FANDOM


Rozdział XVII Kłopoty Chińczyka w Chinach
Rozdział XVIII
Juliusz Verne
Rozdział XIX
Uwaga! Tekst wydano w 1880 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

w którym Kreg i Fraj, pobudzeni ciekawością, oglądają ładugę Sam-jepa.

Gdzie jesteśmy kapitanie? – spytał Kin-Fo, gdy już niebezpieczeństwo całkiem przeminęło.

– Nie mogę wiedzieć dokładnie – odrzekł kapitan, którego oblicze przybrało znów zwykły swój uśmiech.

– W zatoce Pe-Cze-Li?

– Być może.

– Czy w zatoce Leao-Tong?

– I to być może.

– A gdzież wylądujemy?

– Gdzie nas wiatr zaniesie.

– A kiedy?

– Nie mogę tego wiedzieć.

– Prawdziwy Chińczyk zawsze wie gdzie jest, odrzekł gniewny Kin-Fo, powtarzając przysłowie bardzo ulubione w Chinach.

– Na lądzie, prawda – odrzekł niezmięszany kapitan – Ale na morzu – nie.

I zaśmiał się od ucha do ucha.

– Nie ma z czego śmiać się, rzekł Kin-Fo.

– Ani czego płakać – odrzekł kapitan.

W samej rzeczy, chociaż położenie nie było zagrażające, kapitan nie mógł wiedzieć gdzie się statek znajduje. Gdy burza nim ciągle wirowała, jakimże sposobem byłby w stanie poznać bez busoli dokąd go wiatry zapędziły? Statek ze zwiniętemi żaglami, nie mogąc być wcale sterowanym, stał się igraszką burzy. Nic dziwnego zatem, że odpowiedzi kapitana były tak niedokładne. Tylko że można było nie podawać ich w tonie tak żartobliwym.

Wszelako ostatecznie, czy statek był zapędzony burzą w zatokę Leao-Tang, czy pchnięty napowrót do zatoki Pe-Tsze-li, zawsze mu należało płynąć ku północnemu zachodowi. Ląd musiał być koniecznie w tamtej stronie. Cała rzecz, jak daleko?

Kapitan byłby tedy kazał rozwinąć żagle i popłynął za słońcem, świecącym jasno na niebie, gdyby był w stanie to uczynić.

Ale uczynić tego nie mógł.

Po burzy nastąpiła cisza – ale tak zupełna, że ani śladu najmniejszego wiatru. Morze bez zmarszczka, falujące tylko o tyle, że kołysało okrętem, nie będąc w stanie popchnąć go naprzód. Statek wznosił się i opadał regularnie, nie poruszając się z miejsca. Po nad wodami wznosiła się ciepła para, a niebo niedawno tak burzliwe w nocy, nie zdawało się teraz zdolne bynajmniej do walki żywiołów.

Była to cisza tak zwana biała, której końca nigdy przewidzieć nie można.

– Piękne rzeczy – pomyślał sobie Kin-Fo. – Po burzy, która wyrzuciła nas na pełne morze – cisza nie dozwalająca nam przybić do lądu.

I zwracając się do kapitana zapytał:

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 43

– Jak długo może potrwać ta cisza?

– W tej porze roku – ha – któż to może wiedzieć? – odrzekł kapitan.

– Kilkanaście godzin czy dni?

– Dni lub tygodni – odrzekł znów kapitan z uśmiechem zupełnego poddania się losowi, który omal do wściekłości nie doprowadził pytającego.

– Tygodni! – zawołał Kin-Fo. Czy myślisz kapitanie, że ja tu mogę tak siedzieć całe tygodnie?

– Trzeba będzie posiedzieć – chyba żebyśmy linami statek ztąd wyciągnęli.

– Bierz djabeł pański statek z tem wszystkiem co na nim się znajduje i ze mną pierwszym, com był tak głupi nająć na nim miejsce.

– Panie! – odrzekł kapitan – Czy nie zechciałbyś pan przyjąć odemnie dwóch dobrych rad?

– Jakich? Proszę.

– Pierwsza pójść spokojnie spać, tak jak i ja zrobię; co będzie bardzo mądrą rzeczą po całej nocy przepędzonej bezsennie na pokładzie.

– A druga? – spytał Kin-Fo, którego spokój kapitana draźnił bardziej jeszcze niż cisza morska.

– Naśladować mych pasażerów spakowanych na dnie okrętu. Ci nie skarżą się na nic i godzą z losem milcząco.

Po tej filozoficznej uwadze, godnej samego Wana, kapitan wszedł do swej kabiny, pozostawiwszy kilku czuwających majtków na pokładzie.

Przez cały kwadrans Kin-Fo chodził po pokładzie tam i napowrót, z rękami założonemi, wybijając palcami takt swej niecierpliwości. Potem rzuciwszy ostatnie wejrzenie na ów smutny bezbrzeżny obszar wodny rozciągający się w około okrętu, wzruszył ramionami i zeszedł także do siebie, nie przemówiwszy ani słowa do Krega i Fraja.

Obaj ajenci stali oparci tuż obok siebie, prowadząc z sobą sympatyczną milczącą rozmowę. Słyszeli o co pytał Kin-Fo kapitana, słyszeli odpowiedzi tegoż, nie odzywając się wcale. Czegoż mieliby się mięszać do rozmowy i czego zwłaszcza oskarżać się na opóźnienie, na które Kin-Fo tak srodze się zżymał.

Wszak co tracili na czasie, zyskiwali na bezpieczeństwie. Gdy Kin-Fo był na statku zupełnie bezpieczny, a Lao-Szen nie mógł go tutaj dosięgnąć, czegoż było im więcej potrzeba?

Zresztą zbliżał się też już i termin, z którego upływem kończyła się ich odpowiedzialność. Jeszcze czterdzieści godzin czasu – a później gdyby cała armja Tajpingów opadła statek eks-klienta Wieku, nie poświęciliby jednego włosa swego w jego obronie. Amerykanie ci bardzo praktycznymi byli ludźmi. Dopóki Kin-Fo wart był 200.000 dolarów, oddani mu byli duszą i ciałem. Ale zupełnie obojętni na to, co się z nim stanie, skoro nie będzie wart ani sapeki.

Kreg i Fraj wyrozumowawszy sobie cały stan rzeczy w powyższy sposób, zjedli z dobrym apetytem śniadanie. Jedzenie było wyborne. Zjedli z jednego półmiska, z jednego talerza, zupełnie równą ilość kęsów chleba i kawałków zimnego mięsiwa. Wypili jeden jak drugi tyleż kieliszków wybornego wina Szao-Szyńskiego za zdrowie szanownego Will. J. Bidulfa. Wypalili obadwa po pół tuzina jednakowych cygar i dowiedli znów po raz nie wiedzieć już który, że można być „braćmi Sjamskimi” z przyzwyczajeń i gustów, nie będąc nimi z urodzenia.

Dzielne jankesy, którym się zdawało że już są u końca swych kłopotów.

Dzień minął bez przygody, bez wypadku, a ciągle taż sama cisza w atmosferze, toż samo pogodne niebo w górze. Nic nie zapowiadało jakiejkolwiek zmiany meteorologicznej. Całe morze było tak ciche, jakby spokojne wody jeziora.

Około godziny czwartej po południu Sun pokazał się na pokładzie, zataczający się, chwiejny, podobny do człowieka pijanego, chociaż nigdy w życiu swojem nie pił tak mało, jak ostatniemi właśnie dniami.

Stawszy się z razu fioletową, następnie czerwonawą, potem niebieską, w końcu zieloną, twarz jego przybrała obecnie już kolor żółtawy, a po wstąpieniu na ląd, wróciwszy do zwykłej swej barwy pomarańczowej, gdy jeszcze spłonie czerwonym rumieńcem gniewu, przejdzie tym sposobem koleją właściwą całą gamę kolorów widma słonecznego.

Sun przywlókł się zwolna z głową pochyloną i oczami na wpół zmróżonemi, bojąc się spojrzeć po za okręt.

– Przybiliśmy już do lądu? spytał.

– Nie – odpowiedział Fraj.

– Przybijemy wnet?

– Nie – odpowiedział Kreg.

– Ajajaj!

I w rozpaczy nie będąc w stanie słowa więcej wymówić, rozciągnął się Sun u stóp wielkiego masztu, w konwulsyjnych drganiach, śród których króciutki jego warkocz kiwał się na różne strony, jak ogonek małego pieska.

Tymczasem z rozkazu kapitana otworzono otwory pomostu, aby przewietrzyć spód okrętu. Przezorność to znamionująca wytrawnego marynarza. Słońce wysuszy tym sposobem wnet wnętrze okrętu, zamoczonego podczas burzy.

Kreg i Fraj przechadzając się na pokładzie, zatrzymali się parę razy u wnijścia pod pomost. Ciekawość pociągnęła ich aby obaczyć skład trumien. Spuścili się więc po drabinie, która tam prowadziła.

Słońce szerokim pasem oświetlało wnętrze okrętu. Sam spód jednakże był pogrążony w ciemności, z którą wzrok obu wnet się oswoił, tak iż byli w stanie dobrze widzieć całą ładugę Samjepa.

Spód okrętu nie był, jak to się dzieje zazwyczaj na statkach kupieckich, przedzielony ściankami poprzecznemi. Cała przestrzeń była tedy przeznaczona na ładugę jakąkolwiek, albowiem majtkowie mieli dla siebie dość miejsca do pomieszczenia się pod pokładem okrętu.

Po obu bokach, jakby wewnątrz czysto umiecionego grobowca, ułożone stosami były owe sześćdziesiąt pięć trumien, przeznaczonych do Fu Ninu. Silnie przymocowane nie mogły się ruszyć z miejsca nawet podczas największej burzy, i przyprawić statek o jakiekolwiek niebezpieczeństwo.

Ścieżka pozostawiona pomiędzy obu rzędami trumien, pozostawiała wolne przejście z jednego końca do drugiego, częścią oświetlone dochodzącem tu słońcem, częścią pogrążone w ciemności.

Kreg i Fraj, milcząc jakby się znajdowali we wnętrzu grobowca, postępowali z cicha tą ścieżką, ciekawie rozglądając się w około.

Były tam trumny najrozmaitszego kształtu, i wszelkich rozmiarów – jedne bogate – drugie ubogie. Z tych wychodźców, których konieczność zarobienia na swe życie wygnała w dalekie strony po za wody oceanu Spokojnego, jedni zrobili majątek w Kalifornji, w kopalniach Newady lub Colorado – lecz takich mało było, niestety! Inni wracali tak ubodzy jak wyszli. Ale wszyscy, zrównani palcem śmierci, wracali do ojczyzny. Z dziesięć trumien było z kosztownego drzewa, zdobnych całym przepychem chińskiej fantazji; reszta zbita po prostu z czterech desek i pomalowana na żółto. Bogata czy uboga każda trumna miała na sobie napisane nazwisko. Kreg i Fraj czytali przechodząc: Lien Fu z Jun Pinfu, Nan Lu z Funinu, Szen Kin z Lin Kin, Luan z Ku li Koa itd. itd. Nie mogła zajść żadna omyłka. Każdy nieboszczyk z napisem miał być odesłany według adresu, i tam śród pól i ogrodów, pod gołem niebem oczekiwanie chwili pogrzebu ostatecznego.

– Porządny skład, rzekł Fraj.

– I dobre opakowanie, dodał Kreg.

Nie inaczej byliby się wyrazili o jakim składzie modnych towarów, lub dokach okrętowych w San-Francisco lub Nowym Jorku.

Kreg i Fraj doszedłszy do końca, w miejsce najciemniejsze, zwrócili się i zatrzymawszy patrzyli wzdłuż przebytej ścieżki, podobnej do alei cmentarnej.

Nasyciwszy się tym widokiem, zabierali się już wracać na pokład gdy lekki szelest zwrócił ich uwagę.

– Szczury, szepnął Kreg.

– Szczury, szepnął Fraj.

Nie miały się tu czem bardzo pożywić. Proso, ryż lub kukurydza lepiej by im smakowały.

Szmer tymczasem nie ustawał. A słychać go było z góry, z prawego boku okrętu, z wyższego rzędu trumien. Było to albo gryzienie albo drapanie pazurami lub paznogciami.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 44

– Tsss! Tsss! – zasyczeli razem Kreg i Fraj.

Ale szmer nie ustawał.

Kreg i Fraj podeszli z cicha bliżej i słuchali z wstrzymanym w piersi oddechem.

– Miałżeby się tu w której trumnie znajdować Chińczyk, zabrany z Ameryki w letargu? – rzekł Kreg zdumiony.

– Któryby się zbudził po pięciotygodniowej podróży morskiej? – dodał niemniej zdziwiony Fraj.

Przyłożyli obadwaj rękę do podejrzanej trumny i przekonali się że się w niej coś rusza.

– Sto djabłów! rzekł Kreg.

– Sto djabłów! rzekł Fraj.

Jednej chwili, rzecz naturalna, taż sama myśl zabłysła obu, że Kin Fowi może tu grozić niebezpieczeństwo.

Naraz usuwając ręce z trumny poczuli że wieko jej zaczyna się podnosić ostrożnie.

Kreg i Fraj, ludzie, których nic w świecie nie mogło zastraszyć, stali nieporuszeni, a gdy w ciemnościach tych nic widzieć nie mogli, słuchali niespokojnie co dalej będzie.

– Czy to ty, Kuo? – zapytał z trumny głos nadzwyczaj ostrożny.

Równocześnie prawie podniosło się wieko drugiej trumny i dał się z niej słyszeć głos drugi:

– Czy to ty, Fa Kien?

– A następnie wszczęła się następująca szybka rozmowa:

– Czy to już tej nocy?

– Tak jest – dziś.

– Przed wschodem księżyca?

– O drugiej porze.

– A nasi towarzysze?

– Już zawiadomieni.

– Trzydzieści sześć godzin wyleżeć się w trumnie – mam już tego dosyć.

– I ja także.

– Cóż począć? Lao Szen tak kazał.

– Cicho.

Usłyszawszy wymówione imię sławnego Tajpinga, Kreg i Fraj, pomimo całego panowania nad sobą, nie mogli powstrzymać lekkiego poruszenia.

Nagle wieka trumien zapadły napowrót. Zapanowała głucha w około cisza.

Fraj i Kreg pełzając na kolanach dotarli do otworu pomostu i wrócili na pokład, a ujrzawszy się w miejscu, gdzie ich nikt nie mógł usłyszeć

– Umarli, którzy mówią… rzekł Kreg.

– Nie są umarłymi – skończył Fraj.

Jedno nazwisko objaśniło im całą zagadkę – nazwisko Lao szena.

Tak więc spółtowarzysze tego straszliwego Tajpinga wkradli się na okręt. Możnaż było wątpić, że to się stało z wiedzą i za pomocą kapitana Ina, jego majtków i ludzi co przenosili trumny w porcie Takuańskim? Nie. Po przeniesieniu ze statku amerykańskiego, który je przywiózł z San Francisco, stały trumny te w dokach portowych przez dwa dni i dwie nocy. Dziesięciu, dwudziestu, więcej może tych rabusiów z bandy Lao szena, odbiło trumny, wyrzuciło znajdujące się w nich zwłoki, aby ich miejsce zająć. Ale aby to uczynić z rozkazu swego herszta musieli przecie wiedzieć że na pokład Samjepa wsiądzie Kin Fo. A zkądże mogli się o tem dowiedzieć?

Było to zagadką, na której zresztą rozwiązaniu nie wiele już w tej chwili zależało.

To tylko nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że ludzie najgorszego rzędu znajdowali się na statku, od chwili odbicia od lądu w zatoce Takuańskiej, że jeden z nich wymówił nazwisko Lao-szena, że Kin-Fo znajdował się w niebezpieczeństwie utraty życia lada chwila.

Tej właśnie nocy, z 28. na 29. czerwca miał stracić Wiek 200,000 dolarów. Zaś gdyby w pięćdziesiąt cztery godzin później zginął Kin-Fo, śmierć jego nie naraziłaby na żadną stratę Towarzystwa – albowiem nieodnowiona jego polica gasła w tym czasie.

Trzeba było chyba nie znać Krega i Fraja, aby myśleć że stracą głowę śród tak groźnych okoliczności. Obmyśleli natychmiast co czynić. Trzeba było aby Kin-Fo skłonił się opuścić okręt przed nadejściem drugiej pory i uciec z nim razem.

Ale jak tu uciec? Opanować jedyne czółno okrętowe? Niepodobna. Był to ciężki piróg; aby go spuścić na morze potrzeba było rąk całej załogi okrętowej. Kapitan In, i jego współwinowajcy nie zgodziliby się na to. A zatem trzeba było czynić inaczej, chociażby na jak największe przyszło się narazić niebezpieczeństwo.

Była już siódma godzina wieczór. Kapitan zamknięty w swej kabinie, nie pokazał się jeszcze. Widocznie czekał umówionej z ludźmi Lao-Szena godziny.

– Nie ma ani chwili czasu do stracenia – rzekli razem obadwa, Kreg i Fraj.

Tak – nie było ani chwili do stracenia. Znajdowali się jakby na podłożonej minie, do której lont przyłożono.

Okręt był pozostawiony samemu sobie. Jeden majtek spał na pokładzie.

Kreg i Fraj weszli na tył okrętu, gdzie był Kin-Fo.

Spał właśnie.

Zbudzili go.

– Czego chcecie? spytał.

W kilku słowach opowiedzieli mu rzecz całą. Nie stracił odwagi, ani zimnej krwi.

– Wrzućmy do morza tych udanych nieboszczyków – zawołał.

– Pomysł dobry, ale wcale niewykonalny, zważywszy że kapitan okrętu musi być także w porozumieniu z nieboszczykami.

– A więc cóż począć? spytał.

– Zawdziać to na siebie – odpowiedzieli razem Fraj i Kreg.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 45

I to mówiąc otworzyli skrzynię, wziętą na pokład w Tong Tszeu, z której wydobyli ów cudowny przyrząd do pływania kapitana Boytona.

W skrzyni znajdowały się jeszcze trzy takie przyrządy ze wszystkiem co do nich należało.

– Dobrze – odrzekł Kin-Fo. – Zawołajcie Suna.

Za chwilkę potem Fraj przyprowadził Suna, całkiem oszołomionego. Musieli go ubrać. Nie opierał się, nie rozumiejąc co się z nim dzieje, i tylko od czasu do czasu jęczał Ajajaj! że się dusza krajała.

O ósmej godzinie Kin-Fo i jego towarzysze byli gotowi. Wyglądali jak cztery cielęta morskie z lodowatego morza, gotujące się dać nurka – pod wodę. Przyznać wszakże trzeba że widząc Suna, złegoby się nabrało wyobrażenia o nadzwyczajnej zwinności tych morskich stworzeń, tak wyglądał niezgrabnie i obwiśle w Boytońskim ubiorze.

Już na wschodzie noc zapadała. Statek kołysał się w miejscu, w pośród zupełnej ciszy, na spokojnej wód powierzchni.

Kreg i Fraj pchnęli okiennicę od strzelnicy, znajdującą się pod pokładem w tyle okrętu. Suna wzięto bez ceremonji i wyrzucono w wodę przez otwór strzelnicy. Kin-Fo skoczył następnie. Kreg i Fraj, zabrawszy z sobą wszystkie potrzebne przyrządy, wskoczyli za nim.

Nikt na statku się nie domyślał że pasażerowie go porzucili.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.