FANDOM


Rozdział X Kłopoty Chińczyka w Chinach
Rozdział XI
Juliusz Verne
Rozdział XII
Uwaga! Tekst wydano w 1880 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

w którym Kin Fo staje się człowiekiem najsławniejszym w całem cesarstwie niebieskiem.

O Wanie tymczasem ani słychu. Kin-Fo zaczynał się wściekać że był skazany na bezczynność, że nie mógł pogonić za filozofem, nie wiedząc gdzie jest. Wan znikł bez śladu.

Zbieg taki rzeczy niepokoił wielce naczelnego ajenta Wieku. Z początku wmawiał w siebie że to wszystko udanie, że Wan nie dotrzyma obietnicy, że nawet w ekscentrycznej Ameryce nie zdarzyłoby się coś podobnego, ale z tem wszystkiem pomyślał w końcu że nie ma rzeczy niepodobnej w tym dziwnym kraju, noszącym nazwę niebieskiego cesarstwa. Wnet przyszedł do tego samego przekonania co Kin-Fo, że mianowicie jeżeli nie odszukają filozofa, to filozof dotrzyma danego słowa. Już samo jego zniknięcie dowodziło że postanowił wymierzyć cios jakby uderzenie piorunu, w chwili kiedyby się uczeń jego najmniej tego spodziewał i ugodzić w serce ręką pewną a szybką. Potem złożywszy list na zwłokach swej ofiary, przedstawiłby się jak najspokojniej w biurze Wieku i zażądał wypłaty ubezpieczonego dlań kapitału.

Potrzeba było zatem koniecznie uprzedzić Wana, lecz uprzedzić go wprost było niepodobieństwem.

Szanowny Will. J. Bidulf musiał tedy chwycić się dróg ubocznych, a to za pośrednictwem prasy. Rozesłał ogłoszenia do wszystkich gazet chińskich i telegramy do dzienników zagranicznych całego świata.

Czing-Pao, urzędowa gazeta pekińska, gazety wychodzące w chińskim języku w Szanghaju i w Hong-Kong, gazety najbardziej upowszechnione w Europie i w Ameryce północnej i południowej, powtarzały bezustannie następujące wezwanie:

„Prosi się pana Wana z Szanghaju aby raczył uważać za niebyłą umowę, zawartą między nim a panem Kin-Fo, na dniu 2. maja bieżącego roku, albowiem rzeczony p. Kin-Fo życzy sobie już teraz jak najusilniej żyć i doczekać stu lat.”

Po tem szczególniejszem ogłoszeniu nastąpiło wkrótce drugie, treści o wiele skuteczniejszej:

„Dwa tysiące dolarów, czyli trzysta taelów temu, kto doniesie panu Wil. J. Bidulfowi ajentowi naczelnemu Wieku w Szanghaju, gdzie przebywa obecnie pan Wan, obywatel tegoż samego miasta”.

Niepodobna było myśleć aby filozof odjechał gdzie daleko od Szanghaju na przeciąg tych pięćdziesięciu pięciu dni, które mu pozostawały do spełnienia swego przyrzeczenia. Pozostawał on raczej ukryty w okolicach Szanghaju, upatrując dogodnej sposobności do wykonania zamiaru. Ale szanowny Wil. J. Bidulf wolał użyć wszystkich środków, jakie tylko były w jego mocy.

Upłynęło dni kilka. Stan rzeczy się nie zmienił. Ale ogłoszenia powtarzane bezustannie w sposobie amerykańskim, raz Wan!! Wan!! Wan!! to znów Kin-Fo!! Kin-Fo!! Kin-Fo!! zwróciły nareszcie uwagę – wywołały śmiech powszechny.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 23

Śmiano się wszędzie w najdalszych zakątach, po wszystkich prowincjach cesarstwa niebieskiego, zapytując się wzajemnie:

– Gdzie jest Wan?

– Nie widzieliście Wana?

– Gdzie mieszka Wan?

– Co robi Wan?

– Wan! Wan! Wan! krzyczały dzieci chińskie po ulicach.

Zapytania te krążyły po wszystkich uściech.

A Kin-Fo, ten godny obywatel cesarstwa niebieskiego, który „życzył sobie jak najusilniej żyć i doczekać stu lat” , który chciał stać się spółzawodnikiem onego sławnego słonia, którego stuletni jubileusz obchodzono właśnie w pałacu stajen w Pekinie, stał się wnet głośnym w całych Chinach.

– Ile też ma lat p. Kin-Fo?

– Czy zdrowy?

– Czy trawi dobrze?

– Czy doczeka też żółtej sukni starców?[1]

Temi pytaniami zarzucali się żartobliwie przy każdem spotkaniu, mandarynowie cywilnego i wojskowego stanu, giełdziści, kupcy po sklepach, ludność cała po ulicach i placach, i po pływających żyjąca statkach.

Chińczycy są bardzo wesołego humoru, bardzo uszczypliwi, a przyznać potrzeba że tu było się i pośmiać z czego. Ztąd żarty wszelkiego rodzaju, a nawet karykatury, przekraczające zakres życia prywatnego.

Kin-Fo bardzo niechętnie znosił niedogodności tej swej szczególniejszej sławy. Ułożono nawet piosnkę o nim na ulubioną nutę Man-czang-hung. Wyszła nawet elegia opłakująca jego dolę pod tytułem: Pięć pór wieku stuletniego człowieka. Powabny tytuł nęcił ciekawość i rozprzedano wnet cały ogromny nakład, egzemplarz po trzy sapeki.

Ale o ile Kin-Foa gniewał ten rozgłos powszechny, o tyle cieszył Wil. J. Bidulfa. O Wanie tymczasem ani słychu.

Rzeczy zaszły wreszcie tak daleko że Kin-Fo dłużej wytrzymać nie był w stanie. Gdy wyszedł na ulicę gromady Chińczyków wszelkiego wieku i płci szły za nim po ulicach, po wybrzeżu, nawet po dzielnicach cudzoziemskich i po polach. Gdy wrócił do domu, zgraje najlichszego rzędu uliczników gromadziły się szydząc głośno w około jamenu.

Co rana musiał wychodzić na balkon, na dowód że służba nie złożyła go jeszcze w oczekującą nań trumnę w pawilonie Długiego życia. Gazety ogłaszały codziennie ironiczne biuletyny o jego zdrowiu, z najrozmaitszemi szyderskiemi uwagami, jak gdyby należał do dynastji panującej Tsingów. Słowem, ośmieszono go zupełnie.

Pewnego zatem dnia, mianowicie 21. maja, udręczony wielce Kin-Fo udał się do szanownego Wil. J. Bidulfa i oświadczył mu, że powziął zamiar wyjechania niezwłocznie z miasta. Dał mu się już dobrze w znaki i Szanghaj i Szanghajanie.

– Może tym sposobem narazi się pan na większe jeszcze niebezpieczeństwo, zauważył słusznie naczelny ajent.

– Mniejsza z tem, odrzekł Kin-Fo. Strzeżcie mię jak chcecie.

– Dokądże pan jedzie?

– Gdzie oczy poniosą.

– Gdzie się pan zatrzyma?

– Nigdzie.

– A kiedyż pan wróci?

– Nigdy.

– A jeżeli się dowiem co o Wanie?

– Bierz djabli Wana! Jakie to było głupstwo z mej strony dać mu ten list przeklęty!

W gruncie duszy Kin-Fo życzył sobie wściekle odszukać Wana. Myśl iż życie jego wisiało jak na włosku, na cudzej łasce, gniewała go coraz bardziej. Trapiła go ona bez ustanku. Przebyć w tym stanie oczekiwania jeszcze cały miesiąc, na coś podobnego nigdy by się zgodził. Zaczynał się wściekać ze złości.

– Ha! Więc jedź pan w imię Boże – rzekł z rezygnacją Will. J. Bidulf. Kreg i Fraj będą panu towarzyszyć wszędzie gdzie pojedziesz.

– Jak się panu podoba – rzekł Kin-Fo – lecz uprzedzam pana że będą się musieli dobrze zwijać.

– Dobrze, dobrze, kochany panie. Nie pożałują oni pewnie nóg swoich.

Kin-Fo wrócił do domu i nie zwlekając chwili zaczął się przygotowywać do podróży.

Sun, na wielkie swe zmartwienie, miał towarzyszyć panu; Sun albowiem nie lubił podróży. Ale nie ośmielił się sprzeciwić ani słówkiem, któreby go zapewne było znów kosztowało spory kawałek warkocza.

Co do Krega i Fraja, ci jako prawdziwi Amerykanie każdej chwili gotowi byli do podróży chociażby na koniec świata. Jedno tylko uczynili pytanie:

– Dokąd… zaczął Kreg.

– Pan jedzie? dokończył Fraj.

– Najpierw do Nankinu, a ztamtąd w świat, do djabła.

Kreg i Fraj uśmiechnęli się na te słowa jednocześnie, zachwyceni oba. Cóż bardziej mogło im być pożądanego. Mieli jeszcze tyle czasu aby pożegnać się z szanownym Will. J. Bidulfem i przywdziać strój chiński, aby nie ściągać na siebie uwagi podczas tej podróży po cesarstwie niebieskiem.

W godzinę Kreg i Fraj stawili się w jamenie z torbami podróżnemi w ręku, z rewolwerami za pasem.

Gdy zmierzch zapadł Kin-Fo z towarzyszami swymi wypływał niepostrzeżony z portu kolonji amerykańskiej na statku parowym, odbywającym służbę pocztową pomiędzy Sanghajem a Nankinem.

Podróż ta równa się przejażdżce. W niespełna dwanaście godzin parowiec korzystając z odpływu morza, jest w stanie przybić rzeką niebieską do starej stolicy Chin środkowych.

Podczas tej krótkiej podróży Kreg i Fraj czuwali najstaranniej nad swym cennym klientem, rozpatrzywszy się zarazem dobrze pomiędzy podróżnymi. Znali oni dobrze Wana. Komuż z mieszkańców wszystkich trzech kolonji nieznaną była owa twarz poczciwa i sympatyczna. Przekonali się więc, że go nie było na statku. Przekonawszy się o tem, jakże znów starannie czuwali nad każdym krokiem, nad każdem poruszeniem Kin-Foa, by mu się co złego nie stało. Jak próbowali czy mocne poręcze na pokładzie, o które się opierał, schodki, po których przechodził, jak go odciągali od pobliża kotła, który im się zdawał podejrzanej konstrukcji, przestrzegali aby się nie narażał na chłód wieczornego wiatru, aby się nie przeziębił podczas dżdżystej nocy, jak szczelnie zamykali okiennice jego kajuty, jak napędzali leniwego Suna, którego pan nigdy dowołać się nie mógł, jak go wyręczali gdy przyszło podać herbatę i ciasta o pierwszej porze; spali nawet u drzwi kajuty Kin-Foa nie rozbierając się wcale, gotowi pospieszyć mu na pomoc, gdy skutkiem jakiego wypadku, czy to z powodu pęknięcia kota, czy uderzenia się z innym statkiem parowiec groził zatonieniem w głębiach rzeki. Ale nie zdarzyło się nic takiego, coby im dało pole okazania swego poświęcenia bez granic. Parowiec szybko przepłynął z prądem Wusunu, wpłynął na wody Jan-tse-Kiang, czyli rzeki niebieskiej, minął wyspę Ton-Ming, pozostawił za sobą U song i Lang szan, korzystając z przypływu morza, przepływając prowincję Kiang Su i dnia 22. maja rankiem wysadził na ląd swych pasażerów, żywych i zdrowych, na wybrzeżu starej stolicy cesarstwa.

Dzięki pilności obu stróżów warkocz Suna nie umniejszył się ani na cal w ciągu całej podróży. Niedbalec nie miał się tedy na co skarżyć.

Nie było to bez powodu że Kin-Fo wyjechawszy z Szanghaju postanowił zatrzymać się najpierw w Nankinie. Miał on słabą nadzieję odszukania tam filozofa.

Pociągnąć mogły Wana dawne wspomnienia do tego nieszczęsnego miasta, które było głównem ogniskiem rokoszu Tszang Mao. Nie byłoż ono zajęte i bronione przez tego skromnego bakałarza, tego straszliwego Rong Sieu Tsin, późniejszego cesarza Taipingów, nie trzymałoż przez długi czas w szachu władców mandżurskich? Nie w temże to mieście ogłosił on niegdyś błogosławioną erę wielkiego pokoju?[2] Nie tamże zażył w roku 1864 truciznę, aby się nie oddać żywcem w ręce swych wrogów? Nie z dawnegoż to pałacu królewskiego uchodził syn jego młody, któremu wkrótce potem cesarscy głowę ścięli? Nie z pomiędzy zgliszczów gorejących tegoż to miasta wyrzucono z trumny kości jego na pastwę najpodlejszym zwierzętom? Nie w tejże tej prowincji wreszcie zamordowano w przeciągu trzech dni sto tysięcy dawnych spółtowarzyszów jego.

Być by więc mogło że Wan porwany rodzajem tęsknoty chorobliwej ku tym miejscom pełnym dlań ponurych pamiątek, uszedł do tego miasta i tu się ukrył. Ztąd w parę godzin mógł być w Szanghaju i wykonać czyn zamierzony.

Z tego to więc powodu Kin-Fo najpierw udał się do Nankinu i postanowił zatrzymać się tu czas niejaki. Jeżeli spotka się tutaj z Wanem, objaśni mu rzecz całą i wszystko zakończy się kilku słowy. Jeżeli Wana tu nie znajdzie, to puści się w dalszą podróż po cesarstwie niebieskiem i będzie podróżował póty, dopóki nie minie termin fatalny, po którego upływie nie będzie już się potrzebował obawiać dawnego swego mistrza i przyjaciela.

Kin-Fo w towarzystwie Krega i Fraja, wraz z Sunem udał się do hotelu położonego w jednej z tych mało zaludnionych dzielnic, w około których ciągną się jak wielka puszcza trzy czwarte części dawnej stolicy.

– Podróżuję pod nazwiskiem Ki-Nan, rzekł do swych towarzyszy Kin-Fo, zakazuję ozwać się tu z mojem prawdziwem nazwiskiem, pod jakimkolwiek bądź pozorem.

– Ki… zaczął Kreg.

– Nan… dokończył Fraj.

– Ki-Nan – powtórzył Sun.

Rzecz naturalna że Kin-Fo, uciekający od niedogodności sławy swej w Szanghaju, nie życzył sobie spotkać się znów z czemś podobnem w podróży. Zresztą nie wyjawił on Kregowi i Frajowi, że miał nadzieję odszukać Wana w Nankinie. Bojaźliwi ci stróże jego byliby wyścigali się w otaczaniu go najrozmaitszemi środkami ostrożności, usprawiedliwionemi wprawdzie wysokością ubezpieczonej przezeń sumy, ale wielce dlań nudnemi. Gdyby podróżowali z miljonem gotówką w kieszeni, przez okolice podejrzane, nie mogliby być więcej ostrożnymi.

Dzień cały zszedł na oglądaniu miasta, placów i ulic Nankinu. Od bramy wschodniej do bramy zachodniej, od północy do południa przebiegli szybko całe miasto, tak upadłe w porównaniu z dawną swą okazałością, Kin-Fo szedł pewnym krokiem, mówiąc mało, rozglądając się ciągle na wszystkie strony.

Żadnej podejrzanej nie dojrzał twarzy, ani na łodziach, pomiędzy tłumami, ani w tych długich alejach, zasypanych gruzami i zarastających już dzikiemi krzewami i chwastem. Nie ujrzał żadnego cudzoziemca przechodzącego się po pod marmurowemi portykami, na wpół rozpadającemi się w gruzy w pośród ruin dawnego pałacu cesarskiego, który był widownią tej zaciętej walki, w której Wan dotrwał niezawodnie do ostatniej chwili. Nie ujrzał nikogo starającego się ukryć przed ciekawym wzrokiem przechodnia ani tam, ani w około jamenu misjonarzy katolickich, których mieszkańy Nankinu chcieli wymordować w r. 1870, ani w pobliżu fabryki broni, nowo zbudowanej z niepożytych kafli sławnej wieży porcelanowej zburzonej przez Tajpingów.

Kin-Fo szedł nieznużony, nie zatrzymując się nigdzie. Podążyli wraz z nim jego dwaj stróżowie. Sun nieprzyzwyczajony do tego rodzaju przechadzek, wlókł się za nimi. Tak idąc wyszli wreszcie przez bramę wschodnią w pole za miasto.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 24

Opodal od murów miasta otwierała się przed nimi droga nieskończonej długości, po której obu bokach ciągnęły się rzędem olbrzymiej wielkości kute z granitu zwierzęta.

Kin-Fo puścił się tą drogą spieszniejszym jeszcze krokiem.

U jej kresu stała niewielka świątyńka. Za nią wznosiła się mogiła podobna do wzgórza. Tutaj to spoczywał Rong-U, bonza, który został cesarzem, jeden z tych dzielnych patrjotów co przed pięciu wiekami walczyli z obcym najazdem. Czyżby filozof mógł nie przyjść tutaj odżywić ducha temi świetnemi spomnieniami sławy minionej, na grobie praszczura dynastji Mingów?

Mogiła była osamotniona – świątynia stała pustką. Czuwały nad nią tylko owe posągi kolosalne, owe na pół z marmuru wychylające się fantastyczne zwierzęta, wzdłuż długiej opustoszałej zresztą alei.

Ale nad bramą świątyni dojrzał Kin-Fo, nie bez wzruszenia, kilka znaków ręką ludzką wyrytych. Zbliżył się i odczytał te trzy litery:

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 25

W. K. F.

Wan! Kin-Fo! Nie można było wątpić że Wan, Wan osobiście był tu niedawno.

Kin-Fo, nie mówiąc nic nikomu, szukał w koło, patrzył – rozglądał się – Nie znalazł nikogo.

Wieczorem Kin-Fo, Kreg i Fraj, z wlokącym się za nimi Sunem wrócili do hotelu, a nazajutrz rano wyjechali z Nankinu.




Przypisy

  1. Każdy Chińczyk dożywszy lat ośmdziesięciu ma prawo nosić żółtą suknię. Barwa żółta jest kolorem wyłącznie cesarskim, a pozwolenie jej noszenia oznacza cześć oddaną starości.
  2. Rzeczywiste znaczenie słowa Taiping.
Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA o ile nie wspomniano inaczej.