FANDOM


Rozdział XVI Kłopoty Chińczyka w Chinach
Rozdział XVII
Juliusz Verne
Rozdział XVIII
Uwaga! Tekst wydano w 1880 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

w którym Kin-Fo znajduje się znów w niebezpieczeństwie.

Przed ośmiu dniami pewien statek angielski zawinął do portu Takuańskiego. Wynajęty przez szóstą kompanję chińsko-kalifornieńską, wiózł ładugę ajencji Fouk-Ting-Tong, mającej swą siedzibę na smętarzu Laurel-Hill w San Francisco.

Tam to synowie państwa niebieskiego, schodzący ze świata w Ameryce, oczekują dnia powrotu do ojczyzny, wierni przepisom swej religji, która im nakazuje grzebać się w ziemi rodzinnej.

Okręt ten, płynący do Kantonu, wiózł z piśmiennem upoważnieniem ajencji transport z dwiestupięćdziesięciu trumien złożony, z których siedmdziesiątpięć miał wyładować w Taku, zkąd miały być wysłane do prowincyj północnych.

Przeniesienie tej części ładugi ze statku amerykańskiego na chiński odbyło się dnia 27. czerwca z rana i tegoż samego dnia tenże miał odpłynąć do Fu-Ning.

Na tym to okręcie miał odbyć zamierzoną podróż Kin-Fo wraz ze swymi towarzyszami. Nie byłby zaiste tego uczynił, gdyby wybór statku był mu pozostawiony do woli. Ale gdy żaden inny nie odpływał do zatoki Leo-Tong, musieli wsiąść na pokład niniejszego. Chodziło zresztą tylko o dwa lub trzy dni drogi, co najwięcej, bardzo łatwej do przebycia w tej porze.

Sam Jep była to łódź morska mogąca unieść około trzystu beczek ładugi.

Tysiące takich pływa po rzekach niebieskiego cesarstwa, niemających więcej nad sześć stóp głębokości. Za nadto szerokie w stosunku do swej długości, płyną źle, ale w miejscu kręcą się jak fryga, co im daje wyższość nad statkami kształtniejszemi. Mają ogromny ster podziurawiony wedle systemu bardzo używanego w Chinach, acz wartość jego jest bardzo wątpliwą. Z tem wszystkiem ogromne te statki chętnie krążą po morskich wybrzeżach. Mówią nawet że jeden z takich statków, najęty przez pewien dom kupiecki w Kantonie, pod kierownictwem kapitana amerykańskiego, przywiózł do San Francisko ładugę herbaty i porcelany. Rzecz tedy dowiedziona że łodzie te są w stanie wytrzymywać podróże morskie, a wszyscy znawcy zgadzają się na to, że Chińczycy są wybornymi marynarzami.

Sam Jep, nowszej konstrukcji, prawie równy wzdłuż całej swej długości, przypominał swym kształtem pudła statków europejskich. Niezbijany gwoździami ni kołkami, sporządzony był z bambusowego drzewa, kitowanego kłakami i smołą kambodżową, tak doskonale, że nie potrzebował nawet pompy do wyczerpywania wody, i nie posiadał jej wcale. Był tak lekki, że przesuwał się po wód powierzchni jakby kawał korka, kotwicę miał z drzewa bardzo twardego, żagle i liny z palmowego włókna, szczególniejszej giętkości, które stojąc na pokładzie można było zwijać i rozwijać na kształt wachlarza, dwa maszty, słowem doskonale był zrobiony i zaopatrzony we wszystkie stosowne potrzeby.

Zaiste nikt z powierzchowności nie byłby się mógł domyśleć, że tym razem statek był olbrzymim karawanem.

Miejsce pak z herbatą, z bławatnemi materjami, z pachnidłami chińskiemi, zastąpiła wiadoma ładuga. Ale statek pomimo tego nie stracił jasnych barw swoich. Z przodu i z tyłu powiewały na nim flagi wielokolorowe. Na przodzie roztwierało się wielkie płomieniste oko, które nadawało mu podobieństwo do jakiegoś olbrzymiego morskiego potworu. Na szczycie masztów powiewał jaskrawo przejrzysty pawilon chiński. Dwa moździerze wyszczerzały ku słońcu swe paszcze błyszczące. Pożyteczne to rzeczy na morzach rojących się korsarzami. Całość okrętu przedstawiała się przyjemnie oku, wesoło, strojnie. Ostatecznie czyż to nie do ojczyzny wiózł Samjep powracających tułaczów? Nieboszczyków, to prawda – ale zawsze do ojczyzny.

Ni Kin-Fo, ni Sun, nie czuli najmniejszego wstrętu do podróżowania takim statkiem, jako prawdziwi Chińczycy. Kreg i Fraj, podobnie jak wszyscy Amerykanie, woleliby zapewne byli wsiąść na okręt kupiecki, niżeli płynąć pospołu z takim ładunkiem. Ale inny okręt się nie nadarzał. Nie było zatem wyboru.

Kapitan i sześciu ludzi, składali załogę statku, dostateczną do kierowania nim. Mówią, że bussolę wynaleźli Chińczycy. Być może, ale tutaj nie używają jej nigdy i płyną na chybił trafił, jak się komu zdaje. Tak też czynił kapitan Samjepa In, który zresztą miał się ciągle trzymać brzegów zatoki.

Ów kapitan In, człowieczek maleńki, uśmiechnięty, ruchliwy i rozmowny, był żywem uosobieniem wiecznego ruchadła. Nie mógł jednej chwili wytrzymać na jednem miejscu. Gestykulował nieustannie. Rękami, oczami, twarzą, mówił więcej jeszcze niż językiem, który swoją drogą nigdy nie próżnował. Majtków nieustannie potrącał, pytał, łajał; ale ostatecznie był doskonałym marynarzem, znał wybornie tutejsze wybrzeża i kierował swym statkiem tak zręcznie, jakby go trzymał w swej dłoni. A że Kin-Fo dobrze zapłacił za przewóz siebie i swych towarzyszy, nie zepsuło to bynajmniej humoru kapitana. Podróżni płacący 150 taelów, około 1200 franków za sześćdziesiąt godzin podróży, to wyborna gratyska, zwłaszcza gdyby się nie okazali bardziej wymagający co do pożywienia i wygód, jak ich towarzysze zapakowani na spodzie statku.

Kin-Fo, Kreg i Fraj mieścili się jak mogli z tyłu statku, Sun na przodzie.

Kreg i Fraj w podejrzliwości swojej przypatrzyli się jak najdokładniej kapitanowi i majtkom. Nie znaleźli nic podejrzanego w ich powierzchowności. Niepodobna było przypuszczać, aby byli w zmowie z Laoszenem, bo przypadek jedynie zrządził, że na ten a nie na inny wsiedli statek, a zkądże mógł zaciekły Taiping przewidzieć z góry zrządzenie przypadku? Podróż morska, wyjąwszy niebezpieczeństwa samejże podróży, zwalniała ich tedy na parę dni z niespokojności i nieustannego czuwania. Kin-Fo miał tedy odtąd więcej swobody sobie pozostawionej.

Nie gniewał się też wcale o to. Zamknął się w swej kabinie i rozmyślał do woli. Biedny człowiek, nie umiał ocenić swego szczęścia, ani zrozumieć ile było warte życie bez kłopotów w Szanghajskim jamenie, i jak go sobie można było pracą uprzyjemnić! O! gdyby mógł dostać napowrót ów list niebaczny, przekonanoby się czy nauka poskutkowała, czy szalony głupiec przyszedł do rozumu!

Ale czy list ten zdoła odebrać. Czemużby nie, koro gotów zań zapłacić sumę żądaną. Lao-Szenowi w tej całej sprawie nie mogło chodzić o nic więcej jak tylko o pieniądze. Z tem wszystkiem potrzeba go było uprzedzić, aby nie dać się podejść przez niego. W tem cała ogromna trudność. Lao-Szen pewno wie o każdym jego kroku; Kin-Fo zaś przeciwnie nie wiedział nic a nic o Lao-szenie. Wynikało ztąd bardzo groźne niebezpieczeństwo z chwilą wylądowania na ziemię po której dawny Tajping dziś gospodarzył. Wszystko tedy zależało od tego aby go uprzedzić. Rzecz oczywista. Lao-Szen będzie wolał wziąć 50.000 dolarów z rąk żyjącego Kin-Fo, niżeli 50.000 dolarów po nieżywym. Oszczędziłoby mu to podróży do Szanghaju, i sprawy z biurem ajencji Wieku, co mogłoby być nie bardzo dlań bezpieczną rzeczą, przy największej nawet dlań pobłażliwości rządu.

Tak sobie myślał przeobrażony Kin-Fo, a nie można wątpić że piękna młoda wdówka z Pekinu odgrywała też niemałą rolę w jego marzeniach o przyszłości.

A podczas tego o czemże myślał Sun?

Sun nic wcale nie myślał. Sun leżał rozciągnięty na dnie statku, spełniając haracz złośliwym bóstwom mórz. A gdy od czasu do czasu był w stanie na chwilkę zebrać myśli, natenczas przeklinał na czem świat stoi i swego pana i filozofa Wana i rozbójnika Lao-Szena? Nic nie czuł, nie wiedział. Ajajaj! nie widział i nie słyszał. Nie myślał ani o herbacie, ani o ryżu. Ajajaj! Cóż to za nieszczęście się go przyczepiło że poszedł w służbę do człowieka puszczającego się na morze. Oddałby już chętnie resztkę mizernego swego warkocza, byle się ztamtąd jakim cudem wydostać. Wolałby już zgolić sobie całą głowę – zostać bonzą – żółtym psem Ajajaj!

Tymczasem Samjep pędzony łagodnym wiatrem południowym, posuwał się szybko wzdłuż płaskich wybrzeży, minął Peh Tang przy ujściu rzeki tegoż nazwiska, niedaleko od tego miejsca, gdzie niegdyś wylądowały armje europejskie, następnie minął Szan Tung, Tsziangho, u ujścia Tau i Hai We Tse.

Ta część zatoki zaczynała być pustą. Ruch statków dosyć wielki u ujścia Peiho, zmniejszył się znacznie o dwadzieścia mil ztamtąd. Parę kupieckich statków, tuzin łodzi rybackich, krążących po rybnej zatoce, w pobliżu brzegów porozpinano sieci na tuńczyki, zresztą rozległa pustka jak oko zasięgnie, oto jaki się widok przedstawiał podróżnym.

Kreg i Fraj zauważyli że łodzie rybackie, te nawet, które nie były większe jak na pięć do sześciu beczek ciężaru, uzbrojone były jedną lub dwiema armatkami.

Gdy zwrócili na to uwagę kapitana Ina, tenże odpowiedział im zacierając sobie ręce:

– To dla odstraszenia korsarzy.

– Alboż korsarze tu w tej części zatoki są? – zawołał zdziwiony Kreg.

– A czemużby nie? – odrzekł kapitan. Tu tak dobrze jak wszędzie. Tych śmiałków nie braknie na morzach Chińskich.

I kapitan śmiał się przy tych słowach serdecznie, pokazując podwójny rząd świecących zębów.

– Zdaje się kapitanie, że się ich nie bardzo lękasz – rzekł Fraj.

– Alboż nie mam moich dwóch dział? – odrzekł kapitan z dumą – moich zuchów, co umieją głośno zagadać, gdy im kto za blisko zajrzy w oczy.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 41

– Czy nabite? zapytał Kreg.

– Zazwyczaj.

– A teraz?

– Nie.

– A to czemu?

– Bo nie mam prochu na statku – odrzekł kapitan spokojnie.

– Kiedy tak, po cóż są armaty? – spytali Kreg i Fraj, nie bardzo zadowoleni z poprzedniej odpowiedzi.

– Po co? – zawołał kapitan – Aby bronić ładugi, jeżeli tego warta – jeżeli statek naładowany po brzegi herbatą lub opiumem. Ale teraz – z taką ładugą…

– A jakże – spytał Kreg – mogą wiedzieć korsarze czy statek twój kapitanie wart aby go zabrać lub nie?

– A! panowie jak widzę obawiacie się wizyty tych miłych gości! – zawołał śmiejąc się kapitan, okręciwszy młynka i wzruszywszy ramionami.

– No, pewnie – odrzekł Fraj.

– Czy też panowie nie macie przypadkiem także ładuneczku jakich towarów ze sobą?

– Nie – odrzekł Kreg – Ale mamy szczególniejsze nasze powody aby nie życzyć sobie tej wizyty.

– No, nie bójcież się – odrzekł kapitan – Jeżeli korsarze nas spotkają, to dadzą nam spokój.

– A dlaczego?

– Bo skoro nas ujrzą, będą z góry już wiedzieli jaką ładugę wieziemy.

I mówiąc to kapitan wskazał biały pawilon na najmniejszym maszcie, lekko wiatrem poruszany.

– Biała flaga, zwinięta na znak żałoby. Dzielni ci ludzie nie traciliby czasu na rabowanie trumien.

– Mogą mniemać że pawilon żałobny wywiesiłeś pan umyślnie z przezorności, i zechcą przyjść na pokład przekonać się.

– To im pokażemy co mamy – odrzekł wesoło kapitan – i pójdą sobie jak przyszli.

Kreg i Fraj nic już nie odpowiedzieli, ale nie podzielali spokojności kapitana. Pojmanie statku o trzystu beczkach, chociażby tylko z samym balastem, było samo już przez się zanadto ryzykownym kąskiem, aby nim pogardzić mieli „dzielni ci ludzie,” jak ich kapitan nazwał. Ale cóż było począć innego, jak wyczekiwać końca podróży i pocieszać się nadzieją że się nic złego nie stanie.

Zresztą kapitan nie zaniedbał niczego aby statek zabezpieczyć. W chwili podniesienia kotwicy, puszczając się na morze, zabito koguta na ofiarę bóstwom morskim. Na maszcie wisiały dotychczas jeszcze pióra tej biednej ofiary. Parę kropli krwi koguciej, wysączonej na pokład, mały kubek wina, wrzucony do morza, dopełniły błagalnej ofiary. Czegoż więc mógł się jeszcze obawiać statek, pod kierownictwem dzielnego kapitana Ina?

Zdaje się wszelako, że wszystko to nie zadowoliło jeszcze bóstw grymaśnych. Czy że kogut był za chudy, czy że wino nie pochodziło z najlepszych winnic Szao-Szyńskich, dość że powstał gwałtowny orkan i uderzył okrętem. Nic go nie zapowiadało tegoż dnia. Pogoda zdawała się ustalona – dzień był piękny, jasny, chłodzony łagodnym powiewem. Najdoświadczeńszy marynarz nie byłby był w stanie przewidzieć co nastąpi.

Około godziny ósmej wieczorem Samjep zabierał się opłynąć przylądek, ciągnący się ku północno wschodniej stronie, poczem pozostawała mu już tylko bardzo łatwa żegluga wprost na pełnych wodach zatoki. Spodziewał się tedy kapitan In, nie obliczając przesadnie sił swego statku, że we dwadzieścia cztery godzin przybije do lądu w Fu Ning.

Kin-Fo wyglądał chwili przybicia do lądu dosyć niecierpliwie. Ale niecierpliwość Suna dochodziła do wściekłości. Co do Krega i Fraja, ci to jedno tylko mieli na rozwadze, że jeżeli do trzech dni Kin-Fo zdoła się wydostać z rąk Lao-Szena ów list fatalny, to wówczas też właśnie i Wiek przestanie się nim zajmować, bo polica jego była opłacona tylko do dnia 30. czerwca, gdyż złożył tylko pierwszą na jej rachunek wkładkę dwumiesięczną na ręce szanownego Wil. J. Bidulfa. A zatem.

– All… zaczął Fraj.

– Right… zakończył Kreg.

Nad wieczorem gdy statek wpływał na wody zatoki Leo Tang, zerwał się nagły wiatr północno-wschodni, poczem zmieniwszy się na północny, we dwie godzin dął z północnego zachodu.

Gdyby kapitan In miał był barometr na pokładzie, byłby widział, że kolumna rtęci spadła nagle o cztery do pięciu milimetrów. Ten nagły spadek barometru zapowiadał zbliżanie się trąby morskiej, której wir dawał się już uczuć atmosferze. Z drugiej strony gdyby kapitan In znał był spostrzeżenia Anglika Raddingtona i Amerykanina Maurego, byłby starał się zwrócić bieg statku i nadać mu północno-wschodni kierunek, aby wymknąć się w strefę mniej niebezpieczną z koła atrakcyjnego trąby morskiej.

Ale kapitan In nie używał nigdy barometru – nieznane mu były prawidła rządzące wirami trąb morskich. A zresztą, czyż nie ofiarował bogom koguta, a ofiara ta czyliż go nie zabezpieczała dostatecznie od klęsk wszelakich?

Z tem wszystkiem dobry był z niego marynarz, czego dowiódł w tej właśnie przygodzie. Instynktem wiedziony kierował statkiem tak jakby jaki marynarz europejski.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 42

Nadchodząca trąba morska była bardzo maleńka, skutkiem czego niezmiernie szybko wirująca przelatywała przeszło sto kilometrów na godzinę. Kapitan In skierował zatem swój statek na wschód, bardzo konieckońców szczęśliwie, gdyż tym sposobem statek oddalał się od wybrzeża, gdzie niemógłby był nigdzie schronić się i byłby musiał niechybnie zginąć.

O godzinie jedenastej w nocy burza doszła do najwyższej swej potęgi. Kapitan In, przy dzielnej pomocy swych majtków, kierował statkiem jak wytrawny marynarz. Już się nie śmiał, ale dawał rozkazy z całą uwagą i zimną krwią. Z ręką u steru kierował lekkim statkiem, prześlizgającym po falach.

Kin-Fo wyszedł na przód okrętu. Uczepiwszy się lin okrętowych, patrzył w niebo okryte czarnemi błędnemi chmurami, w różne strony pędzonemi, burzą, miotającą wód bałwanami. Patrzył na morze, bielejące śród ciemnej nocy, którego fale burza do niezwykłej podnosiła wysokości. Nie dziwił się i nie lękał niczego. Należało to także do tych wzruszeń, których tyle ostatniemi czasy doznał z ręki przeciwnych mu losów. Podróż sześćdziesięciogodzinna na spokojnem morzu, bez burzy, w lecie, to dobrze dla szczęśliwych – ale on już nie był szczęśliwym.

Przeciwnie Kreg i Fraj wielce byli zaniepokojeni grożącem mu niebezpieczeństwem. Życie swe własne cenili głównie wartością życia swego klienta. Gdyby zginęli z nim razem, cóżby ich mógł wtenczas już obchodzić Wiek i jego pieniądze. Ale sumienni ci ludzie nie pamiętali o sobie, tylko o swym obowiązku. Zginąć – dobrze! Kin-Fo zginie także – zgoda – ale po północy 30. czerwca. Uratować krocie dolarów, oto czego chcieli, o czym jedynie myśleli obadwa.

Co do Suna, ten był pewien że statek zatonie; a zresztą wszystko mu to już było jedno od chwili gdy mu się zaczęła dawać we znaki ta przeklęta podróż morska. Ajajaj! Nie było zaiste czego żałować tamtych pasażerów, upakowanych na dnie okrętu. Ci już nie czuli tłuczenia się okrętu na wszystkie strony. Ajajaj! Biedny Sun, nie był tylko całkiem pewny czy na ich miejscu nie doznałby przecież choroby morskiej? Ajajaj!

Przez trzy godziny statek znajdował się w wielkiem niebezpieczeństwie. Najmniejszy ruch mylny byłby go zgubił. Woda mogła go zalać każdej chwili. O tem aby go utrzymać w pewnym dowolnym kierunku w pośród tłukących nań zewsząd bałwanów, myśleć było niepodobna, ani też obliczyć ile drogi ubiegł i gdzie się znajduje?

Tymczasem szczęśliwym wypadkiem dostał się Samjep, nie będąc bardzo uszkodzony, w strefę zaciszną, zajmującą przestrzeń około stu kilometrów. Tutaj na dwie lub trzy mile w około morze było spokojne, ciche; wiatr zaledwie tu powiewał. Było to jakby spokojne jezioro w pośród rozhukanego oceanu.

Tym sposobem uratowany został statek, wyrzucony burzą z pośrodka burzy. Około godziny trzeciej z rana zaczęła milknąć burza, a szalejące w około spokojnego jeziora morze uciszać się zaczęło.

Ale gdy dzień nadszedł, napróżno z pokładu Samjepa usiłowano dojrzeć wybrzeży lądu. Wody zatoki, jak wzrok zasięgał, zapełniały cały widnokrąg.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.