FANDOM



VII Hrabia Sandorf • Część II • Rozdział VIII • Juliusz Verne Część III
Rozdział I
VII Hrabia Sandorf
Część II
Rozdział VIII
Juliusz Verne
Część III
Rozdział I
Uwaga! Tekst wydano w latach 1885-1886. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


VIII.

Spotkanie w alei Stradone.

Wieść o śmierci młodego inżyniera wywarła wielkie wrażenie w całem mieście, ale nikt nie domyślał się właściwej przyczyny samobójstwa Piotra Batorego, a szczególnie, że Sarkany i Silas Toronthal mieli w tem jaki udział.

Nazajutrz, to jest dnia 6 lipca miał się odbyć ślub Sarkanego z Sawą.

Były bankier w porozumienia z Trypolitańczykiem tak pokierowali sprawami, że pani Toronthal i jej córka nie dowiedziały się o samobójstwie dokonanem ze wzruszającemi szczegółami.

Wiadomem też było powszechnie, że ślub ma się odbyć w cichości, niby to z przyczyny żałoby po zmarłym krewnym „trypolitańskiego milionera”. Nowożeńcy mieli tylko kilka dni pozostać w Raguzie, poczem czekała ich podróż do Tripolis, gdzie — jak mówiono Sarkany stale mieszkał. Nie było więc w weselnym programie większego zebrania, ani po ślubie — mającym się odbyć w kościele Franciszkanów — ani po odczytaniu ślubnej intercyzy.

W tym dniu, podczas gdy w pałacu Toronthala czyniono ostatnie przygotowania do odbyć się mającego ślubu, Cypel Pescade i Przylądek Matifon przechadzali się rozmawiając po drugiej stronie alei Stradone.

Doktór Antekritt, powracając z Cattaro wziął ze sobą Przylądka Matifon. Jego obecność me była już potrzebną w Cattaro, a jeżeli dwaj przyjaciele, „bliźnięta”, jak mówił Cypel Pescade, nie mogli żyć bez siebie, dla czego doktór nie miał uczynić zadość ich uczuciom?

Przybywszy do Raguzy, doktór Antekritt udał się natychmiast do domu przy ulicy Marinella, poczem najął skromne mieszkanie w małym hotelu na przedmieściu Plocce, w którem oczekiwał ślubu Sarkaniego z panną Sawą Toronthal, ażeby następnie wykonać swoje dalsze zamiary.

Nazajutrz, w ciągu drugiej wizyty u pani Batory, pomagał ułożyć zwłoki Piotra do trumny, a powróciwszy do hotelu oczekiwał sprawozdań Cypla Pescade i Przylądka Matifon, śledzących wypadki w pałacu przy ulicy Stradone.

Tymczasem Cyplowi Pescade, który wszystko widział i słyszał, nic nie przeszkadzało rozmawiać.

— Uważam, że utyłeś, mój Przylądku! — mówił, stając na palcach, aby się dotknąć piersi Herkulesa.

— Tak... I zawsze mocny!...

— Poznałem to zaraz po twojem uściśnieniu.

— Ale ta komedya, o której mi mówił?... — zapytał Przylądek Matifon, któremu chodziło o przyobiecaną rolę.

— Składa się, składa!... Ale widzisz, tam akcya będzie bardzo powikłana!

— Powikłana?

— Oczywiście!... Ale to nie komedya, to będzie dramat. Początek jest już ciekawy!

Cypel Pescade umilkł. W tej chwili przed pałacem zatrzymała się kareta, z której wysiadł Sarkany.

— Tak, tak... bardzo ciekawy — ciągnął dalej Pescade — i zapowiada dobry koniec!

— A zdrajca? — zapytał Przylądek Matifon, którego właśnie ta postać zdawała się najwięcej interesować.

— No, widzisz... W tej chwili zdrajcy tryumfują, jak to zwykle bywa w sztuce starannego układu!... Ale cierpliwości!... Koniec pokaże!...

— W Cattaro — rzekł Przylądek Matifon — myślałem, że...

— Każą ci wyjść na scenę?

— Tak, Cyplu Pescade, tak!

I Przylądek Matifon opowiadał, jak w Cattaro był z doktorem w bazarze a właściwie jak przygotowanym był do porwania podróżnego z pokładu „Saksonii”, ale porwanie nie nastąpiło.

— Ba!... Toby było zawcześnie! — tłómaczył Cypel Pescade, który rozmawiając, spoglądał na wszystkie strony. — Ty, mój Przylądku, wystąpisz w czwartym i piątym akcie. Być nawet może, iż pokażesz się dopiero w ostatniej scenie!... Ale bądź spokojnym!... Zrobisz wielkie wrażenie!... Możesz tego być pewnym!

W tej chwili doszedł mówiącego jakiś daleki gwar, który zdawał się pochodzić z ulicy Marinella.

Cypel Pescade, przerwawszy rozmowę, zwrócił się w tę stronę.

Pogrzebowy orszak, który wyszedł z ulicy Marinelli, zwrócił się w aleję Stradone i zwolna podążał do kościoła Franciszkanów.

Niewiele było osób na tym pogrzebie widocznie ubogiego człowieka. Skromna trumna przykryta czarnem suknem, nie zwracała uwagi publiczności.

Ten pogrzebowy orszak posuwał się poważnie, gdy nagle ciekawie przypatrujący się Cypel Pescade, ujął rękę Przylądka Matifon.

— Co ci to? — spytał Herkules.

— Nic, nic!... Trzebaby wiele ci opowiadać!

Poznał panią Batory, która szła za trumną.

Kościół nie odmówił swoich modłów za duszę nieszczęśliwego młodzieńca, który powodowany rozpaczą, życie sobie odebrał. W kaplicy Franciszkanów, ksiądz oczekiwał na orszak, ażeby odprowadzić zwłoki na cmentarz.

Mówiliśmy już, że pani Batory szła za trumną syna, a łez nie było w jej oczach. Po tak strasznym ciosie już brakło ich w źrenicach. Błędnym wzrokiem spoglądała bezwiednie przed siebie, a niekiedy zdawało się, że przenika żałobne sukno i trumnę, w której spoczywały zwłoki jej syna.

Obok pani Batory wlókł się stary Borik, tak skołatany, że litość brała patrzeć na tego człowieka.

Cypel Pescade uczuł dziwne ściśnienie w sercu. Gdyby nie musiał pozostać w tem miejscu, poczciwy chłopak byłby się przyłączył do nielicznego grona przyjaciół i sąsiadów, którzy szli z nieszczęśliwą wdową.

W chwili gdy orszak pogrzebowy zbliżał się do pałacu Toronthala, otworzono nagle główną bramę. W dziedzińcu przed schodami stały dwa powozy, które miały właśnie wyjechać.

Pierwszy ruszył z miejsca natychmiast i skręcił w aleję.

W tym powozie Cypel Pescade poznał Silasa Toronthala, jego żonę i córkę.

Pani Toronthal, złamana ostatniemi wypadkami, siedziała jakby skamieniała przy córce bledszej od ślubnego welonu.

Sarkany, w towarzystwie kilku przyjaciół czy krewnych, znajdował się w drugim powozie.

Ten ślubny orszak nie był świetniejszym od pogrzebowego orszaku, z którym w dziwny sposób się spotkał. Z jednej i z drugiej strony przerażający panował smutek.

Nagle dał się słyszeć przeraźliwy okrzyk w chwili, gdy powóz zawrócił w aleję.

Pani Batory, spostrzegłszy córkę bankiera, wstrzymała się i z ręką wyciągniętą ku niej przeklinała sprawczynię nieszczęścia.

Na ten widok Sawa wydała okrzyk, jęk raczej. Ujrzała matkę w żałobie i zrozumiała, co do tej chwili ukrywano przed nią!... Piotr umarł... umarł z miłości dla niej, a ona spotyka jego pogrzeb, jadąc do ślubu...

Sawa zemdlała.

Przerażona matka chciała ją ocucić... napróżno!... Zdawało się, że jest bez życia...

Silas Toronthal uniósł się strasznym gniewem. Ale Sarkany, który w tej chwili wysiadł z powozu i zbliżył się do narzeczonej, nie okazał najmniejszego uniesienia.

W takich warunkach niepodobna było cokolwiekbądź dalej począć. Musiano powrócić do pałacu.

'Mathias Sandorf' by Léon Benett 056

Sawę zaniesiono do jej pokoju i położono do łóżka, ale na jej twarzy nie było ani śladu życia. Pani Toronthal klęczała przy łóżku biednego dziewczęcia, zalewając się łzami i wyczekując z niecierpliwością przybycia lekarza, po którego natychmiast posłano.

Tymczasem orszak pogrzebowy zbliżał się zwolna do kościoła Franciszkanów, zkąd po mszy żałobnej ruszono ku cmentarzowi.

Cypel Pescade, którego uwagi nie uszedł najdrobniejszy szczegół tego spotkania w alei Stradone, zrozumiał, że należy uwiadomić natychmiast doktora Antekritta o wszystkiem.

Nie mogąc przewidzieć, co dalej jeszcze nastąpi, zawołał do Przylądka Matifon:

— Czekaj tu, a uważaj pilnie!

Poczem, prawie biegnąc, zwrócił się ku przedmieściu Plocce.

Po skończonem opowiadaniu Cypla Pescade, doktor Antekritt zamyślił się głęboko.

— Czy może zadaleko sięgnąłem w mej zapamiętałości. Nie!... czy może zraniłem serce niewinnej istoty?... Tak, bezwątpienia! Ale ta niewinna jest córką Silasa Toronthala!

Potem, zwracając się do Cypla Pescade, zapytał:

— Gdzie jest Przylądek Matifon?

— W alei Stradone.

— Potrzebuję was tego wieczora.

— O której godzinie?

— O dziewiątej.

— W którem miejscu mamy czekać?

— Przy bramie cmentarza!

Cypel Pescade oddalił się natychmiast, ażeby odszukać Przylądka Matifon, który nie ruszył się z miejsca.

Około ósmej godziny wieczorem, doktór zarzuciwszy na siebie obszerny płaszcz, wyszedł z hotelu i zwrócił się ku portowi. Na zakrycie fortyfikacyjnego muru, po lewej stronie miasta, znajdowała się mała zatoka, ukryta pomiędzy skałami.

Miejscowość ta była bezludną. Nie widać tu było ani śladu żyjącej istoty. Nawet łodzie rybackie nie zatrzymywały się w tem miejscu z obawy przed licznemi rafami, które otaczały tę małą zatokę. W tem dopiero ustroniu zatrzymał się doktór, a upewniwszy się, że nie jest śledzonym, gwizdnął, co było zapewne umówionym znakiem, gdyż prawie natychmiast, jakby z pod ziemi, pojawił się marynarz, który zbliżył się do doktora.

— Jestem, panie — rzekł nieznajomy.

— A czółno Pazzer?

— Tu, za tą skałą.

— Ze wszystkiemi ludźmi?

— Tak.

— A „Elektryk?”

— Nieco dalej na północ, o 360 sążni od małej przystani.

Marynarz wskazał na morzu będący przedmiot nakształt długiego wrzeciona, którego obecności najmniejsze nie zdradzało światełko.

— Kiedy przybył z Cattaro? — zapytał doktor.

— Przed godziną.

— Czy go nie spostrzeżono?

— Nie... Przesunął się między rafami.

— Niech każdy zajmie swoje stanowisko i będzie w pogotowiu. Czekajcie tu na mnie, choćby noc całą, jeżeli się okaże potrzeba.

— Dobrze, panie!

Marynarz powrócił do czółna, którego najwprawniejsze oko nie byłoby rozpoznało pomiędzy rozrzuconemi skałami wybrzeży.

Doktór Antekritt pozostał jeszcze chwilę, oczekując prawdopodobnie zapadnięcia nocy. Przechadzał się po wybrzeżu wielkiemi krokami, to znów nagle się zatrzymywał. Wtedy ze skrzyżowanemi rękami na piersiach stał zapatrzony w to morze, roztaczające się u stóp jego, jak gdyby mu zwierzał swe tajemnice.

Noc była ciemna. Ponury spokój mącił chwilowo jedynie lekki powiew wiatru, który zwykle budzi się wieczorem i trwa przez kilka godzin. Górą przeciągały dość gęste chmury, osłaniające cały widnokrąg aż po ostatnie prawie krańce zachodniej strony, kędy jaśniejsze smugi rysowały się na ciemnem tle nocnego już zmroku.

— Czas już iść! — rzekł doktór.

I zwróciwszy się ku miastu, szedł drogą wiodącą na cmentarz.

Cypel Pescade i Przylądek Matifon, ukryci za drzewami, oczekiwali w miejscu umówionem przybycia doktora.

O tej godzinie brama cmentarza była już zamkniętą. W domu odźwiernego dawno pogaszono światła i wszyscy już spali snem twardym.

Zapewne doktór musiał znać dobrze położenie cmentarza i niewątpliwie zamierzał wejść skrytym jakimś otworem, omijając główną bramę, bo to, co przychodził tu uczynić, musiało pozostać tajemnicą.

— Chodźcie za mną — rzekł do Cypla Pescade i jego towarzysza, którzy spostrzegłszy doktora, zbliżył się do niego.

I razem poczęli okrążać mur otaczający cmentarz i spadziste wzgórze, piętrzące się w tem miejscu.

Po dziesięciu minutach chodzenia, doktór się zatrzymał, poczem wskazawszy swoim towarzyszom znaczny wyłom w murze, widocznie niedawno zrobiony:

'Mathias Sandorf' by Léon Benett 057

— Przejdźmy — rzekł do nich.

Mówiąc to, przesunął się przez wyłom, a Cypel Pescade i Przylądek Matifon poszli za jego przykładem.

Pod cienistemi drzewami cmentarza jeszcze większe panowały ciemności. Pomimo to jednak, doktór bez wahania udał się najprzód główną, później boczną aleją, która wiodła do wzgórz cmentarnych. Niekiedy puszczyk zrywał się tylko, spłoszony tym nocnym pochodem, ale prócz rozmaitego rodzaju sów i puchaczów, nie można było spotkać żyjącej istoty pomiędzy temi licznemi pomnikami.

Wkrótce wszyscy trzej zatrzymali się przed skromnym grobowcem, w kształcie małej kapliczki; żelazna furtka nie była na klucz zamknięta.

Doktór potrącił drzwi, poczem nacisnął sprężynę małej elektrycznej latarki i natychmiast trysło olśniewające światło, ale w taki sposób, że z cmentarza widzieć się nie dawało.

— Zbliż się — rzekł do Przylądka Matifon.

Olbrzym wszedł do małej kapliczki i stanął przed ścianą, na której można było widzieć trzy murowane płyty.

Na środkowej znajdowały się te tylko słowa:


STEFAN BATORY.
1867.


Płyta na lewo nie miała żadnego napisu; płyta z prawej strony wkrótce go otrzymała...

— Wyjmij tę płytę — rzekł doktór do Przylądka Matifon, wskazując na grób środkowy.

Ponieważ płyta nie była jeszcze wmurowaną, Przylądek Matifon przy swej olbrzymiej sile odstawił ją z największą łatwością, poczem okazała się trumna wsunięta w zagłębienie ściany.

W tej trumnie spoczywało ciało Piotra Batorego.

— A teraz wydobądź trumnę — mówił dalej doktor.

Przylądek Matifon wysunął trumnę bez pomocy nawet Cypla Pescade, a pomimo całej jej ciężkości, wyniósł ją z kaplicy i położył na murawie.

— Masz to narzędzie — rzekł doktór podając Cyplowi Pescade dłuto — i otwórz niem wieko trumny.

Rozkaz doktora został natychmiast spełniony.

Doktór Antekritt usunął ręką białe prześcieradło, w którem owinięte było ciało i przyłożył głowę do piersi zmarłego, jak gdyby się chciał przekonać, czy serce w nim jeszcze bije.

— Wyjmij to ciało — odezwał się do Przylądka.

Herkules usłuchał; ani on, ani Cypel Pescade nie przypominali doktorowi, ze wydobycie nieboszczyka z grobu jest ustawą wzbronione, pomimo, że o tem doskonale wiedzieli.

Gdy zwłoki Piotra Batorego leżały już na trawie, Przylądek Matifon zdjął prześcieradło, podczas gdy doktór okrył ciało swym płaszczem, poczem zamknięto napowrót trumnę i wsunięto w zagłębienie w tym celu zrobione w ścianie. Oczywiście i płyta marmurowa stanęła na swojem miejscu.

Po uskutecznieniu tych czynności, doktór wstrzymał prąd swej elektrycznej latarki — w tej chwili znaleźli się pogrążeni w ciemnościach.

— Zabierz to ciało — rzekł nakoniec do Przylądka Matifon.

Herkules podniósł swemi muskularnemi rękami zwłoki młodzieńca, jakby mało dziecię, poczem idąc za doktorem i Cyplem Pescade, zwrócił się w aleję wiodącą wprost do wyłomu zrobionego w murze.

W pięć minut później wszyscy trzej zdążali już ku wybrzeżom. Żaden z nich nie mówił ani słowa, ale jeżeli zawsze posłuszny Przylądek Matifon nie więcej myślał od marynarzy, za to jakże rozmaite domysły i przypuszczenia roiły się w głowie Cypla Pescade!

Na drodze wiodącej z cmentarza do wybrzeży, doktór Antekritt i jego dwaj towarzysze nie spotkali nikogo. Ale zbliżając się już do małej przystani, w której oczekiwał doktora Pazzer z czółnem, należącym do „Elektryka”, spotkali pogranicznego strażnika przechodzącego się po skalistem wybrzeżu.

Nie zwracając wcale na spotkanego uwagi, szli dalej swoją drogą. Umówione gwizdnięcie doktora przywołało skrytego pomiędzy skałami Pazzera.

Na dany znak Przylądek Matifon zstępował ze swoim ciężarem po skałach i już jedną nogą miał stanąć w czółnie, gdy strażnik zbliżył się do niego.

— Kto tu? — zapytał.

— Ludzie, którzy dają panu dwadzieścia guldenów gotówką, albo zręcznego boksa pod ziobro od tego pana... także gotówką... — odparł Cypel Pescade, wskazując Przylądka Matifon.

Strażnik nie wahał się — wziął dwadzieścia guldenów.

— W drogę! — zawołał doktór.

'Mathias Sandorf' by Léon Benett 058

Po chwili czółno znikło w ciemnościach, a w pięć minut później zbliżało się do spoczywającego swobodnie na morzu długiego wrzeciona, którego z brzegu dostrzedz nie było można.

W taki sposób szczęśliwie dostano się na pokład pancernika, a dzięki zawsze milczącej maszynie, „Elektryk” wypłynął wkrótce na pełne morze.

Przylądek Matifon złożył ciało Piotra Batorego na otomanie, znajdującej się w małym pokoiku, do którego żadnem oknem nie wściskało się światło z zewnątrz.

Doktór pozostawszy sam przy zwłokach, pochylił się nad niemi i dotknął ustami bladego czoła zmarłego.

— A teraz zbudź się, Piotrze! — rzekł. — Ja chcę tego!...

Po tych słowach, Piotr otworzył natychmiast oczy, jak gdyby spał snem magnetycznym, podobnym do śmierci.

Gdy poznał doktora Antekritta, zdawało się za doznał niemiłego wrażenia.

— Pan!... — zcicha wyszepnął — pan... opuściłeś mnie...

— Ja, Piotrze?

— Ależ kto pan jesteś?

— Umarły... Tak jak i ty!

— Umarły?...

— Jestem hrabia Maciej Sandorf!


Koniec części drugiej.
Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.