FANDOM


Rozdział XI Kłopoty Chińczyka w Chinach
Rozdział XII
Juliusz Verne
Rozdział XIII
Uwaga! Tekst wydano w 1880 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

W którym Kin-Fo z dwoma swymi stróżami i służącym puszcza się w świat, gdzie oczy poniosą.

Cóż to za podróżny, uwijający się bezustannie po wszystkich wielkich drogach rzecznych i lądowych, po statkach i rzekach cesarstwa niebieskiego? Jedzie i jedzie, płynie i płynie, nie wiedząc sam dzisiaj gdzie będzie jutro? Mija miasta nie widząc ich. Zatrzymuje się po hotelach i oberżach tylko na parę godzin aby się przespać, wstępuje do restauracji aby coś zjeść na prędce i dalej w drogę. Nie żałuje grosza – sypie nim, rozrzuca, aby tylko przyspieszyć podróż.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 08

Nie jest to kupiec jadący za interesami handlowemi. I nie mandaryn wysłany z ramienia rządu z ważnem i nagłem zleceniem. Ani artysta goniący za pięknościami przyrody. I nie literat, nie uczony, poszukujący starych dokumentów po archiwach bonzów i lamów Chin starożytnych. I nie student to udający się do pagody egzaminów, aby tam uzyskać stopnie akademickie, ni kapłan Buddy, przebiegający kraj dla obejrzenia i nadzorowania ołtarzyków polnych, ustawionych pomiędzy korzeniem świętego bananu, ni pielgrzym, spieszący spełnić uczynione śluby u jednej z pięciu świętych gór niebieskiego cesarstwa.

To zmyślony Ki Nan, w towarzystwie Krega i Fraja, zawsze krzepkich i zdrowych, z Sunem, coraz bardziej znużonym. To nasz Kin-Fo, w dziwnem usposobieniu umysłu, które go pędzi po świecie, aby szukać za nieodszukalnym Wanem i uciekać przed nim zarazem. To ubezpieczony klient Wieku, co w tej nieustannej podróży szuka tylko zapomnienia o swem położeniu, a może i zabezpieczenia się od niewidzialnego niebezpieczeństwa, które mu grozi. Najlepszy strzelec chybić może strzelając do ruchomego celu, Kin-Fo postanowił więc być takim wieczyście ruchomym celem.

Podróżni nasi wsiedli w Nankinie na jeden z tych pospiesznych parowców amerykańskich, urządzonych nakształt obszernych hotelów pływających, które pełnią służbę na rzece niebieskiej. W sześćdziesiąt godzin później wylądowali w Ran Keu, nie rzuciwszy nawet okiem podziwu na tę dziwaczną skałę, co nazwana „małą sierotą” wznosi się w pośrodku rzeki Jang-tse-Kiang, mając na szczycie świątynię, obsługiwaną przez bonzów.

W Ran Keu, położonem w miejscu, gdzie z rzeką niebieską łączy się rzeka Ran Kiang, zatrzymał się błędny nasz wędrowiec tylko przez pół dnia. I tam znachodzą się ruiny przypominające Tajpingów, lecz ani w tem mieście handlowem, które prawdę powiedziawszy jest tylko częścią Ran-Jang-Fu, ciągnącego się po prawym brzegu jednej, ani w U-Czang-Fu, stolicy, prowincji Ru Pe, wznoszącej się na prawym brzegu drugiej rzeki nie można było odszukać śladu. Tu już nie było nigdzie tych strasznych liter, które Kin-Fo znalazł w Nankinie na grobie ukorowanego bonzy.

Gdyby Kreg i Fraj byli obiecywali sobie iż w podróży tej po Chinach zaznajomią się bliżej z obyczajami chińskiemi i poznają niektóre miasta, byliby się mocno zawiedli. Nie było nawet czasu zanotować sobie cośkolwiek, a dziennik ich podróżny byłby się co najwięcej składał z nazwy kilku miast, zamków i t. p. Ale oni nie byli ani ciekawi, ani rozmowni. Nie rozpytywali się o nic. Nie czynili sobie wzajemnie żadnych uwag. Nie mówili nawet do siebie nigdy prawie. Bo i po cóż? Co pomyślał Kreg, pomyślał także i Fraj. Byłby to zatem zawsze tylko monolog. Nie zwracali tedy bynajmniej na to uwagi, równie jak i oddany im pod straż ich towarzysz że większa część miast chińskich ma fizjognomię podwójną. Martwe w środku, ożywione po przedmieściach. Zaledwie, że w Ran-Keu dojrzeli dzielnicę europejską z szerokiemi i regularnemi ulicami, pięknemi domami, i przechadzką ocienioną wielkiemi drzewami wzdłuż wybrzeża rzeki niebieskiej. Oczy ich tylko za jednym oglądały się człowiekiem a ten się nie pokazywał.

Parowiec, dzięki przypływowi morza, który podnosił wody Rau-Kianu, popłynął jeszcze sto trzydzieści mil w górę tej rzeki aż do Lao-Ro-Keu.

Kin-Fo nie myślał wcale zaprzestać tego rodzaju podróży, która mu się podobała. I owszem postanowił płynąć aż tam gdzie już Ran-Kian przestawał być spławnym. Co do Krega i Fraja, ci sobie niczego bardziej nie życzyli jak tego, aby żegluga ta mogła trwać aż do końca podróży. Na statku pilnowanie łatwiejsze – mniejsze niebezpieczeństwo. Potem po niepewnych drogach w Chinach środkowych będzie wcale co innego.

Co do Suna, temu życie na parowcu podobało się dosyć. Nie potrzebował nigdzie chodzić, nie robił nic, panem jego zajmowali się Kreg i Fraj, myślał tylko o tem jakby się przespać w kącie zjadłszy śniadanie, a potem zjeść jak należy obiad i wieczerzę – a kuchnia statku była dobra.

W kilka dni zaszła nawet zmiana w sposobje żywienia podróżnych, z której każdy inny mnie od niego ograniczony byłby poznał, że statek znajduje się już pod innym stopniem szerokości geograficznej.

Przy objedzie miejsce ryżu zastąpił chleb, pieczony ze zboża bez kwasu, dosyć nawet smaczny, dopóki świeży prosto z pieca.

Sun, jak prawy Chińczyk południowy żałował za zwykłym swym ryżem. Jakże zręcznie umiał przerabiać drewienkami niosąc go z talerza, do szerokiej swej gęby! A ileż to on go zjadał! Prócz ryżu i herbaty, czegoż potrzeba więcej rodowitemu synowi nieba?

Parowiec płynąc w górę Ran-Kianu wkroczył tedy w strefę zbożową. Widok okolicy zmienił się znacznie. Na kresach widokręgu rysowały się wzgórza, uwieńczone fortyfikacjami, wzniesionemi za dawnej dynastji Mingów. Sztuczne brzegi, regulujące koryto rzeki, ustąpiły miejsca naturalnym płaszczyznom, na których łożysko rzeki traciło na głębokości. Ukazała się stolica obwodu Gwan-Lo-Fu.

Kin-Fo nie wysiadł nawet na ląd w ciągu tych kilku godzin, które zabrała rewizja wiktuałów okrętowych na tamtejszej komorze celnej. Pocóżby miałby chodzić do miasta, które go nic a nic nie obchodziło. Ponieważ nie mógł dotąd odszukać filozofa, powziął więc jedno tylko życzenie, mianowicie aby się dostać jak najrychlej do Chin środkowych, gdzie jeżeliby nie odszukał Wana, to i Wan jego nie odszuka.

Minąwszy Gwan-Lo-Fu, przepłynęli pomiędzy dwoma miastami, wznoszącemi się naprzeciw siebie. Na lewym brzegu handlowne miasto Fan-Czeng, po prawym stolica obwodu Siang-Jang-Fu. Pierwsze ożywione i pełne ruchu handlowego, drugie, będące siedzibą władz, wyglądało jakby martwe.

Dalej Ran-Kiang zwracając się na prawo ku północy ostrym kątem, jest jeszcze spławnym aż do Lae-Ro-Keu. Ale dla niedostatku wody w tej porze parowiec dalej płynąć nie mógł.

Musiano tedy uczynić inaczej. Od tego ostatniego etapu drogi wodnej potrzeba było zmienić sposób podróżowania. Musiano porzucić drogę wodną, tę drogę, co idzie wraz z podróżnym, a iść dalej samemi własnemi nogami, a przynajmniej lekkie falowanie okrętu zamienić na trzęsienie nieznośnych wozów, używanych w cesarstwie niebieskiem. Biedny Sun! Ileż czekało go nanowo trudów, znużenia, łajania i szturkańców!

Zaprawdę, ktoby był zechciał obrać się za towarzysza tej fantastycznej podróży bez planu, z prowincji do prowincji, z miasta do miasta, niemałego podejmował się zadania. Raz jechali wozem – ale jakim wozem! Skrzynia przybita wprost do dwóch kół wielkiemi ćwiekami żelaznemi, zaprzężona dwiema leniwemi mulicami, z rozpiętem w górze płótnem, przepuszczającem zarówno promienie słoneczne, jak i potoki deszczu. To znów jechał Kin-Fo w lektyce, dźwiganej przez muła, w rodzaju żydowskiej kuczki, zawieszonej na dwóch długich, bambusowych żerdziach, a tak na wszystkie boki ciągle rzucanej i wstrząsanej, że kołysany w ten sposób okręt trzeszczałby jak połamany od góry do dołu.

Kreg i Fraj jechali w takim razie przy drzwiczkach lektyki, jako nieodstępni adjutanci na dwóch osłach, które trzęsły i podrzucały bardziej jeszcze niż lektyka. Co do Suna, ten szedł pieszo, a gdzie tylko trzeba było trochę przyspieszyć kroku, mruczał, zżymał się i klął po cichu, krzepiąc się częściej niż było potrzeba haustami zapasu wódczanego, wziętego z Kao Liang. I on też chwiał się często na wszystkie boki, ale nie skutkiem nierówności drogi. Słowem garstka naszych podróżnych nawet na morzu burzliwem nie byłaby tyle musiała znosić dokuczliwości.

Kin-Fo z towarzyszami swymi wjechał konno na nędznych koniętach – rzecz naturalna – do Si Gnan Fu, dawnej stolicy cesarstwa środkowego, gdzie była niegdyś rezydencja cesarzów dynastji Tang.

Ale nim to dojechać do tej dalekiej prowincji Szen Si, nim przebyć owe nieskończone płaszczyzny jałowe i puste, na ileż potrzeba narażać się trudów a nawet niebezpieczeństw.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 26

Słońce majowe pod szerokością, odpowiednią szerokości południowej Hiszpanji, piekło już nieznośnie, a po drodze nieznającej nigdy kamienia wznosił się pył cienki. Żółtawe jego kłęby zanieczyszczały powietrze jak dym duszący – i osiadały na podróżnych grubą warstwą od stóp do głowy. Przebywali okolice właściwe Chinom północnym formacji geologicznej żwiru, który jak powiada Leon Rousset: „nie jest już ziemią, a nie stał się jeszcze kamieniem, czyli właściwiej mówiąc, jest to kamień, który nie miał jeszcze czasu stwardnieć.”

Co do niebezpieczeństw, były one niemałe w kraju, gdzie słudzy policyjni nadzwyczajnie się obawiają skrytobójczego noża złodziei. Jeżeli w miastach dozwalają łotrom czynić co im się podoba, jeżeli mieszkańcy miast najludniejszych nie ośmielają się wychodzić w nocy na ulicę, wyobrazić sobie można jak bezpieczne muszą być drogi? Kilkakrotnie kupki ludzi podejrzanych zatrzymywały się po drodze gdy nasi podróżni, zapuszczali się w ciasne wąwozy i żwirowe przekopy, ale widok Krega i Fraja, uzbrojonych w rewolwery odstraszał rozbójników. Wszelako ajenci Wieku uczuwali w takich razach wielką obawę o życie, jeśli nie o swoje, to o poruczonego ich straży żywcem miljona. Czyby Kin-Fo poległ od sztyletu Wana, czy od noża zbójeckiego, skutek był zawsze ten sam. Cios ten byłby zadany kasie Towarzystwa.

A zresztą i Kin-Fo, niemniej dobrze uzbrojony, gotów był bronić się do upadłego. Teraz więcej niż kiedykolwiek chodziło mu o życie, i jak mówili Kreg z Frajem „byłby się dał zań zabić.”

W Si-Gnan-Fu nie było najmniejszego prawdopodobieństwa odszukać Wana. Nigdy nie powstałoby w myśli starego Tajpinga tutaj szukać ukrycia. Silnych warowni tego miasta nie zdołali zdobyć rokoszanie, a obecnie znajduje się w nim liczna załoga mandżurska. Chyba ze szczególniejszego zamiłowania zabytków archeologicznych. których pełno w tem mieście, chyba będąc znawcą tajemnic epigraficznych, których nieoszacowane skarby posiada tutejsze „muzeum tablic,” mógłby tu Wan przebywać. Lecz w jakimże innym zresztą celu?

Jakoż Kin-Fo wyjechał zaraz nazajutrz z tego miasta, będącego ważnym punktem handlowym pomiędzy Azją mniejszą, Tybetem, Mongolją a Chinami, i udał się dalej na północ.

Przez Kao Lin Sien, Sin Tong Sin, przez dolinę rzeki Uei Ro, toczącej żółte wody, zabarwione cząstkami owego żwiru, przez które wyżłobiła sobie koryto, przybyli podróżni nasi do Rua Tszeu, miasta, co było ogniskiem straszliwego powstania Muzułmanów w roku 1860. Ztąd częścią statkiem, częścią kołami, z wielkim trudem i znużeniem dostali się do twierdzy Tong Kuan, położonej na zbiegu rzek Uei Ro i Ruang Ro.

Ruang Ro jest to owa sławna rzeka żółta. Płynie ona wprost z północy przez prowincje wschodnie i wpada do morza tejże samej nazwy, nie będąc tak dobrze żółtą jak morze Czerwone nie jest czerwonem, Białe białem, a Czarne czarnem. Tak – sławna to rzeka, pochodzenia niebieskiego zapewne, bo jej barwa jest barwą cesarzy, synów nieba – będąca zarazem „Zmartwieniem Chin,” którą to nazwę zawdzięcza strasznym swoim wylewom, co zniszczyły przeważnie nieużyteczny dziś kanał cesarski.

W Tong Kuan podróżni nasi mogli się czuć bezpiecznymi nawet nocą. To już nie miasto kupieckie, lecz wojskowe, gdzie już nie przenośnym obozem, ale stale zamieszkali Tatarzy mandżurscy, będący pierwszą kategorią armji chińskiej. Może Kin-Fo miał zamiar odpocząć tutaj dni kilka, może byłby się tu znalazł w którym hotelu wygodny pokój, dobra kuchnia, wygodne łóżko, nie byłoby wcale nie po myśli Kregowi i Frajowi, a tem mniej Sunowi…

Lecz ten głupiec był tak nieostrożny – za co też stracił tym razem dobry cal swego warkocza – że na komorze zamiast przybranego wymienił, prawdziwe nazwisko swego pana. Zapomniał, że ten, któremu miał zaszczyt służyć, nie nazywa się już Kin-Fo, lecz Ki-Nan.

Pan jego wpadł w gniew okrutny i wyruszył natychmiast w dalszą podróż. Zdradzone nazwisko wywarło swój skutek. Piorunem dowiedziało się całe miasto że sławny Kin-Fo przybył do Tong Kuan. Chciano widzieć tego jedynego w świecie człowieka, który „nie życzył sobie niczego więcej, jak tylko żyć i doczekać lat stu.”

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 27

Przerażony podróżnik ze swymi dwoma stróżami i służącym miał zaledwie czas uciec przed gromadzącymi się w około niego tłumami ciekawych. Pieszo – pieszo tym razem, biegł wybrzeżem w górę rzeki żółtej, dopóki zmęczony wraz ze swymi towarzyszami do ostatniego tchu, nie dopadł małego miasteczka, gdzie pod ścisłem incognito miał nadzieję znaleść parę chwil spokojnego wypoczynku.

Sun, zupełnie zbity z tropu, nie śmiał już słowa przemówić. Z kolei on teraz z tym swoim króciutkim warkoczem, podobnym do szczurzego ogona stał się przedmiotem powszechnych żartów, wcale nieprzyjemnych. Ulicznicy biegli za nim i obsypywali go tysiącami szyderskich wykrzykników.

Rad był by już wreszcie przybyć… ale dokąd? skoro pan jego, jak to powiedział zacnemu Will. J. Bidulfowi, postanowił jechać i jechać bez końca – w świat, gdzie oczy poniosą.

Jechać!… Ale o dwadzieścia lisów od Tong Kuanu w tej skromnej mieścinie, dokąd się schronili, nie było ani koni, ani osłów, ani wozów, ani lektyki. Nie mieli do wyboru nic innego, tylko albo tam pozostać, albo ruszyć dalej pieszo. Nie mogło to naprawić humoru uczniowi filozofa Wina, który w tym względzie mało okazywał filozofji. Zżymał się za to na wszystkich, a powinien był tylko sam siebie winić. Ach! jakże teraz żałował tego czasu, gdzie mu było żyć tylko. Jeżeli dla ocenienia wartości szczęścia potrzeba było zaznać nudy, trosk i męczarni, jak utrzymywał Wan, doznał już teraz tego wszystkiego – i w jakim stopniu!

A zresztą przebiegając tak świat, nieraz zdarzyło mu się zdybać ludzi bez grosza, którzy przecież pomimo tego byli szczęśliwi. I widział pod rozmaitą postacią jak szczęśliwym czyni człowieka praca, chętnie wykonywana.

Tam widział rolników wesoło idących za swoim pługiem; tam rzemieślników w warstacie z piosnką na uściech. Azaliż to nie z braku właśnie pracy wynikał u niego ten brak wszelkiego życzenia, a co zatem idzie, brak szczęścia tu na ziemi? Teraz mu się dopiero rozjaśniła rzecz zupełnie. Tak przynajmniej mu się zdawało. O! nie bracie Kin-Fo; jeszcze nie zupełnie.

Tymczasem zabrawszy się do szukania po całej mieścinie Kreg i Fraj wynaleźli wreszcie wóz ale tylko jeden. A do tego był on tylko na jedną osobę, a co gorsza brakło doń siły pociągowej.

Były to taczki – taczki Paskalowskie – wynalezione może jeszcze Bóg wie na wiele wieków przed Pascalem, przez tych pierwotnych wynalazców prochu, pisma, bussoli i wolanta. Tylko że w chińskiej taczce koło nie znajduje się u końca skrzyni, lecz po jej środku, jak śruba u niektórych parowców, tak iż przedziela taczkę w dwie równe połowy. W jednej może się umieścić podróżny, druga pozostaje na pakunek.

Poruszać tę taczkę może tylko człowiek, który nie ciągnie ją za sobą, lecz popycha ją przed siebie. Znajduje się on tedy za plecami podróżnego i nie zasłania mu sobą widoku. Jeżeli wiatr pomyślny, to jest, jeżeli dmie w plecy, człowiek korzysta z tej siły pomocniczej, która go nic nie kosztuje; zatyka drąg u przodu taczki, zapina na nim czworograniasty żagiel i skutkiem silnego powiewu wiatru, zamiast coby miał popychać taczkę, ona go jeszcze ciągnie, często nawet prędzej, niżby sobie życzył.

Zakupiono taczki wraz z całym przyborem. Kin-Fo umieścił się w niej. Wiatr był pomyślny – rozpięto żagiel.

– No! Sun! – zawołał Kin-Fo.

Sun zbliżył się, chcąc usiąść w drugą połowę taczki.

– Pchaj! – zawołał Kin-Fo tonem nie znoszącym odpowiedzi.

– Ale… proszę pana… bo ja… bąkał Sun, któremu naprzód już nogi drżały, jak u przeładowanego konia.

– Bierz cię djabli głupcze z twą prośbą i twoim językiem.

– No! prędzej Sun! – zawołali Kreg i Fraj.

– Pchaj! – powtórzył Kin-Fo, spoglądając surowo na ten koniuszek warkocza, który jeszcze pozostał Sunowi. Ciągnij bydlę! – A nie wywróć, bo…

I dokończył myśl swą Kin-Fo strzygąc dwoma palcami prawej ręki, naśladując nożyczki tak wyraźnie, że Sun w okamgnieniu przerzucił przez ramiona pas, uwiązany do taczek i chwycił za nie oburącz. Fraj i Kreg stanęli po obu stronach taczki i z pomocą pomyślnego wiatru mała karawana ruszyła w pochód.

Próżnoby się kto silił odmalować wewnętrzną wściekłość Suna, zamienionego w konia. Wszelako Kreg i Fraj luzowali go często, a wiatr południowy, nie przestając skutecznie dopomagać, trzy części siły zastępował. Zadaniem popychającego człowieka było więc głównie tylko baczyć na to, aby taczka dobrze na kole środkowem osadzona, nie straciła równowagi i kierować nią należycie, na kształt sternika na okręcie.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 28

W takim to ekwipażu Kin-Fo przebywał północne Chiny; pieszo, gdy chciał wyprostować sobie ścierpłe nogi – w taczce, gdy znów chciał wypocząć.

Ominąwszy Huan-Fu i Kafon, podróżował w ten sposób Kin-Fo w górę wybrzeżem onego sławnego kanału cesarskiego, który przed laty zaledwie dwudziestu, nim jeszcze rzeka żółta w dawne swe wróciła łożysko, tworzył piękną spławną linję komunikacyjną pomiędzy Su Tszeu, krainą herbaty a Pekinem, na przestrzeni mil kilkuset.

Tak przebyli Tsi-nan, Ho-Kien, i dostali się w głąb prowincji Pe-Cze-Li – gdzie leży Pekin, poczwórna stolica cesarstwa niebieskiego.

Przebyli Tien-Tsin, wielkie miasto, bronione murem fortecznym i dwoma bastjonami, liczące 400.000 mieszkańców, z obszerną przystanią utworzoną z połączonych wód Peihu i kanału cesarskiego, dokąd przychodzą z Manszestru wyroby bawełniane i płócienne, miedź, żelazo, zapałki niemieckie, drzewo na sandały i td., zkąd odchodzą rozmaitego rodzaju płody chińskiej strefy, tytoń tatarski i td. ogółem biorąc stosiedemdziesiąt miljonów wartości. Ale Kin-Fo nie myślał widzieć nawet w tem ciekawem mieście słynnej pagody „Skazańców piekła”, nie widział w dzielnicy wschodniej wesołych ulic „Latarni” i „Starej odzieży”, nie zjadł objadu w restauracji „Zgody i przyjaźni”, utrzymywanej przez muzułmanina Leu-Lao-Ki, w której są sławne wina, pomimo że gospodarz wyznaje wiarę Mahometa, ale rzucił wielkiego różowego wizytowego swego biletu – wiemy dla czego – w pałacu Li Tszung Tana, wicekróla prowincji tej od roku 1870, członka Rady tajnej, Rady cesarstwa, który wraz z żółtym kaftanem nosi tytuł Fei-Tze-Chao-Pao.

Nie – Kin-Fo ciągle wieziony w taczce, Sun ciągle taczkę popychający, minęli wybrzeże na którym wznosiły się góry worów z solą, minęli przedmieścia, kolonję angielską i amerykańską, pole wyścigów, pola zasiane ryżem, jęczmieniem, winnice, ogrody bogate warzywami i owocem, przestrzenie, po których przemykały się tysiącami zające, kuropatwy, przepiórki, gdzie górą biły sokoł, drzemlik lub kobuz. – Karawana nasza, z czterech osób złożona, dążyła dwudziestoczteromilowym gościńcem, prowadzącym do Pekinu, pomiędzy rozmaitemi drzewami i wielkiemi trzcinami rzeki. Tak przybyli do Tong-Tszeu, zdrowi i cali. Kin-Fo zawsze wart 200.000 dolarów, Kreg i Fraj nieumęczeni, jak pierwszego dnia podróży, Sun zadyszany, kulejący, podbity na obie nogi i mający już tylko trzy cale warkocza na czubku głowy.

Było to dnia 19. czerwca. Termin Wana upływał dopiero za siedm dni.

Ale gdzie był Wan?

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA o ile nie wspomniano inaczej.