FANDOM



Część II
Rozdział VIII
Hrabia Sandorf • Część III • Rozdział I • Juliusz Verne II
Część II
Rozdział VIII
Hrabia Sandorf
Część III
Rozdział I
Juliusz Verne
II
Uwaga! Tekst wydano w latach 1885-1886. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


CZĘŚĆ TRZECIA.

I.

Morze Śródziemne.

„Morze Śródziemne jest pięknem, szczególniej dzięki dwom właściwościom: harmonijnym ramom i żywości oraz przeźroczystości światła i powietrza. Takiem jakiem jest, hartuje ono przedziwnie człowieka, rozwija żywotne w nim siły, nadaje mu odpowiednią moc, skutkiem czego wytwarza najdzielniejsze rasy”.

Michelet powiedział te arcytrafne słowa. Wszelako szczęściem jest to dla ludzkości, iż natura w zastępstwie Herkulesa, rozdzieliwszy skałę Calpé od skały Abyla, otworzyła cieśninę Gibraltar i należy, wbrew twierdzeniom niektórych geologów, przypuścić, iż cieśnina ta trwała od wieków. Inaczej nie byłoby morza Śródziemnego. W istocie, wyparowuje ono trzy razy więcej wody, aniżeli mu jej dostarczają rzeki, które w nie wpadają, ale dopływ z Atlantyku zasila je i odradza nieustannie. Inaczej morze Śródziemne, będące w tak wysokim stopniu żyjącem, byłoby martwem.

Owóż w jednym z największych zakątków tego miedzylądowego jeziora schronił się hrabia Maciej Sandorf, ażeby módz zebrać owoc owych korzyści, jakie ma nastręczała rzekoma śmierć jego. Aż do ukończenia swojego dzieła, miał hrabia pozostać dla świata doktorem Antekrittem.

Dwa sił Śródziemne morza na kuli ziemskiej: jedno w starym, drugie w nowym świecie. Międzylądowe morze amerykańskie, to amerykańska zatoka, pokrywająca półpięta milionów kilometrów przestrzeni. Śródziemne morze łacińskie ma tylko 2, 885, 522 kilometrów kwadratowych powierzchni; jest ono więc o połowę mniejsze, ale za to daleko rozmaitsze w swym rysunku, daleko bogatsze w wyraźne zatoki i w obszerne hydrograficzne załamy, które sobie na nazwę mórz zasłużyły. Takiemi są: Archipelag grecki, morze Kreteństie powyżej wyspy tegoż nazwiska, morze Libijskie poniżej, Adryatyk pomiędzy Włochami, Austryą, Turcyą i Grecyą, morze Jońskie, w którem się kąpią Korfu, Zante, Cefalonia i inne wyspy, morze Tyrrheńskie na zachód Włoch, morze Eolskie naokoło wysp Liparyjkich, wreszcie zatoka Lugduńska zagłębiająca się w Prowancyę, zatoka Genueńska, zagłębiająca się pomiędzy obie Ligurye, zatoka Gabes, wdrążona w tunetańskie wybrzeża i nakoniec obiedwie Syrty, tak głęboko sięgające w ląd afrykański, pomiędzy Cerenajką i Trypolisem.

Jakoż tajemne miejsce na wybrzeżach tego morza, którego nie wszystkie przystanie znanemi są dokładnie światu, wybrał doktór Antekritt, ażeby się w niem osiedlić. Są tam setki wysp, tysiące wysepek i napróżnoby usiłowano wyliczyć wszystkie jego przystanie.

Ileż to ludów, różniących się rasą, obyczajem, formą rządu, gnieździ się na tem wybrzeżu, na którem dzieje ludzkości wycisnęły swe piętno. Mieszkają tam Francuzi, Włosi, Hiszpanie, Austryacy, Turcy, Grecy, Arabowie, Algierczycy, Marokanie, ba, nawet Anglicy w Gibraltarze, Malcie i Cyprze. Trzy wielkie lądy obejmują je swojemi brzegami: Europa, Azja, Afryka. Gdzież więc hrabia Maciej Sandorf, zostawszy doktorem Antekrittem, które to nazwisko tak drogiem było wschodnim krajom, gdzież się schronił doktór Antekritt, aby w tajemnicy wypracować program swojego nowego życia? Oto jest tajemnica, o której się niebawem miał dowiedzieć Piotr Batory.

Młodzieniec, otworzywszy na chwilę oczy, popadł na nowo w zupełną prostracyę, również nieczuły i bezwładny, jak w chwili, gdy go doktór pozornie umarłym zostawił w wiadomym domu w Raguzie.

W tej chwili wywołał doktór jeden z tych fizyologicznych objawów, w których wola tak silną odgrywa rolę, a o których istotnie nikt też dziś nie wątpi. Wyposażony szczególniejszą władzą, zdołał bez pomocy światła magnezyum, a nawet bez pomocy jakiegokolwiek kawałka błyszczącego kruszcu, jedynie tylko potęgą swojego przenikliwego spojrzenia, wywołać w konającym stan hypnotyczny i opanować jego wolę własną wolą.

Piotr wielce ubytkiem krwi osłabiony, nie mający obecnie jak tylko pozór życia, był jednak uśpionym jeno i zbudził się pod naciskiem woli doktora. Wszelakoż to uciekające życie należało koniecznie zatrzymać. Zadanie trudne, bo wymagające drobiazgowej pieczołowitości i wielkiego lekarskiego starania. Doktór ślubował sobie, iż umierającego ocali.

— Będzie żył!... Chcę, aby żył! — powtarzał co chwila. — Ach! czemuż w Cattaro nie wykonałem mego pierwotnego zamysłu!... Czemuż zajęty przyjazdem Sarkaniego do Raguzy, zaniedbałem wydrzeć go z tego przeklętego miasta!... Ale ja go ocalę!... W przyszłości będzie Piotr Batory prawą ręką Macieja Sandorfa!

W istocie nagradzać i karać — taką była stała myśl, którą od lat piętnastu w głowie swej pielęgnował doktór Antekritt. Nie zapomniał on tego, co winien był sobie, a jeszcze bardziej Stefanowi Batoremu i Władysławowi Zathmarowi, swym towarzyszom.

Teraz nadszedł, czas do działania i dla tego przybył „Savareną” do Raguzy.

Doktór po tylu latach zmienił się fizycznie, poznać go nie byłoby sposobu. Włosy jego przy samej głowie strzyżone, pobielały zupełnie, a cera nabrała też matowej bladości. Był to jeden z tych ludzi, którzy pomimo pięćdziesiątki, umieją zachować siłę młodości, zyskując równocześnie chłód i spokój dojrzałego wieku. Nie sposób było, aby na myśl patrzącemu przyszły: bujny włos, barwna cera i ryża wenecka broda hrabiego Sandorfa. Bardziej niż kiedy zahartowany, pozostał on jedną z tych żelaznych natur, o których możnaby powiedzieć, że zbliżywszy się do kompasu, wprawiłyby igłę magnesową w niepokój. Owoż z syna Stefana Batorego zamierzał zrobić to samo.

Zresztą już od dawna doktór Antekritt był jedynym członkiem wielkiej Sandorfów rodziny. Czytelnik nie zapomniał o tem, że hrabia miał małą córeczką, która po jego uwięzieniu, powierzoną została żonie Landecka, burgrabiego zamku w Artenak. Ta mała dziewczynka, mająca wtedy lat dwa, była jedyną spadkobierczynią hrabiego. Do niej, gdy dojdzie do lat ośmnastu, miała powrócić połowa dóbr jej ojca, na mocy wyroku, który właściciela skazał na śmierć i konfiskatę majątku. Burgrabia Landeck, któremu powierzono zarząd tej połowy siedmiogrodzkich dóbr, zostających pod sekwestrem, zamieszkał wraz ze swą żoną w zamku. Im też oddano młodą hrabiankę, której wierni ci słudzy pragnęli poświecić swe życie. Ale zdawałoby się, że fatalność jakaś cięży nad rodziną Sandorfów, żyjących tylko dziś w tej jednej drobnej istocie. W kilka miesięcy po skazaniu spiskowców i po wypadkach, które były ich dalszem następstwem to dziecko znikło bez śladu. Znaleziono tylko jego kapelusz nad brzegiem jednego z tych licznych strumieni, które po stokach okolicznych wór spływały do parku. Niestety, aż nadto pewnem było, że małe dziewczątko porwanem zostało na dno jednych z tych przepaści, w które wpadają karpackie potoki. Rozena Landeck, żona burgrabiego, śmiertelnie tem nieszczęściem dotknięta, z żalu umarła w kilka tygodni po tym wypadku. Jednakże rząd nie chciał mimo to zmienić postanowień, powziętych w czasie sądu. Sekwestracya na połowie dóbr przeznaczonych dla hrabianki, pozostała nadal utrzymaną. Majątek ten miał się stać własnością państwa dopiero wtedy, jeżeli spadkobierczyni, której śmierć legalnie nie była stwierdzoną, nie zgłosi się do spadku w czasie zastrzeżonym z góry.

Takim był ostatni cios, który dotknął potężny i szlachetny ród Sandorfów, gasnący obecnie skutkiem zniknięcia ostatniego swego potomka. Następnie dokonał czas swego dzieła i wypadek ten tak, jak wszystkie inne, wiążące się, z dziejami spisku w Tryeście, w zapomnieniu utonął...

Hrabia dowiedział się o śmierci swojego dziecka w Otranto, gdzie bawił chwilowo, zachowując najściślejsze incognito. W tem dziecku tracił on wszystko, co mu pozostało po hrabinie Renie, którą tak kochał serdecznie i która tak krótki czas była jego żoną. Rozżalony opuścił Otranto i niktby nie umiał powiedzieć, kędy się udał, aby dalej pędzić swe życie.

W piętnaście lat później, w chwili gdy Maciej Sandorf znów się zjawił w Europie, niktby nie mógł przypuścić, że kryje się pod nazwiskiem doktora Antekritta i że to on odgrywa jego rolę.

Hrabia oddał się całą duszą swojemu dziełu. Teraz był on sam na świecie, powołany do spełnienia posłannictwa, które uważał za swój najświętszy obowiązek. W kilki, lat po wyjeździe z Otranto — potężny i możny przez wpływy, jakie mu ułatwił olbrzymi majątek, nabyty wśród okoliczności, o których się niebawem dowiemy — zapomniany, okryty tarczą swojego incognito, puścił się on za śladem ludzi wmieszanych w sprawę jego spisku i uwięzienia, poprzysięgając sobie, iż winnych ukarze, a wiernych nagrodzi.

Piotr Batory miał wedle jego zamiaru wziąść udział w tem sprawiedliwym dziele. Staraniem hrabiego ustanowieni zostali liczni agenci we wszystkich miastach wybrzeży Śródziemnego morza. Hojnie wynagradzani, obowiązani do najściślejszej tajemnicy, korespondowali oni wyłącznie z doktorem za pomocą podmorskiego drutu, który łączy Antekritta z Maltą, a przez Maltę z Europą.

Sprawdziwszy doniesienia swych agentów, zdołał doktór istotnie odnaleźć ślad wszystkich tych, którzy bezpośrednio lub pośrednio wmieszani byli w spisek hrabiego Sandorfa. Mógł czuwać nad nimi, nadzorować wszystkie ich czynności i że tak powiemy, szczególniej od czterech czy pięciu lat, śledzić krok w krok każdą z tych osób. Dowiedział się o Silasie Toronthalu, iż tenże opuściwszy Tryest osiedlił się wraz z żoną i córką w Raguzie, w znanym nam już pałacu Stradone.

Goniąc za śladem Sarkaniego po wszystkich znaczniejszych miastach Europy, gdy tenże trwonił resztki swojego majątku, wytropił go wreszcie w wschodniej czyści Sycylii, gdzie wraz z Zironem przygotowywali prawdopodobne nową jakąś sztuczkę, aby się znowu wydobyć z nędzy. Karpena porzucił był Rovigno i Istryę, wałęsając się i hulając po Austryi i Włoszech, jak długo mu na takie życie starczyły judaszowe srebrniki otrzymane w nagrodę dokonanej zdrady.

Hrabia odszukał wreszcie Andrzeja Ferrato, odsiadującego w Stein karę za swe szlachetne postępowanie wobec zbiegów z Pizino i byłby niezawodnie ułatwił ucieczkę uczciwemu rybakowi, ale śmierć Ferrato udaremniła te zamiary. Co się tyczy dzieci Korsykanina, te opuściwszy Rovigno, przepadły bez wieści i napróżno silił się doktór odszukać nieszczęśliwych. Marya i Luigi skryli się tak tajemnie, iż nie można było odnaleźć ich śladu.

Co się tyczy pani Batory, mieszkającej wraz z synem Piotrem i starym sługą Borikiem w Raguzie, tych nic stracił doktór nigdy z oka. Wiadomo nam, że posłał nieszczęśliwej wdowie znaczną sumę i że odważna i szlachetna matka odmówiła tego wsparcia.

Wreszcie nadszedł czas, w którym doktór Antekritt mógł przystąpić do wykonania swego dzieła. Wtedy to, przekonany, iż nigdy poznanym nie będzie, gdyż sądzono, iż już dawno nie żyje, po piętnastoletniej niebytności, przybył do Raguzy. Ze zgrozą dowiedział się o miłości Piotra Batorego dla córki Silasa Toronthala. Miłość tę postanowił koniecznie rozerwać.

Czytelnicy nie zapomnieli wypadków, jakie się wtedy zdarzyły, jak się Sarkany wmięszał w tę sprawę, jakie były jej następstwa z jednej i z drugiej strony, jak odniesiono Piotra Batorego do domu jego matki, co uczynił doktór Antekritt w chwili, gdy konał młodzieniec, w jakich warunkach hrabia powrócił umarłemu życie, nakoniec jak mu się przedstawił pod właściwem swojem nazwiskiem Macieja Sandorfa.

Teraz należało uzdrowić chorego, trzeba było powiedzieć mu wszystko to, czego nie wiedział to jest wyjawić mu tajemnicę ohydnej zdrady, której ofiarą padli Stefan Batory i jego towarzysze; należało mu wymienić nazwiska zdrajców, wreszcie przypuścić go do udziału w onem sprawiedliwem dziele, które doktór zamierzał wykonać.

W ciągu pierwszych ośmiu dni, po przybyciu swem na wyspę, znajdował się Piotr rzeczywiście między życiem a śmiercią. Nietylko niebezpiecznym był stan jego fizyczny skutkiem ciężkiej rany; stan jego moralny był bardziej chorym jeszcze.

Wspomnienie Sawy, o której sadził, iż teraz jest już żoną Sarkaniego, myśl o matce, która go opłakuje, potem to zmartwychwstanie hrabiego Macieja Sandorfa, najwierniejszego przyjacielu jego ojca, wszystko to było zdolne pogrążyć w niepokoju umysł już i tak ciężko skołatany. Doktór nie opuszczał Piotra ani na chwilę. Słyszał jak chory w malignie bezustannie powtarzał imię Sawy Toronthal i zrozumiał, jak głęboką jest jego miłość, jak srogą kaźnią dla Piotra, musi być myśl, iż ta, którą tak ubóstwia, jest dziś żoną innego.

Doktór zapytywał sam siebie, czy owa miłość nie oprze się wszystkiemu, nawet wtedy, gdy się Piotr dowie, że Sawa była córką człowieka, który wydał, sprzedał i zabił jego ojca. Jednak doktór mu to wyjawi. Tak postanowił, bo było to jego powinnością.

Kilkanaście razy zdawało się, że Piotr Batory skończy. Moralnie i fizycznie dotknięty, był tak bliskim śmierci, iż nie poznawał nawet hrabiego, czuwającego przy jego łożu. Chory nie miał tyle sił, aby wyjawić imię Sawy.

Mimo to, pieczołowitość pokonała chorobę i nastąpiła reakcya, w której młodość odniosła zwycięztwo. Chory przychodził fizycznie do zdrowia, ale trudniej szło z uleczeniem duszy. Rana w piersiach zaczęła się zabliźniać, płuca oddychać prawidłowo, a około 17-go lipca nabył hrabia pewności, że Piotr zostanie ocalony.

Dniu tego poznał młodzieniec hrabiego i głosem słabym nazwał go właściwem jego nazwiskiem,

— Dla ciebie, mój synu, jestem Maciejem Sandorfem, ale dla ciebie tylko jednego!

A widząc, że Piotr patrzy na niego, jakby się domagał bliższych wyjaśnień, dodał:

— Później, później!

Piotr mieszkał w pięknym pokoju, wystawionym na zdrowe tchnienie morza. Okna jego, ocienione wiecznie zielonemi drzewami, wychodziły na wschód i na północ. W pokoju tym powinien był Piotr szybko i pewnie powracać do zdrowia.

Doktór nie przestawał go otaczać swą pieczołowitością; przybiegał do niego co chwila, jednak nic dziwnego, że widząc pacyenta, przychodzącego do zdrowia, wyręczał się już pomocnikiem, w którego roztropności i dobroci mógł pokładać najzupełniejsze zaufanie.

Był to Cypel Pescade, również oddany Piotrowi Batoremu, jak i doktorowi. Rozumie się samo przez się, że tak on, jak i Przylądek Matifon, zachowywali najgłębszą tajemnicę o wszystkiem co się działo na cmentarzu w Raguzie i że nie mieli nigdy wyjawić nikomu, że młodzieniec został żywym z grobu dobyty.

Cypel Pescade brał dość żywy udział w wypadkach ostatnich kilku miesięcy i czuł skutkiem tego wielką sympatyą dla chorego.

Miłość Piotra Batorego, której wdanie się Sarkaniego stanęło na przeszkodzie, spotkanie się pogrzebu Piotra i weselnych powozów przed pałacem na Stradone, wydobycie zwłok na cmentarzu w Raguzie, wszystko to głęboko wzruszyło poczciwego chłopca, tembardziej, że z bezwzględnem zaufaniem przystąpił do udziału w sprawie doktora Antekritta, jakkolwiek natenczas nie znał jeszcze właściwych zamiarów działającego.

'Mathias Sandorf' by Léon Benett 059

Czytelnicy domyślają się więc, z jaką skwapliwością podjął się Cypel Pescade starań około chorego. Polecono mu bawić pacjenta, o ile to było możebnem. Cypel starał się wywiązać z tego zadania, tembardziej, że od czasu festynu w Gravozie uważał Piotra Batorego za swego wierzyciela i poprzysiągł sobie w ten, czy ów sposób uiścić się ze swego długu. Z tego powodu Cypel Pescade, siedząc przy łożu chorego, starał się rozerwać jego myśli, mówiąc bez przerwy i nie dozwalając mu zatapiać się w zadumie.

Pewnego dnia zapytał Piotr swego pieczołowitego dozorcę:

— W jaki sposób poznałeś się pan z doktorem Antekrittem.

— Stało się to z przyczyny „Trabacola”, panie Piotrze!... Przypominasz sobie pan z pewnością!... Sprawa, w której Przylądek Matifon złożył dowód takiego bohaterstwa!

Piotr nie zapomniał tego ważnego wypadku, lecz nie wiedział o tem, że na żądanie doktora obaj akrobaci porzucili swoje rzemiosło i wstąpili do jego służby.

— Tak, panie Batory — ciągnął dalej Cypel Pescade — tak jest! Poświecenie się Przylądka Matifon było dla nas wygraną! Ale to, co zawdzięczamy doktorowi, nie powinno nas skłaniać do zapomnienia tego, cośmy winni panu...

— Mnie?

— Tak jest, panu, panie Piotrze. Panu, który tego dnia miałeś być naszą publicznością. Mianowicie winniśmy panu dwa guldeny, których nie zarobiliśmy, ponieważ publiczność nasza uciekła przed samem przedstawieniem, jakkolwiek zapłaciła nam za swoje miejsce!

I Cypel Pescade przypomniał Piotrowi Batoremu, jak tenże wszedłszy do prowansalskiej areny i zapłaciwszy dwa guldeny, znikł nagle ku zdziwieniu akrobatów.

Młodzieniec zapomniał o tem zdarzeniu. Opowiadana więc Cypla Pescade wywołało uśmiech na jego twarzy. Smutny to jednakże był uśmiech, gdyż równocześnie przypomniał sobie Piotr Batory, iż opuścił francuską arenę, aby spotkać Sawę Toronthal.

Oczy jego zamknęły się wtedy. Rozmyślał o wszystkiem, co się stało dnia tego. Wspomniał Sawę, o której sądził, iż już za mąż wyszła i sroga boleść ścisnęła mu serce. Omal, że nie przeklął w tej chwili tych, którzy go śmierci wydarli.

Cypel Pescade zrozumiał, że ta uroczystość w Gravozie budziła w umyśle Piotra niemiłe wspomnienia. Zamilkł więc, szepcząc do siebie:

— Pół łyżki dobrego humoru co pięć minut mam zadawać mojemu choremu. Tak, to mu zapisał doktór! Przyznać jednak trzeba, że to rzecz nie tak łatwa!

Po chwili otworzył Piotr oczy i sam rozpoczął rozmowę:

— Tak tedy, Cyplu Pescade — zapytał — nie znaliście doktora Antekritta przed owym wypadkiem z „Trabacolo”?

— Nigdy przedtem nie widzieliśmy go, panie Piotrze i nawet nie znaliśmy jego nazwiska.

— A od tego dnia nie opuściliście go nigdy?

— Nigdy, wyjąwszy, gdy nas gdzie posłał po służbie...

— W jakimże kraju jesteśmy? Czy nie mógłbyś mi tego powiedzieć, Cyplu Pescade?

— Mam wszelką racyą przypuszczać, iż znajdujemy się na wyspie, woda nas bowiem ze wszystkich stron otacza.

— Niezawodna rzecz, ale w jakiej-że części Śródziemnego morza znajduje się ta wyspa?

— A ba! czy to na wschód, czy na zachód, na północ, czy też na południe, otóż właśnie to, czego nie wiem! Zresztą mało mi na tem zależy! To jest jednak niezawodnem, iż jesteśmy u doktora Antekritta, gdzie się dobrze je, dobrze mieszka, dobrze jest ubranym, nie licząc już innych względów.

— Ale przynajmniej wiesz, jak się nazywa ta wyspa, której nieznasz położenia? — zapytał Piotr.

— Jak się ona nazywa?... O, to wiem doskonale — odpowiedział Cypel Pescade — wyspa ta nazywa się Antekritta!

Piotr Batory usiłował sobie przypomnieć to nazwisko, ale daremnie. Patrzał więc zamyślony w twarz Cypla Pescade.

— Tak panie Piotrze, tak — jął prawić tenże dalej — Antekritta nie leży pod żadnym stopniem długości i jeszcze żadniejszym szerokości na Śródziemnem morzu. Jest to właśnie adres, pod którymby mi pisać musiał mój wuj, gdybym miał wuja, ale dotychczas odmówiło mi niebo tej pociechy! Zresztą nic w tem dziwnego, że wyspa ta nazywa się Antekritta, skoro doktór Antekritt jest jej właścicielem. Co się zaś tyczy tego, czy doktór od niej wziął nazwisko, czy ona od doktora, tego panu powiedzieć nie mógłbym nawet wtedy, gdybym był sekretarzem geograficznego towarzystwa!

Jednakie rekonwalescencja Piotra odbywała się prawidłowo i żadną z komplikacyi, których się obawiano, nie nastąpiła.

Przy nieco pożywniejszej dyecie, wracał chory do sił coraz bardziej. Doktór odwiedzał go często i rozmawiał z nim o wszystkiem, wyjąwszy o tych rzeczach, któreby go najbardziej zajmowały.

Piotr nie chcąc wywierać nacisku na doktora, czekał i nie pytał o nic.

Cypel Pescade donosił zawsze doktorowi najsumienniej treść swej rozmowy z chorym. Widocznie intrygowało Piotra Batorego owe incognito, które nietylko osłaniało hrabiego, ale i wyspę, na której zamieszkał. Niemniej oczywistem było, że myśl młodzieńca ciągle jest zajęta Sawą Toronthal.

Ale nadchodziła chwila, w której dość silnym będzie, aby wszystko usłyszeć. Tak jest, usłyszeć wszystko, a w dniu tym, tak jak chirurg, opatrujący chorego, będzie doktór nieczuły na krzyk pacyenta.

Upłynęło dni kilka.

Rana młodzieńca była zabliźnioną; mógł już nawet wstawać i siadać na krzesełku przy oknie. Poczciwe słońce południowe zaglądało do pokoiku i niosło ulgę choremu. Ożywiające tchnienie morskiej atmosfery napełniało jego płuca i dodawało mu zdrowia i siły. Czuł, iż mu życie powraca.

Wtedy spoglądał oczyma w bezbrzeżny widnokrąg, po za którego krańce byłby się chciał przedrzeć spojrzeniem. Jego dusza chorą była jeszcze. Niezmierzona płaszczyzna wodna, okalająca nieznaną wyspę, była prawie zawsze pustą. Niekiedy tylko daleko pojawiła się łódź jakaś rybacka o trójgraniastym łacińskim żaglu, ale łodzie te omijały wyspę; żadna nie przybijała do brzegu. Nigdy w te strony nie zagościł wielki okręt handlowy, ani też żaden z tych parowców, które we wszystkich kierunkach szybują po wielkiem Sródziemnem jeziorze.

Dnia 14-go lipca oświadczył doktór Piotrowi Batoremu, iż może już nazajutrz po południu wyjść na przechadzkę i że mu w tej pierwszej wycieczce będzie towarzyszyć

— Doktorze — odpowiedział Piotr — jeśli mam dosyć sił, aby chodzić, to muszę mieć także dosyć sił, aby cię słyszeć.

— Słyszeć mnie, Piotrze!... Jakto rozumiesz?...

— Chcę ci powiedzieć, doktorze, że znasz całą moje historyą, podczas gdy ja nie znam twojej.

Doktor przypatrzył mu się uważnie, nie okiem przyjaciela, ale okiem lekarza, który się namyśla, czy może przyłożyć rozpalone żelazo do rany pacjenta. Pniem usiadłszy koło niego, rzekł:

— Chcesz znać moje historyą, Piotrze, a więc słuchaj.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.