FANDOM


Rozdział V Kłopoty Chińczyka w Chinach
Rozdział VI
Juliusz Verne
Rozdział VII
Uwaga! Tekst wydano w 1880 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

który zachęci może czytelnika do uczynienia małej wycieczki do biur Towarzystwa „Wiek.”

Nazajutrz Kin-Fo, którego ani na chwilę nie opuściła pogarda rzeczy światowych, wyszedł sam z domu i krokiem równym jak zawsze szedł prawem wybrzeżem rzeki. Przybywszy do drewnianego mostu, łączącego kolonję angielską z amerykańską, przeszedł na drugą stronę i zwrócił się ku jednemu z domów dosyć ozdobnej powierzchowności, pomiędzy kościołem misjonarskim a konsulatem Stanów Zjednoczonych.

Na froncie tego domu przybita była szeroka blacha miedziana, na której umieszczony był sążnistemi głoskami napis następujący:


WIEK
Towarzystwo ubezpieczeń życia
Kapitał gwarancyjny 20 miljonów dolarów.
Ajent główny Wiliam J. Bidulf.


Kin-Fo otworzył podwójne drzwi i wszedł do biura, przedzielonego po połowie prostą balustradą tej wysokości, że się na niej opierać było można. Kilka szaf na papiery, księgi z dużemi klamrami, kasa amerykańska z tajnemi zamkami, nie dozwalająca się otworzyć, dwa czy trzy stoliki, przy których siedzieli zajęci pisaniem urzędnicy biura, sekretarzyk osobny skomplikowanej roboty, przeznaczony dla samego pana Wiliama Bidulfa, oto z czego się składało całe umeblowanie tego apartamentu, który się zdawał jakby żywcem z Bradway przeniesiony nad brzegi Wusunu.

Wil. J. Bidulf był głównym ajentem w Chinach Towarzystwa ubezpieczeń od ognia, tudzież zabezpieczenia życia, którego dyrekcja miała siedzibę w Chicago. Wiek – nazwa umyślnie dobrana, aby przyciągnąć klientów – Wiek posiadający wielką wziętość w Stanach Zjednoczonych, posiadał swe ajencje we wszystkich pięciu częściach świata. Robił on ogromne interesa i bardzo zyskowne dzięki swym statutom, ułożonym bardzo ogólnikowo, dozwalającym mu ubezpieczać od wszelkiego rodzaju niebezpieczeństw.

Mieszkańcy niebieskiego państwa zaczynali już także iść za tym prądem wyobrażeń, zapełniającym kasy Towarzystw tego rodzaju. Wielka liczba domów cesarstwa środkowego była ubezpieczoną od ognia, a nie brakło z podpisami chińskiemi kontraktów ubezpieczenia na wypadek śmierci z najrozmaitszemi kombinacjami. Blachy z godłem Wieku widziałeś nad wielu domami w Szanghaju, a nie brakło jej także nad domem KinFoa.

Nie w celu zatem ubezpieczenia się od ognia przychodził uczeń Wana w odwiedziny do pana Wil. Bidulfa.

– Zastałem p. Bidulfa? – zapytał wszedłszy.

P. Wil. Bidulf znajdował się w biurze w własnej swej osobie, jak fotograf, który sam zdejmuje wizerunki, każdej chwili gotów na usługi publiczności. Był to człowiek lat pięćdziesięciu, ubrany starannie w czarnym fraku, białej krawacie, z brodą, bez wąsów, po amerykańsku.

– Z kimże mam zaszczyt mówić? – zapytał.

– Z panem Kin-Fo, z Szanghaju.

– Z panem Kin-Fo… naszym klientem… polica do liczby dwadzieścia siedm tysięcy dwieście…

– Z tym samym.

– Mogęż mieć szczęście służenia czemkolwiek szanownemu panu?

– Chciałbym pomówić z panem w cztery oczy – odrzekł Kin-Fo.

Rozmowa w cztery oczy mogła pójść bardzo łatwo, gdyż pan Wil. J. Bidolf, mówił po chińsku równie dobrze jak Kin-Fo po angielsku.

Bogaty klient został tedy wprowadzony z winnemi mu honorami do osobnego gabinetu, obitego obiciem nieprzepuszczającem głosu, o drzwiach podwójnych, w którym możnaby bezpiecznie spiskować nad obaleniem dynastji Tsing, nie będąc podsłuchanym przez najbystrzejszych szpiegów cesarstwa niebieskiego.

– Życzyłbym sobie, rzekł Kin-Fo, usiadłszy na fotelu blisko kominka gazem opalanego, życzyłbym zabezpieczyć w Towarzystwie wypłatę po mojej śmierci, kapitału, którego wysokość zaraz oznaczę.

– Nic łatwiejszego – odrzekł Wil. J. Bidulf. – Dwa podpisy, mój i szanownego pana na policy i ubezpieczenie gotowe, po spełnieniu kilku zwykłych formalności wstępnych. Ale… pozwolisz panie uczynić mi jedno zapytanie… czy życzysz pan sobie, co zresztą byłoby rzeczą naturalną, nie umrzeć jak w bardzo późnym dopiero wieku?

– Jak to? Wszak ubezpieczenie życia oznacza najczęściej przeciwnie obawę rychłej śmierci?

– O! szanowny panie – odrzekł pan Wil. Bidulf najpoważniej w świecie. – tego nieobawiają się nigdy ubezpieczenie w „Wieku” – sama nazwa już to mówi. Ubezpieczyć się u nas, to jakby otrzymać przywilej długiego życia. Przepraszam, ale rzadko się trafia aby nasi ubezpieczeni nie przeżyli wieku, nie doszli stu lat… rzadko… bardzo rzadko. W ich własnym interesie byłoby żyć krócej. Ale cóż począć? Co prawda robimy też przepyszne interesa. Uprzedzam zatem pana, że ubezpieczyć się w Wieku znaczy pozyskać prawie pewność przeżycia całego wieku.

– Tak – odrzekł spokojnie Kin-Fo, zimnym swym wzrokiem mierząc pana Wil. J. Bidulfa.

Ajent główny, poważny jak minister, nie zdawał się wcale żartować.

– Bądź co bądź, rzekł Kin-Fo po chwili, życzę się zabezpieczyć na dwakroć stotysięcy dolarów.

– Mówię dwa kroć stotysięcy dolarów, powtórzył sobie Wil. J. Bidulf i wpisując w notatkę swą tę liczbę, której wysokość nie zwróciła bynajmniej jego uwagi.

– Czy panu wiadomo, dodał, że ubezpieczenie staje się nieważnem i wszystkie upłacone raty, jaka nie bądź byłaby ich kwota, przepadają na rzecz Towarzystwa, jeżeli osoba, na której korzyść ubezpieczenie uczynione jest, umrze z przyczyny tego, który zawarł umowę ubezpieczenia?

– Wiem.

– A od jakiego niebezpieczeństwa chce się pan łaskawy pan ubezpieczyć?

– Od wszystkich.

– W razie śmierci w podróży na lądzie i morzu, tak w cesarstwie niebieskiem jak i po za jego granicami?

– Tak jest.

– Na wypadek śmierci skutkiem wyroku sądowego.

– Tak jest.

– Na wypadek śmierci w pojedynku?

– Tak jest.

– W służbie wojskowej?

– Tak jest.

– W takim razie premie wypadną bardzo znaczne.

– Zapłacę ile będzie potrzeba.

– Dobrze.

– Ale, dodał Kin-Fo, jest jeszcze jedno niebezpieczeństwo, którego pan nie wymieniłeś.

– Jakie?

– Samobójstwo. Myślałem, że statuta Wieku dozwalają także ubezpieczenia na wypadek samo bójstwa?

– Tak jest – tak jest, odpowiedział pan Bidulf, zacierając dłonie. Jest to nawet źródłem wielkich dla nas zysków. Pojmuje łaskawy pan, że tym co się u nas ubezpieczają, chodzi po większej części bardzo o życie, ci więc co z nadmiaru przezorności ubezpieczają się także na wypadek samobójstwa, nigdy życia sobie nie odbierają.

– Mniejsza z tem, odrzekł Kin-Fo, z przyczyn osobistych życzę sobie zabezpieczyć się i na ten wypadek.

– Dobrze; ale premia będzie bardzo znaczna.

– Powtarzam, że zapłacę ile będzie potrzeba.

– Zgoda – a zatem ubezpieczenie, ciągnął dalej Wil. Bidulf, zapisując w swej notatce, na wypadek śmierci na morzu, w podróży, samobójstwa…

– A pod warunkami temi, jakaż więc będzie wysokość premji do zapłacenia? spytał Kin-Fo.

– Łaskawy panie, premie u nas obliczone są jak najściślej, wedle prawideł matematycznych, co czyni zaszczyt Towarzystwu. Nie opierają się już obecnie jak dawniej na tablicach Duvillarsa… Czy łaskawy pan zna Duvillarsa?

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 14

– Nie znam.

– Statystyk znakomity – ale jeden z dawniejszych… tak dawny, że nawet już umarł. Wówczas kiedy układał owe sławne tablice, służące dotychczas jeszcze za podstawę obliczania premij po większej części wszystkim europejskim Towarzystwom ubezpieczeń bardzo zacofanym, wówczas przeciętna liczba życia ludzkiego była niższa od teraźniejszej, dzięki postępowi powszechnemu. My zatem opieramy obliczenie premij naszych na wyższej liczbie przeciętnej korzystniejszej dla ubezpieczonego, który przeto płaci mniej a żyje dłużej.

– Jaka będzie wysokość mojej premji? – zapytał Kin-Fo, rad powstrzymać wymownego ajenta, który nie opuszczał nigdy sposobności wykazania wyższości swego Towarzystwa nad inne.

– Łaskawy panie – odrzekł Wil. J. Bidulf – ośmielę się zapytać ile pan sobie lat liczy?

– Trzydzieści jeden.

– A zatem mając lat trzydzieści jeden, gdyby szło tylko o ubezpieczenie w razie zwykłych wypadków, zapłaciłbyś pan, w któremkolwiek bądź Towarzystwie 283/100 od sta; lecz u nas zapłaci pan tylko 270/100, co czyni rocznie od kapitału 200.000 dollarów 540 dollarów.

– A pod tym warunkiem jak sobie życzę? zapytał Kin-Fo.

– Z ubezpieczeniem od wszystkich niebezpieczeństw, i na wypadek samobójstwa?

– Zwłaszcza na wypadek samobójstwa?

– Panie! – odrzekł pan Wil. J. Bidulf tonem słodziutkim, popatrzywszy wpierw na drukowaną tabliczkę na końcu swej notatki – nie możemy ubezpieczyć w takim razie taniej jak za 25%.

– Co uczyni?…

– Pięćdziesiąt tysięcy dollarów.

– A w jaki sposób ma być premja wypłacona?

– Albo cała naraz lub też ratami miesięcznie, według życzenia ubezpieczonego.

– Co uczyniłoby za dwa pierwsze miesiące?…

– Ośm tysięcy trzysta trzydzieści i dwa dollary, które gdyby zostały wpłacone dziś dnia 30. kwietnia, drogi panie, pokryłyby należytość za czas do 30. czerwca bieżącego roku.

– Warunki te przyjmuję – rzekł Kin-Fo. – Oto dwie pierwsze raty.

To mówiąc wyjął z kieszeni i położył na stole gruby pakiet banknotów.

– Dobrze, drogi panie, bardzo dobrze, odrzekł Wil. J. Bidulf. Jest jeszcze tylko jedna mała formalność do spełnienia przed podpisaniem policy.

– Jaka?

– Lekarz Towarzystwa musi pana drogiego opatrzeć.

– W jakim celu?

– Dla przekonania się, czy pan jesteś silnie zbudowany, czy nie masz jakiego błędu organicznego, mogącego wpłynąć na przyspieszenie śmierci, czy wreszcie posiadasz warunki długiego życia?…

– Pocóż tego, skoro ubezpieczam się nawet na wypadek śmierci w pojedynku i z samobójstwa?

– Łaskawy panie, odrzekł Wil. J. Bidulf zawsze ze słodziutkim swoim uśmiechem – zaród choroby w organizmie pańskim, któraby pana w kilku miesiącach zabrała z tego świata, kosztowałby nas piękną sumkę 200.000 dolarów.

– A gdybym sobie sam życie odebrał, toby przecież tak samo tyleż kosztowało.

– Drogi panie, odpowiedział uprzejmy ajent Wieku, biorąc Kin-Fo za rękę i głaszcząc z lekka takową, miałem już zaszczyt powiedzieć panu, że wiele osób zabezpiecza się u nas na wypadek samobójstwa, ale żadna z nich życia sobie nie odbiera. Zresztą mamy prawo ich nadzorować… Ale w największej tajemnicy…

– Tak! zawołał Kin-Fo.

– Dodam osobistą moją uwagę, że ze wszystkich moich klientów Wieku ci właśnie najdłużej płacą zazwyczaj umówioną premję. Ot, zobaczmy naprzykład, dlaczego bogaty pan Kin-Fo miałby sobie odbierać życie?

– A dlaczegoż bogaty pan Kin-Fo chce się zabezpieczyć?

– No, odrzekł Wil. J. Bidulf, aby mieć pewność, że jako ubezpieczony w Wieku doczeka późnej starości.

Nie było co dłużej dyskutować z głównym ajentem słynnego Towarzystwa. Tak był pewnym tego, co mówił.

– Ubezpieczam na korzyść dwóch osób – rzekł Kin-Fo.

– Po równej połowie?

– Nie. Dla jednej 50.000 dolarów, dla drugiej 150.000.

– Mówię: Pięćdziesiąt tysięcy dolarów dla pana…

– Wana.

– Filozofa Wana?

– Tego samego.

– A 150.000 dolarów?

– Dla pani Le-u w Pekinie.

– W Pekinie – powtórzył Wil. J. Bidulf skończywszy wpisywać imiona. Potem rzekł:

– W jakim wieku jest pani Le-u?

– Ma lat dwadzieścia jeden – odrzekł Kin-Fo.

– Ta młoda osoba będzie porządnie starą gdy otrzyma kapitał dla niej ubezpieczony.

– Jakto? Dla czego?

– Bo pan kochany żyć będziesz przeszło lat sto – wiek cały. A filozof Wan…

– Ma lat pięćdziesiąt pięć.

– O! to ten miły człowiek może być pewnym, że nigdy nie obaczy się z temi pieniędzmi.

– To się da widzieć.

– Drogi panie – odrzekł na to Wil. J. Bidulf, gdybym mając lat pięćdziesiąt pięć, był spadkobiercą człowieka liczącego lat dwadzieścia jeden, a mającego żyć lat sto, nie byłbym tak naiwnym, abym liczył na jego spadek.

– Sługa pański – rzekł Kin-Fo, powstawszy zabierając się do wyjścia.

– Służka – odrzekł uprzejmy p. Wil. J. Bidulf, kłaniając się nisko nowemu klientowi Wieku.

Nazajutrz lekarz Towarzystwa opatrzył Kin-Fa, i wedle przepisów regulaminu wpisał w rubryki sprawozdania:

„Zdrowie żelazne, muskuły ze stali, płuca jak organy.”

Nic tedy nie przeszkadzało ubezpieczeniu osoby tak silnej i zdrowej. Tegoż dnia podpisali policę ubezpieczenia z jednej strony Kin-Fo na rzecz młodej wdowy i filozofa Wana, z drugiej imieniem Towarzystwa Will. J. Bidulf.

Ani Le-u, ani Wan, nie mieli się dowiedzieć, wyjąwszy jakiegoś nadzwyczajnego zbiegu wypadków, o tem, co dla nich uczynił Kin-Fo, aż tego samego dnia, w którym Wiek miał im wypłacić kapitał, będący ostatnim wspaniałomyślnym darem byłego miljonera.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.