FANDOM


Rozdział VI Kłopoty Chińczyka w Chinach
Rozdział VII
Juliusz Verne
Rozdział VIII
Uwaga! Tekst wydano w 1880 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

który byłby bardzo smutny, gdyby nie znajdował się w nim opis szczególniejszych zwyczajów i obyczajów w cesarstwie niebieskiem.

Cokolwiek mógł sobie gadać lub myśleć szanowny Wil. J. Bidulf, to pewna że fundusze Wieku były bardzo zagrożone. Wprawdzie plan Kin-Foa nie był tego rodzaju, ażeby raz powzięty, po bliższem zastanowieniu się, miał być koniecznie wykonany. Zrujnowany zupełnie uczeń Wana postanowił rozprawić się ostatecznie z tem życiem, co nawet wówczas gdy był bogatym, nie przynosiło mu nic krom smutku i znudzenia.

List doręczony mu przez Suna w ośm dni po przybyciu do Szanghaju, nadszedł z San Francisco. Donosił on o zawieszeniu wypłat centralnego banku kalifornijskiego. Wiemy zaś, że cały majątek Kin-Foa składał się z akcyj tego sławnego banku, tak pewnego potąd. Lecz stało się. – Rzecz była nie wątpliwa – jakkolwiek niespodziewana. Upadek centralnego banku kalifornijskiego potwierdziły wszystkie dzienniki, nadeszłe do Szanghaju. Kin-Fo był zrujnowany zupełnie.

Bo i cóż pozostawało mu oprócz rzeczonych akcyi i upadłego banku? Nic lub prawie nic. Dom w Szanghaju, z którego sprzedaży, chociaż znaleść kupca było prawie niepodobieństwem, pozostałaby mu w najlepszym razie suma, wcale niewystarczająca na utrzymanie. Ośm tysięcy dolarów wpłaconych tytułem premji do „Wieku”, parę akcji Towarzystwa statków Tsin-Tsin, które sprzedane natychmiast, tegoż samego jeszcze dnia, wystarczyły zaledwie na opędzenie najnaglejszych potrzeb, oto był teraz cały jego majątek.

Mieszkaniec Zachodu, Francuz lub Anglik, byłby może przyjął ten cios stoicznie i szukał w pracy źródeł zapewnienia sobie nowego bytu. Obywatel cesarstwa niebieskiego inaczej na tę rzecz się zapatrywał – Kin-Fo, jako prawdziwy Chińczyk postanowił umrzeć dobrowolnie, widząc w tem jedyny środek wyjścia bez obrazy sumienia, z tą typową obojętnością jaka cechuje rasę żółtą.

Chińczyk ma tylko odwagę bierną, ale posiada ją w najwyższym stopniu. Jego obojętność na śmierć jest istotnie zdumiewająca. Chory oczekuje jej spokojnie. Skazany, będąc już w ręku kata, nie okazuje najmniejszej trwogi. Częste tracenie publiczne, widok srogich kar, zwyczajnych w cesarstwie niebieskim, oswoiły do tego stopnia synów nieba z myślą rozstawania się bez żalu z tym padołem cierpień.

Nie ma się więc czego dziwić, że myśl o śmierci jest u Chińczyka zawsze na porządku dziennym, i w każdej rodzinie bywa przedmiotem częstych rozmów. Łączy się ona z najporządniejszemi czynnościami życia. Część przodków jest świętą u najuboższych nawet ludzi. Nie ma domu bogatszego, w któremby nie było osobnego w tym celu przybytku, rodzaju domowej kaplicy, nie ma chaty najuboższej, gdzieby nie przechowywano relikwii po zmarłych przodkach, na cześć których obchodzą się zaduszki drugiego miesiąca. Z tego to powodu w tych samych sklepach, gdzie się sprzedają kołyski i ślubne wieńce, znajduje się także zawsze dobór rozmaitych trumien, stanowiących bardzo pokupny przedmiot handlu w Chinach.

Kupno trumny jest jednym z głównych zajęć Chińczyka. Urządzenie domu nie byłoby zupełne, gdyby w nim brakowało trumny. Syn ma sobie za obowiązek ofiarować ją w darze żyjącemu ojcu. Jest to objaw serdecznej z jego strony czułości. Trumna ta złożona jest w osobnej izbie. Przyozdabiają ją, chodzą koło niej starannie, a częstokroć gdy już w niej spoczną zwłoki tego, dla którego była przeznaczona, zachowują ją długie lata w domu ze czcią religijną. Słowem cześć zmarłych stanowi istotę chińskiej religji i wiele przyczynia się do ścieśnienia węzłów rodzinnych.

Kin-Fo skutkiem swego usposobienia obojętniej niż ktokolwiek inny myślał o bliskiej śmierci. Zapewnił los dwojgu osobom, do których miał przywiązanie. Czegożby mógł jeszcze żałować? Nie miał powodu wyrzucać sobie samobójstwa. To co jest zbrodnią w krajach ucywilizowanego Zachodu, jest czynem, że tak powiem, uczciwym w pośród dziwacznej cywilizacji Wschodu.

Postanowienie Kin-Foa było tedy powzięte i nie było nikogo, coby swym wpływem zdołał go powstrzymać od wykonania tego postanowienia. Nawet Wan nie byłby był w stanie tego dokazać.

A tem bardziej że nie wiedział on nawet o zamiarze swego ucznia. Sun nie wiedział o nim także, i zauważył tylko o jedno, że Kin-Fo od swego powrotu był pobłażliwszy na jego codzienne głupstwa.

Sun przekonywał się coraz bardziej że nie mógłby lepszego w świecie znaleść pana, a cenny jego warkocz od jakiegoś czasu swobodnie sobie falował po jego plecach.

Przysłowie chińskie mówi:

„Aby być szczęśliwym na ziemi, potrzeba żyć w Kantonie, a umierać w Lia-o-Tsze-u.”

Jakoż istotnie znajdujemy w Kantonie najwymyślniejszy przepych, a w Lia-o-Tsze-u wyrabiają najlepsze trumny.

Kin-Fo nie mógł tedy nie zamówić i dla siebie tam odpowiedniej trumny w najpierwszej fabryce, która nadeszła na czas oznaczony. Każdy mieszkaniec cesarstwa niebieskiego myśli nieustannie o tem, aby był wygodnie włożony na sen wieczysty.

Równocześnie kazał Kin-Fo kupić sobie koguta białego, który miał tę własność, jak wiadomo, że się weń wcielają dusze ulatujące, i że chwyta w przelocie jeden z siedmiu żywiołów, składających duszę chińską.

Okazuje się przeto, że o ile uczeń Wana obojętny był na wszystkie wypadki życia, o tyle obchodziło go to, co będzie po śmierci.

Załatwiwszy wszystko, miał już tylko ułożyć porządek swego pogrzebu. Tegoż zatem jeszcze dnia spisał testament na kartce papieru zwanego ryżowym, na którym nawiasem mówiąc nie śladu ryżu.

Oprócz kapitałów ubezpieczonych w Wieku, zapisał młodej wdowie dom w Szanghaju, Wanowi wizerunek cesarza Taipinga, na który filozof zawsze z wielką spozierał miłością, poczem ręką pewną skreślił cały porządek pochodu pogrzebowego, w jakim miano go odprowadzić na miejsce wiecznego spoczynku.

Zamiast rodziców już nieżyjących otwierać miało pochód grono przyjaciół, ubranych biało, który to kolor jest u Chińczyków żałobą. Wzdłuż ulic, aż do grobowca, zbudowanego już od dawna na smętarzu szanghajskim, miał być ustawiony podwójny szpaler służby pogrzebowej, z rozmaitemi godłami, jak parasole niebieskie, hallebardy, ręce oznaczające sprawiedliwość, ekrany jedwabne, tablice z opisem ceremonjału pogrzebowego. Służba ta miała być odziana w czarne tuniki, podpasane białym pasem, w czarnych pilśniowych kapeluszach z czerwonemi kitami. Po za pierwszą grupą przyjaciół miał postępować herold pogrzebowy, ubrany na czerwono od stóp do głowy, bijący w bęben. Tuż za nim miano nieść wizerunek nieboszczyka ułożony w lektyce bogato udekorowanej. Dalej szła druga grupa przyjaciół mających mdleć od czasu do czasu w pewnych regularnych odstępach, na poduszki, umyślnie na ten cel przygotowane. W końcu trzecia grupa młodzieży, zamykająca orszak, pod baldachimem niebieskim i złotym, rozrzucać miała po drodze małe kawałki białego papieru, z dziurkami, na podobieństwo drobnej monety chińskiej, aby nie dopuścić złych duchów, któreby chciały doścignąć orszak, pogrzebowy i z nim się połączyć.

Teraz niesiono katafalk. Olbrzymi palankin powleczony fioletowem jedwabnem obiciem, haftowanym w złote taśmy, miało nieść pięćdziesięciu ludzi, w pośród podwójnego szeregu bonzów. Księża w ornatach popielatych, czerwonych i żółtych, mieli odmawiać przepisane modlitwy przy huku bębnów, pisku fletów, i wrzasku trąb sześciostopowej długości.

W końcu wspaniałe karawany, okryte białemi draperjami, miały zamykać ów pochód okazały, którego koszta miały pochłonąć resztki mienia bogatego niegdyś nieboszczyka.

Program ten cały nie miał zresztą w sobie nic nowego. Wiele pogrzebów tej klasy przeciąga po ulicach Kantonu, Szanghaju i Pekinu, a mieszkańcy cesarstwa niebieskiego widzą w nich tylko hołd należny zmarłemu.

Dnia 20. października paka wyprawiona z Liao-Tszeu przybyła pod adresem Kin-Fo do domu jego w Szanghaju. Zawierała ona starannie opakowaną, zamówioną przez niego trumnę. Nie zdziwiło to ani Wana ani Suna, ani nikogo z całej służby. Powtarzam, nie ma Chińczyka, któryby nie sprawił sobie za życia łóżka, w którym ma spocząć na wieki.

Trumnę tę, arcydzieło fabryki, w której była zamówiona, ustawiono w komnacie przodków. Tam oczyszczona, wywoskowana, byłaby w zwykłym porządku rzeczy długo zapewne czekała nim by ją był zapotrzebował użyć dla siebie uczeń Wana. Teraz atoli inaczej stać się miało. Dni Kin-Foa były policzone, i zbliżała się już godzina, w której miał wstąpić w grono przodków swojego rodu.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 15

Albowiem już tego wieczora zamierzył ostatecznie Kin-Fo odebrać sobie życie.

W ciągu dnia nadszedł list od zrozpaczonej Le-u.

Młoda wdowa oddawała mu cały swój majątek do rozporządzenia. Majątek był dla niej niczem. Mogła się obejść bez wszystkiego. Ona go kocha. Czegoż jej potrzeba więcej? Czyż nie mogli być szczęśliwi z sobą choćby nawet w najuboższym stanie?

List ten, pełen szczerej miłości, nie zmienił bynajmniej postanowienia Kin-Foa.

– Tylko jedna śmierć moja może ją uczynić bogatą, pomyślał sobie.

Trzeba było jeszcze postanowić gdzie i jak powzięty zamiar wykonać? Kin-Fo z pewną radością przemyśliwał o tych wszystkich szczegółach. Spodziewał się, że w ostatniej może chwili uderzy mu serce przelotnem przynajmniej wrażeniem.

W obrębie jamenu były cztery piękne kioski, udekorowane z całą fantazją, cechującą ornamentykę chińską. Miały one nazwy znaczące, mianowicie: Pawilon szczęścia, do którego Kin-Fo nigdy nie wchodził, pawilon losu, na który spoglądał z największą pogardą, pawilon przyjemności, którego drzwi dawno były dlań zamknięte – wreszcie pawilon długiego życia, który postanowił był kazać zburzyć.

Instynkt jakiś popchnął go, aby ten wybrać. Postanowił zamknąć się tam z wieczora. Tam to miano go nazajutrz znaleźć szczęśliwym już nieboszczykiem.

Następnie nasunęło się pytanie jakim sposobem się zabić? Czy przerznąć sobie brzuch po japońsku, czy udusić się pasem jedwabnym jak to czynią mandaryni, czy przeciąć sobie żyły w kąpieli pachnidłami zaprawnej, jak Epikurejczyk starożytnego Rzymu? Nie. – Wszystkie te sposoby miały najpierw w sobie coś prostaczego – coś wstrętnego dla przyjaciół i sług. Jeden lub dwa grany opium z przymieszką szybko działającej trucizny wystarczało, aby się przenieść z tego świata na drugi, bezwiednie, na skrzydłach snu, co niepostrzeżenie z chwilowego zamieni się w wieczysty.

Słońce zaczynało już zniżać się na widokręgu. Kin-Fo miał już tylko żyć parę godzin. Zapragnął ostatni raz jeszcze ujrzeć dolinę Szanghaju i wybrzeża Huang-Pu, po których znudzony bogacz, przechodził się często bywało. Sam jeden nie widziawszy się nawet z Wanem przez ten cały dzień, wyszedł z jamenu, z zamiarem wrócić doń po raz już ostatni.

Przeszedł osadę angielską, mostek, osadę francuską krokiem niedbałym, którego nie przyspieszył nawet w tej przedostatniej życia chwili. Wybrzeżem otaczającem dzielnicę chińską obszedł mury Szanghaju aż do kościoła katolickiego, którego kopuła wznosi się po nad domami przedmieścia południowego. Tutaj zwrócił się na prawo i szedł spokojnie drogą, wiodącą do pagody Lung-Hao.

Przed nim roztaczała się rozległa płaszczyzna, ciągnąca się od cienistych wzgórz, kończących dolinę Min, niezmierne przestrzenia bagniste, zamienione staranną ręką rolnika w pola ryżowe. W dali na pełnem morzu uwijały tu i tam czółna, widać było kilka nędznych wiosek, których chaty z chrustu plecione narzucane były żółtawą gliną, parę kawałków uprawnego pola na nasypach, uczynionych celem ochrony od wód zalewu. Po mnogich wąskich ścieżkach snuły się psów gromady, kóz białych, kaczek i gęsi, które za zbliżeniem się przechodnia umykały co tchu sycząc z rozpuszczonemi skrzydłami.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 16

Przestrzeń ta płaszczyzny bogato uprawnej, której widok nie mógł zadziwić krajowca, zwróciłaby wszakże uwagę, a może obudziła wstręt cudzoziemca. Wszędzie widziałeś tam trumny setkami. Nie mówiąc już o gęstych mogiłach, pokrywających zwłoki nieboszczyków pogrzebanych, widać było w około stosy podłużnych pudeł, piramidy trumien, ułożone jak tarcice na składzie drzewa u stolarza. Pola otaczające chińskie miasta są jednym wielkim smętarzem. Umarli zajmują całą przestrzeń pospołu z żyjącymi. Powiadają, że zakazano tam grzebać trumny ze zwłokami umarłych, dopóki ta sama dynastja zasiada na tronie synów nieba, a dynastje tam panują całemi wiekami. Czy zakaz ten istnieje czy nie, to pewna, że umarli oczekują przez długie lata pogrzebu leżąc w trumnach, z których jedne malowane jaskrawo, inne ciemne i skromne, jedne nowe i ozdobne, inne na wpół zbutwiałe w proch się już rozpadają.

Kin-Fo nie zdziwił się tym widokiem. Zresztą nie patrzył też w około siebie i nic nie widział, nie uważał nawet, że dwóch cudzoziemców, ubranych po europejsku, szło za nim trop w trop, od chwili gdy wyszedł z jamesu. Nie widział ich, chociaż oni starali się widocznie śledzić go. Gdy szedł, szli za nim w pewnem oddaleniu, zatrzymywali się, gdy się zatrzymał. Od czasu do czasu zamienili z sobą parę znaczących spojrzeń, słów parę i oczywiście szpiegowali go. Niskiego wzrostu, nie mający jeszcze lat trzydziestu, zwinni i kształtni, podobni byli do wyżłów o bystrem oku i szybkich nogach.

Kin-Fo uszedłszy prawie całą milę przez pola, zawrócił znów ku wybrzeżom Huang-Pu.

Dwaj wyżły także zaraz się zawrócili.

Kin-Fo w powrocie spotkał dwóch czy trzech żebraków jak najnędzniej wyglądających i dał im jałmużnę.

Następnie przeszło mu drogę kilka kobiet chińskich chrześcijanek, wyuczonych przez siostry miłosierne francuskie, dobroczynnego zajęcia. Szły dźwigając kosze na plecach, a w nich kołyski biednych wyrzuconych niemowlątek. Słusznie nazywają je „śmieciarkami dzieci”, bo czemże są te drobne nędzne istoty jak nie śmieciem na dwór wyrzuconem?

Kin-Fo oddał im całą swą kieskę.

Dwaj cudzoziemcy zdawali się mocno zdziwieni tym czynem ze strony Chińczyka.

Zmrok zapadł. Kin-Fo doszedłszy do miasta, szedł znów wybrzeżem rzeki.

Ruchliwa ludność jeszcze nie spała. Krzyki i śpiewy słychać było w około.

Kin-Fo wstrzymał się i słuchał. Ciekawy był jakie będą ostatnie słowa, które przed śmiercią usłyszy?

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 17

Młoda tankadera, wiosłująca czółnem wśród zmierzchu po wodach Huang-Pu śpiewała:


                  Kwiaty stroją
                  Łódkę moją –
          Świetna barwa jej
          A mnie w piersiach serce drży
          Pełne szczęścia i swobody…
Jutro wróci mój pan młody
Niech go Bóg niebieski wiedzie –
Czy przez suche lądy jedzie,
Czy przez wielkie płynie morze,
          Strzeż go Boże!


– On wróci jutro – a ja gdzie jutro będę? pomyślał Kin-Fo pochyliwszy głowę na piersi.

Młoda tankadera śpiewała dalej:


                  Po rozdrożach
                  I po morzach
          Luby! błąkasz się!
          A mnie oko tonie w łzie…
Nieraz burzy słysząc wycie,
W ciągłej trwodze o swe życie
Serce moje utęsknione,
Rozpłakane, rozżalone,
Drżało jakby listek róży
                  W pośród burzy!…


Kin-Fo słuchał ciągle w milczeniu. Tankadera tak zakończyła piosnkę:


                  Po co tobie
                  Szukać w grobie
                  Wieczystego snu?
          Szczęście u mnie znajdziesz tu –
Wróć kochanku – wróć z daleka…
Już w świątyni bonza czeka
By feniksów[1] naszych parę
Złączyć bóstwu na ofiarę,
Gdy nas złączą wieczne śluby…
                  Wracaj luby!


– A może, pomyślał Kin-Fo, bogactwo i nie jest wszystkiem na świecie. Ale życie nie warte tego aby je przedłużać.

W pół godziny potem Kin-Fo był już w domu. Dwaj cudzoziemcy, którzy szli krok w krok za nim, musieli się zatrzymać przed bramą jamenu.

Kin-Fo spokojnie poszedł ku pawilonowi „Długiego życia,” otworzył drzwi, zamknął je za sobą i ujrzał się sam jeden w saloniku oświetlonym łagodnie ze szkła matowego.

Na stoliku, zrobionym z jednej sztuki jaspisu, stała skrzyneczka, zawierająca kilka ziarnek opium, zmięszanego z niezmiernie szybko działającą trucizną, które znudzony bogacz trzymał w zapasie od wypadku.

Kin-Fo wziął dwa ziarnka, włożył je w fajkę z czerwonej gliny, jakich zwykle Chińczycy do palenia opium używają, i już zabierał się do pociągnięcia fatalnego dymu, gdy naraz zastanowił się i rzekł:

– Jakto? Nawet w tej chwili nie czuję najmniejszego wzruszenia – w chwili, kiedy mam zasnąć na wieki?

Zawahał się.

– Nie! zawołał ciskając o ziemię fajkę, która rozbryzła się w setki kawałków. Ja chcę, ja muszę doznać na ostatek przynajmniej silnego jakiegoś wzruszenia, chociażby z samego oczekiwania śmierci. Chcę – i doznam.

Po tych słowach wyszedł z kiosku przyspieszonym krokiem i udał się do pomieszkania Wana.




Przypis

  1. Feniks u Chińczyków godło małżeństwa.
Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.