FANDOM


Rozdział VII Kłopoty Chińczyka w Chinach
Rozdział VIII
Juliusz Verne
Rozdział IX
Uwaga! Tekst wydano w 1880 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

w którym Kin-Fo czyni Wanowi poważną propozycję, którą tenże niemniej poważnie przyjmuje.

Filozof nie spał jeszcze. Ułożony na dywanie czytał najnowszy numer Gazety Pekińskiej. Gdy zmarszczył brwi, można było być pewnym że natrafił właśnie na jakiś ustęp wychwalający dynastję panującą Tsing.

Kin-Fo trącił drzwi, wszedł do pokoju, rzucił się na fotel i rzekł wprost bez żadnych przygotowań:

– Wan! Przychodzę żądać od ciebie przysługi.

– Dziesięć tysięcy przysług – odpowiedział filozof, odkładając na bok gazetę urzędową. – Mów, mów, mój synu, mów bez obawy, a czego tylko zażądasz, uczynię.

– Przysługa, jakiej żądam od ciebie, jest tego rodzaju, że ją można raz tylko wyświadczyć. Kwituję cię zatem z reszty dziewięciu tysięcy dziewięćset dziewięćdziesięciu dziewięciu, a proszę o jedną z góry, uprzedzając że nie możesz oczekiwać podziękowania za nią odemnie.

– Najbieglejszy tłómacz niewytłómaczonych zagadek nie byłby w stanie cię zrozumieć. O cóż idzie?

– Wan! – rzekł Kin-Fo – jestem zrujnowany.

– Ho! ho! – odrzekł filozof tonem człowieka otrzymującego raczej dobrą niż złą nowinę.

– W liście, który zastałem tutaj za powrotem naszym z Kantonu – ciągnął dalej Kin-Fo – doniesiono mi że centralny bank kalifornijski zbankrutował. Oprócz tego jamenu i tysiąca dollarów, któremi mógłbym pożyć z miesiąc lub ze dwa jeszcze, nie pozostało mi nic więcej.

– A więc – rzekł Wan, zmierzywszy bystrym wzrokiem swego ucznia – już to nie bogatego Kin-Fo widzę w tej chwili przed sobą.

– Widzisz ubogiego Kin-Fo, którego zresztą bynajmniej ubóstwo nie przestrasza.

– Dobrze mówisz, mój synu, rzekł powstając filozof. Nie straciłem czasu i trudów ucząc się zasad mądrości. Dotąd prowadziłeś żywot rośliny bez pragnień, bez namiętności, bez walk. Teraz dopiero żyć zaczniesz. Inna przyszłość przed tobą! Mniejsza z tem, powiedział wielki Konfucjusz a za nim powtórzono w Talmudzie – nieszczęście zawsze jest mniejsze niżeli sobie wyobrażamy. No – będziemy sobie tedy od dzisiaj zarabiać codziennie na ryż powszedni. Nan-Szum naucza: „W życiu są góry i doliny. Koło losu obraca się nieprzerwanie, a wiatr wiosenny zmienny jest. Bogaty czy ubogi czyń twą powinność.” Wynośmy się.

I Wan, mędrzec praktyczny, był już gotów wychodzić natychmiast z okazałego mieszkania.

Kin-Fo powstrzymał go.

– Powiedziałem – rzekł – że ubóstwo nie przestrasza mię; ale dla tego, że postanowiłem nie znosić go.

– Aha – chcesz zatem…

– Umrzeć.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 18

– Umrzeć – odrzekł filozof spokojnie. – Człowiek chcący na prawdę odebrać sobie życie, nigdy nikomu o tem nie mówi.

– Byłoby to się już stało, ciągnął dalej Kin-Fo, niemniej spokojnie jak jego nauczyciel, gdybym nie chciał był przed śmiercią doznać jeszcze jednego przynajmniej, pierwszego i ostatniego wzruszenia. W chwili zażycia kilku ziarnek owego opium, o którym wiesz, serce moje biło tak spokojnie, żem odrzucił precz truciznę i przyszedłem tutaj.

– Chcesz więc przyjacielu abyśmy razem oba umarli? – zapytał z uśmiechem Wan.

– Nie – potrzebuję abyś żył.

– Dla czego?

– Abyś mię zabił.

Na tę niespodzianą propozycję Wan nie okazał najmniejszego wzruszenia. Ale Kin-Fo patrzący nań oko w oko dostrzegł przelotną błyskawicę w jego wzroku. Obudził-że się w nim stary Taiping? Czyż nie zawaha się spełnić przysługę, której od niego zażądał jego uczeń? Ośmnaście zatem lat przemknęłoby po nad jego głową, nie ugasiwszy krwawych popędów młodości? Niemiałżeby nawet jednej uczynić uwagi synowi tego, co go uratował i przygarnął do siebie. Miałżeby bez oporu podjąć się odebrania mu życia, będącego dlań ciężarem? Onżeby to uczynił. Wan – mędrzec?

Lecz błyskawica zgasła w mgnieniu oka. Twarz Wana przybrała znów zwykły swój wyraz poczciwy, tylko może nieco poważniejszy.

Siadając napowrót rzekł spokojnie:

– Więc to takiej przysługi żądasz ode mnie?

– Tak jest – odrzekł Kin-Fo. Wyrządzeniem mi tej przysługi wywiążesz się z całego długu wdzięczności, jaki mogłoby ci się zdawać, że masz względem mojego ojca i mnie.

– Jakże ja to mam zrobić? – zapytał naiwnie nasz filozof.

– Dnia 25. czerwca, dwudziestego ósmego dnia szóstego miesiąca, rozumiesz mię Wan, data, w którym skończę trzydziesty pierwszy rok życia, mam zginąć. Ty masz mię zabić, wszystko jedno jakim sposobem, pchnięciem czy uderzeniem z przodu czy z tyłu, dzień czy w nocy, wszystko jedno gdzie i kiedy, stojącego, siedzącego czy leżącego, śpiącego czy nie, żelazem czy trucizną. Przez wszystkie ośmdziesiąt tysięcy minut, z których składać się będzie życie moje podczas tych pięćdziesięciu pięciu dni następnych niech mię prześladuje myśl, a może i obawa, że mam umrzeć, że mam zginąć nagle. Niech doznam tych ośmdziesięciu tysięcy wzruszeń, abym w chwili, gdy się rozłączy siedm żywiołów duszy, mógł sobie powiedzieć: Przecież żyłem!

Kin-Fo wbrew swemu zwyczajowi wypowiedział to z pewnem ożywieniem. Zauważyć też należy, że termin swej śmierci naznaczył na sześć dni przed terminem, do którego opłacił policę. Postępował w tem jako człowiek przezorny, gdyż nie będąc w stanie uiszczenia dalszej raty, po upływie tego terminu tracił nabyte rzeczoną policą prawo ubezpieczenia.

Filozof wysłuchał go poważnie, rzucając ukradkowe spojrzenia na wizerunek króla Taipinga, ozdabiający ściany pokoju – wizerunek, który miał się stać jego własnością na mocy znanego nam testamentu, o czem jednakże Wan wówczas jeszcze nie wiedział.

– Nie ulękniesz się spełnienia tej przysługi, aby mię zabić? zapytał Kin-Fo.

Wan machnął ręką z lekceważeniem. Inne on rzeczy widywał, walcząc pod powstańczym sztandarem Taipingów. Wszelako ozwał się jako człowiek, chcący wpierw wyczerpać wszelkie zarzuty, nim stanowczo się zobowiąże:

– Zatem zrzekasz się widoków, pozostawionych ludziom z woli pana prawdy, doczekania późnej starości?

– Zrzekam się.

– Bez żalu?

– Bez żalu, odrzekł Kin-Fo. Być starym. Podobnym do kawałka drzewa, na którem nic się już nie da wyrzeźbić. Będąc bogatym, nie życzyłem sobie tego. Będąc ubogim, nie życzę sobie tem bardziej.

– A młoda wdówka w Pekinie? Czy nie pamiętasz przysłowia: Kwiat z kwieciem, wierzba z wierzbą. Miłość dwojga serc, to sto lat wiosny.

– A trzysta lat jesieni, lata i zimy – odrzekł Kin-Fo, wzruszając pogardliwie ramionami. – Nie, Leu, uboga, była by nieszczęśliwa ze mną; gdy przeciwnie śmierć moja uczyni ją bogatą.

– Postarałeś się o to?

– Tak jest – i ty Wan masz zabezpieczonych dla siebie 50 000 dolarów po mojej śmierci.

– Tak? – mruknął filozof obojętnie. U ciebie jest odpowiedź na wszystko.

– Na wszystko, nawet i na jeden jeszcze zarzut, którego mi nie uczyniłeś.

– Na jaki?

– Że po mojej śmierci mógłbyś być narażony na prześladowanie za zabójstwo na mnie popełnione.

– Tylko głupcy i tchórze dają się złapać na uczynku. A zresztą cóżby to była za przysługa z mojej strony, gdybym się przytem na najmniejsze nawet nie naraził niebezpieczeństwo?

– Nie. Ja wolę abyś był zupełnie bezpieczny. Nikomu nie przyjdzie nawet na myśl napastować cię.

To mówiąc przystąpił do stolika, wziął ćwiartkę papieru i pięknem a pewnem pismem nakreślił na niej następujące słowa:

„Odebrałem sobie sam życie dobrowolnie, z nudy i przesycenia.

Kin-Fo.”

I oddał kartkę Wanowi.

Filozof odczytał ją najpierw sobie po cichu, następnie głośno; poczem złożył ją starannie i schował w książeczkę notatnikową, którą zawsze przy sobie nosił.

Druga błyskawica przemknęła w jego spojrzeniu.

– I to wszystko postanawiasz na prawdę – zapytał bystro mierząc wzrokiem swego ucznia.

– Stanowczo.

– I ja także.

– Dajesz mi na to słowo?

– Daję.

– A więc mam żyć najdalej tylko do 25go czerwca?

– Nie wiem czy będziesz żył w ten sposób, jak sobie wyobrażasz – odrzekł filozof poważnie. – Ale to wiem że zginiesz z pewnością.

– Dziękuję ci. Bądź zdrów!

– Bądź zdrów.

Po tem pożegnaniu Kin-Fo wyszedł spokojny z komnaty mędrca.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.