FANDOM



III Hrabia Sandorf • Część V • Rozdział IV • Juliusz Verne V
III Hrabia Sandorf
Część V
Rozdział IV
Juliusz Verne
V
Uwaga! Tekst wydano w latach 1885-1886. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


IV.

Antekritta.

W piętnaście godzin po opuszczeniu wybrzeży trypolitańskich, z wieży obserwacyjnej wyspy Antekritty spostrzeżono w południowych godzinach zbliżenie się „Elektryka nr. 2”. Niebawem też statek zawinął do portu.

Łatwo można sobie wyobrazić powitanie, jakiego doznał doktór i dzielni towarzysze.

Aczkolwiek Sawie nie groziło już żadne niebezpieczeństwo, to jednak postanowiono zatrzymać jeszcze w tajemnicy, jakie związki łączyły ją z doktorem Antekrittem.

Hrabia Maciej Sandorf pragnął zachować incognito aż do zupełnego ukończenia swego dzieła. Jednakże wieść o zaręczeniu się Piotra z Sawą wystarczała do powszechnej radości tak w pałacu jak też w całem miasteczku Artenah.

Trudnoby opisać uniesienie radości pani Batory, gdy po tak strasznych przejściach mogła nakoniec przycisnąć Sawę do swego łona. Młode dziewczę wkrótce odzyskało wesołość i swobodny umysł, do czego się głównie przyczyniło kilka dni prawdziwego szczęścia!

Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że Cypel Pescade narażał swe życie i w tej ostatniej wyprawie. Ale ponieważ wszystko, co uczynił, uważał za rzecz najnaturalniejszą w świecie, przeto niepodobieństwem było go przekonać o wielkiej doniosłości jego dzieła zasługującego na uznanie i wdzięczność.

Piotr Batory ściskał go tak serdecznie, a doktór Antekritt spoglądał nań tak łaskawie, że mały akrobata niczego już więcej nie pragnął. Swoim dawnym zwyczajem przypisywał wszystkie swe zasługi Przylądkowi Matifon.

— Jemu to należą się podziękowania! — powtarzał — Wszystko to on zrobił tylko! Gdyby mój Przylądek nie był tak zręcznym w balansowaniu żerdzią, nie zdołałbym wskoczyć do domu Sidi-Hazama, a Sawa Sandorf padając, byłaby się zabiła, gdyby nie Matifon, który ją złapał w powietrzu.

— Ho!... ho!... — odpowiedział olbrzym — tego już zawiele... Ktoby myślał...

— Milcz, mój Przylądku — przerwał Cypel Pescade. — Cóż u djabła, nie jestem przecie tak wielkiego kalibru, aby znieść tyle komplementów, podczas gdy ty... Zresztą, chodźmy lepiej do ogrodu!

Oczywiście, że po takiem przemówieniu Przylądek Matifon musiał umilknąć i poszedł do pięknej willi przyjmując na swe barki wszystkie pochwały, „ażeby nie rozgniewać małego Cypla Pescade”.

Ślub Piotra Batorego z Sawą Sandorf miał się odbyć dnia 9 listopada. Piotr, zostawszy mężem Sawy, postanowił zająć się natychmiast zgłoszeniem swej żony do spadku po hrabi Macieju Sandorfie. List pani Toronthal był dostatecznym dowodem pochodzenia młodego dziewczęcia; zresztą, gdyby się okazała potrzeba, można było otrzymać najformalniejszą declaracyą od samego bankiera. Rozumie się, iż wszystkie te sprawdzenia w terminie przepisanym uskutecznione zostaną, gdyż Sawa Sandorf nie ukończyła jeszcze ośmnastego roku, w którym jej prawa dziedziczenia uznane być miały. W rzeczy samej pozostawało jeszcze sześć tygodni czasu.

Wypada też nadmienić, że od lat piętnastu polityczne stósunki w Węgrach wielce się zmieniły na korzyść kraju, a w takich okolicznościach poszły też w niepamięć wszystkie szczegóły niedojrzałego spisku Macieja Sandorfa.

Co się zaś tyczy Hiszpana Karpeny i Silasa Toronthala, to dotychczas nic jeszcze o ich losie zawyrokowane nie zostało. W więzieniu wyspy Antekritty brakowało do kompletu Sarkaniego, gdy ten ujętym będzie, zdrajców sprawiedliwa kara dosięgnie.

Ale w chwili, w której doktór rozmyślał o środkach osiągnięcia swego celu nadeszły niespodziane, wielce niepokojące wiadomości. Agenci pozostawieni w Cyrenajce i Trypolis donosili o ruchu Senusitów, który przybierał wielce groźne rozmiary, szczególnie w wilajecie Ben-Ghazi, pozostającym w najbliższem sąsiedztwie z wyspą. Specyalni kuryerzy zostali bezzwłocznie wysłani do Jebrub, do tego nowego świętego miejsca wyznawców Islamu, jak się wyraża p. Duveyrier, wspominając o tym rodzaju Mekki, gdzie natenczas rezydował Sidi-Mahommed-EI-Mahedi wielki mistrz zakonu, wraz ze swoimi podwładnymi naczelnikami.

Ponieważ Senusici są godnymi następcami dzikich piratów, tchnących zapamiętałą nienawiścią przeciw europejczykom, przeto doktór nie zapoznawał doniosłości grożących niebezpieczeństw.

W tej kwestyi naradzał się też bardzo często z Piotrem Batorym, z Luigim Ferrato, z kapitanami swojej flotylli, z naczelnikami milicyi, jako też z najpoważniejszemi osobistościami kolonii.

Pomimo, że fortyfikacye nie były jeszcze ukończone, Antekritta mogła się oprzeć napastnikom, jeżeli nie przybędą w zbyt znacznej liczbie. Z drugiej zaś strony Senusitom zależało bardzo na zdobyciu wyspy, albowiem była punktem centralnym zatoki Sydry, wokoło której ciągnęły się wybrzeża Cyrenajki i Trypolisu.

Czytelnik nie zapomniał, iż w południowo-zachodniej stronie o dwie mile od wyspy Antekritty znajdowała się mała wysepka Kenkraf, dotychczas nieubezpieczona fortyfikacyami i że z tej właśnie przyczyny doktór kazał ją podminować w sposób najniezawodniejszy.

W obecnej chwili straszliwy materyał wybuchowy zapełniał wszystkie wydrążenia, wykute w skalistym gruncie.

Jedna elektryczna iskra wystarczała, by zniszczyć całą wysepkę Kenkraf wraz z tem wszystkiem coby się pod tenczas na niej znajdowało.

'Mathias Sandorf' by Léon Benett 109

Natomiast Antekritta posiadała dostateczne środki do obrony. Na całem wybrzeżu ustawiono pozycyjne działa, zdolne odeprzeć ataki zbliżającego się nieprzyjaciela. Armatki mniejszego kalibru oczekiwały tylko chwili udowodnienia swej pożyteczności na wzgórzach. Cała załoga stała pod bronią. Liczne torpedy broniły wejścia do portu, a „Ferrato” i trzy „Elektryki” były przygotowane na wszelkie wypadki. Mogły skutecznie bronić się i atakować.

Pomimo to przecież wyspa ta w jednem miejscu dawała nieprzyjacielowi możność zbliżenia się do kolonii. Było to od południowo-zachodniej strony. W tym załomie wybrzeża wylądowanie oblegającej hordy mogło łatwo nastąpić, gdyż strzały z ustawionych bateryi nie dostateczne broniły przystępu.

Z tej więc tylko strony groziło niebezpieczeństwo, a nie było już czasu do zapobieżenia temu brakowi odpowiedniemi robotami.

Zresztą niepewną było rzeczą, czy Senusici zamierzają targnąć się na Antekrittę. Biorąc taki krok pod rozwagę, nie można było zapoznać olbrzymich trudności, nastręczających się przy tem niebezpiecznem przedsięwzięciu.

Luigi powątpiewał nawet, by sekciarze zdecydowali się na tak ryzykowną wyprawę. Takie poglądy wyraził też dnia pewnego, gdy doktór w jego i Piotra towarzystwie zwiedzał fortyfikacye wyspy.

— Sądzę zupełnie inaczej — odparł doktór, Antekritta jest bogatą i dominuje w okolicach syryjskich mórz... Z tych więc tedy powodów prędzej, czy też później zostanie zaatakowaną, bo zanadto wiele Senusitom na niej zależy.

— Nastąpi to z największą pewnością — dodał Piotr — jest to wypadek, przeciw któremu należy się dobrze zabezpieczyć!

— Jednak pragnę wam także powiedzieć — ciągnął dalej doktór — z jakiego innego powodu przewiduję blizki napad. Sarkany był zawsze czynnym stronnikiem niebezpiecznego stowarzyszenia i wiadomo mi nawet, że był zawsze agentem sekciarzy za granicą. Przypomnijcie sobie też, moi przyjaciele, jak w domu makadema Cypel Pescade podsłuchał rozmową Sidi-Hazama z Trypolitańczykiem... Przy tej sposobności wspomniano kilkakrotnie nazwisko Antekritty, a przecież Sarkany wie, że wyspa należy do doktora Antekritta, to jest do wielce mu podejrzanego człowieka, który z jego rozkazu napadnięty został przez Zironiego na pochyłościach Etny. Ponieważ nie udało mu się tam w Sycylii, przeto nie ulega najmniejszej wątpliwości, że spróbuje szczęścia tu, w lepszych warunkach.

— Czy żywi przeciw panu osobistą nienawiść i czy zna pana? — spytał Luigi.

— Prawdopodobnie widział mnie w Raguzie — odparł doktór — wiedział jednak z pewnością o moich stósunkach w tem mieście z rodziną Batorego. Oprócz tego, w chwili, w której Cypel Pescade uprowadził Sawę z domu Sidi-Hazama dowiedział się, że Piotr żyje. Wszystko to razem musiało utkwić w jego pamięci i zapewne nie wątpi, iż Piotr i Sawa znaleźli schronienie na wyspie Antekrycie... Ażeby się pomścić zwróci niewątpliwie przeciw nam całą hordę Senusitów i nie wypada spodziewać się żadnych względów, jeżeli wyspa dostanie się w ręce rabusiów.

Taka argumentacya była nader trafną. Nie ulegało wprawdzie najmniejszej wątpliwości, że Sarkany nie domyślał się egzystencyi hrabiego Macieja Sandorfa pod imieniem doktora Antekritta, ale pomimo to wiedział on dość, aby nie pokusił się o odebranie dziedziczki posiadłości Artenah...

Zatem nie zadziwi też nikogo, iż Trypolitańczyk namówił Kalifa do urządzenia wyprawy przeciw kolonii Antekritty.

Jednakże aż do dnia 3 grudnia nic nie zdradziło blizkiego napadu.

Zresztą ogólna radość, wynikająca z połączenia się uwodziła wszystkich, oprócz doktora. Myśl o wkrótce mającym się odbyć ślubie Piotra Batorego z Sawą zajmowała wraźliwe umysły i serca.

W całej kolonii wierzono, iż dnie smutków i nieszczęść bezpowrotnie minęły.

Należy wyznać, że Cypel Pescade i Przylądek Matifon podzielali ogólne mniemanie. Byli tak uradowani szczęściem drugich, że żyli jedynie ustawicznem uniesieniem otaczających.

— To nie do uwierzenia! — powtarzał Cypel Pescade.

— Co nie do uwierzenia?... — zapytywał Przylądek Matifon.

— Że stałeś się tak potężnie grubym, jak przystoi na porządnego kapitalistę, mój Przylądku. Powinienbyś pomyśleć o ożenieniu!

— O ożenieniu?

— Zapewne... z jaką ładną małą kobietką!

— Dla czegóż z małą?

— No, niech będzie z wielką, olbrzymią kobietą!... Ho! ho! Panie Przylądek Matifon!... Poczekaj... pojedziemy poszukać do Patagonii.

Tymczasem, w rzeczy samej, Cypel Pescade zajmował się urządzeniem weselnych godów Piotra i Sawy. Z upoważnienia doktora układał plan publicznego festynu, połączonego z rozmaitemi nadzwyczajnymi niespodziankami. Mały akrobata był prawdziwym mistrzem w podobnego rodzaju zleceniach; można też było przewidzieć, że dzieło stanie się godnem swego pomysłowego twórcy.

Nagły wypadek sparaliżował wszystkie projekta.

W nocy dzwonek elektryczny odezwał się alarmująco w gabinecie doktora Antekritta.

Stało się to po dziesiątej godzinie z wieczora.

Na takie wezwanie, doktór i Piotr opuścili salon, w którym zamierzali spędzić wieczór z panią Batory i Sawą Sandorf. Wszedłszy do gabinetu, przekonali się, iż sygnał dany był przez straż obserwacyjną, znajdującą się na wyższym punkcie wyspy Antekritty.

Pełniący służbę spostrzegł w południowo-wschodniej stronie zbliżającą się flotyllę, którą z powodu wielkiej odległości i ciemności nocy zaledwie spostrzedz było można.

— Należy zwołać natychmiast radę! — rzekł doktór Antekritt.

W dziesięć minut później, doktór, Piotr, Luigi, kapitanowie Koestrik i Narsos, jakoteż naczelnicy milicji, stawili się w pałacu. Tu uwiadomiono przybywających o spostrzeżeniu stacyi obserwacyjnej, poczem wszyscy się udali do portowej tamy, gdzie przyświecała latarnia morska.

Z tego miejsca, za mało wyniesionego nad powierzchnię morza, prawie niepodobieństwem było rozeznać zbliżającą się flotyllę. Lecz oświeciwszy należycie południowo-wschodnią część horyzontu możnaby było rozróżnić ilość i jakość statków, zagrażających kolonii.

Chodziło tylko o to, czy użycie takiego środka nie zdradzi położenia wyspy? Doktór nie podzielał tego zdania, twierdząc, iż oczekiwany nieprzyjaciel nie działał na ślepo, ale wiedział dokładnie, gdzie należy szukać najponętniejszej wyspy mórz syryjskich.

Użyto więc natychmiast przyrządów, będących zawsze w pogotowiu, a dziwki dwom potężnym strumieniom, puszczonym na morze, horyzont zajaśniał nagle w szerokiem kole.

'Mathias Sandorf' by Léon Benett 110

Straż obserwacyjnych stacyi nie myliła się wcale. Co najmniej dwieście rozmaitych większych i mniejszych statków zbliżało się zwolna ku wyspie. Nie uległo najmniejszej wątpliwości, że była to flotylla Senusitów, zbierana w portach afrykańskich wybrzeży. Z powodu braku wiatru płynęła za pomocy wioseł.

W takich warunkach, skutkiem niewielkiej odległości, jaka dzieliła Antekrittę od Cyrenajki nieprzyjaciel, nie potrzebował oczekiwać zmian w powietrzu, a cisza morska pożądaną nawet była rabusiom, albowiem ułatwiała do pewnego stopnia w wylądowaniu.

W tej chwili flotylla znajdowała się jeszcze w znacznej odległości od wyspy. Pięć lub sześć mil Pozostawało nieprzyjacielowi do przebycia, tak, że zbliżenie się do lądu mogło nastąpić dopiero wraz ze wschodem słońca.

Po skonstatowaniu tych pierwszych szczegółów grożącego niebezpieczeństwa, zgaszono elektryczne światła, a cały widnokrąg pogrążony znów został w głębokich ciemnościach.

Nie pozostawało już nic innego, jak tylko w spokoju oczekiwać nastania dnia.

Jednakże na rozkaz doktora cała milicya stanęła pod bronią.

Należało być w pogotowiu do dania pierwszych strzałów, od których zależeć może będzie ostateczne rozwiązanie tej niebezpiecznej z nieprzyjacielem rozprawy.

W ciągu ostatnich godzin nocy czuwano z wielką przezornością.

Horyzont oświecano jeszcze kilkakrotnie, aby się upewnić co do rzeczywistej odległości flotylli.

Nie można było wątpić, że nieprzyjaciel zbliża się z wielkiemi siłami, mniej jednak pewną było rzeczą, czy uzbrojenie napastników odpowiadało potrzebom walczących z wybornemi bateryami Antekritty.

Prawdopodobnem nawet się zdawało, że Senusici nie posiadali wcale artyleryi. Dowódzca wyprawy jedynie rozporządzał masami, któremi mógł równocześnie rzucić w kilku miejscowościach.

Nakoniec poczęło świtać, a pierwsze promienie słońca rozprószyły mgły nocne.

Wszystkie oczy zwróciły się na pełne morze w południowo-wschodnią stronę.

Flotylla rozwinęła się już natenczas w długiej wygiętej linii, usiłując opasać wyspę. Zdawało się, że było tam przeszło dwieście statków, pomiędzy któremi znajdowały się dość znaczne nawet okręty. Siłę nieprzyjaciela liczyć należało co najmniej na dwa tysiące ludzi.

Około piątej godziny rano flotylla zbliżyła się do wysepki Kenkraf. Jeżeliby Senusici zajęli wysepkę, wypadek taki możnaby nazwać szczęśliwym. Dokonane tam podminowania, których skutków musieliby napastnicy na sobie doznać, zniewoliłyby rabusiów do odwrotu, albo też przynajmniej osłabiły ich siły.

Upłynęło pół godziny w oczekiwaniu wypadków. Zdawało się nawet, że niektóre statki, zbliżające się zwolna do wysepki Kenkraf, zamierzają tam wylądować. Stało się jednak inaczej.

Ani jedna łódź nie zatrzymała się w tem miejscu, a zbliżający się nieprzyjaciel posunął się ku południowi, pozostawiając na prawej stronie wysepkę.

Widocznem było, że Antekritta zostanie bezpośrednio zaatakowaną, a raczej opanowaną.

— Teraz nie wypada nam nic innego, jak tylko się bronić! — rzekł doktór do naczelników milicyi.

Na dany alarm wszystko, co żyło po wsiach, zbiegło się do miasta, ażeby stanąć do zaciekłej walki. Każdy zajął powierzony mu posterunek, gotów do największych poświęceń.

Z rozkazu doktora, Piotr objął dowództwo w południowej części fortyfikacyi, Luigi strony wschodniej. Obrońców wyspy rozstawiono w taki sposób, iżby można w każdem miejscu stawić opór usiłującemu wtargnąć do miasta nieprzyjacielowi.

Doktór postanowił czuwać zawsze nad całą linią bojową, pragnął być wszędzie, gdziekolwiek obecność jego potrzebną się okazała.

Pani Batory, Sawa Sandorf i Marya Ferrato musiały pozostać w pałacu. Inne zaś kobiety, na wypadek zajęcia miasta, miały skryć się wraz z dziećmi w głębi kazamat, gdzie nic im grozić nie mogło, gdyby nawet oblegająca horda stanęła na lądzie.

Po zawodzie, jakiego doznał doktór przez pominięcie zbliżającego się wroga do wysepki Kenkraf, jedyną było jeszcze nadzieją, że Senusici napadną Antekrittę od strony portu.

Flotylla musiałaby w takim razie zdobywać wejście, tymczasem forty zbudowane na dwóch olbrzymieli tamach mogłyby przyjąć napastników krzyżowem ogniem z dział „Ferrata”, torpedów „Elektryków”, jakoteż torpedy zanurzone w morzu niewątpliwie skutecznieby podziałały.

Taki skład rzeczy możnaby nazwać jedynem szczęściem dla zagrożonych wyspiarzy.

Ale widocznem było, że dowodzący korsarzami znał wybornie środki obrony wyspy Antekritty, a nawet wiadomem mu było, że południowe wybrzeże niezdołano dostatecznie ufortyfikować. Próbować zdobyć sobie wejście do portu, znaczyło to szukać dobrowolnie zupełnej zagłady, podczas gdy atak południowych wybrzeży wyspy, przedstawiał się bardzo korzystnie.

Z tych też powodów dowódzca rabusiów trzymał się planu ostatniego, co udowodnił zręcznym manewrem, za pomocą którego omijał zdala port, jak niedawno ominął wysepkę Kenkraf i skierował całą potęgę swej flotylli ku najsłabiej bronionym częściom Antekritty.

Doktór spostrzegłszy to wszystko, nie zaniedbał niczego, co mogło się okazać użytecznem w podobnych okolicznościach.

Kapitanowie Koestrik i Narsos wskoczyli do torpedowych łodzi i wypłynęli z portu.

'Mathias Sandorf' by Léon Benett 111

W kwadrans później oba „Elektryki” natarły na flotyllę z taką gwałtownością, że złamały linią bojową wroga rozbiwszy i zatopiwszy kilkanaście statków. Pomimo to jednak liczba korsarzy była tak znaczną, iż kapitanowie zagrożeni wzięciem do niewoli, musieli cofnąć się na powrót do portowej tamy.

Ale „Ferrato” zajął korzystną pozycyą i gęstym ogniem działowym atakował dzielne afrykańską flotyllę. Jednak strzały te, nawet w połączeniu z celnymi pociskami nadbrzeżnych bateryi nie wystarczyły, by przeszkodzić wylądowaniu Senusitom, którzy masami rzucili się do wybrzeży. Aczkolwiek znaczna już liczba korsarzy poległa i choć przeszło dwadzieścia łodzi zatonęło, to przecież co najmniej tysiąc rabusiów wdzierało się już na skały, korzystając ze spokojnego przystępu do lądu.

W tej chwili okazało się dopiero, że dzikiej tej hordzie nie zbywało i na artyleryi. Największy szepek miał na swym pokładzie kilka polowych armat, poruszanych za pomocą lawet na kołach. Rozzuchwalona tłuszcza wciągała na brzegi z tryumfem swe działa, widząc, że kule oblężonych ani z miasta, ani centralnego fortu dosięgnąć ich nie mogły.

Doktór przypatrywał się tej operacyi najazdów z pozycyi dominującej nad całem wybrzeżem. Nie mógł Senusitom w działaniu przeszkodzić, mając do swej dyspozycyi względnie zbyt szczupłą liczbę walczących. Ale że pod ochroną murów miasta był silniejszym od nieprzyjaciela, przeto położenie oblegających, pomimo przewagi liczebnej, musiało się stać wkrótce trudnem.

Korsarze, ciągnąc za sobą swą lekką artyleryą, sformowali się w dwóch kolumnach. Szli naprzód wyzywająco, z ową brawurą właściwą Arabom, z owem fanatycznem męztwem, pochodzącem z pogardy śmierci, nadziei rabunku i nienawiści do Europejczyków.

Gdy Senusici zbliżyli się do fortyfikacyi, dano do nich ognia ze wszystkich bateryj, które gradem kul rozmaitej wielkości zasypały zuchwałą czeredę. Przeszło stu Afrykanów padło pod celnymi strzałami, ale tłuszcza nie zachwiała się w swoim gwałtownym pochodzie ani na chwilę. Ustawili oni swoje armaty na korzystnych pozycyach i poczęli ciągłymi pociskami robić wyłomy w murze południowego skrzydła niedokończonego wału.

Dowódzca korsarzy stojąc na czele swoich szeregów, pomimo ciągłego niebezpieczeństwa, wydawał z zimną krwią rozkazy.

Sarkany znajdował się przy nim; zachęcając do szturmu powierzony mu oddział, składający się z kilkuset ludzi.

Doktór i Piotr poznali Trypolitańczyka zdaleka. On spostrzegł ich także.

Tymczasem skupione tłumy Senusitów zbliżały się coraz bardziej do wyłomu w murze, zwiększającego się z każdą chwilą.

Nie można było zapoznać niebezpieczeństwa, jakie antekrytanom groziło w razie zajęcia miasta przez oblegających. Przy wrodzonem barbarzyństwie tych dzikich afrykańskich szczepów, zwycięstwo korsarzy zakończyłoby się rzezią.

Wkrótce tez przyszło do starcia się walczących szeregów i straszliwa wszczęła się walka. Pod rozkazami doktora, który był niewzruszonym pośród gradu świsczących kul Piotr Batory i jego towarzysze dokazywali prawdziwych cudów waleczności.

Cypel Pescade i przylądek Matifon dopomagali z niezrównaną śmiałością, zawdzięczając jedynie sprzyjającemu szczęściu, że wychodzili cało z pod wymierzanych przeciw nim ciosów.

Herkules z nożem w jednem, a toporem w drugiem ręku zadawał wokoło siebie liczne śmiertelne rany.

— Tylko śmiało, mój Przylądku, tylko śmiało!... Morduj ich! — wołał Cypel Pescade, który dawał nieprzyjacielowi ciągłe dowody celności swoich rewolwerowych strzałów.

Pomimo to jednak napastnicy nie cofali się. Kilkakrotnie wyparci za wyłom z podwójną zapamiętałością rzucili się do jedynego w murze otworu i byliby może zajęli tym razem miasto, gdyby nie wypadek zaszły niespodziewanie.

Ferrato zręcznym manewrem zbliżył się niepostrzeżenie do wybrzeży, zajął bardzo korzystną pozycją, z której wszystkie armaty statku wycelowano przeciw nieprzyjacielskiej armii.

Cztery odtylcowe działa, dwie rewolwerowe armatki systemu Hotchkinsa i dwie mitralezy Gatlings’a zrobiły nagle okropne spustoszenie na tyłach oblegających, niszcząc równocześnie statki afrykańskie pozostawione w pobliżu skał wybrzeży.

Był to cios straszny i niespodziewany dla Senusitów. Nietylko, że byli wzięci z tyłu, ale i odwrót stał się już niemożebnym.

Rozwścieklona czereda wstrzymała się przed wyłomem, do którego broniła dzielnie przystępu miejska milicya. Przeszło pięciuset Afrykanów padło pod strzałami wyspiarzy, podczas gdy pomiędzy napadniętymi stosunkowo żadnych prawie strat nie można było dopatrzeć.

Dowódzca korsarzy zrozumiał, że nie pozostało ani chwili do stracenia. Należało szukać ratunku w ucieczce, chcąc od zupełnej zagłady ratować swych towarzyszów. Sarkany napróżno usiłował przekonać naczelnika, że lepiej byłoby raz jeszcze uderzyć na miasto, rozkaz odwrotu został wydany, a Senusici pierzchali w największym popłochu.

Ale wypadało jeszcze dać rabusiom dobrą nauczkę na przyszłość.

— Naprzód!... Moi przyjaciele! naprzód! — zawołał doktór.

I pod rozkazami Piotra i Luigiego znaczniejszy odział poskoczył za uciekającemi, którzy biegli ku wybrzeżom. Wzięci w dwa ognie, padali jak słoma. Niedobitki rzuciły się ku resztkom ocalonych łodzi.

Piotr i Luigi, wmieszani w tłumy uciekających, starali się przedewszystkiem o pochwycenie tylko jednego człowieka.

Czytelnik domyśla się, że chodziło im o Sarkanego. Pragnęli jednak dostać go żywego do niewoli i tylko prawdziwym cudem uniknęli kilku strzałów rewolwerowych, któremi nędznik bronił się do upadłego.

Ale zdawało się, że i tym razem uda mu się umknąć przed sprawiedliwą dłonią mścicieli.

Sarkany w towarzystwie dowódzcy Senisitów i kilkunastu afrykanów, dostał się do małego statku, stojącego w blizkiej zatoce. Wskoczywszy szczęśliwie na statek, odbijali od wybrzeży wyspy.

„Ferrato” stał zbyt daleko, ażeby na pokład okrętu można było przesłać rozkaz ścigania polakru na pełnem morzu.

Afrykański statek mógł się wymknąć swobodnie.

W tej chwili Przylądek Matifon spostrzegł małą armatkę, leżącą na piasku.

Jednym ruchem ręki dźwignął działo nadludzką siłą i położył na skale, podpierając swemi potężnemi barkami, poczem grzmiącym głosem:

— Do mnie, Cyplu! — zawołał.

'Mathias Sandorf' by Léon Benett 112

Mały akrobata usłyszał nawoływania olbrzyma, rzucił okiem na Przylądka, zrozumiał go natychmiast i podbiegł w jednej chwili. Wycelowawszy działo do Polakru, wypalił z armaty, podpartej żyjącą lawetą.

Kula ugodziła statek, którego część przednia rozpadła się w drzazgi... Herkules ani drgnął pod wstrząśnieniem działa.

Załoga tonącego statku wpadła do wody. Większa część znalazła śmierć pod falami morza. Co się zaś tyczy Sarkaniego, to ten wypłynął i właśnie ręką chwytał się skały, gdy Luigi skoczył do wody...

Po chwili Sarkany został powierzony niezawodnym dłoniom Przylądka Matifon. Olbrzym zapewnił, że się nim zaopiekuje.

Antekrittanie odnieśli zupełne zwycięstwo. Z dwóch tysięcy korsarzy zaledwie kilkuset zdołało ucieczką uratować się od śmierci i po pamiętnej klęsce powrócić na wybrzeże Cyrenajki.

Po tej katastrofie można się też było spodziewać, że Antekritta nieprędko już przez Senusitów napadniętą zostanie.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.