skrzel rekina, nerwów wielorybu i innych rzeczy nie mniej cudownych, spożyli wprawdzie z uznaniem, na jakie zasługiwała wykwintność potraw – lecz żeby ich miała zadziwiać, jak pierwszego lepszego cudzoziemca-profana, nieskończona ilość dań doskonałych, tego się dopuścić na żaden sposób nie mogli.

Jeżeli co miało ich zadziwić, to chyba wiadomość, dla zakomunikowania której sprosił ich właśnie uprzejmy gospodarz na ucztę.

Filiżanki były jeszcze pełne. W chwili gdy miał swoją dokończyć, obojętny ten na wszystko człowiek podparłszy się wygodnie na stole i utkwiwszy wzrok w niewidzialną przestrzeń, tak począł:

– Moi przyjaciele drodzy, posłuchajcie mnie uważnie, nie śmiejąc się ze mnie. Los już rzucony. Chciałbym wprowadzić w życie moje pewien nowy pierwiastek, któryby rozproszył monotonność życia tego. Czy będzie on dobrym, czy też złym będzie? okaże przyszłość. Obiad ten, na który was sprosiłem, jest ucztą pożegnalną kawalerstwa mojego. Za dwa tygodnie będę już żonaty, i…

– Będziesz najszczęśliwszym z ludzi! – zawołał optymista. – Patrz jaka dobra wróżba.

I rzeczywiście. Gdy blade światło lamp migotało drżące po ścianach, sroki tymczasem skrzeczały czepiając się arabesków okien, a malutkie herbaciane listki podnosiły się w kierunku pionowym w filiżankach z najpiękniejszej na świecie porcelany. Nie sposób, ażeby zawiodło tyle wróżb szczęśliwych!

Gospodarz musi być szczęśliwy, i będzie nim niezawodnie! To też rzucili się wszyscy do składania powinszowań, ale on przyjmował je z największą obojętnością. Lecz, że mówiąc o zamiarze wprowadzenia w życie swe „pierwiastka nowego,” nie powiedział jak się nazywa wybrany ten przez niego „pierwiastek,” nikt tedy nie był o tyle niedelikatnym, ażeby go o to miał pytać.

Jeden tylko filozof nie przyłączył swych życzeń do powszechnego chóru. Z rękami skrzyżowanemi na piersiach, z przymkniętemi oczyma, z ironicznym na ustach uśmiechem, nie zdawał się pochwalać ani tych, którzy składali życzenia, ani tego, któremu je składano.

Ten wstał, położył rękę na jego ramieniu i głosem, który się zdawał mniej spokojny niż zwykle, zapytał:

– Czy może jestem za stary, aby się żenić?

– Nie.

– Za młody?

– Także nie.

– Więc myślisz, że źle robię?

– Może.

– Ta, którą wybrałem, i którą znasz, ma w sobie wszystkie przymioty potrzebne, aby mię uczynić szczęśliwym.

– Wiem o tem.

– A więc…

– Ty to nie masz w sobie tego, co jest niezbędne aby być szczęśliwym. Nudzić się w życiu samemu – to źle! Nudzić się we dwoje, to jeszcze gorzej.

– A więc nie mogę być nigdy szczęśliwym.

– Nie – dopóki nie poznasz co to jest nieszczęście.

– Nieszczęście dosięgnąć mię nie może.

– Tem gorzej – bo w takim razie nic ci już nie pomoże.

– Ach! Ci filozofowie! – zawołał najmłodszy z grona. – Nie należy ich słuchać. Są to maszyny do wyrabiania teorji. Tworzą ich też bez liku, najrozmaitszego rodzaju. Ale wszystko to partactwo – do niczego. Ożeń się, ożeń się, mój przyjacielu. I jabym to zrobił, gdyby nie to, że uczyniłem ślub nigdy nic nie robić. Ożeń się i jak mówią nasi poeci oby obadwa feniksy, jawili ci się zawsze czule połączeni. Przyjaciele, piję na przyszłe szczęście naszego gospodarza!

– A ja – odrzekł filozof – piję z życzeniem, aby jakie bóstwo opiekuńcze wdało się w tę sprawę i dla uczynienia go szczęśliwym kazało mu przejść próbę nieszczęścia.

Po tym dziwnym nieco toaście biesiadnicy wstali od stołu i złożyli kułaki, jakby się chcieli boksować, następnie podnosili w górę i spuszczali na dół pochylając głowy, poczem pożegnali się i rozeszli.

Po opisie salonu, w którym się odbył ów bankiet, po potrawach, z których się składał, po ubiorze gości, po ich sposobie wyrażania się, a może też i po dziwactwie ich wyobrażeń, odgadł już czytelnik, że byli to Chińczycy; nie tacy, jakich widzimy malowanych po parawanach i porcelanach, ale nowocześni obywatele cesarstwa niebieskiego już przesiąkli polorem europejskim przez swe wykształcenie, podróże i częste stosunki z ucywilizowanym Zachodem.

W samej rzeczy scena powyższa odbywała się w salonie jednego z kwiecistych statków, pływających po rzece perłowej w Kantonie, gdzie bogaty Kin-Fo, w towarzystwie nieodstępnego swego Vana, filozofa, podejmował czterech najserdeczniejszych przyjaciół młodości, którymi byli Pao-szen, mandaryn czwartej klasy o guzikach niebieskich, Iz-Pang, bogaty kupiec bławatny z ulicy aptekarskiej, Tim, znany hulaka i uczony Hu-al.

A działo się to dwudziestego siódmego dnia czwartej kwadry miesiąca, pierwszej z onych pięciu wieczornic, na które się tak poetycznie noc chińska dzieli.



Rozdział II

w którym Kin-Fo i filozof Wan bliżej się przedstawiają.

Kin-Fo dawał ten objad pożegnalny dla swych przyjaciół w Kantonie, z tej przyczyny, że w tej stolicy prowincji Kuang-Fong przepędził znaczną część swej młodości. Z całego licznego grona kolegów, jakich miał niegdyś bogaty i rozrzutny młodzieniec, pozostało mu już tylko tych czterech. Innych rozrzuconych po świecie wirem życia, odszukać nie mógł.

Kin-Fo mieszkał wówczas w Szangaju; ażeby się trochę rozerwać, przybył na dni parę do Kantonu. Ale tegoż właśnie wieczora miał już wsiąść na parowiec, przybijający do główniejszych punktów wybrzeża i odpłynąć z powrotem do domu.

Wan towarzyszył mu, albowiem nie odstępował on nigdy swego ucznia, któremu nie szczędził nauk. Prawdę mówiąc, ten nic sobie z onych nauk nie robił. Wszystkie te wzniosłe zasady, szlachetne argumenta padały jak groch o ścianę. Ale maszyna do wyrabiania teorji, jak ją nazwał hulacki Tim, nie przestawała robić swoje.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 05

Kin-Fo był typem północnego Chińczyka, która to rasa zaczyna się przeobrażać, i która nigdy nie zmięszała się z tatarską. Nie znalazłbyś mu podobnego w całych Chinach południowych, gdzie zarówno wyższe jak niższe stany społeczeństwa mięszały się z rasą mandżurską. Kin-Fo ani przez ojca, ani przez matkę nie miał w sobie kropelki krwi tatarskiej. Ród jego od czasu zdobyczy kraju ściśle się odosobnił we własnym kole. Rośli, dobrze zbudowani, cery raczej białej niż żółtej, z brwiami prostej linji, ciągnącemi się po nad poziomo wyciętemi oczami, nosem prostym, twarzą niepłaską, mógłby był zwrócić na siebie uwagę nawet pomiędzy najpiękniejszemi okazami mieszkańców Zachodu.

Że Kin-Fo był Chińczykiem, poznać było można jedynie z jego głowy starannie ogolonej, z braku włosów na czole i szyi, i z przepysznego warkocza, który rozpoczynając się na samym cyplu czaszki spływał mu po plecach jak wąż jaspisowy. Bardzo staranny o swą powierzchowność, nosił mały wąsik lekkiem półkolem otaczający górną jego wargę, i muszkę wdzięcznie na twarzy rzuconą. Paznogcie jego sięgały długości jednego centymetra, będąc dowodem, że należał do tej szczęśliwej klasy ludzi, co mogą żyć bez pracy. Zresztą niedbałość ruchów i wyniosłość postawy okazywały na nim człowieka wyższego towarzystwa, pełnego ogłady.

Kin-Fo urodził się w Pekinie – co u Chińczyków jest szczególniejszym zaszczytem. Mógł o sobie z dumą powiedzieć:

– Jestem z niebieskiego miasta.

W Pekinie mieszkał ojciec jego Iszung-Hen, podczas gdy on miał ujrzeć światło dzienne. – W sześć lat później zamieszkał stale w Szangaju.

Dostojny ten Chińczyk ze znakomitej rodziny północnej, posiadał, jak wszyscy jego ziomkowie, wielkie uzdolnienie do handlu. Od razu, wszystko, cokolwiek wydaje ów kraj bogaty a ludny, papier swatów, bławaty, tu czu, cukry kandyzowane, przednie herbaty, żelazo, miedź czerwoną i żółtą, wszystko to od pierwszej chwili jego kupieckiego zawodu było przedmiotem jego handlu i zysków źródłem. Główny jego handel znajdował się w Szangaju, ale posiadał swe kantory w Nankinie, w Cincynie, w Makao, w Hongkong. Utrzymywał on stosunki z całym światem handlowym europejskim; parowce angielskie rozwoziły po całym świecie jego towary – telegraf podmorski donosił mu o cenach bławatów w Lugdunie, a opium w Kalkucie. Nie pogardzałon bynajmniej temi postępowemi pomocnikami, parą i elektrycznością jak większa część Chińczyków, pozostających pod wpływem rządu mandarynów, nieprzychylnych postępowi, który zwolna odziera ich z dawnego uroku.

Słowem Czung-Hen tak był zręczny zarówno w prowadzeniu handlu wewnątrz kraju, jak i zawieraniu umów z domami handlowemi portugalskiemi, francuskiemi, angielskiemi i amerykańskiemi w Szangaju, Makao i Hong-Kong, że w chwili gdy Kin-Fo przyszedł na świat, majątek jego przewyższał już sumę czterech kroć stu tysięcy dolarów.

Następnie majątek jego jeszcze się podwoił, dzięki nowemu przedsiębiorstwu, które nazwaćby można handlem kulisów nowego świata.

Wiadomo że Chiny są przeludnione – że liczba mieszkańców pozostaje w nierównym wcale stosunku z obszarem tego państwa, które dziwacznie, lecz poetycznie zowie się Państwem niebieskiem, środkowem lub ziemią kwiatów.

Ludność tamtejszą obliczają co najmniej na trzysta sześćdziesiąt miljonów mieszkańców. Wynosi to prawie trzecią część ludności całej kuli ziemskiej. A jakkolwiek biedni Chińczycy mało jedzą, przecież jeść muszą, a Chiny jakkolwiek rozległe, posiadające niezmierne pól ryżowych obszary, wybornie uprawiane prosa i zboże, nie są w stanie wyżywić swej ludności. Ztąd przepełnienie rade wydostać się na zewnątrz przez owe wyłomy, przez francuskie i angielskie działa wybite fizycznie i moralnie w murach państwa niebieskiego.

Ku Ameryce północnej, głównie zaś ku Kalifornji skierował się ten wylew, ale tak gwałtownie, że kongres Stanów Zjednoczonych widział się zmuszony uchwalić środki zapobiegające temu najazdowi, dosyć niegrzecznie nazwanemu „żółtą dżumą.” Pięćdziesiąt miljonów wychodźców chińskich do Stanów Zjednoczonych nie byłoby znacznie umniejszyło przeludnienia w Chinach, a groziło zupełnem zalaniem rasy saksońskiej, mongolską.

Wychodźtwo odbywało się na wielką skalę. Kulisi, żywiący się garstką ryżu, filiżanką herbaty i fajką tytoniu, zdolni do każdego rzemiosła, osiedlali się szybko z wielkiem powodzeniem nad słonem jeziorem w Wirginji, w Oregonie, a najwięcej w Kalifornji, gdzie nawet znacznie zniżyli cenę wyrobów rękodzielniczych.

Tworzyły się tedy spółki, celem tak mało kosztownego przewozu wychodźców. Było ich pięć, które gromadziły wychodźców w pięciu prowincjach państwa niebieskiego, a szósta w San Francisco. Tamte wysyłały, ta odbierała towar. Ajencja w Ting-Tong zajmowała się wysyłką powrotną.

Wymaga to objaśnienia.

Chińczycy radzi porzucali ojczyznę, aby szukać szczęścia u Melikanów, jak nazywają mieszkańców Stanów Zjednoczonych, ale pod warunkiem, że po śmierci zwłoki ich będą napowrót przeniesione do ojczyzny i pogrzebane w ziemi rodzinnej. Był to główny warunek kontraktu sine qua non, do którego musiała się zobowiązać każda spółka, inaczej bowiem było niepodobieństwem zawrzeć kontrakt.

Otóż tedy Ting Tong, czyli ajencja umarłych rozporządzająca osobnemi na to funduszami, miała obowiązek utrzymywać statki umarłych, które wyładowane zwłokami wyruszały z San Francisco do Szangaju, Hong Kong lub Tsin Tsin. Nowy rodzaj handlu – nowe źródło zysków.

Zręczny i przedsiębiorczy Czung Hen wnet to zrozumiał. W chwili swej śmierci w roku 1866 był dyrektorem spółki kuangtańskiej, w prowincji tejże nazwy, a wicedyrektorem kasy funduszu umarłych w San Francisco.

Kin-Fo straciwszy ojca i matkę, odziedziczył tedy majątek obliczony na cztery miljony franków, umieszczonych w akcjach centralnego banku kalifornijskiego, które miał rozum dobrze zachować.

Straciwszy ojca młody spadkobierca licząc lat dziewiętnaście, byłby się ujrzał samotny w świecie, gdyby nie miał był Vana, nieodstępnego Vana, który był jego mentorem i przyjacielem.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 06

Któż był ten Van? Od lat siedmnastu mieszkał on w Szangaju. Był on wpierw domownikiem ojca, następnie syna. Ale skądże się wziął? Od kiedy tu przybył? Na te zagadkowe pytania tylko Czung Hen i Kin Fo mogliby byli dać odpowiedź.

A gdyby byli uznali za stosowne to uczynić, co wszakże nie jest rzeczą prawdopodobną – oto czegobyśmy się byli dowiedzieli.

Wiadomo powszechnie, że Chiny są przedewszystkiem krajem, w którym powstania mogą trwać całe lata, pociągając w swój wir krocie tysięcy ludzi. W wieku XVII. sławna dynastja Ming, pochodzenia chińskiego, panowała już od trzechset lat w Chinach, gdy w roku 1644 szef tej dynastji, czując się za słabym stawić opór rokoszanom, zagrażającym już stolicy, wezwał, na pomoc jednego z władców tatarskich.

Tatar nie dał się prosić; przybiegł, odpędził rokoszan, skorzystał ze sposobności aby zarazem wypędzić i tego, który go wezwał na pomoc i ogłosił cesarzem swego własnego syna Czun-cze.

Od tej chwili dynastja tatarska zastąpiła chińską i zajęła tron cesarzów mandżurskich.

Z czasem zlały się zwolna obie rasy, zwłaszcza w niższych sferach ludności. Ale u bogatych rodów na północy cesarstwa przedział pomiędzy Tatarami a Chińczykami utrzymywał się ściślej. Typ odmienny pozostał tam nawet dotychczas, szczególniej wewnątrz północnych prowincyj cesarstwa. Tam to usunęli się nieubłagani, pozostający zawsze jeszcze wiernymi dynastji upadłej.

Ojciec naszego Kin Fo także do nich należał, wierny tradycjom rodu, pogardzającego wszelkiem pojednaniem z Tatarami. Powstanie przeciw obcemu panowaniu, nawet po trzystu leciech utrwalenia się tegoż, byłoby go każdej chwili znalazło gotowym do czynu.

Nie potrzebujemy dodawać, że syn jego Kin Fo podzielał zupełnie polityczne przekonania swego ojca.

W roku 1860 panował jeszcze w Chinach ów cesarz Sin Fong, co wydał wojnę Anglji i Francji – wojnę zakończoną traktatem pekińskim, podpisanym dnia 25. października samego tegoż roku.

Przedtem już wszakże groził dynastji panującej straszliwy rokosz. Czag Mo czyli Tai-pingi, rokoszanie o długich włosach opanowali Nankin w roku 1851 a Szanghaj w r. 1855. Po śmierci Sin Fouga nie łatwo przyszło synowi jego odeprzeć Taipingów. Bez wicekróla Li, bez księcia Kong, a zwłaszcza bez angielskiego pułkownika Gordona, nie byłby może był w stanie utrzymać się na tronie.

Owoż ci Tai-pingowie, zacięci nieprzyjaciele Tatarów, utworzywszy silne powstanie, chcieli w miejsce dynastji Tsingów wprowadzić na tron dynastję Wansów. Tworzyli oni cztery odrębne bandy. Pierwsza pod sztandarem czarnym, mająca zabijać – druga pod sztandarem czerwonym, mająca podpalać, trzecia pod sztandarem żółtym, rabująca, czwarta z sztandarem białym, mająca obowiązek troszczyć się o zaprowiantowanie trzech poprzednich.

Wojna trwała w Kiangsu. Su Czeu i Kia-Hing o pięć mil od Szangaju oddalone, popadły w ręce rokoszan, następnie napowrót nie bez wielkich wysileń odzyskane przez wojska cesarskie. Szanghaj zaatakowano dnia 18. sierpnia 1860 w chwili gdy jenerałowie Grant i Montauban, wodzowie angielsko-francuskiej armji bombardowali twierdzę Peiho.

Wówczas to Czung Heu, ojciec Kin Foa, mieszkał niedaleko Szangaju, tuż nad wspaniałym mostem, który inżynierowie chińscy zbudowali na rzece Su Czeu. Nie mógł on być nieprzyjaznym rokoszowi Taipingów, skierowanemu głównie przeciw dynastji tatarskiej.

W takich to okolicznościach wieczorem dnia 18. sierpnia po wyrzuceniu rokoszan z Szangaju, rozwarły się raptem drzwi pomieszkania Czung heu.

Do nóg padł mu uciekający powstaniec, zdoławszy ujść wymierzonej nań kuli. Nieszczęśliwy ten był bezbronny. Jeżeliby ten, u którego szukał schronienia, zechciał go wydać cesarskiemu żołdactwu, w takim razie zgubiony był bez ratunku.

Ale ojciec Kin Foa nie byłby był zdolny zdradzić Taipinga, szukającego schronienia pod jego dachem.

Zamknął tedy drzwi i rzekł:

– Nie chcę wiedzieć i nie będę nigdy wiedział kto jesteś, co przewiniłeś, zkąd pochodzisz? Jesteś moim gościem, a tem samem bezpieczny u mnie.

Nowo przybyły chciał dziękować – lecz nie miał siły przemówić.

– Jak się nazywasz? – zapytał Czung Heu.

– Wan.

Tak jest. Był to ten sam Wan, któregośmy poznali, uratowany przez wspaniałomyślnego Czung heu. Wspaniałomyślność ta byłaby go kosztowała życie, gdyby się dowiedziano, że dał u siebie schronienie powstańcowi. Ale Czung heu był z tych ludzi dawnego kraju, u których gość był świętą osobą.

W kilka lat później stłumiono rokosz stanowczo. W roku 1864 cesarz Taipingów oblężony w Nankinie struł się, aby nie popaść jeńcem w ręce cesarskich.

Od owego dnia Wan pozostał w domu swego dobroczyńcy. Nigdy nikt go nie zapytał o jego przeszłość. Może się obawiano dowiedzieć za wiele. Okrucieństwa popełniane przez rokoszan, były jak powiadano, okropne. Pod którym sztandarem służył Wan – pod żółtym, czerwonym, czarnym, czy białym? Lepiej było nie wiedzieć o tem i zawsze przypuszczać, że należał do kolumny prowiantowej.

Wan zachwycony swym losem, pozostał odtąd domownikiem pod tym gościnnym dachem. Po śmierci Czung-heu, syn tegoż nie myślał się rozłączać z Wanem, tak się był przyzwyczaił do towarzystwa tego miłego człowieka.

Boć zaiste w chwili, gdy się niniejsza rozpoczyna powieść, któżby był poznał starego Taipinga, mordercę, rozbójnika lub podpalacza – do wyboru – w tym pięćdziesiątletnim poważnym filozofie, w tym moraliście z okularami na nosie, w tym Chińczyku z oczami ukośnemi, tradycyjnemi wąsami, w długim chałacie, poważnie zaokrąglonej tuszy, z głową ustrojoną wedle dekretu cesarskiego, to jest w kapeluszu futrzanym i wywijanemi kresami po nad czapeczką, z pod której wymykały się pukle czerwonej siatki. Nie wyglądał-że na istnego profesora filozofji, na jednego z tych mędrców, co umieją biegle pisać ośmdziesięciu tysiącami głosek chińskiego abecadła, za człowieka wykształconego, umiejącego mówić wyższym stylem, za pierwszego laureata chińskiej akademji, mającego prawo przechodzić przez wielką bramę w Pekinie, przeznaczoną wyłącznie dla synów nieba.

Może też w towarzystwie poczciwego Czung-heu zapomniawszy przeszłość pełną grozy wyzacniał z czasem były rokoszanin i wstąpił zwolna na pole filozofji spekulacyjnej. Tak tedy widzicie teraz dlaczego Kin-Fo i Wan, którzy nigdy się nie rozłączali, byli teraz razem w Kantonie i dla czego po owym pożegnalnym obiedzie poszli razem na wybrzeże szukać parowca, któryby ich szybko odwiózł napowrót do Szangaju.

Kin-Fo szedł milczący, trochę nawet zadumany. Wan rozglądał się na prawo i lewo, filozofując do księżyca i gwiazd, przechodził z uśmiechem przez bramę „wieczystej dziewiczości” nie zbyt dlań wysoką, przez bramę „wieczystej uciechy,” której wrota zdawały mu się wrotami jego własnego żywota, i śledził okiem gubiące się w ciemnej dali wieże pagody „pięciuset bóstw.”

Parowiec Perma miał właśnie odpływać. Kin-Fo i Wan zajęli dwie kajuty dla nich przeznaczone. Rączy prąd rzeki pereł, zabierającej codziennie z błotem swych brzegów zwłoki skazańców, przyspieszał szybki bieg statku. Jak strzała przemykał parowiec pomiędzy ruinami pozostałemi tu i owdzie po kulach dział francuskich, po przed dziewięcio-piątrową pagodą Hafway, dalej port Whampoa, gdzie przybijają największe okręta, zarzucając kotwicę pomiędzy wysepkami u bambusowych grobli obu wybrzeży.

Sto pięćdziesiąt kilometrów czyli trzysta siedmdziesiąt pięć liów, oddzielających Kanton od ujścia rzeki przebył statek w przeciągu nocy.

O świcie Perma przepływała po pod Paszczę tygrysa. Szczyt Wiktorji na wyspie Hong-Kong wznoszący się 1825 stóp po nad powierzchnię morza, przemknął na chwilę w porannym mroku, i po najszczęśliwszej w świecie podróży Kin-Fo wraz z filozofem płynąc w górę żółtych fal rzeki błękitnej, wylądowali w Szangaju, na wybrzeżu prowincji Kiang-Nan.



Rozdział III

(w którym czytelnik będzie mógł, nie trudząc się, oglądnąć miasto Szanghaj).

Przysłowie chińskie mówi:

„Gdy pałasze rdzewieją a rydle świecą; Gdy więzienia puste a pełne spichrze; Gdy schody świątyń wydeptane są stopami wiernych, a drogi do trybunałów sądowych zarastają trawą; Gdy lekarze chodzą pieszo, a piekarze jeżdżą konno – wówczas cesarstwo dobrze jest rządzone.”

Dobre to przysłowie. Dałoby się zastosować do wszystkich państw starego i nowego świata. Ale jeżeli gdzie daleko jest jeszcze do ziszczenia tych wszystkich dezyderjów, to właśnie w Chinach, w cesarstwie niebieskiem. Tam to świecą pałasze a rydle rdzewieją, więzienia są przepełnione a próżne spichrze. Piekarze mają o wiele mniej do czynienia od lekarzów, a jeżeli wierni odwidzają pagody, toć i w trybunałach nie braknie nigdy ani skarżących, ani skarżonych.

Zresztą niepodobna nawet dobrze administrować państwem, mającem 180.000 mil kwadratowych obszaru, ciągnącem się przeszło 800 mil z północy na południe, a przeszło 900 z zachodu na wschód, liczącym ośmnaście rozległych prowincyj, nie mówiąc już o państwach haracz płacących, jak Mongolja, Mandżuria, Tybet, Tonking, Chiwa, wyspy Liu-Czu itd. A jeżeli pod tym względem Chińczycy łudzić się mogą, to cudzoziemcy widzą to doskonale. Sam tylko jeden cesarz może, zamknięty w swym pałacu, którego wrota rzadko kiedy przestępuje, po za murami potrójnego miasta, ten syn nieba, ojciec i matka swych poddanych, wydający i zmieniający prawa dowolnie według swego widzimisię, dzierżący prawo życia i śmierci każdego ze swych poddanych, do którego już prawem urodzenia należą wszystkie dochody cesarstwa, ten mocarz, przed którym w prochu tarzają się wszystkie czoła, on tylko jeden przekonany jest, że wszystko najlepiej w świecie u niego się dzieje. Na nicby się nawet nie zdało próbować dowodzić mu, że się myli. Syn nieba nie myli się nigdy.

Miałżeby Kin-Fo mieć pewne przyczyny do myślenia, że lepiej być rządzonym po europejsku, niżeli po chińsku? Być może. Albowiem nie mieszkał w samym Szanghaju, lecz po za nim, w obrębie posiadającym na mocy przywileju angielskiego, rodzaj autonomji, bardzo cennej.

Szanghaj, właściwe miasto, położone jest na lewym brzegu małej rzeki Huang Pu, która pod kątem prostym połączywszy się z rzeką Wusung, wpada do Jang Czekianu, czyli rzeki niebieskiej, a następnie z nią razem do morza żółtego.

Jest to okrąg podłużny, ciągnący się z północy ku południowi, opasany wysokiemi murami, przez które pięć bram prowadzi na przedmieścia. Jest to sieć nierozwikłana drobnych uliczek, pełnych błota, któremuby nie podołały największe europejskie maszyny do zamiatania ulic – sklepy tam ciemne bez wystaw, w których sprzedają towar kupcy do pasa nadzy. Nie ujrzysz tam woza ni palankinu – rzadki zaledwie przemknie jeździec. Parę wznosi się okazalszych budynków– są to pagody chińskie, lub kaplice różnych wyznań zamieszkałych tam cudzoziemców. Za całą przechadzkę służy ogródek herbaciany, i rynek dosyć błotnisty, na gruncie przesiąkłym nawozami, na którym dawniej ryż zasiewano, wydającym wilgotne wyziewy. W tych ulicach, po tych domostwach ciasnych i zaułkach żyje ludność 200.000 mieszkańców licząca. Takiem jest to miasto, w którem nie do pozazdroszczenia jest życie, które pomimo tego wszakże jest bardzo ważnym punktem handlowym.

Tam to na mocy traktatu Nankińskiego, uzyskali cudzoziemcy po raz pierwszy prawo zakładania składów kupieckich. Skutkiem tego miasto niniejsze stało się bramą handlowi europejskiemu otwierającą do Chin drogę. Rząd oddał też za mierną opłatę trzy obszary gruntu zewnątrz miasta i jego przedmieść, Anglikom, Francuzom i Amerykanom, których żyje tam około dwóch tysięcy.

O kolonji francuskiej nie wiele da się powiedzieć. Ma ona z wszystkich trzech najmniejsze znaczenie. Graniczy prawie z północną częścią miasta i ciągnie się aż do potoka Jankipanu, który ją oddziela od kolonji angielskiej. Mają tam swe kościoły Lazaryści i Jezuici, którzy o cztery mile od Szanghaju posiadają klasztor w Czi-ka we, gdzie wychowują chińskich prozelitów. Mała ta kolonja francuska nie dorównywa ościennym swym sąsiadkom. Z dziesięciu założonych tu w r. 1861 domów handlowych pozostało obecnie już tylko trzy, a bank eskontowy przeniósł się do kolonji angielskiej.

Obszar amerykański ciągnie się w górę Wusunu. Od kolonji angielskiej oddziela go Ia Czu-krik, przez który rzucono most drewniany. Tam to wznosi się kościół misji i krzyżują się liczne doki, w których się naprawiają okręta europejskie.

Z wszystkich trzech niezaprzeczenie najświetniej rozwija się kolonja angielska. Tam wzdłuż wybrzeża ciągną się przepyszne pomieszkania z werandami i ogrodami, pałace mocarzów handlu, bank zachodni, hong sławnego domu Dent, kantory Zardynów, Russellów i innych wielkich kupców, klub angielski, teatr, park, tor wyścigowy, bibljoteka. Tak wygląda owa bogata siedziba brytyjskich wyspiarzy słusznie nazwana kolonją wzorową.

Tutaj na tym uprzywilejowanym obszarze, pod opieką liberalnego rządu, znachodzi się, jak powiedział Leon Russet: „Miasto chińskie posiadające swą odrębną cechę i nie mające w całym świecie sobie podobnego”.

Na tym tedy maleńkim kawałku ziemi, cudzoziemiec przybywający statkiem śród malowniczych wybrzeży rzeki niebieskiej, ujrzał cztery powiewające pawilony, trzy o barwach francuskich, a czwarty po nad jachtem Stanów Zjednoczonych, gwiazdy amerykańskie i krzyż św. Andrzeja, żółty na tle zielonem, cesarstwa kwiatów.

Co do okolic Szanghaju, są to płaszczyzny, bez drzew, poprzerzynane kamiennemi drogami i ścieżkami o kątach prostych, podziurawione cysternami i nawodniaczami przeznaczonemi do rozprowadzania wody po polach ryżowych niezmiernej rozległości. Prowadzone we wszystkich kierunkach spławne kanały, przypominały Hollenderskie żuławy. – Obraz to rozległy, pełen bujnej zieloności, ale nieujęty w ramy.

Perma przybita do przystani na wybrzeżu chińskiem u przedmieścia wschodniego. Tutaj Kin Fo z Wanem wysiedli na ląd po południu.

Ruch w porcie by ogromny na lądzie, nieopisany na rzece. Statki, czółna, łodzie, wszelkiego rodzaju i kształtu, tworzyły jakby pływające miasto, którego to miasta ludność lekko można obliczać na 40.000. Ludność to handlowa niższej sfery, której najwyższa nawet warstwa nie może się nigdy wznieść do klasy uczonych lub mandarynów.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 07

Dwaj przyjaciele szli sobie rozglądając się po wybrzeżu, śród rojącego się tłumu, złożonego z kupców najrozmaitszego rodzaju, przekupniów sprzedających owoce, pomarańcze, orzechy, marynarzy wszelkich krajów, nosiwodów, wróżbitów, bonzów, lamów, księży katolickich, ubranych po chińsku, w chałatach z ogonami i wachlarzami, żołnierzy chińskich, tipaów, policjantów i kompradorów, czyli ajentów, zajmujących się robieniem interesów kupcom europejskim.

Kin Fo z wachlarzem w ręku, obojętnem toczył okiem po owych tłumach, które go nic a nic wcale nie zajmowały. Ani metaliczny dźwięk piastrów meksykańskich, ni taelów srebrnych, miedzianych zapeków, brzęczących w około niego śród hałaśliwego gwaru przekupniów, nie nęciły jego słuchu, nie zwracały uwagi. Gdyby chciał byłby w stanie zakupić całe przedmieście i zapłacił gotówką.

Wan rozpiął swój szeroki parasol żółty, udekorowany czarnemi potwory, a świadom wszystkiego, jak winien być Chińczyk wyższego rodu, znachodził wszędzie przedmiot do czynienia uwag.

Gdy przechodzili po przed bramę wschodnią, wzrok jego padł przypadkowo na tuzin klatek bambusowych, z których wyglądały głowy zbrodniarzów, ściętych dnia poprzedniego.

– Może lepiejby było nie ścinać głów, rzekł; ale postarać się o to aby byli roztropniejszymi.

Kin Fo nie dosłyszał, jak się zdaje, powyższej uwagi Wana, która byłaby go zapewne mocno zdziwiła w uściech byłego Tajpinga.

Szli dalej w milczeniu wybrzeżem okalającem mury dzielnicy chińskiej.

Na końcu przedmieścia, w chwili gdy mieli już wstąpić na grunt kolonji francuskiej ujrzeli gromadzącą się gawiedź w około Chińczyka, w długim chałacie niebieskiem, który małą laseczką bił o róg bawoli, wydający za każdem uderzeniem hałaśliwe dźwięki.

– Jakiś Szinszen – zawołał filozof.

– Co nas to obchodzi? – odrzekł Kin.

– Przyjacielu, każ sobie wywróżyć twą przyszłość. Wyborna sposobność w chwili właśnie, gdy się masz żenić.

Kin Fo chciał iść dalej. Wan wstrzymał go.

Sinszeni są to wróżbici, których rzemiosłem jest przepowiadanie przyszłości za parę sapeków. Nie posiadają oni innych narzędzi rzemieślniczych oprócz klatki, w której siedzi zamknięty mały ptaszek, zawieszonej na guziku u sukni, tudzież talji kart złożonej z sześćdziesięciu czterech obrazków, przedstawiających postacie bogów, ludzi i zwierząt. Chińczycy wszystkich stanów, zazwyczaj zabobonni, nie lekceważą nigdy przepowiedni Sinszena.

Na znak dany przez Wana, wróżbit rozpostarł na ziemi mały dywanik, postawił na niem swą klatkę, wyjął karty, stasował i położył na dywanie, figurami do góry.

Następnie otworzył klatkę. Ptaszek wyszedł z niej, wybrał jedną kartę, i wrócił do klatki otrzymawszy ziarnko ryżu w nagrodę.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 09

Wróżbit odwrócił kartę. Był na niej wymalowany mężczyzna i napis, ułożony w języku mandarynów północy, języku urzędowym, którym mówią stany wykształcone.

Wówczas zwróciwszy się do Kin-Fo, przepowiedział mu to co wszyscy jego bracia wróżbici całego świata zawsze przepowiadają bez narażenia się na niczyje gniewy, mianowicie, że po przebyciu małych trochę przeciwności, dozna następnie dziesięciu tysięcy lat szczęścia.

– Jednego tylko, jednego niech użyję, a dosyć mi będzie – rzekł Kin-Fo i obojętnie rzucił na ziemię srebrny pieniądz, na który wróżbita rzucił się jak pies zgłodniały na kość pełną szpiku. Takie gratki nie często mu się zdarzały.

Wan z uczniem swym szli oba dalej milcząc ku kolonji francuskiej. Pierwszy rozmyślał nad tą przepowiednią, tak zgadzającą się z jego własnemi o szczęściu teorjami, drugi był pewien, że go nie mogą dotknąć żadne przeciwności.

Minęli konsulat francuski, poszli w górę aż do kładki, rzuconej na Jan-Kin-Panie, przeszli potok i kolonję angielską, aby się dostać na wybrzeże europejskie.

Wybiło południe. Ruch handlowy, ożywiony rankiem, ustał naraz. Dzień kupiecki skończył się. Spokój i cisza zaległy w koło, nawet w mieście angielskim, które pod tym względem stało się chińskiem.

W tej właśnie chwili kilka okrętów cudzoziemskich, po większej części pod pawilonem Stanów Zjednoczonych, zawinęło do portu. Na dziesięć, przyznać potrzeba, znajdzie się dziewięć, wiozących opium. Tego napoju, zezwierzającego ludzi; tej trucizny, którą Anglja zalewa Chiny, przychodzi tu rocznie przeszło za dwieście sześćdziesiąt miljonów franków, przynosząc trzy od sta czystego zysku. Napróżno usiłował rząd chiński nie dopuścić przywozu opiumu do cesarstwa niebieskiego. Wojna roku 1841 i traktat nankiński otworzyły wrota towarowi angielskiemu, przynoszącemu miljony mocarzom świata kupieckiego. Przyznać zresztą potrzeba, że jeżeli rząd w Pekinie postanowił karę śmierci na każdego Chińczyka, któryby sprzedawał opjum, to z urzędnikami na prowincji za pomocą brzęczącej monety jakoś radzić sobie można. Powiadają, że mandaryn Szanghaju ma rocznie nie mniej jak miljon dochodu za to tylko, że patrzy przez szpary na to, czego się pod tym względem dopuszczają pozostający pod jego rządem obywatele cesarstwa niebieskiego.

Ma się rozumieć samo z siebie, że ani Wan, ani Kin-Fo, nie oddawali się ohydnej namiętności palenia opium, który rozprzęga organizm i sprowadza śmierć przedwczesną.

Ani jedna uncja tej trucizny nie postała nigdy w bogatem pomieszkaniu, do którego obadwaj przyjaciele przybyli w godzinę po wylądowaniu na wybrzeżach Szanghaju.

Wan uczynił uwagę, także dosyć dziwną w uściech Taipinga:

– Może niekoniecznie należałoby zezwierzęcać tak cały naród. Handel, rzecz dobra – ale mądrość jeszcze lepsza. Bądźmy mędrcami – przedewszystkiem filozofja!



Rozdział IV

w którym Kin-Fo otrzymuje ważny list, który się już spóźnił o ośm dni.

Jamen jest to całość złożona z rozmaitych budowli, stojących w równym szeregu, przeciętym pod kątem prostym drugim szeregiem kiosków i pawilonów. Najczęściej jamen służy za mieszkanie mandarynom wyższego rzędu i jest własnością cesarza. Wszelako nie jest zabronioną rzeczą i zwykłym obywatelom państwa niebieskiego posiadać własny jamen, i właśnie w jednym z takich okazałych przybytków mieszkał bogaty Kin-Fo.

Wan i uczeń jego zatrzymali się przed główną bramą, prowadzącą do wnętrza, otoczonego rozległemi zabudowaniami jamenu, jego ogrodami i dziedzińcami.

Gdyby to było pomieszkanie nie zwykłego prywatnego człowieka, lecz mandaryna urzędującego, wówczas pod poddaszem bramy, rzeźbionem i pstrokato umalowanem, znajdowałby się ustawiony wielki bęben, do którego dniem i nocą przychodziliby dawać znać biciem weń o sobie obywatele mandarynatu, żądający sprawiedliwości. Ale tutaj, zamiast bębna skarg zdobiły fronton jamenu olbrzymie wazy porcelanowe, napełnione wieczyście za staraniem rządcy domu, cenną herbatą. Napój ten był przeznaczony dla wszystkich przechodniów, będąc pięknem szczodrobliwości Kin-Foa świadectwem. Jakoż był on dobrze widziany przez swych, jak mówi się w Chinach, sąsiadów od Wschodu i Zachodu.

Za przybyciem pana zbiegli się słudzy na jego przyjęcie. Kamerdynerowie, lokaje, wrotni, służba od podawania krzeseł, masztalerze, woźnice, stróże nocni, kucharze, cała ta ćma składająca dwór wielkiego pana chińskiego, jawiła się pod przewodnictwem głównego rządcy domu, marszałka dworu, dziesiątka kulisów, najmowanych miesięcznie do grubszych robót gospodarskich, trzymała się nieco w oddaleniu.

Marszałek dworu powitał pana domu. Ten zaledwie mu dał znak ręką i minął spiesznie, zawoławszy tylko:

– Sun!

– Sun – pochwycił śmiejąc się Wan. – Gdyby tu był Sun nie byłby już Sunem.

– Gdzie jest Sun? – zapytał ponownie Kin-Fo.

Marszałek zmuszony był wyznać, że ani on, ani nikt w domu nie wie gdzie się obraca Sun.

Sun był to pierwszy kamerdyner, odstawiony wyłącznie do usług przy osobie Kin-Foa, bez którego tenże w żaden sposób obejść się nie mógł.

Byłże Sun wzorem służących? Bynajmniej. Gorzej służyć niepodobna. Roztrzepany, niezgrabny, żarłok, tchórz, prawdziwy Chińczyk z parawana, ale wierny i jedyny, co umiał jakoś rozerwać swego pana. Kin-Fo dwadzieścia razy na dzień miał przyczynę gniewać się nań, a chociaż to czynił tylko razy dziesięć, zawsze i to już wyrywało go ze zwykłej obojętności i skutecznie żółć poruszało. Ze względów hygienicznych sługa, jak widzimy, nieoceniony!

Sun zresztą, jak wszyscy prawie słudzy w Chinach, sam się poddawał karze, gdy na nią zasłużył. Pan jego mu też jej nie szczędził. Łamał bambusy na jego plecach, ale Sun nic sobie z tego nie robił. Natomiast niezmiernie okazywał się dotkliwym na ucięcie za karę jakowegoś znaczniejszego przestępstwa warkocza plecionego, wiszącego mu na plecach.

Powszechnie wiadomo, jak wielką wagę przywiązują Chińczycy do tej ozdoby. Strata warkocza, to pierwsza kara, której ulegają skazani zbrodniarze. To bezcześć na całe życie. Jakoż biedny sługa nie obawiał się niczego więcej nad to, aby być skazanym na utratę kawałka warkocza. Cztery lat temu gdy Sun wstąpił w służbę Kin-Foa, warkocz jego jeden z najpiękniejszych w cesarstwie niebieskim, mierzył jeden metr i dwadzieścia pięć centymetrów długości. Obecnie nie pozostało mu już więcej jak tylko pięćdziesiąt siedm centymetrów.

Jakby tak dalej poszło, w dwa lata Sun byłby łysiuteńki.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 10

Wan i Kin Fo przeszli wraz z domownikami, z uszanowaniem za nimi postępującymi, przez ogród, którego drzewa sadzone po większej części w wazonach z gliny palonej, strzyżone w podziwienia godny acz niesmaczny sposób, przedstawiały postacie zwierząt fantastycznych. Minęli sadzawkę, zapełnioną guramisami i czerwonemi rybkami, której wody okrywało blado różowe liście nelumbonu, najpiękniejszego z rodzaju nenufarów w królestwie kwiatów. Pokłonili się hierogliptycznemu zwierzowi, wymalowanemu jaskrawemi barwami na umyślnie ku temu służącym murze jako fresk symboliczny i doszli w końcu do głównego zabudowania jamenu.

Był to dom piątrowy, wznoszący się na terasie, na którą prowadziło sześć schodów marmurowych. Bambusowe plecionki rozpostarte były na kształt poddaszy po nad drzwiami i oknami, dla ochłodzenia zbyt gorącej temperatury powietrza i zabezpieczenia od promieni słonecznych. Dach płaski odbijał kontrastem od fantastycznych wieżyczek pawilonów, rozrzuconych tu i owdzie pośród jamenu, których zębate blanki, różnokolorowe cegły i misternie rzeźbione arabeski nęciły oko swą rozmaitością.

Wewnątrz z wyjątkiem komnat wyłącznie zajmowanych przez Wana i Kin-Fo, ciągnęły się salony, otoczone gabinetami o przejrzystych przegrodach, tworzących ściany, udekorowanych festonami malowanych kwiatów, lub sentencjami moralnemi, któremi obywatele cesarstwa niebieskiego szczędzić nie zwykli. Wszędzie dziwaczne siedzenia z palonej gliny lub porcelany, z drzewa i marmuru, z tuzinem miękkich poduszek. Wszędzie lampy lub latarnie jak najrozmaitszych kształtów, ze szkła blado kolorowego, owieszone żołędźmi, frendzlami i kutasami jak hiszpańska mulica. Wszędzie też maleńkie owe stoliczki do herbaty, zwane cza-ki, niezbędny sprzęt w każdym domu chińskim. A rzeźb z kości słoniowej i szyldkretu, bronzów, kadzielnic, złotych naczyń filigranowych, waz mlecznych i szmaragdowych, okrągłych lub ostrokątnych dynastji Kingów i Tsingów, i bardzo jeszcze wykwintnych porcelan dynastji Jen, przejrzystych emalji różowych i żółtych, których wyrobu tajemnica już zatracona, tego wszystkiego było tam takie mnóstwo, że całemi godzinami potrzeba by je wyliczać. Bogate to mieszkanie łączyło w sobie fantastyczny przepych chiński z komfortem europejskim.

Bo Kin-Fo był, jak o nim mówiono, a co też i wszystkie jego okazywały skłonności, człowiekiem postępowym. Żadnego z najnowszych wynalazków Zachodu nie zaniedbał sobie natychmiast sprowadzić. Należał on do rzędu tych synów nieba, bardzo dotąd jeszcze rzadkich, którzy cenią wiadomości fizykalne i chemiczne. Nie należał on do tych barbarzyńców, co przecięli pierwszy drut telegraficzny, który firma Reynolds chciała pociągnąć aż do Wusuru, w celu odbierania najpierw wiadomości, przywożonych statkami pocztowemi angielskiemi i amerykańskiemi, ani do tych zacofanych mandarynów, którzy nie dopuściwszy aby drut telegrafu podmorskiego z Szanghaju do Hong-Kong przeprowadzonego umocnić gdziekolwiek na stałym lądzie, zmusili do umocowania go na statku pływającym po rzece.

Nie – Kin-Fo należał do tych ziomków swoich, co pochwalali rząd za założenie arsenałów, i warstatów okrętowych pod kierunkiem inżynierów francuskich. Posiadał też akcje towarzystwa tych parowców chińskich, które pełnią służbę pocztową pomiędzy Tin Tsinem a Szanghajem, w czysto krajowym interesie, i należał do przed siębiorstwa tych parowców pospiesznych, co o trzy lub cztery dni wyprzedzają pocztę angielską z Singapuru.

Powiedzieliśmy, że w całem urządzeniu jego pomieszkania wszędzie widoczny był postęp europejski, wszystkie zabudowania jamenu połączone były telefonami. Dzwonki elektryczne łączyły wszystkie pomieszkania. W porze zimnej rozpalano ogień, przy którym pan domu grzać się nie wstydził, mądrzejszy w tym względzie od swoich ziomków, którzy marzną przy próżnym kominie, otuleni potrójnem, lub poczwórnem odzieniem. Świecił u siebie gazem, jak inspektor jeneralny komory w Pekinie, jak najbogatszy z bogaczów Jang, właściciel banku zastawniczego w cesarstwie. Naostatek pogardzając zestarzałym zwyczajem pisania listów, postępowy Kin-Fo, jak wnet obaczymy, używał do korespondencji fonografu, doprowadzonego ostatniemi czasy przez Edisona do najwyższego stopnia udoskonalenia.

Posiadał tedy uczeń Wana tak pod względem materjalnym jak i moralnym wszystko zgoła, czego potrzeba, aby być szczęśliwym. A przecież nie był nim. Miał Suna, aby na nim spędzać swe codzienne złe humory – a jeszcze nawet i ten Sun nie wystarczał mu do szczęścia.

Prawda, że w tej przynajmniej chwili nie było Suna, który nigdy nie stawił się wówczas, gdy go było potrzeba. Musiał zapewne coś bardzo zawinić, coś grubo przeskrobać w nieobecności swego pana, że się bał jeżeli nie o swe plecy, przyzwyczajone już do domowego bambusu, to zapewne, co gorzej, o warkocz.

– Sun! zawołał Kin-Fo, wchodząc do sieni, z których na prawo i na lewo prowadziły drzwi do salonów, głosem rozkazującym, z widoczną niecierpliwością.

– Sun! powtórzył Wan, którego przedstawienia i dobre rady dawane Sunowi, nigdy nic nie skutkowały.

– Odszukać natychmiast Suna i przyprowadzić! rzekł Kin-Fo, zwracając się do marszałka dworu, który rozesłał natychmiast całą służbę, aby szukać zguby.

Wan i Kin-Fo zostali sami.

– Mądrość, rzekł wówczas filozof nasz, nakazuje podróżnemu, wstępującemu z powrotem w dom swój, odpocząć sobie.

– Bądźmy mądrymi, odrzekł krótko uczeń Wana.

I uścisnąwszy dłoń Wana, odszedł do swoich apartamentów, podczas gdy Wan udał się do swej komnaty.

Kin Fo, będąc sam, rzucił się na miękki dywan wyrobu europejskiego, z oparciem tak wygodnem, jakiego nigdy nie potrafiłby zrobić najzręczniejszy chiński tapicer. Leżąc rozparty na dywanie zaczął marzyć. Czy o związku z miłą i piękną kobietą, którą postanowił wziąć sobie za towarzyszkę życia? I nie można się temu dziwić, bo właśnie miał się do niej udać. Piękna ta osóbka nie mieszkała w Szanghaju, lecz w Pekinie u Kin-Fo rozmyślał nad tem, że należałoby donosząc jej o swym powrocie do Szanghaju, zawiadomić zarazem o bliskiem przybyciu do stolicy niebieskiego cesarstwa. A gdyby nawet zdradzić, jaką chęć, lekką niecierpliwość rychłego jej okazania, nie byłoby to wcale nie na swojem miejscu. W gruncie rzeczy czuł on istotnie do niej przywiązanie. Wan mu to dowiódł najnieomylniejszemi syllogizmami, a nowy ten żywioł mógłby dać poznać rzecz nieznaną… szczęście – które itd.

Tak marzył Kin-Fo z zamkniętemi oczy i już, już byłby usnął spokojnie, gdyby nie uczuł, że go coś łaskocze w dłoń prawą.

Instynktownie zemknęły się jego palce i ujęły coś na kształt wałka przyzwoitej grubości, z którym należycie były obznajomione.

Tak – niepodobna się było mylić. Była to trzcina bambusowa, wsunięta mu w rękę. Równocześnie ozwał się głos pokorny, pełen rezygnacji:

– Niech pan bije.

Kin-Fo zerwał się i ruchem ręki bardzo naturalnym podniósł trzcinę do góry.

Sun stał przed nim zgięty do ziemi, z nastawionemi na razy plecami. Jedną ręką oparty o dywan, w drugiej trzymał list.

– Jesteś przecie – zawołał Kin-Fo.

– Aj, aj, ja! – odrzekł Sun. Nie spodziewałem się mego pana jak za trzy dni. – Niech pan bije!

Kin-Fo rzucił precz trzcinę. Sun, chociaż żółty z natury, w tej chwili zbladł jak wapno.

– Kiedy tak dobrowolnie nastawiasz plecy, to już pewnie wiesz, żeś na coś więcej zasłużył. Co się stało?

– List.

– Gadaj – krzyknął Kin-Fo, porywając list z ręki Suna.

– Zapomniałem oddać go panu prze wyjazdem pańskiem do Kantonu.

– Ośm dni spóźnienia, łotrze!

– Zawiniłem.

– Chodź tu.

– Jestem jak nędzny rak morski bez łap, nie mogący łazić. – Aj, aj ja!

Ostatni ten wykrzyk był wykrzykiem rozpaczy. Kin-Fo uchwycił Suna za warkocz, i jednem zręcznem cięciem nożyc odciął tegoż koniec.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 11

Trzeba przyznać, że tej chwili znalazły się łapy u raka, gdyż naraz Sun błyskawicą odskoczył precz, nie zapomniawszy pochwycić z ziemi leżącego kawałka swego cennego warkocza.

Z pięćdziesięciu siedmiu centymetrów warkocz Suna zmniejszył się na pięćdziesiąt cztery.

Kin-Fo uspokoiwszy się zupełnie, rzucił się znów na dywan i oglądał z wszystkich stron list nadeszły przed ośmiu dniami, z miną człowieka, któremu się nic a nic pilno nie dzieje. Gniewał się na Suna za jego niedbalstwo, lecz nie za spóźnione oddanie listu. Cóż go tam mógł zajmować list jakikolwiek? Wówczas byłby dlań chyba pożądanym, gdyby mógł w jakibądź sposób go dotknąć i wzruszyć… Wzruszyć – jego?!

Patrzał nań wprawdzie, lecz z roztargnieniem.

Koperta płócienna miała po jednej i po drugiej stronie rozmaite pieczęcie pocztowe, barwy zielonawej i czekoladowej, mające pod popiersiem mężczyzny liczby dwa i sześćset co oznaczało, że przychodzi ze Stanów zjednoczonych amerykańskich.

– Aha! – rzekł Kin Fo. – To od mego ajenta z Ameryki.

I rzucił niedbale list na sofę.

Bo i cóż mógł mu ajent jego ciekawego donosić? Że akcje stanowiące prawie cały jego majątek, spoczywały spokojnie w kasach banku kaliforniańskiego, że podniosły się w kursie o 25 do 20%, że dywidenda tegoroczna będzie wyższa od zeszłorocznej itd.

Kilka tysięcy dolarów mniej lub więcej, to przecież wzruszyć go nie było w stanie.

Z tem wszystkiem w parę minut potem Kin-Fo wziął list napowrót do rąk, rozdarł bezmyślnie kopertę i zamiast go przeczytać, rzucił najprzód okiem na podpis.

– Tak – to list od mego ajenta. Musi pisać o interesach. – Interesa na jutro.

I po raz wtóry rzucił listem, gdy w tejże hcwili zwróciło jego uwagę słowo podkreślone kilkakrotnie na drugiej stronicy listu. Było to słowo upadłość, na które ajent jego chciał widocznie zwrócić uwagę swego mocodawcy w Szanghaju.

Kin-Fo podjął tedy list rzucony i odczytał go od pierwszej do ostatniej litery, nie bez pewnego rodzaju zaciekawienia, które było czemś nie zwykłem u niego.

Na chwilę brwi mu się zmarszczyły; ale gdy skończył czytanie listu, na ustach jego zarysował się uśmiech pogardliwy.

Kin-Fo wstał z sofy – przeszedł się parę razy po pokoju i zbliżył usta do trąby akustycznej łączącej pomieszkanie jego wprost z pomieszkaniem Wana. Już nawet przytknął rożek do ust, lecz tej chwili odmyślił się, opuścił z rąk węża kauczukowego i znów się rzucił na dywan.

– Et – rzekł sobie.

W tem słowie zawierał się cały Kin-Fo.

– A ona – pomyślał. Ją cała ta rzecz bardziej obchodzi niż mnie.

Zbliżył się do małego lakierowanego stoliczka, na którym stało podługowate pudełko, kosztownie rzeźbione i wysadzane. Ale w chwili gdy go chciał otworzyć, wstrzymał się.

– Co ona pisała w ostatnim swym licie? – zapytał sam siebie z cicha.

I zamiast podnieść wieko pudełka, pocisnął boczną sprężynę.

Natychmiast ozwał się wdzięczny głosik:

„Mój dobry starszy braciszku! Nie jestem dla ciebie czem więcej niżeli kwiat maj-hu w pierwszej kwadrze miesiąca, kwiat moreli w drugiej, a kwiat brzoskwini w trzeciej! Drogi mój klejnocie! Dzień dobry ci po tysiąc, po dziesięć tysięcy razy!”

Był to głos młodziutkiej kobiety, której czułe słowa powtarzał fonograf.

– Biedna siostrzyczko! – rzekł Kin-Fo.

Poczem otworzywszy pudełko, wyjął zeń pasek rowkowany papieru, który mu powtórzył echo oddalonego głosu i włożył zamiast niego inny.

Fonograf ten był tak doskonały, że dosyć było mówić głośno, aby echo słów żłobiło się wyraźnie na pasku owiniętym na kole obracającem się za pomocą przyrządu, podobnego do zegara.

Kin-Fo mówił tedy przez całą prawie minutę. Z tonu jednostajnego głosu jego nie można było bynajmniej poznać czy treść ich wesołą była czy smutną.

Trzy czy cztery zdania, nie więcej, wyrzekł Kin-Fo, poczem zatrzymał działanie fonografu, usunął pasek, na którem igiełka fonografu wyżłobiła znaczki głosowe, odpowiedne słowom wymówionym, a następnie złożywszy go i schowawszy w kopertę, zapieczętował i od prawej do lewej wypisał na tejże następujący adres:

Pani Le-u

ulica Sza-ku

w Pekinie.

Na odgłos elektrycznego dzwonka nadbiegł tejże chwili służący, odstawiony do noszenia listów, któremu kazał list niniejszy natychmiast oddać na pocztę.

W godzinę potem Kin-Fo spał już spokojnie, trzymając przy sobie zwój Czu-fu-żen, rodzaj poduszki z drzazg bambusowych, używanej przez Chińczyków do utrzymania w łóżku umiarkowanie chłodnej temperatury, bardzo pożądanej w gorącym klimacie.



Rozdział V

(W którym Le-U otrzymuje list, którego wolałaby nie otrzymać).

Nie ma jeszcze listu do mnie?

– Nie ma, proszę pani.

– Ach, jakże mi ten czas wydaje się długi, stara matko.

Tak po dziesiąty już raz dnia dzisiejszego mówiła prześliczna Leu, spoczywając w swym buduarze przy ulicy Sza-Ku w Pekinie. „Starą matką,” do której mówiła, nazywając ją tym wyrazem, którym się zazwyczaj nazywa w Chinach służebne poważniejszego już wieku, była zrzędliwa i wielce nieprzyjemna panna Nan.

Leu wyszła za mąż w ośmnastym roku życia za uczonego pierwszego stopnia, który należał do współpracowników sławnego dzieła Sse-Ku-Tsuan-Szu.[1] Mędrzec ten był dwa razy od niej starszy i zmarł we trzy lata po zawarciu tego niestosownego małżeństwa.

Młoda wdowa znalazła się tedy samotna w świecie, nie mając jeszcze spełna lat dwadzieścia i jeden. Kin-Fo ujrzał ją, będąc w Pekinie właśnie w tej porze. Wan znający ją dawniej, zwrócił uwagę swego obojętnego na wszystko ucznia na tę milutką osobę. Kin-Fo zwolna oswoił się z myślą zmiany sposobu życia przez pojęcie w małżeństwo młodej wdówki. Leu nie okazała się głuchą na uczynione jej oświadczenie. I oto ku wielkiemu zadowoleniu Wana miało być zawarte małżeństwo zaraz, skoro Kin-Fo załatwiwszy niezbędne sprawy w Szanghaju, przybędzie do Pekinu.

Nie ma zwyczaju w cesarstwie niebieskiem, aby wdowy wychodziły powtórnie za mąż, nie przez to, aby sobie tego nie życzyły, podobnie jak i wdowy Zachodu, ale po prostu dla tego, że nie znajdują nikogo, coby rad życzeniom ich za dosyć uczynić. Kin-Fo wprawdzie czynił wyjątek, ale też Kin-Fo był jak wiemy oryginałem. Leu wyszedłszy powtórnie za mąż, utraciłaby wprawdzie prawo przechodzenia po pod pae-lu, t.j. łukiem pomnikowym, który cesarz każe czasami stawiać na cześć kobiet, które się wsławiły wiernością pamięci zmarłych swych mężów, jak wdowa Sung, co nie chciała przez całe życie odstąpić na krok grobu mężowskiego, jak wdowa Kan-Kian, która po śmierci męża z żalu rękę sobie ucięła, jak wdowa Jen-Czian, która na znak żałoby po mężu oszpeciła się straszliwie. Leu wszakże była tego zdania, że można lepiej skorzystać ze swych latek dwudziestu. Postanowiła przyjąć na siebie znowu owe jarzmo posłuszeństwa, które w gronie chińskiej rodziny stanowi cały żywot niewieści, zrzec się gadania o rzeczach pozadomowych, stosować się do prawideł księgi Li-Nu o cnotach domowych i księgi Nei-sto-pien o obowiązkach stanu małżeńskiego, odzyskać wreszcie to znaczenie, jakiego doznaje mężatka, nie będąca w sferach wyższych, bynajmniej niewolnicą, jak powszechnie mniemają. Leu rozumna, wykształcona, pojmująca jakie miała zająć stanowisko w życiu znudzonego bogacza, przejęta chęcią dowieść mu, że szczęście może tu istnieć na ziemi, rada oczekiwała swojego nowego losu.

Nieboszczyk uczony umierając pozostawił żonie dostateczny, acz mierny majątek. Urządzenie domu przy ulicy Sza-Ku było tedy skromne. Nieznośna Nan składała cały jej dwór, lecz Le u przyswoiła się zdawna do jej nieznośnego sposobu zachowania się którem odznacza się nie tylko służba cesarstwa kwiatów.

Młoda wdowa przesiadywała najczęściej w swym buduarze. Byłby on bardzo skromnie urządzony, gdyby nie bogate dary, które od dwóch miesięcy przybywały z Szanghaju. Kilka pięknych obrazów zdobiło ściany, między niemi arcydzieło starego mistrza Hwan Tse Nien, które musiałoby zwrócić uwagę każdego znawcy, w pośród akwareli szczerze chińskich, z końmi zielonemi, psami fioletowemi a drzewami niebieskiemi, pędzla któregoś z artystów nowoczesnych. Na jednym stole rozłożone były jak wielkie motyle o różnobarwnych skrzydłach wachlarze sławnej szkoły Swatowa. Z wazy porcelanowej, na górze zawieszonej, spadały girlandy kwiatów sztucznych, misternie robionych, spółzawodniczących o lepsze pięknością i świeżością barw z białemi nenufarami, żółtą chryzantyną i różowemi liljami japońskiemi, ścielącemi się po kunsztownie rzeźbionych drewnianych etażerach. Zawieszone w oknach lekkie maty z bambusowego włókna, oświetlały łagodnie wnętrze komnaty, przepuszczając jakby przez sito promienie słoneczne. Przepyszny ekran z piór krogulczych, których plamy kunsztownie ułożone tworzyły postać tego ptaka, co w cesarstwie kwiatów jest godłem piękności, dwie klatki mające kształt pagody, prawdziwy kalejdoskop najświetniejszych ptaków indyjskich i tysiące podobnych przedmiotów upominkowych, zwracających myśl ku nieobecnemu, składały przyozdobienie tej niewieściej komnaty.

– Nie ma jeszcze listów, Nano!

– Nie ma jeszcze.

Czarowna to była kobieta ta Le-u. Piękna nawet dla europejczyka, bo miała białą, a nie żółtą cerę; oczy jej zaledwo trochę podnosiły się ukośnie ku skroniom, włosy czarne, ozdobione kilku kwiatami brzoskwiniowemi, upiętemi iglicami z zielonego jaspisu, zęby małe a białe, rzęsy zaledwie troszeczkę czarnym tuszem pociągnięte. Nie kładła na twarz ni bielidła hiszpańskiego, jak to czynią wszystkie piękności niebieskiego cesarstwa, ani pociągała karminem dolnej wargi, nie rysowała prostopadłej kreski pomiędzy oczami i nie używała wcale onych przeróżnych pięknideł, na które dwór chiński wydaje corocznie dziesięć miljonów zapeków. Młoda wdowa nie potrzebowała sztucznych środków. Mało wychodziła z domu swego przy ulicy Sza-Ku, a zatem mogła się obejść bez tej maski, którą każda Chinka uważa za konieczną wychodząc pomiędzy ludzi.

Ubiór Leu był, jak można sobie tylko wyobrazić, prosty a ozdobny. Miała na sobie długą suknię o czterech fałdach, bramowaną szerokim galonem haftowanym; pod suknią spódniczkę gładką, napierśnik ozdobiony szutasem z filigranowego złota, pantalony upięte do pasa, a u stóp podwiązane jedwabnym nankinem piękne pantofelki, wyszywane perłami. Czegoż więcej potrzeba, aby młodą wdowę uczynić czarującą, skoro jeszcze dodamy, że miała rączkę maluchną i że swe paznogcie długie i różowe utrzymywała starannie w małych srebrnych naparstkach, nadzwyczaj kunsztownie rzeźbionych.

A nóżki? Nóżki miała maluchne, nie skutkiem tego barbarzyńskiego zwyczaju przybierania przymusowo kształtów naturalnych, który to zwyczaj szczęściem już się zwolna zatraca, lecz ponieważ tak ją już sama stworzyła przyroda. Barbarzyńska owa moda trwa już od siedmiu set lat, a wprowadziła ją podobnoś jakaś księżniczka kulawa. Robi się to po prostu tak, że palce podwijają się i krępują pod podeszwą, podczas gdy pięta pozostaje zupełnie swobodną. Zmienia to z czasem całą stopę w rodzaj pnia stożkowego, przeszkadza chodzeniu, usposabia do bezkrwistości i nie da się nawet wytłumaczyć, jakby mniemać można, zazdrością małżonków. To też znika coraz bardziej z dniem każdym od czasu podboju tatarskiego. Obecnie na dziesięć kobiet chińskich nie da się naliczyć trzy, któreby z dzieciństwa przechodziły tę boleśną operację, która defigurację stopy za sobą pociąga.

– Niepodobna aby listu dziś nie było. Dowiedz-no się jeszcze stara matko, rzekła znów po niejakim czasie Le-u.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 12

– Już się dowiadywałam, odrzekła wcale szorstko panna Nan i wyszła mrucząc z pokoju.

Leu chciała się zająć pracą, aby się rozerwać. Przy niej myślała także o Kin-Fu – dla niego bowiem haftowała parę materjalnych trzewików. Jest to jedyna praca, pozostawiona kobiecie w społeczeństwie chińskiem, wszelkich stanów. Ale robota nawet z rąk wypadła rozmarzonej i niecierpliwej wdówce. Wstała, wyjęła z bombonierki parę pastelków, które zgryzła białemi ząbkami, potem otworzyła książkę Nu-szun, ów kodeks postępowania uczciwych mężatek, który każda z nich nieustannie odczytywać powinna.

„Jako wiosna jest porą sprzyjającą pracy, podobnież ranek jest najpomyślniejszą dnia porą.”

„Wstawaj rano. Nie oddawaj się zbyt długo słodyczom snu.”

„Pielęgnuj morwy i konopie.”

„Przędź pilnie jedwab i bawełnę.”

„Cnotą kobiety jest pracowitość i oszczędność.”

„Sąsiedzi chwali cię będą…”

Książka wnet się zamknęła. Rozmarzona Leu nie wiedziała nawet co czyta.

– Gdzie on jest teraz? – zapytywała sama siebie. Miał być w Kantonie. – Czy wrócił już z Szanghaju? Czy szczęśliwie przebył morze? Oby bogini Ku-a-nina czuwała nad nim!

Tak mówiła sobie niespokojna młoda niewiasta. Wtem spojrzała przypadkiem na stół okryty kobiercem, artystycznie zszytym z tysiąca małych kawałeczków materji, rodzaj mozaiki jedwabnej wedle mody portugalskiej, wyobrażającej kaczkę mandaryńską z kaczętami, godło wierności u Chińczyków. Następnie zbliżyła się do żardynjerki i zerwała pierwszy lepszy kwiat, który jej wpadł w ręce.

– Ach! – zawołała to nie zielony kwiat wiosny, młodości i wesela. To żółta chryzantyna, godło jesieni i smutku.

I żałość objęła jej myśli, której napróżno oprzeć się chciała. Chwyciła lutnię – przebiegła palcami po strunach, i cicho zanuciła pierwsze słowa piosnki „zaręczonych”, lecz nie była w stanie dokończyć.

– Dawniej, myślała, listy jego nie spóźniały się. Czytałam jej rozczulona. Lub też miasto onych głosek, co się jedynie oczom przedstawiały moim, słyszałam nawet własny głos jego, jak gdyby on sam był przy mnie.

I Le-u zwróciła oczy na fonograf ustawiony na gerydonie, zupełnie taki sam, jaki widzieliśmy u Kin-Foa w Szanghaju. Oboje mogli tym sposobem słyszeć się wzajemnie pomimo dzielącej ich odległości. Ale od kilku dni już milczał fonograf i nie powtarzał myśli dalekiego kochanka.

Wtem weszła stara.

– Oto jest list, rzekła.

I wyszła, pozostawiwszy Le-u list ze znakiem pocztowym Szanghajskim.

Uśmiech zabłysnął na ustach Le-u. Oczy jej żywym zapromieniły blaskiem. Rozdarła kopertę szybko, nie oglądnąwszy jej przedtem wcale, jak zazwyczaj czyniła.

W kopercie nie było listu pisanego, ale papier poznaczony żłobionemi linijkami, który włożony do fonografu powtarza wszystkie brzmienia ludzkiego głosu.

– Ach! to jeszcze lepiej, zawołała radośnie Le-u. Usłyszę jego samego mówiącego!

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 13

I włożyła szybko papier do fonografu, którego przyrząd zegarowy w ruch puszczony, wypowiedział do pochylonej nad nim Le-u, następujące słowa, dobrze jej znanym głosem:

„Moja mała siostrzyczko! Jestem zrujnowany. Bogactwa moje rozwiały się jak wiatr rozwiewa pożółkłe liście jesieni. Sam w nędzy nie chcę nikogo pogrążać w nędzy. Zapomnij o tym, którego dziesięć tysięcy nieszczęść ugodziło.

Twój zrozpaczony Kin-Fo.”

Jakiż cios dla biednej kobiety! Przed nią już tylko życie pełne goryczy, gorsze od gorżkiej gencjany. Wiatr złoty unosił jej ostatnie nadzieje, wraz z bogactwami kochanka. Czyliż Kin-Fo miałby ją przestać kochać? Miałżeby nie pojmować innego szczęścia, jak tylko w bogactwie? O! Biedna Leu! Była podobną w tej chwili do papierowego orła, spadającego na ziemię, gdy się nie urwie.

Nan, zawołana, weszła do pokoju, wzruszyła ramionami i ułożyła panią do łóżka. A chociaż było to łoże i miękkie i ogrzane, o! jakże wydało się niewygodnem i zimnem biednej Leu! Jak strasznie długie wydały jej się pięć pór owej bezsennie spędzonej nocy!



Rozdział VI

który zachęci może czytelnika do uczynienia małej wycieczki do biur Towarzystwa „Wiek.”

Nazajutrz Kin-Fo, którego ani na chwilę nie opuściła pogarda rzeczy światowych, wyszedł sam z domu i krokiem równym jak zawsze szedł prawem wybrzeżem rzeki. Przybywszy do drewnianego mostu, łączącego kolonję angielską z amerykańską, przeszedł na drugą stronę i zwrócił się ku jednemu z domów dosyć ozdobnej powierzchowności, pomiędzy kościołem misjonarskim a konsulatem Stanów Zjednoczonych.

Na froncie tego domu przybita była szeroka blacha miedziana, na której umieszczony był sążnistemi głoskami napis następujący:


WIEK
Towarzystwo ubezpieczeń życia
Kapitał gwarancyjny 20 miljonów dolarów.
Ajent główny Wiliam J. Bidulf.


Kin-Fo otworzył podwójne drzwi i wszedł do biura, przedzielonego po połowie prostą balustradą tej wysokości, że się na niej opierać było można. Kilka szaf na papiery, księgi z dużemi klamrami, kasa amerykańska z tajnemi zamkami, nie dozwalająca się otworzyć, dwa czy trzy stoliki, przy których siedzieli zajęci pisaniem urzędnicy biura, sekretarzyk osobny skomplikowanej roboty, przeznaczony dla samego pana Wiliama Bidulfa, oto z czego się składało całe umeblowanie tego apartamentu, który się zdawał jakby żywcem z Bradway przeniesiony nad brzegi Wusunu.

Wil. J. Bidulf był głównym ajentem w Chinach Towarzystwa ubezpieczeń od ognia, tudzież zabezpieczenia życia, którego dyrekcja miała siedzibę w Chicago. Wiek – nazwa umyślnie dobrana, aby przyciągnąć klientów – Wiek posiadający wielką wziętość w Stanach Zjednoczonych, posiadał swe ajencje we wszystkich pięciu częściach świata. Robił on ogromne interesa i bardzo zyskowne dzięki swym statutom, ułożonym bardzo ogólnikowo, dozwalającym mu ubezpieczać od wszelkiego rodzaju niebezpieczeństw.

Mieszkańcy niebieskiego państwa zaczynali już także iść za tym prądem wyobrażeń, zapełniającym kasy Towarzystw tego rodzaju. Wielka liczba domów cesarstwa środkowego była ubezpieczoną od ognia, a nie brakło z podpisami chińskiemi kontraktów ubezpieczenia na wypadek śmierci z najrozmaitszemi kombinacjami. Blachy z godłem Wieku widziałeś nad wielu domami w Szanghaju, a nie brakło jej także nad domem KinFoa.

Nie w celu zatem ubezpieczenia się od ognia przychodził uczeń Wana w odwiedziny do pana Wil. Bidulfa.

– Zastałem p. Bidulfa? – zapytał wszedłszy.

P. Wil. Bidulf znajdował się w biurze w własnej swej osobie, jak fotograf, który sam zdejmuje wizerunki, każdej chwili gotów na usługi publiczności. Był to człowiek lat pięćdziesięciu, ubrany starannie w czarnym fraku, białej krawacie, z brodą, bez wąsów, po amerykańsku.

– Z kimże mam zaszczyt mówić? – zapytał.

– Z panem Kin-Fo, z Szanghaju.

– Z panem Kin-Fo… naszym klientem… polica do liczby dwadzieścia siedm tysięcy dwieście…

– Z tym samym.

– Mogęż mieć szczęście służenia czemkolwiek szanownemu panu?

– Chciałbym pomówić z panem w cztery oczy – odrzekł Kin-Fo.

Rozmowa w cztery oczy mogła pójść bardzo łatwo, gdyż pan Wil. J. Bidolf, mówił po chińsku równie dobrze jak Kin-Fo po angielsku.

Bogaty klient został tedy wprowadzony z winnemi mu honorami do osobnego gabinetu, obitego obiciem nieprzepuszczającem głosu, o drzwiach podwójnych, w którym możnaby bezpiecznie spiskować nad obaleniem dynastji Tsing, nie będąc podsłuchanym przez najbystrzejszych szpiegów cesarstwa niebieskiego.

– Życzyłbym sobie, rzekł Kin-Fo, usiadłszy na fotelu blisko kominka gazem opalanego, życzyłbym zabezpieczyć w Towarzystwie wypłatę po mojej śmierci, kapitału, którego wysokość zaraz oznaczę.

– Nic łatwiejszego – odrzekł Wil. J. Bidulf. – Dwa podpisy, mój i szanownego pana na policy i ubezpieczenie gotowe, po spełnieniu kilku zwykłych formalności wstępnych. Ale… pozwolisz panie uczynić mi jedno zapytanie… czy życzysz pan sobie, co zresztą byłoby rzeczą naturalną, nie umrzeć jak w bardzo późnym dopiero wieku?

– Jak to? Wszak ubezpieczenie życia oznacza najczęściej przeciwnie obawę rychłej śmierci?

– O! szanowny panie – odrzekł pan Wil. Bidulf najpoważniej w świecie. – tego nieobawiają się nigdy ubezpieczenie w „Wieku” – sama nazwa już to mówi. Ubezpieczyć się u nas, to jakby otrzymać przywilej długiego życia. Przepraszam, ale rzadko się trafia aby nasi ubezpieczeni nie przeżyli wieku, nie doszli stu lat… rzadko… bardzo rzadko. W ich własnym interesie byłoby żyć krócej. Ale cóż począć? Co prawda robimy też przepyszne interesa. Uprzedzam zatem pana, że ubezpieczyć się w Wieku znaczy pozyskać prawie pewność przeżycia całego wieku.

– Tak – odrzekł spokojnie Kin-Fo, zimnym swym wzrokiem mierząc pana Wil. J. Bidulfa.

Ajent główny, poważny jak minister, nie zdawał się wcale żartować.

– Bądź co bądź, rzekł Kin-Fo po chwili, życzę się zabezpieczyć na dwakroć stotysięcy dolarów.

– Mówię dwa kroć stotysięcy dolarów, powtórzył sobie Wil. J. Bidulf i wpisując w notatkę swą tę liczbę, której wysokość nie zwróciła bynajmniej jego uwagi.

– Czy panu wiadomo, dodał, że ubezpieczenie staje się nieważnem i wszystkie upłacone raty, jaka nie bądź byłaby ich kwota, przepadają na rzecz Towarzystwa, jeżeli osoba, na której korzyść ubezpieczenie uczynione jest, umrze z przyczyny tego, który zawarł umowę ubezpieczenia?

– Wiem.

– A od jakiego niebezpieczeństwa chce się pan łaskawy pan ubezpieczyć?

– Od wszystkich.

– W razie śmierci w podróży na lądzie i morzu, tak w cesarstwie niebieskiem jak i po za jego granicami?

– Tak jest.

– Na wypadek śmierci skutkiem wyroku sądowego.

– Tak jest.

– Na wypadek śmierci w pojedynku?

– Tak jest.

– W służbie wojskowej?

– Tak jest.

– W takim razie premie wypadną bardzo znaczne.

– Zapłacę ile będzie potrzeba.

– Dobrze.

– Ale, dodał Kin-Fo, jest jeszcze jedno niebezpieczeństwo, którego pan nie wymieniłeś.

– Jakie?

– Samobójstwo. Myślałem, że statuta Wieku dozwalają także ubezpieczenia na wypadek samo bójstwa?

– Tak jest – tak jest, odpowiedział pan Bidulf, zacierając dłonie. Jest to nawet źródłem wielkich dla nas zysków. Pojmuje łaskawy pan, że tym co się u nas ubezpieczają, chodzi po większej części bardzo o życie, ci więc co z nadmiaru przezorności ubezpieczają się także na wypadek samobójstwa, nigdy życia sobie nie odbierają.

– Mniejsza z tem, odrzekł Kin-Fo, z przyczyn osobistych życzę sobie zabezpieczyć się i na ten wypadek.

– Dobrze; ale premia będzie bardzo znaczna.

– Powtarzam, że zapłacę ile będzie potrzeba.

– Zgoda – a zatem ubezpieczenie, ciągnął dalej Wil. Bidulf, zapisując w swej notatce, na wypadek śmierci na morzu, w podróży, samobójstwa…

– A pod warunkami temi, jakaż więc będzie wysokość premji do zapłacenia? spytał Kin-Fo.

– Łaskawy panie, premie u nas obliczone są jak najściślej, wedle prawideł matematycznych, co czyni zaszczyt Towarzystwu. Nie opierają się już obecnie jak dawniej na tablicach Duvillarsa… Czy łaskawy pan zna Duvillarsa?

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 14

– Nie znam.

– Statystyk znakomity – ale jeden z dawniejszych… tak dawny, że nawet już umarł. Wówczas kiedy układał owe sławne tablice, służące dotychczas jeszcze za podstawę obliczania premij po większej części wszystkim europejskim Towarzystwom ubezpieczeń bardzo zacofanym, wówczas przeciętna liczba życia ludzkiego była niższa od teraźniejszej, dzięki postępowi powszechnemu. My zatem opieramy obliczenie premij naszych na wyższej liczbie przeciętnej korzystniejszej dla ubezpieczonego, który przeto płaci mniej a żyje dłużej.

– Jaka będzie wysokość mojej premji? – zapytał Kin-Fo, rad powstrzymać wymownego ajenta, który nie opuszczał nigdy sposobności wykazania wyższości swego Towarzystwa nad inne.

– Łaskawy panie – odrzekł Wil. J. Bidulf – ośmielę się zapytać ile pan sobie lat liczy?

– Trzydzieści jeden.

– A zatem mając lat trzydzieści jeden, gdyby szło tylko o ubezpieczenie w razie zwykłych wypadków, zapłaciłbyś pan, w któremkolwiek bądź Towarzystwie 283/100 od sta; lecz u nas zapłaci pan tylko 270/100, co czyni rocznie od kapitału 200.000 dollarów 540 dollarów.

– A pod tym warunkiem jak sobie życzę? zapytał Kin-Fo.

– Z ubezpieczeniem od wszystkich niebezpieczeństw, i na wypadek samobójstwa?

– Zwłaszcza na wypadek samobójstwa?

– Panie! – odrzekł pan Wil. J. Bidulf tonem słodziutkim, popatrzywszy wpierw na drukowaną tabliczkę na końcu swej notatki – nie możemy ubezpieczyć w takim razie taniej jak za 25%.

– Co uczyni?…

– Pięćdziesiąt tysięcy dollarów.

– A w jaki sposób ma być premja wypłacona?

– Albo cała naraz lub też ratami miesięcznie, według życzenia ubezpieczonego.

– Co uczyniłoby za dwa pierwsze miesiące?…

– Ośm tysięcy trzysta trzydzieści i dwa dollary, które gdyby zostały wpłacone dziś dnia 30. kwietnia, drogi panie, pokryłyby należytość za czas do 30. czerwca bieżącego roku.

– Warunki te przyjmuję – rzekł Kin-Fo. – Oto dwie pierwsze raty.

To mówiąc wyjął z kieszeni i położył na stole gruby pakiet banknotów.

– Dobrze, drogi panie, bardzo dobrze, odrzekł Wil. J. Bidulf. Jest jeszcze tylko jedna mała formalność do spełnienia przed podpisaniem policy.

– Jaka?

– Lekarz Towarzystwa musi pana drogiego opatrzeć.

– W jakim celu?

– Dla przekonania się, czy pan jesteś silnie zbudowany, czy nie masz jakiego błędu organicznego, mogącego wpłynąć na przyspieszenie śmierci, czy wreszcie posiadasz warunki długiego życia?…

– Pocóż tego, skoro ubezpieczam się nawet na wypadek śmierci w pojedynku i z samobójstwa?

– Łaskawy panie, odrzekł Wil. J. Bidulf zawsze ze słodziutkim swoim uśmiechem – zaród choroby w organizmie pańskim, któraby pana w kilku miesiącach zabrała z tego świata, kosztowałby nas piękną sumkę 200.000 dolarów.

– A gdybym sobie sam życie odebrał, toby przecież tak samo tyleż kosztowało.

– Drogi panie, odpowiedział uprzejmy ajent Wieku, biorąc Kin-Fo za rękę i głaszcząc z lekka takową, miałem już zaszczyt powiedzieć panu, że wiele osób zabezpiecza się u nas na wypadek samobójstwa, ale żadna z nich życia sobie nie odbiera. Zresztą mamy prawo ich nadzorować… Ale w największej tajemnicy…

– Tak! zawołał Kin-Fo.

– Dodam osobistą moją uwagę, że ze wszystkich moich klientów Wieku ci właśnie najdłużej płacą zazwyczaj umówioną premję. Ot, zobaczmy naprzykład, dlaczego bogaty pan Kin-Fo miałby sobie odbierać życie?

– A dlaczegoż bogaty pan Kin-Fo chce się zabezpieczyć?

– No, odrzekł Wil. J. Bidulf, aby mieć pewność, że jako ubezpieczony w Wieku doczeka późnej starości.

Nie było co dłużej dyskutować z głównym ajentem słynnego Towarzystwa. Tak był pewnym tego, co mówił.

– Ubezpieczam na korzyść dwóch osób – rzekł Kin-Fo.

– Po równej połowie?

– Nie. Dla jednej 50.000 dolarów, dla drugiej 150.000.

– Mówię: Pięćdziesiąt tysięcy dolarów dla pana…

– Wana.

– Filozofa Wana?

– Tego samego.

– A 150.000 dolarów?

– Dla pani Le-u w Pekinie.

– W Pekinie – powtórzył Wil. J. Bidulf skończywszy wpisywać imiona. Potem rzekł:

– W jakim wieku jest pani Le-u?

– Ma lat dwadzieścia jeden – odrzekł Kin-Fo.

– Ta młoda osoba będzie porządnie starą gdy otrzyma kapitał dla niej ubezpieczony.

– Jakto? Dla czego?

– Bo pan kochany żyć będziesz przeszło lat sto – wiek cały. A filozof Wan…

– Ma lat pięćdziesiąt pięć.

– O! to ten miły człowiek może być pewnym, że nigdy nie obaczy się z temi pieniędzmi.

– To się da widzieć.

– Drogi panie – odrzekł na to Wil. J. Bidulf, gdybym mając lat pięćdziesiąt pięć, był spadkobiercą człowieka liczącego lat dwadzieścia jeden, a mającego żyć lat sto, nie byłbym tak naiwnym, abym liczył na jego spadek.

– Sługa pański – rzekł Kin-Fo, powstawszy zabierając się do wyjścia.

– Służka – odrzekł uprzejmy p. Wil. J. Bidulf, kłaniając się nisko nowemu klientowi Wieku.

Nazajutrz lekarz Towarzystwa opatrzył Kin-Fa, i wedle przepisów regulaminu wpisał w rubryki sprawozdania:

„Zdrowie żelazne, muskuły ze stali, płuca jak organy.”

Nic tedy nie przeszkadzało ubezpieczeniu osoby tak silnej i zdrowej. Tegoż dnia podpisali policę ubezpieczenia z jednej strony Kin-Fo na rzecz młodej wdowy i filozofa Wana, z drugiej imieniem Towarzystwa Will. J. Bidulf.

Ani Le-u, ani Wan, nie mieli się dowiedzieć, wyjąwszy jakiegoś nadzwyczajnego zbiegu wypadków, o tem, co dla nich uczynił Kin-Fo, aż tego samego dnia, w którym Wiek miał im wypłacić kapitał, będący ostatnim wspaniałomyślnym darem byłego miljonera.



Rozdział VII

który byłby bardzo smutny, gdyby nie znajdował się w nim opis szczególniejszych zwyczajów i obyczajów w cesarstwie niebieskiem.

Cokolwiek mógł sobie gadać lub myśleć szanowny Wil. J. Bidulf, to pewna że fundusze Wieku były bardzo zagrożone. Wprawdzie plan Kin-Foa nie był tego rodzaju, ażeby raz powzięty, po bliższem zastanowieniu się, miał być koniecznie wykonany. Zrujnowany zupełnie uczeń Wana postanowił rozprawić się ostatecznie z tem życiem, co nawet wówczas gdy był bogatym, nie przynosiło mu nic krom smutku i znudzenia.

List doręczony mu przez Suna w ośm dni po przybyciu do Szanghaju, nadszedł z San Francisco. Donosił on o zawieszeniu wypłat centralnego banku kalifornijskiego. Wiemy zaś, że cały majątek Kin-Foa składał się z akcyj tego sławnego banku, tak pewnego potąd. Lecz stało się. – Rzecz była nie wątpliwa – jakkolwiek niespodziewana. Upadek centralnego banku kalifornijskiego potwierdziły wszystkie dzienniki, nadeszłe do Szanghaju. Kin-Fo był zrujnowany zupełnie.

Bo i cóż pozostawało mu oprócz rzeczonych akcyi i upadłego banku? Nic lub prawie nic. Dom w Szanghaju, z którego sprzedaży, chociaż znaleść kupca było prawie niepodobieństwem, pozostałaby mu w najlepszym razie suma, wcale niewystarczająca na utrzymanie. Ośm tysięcy dolarów wpłaconych tytułem premji do „Wieku”, parę akcji Towarzystwa statków Tsin-Tsin, które sprzedane natychmiast, tegoż samego jeszcze dnia, wystarczyły zaledwie na opędzenie najnaglejszych potrzeb, oto był teraz cały jego majątek.

Mieszkaniec Zachodu, Francuz lub Anglik, byłby może przyjął ten cios stoicznie i szukał w pracy źródeł zapewnienia sobie nowego bytu. Obywatel cesarstwa niebieskiego inaczej na tę rzecz się zapatrywał – Kin-Fo, jako prawdziwy Chińczyk postanowił umrzeć dobrowolnie, widząc w tem jedyny środek wyjścia bez obrazy sumienia, z tą typową obojętnością jaka cechuje rasę żółtą.

Chińczyk ma tylko odwagę bierną, ale posiada ją w najwyższym stopniu. Jego obojętność na śmierć jest istotnie zdumiewająca. Chory oczekuje jej spokojnie. Skazany, będąc już w ręku kata, nie okazuje najmniejszej trwogi. Częste tracenie publiczne, widok srogich kar, zwyczajnych w cesarstwie niebieskim, oswoiły do tego stopnia synów nieba z myślą rozstawania się bez żalu z tym padołem cierpień.

Nie ma się więc czego dziwić, że myśl o śmierci jest u Chińczyka zawsze na porządku dziennym, i w każdej rodzinie bywa przedmiotem częstych rozmów. Łączy się ona z najporządniejszemi czynnościami życia. Część przodków jest świętą u najuboższych nawet ludzi. Nie ma domu bogatszego, w któremby nie było osobnego w tym celu przybytku, rodzaju domowej kaplicy, nie ma chaty najuboższej, gdzieby nie przechowywano relikwii po zmarłych przodkach, na cześć których obchodzą się zaduszki drugiego miesiąca. Z tego to powodu w tych samych sklepach, gdzie się sprzedają kołyski i ślubne wieńce, znajduje się także zawsze dobór rozmaitych trumien, stanowiących bardzo pokupny przedmiot handlu w Chinach.

Kupno trumny jest jednym z głównych zajęć Chińczyka. Urządzenie domu nie byłoby zupełne, gdyby w nim brakowało trumny. Syn ma sobie za obowiązek ofiarować ją w darze żyjącemu ojcu. Jest to objaw serdecznej z jego strony czułości. Trumna ta złożona jest w osobnej izbie. Przyozdabiają ją, chodzą koło niej starannie, a częstokroć gdy już w niej spoczną zwłoki tego, dla którego była przeznaczona, zachowują ją długie lata w domu ze czcią religijną. Słowem cześć zmarłych stanowi istotę chińskiej religji i wiele przyczynia się do ścieśnienia węzłów rodzinnych.

Kin-Fo skutkiem swego usposobienia obojętniej niż ktokolwiek inny myślał o bliskiej śmierci. Zapewnił los dwojgu osobom, do których miał przywiązanie. Czegożby mógł jeszcze żałować? Nie miał powodu wyrzucać sobie samobójstwa. To co jest zbrodnią w krajach ucywilizowanego Zachodu, jest czynem, że tak powiem, uczciwym w pośród dziwacznej cywilizacji Wschodu.

Postanowienie Kin-Foa było tedy powzięte i nie było nikogo, coby swym wpływem zdołał go powstrzymać od wykonania tego postanowienia. Nawet Wan nie byłby był w stanie tego dokazać.

A tem bardziej że nie wiedział on nawet o zamiarze swego ucznia. Sun nie wiedział o nim także, i zauważył tylko o jedno, że Kin-Fo od swego powrotu był pobłażliwszy na jego codzienne głupstwa.

Sun przekonywał się coraz bardziej że nie mógłby lepszego w świecie znaleść pana, a cenny jego warkocz od jakiegoś czasu swobodnie sobie falował po jego plecach.

Przysłowie chińskie mówi:

„Aby być szczęśliwym na ziemi, potrzeba żyć w Kantonie, a umierać w Lia-o-Tsze-u.”

Jakoż istotnie znajdujemy w Kantonie najwymyślniejszy przepych, a w Lia-o-Tsze-u wyrabiają najlepsze trumny.

Kin-Fo nie mógł tedy nie zamówić i dla siebie tam odpowiedniej trumny w najpierwszej fabryce, która nadeszła na czas oznaczony. Każdy mieszkaniec cesarstwa niebieskiego myśli nieustannie o tem, aby był wygodnie włożony na sen wieczysty.

Równocześnie kazał Kin-Fo kupić sobie koguta białego, który miał tę własność, jak wiadomo, że się weń wcielają dusze ulatujące, i że chwyta w przelocie jeden z siedmiu żywiołów, składających duszę chińską.

Okazuje się przeto, że o ile uczeń Wana obojętny był na wszystkie wypadki życia, o tyle obchodziło go to, co będzie po śmierci.

Załatwiwszy wszystko, miał już tylko ułożyć porządek swego pogrzebu. Tegoż zatem jeszcze dnia spisał testament na kartce papieru zwanego ryżowym, na którym nawiasem mówiąc nie śladu ryżu.

Oprócz kapitałów ubezpieczonych w Wieku, zapisał młodej wdowie dom w Szanghaju, Wanowi wizerunek cesarza Taipinga, na który filozof zawsze z wielką spozierał miłością, poczem ręką pewną skreślił cały porządek pochodu pogrzebowego, w jakim miano go odprowadzić na miejsce wiecznego spoczynku.

Zamiast rodziców już nieżyjących otwierać miało pochód grono przyjaciół, ubranych biało, który to kolor jest u Chińczyków żałobą. Wzdłuż ulic, aż do grobowca, zbudowanego już od dawna na smętarzu szanghajskim, miał być ustawiony podwójny szpaler służby pogrzebowej, z rozmaitemi godłami, jak parasole niebieskie, hallebardy, ręce oznaczające sprawiedliwość, ekrany jedwabne, tablice z opisem ceremonjału pogrzebowego. Służba ta miała być odziana w czarne tuniki, podpasane białym pasem, w czarnych pilśniowych kapeluszach z czerwonemi kitami. Po za pierwszą grupą przyjaciół miał postępować herold pogrzebowy, ubrany na czerwono od stóp do głowy, bijący w bęben. Tuż za nim miano nieść wizerunek nieboszczyka ułożony w lektyce bogato udekorowanej. Dalej szła druga grupa przyjaciół mających mdleć od czasu do czasu w pewnych regularnych odstępach, na poduszki, umyślnie na ten cel przygotowane. W końcu trzecia grupa młodzieży, zamykająca orszak, pod baldachimem niebieskim i złotym, rozrzucać miała po drodze małe kawałki białego papieru, z dziurkami, na podobieństwo drobnej monety chińskiej, aby nie dopuścić złych duchów, któreby chciały doścignąć orszak, pogrzebowy i z nim się połączyć.

Teraz niesiono katafalk. Olbrzymi palankin powleczony fioletowem jedwabnem obiciem, haftowanym w złote taśmy, miało nieść pięćdziesięciu ludzi, w pośród podwójnego szeregu bonzów. Księża w ornatach popielatych, czerwonych i żółtych, mieli odmawiać przepisane modlitwy przy huku bębnów, pisku fletów, i wrzasku trąb sześciostopowej długości.

W końcu wspaniałe karawany, okryte białemi draperjami, miały zamykać ów pochód okazały, którego koszta miały pochłonąć resztki mienia bogatego niegdyś nieboszczyka.

Program ten cały nie miał zresztą w sobie nic nowego. Wiele pogrzebów tej klasy przeciąga po ulicach Kantonu, Szanghaju i Pekinu, a mieszkańcy cesarstwa niebieskiego widzą w nich tylko hołd należny zmarłemu.

Dnia 20. października paka wyprawiona z Liao-Tszeu przybyła pod adresem Kin-Fo do domu jego w Szanghaju. Zawierała ona starannie opakowaną, zamówioną przez niego trumnę. Nie zdziwiło to ani Wana ani Suna, ani nikogo z całej służby. Powtarzam, nie ma Chińczyka, któryby nie sprawił sobie za życia łóżka, w którym ma spocząć na wieki.

Trumnę tę, arcydzieło fabryki, w której była zamówiona, ustawiono w komnacie przodków. Tam oczyszczona, wywoskowana, byłaby w zwykłym porządku rzeczy długo zapewne czekała nim by ją był zapotrzebował użyć dla siebie uczeń Wana. Teraz atoli inaczej stać się miało. Dni Kin-Foa były policzone, i zbliżała się już godzina, w której miał wstąpić w grono przodków swojego rodu.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 15

Albowiem już tego wieczora zamierzył ostatecznie Kin-Fo odebrać sobie życie.

W ciągu dnia nadszedł list od zrozpaczonej Le-u.

Młoda wdowa oddawała mu cały swój majątek do rozporządzenia. Majątek był dla niej niczem. Mogła się obejść bez wszystkiego. Ona go kocha. Czegoż jej potrzeba więcej? Czyż nie mogli być szczęśliwi z sobą choćby nawet w najuboższym stanie?

List ten, pełen szczerej miłości, nie zmienił bynajmniej postanowienia Kin-Foa.

– Tylko jedna śmierć moja może ją uczynić bogatą, pomyślał sobie.

Trzeba było jeszcze postanowić gdzie i jak powzięty zamiar wykonać? Kin-Fo z pewną radością przemyśliwał o tych wszystkich szczegółach. Spodziewał się, że w ostatniej może chwili uderzy mu serce przelotnem przynajmniej wrażeniem.

W obrębie jamenu były cztery piękne kioski, udekorowane z całą fantazją, cechującą ornamentykę chińską. Miały one nazwy znaczące, mianowicie: Pawilon szczęścia, do którego Kin-Fo nigdy nie wchodził, pawilon losu, na który spoglądał z największą pogardą, pawilon przyjemności, którego drzwi dawno były dlań zamknięte – wreszcie pawilon długiego życia, który postanowił był kazać zburzyć.

Instynkt jakiś popchnął go, aby ten wybrać. Postanowił zamknąć się tam z wieczora. Tam to miano go nazajutrz znaleźć szczęśliwym już nieboszczykiem.

Następnie nasunęło się pytanie jakim sposobem się zabić? Czy przerznąć sobie brzuch po japońsku, czy udusić się pasem jedwabnym jak to czynią mandaryni, czy przeciąć sobie żyły w kąpieli pachnidłami zaprawnej, jak Epikurejczyk starożytnego Rzymu? Nie. – Wszystkie te sposoby miały najpierw w sobie coś prostaczego – coś wstrętnego dla przyjaciół i sług. Jeden lub dwa grany opium z przymieszką szybko działającej trucizny wystarczało, aby się przenieść z tego świata na drugi, bezwiednie, na skrzydłach snu, co niepostrzeżenie z chwilowego zamieni się w wieczysty.

Słońce zaczynało już zniżać się na widokręgu. Kin-Fo miał już tylko żyć parę godzin. Zapragnął ostatni raz jeszcze ujrzeć dolinę Szanghaju i wybrzeża Huang-Pu, po których znudzony bogacz, przechodził się często bywało. Sam jeden nie widziawszy się nawet z Wanem przez ten cały dzień, wyszedł z jamenu, z zamiarem wrócić doń po raz już ostatni.

Przeszedł osadę angielską, mostek, osadę francuską krokiem niedbałym, którego nie przyspieszył nawet w tej przedostatniej życia chwili. Wybrzeżem otaczającem dzielnicę chińską obszedł mury Szanghaju aż do kościoła katolickiego, którego kopuła wznosi się po nad domami przedmieścia południowego. Tutaj zwrócił się na prawo i szedł spokojnie drogą, wiodącą do pagody Lung-Hao.

Przed nim roztaczała się rozległa płaszczyzna, ciągnąca się od cienistych wzgórz, kończących dolinę Min, niezmierne przestrzenia bagniste, zamienione staranną ręką rolnika w pola ryżowe. W dali na pełnem morzu uwijały tu i tam czółna, widać było kilka nędznych wiosek, których chaty z chrustu plecione narzucane były żółtawą gliną, parę kawałków uprawnego pola na nasypach, uczynionych celem ochrony od wód zalewu. Po mnogich wąskich ścieżkach snuły się psów gromady, kóz białych, kaczek i gęsi, które za zbliżeniem się przechodnia umykały co tchu sycząc z rozpuszczonemi skrzydłami.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 16

Przestrzeń ta płaszczyzny bogato uprawnej, której widok nie mógł zadziwić krajowca, zwróciłaby wszakże uwagę, a może obudziła wstręt cudzoziemca. Wszędzie widziałeś tam trumny setkami. Nie mówiąc już o gęstych mogiłach, pokrywających zwłoki nieboszczyków pogrzebanych, widać było w około stosy podłużnych pudeł, piramidy trumien, ułożone jak tarcice na składzie drzewa u stolarza. Pola otaczające chińskie miasta są jednym wielkim smętarzem. Umarli zajmują całą przestrzeń pospołu z żyjącymi. Powiadają, że zakazano tam grzebać trumny ze zwłokami umarłych, dopóki ta sama dynastja zasiada na tronie synów nieba, a dynastje tam panują całemi wiekami. Czy zakaz ten istnieje czy nie, to pewna, że umarli oczekują przez długie lata pogrzebu leżąc w trumnach, z których jedne malowane jaskrawo, inne ciemne i skromne, jedne nowe i ozdobne, inne na wpół zbutwiałe w proch się już rozpadają.

Kin-Fo nie zdziwił się tym widokiem. Zresztą nie patrzył też w około siebie i nic nie widział, nie uważał nawet, że dwóch cudzoziemców, ubranych po europejsku, szło za nim trop w trop, od chwili gdy wyszedł z jamesu. Nie widział ich, chociaż oni starali się widocznie śledzić go. Gdy szedł, szli za nim w pewnem oddaleniu, zatrzymywali się, gdy się zatrzymał. Od czasu do czasu zamienili z sobą parę znaczących spojrzeń, słów parę i oczywiście szpiegowali go. Niskiego wzrostu, nie mający jeszcze lat trzydziestu, zwinni i kształtni, podobni byli do wyżłów o bystrem oku i szybkich nogach.

Kin-Fo uszedłszy prawie całą milę przez pola, zawrócił znów ku wybrzeżom Huang-Pu.

Dwaj wyżły także zaraz się zawrócili.

Kin-Fo w powrocie spotkał dwóch czy trzech żebraków jak najnędzniej wyglądających i dał im jałmużnę.

Następnie przeszło mu drogę kilka kobiet chińskich chrześcijanek, wyuczonych przez siostry miłosierne francuskie, dobroczynnego zajęcia. Szły dźwigając kosze na plecach, a w nich kołyski biednych wyrzuconych niemowlątek. Słusznie nazywają je „śmieciarkami dzieci”, bo czemże są te drobne nędzne istoty jak nie śmieciem na dwór wyrzuconem?

Kin-Fo oddał im całą swą kieskę.

Dwaj cudzoziemcy zdawali się mocno zdziwieni tym czynem ze strony Chińczyka.

Zmrok zapadł. Kin-Fo doszedłszy do miasta, szedł znów wybrzeżem rzeki.

Ruchliwa ludność jeszcze nie spała. Krzyki i śpiewy słychać było w około.

Kin-Fo wstrzymał się i słuchał. Ciekawy był jakie będą ostatnie słowa, które przed śmiercią usłyszy?

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 17

Młoda tankadera, wiosłująca czółnem wśród zmierzchu po wodach Huang-Pu śpiewała:


                  Kwiaty stroją
                  Łódkę moją –
          Świetna barwa jej
          A mnie w piersiach serce drży
          Pełne szczęścia i swobody…
Jutro wróci mój pan młody
Niech go Bóg niebieski wiedzie –
Czy przez suche lądy jedzie,
Czy przez wielkie płynie morze,
          Strzeż go Boże!


– On wróci jutro – a ja gdzie jutro będę? pomyślał Kin-Fo pochyliwszy głowę na piersi.

Młoda tankadera śpiewała dalej:


                  Po rozdrożach
                  I po morzach
          Luby! błąkasz się!
          A mnie oko tonie w łzie…
Nieraz burzy słysząc wycie,
W ciągłej trwodze o swe życie
Serce moje utęsknione,
Rozpłakane, rozżalone,
Drżało jakby listek róży
                  W pośród burzy!…


Kin-Fo słuchał ciągle w milczeniu. Tankadera tak zakończyła piosnkę:


                  Po co tobie
                  Szukać w grobie
                  Wieczystego snu?
          Szczęście u mnie znajdziesz tu –
Wróć kochanku – wróć z daleka…
Już w świątyni bonza czeka
By feniksów[2] naszych parę
Złączyć bóstwu na ofiarę,
Gdy nas złączą wieczne śluby…
                  Wracaj luby!


– A może, pomyślał Kin-Fo, bogactwo i nie jest wszystkiem na świecie. Ale życie nie warte tego aby je przedłużać.

W pół godziny potem Kin-Fo był już w domu. Dwaj cudzoziemcy, którzy szli krok w krok za nim, musieli się zatrzymać przed bramą jamenu.

Kin-Fo spokojnie poszedł ku pawilonowi „Długiego życia,” otworzył drzwi, zamknął je za sobą i ujrzał się sam jeden w saloniku oświetlonym łagodnie ze szkła matowego.

Na stoliku, zrobionym z jednej sztuki jaspisu, stała skrzyneczka, zawierająca kilka ziarnek opium, zmięszanego z niezmiernie szybko działającą trucizną, które znudzony bogacz trzymał w zapasie od wypadku.

Kin-Fo wziął dwa ziarnka, włożył je w fajkę z czerwonej gliny, jakich zwykle Chińczycy do palenia opium używają, i już zabierał się do pociągnięcia fatalnego dymu, gdy naraz zastanowił się i rzekł:

– Jakto? Nawet w tej chwili nie czuję najmniejszego wzruszenia – w chwili, kiedy mam zasnąć na wieki?

Zawahał się.

– Nie! zawołał ciskając o ziemię fajkę, która rozbryzła się w setki kawałków. Ja chcę, ja muszę doznać na ostatek przynajmniej silnego jakiegoś wzruszenia, chociażby z samego oczekiwania śmierci. Chcę – i doznam.

Po tych słowach wyszedł z kiosku przyspieszonym krokiem i udał się do pomieszkania Wana.



Rozdział VIII

w którym Kin-Fo czyni Wanowi poważną propozycję, którą tenże niemniej poważnie przyjmuje.

Filozof nie spał jeszcze. Ułożony na dywanie czytał najnowszy numer Gazety Pekińskiej. Gdy zmarszczył brwi, można było być pewnym że natrafił właśnie na jakiś ustęp wychwalający dynastję panującą Tsing.

Kin-Fo trącił drzwi, wszedł do pokoju, rzucił się na fotel i rzekł wprost bez żadnych przygotowań:

– Wan! Przychodzę żądać od ciebie przysługi.

– Dziesięć tysięcy przysług – odpowiedział filozof, odkładając na bok gazetę urzędową. – Mów, mów, mój synu, mów bez obawy, a czego tylko zażądasz, uczynię.

– Przysługa, jakiej żądam od ciebie, jest tego rodzaju, że ją można raz tylko wyświadczyć. Kwituję cię zatem z reszty dziewięciu tysięcy dziewięćset dziewięćdziesięciu dziewięciu, a proszę o jedną z góry, uprzedzając że nie możesz oczekiwać podziękowania za nią odemnie.

– Najbieglejszy tłómacz niewytłómaczonych zagadek nie byłby w stanie cię zrozumieć. O cóż idzie?

– Wan! – rzekł Kin-Fo – jestem zrujnowany.

– Ho! ho! – odrzekł filozof tonem człowieka otrzymującego raczej dobrą niż złą nowinę.

– W liście, który zastałem tutaj za powrotem naszym z Kantonu – ciągnął dalej Kin-Fo – doniesiono mi że centralny bank kalifornijski zbankrutował. Oprócz tego jamenu i tysiąca dollarów, któremi mógłbym pożyć z miesiąc lub ze dwa jeszcze, nie pozostało mi nic więcej.

– A więc – rzekł Wan, zmierzywszy bystrym wzrokiem swego ucznia – już to nie bogatego Kin-Fo widzę w tej chwili przed sobą.

– Widzisz ubogiego Kin-Fo, którego zresztą bynajmniej ubóstwo nie przestrasza.

– Dobrze mówisz, mój synu, rzekł powstając filozof. Nie straciłem czasu i trudów ucząc się zasad mądrości. Dotąd prowadziłeś żywot rośliny bez pragnień, bez namiętności, bez walk. Teraz dopiero żyć zaczniesz. Inna przyszłość przed tobą! Mniejsza z tem, powiedział wielki Konfucjusz a za nim powtórzono w Talmudzie – nieszczęście zawsze jest mniejsze niżeli sobie wyobrażamy. No – będziemy sobie tedy od dzisiaj zarabiać codziennie na ryż powszedni. Nan-Szum naucza: „W życiu są góry i doliny. Koło losu obraca się nieprzerwanie, a wiatr wiosenny zmienny jest. Bogaty czy ubogi czyń twą powinność.” Wynośmy się.

I Wan, mędrzec praktyczny, był już gotów wychodzić natychmiast z okazałego mieszkania.

Kin-Fo powstrzymał go.

– Powiedziałem – rzekł – że ubóstwo nie przestrasza mię; ale dla tego, że postanowiłem nie znosić go.

– Aha – chcesz zatem…

– Umrzeć.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 18

– Umrzeć – odrzekł filozof spokojnie. – Człowiek chcący na prawdę odebrać sobie życie, nigdy nikomu o tem nie mówi.

– Byłoby to się już stało, ciągnął dalej Kin-Fo, niemniej spokojnie jak jego nauczyciel, gdybym nie chciał był przed śmiercią doznać jeszcze jednego przynajmniej, pierwszego i ostatniego wzruszenia. W chwili zażycia kilku ziarnek owego opium, o którym wiesz, serce moje biło tak spokojnie, żem odrzucił precz truciznę i przyszedłem tutaj.

– Chcesz więc przyjacielu abyśmy razem oba umarli? – zapytał z uśmiechem Wan.

– Nie – potrzebuję abyś żył.

– Dla czego?

– Abyś mię zabił.

Na tę niespodzianą propozycję Wan nie okazał najmniejszego wzruszenia. Ale Kin-Fo patrzący nań oko w oko dostrzegł przelotną błyskawicę w jego wzroku. Obudził-że się w nim stary Taiping? Czyż nie zawaha się spełnić przysługę, której od niego zażądał jego uczeń? Ośmnaście zatem lat przemknęłoby po nad jego głową, nie ugasiwszy krwawych popędów młodości? Niemiałżeby nawet jednej uczynić uwagi synowi tego, co go uratował i przygarnął do siebie. Miałżeby bez oporu podjąć się odebrania mu życia, będącego dlań ciężarem? Onżeby to uczynił. Wan – mędrzec?

Lecz błyskawica zgasła w mgnieniu oka. Twarz Wana przybrała znów zwykły swój wyraz poczciwy, tylko może nieco poważniejszy.

Siadając napowrót rzekł spokojnie:

– Więc to takiej przysługi żądasz ode mnie?

– Tak jest – odrzekł Kin-Fo. Wyrządzeniem mi tej przysługi wywiążesz się z całego długu wdzięczności, jaki mogłoby ci się zdawać, że masz względem mojego ojca i mnie.

– Jakże ja to mam zrobić? – zapytał naiwnie nasz filozof.

– Dnia 25. czerwca, dwudziestego ósmego dnia szóstego miesiąca, rozumiesz mię Wan, data, w którym skończę trzydziesty pierwszy rok życia, mam zginąć. Ty masz mię zabić, wszystko jedno jakim sposobem, pchnięciem czy uderzeniem z przodu czy z tyłu, dzień czy w nocy, wszystko jedno gdzie i kiedy, stojącego, siedzącego czy leżącego, śpiącego czy nie, żelazem czy trucizną. Przez wszystkie ośmdziesiąt tysięcy minut, z których składać się będzie życie moje podczas tych pięćdziesięciu pięciu dni następnych niech mię prześladuje myśl, a może i obawa, że mam umrzeć, że mam zginąć nagle. Niech doznam tych ośmdziesięciu tysięcy wzruszeń, abym w chwili, gdy się rozłączy siedm żywiołów duszy, mógł sobie powiedzieć: Przecież żyłem!

Kin-Fo wbrew swemu zwyczajowi wypowiedział to z pewnem ożywieniem. Zauważyć też należy, że termin swej śmierci naznaczył na sześć dni przed terminem, do którego opłacił policę. Postępował w tem jako człowiek przezorny, gdyż nie będąc w stanie uiszczenia dalszej raty, po upływie tego terminu tracił nabyte rzeczoną policą prawo ubezpieczenia.

Filozof wysłuchał go poważnie, rzucając ukradkowe spojrzenia na wizerunek króla Taipinga, ozdabiający ściany pokoju – wizerunek, który miał się stać jego własnością na mocy znanego nam testamentu, o czem jednakże Wan wówczas jeszcze nie wiedział.

– Nie ulękniesz się spełnienia tej przysługi, aby mię zabić? zapytał Kin-Fo.

Wan machnął ręką z lekceważeniem. Inne on rzeczy widywał, walcząc pod powstańczym sztandarem Taipingów. Wszelako ozwał się jako człowiek, chcący wpierw wyczerpać wszelkie zarzuty, nim stanowczo się zobowiąże:

– Zatem zrzekasz się widoków, pozostawionych ludziom z woli pana prawdy, doczekania późnej starości?

– Zrzekam się.

– Bez żalu?

– Bez żalu, odrzekł Kin-Fo. Być starym. Podobnym do kawałka drzewa, na którem nic się już nie da wyrzeźbić. Będąc bogatym, nie życzyłem sobie tego. Będąc ubogim, nie życzę sobie tem bardziej.

– A młoda wdówka w Pekinie? Czy nie pamiętasz przysłowia: Kwiat z kwieciem, wierzba z wierzbą. Miłość dwojga serc, to sto lat wiosny.

– A trzysta lat jesieni, lata i zimy – odrzekł Kin-Fo, wzruszając pogardliwie ramionami. – Nie, Leu, uboga, była by nieszczęśliwa ze mną; gdy przeciwnie śmierć moja uczyni ją bogatą.

– Postarałeś się o to?

– Tak jest – i ty Wan masz zabezpieczonych dla siebie 50 000 dolarów po mojej śmierci.

– Tak? – mruknął filozof obojętnie. U ciebie jest odpowiedź na wszystko.

– Na wszystko, nawet i na jeden jeszcze zarzut, którego mi nie uczyniłeś.

– Na jaki?

– Że po mojej śmierci mógłbyś być narażony na prześladowanie za zabójstwo na mnie popełnione.

– Tylko głupcy i tchórze dają się złapać na uczynku. A zresztą cóżby to była za przysługa z mojej strony, gdybym się przytem na najmniejsze nawet nie naraził niebezpieczeństwo?

– Nie. Ja wolę abyś był zupełnie bezpieczny. Nikomu nie przyjdzie nawet na myśl napastować cię.

To mówiąc przystąpił do stolika, wziął ćwiartkę papieru i pięknem a pewnem pismem nakreślił na niej następujące słowa:

„Odebrałem sobie sam życie dobrowolnie, z nudy i przesycenia.

Kin-Fo.”

I oddał kartkę Wanowi.

Filozof odczytał ją najpierw sobie po cichu, następnie głośno; poczem złożył ją starannie i schował w książeczkę notatnikową, którą zawsze przy sobie nosił.

Druga błyskawica przemknęła w jego spojrzeniu.

– I to wszystko postanawiasz na prawdę – zapytał bystro mierząc wzrokiem swego ucznia.

– Stanowczo.

– I ja także.

– Dajesz mi na to słowo?

– Daję.

– A więc mam żyć najdalej tylko do 25go czerwca?

– Nie wiem czy będziesz żył w ten sposób, jak sobie wyobrażasz – odrzekł filozof poważnie. – Ale to wiem że zginiesz z pewnością.

– Dziękuję ci. Bądź zdrów!

– Bądź zdrów.

Po tem pożegnaniu Kin-Fo wyszedł spokojny z komnaty mędrca.



Rozdział IX

którego zakończenie, jakkolwiek niezwykłe, nie zadziwi może czytelnika.

A więc cóż Kreg i Fraj? – pytał nazajutrz szanowny Wil. J. Bidulf dwóch swoich ajentów, którym polecił czuwać nad nowym ubezpieczonym „Wieku.”

– A więc – odrzekł Kreg – chodziliśmy za nim przez cały czas długiej przechadzki w około Szanghaju.

– I wcale nie wyglądał na człowieka, któryby chciał sobie życie odebrać.

– Gdy wieczór nadszedł odprowadziliśmy go aż do bramy jego jamenu.

– Do którego, niestety! wnijść nie mogliśmy.

– A dzisiaj z rana?

– Dowiedzieliśmy się że się ma…

– Jak most Palikao – dokończył Fraj.

Ajenci Kreg i Fraj, dwaj Amerykanie czystej krwi, spokrewnieni z sobą, obadwa w służbie Wieku byli jedną osobą w dwóch. Niepodobna znaleźć dwóch istot bardziej jednakowych. Zrośli się z sobą tak, że jeden za drugiego kończył zaczęty okres w rozmowie. Tenże sam mózg, też same myśli, toż samo serce, ten sam żołądek, cztery ramiona, cztery nogi a dwa ciała. Słowem, istni bracia Siamscy, których łączność przeciąć mógłby chyba biegły jakiś chirurg.

– Więc – pytał dalej Wil. J. Bidulf – nie mogliście dotąd dostać się do wnętrza domu?

–Dotąd… odrzekł Kreg.

– Nie – dokończył Fraj.

– To będzie rzecz trudna – odrzekł główny ajent. – A przecież potrzeba koniecznie. Chodzi tu nietylko o to, aby Towarzystwo zyskało ogromną premię, ale także o to, aby nie zapłaciło dwóch kroć stu tysięcy dollarów. Potrzeba zatem pilnować czujnie przez dwa miesiące albo i dłużej, jeżeli nasz klient odnowi policę.

– Ma służącego… zaczął Kreg.

– Którego możnaby może ująć, dokończył Fraj.

– Aby wiedzieć zawsze co się dzieje… zaczął Kreg.

– U niego w domu – dokończył Fraj.

– Hm! odrzekł Wil. J. Bidulf. Podmówcie służącego – przekupcie go. Lubi pewno taele. Tych wam nie braknie. Gdybyście mieli nawet użyć wszystkich trzech tysięcy formuł etykiety chińskiej, róbcie co chcecie, a nie pożałujecie waszego trudu.

– Bardzo… zaczął Kreg.

– Dobrze, skończył Fraj.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 19

I oto jest przyczyna, dla której Kreg i Fraj starali się o zaznajomienie z Sunem. A Sun nie był bynajmniej tym, coby się był w stanie oprzeć tak dobrze ponętnemu powabowi taelów, jak i uprzejmie ofiarowanym kilku kieliszkom amerykańskiego likieru.

Kreg i Fraj dowiedzieli się tedy od Suna wszystkiego tego, co ich obchodziło, mianowicie:

Czy Kin-Fo zmienił cokolwiek w swym zwykłym sposobie życia?

Nie – tylko chyba tyle, że mniej się znęcał nad swym wiernym sługą, że nożyczki spoczywały nietykane ku wielkiemu szczęściu jego warkocza i bambus rzadziej łechtał jego plecy.

Czy Kin-Fo nosił przy sobie broń jaką?

Nigdy, albowiem nie należał do miłośników tych morderczych narzędzi.

Co jadał na objad?

Kilka po prostu przyrządzonych potraw, nie przypominających niczem fantastycznej kuchni chińskiej.

O której godzinie wstawał?

Z nadejściem piątej pory, w chwili, gdy za zapianiem kura jutrzenka świtała na widnokręgu.

Czy kładł się spać wcześnie?

O drugiej porze, jak zawsze, odkąd Sun zapamiętał.

Czy nie był smutny, roztargniony, znudzony, przesycony życiem?

Wesołego usposobienia nie był on nigdy. Bynajmniej – wszelako od kilku dni wszystko zdawało się go bardzo zajmować. Tak, nie inaczej. Sun znajdował go mniej obojętnym, jak gdyby czegoś oczekiwał. Ale czego? tego dorozumieć się nie mógł.

Na ostatek czy nie miał jego pan jakiej trucizny przygotowanej do zażycia?

Nie musiał mieć – albowiem tegoż właśnie dnia rankiem wyrzucono z jego rozkazu do Huang Pu tuzin małych pigułek, zawierających prawdopodobnie w sobie truciznę.

W tem wszystkiem zaprawdę nie było nic coby mogło było przejąć obawą głównego ajenta Wieku. Nie – Nigdy! Bogaty Kin-Fo, którego prawdziwe położenie majątkowe jeden tylko Wan znał istotnie, nie zdawał się bardziej zadowolony życiem.

Bądź co bądź Kreg i Fraj otrzymali rozkaz dowiadywania się dalej o wszystkiem co będzie robił ich klient, chodzić wszędzie za nim, być bowiem może iż nie chciał sobie odebrać życia we własnym swym domu.

Czynili tedy dalej swoje dwa nierozłączne duchy – A Sun nie przestawał rozpowiadać im wszystko co wiedział, tem chętniej że rozmowa z tak miłymi ludźmi zawsze nie mały zysk mu przynosiła.

Nie można powiedzieć aby bohater niniejszej powieści więcej dbał o życie od chwili gdy go odebrać sobie postanowił. Ale, jak przewidział, podczas pierwszych dni przynajmniej nie brakło mu wzruszeń. Zawiesił sobie miecz Damoklesa tuż nad samą czaszką, i lada chwila miecz ten miał mu spaść na głowę. Miałoż to stać się dziś czy jutro, może już dzisiejszego ranka lub wieczora. Niepewność pod tym względem przyspieszała od czasu do czasu bicie jego serca, co było dlań rzeczą całkiem nową.

Zresztą od ostatniej z Wanem rozmowy, mało kiedy widywali się z sobą. Filozof albo wychodził z domu częściej niż przedtem bywało, lub siedział zamknięty u siebie. Kin-Fo nie chodził do niego. Nie wypadało mu to czynić aby się nie zdawało że go podpatruje. Nie dowiadywał się nawet co porabia Wan. Może przygotowywał jaką zasadzkę? Stary Taiping musiał w zanadrzu mieć dosyć sposobów wyprawienia człowieka z tego świata. Ztąd obudzona ciekawość – a przeto nowy żywioł zajęcia.

Mistrz i uczeń schodzili się codziennie u stołu przy obiedzie. Ma się rozumieć że ani wzmianki nie było nigdy otem cosię stać miało – że jeden ma zabić drugiego. Rozmawiali z sobą o tem i o owem – nie wiele zresztą. Wan, poważniejszy niż zwykle, odwracający oczy nie zupełnie zakryte okularami, nie ukrywał bynajmniej ciągłego niepokoju. On, zawsze tak wesoły i rozmowny, stał się obecnie ponurym i milczącym. Lubiący przedtem jeść dużo, jak każdy filozof dobrym obdarzony żołądkiem, teraz odsuwał od siebie najsmaczniejsze łakocie, a wino Szaoszyńskie rozmarzało go.

Kin-Fo starał się rzecz mu ułatwić. Kosztował sam pierwszy wszystkich potraw i miał sobie za obowiązek, aby żaden półmisek nie schodził ze stołu nietknięty. Wynikło z tego, że Kin-Fo jadł więcej niż zwykle, że przesyconemu jego podniebieniu niektóre potrawy zaczęły smakować, że jadł z apetytem i trawił wybornie. Widocznie stary rewolucjonista, morderca królów, nie truciznę wybrał za narzędzie śmierci jego. Wszelako nie wypadało mu usunąć się od niebezpieczeństwa.

Zresztą i we wszystkiem innem Kin-Fo czynił co mógł aby ułatwić Wanowi wykonanie zamierzonego czynu. Drzwi jego sypialni były zawsze otwarte. Filozof mógł tam wejść kiedy zechciał, we dnie czy w nocy, i zabić go śpiącego czy czuwającego. Kin-Fo żądał tylko aby dokonał rzeczy szybko i ugodził go w samo serce.

Ale Kin-Fo napróżno niecierpliwił się – po pierwszych kilku nocach oswoił się do tego stopnia z myślą niespodziewanej śmierci, że spał od wieczora do rana snem sprawiedliwych, a budził się czerstwy i wesół. Tak dalej być nie mogło.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 20

Przyszło mu na myśl że może Wan nie może przenieść na sobie aby mu życie odebrać w tym domu, pod którego dachem tak był gościnnie przyjęty. Postanowił więc mu to ułatwić jeszcze bardziej. Chodził więc na dalekie przechadzki, wyszukiwał miejsca bezludne, zatrzymywał się aż do czwartej pory nocnej w najniebezpieczniejszych zaułkach Szanghaju, w tych istnych jaskiniach łotrowskich, gdzie popełniają się codziennie zabójstwa wcale bezkarnie. Błąkał się umyślnie po tych uliczkach wąskich i ciemnych, potrącając co krok o pijaków wszelkiej narodowości, sam w późnej nocy, gdy już przekupnie pieczywa krzyczeli Mantu! Mantu! dzwoniąc na spóźnionych włóczęgów. Nie wracał do domu wcześniej jak o świcie, lecz wracał zawsze żywy i zdrowy, nie dostrzegłszy nawet nigdy nierozłącznych Krega i Fraja, śledzących go uporczywie, i gotowych każdej chwili rzucić się mu na pomoc.

Jeżeliby rzeczy miały się przeciągać tak dalej, w końcu Kin-Fo przyzwyczaiłby się do tego nowego sposobu życia i znów by go dawna ogarnęła nuda.

Ileż to już minęło godzin że mu nawet na myśl nie przyszło iż ma zginąć lada chwila.

Tymczasem pewnego razu dnia 12. maja przypadkiem doznał pewnego wzruszenia. Wszedłszy z cicha do pokoju Wana, ujrzał tegoż jak próbował palcami ostrza sztyletu, i zanurzył go następnie w jakimś podejrzanym płynie w butelce ze szkła niebieskiego.

Wan nie słyszał wcale jego kroków, i podniósłszy sztylet do góry, uderzył nim kilka razy w powietrze, jakby chciał doświadczyć pewności ręki. I zaprawdę twarz jego w tej chwili miała wyraz wcale nie przyciągający. Zdawało się że wszystka krew nabiegła mu do oczu.

– Aha! więc to się dzisiaj stanie – pomyślał Kin-Fo.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 21

I wyszedł cichutko nie widziany, i nie słyszany.

Tego dnia nie wychodził Kin-Fo ani na chwilę z swego pokoju… ale filozof ze sztyletem nie pokazał się o zwykłej porze.

Kin-Fo położył się spać… ale nazajutrz zbudził się żywy, jak każdy inny zdrowy człowiek.

Tyle wzruszeń za darmo! To zaczynało już gniewać.

A dziesięć upłynęło już dni. Prawda, że Wan miał dwa miesiące czasu.

– E! to niedołęga! – mówił sobie Kin-Fo. Za nadto długi naznaczyłem mu termin.

I był przekonany, że stary Taiping zniewieściał w rozkoszach Szanghajskich.

Wszelako od tego dnia Wan zdawał się bardziej niespokojny – wzruszony. Wychodził i wracał do jamenu, jak człowiek, którego wewnętrzny niepokój pędzi z miejsca na miejsce. Kin-Fo zauważał nawet, że Wan odwidza pokryjomu komnatę przodków, gdzie się znajdowała kosztowna trumna, sprowadzona z Lia-Tszeu. Dowiedział się także od Suna, co go też nie mało zaciekawiło, że Wan rozkazał sprzęt rzeczony odczyścić, wytrzeć z prochu, wyszczotkować, ogładzić, słowem przygotować.

– Ach! jak tam będzie wygodnie leżeć – dodał do tych wiadomości wierny sługa – Aż się chce człeku spróbować.

Kin-Fo przyjaźnie spojrzał za tę uwagę na Suna.

Minął dzień 13., 14. i 15. maja.

Wszystko po dawnemu.

Miałżeby Wan chcieć doczekać ostatecznego terminu i spłacić dług swój po kupiecku, bez uprzedniego eskontowania. Ależ w takim razie nie byłoby niespodzianki – przepadło wrażenie!

Wszelako o pewnym bardzo znaczącym szczególe dowiedział się Kin-Fo dnia 15. maja w porze mao-sze, to jest o szóstej godzinie rankiem.

Noc miał złą. Zbudziwszy się był cały pod wrażeniem snu niemiłego. Książę Jeu – najwyższy sędzia chińskiego piekła, wydał wyrok skazujący go aby nie stawił się przed nim aż wówczas dopiero gdy tysiączny dwiesty miesiąc wzejdzie na widnokręgu cesarstwa niebieskiego – Wiek żyć jeszcze – cały wiek!

Kin-Fo był tedy w najgorszym humorze, albowiem zdawało mu się jakby wszystko spiknęło się było przeciw niemu.

Złość swą wywarł na Sunie, gdy tenże wszedł jak zwykle zająć się rannem ubraniem pana.

– Ruszaj do diabła – krzyknął – Żeby cię dziesięć tysięcy nóg zdeptało, bydlę!

– Ależ, proszę pana…

– Idź precz, słyszałeś?

– Nie mogę – odrzekł Sun – bo muszę panu powiedzieć że…

– Że co?

– Że pan Wan…

– Wan?! Co zrobił Wan? zawołał zrywając się Kin-Fo i porwał Suna za warkocz – Co zrobił Wan?

– Kazał nam – odrzekł Sun wijąc się jak robak przydeptany – kazał nam zanieść trumnę pańską do pawilonu „Długiego życia.”

– Kazał to zrobić! – zawołał Kin-Fo z promieniejącym wyrazem twarzy. Idź Sun! Idź mój przyjacielu. Masz tu dziesięć taelów dla siebie. Niech jak najdokładniej wykonają wszystko co Wan rozkaże.

Sun odszedł w największem zdziwieniu mrucząc sobie pod nosem:

– Mój pan zwarjował, nie ma wątpliwości. Bogu chwała przynajmniej że ma fiksację szlachetną.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 22

Teraz Kin-Fo nie mógł już powątpiewać. Taiping chciał go zabić w tym samym pawilonie „Długiego życia,” w którym on sam najpierw postanowił był umrzeć. Było to jakby dane mu rendez-vous. Nie omieszka nań przybyć. Katastrofa zbliżała się.

Oh! jakże ten dzień wydał się długim Kin-Fowi. Woda zegaru nie zdawała się płynąć z należytą chyżością. Wskazówki zdawały się stać nieruchomie na jaspisowych tarczach.

Wreszcie pierwsza pora nocy spędziła słońce z widnokręgu, i zwolna ciemność zaległa w około jamenu.

Kin-Fo wszedł do pawilonu, z którego nie spodziewał się już wyjść żywym. Rzucił się na miękki dywan i czekał.

Wówczas przyszły mu na myśl wspomnienia bezużytecznie spędzonego życia, jego nudy, niesmaki. Wszystko to, czego bogactwo nie zdołało usunąć, co w ubóstwie byłoby wzmogło się jeszcze.

Jeden tylko promień jaśniejszy oświecał to życie, niemające powabu w okresie zbytku. Była to miłość ku pięknej wdowie. Uczucie to przejmowało serce jego właśnie gdy za chwil parę miało ono już na zawsze bić przestać. Ale związać z swem ubóstwem biedną Le-u i uczynić ją nieszczęśliwą. – Nigdy.

Czwarta pora nocy upływała, ta co poprzedza świt jutrzenki, podczas której zda się jakby zawieszone całe życie świata, we śnie jeszcze pogrążonego. Kin-Fo miotany najżywszemi uczuciami, słuchał niecierpliwie. Wytężonym wzrokiem przeszywał ciemności nocy – starał się najmniejszy podsłuchać szelest. Kilka razy zdawało mu się, że słyszał szelest drzwi ostrożnie z cicha otwieranych. Zapewne Wan spodziewał się zastać go śpiącego i chciał ugodzić we śnie.

I wówczas uczuł w sobie szczególniejszy rodzaj uczucia. I obawiał się i życzył sobie zarazem tego strasznego pojawienia się Taipinga.

Brzask poranny pobielił niebiosa za nadejściem piątej pory. Zwolna dzień zaczął świtać.

Nagle otworzyły się drzwi pawilonu.

Kin-Fo zerwał się, przeżywszy więcej w tej jednej sekundzie niżeli przedtem przez całe życie swoje.

Sun z listem w ręku zjawił się przed nim.

– Bardzo pilny – rzekł tonem jak najzwyklejszym.

Kin-Fo zadrżał jakby jakiemś przeczuciem. Chwycił za list, mający znak pocztowy amerykański, rozdarł kopertę, przebiegł list spiesznie i wypadając z pawilonu „Długiego życia” wołał:

– Wan! Wan!

I w jednej chwili był już w pokoju Wana, silnem uderzeniem drzwi roztrąciwszy.

Ale Wana tam nie było. Wan nie spał tej nocy w domu, a gdy na rozkaz Kin-Foa służba przetrząsła cały jamen, okazało się że Wan zniknął, nie zostawiwszy śladu po sobie.



Rozdział X

w którym Kreg i Fraj zostają urzędownie przedstawieni nowemu klientowi „Wieku”.

Tak tak panie Bidulf – prosta finta giełdowa – finta czysto amerykańska – mówił Kin-Fo do głównego ajenta Wieku.

Szanowny p. Will. J. Bidulf uśmiechnął się poufnie uśmiechem znawcy.

– Doskonale odegrana – odrzekł – bo cały świat się na nią złapał.

– Nawet mój ajent – ciągnął dalej Kin-Fo. Umyślne zawieszenie wypłat – pozorna upadłość – mylna wieść rozpuszczona umyślnie. W ośm dni później wypłaty szły na nowo dawnym trybem. Sztuczka udała się. Akcje, spadłe na 80 za sto, wykupił bank sam po najniższym kursie, a gdy zapytałem dyrektora ile otrzymają akcjonariusze banku upadłego:

– Sto siedmdziesiąt pięć za sto – odpowiedział z uprzejmym uśmiechem.

– Oto co mi donosi mój ajent w tym liście, który otrzymałem dziś rano, w chwili właśnie kiedy sądząc się zupełnie zrujnowanym…

– Chciałeś pan sobie życie odebrać? – zawołał Will J. Bidulf.

– Nie – odrzekł Kin-Fo – w chwili gdy miałem być prawdopodobnie zamordowany.

– Zamordowany?

– Za pozwoleniem mojem, wydanem na piśmie, umówionem, zaprzysiężonem, które byłoby was kosztowało…

– Dwa kroć sto tysięcy dollarów – odrzekł Will. J. Bidulf. – O! bylibyśmy łaskawego pana szczerze żałowali…

– Z powodu wysokości tej sumy?

– I procentów.

Tu szan. Will. J. Bidulf ujął dłoń klienta i uścisnął ją serdecznie po amerykańsku.

– Ale z tem wszystkiem nie rozumiem… dodał.

– Zaraz pan zrozumiesz – odrzekł Kin-Fo.

I opowiedział mu umowę zawartą z człowiekiem, któremu miał prawo ufać zupełnie. Powtórzył mu nawet dosłownie treść listu, który tenże człowiek posiadał, list zasłaniający go od wszelkiej odpowiedzialności, zapewniający mu wszelką bezkarność. Nie było wątpliwości że człowiek ten byłby spełnił przyrzeczenie, dotrzymał słowa.

– Czy to przyjaciel pański? zapytał ajent Wieku.

– Przyjaciel – Odrzekł Kin-Fo.

– A zatem miał to uczynić z przyjaźni?

– Z przyjaźni – a może… kto wie? może i z wyrachowania. Zabezpieczyłem dlań 50.000 dollarów po mojej śmierci.

– Pięćdziesiąt tysięcy dollarów – zawołał Will. J. Bidulf. Więc to pan Wan?

– Tak jest.

– Filozof. – Nie, on by nigdy…

Kin-Fo chciał odpowiedzieć:

„Filozof ten jest starym Taipingiem. W młodości swej popełnił więcej morderstw niżby trzeba aby do szczętu zrujnować „Wiek,” jeśliby ci wszyscy, co padli z jego ręki, byli zabezpieczeni w rzeczonem Towarzystwie. Od lat ośmnastu umiał wprawdzie pohamować swe dzikie popędy, ale teraz, skoro sposobność mu się sama gwałtem nasunęła, gdy miał mię za zbankrutowanego i widział gotowym odebrać sobie życie. Kto wie? Z drugiej strony widząc że przez śmierć moją zyska sobie piękny mająteczek, nie wahałby się pewnie…

Kin-Fo jednakże nie powiedział ani słówka z tego wszystkiego. Byłby tym sposobem zdradził Wana przed ajentem, który znowuż nie ociągałby się zadenuncjować rządowi, że Wan był Taipingiem. Tym sposobem byłby Kin-Fo zapewne uratował sobie życie, ale byłby zgubił Wana.

– No, a więc mamy teraz do zrobienia rzecz bardzo prostą – ozwał się po chwili główny ajent Towarzystwa.

– Co takiego?

– Trzeba zawiadomić pana Wana że umowa z nim zerwana i odebrać od niego ów list niebezpieczny…

– Łatwiej to wymówić jak zrobić – odrzekł Kin-Fo. Wan zniknął od wczoraj i nie można wiedzieć gdzie się obecnie znajduje.

– Hm! – mruknął ajent, co u niego znaczyło zakłopotanie.

I popatrzył uważnie w oczy Kin-Fowi.

– A teraz łaskawy panie nie masz już ochoty odbierać sobie życia? zapytał.

– Najmniejszej – odrzekł Kin-Fo. Sztuczka centralnego banku kalifornijskiego podwoiła niemal mój majątek, chcę więc po prostu ożenić się. Ale nie uczynię tego dopóki nie odszukam Wana, i dopóki termin umówiony z nim nie upłynie.

– A upływa?

– Dnia 15. czerwca bieżącego roku. Przez cały ten czas Wiek jest mocno zagrożony. Jego więc rzeczą jest zapobiedz niebezpieczeństwu.

– I odszukać filozofa – dodał szan. Will. J. Bidulf.

To powiedziawszy ajent chodził rozmyślając parę minut po pokoju, z rękami założonemi po za siebie – wreszcie rzekł:

– No – więc wyszukamy – tego przyjaciela – na wszelki sposób. Ale – dopóki to nie nastąpi, będziemy łaskawego pana strzedz od skrytobójstwa, tak jak dotąd strzegliśmy od samobójstwa.

– Jakto? spytał Kin-Fo zdziwiony.

– Od 30. kwietnia bieżącego roku, to jest od dnia podpisania pańskiej policy ubezpieczenia, dwóch moich ajentów strzegło nieodstępnie drogiego pana, uważało na pańskie czynności, szpiegowało pana wszędzie.

– Nie uważałem tego bynajmniej.

– O! to są ludzie bardzo ostrożni! Pozwoli pan łaskawy że mu ich przedstawię obecnie, gdy już nie potrzebują się ukrywać jak tylko przed samym panem Wanem.

– Najchętniej, odrzekł Kin-Fo.

– Muszą oni tu być niezawodnie, skoro pan tu jesteś.

I zawołał:

– Kreg – Fraj!

Kreg i Fraj weszli natychmiast skrytemi drzwiami bocznego gabinetu. Towarzyszyli ukradkiem klientowi Wieku aż do drzwi ajencji, i tutaj oczekiwali dopóki nie wyjdzie.

– Kreg – Fraj! rzekł zwracając się do nich główny ajent. Nie będziecie nadal strzegli naszego łaskawego klienta przez cały czas trwania jego ubezpieczenia, przed nim samym, lecz przed jednym z jego własnych przyjaciół, przed filozofem Wanem, który zobowiązał się zabić go.

I opowiedział obu nierozłącznym duchom opiekuńczym cały stan rzeczy. Zrozumieli i podjęli się. Kin-Fo już do nich należał. Nie mógł mieć sług wierniejszych.

Ale co dalej począć należało?

Dwie było drogi do obrania, na które zwrócił uwagę ajent naczelny: albo pilnować jak najstaranniej pomieszkania Kin-Fo w Szanghaju, tak aby Wan nie mógł wejść do doń nie będąc natychmiast spostrzeżonym przez Krega i Fraja; albo dołożyć wszelkich starań aby odszukać Wana i odebrać mu list, który należało zniszczyć.

– Pierwszy sposób do niczego, ozwał się Kin-Fo. Wan potrafiłby dostać się do mnie tak aby go nikt nie widział, bo mieszkamy przecież w jednym domu. Potrzeba go zatem odszukać bądź co bądź.

– Masz pan słuszność – odrzekł Wil. J. Bidulf. Najbezpieczniej będzie odszukać rzeczonego Wana i odszukamy go.

– Żywego lub… zaczął Kreg.

– Umarłego… dokończył Fraj.

– Nie, żywego! – zawołał Kin-Fo. Nie chcę, aby nawet na chwilę groziło Wanowi niebezpieczeństwo z mej winy.

– Kreg i Fraj! ozwał się ajent naczelny – Odpowiadacie mi za życie naszego klienta przez siedmdziesiąt siedm dni jeszcze. Do przyszłego 30. czerwca pan ten wart u nas dwa kroć sto tysięcy dollarów.

Po tych słowach Kin-Fo pożegnał ajenta i w dziesięć minut później wrócił do swego jamenu, eskortowany przez dwóch dodanych mu stróżów, którzy nie mieli go już na krok odstępować.

Gdy Sun obaczył Krega i Fraja wprowadzonych jawnie do jamenu, żal mu się nieco zrobiło. Skończyły się pytania – skończyły odpowiedzi – przepadły taele. Nadto jeszcze i pan jego zabierając się żyć napowrót zaczął jak dawniej strofować niezręcznego i leniwego sługę. Biedny Sun! Cóżby to było dopiero gdyby był mógł przyszłe swe przeczuć losy!

Pierwsze, co uczynił Kin-Fo, wróciwszy do domu, było zafonografować do Pekinu, na ulicę Sza Kua, że rzeczy się zmieniły, i że jest obecnie dwa razy bogatszy niż przedtem. Młoda wdowa usłyszała głos tego, którego miała za utraconego na zawsze, powtarzający jej najsłodsze czułości. Obiecywał że wnet przybędzie do swej młodszej siostrzyczki. Przed upływem siódmego miesiąca pospieszy do niej, aby już nie rozstać się nigdy. Nie chcąc pierwej uczynić ją ubogą, nie chciał obecnie pozostawić wdową.

Leu nie zupełnie zrozumiała ten sens ostatni. Zrozumiała to tylko że narzeczony jej wraca, że przybędzie, że nim upłynie dwa miesiące, już będzie go miała przy sobie.

I dnia tego nie było w całem cesarstwie niebieskiem szczęśliwszej od niej kobiety.

Jakoż rzeczywiście zaszedł zupełny przewrot wyobrażeń w umyśle Kin-Foa, który stał się czterykrotnym miljónerem, dzięki udałej operacji giełdowej centralnego banku kalifornijskiego. Dwadzieścia dni ciągłych wzruszeń zmieniły go zupełnie. Ani mandaryn Pa-o-szeu, ani kupiec Inpang, ani Tim hulaka, ni uczony Hu-at nie poznaliby w nim już owego obojętnego amfitrjona, co ich podejmował w salonie statku na rzece perłowej. Wan nie uwierzyłby był własnym oczom gdyby był widział. Ale Wana nie było, znikł bez śladu. Nie powrócił do swego pomieszkania w Szanghaju. Troszczył się tem nie mało Kin-Fo – a jego dwaj stróże obawiali się każdej chwili.

Tak upłynęło ośm dni. Już 18. maja, a o filozofie żadnej wieści, zaczem nie było też podobieństwa gonić za nim. Napróżno Kin-Fo, Kreg i Fraj, przeszperali wszystkie zakąty cudzoziemskich kolonji, bazary, dzielnice podejrzane i całą okolicę szanghajską. Napróżno rozesłała policja najzręczniejszych swych szpiegów. Filozofa nie znaleziono.

Tymczasem Kreg i Fraj coraz bardziej niespokojni, podwajali swą czujność. Nie odstępowali swego klienta dniem i nocą; z nim razem siadali do stołu – spali w jednym z nim pokoju. Namawiali go nawet aby nosił koszulkę stalową, dla zabezpieczenia się od uderzenia puginału, i ażeby nie jadał nic oprócz jaj na miękko, których zatruć niepodobna.

Kin-Fo napędził ich w końcu. Czemu raczej nie zamknąć go na dwa miesiące w kasie „Wieku”, jako mającego wartość dwóch kroć stu tysięcy dolarów?

Wil. J. Bidulf, zawsze praktyczny, zaproponował mu tedy że mu odda premję zapłaconą, a niech zwróci policę.

– Bardzo mi przykro – odrzekł Kin-Fo, ale interes zawarty i musicie ponosić jego skutki.

– Dobrze – odrzekł ajent naczelny, godząc się z tem, czego nie mógł naprawić, – dobrze. Masz pan słuszność. Nikt pana nie będzie lepiej strzedz od nas.

– I nie każe sobie za to lepiej zapłacić, dodał Kin-Fo.



Rozdział XI

w którym Kin Fo staje się człowiekiem najsławniejszym w całem cesarstwie niebieskiem.

O Wanie tymczasem ani słychu. Kin-Fo zaczynał się wściekać że był skazany na bezczynność, że nie mógł pogonić za filozofem, nie wiedząc gdzie jest. Wan znikł bez śladu.

Zbieg taki rzeczy niepokoił wielce naczelnego ajenta Wieku. Z początku wmawiał w siebie że to wszystko udanie, że Wan nie dotrzyma obietnicy, że nawet w ekscentrycznej Ameryce nie zdarzyłoby się coś podobnego, ale z tem wszystkiem pomyślał w końcu że nie ma rzeczy niepodobnej w tym dziwnym kraju, noszącym nazwę niebieskiego cesarstwa. Wnet przyszedł do tego samego przekonania co Kin-Fo, że mianowicie jeżeli nie odszukają filozofa, to filozof dotrzyma danego słowa. Już samo jego zniknięcie dowodziło że postanowił wymierzyć cios jakby uderzenie piorunu, w chwili kiedyby się uczeń jego najmniej tego spodziewał i ugodzić w serce ręką pewną a szybką. Potem złożywszy list na zwłokach swej ofiary, przedstawiłby się jak najspokojniej w biurze Wieku i zażądał wypłaty ubezpieczonego dlań kapitału.

Potrzeba było zatem koniecznie uprzedzić Wana, lecz uprzedzić go wprost było niepodobieństwem.

Szanowny Will. J. Bidulf musiał tedy chwycić się dróg ubocznych, a to za pośrednictwem prasy. Rozesłał ogłoszenia do wszystkich gazet chińskich i telegramy do dzienników zagranicznych całego świata.

Czing-Pao, urzędowa gazeta pekińska, gazety wychodzące w chińskim języku w Szanghaju i w Hong-Kong, gazety najbardziej upowszechnione w Europie i w Ameryce północnej i południowej, powtarzały bezustannie następujące wezwanie:

„Prosi się pana Wana z Szanghaju aby raczył uważać za niebyłą umowę, zawartą między nim a panem Kin-Fo, na dniu 2. maja bieżącego roku, albowiem rzeczony p. Kin-Fo życzy sobie już teraz jak najusilniej żyć i doczekać stu lat.”

Po tem szczególniejszem ogłoszeniu nastąpiło wkrótce drugie, treści o wiele skuteczniejszej:

„Dwa tysiące dolarów, czyli trzysta taelów temu, kto doniesie panu Wil. J. Bidulfowi ajentowi naczelnemu Wieku w Szanghaju, gdzie przebywa obecnie pan Wan, obywatel tegoż samego miasta”.

Niepodobna było myśleć aby filozof odjechał gdzie daleko od Szanghaju na przeciąg tych pięćdziesięciu pięciu dni, które mu pozostawały do spełnienia swego przyrzeczenia. Pozostawał on raczej ukryty w okolicach Szanghaju, upatrując dogodnej sposobności do wykonania zamiaru. Ale szanowny Wil. J. Bidulf wolał użyć wszystkich środków, jakie tylko były w jego mocy.

Upłynęło dni kilka. Stan rzeczy się nie zmienił. Ale ogłoszenia powtarzane bezustannie w sposobie amerykańskim, raz Wan!! Wan!! Wan!! to znów Kin-Fo!! Kin-Fo!! Kin-Fo!! zwróciły nareszcie uwagę – wywołały śmiech powszechny.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 23

Śmiano się wszędzie w najdalszych zakątach, po wszystkich prowincjach cesarstwa niebieskiego, zapytując się wzajemnie:

– Gdzie jest Wan?

– Nie widzieliście Wana?

– Gdzie mieszka Wan?

– Co robi Wan?

– Wan! Wan! Wan! krzyczały dzieci chińskie po ulicach.

Zapytania te krążyły po wszystkich uściech.

A Kin-Fo, ten godny obywatel cesarstwa niebieskiego, który „życzył sobie jak najusilniej żyć i doczekać stu lat” , który chciał stać się spółzawodnikiem onego sławnego słonia, którego stuletni jubileusz obchodzono właśnie w pałacu stajen w Pekinie, stał się wnet głośnym w całych Chinach.

– Ile też ma lat p. Kin-Fo?

– Czy zdrowy?

– Czy trawi dobrze?

– Czy doczeka też żółtej sukni starców?[3]

Temi pytaniami zarzucali się żartobliwie przy każdem spotkaniu, mandarynowie cywilnego i wojskowego stanu, giełdziści, kupcy po sklepach, ludność cała po ulicach i placach, i po pływających żyjąca statkach.

Chińczycy są bardzo wesołego humoru, bardzo uszczypliwi, a przyznać potrzeba że tu było się i pośmiać z czego. Ztąd żarty wszelkiego rodzaju, a nawet karykatury, przekraczające zakres życia prywatnego.

Kin-Fo bardzo niechętnie znosił niedogodności tej swej szczególniejszej sławy. Ułożono nawet piosnkę o nim na ulubioną nutę Man-czang-hung. Wyszła nawet elegia opłakująca jego dolę pod tytułem: Pięć pór wieku stuletniego człowieka. Powabny tytuł nęcił ciekawość i rozprzedano wnet cały ogromny nakład, egzemplarz po trzy sapeki.

Ale o ile Kin-Foa gniewał ten rozgłos powszechny, o tyle cieszył Wil. J. Bidulfa. O Wanie tymczasem ani słychu.

Rzeczy zaszły wreszcie tak daleko że Kin-Fo dłużej wytrzymać nie był w stanie. Gdy wyszedł na ulicę gromady Chińczyków wszelkiego wieku i płci szły za nim po ulicach, po wybrzeżu, nawet po dzielnicach cudzoziemskich i po polach. Gdy wrócił do domu, zgraje najlichszego rzędu uliczników gromadziły się szydząc głośno w około jamenu.

Co rana musiał wychodzić na balkon, na dowód że służba nie złożyła go jeszcze w oczekującą nań trumnę w pawilonie Długiego życia. Gazety ogłaszały codziennie ironiczne biuletyny o jego zdrowiu, z najrozmaitszemi szyderskiemi uwagami, jak gdyby należał do dynastji panującej Tsingów. Słowem, ośmieszono go zupełnie.

Pewnego zatem dnia, mianowicie 21. maja, udręczony wielce Kin-Fo udał się do szanownego Wil. J. Bidulfa i oświadczył mu, że powziął zamiar wyjechania niezwłocznie z miasta. Dał mu się już dobrze w znaki i Szanghaj i Szanghajanie.

– Może tym sposobem narazi się pan na większe jeszcze niebezpieczeństwo, zauważył słusznie naczelny ajent.

– Mniejsza z tem, odrzekł Kin-Fo. Strzeżcie mię jak chcecie.

– Dokądże pan jedzie?

– Gdzie oczy poniosą.

– Gdzie się pan zatrzyma?

– Nigdzie.

– A kiedyż pan wróci?

– Nigdy.

– A jeżeli się dowiem co o Wanie?

– Bierz djabli Wana! Jakie to było głupstwo z mej strony dać mu ten list przeklęty!

W gruncie duszy Kin-Fo życzył sobie wściekle odszukać Wana. Myśl iż życie jego wisiało jak na włosku, na cudzej łasce, gniewała go coraz bardziej. Trapiła go ona bez ustanku. Przebyć w tym stanie oczekiwania jeszcze cały miesiąc, na coś podobnego nigdy by się zgodził. Zaczynał się wściekać ze złości.

– Ha! Więc jedź pan w imię Boże – rzekł z rezygnacją Will. J. Bidulf. Kreg i Fraj będą panu towarzyszyć wszędzie gdzie pojedziesz.

– Jak się panu podoba – rzekł Kin-Fo – lecz uprzedzam pana że będą się musieli dobrze zwijać.

– Dobrze, dobrze, kochany panie. Nie pożałują oni pewnie nóg swoich.

Kin-Fo wrócił do domu i nie zwlekając chwili zaczął się przygotowywać do podróży.

Sun, na wielkie swe zmartwienie, miał towarzyszyć panu; Sun albowiem nie lubił podróży. Ale nie ośmielił się sprzeciwić ani słówkiem, któreby go zapewne było znów kosztowało spory kawałek warkocza.

Co do Krega i Fraja, ci jako prawdziwi Amerykanie każdej chwili gotowi byli do podróży chociażby na koniec świata. Jedno tylko uczynili pytanie:

– Dokąd… zaczął Kreg.

– Pan jedzie? dokończył Fraj.

– Najpierw do Nankinu, a ztamtąd w świat, do djabła.

Kreg i Fraj uśmiechnęli się na te słowa jednocześnie, zachwyceni oba. Cóż bardziej mogło im być pożądanego. Mieli jeszcze tyle czasu aby pożegnać się z szanownym Will. J. Bidulfem i przywdziać strój chiński, aby nie ściągać na siebie uwagi podczas tej podróży po cesarstwie niebieskiem.

W godzinę Kreg i Fraj stawili się w jamenie z torbami podróżnemi w ręku, z rewolwerami za pasem.

Gdy zmierzch zapadł Kin-Fo z towarzyszami swymi wypływał niepostrzeżony z portu kolonji amerykańskiej na statku parowym, odbywającym służbę pocztową pomiędzy Sanghajem a Nankinem.

Podróż ta równa się przejażdżce. W niespełna dwanaście godzin parowiec korzystając z odpływu morza, jest w stanie przybić rzeką niebieską do starej stolicy Chin środkowych.

Podczas tej krótkiej podróży Kreg i Fraj czuwali najstaranniej nad swym cennym klientem, rozpatrzywszy się zarazem dobrze pomiędzy podróżnymi. Znali oni dobrze Wana. Komuż z mieszkańców wszystkich trzech kolonji nieznaną była owa twarz poczciwa i sympatyczna. Przekonali się więc, że go nie było na statku. Przekonawszy się o tem, jakże znów starannie czuwali nad każdym krokiem, nad każdem poruszeniem Kin-Foa, by mu się co złego nie stało. Jak próbowali czy mocne poręcze na pokładzie, o które się opierał, schodki, po których przechodził, jak go odciągali od pobliża kotła, który im się zdawał podejrzanej konstrukcji, przestrzegali aby się nie narażał na chłód wieczornego wiatru, aby się nie przeziębił podczas dżdżystej nocy, jak szczelnie zamykali okiennice jego kajuty, jak napędzali leniwego Suna, którego pan nigdy dowołać się nie mógł, jak go wyręczali gdy przyszło podać herbatę i ciasta o pierwszej porze; spali nawet u drzwi kajuty Kin-Foa nie rozbierając się wcale, gotowi pospieszyć mu na pomoc, gdy skutkiem jakiego wypadku, czy to z powodu pęknięcia kota, czy uderzenia się z innym statkiem parowiec groził zatonieniem w głębiach rzeki. Ale nie zdarzyło się nic takiego, coby im dało pole okazania swego poświęcenia bez granic. Parowiec szybko przepłynął z prądem Wusunu, wpłynął na wody Jan-tse-Kiang, czyli rzeki niebieskiej, minął wyspę Ton-Ming, pozostawił za sobą U song i Lang szan, korzystając z przypływu morza, przepływając prowincję Kiang Su i dnia 22. maja rankiem wysadził na ląd swych pasażerów, żywych i zdrowych, na wybrzeżu starej stolicy cesarstwa.

Dzięki pilności obu stróżów warkocz Suna nie umniejszył się ani na cal w ciągu całej podróży. Niedbalec nie miał się tedy na co skarżyć.

Nie było to bez powodu że Kin-Fo wyjechawszy z Szanghaju postanowił zatrzymać się najpierw w Nankinie. Miał on słabą nadzieję odszukania tam filozofa.

Pociągnąć mogły Wana dawne wspomnienia do tego nieszczęsnego miasta, które było głównem ogniskiem rokoszu Tszang Mao. Nie byłoż ono zajęte i bronione przez tego skromnego bakałarza, tego straszliwego Rong Sieu Tsin, późniejszego cesarza Taipingów, nie trzymałoż przez długi czas w szachu władców mandżurskich? Nie w temże to mieście ogłosił on niegdyś błogosławioną erę wielkiego pokoju?[4] Nie tamże zażył w roku 1864 truciznę, aby się nie oddać żywcem w ręce swych wrogów? Nie z dawnegoż to pałacu królewskiego uchodził syn jego młody, któremu wkrótce potem cesarscy głowę ścięli? Nie z pomiędzy zgliszczów gorejących tegoż to miasta wyrzucono z trumny kości jego na pastwę najpodlejszym zwierzętom? Nie w tejże tej prowincji wreszcie zamordowano w przeciągu trzech dni sto tysięcy dawnych spółtowarzyszów jego.

Być by więc mogło że Wan porwany rodzajem tęsknoty chorobliwej ku tym miejscom pełnym dlań ponurych pamiątek, uszedł do tego miasta i tu się ukrył. Ztąd w parę godzin mógł być w Szanghaju i wykonać czyn zamierzony.

Z tego to więc powodu Kin-Fo najpierw udał się do Nankinu i postanowił zatrzymać się tu czas niejaki. Jeżeli spotka się tutaj z Wanem, objaśni mu rzecz całą i wszystko zakończy się kilku słowy. Jeżeli Wana tu nie znajdzie, to puści się w dalszą podróż po cesarstwie niebieskiem i będzie podróżował póty, dopóki nie minie termin fatalny, po którego upływie nie będzie już się potrzebował obawiać dawnego swego mistrza i przyjaciela.

Kin-Fo w towarzystwie Krega i Fraja, wraz z Sunem udał się do hotelu położonego w jednej z tych mało zaludnionych dzielnic, w około których ciągną się jak wielka puszcza trzy czwarte części dawnej stolicy.

– Podróżuję pod nazwiskiem Ki-Nan, rzekł do swych towarzyszy Kin-Fo, zakazuję ozwać się tu z mojem prawdziwem nazwiskiem, pod jakimkolwiek bądź pozorem.

– Ki… zaczął Kreg.

– Nan… dokończył Fraj.

– Ki-Nan – powtórzył Sun.

Rzecz naturalna że Kin-Fo, uciekający od niedogodności sławy swej w Szanghaju, nie życzył sobie spotkać się znów z czemś podobnem w podróży. Zresztą nie wyjawił on Kregowi i Frajowi, że miał nadzieję odszukać Wana w Nankinie. Bojaźliwi ci stróże jego byliby wyścigali się w otaczaniu go najrozmaitszemi środkami ostrożności, usprawiedliwionemi wprawdzie wysokością ubezpieczonej przezeń sumy, ale wielce dlań nudnemi. Gdyby podróżowali z miljonem gotówką w kieszeni, przez okolice podejrzane, nie mogliby być więcej ostrożnymi.

Dzień cały zszedł na oglądaniu miasta, placów i ulic Nankinu. Od bramy wschodniej do bramy zachodniej, od północy do południa przebiegli szybko całe miasto, tak upadłe w porównaniu z dawną swą okazałością, Kin-Fo szedł pewnym krokiem, mówiąc mało, rozglądając się ciągle na wszystkie strony.

Żadnej podejrzanej nie dojrzał twarzy, ani na łodziach, pomiędzy tłumami, ani w tych długich alejach, zasypanych gruzami i zarastających już dzikiemi krzewami i chwastem. Nie ujrzał żadnego cudzoziemca przechodzącego się po pod marmurowemi portykami, na wpół rozpadającemi się w gruzy w pośród ruin dawnego pałacu cesarskiego, który był widownią tej zaciętej walki, w której Wan dotrwał niezawodnie do ostatniej chwili. Nie ujrzał nikogo starającego się ukryć przed ciekawym wzrokiem przechodnia ani tam, ani w około jamenu misjonarzy katolickich, których mieszkańy Nankinu chcieli wymordować w r. 1870, ani w pobliżu fabryki broni, nowo zbudowanej z niepożytych kafli sławnej wieży porcelanowej zburzonej przez Tajpingów.

Kin-Fo szedł nieznużony, nie zatrzymując się nigdzie. Podążyli wraz z nim jego dwaj stróżowie. Sun nieprzyzwyczajony do tego rodzaju przechadzek, wlókł się za nimi. Tak idąc wyszli wreszcie przez bramę wschodnią w pole za miasto.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 24

Opodal od murów miasta otwierała się przed nimi droga nieskończonej długości, po której obu bokach ciągnęły się rzędem olbrzymiej wielkości kute z granitu zwierzęta.

Kin-Fo puścił się tą drogą spieszniejszym jeszcze krokiem.

U jej kresu stała niewielka świątyńka. Za nią wznosiła się mogiła podobna do wzgórza. Tutaj to spoczywał Rong-U, bonza, który został cesarzem, jeden z tych dzielnych patrjotów co przed pięciu wiekami walczyli z obcym najazdem. Czyżby filozof mógł nie przyjść tutaj odżywić ducha temi świetnemi spomnieniami sławy minionej, na grobie praszczura dynastji Mingów?

Mogiła była osamotniona – świątynia stała pustką. Czuwały nad nią tylko owe posągi kolosalne, owe na pół z marmuru wychylające się fantastyczne zwierzęta, wzdłuż długiej opustoszałej zresztą alei.

Ale nad bramą świątyni dojrzał Kin-Fo, nie bez wzruszenia, kilka znaków ręką ludzką wyrytych. Zbliżył się i odczytał te trzy litery:

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 25

W. K. F.

Wan! Kin-Fo! Nie można było wątpić że Wan, Wan osobiście był tu niedawno.

Kin-Fo, nie mówiąc nic nikomu, szukał w koło, patrzył – rozglądał się – Nie znalazł nikogo.

Wieczorem Kin-Fo, Kreg i Fraj, z wlokącym się za nimi Sunem wrócili do hotelu, a nazajutrz rano wyjechali z Nankinu.



Rozdział XII

W którym Kin-Fo z dwoma swymi stróżami i służącym puszcza się w świat, gdzie oczy poniosą.

Cóż to za podróżny, uwijający się bezustannie po wszystkich wielkich drogach rzecznych i lądowych, po statkach i rzekach cesarstwa niebieskiego? Jedzie i jedzie, płynie i płynie, nie wiedząc sam dzisiaj gdzie będzie jutro? Mija miasta nie widząc ich. Zatrzymuje się po hotelach i oberżach tylko na parę godzin aby się przespać, wstępuje do restauracji aby coś zjeść na prędce i dalej w drogę. Nie żałuje grosza – sypie nim, rozrzuca, aby tylko przyspieszyć podróż.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 08

Nie jest to kupiec jadący za interesami handlowemi. I nie mandaryn wysłany z ramienia rządu z ważnem i nagłem zleceniem. Ani artysta goniący za pięknościami przyrody. I nie literat, nie uczony, poszukujący starych dokumentów po archiwach bonzów i lamów Chin starożytnych. I nie student to udający się do pagody egzaminów, aby tam uzyskać stopnie akademickie, ni kapłan Buddy, przebiegający kraj dla obejrzenia i nadzorowania ołtarzyków polnych, ustawionych pomiędzy korzeniem świętego bananu, ni pielgrzym, spieszący spełnić uczynione śluby u jednej z pięciu świętych gór niebieskiego cesarstwa.

To zmyślony Ki Nan, w towarzystwie Krega i Fraja, zawsze krzepkich i zdrowych, z Sunem, coraz bardziej znużonym. To nasz Kin-Fo, w dziwnem usposobieniu umysłu, które go pędzi po świecie, aby szukać za nieodszukalnym Wanem i uciekać przed nim zarazem. To ubezpieczony klient Wieku, co w tej nieustannej podróży szuka tylko zapomnienia o swem położeniu, a może i zabezpieczenia się od niewidzialnego niebezpieczeństwa, które mu grozi. Najlepszy strzelec chybić może strzelając do ruchomego celu, Kin-Fo postanowił więc być takim wieczyście ruchomym celem.

Podróżni nasi wsiedli w Nankinie na jeden z tych pospiesznych parowców amerykańskich, urządzonych nakształt obszernych hotelów pływających, które pełnią służbę na rzece niebieskiej. W sześćdziesiąt godzin później wylądowali w Ran Keu, nie rzuciwszy nawet okiem podziwu na tę dziwaczną skałę, co nazwana „małą sierotą” wznosi się w pośrodku rzeki Jang-tse-Kiang, mając na szczycie świątynię, obsługiwaną przez bonzów.

W Ran Keu, położonem w miejscu, gdzie z rzeką niebieską łączy się rzeka Ran Kiang, zatrzymał się błędny nasz wędrowiec tylko przez pół dnia. I tam znachodzą się ruiny przypominające Tajpingów, lecz ani w tem mieście handlowem, które prawdę powiedziawszy jest tylko częścią Ran-Jang-Fu, ciągnącego się po prawym brzegu jednej, ani w U-Czang-Fu, stolicy, prowincji Ru Pe, wznoszącej się na prawym brzegu drugiej rzeki nie można było odszukać śladu. Tu już nie było nigdzie tych strasznych liter, które Kin-Fo znalazł w Nankinie na grobie ukorowanego bonzy.

Gdyby Kreg i Fraj byli obiecywali sobie iż w podróży tej po Chinach zaznajomią się bliżej z obyczajami chińskiemi i poznają niektóre miasta, byliby się mocno zawiedli. Nie było nawet czasu zanotować sobie cośkolwiek, a dziennik ich podróżny byłby się co najwięcej składał z nazwy kilku miast, zamków i t. p. Ale oni nie byli ani ciekawi, ani rozmowni. Nie rozpytywali się o nic. Nie czynili sobie wzajemnie żadnych uwag. Nie mówili nawet do siebie nigdy prawie. Bo i po cóż? Co pomyślał Kreg, pomyślał także i Fraj. Byłby to zatem zawsze tylko monolog. Nie zwracali tedy bynajmniej na to uwagi, równie jak i oddany im pod straż ich towarzysz że większa część miast chińskich ma fizjognomię podwójną. Martwe w środku, ożywione po przedmieściach. Zaledwie, że w Ran-Keu dojrzeli dzielnicę europejską z szerokiemi i regularnemi ulicami, pięknemi domami, i przechadzką ocienioną wielkiemi drzewami wzdłuż wybrzeża rzeki niebieskiej. Oczy ich tylko za jednym oglądały się człowiekiem a ten się nie pokazywał.

Parowiec, dzięki przypływowi morza, który podnosił wody Rau-Kianu, popłynął jeszcze sto trzydzieści mil w górę tej rzeki aż do Lao-Ro-Keu.

Kin-Fo nie myślał wcale zaprzestać tego rodzaju podróży, która mu się podobała. I owszem postanowił płynąć aż tam gdzie już Ran-Kian przestawał być spławnym. Co do Krega i Fraja, ci sobie niczego bardziej nie życzyli jak tego, aby żegluga ta mogła trwać aż do końca podróży. Na statku pilnowanie łatwiejsze – mniejsze niebezpieczeństwo. Potem po niepewnych drogach w Chinach środkowych będzie wcale co innego.

Co do Suna, temu życie na parowcu podobało się dosyć. Nie potrzebował nigdzie chodzić, nie robił nic, panem jego zajmowali się Kreg i Fraj, myślał tylko o tem jakby się przespać w kącie zjadłszy śniadanie, a potem zjeść jak należy obiad i wieczerzę – a kuchnia statku była dobra.

W kilka dni zaszła nawet zmiana w sposobje żywienia podróżnych, z której każdy inny mnie od niego ograniczony byłby poznał, że statek znajduje się już pod innym stopniem szerokości geograficznej.

Przy objedzie miejsce ryżu zastąpił chleb, pieczony ze zboża bez kwasu, dosyć nawet smaczny, dopóki świeży prosto z pieca.

Sun, jak prawy Chińczyk południowy żałował za zwykłym swym ryżem. Jakże zręcznie umiał przerabiać drewienkami niosąc go z talerza, do szerokiej swej gęby! A ileż to on go zjadał! Prócz ryżu i herbaty, czegoż potrzeba więcej rodowitemu synowi nieba?

Parowiec płynąc w górę Ran-Kianu wkroczył tedy w strefę zbożową. Widok okolicy zmienił się znacznie. Na kresach widokręgu rysowały się wzgórza, uwieńczone fortyfikacjami, wzniesionemi za dawnej dynastji Mingów. Sztuczne brzegi, regulujące koryto rzeki, ustąpiły miejsca naturalnym płaszczyznom, na których łożysko rzeki traciło na głębokości. Ukazała się stolica obwodu Gwan-Lo-Fu.

Kin-Fo nie wysiadł nawet na ląd w ciągu tych kilku godzin, które zabrała rewizja wiktuałów okrętowych na tamtejszej komorze celnej. Pocóżby miałby chodzić do miasta, które go nic a nic nie obchodziło. Ponieważ nie mógł dotąd odszukać filozofa, powziął więc jedno tylko życzenie, mianowicie aby się dostać jak najrychlej do Chin środkowych, gdzie jeżeliby nie odszukał Wana, to i Wan jego nie odszuka.

Minąwszy Gwan-Lo-Fu, przepłynęli pomiędzy dwoma miastami, wznoszącemi się naprzeciw siebie. Na lewym brzegu handlowne miasto Fan-Czeng, po prawym stolica obwodu Siang-Jang-Fu. Pierwsze ożywione i pełne ruchu handlowego, drugie, będące siedzibą władz, wyglądało jakby martwe.

Dalej Ran-Kiang zwracając się na prawo ku północy ostrym kątem, jest jeszcze spławnym aż do Lae-Ro-Keu. Ale dla niedostatku wody w tej porze parowiec dalej płynąć nie mógł.

Musiano tedy uczynić inaczej. Od tego ostatniego etapu drogi wodnej potrzeba było zmienić sposób podróżowania. Musiano porzucić drogę wodną, tę drogę, co idzie wraz z podróżnym, a iść dalej samemi własnemi nogami, a przynajmniej lekkie falowanie okrętu zamienić na trzęsienie nieznośnych wozów, używanych w cesarstwie niebieskiem. Biedny Sun! Ileż czekało go nanowo trudów, znużenia, łajania i szturkańców!

Zaprawdę, ktoby był zechciał obrać się za towarzysza tej fantastycznej podróży bez planu, z prowincji do prowincji, z miasta do miasta, niemałego podejmował się zadania. Raz jechali wozem – ale jakim wozem! Skrzynia przybita wprost do dwóch kół wielkiemi ćwiekami żelaznemi, zaprzężona dwiema leniwemi mulicami, z rozpiętem w górze płótnem, przepuszczającem zarówno promienie słoneczne, jak i potoki deszczu. To znów jechał Kin-Fo w lektyce, dźwiganej przez muła, w rodzaju żydowskiej kuczki, zawieszonej na dwóch długich, bambusowych żerdziach, a tak na wszystkie boki ciągle rzucanej i wstrząsanej, że kołysany w ten sposób okręt trzeszczałby jak połamany od góry do dołu.

Kreg i Fraj jechali w takim razie przy drzwiczkach lektyki, jako nieodstępni adjutanci na dwóch osłach, które trzęsły i podrzucały bardziej jeszcze niż lektyka. Co do Suna, ten szedł pieszo, a gdzie tylko trzeba było trochę przyspieszyć kroku, mruczał, zżymał się i klął po cichu, krzepiąc się częściej niż było potrzeba haustami zapasu wódczanego, wziętego z Kao Liang. I on też chwiał się często na wszystkie boki, ale nie skutkiem nierówności drogi. Słowem garstka naszych podróżnych nawet na morzu burzliwem nie byłaby tyle musiała znosić dokuczliwości.

Kin-Fo z towarzyszami swymi wjechał konno na nędznych koniętach – rzecz naturalna – do Si Gnan Fu, dawnej stolicy cesarstwa środkowego, gdzie była niegdyś rezydencja cesarzów dynastji Tang.

Ale nim to dojechać do tej dalekiej prowincji Szen Si, nim przebyć owe nieskończone płaszczyzny jałowe i puste, na ileż potrzeba narażać się trudów a nawet niebezpieczeństw.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 26

Słońce majowe pod szerokością, odpowiednią szerokości południowej Hiszpanji, piekło już nieznośnie, a po drodze nieznającej nigdy kamienia wznosił się pył cienki. Żółtawe jego kłęby zanieczyszczały powietrze jak dym duszący – i osiadały na podróżnych grubą warstwą od stóp do głowy. Przebywali okolice właściwe Chinom północnym formacji geologicznej żwiru, który jak powiada Leon Rousset: „nie jest już ziemią, a nie stał się jeszcze kamieniem, czyli właściwiej mówiąc, jest to kamień, który nie miał jeszcze czasu stwardnieć.”

Co do niebezpieczeństw, były one niemałe w kraju, gdzie słudzy policyjni nadzwyczajnie się obawiają skrytobójczego noża złodziei. Jeżeli w miastach dozwalają łotrom czynić co im się podoba, jeżeli mieszkańcy miast najludniejszych nie ośmielają się wychodzić w nocy na ulicę, wyobrazić sobie można jak bezpieczne muszą być drogi? Kilkakrotnie kupki ludzi podejrzanych zatrzymywały się po drodze gdy nasi podróżni, zapuszczali się w ciasne wąwozy i żwirowe przekopy, ale widok Krega i Fraja, uzbrojonych w rewolwery odstraszał rozbójników. Wszelako ajenci Wieku uczuwali w takich razach wielką obawę o życie, jeśli nie o swoje, to o poruczonego ich straży żywcem miljona. Czyby Kin-Fo poległ od sztyletu Wana, czy od noża zbójeckiego, skutek był zawsze ten sam. Cios ten byłby zadany kasie Towarzystwa.

A zresztą i Kin-Fo, niemniej dobrze uzbrojony, gotów był bronić się do upadłego. Teraz więcej niż kiedykolwiek chodziło mu o życie, i jak mówili Kreg z Frajem „byłby się dał zań zabić.”

W Si-Gnan-Fu nie było najmniejszego prawdopodobieństwa odszukać Wana. Nigdy nie powstałoby w myśli starego Tajpinga tutaj szukać ukrycia. Silnych warowni tego miasta nie zdołali zdobyć rokoszanie, a obecnie znajduje się w nim liczna załoga mandżurska. Chyba ze szczególniejszego zamiłowania zabytków archeologicznych. których pełno w tem mieście, chyba będąc znawcą tajemnic epigraficznych, których nieoszacowane skarby posiada tutejsze „muzeum tablic,” mógłby tu Wan przebywać. Lecz w jakimże innym zresztą celu?

Jakoż Kin-Fo wyjechał zaraz nazajutrz z tego miasta, będącego ważnym punktem handlowym pomiędzy Azją mniejszą, Tybetem, Mongolją a Chinami, i udał się dalej na północ.

Przez Kao Lin Sien, Sin Tong Sin, przez dolinę rzeki Uei Ro, toczącej żółte wody, zabarwione cząstkami owego żwiru, przez które wyżłobiła sobie koryto, przybyli podróżni nasi do Rua Tszeu, miasta, co było ogniskiem straszliwego powstania Muzułmanów w roku 1860. Ztąd częścią statkiem, częścią kołami, z wielkim trudem i znużeniem dostali się do twierdzy Tong Kuan, położonej na zbiegu rzek Uei Ro i Ruang Ro.

Ruang Ro jest to owa sławna rzeka żółta. Płynie ona wprost z północy przez prowincje wschodnie i wpada do morza tejże samej nazwy, nie będąc tak dobrze żółtą jak morze Czerwone nie jest czerwonem, Białe białem, a Czarne czarnem. Tak – sławna to rzeka, pochodzenia niebieskiego zapewne, bo jej barwa jest barwą cesarzy, synów nieba – będąca zarazem „Zmartwieniem Chin,” którą to nazwę zawdzięcza strasznym swoim wylewom, co zniszczyły przeważnie nieużyteczny dziś kanał cesarski.

W Tong Kuan podróżni nasi mogli się czuć bezpiecznymi nawet nocą. To już nie miasto kupieckie, lecz wojskowe, gdzie już nie przenośnym obozem, ale stale zamieszkali Tatarzy mandżurscy, będący pierwszą kategorią armji chińskiej. Może Kin-Fo miał zamiar odpocząć tutaj dni kilka, może byłby się tu znalazł w którym hotelu wygodny pokój, dobra kuchnia, wygodne łóżko, nie byłoby wcale nie po myśli Kregowi i Frajowi, a tem mniej Sunowi…

Lecz ten głupiec był tak nieostrożny – za co też stracił tym razem dobry cal swego warkocza – że na komorze zamiast przybranego wymienił, prawdziwe nazwisko swego pana. Zapomniał, że ten, któremu miał zaszczyt służyć, nie nazywa się już Kin-Fo, lecz Ki-Nan.

Pan jego wpadł w gniew okrutny i wyruszył natychmiast w dalszą podróż. Zdradzone nazwisko wywarło swój skutek. Piorunem dowiedziało się całe miasto że sławny Kin-Fo przybył do Tong Kuan. Chciano widzieć tego jedynego w świecie człowieka, który „nie życzył sobie niczego więcej, jak tylko żyć i doczekać lat stu.”

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 27

Przerażony podróżnik ze swymi dwoma stróżami i służącym miał zaledwie czas uciec przed gromadzącymi się w około niego tłumami ciekawych. Pieszo – pieszo tym razem, biegł wybrzeżem w górę rzeki żółtej, dopóki zmęczony wraz ze swymi towarzyszami do ostatniego tchu, nie dopadł małego miasteczka, gdzie pod ścisłem incognito miał nadzieję znaleść parę chwil spokojnego wypoczynku.

Sun, zupełnie zbity z tropu, nie śmiał już słowa przemówić. Z kolei on teraz z tym swoim króciutkim warkoczem, podobnym do szczurzego ogona stał się przedmiotem powszechnych żartów, wcale nieprzyjemnych. Ulicznicy biegli za nim i obsypywali go tysiącami szyderskich wykrzykników.

Rad był by już wreszcie przybyć… ale dokąd? skoro pan jego, jak to powiedział zacnemu Will. J. Bidulfowi, postanowił jechać i jechać bez końca – w świat, gdzie oczy poniosą.

Jechać!… Ale o dwadzieścia lisów od Tong Kuanu w tej skromnej mieścinie, dokąd się schronili, nie było ani koni, ani osłów, ani wozów, ani lektyki. Nie mieli do wyboru nic innego, tylko albo tam pozostać, albo ruszyć dalej pieszo. Nie mogło to naprawić humoru uczniowi filozofa Wina, który w tym względzie mało okazywał filozofji. Zżymał się za to na wszystkich, a powinien był tylko sam siebie winić. Ach! jakże teraz żałował tego czasu, gdzie mu było żyć tylko. Jeżeli dla ocenienia wartości szczęścia potrzeba było zaznać nudy, trosk i męczarni, jak utrzymywał Wan, doznał już teraz tego wszystkiego – i w jakim stopniu!

A zresztą przebiegając tak świat, nieraz zdarzyło mu się zdybać ludzi bez grosza, którzy przecież pomimo tego byli szczęśliwi. I widział pod rozmaitą postacią jak szczęśliwym czyni człowieka praca, chętnie wykonywana.

Tam widział rolników wesoło idących za swoim pługiem; tam rzemieślników w warstacie z piosnką na uściech. Azaliż to nie z braku właśnie pracy wynikał u niego ten brak wszelkiego życzenia, a co zatem idzie, brak szczęścia tu na ziemi? Teraz mu się dopiero rozjaśniła rzecz zupełnie. Tak przynajmniej mu się zdawało. O! nie bracie Kin-Fo; jeszcze nie zupełnie.

Tymczasem zabrawszy się do szukania po całej mieścinie Kreg i Fraj wynaleźli wreszcie wóz ale tylko jeden. A do tego był on tylko na jedną osobę, a co gorsza brakło doń siły pociągowej.

Były to taczki – taczki Paskalowskie – wynalezione może jeszcze Bóg wie na wiele wieków przed Pascalem, przez tych pierwotnych wynalazców prochu, pisma, bussoli i wolanta. Tylko że w chińskiej taczce koło nie znajduje się u końca skrzyni, lecz po jej środku, jak śruba u niektórych parowców, tak iż przedziela taczkę w dwie równe połowy. W jednej może się umieścić podróżny, druga pozostaje na pakunek.

Poruszać tę taczkę może tylko człowiek, który nie ciągnie ją za sobą, lecz popycha ją przed siebie. Znajduje się on tedy za plecami podróżnego i nie zasłania mu sobą widoku. Jeżeli wiatr pomyślny, to jest, jeżeli dmie w plecy, człowiek korzysta z tej siły pomocniczej, która go nic nie kosztuje; zatyka drąg u przodu taczki, zapina na nim czworograniasty żagiel i skutkiem silnego powiewu wiatru, zamiast coby miał popychać taczkę, ona go jeszcze ciągnie, często nawet prędzej, niżby sobie życzył.

Zakupiono taczki wraz z całym przyborem. Kin-Fo umieścił się w niej. Wiatr był pomyślny – rozpięto żagiel.

– No! Sun! – zawołał Kin-Fo.

Sun zbliżył się, chcąc usiąść w drugą połowę taczki.

– Pchaj! – zawołał Kin-Fo tonem nie znoszącym odpowiedzi.

– Ale… proszę pana… bo ja… bąkał Sun, któremu naprzód już nogi drżały, jak u przeładowanego konia.

– Bierz cię djabli głupcze z twą prośbą i twoim językiem.

– No! prędzej Sun! – zawołali Kreg i Fraj.

– Pchaj! – powtórzył Kin-Fo, spoglądając surowo na ten koniuszek warkocza, który jeszcze pozostał Sunowi. Ciągnij bydlę! – A nie wywróć, bo…

I dokończył myśl swą Kin-Fo strzygąc dwoma palcami prawej ręki, naśladując nożyczki tak wyraźnie, że Sun w okamgnieniu przerzucił przez ramiona pas, uwiązany do taczek i chwycił za nie oburącz. Fraj i Kreg stanęli po obu stronach taczki i z pomocą pomyślnego wiatru mała karawana ruszyła w pochód.

Próżnoby się kto silił odmalować wewnętrzną wściekłość Suna, zamienionego w konia. Wszelako Kreg i Fraj luzowali go często, a wiatr południowy, nie przestając skutecznie dopomagać, trzy części siły zastępował. Zadaniem popychającego człowieka było więc głównie tylko baczyć na to, aby taczka dobrze na kole środkowem osadzona, nie straciła równowagi i kierować nią należycie, na kształt sternika na okręcie.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 28

W takim to ekwipażu Kin-Fo przebywał północne Chiny; pieszo, gdy chciał wyprostować sobie ścierpłe nogi – w taczce, gdy znów chciał wypocząć.

Ominąwszy Huan-Fu i Kafon, podróżował w ten sposób Kin-Fo w górę wybrzeżem onego sławnego kanału cesarskiego, który przed laty zaledwie dwudziestu, nim jeszcze rzeka żółta w dawne swe wróciła łożysko, tworzył piękną spławną linję komunikacyjną pomiędzy Su Tszeu, krainą herbaty a Pekinem, na przestrzeni mil kilkuset.

Tak przebyli Tsi-nan, Ho-Kien, i dostali się w głąb prowincji Pe-Cze-Li – gdzie leży Pekin, poczwórna stolica cesarstwa niebieskiego.

Przebyli Tien-Tsin, wielkie miasto, bronione murem fortecznym i dwoma bastjonami, liczące 400.000 mieszkańców, z obszerną przystanią utworzoną z połączonych wód Peihu i kanału cesarskiego, dokąd przychodzą z Manszestru wyroby bawełniane i płócienne, miedź, żelazo, zapałki niemieckie, drzewo na sandały i td., zkąd odchodzą rozmaitego rodzaju płody chińskiej strefy, tytoń tatarski i td. ogółem biorąc stosiedemdziesiąt miljonów wartości. Ale Kin-Fo nie myślał widzieć nawet w tem ciekawem mieście słynnej pagody „Skazańców piekła”, nie widział w dzielnicy wschodniej wesołych ulic „Latarni” i „Starej odzieży”, nie zjadł objadu w restauracji „Zgody i przyjaźni”, utrzymywanej przez muzułmanina Leu-Lao-Ki, w której są sławne wina, pomimo że gospodarz wyznaje wiarę Mahometa, ale rzucił wielkiego różowego wizytowego swego biletu – wiemy dla czego – w pałacu Li Tszung Tana, wicekróla prowincji tej od roku 1870, członka Rady tajnej, Rady cesarstwa, który wraz z żółtym kaftanem nosi tytuł Fei-Tze-Chao-Pao.

Nie – Kin-Fo ciągle wieziony w taczce, Sun ciągle taczkę popychający, minęli wybrzeże na którym wznosiły się góry worów z solą, minęli przedmieścia, kolonję angielską i amerykańską, pole wyścigów, pola zasiane ryżem, jęczmieniem, winnice, ogrody bogate warzywami i owocem, przestrzenie, po których przemykały się tysiącami zające, kuropatwy, przepiórki, gdzie górą biły sokoł, drzemlik lub kobuz. – Karawana nasza, z czterech osób złożona, dążyła dwudziestoczteromilowym gościńcem, prowadzącym do Pekinu, pomiędzy rozmaitemi drzewami i wielkiemi trzcinami rzeki. Tak przybyli do Tong-Tszeu, zdrowi i cali. Kin-Fo zawsze wart 200.000 dolarów, Kreg i Fraj nieumęczeni, jak pierwszego dnia podróży, Sun zadyszany, kulejący, podbity na obie nogi i mający już tylko trzy cale warkocza na czubku głowy.

Było to dnia 19. czerwca. Termin Wana upływał dopiero za siedm dni.

Ale gdzie był Wan?



Rozdział XIII

w którym usłyszymy sławną elegję „Pięć pór wieku stuletniego człowieka.”

Panowie! – rzekł Kin-Fo do swych dwóch stróżów, gdy się taczka zatrzymała na przedmieściu Tong-Tszeu, jesteśmy już tylko o czterdzieści lisów (cztery mile) od Pekinu. Postanowiłem zatrzymać się tutaj aż do chwili, w której umowa zawarta pomiędzy mną a Wanem utraci moc swoją. W tem mieście liczącym 400.000 mieszkańców łatwo mi będzie pozostać niepoznanym, jeżeli Sun nie zapomni że pan jego nazywa się Ki-Nan i jest kupcem z prowincji Szen-Si.

No – Sun pewno nie zapomni. Skutkiem swego zapomnienia zmuszony był pełnić służbę konia przez cały tydzień, a przecież spodziewał się że pan Kin-Fo…

– Ki… przerwał Kreg.

– Nan dokończył Fraj.

… nie będzie go nadal znów używał do zajęć niezwykłych. Obecnie znużony do upadłego błagał tylko o tę łaskę pana Kin-Foa.

– Ki… przerwał Kreg.

– Nana, dokończył Fraj.

… aby się mógł przespać przynajmniej przez dwie doby bez przerwy.

– Śpij cały tydzień jak chcesz – odrzekł Kin-Fo – Będę przynajmniej pewien tego, że śpiąc nie wygadasz się z niczem.

Następnie podróżni nasi zajęli się wyszukaniem wygodnego hotelu, których nie brak w Ton i Tczeu. Wielkie to miasto jest już prawie tylko ogromnem przedmieściem Pekinu. Gościniec łączący je ze stolicą, prowadzi w pośród szeregu will, domów, chat wiejskich, grobów, małych pagód zielonych ogrodów, a ruch na tej drodze powozów, jezdnych i pieszych jest nieustanny.

Kin-Fo znał miasto i kazał się zaprowadzić do Tae-Uang-Miao, „świątyni książąt krwi.” Jest to dawny klasztor bonzów, zamieniony na hotel, gdzie przybywający podróżni mieszczą się dosyć wygodnie.

Kin-Fo, Kreg i Fraj wnet się rozgościli w tym hotelu. Kreg i Fraj zajęli pokoje przyległe do pokoju drogiego swego klienta.

Co do Suna ten poszedł natychmiast spać we wskazanym mu kącie i nie pokazał się już.

W godzinę później Kin-Fo z nieodstępnymi swymi towarzyszami poszedł na objad, a zjadłszy z apetytem, zapytał co mają teraz począć?

– Wypada przeczytać – odrzekli Kreg i Fraj, Gazetę urzędową, aby się dowiedzieć czy nie ma tam czego coby nas mogło obchodzić.

– Macie słuszność – odrzekł Kin-Fo. Może się co dowiemy o Wanie.

Wyszli tedy wszyscy trzej z hotelu. Z przezorności Kreg i Fraj szli jeden z jednej, a drugi z drugiej strony Kin-Foa, uważając bacznie na przechodzących i nie dozwalając nikomu zbliżyć się do niego. Przeszli tym sposobem ciasne uliczki miasta i dostali się na wybrzeże. Tam kupili najnowszy numer Gazety urzędowej i skwapliwie przeczytali.

Ale nie znaleźli nic oprócz obietnicy dwóch tysięcy dolarów, czyli 1300 taelów temu, ktoby dał znać sz. p. Wil. J. Bidulfowi gdzie przebywa obecnie pan Wan z Szanghaju.

– Więc go jeszcze nie ma – rzekł Kin-Fo.

– Zatem nie czytał ogłoszenia – odrzekł Kreg.

– Zatem – trzyma się terminu – dodał Fraj.

– Ale gdzie on może być? – zawołał Kin-Fo.

– Czy pan sądzi się bardziej zagrożonym w ostatnich dniach – przed dobiegającym terminem? spytali Kreg i Fraj.

– Niezawodnie – odrzekł Kin-Fo – Jeżeli Wan nie wie o tem jaka zmiana zaszła w mem położeniu, co bardzo zdaje się prawdopodobnem, to nie może się uchylić od spełnienia swego zobowiązania. A więc za dzień, za dwa dni, za trzy będę bardziej jeszcze zagrożony niż dzisiaj – a za dni sześć jeszcze bardziej.

– A po upływie terminu?

– Nie będę się już miał niczego obawiać.

– A więc trzy tylko jest sposoby – rzekli na to Kreg i Fraj – ochronienia się od wszelkiego niebezpieczeństwa przez tych sześć dni.

– Jaki jest pierwszy? – zapytał Kin-Fo.

– Wrócić do hotelu – odrzekł Kreg – zamknąć się w swoim pokoju i czekać aby termin minął.

– A drugi?

– Dać się uwięzić za popełnienie niby jakowejś zbrodni – odrzekł Fraj, i dostać się pod klucz otoczonych dobrą strażą więzień tutejszych.

– A trzeci?

– Ogłosić żeś pan umarł – odrzekli obadwa – i nie zmartwychwstać aż będąc już zupełnie bezpiecznym.

– E! Nie znacie Wana! – zawołał Kin-Fo. Wan znalazłby, skoro zechce, sposób dostania się do mego pomieszkania, do mego więzienia, do mego grobu. Nie zabił mnie dotychczas dlatego, bo nie chciał, bo chciał zostawić mi przyjemność, czy niepokój oczekiwania. Kto wie, jakie skłoniły go do tego powody? Bądź co bądź wolę czekać, nie zamykając się nigdzie.

– Ależ… tymczasem… zaczynał przedstawiać Kreg.

– Zdaje mi się, że… dodał Fraj.

– Panowie! – przerwał Kin-Fo, suchym tonem – uczynię jak mi się będzie podobać. Zresztą jeżeli zginę przed 25. czerwca, ile może stracić wasze Towarzystwo?

– Dwakroć sto tysięcy dolarów – odrzekli Kreg i Fraj.

– A ja stracę cały majątek i życie w dodatku. Jestem więc bardziej od was interesowany w tej sprawie.

– Słusznie.

– Prawda.

– Strzeżcież mię jak sobie chcecie, a ja będę robił co mi się podoba.

Nie było co odpowiedzieć.

Kreg i Fraj musieli tedy poprzestać na tem, aby podwoić swą czujność i nie odstępować swego towarzysza podróży ani na krok. Ale nie taili przed sobą, że niebezpieczeństwo zwiększało się z dniem każdym.

Tong-Tszeu jest jednem z najstarszych miast niebieskiego cesarstwa. Położone nad jednym kanałem, tworzącym odnogę rzeki Pei-ho, i drugim ciągnącym się do Pekinu, jest ono ogniskiem wielkiego ruchu handlowego. Przedmieścia jego są niezmiernie ożywione.

Kin-Fo i jego towarzysze zdziwieni byli tym ruchem, znacznie jeszcze większym na wybrzeżu, do którego przybijają łodzie i statki handlowe.

Ostatecznie rozważywszy rzecz dobrze Kreg i Fraj czuli się bezpieczniejszymi śród zgiełku ludzi, Kin-Fo miał niby paść ofiarą samobójstwa. Świadczyć o tem miał list przy nim znaleziony. Wan zatem nie mógł starać się zabić swego ucznia wśród ludnych ulic lub na publicznym placu miejskim. Oczywiście tedy nie było się czego tutaj na razie obawiać, obawiali się tylko czyli zacięty Taiping, nie ścigał ich może potajemnie przebrany przez całą drogę począwszy od Szanghaju. Przypatrywali się zatem dobrze wszystkim przechodzącym.

Naraz usłyszeli wymówione nazwisko, które jak gromem słuch ich uderzyło.

– Kin-Fo! Kin-Fo! – krzyczeli małe Chińczyki podskakując i klaszcząc w dłonie śród tłumu.

Miałżeby Kin-Fo być poznanym, i chęć obaczenia go wywołuje zbiegowisko?

Mimowolny bohater zatrzymał kroku.

Kreg i Fraj stanęli gotowi jak szańcem zasłonić go sobą w razie potrzeby.

Ale krzyki te nie odnosiły się do nich. Widocznie nikomu tam w myśli nie postało, że Kin-Fo między nimi się znajduje obecny. Stał więc nieruchomie, ciekawy dowiedzieć z jakiego powodu powtarzano jego nazwisko?

Grono mężczyzn, kobiet i dzieci otoczyły spiewaka wędrownego, który jak się zdawało musiał być ulubieńcem ulicznej gawiedzi. Krzyczano, klaskano w dłonie, cieszono się nim już z góry.

Spiewak widząc już dosyć licznie zgromadzoną publikę, wyjął z kieszeni spory pakiet afiszów kolorowanych i zawołał głosem donośnym:

Pięć pór roku stuletniego człowieka.

Była to owa sławna elegja, obiegająca całe cesarstwo niebieskie.

Kreg i Fraj próbowali odciągnąć ztąd precz Kin-Foa, lecz ten uparł się aby zostać. Nikt go tu nie znał. Nigdy jeszcze nie słyszał tej elegji opowiadającej jego czyny i dzieje. Rad był ją usłyszeć.

Śpiewak zaczął jak następuje:

„O pierwszej porze księżyc oświetla szpiczasty dach domu w Szanghaju. Kin-Fo jest młody, ma lat dwadzieścia. Podobny jest do wierzby wypuszczającej pierwsze zielone listki.”

„O drugiej porze księżyc oświetla boczne ściany bogatego jamenu. Kin-Fo ma lat czterdzieści. Wszystko mu się szczęści. Sąsiedzi wychwalają go.”

Spiewak zmienił wyraz twarzy i zdawał się starzeć z każdą strofą. Oklaski sypały się zewsząd.

On śpiewał dalej:

„O trzeciej porze księżyc oświeca całą przestrzeń. Kin-Fo ma lat sześćdziesiąt. Po zieloności wiosennej żółte chryzantemy jesieni.”

„O czwartej porze księżyc zaszedł. Kin-Fo ma lat ośmdziesiąt. Ciało jego skurczyło się jak u morskiego raka w kipiątku. Pochylił się – pochylił i gaśnie wraz z nocy gwiazdami.”

„O piątej porze kury witają jutrznię wschodzącą. Kin-Fo doczekał stu lat. Umiera –Spełniło się jego najgorętsze życzenie; ale niemiłosierny książę Jen nie chce go przyjąć do swego państwa. Nie lubi on ludzi tak starych, coby mu zrzędzili na jego dworze. Stary Kin-Fo nie może znaleść przytułku, błąka się po wieki wieków.”

Publika sypała grzmoty oklasków, a śpiewak sprzedawał setkami elegję, po trzy sapeki egzemplarz.

A dlaczegożby i Kin-Fo nie miał jej sobie kupić? Wydobył z kieszeni garść drobnej monety i pełną garść wyciągnął przez tłum otaczający śpiewaka.

Naraz dłoń się rozwarła. Pieniądze rozsypały się na ziemię…

Przed nim stał człowiek, którego spojrzenie skrzyżowało się z jego wzrokiem.

– Ach! – zawołał Kin-Fo, nie mogąc się powstrzymać od wykrzykniku, zarazem pytającego i wołającego.

Fraj i Kreg przyskoczyli doń, mniemając że został poznany, zagrożony, ugodzony – zabity może.

– Wan! zawołał Kin-Fo.

– Wan!? powtórzyli Kreg i Fraj.

I był to rzeczywiście Wan – On sam we własnej swej osobie, ale zamiast się zbliżyć do nich, w tejże chwili roztrącił tłum otaczający go i zaczął z całej siły uciekać, co mu nóg starczyło, które były potężnie długie.

Kin-Fo nie zawahał się ani chwili, i puścił się za nim w pogoń, chcąc raz uwolnić się z przykrego położenia. Fraj i Kreg puścili się wraz z nim, krok w krok, nie chcąc go ani wyprzedzić, ani pozostać za nim.

I oni poznali Wana i pojęli po jego zdziwieniu że tak dobrze on nie spodziewał się obaczyć tu swego ucznia, jak tenże nie spodziewał się zastać tu jego.

Ale dlaczego Wan uciekał? Trudno było się domyśleć; ale koniec końców uciekał, jak gdyby cała policja cesarstwa niebieskiego za nim goniła.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 30

Szalona to była pogoń.

– Nie straciłem majątku! Wan Wan! Nie straciłem! – krzyczał Kin-Fo.

– Bogaty jest, bogaty! – wołali jeszcze głośniej Kreg i Fraj.

Ale Wan był za daleko aby mógł usłyszeć te słowa, które byłyby go może powstrzymały. Przebiegł tedy całe wybrzeże wzdłuż kanału i dobiegał już do przedmieścia wschodniego.

Wszyscy trzej biegli za nim, nie ustając w pogoni, ale zawsze w jednakiem oddaleniu.

A nawet uciekający zdawał się coraz bardziej jeszcze się od nich oddalać.

Pół tuzina Chińczyków przyłączyło się do nich, nie licząc kilku także policjantów, biorących uciekającego za zbrodniarza, który świeżo popełnił coś złego.

Ciekawy to był widok tej gromady zadyszanej, krzyczącej, powiększającej się za każdym krokiem nowymi ochotnikami. Ci, co bliżej byli śpiewaka, słyszeli wyraźnie, jak Kin-Fo wymówił nazwisko Wana. Szczęściem że tenże nie wymówił również nazwisko ucznia swego, bo całe miasto byłoby się rzuciło w trop za tak sławnym człowiekiem. Ale i nazwisko Wana, niespodziewanie odkryte, dostatecznie zelektryzowało tłum cały. Wan – wszakże to ten zagadkowy człowiek, za którego odszukanie naznaczona była ogromna nagroda. Wiedziano o tem – tak że gdy Kin-Fo gonił za 800.000 dolarami, stanowiącemi jego majątek, Kreg i Fraj za 200.000 ubezpieczonemi na jego życie, inni biegli za 2000 dolarów przyobiecanej nagrody, i przyznać trzeba że było biedz za czem.

– Wan! Wan! Jestem bogatszy jak przedtem byłem! – krzyczał ciągle Kin-Fo, o ile na to szybki bieg dozwalał.

– Nie stracił majątku, nie stracił! – wołali Kreg i Fraj.

– Łapaj! Łapaj! – wrzeszczała gromada goniących, rosnąca po drodze jak lawina.

Wan nic nie słyszał. Biegnąc z rękami skrzyżowanemi na piersiach, nie chciał ani odpowiadać, ani tracić czasu na oglądanie się po za siebie.

Minęli przedmieście, Wan puścił się gościńcem wzdłuż kanału. Tu mógł uciekać swobodnie, bo gościniec był wówczas prawie pusty. Gonił więc jeszcze prędzej, zaczem i pogoń podwoiła chyżości.

Gonili go tak przeszło dwadzieścia minut. Niepodobna było przewidzieć jak się to skończy? Wszelako zdawało się że uciekający zaczyna opadać z sił i zwalniać kroku. Przestrzeń pomiędzy nim a goniącym zaczynała się zmniejszać.

Czując to Wan dał susa w bok i znikł w zielonem gąszczu ogródka, otaczającego małą pagodę, po prawej stronie drogi.

– Dziesięć tysięcy taelów temu, kto go zatrzyma – zawołał Kin-Fo.

– Dziesięć tysięcy taelów – powtórzyli Kreg i Fraj.

– Ja – Ja – Ja – Ja – zawrzeszczał tłum w około.

Wszyscy rzucili się w bok za uciekającym i otoczyli pagodę.

Wan ukazał się znów. Uciekał wąską ścieżką uboczną, wzdłuż kanału irrygacyjnego, a chcąc zmylić goniących za nim, zwrócił po chwili znów na główny gościniec.

Ale widocznie już osłabł, gdyż oglądał się kilkakrotnie po za siebie. Kin-Fo, Kreg i Fraj przeciwnie nie osłabli wcale. Biegli, lecieli i żaden z tych, którzy biegli w nadziei uzyskania taelów, nie był w stanie ich prześcignąć.

Rozwiązanie zatem zbliżało się. Była to już tylko rzecz czasu – i to krótkiego czasu – co najwyżej kilku minut.

Wszyscy Wan, Kin-Fo i jego towarzysze, wraz z całą gromadą goniących przybyli w miejsce gdzie gościniec przechodzi przez rzekę, i wznosi się sławny most Palikao.

Przed laty ośmnastu dnia 21. września 1860 roku nie byliby byli mogli przebiegać tak swobodnie tej drogi. Wówczas gościniec ten zapełniony był innego rodzaju uciekającymi. Armja jenerała San-Ko-Li-Tsin, wuja cesarskiego, parta przez wojska francuskie zatrzymała się na tym moście, wspaniałym dziele sztuki, o balustradach z białego marmuru, zdobnym podwójnym szeregiem olbrzymich lwów. Tutaj to kule dział europejskich zmiatały w puch zastępy Tatarów mandżurskich, których wiara w fatalizm niezrównanie czyni walecznymi.

Ale w tej chwili ów most, noszący jeszcze ślady bitwy na poobłamywanych posągach, był wolny.

Wan słabniejący rzucił się w bok drogi. Kin-Fo i inni użyli ostatniego wysiłku aby go dogonić. Wnet już tylko dwadzieścia kroków, już tylko piętnaście, już tylko dziesięć dzieliło ich od niego.

Nie było już co tracić napróżno słów aby go zatrzymać, tem bardziej że ich nie słyszał, czy słyszeć nie chciał. Należało go dopędzić, schwycić, związać jeżeli potrzeba – a potem dopiero rzecz wytłumaczyć.

Wan widział że go dopędzają i pochwycą, a gdy przez szczególniejszy jakiś upor obawiał się zetknąć ze swym dawnym uczniem, postanowił umknąć przed nim choćby z narażeniem własnego życia.

I jednym skokiem przez balustradę mostu rzucił się w nurty rzeki.

Kin-Fo zatrzymał się chwilę, wołając za nim:

– Wan! Wan!

A widząc że wołanie nie pomoże:

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 31

– Muszę go mieć żywcem – zawołał i skoczył także w rzekę.

– Kreg! – zawołał Fraj.

– Fraj! – zawołał Kreg.

– Dwa kroć sto tysięcy dolarów tonie!

I skoczyli obadwa w rzekę za tonącym klientem Wieku.

Kilku ochotników skoczyło za nimi. Była to jakby grupa klownów, wyprawiających ćwiczenia na trabulinie.

Ale wszystko to nie pomogło. Kin-Fo, Fraj i Kreg i inni, znęceni obiecaną nagrodą, napróżno przeszukiwali fale Pei ho – Wana nie odszukano.

Porwany prądem rzeki nieszczęśliwy filozof zapewne utonął!

Czy Wan, rzucając się w rzekę, miał zamiar ujść tylko pogoni – czy też z zagadkowej jakiejś przyczyny postanowił położyć kres życiu swemu – tego nikt wiedzieć nie mógł.

We dwie godzin potem Kin-Fo, Kreg i Fraj, zbici z tropu, ale zupełnie osuszeni, dobrze pokrzepieni, Sun obudzony wówczas właśnie gdy spał w najlepsze, i klnący na czem świat stoi, jak sobie można wyobrazić, byli już w drodze do Pekinu.



Rozdział XIV

w którym czytelnik przebieży bez znużenia cztery miasta w jednem.”

Pe-Tsze-Lie najbardziej na północ wysunięte, z ośmnastu prowincji chińskich, dzieli się na dziewięć departamentów. Stolicą jednego z nich jest Szun-Kin-Fo, co znaczy „miasto pierwszorzędne posłuszne niebu.” Miastem tem jest Pekin.

Wyobraź sobie czytelniku chińską maczugę, zajmującą 6000 hektarów obszaru, mającą ośm mil obwodu, którego dzielnice muszą koniecznie tworzyć równokąt, taką jest tajemnicza Kambalu, której tak ciekawy opis podał Marco Polo ku końcu XIII wieku – taką jest stolica niebieskiego cesarstwa.

Pekin składa się z dwóch miast odrębnych, oddzielonych od siebie szerokim bulwarem i murem warownym. Jedno tworzy równokątny paralelogram – jest to miasto chińskie; drugie czworogran prawie prostokątny. Składa się ono znowu z dwóch miast, mianowicie miasta żółtego, Hoang-Tsing i Tszeu-Kin-Tsing, miasta czerwonego czyli zakazanego.

Niegdyś liczono tu ogółem w tych wszystkich dzielnicach przeszło dwa miljony mieszkańców. Ale wychodźtwo, wywołane niezmierną nędzą, zmniejszyło tę liczbę do jednego, co najwięcej miljona. Są to głównie Chińczycy i Tatarzy, do których należy doliczyć około 10.000 muzułmanów, tudzież pewną ilość Mongołów i Tybetanów, składających ludność pływającą.

Oba te ostatnie miasta mają razem wziąwszy kształt ogromnego kufra, którego wiekiem jest miasto chińskie, a spodem miasto tatarskie.

Sześć mil obwodu, obwarowanego murem mającym czterdzieści do pięćdziesięciu stóp wysokości i szerokości, z dwiestu obronnemi basztami wznoszącemi się co dwieście metrów jedna od drugiej. Jest to wspaniała przechadzka w około miasta tatarskiego, z olbrzymiemi u czterech rogów strażnicami.

Cesarz, syn nieba, dobrze strzeżony jest, jak widzimy.

W pośród tatarskiego miasta, miasto żółte, obejmujące 660 hektarów, o ośmiu bramach, zamyka w sobie górę węgla trzysta stóp wysoką, najwyższy punkt stolicy, posiada przepyszny kanał, zwany „Morzem środkowem” z mostem marmurowym, dwa klasztory bonzów, pagodę egzaminów, Pei-tsa-sse, pagodę zbudowaną na półwyspie, która zdaje się zawieszona w powietrzu po nad przejrzystemi wodami kanału, Pech-Tang, klasztor misjonarzy katolickich, pagodę cesarską, wspaniale wyglądającą z dachem o głośnych dzwonkach i krytych szafirowemi cegłami lapisowemi, wielką świątynię poświęconą przodkom panującej dynastji, świątynię duchów, świątynię genjusza wiatrów, genjusza piorunów, świątynię wynalazcy jedwabiu, świątynię pana niebios, pięć pawilonów smoczych, monaster wiecznego spoczynku itd. itd.

W środku tego to równoboku kryje się miasto zakazane, na przestrzeni ośmdziesięciu hektarów, otoczone fosą nawodnioną o siedmiu mostach marmurowych. Ma się rozumieć, że gdy dynastja panująca pochodzi z rasy mandżurskiej, pierwsze z owych miast zamieszkuje przeważnie taż rasa. Chińczycy są wydaleni zewnątrz, na spód kufra, do miasta przyległego.

Do miasta zakazanego, opasanego murem z cegły czerwonej, o gzemsach powleczonych barwą złocistą, wchodzi się bramą południową, bramą „Wiecznej dziewiczości”, która się nie otwiera tylko dla cesarza i cesarzowej. Tam wznosi się świątynia przodków dynastji tatarskiej, pokryta podwójnym dachem z różnokolorowych dachówek, świątynia Sze i Tsi, poświęcona duchom ziemskim i niebieskim, pałac „Najwyższej Zgody”, przeznaczony na uroczystości i bankiety urzędowe, pałac „Mniejszej Zgody”, gdzie znajdują się wizerunki przodków syna nieba, pałac Zgody opiekuńczej, gdzie w sali się odbywają posiedzenia Wielkiej Rady państwa, której prezyduje książę Kong, minister spraw zewnętrznych, stryj cesarza i pawilon „Kwiatów literackich”, do którego cesarz wstępuje raz w rok, dla wykładu ksiąg świętych, pawilon Tszuan Sin-Tien, gdzie się odbywają obrzędy ku czci Konfucjusza, bibljoteka cesarska, biuro historjografów, Wu-Igne-Tien, gdzie przechowują się płyty miedziane i drewniane przeznaczone do drukowania książek, pracownie, gdzie się wyrabia odzież dla dworu, pałac „Czystości niebieskiej”, gdzie się odbywają narady w sprawach rodziny cesarskiej, pałac „Wyższego żywiołu ziemskiego”, gdzie mieszka młoda cesarzowa, pałac „Rozmyślania”, do którego usuwa się cesarz gdy jest chory, trzy pałace, w których wychowują się dzieci cesarskie, świątynie zmarłych krewnych, cztery pałace przeznaczone dla wdowy i żon Hien-Fona, zmarłego w r. 1861, Tszeu-Sieu-Kong, rezydencja żon cesarskich, pałac „Łaski miłościwej”, przeznaczony na urzędowe przyjęcia pań dworskich, pałac „Powszechnego spokoju”, szczególniejsza nazwa szkoły dzieci oficerskich, pałac „Oczyszczenia i postu”, pałac „Czystości jaspisowej”, zamieszkały przez książąt krwi, świątynia „Bożka patrona miasta”, świątynia w stylu tybetańskim, skarbiec koronny, Intendentura dworu, Lao-Kong-Czu, pomieszkanie eunuchów, których jest nie mniej nie więcej jak 5.000 w mieście czerwonem, i inne wreszcie rozmaite pałace, których liczba w stolicy cesarskiej dochodzi do czterdziestuośmiu, nie licząc Tseu-Kuan-Ko, pałac „Światła purpurowego”, na wybrzeżu jeziora miasta żółtego, w którym dnia 19. czerwca 1873 przypuszczeni byli do oblicza cesarskiego posłowie pięciu mocarstw, Stanów Zjednoczonych, Rosji, Holandii, Anglji i Prus.

Któreż to forum starożytne składało się z takiego mnóstwa gmachów, tak rozmaitego kształtu, tak bogatych cennemi skarby? Któreż miasto, która stolica europejska posiada ich tak wiele?

A do tego należy jeszcze dodać Uan-Szeu-Szan, pałac letni, położony o dwie mile od Pekinu, zniszczony w roku 1860. Dziś zaledwie odszukać można w pośród ruin owe ogrody „Jasności zupełnej i Jasności cichej”, owe wzgórze jaspisowego źródła, i górę „Dziesięciu tysięcy długowieczności.”

W około miasta żółtego ciągnie się miasto tatarskie. Tam mają swą siedzibę ambasady francuska, angielska i rosyjska, szpital misjonarzy londyńskich, misje katolickie wschodnie i północne, dawne stajnie na słonie, gdzie obecnie jest już tylko jeden, ślepy i stuletni. Tam wznosi się wieża dzwonów z czerwonym dachem, obramowanym dachówką zieloną, świątynia Konfucjusza, klasztor tysiąca Lamów, świątynia Faki, dawne obserwatorjum z czworograniastą ciężką wieżą, jamen jezuicki, jamen uczonych, gdzie odbywają się egzamina literatów. Tam wznoszą się łuki tryumfalne Wschodu i Zachodu. Tam płynie morze Północy i morze trzcinowe, okryte liljami niebieskiemi i innem wodnem kwieciem, co z pałacu letniego przypływa na wody kanału miasta żółtego. Tam są pałace książąt krwi i wszystkich ministerstw: skarbu, wyznań, wojny, robót publicznych, spraw zewnętrznych, tam znajduje się Izba obrachunkowa, trybunał astronomiczny, akademja medyczna. Wszystko to rozrzucone w uliczkach wąskich, latem pełno kurzu, błota zimą, składających się po większej części z nędznych, niskich domów, pomiędzy któremi tu i ówdzie wznosi się pałac którego z dygnitarzy, ocieniony pięknemi drzewami. A po tych wąskich, natłoczonych uliczkach trudno się przecisnąć pomiędzy mnóstwem wałęsających się psów, wielbłądów mongolskich, obładowanych węglem, palankinów przez czterech lub ośmiu ludzi niesionych, według stopnia urzędowej godności właściciela, lektyk, wozów ciągnionych mułami, taczek, wreszcie żebraków, którzy tworzą tutaj cech samoistny, liczący 70.000 włóczęgów. W tych uliczkach, zapadłych w tych ściekach bagnistych, gdzie się grzęźnie po kolana, nie jeden już ślepy żebrak się utopił.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 29

Z wielu względów chińska dzielnica Pekinu, nazywająca się Wai-Tszen, podobna jest do dzielnicy tatarskiej, ale wyróżnia się od niej przecie w niejednem.

Dwie sławne świątynie znajdują się w jej stronie południowej – świątynia Nieba i świątynia Rolnictwa, do których należy dodać świątynie bogini Koa-Nin, jenjusza ziemi, oczyszczenia, czarnego smoka, duchów niebieskich, Nieba i ziemi, stawy zarybione złotemi rybami, monaster Feu-jansse, rynki, teatra itd.

Równokątny ten równobok dzieli z północy na południe ważna linja komunikacyjna, nazwana Wielką drogą, idąca od bramy Hung Tin na południe do bramy Tien na północy. Przecięta jest ona w poprzek drugą dłuższą jeszcze drogą, która ją przecina pod kątem prostym prowadząc od bramy wschodniej Sza Kua do bramy Kuan Tsu, na zachodzie miasta. Nazywa się drogą Sza Kua, przyszła pani Kin-Fowa mieszkała o sto kroków opodal od miejsca, gdzie drogi te się schodzą i jedna drugą przecina.

Przypomną sobie czytelnicy że w kilka dni po otrzymaniu od narzeczonego listu, donoszącego o utracie majątku, młoda wdowa otrzymała drugi, zaprzeczający pierwszej wieści i donoszący jej że przed „upływem siódmego miesiąca,” młodszy jej braciszek przybędzie do niej.

Nie potrzeba mówić jak pilnie liczyła Leu od dnia 17. maja, to jest od chwili otrzymania rzeczonego listu dni i godziny. Ale od tego czasu Kin-Fo nie dawał o sobie żadnej wiadomości, niechcąc bez wyjawienia powodu donosić narzeczonej o swojem podróżnem błąkaniu się po świecie. Leu pisała do niego do Szanghaju, ale nie otrzymywała odpowiedzi. Można sobie zatem wyobrazić jej niespokojność gdy po dzień 19. czerwca nie miała listu.

Przez cały ten czas młoda wdowa nie opuszczała domu swego przy ulicy Sza Kua, pędząc zamknięte długie dni tęsknoty. Czekała niespokojna. Nieznośna Nan nie mogła być miłą towarzyszką samotności. Ta „stara matka” grymasiła bardziej jeszcze niż zwykle, i zasługiwała sto razy na dzień aby ją odpędzić.

A ileż to jeszcze nieobliczonych pełnych tęsknoty spędzić przyjdzie, nim Kin-Fo do Pekinu przybędzie. Leu liczyła – a liczba zdawała jej się niezmiernie duża.

Chociaż pomimo że wyznanie Lao Tse jest najstarszem w Chinach, pomimo że naukę Konfucjusza ogłoszoną około tegoż samego czasu, blisko 500 lat przed Chrystusem, wyznaje cesarz, uczeni i wysocy mandaryni, najwięcej przecież wyznawców ma buddaizm, bo przeszło trzysta miljonów na całym świecie.

Buddaizm, którego pierwszym twórcą był Fo, dzieli się na dwie sekty, z których jednej kapłanami są bonzowiew popielatych chałatach, a czerwonem nakryciem głowy – drugiej lamowie, w odzieniu i nakryciu głowy żółtem.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 32

Leu należała do buddystów sekty pierwszej. Bonzowie widywali ją często przychodzącą do świątyni Koan-Ti-Miao, poświęconej bogini Koa-nin. Tam modliła się na intencję swego narzeczonego i paliła woniejące pręciki leżąc twarzą na posadzce świątyni.

Tegoż dnia zamierzała gorętsze jeszcze zanosić modły do bogini Koanin. Przeczucie jakieś mówiło jej że wielkie niebezpieczeństwo grozi temu, którego oczekiwała tak niecierpliwie.

Leu zawołała zatem swą „starą matkę” i rozkazała jej pójść sprowadzić lektykę, niesioną przez czterech ludzi.

Nan wzruszyła ramiona, wedle swego nieznośnego zwyczaju i wyszła spełnić rozkaz.

Tymczasem młoda wdowa, pozostawszy sama w pokoju smutnie spoglądała na oniemiały przyrząd, który jej już nie powtarzał słów dalekiego ulubionego.

– O! niech przynajmniej wie, rzekła sobie – żem nie przestawała o nim myśleć. – Niech mu to głos mój powtórzy gdy przybędzie.

I pocisnąwszy sprężynę puszczającą w ruch aparat fonograficzny, wymówiła podniesionym głosem najczulsze wyrazy, jakie jej kochające podyktowało serce.

Nan, wszedłszy z trzaskiem, przerwała ten czuły monolog.

– Lektyka czeka – rzekła głośno.

A ciszej mruknęła pod nosem:

– Mogłabyś zostać w domu, zamiast tryndać się po mieście.

Leu nie dosłyszała tego. Wyszła natychmiast pozostawiając starej grymaśnicy swobodne pole zrzędzenia do woli. Wsiadła do lektyki i kazała się nieść do Koan-Ti-Miao.

Droga szła prosto. Trzeba było tylko zwrócić z ulicy Sza-Kua na plac na wielką drogę, aż do bramy Tien.

Ale rzecz to nie była tak łatwa. O tej porze ruch na ulicy był jeszcze ogromny, a ścisk zawsze jest wielki w tej części miasta, najludniejszej z wszystkich dzielnic stolicy. Rozstawione po drodze baraki kupców obcych, czyniły drogę podobną do targowicy jarmarcznej pełnej wrzasku i nawoływania. Deklamatorowie publiczni, mowcy uliczni, wróżbici, fotografowie, karykaturzyści z karykaturami nieszczędzącemi dostojnych mandarynów cesarstwa, w ogólnym zgiełku krzyczeli i rozdawali swe ogłoszenia. Tam szedł pogrzeb paradny, tamujący ruch w całej ulicy, tam wesele, nie weselsze od owego pogrzebowego orszaku, ale równie jak on tłumne i napełniające całą ulicę. Przed jamenem jakieś urzędnika zgromadził się tłum ludzi. Ktoś pokrzywdzony bił w bęben skargi, domagając się sprawiedliwości. Na kamieniu Leu-Ping klęczał jakiś zbrodniarz, który otrzymał właśnie bastonadę, pod strażą policjantów w czapkach mandżurskich, o czerwonych żołędziach z krótkiemi pikami i dwiema szablami w jednej pochwie. Dalej prowadzono na strażnicę dwóch opierających się Chińczyków, związanych z sobą warkoczami. Owdzie znów biedak jakiś mając lewą rękę i prawą nogę skute w dybach sztykulał podobny do potwornego jakiegoś zwierzęcia. Tam znów złodziej zamknięty w skrzyni drewnianej, z głową wystającą przez dno przedziurawione, wyglądał zmiłowania publiczności, inni z głową i rękami w kunie, wyglądali jak woły w jarzmie. Nieszczęśliwi ci szukali widocznie miejsc najbardziej uczęszczanych w nadziei otrzymania większej jałmużny, licząc na miłosierdzie przechodzących, ze szkodą wszelkiego rodzaju żebraków bez rąk, kulawych, paralityków, ślepych, których prowadzili kulawi, i podlegli tysiącznego rodzaju kalectwom i chorobom prawdziwym lub udanym, których tłumy roją się w niebieskim cesarstwie.

Lektyka postępowała zatem po mału. Ścisk był coraz większy im bliżej bulwaru zewnętrznego. Przybywszy tam wreszcie stanęła przed bastjanem w pobliżu świątyni bogini Coaniny.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 33

Tam Leu wysiadła z lektyki, i weszła do świątyni, gdzie najpierw uklękła, a następnie upadła twarzą do ziemi przed posągiem bogini. Potem powstała i poszła ku aparatowi kościelnemu, noszącemu nazwę „młynka modlitewnego”.

Był to rodzaj motowidła, przy którego ośmiu skrzydłach umocowane były chorągiewki z napisami zawierającemi sentencje moralne.

Obok poważny bonza oczekiwał na pobożnych, a głównie na składaną przez nich opłatę.

Leu wsunęła słudze wielkiego Buddy kilka taelów, jako zapłatę należną za użytek aparatu, a następnie ująwszy ręką za korbę zaczęła nią kręcić zwolna, lewą rękę na sercu położywszy. Ale młynek nie obracał się jak należało, aby modlitwa była skuteczną, bo stojący obok bonza rzekł, zachęcając ją giestem:

– Prędzej! Prędzej!

I młoda niewiasta kręciła korbą coraz prędzej.

Trwało to około kwadransa, poczem bonza upewnił ją że modlitwa jej będzie już wysłuchana.

Wówczas Leu upadła znów na twarz przed posągiem, a po chwili wyszła ze świątyni i wsiadłszy do lektyki, kazała się nieść napowrót do domu.

Ale przy wstępie wielkiej drogi lektyka musiała umykać czem prędzej. Wojsko rozpędzało tłum uliczny, sklepy kazano zamykać. Przecznice zasłaniano płótnami niebieskiemi pod strażą policjantów.

Liczny orszak zapełniał część ulicy i zbliżał się wrzawliwie.

Cesarz Kong Sin, którego nazwisko znaczy „Dalszy ciąg sławy” wracał do tatarskiej dzielnicy swego stołecznego miasta, i miano dlań właśnie otworzyć wielką bramę wstępną.

Za dwoma żołnierzami, postępującymi na czele orszaku, szedł pluton wojska w dwóch szeregach ze sztandarem.

Za nim nieśli wysocy urzędnicy dworu rozpięty żółty parasol, ozdobny smokiem, który jest godłem cesarza, tak jak feniks jest godłem cesarzowej.

Palankin, którego żółte firanki były podniesione, ukazał się następnie, niesiony przez szesnastu ludzi w czerwonej odzieży, zasianej białemi różami, a w jedwabnych kaftanach, książęta krwi, wysocy dostojnicy cesarstwa, na koniach okrytych żółtemi jedwabiami, na znak wysokiego dostojeństwa, jechali obok palankinu cesarskiego.

W palankinie rozpierał się na pół leżąc Syn nieba, krewny cesarza Fong Tsze, i synowiec księcia Kong.

Za palankinem szli masztalerze i ludzie przeznaczeni do luzowania się przy niesieniu palankinu. Cały ten orszak znikł zwolna po za bramą Tien, ku wielkiemu zadowoleniu przechodzących, kupców i żebraków, mogących napowrót zając się swemi sprawami.

Leu puściwszy się także dalej w swą drogę wróciła do domu po dwugodzinnej nieobecności.

O! jakże miłą niespodziankę zgotowała jej bogini Koanin!

W tej właśnie chwili, gdy lektyka zatrzymała się przed domem, zajechał przed tąż bramę powóz zaprzężony dwoma mułami, cały oprószony. Wysiadł z niego Kin-Fo, w towarzystwie Krega, Fraja i Suna.

– Tyż to? Ty! – wykrzyknęła Leu, własnym niedowierzająca oczom.

– Droga siostrzyczko! – odrzekł Kin-Fo – nie spodziewałaś się mego przybycia?

Leu nic nie odpowiedziała, ujęła tylko za rękę swego narzeczonego i zaprowadziła go do swego buduaru, gdzie się znajdował ów mały przyrząd fonograficzny, będący jej tajnych myśli powiernikiem.

– Nie przestałam ani na chwilę cię oczekiwać, drogie moje serce, wyszywane jedwabnem kwieciem! – rzekła.

I pocisnęła sprężynę wprawiającą w ruch fonograf.

Natychmiast Kin-Fo usłyszał słodki głosik, powtarzający te same wyrazy, które Leu wymówiła przed kilku godzinami:

– Wracaj, ukochany braciszku! Wracaj do mnie! Oby serca nasze pozostały już na wieki nierozłączne, jak dwie gwiazdy pasterza i liry. Wszystkie myśli moje zwracają się ku tobie i oczekują cię…

Na sekundę umilkł aparat – ale tylko na sekundę – poczem wymówił znów, ale tym razem wrzaskliwym głosem pełnym złości:

– Nie dosyć pani – potrzeba jeszcze pana w domu – Bodajby książę Jeu zdusił oboje!

Drugi ten głos, za nadto dobrze znany, łatwo było poznać. Był to głos Nany. Nieznośna „stara matka” gadała sobie po odejściu Leu, podczas gdy fonograf był jeszcze w ruchu, i pochwycił, czego się nie spodziewała, jej nieznośne słowa.

Pokojówki i lokaje strzeżcie się fonografu!

Tegoż samego dnia wypędzono Nanę, nie czekając nawet końca siódmego miesiąca.



Rozdział XV

w którym Kin-Fo, a zapewne i czytelnik, dowie się o czemś wcale niespodziewanem.

Nic już nie przeszkadzało ślubnemu związkowi bogatego Kin-Fo z Szanghaju, z piękną Leu z Pekinu. Za sześć dni ubiegał już termin umówiony z Wanem, w którym tenże miał spełnić swe zobowiązanie; ale nieszczęśliwy filozof opłacił życiem swą ucieczkę, niczem wytłómaczyć się nie dającą. Odtąd nie było się już czego obawiać. Zaślubiny mogły się tedy odbyć. Postanowiono więc aby się odbyły 25. czerwca, w tenże sam dzień, w którym Kin-Fo chciał ongi zakończyć życie.

Młoda narzeczona dopiero teraz dowiedziała się o wszystkiem. Dowiedziała się przez jakie dziwne koleje przechodził ten, który nie chciał ją najpierw uczynić ubogą, następnie wdową powtórnie, wracał obecnie zdrowy i swobodny, aby ją uszczęśliwić.

Ale Leu dowiedziawszy się o śmierci filozofa, nie mogła powstrzymać się od uronienia łez kilku. Znała go – kochała. Jemu ongi najpierw zwierzyła swą miłość ku Kin-Fowi.

– Biedny Wan! – rzekła. Nie będzie go na naszym ślubie.

– Biedny! biedny Wan! – potakiwał Kin-Fo, szczerze żałując swego towarzysza dni młodszych i dwudziestoletniego przyjaciela. A przecież, dodał, byłby mię zabił niezawodnie, dotrzymując przysięgi.

– Nie – nie – odrzekła Leu, poruszając przecząco swą piękną główką – a może dla tego tylko właśnie szukał śmierci w nurtach Peiho aby nie spełnić tego straszliwego przyrzeczenia.

Niestety! Przypuszczenie to było aż nadto prawdopodobne że Wan utopił się dobrowolnie jedynie dla tego aby nie spełnić przyjętego na się zobowiązania. Pod tym względem Kin-Fo był tegoż samego zdania co Leu – W pamięci obojga obraz filozofa pozostawał nigdy niezatarty.

Ma się rozumieć że skutkiem wypadku na moście Palikao gazety chińskie zaprzestały powtarzać śmieszne ogłoszenia szanownego Wil. J. Bidulfa, a kłopotliwa sława Kin-Foa zgasła równie prędko jak powstała.

A cóż teraz mieli uczynić z sobą Kreg i Fraj? Obowiązani byli wprawdzie strzedz sprawy „Wieku” aż do 30. czerwca, to jest przez dziesięć dni jeszcze; ale w istocie rzeczy Kin Fo nie potrzebował już ich opieki. Możnaż się było obawiać zamachu na jego życie ze strony Wana? Nie – bo Wan już nie żył. Mogliż się obawiać aby ubezpieczony Kin-Fo sam na własne targnął się życie? Nie – tem bardziej że Kin-Fo życzył sobie teraz już tylko żyć, żyć dobrze i jak można najdłużej. Zatem nie było powodu aby Kreg i Fraj nieustannie nad nim czuwali.

Ale z tem wszystkiem dwa te oryginały dzielne były to zuchy! Mając sobie poruczonego klienta Wieku czuwali nad nim nieprzerwanie i bardzo gorliwie. Kin-Fo prosił ich więc na swe wesele, które to zaprosiny przyjęli:

– Boć zresztą – zauważył Fraj żartobliwie – i małżeństwo bywa czasem samobójstwem.

– Oddaje się życie, nie tracąc go przecież – dodał Kreg z miłym uśmiechem.

Zaraz nazajutrz po odprawieniu Nany przyjęto na jej miejsce przyzwoitszą osobę. Ciotka młodej wdowy, pani Lu Ta lu, została przez nią zawezwana i miała zastąpić jej matkę aż do dnia zamęścia. Pani Lu Ta lu, żona mandaryna czwartego stopnia, drugiej klasy, z guzikiem niebieskim, dawnego lektora cesarskiego, i członka akademji Han Lin, posiadała wszystkie fizyczne i moralne przymioty, potrzebne do pełnienia godnie tego ważnego zadania.

Kin-Fo zamierzał zaraz po ślubie opuścić Pekin, nie należąc do tych Chińczyków, którzy lubią być blisko dworu. Nie mógłby być zupełnie szczęśliwym dopókiby nie ujrzał już ukochanej swej małżonki w bogatym swym jamenie w Szanghaju.

Kin-Fo musiał tedy nająć sobie w Pekinie pomieszkanie tymczasowe, i znalazł dogodny dla siebie apartament w Tien Fu Tan, w eleganckim i wygodnie urządzonym hotelu „Świątynia szczęśliwości niebieskiej” z dobrą restauracją, położonym przy bulwarze Tien Men, pomiędzy obu miastami, chińskiem i tatarskiem. Tam też się umieścili Kreg i Fraj, którzy już ze zwyczaju nie mogli się rozłączyć z swym klientem. Co do Suna, ten pełnił dalej swe obowiązki służbowe, mrucząc i klnąc jak zawsze, ale bacząc dobrze czy nie ma gdzie w pobliżu gadatliwego fonografu? Przygoda Nany nauczyła go ostrożności.

Kin-Fo miał przyjemność spotkać się w Pekinie z dwoma swymi przyjaciółmi z Kantonu, kupcem In-Ranem i uczonym Hualem. Znał się także z kilku miejscowymi urzędnikami i kupcami, którzy mieli sobie za obowiązek towarzyszyć mu w tej ważnej chwili jego żywota.

Teraz był prawdziwie szczęśliwym, ów obojętny na wszystko niegdyś, bezuczuciowy uczeń filozofa Wana. Dwa miesiące trosk, niepokoju, kłopotów, cały ten ruchliwy przebyty okres życia dał mu dostatecznie poznać wartość tego co jest i co powinno, co może być szczęściem na tej ziemi. Tak mądry filozof miał słuszność. O! czemuż go nie było, aby mógł się naocznie przekonać o prawdzie swej doktryny.

Kin-Fo spędzał obok swej narzeczonej cały czas, pozostający mu od przygotowań do swego wesela. Leu czuła się szczęśliwą od chwili, gdy narzeczony jej znajdował się przy niej. Napróżno znosił jej wspaniałe dary z najbogatszych sklepów stolicy. Ona tylko o nim myślała, powtarzając sobie mądre maksymy sławnego Pan-Hei-Pan:

„Jeżeli kobieta wybierze sobie męża według serca swego, to już na całe życie.”

„Kobieta powinna poważać bez granic tego, którego nazwisko nosi, i nieustannie czuwać nad sobą.”

„Kebieta winna być w domu tylko istnym cieniem i echem.”

„Mąż jest niebem żony.”

Tymczasem przygotowania do tego wesela, które według życzenia Kin-Foa miało się odbyć jak najświetniej, postępowały nieprzerwanie.

Już trzydzieści par trzewików haftowanych, które muszą nieodzownie znajdować się we wyprawie chińskiej mężatki, stało gotowych w pomieszkaniu narzeczonej przy ulicy Sza-Kua. Z cukierni Sinu-Jana słoje konfitur, suszone owoce, kandyzowane migdały, cukier owsiany, soki śliwowe, pomarańczowe, imbirowe, przepyszne materje jedwabne, klejnoty w kunsztownie rzeźbionych złotych oprawach, pierścienie, naramienniki, futerały na paznogcie, iglice do włosów itd., słowem najwykwintniejsze wyroby jubilerskie Pekinu znajdowały się nagromadzone w buduarze Leu.

W tem dziwacznem z wielu względów cesarstwie środkowem gdy młoda dziewczyna idzie za mąż nie wnosi za sobą wcale posagu. Kupują ją iście rodzice pana młodego, lub on sam, a nie mając braci, nie może pomimo tego dziedziczyć części majątku rodzicielskiego, jeżeli ojciec wyraźnie w ten sposób nie rozporządzi. Warunki te umawiają się zazwyczaj przez pośredników, zwanych Mei-Dżin, a małżeństwo zawiera się dopiero, gdy wszystko to wpierw się już załatwi.

Narzeczona przedstawia się następnie rodzicom pana młodego. Narzeczony nie widzi jej wcale. I nie ujrzy jej dopóki nie zostanie wniesioną w zamkniętej lektyce jako małżonka do jego domu. Wówczas oddają panu młodemu klucz od lektyki. On otwiera drzwiczki. Jeżeli narzeczona jego podoba mu się, podaje jej rękę – jeśli mu się nie podoba, zatrzaska szybko drzwiczki napowrót. Rzecz cała zerwana pod warunkiem, że dany zadatek zostaje przy rodzicach byłej narzeczonej.

Tutaj stać się coś podobnego nie mogło. Kin-Fo zna dobrze swą narzeczonę. Nie potrzebował jej u nikogo kupować. To wszystko rzecz bardzo ułatwiało.

Nadszedł wreszcie 25. czerwca. Wszystko było gotowe.

Od trzech dni według zwyczaju dom Leu był cały wewnątrz oświetlony. Przez trzy nocy pani Lu-Ta-lu, przedstawiająca rodzinę panny młodej, winna była powstrzymywać się od wszelkiego snu. Jest to sposób okazania żalu za panną młodą, opuszczającą dom rodzicielski. Gdyby Kin-Fo miał był jeszcze żyjących rodziców i jego dom byłby podobnież oświetlony przez te trzy dni na znak żałoby, albowiem „małżeństwo syna musi być uważane jako symbol śmierci ojca i syn zdaje się stawać już jego następcą” – mówi Hoa-Kien-Tszuen.

Ale gdy zwyczaje powyższe nie dotyczyły dwojga osób zupełnie wolnych, mogących swobodnie sobą rozporządzać, były wszakże inne, do których potrzeba się było zastosować.

I tak nie zaniedbano licznych obrzędów astrologicznych. Horoskopy, wyprowadzane według wszelkich prawideł, okazywały zupełną zgodność losów i usposobień obojga narzeczonych. Pora roku, kwadra miesiąca, wszystko sprzyjało. Nigdy jeszcze nie było małżeństwa, coby pod tak przyjaźnemi zawierało się wróżbami.

Przyjęcie panny młodej w hotelu „Szczęśliwości Niebieskiej” miało się odbyć o godzinie ósmej wieczorem. Panna młoda miała być z wielkim przepychem wprowadzona do pomieszkania pana młodego. W Chinach małżonkowie nie biorą ślubu ani w urzędzie cywilnym, ani w świątyni u księdza, bonzy lub lamy, ani jakimkolwiek innym sposobem.

O godzinie siódmej Kin-Fo ciągle w towarzystwie Krega i Fraja, jakoby drużbów europejskiego wesela, przyjmował swych przyjaciół u progu swego mieszkania.

Jakiż to potop grzeczności! Dostojni goście zaproszeni byli biletami różowemi, na których głoskami mikroskopijnymi znajdował się następujący zapis:

„Pan Kin-Fo z Szanghaju zasyła uniżenie swe uszanowanie panu……… i prosi jeszcze uniżeniej aby raczył zaszczycić swą obecnością uniżoną ceremonję jego wesela… itd.”

Wszyscy przybyli, aby uczcić małżonków i być na wspaniałej uczcie, przeznaczonej dla mężczyzn, podczas gdy kobiety przy osobnym umyślnie dla nich zastawionym zasiadają stole.

By tam kupiec Jen-Pang i uczony Hual. Było kilku mandarynów, mających przy kapeluszu urzędowym kulę czerwoną, oznaczającą, że należeli do trzech pierwszych stopni. Inni, niższego stopnia, mieli tylko guziki niebieskie lub białe. Najwięcej było urzędników cywilnych z pochodzenia szczerych Chińczyków, jak należało u Szanghajana nieprzyjaznego rasie tatarskiej. Wszyscy w sukniach o jaskrawych barwach, świątecznie wystrojeni tworzyli świetny orszak weselny.

Kin-Fo – grzeczność tego wymagała – czekał ich u samego wnijścia hotelu. Każdego przybywającego wprowadzał do salonu bawialnego, prosząc każdego po dwakroć, by szedł naprzód przy każdych drzwiach, które otwierali przed nimi służący w pełnej gali. Nazywał ich po „szlachetnem nazwisku,” wypytywał o „szlachetne zdrowie,” dowiadywał się o „szlachetną rodzinę.” Najbystrzejszy znawca tego śmiesznego drobiazgowego ceremonjału nie mógłby mu był najmniejszego zarzucić uchybienia.

Kreg i Fraj unosili się nad tą jego grzecznością, ale unosząc się, nie spuszczali go z oczu ani na chwilkę.

Obudwu taż sama myśl się nasunęła. Gdyby przypadkiem Wan się nie utopił, jak mniemano, w nurtach rzeki? Gdyby wmięszał się pomiędzy tłum zaproszonych gości? Dwudziesta czwarta godzina dwudziestego piątego czerwca jeszcze nie wybiła! Termin jeszcze nie upłynął… a gdyby w ostatniej chwili…

Nie było to rzeczą prawdopodobną – ale ostatecznie możebną. Z przezorności przypatrywali się też Kreg i Fraj uważnie wszystkim gościom. Ale nie spostrzegli nikogo podejrzanego.

Gdy to dzieje, narzeczona tymczasem opuszczała dom swój przy ulicy Sza Kua, wsiadłszy do zamkniętego palankinu.

Kin-Fo nie chciał przywdziać stroju mandaryna, który każdy narzeczony ma prawo nosić w dzień swego wesela, ku uczczeniu instytucji małżeństwa, którą dawni prawodawcy w wielkiem mieli poszanowaniu; ale Leu zastosowała się ściśle do przepisów etykiety towarzystwa arystokratycznego. Suknia jej czerwona z przepysznej materji jedwabnej haftowanej. Postawa jej wdzięcznie się rysowała z po za zasłony drobniutkich pereł, które zdawały się spływać strumieniami od przepysznego złotego djademu, otaczającego jej skronie. Klejnoty i kwiaty sztuczne w najlepszym smaku ozdabiały jej włosy i długie czarne warkocze. Kin-Fo nie mógł nie zachwycić się bardziej jeszcze jak zwykle jej czarującą pięknością, gdy mu przyjdzie otworzyć palankin drogiej narzeczonej.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 34

Orszak wyruszył w pochód. Przeszedłszy rynek zwrócił się na „Wielką Drogę” i ciągnął bulwarem Tien Men. Zapewne że pogrzeb byłby wspanialszy, ale aby i wesele obaczyć zatrzymywały się wszędzie tłumy przechodzących.

Przyjaciółki i towarzyszki Leu szły za palankinem, niosąc dla parady rozmaite przedmioty jej wyprawy. Na czele orszaku postępowało dwudziestu muzykantów czyniąc wielki hałas swemi wrzaskliwemi instrumentami i brzękadłami. W około palankinu rój służby niósł pochodnie i różnokolorowe latarnie. Panna młoda była zakryta przed oczami tłumu. Pierwszy według reguł ceremonjału miał ją ujrzeć pan młody.

Tak posuwał się orszak otoczony zgiełkliwym tłumem publiczności, około ósmej godziny wieczorem ku hotelowi „Niebieskiej szczęśliwości.”

Kin-Fo stał przed wejściem hotelu wspaniale udekorowanem. Czekał aby otworzyć palankin. Poczem wysadziłby zeń swą narzeczonę i wprowadził do osobnego salonu, gdzie oboje cztery razy pokłonić się mieli niebu. Następnie oboje mieli zasiąść do wieczerzy weselnej. Panna młoda przyklęka tutaj cztery razy przed swym narzeczonym, on przed nią dwa razy. Potem czynią libację, wylewając dwie lub trzy krople wina. Ofiarują nieco jadła duchom pośredniczącym. Następnie przynoszą im dwa pełne kubki. Wypijają takowe po połowie, a resztę pozostałą zlawszy razem do jednego kubka, wypijają ją jedno po drugiem – i małżeństwo zawarte.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 35

Palankin przybył. Kin-Fo podszedł ku niemu. Mistrz ceremonji oddał mu klucz od niego. Kin-Fo odemknął drzwiczki i wyciągnął rękę ku pięknej Leu, rzewnie wzruszony. Panna młoda wyskoczyła lekko z palankinu, i przeszła pomiędzy tłumem gości weselnych, którzy z uszanowaniem witali ją pokłonem, przykładając rękę do serca.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 36

W chwili gdy panna młoda miała przestąpić próg hotelu, dano sygnał. Olbrzymie oświetlone latawce, puszczone w górę, bujały w powietrzu, przedstawiając oczom zachwycające obrazy smoków, feniksów i innych symbolów małżeńskich. Gołębie z bardzo głośnemi harmonijnie nastrojonemi dzwonkami, przywiązanemi do ogonków, równocześnie wypuszczone, rozleciawszy się w górze, napełniały całą przestrzeń cudownie piękną muzyką. Race różnokolorowe wyleciały sycząc w górę i rozsypywały miljony kwiatów, spadających złotym deszczem na olśnionych widzów.

Naraz dał się słyszeć gwar daleki na bulwarze Tien Men. Głośne krzyki zmięszane z odgłosem trąby. Potem na chwil kilka nastąpiło głuche milczenie, a potem znów taż sama wrzawa.

Zgiełk ten zbliżał się coraz bardziej ku ulicy, na której znajdował się orszak weselny.

Kin-Fo słuchał. Przyjaciele jego zaniepokojeni, oczekiwali aby Leu weszła do hotelu.

Ale nim to nastąpiło, nagle zapełniła się cała ulica i ozwał wrzaskliwy głos trąby w pobliżu.

– Co to jest? – zapytał Kin-Fo.

Leu stała pomięszana z przerażeniem w obliczu. Złowieszczem przeczuciem uderzyło jej serce.

Nagle tłum otoczył weselnych. W pośród niego ujrzano cesarskiego herolda, postępującego w gronie kilku policjantów.

A od czasu do czasu ów herold donośnym głosem powtarzał, śród chwilowej powszechnej ciszy, następujące słowa, rozlegające się następnie głuchym szmerem po dalekich falach ludu:

Umarła cesarzowa wdowa!

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 37

Żałoba! Żałoba!”

Kin Fo zrozumiał teraz dopiero rzecz całą. Był to grom, wprost w niego godzący. Nie mógł powstrzymać poruszenia gniewu.

Żałobę dworską nakazano z powodu śmierci wdowej poprzedniego cesarza. Przez przeciąg czasu prawem oznaczony nie wolno było nikomu golić sobie głowy, wyprawia uczt publicznych i dawać widowisk teatralnych; trybunały przestawały sprawować sądy. Nie wolno było nikomu zawierać związków małżeńskich.

Leu zrozpaczona lecz mężniejsza od niego, aby nie martwić bardziej jeszcze ukochanego narzeczonego, usiłowała okazać się spokojną. Ująwszy go za rękę, rzekła, starając się pokryć silne swe wzruszenie, głosem jak najspokojniejszym: – Czekajmy!

I palankin wraz z nią odniesiono napowrót do domu przy ulicy Szakua. Zawieszono zabawy – sprzątnięto ze stołów, odesłano muzykę, a przyjaciele rozpaczającego Kin Foa rozeszli się, oświadczywszy mu swe ubolewanie nad tem co zaszło.

Niepodobna się było odważyć przestąpić zakaz cesarski.

Widocznie nieszczęście prześladowało Kin Foa. Miał znów jedną jeszcze sposobność sprawdzenia nauk filozoficznych dawnego nauczyciela.

Kin Fo pozostał sam z Kregiem i Frajem, w osamotnionym apartamencie hotelu „Niebieskiej szczęśliwości,” którego nazwa tej chwili wydawała mu się gorżką ironją jego losu. Czas trwania żałoby mógł być przedłużony dowolnie według widzimisię syna nieba. A on myślał, że wróci niezwłocznie do Szanghaju z młodą żoną do bogatego jamenu, będącego odtąd spólną już obojga własnością, i rozpocznie tam nowe życie w nowych warunkach.

W godzinę potem wszedł służący hotelowy i wręczył mu list przyniesiony przez nieznajomego posłańca.

Kin Fo spojrzawszy na pismo na adresie nie mógł powściągnąć wykrzyku.

List był od Wana i zawierał co następuje:

„Przyjacielu! Ja żyję, ale gdy list ten otrzymasz, żyć już nie będę.

„Umieram, bo nie mam odwagi wykonać to, do czego się zobowiązałem. Ale bądź spokojny. Postarałem się o to aby się stało zadość twemu życzeniu.

„Lao Szeu, naczelnik Tajpingów, mój dawny towarzysz, posiada list przez ciebie mi dany. On ma silniejszą odemnie dłoń i większą odwagę i spełni niezawodnie to okropne zadanie, które mnie poruczyłeś. Jemu zatem przypadnie zabezpieczony przez ciebie dla mnie kapitał, który mu odstąpiłem i który on podniesie dla siebie po twojej śmierci.

„Poprzedzam cię w krainę cieniów. Ale wkrótce do widzenia – do widzenia.



Rozdział XVI

w którym Kin-Fo, zawsze jeszcze kawalerem, rozpoczyna znów podróżować na piękne.

Takie było obecne położenie naszego bohatera, stokroć niebezpieczniejsze niż kiedykolwiek.

Wan tedy pomimo danego słowa, nie miał dość siły zabić dawnego swego ucznia. Wan tedy nie wie nic o tem, że Kin-Fo znów posiada ogromny majątek, albowiem nic nie wspomina w swym liście o tej nowej zmianie stanu rzeczy. Wan tedy poruczył komu innemu dotrzymać zobowiązania – i komuż to?!… Najstraszniejszemu z wszystkich Tajpingowi, który nie wahałby się ani na chwilę dokonać tego morderstwa, o które nie można by go potem nawet pociągnąć przed sądy. List oddany mu przez Wana uwalniał go od wszelkiej kary za zbrodnię, a w dodatku miał jeszcze otrzymać 50.000 dolarów ustąpionych przez Wana.

– A! dosyć mi już tego! – zawołał Kin-Fo w pierwszym wybuchu gniewu.

Gdy Kreg i Fraj dowiedzieli się że Wan przekazał komu innemu poruczone mu zadanie, spytali Kin-Fo:

– Więc w liście swoim nie oznaczyłeś pan dnia 25. czerwca jako ostatni termin spełnienia czynu?

– A nie – odrzekł tenże. – Wan miał dopisać datę w dzień mojej śmierci. Inaczej być nie mogło. Teraz Lao Szen, nie trzymając się terminu, może mię zabić kiedy mu się podoba.

– O nie – zawołali Kreg i Fraj. – Interesem jego jest uczynić to jak najrychlej.

– Dla czego?

– Ażeby kapitał ubezpieczony otrzymał przed upływem terminu pańskiej policy. Inaczej nicby nie dostał.

Na tę uwagę nie było co odpowiedzieć.

– Dobrze – odrzekł po chwili Kin-Fo. Tem bardziej muszę, nie tracąc ani godziny czasu, starać się o odebranie od niego owego listu, chociażby przyszło mi nawet zapłacić mu owych 50.000 dolarów zapewnionych.

– Słusznie – rzekł Kreg.

– Prawda – przyznał Fraj.

– Jadę więc. Muszę się dowiedzieć gdzie jest ów naczelnik Tajpingów. Może go nie będzie tak trudno znaleść jak Wana.

To mówiąc Kin-Fo nie mógł wytrzymać na miejscu. Chodził wzdłuż i wszerz po pokoju. Ten nawał klęsk, bijących nań raz po raz, wprawiał go w stan niezwykłego wzburzenia.

– Jadę – rzekł. Jadę szukać Lao Szena. Co do panów, róbcie z sobą co się wam podoba.

– Panie! – odrzekli Kreg z Frajem – Wiek jest obecnie bardziej niż przedtem zagrożony. Opuścić pana w takiem położeniu byłoby to z naszej strony sprzeniewierzyć się naszym obowiązkom. Nie opuścimy pana.

Nie było chwili czasu do stracenia. Ale, przedewszystkiem należało się dowiedzieć, kto to jest właściwie ten Lao Szen i gdzie mieszka. Zresztą był człowiek tak powszechnie znany, że dowiedzieć się o nim nie było trudno.

Dawny ów towarzysz Wana z powstania Maug Tszaów, usunął się do Chin północnych, po za wielkim murem w okolicy jeziora Lao-Tong, będącego częścią jeziora Pe-Tsze-Li. Rząd cesarski nie wchodził z nim w układy jak z innymi naczelnikami rokoszu, których przemódz nie był w stanie, lecz dozwalał mu swobodnie przebywać na ziemiach położonych po za granicami Chin właściwych, gdzie Leo Szen, ograniczony do roli skromniejszej, poprzestawał na rzemiośle prostego rozbójnika. O! Wan wiedział kogo ma wybrać na swego zastępcę! Temu pewnie nie zadrzy ręka, a jeden zabity mniej więcej nie zaniepokoi wcale jego sumienia.

Kin-Fo i dwaj jego stróże otrzymali bardzo dokładne wiadomości o naczelniku Tajpingów, i dowiedzieli się że go widziano ostatniemi czasu około Fou Ning, małego portu na jeziorze Lao Tong. Tam więc postanowili udać się niezwłocznie.

Najpierw zawiadomiono o tem Leu. Niespokojność jej wzrosła w dwójnasób. Łzami spłynęły piękne oczy. Chciała odwieść narzeczonego od zamiaru tej podróży. Czyż przez to nie narażał się sam jeszcze na większe niebezpieczeństwo? Czyż nie lepiej było wydalić się, wyjechać na jakiś czas zupełnie z granic niebieskiego cesarstwa, uciec, jeżeli potrzeba do innej jakiej części świata, gdzieby nie zdołałby go dosięgnąć dziki Lao Szen?

Ale Kin-Fo wytłómaczył swej narzeczonej, że nie byłby w stanie żyć pod tą nieustanną groźbął na łasce takiego łotra, któryby się wzbogaci, śmiercią jego. Nie – Należało skończyć raz na zawsze. Kin-Fo i nieodstępni jego stróże wyjadą nie ociągając się dziś jeszcze, odszukają Tajpinga, wykupią za cenę złota nieszczęsny ów list, i wrócą do Pekinu jeszcze przed końcem urzędowej żałoby.

– Droga siostrzyczko! – rzekł Kin-Fo – Mniej jestem do pożałowania dziś, gdy związek nasz odroczony na czas pewien. Gdyby już był zawarty, coby się z tobą teraz działo?

– Wówczas miałabym prawo i obowiązek towarzyszyć ci w podróży i pojechałabym wraz z tobą.

– Nie – zawołał Kin-Fo Wolałbym przenieść tysiąc śmierci, niżeli ciebie na jedno narazić niebezpieczeństwo! Bądź zdrowa. – Leu! Bądź zdrowa!

I z oczami łez pełnemi Kin-Fo wyrwał się z objęć młodej narzeczonej, która go puścić nie chciała.

Tegoż samego jeszcze dnia Kin-Fo, Kreg i Fraj wraz z Sunem, któremu przeciwne losy nie dozwalały chwili spoczynku, opuścili Pekin, udając się do Tong-Tszeu. W godzinę byli już w drodze.

Oto co postanowiono:

Podróż lądem przez kraj bardzo niepewny była bardzo trudna i niebezpieczna.

Gdyby chodziło było tylko o to aby dosta się do Wielkiego muru na północy, potrzeba byłoby przebyć owe sześćset lisów, czyli czterdzieści naszych mil, jakiekolwiek nie zagrażałyby niebezpieczeństwa. Ale port Fu-Ming nie leżał na północ, ale na wschód okolicy. Płynąc doń morzem, zyskiwało się na czasie a unikało niebezpieczeństwa. W cztery lub pięć dni Kin-Fo wraz z towarzyszami swymi mógł się tam dostać, po czem, będąc na miejscu, postanowią co czynić dalej.

Ale czy się znajdzie statek odpływający do Fu-Ming? O tem potrzeba się było najpierw zapewnić w agencji okrętowej w Tong-Tszeu.

Przypadek dobrze usłużył w tym razie naszemu podróżnikowi, którego zresztą ciągle od niejakiego czasu prześladowało nieszczęście. Statek, wiozący ładugę do Fu-Ninu, stanął właśnie u ujścia Pei-ho.

Nie pozostawało zatem nic innego jak nająć jeden z szybkich parowców, krążących po rzece, dopłynąć nim do pomienionego statku i wsiąść nań. Kreg i Fraj żądali tylko godziny czasu, aby się przygotować do podróży. Godziny tej użyli na zakupienie wszystkich, jakiekolwiek tylko znane są, przyrządów do ratowania tonących, począwszy od najzwyczajniejszego pasa korkowego, do kosztownie obmyślanego ubioru kapitana Boytona. Kin-Fo wart był zawsze jeszcze 200.000 dolarów, wyprawiał się na morze, nie mając nic dopłacić do premji, bo ubezpieczył się z góry na wypadek śmierci wszelkiego rodzaju. Mógł się tedy utopić. Wszystko należało przewidzieć, uprzedzić – jakoż rzeczywiście wszystko przewidziano.

Zatem dnia 26. czerwca Kin-Fo, Kreg, Fraj i Sun wsiedli na parowiec Pei-Tan i popłynęli nim w dół rzeki Pei-Ho. Rzeka ta płynie tak kapryśnemi wykrętami, że opływa przestrzeń dwa razy dłuższą, niżeli wynosi w prostej linji droga z Pekinu do ujścia Ton-Tszeu. Ale jest pogłębiona i spławna, mogąca dźwigać większego nawet rozmiaru statki. Jakoż ruch okrętów na niej jest wielki, żegluga ożywiona – daleko bardziej niż komunikacja lądowa, gościńcem wzdłuż rzeki bieżącym.

Peitan płynął szybko z biegiem wody pomiędzy żerdziami, oznaczającemi rafy niebezpieczne, wprawiając żółtawe wody rzeki kołami swemi w ruch, udzielający się wodom licznych po obu jej brzegach kanałów irrygacyjnych. Wnet minęli wysoką wieżę pagody za Tong Tszeu, straciwszy ją z oczu w zakręcie rzeki.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 38

Tutaj Pei-ho nie jest jeszcze szeroki. Płynie on to pomiędzy łachami piaszczystemi, to znów pośród małych chat wieśniaczych, wpośród lesistego dość krajobrazu poprzerzynanego sadami i żywemi płotami. Minęli kilka wielkich wsi, Matao, Hesi wu, Nan Tsae, Yang Tsun, gdzie się ciągną jeszcze rozległe moczary.

Niebawem ujrzeli Tien Tsin. Tu stracono wiele czasu, albowiem potrzeba było zwodzić łączący oba brzegi most wschodni, dla przepuszczania statku, i lawirować nie bez trudności pomiędzy setkami statków, zapełniających przystań. Nie obeszło się przytem bez wielkich krzyków, i niejedna barka ujrzała się pozbawioną liny, co ją utrzymywała śród prądu wody. Przecinano je bez względu na wyrządzoną ztąd szkodę. Ztąd zamięszanie, tłok statków porwanych wodą i nieład, jaki tylko w porcie chińskim być może.

Nie przesadzimy wcale jeżeli powiemy że w ciągu całej tej podróży Kreg i Fraj, baczniejsi jeszcze niż zazwyczaj, nie odstępowali literalnie ani na krok.

Nie była to już sprawa z filozofem Wanem, z którym ostatecznie łatwo by się było dało porozumieć, gdyby go można było uprzedzić o tem jak rzeczy stanęły, ale z Lao Szenem, owym Taipingiem, którego żaden z nich nawet nie znał osobiście, co samo już czyniło go wiele straszniejszym. Ponieważ jechano właśnie do niego, wypadało coraz bradziej mieć się na baczności, bo któż mógł być pewnym że nie czyha on pokryjomu na swą ofiarę? A w takim razie jak go uniknąć – jak uprzedzić? Kreg i Fraj widzieli rozbójnika w każdym podróżnym, znajdującym się na ich statku. Nic nie jedli – nie spali – nie żyli wcale.

Jeżeli Kreg i Fraj byli nadzwyczaj niespokojni, to Sun był znowuż w niezmiernym strachu. Na samą myśl morza już mu się słabo robiło. Bladł coraz bardziej w miarę nim statek zbliżał się ku zatoce Pe Tsze Li. Łechtało go w nosie, usta się krzywiły, chociaż spokojne wody rzeki nie kołysały jeszcze bynajmniej parowcem.

A cóż to będzie dopiero gdy będzie potrzeba znosić kołysanie statku, tłuczonego falami morskiemi.

– Nie płynąłeś jeszcze nigdy okrętem na morzu? – zapytał go Kreg.

– Nigdy.

– Jak ci jest? – spytał go Fraj.

– Źle.

– Trzymaj głowę do góry – ostrzegał go Kreg.

– Głowę?

– I nie otwieraj ust – dodał Fraj.

– Ust? – wybąknął Sun i niemając wcale ochoty do rozmowy, poszedł na dół statku, rzuciwszy przedtem na szeroką już bardzo rzekę, melancholijnym wzrokiem osoby, skazanej na śmieszną trochę próbkę przebycia morskiej choroby.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 40

Krajobraz zmienił się znacznie w kotlinie rzeki. Brzeg prawy, zarosły szuwarami, i urwisty, odbijał od brzegu lewego, płaskiego, po którym się piany wodne ścieliły. Po za nim ciągnęły się pola zasiane kukurydzą, zbożem i prosem. Podobnie jak w całych Chinach, które są matką mającą miljony dzieci do wyżywienia; nie było tam najmniejszego kawałeczka ziemi nieuprawionego. Wszędzie kanały irrygacyjne, z których bambusowe przyrządy, podobne do żórawów czerpały i rozlewały na pola wody podostatkiem. Tu owdzie, po za wsiami o chatach z żółtej gliny, wznosiły się grupy drzew, pomiędzy innemi stare jabłonie, którychby się nie powstydziła Normandja. Po brzegach snuło się mnóstwo rybaków, którym kormorany służyły za psy gończe, czyli raczej rybołowcze. Na znak swego pana ptaki te puszczały się nurka pod wodę i wynosiły ztamtąd ryby, których nie mogły połknąć po drodze, skutkiem ciasnej obręczy danej im na szyję! Usłyszawszy szum zbliżającego się parowca, zrywały się całemi stadami z pomiędzy gąszczy wodnego sitowia kaczki, wrony, kruki, sroki, krogulce.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 39

O ile gościniec ciągnący się wzdłuż rzeki był pusty, o tyle ożywiony był ruch statków na rzece. Ileż to ich tam wszelkiego rodzaju krążyło w dół i w górę rzeki! Łodzie wojenne o zakrytych baterjach, z pokładem mocno wypukłym z przodu i z tyłu, poruszane dwoma rzędami wioseł, statki celne o dwu masztach, szalupy, ozdobione głowami fantastycznych potworów, statki handlowe, o wielu beczkach ciężaru, podobne do olbrzymiego jaja, naładowane najcenniejszemi płodami Niebieskiego cesarstwa, nieobawiające się trąby powietrznej na pełnem morzu, statki podróżne, poruszane naprzemian to wiosłami, to holowane, stosownie do natury bagnistych brzegów, przeznaczone dla tych, co mają wiele czasu do stracenia, łodzie mandaryńskie, małe jachty spacerowe ciągnące za sobą łodzie, wreszcie czółna najrozmaitszego kształtu, z rozpiętemi żaglami, z których najmniejsze, sterowane przez młode kobiety z wiosłem w ręku, a dzieckiem na plecach, dobrze odpowiadają swej nazwie trzydeskowych, wreszcie tratwy drewniane, istne wsie pływające, z chatami, sadami, ogrodami zasianemi warzywem. Całe lasy Mandżurji poszły na sporządzenie tych olbrzymich tratew.

Tymczasem coraz mniej pokazywało się wiosek. Pomiędzy Tien-Tsinem a Taku, u ujścia rzeki, nie ma ich już więcej jak jakie dwa dziesiątki. Po brzegach tu i ówdzie dymiły kominy ogromnych cegielni, zanieczyszczając powietrze dymem, mięszającym się z dymem parowca. Zbliżał się wieczór, poprzedzony długim, na tej szerokości geograficznej zmrokiem czerwcowym. Wnet zarysowały się w zmierzchu białawe pagórki, symetrycznie ułożone, jednakowego kształtu. Były to kupy soli, wydobywanej w pobliskich kopalniach. W końcu jałowe pustkowia smutny tworzą krajobraz, złożone według słów znakomitego podróżnika, z samego piasku, soli, prochu i popiołu.

Nazajutrz dnia 27. czerwca przed wschodem słońca wpłynął Peitan do przystani Takuańskiej, prawie u samego ujścia rzeki się znajdującej.

W tem miejscu po obu brzegach wznoszą się warownie, północna i południowa, dziś już w ruinie, które roku 1860 zdobyła armja angielsko-francuska. Tam to wykonał świetny atak Colineau dnia 24. sierpnia rzeczonego roku; tutaj to kanonjerki francuskie utorowały sobie wejście na rzekę; tu ciągnie się wąski pas ziemi, prawie niezamieszkały, noszący nazwę kolonji francuskiej. Tu wreszcie stoi pomnik grobowy, pod którym spoczywają pochowane zwłoki oficerów i żołnierzy, poległych w owych walkach.

Peitan nie miał wpływać do portu. Podróżni zatem musieli wylądować w Ta-Ku. Jest to miasto dosyć już znaczne, które rozwinęłoby się znakomicie gdyby mandaryni pozwolili zbudować kolej żelazną ztąd do Tien-Tsinu.

Statek, wiozący ładugę do Fu-Ning, miał odpłynąć tegoż dnia jeszcze. Kin-Fo ze swem towarzystwem nie miał ani chwili czasu do stracenia. Kazali sobie tedy sprowadzić czółna i w kwandrans byli już na pokładzie Sam-jepa.



Rozdział XVII

w którym Kin-Fo znajduje się znów w niebezpieczeństwie.

Przed ośmiu dniami pewien statek angielski zawinął do portu Takuańskiego. Wynajęty przez szóstą kompanję chińsko-kalifornieńską, wiózł ładugę ajencji Fouk-Ting-Tong, mającej swą siedzibę na smętarzu Laurel-Hill w San Francisco.

Tam to synowie państwa niebieskiego, schodzący ze świata w Ameryce, oczekują dnia powrotu do ojczyzny, wierni przepisom swej religji, która im nakazuje grzebać się w ziemi rodzinnej.

Okręt ten, płynący do Kantonu, wiózł z piśmiennem upoważnieniem ajencji transport z dwiestupięćdziesięciu trumien złożony, z których siedmdziesiątpięć miał wyładować w Taku, zkąd miały być wysłane do prowincyj północnych.

Przeniesienie tej części ładugi ze statku amerykańskiego na chiński odbyło się dnia 27. czerwca z rana i tegoż samego dnia tenże miał odpłynąć do Fu-Ning.

Na tym to okręcie miał odbyć zamierzoną podróż Kin-Fo wraz ze swymi towarzyszami. Nie byłby zaiste tego uczynił, gdyby wybór statku był mu pozostawiony do woli. Ale gdy żaden inny nie odpływał do zatoki Leo-Tong, musieli wsiąść na pokład niniejszego. Chodziło zresztą tylko o dwa lub trzy dni drogi, co najwięcej, bardzo łatwej do przebycia w tej porze.

Sam Jep była to łódź morska mogąca unieść około trzystu beczek ładugi.

Tysiące takich pływa po rzekach niebieskiego cesarstwa, niemających więcej nad sześć stóp głębokości. Za nadto szerokie w stosunku do swej długości, płyną źle, ale w miejscu kręcą się jak fryga, co im daje wyższość nad statkami kształtniejszemi. Mają ogromny ster podziurawiony wedle systemu bardzo używanego w Chinach, acz wartość jego jest bardzo wątpliwą. Z tem wszystkiem ogromne te statki chętnie krążą po morskich wybrzeżach. Mówią nawet że jeden z takich statków, najęty przez pewien dom kupiecki w Kantonie, pod kierownictwem kapitana amerykańskiego, przywiózł do San Francisko ładugę herbaty i porcelany. Rzecz tedy dowiedziona że łodzie te są w stanie wytrzymywać podróże morskie, a wszyscy znawcy zgadzają się na to, że Chińczycy są wybornymi marynarzami.

Sam Jep, nowszej konstrukcji, prawie równy wzdłuż całej swej długości, przypominał swym kształtem pudła statków europejskich. Niezbijany gwoździami ni kołkami, sporządzony był z bambusowego drzewa, kitowanego kłakami i smołą kambodżową, tak doskonale, że nie potrzebował nawet pompy do wyczerpywania wody, i nie posiadał jej wcale. Był tak lekki, że przesuwał się po wód powierzchni jakby kawał korka, kotwicę miał z drzewa bardzo twardego, żagle i liny z palmowego włókna, szczególniejszej giętkości, które stojąc na pokładzie można było zwijać i rozwijać na kształt wachlarza, dwa maszty, słowem doskonale był zrobiony i zaopatrzony we wszystkie stosowne potrzeby.

Zaiste nikt z powierzchowności nie byłby się mógł domyśleć, że tym razem statek był olbrzymim karawanem.

Miejsce pak z herbatą, z bławatnemi materjami, z pachnidłami chińskiemi, zastąpiła wiadoma ładuga. Ale statek pomimo tego nie stracił jasnych barw swoich. Z przodu i z tyłu powiewały na nim flagi wielokolorowe. Na przodzie roztwierało się wielkie płomieniste oko, które nadawało mu podobieństwo do jakiegoś olbrzymiego morskiego potworu. Na szczycie masztów powiewał jaskrawo przejrzysty pawilon chiński. Dwa moździerze wyszczerzały ku słońcu swe paszcze błyszczące. Pożyteczne to rzeczy na morzach rojących się korsarzami. Całość okrętu przedstawiała się przyjemnie oku, wesoło, strojnie. Ostatecznie czyż to nie do ojczyzny wiózł Samjep powracających tułaczów? Nieboszczyków, to prawda – ale zawsze do ojczyzny.

Ni Kin-Fo, ni Sun, nie czuli najmniejszego wstrętu do podróżowania takim statkiem, jako prawdziwi Chińczycy. Kreg i Fraj, podobnie jak wszyscy Amerykanie, woleliby zapewne byli wsiąść na okręt kupiecki, niżeli płynąć pospołu z takim ładunkiem. Ale inny okręt się nie nadarzał. Nie było zatem wyboru.

Kapitan i sześciu ludzi, składali załogę statku, dostateczną do kierowania nim. Mówią, że bussolę wynaleźli Chińczycy. Być może, ale tutaj nie używają jej nigdy i płyną na chybił trafił, jak się komu zdaje. Tak też czynił kapitan Samjepa In, który zresztą miał się ciągle trzymać brzegów zatoki.

Ów kapitan In, człowieczek maleńki, uśmiechnięty, ruchliwy i rozmowny, był żywem uosobieniem wiecznego ruchadła. Nie mógł jednej chwili wytrzymać na jednem miejscu. Gestykulował nieustannie. Rękami, oczami, twarzą, mówił więcej jeszcze niż językiem, który swoją drogą nigdy nie próżnował. Majtków nieustannie potrącał, pytał, łajał; ale ostatecznie był doskonałym marynarzem, znał wybornie tutejsze wybrzeża i kierował swym statkiem tak zręcznie, jakby go trzymał w swej dłoni. A że Kin-Fo dobrze zapłacił za przewóz siebie i swych towarzyszy, nie zepsuło to bynajmniej humoru kapitana. Podróżni płacący 150 taelów, około 1200 franków za sześćdziesiąt godzin podróży, to wyborna gratyska, zwłaszcza gdyby się nie okazali bardziej wymagający co do pożywienia i wygód, jak ich towarzysze zapakowani na spodzie statku.

Kin-Fo, Kreg i Fraj mieścili się jak mogli z tyłu statku, Sun na przodzie.

Kreg i Fraj w podejrzliwości swojej przypatrzyli się jak najdokładniej kapitanowi i majtkom. Nie znaleźli nic podejrzanego w ich powierzchowności. Niepodobna było przypuszczać, aby byli w zmowie z Laoszenem, bo przypadek jedynie zrządził, że na ten a nie na inny wsiedli statek, a zkądże mógł zaciekły Taiping przewidzieć z góry zrządzenie przypadku? Podróż morska, wyjąwszy niebezpieczeństwa samejże podróży, zwalniała ich tedy na parę dni z niespokojności i nieustannego czuwania. Kin-Fo miał tedy odtąd więcej swobody sobie pozostawionej.

Nie gniewał się też wcale o to. Zamknął się w swej kabinie i rozmyślał do woli. Biedny człowiek, nie umiał ocenić swego szczęścia, ani zrozumieć ile było warte życie bez kłopotów w Szanghajskim jamenie, i jak go sobie można było pracą uprzyjemnić! O! gdyby mógł dostać napowrót ów list niebaczny, przekonanoby się czy nauka poskutkowała, czy szalony głupiec przyszedł do rozumu!

Ale czy list ten zdoła odebrać. Czemużby nie, koro gotów zań zapłacić sumę żądaną. Lao-Szenowi w tej całej sprawie nie mogło chodzić o nic więcej jak tylko o pieniądze. Z tem wszystkiem potrzeba go było uprzedzić, aby nie dać się podejść przez niego. W tem cała ogromna trudność. Lao-Szen pewno wie o każdym jego kroku; Kin-Fo zaś przeciwnie nie wiedział nic a nic o Lao-szenie. Wynikało ztąd bardzo groźne niebezpieczeństwo z chwilą wylądowania na ziemię po której dawny Tajping dziś gospodarzył. Wszystko tedy zależało od tego aby go uprzedzić. Rzecz oczywista. Lao-Szen będzie wolał wziąć 50.000 dolarów z rąk żyjącego Kin-Fo, niżeli 50.000 dolarów po nieżywym. Oszczędziłoby mu to podróży do Szanghaju, i sprawy z biurem ajencji Wieku, co mogłoby być nie bardzo dlań bezpieczną rzeczą, przy największej nawet dlań pobłażliwości rządu.

Tak sobie myślał przeobrażony Kin-Fo, a nie można wątpić że piękna młoda wdówka z Pekinu odgrywała też niemałą rolę w jego marzeniach o przyszłości.

A podczas tego o czemże myślał Sun?

Sun nic wcale nie myślał. Sun leżał rozciągnięty na dnie statku, spełniając haracz złośliwym bóstwom mórz. A gdy od czasu do czasu był w stanie na chwilkę zebrać myśli, natenczas przeklinał na czem świat stoi i swego pana i filozofa Wana i rozbójnika Lao-Szena? Nic nie czuł, nie wiedział. Ajajaj! nie widział i nie słyszał. Nie myślał ani o herbacie, ani o ryżu. Ajajaj! Cóż to za nieszczęście się go przyczepiło że poszedł w służbę do człowieka puszczającego się na morze. Oddałby już chętnie resztkę mizernego swego warkocza, byle się ztamtąd jakim cudem wydostać. Wolałby już zgolić sobie całą głowę – zostać bonzą – żółtym psem Ajajaj!

Tymczasem Samjep pędzony łagodnym wiatrem południowym, posuwał się szybko wzdłuż płaskich wybrzeży, minął Peh Tang przy ujściu rzeki tegoż nazwiska, niedaleko od tego miejsca, gdzie niegdyś wylądowały armje europejskie, następnie minął Szan Tung, Tsziangho, u ujścia Tau i Hai We Tse.

Ta część zatoki zaczynała być pustą. Ruch statków dosyć wielki u ujścia Peiho, zmniejszył się znacznie o dwadzieścia mil ztamtąd. Parę kupieckich statków, tuzin łodzi rybackich, krążących po rybnej zatoce, w pobliżu brzegów porozpinano sieci na tuńczyki, zresztą rozległa pustka jak oko zasięgnie, oto jaki się widok przedstawiał podróżnym.

Kreg i Fraj zauważyli że łodzie rybackie, te nawet, które nie były większe jak na pięć do sześciu beczek ciężaru, uzbrojone były jedną lub dwiema armatkami.

Gdy zwrócili na to uwagę kapitana Ina, tenże odpowiedział im zacierając sobie ręce:

– To dla odstraszenia korsarzy.

– Alboż korsarze tu w tej części zatoki są? – zawołał zdziwiony Kreg.

– A czemużby nie? – odrzekł kapitan. Tu tak dobrze jak wszędzie. Tych śmiałków nie braknie na morzach Chińskich.

I kapitan śmiał się przy tych słowach serdecznie, pokazując podwójny rząd świecących zębów.

– Zdaje się kapitanie, że się ich nie bardzo lękasz – rzekł Fraj.

– Alboż nie mam moich dwóch dział? – odrzekł kapitan z dumą – moich zuchów, co umieją głośno zagadać, gdy im kto za blisko zajrzy w oczy.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 41

– Czy nabite? zapytał Kreg.

– Zazwyczaj.

– A teraz?

– Nie.

– A to czemu?

– Bo nie mam prochu na statku – odrzekł kapitan spokojnie.

– Kiedy tak, po cóż są armaty? – spytali Kreg i Fraj, nie bardzo zadowoleni z poprzedniej odpowiedzi.

– Po co? – zawołał kapitan – Aby bronić ładugi, jeżeli tego warta – jeżeli statek naładowany po brzegi herbatą lub opiumem. Ale teraz – z taką ładugą…

– A jakże – spytał Kreg – mogą wiedzieć korsarze czy statek twój kapitanie wart aby go zabrać lub nie?

– A! panowie jak widzę obawiacie się wizyty tych miłych gości! – zawołał śmiejąc się kapitan, okręciwszy młynka i wzruszywszy ramionami.

– No, pewnie – odrzekł Fraj.

– Czy też panowie nie macie przypadkiem także ładuneczku jakich towarów ze sobą?

– Nie – odrzekł Kreg – Ale mamy szczególniejsze nasze powody aby nie życzyć sobie tej wizyty.

– No, nie bójcież się – odrzekł kapitan – Jeżeli korsarze nas spotkają, to dadzą nam spokój.

– A dlaczego?

– Bo skoro nas ujrzą, będą z góry już wiedzieli jaką ładugę wieziemy.

I mówiąc to kapitan wskazał biały pawilon na najmniejszym maszcie, lekko wiatrem poruszany.

– Biała flaga, zwinięta na znak żałoby. Dzielni ci ludzie nie traciliby czasu na rabowanie trumien.

– Mogą mniemać że pawilon żałobny wywiesiłeś pan umyślnie z przezorności, i zechcą przyjść na pokład przekonać się.

– To im pokażemy co mamy – odrzekł wesoło kapitan – i pójdą sobie jak przyszli.

Kreg i Fraj nic już nie odpowiedzieli, ale nie podzielali spokojności kapitana. Pojmanie statku o trzystu beczkach, chociażby tylko z samym balastem, było samo już przez się zanadto ryzykownym kąskiem, aby nim pogardzić mieli „dzielni ci ludzie,” jak ich kapitan nazwał. Ale cóż było począć innego, jak wyczekiwać końca podróży i pocieszać się nadzieją że się nic złego nie stanie.

Zresztą kapitan nie zaniedbał niczego aby statek zabezpieczyć. W chwili podniesienia kotwicy, puszczając się na morze, zabito koguta na ofiarę bóstwom morskim. Na maszcie wisiały dotychczas jeszcze pióra tej biednej ofiary. Parę kropli krwi koguciej, wysączonej na pokład, mały kubek wina, wrzucony do morza, dopełniły błagalnej ofiary. Czegoż więc mógł się jeszcze obawiać statek, pod kierownictwem dzielnego kapitana Ina?

Zdaje się wszelako, że wszystko to nie zadowoliło jeszcze bóstw grymaśnych. Czy że kogut był za chudy, czy że wino nie pochodziło z najlepszych winnic Szao-Szyńskich, dość że powstał gwałtowny orkan i uderzył okrętem. Nic go nie zapowiadało tegoż dnia. Pogoda zdawała się ustalona – dzień był piękny, jasny, chłodzony łagodnym powiewem. Najdoświadczeńszy marynarz nie byłby był w stanie przewidzieć co nastąpi.

Około godziny ósmej wieczorem Samjep zabierał się opłynąć przylądek, ciągnący się ku północno wschodniej stronie, poczem pozostawała mu już tylko bardzo łatwa żegluga wprost na pełnych wodach zatoki. Spodziewał się tedy kapitan In, nie obliczając przesadnie sił swego statku, że we dwadzieścia cztery godzin przybije do lądu w Fu Ning.

Kin-Fo wyglądał chwili przybicia do lądu dosyć niecierpliwie. Ale niecierpliwość Suna dochodziła do wściekłości. Co do Krega i Fraja, ci to jedno tylko mieli na rozwadze, że jeżeli do trzech dni Kin-Fo zdoła się wydostać z rąk Lao-Szena ów list fatalny, to wówczas też właśnie i Wiek przestanie się nim zajmować, bo polica jego była opłacona tylko do dnia 30. czerwca, gdyż złożył tylko pierwszą na jej rachunek wkładkę dwumiesięczną na ręce szanownego Wil. J. Bidulfa. A zatem.

– All… zaczął Fraj.

– Right… zakończył Kreg.

Nad wieczorem gdy statek wpływał na wody zatoki Leo Tang, zerwał się nagły wiatr północno-wschodni, poczem zmieniwszy się na północny, we dwie godzin dął z północnego zachodu.

Gdyby kapitan In miał był barometr na pokładzie, byłby widział, że kolumna rtęci spadła nagle o cztery do pięciu milimetrów. Ten nagły spadek barometru zapowiadał zbliżanie się trąby morskiej, której wir dawał się już uczuć atmosferze. Z drugiej strony gdyby kapitan In znał był spostrzeżenia Anglika Raddingtona i Amerykanina Maurego, byłby starał się zwrócić bieg statku i nadać mu północno-wschodni kierunek, aby wymknąć się w strefę mniej niebezpieczną z koła atrakcyjnego trąby morskiej.

Ale kapitan In nie używał nigdy barometru – nieznane mu były prawidła rządzące wirami trąb morskich. A zresztą, czyż nie ofiarował bogom koguta, a ofiara ta czyliż go nie zabezpieczała dostatecznie od klęsk wszelakich?

Z tem wszystkiem dobry był z niego marynarz, czego dowiódł w tej właśnie przygodzie. Instynktem wiedziony kierował statkiem tak jakby jaki marynarz europejski.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 42

Nadchodząca trąba morska była bardzo maleńka, skutkiem czego niezmiernie szybko wirująca przelatywała przeszło sto kilometrów na godzinę. Kapitan In skierował zatem swój statek na wschód, bardzo konieckońców szczęśliwie, gdyż tym sposobem statek oddalał się od wybrzeża, gdzie niemógłby był nigdzie schronić się i byłby musiał niechybnie zginąć.

O godzinie jedenastej w nocy burza doszła do najwyższej swej potęgi. Kapitan In, przy dzielnej pomocy swych majtków, kierował statkiem jak wytrawny marynarz. Już się nie śmiał, ale dawał rozkazy z całą uwagą i zimną krwią. Z ręką u steru kierował lekkim statkiem, prześlizgającym po falach.

Kin-Fo wyszedł na przód okrętu. Uczepiwszy się lin okrętowych, patrzył w niebo okryte czarnemi błędnemi chmurami, w różne strony pędzonemi, burzą, miotającą wód bałwanami. Patrzył na morze, bielejące śród ciemnej nocy, którego fale burza do niezwykłej podnosiła wysokości. Nie dziwił się i nie lękał niczego. Należało to także do tych wzruszeń, których tyle ostatniemi czasy doznał z ręki przeciwnych mu losów. Podróż sześćdziesięciogodzinna na spokojnem morzu, bez burzy, w lecie, to dobrze dla szczęśliwych – ale on już nie był szczęśliwym.

Przeciwnie Kreg i Fraj wielce byli zaniepokojeni grożącem mu niebezpieczeństwem. Życie swe własne cenili głównie wartością życia swego klienta. Gdyby zginęli z nim razem, cóżby ich mógł wtenczas już obchodzić Wiek i jego pieniądze. Ale sumienni ci ludzie nie pamiętali o sobie, tylko o swym obowiązku. Zginąć – dobrze! Kin-Fo zginie także – zgoda – ale po północy 30. czerwca. Uratować krocie dolarów, oto czego chcieli, o czym jedynie myśleli obadwa.

Co do Suna, ten był pewien że statek zatonie; a zresztą wszystko mu to już było jedno od chwili gdy mu się zaczęła dawać we znaki ta przeklęta podróż morska. Ajajaj! Nie było zaiste czego żałować tamtych pasażerów, upakowanych na dnie okrętu. Ci już nie czuli tłuczenia się okrętu na wszystkie strony. Ajajaj! Biedny Sun, nie był tylko całkiem pewny czy na ich miejscu nie doznałby przecież choroby morskiej? Ajajaj!

Przez trzy godziny statek znajdował się w wielkiem niebezpieczeństwie. Najmniejszy ruch mylny byłby go zgubił. Woda mogła go zalać każdej chwili. O tem aby go utrzymać w pewnym dowolnym kierunku w pośród tłukących nań zewsząd bałwanów, myśleć było niepodobna, ani też obliczyć ile drogi ubiegł i gdzie się znajduje?

Tymczasem szczęśliwym wypadkiem dostał się Samjep, nie będąc bardzo uszkodzony, w strefę zaciszną, zajmującą przestrzeń około stu kilometrów. Tutaj na dwie lub trzy mile w około morze było spokojne, ciche; wiatr zaledwie tu powiewał. Było to jakby spokojne jezioro w pośród rozhukanego oceanu.

Tym sposobem uratowany został statek, wyrzucony burzą z pośrodka burzy. Około godziny trzeciej z rana zaczęła milknąć burza, a szalejące w około spokojnego jeziora morze uciszać się zaczęło.

Ale gdy dzień nadszedł, napróżno z pokładu Samjepa usiłowano dojrzeć wybrzeży lądu. Wody zatoki, jak wzrok zasięgał, zapełniały cały widnokrąg.



Rozdział XVIII

w którym Kreg i Fraj, pobudzeni ciekawością, oglądają ładugę Sam-jepa.

Gdzie jesteśmy kapitanie? – spytał Kin-Fo, gdy już niebezpieczeństwo całkiem przeminęło.

– Nie mogę wiedzieć dokładnie – odrzekł kapitan, którego oblicze przybrało znów zwykły swój uśmiech.

– W zatoce Pe-Cze-Li?

– Być może.

– Czy w zatoce Leao-Tong?

– I to być może.

– A gdzież wylądujemy?

– Gdzie nas wiatr zaniesie.

– A kiedy?

– Nie mogę tego wiedzieć.

– Prawdziwy Chińczyk zawsze wie gdzie jest, odrzekł gniewny Kin-Fo, powtarzając przysłowie bardzo ulubione w Chinach.

– Na lądzie, prawda – odrzekł niezmięszany kapitan – Ale na morzu – nie.

I zaśmiał się od ucha do ucha.

– Nie ma z czego śmiać się, rzekł Kin-Fo.

– Ani czego płakać – odrzekł kapitan.

W samej rzeczy, chociaż położenie nie było zagrażające, kapitan nie mógł wiedzieć gdzie się statek znajduje. Gdy burza nim ciągle wirowała, jakimże sposobem byłby w stanie poznać bez busoli dokąd go wiatry zapędziły? Statek ze zwiniętemi żaglami, nie mogąc być wcale sterowanym, stał się igraszką burzy. Nic dziwnego zatem, że odpowiedzi kapitana były tak niedokładne. Tylko że można było nie podawać ich w tonie tak żartobliwym.

Wszelako ostatecznie, czy statek był zapędzony burzą w zatokę Leao-Tang, czy pchnięty napowrót do zatoki Pe-Tsze-li, zawsze mu należało płynąć ku północnemu zachodowi. Ląd musiał być koniecznie w tamtej stronie. Cała rzecz, jak daleko?

Kapitan byłby tedy kazał rozwinąć żagle i popłynął za słońcem, świecącym jasno na niebie, gdyby był w stanie to uczynić.

Ale uczynić tego nie mógł.

Po burzy nastąpiła cisza – ale tak zupełna, że ani śladu najmniejszego wiatru. Morze bez zmarszczka, falujące tylko o tyle, że kołysało okrętem, nie będąc w stanie popchnąć go naprzód. Statek wznosił się i opadał regularnie, nie poruszając się z miejsca. Po nad wodami wznosiła się ciepła para, a niebo niedawno tak burzliwe w nocy, nie zdawało się teraz zdolne bynajmniej do walki żywiołów.

Była to cisza tak zwana biała, której końca nigdy przewidzieć nie można.

– Piękne rzeczy – pomyślał sobie Kin-Fo. – Po burzy, która wyrzuciła nas na pełne morze – cisza nie dozwalająca nam przybić do lądu.

I zwracając się do kapitana zapytał:

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 43

– Jak długo może potrwać ta cisza?

– W tej porze roku – ha – któż to może wiedzieć? – odrzekł kapitan.

– Kilkanaście godzin czy dni?

– Dni lub tygodni – odrzekł znów kapitan z uśmiechem zupełnego poddania się losowi, który omal do wściekłości nie doprowadził pytającego.

– Tygodni! – zawołał Kin-Fo. Czy myślisz kapitanie, że ja tu mogę tak siedzieć całe tygodnie?

– Trzeba będzie posiedzieć – chyba żebyśmy linami statek ztąd wyciągnęli.

– Bierz djabeł pański statek z tem wszystkiem co na nim się znajduje i ze mną pierwszym, com był tak głupi nająć na nim miejsce.

– Panie! – odrzekł kapitan – Czy nie zechciałbyś pan przyjąć odemnie dwóch dobrych rad?

– Jakich? Proszę.

– Pierwsza pójść spokojnie spać, tak jak i ja zrobię; co będzie bardzo mądrą rzeczą po całej nocy przepędzonej bezsennie na pokładzie.

– A druga? – spytał Kin-Fo, którego spokój kapitana draźnił bardziej jeszcze niż cisza morska.

– Naśladować mych pasażerów spakowanych na dnie okrętu. Ci nie skarżą się na nic i godzą z losem milcząco.

Po tej filozoficznej uwadze, godnej samego Wana, kapitan wszedł do swej kabiny, pozostawiwszy kilku czuwających majtków na pokładzie.

Przez cały kwadrans Kin-Fo chodził po pokładzie tam i napowrót, z rękami założonemi, wybijając palcami takt swej niecierpliwości. Potem rzuciwszy ostatnie wejrzenie na ów smutny bezbrzeżny obszar wodny rozciągający się w około okrętu, wzruszył ramionami i zeszedł także do siebie, nie przemówiwszy ani słowa do Krega i Fraja.

Obaj ajenci stali oparci tuż obok siebie, prowadząc z sobą sympatyczną milczącą rozmowę. Słyszeli o co pytał Kin-Fo kapitana, słyszeli odpowiedzi tegoż, nie odzywając się wcale. Czegoż mieliby się mięszać do rozmowy i czego zwłaszcza oskarżać się na opóźnienie, na które Kin-Fo tak srodze się zżymał.

Wszak co tracili na czasie, zyskiwali na bezpieczeństwie. Gdy Kin-Fo był na statku zupełnie bezpieczny, a Lao-Szen nie mógł go tutaj dosięgnąć, czegoż było im więcej potrzeba?

Zresztą zbliżał się też już i termin, z którego upływem kończyła się ich odpowiedzialność. Jeszcze czterdzieści godzin czasu – a później gdyby cała armja Tajpingów opadła statek eks-klienta Wieku, nie poświęciliby jednego włosa swego w jego obronie. Amerykanie ci bardzo praktycznymi byli ludźmi. Dopóki Kin-Fo wart był 200.000 dolarów, oddani mu byli duszą i ciałem. Ale zupełnie obojętni na to, co się z nim stanie, skoro nie będzie wart ani sapeki.

Kreg i Fraj wyrozumowawszy sobie cały stan rzeczy w powyższy sposób, zjedli z dobrym apetytem śniadanie. Jedzenie było wyborne. Zjedli z jednego półmiska, z jednego talerza, zupełnie równą ilość kęsów chleba i kawałków zimnego mięsiwa. Wypili jeden jak drugi tyleż kieliszków wybornego wina Szao-Szyńskiego za zdrowie szanownego Will. J. Bidulfa. Wypalili obadwa po pół tuzina jednakowych cygar i dowiedli znów po raz nie wiedzieć już który, że można być „braćmi Sjamskimi” z przyzwyczajeń i gustów, nie będąc nimi z urodzenia.

Dzielne jankesy, którym się zdawało że już są u końca swych kłopotów.

Dzień minął bez przygody, bez wypadku, a ciągle taż sama cisza w atmosferze, toż samo pogodne niebo w górze. Nic nie zapowiadało jakiejkolwiek zmiany meteorologicznej. Całe morze było tak ciche, jakby spokojne wody jeziora.

Około godziny czwartej po południu Sun pokazał się na pokładzie, zataczający się, chwiejny, podobny do człowieka pijanego, chociaż nigdy w życiu swojem nie pił tak mało, jak ostatniemi właśnie dniami.

Stawszy się z razu fioletową, następnie czerwonawą, potem niebieską, w końcu zieloną, twarz jego przybrała obecnie już kolor żółtawy, a po wstąpieniu na ląd, wróciwszy do zwykłej swej barwy pomarańczowej, gdy jeszcze spłonie czerwonym rumieńcem gniewu, przejdzie tym sposobem koleją właściwą całą gamę kolorów widma słonecznego.

Sun przywlókł się zwolna z głową pochyloną i oczami na wpół zmróżonemi, bojąc się spojrzeć po za okręt.

– Przybiliśmy już do lądu? spytał.

– Nie – odpowiedział Fraj.

– Przybijemy wnet?

– Nie – odpowiedział Kreg.

– Ajajaj!

I w rozpaczy nie będąc w stanie słowa więcej wymówić, rozciągnął się Sun u stóp wielkiego masztu, w konwulsyjnych drganiach, śród których króciutki jego warkocz kiwał się na różne strony, jak ogonek małego pieska.

Tymczasem z rozkazu kapitana otworzono otwory pomostu, aby przewietrzyć spód okrętu. Przezorność to znamionująca wytrawnego marynarza. Słońce wysuszy tym sposobem wnet wnętrze okrętu, zamoczonego podczas burzy.

Kreg i Fraj przechadzając się na pokładzie, zatrzymali się parę razy u wnijścia pod pomost. Ciekawość pociągnęła ich aby obaczyć skład trumien. Spuścili się więc po drabinie, która tam prowadziła.

Słońce szerokim pasem oświetlało wnętrze okrętu. Sam spód jednakże był pogrążony w ciemności, z którą wzrok obu wnet się oswoił, tak iż byli w stanie dobrze widzieć całą ładugę Samjepa.

Spód okrętu nie był, jak to się dzieje zazwyczaj na statkach kupieckich, przedzielony ściankami poprzecznemi. Cała przestrzeń była tedy przeznaczona na ładugę jakąkolwiek, albowiem majtkowie mieli dla siebie dość miejsca do pomieszczenia się pod pokładem okrętu.

Po obu bokach, jakby wewnątrz czysto umiecionego grobowca, ułożone stosami były owe sześćdziesiąt pięć trumien, przeznaczonych do Fu Ninu. Silnie przymocowane nie mogły się ruszyć z miejsca nawet podczas największej burzy, i przyprawić statek o jakiekolwiek niebezpieczeństwo.

Ścieżka pozostawiona pomiędzy obu rzędami trumien, pozostawiała wolne przejście z jednego końca do drugiego, częścią oświetlone dochodzącem tu słońcem, częścią pogrążone w ciemności.

Kreg i Fraj, milcząc jakby się znajdowali we wnętrzu grobowca, postępowali z cicha tą ścieżką, ciekawie rozglądając się w około.

Były tam trumny najrozmaitszego kształtu, i wszelkich rozmiarów – jedne bogate – drugie ubogie. Z tych wychodźców, których konieczność zarobienia na swe życie wygnała w dalekie strony po za wody oceanu Spokojnego, jedni zrobili majątek w Kalifornji, w kopalniach Newady lub Colorado – lecz takich mało było, niestety! Inni wracali tak ubodzy jak wyszli. Ale wszyscy, zrównani palcem śmierci, wracali do ojczyzny. Z dziesięć trumien było z kosztownego drzewa, zdobnych całym przepychem chińskiej fantazji; reszta zbita po prostu z czterech desek i pomalowana na żółto. Bogata czy uboga każda trumna miała na sobie napisane nazwisko. Kreg i Fraj czytali przechodząc: Lien Fu z Jun Pinfu, Nan Lu z Funinu, Szen Kin z Lin Kin, Luan z Ku li Koa itd. itd. Nie mogła zajść żadna omyłka. Każdy nieboszczyk z napisem miał być odesłany według adresu, i tam śród pól i ogrodów, pod gołem niebem oczekiwanie chwili pogrzebu ostatecznego.

– Porządny skład, rzekł Fraj.

– I dobre opakowanie, dodał Kreg.

Nie inaczej byliby się wyrazili o jakim składzie modnych towarów, lub dokach okrętowych w San-Francisco lub Nowym Jorku.

Kreg i Fraj doszedłszy do końca, w miejsce najciemniejsze, zwrócili się i zatrzymawszy patrzyli wzdłuż przebytej ścieżki, podobnej do alei cmentarnej.

Nasyciwszy się tym widokiem, zabierali się już wracać na pokład gdy lekki szelest zwrócił ich uwagę.

– Szczury, szepnął Kreg.

– Szczury, szepnął Fraj.

Nie miały się tu czem bardzo pożywić. Proso, ryż lub kukurydza lepiej by im smakowały.

Szmer tymczasem nie ustawał. A słychać go było z góry, z prawego boku okrętu, z wyższego rzędu trumien. Było to albo gryzienie albo drapanie pazurami lub paznogciami.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 44

– Tsss! Tsss! – zasyczeli razem Kreg i Fraj.

Ale szmer nie ustawał.

Kreg i Fraj podeszli z cicha bliżej i słuchali z wstrzymanym w piersi oddechem.

– Miałżeby się tu w której trumnie znajdować Chińczyk, zabrany z Ameryki w letargu? – rzekł Kreg zdumiony.

– Któryby się zbudził po pięciotygodniowej podróży morskiej? – dodał niemniej zdziwiony Fraj.

Przyłożyli obadwaj rękę do podejrzanej trumny i przekonali się że się w niej coś rusza.

– Sto djabłów! rzekł Kreg.

– Sto djabłów! rzekł Fraj.

Jednej chwili, rzecz naturalna, taż sama myśl zabłysła obu, że Kin Fowi może tu grozić niebezpieczeństwo.

Naraz usuwając ręce z trumny poczuli że wieko jej zaczyna się podnosić ostrożnie.

Kreg i Fraj, ludzie, których nic w świecie nie mogło zastraszyć, stali nieporuszeni, a gdy w ciemnościach tych nic widzieć nie mogli, słuchali niespokojnie co dalej będzie.

– Czy to ty, Kuo? – zapytał z trumny głos nadzwyczaj ostrożny.

Równocześnie prawie podniosło się wieko drugiej trumny i dał się z niej słyszeć głos drugi:

– Czy to ty, Fa Kien?

– A następnie wszczęła się następująca szybka rozmowa:

– Czy to już tej nocy?

– Tak jest – dziś.

– Przed wschodem księżyca?

– O drugiej porze.

– A nasi towarzysze?

– Już zawiadomieni.

– Trzydzieści sześć godzin wyleżeć się w trumnie – mam już tego dosyć.

– I ja także.

– Cóż począć? Lao Szen tak kazał.

– Cicho.

Usłyszawszy wymówione imię sławnego Tajpinga, Kreg i Fraj, pomimo całego panowania nad sobą, nie mogli powstrzymać lekkiego poruszenia.

Nagle wieka trumien zapadły napowrót. Zapanowała głucha w około cisza.

Fraj i Kreg pełzając na kolanach dotarli do otworu pomostu i wrócili na pokład, a ujrzawszy się w miejscu, gdzie ich nikt nie mógł usłyszeć

– Umarli, którzy mówią… rzekł Kreg.

– Nie są umarłymi – skończył Fraj.

Jedno nazwisko objaśniło im całą zagadkę – nazwisko Lao szena.

Tak więc spółtowarzysze tego straszliwego Tajpinga wkradli się na okręt. Możnaż było wątpić, że to się stało z wiedzą i za pomocą kapitana Ina, jego majtków i ludzi co przenosili trumny w porcie Takuańskim? Nie. Po przeniesieniu ze statku amerykańskiego, który je przywiózł z San Francisco, stały trumny te w dokach portowych przez dwa dni i dwie nocy. Dziesięciu, dwudziestu, więcej może tych rabusiów z bandy Lao szena, odbiło trumny, wyrzuciło znajdujące się w nich zwłoki, aby ich miejsce zająć. Ale aby to uczynić z rozkazu swego herszta musieli przecie wiedzieć że na pokład Samjepa wsiądzie Kin Fo. A zkądże mogli się o tem dowiedzieć?

Było to zagadką, na której zresztą rozwiązaniu nie wiele już w tej chwili zależało.

To tylko nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że ludzie najgorszego rzędu znajdowali się na statku, od chwili odbicia od lądu w zatoce Takuańskiej, że jeden z nich wymówił nazwisko Lao-szena, że Kin-Fo znajdował się w niebezpieczeństwie utraty życia lada chwila.

Tej właśnie nocy, z 28. na 29. czerwca miał stracić Wiek 200,000 dolarów. Zaś gdyby w pięćdziesiąt cztery godzin później zginął Kin-Fo, śmierć jego nie naraziłaby na żadną stratę Towarzystwa – albowiem nieodnowiona jego polica gasła w tym czasie.

Trzeba było chyba nie znać Krega i Fraja, aby myśleć że stracą głowę śród tak groźnych okoliczności. Obmyśleli natychmiast co czynić. Trzeba było aby Kin-Fo skłonił się opuścić okręt przed nadejściem drugiej pory i uciec z nim razem.

Ale jak tu uciec? Opanować jedyne czółno okrętowe? Niepodobna. Był to ciężki piróg; aby go spuścić na morze potrzeba było rąk całej załogi okrętowej. Kapitan In, i jego współwinowajcy nie zgodziliby się na to. A zatem trzeba było czynić inaczej, chociażby na jak największe przyszło się narazić niebezpieczeństwo.

Była już siódma godzina wieczór. Kapitan zamknięty w swej kabinie, nie pokazał się jeszcze. Widocznie czekał umówionej z ludźmi Lao-Szena godziny.

– Nie ma ani chwili czasu do stracenia – rzekli razem obadwa, Kreg i Fraj.

Tak – nie było ani chwili do stracenia. Znajdowali się jakby na podłożonej minie, do której lont przyłożono.

Okręt był pozostawiony samemu sobie. Jeden majtek spał na pokładzie.

Kreg i Fraj weszli na tył okrętu, gdzie był Kin-Fo.

Spał właśnie.

Zbudzili go.

– Czego chcecie? spytał.

W kilku słowach opowiedzieli mu rzecz całą. Nie stracił odwagi, ani zimnej krwi.

– Wrzućmy do morza tych udanych nieboszczyków – zawołał.

– Pomysł dobry, ale wcale niewykonalny, zważywszy że kapitan okrętu musi być także w porozumieniu z nieboszczykami.

– A więc cóż począć? spytał.

– Zawdziać to na siebie – odpowiedzieli razem Fraj i Kreg.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 45

I to mówiąc otworzyli skrzynię, wziętą na pokład w Tong Tszeu, z której wydobyli ów cudowny przyrząd do pływania kapitana Boytona.

W skrzyni znajdowały się jeszcze trzy takie przyrządy ze wszystkiem co do nich należało.

– Dobrze – odrzekł Kin-Fo. – Zawołajcie Suna.

Za chwilkę potem Fraj przyprowadził Suna, całkiem oszołomionego. Musieli go ubrać. Nie opierał się, nie rozumiejąc co się z nim dzieje, i tylko od czasu do czasu jęczał Ajajaj! że się dusza krajała.

O ósmej godzinie Kin-Fo i jego towarzysze byli gotowi. Wyglądali jak cztery cielęta morskie z lodowatego morza, gotujące się dać nurka – pod wodę. Przyznać wszakże trzeba że widząc Suna, złegoby się nabrało wyobrażenia o nadzwyczajnej zwinności tych morskich stworzeń, tak wyglądał niezgrabnie i obwiśle w Boytońskim ubiorze.

Już na wschodzie noc zapadała. Statek kołysał się w miejscu, w pośród zupełnej ciszy, na spokojnej wód powierzchni.

Kreg i Fraj pchnęli okiennicę od strzelnicy, znajdującą się pod pokładem w tyle okrętu. Suna wzięto bez ceremonji i wyrzucono w wodę przez otwór strzelnicy. Kin-Fo skoczył następnie. Kreg i Fraj, zabrawszy z sobą wszystkie potrzebne przyrządy, wskoczyli za nim.

Nikt na statku się nie domyślał że pasażerowie go porzucili.



Rozdział XIX

który nie kończy się dobrze ani dla kapitana Ina, ani dla jego załogi okrętowej.

Przyrząd kapitana Boytona jest to po prostu ubranie kauczukowe, złożone z pantalonów, kamizelki i kaptura. Z natury już materji, na sporządzenie jego użytej, jest ona nieprzemakalna. Ale nie przepuszczając wody, nie chroni wcale od zimna, przejmującego ciało przy dłuższem pozostawaniu w wodzie. Ubranie to jest zatem zrobione z dwóch, jedna na drugiej leżących materji, pomiędzy które można wpuścić pewną ilość powietrza.

Powietrze to służy najpierw aby utrzymać przyrząd na powierzchni wody, powtóre aby zasłonić ciało od zetknięcia z wodą, a przeto zabezpieczyć je od zaziębienia.

Tak ubrany człowiek mógłby zostawać prawie nieprzerwanie w wodzie.

Rozumie się samo przez się że odzież ta musi być wszędzie jak najszczelniej spojona. Pantalony kończące się ciężkiemi podeszwami, spinały się metalowym pasem, dosyć wolnym, aby pozostawić swobodę ruchu ciału. Kamizelka do tegoż pasa przymocowana, kończy się dobrze spiętym kołnierzem, z którym łączy się kaptur. Ta okrywając całą głowę, spina się hermetycznie na czole, twarzy i brodzie elastyczną taśmą. Z całego więc oblicza nie widać nic, prócz, nosa, oczu i ust.

Do kamizelki przypiętych jest kilka pypek kauczukowych, służących do wdymywania powietrza i regulowania dowolnie jego ilości w przyrządzie. Można tedy według tego zanurzać się w wodę po szyję lub po pas tylko, albo leżeć na wodzie. Słowem przyrząd ten daje zupełną swobodę ruchów, wraz z zupełnem bezpieczeństwem.

Taki to przyrząd zjednał tyle powodzenia śmiałemu wynalazcy, przyrząd, którego użyteczność w wielu wypadkach na morzu doświadczono. Uzupełniają go rozmaite dodatki, mianowicie: Torba nieprzemakalna zawierająca różne podręczne potrzeby, przewieszona pasem przez ramię, mocny kij umocowany u nogi z małym w tulejce żaglem trójkątnym, i lekką łopatkę, służąca naprzemian za ster i wiosło.

Tak odziani Kin-Fo, Kreg, Fraj i Sun unosili się na powierzchni fal morskich. Suna popychał najprzód jeden z ajentów Wieku, poruszając od czasu do czasu jego wiosłem. Tak płynąc wszyscy czterej oddalili się wnet od statku.

Noc ciemna ułatwiła im ucieczkę. W razie gdyby kapitan In, lub który z jego majtków, wyszedł na pokład, nie byłby był w stanie ich obaczyć. Zresztą nikt nie mógł podejrzywać aby to oni byli. Łotry, pozamykane w trumnach, w ostatniej dopiero chwili dowiedzą się co się stało.

– O drugiej porze, powiedział jeden z udanych nieboszczyków, to jest około północy.

Kin Fo i towarzysze jego mieli zatem parę godzin przed sobą czasu do ucieczki, w którym to przeciągu mogli przynajmniej milę oddalić się od statku. Tymczasem lekki powiew zaczynał marszczyć powierzchnię fal, ale był jeszcze tak słaby, że żagle nic im dopomódz nie mogły i byli zmuszeni poprzestać na robieniu wiosłami.

W kilka minut Kin, Fo, Kreg i Fraj oswoili się tak dobrze z całym przyrządem, że kierowali nim całkiem swobodnie. Sun nawet wkrótce się opamiętał i czuł się daleko swobodniejszy tu niż na statku. Choroba morska naraz go porzuciła. Bowiem wcale co innego kołysać się na statku, a płynąć po pas zanurzonemu we falach, co Sun na sobie z wielką sprawdził przyjemnością.

Ale jeżeli Sun pozbył się choroby morskiej, był za to teraz w niezmiernym strachu. Ciągle myślał o uwijających się rekinach i instynktownie kurczył nogi pod siebie, jak gdyby go tam już co porwać zamierzało. Prawdę mówiąc może cośkolwiek miał w tem słuszności.

Tak tedy płynął z towarzyszami swymi Kin-Fo, którego los zawzięty ścigać nie przestawał, rzucając go w najdziwaczniejsze stosunki. Płynął stojąc prawie prosto – gdy chciał spocząć, kładł się na wodę.

W godzinę po opuszczeniu statku oddalili się byli już o pół mili od niego. Wówczas się zatrzymali, spoczęli wiosłom i położywszy się na wodzie zrobili naradę, usiłując z przezorności mówić jak najciszej.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 46

– A! to szelma nie kapitan! – zaczął pierwszy Kreg inaugurując naradę.

– A! to łotr z tego Lao-szena, ciągnął dalej Fraj.

– I to was dziwi? – rzekł Kin-Fo tonem człowieka, którego nic w świecie zdziwić już nie w stanie.

– Zapewne – odrzekł Kreg, albowiem nie mogę sobie wytłómaczyć jakim sposobem łotrowie ci mogli się dowiedzieć że my wsiądziemy na ten statek?

– Rzecz niewytłómaczona dodał Fraj.

– Mniejsza z tem – rzekł Kin-Fo – dosyć, że się dowiedzieli i żeśmy im uciekli.

Uciekli? – odrzekł Kreg. O! nie. – Dopóki tylko widać Samjepa, nie jesteśmy jeszcze bezpieczni.

– Cóż więc począć? – spytał Kin-Fo.

– Pokrzepić się – odrzekł Fraj – i płynąć dalej, aby nas nie dostrzeżono gdy dzień zaświta.

I to powiedziawszy Fraj wdmuchnąwszy w przyrząd powietrza, stanął znów prosto na wodzie. Przeciągnął natenczas swą torbę na piersi, otworzył ją, wyjął flaszkę, nalał kieliszek mocnej wódki i podał klientowi Wieku.

Kin Fo nie dał się prosić i wychylił kieliszek do ostatniej kropli. Kreg i Fraj uczynili toż samo. Nie zapomniano i o Sunie.

– Jak się czujesz? – spytał go Kreg.

– Lepiej – odrzekł Sun, wypróżniwszy kieliszek. – Żeby tylko można jeszcze co przekąsić.

– Jutro skoro świt zjemy śniadanie i wypijemy parę szklanek herbaty.

– Zimnej? – spytał krzywiąc się Sun.

– Ciepłej – odrzekł Kreg.

– Rozpalisz ogień?

– Rozpalę ogień.

– A czemu czekać do jutra – spytał Sun.

– Chciałżebyś aby po ogniu poznał w nocy kapitan In gdzie jesteśmy?

– Nie – nie.

– Zatem dopiero w dzień rozpalimy.

Grono tych dzielnych ludzi gwarzyło sobie jakby u siebie w domu. Tylko lekka fala podnosiła nimi w sposób komiczny. Podskakiwali ciągle do góry, jak klawisze fortepianu pod palcami grającego.

– Wiatr zaczyna powiewać – zauważył Kin Fo.

– Rozpinajmy żagle – odpowiedzieli Fraj i Kreg.

I zaczęto się zabierać do umocowania swych maleńkich maszcików celem upięcia żagli, gdy raptem Sun krzyknął przerażony.

– Cicho gapiu! – zawołał doń pan jego. Czy chcesz aby nas odkryto?

– Zdawało mi się że widzę… mruknął Sun.

– Co?

– Potwór – ogromny potwór, zbliżający się do nas. Pewno rekin.

– Niema nic – odrzekł Kreg rozglądnąwszy się uważnie po całej powierzchni morza.

– Ale… ja czułem… bąkał znów Sun.

– Będziesz ty milczał tchórzu! – zawołał Kin Fo kładąc rękę na grzbiecie swego służącego. Choćbyś czuł że ci nogę odkąsił, ani piśnij, bo jak nie…

– Bo jak nie – dodał Fraj – to nożem pod bok i pójdziesz na dno, gdzie będziesz mógł sobie wrzeszczeć do woli.

Biedny Sun! Nie skończyły się, jak widzimy, jego kłopoty. Ginął ze strachu, ale nie śmiał już pisnąć i słowa. Jeżeli już nie żałował za okrętem, chorobą morską i nieboszczykami – to wnet pewnie jeszcze pożałuje.

Wiatr zaczął się istotnie zrywać, jak słusznie był zauważył Kin Fo. Ale był to ów słaby zwodniczy powiew, który zazwyczaj ustaje wraz z wschodem słońca. Niemniej przeto należało zeń korzystać z tego aby się ile możności oddalić od statku.

Gdy ludzie Laoszena nie znajdą swej ofiary na pokładzie, będą jej rzecz naturalna szukać, a jeźli dojrzą na widnokręgu, cóż łatwiejszego jak dogonić pirogiem. Bądź co bądź trzeba było zniknąć z widokręgu przed wschodem słońca.

Wiatr powiewał od Wschodu. Gdziekolwiekbądź burza zapędziła statek – czy znajdował się on obecnie w zatoce Leo-Ton, czy w zatoce Peczeli, czy nawet na morzu Żółtem, zawsze ląd znajdował się od strony zachodniej. Płynąc w tamtym kierunku można było spotkać który statek handlowy, płynący ku ujściu Peiho. Tam w pobliżu brzegów snuło się dniem i nocą mnóstwo łodzi rybackich. Mieli więc wszelką nadzieję spotkania kogoś co zechce zabrać ich ze sobą. Gdyby przeciwnie wiatr był powiał z zachodu, gdyby Samjep znajdował się zapędzony na południe poniżej brzegów Korei, znikłaby wszelka nadzieja ratunku. Mieliby do przebycia przed sobą całe ogromne morze, które byłoby chyba wyrzuciło nabrzegi Japonji ich zwłoki w kauczukowej odzieży po wierzchu fal pływające.

Ale wiatr ów, jak powiedzieliśmy, miał ustać o wschodzie słońca; potrzeba było zeń jak najspieszniej korzystać.

Było około dziesiątej godziny w nocy. Księżyc miał zejść około północy. Nie było zatem chwili czasu do stracenia.

– Zatknijmy żagle! – rzekli Fraj i Kreg.

Nic łatwiejszego. Przy podeszwie u prawej nogi znajduje się w przyrządzie Boytonowskim tulejka, w której umieszcza się mały maszcik z żaglem. Uczyniono to natychmiast.

Kin-Fo, Sun, Kreg z Frajem położyli się najpierw na wznak na wodzie, następnie zgiąwszy kolano, umieścili maszciki w tulejkach, przymocowawszy do nich wpierw sznury, służące do rozwijania żagli. Gdy się napowrót wyprostowali na wodzie, maszty sterczały pod kątem prostem w górę.

– Rozwijać żagle! zawołali Kreg i Fraj.

I w tej chwili każdy pociągnąwszy prawą ręką za sznurek, rozwinął trójkątny swój żagielek.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 47

Sznurki przymocowane do pasa metalowego poruszały się dowolnie za pociągnięciem ręką, a wietrzyk wzdymający żagle, posuwał naprzód po lekko pieniących się falach całą tę niezatopioną flotylę.

W dziesięć minut każdy z nich żeglował już z wszelką pewnością i łatwością. Płynęli równo razem nie oddalając się jeden od drugiego, jakby kupka mew olbrzymich z podniesionem jednem skrzydłem, przesuwających się z lekka po wód powierzchni.

Spokojne morze wielce zresztą ułatwiało tę żeglugę. Nic nie mąciło ruchu fal jego regularnie się kołyszących.

Tylko parę razy niezręczny Sun, nie pomny przestróg Krega i Fraja, chciał się obejrzeć i połknął parę haustów słonej wody morskiej. Ale to wnet przeszło. Nie tego się on lękał, ale rekinów. Lecz wytłumaczono mu że płynąc leżący mniej był narażony na niebezpieczeństwo niżeli stojąc na wodzie. Istotnie rekin, chcąc pochwycić jakieś ciało na powierzchni wody płynące, musiałby podnieść w górę paszczę, co mu nie łatwo uczynić. Uważano zresztą że żarłoczne te zwierzęta rzucają się tylko na ciała nieruchome, unikają zaś wszystkiego co się rusza. Kazano więc Sunowi ruszać się nieustannie, a czy słuchał rozkazu, można się domyślać.

Płynęli tak przez prawie całą godzinę. Właśnie w samą miarę. Wpierw zatrzymawszy się nie byliby byli bezpieczni przed pogonią statku. Płynąc dalej byliby się zbytnio umęczyli, tak kierowaniem żagli, jak i silnem kołysaniem fal.

Kreg i Fraj zakomenderowali więc:

– Stać!

Puszczono sznurki i w mgnieniu oka zwinęły się żagle a flotylla stanęła w miejscu.

– Pięć minut odpoczynku, jeżeli pan pozwoli – spytał Kreg.

– Dobrze – odrzekł Kin-Fo.

Parę haustów pokrzepiającego napoju wystarczało im na teraz. Głód nie dokuczał im jeszcze. Zjedli obiad na godzinę przed opuszczeniem statku, mogli zatem czekać do jutra rana. Ogrzania nie potrzebowali. Materac powietrzny, oddzielający ich ciała od wody, chronił zupełnie od zimna. Od czasu wskoczenia w wodę naturalna temperatura ich ciała nie zniżyła się ani o jeden stopień.

Ale czy widać było jeszcze statek?

Kreg i Fraj obrócili się. Fraj wydobył z swej torby dalowidz nocny i uważnie obejrzał nim cały widokręg.

Nie dojrzał nic. Najmniejszego nawet cienia którymby się daleki statek rysował na tle nocy. Noc była zresztą ciemna, trochę mglista – gwiazd mało. W pośród pomroki nocnej blado przebłyskiwały przez mgłę, osłaniającą firmament. Ale spodziewać się można było, że wkrótce wejdzie księżyc, rozprószy pomrokę i oświetli cały widnokrąg.

– Statek daleko, rzekł Fraj.

– Te łotry śpią jeszcze – odpowiedział Kreg, i nie skorzystali z wiatru.

– Płyńmy dalej – rzekł Kin-Fo i pociągnąwszy sznurek, rozwinął swój żagiel.

Towarzysze uczynili toż samo i wszyscy popłynęli dalej za prądem wiatru, trochę teraz mocniejszego.

Płynęli tak ku zachodowi. Rzecz więc naturalna, że nie mogli wprost widzieć księżyca, ukazującego się od wschodu, ale pierwsze promienie jego oświetlały już przeciwną stronę widokręgu, na którą właśnie starannie baczyć należało. Może zamiast równej w okrąg linji ukażą się brzegi lądu w rąbku blasków księżycowych. Nie mogliby się omylić. Musiałby to być ląd niebieskiego cesarstwa, a w którem by kolwiek miejscu doń się dobili, zawsze byliby uratowani. Brzegi były wolne – fale spokojne. Wyjść na ląd zatem można było bez wszelkiego niebezpieczeństwa. A będąc raz już na stałym lądzie, postanowionoby co dalej czynić?

Około trzech kwadransów na dwunastą zabielały mgły w górze. Księżyc zaczął się wysuwać po nad powierzchnię wód.

Ani Kin-Fo ani żaden z jego towarzyszy nie obejrzeli się. Wiatr coraz silniejszy, rozwiewający mgły górne, popędzał ich dosyć spiesznie. Czuli że się rozwidniało w około.

Gwiazdy na niebie wystąpiły wyraźniej. Wiatr coraz bardziej rozpędzał mgły a nad głowami płynących słychać było jakby szum statku prującego wody.

Blask księżyca przeszedłszy z miedziano-czerwonego w jasno srebrny, oświecił wnet cały widokrąg.

Naraz Kreg zaklął z całego gardła po amerykańsku i zawołał:

– Statek!

Wszyscy się zatrzymali.

– Zwinąć żagle! zawołał Fraj.

I wnet cztery żagle zniknęły – wydobyto maszty z tulejek.

Kin-Fo z towarzyszami stanąwszy w wodzie, spojrzeli po za siebie.

Tuż za nimi, opodal niespełna mili, płynął Samjep. Na tle oświeconego widokręgu rysowały się ciemne kształty statku, pędzącego naprzód z rozpiętemi wszystkiemi żaglami.

Tak – był to ich statek, korzystający z zerwania się wiatru. Zapewne kapitan spostrzegł, że Kin-Fo znikł ze statku, nie mogąc sobie wytłumaczyć jakim sposobem był w stanie uciec?

Tak czy owak – dość że puścił się w pogoń za uciekającymi, w porozumieniu z bandytami, znajdującymi się na okręcie i niespełna za kwadrans, Kin-Fo, Kreg, Fraj i Sun znów będą w jego mocy.

Ale czy ich spostrzeżono w tym blasku księżycowym, rozlewającym się po całej wód przestrzeni? Być może że nie.

– Na dół głowy – zawołał Kreg, pokładając w tem jednem jeszcze całą nadzieję.

Zrozumiano go natychmiast. Każdy wypuścił nieco powietrza z rurki przyrządu i cztery głowy zakapturzone zanurzyły się pod wodę.

Nie pozostawało nic innego jak czekać tak w zupełnem milczeniu i bez najmniejszego poruszenia.

Statek zbliżał się szybko. Wielkie jego żagle rzucały dwa wiekie cienie na wodę.

W pięć minut potem Samjep był już tylko o pół mili od nich. Po linach snuli się majtkowie. Kapitan stał na pokładzie wydając rozkazy.

Czy kierował statkiem aby pojmać uciekających, czy aby się utrzymać w prądzie wiatru? Niepodobna było wiedzieć.

Naraz krzyki dały się słyszeć. Mnóstwo ludzi wypadło na pokład statku. Wrzawa się zwiększała.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 48

Widocznie rozpoczęła się zacięta walka pomiędzy udanymi nieboszczykami z pod pomostu a załogą statku.

Ale skądże ta walka? Alboż łotrowie ci, majtkowie i piraci, nie byli z sobą w porozumieniu?

Kin-Fo i towarzysze jego słyszeli wyraźnie z jednej strony straszliwe przekleństwa, z drugiej boleśne i rozpaczliwe jęki, które umilkły po kilku minutach.

Potem słychać było głośny plusk wody wzdłuż statku, oznaczający że zwłoki zabitych rzucano w morze.

Nie – kapitan In nie był w zmowie z łotrami bandy Lao-Szena. Ani on, ani jego majtkowie. Przeciwnie. Biedni ci ludzie zostali napadnięci niespodziewanie i pomordowani. Łotrowie ukryci na statku – zapewne za pomocą drążników Takuańskich, przenoszących trumny, nie mieli innego zamiaru jak zdobyć statek z rozkazu Tajpinga, i nie wiedzieli wcale że Kin-Fo znajduje się na jego pokładzie.

Lecz gdyby go poznano i pojmano, ani on, ani Fraj i Kreg, ani Sun, żaden z nich nie mógł się spodziewać litości z ich strony.

Statek płynął nieprzerwanie coraz bliżej. Już do nich dotarł, lecz szczęśliwym wypadkiem cień żagli padł na nich i zakrył przed okiem ludzi na pokładzie statku.

Zanurzyli się na chwilę pod wodę.

Gdy wypłynęli znów na powierzchnię, statek już ich przeminął nie spostrzegłszy i uciekał całym pędem rozpiętych żagli.

Za śladem statku płynął trup, zbliżający się coraz bardziej z nurtem fali.

Był to trup kapitana statku, ze sztyletem utkwionym w boku. Szerokie fałdy sukni trzymały go jeszcze czas jakiś na powierzchni wody.

Wnet zaczął tonąć i zniknął w głębinach morza.

Tak zginął wesoły kapitan Samjepa.

W dziesięć minut później statek znikł z oczu na zachodniej stronie widnokręgu, a Kin-Fo, Kreg, Fraj i Sun ujrzeli się znów sami na rozległej mórz przestrzeni.



Rozdział XX

w którym czytelnik obaczy na co narażają się ludzie używający przyrządów nautycznych kapitana Boytona.

W trzy godziny później pierwsze dnia brzaski zaczęły świtać na widokręgu. Wnet zajaśniał dzień i całe można było doskonale przejrzeć morze.

Statku nie było już widać. Oddalił się od nich szybko. Niepodobna im było spółzawodniczyć z nim w szybkości, chociaż płynęli z tym samym wiatrem w tęż stronę. Samjep musiał ich już co najmniej o trzy mile wyprzedzić. Nie było więc czego się obawiać.

Z tem wszystkiem, chociaż na razie niebezpieczeństwo minęło, niemniej przeto położenie było zawsze bardzo groźne.

Morze było całkiem puste. Nigdzie nie dojrzeć jakiego kolwiek statku – nawet łódki rybackiej. Nigdzie lądu – ani od północy, ani od wschodu. Nigdzie nawet nic takiego, coby tegoż pobliże wskazywało. Nie wiedzieli czy się znajdują na wodach zatoki Peczeli, czy na morzu Żółtem? Pod tym względem niepewność zupełna.

Tymczasem wiatr jeszcze trochę powiewał. Potrzeba zeń było korzystać. Kierunek, w jakim popłynął statek, dozwalał się domyślać, że tam w tamtej stronie, bliżej lub dalej, na zachodzie leży ląd i że bądź co bądź tam go szukać należy.

Postanowiono zatem rozwinąć znów żagle posiliwszy się nieco przedtem. Żołądki domagały się haraczu, zwłaszcza po przebyciu dziesięciu godzin na wodzie.

– Trzeba zjeść śniadanie – ozwał się Kreg.

– I to porządne – dodał Fraj.

Kin-Fo skinął głową na znak przyzwolenia, a Sun bardzo wyraziście cmoknął ustami. Zgłodniały nie myślał w tej chwili o tem aby był zjedzonym, lecz przeciwnie o tem tylko aby sam dorwać się jedzenia.

Otworzono torbę nieprzemakalną. Fraj wydobył z niej wybornego gatunku wiktuały, chleb, wędzonki, sprzęty stołowe, słowem wszystko czego było potrzeba do zaspokojenia głodu i pragnienia. Do stu półmisków, składających zwykły objad Chińczyka, brakowało wprawdzie dziewięćdziesięciu ośmiu, ale zawsze było czem pożywić się czterem spółtowarzyszom biesiady, ale przyzna każdy że w takich okolicznościach bardzo wymagającym być nie można.

Śniadanie zjedzono tedy z dobrym apetytem. Torba zawierała wiktuałów na dwa dni. Do dwóch zaś dni albo muszą już dopłynąć do lądu, albo nie dopłyną doń już nigdy.

– Miejmy nadzieję – rzekł Kreg.

– Dla czego mamy mieć nadzieję? – spytał Kin-Fo nieco ironicznie.

– Bo los zaczyna nam sprzyjać – odrzekł Fraj.

– W czemże tak bardzo?

– Przecież największem niebezpieczeństwem zagrażał nam statek, a oto umknęliśmy mu pomyślnie.

– Nigdzie, panie, nigdzie, odkąd mamy zaszczyt być mu przydani za stróżów przybocznych, nie byłeś pan tak bezpiecznym jak tutaj obecnie.

– Wszyscy Tajpingowie całego świata… – zaczął Kreg.

– Nie byli by w tanie pana doścignąć – dokończył Fraj.

– I płyniesz pan doskonale… dodał Kreg.

– Jak na człowieka ważącego dwa kroć sto tysięcy dollarów.

Kin-Fo nie mógł powstrzymać uśmiechu.

– Że płynę, to dzięki wam za to, moi panowie. Gdyby nie wy, byłbym teraz tam gdzie się znajduje biedny kapitan In.

– I my także – odrzekli obadwa.

– A i ja – zawołał Sun, przełykając nie bez wysilenia ogromny kawał chleba.

– Wiem dobrze – rzekł Kin Fo – com wam winien.

– Nic pan nam nie jesteś winien – odrzekł Fraj – jako zabezpieczony w Wieku…

– Towarzystwie ubezpieczeń życia…

– Z kapitałem poręczonym dwudziestu miljonów dollarów.

– I mamy nadzieję…

– Że Towarzystwo nic panu nie zapłaci.

Kin Fo w gruncie rzeczy był bardzo wdzięczny obu swym stróżom za ich opiekę, bez względu z jakich wynikała powodów. I nie ukrywał przed nimi tych uczuć swoich.

– Pogadamy o tem wszystkiem – rzekł – gdy Laoszen zwróci mi list mój, który tak niefortunnie z rąk Wana dostał się w jego ręce.

Kreg i Fraj spojrzeli nieznacznie po sobie i zaledwie dojrzany uśmiech zarysował się na ustach obu. Widocznie wpadli oba na myśl tę samą.

– Sun! zawołał Kin Fo.

– Słucham.

– Herbaty.

– Proszę – odrzekł Fraj.

I słusznie uczynił że się pospieszył z odpowiedzią, bo Sun byłby z pewnością odpowiedział że w tych warunkach herbaty zrobić się nie podejmuje.

Ale trzeba było chyba nie znać obu ajentów Wieku aby mniemać że w takich drobnostkach nie potrafią sobie dać rady.

Fraj wydobył tedy z torby mały przyrząd, będący nieodłączną przy przyrządzie Bojtonowskim rzeczą. Służy on za latarnię w nocy, za piec gdy zimno, za samowar i kuchnię, gdy potrzeba się ciepłym ogrzać napojem.

Nic prostszego na ten przyrząd. Składa się on z rurki, mającej sześć do siedmiu cali długości, umocowanej do metalowego dzwona z kurkiem w górze i w dole. Wszystko to wprawione w deskę drewnianą, nakształt przenośnych termometrów, w łaźniach używanych, tworzy, razem wziąwszy, przyrząd, o którym mowa.

Fraj ustawił go na powierzchni wody; jedną ręką otworzył kurek górny, drugą dolny przymocowany do zanurzonego w wodzie dzwona.

Wnet piękny płomień buchnął w górze, roztaczając ciepło pożądane.

– Mamy kuchnię – rzekł Fraj.

Sun nie mógł własnym wierzyć oczom!

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 49

– Pan wodą rozpalasz ogień? – spytał zdumiony.

– Z wody i fosforanu wapna – odrzekł Kreg.

W samej rzeczy przyrząd ten obmyślony jest tak aby zużytkować szczególniejszą własność fosforanu wapna, tego ciała, utworzonego z fosforu, które za zetknięciem się z wodą wytwarza gaz płonący tak silnie, że ani wiatr, ani deszcz, ani fale morskie nie zdołają go ugasić. Obecnie używają go też do oświetlania udoskonalonych przyrządów, służących do ratowania ludzi na morzu. Skoro ów przyrząd zostanie rzucony na wodę, zawarty w nim fosforan wapna za zetknięciem się z wodą wybucha natychmiast jasnym płomieniem, za pomocą którego bądź to człowiek, znajdujący się morzu, jest w stanie kierować się w nocy, bądź też majtkowie pospieszyć mu na pomoc.[5]

Podczas gdy wodoród palił się na górze rurki, Kreg trzymał nad płomieniem imbryk metalowy, napełniony wodą słodką, nalaną z małej baryłeczki, schowanej w jego torbie.

W parę minut płyn zawrzał. Kreg wylał go do czajnika, w którym znajdowało się kilka szczypt doskonałej herbaty, zaparzonej po amerykańsku, przeciw czemu tym razem ani Kin-Fo, ani Sun nie protestowali.

Ciepły ten napój był wyśmienitym zakończeniem tego śniadania, zastawionego na powierzchni morza pod takim a takim stopniem szerokości, a takim a takim długości geograficznej – Brakło tylko sekstanta i chronometra, aby stopnie owe dokładnie oznaczyć. Przyrząd Boytona uzupełni się z czasem temi także instrumentami, a natenczas rozbitkom nie będzie zagrażać niebezpieczeństwo zbłąkania się na pełnym oceanie.

Kin-Fo i jego towarzysze należycie wypoczęci i nakarmieni, rozpięli żagle i poczęli dalej płynąć ku zachodowi po małej przerwie.

Przez dwanaście godzin jeszcze powiewał pomyślny wiatr nieprzerwanie, dopomagając skutecznie ich żegludze. Zaledwie czasem który wiosłem ruszyć potrzebował. Leżąc na fali, lekko naprzód ich niosącej, uczuli wszyscy chętkę zdrzemania się z którą walczyć musieli, aby nie zasnąć w tej wcale ku temu niewłaściwej chwili.

Kreg i Fraj aby sen odegnać, pozapalali cygara i puszczali wonny dymek, jak w szkole pływania modni dandysi w chwilach odpoczynku.

Parę razy niepokoił ich plusk rozmaitych potworów morskich po wodzie, co nie małym strachem nabawiało utrapionego Suna.

Szczęściem były to tylko delfiny morskie. Te „clowny” zbliżały się do nich jedynie, aby się przypatrzeć co to za szczególniejsze stworzenia pływały po ich żywiole – podobne do nich – przecież nie ryby.

Ciekawy widok! Delfiny te zbliżały się do nich całemi gromadami – przesuwały się koło nich jak strzały, połyskując najrozmaitszemi odcieniami szmaragdowej swej barwy. Wyskakiwały z morza na pięć do sześciu stóp w górę – rzucały się naprzód w skokach, świadczących o giętkości i sile ich muszkułów. Gdyby i nasi pływacy byli w stanie podobnie jak one płynąć z tą szybkością, prześcigającą wszystkie okręta, pewno dawno byliby już byli na lądzie. Prawdziwie że aż chęć brała uczepić się którego z tych zwierząt i dać im się zaciągnąć na ląd co prędzej. Ale coby tam było potrzeba wraz z niemi kozłów wywrócić, ilekroć dać nurka pod wodę! Lepiej zaiste było poprzestać na wietrze, który acz powolniejszy, o wiele za to był bezpieczniejszy.

Tymczasem około południa wiatr ustał zupełnie. Coraz grymaśniejszy, im bardziej ustawał, to raz zadął silniej w żagle, to znów ucichł zupełnie, a żagle w dół opadały, nieposłuszne kierującemu niemi sznurkowi.

– Nieszczęście – rzekł Kreg.

– Wielkie – dodał Fraj.

Zatrzymano się na chwilę. Odjęto maszty, schowano żagle i stanąwszy na wodzie, zaczęto ozglądaćr się po widokręgu.

Morze było puste. Nigdzie nie dojrzeć ani żagla, ani dymu parowca. Słońce piekące pochłonęło wszystkie mgły i jakby znieruchomiło całą atmosferę. Woda musiała się wydać ciepła każdemu, chociażby nie miał podwójnej kauczukowej na sobie odzieży.

Wypadek ten, jakkolwiek Kreg i Fraj zdawali się nie wiele nim troszczyć, niemniej przeto był dosyć niepokojący. Nie wiedzieli ile upłynęło przestrzeni przez tych szesnaście godzin, ale że się zapowiadało pobliża lądu, ani żaden statek handlowy, ni żadna łódź rybacka, tego wytłumaczyć sobie nie mogli.

Ale Kin-Fo, Kreg i Fraj, nie byli ludźmi słabego ducha, oddającymi się płonnej rozpaczy, w obec nieszczęścia, jeżeli nieszczęście miało ich spotkać w samej rzeczy. Mieli jeszcze z sobą wiktuałów na cały jeden dzień, a czas spokojny nie zapowiadał burzy.

– Do wioseł! zawołał Kin-Fo.

Na to hasło ruszyli wszyscy razem naprzód, płynąc to na wznak, to zwykłym sposobem ku zachodowi.

Ale płynęli powoli. Robienie wiosłem nużyło wnet ręce nieprzezwyczajone ku temu. Musieli się często zatrzymywać i czekać na Suna, który ciągle pozostawał za nimi i rozwodził swe żale.

Napróżno Kin-Fo krzyczał na niego, wołał, groził mu. Sun nie lękając się już o resztkę swego warkocza pod kauczukowym kapturem, nic sobie z tego nie robił. Ale z samej już obawy aby nie zostać samemu, wytężał siły co mógł i pospieszał za nimi.

Około godziny drugiej pokazało się kilka ptaków. Były to mewy. Ale lotne te ptactwo puszcza się daleko po nad morza. Nie można było przeto ztąd wyprowadzać wniosku że ląd już jest blisko. Zawsze jednak uważano to za znak pomyślny.

W godzinę później wpłynęli w sitowie podwodne, w których gąszczu znaleźli się jak ryby w więzieniu. Wiele mieli pracy aby się z nich uwolnić. Potrzeba było dobyć nożów i niemi torować sobie drogę w tych lasach podmorskich.

Stracili na tem przynajmniej pół godziny czasu i znużyli się bardzo.

Około godziny czwartej zatrzymali się znów, niezmiernie znużeni, co prawda. Dość silny wiatr zaczął powiewać, ale z południa, co ich bardzo zaniepokoiło. Nie mogli bowiem płynąć w bok wiatru, jak okręt, lecz gdyby rozpięli żagle, narażali się na niebezpieczeństwo że ich wiatr zaniesie na północ i znów oddali się od lądu na zachodzie, do którego płynęli. Nadto i fale zaczęły się burzyć. Ruch ich gwałtowny stawał się coraz przykrzejszym.

Spoczywali zatem dość długo. Nie chodziło tylko o sam spoczynek, ale także o pokrzepienie się obiadem. Obiad wszakże nie był tak wesoły jak śniadanie. Wkrótce miała już noc nadejść. Wiatr dął coraz silniej… Co tu począć?

Kin-Fo oparty na swem wiośle, z czołem zachmurzonem, bardziej rozgniewany lub zaniepokojony temi przeciwnościami losu, milczał nieprzerwanie. Sun kawęczał bez ustanku i kichał jak człowiek straszliwego dostający kataru.

Kreg i Fraj nie wiedzieli co na to wszystko powiedzieć.

Naraz szczęśliwy przypadek wyrwał ich z tej niepewności.

Około godziny piątej Kreg i Fraj wskazując naraz ku południowej stronie, zawołali:

– Okręt!

W samej rzeczy w odległości trzech mil morskich okazał się okręt, płynący od południa pełnemi żaglami. Sądząc z jego kierunku, będzie przepływał w pobliżu tego miejsca, gdzie się znajdował Kin-Fo z swymi towarzyszami.

Nie pozostawało zatem nic innego jak tylko zwrócić się wprost okrętowi i zagrodzić mu drogę.

Rzucili się tedy natychmiast do wioseł, aby zamiar ten wykonać. Sił im przybyło na myśl że obecnie ratunek dzierżyli już niejako w swem własnem ręku. Chodziło więc o to, aby mu się nie dać wymknąć.

Kierunek wiatru nie dozwalał im korzystać z żagli, ale że przestrzeń do przebycia była stosunkowo nie wielką, wiosła mogły wystarczyć.

Okręt powiększał się widocznie, zbliżając się szybko z pędem wiatru. Była to tylko łódź rybacka, a pojawienie się jej dowiodło że w pobliżu znajdował się ląd, albowiem rybacy chińscy rzadko kiedy puszczają się na pełne morze.

– Prędzej! Prędzej! – wołali Kreg i Fraj, sami wiosłując.

Nie potrzeba było zachęty. Kin-Fo rozciągnięty na wodzie sunął jakby łódź wyścigowa, a Sun prześcigał sam siebie, i lękając się aby nie był zostawiony na morzu, trzymał się ciągle na czele płynącego grona.

Jeszcze potrzeba było przepłynąć około pół mili morskiej aby się dostać na szlak, którym łódź płynęła. Widno jeszcze było, a zresztą gdyby ich nie dojrzano z łodzi, mogli na nią zawołać. Ale czy tylko rybacy ujrzawszy ich nie wezmą za szczególniejsze jakie potwory morskie i nie uciekną w trwodze. Stać się to zaiste mogło bardzo łatwo.

Bądź co bądź nie można było tracić i chwili. Toż pracowały ramiona, wiosła szybko uderzały o fale, przestrzeń oddzielająca ich od łodzi zmniejszała się widocznie, gdy Sun, płynący ciągle na czele, wydał straszliwy okrzyk przerażenia:

– Rekin! Rekin!

I tym razem nie omylił się.

W oddaleniu około dwudziestu stóp ujrzano z pod wody dwoje skrzeli żarłocznego potworu, zamieszkującego morze tutejsze, tygrysa wodnego, zasługującego iście na tę nazwę, albowiem przyroda obdarzyła go podwójną dzikością żarłocznej ryby i dzikiego zwierza.

– Nożami go! – zawołali Fraj i Kreg.

Była to jedyna broń, którą mieli przy sobie, broń może niedostateczna.

Sun, jak z góry można było przewidzieć, zawrócił się szybko i płynął co tchu napowrót.

Rekin zobaczył płynących i zwrócił się ku nim. Na chwilkę olbrzymie jego cielsko okazało się pod przejrzystą wód powierzchnią, przebłyskując zielonemi pręgami. Długości miał szesnaście do ośmnastu stóp. Olbrzymi potwór!

Rzucił się najprzód na Kin-Foa z rozwartą paszczą, aby go pochwycić.

Lecz Kin-Fo nie stracił zimnej krwi. W chwili gdy się rekin ku niemu zwracał, oparł o grzbiet jego swe wiosło i silnem pchnięciem w okamgnieniu odsunął się od niego daleko.

Kreg i Fraj rzucili się w tę stronę, gotowi walczyć, gotowi go bronić.

Rekin zanurzył się na chwilę pod wodą i wnet wypłynął znowu na wierzch z rozwartą paszczą, o poczwórnym rzędzie zębów ostrych jak brzytwy.

Kin-Fo chciał ponownie użyć tej samej sztuki, która mu się raz powiodła; ale wiosło jego spotkało się w połowie drogi, który je zgryzł jak nic.

W tejże chwili rekin, leżąc bokiem na wodzie, rzucił się na swą ofiarę.

Strumienie krwi buchnęły i morze zabarwiło się na czerwono.

Kreg i Fraj kilkakrotnem pchnięciem utopili swe noże w kadłubie potworu. Jakkolwiek grubą i twardą miał skórę, przebiły ją amerykańskie ich noże, z długiem a szerokiem ostrzem.

Rekin roztworzył naówczas paszczę i zamknął ją napowrót z przeraźliwym łoskotem, bijąc gwałtownie wodę ogonem. Jednem takiem uderzeniem zasięgnął Fraja i odrzucił go o dziesięć stóp precz.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 50

– Fraj! – krzyknął Kreg z takim szczerym bolem, jakby to uderzenie jego samego trafiło.

– To nic – Hurra! – zawołał Fraj, wracając do swoich.

Nie był wcale ranny. Pancerz kauczukowy złagodził siłę uderzenia.

Ponowiono walkę z rekinem i to z prawdziwą wściekłością. Zwracał się on na wszystkie strony. Kin-Fo potrafił zręcznie ugodzić go w same oko szczątkiem swojego wiosła, i tym sposobem narażając się niemal na śmierć pewną wobec rozwartej paszczy rekina, zdołał go jakiś czas powstrzymać na miejscu, podczas gdy Kreg i Fraj usiłowali ugodzić go w serce.

Powiodło im się widocznie, albowiem potwór rzuciwszy się jeszcze po raz ostatni, poszedł wreszcie pod wodę, zalany buchającemi zeń potokami krwi.

– Hurra! Hurra! Hurra! – zawołali razem Kreg i Fraj, wznosząc do góry zwycięzkie swe noże.

– Dziękuję panom – odrzekł Kin-Fo, jakby dziękował za pierwszą lepszą wyrządzoną mu grzeczność.

– Nie ma za co – odpowiedział Kreg – Dwakroć sto tysięcy dollarów dać za jeden kąsek rybie…

– Nigdy! zawołał Fraj.

A Sun? Co się stało z Sunem? Tym razem wyprzedzał on wszystkich i znajdował się już w pobliżu łodzi. Tchórz uciekał wiosłując co tchu. Omal że go to o wielkie nie przyprawiło nieszczęście.

Rybacy obaczyli go, ale nie mogli przypuścić aby w tej szczególniejszej odzieży psa morskiego mógł się znajdować człowiek. Zabierali się tedy złowić go, jak delfina lub fokę. Gdy tedy domniemana ryba zbliżyła się do nich, zarzucili z łodzi sznur, ostrym w końcu opatrzony hakiem.

Hak zaczepił się za pas Sunowej odzieży i przedarł ją wzdłuż od pasa do karku.

Sun trzymany na wodzie już tylko powietrzem napompowanem w spodniej części odzieży wywrócił naraz kozła i pozostał głową w wodzie, a nogami w powietrzu.

Kin-Fo, Kreg i Fraj, zbliżywszy się właśnie w tej chwili mieli tę przezorność zagadnąć najpierw do rybaków po chińsku.

Ci przerazili się ogromie – po raz pierwszy ujrzawszy gadające cielęta morskie. Zabierali się rozpiąć żagle i uciekać jak najprędzej.

Ale Kin Fo uspokoił ich, dał się im poznać i przekonał że to on, jak jego towarzysze, byli ludźmi a nawet Chińczykami.

W parę minut wszyscy trzej byli już w łodzi.

A Sun? Przyciągnięto go hakami i podniesiono głowę z wody. Jeden z rybaków chwycił go za resztkę warkocza i wydobył…

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 51

Aliści reszta warkocza urwała się i pozostała w ręku rybaka, a biedny Sun powtórnego dał nurka.

Wówczas rybacy zarzucili nań linę i wyciągnęli na łódź z niemałem mozołem.

Zaledwie się nieco uspokoił wyrzuciwszy z siebie morską wodę, której się nałykał, zbliżył się doń Kin Fo i surowym tonem spytał:

– Więc warkocz był przyprawiony?

– A czyżbym inaczej – odrzekł Sun – znając zwyczaj pański, wszedł był w służbę do pana?

A powiedział to tak śmiesznie, że wszyscy w koło śmiechem parsknęli.

Rybacy ci byli z Funinu. O dwie mile tylko znajdował się ten właśnie port, do którego płynął Kin Fo.

Tegoż jeszcze wieczora około godziny ósmej wylądowali tamże a zrzuciwszy z siebie przyrządy kapitana Boytona, wszyscy czterej przybrali napowrót postać ludzką.



Rozdział XXI

w którym Kreg i Fraj widzą wschodzący księżyc ze szczególniejszem zadowoleniem.

A teraz do Taipinga!

To były pierwsze słowa, które wymówił Kin-Fo nazajutrz z rana dnia 30. czerwca, po całonocnym spoczynku, który się należał zaiste bohaterowi szczególniejszych tych przygód.

Znajdowali się wreszcie na widowni zbójeckich czynów Laoszena. Walka miała się stoczyć stanowcza.

Azali Kin-Fo wyjdzie z niej zwycięzcą? Wyszedłby, gdyby tylko zdołał uprzedzić Taipinga, albowiem zapłaciłby mu za zwrot listu ile tenże sam zechce. Ale cóż jeżeli przeciwnie Laoszen go uprzedzi – jeżeli otrzyma pchnięcie sztyletu w piersi nim będzie w stanie przeprowadzić układ z dzikim następcą Wana?

– Do Taipinga! – odpowiedzieli razem Fraj i Kreg, porozumiawszy się wpierw z sobą wejrzeniem.

Przybycie Kin-Foa, Krega, Fraja i Suna w szczególniejszym ich ubiorze, sposób w jaki Sun został wyłowiony z morza, wszystko to razem wziąwszy nie mało rozciekawiło mieszkańców małego miasteczka portowego. Niepodobna było uchylić się przed jej natręctwem. Tłum publiki towarzyszył im, gdy przybyli przez całą drogę z portu do oberży, gdzie za pieniądze, które Kin-Fo miał przy sobie w swym pasie, a Kreg i Fraj w swych torbach, sprawili sobie zaraz przyzwoitsze ubranie. Gdyby Kin-Fo i jego towarzysze nie byli na przechodzie z portu do oberży takim otoczeni tłumem, byliby może zauważyli że jakiś Chińczyk śledzi ich nie odstępując na krok. Zdziwienie ich zwiększyłoby się było jeszcze zapewne gdyby byli widzieli że tenże sam człowiek przez całą noc czuwał około bramy oberży. Nieufność ich byłaby niezawodnie doszła do największego stopnia gdyby go byli nazajutrz ciągle na tem samem obaczyli miejscu.

Ale oni nic nie widzieli, nic nie podejrzywali, i nie zwróciło to nawet ich uwagi gdy tenże sam człowiek zaofiarował im się za przewodnika, gdy wychodzili z oberży.

Był to człowiek, mający lat około trzydziestu, bardzo zresztą uczciwej powierzchowności.

Wszelako podejrzenie zbudziło się w umyśle Krega i Fraja i zaczęli rozpytywać nieproszonego przewodnika.

– Dla czego – spytali go – ofiarujesz się nam za przewodnika i dokąd myślisz nas prowadzić?

Nic naturalniejszego nad to pytanie, ale nic też naturalniejszego nad odpowiedź którą otrzymali:

– Myślę że macie panowie zamiar zwiedzić mur wielki, podobnie jak wszyscy podróżni, przybywający do Funinu. Znam te okolice, podejmuję się zatem panów zaprowadzić.

– Mój przyjacielu – ozwał się Kin-Fo – nim coś postanowię, chciałbym wiedzieć czy okolica ta jest bezpieczna?

– Całkiem bezpieczna – odrzekł przewodnik.

– Czy nie słychać tu o niejakim Laoszenie? – pytał dalej Kin-Fo.

– O Laoszenie – Taipingu?

– Tak jest.

– Słychać – odrzekł przewodnik, ale z tej strony wielkiego muru nie ma się go czego obawiać. Nie odważyłby on się zapuszczać w granice cesarstwa. Banda jego z tamtej strony muru niszczy prowincje mongolskie.

– Nie wiedzieć też gdzie się on obecnie znajduje? spytał znów Kin-Fo.

– Według ostatnich doniesień miał się znajdować temi czasy w okolicach Tszing-Tan-Ro, o kilka tylko lisów od wielkiego muru.

– A z Funinu jak daleko do Tszing-Tan-Ro?

– Około pięćdziesięciu lisów.[6]

– Dobrze, więc przyjmuję twoje usługi.

– Mam zaprowadzić aż do wielkiego muru?

– Masz zaprowadzić aż do obozu Laoszena.

Przewodnik nie mógł ukryć swego podziwienia.

– Zapłacę ci dobrze – rzekł Kin-Fo.

Przewodnik potrząsł głową, jakby na znak iż nie ośmieliłby się przekroczyć granicy i rzekł:

– Do wielkiego muru, dobrze – odpowiedział – ale dalej nie. To by znaczyło narazić życie.

– Oceń co warte twoje. Zapłacę ci.

– Dobrze – odrzekł przewodnik.

Co usłyszawszy Kin-Fo zwrócił się do swoich dwóch stróżów i rzekł do nich:

– Panowie możecie nie towarzyszyć mi wcale.

– Dokąd się pan uda… odrzekł Kreg.

– Tam i my się udamy – dokończył Fraj.

Kin-Fo zawsze jeszcze był dla nich wart dwa kroć sto tysięcy dolarów.

Rozmowa ta uspokoiła zupełnie Krega i Fraja co do przewodnika. Ale z tego co słyszeli, zmiarkowali, że po za tym murem, który Chińczycy wybudowali dla zabezpieczenia się od hord barbarzyńskich, trzeba się będzie narazić na jak największe niebezpieczeństwa.

Wybrano się natychmiast. Suna nie pytano wcale czy chce czy nie chce być uczestnikiem tej podróży. Rad nie rad musiał ruszać w drogę.

Wozów ni taczek nie było żadnych zgoła w małej mieścinie. Ani też tych wielbłądów, co to służą do komunikacji handlowej u Mongołów. Kupcy ci przeciągają całemi karawanami po drodze między Pekinem a Kiachtą, pędząc przed sobą niezliczone stada owiec ogoniastych. Oni to utrzymują tym sposobem komunikację pomiędzy Rosją azjatycką a cesarstwem niebieskiem. Ale nie odważają się przecież puszczać na te stepy inaczej jak licznemi i dobrze uzbrojonemi karawanami. Są to ludzie dzicy i butni, powiada o nich Beauvoir, u których Chińczycy są przedmiotem pogardy.

Kupiono tedy pięć wielbłądów, z całym bardzo nędznym przyborem. Obładowano je wiktuałami, zakupiono broń i ruszono w drogę pod opieką przewodnika.

Ale przygotowania te wymagały cokolwiek czasu. Nie mogli tedy wyjechać wcześniej jak o godzinie pierwszej z południa. Pomimo tego spóźnienia przewodnik zapewniał, że doprowadzi ich do wielkiego muru przed północą. Tam urządzą sobie nocleg, a nazajutrz, jeżeli Kin Fo nie odstąpi od swego nieroztropnego postanowienia, przekroczą granicę.

Okolice Funinu były nierówne. Obłoki żółtego piasku, podnoszącego się grubemi kłębami po drogach, ciągnęły się po nad dobrze uprawnemi polami. Widać było, że to jeszcze błogosławiona ziemia niebieskiego cesarstwa.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 52

Wielbłądy postępowały krokiem mierzonym, niebardzo spiesznie, ale nieustannie. Przewodnik jechał na czele, za nim Kin Fo, Kreg, Fraj i Sun umieszczeni na siodłach pomiędzy dwoma garbami swych wielbłądów. Sunowi podobał się bardzo ten sposób podróżowania i byłby gotów jechać tak na koniec świata.

Droga nie była uciążliwa, ale za to skwar był nie do wytrzymania. Po przez warstwy rozgrzanego łamiącemi się promieńmi słonecznemi powietrza przywidywały się najciekawsze obraza. Tam szerokie wód płaszczyzny, jak wielkie morze, ukazywały się w dali i znikały z wielkiem uradowaniem Suna, lękającego się srodze powtórnej podróży morskiej.

Chociaż prowincja ta leży na samym krańcu Chin, nie myślcie aby nie była zaludnioną. Cesarstwo niebieskie, jakkolwiek rozległe, za nadto jest jeszcze małe na pomieszczenie ludności tłoczącej się w jego obrębie. Kraj ten zaludniony jest bardzo aż do samych granic, dotykających puszczy azjatyckiej.

Wszędzie po polach pracowali robotnicy. Kobiety tatarskie, łatwe do poznania po różowym i niebieskim kolorze odzieży, odpoczywały po robocie. Trzody żółtych baranów, o włosistych ogonach, które Sunowi warkocz jego smutnie przypomniały, pasły się tu owdzie pod grozą czarnego orła. Biada nieostrożnej, co skubiąc trawę oddaliła się w zapomnieniu od gromady. Drapieżne to ptactwo toczy straszliwą wojnę z baranami, jagniętami, młodemi antylopami, a służy nawet do łowów Kirgizom w stepach Azji środkowej.

Oprócz tego chmury dzikiego ptactwa przelatywały ze wszech stron górą. Strzelba miałaby tu ono dość do czynienia, ale prawdziwy myśliwy poglądałby okiem pogardy na owe żelaza, samotrzaski i narzędzia zniszczenia rozmaitego rodzaju, poustawiane po polach pomiędzy zagonami prosa, zboża i kukurydzy.

Kin-Fo z całem swem gronem podróżnem dążyli nieustannie obraną drogą wpośród tumanów żółtej kurzawy. Nie zatrzymywali się ani w cieniu drzew przydrożnych ani w rozrzuconych tu owdzie domkach, ni po wsiach, które z daleka poznać można było po wieżach nagrobnych, stawianych ku czci legendowych bohaterów buddhaizmu. Jechali jeden za drugim, pozostawiając zupełną swobodę wielbłądom, mającym zwyczaj postępowania sznurkiem po sobie, w takt czerwonego dzwonka, regulującego ich kroki, który każdy ma zawieszony na szyi.

Jadąc tak, rzecz naturalna, że rozmawiać ze sobą nie mogli. Przewodnik małomowny z natury, trzymał się ciągle na czele, rozglądając się bacznie po okolicy, trudnej do przejrzenia z powodu tumanów wznoszącej się w około kurzawy. Wszelako nie wahał się nigdy w wyborze kierunku drogi, nawet na drogach rozstajnych, gdzie nie było drogoskazu. Fraj i Kreg nie uczuwali już też wcale nieufności ku niemu i całą swą uwagę zwracali na drogie życie ubezpieczonego w Wieku towarzysza swego. Instynktownie coraz bardziej byli niespokojni im bardziej zbliżali się ku celowi swej podróży. Wszakże każdej chwili mógł się im niespodziewanie pojawić człowiek, co jednem zręcznem pchnięciem sztyletu mógł ich pozbawić dwóch kroć stu tysięcy dolarów.

Kin-Fo był w takiem usposobieniu umysłowem że pamięć przeszłości osłaniała przed nim przyszłość i teraźniejszość. Rozpamiętywał cały przebieg swego żywota w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Niepokoiły go mocno ciągle prześladujące go przeciwieństwa. Od dnia jak agent jego z San Francisco doniósł mu nowinę o mniemanej jego ruinie, czyż nie rozpoczął się dlań okres szczególniejszych niepowodzeń. Azaliż nie równoważyły one owego szczęścia, którego pierwej nieprzerwanie doznawał a ocenić nie umiał? Szereg ów klęsk azaliż zakończy się z odebraniem od Laoszena owego nieszczęsnego listu, jeżeli list ten da się odebrać bez jakiej nowej klęski? Czyliż piękna Leu swemi zabiegi, łagodnością, swą miłą wesołością zdoła zakląć gniew złych duchów, srożących się przeciw niemu? Tak całe pasmo przeszłości przesuwało się przed jego myślą. Zajęty nią był i zaniepokojony. A Wan! Nie mógł mu mieć za złe, że chciał dotrzymać zaprzysiężonego przyrzeczenia, ale Wana mędrca, wieloletniego gościa jamenu szanghajskiego, nie będzie już tam, aby mu udzielał rad i nauk.

– Spadniesz pan… krzyknął w tej chwili przewodnik, na którego wielbłąda naszedł i uderzył wielbłąd Kin-Foa, tak iż ten omal nie spadł zeń bezprzytomny w swem rozmarzeniu.

– Czego stajemy? zapytał Kin-Fo.

– Jest godzina ósma – odrzekł przewodnik – proponuję abyśmy się zatrzymali na obiad.

– A potem?

– A potem ruszymy dalej w drogę.

– Tymczasem noc zapadnie.

– O! nie obawiajcie się panowie. Nie zbłądzimy. Wielki mur jest jeszcze o dwadzieścia ztąd lisów i potrzeba wypocząć wielbłądom.

– Dobrze – odrzekł Kin-Fo.

Przy drodze wznosiły się mury jakiejś opuszczonej budowli. Tuż obok płynął mały potoczek w pięknej dolinie, gdzie wielbłądy swobodnie mogły sobie wypocząć.

Kin-Fo z towarzyszami rozgościł się tedy w owych murach i tam nim noc nadeszła spożyli obiad z apetytem zaostrzonym długą podróżą.

Ale rozmowa jakoś nie szła. Parę razy Kin-Fo zaczynał coś mówić o Laoszenie. Pytał się przewodnika czy zna Taipinga; ale przewodnik odpowiadał półgębkiem, pochyliwszy głowę, jak człowiek nieufający, który się boi wygadać i unika odpowiedzi.

– Bywa on tutaj w tych okolicach? – spytał Kin-Fo.

– Nie – odrzekł przewodnik – ale Taipingowie z bandy jego przychodzą nieraz na tę stronę wielkiego muru, spotkać się z nimi nie życzę nikomu. Oby wielki Buddha strzegł nas od Taipingów!

Po tej odpowiedzi, której doniosłości nie rozumiał sam przewodnik, Kreg i Fraj zmarszczywszy brwi, spojrzeli wzajem na siebie, popatrzyli na swe zegarki i ozwali się w końcu:

– Czemuż nie mielibyśmy tu przeczekać spokojnie do jutra?

– Tu w tych murach – zawołał przewodnik. Nigdy. – Wolę stokroć na czystem polu. Nie tak byłoby przynajmniej łatwo podejść nas niespodziewanie.

– Postanowiliśmy być dziś jeszcze w nocy u stóp wielkiego muru – rzekł Kin-Fo – Chcę tam być i będę.

Powiedział to tonem nieznoszącym oporu. Sun cały zalękniony, nawet nie śmiał uczynić żadnej uwagi.

Było około godziny dziewiątej gdy skończyli jeść. Przewodnik powstał i dał znak odjazdu.

Kin-Fo powstał i poszedł do swego wielbłąda. Kreg i Fraj szli tuż przy nim.

– Panie – spytali – czy postanowiłeś pan nieodwołalnie dotrzeć do Laoszena?

– Nieodwołalnie. Muszę odebrać list mój za jakąkolwiek bądź cenę.

– Jest to zbyt wielkie narażanie się chcieć jechać do obozu Taipinga.

– Nie po to aż tu przyjechałem – odrzekł Kin-Fo – aby się ztąd wrócić daremnie. Panowie możecie czynić co się wam podoba. Możecie wracać, a mnie zostawić samego.

Przewodnik zaświecił tymczasem małą kieszonkową latarkę. Kreg i Fraj zbliżyli się doń i znów popatrzyli na zegarki.

– Roztropniej byłoby zaczekać do jutra – ozwali się nalegając.

– Dla czego? – odrzekł Kin-Fo – Laoszen będzie równie niebezpieczny jutro i pojutrze jak dziś. Dalej – w drogę.

– W drogę – odrzekli Kreg i Fraj.

Przewodnik słyszał całą tę rozmowę. Zawsze ilekroć podczas wypoczynku Kreg i Fraj chcieli odwieść Kin-Foa od zamiaru dalszej podróży, malowała się pewna niespokojność na jego obliczu. Teraz gdy usłyszał że znów zaczynają go namawiać do przenocowania na miejscu, nie był w stanie powściągnąć swej niecierpliwości.

Kin-Fo zauważył to, lecz postanowił nie ustąpić już na włos. Ale zdziwienie jego doszło do najwyższego stopnia gdy przewodnik dopomagając mu wsiąść na wielbłąda, przechylił się doń nieznacznie i szepnął do ucha:

– Nie ufaj pan tym dwom ludziom.

Kin-Fo chciał spytać o wytłómaczenie słów tych, ale przewodnik uczyniwszy znak aby milczał, dał hasło pochodu i mała karawana puściła się w drogę.

Czy Kin-Fo powziął cośkolwiek nieufności do swych stróżów po tej przestrodze? Słowa przewodnika tak niespodziewane i niezrozumiałe, mogłyż naraz zrównoważyć w oczach jego dwa miesiące nieprzerwanych poświęceń, okazanych w służbie przy nim. Nie – zaprawdę. A przecież Kin-Fo rozmyślał nad tem i zapytywał sam siebie dlaczego Kreg i Fraj radzili mu albo odłożyć dalszą podróż do Taipinga, lub wcale ją zaniechać? Czyż nie w tym celu wyjechali tak nagle z Pekinu, aby wyszukać Laoszena? Azaliż nie było to ich właśnie interesem, aby wydobyć napowrót ów głupi i niebezpieczny list? Wszystko to było dosyć trudne do zrozumienia.

Kin-Fo nie okazał po sobie tych uczuć, które nim miotały. Jechał tuż za przewodnikiem. Kreg i Fraj za nim. Jechali tak dobrych dwie godzin.

Musiało już być blisko północy gdy przewodnik zatrzymawszy się, wskazał w oddali dłuższą czarną linję, rysującą się niewyraźnie na tle jasnej nocy. Po za tą linją srebrzyły się szczyty wzgórz, oświetlonych już pierwszemi promieniami wschodzącego księżyca.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 53

– Wielki mur – rzekł przewodnik wskazując.

– Czy możemy przejechać go jeszcze tej nocy? spytał Kin-Fo.

– Możemy, jeżeli pan chcesz koniecznie – odrzekł przewodnik.

– Chcę koniecznie.

Wielbłądy zatrzymały się, a przewodnik rzekł:

– Muszę rozpatrzeć drogę. Proszę tu zaczekać na mnie.

– I to powiedziawszy, oddalił się.

W tej chwili Kreg i Fraj zbliżyli się do Kin-Foa?

– Panie?… rzekł Kreg.

– Panie?… rzekł Fraj.

I obadwa dodali:

– Czy pan byłeś zadowolony z usług naszych od dwóch miesięcy, odkąd szanowny Will. J. Bidulf polecił nam strzedz osoby pańskiej?

– Bardzo.

– Czy nie byłby pan łaskaw podpisać nam tę kartę, poświadczającą żeśmy dobrze i i wiernie panu służyli?

– Kartę? – spytał Kin-Fo, zdziwiony na widok kartki, wydartej z książki notatkowej, którą mu podał Kreg.

– Poświadczenie to – rzekł Kreg – zjedna nam pochwałę naszego przełożonego.

– I zapewne jakieś dodatkowe wynagrodzenie, dodaj Fraj.

– Moje plecy mogą służyć za pulpit – rzekł Kreg, pochylając się.

– A oto atrament – dodał Fraj.

Kin-Fo zaczął się śmiać i podpisał.

– A teraz – rzekł – wytłumaczcie mi panowie, po co ta cała ceremonja w tem tu miejscu i o tej godzinie?

– W tem miejscu – odrzekł Fraj – dla tego że nie mamy zamiaru towarzyszyć panu dalej.

– O tej godzinie, bo za parę minut będzie północ.

– A cóż to was obchodzić może?

– Obchodzi, albowiem za parę chwil, zaczął Kreg.

– Wiek nie będzie już potrzebował troszczyć się o pańskie życie – dokończył Fraj.

– I będziesz pan mógł się zabić.

– Lub kazać się zabić…

– Jak się panu podoba.

Kin-Fo patrzył na nich zdziwiony, nie rozumiejąc dobrze znaczenia słów tych, wypowiedzianych z największą w świecie uprzejmością. W tej chwili wszedł właśnie księżyc i osrebrzył swemi promieniami cały widnokrąg.

– Księżyc… zawołał Fraj.

– A dzisiaj mamy 30. czerwca… zawołał Kreg.

– Wschodzi o samej północy.

– Polica pańska nieodnowiona…

– Nie jesteś pan nadal ubezpieczony w „Wieku.”

– Bywaj zdrów, panie Kin-Fo – rzekł Kreg.

– Bywaj zdrów, panie Kin-Fo – rzekł Fraj.

I obadwa zawróciwszy swe wielbłądy, znikli wnet z oczu, pozostawiając samego Kin-Foa który nie mógł się opamiętać na razie co się stało, i co z sobą ma począć?

Zaledwie że się oddali oba nader praktyczni Amerykanie i umilkł tentent kroków wielbłądzich, banda ludzi, pod dowództwem powracającego przewodnika, otoczyła Kin-Foa, który się chciał bronić i Suna, który chciał uciekać.

W mgnieniu oka zawleczono pana i sługę w podziemia jednego z opuszczonych bastjonów wielkiego muru i zamknięto starannie bramę za nimi.



Rozdział XXII

który tak zwykłym kończy się sposobem, że czytelnik samby go sobie mógł napisać.

Wielki mur – ten parawan chiński, mający czterysta mil długości – zbudowany w trzeciem stuleciu przez cesarza Ti si Chi-Huan-Ti, ciągnie się od zatoki Leao-Ton, aż do Kan-Su, gdzie przybiera rozmiary zwykłego muru. Jest to nieprzerwany szereg podwójnego wału z wieżami i bastjonami, mającemi pięćdziesiąt stóp wysokości, dwadzieścia szerokości, na fundamencie granitowym z cegieł murowanemi, po stromych nieraz górach, równolegle z rosyjsko-chińską granicą.

Od strony cesarstwa niebieskiego mur w dosyć nędznym znajduje się stanie. Od strony mandżurskiej wygląda o wiele lepiej, a rzeźbione jego blanki wspaniały przedstawiają widok kamiennej koronki.

Na całej linji tej fortyfikacyj nie ma wcale ani obrońców, ani dział. Moskal, Tatar, Kirgiz, tak dobrze jak i każdy obywatel niebieskiego cesarstwa, może sobie spokojnie przechodzić tam i sam przez jego bramy. Parawan ten nie zasłania już dzisiaj zachodniej granicy cesarstwa nawet od tej miałkiej kurzawy mongolskich stepów, którą wiatry północy aż do samej nieraz zanoszą stolicy.

Podziemnym korytarzem jednego z tych opuszczonych bastjonów prowadzono nazajutrz Kin-Foa wraz z Sunem, po bardzo źle na wiązce słomy przespanej nocy, pod eskortą dwunastu ludzi, należących widocznie do bandy Laoszena.

Przewodnik już się nie pokazał. Ale niepodobna się było łudzić co do niego. Kin-Fo teraz pojął dopiero, że to nie prosty przypadek mu go nastręczył. Ten nikczemnik widocznie oczekiwał nań. Wahanie się, okazywane w drodze co do dalszej po za mur wielki podróży, było jedynie udanem w tym celu aby uchylić podejrzenia. Łotr ten należał widocznie do bandy Taipinga i działał z jego rozkazu.

Wszelką zresztą wątpliwość pod tym względem usunęła odpowiedź naczelnika eskorty, którego Kin-Fo spytał:

– Zapewne prowadzicie mnie do obozu waszego wodza Laoszena?

– Będziemy tam za godzinę – odrzekł naczelnik eskorty.

Ostatecznie wszakże po cóż tu jechał Kin-Fo? Aby odszukać Leo szena. A więc prowadzono go właśnie tam, dokąd sam dążył. Czy dojdzie do celu dobrowolnie czy przymusem, mniejsza z tem zresztą. Nie było się na co skarżyć. To już rzecz Suna, który dzwonił zębami przez drogę i drżał cały ze strachu.

Kin-Fo ze zwykłą swą zimną krwią zgodził się z losem, dał się obojętnie prowadzić. Będzie mógł nareszcie odkupić list swój od Laoszena. Tego sobie życzył – wszystko zatem szło dobrze.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 54

Wyszedłszy z obrębu wielkiego muru eskorta nie udała się wielkim gościńcem Mongolskim, lecz zwróciła na prawo na małe ścieżki wijące się między górami. Szli tak przez całą godzinę jak można było najspieszniej po tych stromych urwiskach. Kin-Fo i Sun, otoczeni ściśle i strzeżeni nie byliby zdołali uciec z pod straży, i nie myśleli też o tem wcale.

W półtora godziny obaczyli na skręcie drożyny jakiś budynek w połowie zapadły w ruiny.

Była to dawna świątynia bonzów na grzbiecie wzgórza – ciekawy pomnik architektury buddaistów. Ale w tym zapadłym kącie na granicy rosyjsko-chińskiej, w pośród tego pustkowia, jacyż to byli, zapytać można było, ci wierni, co się ośmielili uczęszczać do tej świątyni? Chyba z narażeniem życia musieli zapuszczać się w te wąwozy, gdzie tak łatwo o wszelkiego rodzaju zasadzki.

Jeżeli Taiping Laoszen zamieszkał w tej górzystej części kraju, to wybrał ku temu, przyznać należy, miejsce bardzo właściwe.

Spytawszy się naczelnika eskorty Kin-Fo dowiedział się, że Laoszen istotnie mieszka w tych starych zwaliskach.

– Chcę się z nim widzieć natychmiast – rzekł Kin-Fo.

– Zaraz – odpowiedział naczelnik eskorty.

Kin-Fo i Sun nie mieli broni przy sobie, albowiem tę im odebrano. Bezbronnych wprowadzono do obszernego przedsionka świątyni. Tam zastali ze dwudziestu ludzi uzbrojonych bardzo malowniczo w swem bandyckiem wyglądających ubraniu, których dzikie wejrzenie nie czyniło wcale miłego wrażenia.

Kin-Fo przeszedł śmiałym krokiem pomiędzy szpalerem tych Taipingów. Suna musiano wziąć pod ramiona i prowadzić.

W końcu tego przedsionka znajdowały się w grubym murze wykute schody na dół prowadzące.

Widać z tego było iż pod tym budynkiem znajdowały się krypty podziemne, w które trudno byłoby zapuścić się komuś nieobeznanemu z tym podziemnym labiryntem.

Uszedłszy jakie trzydzieści schodów w dół, szli dalej korytarzem parę set kroków przy mdłym blasku pochodni, niesionych przez ludzi z eskorty, poczem obadwa więźniowie ujrzeli się w obszernej sali, podobnież słabo oświetlonej.

Była to krypta. Grube filary, przyozdobione rzeźbionemi glowami potworów, przedstawiających fantastyczną faunę mitologii chińskiej, dźwigały pochyłe łuki, których żebra zbiegały się w środku ciężkiego sklepienia.

Głuchy szmer dał się słyszeć w tej sali podziemnej w chwili wejścia do niej więźniów.

Sala nie była pusta. Tłum ludzi zapełniał ją aż do najciemniejszych kątów.

Była to cała banda Taipingów, w jakimś podejrzanym zgromadzona celu.

W głębi krypty, na szerokiem kamiennem wyniesieniu, stał człowiek wysokiego wzrostu. Zdawał się przezesem tajnego trybunału. Przy nim stało kilku jego towarzyszów nieruchomie, niby sędziowie, składający trybunał.

Człowiek ów dał znak i wnet rozstąpiły się tłumy, otwierając wolne przejście więźniom.

– Laoszen – rzekł krótko naczelnik eskorty, wskazując stojącego na podwyższeniu człowieka,

Kin-Fo zbliżył się ku niemu i od razu zaczął rzecz swą, jako człowiek wprost do celu dążący.

– Laoszenie! – rzekł – u ciebie jest list mój, przysłany ci przez mego wielotniego przyjaciela Wana. List ten dzisiaj już nie ma żadnego znaczenia i przybyłem do ciebie abyś mi go oddał.

Na te słowa wymówione silnym głosem Taiping stał milczący i nieruchomy, jakby statua bronzowa.

– Co żądasz za zwrócenie mi tego listu? – zapytał znów Kin-Fo.

I czekał na odpowiedź – lecz Laoszen milczał nieprzerwanie.

– Laoszenie! – ozwał się znów Kin-Fo – dam ci do bankiera, do którego sam zechcesz, przekaz płatny natychmiast tam gdzie zechcesz, tak iż ten, którego poszlesz po te pieniądze, nie będzie narażony na żadne niebezpieczeństwo.

Ponury Taiping milczał. Surowe to milczenie nie zapowiadało nic dobrego.

Kin-Fo zaczął znów dobitnym głosem:

– Na jaką sumę chcesz abym ci wystawił przekaz? Ofiaruję ci 5.000 taelów.

Milczenie.

– Dziesięć tysięcy.

Laoszen i towarzysze jego milczeli jak posągi tej ponurej świątyni.

Kin-Fo zaczął się niecierpliwić i gniewem unosić. Taka propozycja warta była przecie odpowiedzi.

– Czy mię nie słyszysz? – spytał zniecierpliwiony Taipinga.

Tym razem Laoszen raczył skłonić głowę, na znak że dobrze rozumie o co chodzi.

– Dwadzieścia tysięcy taelów!… Trzydzieści tysięcy – zawołał Kin-Fo – Dam ci tyle, ile byłbyś dostał od „Wieku” gdybym był zginął. Dwa razy tyle – trzy razy… Mów – Jeszcze ci nie dosyć?

Fin-Fo zniecierpliwiony wreszcie do najwyższego stopnia tem milczeniem, podszedł jeszcze bliżej do milczącej grupy i rzekł założywszy ręce na piersiach:

– Za jaką cenę, powiedz, list mi ten odprzedarz?

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 55

– Za żadną – odrzekł wreszcie Taiping – Obraziłeś Buddę pogardzając życiem, które ci dał i Budda żąda zemsty. Przez śmierć dopiero poznasz wartość życia, którą zapoznawałeś tak długo.

Wymówiwszy to głosem niedopuszczającym odpowiedzi, Laoszen skinął na swych ludzi. Kin-Fo został w mgnieniu oka porwany, związany i wyprowadzony, tak iż o obronie pomyśleć nie był w stanie. W kilka minut potem ujrzał się zamknięty w klatce, podobnej do lektyki, szczelnie zamkniętej.

Sun, biedny Sun, pomimo swych błagań i krzyków, tego samego doznał losu.

– Więc mam zginąć – pomyślał Kin-Fo. – Ha! Dobrze. Kto pogardził życiem, wart umrzeć.

Tymczasem śmierć, jakkolwiek nieunikniona, nie była tak bliską jak mu się zdawało. Ale jak straszne męczarnie przygotował dlań okrutny Taiping, tego nie umiał sobie wyobrazić.

Godzina po godzinie upływała. Kin-Fo czuł że klatkę, w której był zamknięty, zabrano i wieziono. Stukanie wozu po drodze, rżenie koni, szczęk broni towarzyszącej mu eskorty, wszystko to dostatecznie go o tem przekonywało. Wieziono go – ale dokąd? Nie podobna się było od kogokolwiek dowiedzieć, ani się domyśleć.

Po sześciu lub siedmiu godzinach takiej podróży Kin-Fo uczuł że klatka się zatrzymała, że ją gdzieś przeniesiono rękami, poczem zaczęła się łagodnie kołysać.

– A więc jestem na okręcie – pomyślał Kin-Fo.

– Pluskanie fal, szum śruby okrętowej, potwierdzały ten jego domysł.

– Więc śmierć na dnie morza – pomyślał dalej. – Dobrze. Mógł mię na sroższe narazić męki. Dzięki ci Laoszenie!

Upłynęło dwie doby. Codziennie wsuwano do klatki przez mały zamknięty otwór trochę jadła. Przez otwór ten widział więzień tylko rękę, podającą mu jadło, lecz na jego pytania nie odpowiadano wcale.

Ach! Kin-Fo pragnął niegdyś doznać wrażeń przed utratą tego życia, które niebo tak mu pięknem uczyniło. Chciał aby raz przynajmniej przed śmiercią silniej uderzyło mu serce. Obecnie stało się zadość tym życzeniom w daleko nawet wyższym stopniu, niż sobie mógł kiedykolwiek życzyć.

Wszelako kiedyż miał już zginąć? Kin-Fo wolałby zginąć oddychając pełną piersią, na wolnem powietrzu. Przerażała go myśl, że klatka lada chwila może być wrzucona w morze. Zginąć, nie ujrzawszy jeszcze po raz ostatni dnia białego i pięknej Leu, której pamięć całą ogarniała mu duszę – to mu było za ciężko.

Wreszcie po przeciągu czasu, którego nie był w stanie obliczyć naraz ustała ta długa żegluga. Okręt stanął, a Kin-Fo uczuł że klatkę jego znów wzięto na ręce i niesiono.

A więc ostatnia wybiła godzina. Nie pozostawało mu jak modlić się o przebaczenie grzechów.

Niesiono go tak kilka minut – wydały mu się one długiemi jak lata – jak wieki.

W końcu Kin-Fo zdziwił się niezmiernie uczuwszy że klatkę postawiono na ziemi.

Naraz otworzyły się drzwi jego więzienia. Porwano go, zawiązano mu oczy i wyprowadzono, kilka kroków, poczem kazano mu się zatrzymać.

– Jeżeli mam zginąć – zawołał – nie proszę was o życie, z którego nie umiałem pożytecznie skorzystać, lecz pozwólcie mi przynajmniej ginąć swobodnie, z otwartemi oczami, jako człowiekowi nie lękającemu się śmierci.

– Dobrze – odpowiedział głos poważny – Niech się stanie tak, jak sobie życzy skazany.

I naraz zerwano mu z ócz zasłonę.

Kin-Fo potoczył natenczas wzrokiem dokoła…

Był-że li snu igraszką? Przed nim stał stół obficie zastawiony, przy którym siedziało pięciu biesiadników; z wesołem obliczem zdawali się czekać z rozpoczęciem uczty na jego przybycie. Dwa niezajęte miejsca były jakby umyślnie przygotowane dla dwóch przybyć jeszcze mających uczestników biesiady.

– Wyż-to, wy? Moi drodzy przyjaciele! Was że to widzę? – zawołał Kin-Fo z wyrazem, którego określić niepodobna.

Ale nie – to nie złudzenie. To oni. To Wan, filozof. To Ju-Pang, Hual, Pao-Szen, Tim, jego przyjaciele z Kantonu, ciż sami, których przed dwoma miesiącami podobnież podejmowano w restauracji okrętu na rzece pereł – towarzysze jego młodości, przytomni chwili pożegnania kawalerskiego życia.

Kin-Fo nie mógł własnym uwierzyć oczom. Znajdował się u siebie – w jadalnym pokoju swego jamenu w Szanghaju.

– Jeżeli to ty jesteś – zawołał zwracając się Wana – jeżeli to nie twój cień tylko, przemów do mnie…

– Ja to jestem, przyjacielu – odrzekł filozof – Przebaczyż-że staremu swemu nauczycielowi ostatnią nieco surową nauczkę mądrości, którą ci dać musiałem?

– Jakto? Więc to ty… ty?…

– Ja, który na to tylko podjąłem się odebrać ci życie, abyś tego nie poruczył komu innemu. Ja, który wiedziałem pierwej niż ty, że nie straciłeś majątku i że przyjdzie chwila, w której pożałujesz życia. Dawny mój towarzysz, Lao-Szen, który poddał się rządowi i będzie odtąd najsilniejszym filarem cesarstwa niebieskiego, podjął się dopomódz mi w tem, ażeby ci groźbą śmierci dać uczuć wartość życia. Jeżelim cię pozostawił na pastwę strasznych męczarń i jeżeli, co gorsza, chociaż serce moje srodze nad tem bolało, dozwoliłem ci uganiać się po świecie, po nad ludzkie siły prawie, to jedynie dlatego że byłem pewien iż gonisz za własnym szczęściem i że go w końcu znajdziesz po drodze.

Kin-Fo rzucił się na szyję Wanowi, który go serdecznie cisnął do piersi.

– Mój biedny Wan – mówił Kin-Fo wzruszony do głębi duszy – Gdybyż to tylko ja sam cierpiał! Ale ileż tobie nie wyrządziłem przykrości! Do jakiejże ciebie nie zmusiłem gonitwy, i jak się przezemnie skąpać musiałeś pod mostem Palikao?

– O! prawda – odrzekł śmiejący się Wan, zwracając się do grona biesiadników. Ten to nabawił mię i moją mądrość strachu w pięćdziesiątym piątym roku mego życia. Byłem strasznie spocony, a woda była niemiłosiernie zimna. Ale jakoś to poszło. Nigdy się nie biega i nie pływa tak dobrze, jak wtedy gdy to się dla dobra innych czyni.

– Dla innych? – odrzekł Kin-Fo poważnie – Tak jest, należy umieć wszystko czynić dla dobra innych. W tem leży cała tajemnica szczęścia.

W tej chwili wszedł Sun, blady jak po kilkodniowej chorobie morskiej. Nieszczęśliwy sługa musiał odbyć tęż samą podróż co i pan jego z Funinu do Szanghaju – a jak mu była przyjemna – można się było domyśleć z jego powierzchowności za pierwszem wejrzeniem.

Kin-Fo uwolniwszy się z objęć Wana, ściskał po kolei dłoń swoich przyjaciół.

– Tak, to się bardzo dobrze stało – mówił. Dotychczas byłem głupcem…

– A teraz możesz przyjść do rozumu – odrzekł mędrzec.

– Będę się starał, a najpierw trzeba zacząć od tego aby pomyśleć o uporządkowaniu moich interesów. Biega po świecie świstek papieru, co za nadto wiele sprawił mi kłopotów, abym mógł o nim zapomnieć. Co się dzieje z tym przeklętym listem, który ci dałem, mój drogi Wanie? Czy rzeczywiście dałeś go z rąk swych komu innemu? Bardzo bym rad dostać go napowrót, bo gdyby jeszcze się przypadkiem zgubił! Laoszen jeżeli go dotychczas posiada, nie może żadnej przywiązywać wartości do tego świstka, który nie chciałbym żeby w padł w jakie ręce… nieoględne.

To usłyszawszy wszyscy śmiać się zaczęli.

– Przyjaciele moi – rzekł Wan – Kin-Fo skorzystał niezaprzeczenie to w swojem niepowodzeniu że nabrał zamiłowania porządku. Pozbył się dawnej obojętności na wszystko. Stał się człowiekiem porządnym.

– Ale z tem wszystkiem nie dostałem jeszcze napowrót do rąk moich tego głupiego listu. Wyznaję że nie będę spokojny dopóki go nie spalę i nie ujrzę popiołów jego rozsypanych na wszystkie cztery wiatry.

– Chcesz więc koniecznie zwrotu tego listu? spytał Wan.

– Rozumie się. Miałżebyś być tak okrutny abyś go chciał zatrzymać nadal u siebie jako rękojmię że nie popełnię znów dawnego szaleństwa?

– Nie.

– A więc…

– A więc mój drogi, jest przeszkoda, skutkiem której nie może się stać zadość twemu życzeniu, a niestety! przeszkoda ta nie zawisła odemnie. Ani ja, ani Laoszen nie posiadamy już twego listu.

– Nie znajduje się już w waszem ręku?

– Nie.

– Zniszczyliście go?

– Nie, niestety! nie.

– Byliście tak nieroztropni oddać go w inne ręce?

– Tak jest.

– Komuż, komu? – zawołał żywo Kin-Fo zniecierpliwiony do reszty – Tak, komu?

– Komuś, kto chce go oddać tobie własnoręcznie.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 56

W tej chwili piękna Leu, co ukryta za parawanem słyszała całą tę rozmowę, wyszła z ukrycia trzymając ów sławny list koniuszkami swych drobnych paluszków i trzepocząc nim w górze na znak że go nie odda tak łatwo.

Kin-Fo chciał ją uścisnąć.

– O! nie, za pozwoleniem, jeszcze chwilkę cierpliwości – zawołała piękna narzeczona, udając że się znów cofa za parawan – Przedewszystkiem interesa, mój mądry małżonku.

I pokazując mu list, spytała:

– Mój braciszek poznaje swoje pismo?

– Czy je poznaję? A gdzież by się znalazł drugi głupiec co by napisał coś podobnego?

– A zatem przedewszystkiem, tak jak sobie życzyłeś, podrzyj, spal, zniszcz ten list nieroztropny. Niech po dawnym Kin-Fo ani śladu nie pozostanie.

– Dobrze – odrzekł Kin-Fo, przybliżając do świecy lekki papierek. A teraz, moje serce, pozwól mężowi swemu ucałować serdecznie swą małżonkę i prosić ją aby raczyła być gospodynią tej uczty, którą przyznam się, że z wielkim spożywać będę apetytem.

– I my także – zawołali wszyscy goście – Nic tak nie zaostrza apetytu jak dobry humor.

W kilka dni potem skończyła się żałoba dworska. Nasi narzeczeni pobrali się.

I kochają się. – Będą się kochać wiecznie. Opływają w szczęściu i rozkoszach.

Pojedźcie do Chin, a obaczycie sami.


KONIEC.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 02



Przypisy

  1. Dzieło to rozpoczęte w roku 1773 ma się składać ze 160.000 tomów i doprowadzone jest dopiero do 78.832 tomu.
  2. Feniks u Chińczyków godło małżeństwa.
  3. Każdy Chińczyk dożywszy lat ośmdziesięciu ma prawo nosić żółtą suknię. Barwa żółta jest kolorem wyłącznie cesarskim, a pozwolenie jej noszenia oznacza cześć oddaną starości.
  4. Rzeczywiste znaczenie słowa Taiping.
  5. Po. Seyfert i Silas, archiwiści ambasady francuzkiej w Wiedniu, są wynalazcami tego przyrządu, obecnie używanego na wszystkich okrętach wojennych.
  6. Dziesięć mil.
Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.