FANDOM



Gehenna

czyli dzieje
nieszczęśliwej miłości

Helena Mniszkówna

¤ ¤ ¤ ¤

1873 Pierre Auguste Cot - Spring



Część pierwsza

I

Na szynach

Szeroka łąka i poręba wśród gęstych lasów wołyńskich nurzała się w czerwieni zachodzącego słońca. Okrywała ją bujna, wszechpotężna fala roślin, traw i cudownego kwiecia. Pomiędzy pniami ściętych drzew, poziomki rumieniły się gęsto; duże ich jagody przejrzały, zwisły ciężkie z wątłych szypułek, sokiem, zda się, kapiąc na trawy. Przyroda burzyła się tu namiętną mocą tworzenia. Jej oddech gorący odczuwa się wszędzie: w prądach powietrza, które rozszerza ciała roślin, nadając im kształty niesłychane i wschodnie przepyszne barwy, w ziemi czarnej i lśniącej, która okrywa się miliardami tworzyw roślinnych, pięknych jak z bajki, karmiąc je piersiami nabranymi żyzną słodyczą i wonią. Ziemia tu kwitnie, pachnie, poczynając w swym łonie coraz nowe twory. Czuć niemal bulgotanie soków w jej żyłach, szmer jej krwi wartkiej, wyrzucającej na powierzchnię ciała - cuda za cudami.

Jest połowa czerwca. Kwitnienie przechodzi w egzaltację kwitnienia, w szał rozrostu, w potęgę czynu.

Kwiaty, zioła, trawy, jagody, chwasty, wszystko pędzi do góry z zapałem i fantazją, plącząc się chaotycznie, tworząc nieprzebity zwał kolorowy, a tak świeży i nieruszony w swych urokach, jakby bór dziewiczy. W niektórych miejscach człowiek może się skryć zupełnie, a bieg zająca oznaczają tylko drżące czuby roślin. Kolczaste osty, bodziaki wołyńskie wystrzeliły ponad ten ocean kwiecia, niby latarnie morskie lub bocianie gniazda okrętów wśród wodnych roztoczy.

Nad tym bogactwem ziemi świeciła krwawa ściana zachodu oślepiająco jaskrawa, w górę zaś nieba pocięta na lite pasy kradzione z tęczy. Przeważa seledyn i róż; ciemny fiolet pojedynczych pasm okala się złotą taśmą, dymek brunatny obłoków pełznie, zmienia cienie i niknie zagłuszony świetlistością. Wzdłuż całej łąki i poręby bieleje suchą, piaszczystą linią prosta droga traktu kolejowego. Błyszczące, ciemne linie szyn w zorzy zachodu wypukłe są, jak węże wyprostowane i pełznące obok siebie w dal. Po obu stronach traktu czerniały sągi drzewa, równo poukładane i przypominające szeregi niskich lepianek.

Na jednym z sągów pod rosochatą płaczącą brzozą, której dwie potężne odnogi wyrastały jakby z jednego pnia, siedziała Handzia Tarłówna z ogromnym pękiem kwiatów na kolanach. Włosy jej zdobił wieniec z gorąco purpurowych maków, czarne warkocze lśniące jedwabiście opadały na ramiona. Dziewczynka była zdyszana ze zmęczenia, ale pomimo to, odpoczywając na drzewie, śpiewała półgłosem.

W końcu zaczęła wołać.

- Jasiu! Jasiu! Hop! Hoop!

Trawy opodal rozchyliły się gwałtownie, wypadł z nich szczupły siedemnastoletni chłopak w bluzie szkolnej, od Handzi starszy o rok. Krzyczy jak opętany:

- Nazbierałem całą czapkę poziomek! Mówię ci Andziu, pyszne! Chcesz?

- Daj i chodź prędko, będziemy czekali na pociąg.

- Ii! Nie warto, teraz pojedzie towarowy.

- Właśnie na ten czekam. Wiesz dlaczego?

Chłopak zdumiony szeroko otworzył oczy.

- Cóż ty naprawdę? Zwariowałaś!

- Wcale nie zwariowałam, a jak ty mogłeś?

No, ja! Ja jestem mężczyzną, nie babą.

- Ty mogłeś to zrobić to i ja zrobię, chociaż jestem dziewczyną.

- Handziu! Bo powiem pannie Ewelinie.

- Mów.

- Jak mamę kocham, to powiem twemu ojczulkowi.

- Ależ mów. Biegnij co tchu z tą wiadomością, ja tymczasem będę pod pociągiem.

Czarne, wielkie, wilgotne oczy Andzi rozżarzyły się figlarnym ognikiem.

- To dopiero będzie frajda. Hu-ha!

Jaś zbladł z przerażenia.

- Handziuniu! Moja miła, moja dobra, nie rób ty tego, ja się boję. Broń Boże stanie się co tobie, to i ja zginę. Twej krzywdy, zwłaszcza wywołanej przeze mnie, nie ścierpiałbym nigdy! Zabiłbym się od razu.

- Nic mi nie będzie. Właśnie pokażę, że umiem być odważna jak prawdziwa Tarłówna. Zresztą pragnę zbadać, jakie to robi wrażenie.

- To nie wrażenie, to tylko strach - upewniał Jaś głosem zbolałym. - Tobie coś powiedzieć, to zawsze taki koniec. Andziu, nie rób tego...

Dziewczynka nie uważa na uwagi towarzysza.

- Słuchaj, ale ja wolałabym położyć się pod pociąg pasażerski, cóż tam towarowy.

- Jeszcze jej się czego zachciewa! Pod pasażerskim to nawet ja nie leżałem, tam lokomotywa jest zawsze nowej konstrukcji - może zaczepić, w towarowym maszyna toczy się wyżej nad ziemią. Ty, Handziu, masz wyraźnego fijołka.

- Dobrze, dobrze! Czy masz swój szynel, muszę się nim przykryć.

- Jest tu! Ale... Aniu, moja złocista, ja ciebie tak proszę, tak bardzo proszę, błagam cię!...

Jaś składa ręce rozpaczliwie; ona tymczasem zaczyna nasłuchiwać.

- Słyszysz? - pyta szeptem.

- To grzmot huczy.

- A jakże! Słuchaj dobrze, to dudnienie pociągu... idzie już.

Oboje umilkli, wytężając słuch. Na twarzy dziewczynki wytrysnęły silne kolory, źrenice jej się rozszerzają, lekki dreszcz przebiega ciało.

- Idzie na pewno.

Chłopak załamał ręce.

- Anulka, ja nie chcę, żebyś ty... Boże, mój Boże, co ja narobiłem!

- Cicho bądź! O popatrz, widzisz... dym.

Zęby jej lekko szczękają.

- Handziu, jak ci serce bije - szepce gimnazjalista, sam przerażony do najwyższego stopnia.

- Słyszysz?

- Słyszę, bije jak młotem.

- To z wrażenia.

- Prędzej ze strachu.

- Nie!

Oboje zdyszani i bladzi patrzą uparcie na czarny kłąb dymu, który wśród ostatnich już ognisk zachodu wygląda niby potworny gad, rozkręcający swe macki.

Zmrok osiadł na torach, zmrok gęsty, leniwy, przesiąknięty lekką różowością. Szyny traciły nieskazitelne linie, zasnuwają się mrokiem. Niebo poczerniało, został już jedyny wypukły wał purpury okopconej zmrokiem, oddzielający horyzont. Aż oto z tych ostatnich płomieni oderwały się dwa ognie okrągłe, czerwone i pędzą naprzód nieco nad ziemią w równej od siebie odległości. Poprzedza je głuchy turkot rozpędzonych kół i znamienny grzechot toczącej się masy. Nad nimi bucha czarnym kominem dym, przetkany iskrami złota.

- Widzisz latarnie - zbliża się już - szepce Andzia drżącymi wargami.

Jaś milczy, oddycha szybko i wczepia się konwulsyjnie palcami w ramiona towarzyszki. Ona zaś walczy z sobą. Zmaga się w niej stanowcze postanowienie z nagle obudzonym strachem.

Dwie latarnie parowozu coraz bliższe i bliższe, niosą do niej okropny lęk. Jakiś kosmaty potwór chwyta ją za piersi.

- Nie, nie pójdę - słyszy wyraźny szept w struchlałej duszy.

- Więc się boisz? Jesteś tchórzem! - drwi znowu inny głos.

- Nie! nie! - zawołała głośno i nagle szarpnęła się. Jaś pociągnął jej ramiona z okrzykiem:

- Nie pójdziesz! Zaraz przeleci. O! Jak gna. Nie pójdziesz za nic! Nie puszczę!

Tarłówna wydarła się gwałtownie z rąk chłopca, chwyciła palto i zeskoczywszy na ziemię w kilku susach znalazła się na szynach. Za sobą słyszy przeraźliwy wrzask Jasia, nie jest w stanie opanować rozdygotane szczęki. Orientuje się momentalnie co do tożsamości toru, prędko owinęła szynelem całą swą postać razem z głową i rzucając spojrzenie przed siebie, padła piersiami na nasyp, wyciągając się pionowo jak długa w środku szyn. Żwir zachrzęścił i rozsunął się nieco pod jej łokciami, mocniej naciska go ciałem z raptownym pragnieniem zapadnięcia się pod ziemię. Ale piersi jej i nogi natrafiły na twarde drzewo podkładów. Gwizd lokomotywy przeszył powietrze, brzmi jakoś łagodnie, chociaż donośnie, smutek i tęsknota, czy nawet skarga, płynie w tym przeciągłym tonie świstu.

- Może to moja śmierć toczy się tam - myśli dziewczyna chłodem w mózgu.

Wpiła się ciałem w podkłady, przeraża ją szybki, jednostajny turkot coraz bliższy, bliższy. Ziemia drży, wydając z siebie jęk ponury, głuchy; zwiększa się on i rośnie, huczy w głębi ziemi, jakby wszystkie groby przemówiły. Przytłumiony ten zew zlewa się z dzwonieniem szyn cichym, drażniącym. W żyłach Andzi krew skrzepła, żelazne sztaby dźwięcząc skracały się coraz bardziej, idąc posłusznie pod ciężar pędzącej machiny. Szum się wzmógł, stukot kół i suchy klekot buforów spłynął w jeden potężny, mocarny odgłos. Drobna postać skulona w sobie, ale płasko przylepiona jakby do ziemi, leży cichutko. Ciało jej bez ustanku przebiegają dreszcze, lecz jednocześnie ogarnia ją bezwładność. Twarz ma w żwirze, w głowie przykrytej paltem panuje zamęt myśli nagłych i niknących, jak błysk piorunu.

- ...Lokomotywa zabije mnie, szyny brzęczą jak nożyce na stole, w który pięścią się wali... Boże, jak ten nasyp drży!... Co ja zrobiłam głupia wariatka!... Zobaczy mnie maszynista i dopiero będzie awantura. Jezus, Maria! Zerwę się i ucieknę - jeszcze czas. Ale nie!... Wytrwam, przecież i Jasia nie zabiło, więc czemu...

Nagle uczuła chęć zobaczenia pociągu jeszcze raz. Huk spotężniał - czarna masa potwora z krwawymi ślepiami jest tuż, tuż, blask czerwony lunął na tor i oświetlił szarą, drobną postać dziewczyny.

Podniosła głowę, spojrzała.

Szalony rzut przerażenia porwał ją za włosy; odruchowo niby wiórek podrzucony wichrem, uniosła się w górę i znów opadła, lgnąc do ziemi całą swą siłą. Trwało to sekundę. Wola zwyciężyła strach, który już by ją zabił, bo na ucieczkę było za późno.

Hałas, wściekły szum, zawrotny pęd. Lokomotywa wtacza się nad nią, bierze ją pod dach swego olbrzymiego ciężaru, wali nad nią żelazne cielsko, z hukiem i z sykiem pary.

Dziewczynka ogłuszona, zdrętwiała, straciła na chwilę pamięć i czucie. Siła bezwładności trzymała ją sztywno przy ziemi. W skroniach odczuwa wrażenie strasznego ciężaru, miażdży ją okrutny hałas i gorącość, w jej uszach biją dzwony, warczą bębny. Długi, zda się nieskończony, aż bolesny ciężar, piekielny upał, łomot, syk i ta tłocznia głucha, przeogromna, niwecząca myśl...

Już!... Już lżej, co to jest?...

Tłok zelżał, przewiał wiaterek i zmienia się od razu w prąd ostry, kolący swym pędem... Głośny, rytmiczny trajkot.

Trata-ta. Trata-tata.

Instynkt zatrzymuje Andzię na miejscu.

- Aha, to wagony się toczą - błysnęła ocucona myśl.

Trata-ta. Trata-ta - brzmi bez przerwy w jeden akord zlane, brzęk łańcuchów i stuk buforów.

- Jestem uratowana! Żyję! - woła Tarłówna.

Żwir trzaska jej w zębach i kłuje w podniebienie. Teraz unosi głowę - lekko, ostrożnie - spojrzała do góry. Czarny sufit wagonowych spodów przerywa się raz po raz, prędko jak oddech. Zamajaczy szare niebo spod łańcuchów, żelazo zadźwięczy i znowu ciemność, znowu turkot, łoskot, wrzawa. Po bokach kręcą się koła grube i mocne.

Andzia brodę wsparła na dłoniach, patrząc już śmiało na biegnące nad nią wagony. Chce je liczyć, ale jest ciemno, więc liczy tylko przedziały krótkie i nagłe, idące w rytmie urywanej gamy, jakby wozy coraz bardziej unosiły się w górę i znowu spadały.

Bawiło to Handzię, jest z siebie zadowolona, dumna, że strach zwalczyła. Nie rozumie, dlaczego jest cała mokra. Poruszyła ciałem i doszła do wniosku, że jest tak spocona jakby wyszła z łaźni. Twarz miała zlaną potem, kolana jej drżały. Nagle znowu twarz przylepiła do żwiru; ostrzegł ją dźwięk metaliczny tuż nad ziemią idący, podobny odgłosem do pocierania kosy o kosę. Brutalne szarpnięcie za szynel i uderzenie w plecy; dwa opuszczone łańcuchy przewlokły się ze skowytem ogniw żelaznych. I znowu trata-ta hałaśliwie, jednostajnie.

Przerażenie ogarnęło dziewczynkę.

Gdyby mnie te łańcuchy pociągnęły za sobą? Wtedy to już śmierć.

Ale oto zdaje się Andzi, że coś z niej ściągnięto. Huk wagonów nad jej głową przycichł. Trzask, turkot ostatni przeleciał nad jej ciałem aż do nóg i trajkocze dalej, zmieniając ton na wyższy i niższy. Prąd powietrza świsnął zamaszyście, nad Andzią zaś wieje już wiatr swobodny, szeroki i otrzeźwia ją zupełnie.

Pociąg przeleciał.

Mała ryzykantka zerwała się na nogi, obróciła i patrzy w stronę znikającego potwora. Żelazne wozy roznoszą hałas tępy, dudnią, szumią to głośniej, to ciszej i biegną-uciekają w ciemną przestrzeń.

Dziewczynka oddycha z głębi piersi, owładnęły ją uczucia nieokreślone, pomieszane z sobą. Naraz poczuła żal za minioną chwilą, dziką wesołość z wyzwolenia, lecz i obawę, że Jaś zawiadomił ojczyma o jej wybryku. Ale chłopak już przyskoczył do niej, porwał jej ręce i odciągnął z nasypu daleko, aż pod sągi drzewa.

- A widzisz! Widzisz! - rzekła Andzia.

Jaś rzucił się jej na szyję. Woła uradowanym głosem, przepojonym szczęściem:

- Andziuś złocista! Żyjesz! Jesteś cała. Myślałem, że umrę ze strachu. Wiesz, że to był okrutnie długi i naładowany pociąg?

- Jasiu, nie powiesz o tym w domu, co? Daj słowo honoru.

- Daję - rzekł chłopak z powagą. - Ale, cóż ty, byłaś pod lokomotywą, a boisz się...

- Bo lokomotywa mogłaby mnie jedynie zabić; ja boję się wymówek i gniewów.

- Przecież rózgą nie dostaniesz?

Oboje parsknęli śmiechem.

- Wyobraź sobie pannę Ewelinę w tej roli egzekutora - mówiła Tarłówna - chyba za każdym uderzeniem płakałaby i całowała po rękach, przepraszając.

Młoda para oddaliła się od toru kolejowego, idąc w głąb łąki. Kierowali się do leśniczówki wilczarskiej, migającej równym szeregiem świateł, jak gdyby zawieszonych w powietrzu.

- Leśniczówka rzęsiście oświetlona; może ktoś przyjechał? A jutro rano obława na wilki, pojedziemy znów razem, co?...

- Chciałabym!

- No, to pojedziesz! Jak zechcesz, to i do Turzerog jeszcze nie tak prędko powrócimy. Przyjemniej tu w Wilczarach. Pan Kościesza zrobi wszystko dla ciebie. On by cię gwiazdami karmił jak kaszą. Mnie się zdaje, że on cię więcej kocha niż swego Januszka.

- Tak, dobry jest mój ojczym, ale zawsze Januszek to przecie rodzony syn - odrzekła dziewczynka.

Szli dalej, milcząc. Poprzedzał ich miękki szelest rozsuwanych traw; dokoła rechotały żaby jednolitą, zgodną melodią wiosny. Czasem głośniejszy skrzek wystrzelił ponad monotonię żabiego śpiewu, czasem tempo wznosiło się raptownie w sile nuty crescenda, to znów opadało do piana i pianissima, aż budzone energicznie pojedynczymi głosami żab dyrygujących, na nowo rozbrzmiewało echem donośnym, przy swej groteskowości, dziwnie słodkie czyniąc wrażenie.

- Żaby śpiewają godzinki, a przewodzi im jeden bratczyk; słyszałam takie śpiewy w wiejskim kościółku na Podlasiu u cioci Hołowczyńskiej - rzekła Andzia.

Po długiej chwili Jaś zapytał ciekawie:

- Nie boli cię głowa po pociągu? Mów prawdę!...

- Trochę, ale głównie szumi w niej nieznośnie. To jednak wielki strach i niepokój tak leżeć na szynach; nawet wszystkie kości mnie bolą.

- Ojej, żebyś ty, Handziu, wiedziała, jaką ja mękę przeszedłem pod tą brzozą płaczącą. Myślałem, że jeśli ci się coś złego stanie, ja od razu buchnąłbym pod pociąg. Chociaż nie zachoruj, bo ja po takiej sztuce kiedyś przez parę dni ciągle miałem wrażenie, że lokomotywa ze mnie nie złazi. Po nocach dusiła mnie bestia. I z tobą tak będzie.

- Cicho! Ktoś idzie.

Z powodu ciemności natknęli się na jakąś ogromną postać, czarną i sapiącą.

- Kto to?

- O waa! Boże chorony! Niech się pannuńcia nie stracha - zamruczał głos gruby, życzliwy.

- Ach! To Grześko!

- A ja szedł szukać pannuńcię i paniczka, pan kazał, że długo nie przychodzą, mówi. Państwo już wieczerzają i gość nadjechał.

- Kto taki? - spytali jednocześnie.

- Mówią - naczelnik przystanku.

- Masz tobie! Tego tylko brakowało.

Jaś przysunął się do Andzi.

- Moja złota, ale nie powiesz o tym, prawda? Może ten naczelnik widział nas i dlatego przyjechał, żeby oskarżyć? Nie powiesz?...

- Ja nie powiem, ale jeśli jesteśmy zdradzeni, to się trzeba przyznać, nie ma rady.

- Ojej! Jestem zgubiony.

- Nie bój się, ja cię obronię. Ależ z ciebie tchórz.

- Dobrze ci mówić, boś nigdy nie zaznała karcącego wzroku i słów twego ojczyma, ale ja to znam. Ja ucieknę! - zawołał z determinacją.

Zaśmiała się. Byli już przy ganku leśniczówki. Ładny, stylowy domek rysował się na tle nocy strzelistymi wieżyczkami. Świetlne pasma od okien ciskały na ziemię jaskrawe słupy w czarności, rozpanoszonej władczo. Smugi te były jakby filary, na których stał pałacyk. Z ganku zbiegły dwa olbrzymie psy legawe, Gama i Akord, z głośnym szczekaniem skoczyły do nadchodzących, lecz zaraz ucięły o pół tonu, łasząc się przyjaźnie. Andzia i Jaś weszli do sieni. Lunął na nich blask rzęsisty, oślepił na chwilę.

- A! Otóż nasi dezerterzy!

Pan Kościesza stał przed młodymi, bacznie się im przypatrując. Zauważył zmieszanie dziewczynki i chłopca, przy tym na ciemnej satynowej sukience Andzi świeże plamy żółtego piasku, głównie na kolanach i piersiach. Włosy miała roztargane, piasek w brwiach, nawet na rzęsach, większe jego grudki osiadły na czole wokół czarnych włosów, pokrytych jakby pudrem. Pan Kościesza sięgnął wzrokiem do stóp pasierbicy i tu zauważył wyraźne ślady łobuzerskiej wycieczki; wysokie żółte buciki zmoczone, na sznurowadłach zaś umazane piaskiem, sukienka, nie sięgająca kostek była mokra na dole i szara od pyłu. Egzamin ten zmieszał jeszcze więcej winowajczynię, wywołując u pana Kościeszy podejrzliwe kręcenie głową. Zbadanie Jasia w ten sam sposób wypadło pomyślniej. Chłopak prócz mokrych butów miał tylko trochę wystraszoną minę. Kościesza przemówił swym niskim, beczkowatym głosem.

- Spacer, widzę, miał... ciekawe epizody, co też to na to powie panna Niemojska, która pupilki szuka już od godziny.

Andzia bąknęła coś o brodzeniu po mokrej łące za poziomkami. Jaś szarżował dzielnie, opowiadając epopeje o jagodach i spotykanej zwierzynie. Ale to wszystko nie przekonywało pana Kościeszy. Nadeszła wreszcie panna Ewelina z nową serią oględzin i uwag. Uczennica jej przechodziła tortury. Jednak tu szło o wiele łatwiej, bo nagle roześmiawszy się, porwała wpół drobną postać swej mentorki i całując, obiecała solenną poprawę. Wyszedł do sieni naczelnik Łechtienko i od razu zabrano młodych na kolację.

Andzia i Jaś na widok naczelnika przystanku zmieszali się znowu i bokiem zerknęli ku sobie. Kościesza to zauważył. Pan Łechtienko, dobroduszny człowiek, z którego twarzy, raczej z masy rudego uwłosienia wyglądały śmiejąco małe oczki, opowiadał z ruska po polsku o obławie na wilki, odbytej w sąsiednich lasach. W toku opowiadania spoglądał często na Tarłównę, jak jej się zdawało badawczo. Wreszcie rzekł:

- A panienka i ten ot kawaler to często po relsach[1] spacerują, ja widział nie raz, nie dwa raza, i starszy roboczy widział, i "dorożnyj". Ale to nie "po prikazu..." gotowe nieszczęście. Maszyna nie prosi pardonu, ona się "babuszka" nie usunie grzecznie, trzeba jej zejść z drogi! Ha! aa! - zaśmiał się szeroko.

Andzia milczała, lecz Jaś zawołał rezolutnie.

- Nikt też jej tej babuszce w drogę nie włazi, choćby i po szynach spacerował.

- Ale ona "niegodiajka" czasem może najechać, ja "taki" radzę być ostrożnie, łąka i las do poręby - szerokie, miejsca do "gulania" dosyć.

- Byliśmy właśnie na łące - rzekła Andzia śmiało.

- Nu, a skąd piasek na sukni? Jakby panienka przewróciła kozła na łące, to by się tylko zamaczała, a na drodze błoto by oblazło, a taki ot piaseczek żółcieńki, to ja na końcu świata poznam, on z moich jest relsów, to "kazionny" piasek.

Mówił tak komicznie, że wszyscy, nie wyłączając Kościeszy, wybuchnęli śmiechem.

- To pan dokładnie zna piasek z plantu[2] to dopiero sztuka - rzekł korepetytor dziesięcioletniego synka Kościeszy, Janusza, który się również zaśmiewał, nie bardzo wiedząc, o co chodzi.

Naczelnik śmiał się także.

- A gdzież tu na czarnoziomach taki żółty proszek jest? To "kazionny", jego Bóg wie skąd taszczyli, a teraz panienka wynosi na sukience, pewno kładła się na szynach albo upadła pod maszynę.

Dziewczynka i Jaś drgnęli wyraźnie, ona poczerwieniała. Łechtienko klasnął w dłonie.

- Ot ja i zgadł... panienka niczem rak ugotowany. Nu żart żartem, ale jak maszyna-babuszka kiedy się rozgniewa, to ja nie odpowiadam, to będzie karambul.

- Skąd pan widział? - wyrwało się Handzi, która w tej chwili aż syknęła z bólu, tak ją siedzący obok Jaś przyprowadzał do porządku uszczypnięciem w udo.

- Ot wydało się! Ja widział tylko, jak panienka i kawaler spacerują to pomiędzy sągami, to na sągach, to po relsach, a pociąg czasem tuż, tuż. Dziś "widno" panienka upadła na plancie, nie wiadomo, dla jakiej komedii, ale sukienka całkiem "zamarana" w kazionnym piasku. A może koziołki się fikało, a! a!? Ha! ha! ha.

Ton głosu naczelnika choć swobodny i wesoły był jednakże trochę kpiący, uderzył on niemile tak pana Kościeszę jak i Tarłównę. Niepojęta fałszywa nuta zabolała ją, mimo woli przyszło jej na myśl, że takim głosem, żartobliwym lecz drwiącym, jakim mówił Łechtienko, bada się przestępców, i że to poprzedza aresztowanie lub jakieś ukryte posądzenie. Nie umiała zdać sobie sprawy, co ją boli i co zawstydza, ale oba te uczucia były wyraźne. Widziała na sobie surowy, pytający wzrok ojczyma, świdrujące roześmiane oczki naczelnika, w nodze zaś lewej czuła piekielny ból od ciągłych szczypań Jasia. Nareszcie, gdy chłopak zauważywszy jej wahanie, zadał jej nową, potężną dozę szczypnięcia, niby środek otrzeźwiający, Andzia rażona bólem, nie zważając już na nic, trzepnęła go po ręku z całą pasją, odpychając jednocześnie od siebie. Zrobiło to wrażenie jak najgorsze. Chłopak zachwiał się na krześle i zzieleniał, Łechtienko wybuchnął śmiechem już prawie odrażającym, pan Kościesza zaś i panna Ewelina zawołali jednocześnie.

- Handziu! Co to znaczy?

- Więc niech on mnie nie szczypie, już mam sińce.

- Ha! ha! ha! - zanosił się naczelnik.

- Ańka!

- No cóż? Ja przecież nic złego nie zrobiłam i czego się ten pan śmieje, nie rozumiem, a Jaś szczypał mnie dlatego, żebym się nie... przyznawała... ale to wcale nie grzech...

- Może byśmy dali pokój tej sprawie - przerwał Kościesza mocno podrażniony.

- Ha, ha, ha! Ot rozkosz! - zaśmiał się Łechtienko.

Andzia czuła ciągle dokoła siebie jakiś dwuznaczny, niemiły nastrój, niedopowiedzenie czegoś niejasnego drżało w śmiechu naczelnika i w wykrzyknikach obecnych.

- Nie ma się pan czego tak cieszyć - wybuchnęła wreszcie. - Żadnej zbrodni nie popełniłam, tylko... leżałam umyślnie... pod pociągiem.

- Co? Co?! Andzia, co pleciesz?

Naczelnik wytrzeszczył oczy i usta rozdziawił.

- Tak, położyłam się umyślnie pod pociąg towarowy, żeby wiedzieć, jakie to jest uczucie i dlatego mam ten "kazionny" piasek na sukni. Jaś nic nie winien, on mię powstrzymywał i nie pozwalał na to.

Powiedziawszy to jednym tchem, zerwała się ku wyjściu, cała płonąca.

- Aneczko, czyś ty przytomna, co ty wygadujesz?... Zaczekaj!... - zawołał Kościesza.

- Niech Jaś opowie, jak było, on widział.

Rzekłszy to, wybiegła z pokoju prawie już z płaczem.



II

Handzia

I znowu był jasny poranek czerwcowy.

Do gabinetu pana Teodora Kościeszy w Turzerogach wsunęła się cicho wiotka postać jego pasierbicy. Stanęła na progu, zasłonięta ciężką kotarą adamaszkową i spojrzawszy na ojczyma, zlękła się trochę. Siedział w wysokim fotelu przy biurku, pisząc coś szybko. Wyraz jego rysów był twardy, niemal złowrogi, brwi zmarszczone. Andzia nie lubiła u niego takiej twarzy, przestraszyła ją dziwnie, nasuwając wspomnienie mętne, zapamiętane z dzieciństwa. Żyła jeszcze wówczas jej matka. Andzia niechcący stała się świadkiem jakiejś przykrej sceny między matką i ojczymem. Co mówili, nie rozumiała, majaczy się jej tylko jak przez sen, że matka o coś prosiła, czy się za kimś wstawiała; pamięta, że w pewnej chwili zalana łzami i bardzo blada pocałowała męża w rękę i rzekła: "Błagam cię Teodorze, zaklinam, nie rób tego, do nóg ci się rzucę" i Andzia drżąca ze strachu, za jakąś szafą, ujrzała śliczną postać matki, chylącą się kornie przed ojczymem. Wówczas on szarpnął ją z gniewem, wyprostował i trzymając za ramiona, jak się Andzi zdawało, nazbyt silnie, wołał głosem ochrypłym z takim samym twardym wyrazem twarzy i złowrogim zmarszczeniem brwi: "Musisz mnie słuchać, bo ja tak każę, rozumiesz!" Ośmioletnia wtedy Andzia zlękła się o matkę, wybiegłszy zza szafy, skoczyła do jej kolan, słyszała jeszcze jakieś straszne przekleństwa ojczyma, ale matka, płacząc, odeszła z nią, uciekała prawie pędem, zasłaniając dziecku uszy. Dziewczynka potem bała się ojczyma przez długi czas. I teraz ta jego groźna mina, taka sama jak we wspomnieniu tamtej chwili, onieśmieliła Tarłównę.

Bo wszak i ona szła z prośbą.

Kościesza podniósł głowę, Andzia wysunęła się zza kotary. Ujrzawszy ją, odłożył pióro i uśmiechnął się łaskawie. Wyciągnął do niej rękę, mówiąc:

- Handziuś przyszła do mnie?... Jakże się cieszę. Chodź, dziecino.

Otoczył ją wpół ramionami i ucałował w czoło.

- Cóż takie tęskne oczki Aneczko, tak się mi bacznie przypatrujesz?... Powiedz, co myślisz pod tym ślicznym czołkiem, jakie tam myślątka fruwają. Co?

Andzia rzuciła mu się na szyję. Rumieniec jasny, dziewiczy zapłonął na policzkach, oczy błyszczały.

- Ojczymku ja dziś skończyłam siedemnaście lat - szepnęła cichutko.

Odsunął ją lekko i z uśmiechem popatrzał na nią.

- Ogromnie stara jesteś dziecino, prawda? Oj, ty wiosno moja! Wiem, wiem, że to dziś urodziny twoje. Chciałem ci sam powinszować, ale cieszę się tym bardziej, żeś do mnie przyszła, właśnie dziś, to dowód, że mnie kochasz. Moja pieszczocho!...

Posadził ją nagle na swych kolanach.

- Ojczymku tak nie, ja już jestem za duża - broniła się niechętnie, z dziwnie przykrym uczuciem.

- Siedź, maleńka moja - zatrzymał ją mocno i zaczął całować.

Odchyliła głowę zasłaniając twarz od pieszczot i znowu szepnęła już śmielej, ujęta jego serdecznością.

- Mam prośbę do ojczymka.

- Mów Handziuś mój, mów wszystko, czego tylko pragniesz. Więc o cóż to chodzi?

- Ojczymku, ja chcę się uczyć.

- Uczyć?... A wszakże od dziecka nic innego nie robisz. Masz pannę Ewelinkę, bardzo zdolną nauczycielkę, kilka przedmiotów wykłada ci korepetytor Januszka, zdajesz co roku egzaminy w Warszawie, zatem uczysz się zupełnie prawidłowo, według kursów pensjonarskich. Kujesz po całych dniach.

- Tak, ale już w ten sposób przeszłam siedem klas. Teraz mam inne pragnienia.

- Jakież to na przykład?

Andzia odczuła w tych słowach pewien chłód. Przytuliła się do ojczyma pieszczotliwie.

- Chciałam prosić ojczymka, aby mi pozwolił pojechać do Krakowa na kursy przyrodnicze. Ogromnie tej nauki ciekawam i tak bym się serdecznie uczyła. Niech mi ojczymek pozwoli, mój złoty, dobry...

Kościesza sposępniał i zamknął oczy, zsunął brwi aż na powieki.

Andzia ujrzawszy go takim, zerwała się z jego kolan.

- Ej, ojczymek robi straszną minę...

Zmitygował się od razu, wziął ją za ręce i posadził obok na krześle. Uśmiech obłudny wystąpił na jego wargach.

- Zmartwiłaś mnie Aneczko bardzo poważnie, nigdy nie myślałem, że ci jest źle w domu... i ze mną...

- Ależ...

- Bo gdyby ci było dobrze, to byś nie miała takich myśli. Zasmuca mię to, Andziu. Kocham cię z całej duszy, pragnąłbym ci nieba przychylić, a ty mi się tak odpłacasz?

Dziewczyna stropiła się.

- Ojczymek nie chce mnie zrozumieć, przecież jest mi w domu dobrze i miło, i oceniam to, ale chcę się uczyć. Czy to grzech? Myślałam, że ojczymek, jako dobry ojciec, nie będzie mi tego bronił, myślałam, że mi dopomoże w urzeczywistnieniu mych zamiarów, tak na to liczyłam.

W głosie jej zabrzmiała skarga. Kościesza patrzył na nią spod zmrużonych powiek.

- Kto cię zbuntował Andziu? Korepetytor, czy ciotka Smoczyńska? Za blisko jest ten ich Smoczew, za często tam chodzisz; Jaś i Lorka przewracają ci w głowie.

Wyprostowała się dumnie.

- Nikt mi tego nie doradzał, to jest mój własny projekt i marzenie. Wiem, że się młode panny kształcą w różnych kierunkach, co jest rzeczą naturalną i piękną. Ja chcę także kształcić się jeszcze, jestem młoda, zdrowa, łaknąca nauki...

- Jesteś jeszcze dzieckiem, moja Andziu, i sumienia bym nie miał wysyłać w świat taką bohaterkę, pionierkę nauki w krótkiej sukience i z buzią dziecka. Czy ty Aneczko myślisz, że świat jest wszędzie taki sam gościnny, jak w Turzerogach i Wilczarach, że ludzie są dobrzy, serdeczni?

- Co mnie ludzie obchodzą, ja chcę się tylko uczyć.

- Ale przecież w kloszu się nie zamkniesz ze swymi studiami, musisz obcować choćby tylko ze środowiskiem miejscowej studenterii, a to już wystarczy, to już jest wielkie niebezpieczeństwo dla takiej, jak ty dziewczynki.

- Jak to, od kolegów miałabym się czegoś złego obawiać!?

- A widzisz, już im wierzysz nadzwyczajnie, nawet wcale nie znając i nie przypuszczasz, że tam czyhaliby na ciebie, jedni na twą urodę, inni na majątek, jaki posiadasz. Ach, Andziu, wierz mi, bo tylko pragnę twego dobra, ty nie znasz świata i nie przypuszczasz, jak podli są ludzie. Ufać im nie można nigdy, nigdy moja dziecino.

Przygarnął ją znowu do siebie.

- Ty jesteś taka ładna, taka ufająca i słodka, tyle masz w sobie rozkosznej naiwności, tyle czaru, mieliby to źli ludzie zbrukać, zniweczyć tę twoją świeżość dziwiczą, zatruć ci serce; takie czyste, jasne, twe myśli obciążyć fałszem, obłudą życiową, tak cię od razu brutalnie wtłoczyć we własny nihilizm...

Andzia z podziwem patrzyła na ojczyma. Ogarniał ją przestrach.

- Dlaczego ojczymku tak ostro sądzisz ludzi? Czyż wszyscy są tacy źli? O ile ja słyszałam i czytałam o sferach uczących się, są to właśnie idealiści, przesiąkli miłością dla kraju i ludu, są to hołdownicy idei braterstwa i wspólnej pożytecznej pracy. Zatem nie mogą posiadać w sobie takich brzydkich wad, o jakich mówisz ojczymku. O, jestem pewna, że oni wszyscy przyjęliby mnie do swego grona serdecznie, z otwartymi rękami, w niejednym by dopomogli, byliby przyjaciółmi. Za cóż mieliby się nade mną znęcać?

- Znęcaliby się moralnie, bo chcieliby cię wykorzystać.

- Jakim sposobem?

- Ach, sposobów im by nie zabrakło, a materiałem do tego byłaby twoja niewinność, uroda i bogactwo.

- Ale cóż by im z tego przyszło?

Zaśmiał się cynicznie.

- Dziecko jesteś! Toż to są trzy czynniki najbardziej pożądane u kobiety, mężczyźni ubiegają się o taki klejnot cenny, aż go zanurzą w kałuży swych żądz i zohydzą jego blask. Tyś takim klejnotem Andziu. Poza tym posiadasz jeszcze jeden szczegół, nader ważny, jakby wodę na młyn. Nie znasz świata i ufasz mu, zdaje ci się, że to coś szlachetnego, to zaś jest cuchnący śmietnik.

- Ojczymku nie przerażaj mnie. Ja właśnie ten świat pragnę poznać, zetknąć się z nim.

- Połamiesz skrzydła, dziecko, ugrzęźniesz w zwątpieniu i goryczy.

Tarłówna wzdrygnęła się. Rzekła błagalnie:

- Ojczymku, nie przepowiadaj mi tak smutno. To straszne. Ale tak nie jest, nie. Świat nie może być taki wstrętny, bo nie byłoby wcale szczęśliwych ludzi i nie byłoby ideałów. Sam pomyśl, ojczymku, ideały zrodzone na śmietniku?... Nie, tak być nie może! Z brudnego świata nie wyłaniałyby się ideały, a wszak ludzie nie są pozbawieni tego daru, mieliśmy w historii, mamy dziś wielkich potentatów ducha, których echo płynie i tworzy nowe dusze. Gdzież tu może być mowa o truciźnie wśród umysłów przesiąkniętych słowem Mickiewiczowskim, duchem Słowackiego, Skargi, będących pod urokiem idei Wyspiańskiego... wszak to potęga, ojczymku!

- To literatura, Aneczko.

- Jak to?

- Puste słowa, frazesy, faramuszki...

Patrzyła na niego z przerażeniem, on mówił, mając oczy lekko zmrużone:

- Idealiści, twórcy, wielcy urabiacze dusz, geniusze, ogromnie dużo zbudowali! Cukrowe fortece, które zburzyć może pierwszy lepszy prąd nihilistyczny i nawet się po nim nie obliże, ani zębów sobie nie połamie. Czy te idee to doktryna świata? Czy to jest most żelazny, po którym się przeprowadzi i zepchnie w otchłań wszystkie brudy, nędze, podłości ludzkie?

Andzia wpadła w zapał.

- Nie, ojczymku, po tym moście właśnie przeprowadzi się wszystkie ohydy za nowym idealnym hasłem, ich się nie zepchnie, ale się ich nawróci.

- Czy to ty, Andziu, chcesz być ową gwiazdą, prowadzącą takie zastępy ku glorii wymarzonej? Tam, w Krakowie?...

- Jestem tylko słabiutką dziewczyną, poszłabym wraz z innymi za gwiazdą wielkich duchów.

- Byliby i tacy, którzy szliby za tobą chętnie i po idealnej dróżce twej nieświadomości, zaprowadziliby cię w przepaść. Ale ja na to nie pozwolę...

- Ojczymku? - jęknęła.

- Nie, dziecko, takiego kwiatu jabłoni, jak ty, nie rzucę na pastwę.

Zapłonęła obrazą.

- Ojczymek nie zna tych sfer, wśród których pragnę się uczyć, jak można ich tak obrażać?!

- Znam w ogóle ludzi i nie dzielę ich na sfery, na żadne kategorie.

- A wszak i my ludzie... i ty ojczymku, czyżbyś ty był w tej masie? Bo jeśli ktoś wyjątków nie uznaje...

Rozgniewany ukłuł ją spojrzeniem, jak ostrzem sztyletu.

- Zapędzasz się, Andziu. Ludzie poważni jak ja, mają swoje zasady, lecz tych młodzi ludzie nie chcą słuchać.

- Naprzód ojczymek nie jest stary (na twarzy Kościeszy błysnęła radość), a po wtóre, jakież to zasady?

Pan Teodor, nagle rozpromieniony, chwycił Andzię wpół i przytulił silnie do siebie. Wargi mu drżały.

- Ot! Takie - zawołał gorąco - że jak się ma w domu anielską istotkę, to się jej w świat nie oddaje. Moja ty Aneczko jedyna! - Przylgnął nagle do jej ust, przypiąwszy się do nich nienaturalnie mocnym pocałunkiem. Oczy mu płonęły.

Handzia zatrzęsła się. Uczucie niesmaku owładnęło nią tak gwałtownie, że odepchnęła silnie Kościeszę i dłońmi zasłoniła twarz. Stała przed nim posąwa, dysząca gniewem. On zmieszał się, przymrużył oczy i rzekł dość sucho, panując nad sobą:

- Więc chcesz rodzinny dom rzucić?

Dziewczyna uspokoiła się. Była jakby zawstydzona.

- Przecież to nie na stałe. Skończę kursy i wrócę, pomyślimy wówczas razem z ojczymkiem o jakiejś pracy społecznej, o jakimś czynie pożytecznym. Czyż tak siedzieć w Turzerogach bezmyślnie jak pod kloszem, nie znać nic poza tym. Ojczymku...

- Więc ty sądzisz, że cię na to skazuję? Dlaczegóż bezczynnie?... Ucz się w domu, ile chcesz, kupię ci całą bibliotekę dzieł rozmaitych, a i nasza obfita, możesz czerpać, ile zapragniesz. Jeśli panna Ewelina nie wystarcza, odprawię ją i zgodzę inną.

- Ach, jakże można tak mówić? - zawołała czerwona z oburzenia. - Panna Ewelina taka zacna, taka wykształcona, już tyle lat jest u nas, starannie mnie wychowywała i ojczymek się o niej odzywa, jak o... pannie służącej.

- No, no, dobrze już. Chcę ci tylko dogodzić we wszystkim, byleś nie wyjeżdżała, nie osierociła mnie i domu naszego. Wierz Aneczko, że zapłakałbym się za tobą, tyś pociecha mego życia, osłoda i jasny promień. Jakże by tu było bez ciebie, sama pomyśl?

Spojrzała na niego niepewnie i jakby badawczo.

- Ech! doskonale! Pisywałabym często do was, przyjeżdżałabym na wakacje. A ojczymek miałby przecie Januszka; rodzony, własny syn to więcej znaczy niż ja.

Żachnął się.

- Nie mów tak, Handziu, bo mnie to boli. Janusz to dzieciak i w żadnym razie zastąpić mi ciebie nie potrafi. Zresztą jest... innego - dokończył cicho. - Dziecino moja, wyrzecz się tych niewczesnych projektów, a uszczęśliwisz mnie. Dobrze, Anuś?

Dziewczynie łzy spłynęły z oczu, twarz pobladła z przykrości.

- Ty płaczesz, Aneczko?

- Nigdy, nigdy nie myślałam, że mi ojczymek odmówi, tak sobie marzyłam, tak tęskniłam do tych projektów... tak...

Rozpłakała się na dobre.

Kościesza spoglądał na nią ponuro, skurcze drgały mu na skroniach, twarz jego miała wyraz zacięty; oczy stały się metalowe, aż białe i straszliwie nieugięte... Po długiej minucie, gdy Andzia się trochę uciszyła - przemówił:

- Więc ty wolisz dopiąć swych zamiarów, niż być dla... kogoś całą pociechą i... koniecznością życia? Czyżbyś była taką egoistką?

Andzia ocierała łzy, rzekła urywanym przez płacz głosem:

- Ten ktoś... wiadomy... a przecie... nie jest ojczymek ani stary... ani chory... ani niedołężny, żebym się dla niego potrzebowała... poświęcać.

- Ale uczucie nic ci nie mówi? - spytał głucho.

- Uczucie?... No cóż uczucie? Wszak i rodzoną matkę opuszcza się dla nauki. Od dziecka małego oddają dziewczynki na pensję, jak Lorka Smoczyńska na przykład, jak Jaś, jej brat, uczą się ciągle poza domem, i dobrze, i nie mają ojca, tylko chorą matkę, a jednak... Ja zaś dotychczas domu nie opuszczałam, poza tym, że raz na rok, jeżdżę z ojczymkiem i panną Eweliną na egzaminy.

- Z Lory i Jasia przykładu nie bierz, oni muszą się uczyć, oni są biedni...

- Co też ojczymek mówi? Więc jak się jest bogatym, to można być głupim? Ja jeszcze chcę się dokształcić, dla mnie to za mało, za ciasno tu, za... ciemno i głucho - wybuchnęła.

Kościesza wstał, był zirytowany.

- A! Jeśli ci jest głucho... moja panno... w rodzinnym domu, to trudno! w każdym razie nie pojedziesz jeszcze teraz w świat. Chciałem cię zbadać, ile masz dla mnie serca, widzę, że nie masz go wcale.

- Ojczymku! - skoczyła do niego.

- Poczekaj! Nie chcesz zrozumieć moich dla ciebie uczuć, być dla mnie osłodą, co jest zadaniem kobiety od najmłodszych lat. Zatem powiem ci teraz wyrok, już nie mój. Oto matka twoja umierając, powierzyła mi ciebie i zastrzegła, abym cię do... pełnoletności z domu i spod opieki swej nigdzie nie wypuszczał. Jesteś do matki podobna, a... i... tamtej... nie brakowało temperamentu - dokończył ponurym szeptem.

Andzia milczała w osłupieniu.

- Z takim zaś usposobieniem i z twoją powierzchownością ruszać w świat, to lepiej od razu zanurzyć się w głębie. Twoja matka doskonale to rozumiała.

- Czy... temperament, to coś złego - wyszeptała zgnębiona.

- Nic złego, ale nie dla świata, i nie w siedemnastym roku życia. Gdy będziesz pełnoletnia, wówczas zobaczymy, lecz do tej pory...

- Tak jeszcze długo czekać? Ojej!...

- Cztery lata to niewiele, a przez ten czas... przez ten czas... może...

Nie dokończył, tylko oczy mu błysnęły pożądliwie, twarz się rozjaśniła. Zagarnął ją ramieniem i patrzył przenikliwie w jej zapłakane źrenice. Oczy jego nakazywały, niewoliły.

- Wola mamy i moja... prośba musi być spełniona - rzekł stanowczo. - Teraz żądaj, czego chcesz w Turzerogach. Chciałyście kiedyś z panną Eweliną założyć tu szkółkę i ochronkę, otóż zrobię to dla ciebie, moja mała filozofko, założę te instytucje, będą się bachory chamskie uczyły, skoro tak chcesz i będzie owa społeczna robota, o której marzysz. A teraz chodź.

Spłakaną zaprowadził do kasy ogniotrwałej, otworzył ją i wyjął spore, podłużne pudełko z czerwonego safianu. Gdy nacisnął sprężynkę, Andzia ujrzała na białym aksamicie cudny sznurek dużych pereł, zapiętych staroświecką klamerką, wysadzaną krwawymi rubinami. Perły lśniły mlecznym, lekko złotawym połyskiem, czasem lśnienie to różem subtelnym tchnęło lub przepyszną, bladą karnacją perłowca.

Andzia patrzała zdumiona. Pierwszy raz widziany klejnot zachwycił ją.

Kościesza powoli zdjął perły z aksamitu i zapiął je na szyi Andzi.

- To dla ciebie kupiłem, Aneczko. Miałem ci je dać na imieniny w lipcu, ale wolę dziś na urodziny. Jak ci jest ładnie Handziu w tej ozdobie. Chociaż ty cacek nie potrzebujesz, aby być urocza. Nie dziękuj, maleńka, nie dziękuj; największym dla mnie podziękowaniem jest to, że nie opuścisz mnie.

Tarłówna bystro spojrzała na niego.

- Przecież ja, ojczymku... nie za te... perły, jeśli tak... to...

Sięgnęła do szyi, lecz on ją wstrzymał.

- Ach, Aneczko, co robisz! Nie za perły, nie, ale... - tu znowu popatrzał nakazująco prosto w oczy - wola twej matki musi być spełniona.

Andzia wychodziła z gabinetu z ciężką głową, jakby odurzoną czadem. W ręku niosła pudełko safianowe prawie bezwiednie. Dziwnie przykre uczucie nurtowało ją i tłoczyło w sercu.

...Czyżby mama?... Dlaczego tak zastrzegła... dlaczego?

Gdy Tarłówna opowiedziała wszystko pannie Ewelinie, płacząc ponownie, nauczycielka smutnie potrząsała głową.

Szepnęła cichutko poprzednią myśl Andzi.

- Czyżby... twoja matka?... Bardzo wątpię...

Na szlachetnej, poważnej twarzy nauczycielki odbiła się nieufność. Ale milczała, tylko ujrzawszy perły, obejrzała je starannie i rzekła:

- Te same są, perły i rubiny, łzy i... krew. Te perły były własnością twej mamy.

- Tak? Pani je już widziała? Pani je zna?...

- Opowiadała mi o nich ciotka Smoczyńska.

Tego samego dnia Kościesza oznajmił Andzi, że wyjadą wszyscy na parę letnich wakacyjnych miesięcy do Toporzysk i Drakowa, spadkowych majątków Tarłówny po jej ojcu, odległych o kilkadziesiąt mil, których dotąd Andzia nie znała.

Na jej usilne prośby, ojczym, pomimo niechęci, zaprosił na tę wycieczkę ciotkę Smoczyńską z dziećmi.

- Zrobię dla niej dużo, ale jej w świat nie puszczę - myślał Kościesza.



III

Czarci mostek

I znowu minął rok.

Siedzą we czworo na polance małej, wśród boru, pod "czarcim mostkiem". - Taką nosi nazwę uroczysko leśne, odległe od Wilczar, przecięte przez środek małą grobelką "z piekła rodem", z mostkiem "gdzie straszy", jak niesie legenda. Siedzą przy ognisku. Stary borowy Grzegorz dokłada chrustu, płomień bucha w górę falistym słupem, krwawozłotym, przyjaźnie zbratanym z dymem czarnosiwym. Sypią się gęsto iskry ostre, ogniste, ogień pryska, roznosi specyficzny zapach dymu i płonących gałęzi. Raźny jakiś nerw budzi się w gromadce, trzask wesoły biegnie po polanie, wołając - ogień! ogień! Ale ogień ujęty w ramy okopanej ziemi jest bezpieczny i piękny. Faluje coraz wyżej, dym puszcza nad sobą, ciska się, złości, rozjaskrawia lub płonie purpurą, ma ochotę pobujać wśród sosen. Och! lizałby im korę, gryzł trzewia, przemieniałby zielone igły w brązowe sople, kurczyłby soczyste liście brzóz, szumiałby, huczał jak żywioł prawdziwy i rozpanoszony. Och! trzaskałyby szyszki, umykałby zwierz leśny, a ogień parłby naprzód, w górę, wszerz i w płonący uścisk chwytał bór wielmożny, taki dumny, groźny, zda się niezwalczony. Puśćcie mię jeno i nie brońcie! Skruszę tę potęgę, zegnę ją w pokłonie dla siebie, że legnie u mych stóp ognistych sczerniały bór, popiołem okryty, nędzny jak żebrak, nie!... spalony, straszny jak trup. Pozwólcie mi jeno... Jam jest mocarz nad mocarze.

Ale stary Grześko czuwa, on zna temperament cichego ogienka, co umiejscowiony, wzięty w karby, już teraz wygląda jak zaborca krwiożerczy, łaknący pogorzeliska.

- Nie, kraśny kogutku, nie zapiejesz ty na cały bór, nie bój się - mówi z flegmą, ogarniając łopatą ziemię dokoła stosu.

Andzia, Lorcia i Staś Smoczyńscy, skupieni ciasno przy sobie, zajadają ze smakiem zabrane z domu prowianty: chleb razowy, kiełbasę, ser z kminkiem, wszystko proste i skromne, jak wypada koczownikom leśnym.

Jaś chrupie w zębach główkę białej cebuli i śmieje się z dziewcząt, które go za to krytykują.

Tylko Grześko podziela zdanie panicza.

- Cebula daje moc i chytrość, a krew to po cebuli tak kipi, jak w garnku. Niech panienki spróbują.

Lecz panienki się krzywią.

- Grześku, czy dziś zobaczymy łosie? - pyta Andzia.

- Jak wyjdą na żer, to zobaczymy, a jak nie, to ich człowiek nie najdzie; tak się w wiszarach a sołotwinach bagnistych zaszywają; chyba by czart ich nalazł.

- Niech no Grześko nie mówi tego słowa w tym miejscu - szepcze Tarłówna.

Ale Lorka jest odważniejsza.

- Ja się tam nie boję, owszem, ciekawam diabła, może on tu gdzieś siedzi za krzakiem?

- Za krzakiem nie - odrzekł Grześko - bo blisko ognia to on nie siada, ma dosyć w piekle, na co jeszcze się na świecie prażyć. Ale pod mostkiem to on jest, ja go nieraz widział, ja na niego mam zaklęcie, niech się panienki nie boją.

- To Grześko czarownik?

- Czarownik, nie czarownik, choć ludzie mnie takim zrobili, ale często tędy łażę przy obchodzie służbowym, to i czasem strach. Stary borowy, Kuźnik nauczył mnie tego zaklęcia, to już teraz ja spokojny. Tylko jak mijam mostek, to idę tyłem, patrzę mocno na most i gadam zaklęcie, już wtedy nie ruszy.

- Jakież to zaklęcie, powiedzcie?

Grześko bronił się.

- Umyślnie tego nie można mówić, bo straci siłę.

Obiecał, że po podwieczorku pójdą przez mostek i wtedy usłyszą.

Zgodzili się chętnie. Jaś nalegał, aby Grześ opowiedział im, jaki jest początek legendy o mostku. Zaprosili starego na podwieczorek, dając mu wielką porcję jedzenia. Sami zaś zabrali się do poziomek, uzbieranych po drodze. Pełen koszyczek jagód świeżych, połyskujących wewnętrznym sokiem, wzbudził apetyt. Czerpali zeń garściami, sypiąc do ust i miażdżąc jagody z rozkoszą, wreszcie dno zabłysło w koszyczku. Leśnik ocierał już wąsy brzegiem kapoty, dziękując panience, bojarzynce, jak nazywał Handzię.

- Teraz Grześ niech opowiada.

Usiadł w kucki, rękami objął kolana, wpatrzył się w ogień buzujący i zaczął mówić głosem niezwykłym, trochę przez nos.

- Dawno to było, bardzo dawno, jeszcze ten kraj był pod polską koroną. Rządził wtedy najmiłościwiej król, wojownik wielki, co Turków tęgo łupił, a nazywał się Jan Sobieski. Toż to wtedy żył w tych stronach bogaty bardzo pan, zamek miał harny i sług pokornych cały czambuł, rabami ich nazywali. Miał ziemi huk i stepów, gdzie tabuny koni się pasły i bory okrutne i jeziora rybne. Niczego mu nie brakło, ale Bóg jest sprawiedliwy; jak da dużo na wierzch, to mało pod spód, żeby się człek do nieba nie przyzwyczaił za życia, bo potem smakować nie będzie.

...Tak też i ten pan miał wszelakiego dobra w bród, a szczęścia nie było. Do czego się dotknął, to zaraz sczezło, tak po prostu, jakby topniało w ręku. Taj hodi! bida w duszy da bida. Żonkę pojął jak obraz, miłował, hołubił, w gronostaje, sobole a aksamity stroił, świata za nią nie widział, toż mu i umarła po urodzeniu dzieciątka... i już mu stopniała w ręku, spłynęła do ziemi.

...Synka małego chował jak skarb, patrzył na niego ze strachem w oczach a modlitwą na ustach, a w sercu to mu wyło do Boga o miłosierdzie nad tym synaczkiem, ile że i paniątko to było cudne, jako właśnie mak na stepie, co go słonko majowe urodzi. Ale cóż, ojciec musiał często synka i dwór opuszczać, bo szedł na potrzeby różne, na ratunek kraju, był wielkim władyką, to miał i obowiązki, a synek tymczasem na opiece sług zostawał. Stary bał się jakiegoś nieszczęścia, truchlał o dziecko miłowane, aż i ze strachu głupstwo zrobił. Wiadomo, zły duch, co nad tą rodziną wisiał, urządził sztukę. Pan, żeby to niby opiekę dać dziecku, pojął drugą małżonkę.

Nagły dreszcz przeszedł ciało Andzi. Podniosła oczy na Grześka i spytała głucho:

- Jak to, dał mu macochę?

A tak, pannuńciu, myślał, że zrobi dobrze; pohane takie dobro! na pohybel jemu poszło od tej pory. Nowa żona była to niewiasta chciwa, da żądna panowania. Ścierpieć nie mogła tego, że wszelkie dobro pana miało pójść w spadku dla syna, jej się samej chciało być wielką bojarzyną i wszystko sobie zachować. Przymilała się do męża a łasiła, jak kocica, co ma pazury schowane. Hołubiła małego Sebastianka, bo tak on się nazywał, żeby niby przypodobać się panu, a w duszy miała podłe myśli da złe zamiary. Chciała nieraz coś zadać małemu, żeby sczezł, ale bała się sądu pana, a i pan też, jakby przez serce ostrzegany, nianię starą a wierną przy synku trzymał, która go jak własnego oka strzegła. Tak biegły lata za latami. Sebastian rósł i z każdym rokiem piękniał. Macochę tylko nie bardzo honorował, jako że detyna przeczucie miewa czasem. Pacholęciem będąc konia dzielnie dosiadał, łuk tęgo naciągać umiał, z rusznicy to tak walił, jak rycerz najlepszy.

...Nie było dla niego konia, nie było trudu, ani strachu żadnego, rósł rycerz boży, dzielny a śmiały i gorący, jak ogień. Piękny taki, że ludzie się za nim oglądali, bo jak się wystroił w te wszystkie pańskie barwy a kierezyje, w pasy słuckie...

...Jak nadział zbroję rycerską z mieczem w ręku, to jak święty Jerzy, albo Michał Archanioł wyglądał. Cieszył się nim ojciec, cieszyli wszyscy i lubili bardzo, bo dobry był, a przymilny i dla panów, i dla sług. Nic jemu nie mogła zrobić macocha; raby dworskie rychło dorozumieli się, że pani panicza nie lubi, że tylko nie śmie, ale nosi w sobie gadzinę na niego i dobrze go pilnowali. Tak szły lata i oto Sebastian wyrósł na rycerza, miał już 20 lat. Ojciec woził go na pańskie dwory i na królewski dwór, nigdzie nie oddawał, bo mu syna żal było w świat puszczać; miał w dworzyszczu swoim mnicha mądrego, jezuitę, ten go uczył nauk różnych i miał takich rycerzy, co go z wojenną sztuką obznajmiali. Ale ot stała się obraza boska; macocha zakochała się w pasierbie swoim. Grzeszne myśli opadły niewiastę, pożyła już a jeszcze nie stara, poczuła żądzę do młodego rycerza, chciała go dla siebie zniewolić...

- Co on mówi? Nie bardzo rozumiem - szepnęła Tarłówna.

- Ja rozumiem doskonale - odrzekła Lorcia, zerknąwszy figlarnie na towarzyszkę.

Jaś zrobił komiczną minę.

- No i co, i co dalej? - podchwycił.

- A cóż, nieszczęście! Jak raz taki wąż kusiciel zagnieździ się w duszy a kusi ciało, to źre dotąd, aż doźre się do zbrodni. Macocha zaczęła judzić młodego; bezwstydna była jucha, gładka jeszcze; młody bojarzyn niewiast dużo w domu nie widywał, a już czuł Bożą wolę. Tatko strzegł, jak świętego, nie widząc, że już chłopak się do niewiast rwie. Macocha podsuwała się i kusiła, umiała widno zdrowo takie sztuczki, bo ot i zbałamuciła chłopca. Zły duch zrobił swoje. Pokochali się z sobą, macocha z pasierbem. Starego pana męczyła zmora jednej nocy, poszedł do syna, żeby się rozweselić. Nie ma go w izbie. Zestrachał się okrutnie i pędem do żony, żeby się może czegoś dowiedzieć, albo razem szukać. Bóg to wie, co jego tam niosło, może już taki los przeciwny? Wpada tedy do żony, a tu zbrodnia piekielna. To, co zobaczył, nie będę już gadać, bo...

- Mówcie, mówcie, mój Grześku kochany - zawołała Lorka.

Andzia i Jaś milczeli.

Stary borowy popatrzał na twarz Smoczyńskiej, rozpłomienioną ciekawością, z namiętnymi iskrami w oczach i pokręcił głową.

- Ale panienka to tyż... Pażyrna do tego. Boże chorony.

Lorka zakwitła pąsem, Grześko zaś mówi dalej:

- Zobaczył zgorszenie i obrazę boską, taj hodi! Wstyd straszny. Wściekła się w nim dusza, zamarło serce. Niedługo dumając, chlasnął mosiężnym świecznikiem, co go chwycił ze stoła, w żonę, ale ona, niegodna, odskoczyła i świecznik wyciął w samą skroń Sebastiana, ubijając go na miejscu.

- Jezus, Maria! Zabił syna - krzyknęła Andzia.

- Tak, zabił miłowanego syna - powtórzył stary jak echo, patrząc ponuro w gasnący ogień. - Może tak źle wymierzył, albo i sam nie wiedział, co robił. Tymczasem syna zabił, a macocha uciekła. Wył nieszczęsny bojar przy martwym ciele synaczka, tłukł łbem o ziemię, całował trupa syna, lecz go już nie ocucił. Wtedy to serce jego zagorzało zemstą nad żoną. Zabić ją za to, do lochu wtrącić za hańbę, za zbrodnię, za skuszenie dziecka i mord nad nim. Cały dwór postawił na nogi, da poszukiwania jej zarządził. Aż tu mówią mu, że tylko co bojarzynia z jednym wiernym kozakiem konno pognała w stronę borów. Tedy pogoń za nią, sam władyka, jak upiór straszny, leciał na czele zbrojnych rabów, z mieczem nad głową, z gęby mu pianę toczyło, ryczał jak tur, "krwi, krwi, zemsty". I walili przez pola i bory, przez łąki i gościńce, jak tabun koni piekielnych, na których wilkołaki gnają do mogił z powrotem, po nocnej hulance. Dojrzeli niewiastę i kozaka umykających co koń wyskoczy. Wpadli w ten oto bór, tylko że większy on wtedy był i straszniejszy. Koło tego mostka, jużci nie tego samego, ale tu na grobli, już, już ich doganiali, już szablę męża czuła na karku niewierna i zbrodnicza żona, już mieli ich złapać, aż ona raptem krzyknęła na cały bór... "Czarcie ratuj! Bo ginę!" Widno pohane usta nie ośmieliły się nawet boga wzywać do takiej roboty. A czart usłyszał, skoczył pomiędzy nich i nastawił rogi. Od razu konie tamtych powpadały po brzuchy w błoto, zaczęły się topić, co widząc pan, zeskoczył z kulbaki, ale wraz zapadł po szyję. Ujrzawszy śmierć straszną w błocie, hańbiącą i ratunku znikąd, bo czart się tylko śmiał, sam własną ręką wystrzałem z bandoletu roztrzaskał sobie głowę. Raby jego wyratowali się niektórzy, ale macocha uciekła. Sługi powróciwszy do dworca z ciałem swego pana, zrobili piękny pogrzeb dla ojca i syna i opowiadali wszystkim, co jak się stało. I ot się skończyło: ziemię nieboszczyka zabrała rodzina, a diabeł raz wezwany, ciągle już opiekę miał nad macochą, aż zbrzydziwszy to sobie, pokusami i nasłanymi wyrzutami sumienia zawlókł ją tu w te błoto i wziął na rogi. Znaleźli ją ludzie z przebitymi wnętrznościami, które śmierdziały siarką, a czarne były jak smoła. Od tej pory, co rok, o północy, w rocznicę jej śmierci, pokazuje się tu czart, biorący na rogi niewiastę, i pan, co się strzela w błocie.

Grześko umilkł.

Westchnienie ciężkie wzdęło mu piersi, opancerzone blachą z koroną i herbem Kościeszów, tu gdzie dawniej były insygnia Hołowczyńskich, dziadów Andzi.

Milczenie trwało długo, pierwszy odezwał się Jaś.

- Straszna jest ta historia, ale chciałbym zobaczyć diabła z tą macochą. Którego to dnia pokazuje się?

Leśnik wzruszył ramionami.

- Tego to już nie wiem. Gadają, że to było w jesieni, koło Różańcowej, to znowu, że w Wielkim Poście, ale ja tam tego nie widział, tylko samego czarta zeszłem nieraz, jak w błocie się iskał... i to zaraz zaklęciem go odegnałem.

Jaś i Lora zerwali się z miejsca, proponując wycieczkę na żerowiska łosi. Zaczęli zbierać do koszyczka resztę prowiantów i tłumić ogień już dogasający, coraz niższy i bledszy. Siwobłękitne, wątłe płomyki wsiąkały wolno w krwisty żar, którym barwiły się węgle. Coraz to jakiś języczek łypnął do góry, broniąc się od mlecznego popiołu. Wystrzelił i zgasł, w drugim miejscu puścił iskierek kupkę, ozłocił się, chwilową nadzieją błysnął, lecz bez podniety, znowu malał i kładł się pokornie w purpurową, rozżarzoną masę.

Zniecierpliwiony Jaś jął go zwalczać ziemią, tłoczyć, że dymiło jeszcze konające ognisko, wnet i ostatnie ślady jego pokryła gruba warstwa tłustej, czarnej ziemi.

Grześko nie ruszał się. Siedział ciągle w kucki i patrzył w przestrzeń leśną, z widoczną zadumą na starczej twarzy. Jakieś myśli dawne, przypomnienia mroczne przesuwały się w źrenicach szarozielonych, drżały na zwiędłych powiekach, spływały na bruzdy, idące od oczu, gęstą siecią rozłażące się po twarzy, czole, aż do włosów białych, do zażółconych tytoniem kępin starych wąsów i ust zapadłych, bezzębnych. Rumieniec, nie wiadomo, czy z bliskości ognia, czy z wewnętrznej podniety, okraszał tę twarz starczą na korpusie tęgiego człowieka, bo ramiona miał szerokie, pierś wydatną i mocną, całą postać bez wiekowych przygarbień i wahań. Ciało zahartowane; silny dąb z głową skłopotaną i przeżytą, niby koroną, co stoi mocarnie na swym pniu, lecz liście kurczą mu się, żółkną i opadają.

Tylko jedna Andzia zauważyła kontemplację Grześka, cicho podsunęła się do niego.

- O czym tak dumacie? - a po chwili znowu, jakby tknięta przeczuciem - może o mamie? Czy wy kochaliście mamusię moją?...

Stary zadrżał. Spojrzał na Andzię z widocznym zdumnieniem.

- Boże chorony! bojarzynka umie czytać, co dusza w człowieku gada? A o kim że ja bym myślał, jak tę historię mówił? Toż o pani naszej, bojarzynie naszej kochanej, sczezła ona ze świata, jak ten ostatni płomyczek, ziemią zawalony, co ot przed nami zgasł, taj spłynął do ziemi. Ja jej kiedyś bieduleńce tę samą historię o czarcim mostku opowiadał, da na tej samej polance.

Andzia przysunęła się bliżej.

- Mojej mamusi opowiadaliście to samo? I co ona, co, słuchała?

- Oj, słuchała dusza złota, a wy pannuńciu taka ot, jeszcze była maciupcia, osiem roczków wam liczyli, jak janiołeczek biegała po łące, da zbierała rydzyki, bo tu ich mnóstwo. To była jesienna pora. Bojarzyna słuchała i łzy jej z oczu kap, kap... ona ich w chusteczkę i znowu cichutko, "mówcie Grześku, mówcie". Na was patrzała i żałośliwie kiwała główką. Główka też to była, Boże chorony, jaka piękna!

- Mówią, że ja jestem do mamy podobna - nieśmiało rzekła dziewczynka.

- Podobna, niepodobna, ale zawsze już nie to samo; kudyy! niby oczki, to i nieboszczka miała czarne, włosy za to, gdzie jaśniejsze, niby ciemne, a tak jakby złotem przysypane, czasem miedź, czasem dukat. Oblicze, Boże ty mój, jak u janiołków na obrazie. Wy, bojarzynko, macie włoski czarne, jak smoła i też wam nic nie brakuje, o waa! Tylko że już nie to samo, trochę się wam po ojcu dostało, i te włosy, i to oblicze, jasne, jak zorza, co smagłą łuną prześwituje, ale, że usta, to też matczyne, takie same kraśne jagody i ona miała, tylko potem zbladły, bo krew z nich wyssa... wyssali. Boże chorony!

Tarłówna doskonale podchwyciła zająknięcie się Grześka, ujęła go mocno za ramię.

- Kto wyssał jej krew? Kto?

Stary patrzył na nią z przestrachem, gorący rumieniec okrył zwiędłe rysy.

- A któż? choroba widno.

- Wy kłamiecie, Grześku, nie mówicie mi prawdy!

- Bo już i czas na łosie, pannuńciu. Słonko zachodzi. Ot, jak tamta panienka, da panicz do mostka się skradają. Bez zaklęcia niedobrze! - zawołał głośno i wstał z ziemi młodzieńczym niemal ruchem.

Handzia zrozumiała, że już dziś się niczego więcej nie dowie. Zmarszczyła gęste, czarne brwi, i nachmurzona trochę, poszła naprzód. Grzegorz postępował za nią, mrucząc pod nosem:

- Za co ja cię mam truć cheruwymku bożyj; jeszcze i ty się nażyjesz, da bidy najesz... bo to świat taki zawsze, jak kiedy słonko świeci? Oj czasem smutny, da czarny da... czaarnyy...!

Andzia myślała o matce. Pamięta, że za jej życia była zawsze szczęśliwa. Przyjeżdżały często z Turzerogów na leśniczówkę. Chodząc po lasach i łąkach, dziewczynka słuchała tęsknych śpiewów matki, słuchała bajek fantastycznych, opowiadanych barwnie, z zapałem młodzieńczej wiary w świat mitów, który bywał podkładem tych historii. Tu, wśród głuchej natury lasów olbrzymich, wśród bujnego kwiecia i szumu traw, znękana dusza młodej kobiety szukała ukojenia, odnajdywała spokój zatracony na wieki.

Stanęli przed mostkiem, gdzie Jaś zaklinał się Lorci, że tylko co widział rogi diabelskie zza belki i że słyszał kłapnięcie kłami.

Lorcia śmiała się, ale stary zrobił minę zafrasowaną. Oczy jego utkwione były w czeluść czarną pod mostkiem, gdzie bagienko lśniło złowrogo, ponurą taflą o miedziano-żelaznym refleksie. Jaś przerażony i drżący, stał z tak widoczną chęcią ucieczki, że aż to Andzię zastanowiło.

- Cóż ty się naprawdę diabła boisz i wierzysz w niego?

- Jak byś sama zobaczyła, to byś umarła. Przysięgam, żem go widział, ot tu...

- Cicho! Sza! - zamamrotał Grześko. - Ten mostek dziś niepewny. Czuję, że jest źle. Za głośnom krzyknął słowa niewiasty z tej historii. Boże chorony! Niech panienki i panicz ułapią się mnie za kapotę, da idą wolno za mną, przy końcu trza się w ten mig obrócić tyłem do grobli, a twarzą na mostek. Tak już i trzeba, nic nie poradzi - dodał, widząc lekki opór Andzi.

Sytuacja zaczęła pomimo wszystko stawać się szczególną. Mimowolny dreszcz jakiś przenikał nerwy, bo jednak obecni odczuwali wyraźny niepokój i tę pewność, nie wiedzieć skąd rodzącą się, że pod mostkiem coś jest.

Czy to była sugestia po słowach Jasia i Grześka, czy też zwykła intuicja, częsta u ludzi nerwowych lub podnieconych, dość, że lęk dziwny przenikał i zupełna świadomość, że w tej bagnistej czeluści coś się ukrywa. Stary borowy zdradzał przestrach zupełnie jawny.

Dziewczęta, jak spłoszone, chwyciły starego pod ręce. Jaś przyczepił się tuż za Andzią do jego ramienia. Grzegorz patrzył bystro na bale mostkowe, gdy wstem Tarłówna szepnęła mu w samo ucho.

- Wracajmy, idźmy inną drogą.

- Teraz nie można - odszepnął z oburzeniem - teraz zarechotałby śmiechem, taj szedł za nami, bo nas by zwojował. Teraz nie można.

Energicznie wstąpił na mostek, ciągnąc za sobą wystraszoną młodzież. Patrzył na bale i mamrotał zaklęcie po małorusku[3]: *


"Ty mene rohom - wże to rohu.
Ty kopytom - po kopyti,
ślipiami ne zwojujesz - zubom ne zakłujesz,
chwostom ne zrejmanterujesz.
Na pohybel tobi - ja idu.
Da krestik na tebe kładu.
Czorty i Dit'ka w debru hup!... hup!..."


W tej chwili doszli do przeciwległego brzegu mostka i stary zrobił gwałtowny obrót naprzód. Jaś potknął się tak silnie, że omal nie upadł, lecz wtem krzyk okropny wybuchnął ze wszystkich piersi, przerażenie obezwładniło ich na miejscu.

Spod mostka nagle z łomotem, świstem i charkotaniem piekielnym wypadł jakiś potwór kosmaty, czarny, huczący, mignął w oczach wystraszonych w najwyższym stopniu ludzi i ciężką masą swego cielska potoczył się po bagienku, jak zjawa okrutna w głąb boru. Znikł w kępach rokiciny i dzikiego głogu.

- A słowo stało się ciałem!... W imię Ojca i Syna; na kolana detyny - wrzeszczał stary.

Jak ojciec broniący swych dzieci, ogarniał młodych ramionami, tuląc je do siebie.

Długi moment przeszedł, zanim ochłonęli, stojąc w na wpół klęczącej pozie, słysząc wzajemnie bicie serc.

Pierwszy przemówił Jaś:

- A co? Czy kłamałem?

Grześko podniósł się, wyprostował, podejrzliwie patrzył dokoła, blady, z dygoczącymi ustami i zastygłym przerażeniem w oczach.

- Niedola nasza, że on nam się pokazał, to zawżdy niedobrze, to tak jak puszczyk, co na człowieka huka, dobrze nie wróży; mnie staremu już nic, ale wam młodziankom... całkiem kiepsko.

- Nic nam się złego nie stało, a co widziałam, to widziałam - rzekła Lorcia rezolutnie.

- Mnie się zdaje, Grześku, że to był dzik; przyczajony siedział i myśmy go spłoszyli - rzekła Tarłówna. - To był dzik_pojedynek.

Na twarzach Jasia i Lorci błysnął cień zawodu, niechętnie spojrzeli na Andzię. Ale stary obruszył się gniewnie.

- At, będzie tu jeszcze pannuńcia wydziwiać!... Dzik?... Ot tobie masz! Nie znam ja, co dzik, a co... tfu! nie trza wymawiać, bo i tak my dziś o nim za dużo gadali, jeszcze wróci, a bo co...

- A jednak to na pewno dzik - upierała się Handzia.

- Mało widno bojarzynce było strachu, kiedy tak gada. A jak dzik, to co?... On się czasem niesamowity i w dzika zamienić potrafi, o waa! albo i w inną jaką bestię, ale kto on, to ja go poznam. Boże chorony!

- Cóż, pójdziemy na łosie?... Teraz właśnie wyjdą na żer, bo już słońce zachodzi - mówiła Andzia.

Grześko zaprzeczył.

- Jak panienki i panicz chcą, to jutro świtaniem pojedziem. Teraz już późno. Nim zajdziem na bagna, to i noc nastanie. Trza iść na dróżkę_pokrestkę, już tam musi nadjechał "szaraban" z Wilczar. Do domu czas...

Grzegorz po zajściu na mostku stracił zupełnie humor.

Poszli żwawo.

Czekały już na nich konie z leśniczówki.

Siedli i pojechali.

Szaro już było zupełnie, gdy mijając nasyp kolejowy, ujrzeli sągi drzewa i wielką brzozę rosochatą o płaczących gałęziach.

Andzia zawołała.

- Pamiętasz Jasiu, jak przed dwoma laty leżałam tu pod pociągiem, a ty, ukryty za tą brzozą, bałeś się o mnie okropnie? Taki byłeś blady i wystraszony. Mnie się zdaje, że to sen. Pamiętam dobrze ten strach, huk, łomot... Jasiu, co tak myślisz?

- Wiesz, Andziu, że ja już pewno w życiu nigdy takiej strasznej chwili, jak wtedy, nie będę miał. Cóż się ze mną działo, kiedyś ty leżała pod wagonami! Dusza mi zamarła zupełnie. Zdawało mi się, że umieram. Już teraz nie lubię tego miejsca, przeraża mnie ta brzoza płacząca nad grobem, i pomyśleć, że jednak to mógł być twój grób, Handziu.

Spojrzał na nią ze zgrozą w oczach i dokończył szeptem:

- Ale wówczas byłby już i... moim.

- Głupstwa pleciesz, Jaśku - zawołała oburzona.

Po chwili westchnęła.

- Ach, tak bym pojechała w świat po tych szynach, tak mnnie świat zaciekawia, dalekie kraje, morza, góry. Czemu nie jestem ptakiem? Fruwałabym swobodnie, szeroko, pod chmury, w błękit, żeby mi było jasno i przestrzennie. Ale do Wilczar wracałabym zawsze na odpoczynek, do naszych borów. A ty, Jasiu?

- Może i ja bym chciał, ale ja mam tylko chęci, ty zaś masz skrzydła... Moje lotki podcięte.

- Jak to, Jasiu?

- Jesteś bogata, więc wszystko możesz. Jesteś bardzo bogatą dziedziczką. Przecież prócz Toporzysk i Drakowa, twoje są także Wilczary. Świat stoi otworem, a gdy się zmęczysz, wrócisz, jak sama mówisz, do swych borów.

Tarłówna zamyśliła się i sposępniała. Po chwili rzekła cicho:

- A jednak i moje lotki nie na wiele się przydają. Pragnęłam jechać, kształcić się, do Krakowa, chodzić na kursy przyrodnicze, tak mnie to nęci, porywa... I cóż się stało?... Musiałam zostać.

- Bo jesteś safanduła - zawołała Lora. - Ja bym tam sobie nie dała po nosie grać nikomu, szczególnie gdybym była bogata. Ho! ho! ja i bez pieniędzy zrobię w życiu, co zechcę, nikt mi w niczym nie przeszkodzi.

- Gdybyś była, Lorko, na moim miejscu, inaczej byś mówiła.

- Ani trochę! Nikt nie uwierzy, żeby twoja matka zażądała od ojczyma takiej nad tobą kurateli, a już jego osobiste elegie nie wzruszyłyby mnie. On swoje przeżył, tobie się teraz należy zakosztować świata. Ja już zaczynam tęsknić za czymś innym, niż nudny nasz Smoczew, wasze Turzerogi, Wilczary i wszystko, co tu jest. Jak mnie tylko bardzo uniesie, to nic i nikt mnie nie zatrzyma. Fiu!... polecę!...

- Z pieca na łeb! - mruknął Jaś.

- Zobaczysz! Andzia powodowała się sercem, wzruszyły ją żałosne pienia pana Kościeszy i dlatego osiadła na mieliźnie. Ja jestem inna!

- Musiałam ulec ojczymkowi, czułam, że kocha mnie i smutno byłoby mu beze mnie. W nagrodę za ustępstwo pojechaliśmy do majątków po tatusiu. Cudnie tam jest, takie wielkie bory cieniste, jak puszcze, w nich przedziwne krzewy kolczaste, żółto kwitnące, azalie się nazywają; duże, pojedyncze i po kilka na gałęzi, kielichy pomarańczowe, lepkie u nasady i z białym piórkiem w środku. Wszystkie lasy podszyte są gęsto azalią, zapach silny, piękny, aż odurzający. Szkoda, że tu u nas ich nie ma. A skały nad rzeką Słuczą? Potężne, jak domy, mchem porosłe, wdzierałam się na nie z pomocą pana Hadziewicza, administratora.

- Czy pamiętasz, Andziu, jak pływaliśmy łodzią po Słuczy, łapali ryby z rybakami i jeździli na tratwach z drzewem - zawołał Jaś.

- Albo, jak byliśmy na chłopskim weselu i pan Hadziewicz uratował nas od chłopa, pijaka, który chciał z nami tańczyć - rzekła Lora.

- A potem z mołodyciami tańczyliśmy trepaka i "oj czoboty... czoboty!"...

- Ojczymek się wterdy strasznie gniewał, ale państwo Hadziewiczowie wstawiali się za nami. Z całej duszy lubię i szanuję Hadziewiczów. Oni jeszcze moją mamę znali, gdy była Tarłową.

- Tylko twój ojczym nie bardzo ich uznaje.

- Owszem, uznaje, ale nie wiem dlaczego ... nie lubi.

- Wspólny brak adoracji - dodała Lora.

Wtem zaszemrał głos Grześka.

- Znam ja pana Hadziewicza, czyste złoto, nikt tak dobra sierocego nie pilnuje, a nie strzeże, jak on. Za swoim tak by nie baczył, jak za dziedzictwem bojarzynki. A że pana Kościeszy nie lubi... mała bieda, a czy jego kto lubi?... Nikt, taj hodi! Pohana taka dola...

Andzia smutnie zwiesiła głowę.



IV

Szatry[4]

Rozpoczynał się pierwszy brzask, gdy stary Grześko prowadził swą młodą kompanię przez gęsty bór, na żerowisko łosi.

Prowadził nowymi zaułkami, jakby korytarzami leśnymi, gdzie trzeba się schylać nisko pod rzęsistą zwałą mokrych od rosy gałęzi i brnąc prawie po kolana w futrze gęstych traw zwalonych na się lub nakudłanych.

Tu i ówdzie przecinał im drogę strumyczek leśny, czarny, prześwitujący rudą, otoczony dokoła tłustą mazią lepkiej ziemi.

Bór szumiał, witał świt na niebie, ledwo tu dostrzegalny spoza tęgich koron sosen, jodeł i dębów. Las był zwarty i podszyty obficie, w tej zaś minucie tak gwarny i hałaśliwy, że zdawał się być miastem natury. Krzyczały zbudzone ptaki, wielka harmonia różnych tonów, gwizdań, hukań, świstów, kipiała namiętnością, czyniąc wrzawę jedyną w swym rodzaju i piękną.

Słychać było głosy czworonogów; przecinał powietrze nagły ryk jelenia, jakby poziewanie po nocnym śnie, czasem odezwało się charakterystyczne rechotanie dzików, macior i kwik warchlaków przebiegających w pobliżu, raz beknął zając, zwykle mało objawiający się głosem, lecz widocznie o świcie najswobodniejszy.

Aż oto krótkie szczeknięcie, dziwne jakieś i niezwykłe. Młodzi spojrzeli na Grześka z pytaniem w oczach. On położył palec na ustach i szepnął tajemniczo:

- To lis. - Po czym zaczyna im objaśniać.

- To jest szczeknięcie starego samca, który polowanie swe ranne odbywa. Młode lisy, liszka teraz wyprowadza z jam do zbóż, uczy łowów i jak jamy kopać trzeba. Ej! żeby my tak wzięli z sobą jamniki, to by lisiąt nabrał, ile chce. Ale teraz już, jako że koniec czerwca, to i na młode wilki czas, już odessane, warto by wybierać z gniazda i brać na łańcuch do stajni w Wilczarach, a na to, żeby konie myśliwskie z wilkiem oswajać. Żeby to pokazać panienkom borsuka, żbika, kunę, albo, ot co - rarytnego wielce rysia, ale on, jucha rzadko się trafia i, Boże chorony! czasem niebezpieczny, z drzewa ci szuśnie na kark człowiekowi albo bydlęciu. Lepiej by zobaczyć moręgowate warchlęta albo cielątko cętkowane od łani, bo to jest przymilne, albo wydrę koło jeziora "Temnyj Hrad". Tam stanowisko poobsiewał ja popiołem, a i łapek drucianych z rybką ponastawiał, to tyż dobrze, samotrzaskiem się zamykają i młoda wydra, biedneńka, jest!

- Pójdziemy tam z wami, Grześku, dobrze? - zaszczebiotała Handzia.

- Oj! Kiedyż to daleko i do jeziora droga kiepska, błoto bo Temnyj Hrad to było stare zamczysko, rozwaliło się, taj około gruzem obrosło. A jezioro też straszne, czarne, zimne, naokoło bagniste. Ej, tam to strach prowadzić takie delikatne panienki.

- My jesteśmy mężczyźni Grześku, my pójdziemy - woła Jaś, lecz stary kładzie mu dłoń na ustach.

- Cicho! Stać ani drgnąć, idzie łoś.

Przystanęli, skupieni ciasno, jak wmurowani w ziemię, zasłaniały ich olbrzymie pnie jodeł rudozłotych, gubiąc w sobie ciemne ich postacie. Łoś szedł istotnie jeszcze niewidzialny, poprzedzał go chrupot gałęzi oraz ciężkie, miarowe stąpania wielkich racic, przy tym stęk głuchy. Słychać było wyraźny świst powietrza wciąganego przez chrapy szerokie.

Wreszcie ukazał się oczom patrzących zwierz ogromny, brunatnosiwy, nieproporcjonalnie wysoki na przodzie, z garbem na karku, zaś na tyle opadnięty, niby spiłowany, z krótkim omykowym ogonkiem.

Nogi wysokie stawiał zginając je nieco w kolanach, głowę brzydką, nadmiernie wydłużoną, także z garbem nad czołem i obwisłymi ochłapami chrapów pochylał nisko, ciężarną wielkimi rogami, które jak misy szerokie rozgałęziały się w grubsze i cieńsze konary. Oczki stosunkowo małe, siwe, apatyczne były, za mgłą, pełne flegmy i sybarytycznego lenistwa; postępując wolno, kiwał obwisłą głową z apatią limfatyka, idącego do pełnego stołu.

- To stary szuflak - szepnął Grześko - główny prowodyr stada na rykowiskach, ale teraz on chodzi sam, ile że klępy z cielętami trzymają się osobno w gąszczach zwartych. Czuj duch teraz, bo się spłoszy, bo idzie taki pewny, jak sam bojar. O waa! żeby teraz fuzją wziąć na cyngiel, da na komorę...

Tym razem Andzia zakryła usta ręką staremu. Łoś mijał ich właśnie, przypominając ciężkimi ruchami cielska niezgrabnego chłopa, który wraca od pracy znojnej.

Stanął na jeden moment może instynktem tknięty, podniósł chrapy i zawachlował nimi podejrzliwie. Widzowie zatrzymali oddech w piersiach, ani drgnęli. Szuflak uspokojony, powędrował dalej i zaraz spadzisty zad jego zniknął w gąszczu.

- Duża sztuka! Da już na mięso niezdatna, same to już łyko, abo skóra juchtowa. Tera idźmy za nim w trop, taj dojdziemy na brzeg moczarów, gdzie są stogi, tam ich będzie więcej - mówił Grześko.

Szepcąc i stąpając bez hałasu, doszli na skraj boru i stanęli zdumieni.

Tarłówna wydała cicho okrzyk zachwytu. Przed nimi leżał rozległy szmat moczarów, właściwie jakby nawodnionej łąki, bo wszędzie małe jeziorka połyskiwały, stawki przetykane gęsto bujnymi kępami twardych trzcin, traw, gdzieniegdzie krzakiem rokiciny lub wierzby karłowatej. Cała przestrzeń otwarta i widna, poznaczona była dużymi stogami siana, umieszczonymi na wbitych w mokradło, wysokich na parę stóp słupkach i pomostkach.

Wielkie te kopice, stożkowatego kształtu, jedne większe, drugie mniejsze, widocznie już nadjedzone, otaczało kilka sztuk łosi. Zwierzęta, tonąc po pęciny w wodzie, łapały wargami za siano, wyciągając spore wiechcie, jedząc, mamlały głośno, patrząc bezmyślnie przed siebie. Inne dopiero nadchodziły: ciężkie, chciwe żeru a szkaradne niezgrabną budową, tylko rogami jak mosiężnymi tarczami imponujące.

Chlupotanie i skrzypot siana rozlegał się w ciszy świtu, z boru zaś grzmiała orkiestra ptasia, już zupełnie rozbudzona. Powietrze jeszcze mętnoliliowe, lekko różem zabarwione; liliowe gazy zdawały się zwisać nad moczarem, przepajając go sobą, że wyglądał cały niby liliowością przesiąknięty.

Kępy traw ciemniejsze, miały w sobie skupioną barwę fioletu, zbiornikami koloru rozpłyniętego dokoła były stogi siana i wał lasu, zamykający horyzont. Zwierzęta skoncentrowały w swych ciałach najmocniejszy odcień fioletu i jakby ciemnej zieleni, prawie czarnej. Widok stał się niezwykły, piękny w kolorycie, rozlewny jakiś, a przez swą pastelową liliowość mistyczny. Wszystko w fiolecie zanurzone, fioletem pochłonięte, fioletem tchnące.

Nagle zerwały się dzikie kaczki; z jednej z kęp jak rakieta trysnęły w górę ciężkimi kulami ciał; i one zachowały barwę królującą tu władczo. Uniosły wysoko gęgający klucz, przecięły fiolet powietrzny i zapadły na mokradle pod lasem.

Andzia stała oczarowana, pożerając oczami śliczny obraz natury. Nastrojowość świtu na wszystkich zrobiła wrażenie. Przebudził ich cichy głos Grześka:

- Niech pannuńcia patrzy, ot tam, za tym skrzywionym stogiem, hen, hen, pod lasem czaple stoją, nie wiedzieć czego tu zalazły, ryby tu większej nie ma, tylko piskorze błotne da kiełbie. Ale ot słonko tam już wyjrzało przez jakąś szparę w lesie i prosto na ptaki padło. Dlatego to one mają pióra na piersiach złote, czuby czerwone jak krew, a dzioby niebieskie czy tam jakieś. Ot cudo! Te moczary nazywają się "Krasna duszohuba", ile, że tu kiedyś przepastne błota były i pewno niejeden, co tu wlazł, duszę i ciało zaprzepaścił. Boże chrony! A krasna to dlatego, że tu tak pięknie jest, czy o zachodzie słońca czy o wschodzie, jednaka tu krasa, i na wiosnę, i na jesieni. Zimą, Bożeż zmiłuj się, jeszcze dziwniej, woda tu nie marznie, ino tak błyszczy, jak lustro czarne, czasem szafirowe, albo takie ot, jak teraz liliowusieńkie, a dopiero na tym śniegiem zawalone kępy da stogi, da biały naokół bór. Oj, już wtedy tylko patrzeć.

- Czyż te stogi zeszłoroczne? - spytał Jaś.

- Gdzieżby, paniczku, oho! Do tej pory by nie dotrzymały, toż to już lipiec prawie, nowe to sianko zebrane, a potem potrawy przyjdą. Tu łąki bohate i po trzy razy się kosi, a jakie siano? Tłuste, grube da miękkie...

- Patrzcie! Patrzcie! Co się to z moczarem robi - zawołała Andzia.

Szerokie aaa! wybiegło ze wszystkich ust, Grześko rzekł z uśmiechem na rozjaśnionej twarzy:

- Ot co? Woda się krasą oblewa przed swym kochankiem słońcem, jak dziewczyna do lubego. Wiadomo, woda bałamutka.

- Nic cudowniejszego nie widziałam w życiu! - unosi się Tarłówna.

Istotnie metamorfoza moczaru mogła czarować. Słońce purpurą swą wychyliło się zza boru i w tej samej chwili zwiało fiolet z wód i kęp, maczając je w różu tak świetnym, że cała przestrzeń stanęła od razu jak w rumieńcu. Liliowe szaty, jakkolwiek prześliczne, zdarte, bo oto weselne, gotowe stroje przybrały na się moczary i zatonęły z rozkoszą w tej królewskiej, prześwietnej purpurze. Bogate woale karmazynu omotały stogi, puszyły się na kępach, wnikały w głąb wody, wypędzając z najciemniejszych zakątków pozostałe fiolety. I teraz już róż złocił się coraz więcej, ozdabiał klejnotami, że perły mleczne i brylanty osiadły gęsto na źdźbłach trawiastych kęp, złote kolce kłuły wodę i wskroś moczaru płynął złotopurpurowy pył.

Łosie stały się koloru starego złota, jak posągi odlane z gruba, wykute ciężkim młotem. Już najedzone, zawracały leniwie, lecz rześkość poranka, widok słońca podziałał na nie; jeden, widocznie młodszy, bryknął figlarnie, komiczny w ruchu niezdarnego łobuza. Spuścił głowę, rogami majtnął po wodzie, aż nabrał na rosochy kłakcie wyrwanej trawy, potem fiknął tylnymi nogami i rzucając ogromnym łbem to tu, to tam, pokłusował ostro wprost na czaple. Drugi stary rogacz zadarł chrapy w górę i zaryczał donośnie, gardłowo, niby hymn pokorny do Stwórcy za słońce i dobre śniadanie.

Lecz te delikatne odgłosy potwornych zwierząt nie zostały podjęte przez innych tubylców moczaru. Pierwsze czaple wzbiły się w górę, umykając przed rozbrykanym młodzieńcem łosiego rodu; rozkrzyczały się kuliki wodne i czajki, gdzieś z oddali zakruczały niewidzialne żurawie i bąk huknął jak spod ziemi. Lecz szczególnie dziwny popłoch powstał wśród kaczek; kaczory darły się jak opętane, nie bez powodu, bo nagle z przeciwległego krańca mokradła buchnął strzał w tę wrzawę.

Cichy, liliowy spokój świtu zmącony został tragicznie. Dzień powstający rozpoczynał już walkę.

Huk strzału zelektryzował Grześka, rzucił się on naprzód jakby sam był raniony i rozglądając się bacznie, węsząc dym, mówił, raczej mamrotał gniewnie.

- Aaaa! Ot co! Trochę ja się dziwił, czego kaczory tak hałaszą, da z oczeretów fyrkają w górę, a to ot, Boże chorony, ktoś się na nich zasadził, wystrzelać biednieńkie chce. Pewnie ten pohany mużyk ze smolarni, co rusznicę ma, da szkody po boru czyni, albo może telegrafista z Wilczar. Ja mu dam kaczory! Pobaczysz ich, wołokito. Trostia na tebe złodijako...

Stary ze złością zaczynał wpadać w dobitne wyrażenia miejscowego narzecza.

Poprosił młode towarzystwo, aby na niego zaczekało, sam zaś podążył krokiem szybkim wprawnego łowcy, idąc brzegiem lasu i tym sposobem okrążając moczary.

Andzia usiadła na zwalonym pniu sosny, obok niej Jaś, tylko Lorcia niezmiernie zaciekawiona, kto strzelał, kręciła się jak fryga.

- Jestem wściekle głodna - rzekła Handzia.

- Głodnaś? A to ja mam coś w sakwie - zawołał Jaś z dumą i jął otwierać torbę myśliwską z sarniej skóry.

- Patrzcie, już ani jednego łosia nie ma na polanie. No, ale widoki mieliśmy nadzwyczajne, muszę tu przyjść jeszcze raz.

- Tymczasem, Handziu, zjedz, co nam los nadarzył, bo na obiad do Wilczar powrócimy późno, zgłodniejesz.

Podał jej na papierze szynkę i chleb.

- Jak to zjesz, dam smakołyk, tylko nie grymaś, zjedz wszystko.

- Wilka bym zjadła, gdyby nie było nic innego. Lorka, chodź na śniadanie.

- Daj jej spokój, ona się już za kawalerem ogląda, bo przeczuwa, że to nie mużyk strzelał.

- A jeśli telegrafista, to co?

- No dla niej dosyć, ona nie jest wybredna. Mówię ci, Andziu, ona nie ma smaku, aby chłopiec - reszta furda!

- Nie obgaduj siostry.

- Oho widzisz! Widzisz! Jak pędzi Lora? Ani chybi, tylko pewno Grześko prowadzi kłusownika telegrafistę.

Smoczyńska istotnie nadbiegła, wołając głośno:

- Idzie z Grzesiem jakiś piękny młodzieniec z psem i ze strzelbą, Grześko wcale się na niego nie gniewa, strzelby mu nawet nie odebrał, ot już idą tam, na lewo.

- Lorka, skocz do wody, to ochłoniesz, boś się już zapaliła.

- To chyba naprawdę nie telegrafista - rzekła Andzia, przypatrując się uważnie.

Jaś był tego samego zdania.

Grześko zbliżał się w towarzystwie młodego pana w sportowym ubraniu, lecz w postołach z łyka, jakie noszą chłopi. Wysoko łykiem omotane nogi, jak zresztą i całe prawie ubranie myśliwego, zamazane były błotem i schlapane wodą. Z tej zabłoconej, a jednak eleganckiej figury, zbrojnej w piękną strzelbę na ramieniu, wykwitała głowa młoda, energiczna, przystojnego szatyna, przykryta kapeluszem z piórkiem.

Szedł raźno uśmiechnięty i rozmawiał swobodnie z Grześkiem, który z uszanowaniem odnosił się do niego. Obok biegł śliczny wyżeł czystej rasy. Zbliżyli się. Andzia podniosła się z pnia, Jaś stał trochę zdziwiony. Grześko przemówił pierwszy:

- Ot pannuńciu sztuka! Ja myślał, że to jaki pohany mużyk, albo telegrafist, a to, Boże chorony, sam jasny pan z Prokopyszcz. Ot mnie i bida.

- Dowiedziałem się już od Grzegorza o szczęśliwym spotkaniu z właścicielką tego lasu i podążyłem powitać ją - odezwał się pełnym barytonem niespodziewany przybysz. - Jestem Andrzej Olelkowicz z Prokopyszcz, z upoważnienia pana Kościeszy poluję tu na podloty - dodał z figlarnym uśmiechem, przypatrując się krótkim sukienkom panienek. - Ponieważ to nie jest rewir Grześka, więc mnie tu spotyka pierwszy raz i chciał zaaresztować.

- Gdzież tam, Boże chorony! Jaż od razu poznał, że to kniaź.

Młodzież przywitała się uprzejmie.

Olelkowicz rzekł do Andzi:

- Bywałem w Turzerogach dosyć często, jeszcze za życia dziada pani, marszałka Hołowczyńskiego, z którym przyjaźnił się mój ojciec. Panią pamiętam doskonale, taką malutką, zaledwie trzyletnią dziecinę, ja zaś jako pierwszoklasista, nosiłem już mundur uczniowski.

- W takim razie moja mama była jeszcze wdową?

- Tak, potem gdy pani Tarłowa wyszła za pana Kościeszę, bywaliśmy już rzadziej... aż... zerwały się stosunki zupełnie.

Dopowiedział prawie szeptem, lecz Andzia usłyszała i zrozumiała.

Kościesza nie był lubiany w okolicy.

Tarłówna zaprosiła gości na śniadanie. Czeluście torby Jasia otworzyły się na nowo, ale młody pan zawołał:

- Ach! Wybornie! Urządzimy wspólną ucztę, bo i ja mam tu coś w swej myśliwskiej śpiżarni i, o ile nie zamokło...

Okazało się, że właśnie nie, zaczął tedy wyjmować na pień różne przysmaki, chleb, masło, półgęski, kurczęta z rożna, znalazła się butelka starego miodu i owoce w cukrze. Te ostatnie rozśmieszyły Andzię.

- Ależ z pana smakosz! Nie chciałoby mi się tyle tego nosić.

- Eee! proszę pani, co to znaczy? Dziś wybrałem się na kaczki tylko do południa, więc dlatego tak mało, jak idę na cały dzień, dźwigam więcej i... głodny wracam.

Roześmiali się. Bujna, młodzieńcza wesołość opanowała wszystkich, wypili miodu i zaczęli zajadać ze smakiem śniadanie, gawędząc na wyścigi. Grześkowi dostała się podwójna doza napiwku i wszystkiego w hojnych porcjach, aż stary bronił się od takiej szczodrości.

Olelkowicz spytał:

- Ja polowałem, ale co państwo robili na Krasnej Duszohubie?

- Obserwowaliśmy łosie.

- Brawo! Czyli od pierwszego brzasku siedzicie tu? Ja tak samo, trzebaż trafu żeśmy się nie widzieli. Ale co Duszohuba? Prawdziwie nazwana krasną. Cóż za bogate barwy fioletów, a potem róż.

- Zauważył pan to? Prawda?! - zawołała ciekawie Tarłówna z odcieniem radości w głosie.

Olelkowicz klasnął w dłonie i od razu prędkim ruchem podparł się rękami pod boki.

- Ależ pani mnie naprawdę ma za żarłoka tylko i myśliwego. Pomyłujte pannuńciu! Ja się gniewam. Siedzę wprawdzie po uszy w bagnie, ale oczy mam na wierzchu i duszę poetycką także. Zresztą widok tej Duszohuby o świcie i przy wschodzie słońca każdego poruszy.

Zaczęli sobie opowiadać różne wrażenia z wycieczek leśnych. Olelkowicz mówił dużo o swych trofeach myśliwskich i zapraszał młode towarzystwo do odwiedzenia własnych lasów, sąsiadujących z Wilczarskimi. Podczas rozmowy najwięcej śmiała się i trzepotała Lorcia Smoczyńska, rówieśnica Tarłówny, bardzo ładna. Zupełnie odrębny typ niż tamta. Andzia smukła, wysoka, ale raczej drobna w budowie z czarnymi, lśniącymi włosami i oczami tegoż koloru, mieniącymi się w złote refleksy, o fiołkowych połyskach białek; oczami czasem smutnymi, czasem pełnymi bujnego życia, które były zawsze lekko łzawe, błyszczące, głębokie jak toń jeziora. Rysy Handzi nie klasyczne, lecz regularne, miały w sobie wdzięk i charakter wyjątkowy; cera aksamitna, świeża z nikłym odbłyskiem smagławym, przypominającym jakiś wytworny i soczysty owoc, usta w miarę pełne, wykrojone, miały silną barwę, skupiając na sobie główny czar tej dziewczyny. Lecz może najbardziej charakterystyczne były brwi gęste, czarne zaczynające się nisko od nosa i w oryginalnym załomie wznoszone przy końcach w górę; długie, aż nadto obfite rzęsy zdawały się ciążyć powiekom, które jakby dlatego często opadały, tłumiąc lśnienie oczu i dziwnie zdrabniając twarz. Była to uroda nie tyle piękna, ile niezwykła i wymagająca znawcy.

Lorcia, przeciwnie, - od razu każdemu rzucała się w oczy; była wysoka, zgrabna, klasyczna, z włosami rudawymi o nadzwyczaj jasnych tonach i oczami koloru pysznego błękitu, twarz jednolicie biała, matowa bez cienia rumieńca, wypukłe krwawe usta i nos garbaty wykwintnego kształtu. Zawsze roześmiana, wrzaskliwa, przypominała nakręconego i huczącego bąka lub ptaka wiercącego się jak na sprężynie. Nie potrafiła usiedzieć ani jednej chwili spokojnie, tym właśnie zwróciła na siebie uwagę Olelkowicza. Badał ją jakiś czas, wreszcie rzekł śmiało:

- Ale z panią to bym nie poszedł na polowanie, całą zwierzynę z lasu mogłaby pani wystraszyć. Dziwię się, że łosie spokojnie spożywały siano, skoro pani była w pobliżu.

- Ale ja myślę, że panu przy mnie zwierzyna nie byłaby w głowie - rzekła rezolutnie.

- Oo! NIe wiadomo, dla mnie polowanie to grunt. Mógłbym panią związać ostatecznie.

- Uprzejmy kawaler, a gdybym krzyczała?

- A knebelek od czego?

- Chyba całus! - palnęła Lora.

Andzia poczerwieniała, Jaś wzruszył ramionami, Olelkowicz zaś tak się zdziwił, że nie zdołał odpowiedzieć ani słowa. Tylko oczy błysnęły mu łobuzersko w stronę Lorci. Dziewczyna parsknęła śmiechem swobodnym i rzekła:

- Zdaje się, że pan nie byłby od tego, tylko tak udaje skromnisia.

- Andziu, czegoś taka czerwona?

- Jasiu, co się na mnie tak gapisz? Ha, ha, ha!

Tarłówna nic już nie mówiąc, wysunęła się naprzód, za nią podążył Smoczyński. Lorka z Olelkowiczem zostali poza nimi. Śmiechy i żarty młodej pary rozlegały się echem po lesie.

Do Andzi i Smoczyńskiego przysunął się Grześko. Starą głowę na korpusie wojskowego wtulił w ramiona i szepnął do Jasia cichutko:

- Paniczek - Boże chorony, musi swojej siostrzyczki dobrze pilnować, bo ta pannuńcia to za ochotna dla chłopców.

Młodzieniec nic nie odrzekł, udał że nie dosłyszał. Zmiarkował to stary i zagadał inaczej:

- Ot, już widzieli państwo Krasną Duszohubę, da Czartowyj mostek, ale jeszcze nie widzieli Temnego Hradu. Tam to dziwy, da dziwy! Ho! to jest daleko, blisko granicy lasów prokopyszczskich, pojedziemy i tam, bojarzynko, prawda?

- Co to za dym na prawo? - spytała Handzia.

Stary skoczył naprzód i jak ogar węszył, śledził, wreszcie rzekł:

- To Cygany. Wid'my zaraz rozłożą się po boru, da po wsiach jak te pluskwy, niczym nie wykurzysz, zaraz i złodziejstwa się zaczną. Palą chrustem i widać bogate szatry, bo smakowite zapachy " niucha się". Oo! czuć słoninę, da jakieś delikatniejsze przyprawy.

- Chodźmy tam! - zawołała Handzia.

Jaś przywołał Lorcię i Olelkowicza, oni również wyrazili chęć odwiedzenia obozu. Poszli wszyscy razem.

- Andzię Cyganie wezmą za swoją rodaczkę - rzekła Lora. - Jeszcze się do nas przyczepią, że ukradliśmy cię.

- Ej, niepodobna bojarzynka na Cyganichę. Boże chorony! Tylko co oczki kare, ale to także wid'my mają inne. Chyba już korolewna cygańska...

- Pasjami lubię taką właśnie cygańską urodę - rzekł Olelkowicz z zapałem, patrząc na Tarłównę - lecz od razu spostrzegł się i zmieszał niesłychanie. Łuna czerwona opłynęła mu wyraziste rysy i czoło młodzieńcze.

Lora zła na niego za ten zachwyt i ciągłe spoglądanie na Andzię wypaliła bez namysłu:

- Także szczególny gust! Gdyby pan był albinosem nie dziwiłabym się, ale tak!?

- Więc jako szatyn mam lubić albinoski, według pani teorii... Ślicznie dziękuję!

- Nie, białowłose dla brunetów, dla szatynów istnieje kolor pośredni, złoto, rudy, ognisty...

- Odważna panna! - pomyślał Andrzej, patrząc na warkocze Lory.

Oto i szatry. Cały obóz. Na małej łysince wśród gęstych zarośli leśnych szarzało kilkanaście dużych namiotów płóciennych z czarnymi czeluściami otworów wejściowych. W głębi, za szatrami stały wozy ładowne, pomiędzy drzewami, w zaroślach widać było konie tęgie i trochę dzikie, popętane, z rozwianymi grzywami i ogonami do ziemi.

Na środku obozowiska palił się duży stos ognia, nad nim wisiał kocioł czarny na żelaznych umocowany drążkach. Obok stało kilka Cyganek; jedna wielką warząchwią mieszała w kotle, dwie skubały kury, jedna na kawałku deski słoninę krajała w długie paski. Drób porżnięty i pierze leżało obok skubiącej Cyganki. Mnóstwo czarnych kobiet, półnagich Cyganiąt, o głowach kudłatych, jak ogromne rzeszota kręciło się wokoło ognia. Przy wejściach do szatr siedziały i stały grupy Cyganów w rozmaitych strojach, czasem w malowniczych lub w łachmanach. Obraz okraszony słońcem, na tle ciemnego boru, na jasnozielonej murawie wyglądał przepysznie.

Gdy wycieczkowicze zbliżyli się, zaatakowały ich najpierw psy, czarne, zwinne i niesłychanie złe, szczerzące białe kły; z gardzieli ich wychodziło chrypliwe szczekanie i wark krótki, lecz wściekły.

- Zabrać psy! - huknął Grześko na cały bór, trzymając za obrożę wyżła Olelkowicza. Widocznie głos jego groźny i pewny siebie zrobił wrażenie, bo oto z bandy wypadło kilku wyrostków, ciemnych, jak z miedzi wykutych, z wielkim pośpiechem uciszali brytany. Cyganki, przysłoniwszy oczy rękami, jęły patrzeć badawczo w stronę przybywających; z gromadki siedzącej przy najbliższym namiocie powstał wysoki Cygan, z czarną brodą, przeciągnął się, podniósł w górę rozluźnione paski spodni i także patrzył pilnie, lecz z flegmą na obce osoby wkraczające do obozu.

Grześko niespodziewanie przemówił do niego po cygańsku, co kudłacza wprawiło na razie w zdumienie, ale po chwili zmarszczył się groźnie i już podejrzliwie patrzył na gości. Stary leśnik łatwo mu się wylegitymował, wmieszał się do rozmowy i Olelkowicz, po czym nastąpiła najlepsza zgoda. Cyganie od razu weszli we właściwą rolę: dzieci otoczyły przybyszów, żebrząc o jałmużnę, Cyganki oglądały ciekawie panienki, także prosząc i mamląc niezrozumiałe wyrazy.

Stara Cyganicha, Onuta, którą Grześko poznał od razu jako dawną znajomą, przyniosła stołki, prosząc gości, żeby usiedli i ogrzali się przy ogniu, bo ranek chłodny. Cyganów przybywało, z każdej szatry ukazywała się jakaś nowa postać. Obóz był duży i bogaty. Podeszło parę dziewczyn w chustach kolorowych, pasiastych, zawieszonych jak chlamidy. Twarze czerstwe, hoże, gorącą swą cerą i oczami przepastnie czarnymi przykuwały do siebie wzrok Olelkowicza. Młody pan był jak w ukropie, Cyganki nęciły go nieprzeparcie, ale wstydził się trochę Andzi, bał się żartów Lory, lecz i ona również zajęła się pięknym Cyganem bardzo gorliwie. Śmiała zawsze i wyzywająca, używała sielanki z zupełną swobodą.

Uwagę Tarłówny zwróciła jedna szatra ozdobniejsza niż inne, pokryta płótnem w kolorowe pasy. W głębi jej, blisko wejścia, na wysokim posłaniu, z oparciem z barwnych kilimów, wpół leżała kobieta młoda i nadzwyczaj piękna. Spowita była we wzorzystą tkaninę, miękko otulającą wspaniałe jej kształty, włosy w dwóch grubych warkoczach splecionych przy skroni przeplatały złote cekiny i paciorki, wierzch głowy do połowy czoła nikł w zawoju gorąco żółtej materii jedwabnej, zakończonej złotymi, obfitymi frędzlami, które spadały na czoło i aż na duże łuki czarnych brwi. Oczy o hebanowych źrenicach patrzyły groźnie, z królewskim majestatem. Cała pierś mieniła się od świecideł, cekinów, złotych łańcuchów i różnych paciorków. Ramiona strojne w bransolety położyła pod głowę i z obojętnością, z dumą nawet, spoglądała na ognisko i zebranych przy nim obcych przybyszów.

- Kto to jest? - spytała Andzia Cyganki Onuty, najrozmowniejszej z bandy.

Stara zrobiła uroczystą minę, zaczęła mówić cicho, łamaną gwarą:

- To jest panuńku, nasza korolowa, Zoira. Ona sobie spoczywa, bo strudzona podróżą i ona jest po dziecku. Ja przyjmowała małą córyńkę królewską; już się za węgierską stroną umnożyła.

- To wy idziecie z Węgier?

- Z Węgier, pannuńku złocista, od Dunaju. Hej tam zielone doliny, a od Tatrów węgierskich idziemy. Lato się powłóczy człek, by znowu zimę pod Tatrami szukać. My liczną gromadą jedziemy, nasz król Donru się nazywa, chrobry jest, dbały o swoją bandę a srogi. Ot, on idzie z boru, patrzcie, patrzcie, panuńku.

Śpiewny, przewlekły głos Cyganki i jej słowa niezbyt zrozumiałe w wymowie, dziwne czyniły wrażenie na wyobraźni Tarłówny. Trochę ją ten obóz przestraszał, ale i podniecał, i nęcił. Spojrzała we wskazanym kierunku.

Szedł król obozu.

Wysoki, jak dąb rozrośnięty, potężny w barach i udach, Donru miał na sobie bogaty strój węgiersko-cygański. Spodnie obcisłe z żółtej skóry, wyszywane po góralsku czerwoną i granatową nicią, buty wysokie, z mosiężnymi klamrami na środkowych wycięciach, prawie na kolanach; koszula czerwona wyglądała spod bogatego serdaka na czarnych baranach, doszczętnie zaszytego złotem i blaszkami w kształcie dukatów. Włosy miał czarne, twarde jak z grzywy końskiej i tłuste, posplatane w drobne warkoczyki. Czapka ogromna, dziwaczna jakaś, naszyta złotymi sznurami, miała kitę ze złocistych trzęsień, łańcuch gruby wisiał mu na piersiach aż do pasa szerokiego, pełnego kieszonek, klamr, rzemyków i złotych guzów. Brody nie nosił, tylko olbrzymie wąsiska, rozczochrane, stanowiące rażącą sprzeczność z wymuskanymi warkoczykami włosów. W ręce niósł ogromny kij z łańcuszkiem, ostro okuty.

Olelkowicz szepnął do Andzi:

- Znam tego Cygana. Był razem ze swą bandą w moich lasach, ale wówczas mniejszym zdawał się władcą - dodał z uśmiechem.

Przemówił do króla, przypominając mu się. Donru grzecznie, ale z powagą podniósł lekko czapkę i bez ceremonii podał Olelkowiczowi wielką swą czerwoną dłoń. Młody pan stropił się, lecz ręki nie cofnął. Cygan zauważył wahanie, zaśmiał się szeroko.

- Kiedy znajomy, to znajomy, nie trza się wstydzić cagańskiej ręki. Inna ona, niż wasza, kneziu, ale ludzka, a ja tu król. Poszli chłopcy won! - krzyknął na małych lazaroni obozowych, którzy żebrząc, jednocześnie wyprawiali przeróżne skoki i figle.

Zaczął wołać na nich po cygańsku tak, jakby wyszczekiwał ostre twarde wyrazy.

- Trzeba to na powrozie trzymać, bo jak nie, to brykają - rzekł do Andrzeja tonem poufnego zwierzenia. - A co państwo robią tak rano w borze - spytał jeszcze.

Otrzymawszy odpowiedź, uśmiechnął się pobłażliwie.

- Tak to człowieka zawsze do boru a do pola ciągnie. Pałace nie wystarczą, trza powietrza, jaka by klatka nie była, a dlatego klatka dusi, nudzi, aż człeka na świat szeroki wygna. I ot nadybali państwo Cyganów i pewno się nastrachały panienki, bo to nas dla niewiadomej przyczyny ludzie boją się. Ale nie trza; złego nikomu nie robimy - zapewnił poważnie.

- U was ładny obóz, dużo koni dobrych, ładne dziewczęta, chwackie chłopcy - chwalił Olelkowicz.

- Ot to już w nagrodę za dobre słowo trza państwu zagrać. Hej muzykanty! - huknął donośnie.

Projekt został przyjęty ochoczo, dla wirtuozów bandy był rozkazem. Od razu kilku młodych Cyganów skoczyło do szatr i wnet przynieśli różne instrumenty, a więc: skrzypce, basetlę, bębenki zdobne w dzwonki i brzękadła, jakieś blachy jasne, którymi stukali jedne o drugie w takt melodii. Była i duda góralska i kobza, i jakieś flety dziwaczne, cała oryginalna orkiestra.

Muzykanci skupili się opodal i zgodnie na klaśnięcie Donru zaczęli grzmieć węgierskiego marsza Rakoczego. Grali dobrze a dziko, czarne kudły trzęsły się nad instrumentami, oczy pałały zapałem. Donru wsparł się pod boki i jął przytupywać stopą prawej nogi, czasem klasnął rękami i podrzucał głową z widocznym ukontentowaniem. Cyganki starsze, zgromione wzrokiem króla, zabrały się żywo do roboty przy kotle, tylko Onuta siadła w kucki obok Andzi i kiwając się to w lewo, to w prawo, mruczała coś niewyraźnie.

Olelkowicz nie wytrzymał, porozumiał się wzrokiem z Lorką i spytał króla:

- To już chyba potańcujemy?

- Można - odrzekł Donru z powagą i dał nowy rozkaz muzyce.

Zabrzmiała jakaś skoczna polka, czy czardasz, coś pośredniego, co jednak dało się ująć w takt.

Olelkowicz z Lorką puścił się w taniec na gładkiej murawie, za ich przykładem poszli Cyganie. Kilka par hucznie i ostro tupało, wiło się w słońcu. Pokrzykiwania i hołubce dodawały ochoty. Zachęcona Andzia poszła w tan z Jasiem, wnet wyrwał mu ją Olelkowicz, Lorka zaś ze zwykłą swoją odwagą wzięła do tańca Cygana Dżinga, który jej się od razu tak spodobał. Sprawiło to wyborny efekt, Donru rozpromienił się, nawet Zoria wyszła z szatry i stojąc opodal patrzyła na tańczących z łaskawym uśmiechem. Olelkowicz i Jaś nie tracili czasu, obtańcowywali młode Cyganki z takim zapałem, że i one wpadły w ekstazę; Andrzej głównie zyskał sobie uznanie, król tytułował go stale "kniaziem", wymawiając "kneź". Nagle Donru wziął go pod rękę, podprowadził do swej żony i wspaniałomyślnie pozwolił z nią zatańczyć.

Młodzieniec wykonał ukłon tak wykwintny, jakby naprawdę przed monarchinią na dworskim balu i ruszył w tan.

Zoria tańczyła z początku powściągliwie, jak przystało królowej, ale zapał Olelkowicza podziałał na nią. Oczy jej zagrały, wydała głośny trochę dziki okrzyk i już zaczęła taniec z pasją, z szałem, falowała figurą, drobiąc nogami i od czasu do czasu z lekka pokrzykując. Król jednak wkrótce przerwał jej zabawę i skinieniem ręki oznajmił, że dosyć.

Donru zaznajomił Zorię z panienkami, po czym oznajmił towarzystwu, że musi ich ugościć w swym obozie, że zatem poczekają tu na ucztę wspólną, a tymczasem niech się bawią, jak kto chce. Młodzież wpadła w doskonały humor, młode Cyganki popisywały się śpiewami, kładły panom karty, chłopcy pokazywali różne sztuki łamane i nawet magiczne.

W ogólnej harmonii tylko stary Grześko czuwał, nie ufając nawet królowi, bał się, żeby dobra komitywa nie skończyła się jakąś niespodzianką, okradzeniem na przykład. Ciągle ostrzegał paniczów i szeptał do Andzi.

- A pannuńcia myśli, że te kury, te kaczki, a słonina to własne, albo kupione? Ukradły juchy, taj już, tylko nie tu blisko, bo tam gdzie stoją, to nigdy nie kradną, mądre ścierwa! A taż królowa to tyż w kradzionych szatach paraduje, bojarzynka nie wierzy? Boże chorony! A cóż to oni chramy mają, albo grody jakowe? Ot szatry, da i szatry z kradzieży to wszarstwo żyje. Tfu! Nawet niepięknie, że się pannuńcie z nimi tak bratają; niech już tamta panienka, ona akurat do tego, ale bojarzynce nie dam z Cyganem tańcować, wara mu wołokicie.

Uczta była gotowa.

- A gdzie jest Makruna? - spytał Donru, rozglądając się po bandzie.

- Makruna, to sławna worożycha, najstarsza Cyganka w obozie - objaśniła Andzi Zoria.

Pobiegli po nią z rozkazu króla. Ukazała się wkrótce, przyprowadzona przez dwie młódki. Worożycha szła wolno, wielka i ciężka, trochę zgarbiona. Miała na sobie obfite zwoje kolorowych łachmanów, głowę omotaną w chusty, sznury korali i bursztynów na piersiach, pierścienie na palcach. Twarz stara, żółta, prawie czarna, pomarszczona okropnie niby kora wiekowej sosny. Oczy jak żużle iskrzące, straszne, czarne otchłanie, bezzębne zaciśnięte usta miały surowy wyraz. W twarzy jej była mądrość i groza tak wybitnie odmalowana, że uderzyła wszystkich.

- Okropna jest ta wróżka - szepnęła Tarłówna.

Makruna kiwnęła głową gościom i usiadła na podścielonej płachcie koło ognia.

Była zamyślona i smutna. Donru i Zoria usadowili młode towarzystwo na honorowych miejscach obok Makruny, stare i młode Cyganki usługiwały zręcznie, podając jedzenie na talerzach tylko dla gości: Cyganie wszyscy jedli z kotła lub mis po kilku z jednej. Kobiety czekały, aż zjedzą mężczyźni, tylko Zoria wyłączona z tej rutyny jadła z osobnej porcelanowej misy.

- Jak żyję, nie kosztowałem takiego bulionu - wychwalał Olelkowicz. - Przyślę wam tu mojego kucharza na naukę.

- Jasny pan niech tego nie robi, bo się jeszcze kucharz kraść nauczy od nich - mruknął Grześ.

Andzia zaniepokojona spojrzała groźnie na starego, ale Donru zaśmiał się, pokazał w uśmiechu, białe, wielkie zęby i rzekł z najzupełniejszą swobodą:

- Niech się pan "pobereźnik" (leśnik) nie stracha, my jemu zwierza nie strzelamy, pokąd tu stoimy, jak odjedziem dalej, to nasze prawo wtedy tutaj jechać za mięsem.

- A co! - nie mówił ja pannuńci? Już u nich taka moda.

- Ejże! - to ja może własne kury i indyki zjadam w tym bulionie? Hę - zawołał Andrzej.

- Co panuńku zjadasz, to twoje, aby smakowało - rzekła nagle Cyganka-worożycha.

Donru zmarszczył się, lecz nic nie odpowiedział, nie przestał jednakże być gościnny, bo wkrótce znalazł dzbanek wina węgierskiego i słoninę z papryką, typowo węgierski przysmak.

Donru często spoglądał na Tarłównę długo i uważnie, aż ją ta niema obserwacja zaczęła drażnić. Cygan sam się wytłumaczył:

- Panuńka podobna jest na naszą Cygankę, w nasze szaty przywdziać, z nami za hej węgierską granicę iść, to by i mało kto poznał, że nie nasza. Teraz to pańskie dziecko jest. Liczko by w boru poczerniało, bo za białe, oczki by inne zara były jak u dzikiej kozy górskiej, ot jak u Zorii. U nas to życie, orły na górach, my na dolinach, ale my z nimi bracia, oni i my swobodę miłujem.

Zamyślił się, potem rzekł jeszcze:

- Oho! Przed panuńką świat cały, po co szatra, choć może w szatrze i spokój byłby większy, wiatr halny w górach nie tak czasem dokuczy, jak te wiatry, co na świecie ludzi rwą, zatłukują.

- Źle czasem na świecie panienko, że i Cyganom lepiej.

- Skądże wy o tym wiecie, skoro jesteście zawsze daleko od świata? - spytała Handzia.

- Skąd wiem? Daleko od świata? Ej, ale nie na gwiezdach jasnych, a na szarej ziemi żyję, to i wiem dużo. Co na świecie bożym niedoli. Hej i nie zliczysz! U nas lepiej, każdy od maleńkości wie, że nic go dobrego nie spotka, a zginie zawsze, jak nie z bidy, to w bitce jakiejś; taki los Cygana. Dlatego u nas i wesoło panuńku, my Boże ptaki i za to my Bogu wdzięczne, skrzydła mamy, a lot szeroki. Chce się borów, to tam lecim, chce się gór, to do Tatrów, albo na Karpaty, a jak znudzą wirchy o hej! na doliny spadamy jak orły, do strumieni, ruczajów górskich. A też tu bory wilczarskie złe? A prokopyszczskie puszcze, a debry (wąwozy), a jary, stepy? Hej! Hej! I oko nie dopatrzy i dusza nie doleci do końca. To życie!

Andzia zasłuchała się; opowiadanie Cygana budziło w jej duszy tęsknotę za życiem nieznanym, za jego urokami. Wrażliwa jej natura chłonęła przedstawiane przez Cygana krajobrazy. Nie zauważyła, że stara worożycha Makruna patrzy na nią długo, pilnie i coś mruczy do siebie, obudził ją wrzaskliwy głos Lory.

- Anko, Jasiu, panie "kneziu" - przedrzeźniała króla - niech nam worożycha powróży. Zgoda?

- Ja naprzód tej panuńce będę wróżyła - zamamrotała stara skwapliwie - biorąc rękę Tarłówny dość obcesowo.

- Nie! nie! ja nie chcę! - krzyknęła Andzia z przestrachem, cofając rękę.

Olelkowicz uśmiechnął się.

- Pani się boi? Czego?

- Handziu daj jej rękę, wielkie rzeczy! I nam będzie wróżyła - zapewnił Jaś.

Tarłówna podała dłoń starej z lekkim drżeniem wewnętrznym. Wszyscy skupili się ciasno, ogień trzaskał, sypiąc iskrami. Zaległa cisza i dziwna powaga. Worożycha miała w obozie opinię wielkiej znawczyni swej sztuki, miano ją niemal za jasnowidzącą. Król i królowa zatrzymali oddech w piersiach, twarze były ciekawe, przejęte chwilą, trochę zalęknione. Worożycha nie zawsze chętnie dawała się uprosić do wróżby, więc jej uwaga skierowana tak wyraźnie na "ciemną panienkę", zainteresowała obecnych Cyganów.

Stara długo i dokładnie badała dłoń dziewczyny, kręciła głową, cmokała ustami; zaczęła mówić gardłowo łamanym językiem:

- Dziwy, dziwy, rączka mała a duża księga... Znaki... znaki... trudne są tu te znaki - a ważne. Mościa damulka śmiała jest w sobie, a strachliwa, zdaje się; śmiała, bo młoda, urodna, bogata, idzie w świat niby złoty dla niej, ale chmury suną czarne... od nich płynie strach... O... o... i nieszczęście o... o...

Andzia szarpnęła się, Cyganka ją przytrzymała.

- A ot tu linijki cienieńkie, ale one grube w znaczeniu; dwie dusze one ciągną za sobą w przepaść, dwie niedole przez nie, a trzecia własna, własna niedola o... i ciężka. Nad sokolicą bujną czarny kruk kracze, wywłóczy dolę z niej, pióra poszarpie... O... smutek... Sokolica już słaba, omdlewająca padnie na pierś sępa dzikiego, co się za orła przedstawi... o... ten resztę krwi puści... obedrze... o... o... prawie nagą ostawi... A tu!... Ach!... O!... O!... worożycha gwałtownie puściła rękę Andzi i palcami zacisnęła sobie oczy z taką boleścią i zgrozą, jakby zobaczyła zbrodnię.

Wszystkich ogarnął strach. Tarłówna siedziała, jakby we śnie pogrążona, nad nią stał blady, przerażony Jaś i Olelkowicz.

Cyganka, po długiej chwili ciężkiej zadumy, ocknęła się, wyjęła z zanadrza plik kart. Brudne były, ale niezwykłe. Zaczęła je rozkładać na kolanach, siedząc po turecku, tuż za Andzią. Karty sypały się jak barwne motyle, ona je tasowała, znowu rozsypywała, dała je Andzi pomieszać i wreszcie ułożyła odpowiednio. Palcem szarym jęła wodzić po nich, straszne źrenice wpiły się w barwną mozaikę, zaczęła mówić:

- I tu... i tu... tak samo, burza tam, gdzie zdaje się pogoda... chmury, chłód. Jeden łańcuch twardy na was troje. Łańcuch trzyma w dziobie krwawym kruk czarny. O... o... tu wy, mościa damulko, sokolica... O!... A tu młode dwa sokoły: jednego serce bujne zabite, drugiego ranne... ciężko krwawi, nie ścierpi niedoli, nie! Zatrata nad nim wisi... A ot tu sęp!... dziki on i nie dziki... Ważka osoba... trudna!... On jeszcze we świecie. Jeszcze chowa go świat i nad nim zagłada o!... o...

- Kto są te dwa sokoły? - spytał Jaś drżącym głosem.

Cyganka milczała.

Po długiej chwili dopiero, wolno podniosła wzrok ponury na Jasia i na Olelkowicza, spuściła potem znacząco na Andzię i rzekła dobitnie:

- Jeden łańcuch was skuwa i jedna dola...

Zaległa cisza. Płomień podsycony na nowo, huczał, syczał, wrzał. Zerwał się wiatr, gnając kłęby dymu wprost na grupę wróżby. Słońce zaszło za obłok, cień szary, niemiły zaległ jasną przedtem polanę. Dreszcz wstrząsnął Andzią, ale dreszcz ten od niej przeszedł na młodzieńców, tak, jakby istotnie wiązało ich jedno ogniwo, jeden prąd.

Cyganka gorączkowo składała karty, była jakaś zła i groźna i tajemnicza.

- Powróżcie i mnie, ale nie tak straszno, lepiej trochę...

- Mówią karty, ręka ludzka, nie ja sama. Dajcie ruczku.

Patrzyła uważnie na dłoń Lory i wykrzyknęła:

- Inna dola, inne życie! Mościa damulka wiatrem poleci, gdzie krew poniesie! Jak górski potok w piankę się stłucze i pogna het, het! Lekka pianka!... Kamienie wszystkie ominie i nijakiej zapory nie zna, gdzie trzeba przeskoczy, gdzie trzeba zniknie. Lekkie życie, łatwy będzie świat, bogato i cudnie, tylko... próżno... próżno. Jeno złości dużo, bo krew zahuczy, to i złota dorzuci, i tak po świecie ferdu... ferdu!... ot... taka... cygańska dola!...

- Głupia baba! - zawołała ostro Lorka, wyrywając dłoń.

- O!... ho, ho! Głupia!? Czasem i los głupi bywa, jak go człek za uzdę nie złapie i nie wstrzyma. Niech mościa damulka ściągnie uzdę, to i los mądry będzie. Ale to już trudno, krew wartka poniesie.

- Dosyć tych wróżb na Boga! Panie się podenerwowały - rzekł Andrzej, rzucając Cygance do chusty złotą monetę.

- Bo i wasze dole niewesołe - mruknęła wiedźma, zgarniając chciwie hojną zapłatę.

- A panom wróżyć nie będzie? - spytał Donru.

- To jedno, to jedno, jeden łańcuch.

- Trzy dusze, a jedną niedolą razem skute, trzy życia a jeden los - mruczała Makruna.

Jaś zmienił się na twarzy; targnął nim straszliwy lęk; blady był i jakby zamarły.

Olelkowicz nadrabiał miną.

Grześ, który wszystko słyszał i drętwiał z przerażenia, oprzytomniał nareszcie.

- Chodźmy stąd, do licha, jasne państwo. Boże chorony! Tfu! Tak to zawsze z widmami się zadaać. Zaraz coś paskudnego wylizie. Już południe, chodźmy.

Worożycha, podniesiona przez wnuczki, położyła rękę na ramieniu Andzi i rzekła z wielką powagą, z tragicznymi oczami...

- Nie blednij na liczku, mościa damulko, jak serce zblednie, to wtedy źle. Jeszcze ja ciebie zobaczę, nie w tej to krasie, co teraz, oj... nie w tej, nie w tej, ale jeszcze ja ciebie zobaczę...

Makruna stała oparta na kiju, cała na nim zwieszona, wielka w swych barwnych łachmanach, czarna, złowroga.

Oczu nie odwracała od Andzi, głowa zaś jej pochylona ciężko na piersi, kiwała się żałośliwie, jak stary, jęczący dzwon, co przeczuwa wiele i już na trwogę woła.

Towarzystwo z Grzesiem na czele wracało do Wilczar.

Olelkowicz szedł z Andzią i zabawiał ją wesoło, chcąc zagłuszyć przykre wrażenia wróżby, które nurtowały go uparcie. Ale wesołość jego była trochę sztuczna.

Jaś wlókł się za nimi, odczuwając dziwny ból w sercu, nieznany dotąd, niepokojący. Wylękłymi oczami śledził Andzię i drżał o nią, jakby groza wróżby już realnie nad nią zawisła.

Weszli w wąski przesmyk w gąszcz drzew i niskiego podszycia lasu. Brnęli w głuszy zielonej, zanurzeni w niej zupełnie. Andrzej rozsuwał przed Andzią gałęzie leszczyn, torując jej drogę. Szli przez przesmyk leśny w zarośniętej części. Nagle Andzia i młody pan drgnęli i cofnęli się instynktownie w tył. Z gęstwiny wynurzył się ktoś podobny do widma, cały szary, jakby w zmurszałych łachmanach, czynił wrażenie żyjącej zgnilizny. Zgarbiony, nędzny, z twarzą obrośniętą zwierzęco kudłami nieokreślonego koloru. Był jak małpa, z ruchów niby płaz czający się. Przystanął na sekundę tuż przed Tarłówną i Olelkowiczem. Ujrzeli jego wzrok świdrowaty, zwierzęcy. Przecinając im drogę w poprzek, posunął się dalej krokiem szakala i zginął w gęstwinach.

- Cóż za ponura postać - szepnął Andrzej. - Wygląda jak kupa mierzwy.

- Albo jak zły duch. Kto to jest? Straszny człowiek - odrzekła Tarówna.

Grześko przeżegnał się zabobonnie.

- Może to i nie człowiek, bojarzynko, może to Antychryst? Ale że w nim złe siedzi, to pewno... Boże chorony! To jest Chwedko. Ma kurną norę na granicy lasów wilczarskich i turzerogskich, żyje sam jak upiór w mogile i tak włóczy się jak upiór; musi niesamowity, bo często nieszczęście z sobą nosi.

- Jakie znowu nieszczęście?! Co Grześko prawi? Dość tych wróżb! - zawołał Olelkowicz rozdrażnionym tonem.

- Taj hodi paniczu! Stary Grześko kłamie. Chwedko to parszywa wołokita, jego ludzie boją się gorzej od biesa, da uciekają od niego, on tylko... u... pa...

Stary umilkł nagle.

- Coście chcieli powiedzieć, Grzesiu? Mówcie, jam ciekawa - prosiła Andzia.

- Boże chorony, Chwedko tylko u pana w Turzerogach ma łaski... ale to czortowski kum...



V

Zgliszcza

Pan Teodor Kościesza szedł wolno dróżką, wśród pól kłosistych wijących się kręto. Pogoda lśniła nad nim cudowna, ale złote uśmiechy słoneczne nie zgasiły ponurego wyrazu w jego ciężkiej twarzy, jakby wykutej z jednej bryły skalnej, tak była z gruba ciosana i martwa w swych topornych liniach. Złomy czoła i policzków wklęsały w głąb pod naporem oczu, jak nity płaskich i jak nity żelaznych w barwie i wyrazie. Włosy czarne sterczały na głowie twardo, na jeża; wąs krótki, przystrzyżony i takaż broda, okalająca sztywno kamienny profil. Dwie władze były cechą wybitnej tej twarzy; wzbudzała dreszcz strachu, lęku, jak przed jasnowidzącym i magnetyzując siłą dziwną, potrafiła panować, brać ofiary, które idą zniewolone, lecz z odrazą. Cała postać wielka, ociężała sunęła rytmicznie, ruchem nieco niedźwiedzim.

Ręce założone na plecach, trzymały w dłoniach laskę i były w ciągłym ruchu, palce przebierały kurczowo niby prądem elektrycznym poruszane. Szedł z głową pełną myśli o Andzi. Zabrał ją z Wilczar pomimo jej protestu, gdyż drażniły go wycieczki z Jasiem Smoczyńskim, wreszcie ostatnio z Olelkowiczem.

- Po co się już i ten przybłąkał?...

Ale przerwana sielanka wilczarska nie zmieniła sytuacji. Jaś bywa w dalszym ciągu, trudno mu tego zabronić. Sąsiad najbliższy i kuzyn, od dziecka zżyty z Andzią, stały towarzysz jej dzieciństwa, potem zaś wszystkich świąt i wakacji ulubiony kompan. Brat Lorci, ta zaś również jest codziennym gościem w Turzerogach, syn Malwiny Smoczyńskiej, z którą Kościesza liczył się trochę, gdyż była kuzynką i przyjaciółką jego żony oraz przez pamięć na zmarłego męża, bardzo szanowanego w okolicy. Wymówić dom jej dzieciom, niemożliwe...

Oni zaś oboje niepokoili pana Teodora coraz więcej. Lorka zbyt śmiała, sprytna i zalotna mogła na Andzię wywierać wpływ niepożądany. Jaś z dziecka wyrastał na młodzieńca i zanadto serdecznie garnął się do Andzi, za radośnie na nią spoglądał.

Teraz znowu Olelkowicz.

Kościesza żałował, że pozwolił młodemu paniczowi polować na Krasnej Duszohubie, nie przypuszczał wówczas takiego spotkania z pasierbicą. I oto Andrzej bywa bardzo często, zajmuje się wprawdzie głównie Lorką, lecz Kościesza ma bystry wzrok, jest przewidujący. Jak temu zaradzić?

Dziewczyna ma już osiemnaście lat, jest ładna, pociąga wdziękiem niezwykłym i wiele obiecuje.

Olelkowicz zna ją od małego dziecka gdyż sam był smarkaczem w mundurku uczniowskim. Teraz to co innego, teraz te odnowione wizyty mogą się stać niebezpieczne, przy tym...

Trzeba to przykrócić, tak być nie może. Trzeba!

Gdy podobne słowo odbije się w myśli Kościeszy, już decyduje. Prędzej czy później, zależnie od okoliczności, zaczyna ono działać powoli, systematycznie, zanim się nie spełni.

Wyrok na Jasia i Olelkowicza był już wydany.

Pan Teodor wszedł na otwarte pole zżętej pszenicy, na którym ustawiono stertę. Szerokimi krokami zbliżył się i nagle stanął. Oczy mu błysnęły gniewem.

- A to, co znowu?! Ależ to istna plaga!... - wyszeptał zły.

Przy stercie wrzała robota, kręciło się kilka dziewcząt i parobków, wśród nich Kościesza dojrzał Andzię, Lorkę i dwóch paniczów przed chwilą osądzonych. Tarłówna w powiewnej, pąsowej sukience, z chusteczką czerwoną, związaną po chłopsku na czarnej głowie, stała na stercie i przyjmowała snopy, które podawał jej Olelkowicz z wysokiej naładowanej fury. Jaś układał snopki z fornalami, Lorka zaś na dole ograbiała stertę, udając robotę, w rzeczywistości zaś śmiała się, pokazując zmysłowo białe zęby młodemu korepetytorowi o rozanielonej minie. Pojawienie się Kościeszy spłoszyło tę parkę. Lorka zaczęła pilnie grabić, młodzieniec dał susa na stertę i wówczas dopiero zajął się gorliwie swym uczniem Januszkiem.

Andzia zawołała:

- Ojczulku, pracujemy! Jestem cała spocona; dotrzymuję kroku panu Andrzejowi. Sterta prawie gotowa.

- Może już dosyć, zmęczysz się. Ale pan nie troszczy się specjalnie o własne żniwa w Prokopyszczach - dociął Kościesza, z ironią odpowiadając na ukłon młodego pana.

- Ee! Obejdą się tam beze mnie. Mój rządca da sobie radę. Trzymam się maksymy... żyj tam, gdzie ci lepiej, że zaś tu...

- Andziu, proszę cię, zejdź już - przerwał pan Teodor tonem kwaśnym, zimno patrząc na Olelkowicza. - Czekam Aneczko; pójdziemy na podwieczorek - dodał łagodniej.

- Ojczymku, jeszcze trochę, co tam podwieczorek! Zjemy go później. Niech ojczyk popatrzy na naszą pracę, niech nam zastąpi pana Kadłubka, który dozoruje przy innych stertach.

Kościesza nalegał na powrót do domu, aż zmusił Andzię do posłuszeństwa. Skoczyła ze sterty na wóz ze snopkami, z wozu zniósł ją Kościesza, uprzedzając szybko Andrzeja. Dziewczyna zarzuciła ręce na szyję ojczyma i całując go opowiadała mu różne zdarzenia dzisiejszego dnia: jak wstała raniutko i pobiegła do Smoczewa, że tam jeszcze wszyscy spali, więc zbudziła Lorkę i Jasia i razem przyszli na żniwa, zaraz zaś po obiedzie przyjechał konno pan Andrzej. Ślicznego ma kasztana. Watażka nazywa się. Za nim jedzie kozak Fedor. Panna Ewelina gniewała się trochę za tę robotę w polu, ale ostatecznie pozwoliła. "Lepsza jest Lincia, niż ty, ojczymku" - dodała z grymasem.

Pan Teodor rozchmurzył się pod wpływem jej uroku. O świcie wyjechał do dalszych folwarków, słuchał więc opowiadania ciekawie, tym bardziej, że Andzia w ostatnich czasach mniej okazywała mu serdeczności niż dawniej, dzisiejsza jej radość rozruszała go i usposobiła przyjemnie. Grzeczniej rozmawiał z Olelkowiczem, nawet Jasia nie lekceważył, jak zwykle. Był wesoły.

Pomiędzy zbożami wracali do domu. Lorka zabrała sobie Olelkowicza, ciskała na niego zrywane chabry, chichotała bez przerwy. Pan Teodor patrzył na Andzię idącą z Jasiem. Bawili się trochę jak dzieci. Ona chwilami przerywała rozmowę, brała go za ręce i kręciła się w kółko po drodze, niby czerwony mak. Furczały za nią czarne warkocze, z ust wydobywał się śmiech swawolny na pole, hen! Traktowała go jak brata, bez sztucznej kokieterii. Jaś był niby koleżeński, ale zjadał ją oczami: płonęły mu źrenice, kiedy na nią patrzył.

Był w tych młodzieńczych spojrzeniach ogień zapału wewnętrznego i zachwyt nad Andzią i smętne pasemka marzeń, które jak delikatna tkanka tworzyły się w duszy, oprzędzając ją subtelnym sentymentalizmem. On widział już w Handzi swój ideał, ona jedynie miłego towarzysza i kuzyna, więc oczy jej miały w sobie tylko swawolę, jeśli zaś zamykały się chwilami cieniem głębszym, to tęsknota tych czerni przepastnych leciała dalej, ponad Jasiem, w szeroką dal. Teraz miała w sobie dziewczyna szum zabawy, źrenice odzwierciedlały w sobie jej nastrój i paliły się płomykiem niewinnym a już drażniącym.

Kościesza zauważył, że Olelkowicz pozornie zajęty Lorką, ciągle ukradkiem patrzy na Andzię, że i jemu płoną oczy, że ta dziewczyna porywa wszystkich, nie dbając o to. I właśnie dlatego, że rozsiewa dokoła siebie dziwny czar przyszły mu na myśl słowa Kochanowskiego, kierowane do własnej córki:


"Co pocznie, gdzie się ruszy
wdzięczność ją prawuje
i wszędzie niewidocznie
za nią postępuje".


Nadawało się to doskonale i do wdzięcznej postaci Tarłówny.

- Co z tego będzie? - zadawał sobie pytanie pan Teodor.

Szedł wolno za młodzieżą. Wyprzedzili go znacznie, dążąc do domu.

Kościesza ze zwieszoną głową szedł do bramy, zamykającej piękny czworobok turzerogskiego dziedzińca.

Stara rezydencja rozpościerała dużo cieni, od drzew przepysznych, od wysokich, ciętych żywopłotów. Sam dom, potężny rozmiarami, z fantastycznie łamanym dachem, rzucał na trawniki wielkie płachty cieniste. Okna gęste, ale nierówne kształtem i rozmiarami: jedne weneckie, drugie wysokie, strzeliste, na pięterkach zaś małe i wąskoszybowe, plamiły bielą futryn i okiennic, szare ściany dworu.

Wszystko tu było ciężkie, nawet ponure, ale dostatnie. Trochę za smutno, lecz szeroko, wygodnie. W prawym skrzydle pięterka, nad tarasem, który wyglądał na nowy nabytek starego domostwa, zwieszał się mały balkon, biały, zatrzęsiony kwiatami. Oplatały go powoje, fuksje, kępami stroiły czerwone pelargonie. Z otwartych drzwi wiatr letni wywiewał raz po raz białe firanki. Biła z tego okna i balkonu młodość i wesele, w odróżnieniu od całości gmachu. Fragment ten był jakby uśmiechem dworu, jakby śpiewką i szczęściem szarych ścian. Rozumiały to i gołębie, gdyż całą chmurą białosiwą obsiadły gzymsy nad oknem i kraty balkonu.

I ptaki do siebie zwabia, wszystko, co żyje - szepnął Kościesza.

Na balkonie pojawiła się Andzia, gołębie furknęły skrzydłami i opadły ją zewsząd, siadły jej na ramionach, na głowie: jeden białym swym puchem przypadł do piersi dziewczyny i dziobek wysunął niby do pocałunku. Nie skąpiła im pieszczot, głaskała atłasowe piórka, całowała przemawiając jak do dzieci. Była to wieczorna godzina rozmowy z ptakami i karmienia ich. Kwiliły do niej swe dzienne skargi, ona je zaś pocieszała, i groch sypiąc na płaskie korytka, była matką i przyjaciółką ptasiej gromady.

Kościesza, ukryty pod olbrzymią lipą, spoglądał niechętnie na znajomą sobie codzienną scenę balkonową. Wolałby Andzię widzieć inną, nie taką jak Lorka, broń Boże, lecz mniej ponętną. Zanadto przypominała swą matkę, nazbyt wiele posiadając w duszy charakterystycznych cech tamtej. Tych objawów bał się pan Teodor. Drażnił go widok Andzi, odwrócił się szybko i ruszył w głąb alei. Nagle zdumienie i gniew jednocześnie zatrzymały go. Ujrzał pod drzewem stojącego Jasia, z oczami wlepionymi w balkon, z twarzą natchnioną prawie. Złość straszliwa porwała Kościeszę i zatargała nim. Bez namysłu krzyknął podniesionym głosem:

- Co ty tu robisz!?

Chłopak drgnął, potem zbladł nagle.

- Co tu robisz, pytam?

- Nic, stoję i patrzę - odrzekł Jaś najniedorzeczniej.

- Kogóż tak podziwiasz, gołębie? - syknął Kościesza.

Smoczyński poczerwieniał, z żalem spojrzał w oczy panu Teodorowi i bąknąwszy coś niewyraźnego, chciał odejść, lecz ojczym Andzi zatrzymał go, mocno ścisnąwszy mu ramię. Nie panował już nad sobą, unosiła go wściekłość, zamruczał groźnie:

- Słuchaj, ty... smyku... zapowiadam, że dosyć tych amorów. Do książki smarkaczu, tam twoje miejsce, rozumie... kawaler?

Puścił oniemiałego Jasia i odszedł, lecz jeszcze raz odwrócił się wołając:

- Ostrzegam ostatni raz.

Po czym znikł za drzewami.

Jaś stał bez ruchu, miał wrażenie, że uderzono go w głowę, jakiś szum głuchy, nagła niepamięć w połączeniu z bolesną świadomością zaistniałego faktu.

Co się stało, za co?... Dlaczego?

Więc nie wolno mu patrzeć na nią? A przecież od dziecka był towarzyszem jej zabaw, był jakby bratem jej rodzonym, jest zaś kuzynem. Przez głowę mu nigdy nie przemknęła myśl, że mu zabronią patrzeć na Andzię, że ktoś będzie to uważał za złe i to kto jeszcze?... Pan Kościesza. Za co? O co? Minęło odurzenie i przyszła nagła refleksja. Z całą brutalnością cisnęło się do mózgu chłopca przenikające na wskroś podejrzenie. Czyż on istotnie jest dla Handzi tylko bratem? Czy patrzy na nią jak na siostrę?... Czy Kościesza nie dojrzał w jego wzroku błysków obcych braterskim uczuciom, czy nie odgadł, co się z nim dzieje?

Uderzyła mu krew do głowy. Zrozumiał, że kocha Andzię.

Uczucie to przyszło, sam nie wiedział kiedy i ogarnęło go przemocą.

Zawstydził się. Od razu to odkryto, rzucono mu w oczy obraźliwe słowa... "smyk, smarkacz", odesłano do książki, bo tam jego miejsce. Nie wolno mu jeszcze kochać nawet Andzi, może właśnie głównie jej. Ona taka śliczna jak kwiatek - myślał z goryczą. Cóż ja przy niej znaczę?

Z ideałów spadł nagle do realnych przemyśleń, uprzytomnił sobie, że Handzia jest bogatą dziedziczką, że będzie wielką panią, on zaś biedny. Już teraz zarabia korepetycjami, aby nie być ciężarem dla matki, która zaledwo zdoła opłacać jego wpisy szkolne, resztę wydając na Lorkę i inne potrzeby majątkowe, spłacając długi, nękające Smoczew w okropny sposób.

Cóż on? Skończył szkołę z trudem, z wysiłkiem wielkim; nie miał zdolności, umiał tylko pracować.

Teraz wstępuje na uniwersytet na agronomię, chce być gospodarzem, rolnictwo ciągnie go i nęci. Ale cóż ono mu przyniesie prócz uroków czysto zewnętrznych? czy da mu istotne zadowolenie, czy on swe ideały ucieleśni na terenie Smoczewa? Będzie pracował, dorabiał się, wyrobi sobie byt materialny; jeśli utrzyma Smoczew ciężką pracą, to uzyska samodzielność i niezależność, nic ponadto. Gdzież miejsce na marzenia, gdzie ulokować ideały, które rosną i proszą o wysłuchanie.

Pierwszym punktem tych marzeń przesłodkich była Handzia; myśl o niej zrosła się z mózgiem Jasia. Widział ją zawsze przy sobie w dzieciństwie i przyszłości bez niej nie rozumiał. Nie mówił o tym ani jej, ani nikomu, nawet sam przed sobą nigdy jasno nie stawiał tej kwestii, lecz mimo to nosił Andzię w duszy, pielęgnował ją tam starannie i czasem zapatrzył się na nią jak na drogi swój, bardzo piękny obrazek. Strącono go z subtelnych rojeń, oderwano wzrok od niej, wyśmiano go, zbezczeszczono jego uczucie, jego zapał cichy jak delikatna woń kwiatka wiosennego - pierwiosnka.

Co teraz? Odejść? Pożegnać ją raz na zawsze, iść w świat nauki, do pracy, tu już nie powrócić nigdy, nigdy!

A matka, a Lorka? Jest jedynakiem, zatem obowiązki syna, brata i obywatela wiążą go ze Smoczewem, musi tu od czasu do czasu powracać, spotykać Andzię. Jak to znieść, jak pogodzić? Powie jej, że w Turzerogach może się już więcej nie zjawi, jak ona to przyjmie?

Żal, gorycz i zarazem nagła ciekawość wrażenia Andzi walczyły w sercu młodzieńca, gdy szedł wolno brzegiem wielkiego stawu, poza parkiem Turzerogskim. Postać jego w białej bluzie odbijała się w wodzie, lekko zamglonej mrokiem wieczornym. Mdły zapach ryb i wodorostów, połączony z parnym powietrzem dławił Jasia, zmrok po zachodzie słońca wywoływał taki sam refleks w jego duszy, którą ponure oblokły cienie. Duszno mu było i ciężko, miał uczucie, że wielkie liny chmielowe, zwieszone z drzew nad wodą, chrzęszczą szyszkami, oplatają go i ciągną gdzieś w przepaść, że drzewa wyniosłe opierają mu na ramionach swe konary niby ze spiżu ulane. Źle mu było w tej głuszy parkowej nad wodą już ciemną, jak płynny metal, ziejącą wilgotnym oparem. Żaby zawodziły swój wiekuisty hymn wieczorny, grały derkacze na łąkach poza stawami, jakby nawołujące się pastuszki nocne. Chłopcu głosy te przypomniały niedawny pobyt w Wilczarach, wycieczki z Handzią i ze starym Grześkiem, wszystkie uroki tych wędrówek wśród natury, ich słodkie, dobre pamiątki. Ot, na przykład derkacze Grześko nazywał "czynownikami" dlatego, że wołanie ich brzmi: "dery-bery - dery-bery". Jak się z tego Handzia śmiała! Jakie to były błogie czasy i tak niedawne. Mogli dłużej przebywać w lasach, dlaczego Kościesza zabronił? Czyżby już spostrzegł to co dziś i chciał przerwać?

- Ależ nie, wtedy jeszcze ja sam byłem nieświadomy swych uczuć - myślał Jaś i nagle zadrżał.

Cyganie, szatry, wróżba starej Makruny... ach tak, wtedy pierwszy raz drgnęło mu serce odmiennym dreszczem, lecz to jeszcze nie samo objawienie, to był tylko strach o Andzię po okropnej wróżbie. NIe tylko on, lecz i Olelkowicz odczuł tę chwilę. Długo nie mógł zapomnieć złowrogich słów Cyganki. Olelkowicz?...

Jaś przystanął. Oczy utkwił w czarnym stawie i zdumiał się tak, jakby ujrzał cud.

- Olelkowicz także kocha się w niej; po cóż by walił tyle mil, dlaczego zaniechał ulubionych polowań i co parę dni przyjeżdża do Turzerogów?...

- Kocha ją na pewno!

Jaś załamał ręce. Tu nie ma rywalizacje. Olelkowicz młody, piękny, bogaty... i... on, studencina biedny, Smoczyński. Andrzej nawet za rywala go nie uważa, gdyby go zastał przed balkonem,- kto wie, może postąpiłby mniej więcej tak samo, jak Kościesza. Szczęściem nie domyśla się zapewne w młodziutkim Jasiu głębszych uczuć dla Andzi. A sam? Czy kocha ją?

Niby lekka myśl ratunkowa przewinęła się w umyśle chłopca postać Lorki. Może on do niej, może ona? Ech, nie! Kto by ją tam wybrał, gdzie są obie? Więc rywal i zapewne zwycięski.

Rozpacz targnęła sercem chłopca, taki żal, taka bolesna skarga, takie poczucie własnej nicości, bezmiar niedoli, że jak podcięty ostrym batem, zgiął się i padając na kolana, zaszlochał serdecznie, dziecinnie. Twarz rozpaloną tulił do mokrej trawy i, zanurzony w jej spryskanym od rosy kożuchu, łkał rzewnie, najnieszczęśliwszy w tej chwili chyba ze wszystkich ludzi.

Dokoła niego kumkały żaby; "dery-bery", zawzięcie wołał derkacz - "czynownik", wiatr nocny zerwał się jakby po to, by zgłuszyć szlochanie chłopca, muskał go łaskawie po spoconej głowie i łagodził jej ból. Zwisły nad młodzieńcem splątane liany chmielów, kapiąc mu rosą za kołnierz niby orzeźwienie. On nic nie czuł, nic nie słyszał. Ból wielki i pierwszy w życiu targał nim, czuł się nędzarzem, wypędzonym od Andzi, pozbawionym praw przebywania z nią, patrzenia na nią. Musi odejść, zostawić ją tu dla Olelkowicza raz na zawsze, raz na zawsze.

Im dłużej rozpaczał, tym Andzia wydawała mu się dalsza, bardziej niedościgła.

- Handziu, Handziuniu, Aniu złota! - szeptał cisnąc kurczowo skrzywione usta do wilgotnej ziemi. Wtulił się ciałem w trawę i cierpiał jak potępieniec. W głowie przewalał mu się nieznośny szum i dzwonienie przykre. Oczy piekły go niewymownie, ale i dreszcz zimny raz i drugi wstrząsnął nim dotkliwie. Wzmógł się ostry, głośny wiatr, który już nie łagodził, lecz szarpał Jasia za włosy, chcąc go poderwać z ziemi.

- Wstawaj nieszczęsny! Wstawaj - jęczał mu wiatr w ucho.

Szyszki chmielowe ocierały go po szyi i skroniach, szemrząc gniewnie...

- Na pomoc biegnij, na ratunek, otrzeźwiej, patrz!...

Smoczyński podniósł głowę, otworzył oczy. Ujrzał czerwony blask, ale myślał, że to z płaczu ma łunę w źrenicach. Dzwonienie w uszach rosło potężnie. Nie było złudą. Dzwon ten zastanowił go.

- Zwariowałem, czy co? - szepnął ze strachem.

Wtem wiatr z groźnym już skowytem rzucił się na niego i uderzył weń sznurem chmielowym, dzwon zaś rozkolebał się tak głośno, z taką ponurą plastyką, że Jaś w jednej sekundzie stanął na nogach.

- Co to jest? - krzyknął, trąc oczy.

Blask jaskrawy lunął mu w źrenice krwawe smugi.

- Jezus, Maria! Łuna! Pożar!!

Pognał na przełaj przez chaszcze i gazony w stronę, skąd jęczał dzwon.

Wbiegł na podwórze folwarczne. Jasno tu było jak w dzień i pusto. Smoczyński oniemiał, stracił świadomość, gdzie się znajduje, biegał to tu, to tam, szukając ognia i ludzi, aż ktoś krzyknął na niego.

Teraz dopiero ujrzał w świetle łuny kilkunastu ludzi na dachach budynków z wiadrami wody, ktoś szarpał gwałtownie za drut od dzwonka folwarcznego, ktoś wołał po ukraińsku:

- Jakij tam durnyj wołoczytsia?... Idy do pożaru, nas tu pan Bohaćko ostawył, ne dopustym ohnia.

Jaś skoczył w stronę głosu i uderzył się w czoło o drabinę, pojęcia nie miał, co i gdzie się pali, gdyż łuna skrywała za budynkami swój zasadniczy stos; płomienia nigdzie nie było widać. Chłopak rzucał się jak wściekły.

- Może win sam podpałył i teper zdurniał? Hej! Kto ty? - krzyknął z dachu ten sam głos co poprzednio.

Ale Jaś trafił nareszcie na kołowrót między stodołami, spojrzał na wielki słup ognia wichrzący się razem z czarnym dymem, usłyszał krzyki, głosy komendy i nagle nogi się pod nim załamały, nieludzki wrzask runął mu z piersi:

- To Smoczew! Jezus! Pędził jak opętany, z zamarłym oddechem w piersiach, z zastygłym krzykiem na ustach.

- Matka! Matka!

Przesadzał szerokie bruzdy, zatoczył się raz na wielką kopicę zboża, upadł głową w dół, ugrzązł w słomie. Porwał się nastroszony kłosami i znów biegł, i znów padał. Nogi mu drżały, potykał się o każdy kamień, zziajany, przerażony. Był bliżej i bliżej. Już widzi, że pali się dwór, czuje gorąco od ognia, słyszy świst wody strzykającej z sikawek, mechaniczny stuk kotłów i zgiełk ogromny i wrzawę. Aż nagle w tej gromadzie buchnął wielki krzyk, pełen zgrozy.

- Panienkę ratujcie! Panienka!

- Pannuńcia, żywo! żywo! Hej ludy!...

- Hospody, wże po nej!

Jaś ogłuszony wrzaskami i trzaskiem pożogi, stanął już przy sikawkach, ujrzał widok, który ściął mu całą świadomość; myślał przez chwilę, że śni.

Po drabinie, opartej o płonącą ścianę domu, wśród fal ognia, żaru i skłębionych żmij dymu, schodziła Andzia, dźwigając jakiś wielki ciężar z widocznym wysiłkiem. Wisiała w powietrzu nad czerwonozłotą zawieją płomieni. Dokoła niej tryskały grube węże wody z sikawek, rozpadające się na pióropusze; z sykiem szły w zawody ze słupami iskier i grzywą krwistą pożaru. Chroniły ją od ognia prądy wodne, lecz lada moment drabina mogła runąć w stosy żaru pochłaniając wszystko.

Kilku chłopów podbiegło szybko i nastawiło ręce.

Andzia w czerwonej sukience, przemokłej i opalonej, z szmatką mokrą na głowie, pracując ostatkami sił, zniosła swój ciężar na ziemię, ale tu już chwycili ją chłopi i odnieśli daleko od ognia w bezpieczne miejsce. Jaś oprzytomniał.

- Matka! Matka! Gdzie matka? - krzyknął, rzucając się naprzód.

Stary chłop, kudłacz, w rozchełstanej świtce, zastąpił mu drogę i porwał wpół. Zachrypiał mu nad uchem:

- Mamu pannuńcia nasza uratowały, czuć sami nie pohybli. Ot, tam potaszczyli ludy.

Okrzyk zdumienia wyrwał się z piersi Jana, biegł do zbitej gromadki ludzi, gdzie stała Andzia, mokra, zmordowana, ale szczęśliwa, płonęła radością na twarzy. Do podbiegającego Jasia podeszła prędko, mówiąc serdecznie:

- Już dobrze, już, mama zdrowa, tylko omdlała ze strachu, nie bój się.

- Tyś ją wyniosła z płomieni? - spytał prawie ostro.

- Ja - odrzekła zdziwiona.

- Andziu! To był mój obowiązek!

Dziewczyna pomimo wszystko zaśmiała się.

- Twój i każdego, kto mógł. Ciebie nie było.

Przykląkł przy matce. Leżała na kanapce wśród mebli, gratów i rzeczy naprędce powyrzucanych z domu. Była w bieliźnie, opatulona i przykryta, w białym czepku na głowie, widocznie prosto z łóżka wyniesiona. Dyszała ciężko, krztusiła się dymem, oczy miała zamknięte. Jej usta szeptały niewyraźne słowa. Jaś spłakany, drżący, przytulił wargi do rąk matczynych i szeptał bezwiednie:

- Jak to się stało, jak to się stało?...

- Stało się nieszczęście i już, a panicz nie lamentuj po próżnicy, ale zbiegaj do pożaru, może się jeszcze coś da uratować z parteru, bo góra już na nic. Sodoma i Gomora - zagderał tuż obok głos starej klucznicy, pani Butkowskiej.

Jaś zwrócił się do niej z gniewem:

- Czemuście matki naprzód nie ratowali?

- Pewno mama to kanapa albo fotel, co można zrazu na nogi i buch za okno. Panicz nie widziałeś, tak i nie gadaj. Toż w tym i rzecz, że dom zapalił się od góry z niewiadomej przyczyny, a w garderobie nikogo nie było, dziewki się porozłaziły po czworakach, ja byłam u ekonoma i dopiero jak cały dom, Boże odpuść, stanął w płomieniach, to ten Smutek stróż przebudził się i buchnął we dzwonek. Pani straciła pamięć, widno, bo jak my wpadli do sypialni, to łóżko było puste. Pani zawsze wcześniej się kładzie, uciekła na piętro, zobaczywszy ogień, każdy wtedy durnieje. Tymczasem my szukali na dole, gdzie można, wynosili rzeczy, aż i z Turzerogów nadjechały sikawki i państwo, i ta panienka anielska, co ją chyba sam Bóg zesłał.

- Jak to, więc wy zaniechaliście szukania matki?

- Ot, tobie i masz! Zaniechali zaraz! Kto wiedział, że pani rozum ze strachu postradawszy, latała po górze, to siędy, to tędy, do reszty zbłądziwszy we własnym domu. Nie mogli my w tym gwałcie i doszukać się jej. Aż dopiero, jak dobrze widno zagrzało, tak pani przez okna wysunęła się i krzyczy. A tu już płomienie nad nią. Wszyscy i głowy potracili; ja sama uklękła i wieczny odpoczynek zaczęła. Dopieróż panienka, co przedtem szukała pani po całym domu, wyrwała się skądś i dawaj krzyczeć o drabinę. Szczęściem była ta wielka ze sadu, przystawili, ale co chłop który ruszy, to i nazad, taki żar, co który ruszy, to nazad, panna Lorcia beczy, a tam pani już prawie się pali. Tak panna Handzia buch sama na drabinę, wyciągnęła nieboraczkę i ot zlazła szczęśliwie. Ale żeby nie ona, oj! sierota już by ty był panicz.

Wtem w gromadkę ludzi z dowodzącą pośrodku Butkowską, wpadł Kościesza i huknął przeraźliwie:

- Do pożaru chamy! Oficyna zajmuje się, panią zanieść do magazynu za sadem, Butkowska niech z nią będzie. Aa i kawaler tu? Romansuje wieczorami zamiast matki pilnować. Gdzie Andzia?

Rozejrzał się, a nie ujrzawszy pasierbicy, biegł dalej, krzycząc i klnąc. Ludzie rozeszli się również, została tylko półprzytomna pani Smoczyńska, stara klucznica i Jaś, wyprostowany, blady, z nową obelgą ciśniętą mu w twarz. Pociągnięty za ramię przez Butkowską, ocknął się. Wziął matkę na ręce i szedł w stronę spichlerza, łzy wielkie spadały mu gęsto na bieliznę nocną niesionej kobiety. Płakał. Za nim zaś huczał pożar coraz groźniej, złowrogie wydając odgłosy, rozpalał się, buchał, szalał i chłonął w swój żywioł okrutny coraz nowe przestrzenie. Gdy Jaś, przekazawszy matkę Butkowskiej, powrócił, zastał Olelkowicza na koniu zgrzanym, okrytego kurzem. Kozak Fedor, także zziajany, stał za nimi.

Zeskakując z wierzchowca, młodzieniec opowiadał Smoczyńskiemu, że już dość daleko w drodze dosięgła go łuna. Myślał z początku, że to Turzerogi i pędził na złamanie karku. Ubolewał teraz nad swą pomyłką. Pytał Jasia o matkę i ze zgrozą dowiedział się o postępku Andzi.

- Dobrze, że to pańską matkę, gdyby się paliły Turzerogi, to by była gotowa tego starego dzika na rękach swych ratować.

Widząc zdziwienie Jasia dodał z pasją:

- Mówię o Kościeszy. Czy wie pan, że ten stary cymbał tak mnie dziś potraktował, że... że... och! Nie chcę mówić! Taka bestia! Ale ja go już przejrzałem. Zje diabła rogatego, zanim się mnie pozbędzie.

- Jak to, więc i pana?... - zdumiał się Smoczyński.

Lecz Olelkowicza nie zastanowił ten okrzyk.

- A tak, on myśli, że mnie łatwo usunie, solą w oku jestem dla niego. Ale diablo się myli, źle trafił!

Jaś nie miał czasu rozmyślać nad słowami Andrzeja, bo pociągnięty przez niego, biegł do pożaru, coraz gwałtowniej rozwichrzonego w morze ognia i dymów.

Żywioł rozpasany ział z potwornej paszczy coraz nowe kłęby ogniste, rzucał zarzewie na prawo i lewo, miotał się, kipiał, chlustał płomieniem, że folwark cały wyglądał jak jeden piec straszliwy, rozpalony do granic najwyższych. Tarzał się ogień podrzucony przez wiatr, walczył zajadle z prądem sikawek, lekceważąc je sobie. Paliła się oficyna, tryskał ognistymi fontannami słomiany dach stodoły. Pożoga szeroko rozwiała swój sztandar, niosła go już w tryumfie. Ludzie przy sikawkach omdlewali z trudu, chłopcy folwarczni nie mogli nastarczyć wody do beczek. Kobiety nosiły ją wiadrami. Obrona była dzielna, ale siła ognia zwalczała wszystko. Olelkowicz objął główną komendę, głosem donośnym wydawał rozkazy, sam jak zręczny strażak pracował gorliwie. Wyprowadzał z płonącej obory krowy, które z rykiem, tracąc zwykły instynkt zwierzęcy, parły z powrotem do ognia. Pojedyncze sztuki ginęły, przywalone rozpalonymi krokwiami dachu, opadającego z łoskotem i złowrogim sykiem płomieni.

Owiec nikt nie mógł wyprowadzić z płonącej już owczarni; stłoczone w jedną beczącą gromadę drżały, przytulone do siebie ciasno.

Nie pomagały baty, ani oszczekiwania mądrych psów, ani znajomy głos owczarza. Głupie stado oddawało się dobrowolnie na śmierć, bojąc się zdobyć na energię ucieczki. Uratowała sytuację Butkowska, która nadbiegła, słysząc alarm koło owczarni.

- Płótna białego dajcie, wałek płótna! - wrzeszczała rozpaczliwie.

Wnet Andzia, Lorka i parę dziewuch skoczyło do mieszkań bab folwarcznych, przydźwigały olbrzymi zwój zgrzebnej, dobrze wybielonej tkaniny. Rozwinięto ją u stóp drzwi owczarni i puszczono długą białą drogę w stronę pola. Potem siłą przemożną kilkunastu chłopów wypędziło stado owiec z tyłu, byle do progu, byle do progu. I oto owieczki ruszyły białym gościńcem płótna, ich drogą zbawienia. Bek ich brzmiał żałośnie, ale wysypały się wszystkie z pośpiechem już naglącym, już nerwowym, jakby dopiero teraz poczuły niebezpieczeństwo. Stado było uratowane, budynek spłonął do reszty.

- Czort tutki rejmanteruje - mówili do siebie chłopi, patrząc na okrutne zniszczenie.

- To nieczysta siła - dodawali fornale, pracujący przy sikawkach.

Jaś półprzytomny robił jednak, co mógł: pomagał Andzi nosić wielkie wiadra wody z pobliskiej sadzawki i zalewać nowo powstające stosy ognia, biegał do spichrza dowiadywać się o matkę, chwilami, gdy opuszczał go dziwny obłęd, łamał ręce z rozpaczy nad tym dniem podwójnej klęski. Jedno straszne pytanie uparcie kołatało mu w mózgu.

- Co będzie z matką?...

Patrzył na zgliszcza okryte żarem, na nowe wybuchy ognia i płakał w duszy. Najnieszczęśliwszy się czuł, gdy tuman omotywał jego umysł, gdy zapadał w stan gorączkowy, bezświadomy.

Był już zupełny ranek, gdy pożar z wolna dogasał; ogień zmęczony mściwą hulanką bladł, malał i kładł się leniwie w wielkie kupy czerwonych żużli, w popiół siwy, gorący. Łypał jeszcze w górę pojedynczymi pociskami, niby ostrzem szabli, ale wnet opadał. Syczał zawzięcie i kopcił czarnym dymem. Dokoła rozpaczliwe pobojowisko, ruiny Smoczewa; dom, oficyna, zabudowania folwarczne, wszystko zwalone na ziemię, okryte czarnym węglem, przetkane purpurą ognistą.

Do Kościeszy, wydającego ostatnie rozkazy swej straży pożarnej przysunęła się Andzia. Rzekła z prośbą w głosie:

- Ojczymku, poślij do Turzerogów po powóz i konie. Trzeba zabrać ciocię Smoczyńską.

- Jak to zabrać? Do Turzerogów?

- Tak, przecież musimy się nią zaopiekować.

- Czy to twój obowiązek, Andziu?

- Nasz wspólny chyba? Zresztą...

- Moje dziecko, nie egzaltuj się. Opieka nad matką to rzecz syna. Synową nie jesteś - zaśmiał się złośliwie.

- Ojczymku!

Kościesza spojrzał wzburzony.

- Co jeszcze?...

- Ależ tu same zgliszcza, czyż tego nie widzisz? Tu nędza; jestem dla Jasia i Lorci zbyt kochającą siostrą, bym na to mogła obojętnie patrzyć. Ojczymku, pomyśl sam, przecież to straszne. - Przyślemy im wszystko, co trzeba, inne dwory to samo robią. To wystarczy.

- I mamy pozwolić, żeby dalsze dwory wzięły w opiekę naszą kuzynkę z dziećmi? - spytała z goryczą.

Kościesza stracił władzę nad sobą.

- Czy to Jaś tak cię usposobił? To jego pomysł?

Dziewczyna poczerwieniała gwałtownie. Przez chwilę myślała, że wybuchnie, zagrała w niej krew Tarłów. Obrazę Jasia już chciała pomścić, ale nagle zwalczyła gniew, złagodniała. Cicho podeszła bliżej do pana Teodora, położyła mu obie dłonie na piersiach i spojrzała ciepło w jego sępie źrenice, szepcząc:

- E! To było złe, coś ojczulku powiedział o Jasiu. A ciocia Malwina czuje się bardzo niedobrze.

- Sprowadzimy jej doktora, cóż my ponadto możemy?

- My ją zabierzemy do Turzerogów, ja będę się nią opiekowała, chcę tego ojczymku, pragnę i... ty mi tego nie odmówisz.

- A jeśli, Handziu?

Twarz Kościeszy była zimna, odrażająca w dziwnym uśmiechu.

Tarłówna wyprostowała się dumnie.

- NIe odmówisz ojczymku, nie wierzę! To jest moja prośba gorąca, tyś dobry i przy tym... ciocia... była przyjaciółką mamy.

Pan Teodor drgnął wyraźnie.

Andzia zmrużyła lekko powieki i spoza czarnych, gęstych rzęs popatrzyła na niego inaczej, niż dotąd.

- A ty, ojczymku... mamę... kochałeś - dokończyła mocnym szeptem.

Kościesza zmieszał się. Ten atut niespodziewany i wrogi dla niego, tym bardziej zniechęcił go do projektu pasierbicy. Lecz położenie było trudne. Milczał. Handzia to wyzyskała.

- Przypomniałam ojczymkowi najważniejszy punkt i wygrałam. Ojczymek dobry zawsze! Poślijmy po powóz!

Przechodził koło nich fornal turzerogski. Tarłówna zawołała do niego prawie ostro:

- Biegnij natychmiast do Turzerogów, niech zaraz przyjeżdża Nicyfor dużym powozem. Prędko!

Gdy fornal skoczył spełnić polecenie, Andzia zarzuciła ramiona na szyję Kościeszy i pocałowała go w policzek, ale jakoś lekko.

- Dobry... tatuńcio. Dziękuję!

Po czym pobiegła w stronę spichrza.

Kościesza tarł dłonią czoło i mruczał zakłopotany.



VI

Powrotne echa

Bryczka uwożąca młodego Smoczyńskiego z Turzerogów ruszyła ostrym turkotem na brukowanym podjeździe. Chłopak blady, sztywny, uniósł czapkę, nie patrząc na pozostałych, którzy zgromadzeni na ganku, przesyłali mu pożegnalne ukłony.

Pani Malwina płakała, zwieszona ciężko na ramieniu Andzi. Lorcia nie mogła matki uspokoić, przeciwnie, jej dobry humor wyraźnie panią Smoczyńską drażnił. Tarłówna stała cicha. Łzy wolno spływały jej po policzkach. Kościesza ponuro patrzył na te łzy. Jego kamienna twarz miała wyraz zjadliwy, jakby wyraz oczu węża przed ukąszeniem. Wzrokiem niechętnym mierzył Andzię, pełzał po niej, walcząc widocznie ostatkiem cierpliwości, by nie zdławić tego jej płaczu, by nie wybuchnąć strasznie.

Ale się przemógł. Podszedł do Andzi i niespodziewanie ucałował ją w czoło.

Popatrzyła na niego zdziwiona.

- Egzaltowane dziecko - rzekł Kościesza z przykrym uśmiechem. - Czego tu płakać?... Chłopak nie jedzie na wojnę, lecz na uniwersytet. Uczyć się powinien.

- Ach, panie! To takie zrozumiałe, ale w naszym położeniu... - jęknęła pani Smoczyńska - ...ja zostaję bez dachu nad głową. To straszne.

Kościesza zatrzymał na końcu warg słowa: "Ma pani mój dach przez kaprys Andzi", lecz nie wypowiedział ich, machnął ręką i wszedł do wnętrza domu. Pani Malwina załkała. Andzia jęła ją łagodnie pocieszać. Lorka zaś palnęła szorstko:

- Niech mama nie beczy, bo jeszcze nas pan Kościesza wyrzuci i naprawdę dachu nie będzie. A że Jaś zostanie studentem, to dobrze. Może kiedy kolegów przywiezie na święta, albo na wakacje.

- Loro, jesteś taka dziwna, zostaw przynajmniej teraz ten swój ton...

- Ja wiecznie płakać jak mama nie potrafię! - odburknęła dziewczyna i pędem zbiegła ze schodów do ogrodu. Pani Smoczyńska wzruszyła ramionami. Prowadzona przez Andzię stękająca i zrozpaczona weszła do przeznaczonych dla niej pokojów.

Odczuwała ona swą przykrą sytuację w domu Kościeszy, ale pogrążona w głębokim żalu po stracie własnego domu, głównie na to kładła nacisk w swych odczuciach. Całą ironię położenia odczuwał tylko Jaś; był spoliczkowany nieszczęściem i strasznym dla niego zbiegiem wypadków. Andzia, nie wiedząc nic o zajściu Jasia z Kościeszą, nie pojmowała sposobu zachowania się chłopca wobec pozostania matki i siostry w Turzerogach.

Błagał matkę, by tego nie czyniła, chciał zabierać ją z sobą do Moskwy. Gdy się Andzia stanowczo temu oparła i gdy pani Smoczyńska okazała się za słabado podróży, potem do zamieszkania w mieście w nieszczególnych warunkach, Jan musiał zgodzić się na pozostawienie w Turzerogach, ale był zrozpaczony.

Ta rozpacz jego i postępowanie Jasia wobec Tarłówny, zupełnie różne od dawnej swobody, uświadomił Andzi, że zaszło coś niezwykłego.

Oburzyło ją traktowanie Jasia przez Kościeszę, nadzwyczaj chłodne, wprost odpychające. Handzia czuła żal do ojczyma, nieufność wsiąkała w jej duszę coraz głębiej.

Sama podwoiła serdeczność wobec pani Smoczyńskiej. Po odjeździe Jana pani Malwina długo nie mogła się uspokoić, zrywała się, by jechać do Moskwy, miała skrupuły, że nadużywa grzeczności Kościeszy i że powinna bodaj zamieszkać w ocalonym czworaku w Smoczewie, nie zaś w Turzerogach. Gdy Andzia ją uspokajała, pani Malwina rzekła z płaczem:

- Dziecko moje, gdybym była u ciebie w Toporzyskach lub Drakowie, to czułabym się szczęśliwa, ale tu... pod dachem tego człowieka... który kiedyś twoją mamę...

Podobne niedomówienia sprawiały Andzi zawsze dużo przykrości. Dawno już z rozmów z ciotką Smoczyńską i z różnych półsłówek Grześka gajowego, domyśliła się, że matka jej nie była szczęśliwa z Kościeszą, jednak szczegółów bliższych tej historii nie znała. Wiedziała tylko, że matka jej, Hołowczyńska z domu, była jedynaczką, piękną, pieszczoną, że mieszkała z rodzicami w Turzerogach i że będąc bardzo młodziutka, wyszła za mąż za Adama Topór-Tarłę, właściciela obszernych dóbr na Wołyniu: Toporzysk i Drakowa. Po kilku latach szczęścia i po urodzeniu córki Anny, Iza Tarłowa została młodą wdową, zaś jej córka prawem spadku po ojcu odziedziczyła jego majątki.

Jednakże bojąc się wspomnień choroby i śmierci męża, Iza zamieszkała z dwuletnią córeczką nie w Toporzyskach, lecz w Turzerogach, który to majątek dostała w posagu. Rodzice jej, starzy Hołowczyńscy, żyli jeszcze wówczas. Co skłoniło matkę do powtórnego małżeństwa z Kościeszą, trzy lata po śmierci Adama Tarły, tego dziewczyna zrozumieć nie mogła. To tylko było już dla niej pewne, że ten drugi związek stał się dla jej matki niedolą i męką życia: pięć lat udręki i okrutnych cierpień, zakończonych śmiercią, niemal upragnioną. Oto był rezultat!

Wieczorem, po wyjeździe Jasia, Andzia siedziała w parku na swej ulubionej ławeczce i rozmyślała o słowach pani Malwiny, które znowu jadem zatruły jej duszę.

Stanęła jej w myśli wizja śmierci matki:

Była ciężka. Beznadziejna szarość jesiennego zmroku wpełzała do pokoju umierającej, omotała swą przędzą wszystkie przedmioty, zamazała żywe barwy i rosła w ciemność nieprzeniknioną, gnębiącą. Za oknem deszcz bił w szyby, które płakały długimi strumieniami łez, jęcząc pod naporem wichru, że zdawało się - demon jakiś ogarnął świat i biczuje go wichurą, zalewa wodą, chłonie w wilgoci i szumie deszczu. Monotonny stuk kropli deszczowych o rynny miał swą posępną gwarę, niby złowrogi głos ducha ciemności, ducha smutku, a także był jakby uderzeniem serca tej słoty szalejącej nad światem.

Matka Andzi przywołała do łóżka ciotkę Smoczyńską. Dziewczynka nie słyszała nic. Długo coś szeptały do siebie. Uderzyły ją ostatnie słowa matki: "Malwino, o Andzię się boję, idę tam... z niepokojem w duszy. Bóg nad nią, ale i ty... siostro..."

Zakaszlała sucho, w tym momencie nastąpił krwotok. Wbiegli doktorzy i Kościesza. Andzia siedziała na kozetce zgarbiona, bojąc się ruszyć i myśląc ze zgrozą nad słowami matki: "O Andzię się boję". Więc to o nią? Dlaczego?!... Przeniknął ją dziwny lęk, strach owiał jej serce jakby złym przeczuciem... Było to wrażenie krótkie, wrażenie dziesięcioletniej dziewczynki, więc pierzchło szybko, pozostała jedynie obawa o życie matki.

Ostatnia noc wlokła się nieskończenie. Kościesza siedział długo przy łożu chorej. Andzia czuła instynktownie, że matka pragnie, by odszedł.

Nagle, nad ranem, umierająca zawołała głosem stanowczym, rozpaczliwym:

- Chcę zostać sama z Andzią.

Och! ten głos! Ona go dotąd pamięta. Wzdrygnęła się na to wspomnienie, bo tyle było w nim tragedii, bo to był taki ostatni krzyk wołający o coś dla siebie wyłącznie i ostatni raz. Tyle było mocy w tym głosie i w tym żądaniu, że Kościesza bez słowa wstał i wyszedł z pokoju. Wszyscy obecni wyszli również za nim.

Andzia uklękła przy łożu matki, ona zaś zaczęła gładzić jej ciemną głowę, dłonią białą jak kość, bardzo chudą i mokrą od potu; oczy czarne chorej kobiety zdawały się rosnąć w orbitach, był w nich żal i skarga straszna. Ciemne, zlepione włosy otaczały cudowne czoło, takie zawsze jasne, ale smutne, jakby rozpaczą natchnione. Pieściła córkę długo, oddech szybki rwał jej piersi. Nagle rzekła:

- Anulko czy ty kochasz jego... ojczyma? Powiedz.

- Nie... - wyznała szczerze dziewczynka.

Matka zadrżała. Zamknęła oczy i zakaszlała. Po długiej chwili zaczęła mówić:

- To źle, dziecino, on zostanie teraz twoim opiekunem, bo ja umrę... Ty go kochaj przez pamięć na mnie.

Andzia pamięta, że się wtedy rozpłakała, tuląc twarz do matczynej ręki. Płakała długo, gdy się ocknęła, przeraziła się, ujrzawszy matkę siedzącą na łóżku.

Jeszcze raz uderzył ją wyraz jej tragicznych, czarnych oczu i usłyszała szept gorący, ostatnią modlitwę:

- An...dziu, niech ci Bóg ześle szczęście. Dla niego... dla ojczyma bądź dobra... matce wybacz, że cię... skazuje...

Już nie dokończyła; krwotok zatamował głos, wyprężyła się strasznym rzutem. Skonała. Co działo się potem, Andzia już nie pamięta, tylko płacz, jęki służby, głuchy stuk kół od karawanu, dzwony takie żałosne, rozpłakane i smutek, bezbrzeżny smutek. Andzia nie przypominała sobie już potem takiego smutku nigdy w życiu.

- Jak ja to wszystko wybornie pamiętam - myślała teraz Andzia, siedząc na swej ławeczce. Wizje lat minionych tłoczyły się i tłoczyły bez końca. Po śmierci matki zaczęły się dla Andzi dni jednostajne i podobne do siebie jak liście z jednego drzewa.

Ojczym jednak był dla niej jak najlepszy. Jego szorstkość i postępowanie z domownikami, jego chłód mroził wszystkich, tylko dla Andzi był zawsze słodki i wyrozumiały. Pomimo to jego tępy uśmiech dla niej i nadmierna uprzejmość wywierała na dziewczynce przykre wrażenie, jakiejś ukrytej, lecz złej siły.

Bywały momenty, że się go bała, gdy na nią patrzył, taki miewał wzrok żelazny, którego nie cierpiała.

Lubił ją pieścić, ale ona się instynktownie broniła, zwłaszcza gdy chciał całować w usta lub rozplatać jej ciemne warkocze. Wyszarpywała mu się wówczas z rąk z taką pasją, że go to obezwładniało.

Andzia przypomina sobie, że i teraz często, może nawet częściej, Kościesza patrzy na nią dziwnie, przepala ją oczami. Jej się wtedy robi przykro, jakby coś złego działo się; i zawsze ten lęk poprzedza wizje oczu matki, które stoją przed nią z całą wyrazistością, patrzą groźnie a zarazem tkliwie, niby mówiąc: "Strzeż się".

Dziewczyna wzdrygnęła się z przerażenia. Zawsze bała się tych oczu, pomimo rozkoszy widoku i... dlaczego one tak jej bronią? Przed czym?

Pogrążona w rozmyślaniach nie zauważyła, że zapadł już wieczór. Zorze zgasły i mrok grubym kożuchem zasłał ziemię. Woda tylko w stawie pobłyskiwała z daleka metaliczną poświatą, bo zaszedł księżyc.

- Jaś jedzie już koleją, biedny Jaś! - wyszeptała Andzia prawie głośno. I nagle krzyknęła.

Ktoś się zbliżał po żwirowanej uliczce; był już tuż przy niej. Postać czarna i ogromna. Ach! to Kościesza!

- Czego się boisz, dziecino? Wszak to ja jestem - zabrzmiał drewniany głos, nastrojony na ton serdeczny.

Pan Teodor usiadł obok na ławce i wziął pasierbicę za rękę.

- W domu alarm, szukają cię; głównie ciotka Malwina desperuje za swą... protektorką (w głosie zabrzmiała ironia). Lorka boi się jak zwykle ciemności, panna Ewelina boi się swych nóg; zatem ja wyruszyłem szukać zguby. O czym tak myślisz Aneczko?...

- O Jasiu - odrzekła bez namysłu.

- Taaak?! Hm!

Zaległo milczenie. Kościesza wyjął cygaro i zaczął je wolno zapalać.

- Jak ojczymek myśli, czy Jaś przejdzie uniwersytet o własnych siłach?...

- No! O własnych! Przesadzasz, Aneczko.

Żachnęła się.

- On pomocy nie przyjmie, matka zaś więcej mu nic nie da ponad to, co może.

- Ej, i pomoc przyjmie.

- To go ojczymku nie znasz! On jest ambitny, aby cokolwiek od ojczymka przyjmował. Ja go znam lepiej.

Kościesza wprost zwrócił się do Andzi. Nie widziała w mroku, ale czuła jego wzrok metaliczny na sobie.

- Dlaczego Jaś tak cię żywo obchodzi? - spytał twardo.

- Dlaczego?... Czyż można się o to pytać? Jasia kocham jak brata, więc los jego bardzo mnie obchodzi...

- Brata masz w Januszku.

- To jest co innego. Janusz jest bogaty, ma dom, ojca, wszystkie warunki...

Kościesza milczał. Po długiej dopiero chwili zaczął innym tonem.

- Aneczko, co myślisz o nowym korepetytorze Januszka? Ten pan Borowski nie wydaje mi się odpowiedni dla malca. Jak sądzisz?

Andzia zaśmiała się swobodnie.

- Ja mam wydawać sąd o panu Borowskim? Doprawdy nie potrafię, pomimo że pan Andrzej Olelkowicz wmawia mi zawsze, iż jestem bardzo rozsądna i że...

- Że co Handziu?

- Ej, nic! - zawahała się.

- Pewno cię komplementuje, prawda?... Mówi ci, że jesteś piękna, urocza...

- Nie, nigdy mi jeszcze tego nie powiedział, za to Lorce bardzo często.

- To się właśnie myli, bo ty jesteś ładniejsza.

Andzia parsknęła śmiechem.

- Aha ojczymku! Któż to mi mówi komplementy?

- Oj, ty łobuzie, łapiesz za słowa. Jakże Lorka przyjmuje zachwyty tego tego... urwisa?

- Kogo?... - spytała z bezmiernym zdumieniem.

- No, tego... tego Olelkowicza.

Tarłówna wstała gwałtownie.

- Dziwny dziś jest ojczymek! Boję się. Idę do domu.

- Co cię tak obeszło, Aneczko?

- Nic, chyba to, że jesteś ojczymku niesprawiedliwy i nikogo nie lubisz. Dobranoc, już późno.

Furknęła, jak ptak nocny wśród drzew. Znikła. Kościesza puszczał dym z cygara i myślał.

- Za tamtym się ujmuje, tego broni. Hm!... To chyba są przedwczesne obawy, to jeszcze niewinne, puszek brzoskwiniowy. Tamten Lorkę chwali? Znam się na tym, nie tam idą słowa, dokąd idą oczy. Ja śledzę właściwy kierunek zapałów panicza.

Zaśmiał się długo, ironicznie. Echo porwało ten śmiech i niosło go, przedrzeźniając w głąb parku. I oto nagle spadło na Kościeszę odległe wspomnienie zmarłej Izy; jej blada, piękna twarz krzywiła się z przykrością, gdy on się tak przy niej śmiał, usta zaś szeptały: "Śmiejesz się jak puszczyk". Ta mała jest do matki podobna. Te same oczy czarne, czarne rzęsy; ten sam uśmiech na drobnych wargach, i głos ten sam, i usposobienie.

- Iza... Iza... ha! Minęła, znikła.

Co ginie, to nie powraca. Czyżby Iza powrócić miała w tej małej?

Kościesza z irytacją zgniótł cygaro, rzucił daleko od siebie i patrzył jak gasło powoli, jak bladła kropla czerwonego żaru w ciemnościach nocy.

Tak gasły oczy Izy, tak błyskały resztą dawnych ogni, gdy na parę godzin przed śmiercią Iza powierzała Annę jego opiece: "Twemu sumieniu oddaję dziecko. Nie skrzywdź jej, Teodorze".

Mężczyzna zerwał się z ławki.

Głos Izy wydał mu się tak plastyczny, jakby za nim stała. Przykra była mu teraz ta noc głucha dokoła i nawet słabe przędze światła księżycowego, przenikające przez gąszcz liści, straszyły jego wyobraźnię. Wcisnął kapelusz na czoło i szybkim krokiem jął się oddalać w stronę domu.

A duch zmarłej, który unosił się dziś nad tą samotną ławeczką, echa swe budząc, gonił za Kościeszą ponurym szmerem dawno wypowiedzianych słów na ziemi:

"...Sumieniu twemu polecam dziecko, Teodorze".

Wiatr szarpał drzewami i smagał twarz Kościeszy, uciekającego do domu, jakby był ścigany. Bał się echa słów Izy, bał się widoku jej oczu błagających, bał się czarnej głębi nocnej.



VII

Ta kartka

Lato dobiegło końca.

Przyroda witała jesień sytą, pełną dostatków i łakomych obietnic. Ostatnie złote blaski słońca przyświecały ludziom, ale zapowiedź rychłych słot sunęła już po niebie coraz mglistszym, niby usypiające z wolna oko pogody.

Życie w Turzerogach płynęło monotonnie. Andzia z pomocą panny Eweliny zajęła się szczerze szkółką i ochronką dla dzieci wiejskich. Pragnęła jeszcze założyć szpital, lecz tu Kościesza opierał się, pomimo obietnicy.

- Nie dość, że się chamy uczą i bawią, jeszcze ich będę leczył?Andzia nie mogła wywalczyć tego. Prócz filantropijnych zajęć kształciła się sama i z pomocą nauczycielki. Poza tym interesowała się gorliwie Smoczewem, wpływając na ojczyma i na rządcę turzerogskiego, pana Kadłubka, aby folwark ciotki Malwiny obsłużony był, jak trzeba. Sama zaglądała tam bardzo często i z radością oddawała ciotce pieniądze za kartofle i buraki, wykopane prawie pod jej nadzorem.

Andzia stała się opiekunką i lektorką matki Jasia. "Posiedzenia litarackie", jak to określał Kościesza, były dla pani Smoczyńskiej jedyną pociechą w jej ciężkich myślach, listy zaś od Jasia jakby głównym celem jej życia. Do listów tych wzdychała, wpadając w rozpacz, gdy poczta nie przyniosła jej upragnionej koperty. Nie odczuwała pomimo to w słowach syna jego duszy, nie umiała czytać pomiędzy wierszami. Za to Andzia posiadła prędko tę sztukę i łatwo doszła do przekonania, że Jaś cierpi nie tylko duchowo, ale że doskwiera mu bieda. Jakkolwiek do niej wcale nie pisywał w obawie nowej przykrości ze strony Kościeszy, pomimo to Andzia postanowiła rzecz zbadać i coś zaradzić. Dziewczyna czekała świąt Bożego Narodzenia, tymczasem święta nadeszły, ale Jan nie przyjechał. Wytłumaczył się przed matką listownie brakiem czasu, bo podczas ferii świątecznych postanowił pracować. Andzia domysły swe wyznała pani Malwinie, skłoniwszy ją do wysłania Jasiowi pewnej, niedużej zresztą kwoty, jako podarunek noworoczny. Do Jasia napisała sama, prosząc, aby ją zawsze uważał za siostrę i pisywał jak do siostry. Spotkał ją zawód. Jaś odpowiedział jej wprawdzie, ale listem suchym i bardzo ogólnikowym, lecz projektu korespondencji nie poparł ani jednym słówkiem. Pierwszą gorycz swoją Andzia zniosła z przykrością, w przystępie żalu poskarżyła się przed Kościeszą. Ogarnęło ją zdumienie, gdy ojczym zaśmiał się rubasznie i zawołał:

- Ha! Boi się mnie smarkacz, dałem mu dobrą naukę!

- Jak to, czyżby to ojczymek zabronił Jasiowi pisywać do mnie?

- Nie zabroniłem pisać, lecz dałem mu raz do zrozumienia, że... no, rozumiesz.

- Nie, ojczymku, nic nie rozumiem.

Kościesza zaśmiał się i, całując ją, rzekł wesoło:

- Wytłumaczyłem chłopczykowi, że ty... nie jesteś dla niego.

Bezmierne zdumienie i oburzenie owiało Andzię. Gniew, żal zatamował jej mowę. Teraz zrozumiała Jasia, jego chłód wobec niej, przez łzy spojrzała na Kościeszę i prędko wybiegła z pokoju. W sercu dziewczyny zrodziła się nieufność do ojczyma, nawet pewien lęk i tego ukryć nie potrafiła.

Coraz bardziej stawał się dla niej niezrozumiały. Tym bardziej, że nie domyślając się właściwych uczuć Jasia wobec siebie, nie mogła pojąć srogości ojczyma. W umyśle jej zakiełkowało wątłe przeczucie, że Jaś ją kocha i że Kościesza to wykrył, lecz natychmiast pozbyła się tej myśli, jako wprost niemożliwej. Jaś, kuzyn i towarzysz od najmłodszych lat, nie mógł przecież kochać jej inaczej, niż ona jego, to jest czysto braterskim uczuciem. Lecz widocznie i to nie podobało się Kościeszy.

W tych warunkach, w jednostajnym trybie życia mieszkańców Turzerogów krótkie dnie zimowe mijały monotonnie. Wieczór gromadził wszystkich w dużej sali stołowej, gdzie na ogromnym kominie staroświeckim palił się stały ogień, przy stole zaś Andzia lub korepetytor Bronowski czytywali głośno pisma i książki.

Lora wpatrywała się w ogień na kominku, często w zakochane oczy Bronowskiego. Januszek rysował zawzięcie, a stary rządca, pan Kadłubek, drzemał sobie dobrodusznie albo wycinał z papieru żołnierzy dla Janusza. Kościesza bywał rzadkim gościem na tych wieczornych posiedzeniach, nie był też oczekiwany. Pykał głośno z cygara podczas czytania i chmurnym wzrokiem mierzył obecnych. W trakcie zaś najciekawszego rozdziału, czy też dysputy, pan Teodor wpadał z takim na przykład pytaniem:

- Dlaczego Andzia nosi włosy upięte na głowie, zamiast je spuszczać w warkocze? Tak o wiele ładniej i stosowniej.

Albo:

- Panie Kadłubek, wleź pan cały w komin, to będzie lepiej, po co półśrodki?

Często przedmiotem jego zaczepek bywała pani Malwina, praktykant lub korepetytor. I tak:

- Nie pojmuję kobiet, robiących wiecznie szydełkiem, cóż za bezmyślność! Pani jest jak Penelopa, z tą różnicą, że oczekuje na synala zamiast na męża, ale to się chyba również pruje po nocach, bo zawsze tyleż tej kapy, czy dery, nic nie postępuje robota...

- To nie jest derka, tylko dywan do kościoła - odpowiada matka Lorki z dąsem.

- Dywan? A to coś nowego! Moje konie mają ładniejsze derki. Panie Bronowski, niech pan uważa na malca, pędzel z farbą macza w ustach, truje mi pan chłopca przez te banialuki literackie.

Gdy Kościesza spostrzegł zachwycony wzrok korepetytora, utkwiony w twarzy Lorki,natychmiast następowała uwaga mniej więcej taka:

- Pan Roman zapomina, że jutro trzeba być trzeźwym przy nauce, wszelkie roztkliwiania są dla pedagoga niestrawne.

Pewnego dnia zwrócił się wyłącznie do panny Eweliny:

- Pani zaprowadza u mnie w domu zwyczaje republikańsko-socjalistyczne: wspólne czytania, ogólne głosowanie. Ja tam jestem rojalistą i konserwatystą.

- O tak, i samowładcą - wyrwało się Andzi.

- Co przez to rozumiesz? - spytał zimno.

- Że ojczyk jest zwolennikiem feudalizmu i jako taki bywa często srogi i bezwzględny.

- Zgadłaś! Bo siłę i moc uznaję przede wszystkim; siła to puls życia...

- Siła serca i uczuć, siła charakteru, lecz nie siła przemocy - wtrąciła panna Ewelina.

- Serce i uczucia są to babskie łachy, którymi się zawsze zasłaniacie, mężczyźni mają inne zadania, prawdziwi zaś geniusze, ludzie wielcy, przeważnie posiadali tylko siłę.

- Jakie to szczęście, że pan nie jesteś ani geniuszem, ani wielkim! - zawołała Lorka.

Wszyscy uśmiechnęli się dyskretnie.

Kościesza popatrzył na nią oczyma wieloryba, ale nic nie odrzekł.

Podczas jednego z takich wieczornych posiedzeń nagle w otwartych drzwiach od sieni stanął Olelkowicz. Pierwsza spostrzegła go Andzia. Gorąca krew oblała jej policzki, zerwawszy się, powtórzyła kilkakrotnie radosny okrzyk:

- Pan Andrzej! Pan Andrzej!

Podbiegła do niego i wówczas dopiero ogarnął ją wstyd; wszyscy patrzyli na to ze zdziwieniem. Olelkowicz witał ją pierwszą z twarzą jasną, wesołą.

Przybycie jego o tak niezwykłej porze zdziwiło wszystkich. Podczas gdy młodzieniec witał zebranych, Kościesza patrzył nań wcale nie uprzejmie, z wyraźnym pytaniem: "Co cię tu sprowadza?"

Olelkowicz rzekł:

- Wyjechałem z Prokopyszcz w południe, licząc już na złe drogi, ale one przeszły nawet moje oczekiwanie, przy tym śnieżyca i odwilż to tak jakby kąpiel w przerębli, ale...

- Nie ma złej drogi... - podchwycił praktykant Bronowski patetycznie...

- A tak! Panno Loro, jaki to koniec tego przysłowia? - spytał Andrzej dziewczynę z lekkim umizgiem.

- Do swej niebogi - odrzekła Lorka wyzywająco, podczas, gdy Olelkowicz rozweselony skłonił przed nią głowę.

Kościesza, obserwujący młodzież, zauważył, że Andzia zakręciła się jakoś bezcelowo po pokoju, po czym zaczęła energicznie usuwać książki ze stołu.

Podawano kolację. Przez cały wieczór była nieswoja, trzymając się stale obok ciotki Smoczyńskiej. Olelkowicz bawił Lorkę, dogadywał Bronowskiemu, ciesząc się jakby z jego wściekłości, za to zajmowanie się Lorką młodego pana.

Po wieczerzy Andrzej ofiarował się czytać głośno. Ale Lorka nie chciała lektury, dość jej ma na co dzień. Zaproponowała zabawę w sekretarza. Sama będąc mistrzynią w tej grze chciała zebrać obfity plon czułych kartek od młodzieży, od Olelkowicza w pierwszym rzędzie. Jakoż kartek pod jej adresem było mnóstwo: z tryumfem spoglądała na kilka zaledwo papierowych zwitków, leżących przy Andzi.

Nagle spostrzegła, że Tarłówna jedną kartkę zręcznie w dłoni zgniótłszy, wsunęła w rękaw bluzki, że była przy tym trochę zmieszana, nienaturalnie zarumieniona i że z roztargnieniem odpisywała na pozostałych kartkach.

Lorę to zaintrygowało. Przy głośnym odczytywaniu pytań i odpowiedzi spytała Andzię obcesowo, dlaczego jedną kartkę pominęła milczeniem.

Tarłówna poczerwieniała jak krew, zaczęła coś bąkać, wykręcając się.

Olelkowicz siedział zatopiony w książce, także zmieszany, ale gdy natarczywość Lory nie ustawała, rzekł opryskliwie:

- Szczególna jest taka kontrola cudzych kartek. Pani ma duże zdolności śledcze, panno Loro.

- A z pana za to bardzo niezręczny podsądny - odcięła się - gdyż teraz sam się pan wydał, że kartka... schowana jest pańskim utworem.

- Więc gdyby nawet tak było; skoro pisana jest tym razem do panny Anny...

- W takiej zabawie nie powinno być sekretów, wszyscy mogą czytać otwarcie, co kto do kogo napisze.

- Pani wydaje prawa, lecz sama je pomija. Miałem dowody...

Panna Ewelina starała się spór załagodzić, gdy wtem Kościesza rzekł zimno:

- Jestem zdania panny Lorci. Kartek się w sekretarzu nie chowa.

Jego wzrok żelazny uderzył nieprzyjemnie w oczy Olelkowicza, ale ten nie stropił się, widząc zaś przykrość na twarzy Andzi, postanowił rzecz zbagatelizować. Żartował, przedrzeźniał się z Lorką, czytając już głośno na nowo pisane kartki, nawet z wymianą adresów. Nie zdołał jednak rozchmurzyć panny Smoczyńskiej, widocznie na niego obrażonej.Chłód gospodarza domu mroził go, tylko ironiczne oczy Bronowskiego wprawiały go w lepszy humor.

Wieczór wlókł się niesympatycznie. Wtem Kościesza dał hasło do spania, nie zapraszając na noc Olelkowicza.

Andzia spojrzała na ojczyma z niemym wyrzutem. Udał, że tego nie widzi. Andrzej natomiast z najwyższą swobodą wydał polecenie służącemu, by zaprzęgano jego konie. Gdy zaś panna Ewelina szepnęła do Kościeszy, aby go zatrzymał, Andrzej usłyszał jego odpowiedź, dość głośną, która go uświadomiła, o co chodzi.

- To zbyteczne, może jechać.

Nauczycielka zbladła, panny pokraśniały, zaś pani Malwina mruknęła końcem warg:

- Cóż za gbur.

Wszystkim zrobiło się przykro, lecz Olelkowicz nie wytrzymał, ukłonił się sztywno Kościeszy, w głosie jego zadrgał żart przy ironii i obrazie, gdy wyrzekł:

- Ma pan słuszność, mogę jechać i pojadę.

Po czym bardzo serdecznie pożegnał panie i obecnych mężczyzn. Gdy zbliżył się do Andzi, ona usunęła się na bok, poprawiając ogień na kominie. Podali sobie ręce. Olelkowicz szepnął cicho:

- Dziękuję pani za... dyskrecję.

- Tym tylko pana naraziłam. To wszystko moja wina.

- Nie, to właśnie jest dla mnie nagrodą. Tego pragnąłem. Czy pani w tym wytrwa?

- Tak.

Silnie jej rękę uścisnął, z żywym blaskiem w oczach. Pobieżnie pożegnał Lorkę i wyszedł.

Za chwilę brzęk janczarów rozległ się za oknem.

Rozeszli się wszyscy w niemiłym usposobieniu. Andzia niepostrzeżenie wybiegłapierwsza; dopadła ją Lorka, zdyszana i gniewna.

- Pokaż kartkę, pokaż zaraz kartkę!

Tamta wyprostowała się jak struna.

- Nie pokażę nigdy, rozumiesz! - wybuchnęła z pasją.

- Dlaczego?...

- Bo nie chcę!

- Ojczymkowi pokazać musisz; nawet pannie Ewelinie. Oni zażądają...

- Czy ty ich do tego skłonisz, Lorko?

Smoczyńska zająknęła się.

- Ach! Jak wybornie zrobił twój ojczymek, że zlekceważył tego... bałamuta.

Tarłówna milczała; milczała już na wszystkie zaczepki Lory i na jej żarty.

Lecz gdy noc zapadła i Lorka zasnęła, Andzia cichutko opuściła łóżko, w bieliźnie, boso skradając się jak kotka, wśliznęła się do łazienki, obok sypialni. Tam, w wannie, zapaliła mały ogarek świeczki, usiadła w kucki na zimnym metalu i ze wzruszeniem rozwinęła zgniecioną kartkę Olelkowicza.

Czytała pisane ołówkiem, zamazane już trochę słowa:

"Jestem pod twym urokiem od pierwszego spotkania... Czy pamiętasz? Na Krasnej Duszohubie? Nie wierz pozorom, które do czasu zachowane być muszą. Jeśli jeszcze nie rozumiesz dlaczego, ufaj mi, z czasem zrozumiesz sama. Twój A."

Andzi serce biło radosnym tempem w dziewczęcej piersi. Więc jego zajęcie się Lorką, to tylko pozór konieczny, ale dlaczego, co go do tego zniewala?

Oto dziś, przed godziną, mogła zrozumieć; niechęć ojczyma aż nadto wyraźnie objawiona Andrzejowi, niegrzeczność względem gościa, to tłumaczy wszystko.

Andrzej odgadł, że Kościeszago nie lubi. Ale za co?

Tarłówna przypomniała sobie parę faktów, świadczących wyraźnie o tej niechęci. I oto stanęła po raz pierwszy przed zagadką niewytłumaczoną dla niej. Ojczym wydał jej się nagle siłą potężną, groźną; on sam mówił, że wierzy tylko w siłę, uczucia lekceważy, serce i uczucie są to "babskie łachy", jedynie siła jest prawem. Czyż siła wszystko może? Jest niegościnny... pozwala gościa wypędzić z domu w nocy, w zamieć śnieżną, w bezdroża, skazując go na kilkumilową podróż. To jest wszystko siła?...

Nasunęły się wspomnienia. Andzia wyłowiła z nich fakty, że Kościesza zawsze był łaskawy dla Olelkowicza, gdy ten przestawał z Lorką, ach, nawet bywał wesół, dopomagał Lorce do kokietowania Andrzeja. W jego nieobecności żartował z Lory, że zbałamuciła "kniazia na Prokopyszczach" i że zostanie najpewniej "kniaziową", że zaś jest energiczna, więc będzie z niej z czasem druga "Kniachini Kurcewiczowa w cycowej spódnicy i jałowiczych butach". Lorka się niby gniewała za te porównania, ale naprawdę Andrzeja uważała już jako swego konkurenta.

Andzia była pewną, że Olelkowicz zajęty jest Lorą. Ogarniał ją niepokój, gdzieś pod sercem zbudzony, jakby odległy odgłos szumu skrzydeł anioła, zwiastującego jej istotną prawdę. Radosny skurcz w sercu, odczuwany za każdym razem, gdy Andrzej przyjeżdżał, był dla niej również niepokojącym objawem. Po wybuchu szczerości karciła się zawsze, szczególnie widząc Olelkowicza przy Lorce. Wszystkie swe odczucia i drgnienia duszy, wszystkie najistotniejsze, jeszcze nie skoncentrowane myśli i marzenia o nim Andzia kryła zazdrośnie, wbrew swej naturalnej szczerości. Teraz słowa jego, jego wyznanie wyrwało z jej duszy prawdę; anioł zwiastun nadleciał i olśnił ją czarem swych piór cudownych. Spotęgowała się w niej od razu moc ukryta, głucha dotychczas, niewyraźna, lecz już żyjąca. Nie umiała jeszcze nazwać tych uczuć; słowo - kocham owiewały różowe mgły, tak niewinne, a cudownie rozsnute, takie tajemnicze. Nie mówiła sobie nawet, że on ją kocha, nie, to słowo było jej zbyteczne do określenia odczuwanego szczęścia i słodyczy rozlanej w sercu jej obfitą kaskadą. Było jej jasno, ciepło, promieniście.

On to samo teraz odczuwa; i jemu ta dziwna błogość wypełniła serce słodyczą, wonią przedziwną. Tylko on jedzie po okropnej drodze, zatopiony w ciemnościach i słocie. Wśród skowytu wichru dzwonią przygłuszone janczary, słychać bicie jego serca dla niej, dla Andzi.

Więc nie dla Lory?...

Duma i tryumf ozwały się w niej po raz pierwszy z żywiołową mocą.

Z nadmiaru radosnych strun duszy, chciała biec, zbudzić Lorę, szarpać ją i wołać jej do ucha: "Pan Andrzej mój, mój, mój!"

Ach, rzucić Lorce jego kartkę, wszystkim ją pokazać, niech wiedzą, niech i oni będą świadkami jej szczęścia, niech się z nią razem cieszą. Po co to ukrywać?...

Zadźwięczały żałośnie w uszach Andzi janczary sanek Olelkowicza; sam jeden wśród borów w zawiei śnieżnej. Wygnany na niepogodę i noc... za tę kartkę, którą ona do ust tuli, za to wyznanie, którego nikt z nich wszystkich nie zna, nawet nie wiedzą, co on tam napisał, a jednak już za to ojczym obszedł się z nim jak z natrętem. Cóż by się stało wówczas, gdyby szczerze wyznać wszystko i jego słowa dać do czytania ojczymkowi, Lorce?

Lorce? Za nic!

Zresztą on sam mówił, żegnając się z nią, że ukrycie tej kartki to dla niego nagroda, pytał, czy ona w tym wytrwa, zatem to konieczne, on ją ostrzegł, by nie zdradziła tajemnicy, widocznie przeczuwa, że lepiej jeszcze się ukrywać. Może i lepiej, ale to takie trudne, a przy tym pragnęłaby podzielić się szczęściem z kimś bliskim, mówić o tym, zamiast się kryć, jak ze zbrodnią.

- Komuż powiem? - westchnęła Andzia. - Ojczymkowi? Boję się! Ten jego straszny, biały wzrok, jakim patrzał dzisiaj na Andrzeja.

Zadrżała, ujrzawszy w swej wyobraźni wizję oczu matki, paliły ją otchłanną szarością, zdawały się ją głaskać, pieścić słodko, ale... były martwe. Są one pomnikiem w pamięci córki wyrytym; dobre, kochane wspomnienie, ale wieje od nich dziwny chłód, jakby od płyt marmurowych i zawsze są takie żałosne.

Andzia zapragnęła ciepła i wesela dokoła siebie, więc oczy matki ziębiły ją, przerażając trochę.

- Już wiem!... Panna Ewelina! Zacna, kochana Lincia. Jej wyznam wszystko i kartkę pokażę. On to zastrzegł, ale myślał pewno o Kościeszy i Lorce - rozumowała dziewczyna.

Uspokoiła się. Duszyczka jej wiośniana nie mogła znieść takiej nieszczerości.

- Panna Ewelina jest dla mnie jakby matką i żyje - myślała Andzia?

...Ludzie umarli nie rozumieją żywych, bo oto i matka, na jej pierwsze szczęście w życiu, patrzy spoza grobu oczami takimi, jakby głaszcząc straszyła zarazem.

- Czyżby i mama nie chciała Andrzeja dla mnie? - błysnęła naiwna myśl Andzi.

Wtem usłyszała szmer w sypialni. Prędko zgasiła świeczkę, wysunęła się z wanny i teraz dopiero poczuła przykry dreszcz. Ciało miała zziębnięte, niby lodem obłożone. Cicho stanęła przy drzwiach, odchyliła je.

W szarym mroku osnuwającym pokój ujrzała Lorkę w bieliźnie, zbliżającą się do jej pustego łóżka. Stanęła obok pościeli i wyszeptała:

- Andziu, śpisz?...

Cisza.

Kołdra była zarzucona na poduszkę, ten szczegół zmylił Lorkę.

- Andziu! Aniu! - zawołała głośniej.

Cisza.

- Czego ona ode mnie chce? - pomyślała za drzwiami Tarłówna.

Odpowiedź miała natychmiast. Lorka cicho i zręcznie wsunęła rękę pod poduszkę, szukając czegoś. Ale niezwykła lekkość pościeli i jej chłód uprzytomniły jej, że łóżko jest puste. Odskoczyła, rozglądając się po pokoju. W tej samej chwili Andzia weszła. Spotkały się i patrzyły na siebie.

- Czemu nie śpisz?

- A ty gdzie byłaś? Zamiast także spać! Już wiem, ty w łazience pisałaś list do Olelkowicza. Rozumiem! Dziwię się tylko, że wierzysz komplementom, które ci pewno nabazgrał w tej kartce. W sekretarzu wolno wszystko pisać, nikt tego na serio nie bierze. Chyba ty?... Do ciebie pisze dusery, a przy mnie ciągle siedzi.

- Pozory, pozory - szeptała Andzia, otulając się kołdrą.

Lecz gdy Lorka nie przestała dogadywać jej, trzepiąc bez przerwy o Andrzeju i o tym, jakie on jej mówił czułości,zniecierpliwiona Tarłówna rzekła wreszcie:

- Moja droga, ja ich pod twoją poduszką nie szukam, nie ciekawam!

Lorka umilkła, lecz Andzia odgadła, że zdławił ją wstyd.



VIII

Kulig

Mróz. Śnieżna, puszysta, biała przestrzeń zasnuta lekką mgłą, z lotnego szronu utkana. Słońce, niby zawoalowane oblicze bóstwa, prześwituje poprzez mętną powłokę nieba połyskiem matowym srebra. Dokoła polarny krajobraz. Zatracone pod śniegiem wioski chat i kurnych lepianek znaczą się tylko szarym dymem, rozmotanym nad nimi. Wszędzie śnieg i śnieg, potworne zwały jego tworzą miejscami niskie łańcuchy gór i nagłe rozpadliny, sztuczne parowy, lub śnieg ułożony płasko na polach jak miękki dywan strzyżony, o niezmiernym połysku i bogatej, przeczystej, choć martwej barwie. Biel oślepiająca, taki zaś spokój świąteczny, taki zastój życia, taka obumarła a wszechpotężna wielkość majestatu zimy. Zastygła w letargicznym śnie ziemia, śpi beztroska i obojętna, potężna świątynia życia, poczynania i śmierci, zaklęta w głaz. Martwo również pobłyskują straże niebios, oprzężone sinawym mrozem. Fioletowo-szary ton przenika wszystko, nasiąka nim dyskretnie śnieg, nabierają go na swe pióra przelatujące cicho kruki i kawki, sinym refleksem omaszczone są trzy piękne konie, kasztany, biegnące w szpic ostrego kłusa przed małymi saneczkami o strojnym wyglądzie. Dzwoniły rozgłośnie brzękadła uprzęży. Na przednim rumaku, idącym z fantazją, siedzi młody kozak, wypędzony z kozła, gdyż powozi sam Olelkowicz. Stojąc,zwrócony jest profilem do Andzi i Lory, które opatulone na siedzeniu rozmawiają z nim bez przerwy.

W dużej odległości za nimi suną jeszcze jakieś sanie. Oni mówią po francusku, skrępowani obecnością kozaka.

- Jak to dobrze, że pan przyjechał i zabrał nas na spacer. Pan Kościesza był zielony z powodu pańskiej propozycji kuligu - rzekła Lora. - I co mu to na przykład szkodzi? Przecież chyba się nie obawia, że pan nas zje? Gwałtem chciał nam wpakować pannę Ewelinę. A może myślał, że pan nas wykradnie?...

- Kiedy zazwyczaj wykrada się tylko jedną, nie dwie od razu - odrzekł Andrzej, błysnąwszy uśmiechem.

- Jakby pan miał harem w Prokopyszczach, to byśmy się obie przydały, co?... Ciekawa rzecz, która by była u pana pierwsza? Ja bym tam odaliską[5] długo nie chciała być. Ho! ho!

- Zaczynam żałować, że nie jedzie z nami panna Ewelina - zgorszyła się Andzia.

- Ech! Bo ty jesteś święta!

- Pani za to, jak widzę, wybornie zna wszystkie stopnie haremowych zaszczytów.

- Znam. U pana Kościeszy jest w bibliotece taka książka o haremie, czytałam ją dziesięć razy. Cudowna! wykradnę ją i panu pożyczę.

- Ja wcale nie mam zamiaru zakładania haremu; brak mi muzułmańskich skłonności.

- A ja słyszałam, że każdy młody pan, zanim się ożeni, a czasem i po ślubie, ma taki swój haremik, tylko rozproszony, to tu, to tam.

- Ej, panno Loro! Pani za dużo wie.

- Ja wszystko wiem i wcale się tym nie martwię, a pan też niech nie udaje skromnego, nawet przed Andzią, bo ja już jej dużo powiedziałam.

- Ostrożnie! Zaspa przed nami - zawołała Tarłówna, zmieszana tą rozmową, chcąc przerwać ją nareszcie.

- Hej! Daniło, przejedziem?!

- Peredremsia, jasny panie! Wio, kasztan! Wio!... - odkrzyknął kozak.

- Ładny ten pański foryś i tak mu dobrze w tym kołpaku. Andziu, patrz... toniemy.

Rumaki wpadły w zaspę po same uszy, Daniło schował się także, ale zachęcał konie krzykiem. Szły nieustraszenie, jak lewiatany[6], prując spiętrzone bałwany śniegu. Chrapały, parskały głośno, wyrzucając łbami. W chmurze rozpylonej białej zaspy płynęły, zda się, jak w morzu, roztrącały piersią zwarte piany i brnęły coraz głębiej. Saneczki wrzynały się ostro płozami w nabity śnieg, sunąc cicho na dnie śnieżnej kotliny. Często ze ścian białych, po obu stronach sanek utworzonych, padały wielkie kłapcie, zasypując jadących.

Rozełkały się jękliwie przytłumione śniegiem janczary.

- Wio, kasztan! Wio! - powtarzał Daniło swój okrzyk. - Kołyb tuju zaspu trastia mordowała! Wieho!...

Panny stanęły w sankach, całe zasypane śniegiem. Andrzej podał rękę Handzi, bojąc się, że upadnie, w drugiej trzymał lejce mechanicznie, wskazując kierunek kozakowi. Patrzył na Andzię z chciwością, tęsknymi oczami. Była mocno zaróżowiona, usta jej płonęły świeżą barwą, oczy gorzały młodością i zaciekawieniem. Cała twarz ujęta w ramkę fokowego kołpaczka i takiegoż kołnierza wydawała się szczupła, delikatniejsza niż zwykle, i jeszcze dziecinna. Czarne promyki włosów opadłe aż na aksamitne brwi, przypylone śniegiem, tworzyły cudne obramowanie jej ogromnych oczu. Odczuła jego wzrok, spojrzała i zatopili w sobie źrenice we wspólnym, uroczym zachwyceniu. Wypowiadali oczami słowa tajemne, na dnie ich dusz zrodzone słowa upojne. Zwierzyli sercom swym uczucia tęskne i rwące się do siebie jak dwa ptaki białe w pogodny ranek majowy, jak rozkoszne, miłosnym powiewem chylące się ku sobie dwa kwiaty. Oczy jej stawały się coraz bardziej świadome uczuć, dotąd nie uplastycznionych, nabierały w czarne głębiny tyle marzeń, tyle rozkosznych obietnic, że omdlewały pod natłokiem zwierzeń serdecznych. Wówczas żarem paliły źrenice Andrzeja, pełne zaborczej a słodkiej pieszczoty, niewoliły ją ku sobie, brały ją we władanie, hipnotyzując magiczną, wszechwładną mocą męskiej woli, pragnień pożądliwych.

Jej rzęsy zaczęły drżeć leciuchno, niby skrzydła jaskółki spłoszonej, opadały z wolna, kryjąc urok poddańczych jej oczu, omdlonych z nadmiaru cichej, lecz tak wymownej rozkoszy. Andrzej czuł, że ona jest już jego, że staje się duchową jego własnością, wsiąka mu w serce gorącym płomieniem i przepala je, bierze jej duszę na własność, oddając mu się całą istotą dziewiczą; dreszczem szczęścia ust niewinnych, rozchylających się dla niego, jak kwiat, słodyczą nieziemską przepełniony; z dziecinną jeszcze ufnością i wiarą, z wejrzeniem źródlano-czystym, w którym kobiecość zapala już płomień przyszłych namiętności, szałów, wskrzeszonych potęgą pierwszej miłosnej ekstazy. W pewnej chwili Andrzej, niebaczny już na nic, uniesiony prądem bezpamiętnym wielkiego kochania, pochylił się do niej gwałtownie z szeptem gorącym:

- Moja ty, moja rozkoszy!...

Męska dłoń jego ścisnęła mocno ukrytą w niej rękę dziewczyny.

Owiały ją te słowa wichrem rozpalonym, bezwiednie pochyliła się także ku niemu słodka, cicha, mrużąc przepaściste, olśnione oczy.

Wargi jej rozwinęły się uśmiechem, różowe ich pąki, przygotowane do pocałunku, drżały leciutko, jakby miały zaraz zaszemrać słowa pieszczotliwe.

Olelkowicz, natchniony jej urokiem, pochylił się jeszcze bliżej, oddechem drżącym musnął jej twarz, rękę pochwycił zupełnie, schował w swojej...

Nagle konie stanęły. Jednocześnie rozległ się okrzyk Daniła.

- Ne peredremsia, jasny pane, zaspa hłuboka i ważka jak smetana.

Lora bluznęła śmiechem cynicznym, upadła na siedzenie, zanosząc się spazmatycznie:

- A to się państwo zacietrzewili! Podziwiam Ankę!... Ja bym już pana wycałowała. Ha! ha! A ci tylko patrzą i patrzą. Dopiero mi wielka rozkosz!...

Tarłówna oblała się rumieńcem purpurowym i usiadła w milczeniu. Olelkowicz, strapiony, omotał lejce o poręcz kozła i skoczył w zaspę. Zniknął w niej na chwilę.

- Jezus, Maria! - krzyknęła Andzia. Lora zawołała, śmiejąc się:

- Wybornie! Znakomita kąpiel po miłosnych zapałach. To pana ochłodzi i wówczas może wyratujemy się z tej toni śniegowej.

Tarłówna spojrzała na nią z wyrzutem:

- Lorka, przestań! Takaś nieznośna...

- Dobra sobie! Myślisz, że ja mogę cierpliwie siedzieć i patrzeć na wasze kochanie się oczami? Także szczególny sposób! Ja nie jestem panną Eweliną, żeby być tylko plastrem przyzwoitości, w dodatku przy tak pięknym chłopcu, jak ten Jędrek.

- Lora!

- Czego się złościsz? Żeby choć Daniło był na koźle, wcale ładny kozak.

- Dajże spokój! Co ci w głowie?...

Lorka zaczęła wołać głośno:

- Panie Andrzeju, niech pan tu przyśle Daniła, bo ja się nudzę, a pan niech siada na konia. Daniłku, hody tutki!...

Andzia zeskoczyła raptownie z sanek.

- Co robisz?!

Lecz Tarłówna, brodząc po kolana w rozkopanym śniegu, szła naprzód do Andrzeja, oburzona i drżąca. Podbiegł żywo do niej.

- Co pani robi! Zamoczy pani nogi i zmarznie! Niechże moja... złota pani wróci do sanek, proszę serdecznie - rzekł ciszej.

- Wyjedziemy z tej zaspy?

- Ależ zaraz, tylko się konie wysapią. Chodźmy, otulę futrem nożyny, bo już pewno skostniały.

- Nie, nie, jeszcze trochę, tak miło tu w tych puchach.

Olelkowicz raptownie chwycił ją w ramiona, uniósł z ziemi jak dziecko, przytulił do piersi i, idąc do sanek, dotknął nieznacznie ustami jej włosów przy skroni.

Cichy szept:

- Kochasz?...

- Tak!

- Ja szaleję!...

Po czym zawołał głośno:

- Tak się robi z nieposłusznymi pannami! Ot tak! Na siedzenie! Teraz proszę tupać, żeby otrzepać nogi ze śniegu. Tak, doskonale! (Andzia tupała zawzięcie ze śmiechem.) Teraz siadać, okryję nożęta i ani mru-mru! Panno Loro, proszę się nie odkrywać, bo będzie źle!

- Czy i mnie by pan tak poskromił, jak Andzię?

- Zapewne.

- I niósłby mnie pan tak samo czule na sanki?

- Hm! Nie wiem.

- Ee! Jak nie wiem, to słaba nadzieja, nie warto próbować. Ale zaimponował mi pan siłą! Tak bym się zaraz przytuliła... lubię takich... tęgich, aż miło chłopców.

- Jedut pany z Turzerogów! - zawołał Daniło.

Obejrzeli się. W białej czeluści zaspy zaczerniły się wielkie gniade bachmany turzerogskie, nad ich zaś głowami widniała potężna figura stangreta, Nicyfora, w czarnych liberyjnych baranach i złotych guzach, w ogromnej futrzanej czapce na brodatej głowie!

- Stój! Stój! - zawołał Olelkowicz.

- Ich by w pierod jasny pane, takie tury, zaspu w mig by rozorały, to czorty, nie konie, to nie nasze lalki landszaftnyje, naszych szkoda - ubolewał kozak.

Korepetytor i Januszek zeszli z sań, kopali się do pająka uwięzłego w lodowcach. Bo tak Bronowski nazwał eleganckie saneczki, podchodząc do panienek.

Panna Ewelina wychyliła głowę, omotaną w chustki, spoza olbrzymiej figury stangreta i wołała przerażonym głosem, że dziewczęta pewno pomarzły, żeby Januszek wracał natychmiast, bo za wiele śniegu, Andzia żeby się nie przeziębiła. Na to Lora odkrzyknęła z impetem:

- Niech się pani o Ankę nie troszczy, ja prędzej zmarznę, bo mnie nikt nie ogrzewa.

Bronowski spytał Andrzeja:

- Po licha pan jechał w taki nabój śnieżny, toż to istna pułapka?

- Że ja wpadłem, to nic dziwnego, ale czemu państwo za nami szorowali?

Bronowski uśmiechnął się ironicznie.

- My przecież mamy rozkaz jechać w ślad za wami, rozkaz pana Kościeszy.

- Ach, więc kontrola? Teraz nie żałuję, że was wpakowałem w zaspę. Jeszcze wam jakiego figla wypłatam. Wszyscy na miejsca! Jedziemy - krzyknął wesoło.

- A może naprawdę, niech Nicyfor jedzie przodem - zaproponował Bronowski.

- Nie! My pojedziemy! Za nic nie ustąpię miejsca!

- Janusz, siadaj tu, ja idę z panem Bronowskim. Panna Ewelina chyba nie będzie moją rywalką? - rzekła Lora.

Ale malec zaprotestował.

- Nie chcę! Tato kazał nam jechać za wami, bo mówił, że ten wariat Olelkowicz jeszcze ich gdzieś wywróci, albo zaciągnie na wertepy. Ja się boję.

Andrzej zagryzł usta.

- Janusz uważaj, bo przydepczesz język - mruknął korepetytor.

Chłopak głupkowatym wzrokiem spojrzał na swoje nogi, potem na nauczyciela.

- Pan to też... Sam nie wie co mówi! Ale ja dobrze słyszałem jak tato...

- No... ruszaj na sanie!

- Złota szczerość młodzieńcza! - śmiał się Andrzej do Andzi, zmieszanej w najwyższym stopniu.

- Zdałby się do naszych sanek na moje miejsce - rzekła Lora - ale już by mu wtedy język odpadł na pewno, a pan Kościesza zgubiłby uszy. Miałby co słuchać.

Żartowali rozweseleni, podczas gdy konie na nowo rozpoczęły pracę. Buchały się w śniegu ze zdwojoną energią, bodąc zaspę, szły naprzód raźno, dumne ze swego pierwszeństwa w torowaniu drogi. Pył śniegowy walił dokoła sypką i zimną kaskadą, miotając się na twarze jadących. W zwartej ścianie śnieżnej długi i wąski zaprzęg sunął jak torpeda w spienionych otchłaniach morskich, jak ostry i zuchwały pocisk.

- Jechałabym tak długo, długo - szepnęła Anna.

- Wierzę, ale tylko z panem Andrzejem, beze mnie. Ja bym się też na to zgodziła.

- Czy także ze mną? - spytał figlarnie.

- A tak! - bo my we dwoje z panem, to byśmy nawet te śniegi roztopili.

- Szalona dziewczyna - pomyślał Olelkowicz.

Nareszcie lejcowy koń i kozak wyłonili się z zaspy, kasztan zaczął prychać i potrząsać ślicznym łbem, okurzając się ze śniegu, za nim wypłynęły dwa dyszlowe i wynurzyły się z białej topieli saneczki w kurzawie śnieżnej. Wówczas Andrzej krzyknął na Daniłę i, nie oglądając się na drugie sanie, sunął naprzód rzęsistym kłusem.

- Cije koni pohybnut bez takuju sztuku - desperował Daniło, lecz nikt go nie słuchał.

Wśród pól omroczonych już zmierzchem zimowym pędzili z zawadiacką brawurą, szumnie, z rozdźwiękiem janczarów i świstem płóz po wyślizganym trakcie.

Jak zawierucha z brzękiem i parskaniem wpadli na dziedziniec turzerogski, zatrzymali się przed gankiem, niby hamulcem zatamowani.

Na schodach stał Kościesza. W futrze ciężkim był jeszcze bardziej ogromny jak zwykle, ponury, czarny, robił wrażenie siły wrogiej, złej i jakby zapory.

Przemówił surowo:

- Chciałem już wysłać fornali na odszukanie państwa.

- Czy tak mało pan ufał w moje zdolności sportowe? - wesoło zagadnął pan Andrzej.

- Nie ufam nigdy nikomu - brzmiała twarda i sucha odpowiedź.

Młodzieniec wysadzał panny z sanek, był spokojny.

- No, jednak... w tym wypadku obawy płonne, ani wilków. Ani bandytów... i zresztą opieka w postaci panny Eweliny, pana Bronowskiego, pańskiego syna, Nicyfora, którzy tak dalece czuwali nad nami, że nawet w zaspę podążyli w ślad, bez trwogi, choć mogli ją minąć.

Gdy weszli do sieni, Andzia podbiegła do Kościeszy.

- Ojczymku! Tak było przyjemnie! Pan Andrzej świetnie powozi, ogromnie było przyjemnie! Taki śliczny spacer!

- Tylko za krótki - drożyła się Lora - ja bym tak do północy jeździła.

- Dość tego - wybuchnął Kościesza tonem niespodziewanie brutalnym. - Zabraniam nadal podobnych parogodzinnych eskapad. Panna Lora powinna matki pilnować, którą nie ja będę niańczył. Co zaś się pana tyczy - popatrzał na Andrzeja zupełnie białymi, przerażającymi oczami - to już jest wieczór, przed panem kawał drogi i najwyższy czas do domu, niepraktycznie było konie schlastać, skoro trzeba jechać, innych nie ma na zmianę.

- Ojczymku! - krzyknęła Andzia, szarpiąc go za rękaw z przestraszonym wzrokiem.

Myślała, że jest nieprzytomny.

Olelkowicz pobladł śmiertelnie. Obraza i wściekłość buchnęły w nim płomieniem, oczy zapaliły się jaskrawo, skurcz bolesny zmienił mu twarz, ale spojrzał na Tarłównę i zatrzymał się w jednej chwili. Odrzekł zimno z pogardą:

- Nie liczyłem nigdy na uprzejmość i delikatność pańską, jednak gdyby nie dzisiejszy spacer, jego wspomnienia i obecność pań, odpowiedziałbym panu inaczej. Teraz żegnam.

Chłodno skłonił głowę i podszedł do Andzi. Wziął jej dygocącą rękę, patrząc na jej twarz bladą, zlaną łzami, szepnął wzburzony, ale tak cicho, jak lekki szmer:

- Do widzenia, jedyna, ufaj mi zawsze i... czekaj na mnie...

Kościesza stał opodal jak kat, białe oczy wświdrowywał w Andrzeja z zajadłością. Lorka podeszła prędko, zręcznym manewrem zakryła młodą parę.

- Pan jedzie naprawdę? - spytała cicho.

Olelkowicz był straszny.

- Tak, pani, ani minuty dłużej, muszę ochłonąć... boję się samego siebie...

Prędko niby błysk ucałował palce zmartwiałej Handzi, tak, że nawet Lora nie spostrzegła, podał rękę pannie Smoczyńskiej i spokojnie, z nadludzkim panowaniem nad sobą wyszedł z przedpokoju.

Zdumienie Daniły, którego głos niezwykły pana zawrócił już z drogi do stajen, nie miało granic.

Nie mniej, a może więcej zdziwiony był Bronowski, gdy w bramie, dopiero teraz wracając ze spaceru, mijali zaprzęg Olelkowicza i gdy ujrzał go na siedzeniu. Nad końmi unosiła się chmura dymu, wyglądały jakby zlane gorącą wodą.

- Cóż to, pan sam objeżdża konie, nie wierzy pan kozakowi? Ależ to trzeba wolno i długo.

- Pojadą aż do Prokopyszcz. Odpoczną - usłyszał Bronowski głuchą odpowiedź.

Sanki Olelkowicza znikły za bramą.



IX

Wiosna

Po zmartwieniu ciężkim, jakie przeszła po odjeździe Andrzeja, powtórnie sterroryzowanego przez Kościeszę, zaczęło się dla Tarłówny życie nowe, jakby rozkwit wiosenny.

Uczucie słodkie, niewinne wobec Olelkowicza nabierało mocy, potęgowało się w niej, rosło. Kartka z jego wyznaniem, złożona starannie w malutki zwitek, spoczywała w medalionie złotym pod fotografią matki, który Andzia stale nosiła na szyi. Tam się nikt nie domyśli ukrytego skarbu. Na wszelkie pytania pana Teodora o Andrzeja Andzia była głucha. Do sekretu dopuściła tylko pannę Niemojską. Z tej strony nie zachodziła obawa zdrady. Jedynie jej Tarłówna zwierzała uczucia swe dziewczęce i pierwsze marzenia. Razem z rozkwitem tych uczuć budziła się w niej nieznana dotąd nieufność do ludzi w ogóle, szczególnie zaś do ojczyma.

Imienia Olelkowicza nie wspominano zupełnie w Turzerogach, on zaś nie pokazywał się.

Nadchodziła wiosna. Dni stały się dłuższe, jaśniejsze.

Dziewczyna zaniepokojona, zaczęła tęsknić. Monotonia życia turzerogskiego nużyła ją. To, co dawniej było dla niej zwykłe, nawet zabawne, teraz stało się nieznośne.

Kościesza najczęściej był w kwaśnym humorze, dokuczający wszystkim i śledzący Andzię.

Ją zaś trapiła myśl o Andrzeju. Wyczekiwała zupełnej wiosny i dorocznej wycieczki do Wilczar; tęskniła do borów, do pustyń przepastnych, gdzie świat i ludzie giną z oczu, tylko zostaje roztocz zielona, wonna, dywanem rozpięta na ziemi, w górze w cudne wachlarze rozwinięta, szumiąca, przytulna i tęskna. Majaczyła w oczach Tarłówny panorama Krasnej Duszohuby o wschodzie słońca, w łunach fioletów i różów; olbrzymie, koślawe postacie łosi przy stogach z sianem, złote pióra czapli opromienionych słońcem, gęganie kaczek dzikich i suchy trzask wystrzału, jak pocisk druzgocący przedziwną melodię świtu. Potem on, Olelkowicz, zdążający za Grześkiem krokiem elastycznym, pewny siebie, wesół i rześki, jak ów poranek. Ach! Gdyby tam być znowu z nim! Słuchać bajek Grześka, rwać czerwone dojrzałe poziomki i wonne ich jagody sypać do ust spragnionych. Być tam z nim w tych czarach, w tych zakamarkach leśnych. I on kocha naturę, i on ją podziwia.

Tarłówna zrażona do ojczyma i rozgoryczona na niego za Andrzeja, unikała go starannie. Polubiła samotność, długie i częste błądzenie wśród pól runią wiosenną umajonych. Wymykała się konno na takie wypady na swej klaczce ulubionej Sławie, kłusowała dzielnie po polach i lasach turzerogskich.

Z rozkoszą wdychała w piersi szeroki, ciepły powiew. Słuchała świergotu skowronka. Spacerując piechotą, szła często z głową podniesioną, śledząc oczami dzwoniącego w powietrznych roztoczach ptaszka; uśmiechała się radośnie, patrząc na trzepocące skrzydełka, unoszące się w błękit najwyższy z chyżością kuli. Witała serdecznie gęganie wzlatujących dzikich gęsi i kwakanie kaczorów, bo te odgłosy przypominały jej znowu Krasną Duszohubę. Gdy rozciągnięte długim kluczem leciały żurawie, krucząc na powitanie idącej wiosny, Handzia wołała na nie - żur, żur, żur i biegła śladem ich lotu, jakby pragnęła, by ją ze sobą uniosły.

Upajała się wiosennym tchnieniem pól i łąk, w lesie zbierała pierwsze, nikłe, białe kwiatki zawilców i przylaszczki błękitne, ciekawą źrenicą patrzące na świat. Obarczona takimi skarbami wracała do domu różowa, tryskająca młodością, z rozwianym czarnym warkoczem i oczami siejącymi potop złota. Zwierzała kwiatom tajemnice swego serca, tęsknoty swe przelewając w ich wątłe istnienie. Tuliła puszyste więzie kwiecia do ust, szeptała imię ukochanego, wzywając go do siebie. Tęsknota rosła w niej, rodząc nowe komórki, drzemiące w jej sercu, które jak pąki wiosenne pękały, roniąc coraz słodsze uczucia. Nie widziała Andrzeja od lutego, od owego kuligu, kiedy przez jeden moment czuła się na jego piersiach, uniesiona przez kochające ramiona i szept jego wraz z oddechem musnął pieszczotliwie jej skroń.

Już jest połowa kwietnia, świat rozkwita świeżą pięknością; zapachy upajające biją z ziemi, wsiąkają w każdy twór, pobudzając do życia, do miłości. Tylko jego nie ma. Głucho jest o nim w Turzerogach, ale w duszy Andzi pieśń o Andrzeju nie milknie, lecz wzmaga się stale podniecona przez tęsknotę i marzenie, co już jest samą miłością.

Pewnego dnia Andzia z Lorą biegły razem do lasu. Dzień był jasny, wonny, rozbulgotany wrzątkiem ciepłych prądów wiosennych. Andzia śpiewała pełną piersią jakąś pieśń o nieznanej melodii i słowach, pieśń w wyobraźni własnej skomponowaną, będącą jakby oddźwiękiem jej uczuć, echem duszy stęsknionej i jak ona młodą, pełną nut rzewnych i szumnej werwy, buńczuczną trochę.

Lora inaczej odczuwała bujność przyrody, mówiła gorączkowo:

- Patrz, Andziu, jak kuropatwy parami już spacerują, wszystko się kocha na zabój i aż drży do miłości. Wczoraj widziałam bociana na topoli za stodołą. Muskał bocianicę dziobem i czochrał jej pióra; tak jącałował, a potem klekotali, klekotali razem; może to taki ich ślub?... Motyle tłuką się na świeżej trawie, żaby skrzeczą, bo także się kochają, ptaki, żuki, owady, wszystko romansuje, gzi się, szaleje! Gdzie spojrzysz, tam wesele i miłość! Oj, Andziu! I mnie tak coś rozpiera, jakby jakieś soki we mnie wzbierały, niby w roślinie, co ma zakwitnąć. Tak mi gra we krwi, że rzuciłabym się na ciebie bodaj i... całowała do zapamiętania. Pocałuj mnie, Aniu!

Przypadła do Tarłówny i nagle wpiła się w jej wargi z pożądliwością niesłychaną, gwałtowną, drapieżną niemal. Żywym ogniem sparzył Andzię ten pocałunek, chciała się cofnąć, lecz Lora porwała jej głowę w obie silne dłonie i piekła usta dziewczyny coraz namiętniejszymi pocałunkami.

- Puść mnie... ty!... Puść!

Odepchnęła towarzyszkę i odskoczyła od niej.

- Tyś się chyba wściekła? Lorka, co tobie jest?

Smoczyńska blada, dysząca, miała oczy pokryte dziwną mgłą i rysy ściągnięte kurczowo, niby bólem fizycznym. Splotła drżące z podniecenia palce rąk i, przytknąwszy do ust, zaczęła je gryźć białymi zębami. Głuchy jęk, czy skowyt wydobywał się z jej piersi.

- Ja się naprawdę... wścieknę, już nie mogę... nie mogę!...

Pobiegła pędem w głąb lasu.

Innym razem w nocy Andzia, obudziwszy się, ujrzała światło w pokoju.

Przed wysokim lustrem bieliźniarki stała Lora, lecz wydała się Andzi sennym widziadłem. Była zupełnie obnażona, tylko biodra jej opasywał suty, gazowy, niebieski welon i związany na środku w fantastyczny węzeł, opadał nisko. Na szyi wisiały blado-różowe korale i wielkie mleczne bursztyny, ramiona ściskało parę złotych bransolet i opaski ze złotej wstążki. Włosy Lora miała rozpuszczone falą jasnorudą, przepyszną, jak płynne złoto, ujęte nad czołem w taką samą przepaskę. Przegięta w tył ruchem bachanckim, ręce miała wzniesione i założone za również odrzuconą głowę. Usta uśmiechały się lubieżnie, źrenice lśniły ogniem. Cała różowocielista w świetle błękitnej ampli, zdawała się być posągiem. Ciało miała silnie rozrośnięte; szeroka w biodrach, o wypukłych, twardych piersiach, prężna była i, pomimo nadmiernie rozwiniętych kształtów, powabna pierwszą młodością, lecz namiętną i pragnącą.

Tarłówna usiadła na łóżku zdumiona, myśląc, że śni.

- Lora!

A tamta przegięła się jeszcze silniej w tył i drgnąwszy lekko, wolnym, leniwym ruchem, bezwiednie wyuzdanym, odwróciła do Anny owianą złotem głowę.

- Zbudziłaś się?... Patrz! Prawda, żem piękna?... Ja nawet sama nie wiedziałam, że jestem taka, bo... to, co najpiękniejsze, to się szmatami zakrywa... to niby nieprzyzwoite. Barbarzyństwo! Nos, który się wyciera nieestetycznie, i usta ładowane pieczenią mają być przyzwoitsze?! Patrz, jaką ja mam skórę, karnację marmuru, a w dotyku atłas, miękka, ciepła... a moje piersi widzisz? Jakie jędrne, pełne młodości i siły, a różowe, jak czary pełne wina rubinowego. Cóż tak patrzysz, Andziu, takie zdziwione masz oczy?

- Piękna jesteś istotnie, Loro, ale... sama nie wiem... może to robi wstyd... jednakże... gdybyś się nie obnażała...

- Byłabym piękniejsza,prawda?... Ha! ha!... Cóż za biblijne przekonanie! Piękne, nagie ciało to nie jest wstyd, moja Andziu, to nie jest też zasługa, lecz sztuka. Gdybym podziwiała własne cnoty lub jakikolwiek swój wytwór, mogłoby to być niesmaczne, jako przechwałka, ale patrząc na swoje kształty, podziwiam w nich naturę, artyzm.

Podeszła do Tarłówny i stanęła w całej pełni światła i swej wyzywającej postawy.

- Ty tak mówisz, bo jeszcze sama siebie nie znasz, zdejm bieliznę, a zobaczysz. Ja cię kiedyś podglądałam w kąpieli, ale i bez tego wiem, że cudownie jesteś zbudowana. Tylko jesteś bardziej wiotka ode mnie, masz płynniejszą linię bioder i mniejsze od moich, lecz wyniosłe i krągłe piersi. Przy tym ja jestem rozrośnięta, a tyś drobna, mnie zakuć w marmur, ciebie rzeźbić z alabastru. Rozbierz się, Andziu.

- Za nic w świecie! - zawołała dziewczyna, płonąc na samą propozycję.

- Dziecko jesteś! Wszak nas nikt nie widzi, a choćby zresztą? Mnie się nie wstydź, ja będę cię tylko podziwiała. Wyobrażam sobie, jak by wyglądały twoje czarne warkocze, rozplecione na plecach różowych, ściskałabyś pewno kolana i rzęsy, których ci zawsze zazdroszczę, opuściłabyś na zarumienione policzki. Wystąpiłaby ci na brzoskwiniowe ciało lekka, gęsia skórka wstydu i drżałabyś taka śliczna. Ubiorę cię Andziu w ten koralowy woal, ustroję cię, jak grecką Kirke lub dziewczę niewinne, wybrane dla sułtana, ja zaś będę Heterą. Chodź! Urządzimy żywy obraz.

Andzia zawinęła się szczelnie w kołdrę, lecz oczy jej rozpaliły się. Ciekawość ją porwała nagle, jakby też wyglądała w takim stroju i czy byłaby piękna jak Lora. Dreszcz ją przenikał, chciwe pragnienie tego widoku ogarnęło ją burzą. Zbudziła się w niej zalotność i przeczucie własnej piękności i niezmierna ochota, aby pokazać się w całym blasku urody Lorce, pyszniącej się bogactwem własnych wdzięków. Niepokojący dreszcz zmienił się w dygot namiętny, w pragnienie ujrzenia nagości swego ciała plastycznie, w dziewiczym rozkwicie. Czy też ona jest także tak piękna?...

- Chodź, Handziu! Ten twój wstyd dodaje ci tylko uroku. Jesteś jak muszla, w której tętni życie, a ty myślisz, że jesteś chłodna. Jak się ujrzysz bez tych tam powijaków, rozkochasz się w kształtach i zapomnisz o niemądrej pruderii, rozpali ci się krew, rozkwitniesz niby róża pąsowa, wydobyta na światło spod klosza. Chodź do... lustra...

Chwyciła Andzię za obie ręce i szarpnęła w górę.

Jednym rzutem podniesiona Andzia wyskoczyła z łóżka.

Lora błyskawicznie zdarła z niej koszulę, wołając:

- Ach! Gdyby cię tak ujrzał Olelkowicz...

- Nie! Nie! Za nic! Za nic!

Z okrzykiem Andzia skoczyła pod kołdrę, zanim ją Lora zdążyła zobaczyć.

Tarłówna zwinęła się jak ptak biały w gnieździe i, wysunąwszy rękę, do Lory stojącej przed łóżkiem z koszulą w ręku, wyszeptała trzęsącymi się ustami:

- Daj mi to!... daj!...

Smoczyńska rzuciła jej bieliznę bez słowa, odeszła do swego łóżka.

- Może i to ładne... - myślała - ale ja taką być nie potrafię.



X

O zachodzie

Zdarzyło się pewnego dnia przed świętami Wielkanocy, że Handzia, biegając po parku, rozkwitłym już wiosennie, spotkała Kościeszę. Zatrzymał ją i, patrząc na nią długo z nietajonym zachwytem, uśmiechał się łaskawie, dobrotliwie, jak ojciec. Otoczył ją ramieniem, pytał, czemu bywa czasem smutna, czemu zamyśla się tęsknie, prosił, żeby mu wyznała szczerze, co ma w duszy. Może jej czegoś brak? On zrobi dla niej wszystko, co jest w jego mocy, byle jej było dobrze i byle się czuła szczęśliwa. Mówił, że jest zmartwiony jej skrytością, że dawna Aneczka, szczera jak kryształ jasny, zmienia się, a on nie zna powodu.

Istotnie, dawniej Handzia byłaby się mu rzuciła na szyję i wyznała, co ją dręczy, za czym tęskni. Ale teraz stała się ostrożna, nie ufała już Kościeszy, bała się wymawiać przy nim imienia Andrzeja, by nie wywołać znowu białego błysku w oczach ojczyma, który był owego pamiętnego wieczoru po kuligu. Więc wyznała krótko, że jej trochę smutno i... że tęskni do maja, bo wówczas nastąpi najmilszy dla niej czas w ciągu całego roku.

Kościesza rozluźnił swoje objęcia i spytał:

- Co to jest Handziu, o czym mówisz?

- O wycieczce do Wilczar, ojczymku. Będziemy znowu pod opieką Grześka odbywali długie wędrówki po stepach...

- Grześko to nie opieka - wtrącił Kościesza już głosem matowym - zresztą w tym roku do Wilczar nie miałem wcale zamiaru wszystkich zabierać.

Stanęła jak sparaliżowana.

- Dlaczego?

- No, widzisz, nie miałem zamiaru. Sam, to co innego, muszę tam być.

- A przecie co roku jeździliśmy całym domem... tak przyjemnie... czemuż teraz?Kościesza patrzył na nią badawczo. Była zmieniona, jakby zastygła. Oczy jej otchłanne zaszkliły się łzawo, mrugnęła prędko powiekami, patrząc uparcie na strzęp wiosennego ziela, który szarpała w palcach.

- Czy tak lubisz Wilczary? - spytał ponuro.

- Ojczymek wie o tym dawno, wycieczka do Wilczar to moja największa przyjemność - mówiła przez tamowane łzy.

- Ach, największa! Mogę ci zrobić stokroć większą, jeśli zechcesz.

Podniosła na niego pytający wzrok.

- Pojedziemy do Warszawy po świętach, dobrze? Zobaczysz dużo ludzi, teatr, piękne ogrody, magazyny, nakupisz sobie ślicznych sukienek.

- Niech to ojczymek Lorce zaproponuje, ale nie mnie, Lorka to lubi, to właśnie dla niej.

- Lora nic mnie nie obchodzi.

- Ja zaś wolę Wilczary niż Warszawę ze wszystkimi jej przyjemnościami i magazynami. Tego nie pragnę.

- Wszystkie panny to lubią. A wszak już skończysz rychło dziewiętnaście lat, jesteś panną dorosłą.

- To mi nie przeszkadza lubić Wilczary. Nie, ojczymku, tyś mi przed chwilą obiecał, że zrobisz dla mnie wszystko, o co poproszę, otóż ja o wycieczkę do lasów bardzo, bardzo proszę...

Przytuliła się do niego i oczy swe łzawe a głębokie podniosła i utkwiła w jego posępnych źrenicach zmrużonych złowrogo.

- Tak ci chodzi o te... Wilczary? Więc dobrze, pojedziemy tam kiedyś... na parę dni.

- Tylko? Nie, ojczyk żartuje, pojedziemy tam jak zwykle na kilka tygodni, na cztery, pięć... siedem tygodni.

- Na całe lato może, co? - zaśmiał się przykrym śmiechem.

- Ach! Jakby to było dobrze! Ja bym tam ciągle mieszkała.. Więc tam ojczymku? Pojedziemy?

- Do lata jeszcze daleko, Aneczko, zobaczymy, może się zmieni twój gust do tej pory.

- Mój gust? Nie! Będę wierna zawsze...

- Staremu Grześkowi?

- Ojczyk żartuje! To dobry znak. Będą Wilczary, będą! Zresztą dlaczegóż by wyjątek robić na ten rok właśnie, kiedy zawsze?...

- Widzisz, zmieniło się trochę, zaszły pewne okoliczności...

Kościesza nie dokończył, ale ona odgadła jego myśli, udała jednak, że nic nie rozumie.

- Jakie tam warunki mogły się zmienić, żeby nas pozbawić Wilczar? Tak samo zawsze, jak i teraz, zależy to od ojczymka i dlatego jestem pewna, że pojedziemy.

Kościesza patrzył na nią z lubością.

- Jakaś ty ładna, Anuś! Ty wiesz, jak cię kocham i lubię często mieć przy sobie, tymczasem w Wilczarach zabierają mi cię stale... Grześko i natura. Gdybyś ze mną chciała jeździć, to bym wolał.

- Bryczką i po tartakach? Ja wolę pieszo i w kniei. Ale zresztą - poprawiła się - jak ojczyk zechce, to będę jeździła z ojczymkiem.

Na tym stanęło. Andzia oczekiwała z utęsknieniem upragnionej wycieczki coraz bardziej niepokojąc się z powodu milczenia Olelkowicza. Lorka wyśmiewała się z jej tęsknoty. Pani Malwina zaś, oczekując ciągle przyjazdu syna, wmawiała Andzi, że tylko od niej zależy, by Jaś częściej przyjeżdżał do Turzerogów.

Tarłówna łatwo przejrzała manewry ciotki. Oto niby nie wyraźnie, ale stale łączyła Jasia z Andzią, Andrzeja zaś w marzeniach swych przeznaczyła dla Lory.

Tak trwało do Wielkiejnocy. Jaś znowu nie przyjechał. Pani Smoczyńska wystąpiła z wyraźną wymówką do Tarłówny, że to jej wina, że oboje z Kościeszą nie wchodzą w położenie chorej matki i że są bez serca.

Dziewczyna rozżalona miała długą i błagalną rozmowę z ojczymem, rezultatem której był własnoręczny list Kościeszy do Jasia, proponujący mu posadę korepetytora dla Januszka, na całe wakacje, ponieważ Bronowski na lato wyjeżdża. Warunek ten postawiony przez Kościeszę kategorycznie, okazał się jedyny, gdyż student przyjął propozycję.

Anna była uradowana, ale pani Malwina i Lorka, oburzone za "wyzyskiwanie" Jasia, dręczyły ją bolesnymi wymówkami, lecz choć dokuczały one jej bardzo, nie wyznała całej prawdy, wstydząc się za Kościeszę.

W połowie maja, pewnego dnia, przy obiedzie, pan Teodor zwrócił się do Andzi ze słowami:

- Pojutrze wyjeżdżamy do Wilczar. Zarządź, Aneczko, co potrzeba, zabawimy tam parę tygodni.

Dziewczyna wybuchnęła radością, rzuciła się do ojczyma z podziękowaniem. Nagle posmutniała i bez namysłu palnęła najniedorzeczniej:

- Jaka szkoda, że Jaśka nie będzie, cóż tam bez niego! Ojczymku, zaczekajmy do końca czerwca, aż Jaś przyjedzie i wówczas dopiero...

Kościesza gwałtownie wstał z krzesła, zawołał szorstko:

- Jan przyjeżdża tu jedynie na posadę, nie dla przyjemności, proszę o tym pamiętać. Do Wilczar jedziemy pojutrze. Tak chcę!

Zalaną łzami panią Malwinę panienki doprowadziły do jej pokoju. Prawda wyszła na jawzbyt jaskrawo i dotkliwie.

Matka Jasia, tuląc Andzię do siebie, szeptała jej rozszlochana:

- Biedna dziecino, czeka cię los... Izy...

Nie pomogły tłumaczenia Tarłówny i jej chęć złagodzenia szorstkości ojczyma. Pani Malwina powtarzała uparcie z wielką goryczą:

- Okropny! Okropny człowiek!

Lora zaś starannie zamykała drzwi dokoła, przestrzegając matkę po swojemu, praktycznie.

- Niech mama tak nie mówi i cicho siedzi dotąd, aż sobie nie wybudujemy jakiegoś domu w Smoczewie i pożegnamy te gościnne progi, wtedy dopiero będziemy obie gadały, ile wejdzie, bo Jaś to nawet i tego nie potrafi.

Andzia wysłuchała mnóstwa gorzkich wyrzutów matki i córki, skierowanych do Kościeszy, a poniekąd i do niej.

Przed wieczorem wyszła do parku, chcąc odetchnąć po nużącym popołudniu, spędzonym u ciotki.

Był zachód słońca, park tonął w czerwieni, prześwitywał łuną krwistą, gorzał ogniem. Brzozy zaledwie rozwinięte spływały bogatymi falami świeżej zieloności na swe pnie atłasiście białe, świerki ciemne, prawie czarne i wielkie jodły wyglądały w powodzi zachodu niby żałobne cyprysy. Cały park nabrał wypukłości i plastyki prawdziwej; każde drzewo, każdy krzew odcinał się osobno, każdy oblany był światłem. Zachód prześwietlił park, nasycił go blaskami. Gdzieś w głębi, koło stawów, kumkały żaby, zanosiły się od śpiewu słowiki, trelując z precyzją pojedyncze tony.

Andzia przebiegła wszystkie ulice i zatonęła w głębi dzikiego parku, rozciągającego się poza stawami. Zamyślona,szła wolno po miękkiej, nowej trawie na przełaj, wśród brzóz wysokopiennych i niższych piramidalnych świerków. Była już blisko jaru, kończącego park. Stok góry parkowej spływał na dół dywanem fioletowym sasanek, tkanym w żółte pasy jaskrów, obrosły był ponadto niskimi krzewami kaliny w kwieciu, tarnin i dzikich śliw. Dziewczyna zbliżyła się aż do zrębu, dość gwałtownie wpadającego w wąwóz głęboki i zupełnie zacieniony gąszczem krzewów, jak puszcza. Wtem stanęła - umiejscowił ją szmer szeptanych słów. Rozejrzała się dokoła. Opodal, na lekkim w tym miejscu skłonie góry, w cieniu dużej jodły, ujrzała dwie postacie, pochylone ku sobie w cichej rozmowie. Jedna wysoka, wielka, ze znamiennie pochyłym karkiem - Kościesza. Poznała go od razu. Ale kto drugi? Figura ni mała, ni duża, bo skulona, szara, bezbarwna, jakby krzak pokryty zgniłymi liśćmi, ale pomimo swej beztreściowości ponura...

Tarłównie zamajaczyło odległe sprzed roku wspomnienie. Wilczary, Krasna Duszohuba, obóz cygański... Wróżby... Ach, tak! - To Chwedźko!

Wzdrygnęła się. "Czortowski kum, niesamowity" - jak go nazwał Grześko, "kupa mierzwy" - tak powiedział Olelkowicz. Tak, to ten sam. Cóż on tu robi i kto on naprawdę?

Dziewczyna przypomniała znowu słowa starego borowego i jego zająknięcia się, że "Chwedźko tylko u pana w Turzerogach ma łaski".

A otóż stoją tam razem. Więc to prawda?

Przyszła jej myśl, aby pójść do nich, z bliska zobaczyć tę postać zagadkową. Lecz przejął ją dziwny wstręt i ohyda.

- Nie, za nic!

Zakrywała ją przed nimi wielka, rozłożysta kalina i Anna cofnęła się jeszcze dalej, by jej nie ujrzeli. Odchodziła wolno, ostrożnie, oglądając się za siebie.

Była już bezpieczna od ich wzroku. Obejrzała się znowu. Kościesza szedł pod górę, Chwedźko zsuwał się po stoku w dół parowu. Zgięty, sunął kocim ruchem i wyglądał jak toczący się kłąb obmierzłych łachmanów, kopnięty nogą.

Przerażona, by Kościesza jej nie spostrzegł, skręciła w bok i pobiegła szybko do domu, myśląc z żalem:

- I ta okropna, plugawa istota podepcze sasanki.



XI

Temnyj Hrad

Zaledwo brzask siwy omaścił podwójny, staroświecki dach ogromnego dworu w Prokopyszczach, gdy na ganku stanął Andrzej Olelkowicz. Był bledszy niż zwykle, oczy z lekka zaczerwienione świadczyły o źle przespanej nocy. Strzelbę założył na ramiona i zawiesił torbę myśliwską, lecz wierny wyżeł Reks nie odczuwał dziś w swym panu zapału łowieckiego, przeciwnie - węszył w nim przymus i nudę, więc też i sam przeciągał się leniwie, nierad z powodu wcześnie przerwanego snu. Andrzej nie pogładził psa, nie zachęcał do łowów, szedł trochę apatycznie, kierując się w stronę uroczyska - Temnyj Hrad, w lasach wilczarskich ukrytego, w nieprzebytych gąszczach, wśród bagien.

Od wczesnej wiosny chodził Olelkowicz po dzikich ostępach, nie za zwierzyną jednak; błądził ze swymi myślami, z buntem w duszy, z tęsknotą za Andzią. Wielokrotnie wybierał się jechać do Turzerogów i zawsze wstrzymywała go myśl o Kościeszy. Bał się spotkać tego człowieka, czuł, iż jest w tym stanie nerwów, że każda złośliwość, czy niegrzeczność Kościeszy może wywołać wybuch i raz na zawsze zamknąć mu wstęp do domu, gdzie ona przebywa. Rozumiał, że zawinił względem niej; swym wyznaniem zasiał w jej sercu niepokój i zarzewie uczucia, które się w niej poczęło i rozwija, zabijane niepokojem z powodu usunięcia się jego. Andrzej badał siebie, dlaczego idzie wbrew swej naturze energicznej, dlaczego przemocą nie dąży do Andzi, lecz unosi się względami ambicji własnej i obrażonej dumy. Czyżby jeszcze za mało Annę kochał? Minęło już trzy miesiące od ostatniego spotkania, tyle czasu już walczy z sobą i przemóc się nie może.

Aż oto rozśpiewał się bór, takie same cudne barwy i wonie przesłodkie zapanowały w lasach wilczarskich, jak przed rokiem, gdy ona wśród nich błądziła, zasłuchana w naturę, sama jak natura żywiołowo piękna. Puste wydawały się teraz Andrzejowi ostępy wilczarskie. Na wiosnę nie bawiły go ciągi słonek ani toki głuszców, nie nęciły liczne teraz korowody dzikich kaczek. Olelkowicz potrafił całymi godzinami przesiadywać na Krasnej Duszohubie, patrząc na zmienne panoramy moczarów, na których słońce tkało swe barwy złotolite. Patrzał i widział w tęczach czarniawą głowę Andzi, jej oczy przepastne paliły go pytaniem - czemu nie przyjeżdża i czy kocha?... Zrywał się wówczas w nim szalony huragan woli, jakby rozkaz, by jechać do niej i wyrwać ją spod opieki nienawistnego Kościeszy. I Olelkowicz biegł do domu podniecony, szczęśliwy na myśl o walce z tym człowiekiem, pewny uczuć Handzi, radosny do bezmiaru. Lecz gdy się już znalazł w Prokopyszczach, gdy wydał polecenie zaprzęgania koni, zapał jego stygł. Białe oczy Kościeszy urągały mu, głos drewniany brzmiał w pamięci groźnie. Znowu Andrzej wpadał w apatię, znowu karcił i nie mógł zwalczyć siebie. Zaprzestał swych wycieczek na Krasną Duszohubę, chodził teraz częściej na Temnyj Hrad, bo ponura przyroda tego zakątka kojarzyła się lepiej z jego obecnym usposobieniem. Wpatrywał się w ciemno-siwozieloną wstęgę okalającą toń jeziorka, śledził powolny a jednostajny ruch milczącej fali i zatapiał się cały w myślach, zlewał się z naturą, nią żył, bo ona przypominała mu Andzię. I tak trwał.

Szedł oto teraz krokiem szybkim i po parogodzinnej wędrówce stanął nad ponuro lśniącą taflą jeziora. Otaczały go zewsząd bagna nieprzebyte, które on znając wybornie, umiał wyzyskać. Wydeptał sobie dróżkę wśród moczarów, potem brodził po kępach ruchomych lub po zwałach gruzów porozrzucanych tam gęsto. Były to resztki dawnego zamczyska; dwie wieże poszczerbione przez wieki i kawał ściany zmurszałej, mchem porosłej, sterczały nieco dalej jak wyszczerzone, spróchniałe zęby w gołej czaszce. Chłód tu był i lodowatość przygnębiająca.

Dookoła ruin rosły stare jodły, tak wielkie i rozłożyste, że ogromem swym imponowały wieżom zamczyska. Ruiny i jodły potężne, kilka dębów przepysznych panowało w okolicy. Górę Zamkową ze wszech stron jakoby w ramy obejmowały moczary, których punktem głównym, niejako okiem ich, było jezioro. Tuż obok wody wyrastała skała olbrzymia w kształcie obeliska, ciemnordzawa, siwym, suchym mchem porosła, pod nią Olelkowicz spoczął, odkładając na bok strzelbę. Obojętnie patrzył na wyżła, jak zwęszywszy wydry, biegał wzdłuż wody, merdając ogonem i chrapiąc rozwianymi nozdrzami. Reks zaczął nagle kopać ziemię, piszcząc i skomląc radośnie. Olelkowicz instynktownie porwał fuzję, ale ją wnet odłożył z grymasem nudy na zmęczonej twarzy. Oparł strzelbę o wyłom skalny i pomyślał z ironią.

- Cóż tam wydra? Głupstwo!

Znowu Tarłówna zamajaczyła mu przed oczami. Jest obecnie w Wilczarach, mówił mu to stary Grześko, ale już nie odbywa wycieczek pieszych po lesie, jeździ z Kościeszą, który zapewne omija starannie ostępy blisko granicy prokopyskiej położone.

- Mógłbym pojechać do Wilczar - myśli Andrzej - ale to będzie korzystanie z sytuacji, poniekąd wyzysk.

Sposępniał jeszcze i wpadł w zadumę głęboką, zatracając się w niej bez pamięci. Siedział tak głuchy i niemy długi czas.

- Dzień dobry panu!

Olelkowicz drgnął i obejrzał się.

Za nim w pełnym świetle porannego słońca stała Lora Smoczyńska. Była rozpromieniona, świetlista, jakby blaskiem przesiąkła, z wysoko podkasaną spódniczką i lśniącymi zębami spod warg pąsowych.

- Jaka dziś rosa, zamoczyłam sobie buciki.

- Pani tu tak rano?

- Czy pan niezadowolony?

Olelkowicz powiódł oczami dokoła.

- Aha! Szuka pan Andzi! Została w Wilczarach i jeszcze śpi. Zresztą ona by tu nie doszła, na to trzeba odwagi i trzeba mieć cel.

Olelkowicz już ochłonął.

- Istotnie, podziwiam panią, tu moczary są niebezpieczne, przede wszystkim trzeba znać wybornie drogę i orientować się. - Tych zachodów nie potrzebowałam, gdyż pan wydeptał dróżkę tak starannie, że ślepy by trafił.

- Skąd pani wie, że ja tu zachodzę?

- Wiem. Niech to panu wystarczy.

- Jaki zaś cel pani dzisiejszej wędrówki, o którym pani wspomniała?

- Szłam, chcąc spotkać pana.

- Mnie?

- Tak!

Przez sekundę Andrzej myślał, że Andzia przysłała Lorę z jakimś poselstwem, potem, że Lora sama od siebie chce mu coś o niej powiedzieć. Ale obie myśli rychło odrzucił. Lorka nie wyglądała na pośredniczkę tamtej; przemawiała w swoim imieniu w sposób dosyć wyzywający. Po energicznym uściśnięciu dłoni siadła obok na wykrocie skały, wysunęła daleko od siebie stopy i tarzała w mokrej trawie. Pończochy siatkowe odsłonięte były zbyt wysoko, spoza nich przeświecało delikatnym różem bogate ciało. Rękami trzymała się za kolana, wołając wesoło:

- Urządziłam kąpiel moim pantofelkom, bardzo się na tych błotkach sfatygowały. Widzi pan?

- Widzę, że miały robotę, ale ta kąpiel pogorszy ich stan już opłakany.

- Tak pan sądzi? Zaraz je będziemy suszyli. Czy pan się na tym zna?

- Nie bardzo.

- Ależ to wstyd, panie! Ja pana nauczę, niech mi pan zdejmie pantofle.

Olelkowicz spełnił rozkaz.

- Ot tak! Doskonale, ach! I pończochy są mokre.

- Na to już chyba nie ma rady?

- Chce pan powiedzieć, że to wykracza poza pańskie możliwości? Skromny chłopaczek! Niech się pan zatem odwróci, bo ja pończochy muszę zdjąć, są za mokre.

- Czy to obawa o moją czy o własną skromność?

Lora zaśmiała się.

- Bardziej o pańską, zresztą jest to naleciałość dobrego wychowania, ja osobiście kpię sobie z takich przesądów. Uważam, że ciało ludzkie nie powinno być skazywane na ciągłe więzienie zakrycia, jest to taka sama natura jak drzewa, kwiaty, które podziwiamy.

Olelkowicz milczał.

- Co pan tak na mnie patrzy? Czy przeraża pana moja odwaga? Niech mi pan przyzna słuszność. No, nareszcie ściągnęłam te łachy. Ot, tak! Na gałąź je, niech się suszą. Jakże to rozkosznie być na bosaka.

Obnażonymi stopami klepała po trawie, aż zaróżowiły się ogniście. Andrzej patrrzył na to zarumieniwszy się.

- Ja wiem, co pan myśli - zawołała Lorka.

Podniósł na nią ciekawy wzrok.

- Myśli pan, że ja jestem kwiatem, ale w pokrowcu i że...

- Niech pani nie kończy - szepnął przez zaciśnięte zęby i posunął się do niej o krok bliżej. Zmysłowy kurcz skrzywił mu usta, błyskał zębami łakomie, paląc Lorkę wzrokiem swych głębokich ciemnych oczu.

- Czy powinnam się pana bać?... - spytała słodko, z wabiącym uśmiechem.

- Jak pani uważa. Zdaje mi się jednak, że oboje wkraczamy nieco na bezdroża...

- Jesteśmy przecież na moczarach i w puszczy, nawet w lepszych warunkach niż Adam i Ewa, bo nikt nas stąd nie wypędzi.

- No i nie ma węża kusiciela - rzucił Olelkowicz trochę ironicznie.

- Oo! To zbyteczne! Świat się już na tyle zreformował, że kusiciel byłby tylko przeszkodą.

Olelkowicz zaśmiał się krótko,nerwowo i nagle usiadł tuż obok nóg Lory, na trawie, chyląc głowę do jej kolan.

- Wolno oglądać, nie wolno dotykać - szepnęła zadyszana.

- Więc znowu obostrzenia takie jak w raju? Owoc zakazany?

- Tak.

Patrzyli sobie w oczy, on już złowrogo, ona trochę niby spłoszona. Czuła, że jej dobrze w tej metamorfozie. Po wyzywającej odwadze nagły lęk, jakby skrucha poddańcza, jakby błaganie go o litość. Była świeża, mocno zaróżowiona, nęcąca powabem ślicznych oczu, jędrnego ciała, które z nóg obnażonych i odkrytej głęboko szyi i rąk tryskało młodością i gorącą krwią.

- Ma pani usta jak jagody - rzekł głosem cichym, wzburzonym.

Uśmiechnęła się, odsłaniając zęby białe i barwne dziąsła.

- Jak maliny, czy wiśnie?

- Nie, jak młodziutkie borówki, krzepkie, pełne słodkiego miąższu; malina, wiśnia, to takie miękkie, pani usta jak borówka.

- Lubi pan chrupać borówki, tak je rozgryzać... Wie pan, aż do bólu.

- Panno Loro!

- To musi być bajeczne.

Olelkowicz zerwał się, stanął nad nią jak jastrząb, krew w nim grała, drżał. Ale Lora już się nie zlękła, wyprężyła się w tył całą swą figurą, położyła głowę na torbie myśliwskiej Andrzeja, którą miał przy boku, ponad ramionami wyciągnęła do niego ręce i powtórzyła cicho przez półotwarte usta:

- To musi być bajeczne.

Krzyknęła przestraszona gwałtownym jego ruchem, pochylił się nad nią łakomie i usta gorące wpił w jej krwawe wargi. Przeginał ją w tył coraz bardziej, aż zwisła mu zupełnie w pozie prawie leżącej na jego rękach. Wówczas wykręciła się wężowym ruchem, powstała i piersią przylgnęła do niego, oplótłszy mu ramionami szyję. Usta swe wgniatała w jego wargi z pożądliwością doświadczonej, bardzo namiętnej kobiety.

To właśnie ocuciło Andrzeja, oderwał się od niej prawie przemocą i trąc dłonią sfalowane czoło, szepnął z lekką wymówką:

- Ach, panno Loro!

Ona, przechylona w tył, zakryła oczy dłonią, z ust jej rozpalonych jak płonące żelazo wybiegł krzyk stłumiony.

- Szaleć, szaleć! Szaleć!

- Nie ze mną - burknął zły.

Powstała z impetem, gniewna i dysząca jeszcze rozkoszą, ukłuła go oczami, których błękit zamienił się w chmurę groźną, piorunami siejącą.

- Dla kogo się rezerwujesz? - krzyknęła.

Olelkowicz pomyślał, że oszalała.

- Panno Loro, myśmy się oboje zapomnieli, proszę mi wybaczyć, posunąłem się za daleko, pani zbyt śmiało zagrała mi na nerwach.

- Dość tych deklamacji, nie jestem z tego rodzaju panien, które po spełnionym fakcie robią z siebie ofiarę. Wykradłam się umyślnie z leśniczówki, przyjechałam do tartaku na jakiejś furze desek, a stamtąd parę wiorst przebrnęłam sama, wszystko w celu spotkania pana tu, gdzie pan myśli chyba o tych starych ruinach lub... marzy o czymś niedościgłym. Ja nie jestem utopia, tylko... słodka rzeczywistość (zalotny uśmieszek). Chcę szału sama i tobie chcę go dać.

- To zbyt ryzykowne, panno Loro - szepnął pomieszany, nie umiejąc wybrnąć z przykrej dlań sytuacji.

Jednocześnie doznawał dwóch rozbieżnych ze sobą uczuć: porywu zmysłowego do Lory i odrazy. Czuł jednak, że ten poryw jest tak silny, tak przeszywający go na wskroś, że obawiał się sam, by ten wicher, rozhulany we krwi, nie zniweczył słabego już pulsu szlachetniejszych uczuć. Gdyby Lora nie była Lorą Smoczyńską, koleżanką Andzi i tak bliską tej! Gdyby była obca...

Stała przed nim wyzywająca i piękna w gniewie, każdy nerw drgał w niej, krew przelewała się po jej żyłach wzburzoną kaskadą płomieni. Patrzała w oczy Andrzeja pragnąca, usta jej drżały. Nagle oparła łokcie swe na jego piersiach, dłońmi ogarnęła jego głowę i zaczęła mu szeptać ustami w usta:

- Słuchaj Jędrek, nie myśl, że jestem niewinnym dziewczęciem, nieskalaną lilią, to jest nieskalaną jestem, ale fizycznie, tylko fizycznie. Zresztą ja myślę dużo, zagłębiam się w marzeniach o rozkoszy. Znam z teorii wszystko. Jędrek, słyszysz, wszystko, i aż mnie nosi, burzę się wewnętrznie na prawa światowe, które są głupie i barbarzyńskie. Dlaczego wy macie swobodę czynów, swobodę zadowolenia zmysłów, a przecież i my je posiadamy...

Olelkowicz miał tego dosyć. Odsunął ją lekko od siebie i spytał aż nadto kategorycznie:

- Panno Loro, czego pani właściwie ode mnie chce?

Zesztywniała i przybladła.

- Ha! ha! - wybuchnęła impertynencko - pyta się pan? A to zabawne! Więc krew, nerwy nic panu nie dyktują? Czy jest pan głazem?... A jednak umiesz całować! Sparzyłeś mi usta!

- Ależ to szaleństwo! Panno Loro, temperament uniósł panią zbyt daleko. Pani jest chyba nieprzytomna?... Czy pani rozumie, do czego mnie pani upoważnia? To... to jest szczególne, doprawdy! Pani chyba istotnie jest dzieckiem, które nieopatrznie wyzywa niebezpieczeństwo, ale całej jego okropności nie zgłębia.

- Rozkoszy nie nazywam niebezpieczeństwem, ani okropnością.

- Więc dobrze, ale ja nie jestem faunem leśnym, tylko znajomym państwa i sąsiadem, i w tej roli pragnę pozostać.

Lora oderwała się od niego gwałtownie, wołając z pasją:

- Widzę, jak panu palą się oczy i usta, ale się boisz, myślisz, że ja w tak podły sposób lecę na małżeństwo z panem? Nie, kotku! Tego się nie obawiaj, za młoda jestem i za ładna na sakrament i nie w głowie mi taki nonsens. Ja chcę żyć, używać, rozkoszować się młodością swoją, nie zaś skazywać się dobrowolnie na jakieś więzy z jednym mężczyzną. Strzec jego dobra, rodzić i niańczyć mu dzieci? A fe! fe! To nie dla mnie! Ale pan mnie nie rozumie, ogarnia pana strach może o własną cnotę, jeszcze nie naruszoną?... Hahaha!

- Panno Loro, proszę nie igrać ze mną - ryknął przez mocno zaciśnięte usta - pani widzi sama, co się ze mną dzieje, proszę nie wyzywać nieszczęścia.

- Jakiego nieszczęścia? Czy pan zwariował?...

- Jestem młodym mężczyzną i w tych warunkach mogę się zapomnieć, mogę zaprawdę zwariować, to byłoby dla mnie nieszczęście.

- Ach jakiż paradny! Trzyma cnotę na uwięzi.

- O panią mi chodzi! - wybuchnął Olelkowicz, tracąc władzę nad sobą.

Chwycił Lorkę za ręce powyżej łokci i szarpnął nią silnie. Straszny był, twarz miał zmienioną, wściekłą, niemal dygotał jak w konwulsjach.

- Odejdź stąd natychmiast! Uciekaj, bo cię mogę dogonić! Jestem zwierz, uciekaj na Boga!Błagam cię o to.

Oczy jego rzeczywiście wyrażały przy całej swej grozie niemą prośbę.

Znieruchomiał z nowego zdumienia, gdy Lora ruchem tygrysim zarzuciła mu ręce na szyję i tuląc się do niego wołała z zapałem:

- O tak! Tak! Takim cię lubię, jesteś pyszny! Lew mój, pan mój! Jesteś wspaniały! Szaleję za tobą! Porwij mnie w swe szpony, szalejmy razem!... Jędrek!

Uniosła się na palcach i usta swe przytknęła do jego warg z żądzą zaraźliwą, aż straszną. Olelkowicz warknął zduszonym głosem i zgniótł ją w swych barach potężnie. Lora wyprężona ciągnęła go za sobą w tył, mocniej, mocniej.

Andrzejowi świat zakręcił się w oczach, skała zaczęła skakać i tańczyć przed oczami. Lora wydała mu się nagle furią ciągnącą w przepaść.

Szarpnął się mocno.

- Jędrek mój... Jędrek! - szeptała nieprzytomnie.

Szarpnął silniej, ramiona jej opadły, bezwładnie prawie zwisła na skale, ale oczy jej piekły go żarem tak okrutnie, że aż do bólu fizycznego. Przetarł mokre czoło, pałające, nabrzmiałe sinymi żyłami od walki, jaką sobie zadał. I nagle bez słowa już, bez spojrzenia na magnetyzującą go Lorę zawrócił i pędem wbiegł w gąszcz leśny poza jeziorkiem szumiący.

Reks, niemy obserwator całej sceny, w podskokach pobiegł za nim.

- Tchórz! Wstrętny tchórz! - rozległo się w borze.

To echo leśne goniło za Andrzejem, powtarzając oburzony okrzyk pozostawionej kobiety.

On nic nie słyszał, nie chciał nic słyszeć. Lecz gdy ochłonął, zasłonił dłonią oczy i jęknął z goryczą:

- Czemu nie jeździłem doTurzerogów! Czemu!



XII

Niemi świadkowie

- Aneczko, śpiesz się, konie czekają - zawołał Kościesza, wchodząc do pokoju Tarłówny.

Patrzyła na niego z wahaniem. Nudziły ją te spacery z ojczymem, rada była, że znalazła wykręt.

- Ojczymku, ja dziś nie pojadę.

- A to czemu?

- Bo ciocia Smoczyńska jest trochę cierpiąca, chciałabym być przy niej.

- Zostanie Lorka.

- Lorki nie ma. Wyszła podobno raniutko na spacer i jeszcze nie wróciła.

Kościesza skrzywił się.

- Wszystko jedno! Ty, Handziu jedź ze mną koniecznie, pokażę ci tartak, tam Grześko czeka i zaprowadzi nas do Temnego Hradu, panią Malwinę dopilnuje Magdalena.

Pokusa odwiedzenia Temnego Hradu była dla Anny zbyt ponętna; z radością zgodziła się na tę ciekawą wycieczkę.

Pojechali.

Wysoka, szydłowiecka bryczka na miękkich resorach, potoczyła się żwawo po gładkiej drodze od ganku leśniczówki; otoczyła duży zagon całkowicie porosły świerkami i modrzewiem, tak, że tworzył mały lecz bujny gaj, po czym wpadła na wąską dróżkę wyboistą wśród łąk i porębów wilczarskich. Tonęli niekiedy w trawach niezmiernie wysokich i tłustych, ukraszonych kwieciem, brnęli przez grobelki błotne, faszyną[7] wymoszczone, po której skakało się niemożliwie, ale się przynajmniej nie tonęło. Niewielkie, lecz nadzwyczaj rącze bieguny wilczarskie niosły bryczkę jak piórko, prychały raźnie i szły z fantazją.

Kościesza myślał, pykał cygaro rozmyślając, czy nie za tanio wypuścił w dzierżawę tak wspaniałe sianokosy. Obliczał w myśli, rachował, zestawiał cyfry z bierną twarzą i przymrużonymi oczami, pozornie drzemał. Andzia nie uważała na niego, pochłonięta swymi myślami. Nuciła czasem jakieś ulotne melodie, jakieś śpiewki tęskne lub zawadiackie, wyłowione z poszumu traw, z falowania tych rozległych przestrzeni kwiecistych. Barwne morze traw rozśpiewane było i hulaszcze, biegły po kwiatach nuty żałosne, pochylając smętne kolorowe ich główki; bodiaki kolczaste i wyniosłe roznosiły chrzęst swój buńczuczny. Olbrzymie bogactwo zapachów i szmerów.

Czasem, gdy podmuch wiatru zadął silniej, trawy kładły się pokotem, a szum tych mas przeistaczał się jakoby w rozgwar morskich bałwanów. I znowu buntownicze trawy poszły w górę, dumne ze swej krasy i potęgi i znowu tarzały wiatr po sobie, by na nowo zepchnąć go ze swych zielonych poziomów i zatrząść pióropuszami bogatych ciał. Chwiały się pojedyncze, wysokie trzęsienia siwobrunatnych drżączek i rude miotły szczawiów, i wielkie grona lila dzwonków, i naparstnice potężne, i ogromne żółte pełniki, mające kształt róży. Smutne kity siwobłękitnej kłosówki, gronka perłówek i zielone wiechy niestrawy trzęsły się w zapamiętałym tańcu, w tej niezmiernej, rozhulanej tłuszczy. Przepyszne storczyki łąkowe o wydłużonych, wytwornych koronach, szumne kiście żółtej i białej przytulii, smółki lepkie i purpurowe, rozchwiane puchy bylicy, baldachimy białe, jakby z koronek cennych utkane lazurku i blekotu. Zielnik jedyny w swym rodzaju, ogromny i pyszny; złocony słońcem, rozpanoszony na swej glebie żyznej, karmiącej. Całe armie powietrzne motyli barwistych unosiły się nad rozkwitem łąk-stepów - żywe kwiaty uniesione wiatrem. Śmigały szafirowe jaskółki i kraski jaskrawe upierzeniem, niby bukiety z chabrów i maków. Zdawałoby się, że kwieciste łany samą sugestią wabią do siebie tylko kolory, lub też każdy twór barwią na swój sposób.

Andzia wychylona z bryczki całą postacią, jakby oddając się oceanom kwiecistym, wchłaniała widok, szmer słodki i wonie.

- Pannuńciu, ot rozkosz! - mruknął powożący chłopak, odwróciwszy lekko głowę.

Zerknął przedtem na Kościeszę i stwierdził, że śpi.

- Lubisz step, Hawryłku?

- Albo to step? - rzucił ironicznie. - Hej! hej! Pannuńciu, harno i tu, ale kudy do stepu! Na naszu Ukrainu kołyb pannuńcia poichały, tam kraj, trawy, a burzany takije wełkije, szczo i mużyk na zdorowym koniaku propade po uszy. A wże jak czełowik albo zajczyk w burzanach, to tylki jeho pobaczysz, szczo bodiaki da trawy trasu, trasu po werchach.

- I w tych trawach koń by się schował. Prawda?

- A wże musi tak, ałe majbut uszy by górowały. To widno, szczo panna ze Smoczewa a bude żdaty na wielmożnych paniów w Temnym Hradi? - spytał, zmieniając ton.

- Panna Lora, w Temnym Hradzie, kiedy?

- A toż czut świat pijszła na prystanek, da poichała furoj z mużykom na derewie do tartaku. Howoryły chłopci, szczo na Temnyj Hrad.

- Alboż tam dojedzie furmanką?

- Musi na tartak, a zwidki pieszkom.

- Nic o tym nie wiem.

- Oo! Ranieńko wyszła; czut zory zaświtały. Ale to nebojaszczaja pannuńcia. Jab tam ni pijszoł. Ludy każut, szczo tam straszy.

- Jedź! Jedź, nie miel językiem - przerwał Kościesza, ocknąwszy się. - Kto poszedł na Temnyj Hrad?

- Podobno Lorka.

- Niemożebne! Bałaby się.

Hawryłko zdjął czapkę.

- Tak, jasny panie, pijszła panna jeszcze o świtie.

- Jakaś nowa fantazja panny Lory. Miewa ich sporo. Jeszcze gdzie ugrzęźnie w błotach.

- Ojczymku, jedźmy tam najpierw, może naprawdę coś się stało, dotychczas nie wróciła, to już pewno dziesiąta.

- Ach, ręczę ci, Handziu, że Lorka w tych moczarach nad jeziorem nie była, pochwaliła się tylko dla efektu. Znam ja ją.

Wjechali w bór gęsty, czarny.

Konie od razu zwolniły; po świetlistości łąk w tej mrocznej świątyni drzew jakby oślepły, szły wolno po bagnistej dróżce, opędzając się gwałtownie od napadającej chmary bąków i much. Gdy wyjechali na szeroki trakt wśród boru, ruszyły znowu ostrym kłusem. Hawryłko wymijał zręcznie furmanki obładowane deskami, ciągnięte przez małe, włochate koniki, sprzężone w obręk po trzy i cztery razem. Obok wozów szli chłopi w białych parcianych ubiorach, z koszulą wyłożoną na pantalony i przepasaną czarnym rzemykiem lub kolorową krajką. Wszyscy prawie byli boso, lub w postołach, plecionych z łyka. Na kudłatych głowach mieli wielkie, rogate czapki z chwaścikami czerwonymi na narożnikach, inni prażyli się w barankowych stożkach. Wszyscy ogorzali, silni, przeważnie jasnowłosi, z dziecinnym, łagodnym wyrazem jasnych, małych oczu.

- Pomahaj Boh! - wołała Andzia do nich po małorusku.

- Dobre zdorowie, pannuńciu - odpowiadali, schylając się i zdejmując czapy z głów.

- Dzicy ludzie, złodzieje - mruknął niechętnie Kościesza.

- Ej, nie wszyscy, ojczymku. Oni są dobrzy, o, ci na przykład, jak mile na nas patrzą.

- Bo myślą, że im coś dasz na wódkę.

- Za co?

- Właśnie tacy oni właśnie są, że chcieliby brać za nic. Dobre słowo to dla nich za mało.

- Ojczymek ich za ostro sądzi.

- Bo ja ich lepiej znam niż ty.

Hawryłko niespodziewanie wmieszał się do rozmowy.

- Cei ludi welme pannuńciu lubiut, jako szczo to nasza pani...

- Jedź i uważaj na konie, bo to twoja rzecz, a język trzymaj w mordzie, bo nie z nami tobie gadać. Rozumiesz?!

Hawryłko jak pod obuchem schylił głowę, ale Andzia spojrzała na Kościeszę z wymówką. Odczuł niesmak w jej spojrzeniu i zaśmiał się krzywo.

- Nie rozzuchwalaj służby, bo zawsze będzie taki rezultat.

- Cóż on złego powiedział, nie pojmuję?

- Odezwał się niewłaściwie.

Tarłówna sposępniała.

Milcząc dojechali do tartaku. Kościesza z głównym majstrem oprowadzili Andzię po wielkiej budowli, pokazując jej maszyny parowe i piły mechaniczne, rozdzielające wielkie bale na cienkie, długie deski.

Zaczęły się popisy; z desek odpiłowywali arkusze drzewa, jak opłatki cieniutkie, długie, przezroczyste wstążki, które dyrektor tartaku kazał pociąć na karty pocztowe i ofiarował Andzi kilka tuzinów.

Zainteresowała się tym bardzo. Szczegółowo oglądała warsztaty, rozpytywała o wszystko ciekawie. Tytułowano ją tu jasną dziedziczką, co widocznie gniewało Kościeszę, lecz nie mógł temu zapobiec.

Gdy już zwiedzili wszystko, Kościesza na boku wcisnął w rękę Andzi kilka rubli, mówiąc szeptem:

- Daj to głównemu majstrowi na wódkę dla robotników.

Tarłówna żachnęła się, nie przyjęła pieniędzy.

- Nie chcę im płacić za życzliwość dla siebie.

- Dziecko! Wszak oni tylko na to liczą.

- Więc niech ojczyk da od siebie, ja nie chcę.

Pan Teodor wzruszył ramionami.

- Idealistka z ciebie, moja Aniu, wierzysz w karesy bez interesu.

Zaśmiał się jak puszczyk.

Andzia usłyszała jeszcze kilka słów uprzejmych od dyrektora, gdy zaś już mieli odjeżdżać, główny majster rzekł głośno do Kościeszy:

- Ot, miło człowiekowi, jak takie oczy popatrzą. Harną mamy dziedziczkę, jasny panie, aż łuna idzie, a jaka dobra i ciekawa. Takaż sama była i jasna pani nieboszczka, dokąd nie sczezła. Żeby choć jakiś dobry i bogaty pan zajechał do naszej dziedziczki, a to szkoda by była...

Kościesza zrobił ruch niecierpliwy, majster zaś spostrzegł, że za wiele powiedział. Chcąc to zatuszować, zwrócił się do robotników i zakomenderował:

- Hej chłopcy! A huknijmy tu za zdrowie dziedziczki.

- Hurra! Hurra!

- Wiwat! - krzyknął ktoś bardziej spolszczony.

Tarłówna, spłoniona, kłaniała się uprzejmie. Kościesza milczał.

Gdy już wsiedli do bryczki, podczas gdy stary Grześko gramolił się na kozioł, Andzia szepnęła do ucha ojczymowi:

- Czy i ci ludzie powinni trzymać język w... mordzie?

Drgnął i spojrzał na nią. Była rozbawiona, figlarna. Nie dojrzawszy na niej cienia złośliwości, rzekł twardo, z wymówką:

- Teraz ty, Handziu, odezwałaś się niewłaściwie.

Tarłówna zesztywniała. Ale że korciła ją obecność Grześka, więc zaczęła wyciągać starego na różne opowiadania i objaśnienia. Widziała, że Kościesza jest niekontent, lecz zbudził się w niej duch przekory i gwarzyła ze starym borowym aż do chwili, kiedy on raptownie ściągnął lejce Hawryłkowi, wołając:

- Stój! Stój! Prrr! Dalej jechać wara! A to, Boże chorony, można się wtopić w tę piękną łączynkę. Mszar przed nami, jasne państwo. Trza zleźć z bryki da pieszkiem rypać.

- Ot i dróżka, tędy pójdziemy.

- Prawda, jaka wyraźna. Kto ją wydeptał? - pytała dziewczyna, idąc za starym.

Za nimi postępował Kościesza.

- Leśniki, bojarzynko, po obchodzie, chodząc, a ot i zajączek tędy często fik, fik i kozunia stępu, stępu i dzik, Boże chorony, nierzadko tu się przewali. Wszystko tak do jeziorka ciągnie. A teraz to ot jeszcze ktoś tę dróżkę wydeptuje.

- Któż to taki?

- A ot ktoś ładny i łaskawy.

- Pewno jelenie! Tak, Grześku?

Stary roześmiał się.

- Gdzie tam jelenie, bojarzynko! Ktoś ładniejszy i jedyny; jeleni tu mamy jak śmiecia.

- Więc któż? Mówcie, Grześku, takam ciekawa...

- A ot jasny pan z Prokopyszcz, pan Olelkowicz.

Andzia nagle zarumieniła się. Kościesza to zauważył, sarknął niechętnie:

- Uważaj, Grześ, zamiast marudzić, jeszcze nas do bajorawprowadzisz.

- Boże chorony! Jaż znam te przehaliny dobrze i po ciemku trafię niezgorzej. Ale co prawda, to prawda. Prokopyski pan często tu teraz zachodzi i nawet nie strzela, tylko tak ot coś medytuje. A tam nad jeziorem piękne wydry są. Ale musi one panu Olelkowiczowi nie w głowie.

Grześko szedł na przedzie i ciągle coś mamrotał. Andzia już rozmowy nie wywoływała, szła za nim milcząca i cicha. Przypomnienie Andrzeja sprawiło tę zmianę i nagle zbudzona, podejrzliwa myśl: po co Lorka poszła dziś tu, gdzie bywa Andrzej?

Czy to przypadek?

Wstyd jakiś niezrozumiały dla niej i niepokój dziwny owładnął nią na samo to przypuszczenie. Szła bezwiednie, zgnębiona i smutna.

Zwróciło to uwagę Grześka, obejrzał się na nią, popatrzył i rzekł:

- A pannuńcia to tak zacichła, jak ptaszeczek w klateczce, albo zajączek na wnyku, Boże chorony i bladzieńka taka. Musi się zmęczyło niebożątko, bo choć to i dróżka, ale zawsze ciężka na delikatne nóżki. Stańmy, daj wezmę panienkę na plecy, dam rady taką ptaszkę nieść.

- Nie trzeba Grześku, sama pójdę, nie jestem zmęczona.

- To już i niedaleko.

Wolno, ostrożnie przesuwali się krętą drożyną, wijącą się pośród mszaru, jak czarna aksamitka. Gdzieniegdzie zapadali głębiej w tłuste błoto, woda chlupotała im pod stopami. Kościesza krzyknął raz na starego:

- Gdzie nas prowadzisz? Tu topiel!

- O waa! Boże chorony, już tam Grześko drogę zna, niech się jasny pan nie sierdzi; prowadzę za sobą bojarzynkę, to już nie na zatracenie! Sam prędzej pohybnę, zanim ją tu krzywda spotka, tyle co nożyny przemoczy do czysta.

Uszli jakieś kilkadziesiąt kroków i Grześko zawołał:

- Ot już i Hrad, zamczysko sterczy nad nami, a ot tam poza liśćmi błyszczy jeziorko. Hej! hej! Jakieś dzisiaj jasne...

Jeszcze kilka zakrętów i stanęli na rozległej przestrzeni moczarów i rumowisk. Mury wytrzeszczały na nich swe wyżarte oczodoły i spróchniałe zębiska starych złomów cegły i kamieni. Mech siwy, jakieś trawy zwisające porastały gęsto tę pleśń wieków, zdobiąc ją nieco, zakrywając wielkie szczerby i zmurszałe piętna.

Jeziorko szumiało. Wiatr wędrowny wpadł w tę głuszę i poruszył wodę, wydawała bełkot ponury i marszczyła ciemną toń w grube pręgi. Niskie brzegi jeziorka, obramowane twardą trawą i trzciną, ożywiły się nagle, z różnych stron spłoszone wydry skoczyły do wody. Bure, śmigłe ich ciała chlupały w czarne fale i od razu dawały nurka, inne pochowały się do nor.

Grześko zerwał strzelbę z pleców i wymierzył do jednej, lecz Handzia mu przeszkodziła.

- Nie zabijajcie jej, nie!

- Jak wola! Ale tęga sztuka i miałem już na cynglu.

Stary borowy sapał, nierad z siebie, że nie pospieszył z wystrzałem.

- Widno i pan Olelkowicz ich nie strzela, nie nastraszone, blisko nas dopuściły. Boże chorony! Ot szkoda tej sztuki, wielka da wielka, pewno samiec.

Andzia rozglądała się ciekawie, Kościesza zapalił cygaro, przydało się, gdyż komary napadały całą chmarą.

- Jak tu zawsze pięknie, ale dziwnie ponuro i groźnie! - rzekła Andzia.

- Oj, prawda, bojarzynko, bo tu straszy, duchy tu chodzą.

- Patrz, ojczymku, na te mury, jakie one okropne, okna wyglądają niby wygniłe oczy. Brrr! Straszne. Za nic bym tu sama nie przyszła. Te mury patrzą po prostu, a te zębate wieżyce są jak ramiona wzniesione do góry rozpaczliwie. Te szczątki zdają się skarżyć, wołać o ratunek, jezioro jakby jedna łzawnica, takie mroczne, takie smutne. Co to! Ach!

- Niech się pannuńcia nie stracha, to sowa jucha przeleciała. Oj! oj! Są tu i puszczyki i nietoperze. Oho! W nocy to i ja sam by tu nie przyszedł, tu i upiór może się zdarzyć, i wilkołak i inne ścierwa. Pójdę, obejrzę nory, może zatrzask położę na wieczór.

Odszedł.

Kościesza usiadł na zrębie skały w miejscu, gdzie zwykł siadać Olelkowicz. Wzruszył ramionami lekceważąco i rzekł głosem, który w tej pustoszy brzmiał jeszcze groźniej niż zwykle:

- Banialuki opowiada Grześ, jakie tam strachy! Głupstwo! Ty się, Andziu, nie przejmuj, aż zbladłaś i oczy ci się palą niby ogień. Po co ten dramat, te tragiczne oczy?... Ale jakaś ty ładna... Handziuś - dodał odmiennym tonem i ciszej.

Spojrzała na niego zdziwiona. Jego zimne źrenice pozbyły się zwykłej sztywności, miększe były w wyrazie, lecz miały w sobie coś takiego, co bezwiednie Andzię dotknęło. Pod czołem sfałdowanym oczy jego gorzały płomieniem, nieznanym dla niej, lecz przykrym. Źrenice te przepalały ją na wskroś, cała zaś twarz dziwnie pomięta, z brzydkim wygięciem ust, wzbudzała odrazę, jak zmurszały, robaczywy grzyb. Zmiana w rysach Kościeszy tak nagła i niepojęta, przeraziła Andzię, zbladła jeszcze bardziej, lecz oczu nie mogła oderwać od zezwierzęconej fizjonomii Kościeszy. Usta jego zwykle wąskie, zaciśnięte, były teraz nabrzmiałe siną krwią i lubieżnie złożone całowały Andzię po prostu. Wzdrygnęła się, lecz nie zrozumiała tej twarzy, przerażenie ogarnęło ją tym bardziej.

- Czy... ojczym nie chory? Co się stało?

Sama nie wiedziała, dlaczego ta nazwa sucha wybiegła jej na usta.

Ale on jakby tego nie zauważył, patrząc na nią szeptał:

- Śliczna! Śliczna...

Wyciągnął do niej ramiona. Andzia nie odczuła w tym ruchu pieszczoty dobrej, przeciwnie raczej, odsunęła się instynktownie zmieszana, z uczuciem gniewu. Twarz jej zapłonęła gniewem, chciała bryznąć słowem ostrym, już, już miała je na wargach, gdy uprzytomniła sobie, że to jest jej ojczym i zacięła usta. Ruchem nagłym pochyliła się nad samotną żółtą lilią nad brzegiem jeziora.

Zrywając kwiat ujrzała opodal w trawie jakiś przedmiot, błyszczący w słońcu. Podbiegła i uniosła z ziemi grzebień damski, półokrągły, szeroki, ze złoconą przepaską na wierzchu, usianą błyszczącymi szkiełkami. Zdumienie odmalowało się na jej twarzy.

- Grzebień Lory!

Kościesza ochłonął już ze swej ekstazy. I on się zdziwił.

- A prawda? Czyli że Lora była tu dziś istotnie! Trzeba uprzedzić panią Malwinę o wycieczkach córki po bagnach, bo może się to źle skończyć i na nas spadnie odpowiedzialność. Te moczary już niejednego pochłonęły.

Zbliżał się Grześko. Mruczał coś do siebie jakby niezadowolony.

- Ktoś tu był dzisiaj z psem,bo nory wydrze, Bboże chorony, ze wszystkim pokopane. Pan Olelkowicz swojemu wyżłowi nie pozwoliłby na takie pohaństwo.

- Może strzelał.

- Boh je znaje. A toż tu co?...

Grześko przypiął się oczyma do wykrotu w skale, poza plecami Kościeszy, podsunął się pożądliwie i nagle w dłoni wyciągniętej podniósł w górę pyszną, czarno_matową, szmelcowaną strzelbę.

- Ot co jest! - zawołał.

- Kłusownik tu był, ładnie pilnujesz - sarknął Kościesza.

Dziad zaśmiał się figlarnie.

- Oho! Panoczku! Żeby taką paradną rusznicę miał jucha kłusownik, to by ja jego znał, a spod ziemi wykopał, a takie śliczności jemu odebrał. Już by ona moja była, nie czyja. Ale kłusownik takiej sztuki nie zostawi pod kamieniem. To jest rusznica pana z Prokopyszcz, dziś tu widno był znowu, ale dla jakiej przyczyny broń zostawił, na to już ja głupi.

Andzia poczuła, że krew gorąca, wartkim strumieniem buchnęła jej do serca, policzki zabarwiły się na chwilę purpurowo i wnet znowu zbladły jak opłatek. Kurczowo ścisnęła w dłoni grzebień Lory, w głowie jej szumiało, myśl jaskrawa zawirowała aż z bolesną świadomością.

- Oni tu dziś byli oboje... razem...

Wtem zasyczał zjadliwy głos Kościeszy.

- Piękne odkrycie! Strzelba kawalera zapomniana, grzebień panny zgubiony, albo... także zapomniany... Hm! Takie roztargnienie dużo mówi.

Andzia milczała. Grześko, widząc w jej dłoni lśniący grzebyk i słysząc słowa Kościeszy, zafrasował się i drapał za uchem. Stali tak naprzeciw siebie, Andzia z grzebieniem, Grześko zestrzelbą, oboje niepewni, jakby zawinili odkryciem niemych świadków spotkania tamtych dwojga, co już nie podlegało wątpliwości.

- Boże chorony! - westchnął Grześko tonem dość dwuznacznym.

Kościesza zaśmiał się przykrym, skrzypiącym rechotem.

- Lora zuch! Umie wyzyskać straszne kryjówki, kpi z duchów, mając przy sobie rycerza, tylko zanadto go widać upaja, skoro ten traci głowę i gubi broń. No, no i tego panicza nie posądzałem o tyle przedsiębiorczości. Zabawna historia!

Tarłówna zawróciła na miejscu, szybko odeszła na dróżkę, skąd przybyli.

Kościesza patrząc na nią mruknął do siebie z uczuciem radości:

- Jeśli w niej coś kiełkowało dla tamtego, odkrycie to jest już epilogiem.

Zwrócił się do strapionego Grześka:

- Odnieś strzelbę panu na Prokopyszczach i powiedz, kto ją tu znalazł. Możesz oddać i grzebień panny Lory, na pamiątkę - dodał sarkastycznie, podnosząc z ziemi upuszczony przez Andzię drobiazg.

- Cóż stary, teraz już wiesz, dlaczego wyżeł pokopał nory?

Zaśmiał się rubasznie.

- Ha! Zuch paniczyk!

Podążył za Andzią uciekającą prawie przed nim po błotnistej drożynce.



XIII

Wśród krwi i jęków

Pan Teodor, pomimo próśb i błagań pasierbicy, by tego nie czynił, zawiadomił panią Malwinę o wycieczce Lory i ewentualnym spotkaniu z Olelkowiczem. Pani Smoczyńska dostała spazmów, potem nastąpiły gorzkie żale nad dzisiejszą młodzieżą, która wyłamuje się spod praw obowiązujących "kodeks światowy", że Lorka zawsze odznaczała się samowolą, ale że w tym wypadku nie tylko ona jest winna, lecz głównie Olelkowicz, on ją pewno namówił do tego spotkania, gdyż dawno już ujawniał do Lorki wielką skłonność. Pani Malwina zadowoliła się krótkim potwierdzeniem faktu przez Lorkę, że byli razem z Andrzejem w Temnym Hradzie. Wyraziła wówczas przypuszczenie w formie pewnika, że Andrzej przyjedzie oświadczyć się jej o Lorkę.

Na to panna Smoczyńska wybuchnęła śmiechem.

- Może mama być spokojna, on mi się nie oświadczy i ja bym go nie przyjęła. Jestem wolnym duchem do lotu stworzonym, nie zaś do pełzania po ziemi w postołach obowiązku. Bez więzów, bez więzów! Oto moje hasło!

Matka łamała ręce z rozpaczy, pocieszała się nadzieją, że Olelkowicz ma inne zapatrywania i wpłynie odpowiednio na Lorkę.

- Zawsze wierzyłam temu młodzieńcowi, to dzielny i wyjątkowy człowiek, nie zawiodę się na nim.

Andzia cierpiała niewymownie. Myśli gorzkie nękały jej młodą duszę. Żal, niepewność, wstyd jakiś kiełkowały w niej. Dlaczego Andrzej nie przyjeżdżał tak długo, teraz zaś spotyka się z Lorą, omijając Wilczary? Gdzie są jego wyznania na kartce i ustne w sankach?... Czy i obecne jego postępowanie to tylko pozory? Jak zapewniał ją o tym w zimie.

Ból łączył się z nagle zrodzoną ironią i występował na jej ustach. A jednak instynktownie przeczuwała, że w schadzce na Temnym Hradzie nie było winy Olelkowicza, że to tylko manewr Lorki albo zwykły przypadek. Lecz bez porozumienia z nim, skąd by Lorka wiedziała o wycieczkach Andrzeja do tej pustki, szczególnie o tak rannej godzinie?

Błędne koło zwątpień!

Tarłówna nie potrafiła ukryć swej depresji, z czego korzystała Lora, by ją tym bardziej męczyć. Obrażona duma Smoczyńskiej za zachowanie się wobec niej Olelkowicza znalazła ujście. Handzia cierpiała podwójnie.

Pewnego popołudnia wymknęła się sama z domu, na przechadzkę obok nasypu kolejowego. Lubiła tę drogę, odkrywała się przed nią daleka perspektywa, choć jednostajna, lecz nie mniej piękna, obrosła z obu stron zwartym borem. Niby mur potężny stały po obu bokach szyn sosny tytany o kolosalnych koronach czarnych, obfitych w igły. Pnie złotorude, gładkie, wyniosłe, strzelały z ziemi żyznej prosto w górę pędem żywiołowym, rozkazującym. Pod cieniem ich, równolegle z traktem od strony lasu, biegła wąska droga boczna, zarośnięta krzewami tarniny i dzikiego berberysu. Mnóstwo lila dzwonków, kampanuli rosło wśród kolących krzaków, otoczonych rojem much i trzmieli. Las w głębi przyświecał słońcem, mieniąc się tęczowo, jakby był cały powiązany złotą siatką o ogromnych, barwnych okach. Różowiły się pnie sosen, jasne, wielkie brzozy odżynały się z niesłychaną plastyką. Drogą tą szła Andzia zamyślona poważnie. Wybrała się tu wiedząc, że nie jeździ tędy Kościesza i że jest to dróżka wiodąca na trakt prokopyski. Zapatrzona w szyny pełznące w dal, ujrzała ciemny obłok, który na krańcach horyzontu ukazał się i rósł, podpływał coraz wyraźniejszy, bliższy.

- Pociąg jedzie - pomyślała Andzia, uprzytomniając sobie, jak przed trzema laty kładła się na nasypie pomiędzy szynami. Jeszcze teraz wzdrygnęła się na to wspomnienie. Jakaż to była dziecinada, jaka niemądra brawura.

Pociąg zbliżał się i dudnił. Lokomotywa błyszcząca, elegancka ciągnęła za sobą krótki szereg wagonów szafirowych i żółtych, o wyglądzie luksusowym.

- Kurier! ależ pędzi...

Wpatrywała się w pociąg oczami gorejącymi, lubiła taką siłę imponującą. Kolos potężniał, rwał naprzód jak potwór rozhukany, szyny wciągał pod siebie zaborczo, z impetem pruł powietrze.

Wtem Andzia usłyszała za sobą, z przeciwnej strony pociągu tętent gwałtowny i wołanie. Obejrzała się.

Drogą, po której szła, amerykanem zaprzężonym w cztery piękne konie jechał Olelkowicz, pędził prawie galopem.

Stojąc na wysokim siedzeniu, w jednej dłoni trzymał lejce, drugą wymachiwał rozpaczliwie i coś wołał głosem przerażonym. Stangret jego także stojący, machał nad głową pledem, krzycząc również. Na nasypie zaś biegł dróżnik z czerwoną chorągwią wymachując nią w powietrzu z wściekłości. Wrzask jego był rykiem zwierzęcym.

Tarłówna zrozumiała, że nie do niej odnoszą się te wołania.

Oni dają sygnały, aby wstrzymać pociąg.

Nie widząc jeszcze niebezpieczeństwa, zdrętwiała ze zgrozy, lecz nie tracąc przytomności zerwała z siebie biały fartuszek i pędem popędziła na szyny; biegła naprzeciw lokomotyw, szarpiąc płótnem na wietrze, niby białym skrzydłem.

Widząc to Olelkowicz wydał rozpaczliwy okrzyk, zeskoczył z amerykana w pełnym biegu, jednym susem znalazł się na plancie i uniósł Handzię z nasypu w samą porę.

Pociąg z hukiem, z łoskotem straszliwego rozpędu przewiał obok nich i gnał przed siebie, niebaczny na sygnały, głuchy.

- Chryste miłosierny! Katastrofa! - krzyknął Olelkowicz.

Dróżnik zatoczył się z szyn na kraniec nasypu, łamiąc ręce desperacko.

W tejże minucie z zakrętu, z przeciwnej strony, wypadł drugi pociąg w pełnym biegu i gnał prosto na kurier idący po tym samym torze.

Andzi głos uwiązł, z niewypowiedzianego przerażenia zbielała, bez tchu, ze strasznym łomotem serca, chwyciła konwulsyjnie rękę Andrzeja, a rozbiegane jej wargi ledwo zdołały wyszeptać cicho.

- Ratunku! Boże! Ratunku!

Wrzawa sygnałów pociągu pędzącego na kurier nie zdołała już go powstrzymać.

Pociąg towarowo-pasażerski długi, widocznie bardzo naładowany, sygnalizował przeraźliwie i puścił kontrparę; cofnął się w tył ociężale. Niestety, już za późno.

Kurier z niesłychaną siłą pędu runął na przeciwnika. Huk zderzenia się dwóch lewiatanów, rozdzierający ryk i gwizd wściekłych maszyn paraliżował nerwy. Lokomotywy spiętrzyły się na siebie, jak dwie bestie oszalałe, rozżarte. Potworne, żelazne cielska grzmiąc i tocząc parę z kominów zwarły się potężnie, rozjuszone pędem, i tą samą siłą wzbiły się wysoko w górę, spojone straszliwym uściskiem. Brankardy[8] i pierwsze wagony uniosły się za nimi, podniesione na przednich kołach. Andzia i Andrzej przez parę sekund z zapartym oddechem w piersiach patrzyli na tę okropną piramidę walczących martwych kolosów.

Nie zmogły się dwa tytany. Po chwilowym, okrutnym borykaniu obie razem maszyny zwaliły się na ziemię, wryły głęboko przody olbrzymich swych cielsk w piasek nasypu. Zakotłowało się jak w kotle piekielnym; huk, trzask, łomot ogłuszający, syk pary, złowrogi łoskot, szarpanie się rozbijanych wagonów, jednocześnie zaś krzyki, wrzask przerażonych głosów i mrożące krew jęki ludzkie! Zdruzgotane wagony jeszcze piętrzyły się na siebie, dachy, ściany, koła, wszystko trwało w ruchu oszalałym, panicznym, miażdżąc się, tratując niepowstrzymaną inercją poprzedniego pędu.

Rumowisko to przedstawiało widok tak pełen grozy niebywałej, tak rozdzierający i tragiczny, że zdawało się, iż to nieziemska siła i nieludzka moc spowodowała tę górę ruchomych zwalisk.

Tarłówna i Olelkowicz pędem pobiegli na miejsce wypadku, dopadli ostatnich wagonów, potrzaskanych niemiłosiernie i, jedną wiedzeni myślą, rzucili się ratować nieszczęśliwych pasażerów. Rannych było mnóstwo, katastrofa miała nieobliczalne skutki. Jęki bolesne, rozpaczliwe wołania o pomoc, zgiełk, wrzawa! Andzia zobaczyła w zgniecionym oknie czyjeś ręce okrwawione, trzepoczące bezradnie, chwyciła je z całej siły i zaczęła ciągnąć, ale otwór zduszonego okna okazał się zbyt mały. Olelkowicz zatem po sterczących deskach skoczył do środka i rozwaliwszy do reszty potrzaskaną ścianę pomagał dziewczynie wydobywać okrwawionego mężczyznę, który prócz ran na rękach i głowie, obie nogi miał zmiażdżone. Gdy wynieśli go na nasyp i złożyli na piasku, omdlał natychmiast. Anka skoczyła szukać wody, nie znalazła jej nigdzie blisko, trzeba było zresztą ratować innych. Znowu jękiem dała znać o sobie starsza kobieta z pierwszej klasy, z połamanymi żebrami i wielką raną w głowie. Wyciągnęli ją spośród stosu rumowisk, rzucającą się z bólu w konwulsjach. Dama krzyczała różnymi językami, wielkie zaś brylanty w krwawych uszach, przy głowie potwornie zeszpeconej, świeciły urągliwym, bezczelnym blaskiem. Nieprzytomna była i wykrzykiwała jakby w malignie.

Ujrzawszy pochyloną nad sobą twarz Anny, zawyła z wściekłością i palce skurczone, ubrylantowane, z poobtłukiwanymi paznokciami skierowała na twarz dziewczyny.

- Za co mnie mordujesz, ty piekielny? Ratunku! Służba! C'est horrible, c'est horrible! (franc. - To straszne.) Obić każę! Pod sąd was!! Dieu de miséricorde! (franc. - Boże miłosierny.)

Zanim Handzia zdołała się cofnąć, połamane paznokcie rannej damy przesunęły się błyskawicznie po twarzy dziewczyny, zostawiając po sobie czerwone nitki krwi. Tarłówna mocno odchylona w tył, nie puszczała jednak z rąk rannej, unosiła silnie jej ramiona z okrwawioną masą głowy, dźwigając i wlokąc ją na bezpieczne miejsce.

- Moja torba została, etui,precjoza! Duża nagroda za oddanie... Parole d'honneur! (franc. - słowo honoru.) - wrzeszczała ranna, rzucając się jak szczupak. Oczy jej spoza krwi paliły żarem tak szatańsko jakoś, że Andzia pomimo wszystko bała się tej kobiety. Złożyła ją wreszcie na piasku i drżąca z wysiłku otarła swoją twarz z potu i krwi.

Olelkowicz wydobywał rannych spod zwalisk, narażając się sam na niebezpieczeństwo, wyciągnął już i kilka trupów. Stangret jego, dróżnik i pasażerowie ocaleni z pogromu pomagali mu dzielnie. Tymczasem nadjechały drezyny z przystanku wilczarskiego, wioząc naczelnika, urzędników i robotników do ratowania rannych; przez łąki i pola biegło mnóstwo ludzi z pobliskich wsi, zwabionych niezwykłym hukiem. Pół godziny po wypadku był już na miejscu pociąg sanitarny z najbliższej stacji. Przyjechały także na drezynie z Wilczar panny Ewelina i Lorka. Wydobyto spod masy żelastwa kucharza restauracyjnego, który przebity był własnym, ogromnym nożem kuchennym, cały wierzch czaszki miał zniszczony doszczętnie i odkryty mózg. Maszynista rozszarpany w kawały, jeden z konduktorów bez obu nóg, drugi zmielony na bryłę mięsa ociekającego krwią, trupy dzieci i straszne, potwornie pokaleczone postacie pasażerów świadczyły o sile i rozmiarach katastrofy.

Lekarze znosili krwawy bagaż do pociągu ratunkowego wśród jęków, wyrzekań, szlochań i rozpaczliwych błagań o pomoc.

Rozlegały się tu krzyki spazmatyczne ludzi zdrowych; nerwy nie mogły znieść takiego naprężenia. Bezmiar niedoli i nędza tych ludzi stratowanych, z wygodnej podróży znajdujących się nagle we własnej krwi, wkupach desek, żelaza, w piasku, z niemiłosiernym bólem w ciałach, przerażała najobojętniejszych.

Do Andzi podbiegła panna Ewelina, załamała ręce na widok jej twarzy podrapanej i zlanej potem oraz sukni rozdartej w kilku miejscach.

- Co ty tu robisz, Andziu? Skąd się tu wzięłaś przy tym nieszczęściu? Boże, jak ty wyglądasz! Nie zamęczaj się; odpocznij!

Ach pani! Gdybym miała dziesięć rąk i sił więcej! ale takam słaba, tak... mało pomóc mogę...

Rozpłakała się rzewnie jak dziecko, za wiele już widziała krwi i ran, za wiele słyszała jęków duszę rwących na strzępy.

- Chodź dziecino ze mną, odejdź stąd, tu już jest ratunek dostateczny i tak już ledwo oddychasz.

Przypadł do nich Olelkowicz. Umazany krwią, z zasmoloną twarzą, zaledwo można go było poznać. Oczy mu gorzały płomieniem ponurym.

- Niech pani zabiera pannę Annę do domu, ratowała, dźwigała nad siły, pokaleczyła się, już dosyć, na Boga! Pani zachoruje, obłędu dostanie, toż to istne piekło! Co się tu dzieje!

- I pan tu? Skąd? Czy pan był w pociągu? - spytała zdumiona Ewelina.

- Jechałem do państwa i trafiłem na samą katastrofę, pannę Annę spotkałem na drodze, niewiele brakowało zginęłaby pierwsza pod pociągiem! Byliśmy świadkami zderzenia.

Krzyk jakiś oderwał od nich Olelkowicza, podbiegł w tamtą stronę, Andzia podążyła za nim, pomimo oporu panny Eweliny. Stanęli nad kupą desek, skąd krzyk dochodził, ale nie mogli dojrzeć jego sprawcy, widocznie ranny przywalony został szczątkami wagonu. Aż oto dwoje rąk sinych, jak u nieboszczyka, wysunęło się nisko przy ziemi i chwyciło Andzię za nogę przy kostce. Odskoczyła z nieprzytomnym piskiem, lecz natychmiast ochłonęła i razem z Andrzejem zabrała się do ratowania. Kilku ludzi zawołano na pomoc, pracowano długo i uciążliwie, gdyż ta część wagonu roztrzaskana zupełnie, spiętrzona stłoczyła się w zbitą masę, wgniotła w siebie, utworzywszy niby kulę szczelnie spojoną.

Rąbano ją siekierami, rwano bosakiem, kilka toporów i wściekłość ratujących ludzi dopięły wreszcie celu. Do otworu skoczył Andrzej z robotnikiem i z pomocą pozostałych na powierzchni wydźwigali z głębi młodzieńca, nawet nie pokaleczonego.

Młody człowiek stanął o własnych siłach, ale zachwiał się na nogach. Przetarł oczy pełne piasku i wtedy dopiero krzyknął, łapiąc się ręką za piersi.

- Oj! oj! Coś trzeszczy, coś mi się złamało, gwałtu! Boli, Ach, jak boli!...

Stwierdzono, że ma złamany obojczyk, ponadto cały był potłuczony. Humoru jednak nie stracił; wołając krzykliwie:

- Oto jestem zbity na kwaśne jabłko!

- A to urządziłem się! Niech to diabli porwą. Szykowna jazda kurierem! Zadałem szyku własnym gnatom. Mój Boże! w kwiecie wieku i już pokiereszowany. Całuję rączki za taki szyk! Jakże ja się pokażę u nas w Galicji, taki połamaniec? Ratujcie ludzie!!!

- Niech pan tak nie wrzeszczy - rzekł Olelkowicz - proszę raczej dziękować Bogu za cudowne ocalenie. Z takiej sytuacji, w jakiej pan był, nie wychodzi się tylko ze złamanym obojczykiem, przecież pan miał na sobie cały wagon. Bagatela!

- Cały wagon, powiada pan? A co?... Nawet taka kupa kazionnego materiału nie zabiła mnie. Od dziś zmieni się przysłowie, zamiast dawnego "wyszedł jak Zabłocki na mydle" powinno być nowe "jak Okszta na kurierze". Zbłaźniłem się. Fe! ależ ja dotąd bez rekomendacji: Adrian Okszta do usług, z tych Oksztów, co rozbijali na polach walk, ale nie rozbijali się sami na piasku. Zhańbiłem ród swój. O, o! do diabła, jednak to boli! Taka marna kosteczka. Psiakrew! Czy choć macie w tym kraju dobrych chirurgów? Odwieźcie mnie do Galicji, bo tam to dopiero Europa. Wieźcie mnie do moich majątków!

Olelkowicz i felczer z Wilczar zakłopotali się. Okszta bowiem wykrzykiwał z bólu, klął i wołał, aby go zaraz wieźć do jego majątków, bo tu zdechnie jak pies w tym kraju zatraconym.

- Co my tu z panem zrobimy? Pociąg sanitarny z lekarzami już odjechał przepełniony. Gdzie pana tymczasem ulokujemy?

- A czy wy jesteście aniołami z nieba i sfrunęliście na mój ratunek? No, bo ja o niebie jeszcze nie myślę... Dobre ono, ale nie zawsze.

- Niech pan nie żartuje!

- Zapewniam pana, że żarty ze złamanym obojczykiem nie należą do miłych rozrywek. Jeśli nie jesteście aniołami, lecz ludźmi, to musicie tu gdzieś niedaleko mieszkać; panowie i te boginie, które oto widzę. Weźcie więc mnie do siebie, bo doprawdy, że ten wagon za ciężki był trochę na moje siły, wszystko w miarę...

Zbladł i zachwiał się, ustami zaś popłynęło trochę krwi.

Andrzej podparł go silnie ramieniem i spojrzał pytająco na panie z Wilczar.

- Zawiózłbym go do Prokopyszcz, ale dla chorego to za daleka podróż. Krwią pluje;widocznie coś jest w płucach.

- Proszę go wieźć do nas na leśniczówkę - zawołała panna Niemojska. - Trzeba posłać po doktora. On mdleje, żartował sobie, ale widać, że tęgo dostał.

Podprowadzili drezynę, Olelkowicz z felczerem umieścili na niej omdlałego młodzieńca, panie siadły również. Wtem Andzia zauważyła robotnika niosącego na ręku dziesięcioletnią może dziewczynkę. Zatrzymała drezynę, wołając:

- Dajcie tu, dajcie! Zabierzemy i ją, będziemy ratowali.

Robotnik podszedł i pokazał im martwe już ciało, w siwej siermiędze.

- Chłopskie dziecko? Skąd ono się tu wzięło?

Spało przy relsach na murawie. To pastucha od gęsi. Ja jeju znaju, ona tu zawsze chudobę pasie, aż i na nią przyszła czarna godzina. Ot biedneńka Kostka! Popała się i nie wiadomo, czy ze strachu jej się coś przytrafiło, czy i zabiło co, ale ot nieżywa.

- Odniesiecie ją do rodziców!

Robotnik zaśmiał się.

- A do jakich? Ona za pastuchę służyła. Teraz to ona i sama poszła do otca światego, bo na świtie miała tyle, że matkę i to pijaczkę, niegodiałkę. To je znajda.

Drezyna ruszyła. Andzia zamyśliła się smutnie nad losem dziecka niewiadomego pochodzenia, które nie znało domu i ciepła rodzinnego, żyło z gęsiami i naturą, zginęło w niewiadomy sposób, przy ogólnym straszliwym pogromie.

Dziwnie wzruszyła Andzię ta drobna, martwa dziewczynka na rękach obcego człowieka i jej krótka, a taka przy swej pospolitości żałosna historia. Tylu rannych widziała dziś Andzia, tyle krwi, potwornych kalectw, tyle niedoli, jednak te ciche zwłoki dziecka podziałały na jej uczucia może najsilniej.

Drezyna poruszała się wolno, gdyż tor zapchany był odłamkami wagonów, kilku robotników rzucało z szyn potrzaskane kawały pięknego cielska pociągu.

Leżał oto teraz zabity własną mocą, która była jego chlubą, gdy wspaniały, ufny w swą potęgę, pędził z całą siłą pary, kpiąc sobie z przestrzeni. Iście tragiczny widok przedstawiały te szczątki zwalone, poskłębiane z sobą, ze śladami krwi na lśniących lakierach. Bufory skręcone na sznury, koła w drzazgach, lokomotywy rozbite, wkopane w ziemię, jakby w agonii darły i gryzły piach, gdzieniegdzie widać szyny oderwane od toru i zwinięte w kłębek, tam znowu sterczą jakieś żelaza płaskie i ostre, niby kosy pozostawione tu po żniwie śmierci. Przy gruzach pociągu towarowo-pasażerskiego, przy powywalanych bagażach stała straż żołnierska, aż do nadejścia drugiego pociągu. Całość klęski przechodziła miarę okropności, tak jakby tu przeleciała trąba powietrzna, lub duch mściciel z piekielnych rot przekleństwem wezwany.

Andzia zakryła oczy, usta jej szeptały modlitwę za umarłych, panna Ewelina i Olelkowicz cucili zemdlonego młodzieńca. Lorka podsunęła się do Andzi, rzuciła jej pytanie do ucha:

- Powiedzże mi, bo nic nie rozumiem, jakim sposobem znaleźliście się na plancie, razem z nim?

Wskazała brwiami na Andrzeja.

- To bardzo dziwne - dodała jeszcze ironicznym tonem. - Chyba jakaś zmowa? Wytłumacz mi się!

Tarłówna popatrzała na nią uważnie.

- Czy ty możesz o tym myśleć... w takiej chwili?

- Mogę i pytam się o to.

- Więc daruj, ale ja ci się tłumaczyć nie będę.

- Ha! Naturalnie! Zatem jego się spytam.

Drezyna wyzwoliwszy się z miejsca katastrofy, popędziła wichrem i po chwili stanęła na przystanku w Wilczarach.

Zastali tam już Kościeszę z naczelnikiem Łechtienką i tłum ludzi. Pan Teodor bardzo niechętnie zgodził się na wzięcie pod opiekę chorego Oksztę. Ale nie było rady.

Ujrzawszy Olelkowicza, podniósł brwi ze zdziwieniem. Postać młodzieńca mogła jedynie wzbudzać podziw i uznanie, gdyż na twarzy, rękach i ubraniu nosił ślady sumiennej pracy przy ratunku.

Łechtienko potwierdził to ustnie.

- Ot ten młodzieniec, to napracował się. Jakie jego tam licho taszczyło. Boh znaje, ale pomoc dał. Jemu order należy się. Nu i panienka niczego, co siły dały, to robiła, że ja i nie spodziewał się, a to, że panienka na szynach znalazła się, to mnie i nie dziwno, już taka natura, lubi po relsach szlatsia.

Popatrzył na Andzię i nagle uśmiechnięty całą swą na rudo narośniętą twarzą, zawołał dowcipnie:

- A cóż, moje "babuszki" pokazały swoje sztuki! Ha! A co, czy nie mówił ja trzy roki temu nazad, że z nimi poufalić się nielzia! Ot i prawda! Ot i moje babuszki spisały się. Ha, ha, ha!

- Będzie panu mniej wesoło, jak wytoczą śledztwo, jak komisja tu zjedzie - rzekł Olelkowicz.

- A bo to ja?! - krzyknął zły - stacja odpowiada, ja pociągów nie puszczam.

- Ale mógł pan ostrzec w porę, dać sygnały. Tu jest dużo pańskiej winy.

- Maszynist w skorym spity był jak skotina, czort jego wie, może spał! Sygnałów drożnego nie widział. Ja tu nie winien. Ot! Sztuka! Ot... że...

Odszedł Łechtienko nasrożony, wydymając usta z gniewem.

Olelkowicz z Hawryłkiem nieśli Oksztę do leśniczówki. Kościesza zaś i panie szli za nimi, jak za konduktem.

Nagle Łechtienko powrócił, zastąpił im drogę i patrząc złośliwie w oczy Andrzeja zawołał:

- A ot ja wam, kniaziu, nowinę powiem, wiadomo, niemiłą, wszystko na świecie niemiłe. Wasze łoszadki, co ich wasz kuczer przywiązał do sosny jak leciał na ratunek, zestrachały się huku, da i poszły! Ot co jest, donieśli mnie teraz mużyki. Dwa konie ubite na śmirć, jeden pokaleczony, a czwartego gadają, że prowadzą. Kolaska ta krasna, wysoka jak didko, w drebizgi, w puch i prach! Tak to, wasze sijatielstwo!

Zaryczał dzikim, podłym śmiechem i odszedł, kłaniając się z umyślną uniżonością.



XIV

Jak pijani

Olelkowicz nie mógł zamienić z Andzią nawet paru słów. Kościesza pilnował go dobrze. Gdy już chorego Oksztę ułożono w łóżku, Andrzej, uścisnąwszy na pożegnanie rękę Andzi, zajrzał jej w oczy wymownie. Zrozumiała. Prosił ją o chwilę rozmowy, o jakieś porozumienie, oczy zaś jego takie były dobre w wyrazie, że dreszcz przeszył serce dziewczyny, dreszcz szczęśliwy, nadziei pełen. Ale jak mu okazać te uczucia, jak mu powiedzieć: "Przyjedź, bo tęsknię?"...

- Niechże pan odwiedzi naszego chorego - rzekła prędko, gdy już brał za klamkę.

Twarz mu się rozjaśniła.

- Ależ naturalnie, wspólnie ratowaliśmy go i będziemy leczyli. Przywiozę mu nawet lekarza.

- Już posłano po doktora, niech się pan nie fatyguje - sucho wtrącił Kościesza.

- Ale to się odnosi do wyjazdu po lekarza, nie do przyjazdu pana, na pana czekamy - zawołała Tarłówna rezolutnie.

Czuła, że ojczym przeszył ją wzrokiem strasznym, jednak nie przejęła się tym zbytnio, otucha dziwna, lecz bardzo silna, szczęściem tchnąca, a z oczu Andrzeja zaczęrpnięta, dodała jej pewności i siły.

Olelkowicz wyszedł zwycięski, gnał tak przez łąki i lasy w poszarpanym ubraniu, zakurzony, na rozhukanym, ocalonym z pogromu koniu, obaj z pozoru jak zwiastuny nieszczęścia. W duszy Andrzeja rozbrzmiewał hejnał radosny. To go unosiło. Nie hamował konia, dogadzał mu pędem, wywołanym przez paniczny przestrach, pozostały po katastrofie. Olelkowicz zapomniał o zabitych i poranionych koniach, o złamanym amerykanie, myślał tylko o słowach Andzi, która chce jego przyjazdu wbrew woli ojczyma i pomimo plotki, jaka powstała zapewne po spotkaniu się jego z Lorą w Temnym Hradzie.

Nazajutrz z gotowym postanowieniem Olelkowicz jechał do Wilczar.

Trafił jak najgorzej. Kościesza zabrał Andzię do lasu. Spotkała go uroczysta pani Malwina oraz Lora, jakaś nadąsana i zła. Rozmowa nie kleiła się, przeważnie mówiono o katastrofie, o chorym młodzieńcu, o konsekwencjach wypadku. Pani Smoczyńska ze źle ukrytą niecierpliwością oczekiwała innego zwrotu rozmowy, nakierowując zręcznie umysł Olelkowicza na tematy, od których znowu on instynktownie uciekał. Wzmiankę o Temnym Hradzie zbył krótko, niechętnie, gdy jednak po odejściu Lory pani Smoczyńska uparcie powracała do tego samego tematu, prosząc o szczegółowy rysopis tej miejscowości, Andrzej odrzekł uprzejmie, lecz stanowczo:

- Ja proszę pani nie potrafię odmalować Temnego Hradu tak, jak na to zasługuje, za mało mam poezji. Panna Lora zna go również i na pewno lepiej swe wrażenia wyrazi.

- Ach, prawda, państwo tam byli razem - rzuciła pani Malwina ostatni pocisk zaczepny.

- Tak, panna Lora zastała mnie tam kiedyś... przypadkowo - odbił śmiało wyzwanie.

Ujrzał zaciśnięte usta swej dręczycielki. Poczuł się tu zupełnie zbyteczny, wstał i wyraził chęć odwiedzenia chorego. Pani Smoczyńska zrobiła kwaśną minę. Zaczęła narzekać na Oksztę, że zamęcza Lorkę, gdyż tylko ona potrafi mu dogodzić, on zaś wymaga, aby ciągle przy nim była. Poszli do bocznego pokoju, gdzie leżał Okszta. Cały spowity w bandażach, śmiał się wesołą twarzą i łobuzerskimi oczami do Lory, która siedząc przy nim na fotelu, opowiadała mu coś z humorem. Wejście matki i Andrzeja wywołało u Lory niezrozumiały dąs na twarzy, jakby chciała tym powiedzieć Olelkowiczowi: "Jesteś tu niepożądany". On jednak nie zwracał na to uwagi; rozmawiał z Oksztą swobodnie, żartował z niego, zauważywszy łatwo, że pomiędzy nim a Lorką jest już lekki flirt. Rzekł wymownie:

- Miał pan dobre przeczucie, nazwawszy panie, które go ratowały, boginiami; zdaje się, że i w niebie nie byłoby panu lepiej, niż tu w leśniczówce. Ma pan szczęście.

Okszta mrugnął figlarnie:

- Założę się, że wolałby pan być na moim miejscu, choćby w bandażach, niż z pozyskaną sławą dzielnego ratownika. Co? Prawda?! Sława, panie drogi, przebrzmi, ja zaś będę się długo leczył...

- Smutny będzie powrót do zdrowia - westchnął Olelkowicz komicznie.

- Ee! Panie, wyzdrowienie od nas zależy, a ja... mam... wakacje.

Błysnął wesoło zębami i mrugnął niedwuznacznie; Andrzej aż się zdumiał. Spojrzał na Lorkę ukośnie; groziła palcem pod nosem i śmiała się figlarnie do Okszty. Matki jej nie było w pokoju.

- Przedsiębiorcza panna - pomyślał Olelkowicz.

Postanowił czekać na powrót Andzi z lasu, lecz nie wyjawił głośno swego zamiaru i pozostał u Okszty, chcąc uniknąć towarzystwa pani Malwiny. Zdarzyło się, że Lorka wybiegła na chwilę z pokoju. Student wskazał Olelkowiczowi drzwi, którymi wyszła i cmoknął zabawnie:

- Cukiereczek! Co? Warto znaleźć się pod pociągiem i kostki trochę poturbować, żeby mieć potem taką opiekunkę. O, o! Psiakrew! pyszna kobieta - szampan musujący!

- Widzę, że tęgo idzie panu do głowy, już ma pan w mózgu czeremere.

- A pan? Wszak pan ją zna dawniej.

- Właśnie dlatego...

- Czyżby ten szampan prędko wymusowywał?

- Nie wiem, bo mnie nigdy zbytnio nie odurzył.

- No, ale zawsze, przyznaj się pan, zakręcił we łbie. To, panie, gatunek!

- Niby, w jakim zrozumieniu?

- Ach, no, niezbyt drogi. Ale kobieta jest tyle warta, o ile jest łatwa, czyli... tania. - Czy pan się zastanawia nad tym, co pan mówi?... - zaperzył się Andrzej.

- Teraz ja zapytam: w jakim zrozumieniu? Bo jeśli pan się ujmuje za panną Lorą, to rzecz inna i rozmowa nasza tym samym kończy się. O ile zaś panu nie podoba się moje zdanie co do ogółu kobiet, to zapewniam pana, że jestem przytomny, że takie kobieta, które się same nie cenią, mają dużą wartość i vice versa. To, panie, natura, nie jakieś tam wykręty, natura więzów nie znosi, żąda tego, co jest jej przyrodzone i konieczne dla niej. Wszelkie fochy, udawanie, naiwności - toż to komedia, już nawet teraz niepopłatna.

- Więc pan chce, aby kobiety powodowały się tylko instynktami zmysłowymi, bez etyki? A przecież to jest subtelność, nadająca kobiecie jej czar właściwy, taka nietykalność jest...

- Nudna, panie, nudna i mdła, jak flaki na oleju. Co mi to za kobieta, samica rodu ludzkiego, która pragnąc tego samego co ja, męski rodzaj, certuje mi się, stroi w jakieś piórka niewinności, czy pruderii i chce, żeby ją zdobywać mozolnie. To jest kłamstwo, kręta i długa ścieżka do celu, widocznego dla obu stron, który jednym susem osiągnąć można, przeskoczywszy wszelkie łąki cnoty i zachwaszczone pola moralności. Kwestia porozumienia się, do jednego celu dróg jest dużo, ale trzeba umieć znaleźć najkrótszą. No i trema w takich razach zbyteczna...

- Gdy się depcze łąkę cnoty? Tak?

- Oczywiście! Zresztą szczere oddanie się naturze jest dopiero cnotą, wszelkie zaś niweczenie jej popędów w sobie, wszelkie tamowanie naturalnego biegu krwi jest niemoralnością, oszukiwaniem siebie, słowem hipokryzją.

- Zasadniczo wygodna teoria - uśmiechnął się Olelkowicz - dąży pan po prostu do usankcjonowania wolnej miłości. Czy głosi pan swe zasady i przed panną Lorą?

- Bezwarunkowo, głosimy je wspólnie. Panna Smoczyńska nie jest moją uczennicą, lecz koleżanką w kwestii pojmowania życia i jego praw. To mądra dziewczyna, przy tym temperament... u cha!... Za to ta druga, Tarłówna, ładna bestia, bo ładna, oczy jak diamenty czarne, kosy jak potok lawy, ale jakaś świętoszka, chyba diabła i ona ma w sobie nie byle jakiego, tylko tak go trzyma za rogi, że zanim się wymknie, można spróchnieć. Obraz, ale raczej do ramek, do podziwiania i już nie dla mnie.

- Spodziewam się - syknął Olelkowicz z takim wyrazem w oczach, że Okszta od razu zrozumiał, czego się ma trzymać.

Zmienił rozmowę, lecz po kilku zdaniach, rzucił luźną niby uwagę.

- Wy, Wołyniacy jesteście jednak niesłychanie szczerzy, odgadnąć was, przeczuć nie jest trudno. Co innego my, Galileusze, u nas w Galicji inaczej, zjesz licha bratku, zanim mnie zdemaskujesz! Przyłbicy swej nie otwieram nawet przed kobietą.

- Nie dziwię się, o ile od kobiety tak niewiele pan wymaga, może jej również niewiele z siebie dawać.

- Jak to, ja dużo wymagam, bo kompletnej szczerości, co od kobiety najtrudniej wydębić. Ja chcę, aby kobieta żądz swych nie kryła pod korcem moralności, etyki, niewinności i tym podobnych letnich kluseczek na mleczku, ale żeby śmiało i szczerze szła tam, dokąd gna ją temperament i ta wyższa siła fizyczna, która nie od nas zależy, zatem i nie przez nas powinna być skrępowana. Według utartych teorii kobieta, gdy do kogoś poczuje sympatię, mówmy ściślej, popęd krwi, powinna najpierw czekać, aż ten jej zauważony poczuje do niej taki sam apetyt, potem, gdy to nastąpi, musi przejść przez całą plejadę różnych ceremonii, tradycyjnych szablonów, awantur rodzinno-kościelnych zanim wreszcie raczy oddać się temu najdroższemu i to jeszcze w formie wielkiej łaski. On zaś musi czekać cierpliwie, aż spełni wszelkie formalności, by posiąść tę, na którą czyha z chciwością. Czy to normalne? To się traci zdrowie i werwę. A jeszcze weź pan ewentualność, że i taki apetyt obopólny bywa często obwarowany niemożliwością jakiejś tam surowej lub idiotycznej natury, albo dla różnych widzimisię światowych? Co wtedy? Kiepsko, panie! Nie lepiej to iść za moją teorią? Masz na nią tego... chrapkę, łap w ramiona! Podobał się jej... buch mu w pazury! Czyli zamiast kluczenia jak zając po miedzach, od razu do celu. To jest życie!

A jeśli taka szybkość zawiedzie, albo cel osiągnięty tak łatwo okaże się... no, marny?...

- Marny? Nigdy, panie! Może nie być jedynie zabawny à la longue (franc. - na dłużej.), a wówczas puszcza się w trąbę i hajda w drugą stronę z tą pewnością, że i... moja partnerka to samo zrobi.

- Ach tak? To nienowy wynalazek, to, co pan głosi.

- Wiem o tym, nienowy, lecz starannie ukrywany, potępiany. Jest jeszcze trzecia kategoria: tolerowany, ale to znowu co innego: to niewolnice brane za pieniądze, brudne kobiety!

- A pańskie kobiety jakie by były, te hołdowniczki pańskich haseł?

- Szczere i tylko szczere, oddając się jedynie temu, do kogo krew zakipi, bezinteresownie, z szałem i z tą wiarą przemożną, że są uczciwe, że idą wbrew utartym zasadom kabotyństwa, ale za rozkazem siły wszechwładnej, która powinna być religią, prawem człowieka!

Olelkowicz skrzywił się.

- No, wie pan, religią... prawem? To za silne określenie zmysłów. Jest to prawo rozmnażania się gatunku zapewne, ale prawo wyłącznie cielesne, żądza krwi. Mówiąc ściślej, wedle pańskiego zdania, byłyby to zwierzęta zamiast ludzi.

- A tak, po co udawanie? Wszyscy jesteśmy zwierzętami w ludzkim ciele, to tylko forma odmienna, treść ta sama.

- Nie zaprzeczam panu, ale dodam, że tacy bywają pseudoludzie bydlęta w poszczególnych jednostkach i dlatego nie wolno mówić, że jesteśmy wszyscy. Fakty sporadyczne nie stanowią reguły.

- Zaręczam panu, że to nie pojedyncze fakta, ogół jest taki - upierał się Okszta. - Różnica na tym polega, że jeden nosi swój kożuch wełną na wierzch, drugi zaś cienkim suknem i to mydli oczy.

- Nie panie, ja głębiej wnikam ponad formę zewnętrzną - odrzekł Olelkowicz. - To taka subtelność etyczna, która jest w duszy ludzkiej, albo jej nie ma, lecz jeśli tak, wówczas może być nawet szorstka powierzchnia człowieczego ja, ale to nie zniweluje etyki. Czasem zaś pod doskonałą powłoką kryje się ohydniejsze zwierzę, niż pod kożuchem cuchnącym, bo brak tam etyki. Parafrazuję pańskie zapatrywania. Nigdy się z tym nie zgodzę, żeby zwierzę w cienkim suknie, jak pan określił, nie poszarpało wreszcie swej maski, że się tak wyrażę. Zresztą to się przeczuwa. Uważny badacz ludzki łatwo przeniknie każdą powierzchnię danej istoty.

- Więc pan wierzy w etykę?

- O tak, jestem jej wiernym hołdownikiem.

- Więc etyka to pańska religia?

- W stosunku do ludzi, tak.

- Więc pan ją posiada?

- Poczuwam się do tego. Myślę, że ludzie skończeni obok idei bóstwa powinni mieć ideę etyki, bo ta zawiera wszystko w sobie.

- Nie chciałbym się znaleźć wśród takich arcykapłanów.

Olelkowicz zaśmiał się.

- Ależ panie Okszta, pańska paralela jest mylna. Posiadając i etykę i bóstwo, można jednocześnie składać ofiary bogini Kiprydzie, to nie niweczy powyższych cnót. Etyka na to pozwala, byle nie przeciągnąć struny w czułych pieniach na cześć erotycznej boginki, byle na jej ołtarzu nie składać całej swej jaźni, nie uważać jej za dogmat żywota ludzkiego i nie obijać zanadto progów jej świątyni.

- Tralala! Za dużo warunków!

- No, ale powtarzam, że są wyłączni zwolennicy Kiprydy, którzy w każdej kobiecie widzą tylko jej ciało i chcą, aby ona to samo odczuwała.

- Brawo! Ja należę do tej sekty. Czy pan ich nie uważa za ludzi?

- Ponieważ pan tak kategorycznie do nich się zapisał, poprzestanę na pana własnym określeniu, którego pan użył wobec wszystkich ludzi. Sprostował je pan teraz słusznie, tworząc sektę. Na sektę zgadzam się, taka istnieje.

Okszta zmieszał się wyraźnie, lekki rumieniec wystąpił mu na twarzy.

- Może rozmowa męczy pana - spytał Andrzej swobodnie.

- Nie, owszem, bardzo proszę, lubię rozmawiać... Olelkowicz zmienił temat.

- Bezpośrednio po katastrofie słyszałem od pana, że pan pochodzi z Galicji. Czy pan tam studiuje?

- Jestem Galicjaninem, ale wykładów słucham w uniwersytecie genewskim.

- Na jakim wydziale?

- Niby medycyna.

- Jak to niby? Nie rozumiem.

- Eh, panie, bo ja tam się wcale na medyka nie kieruję. Zawracanie głowy!

- Więc cóż pan tam robi?

- Nic.

- No, o takim fakultecie nie słyszałem, co prawda.

- A jednak jest w każdej budzie uniwersyteckiej, na pewno.

- Wydział próżniacki?

- Właśnie i ma zwolenników.

- Można to samo w domu studiować.

- A nie! Firma coś znaczy, czapeczka korporacyjna, tytuł studenta itd. To popłaca. A pan kończył wyższe szkoły? - spytał Olelkowicza.

- Skończyłem agronomię w Krakowie, potem studiowałem prawo w Dorpacie.

- I zupełnie nie zbijał pan bąków?

- Ach, hulało się z kolegami, ale nauka postępowała bez szwanku.

- Pan był pewno okropnym zawadiaką? Ma pan widocznie szalony temperament.

- To już jest u nas rodzinne, odziedziczone po pradziadach i wyssane z naszej bujnej ziemi, ze stepów.

- Pan ma tu podobno wielkie obszary ziemi w okolicy?

- Tak, dużą przestrzeń.

- I stosuje pan swoje agronomiczne wiadomości z powodzeniem?

- Dlatego się przecież uczyłem. Dobra swoje pragnąłbym doprowadzić do dużej kultury. Ziemia już kult przyjęła, gospodaruję intensywnie i nowocześnie, ale lud jeszcze głuchoniemy na wszelkie innowacje.

- Jak to, więc pan i o tym myśli?

- To jest mój obowiązek obywatelski; nie tylko mój, ale nasz.

- I naprawdę oświatą się pan zajmuje, cywilizowaniem tych kudłaczy?

- Staramy się o to, panie, robię co mogę. Zaszczepiam w ludzie tutejszym... etykę w jej mikroskopijnej dawce. Po łyżeczce, jak miksturę daję im cywilizację, w nadziei, że rychło zażądają całej flaszki. Lud tutejszy jest dobry i pojętny, ale jeszcze głupi; niewolnictwo to ich knut, do którego przywykli od wieków. Gdy się im rozluźnia ten pręgierz tradycyjny, są nieufni, lecz w końcu dają się przekonać. Wołyniak sam o sobie mówi: "durnyj jak worona a chitreje czorta" i charakteryzuje się tym wybornie. Ale czy pan zrozumiał po małorusku?

- Doskonale! Więc to naród taki chytry?

- I chciwy na pieniądze. Grosz to dla nich wyrocznia, wódka - główna idea. Wykorzeniam to w swych posiadłościach z uporem godnym sprawy. Nawet widzę już pewne rezultaty. To daje wielkie zadowolenie, proszę wierzyć.

- Nie posądzałem pana o tyle pracy i społecznych zdolności. Pan jest wszakże bardzo młodym człowiekiem.

- Mam dwadzieścia osiem lat, czyli, że mogę jeszcze w życiu dużo zrobić.

- U nas w Galicji także są działacze, tylko my zaraz strasznie głośno krzyczymy.

- Wam wolno - mruknął Andrzej. - My możemy działać, ale ciszej, spokojniej. Nie zawsze zgadza się to z temperamentem, skoro jednak dobro sprawy wymaga tego... trzeba. Nasza młodzież,na ogół poważniejsza jest od waszej, powodują to odrębne warunki. Jednak wy, przy waszych swobodach, moglibyście zrobić więcej dla kraju.

- Panie łaskawy, my wolimy sokoły, kontusze, konfederatki, głośne wiece, mowy kwieciste, tytuły najróżnorodniejsze, a szczytem marzeń dla każdego jest krzesło w parlamencie lub jakiś zaszczyt na dworze we Wiedniu. My, panie, potrafimy na naszych galicyjskich mityngach całą Europę do góry nogami przewrócić. A jakże! rozdzielamy i odbieramy prowincje państwom, jak nam się podoba... Tworzymy nowe kraje. He! Czego nam się nie zachciewa!

- I wszystko to składacie na barki waszych sokołów. Prawda?

- A tak, panie, naturalnie. Urządzamy zloty sokole, rewie; krasomówstwo czy pustomówstwo kwitnie, słyniemy przecie z tego! A różne uroczystości historyczne, narodowe?

- To robicie po mistrzowsku, nikt wam tego nie zaprzeczy. Do tego macie talent wybitny.

- A widzi pan! Nie lepsze to niż jakieś tam prace nad kulturą ludu. Całuję rączki za taką przyjemność. Widzę jednak, że nie nazbyt serio traktuje pan te nasze zdolności, które wyrecytowałem? Co?!

- A pan? - zagadnął Olelkowicz.

- Panie, ja jestem Galileuszem i pan się mnie pyta?

- Sądząc z pańskiego tonu... nie wierzę w jego szczery zachwyt nad waszą działalnością.

- Głupstwo panie! Mnie z tym wygodniej. Ile razy spotkam się z kimś z tutejszych ludzi, czy na gruncie miejscowym czy w Genewie, prawie zawsze dziwię się i przygnębia mnie wasza powaga; macie całkiem inne poglądy. U nas łatwiej żyć i weselej.

- Wierzę. Szczęście to, że u was nie wszyscy tylko sejmikowicze i krzykacze.

- No, mamy i tuzy umysłowe. Ja mówiłem... o szerokich, najliczniejszych kręgach.

Weszła Lora z tacką w ręku.

- Niosę pacjentowi podwieczorek - rzekła wesoło. - O, tu jest dobra kawka, bułeczki, sucharki świeże, a tu poziomki prosto z lasu. Czy dobre papu?

Uśmiechnęła się przymilnie.

- Ależ ślicznie. Całuję rączki... apetyt mam wilczy, zjem to razem z paluszkami pani.

- Cóż za krwiożerczość! Udławiłby się pan nimi, ja mam grube kości.

- I kostki bym schrupał, panieńskie gnateczki smakują nadzwyczajnie.

- Kosztował pan już?

- O... ha!... - przeciągle cmoknął Okszta z lubieżnym skurczem warg.

Olelkowicz uczuł niesmak, powstał i rzekł nieco ironicznie:

- Zostawiam państwa, życząc... dobrego apetytu.

Ostatnie słowa tak zaakcentował, że Okszta błysnął dwuznacznym uśmiechem, Lora zaś poczerwieniała, ale gdy Andrzej wyszedł, wybiegła za nim natychmiast. Zastąpiła mu drogę, stanąwszy tak blisko, że oddechem oblała mu całą twarz.

- Czy pan stale odwiedza Temnyj Hrad? - spytała prędko.

- Nie, pani, jestem już stamtąd wypłoszony - palnął bez namysłu.

Lora rzuciła mu groźne spojrzenie, wyczytał w nim obrazę i gniew. Wtem zmieniła wyraz twarzy na łagodny, marzący, oparła się o odrzwia dziwnie kocim ruchem i patrząc w oczy Andrzeja, wyszeptała prawie słodko:

- Szkoda! Zmarnowałeś pan jedyną chwilę naprawdę piękną. Mogła być przecudna, a była... głupia. Wzruszyła ramionami i kiwając głową żałośnie odeszła do pokoju Okszty. Olelkowicz został na miejscu z niezrozumiałym uczuciem zdziwienia, żalu oraz ironii. Ogólnie jednak czuł, że mu Lora zaimponowała. Przeszyła mu umysł myśl gniewna:

- Prawda! Jaki ja byłem głupi.

Zatrząsł nim dreszcz zmysłowy, iskry przeleciały prądem po jego ciele.

- Tu nie byłoby zobowiązań, tu byłaby rozkosz - szepnęły wargi Andrzeja.

Zatętniła mu krew spiesznym pulsem, odczuwał nadpełzającą ironię, która go krytykowała, szydziła z niego. Nie słuchał jej podszeptu, rozpalał w sobie nagle wzburzoną zachłanną żądzę i zwierzęcy żal za utraconą chwilą szału. Dobrze mówi Okszta - myślał zapalnie - niepotrzebne konwenanse, ceregiele, formułuszki, tylko natura! Wierzyć jej hasłom i za nią iść! Cóż mnie odrzuciło od tej pysznej dziewczyny?... Skrupuły, etyka, lęk przed zobowiązaniami, dobre wychowanie... Ach, głupstwo! Taka rozkosz i dobre wychowanie! Ha, ha, ha! Co za zestawienie potworne! Taki szał przepuścić... dobrowolnie wyzbyć się rozkoszy z taką dziewczyną! Pohamował się w zapale. Przebłysk refleksji...

- Czyż Lora?... Czyż z nią?... Zaraziłem się od Okszty... Jestem jak pijany.

Drgnął, bo oto stanęła mu przed oczami duszy, niby na jawie upragniona postać Handzi, droga, ponętna.

Otrząsnął się, przypomniał sobie - po co tu dziś przyjechał? Dla niej, dla Andzi i ten dzień uroczysty sprofanował myślą o rozkoszy z tamtą. Uczuł obrzydzenie do siebie, opanował go do Lory taki wstręt przemożny, i zarazem lęk, by nie ujrzeć teraz Tarłówny, że zerwał się i odjechał, nie pożegnawszy się z nikim.

- Ja jej śmiałbym w oczy spojrzeć, tej mojej jedynej, tej... złotej dziewczynie! Po takich myślach? Za nic! Za nic!



XV

Cud życia

Andzia po powrocie z lasu, dowiedziawszy się o bytności i nagłym odjeździe Olelkowicza, zastanowiła się głęboko.

- Dlaczego on nie czekał na mnie?

Dziewczyna sposępniała.

Któregoś dnia, gdy Kościesza wyjechał do lasów, Andzia uśpiwszy panią Malwinę po obiedzie, wybiegła z domu...

- Na łąki, na wyręby, w trawy - wołało w jej stęsknionej duszy. Za budynkami gospodarczymi leśniczówki Andzia od razu wpadła w burzany, które zakryły ją prawie zupełnie. Zwisały nad nią zielone, pyszne pióra, kielichy, korony kwiatów i szemrało to wszystko jakąś gędźbą smutną, tęskną a rozkoszy pełną. Zanurzyła się Andzia w kwiatach, pochłonęły ją wonie, czarem przejmujące. Poczuła się swobodna, lekko jej było, dziwnie i radośnie, że jest sama, że obcuje tylko z naturą, że myśli swe puścić może swobodnie po stepie i ze stepem rozmawiać. Tęskniła tylko za jednym człowiekiem, będąc wolna od ludzi. Lecz oddzielały ją od niego kwieciste przestrzenie i bory ciemne; wołała go do siebie duchem. Snuły się kwiaty nad Handzią, wyrastały przed nią pióropusze świetne i za nią kolorowa wlokła się smuga. Dziewczyna jak sarna dzika, na swobodę z niewoli puszczona pruła zielone fale traw, strącając z kwiatów barwne płatki. Radowała się tą wonną rozkoszą, szumem, jedwabnym szelestem tego morza atłasowych źdźbeł, w którym niekiedy zapadała głęboko, że nad jej głową jeszcze chrzęściły trawy. Czasem tonęła tylko do pasa, czasem głowa jej ciemna, obciążona zwojem warkoczy, wykwitała tuż nad kwiatami, a jasny rumieniec kraszący jej twarz smagławą i oczy tęskne, lśniące jak czarne granaty, czyniły ją arcykwiatem tych kwietnych pól, królewną ich przepychu.

Źrenice Andzi, pełne złotych iskier, pełne były pragnienia wewnętrznych uczuć, które budziła dusza bujna, lecz usta jeszcze ich nie rozumiały, może przeczuwały, bo paliły gorącym, krwistym żarem, płonęły.

Gdy chmara motyli lub drobnych muszek wionęła jej w oczy, wówczas mrużyła powieki. Szła wśród potopu zieleni i kwiecia niby wiosna, śpiew i melodia pól czarem nasiąkłych, szła jak rozkosz ich i jak tęsknota. A cicha była w sobie pomimo wrzenia krwi, co odbijało się na ustach i twarzy, a także w bujnych falowaniach całej postaci kołyszącej się jak kwiat na smukłej łodydze.

Andzia, rozchylając przed sobą zagradzające jej drogę kwiaty i trawy, szła prędko, biegnąc prawie, bez celu, aby dalej w tę otchłań wonną. Zaczerniał przed nią las gęstą zwałą dębów przepysznych. Grunt stawał się tu wyższy, roślinność mniej bujna. Tarłówna wykwitła teraz ponad trawy, odwróciła się do łąk, stepów, puszczając wzrok w przestrzeń. Ogarnął ją zachwyt. Pierś oddychała szeroko, chłonąc wonie kwiatów, ziół, słodkich i ciepłych prądów wietrznych, oczy niosły się ponad morzem stepowych roślin, nad falą barw, biegły w dal bez oporu, zapalając się coraz żywszym ogniem. Step unosił duszę dziewczyny, rwał ją w bezbrzeża tęsknot, roznamiętniał i łagodził zarazem. Step żarem gorącym napełnił jej oczy, złoto w nich przelewając, krasą zabarwił policzki, rozpromienił usta rozkoszą tchnące, że stała niby zorza i jutrznia rozkwitłych łanów. Hen, w oddali, na krańcu horyzontu, tonęła wśród powodzi zielono-barwnej ciemna grupa drzew z kilku plamami czerwonych dachów i wieżyczek, to Wilczary, przystanek i leśniczówka. Rozpyla się nad nimi kołtun biały dymu, łoskot biegnącego pociągu skacze po stepie i dopada do lasu niby huk podziemny, dygocząco łomotliwy. Za Andzią szumią dęby, chrzęszczą drzewa iglaste, kark jej ochładza surowy powiew leśny.

- Daleko odbiegłam od domu - myśli z przyjemnością.

Narwała mnóstwo kwiatów, ponatykała sobie w puszczone luźno warkocze i z pękami kwiecia w rękach weszła w las. Otoczył ją mrok różowy od słonecznych refleksów, potężny szum liści dębowych zdawał się na nią siać złote krople słońcu skradzione, gdyż szła chwilami jak w glorii złocistej.

Znała wybornie tę część lasu, wpadła na dróżkę ukrytą w paprociach i skierowała się w stronę chaty Grześka, który mieszkał w tym ostępie, pod Wołkiem zwanym.

Na jakimś zakręcie wąskiej dróżki nagle ukazał się sam Grześ ze strzelbą na ramieniu, prosty jak żołnierz, ze starczą, siwą głową na tęgich barkach i uśmiechem w oczach dobrodusznych. Ujrzawszy Andzię stanął zdumiony.

- Ot, że zdarzenie. Boże chorony! Tylko pana Kościeszy by tu potrzeba było.

Stary nigdy nie tytułował inaczej ojczyma Andzi, naturalnie w jego nieobecności.

- Po cóż Grześkowi potrzebny mój ojczym?

- Ot że... bo to bojarzynko...Stary drapał się w głowę widocznie zakłopotany. Po chwili dodał w formie komentarza:

- Ja nie chcę, żeby pan Kościesza akurat teraz tu przyjechał, bo to i wcale niepotrzebny. Ja się cieszę, że ugoszczę takich dostojnych gości w swojej chałupie.

- Cóż to za goście będą u Grzesia?

- A ot! Bojarzynka mi jak z nieba spadła, jak z tych obłoczków, jasnych, to się stary i cieszy. Proszę do chałupy.

Andzia ruszyła naprzód, nie zauważywszy dziwnego uśmiechu starego, który idąc za nią patrzał w nią jak w obraz i coś mruczał z zadowoleniem.

Gdy zbliżali się do zagrody borowego, wypadły z niej dwa czarne brytany, rwąc się na długich łańcuchach: szczekały zajadle, ale je Grześko uciszył. Andzia mogła je swobodnie głaskać po obfitych kudłach. Chata stała na maleńkiej polance wśród gęstego boru, dokoła sterczały pnie ściętych sosen, pomiędzy którymi rosły kartofle, bielił się zagon hreczki, zwisały ciężkie kiście prosa. Przy chałupie szemrało źródełko, biegnąc chyżo po kamieniach, służyło ono za studnię dla Grześka, jedynego mieszkańca zagrody. Po drugiej stronie sieni, w tej samej chacie, była stajenka mieszcząca trzy kozy, białe jak śnieg i starego osła oraz sporą gromadkę królików. Wnętrze izby Grześka przedstawiało schludność i ubóstwo, ale z pewną archaiczną omastą, świadczącą o zamiłowaniach starego i jego lepszych czasach. Gładkie, bielone ściany, niski sufit, poprzecinany belkami, podłoga ułożona z białych desek sosnowych, pod ścianą tapczan przykryty kilimem w pasy i starą, zrudziałą wilczurą. Nad nim duży żelazny krucyfiks z miseczką do wody święconej, otoczony pękami suchych ziół i kwiatów. W głowach łoża wisiał karabin pamiątkowy, miał bowiem na klindze napis zupełnie szczególny: "Żadna kula nie minie wroga", pochodził zaś z czasów Powstania Kościuszkowskiego. Obok wisiały resztki rdzą zjedzonej zbroi rycerskiej, parę strzelb jednorurek, pika ułańska i ostrogi, wszystko na starym, wypłowiałym kilimie, zawieszone w sposób znamionujący pewien gust estetyczny, własny, lub nabyty w pańskich dworach. Poza tym na ścianach wisiały podobizny Batorego, Kościuszki, Poniatowskiego i duży, ładny przedruk kredkowy Wernyhory z obrazu Matejki, darowany Grześkowi przez matkę Andzi, Izę Tarłową, i z jej podpisem. Była jeszcze w izbie prosta półka sosnowa, na niej kilkanaście książek starannie utrzymanych.

Wszystko dary Izy Tarłowej, której fotografia w pluszowej ramce, w wianku nieśmiertelników wisiała nad półką.

Andzia stanęła przed podobizną matki i zapatrzyła się w jej smutne, czarne oczy, ale Grześ nie pozwolił na długie rozmyślania; wytarł kapotą zydelek i zaprosił do stołu.

- Ot że, Boże chorony, dzień na mnie szczęśliwy nastał, takich gości częstować - mruczał stary, krzątając się po izbie Wesoło.

Andzię znowu zastanowiły jego słowa.

- Kogo się to Grześko spodziewa więcej?

Stary udał, że nie słyszy, z chytrą miną zagadywał Andzię, skacząc w rozmowie z tematu na temat.

Wyjął z szafki i ustawił na stole dwa talerze, malowane w jaskrawe róże, położył blaszane łyżki i noże. Zjawiła się na stole miska pełna miodu w plastrach, z barci leśnych, druga z kwaśnym mlekiem, przykrytym grubym kożuchem śmietany, pół bochna razowego chleba i koszyczek poziomek.

Wtem stary zakręcił się jakoś i wybiegł z izby. Rozległo się przed chatą raźne parskanie konia i tętent głośny zadudnił w małe okienka.

Andzia ogarnięta niespodziewanym a słodkim przeczuciem, skoczyła naprzód, ale zatrzymał ją głos znany, za drzwiami mówiący:

- Ciekawym tej niespodzianki. Pewno Grześko coś zmyśla...

Gwałtownie otworzone drzwi ukazały w swych niskich ramach wyniosłą postać Olelkowicza w sportowym ubraniu, ze strzelbą na ramieniu. Stanął olśniony widokiem Anny, twarz mu się zmieniła żywym kolorytem, oczy błysnęły.

Tarłówna z opuszczonymi ramionami wzdłuż ciała, spłoniona i drżąca, nie mogła słowa przemówić, oczy jej tylko płonęły wpatrzone w Andrzeja. On oprzytomniał, szybko podsunął się do niej, nic nie mówiąc wziął obie jej ręce i zgniótł w swych męskich dłoniach. Bez słowa, tylko z oczami w jej oczach, całował te ręce, tulił do swych ust pragnących, pieścił, oblewał gorącym oddechem, rozkoszował się nimi.

- Panno Anno, Handziu! Skąd się tu wzięłaś, jakim sposobem? To chyba cud? - wyszeptał pierwsze słowa.

Opowiedziała mu krótko o swoim spacerze, spotkaniu z Grześkiem i jego zaprosinach.

- Chytry stary, ale złoty człowiek, niech mu Bóg nagrodzi. I nic nie mówił, że ja tu dziś będę u niego?

- Ani słowa.

- Handziu!

Uczuł tak silny przypływ miłości do tej dziewczyny, że całą wolą panował nad sobą, by nie wziąć zaraz jej ust dziewiczych, by nie zgnieść w swych ramionach tej wiotkiej postaci. Czuł to pragnienie i aż drżał, ale zarazem czar potężny, wiejący od niej czar przemożny, jakiś nietykalny nimb trzymał go na uroczych więzach. Zerwać ich nie można, trzeba aby same opadły; spić słodycz z tych ust niewinnych, to barbarzyństwo! Gdy one same purpurowe swe listki rozchylą dla niego, gdy dobrowolnie zapachną jak leśna malina na jego wargach, wówczas rozkosz stanie się przeogromna, może umysł zatopić w sobie, do obłędu doprowadzić. Taka rozkosz to już szaleństwo, to obłęd.

I stali tak blisko siebie wtuleni oczami w oczy, duchem sobie oddani, szczytni wielkim uczuciem. On trzymał w dłoniach jej drobne, zgrabne, nieco opalone ramionka i odczuwał drżenie jej aksamitnej skóry, widział iskry złote zapalające się i gasnące w oczach jej czarnych, słyszał, jak tętniło w niej serce i puls, przeczuwał w niej ogień tlejący, który potrafi wybuchnąć szalonym płomieniem; temperament ukryty, lecz bujny, stepową fantazją nasiąkły, samoistny, wartki niby strumień leśny i wierny. Odgadywał, że gdy ta dziewczyna rzuci mu się w ramiona, wówczas już może się świat zawalić, ale ona kochać go nie przestanie.

Minuty niebiańskiej rozkoszy, tej ekstazy zapatrzenia się w siebie, trwały za długo dla Grześka. Umyślnie dał im czas na powitanie, marudził z umieszczeniem konia w stajence, ale wreszcie i to się wyczerpało. Co oni tam robią?

Ciekawie zajrzał przez szybkę w bocznym oknie. Stoją naprzeciw siebie, trzymają się za ręce i patrzą sobie w oczy, nic nie mówiąc... Grześko uśmiechnął się słodko i pokiwał głową.

- Oj detyny, detyny!... aby Bóg dał... bo to... Boże chorony.

Wzniósł mętne oczy w górę, z westchnieniem, jakby z prośbą, by myśl wstrętną a przykrą Bóg usunąć raczył... Zapukał delikatnie w drzwi i otworzył je cichutko.

Olelkowicz i Tarłówna odsunęli się od siebie, że zaś uczucia obojga były czyste, więc niezmieszani wtargnięciem starego, zagadali do niego wesoło.

- Cóż, Grześku, pokażecie mi tego staruszka dzika? Ale z panienką chyba niebezpiecznie zaczajać się na taką potworną bestię.

- Owszem, ja pójdę z wami do kniei, ja to okropnie lubię.

- Boże chorony, ot że ochota! Taż to pojedynek, stary samiec jak świat, siwy na łbie i na barkach, a zły jak didko. Ot, lepiej będzie, jak zjemy, co Bóg dał, da państwo pójdą na wyręby po kwiaty, albo na sarenki żerujące. A teraz proszę do stołu; nie obfity on, ale za to gościnny, jadło sercem zaprawne, proszę uniżenie.

Staruszek uprzejmie podsuwał stołki.

- A Grześko gdzie siądzie? - spytała Andzia.

- Ja?... Boże chorony! Przed bojarzynką i panem na Prokopyszczach miałbym siadać? Ot, że sztuka byłaby.

Młodzi jednak pomimo protestu borowego, posadzili go pomiędzy sobą na stołku, rozbawieni, szczęśliwi. Dobrze im było we trójkę. Zjedli ze smakiem kwaśne mleko z chlebem, potem skosztowali miodu i zabrali się sumiennie do poziomek, podczas gdy stary prawił im prawdziwe i zmyślone historie. Nie zaprzeczali mu, tylko Andrzej uśmiechał się do Andzi porozumiewawczo, ona zaś mrużyła figlarnie cudne swe oczy i spod rzęs błyskała ku niemu kocim wejrzeniem.

Stary był w swoim żywiole, kochał Tarłównę bałwochwalczą miłością, przelaną na dziewczynę z religijnego niemal uwielbienia dla jej matki. Olelkowicz należał również do jego sympatii szczególnych, tym bardziej, gdy spostrzegł skłonności młodego pana do swojej bojarzynki.

Przypuszczalna scena Olelkowicza z Lorą na Temnym Hradzie skierowała niechęć starego tylko na niekorzyść Lory. Grześko początkowo rozgoryczony, bronił potem przed sobą pana z Prokopyszcz krótkim argumentem, zaczerpniętym z psychologii męskiej:

- Każdy chłop weźmie dziewkę, kiedy sama lezie.

Nie wiedział, że właśnie Olelkowicz był wyjątkiem, może jedynie w tym wypadku.

Po kilku wesołych opowieściach Grześka Andzia i Andrzej powstali jednocześnie.

- Chodźmy do lasu!

- Do kniei! Zobaczyć dzika!

Wybiegli przed chałupę, gdzie na sznurku pasły się kozy i osioł, powyrzucane ze stajenki dla większej wygody wierzchowca Olelkowicza.

- To myśmy jedli mleko od kóz?... A takie było pyszne... - skrzywił się Olelkowicz.

- Boże chorony! A toż to by było znowu. Kozie mleko, to ja sam wypijam, da sery robię, ale takim delikatnym panom nie dałby stary tego specjału.

- Grześko dostaje z Wilczar codziennie po garnku mleka - wytłumaczyła Tarłówna.

Stary borowy oprowadził Andrzeja i Andzię po zagrodzie, pokazał inwentarz oraz narzędzia rolnicze; stary pług, bronę, kosę, grabie i szpadel - wszystko utrzymane z największą starannością. Cieszył się Grześ ze swego bogactwa, a gdy Andrzej spytał go, czy nie obawia się złodziei, żyjąc tak samotnie, Grześko odrzekł wesoło:

- Boże chorony! Ja tu pan swojej kniei, mnie tu się żadna krzywda nie stanie, bór to mój druh. Pilnują mnie dęby, da buki stareńkie, sosny to kumy moje, a kalina kochanka. Jak kto w boru żyje, a kocha bór, to mu w nim dobrze jak u Boga za pazuchą. Zły człowiek tu nie przyjdzie; czarownikiem mnie nazywali i boją się, taj hodi! To i dobrze! a wilczek czasem koło Gromnicznej, kiedy zimno, a śnieżno, a żeru nie ma, zajrzy do zagrody, bo mu kózki zapachną, to ja niegodiaja kulką hult w ślepie i trach! Leży. Tak to, bojarzynko, mnie tu nikt nie ruszy, ja czarownik, a pieski moje toż do czortów podobniejsze - to i ich, i mnie się boją.

Grześko zrobił szeroki krąg ramionami, jakby ogarniając cały bór i zawołał donośnie:

- Hej, hej! Ot moje druhy a ja ich druh!...

- Potężny! - szepnął Andrzej do Tarłówny.

Istotnie, Grześko w ekstazie swej był niezrównany. Siła i moc tkwiła w tym starcu a jednocześnie zapał młodzieńczy i ukochanie wielkie dla kniei, z którą się zżył i którą miłował po swojemu. Wyglądał jak kapłan leśnych pustkowi, jak ich bożek wszechwładny. Anna i Andrzej patrzyli na niego z niemym zachwytem. On im mówił, co dęby myślą, gdy szumią tak rozgłośnie, i dlaczego brzoza płacze opuszczając kosy do ziemi. Zasłuchani byli w poezji starca; niby wieszcz odgadywał tajniki przyrody i na swój sposób je tłumaczył. Nagle odgłos trąbki leśnej, dźwięk czysto ziemski, rozdarł powietrze brutalnym, nieumiejętnym staccato.

Andzia struchlała, poznała trąbkę Kościeszy. Grześko zmienił się na twarzy i w postawie, skulił się jakoś, przygarbił i z barda przeistoczył się od razu w starego stróża leśnego. Wyciągnął szyję, uszy nastawił, ze zmrużonymi oczami słuchał przez chwilę echa trąbki, po czym drgnął nerwowo.

- Blisko, całkiem blisko, jest na Medwedówce. Trza mnie, jasne państwo, na Wołcze Rozdoły rypać, da stamtąd trąbkę dać, a to inaczej tu zajedzie, Boże chorony!

Dał kilka potężnych susów, nieprawdopodobnych do jego wieku i znikł w gąszczu, pozostawiając Andrzeja i Andzię własnym instynktom bezpieczeństwa.

Oni stali parę minut niepewni, do czasu gdy odezwał się sygnał Grześka już z Wołczych Rozdołów. Andrzej wziął Andzię za rękę ruchem stanowczym.

- Skryjmy się w chacie, tam bezpiecznie.

- Ale właściwie czego my się obawiamy? - spytała i oczy pełne ponętnych głębin utkwiła w twarzy Andrzeja.

On z lekka poczerwieniał, odpowiedział jednak energicznie:

- To nie obawa, to tylko ostrożność. Spotkanie tutaj pana Kościeszy mogłoby być w skutkach niemiłe dla nas obojga.

- Tak, to prawda, niemądra jestem; to byłoby nawet straszne.

- Prędzej, na Boga! Słyszę turkot - tędy jedzie.

- Uciekajmy! - krzyknęła Andzia.

Olelkowicz szybko wbiegł za nią do chałupy, gwałtownie zamknął drzwi na sztabkę żelazną, zasunął ją gwoździem i wiedziony jakimś panicznym lękiem, zastawił jeszcze stojącą z boku beczułką.

Po dokonaniu tego spojrzał na przestraszoną towarzyszkę i oboje wybuchnęli śmiechem.

- Brońmy się od napadu Tatarów, chodźmy do izby.

- Za nic! Tam przez okna mogą zajrzeć, szukając Grześka, zostańmy tu - szeptała Andzia.

Olelkowicz schwycił się rękami za czuprynę.

- Ogier nas zdradzi. Na litość Boską! Watażka zarży usłyszawszy konie. Trzeba było do stajenki uciekać.

- Tu jest wejście do stajni przez komorę - zawołała Tarłówna i pierwsza pobiegła w ciemną głąb sionki, za nią Andrzej.

Odnaleźli łatwo drzwiczki, po chwili byli już przy koniu. Andrzej wziął go krótko przy pysku, gładził, pieścił. Andzia zasunęła drzwi, założyła je drągiem i stanęła obok młodzieńca strwożona, bo turkot już był blisko. Pyszny kasztan Olelkowicza podniósł głowę, rozdął chrapy, strzygł uszami niespokojny, drżący na całym ciele. Oczy błyszczały mu jak pochodnie, grzywę najeżył, odstawił ogon i byłby już zarżał powitalnie do tętentu nadbiegających koni, ale Andrzej umiał powstrzymać go od tego. Głaskał go po nozdrzach i szeptem do faworyta przemawiał.

- Nie zarży? - spytała Andzia.

- Ręczę za niego, to koń rozumny. Kto jedzie, można zobaczyć przez szparę.

Turkot zbliżał się tuż; słychać było chrzęst uprzęży i prychanie koni.

- Nie radzi, nie radzi! - uśmiechnął się Andrzej.

Tarłówna przytuliła twarz do szpary pomiędzy balkami i odskoczyła nagle.

- Ojczym! - zawołała stłumionym szeptem.

- Cicho, Anuś!

Dziewczyna, pomimo przestrachu wywołanego sytuacją, spojrzała na Andrzeja pytającym wzrokiem. Trzeci raz już nazwał ją po imieniu, ale przy powitaniu brzmiało to inaczej, tworząc rozkoszy pełną harmonię z dźwiękiem jego głosu przepojonego uczuciem i wyrazem oczu jakby natchnionych jej niespodziewanym widokiem. Teraz słowa jego miały inny styl, wymagały już wytłumaczenia, ale na to zabrakło czasu, gdyż spoza cienkich ścian stajenki usłyszeli nagle twardy głos Kościeszy, podniesiony o kilka tonów i widocznie gniewny.

- Hej tam, Grzegorzu...

Odpowiedziała mu głucha cisza.

Kasztan Andrzeja rzucił niespokojnie piękną głową. Olelkowicz był pewny, że nie zarży, jednak zaniepokoił się, bo koń zaczął kopać słomę przednią nogą i drżał cały jakby smagany. Andzia była w ogniach.

- Grzegorz sam tu! - huknął znowu Kościesza.

- Win pijszoł w lis, jasny pane, jeho tutki ne ma - odezwał się Hawryłko.

- Niech ci Bóg da zdrowie - szepnął Olelkowicz.

- A zobacz no w chałupie, może śpi? - rzekł znowu Kościesza.

Tarłówna zadrżała, instynktownie bez zastanowienia przysunęła się do Andrzeja. Była strwożona, jak dziecko szukające opieki. On odczuł to, czule otoczył dziewczynę silnym ramieniem i przytulił do siebie. Głowa Handzi wsparła się na jego piersiach. Prawą ręką Andrzej trzymał mocno konia i oboje z bijącymi sercami nasłuchiwali odgłosów z zewnątrz. Słyszeli jak Hawryłka skoczył z kozła i kołatał do drzwi chaty, wreszcie rzekł z przekonaniem.

- Zaparte na zamok, jasny pane, ni widu, ni słychu.

- Gdzież ten bałwan odzywał się?... Zatrąb jeszcze raz.

Przykry, chroboczący ryk trąbki zgrzytem przeszedł po nerwach Tarłówny i Olelkowicza. Kasztan rzucił się, ale umiejscowiła go od razu żelazna dłoń jego pana. Trąbka wygrywała niezdarny sygnał leśny, podczas gdy Kościesza zszedłszy z bryczki obchodził chałupę dokoła, jakby coś przeczuwał.

Pod Andzią nogi trzęsły się febrycznie, była prawie bezwładna, zawieszona na ramieniu Andrzeja, blada z przerażenia.

- Czego on tak łazi! Do diabła! Mógłby już sobie jechać! - rzekł Olelkowicz, rozdrażniony z szalonego niepokoju.

- Może nas szuka!... Może już wie?... - szeptała dziewczyna.

- Szczęście, żeśmy nie zostali w izbie, on by nas tam wypatrzył, pewno zagląda w okna...

- Ciiichooo!...

Sytuacja doszła do największego napięcia i grozy; Kościesza szarpnął za wierzeje stajenki. Andrzejowi włosy stanęły na głowie, Handzia dygocąca, bezprzytomna wtuliła twarz na jego piersiach, czuli oboje głuchy łomot własnych serc.

Wierzeje zatrzęsły się lekko, ale mocno podparte nie puściły zapory, tymczasem trąbka Hawryłka zamilkła i w ślad za nią doleciało z lasu jakby jej echo, lecz o wiele umiejętniejsze, melodyjne, rytmiczne i śpiewne. Jednak przebijało w sygnale drżenie wyraźne, jakby trąbiący artysta miał tremę.

- To Grześ trąbi - szepnęli oboje razem.

- Wystraszony biedak, aż mu głos dygocze. O, chwała Bogu, już odjeżdża - rzekł Andrzej, przytknąwszy oko do szpary.

- Trafisz na sygnał? - spytał Kościesza Hawryłka.

- Ojoj, jasny pane? A toż na Wołczych Rozdołach. Nedaleko!

- Jazda!...

Zaturkotało i po długiej chwili wszystko ucichło.

- Jesteśmy ocaleni - szepnął Andrzej radośnie. Puścił konia i pochylił głowę nad czarną główką Andzi.

Spojrzała na niego wielkimi oczami, w których błąkała się jeszcze chmura przerażenia. Patrzyli sobie w oczy bez słów. Andrzej mocniej zacisnął ogarniające ją ramię, prawą zaś dłonią przykrył lekko jej skroń i tulił do siebie. Głowę upojoną schylał niżej i niżej.

Źrenice Handzi zmieniły szybko wyraz, chmura znikła, przybywała słodycz, złote iskry szczęścia posypały się z czarnych otchłani. Rzewność napłynęła do jej cudnych oczu, aż trysnęły takim snopem zachwytu, że zdawały się głośno szeptać... kocham...

Mrużyć się zaczęły pod naporem oczu Andrzeja, długie zasłony czarne opadały z wolna, z melancholijną, uroczą zadumą.

Dziewczynę spłonioną, aż pałającą, oblewał gorący oddech Andrzeja, uniósł jej drobną twarz ku sobie i usta przycisnął - przykleił niemal do rozchylonych ust dziewczyny. Trwali w pocałunku długim, świętym, do bezmiaru upojnym. Zatracili pamięć o wszystkim. Skupili się tylko w ustach swych, pijąc z nich najwyższą rozkosz. Ramiona swe zacisnął mocniej, twarz jej tulił jak jaskółkę w gniazdku, utworzonym z własnej piersi i dłoni gorącej, wyczuwał drżenie całej jej postaci, a z ust pił i pił szczęście, aż do utraty tchu. Omdlewali z miłosnego szału, co płomienną zawieją wichrzył w nich. Źrenice Andrzeja zasnuły się mgłą, czuł wzburzone tętno krwi, ale uczucia jego były przy tym tak słodkie i dobre, że nie skalał ich nawet cień zmysłowego pożądania. Pragnienia jego, by tę dziewczynę swoją wtulić w serce gorące, osnuwały ją niby błękitna przędza i czarem, i mocą hipnotyzującą wsiąkały w jej serce, utrwalając w nim ufność i wiarę bezkresną...

Niesłychanie wzniosła chwila, uroczy hejnał, dwuśpiew serc spojonych - nie miał zda się końca.

Bez tchu w piersiach zachłysnęli się własnym upojeniem i oderwali od siebie usta zdyszani, bladzi. Na krótką tylko sekundę. Andzia przypadła mu do piersi twarzą, przylgnęła do niego, ręce zarzuciła mu na szyję. On porwał ją całą w ramiona. Całował bezpamiętnie, oczy zamknięte i ze szczęścia łzami zroszone, całował brwi, czoło jasne i puchy czarnych zwichrzonych włosów. Odsunął ją lekko od siebie, zajrzał w głębiny jej źrenic przyćmionych bujnymi rzęsami i znowu szalał:

- Hanulko moja, Handziuś jedyna... dziewczyno złota, najcenniejsza moja... moja żona, moja na wieki, podnieś rzęsy, spójrz mi w oczy, nazwij po imieniu... Handziu ukochana!...

- Chcę być twoją, Jędrek, tylko twoją, już... na zawsze...

Zdusił ją w uścisku gwałtownym, podniecony jej słowami i wyrazem rozmiłowanych jej oczu.

- Będziesz moją dziewczyno... zabiorę cię do siebie, do Prokopyszcz, Handziu, Handziu!... Ile szczęścia!...

Zatonęli znowu w porywającej pieszczocie ust rozpalonych, łaknących i sycili się ich słodyczą.

Ocucił ich kasztan, który mokre chrapy przysunął do głów spojonych w pocałunku i głośno, wciągając powietrze, musnął ich rozwartymi nozdrzami.

Tarłówna pierwsza oderwała się od Andrzeja, twarz zaognioną przytuliła do grzywy bachmata, ogarnęła szyję konia ramionami.

- Śliczny, kochany kosiu, mój!... Złota kosia, dobry, nosił pana do Turzerogów, do mnie nosił, będę kochała,hołubiła...

- Patrz, Handziuś, Watażka cię rozumie! O, jak wącha twoje włosy, jeszcze cię poślini... - mówił Olelkowicz rozpromieniony i trącił lekko w nozdrza rozdęte swego faworyta.

- Przepadałem zawsze za tym źrebcem, to z mojego stada, własnego chowu i właśnie on mnie nosił do ciebie, przy nim nastąpiła ta chwila nasza urocza, tak oczekiwana. Trzeba go nagrodzić za to.

Mówiąc to, młody pan porwał nagle Andzię pod ramiona i uniósłszy błyskawicznie, posadził ją na siodle. Zaśmiała się figlarnie, ogarniając suknie. On skłonił się przed nią nisko i zawołał z tryskającą radością w głosie:

- Pani Andrzejowa Olelkowiczowa na Prokopyszczach i Dubowie. Jasna pani, świetlista moja pani...

Przytulił głowę do jej kolan, ucałował stopy, po czym wyprostował się jak struna.

- Daj mi łapięta swoje, jeszczem ich dzisiaj nie całował; chłonąłbym ciebie! Ja chyba oszaleję!

Przypiął się do jej rąk, ona oparła czoło na jego głowie i usłyszał jej cichutki szept:

- Czy prędko będę... twoją... w Prokopyszczach?...

- Dziś, zaraz porwałbym cię na mego Watażkę i zawiózł pod mój, pod nasz dach... Hej... Handziu!...

Ogarnął go wściekły huragan szału, jednym susem skoczył na konia i, zanim się ona spostrzegła, siedział już na siodle trzymając ją jak dziecko przed sobą.

- O tak!... Tak bym cię wiózł do siebie, jak Tatar brankę, jak dziki sokół gołębia i gnałbym przez stepy i bory, tratowałbym kurhany, z moją zdobyczą, z moją świętą, złotą dziewczyną!

- Jędrek!... Jędrku... Mój! - krzyknęła Andzia pochwycona przez niego jakby w drapieżne szpony orła.

Przycisnął ją do siebie tak mocno, że prawie znikła w jego objęciu. Spod ramion jego spływały jej rozplecione warkocze, a nad sztylpami jego butów zwisały drobne stopy opięte w brązowe buciki. Była wtulona w niego, przygarnięta do jego piersi na jednym siodle, okryta jego uściskiem, chłonięta pocałunkami. Watażka zrywał się do biegu, przysiadał na tylnych nogach, rzucał łbem, chrapał, parskał rozgłośnie i nogą kopał z fantazją.

Kołysał ich na sobie, jak w rytmicznym kłusie, wreszcie wstrząsnął grzywą i zarżał z brawurą, z temperamentem, niby surmy tryumfalne, pobudkę na szczęście dla swego pana i jego wybranej. Ale Olelkowicz zląkł się trochę tego hołdu konia, odsunął Handzię, zeskoczył i zniósł ją z siodła.

- Za głośno się cieszy Watażka, gotów nam tu Kościeszę sprowadzić.

- Zdrów!... Zdrów!... Hej, jasny panie, to ja! - usłyszeli przed chałupą.

- Jezus Maria! - jęknęła Andzia.

- To Grześko już powrócił - uspokoił ją Andrzej.

- Chodźmy do izby - zawołała.

Andrzej ucałował Andzię jeszcze raz, wyszli spiesznie ze stajenki. Tarłówna zasłoniła oczy od blasku bijącego z okna, rzekła zdziwiona:

- Teraz dopiero odczuwam, że w stajence było mroczno; myśmy tego nie zauważyli.

- Za jasno było nam w duszach, Handziu; za świetlista była to chwila...

Uśmiechnęli się do siebie i odryglowali drzwi chałupy.

Grześko, jakkolwiek zrozumiał już, że Kościesza ich nie widział, jeszcze patrzał nanich badawczo, jakby pytając, jak to było. Opowiedzieli mu wszystko z wesołym uśmiechem, po czym młody pan, porozumiawszy się wzrokiem z Andzią, wziął ją za rękę i rzekł z uczuciem:

- A teraz, Grzesiu, pobłogosławcie nam pierwszy, to się wam należy... Panienka będzie moją żoną i panią w Prokopyszczach.

- Sława tobie, Boże wielki!...

Stary schylił się, obejmując ich kolana, łzy zaświeciły mu w oczach. Całował im ręce, oni zaś wzruszeni do głębi uściskali go jak ojca. Wtedy stary porwał się, pobiegł do półeczki i zdjął fotografię Izy Tarłowej.

- Matka, matka niech was błogosławi, to święta pani, męczennica...

- Daj Boże szczęście i złotą dolę... detyny... Boże chorony!...

Staruszek, żegnając ich fotografią, rozpłakał się serdecznie.

Tarłówna była poruszona, ale Andrzej spochmurniał. Niemile tchnęło go błogosławieństwo Grześka podobizną matki Anny, która patrzyła na nich tragicznymi oczami.


* * *


Słońce, zachodząc, rozesłało się krwawą poświatą po stepach, płonęło świetlną łuną, igrając złotem i czerwienią na kwiatach i trawach. Andrzej Olelkowicz odprowadzał narzeczoną piechotą przez stepy, pod Wilczary. Żegnając się z nią rzekł uroczyście:

- Dziś już jesteś moja, ale od jutra będziesz moją przed całym światem i ludźmi... już oficjalnie.

Kwiaty rozdzieliły ich.

Handzia szła do domu jak po prześnionym, cudownym śnie.

Już pod leśniczówką nagle krzyknęła okropnie, przestrach obezwładnił ją.

Tuż przed nią, z wysokich traw i kwiecia wyłoniła się ponura postać chłopa czy ducha; o zmierzchu wieczornym zjawa ta była złowroga.

- Chwedźko! - pomyślała drżąc z przerażenia.

Przesunął się cicho jak mara i utonął w trawach. Tarłówna zauważyła jednak, że spojrzały na nią szybko jak lot nietoperza małe kolące oczka potwora i że były szydercze.

- Czy ten zły duch prześladuje... mnie?...

Dopadła do leśniczówki rada, że widzi światła i ludzi.



XVI

Senne mary

Spotkały ją same wymówki. Pani Smoczyńska, rozkapryszona, wyrzucała Andzi, że opuściła ją na kilka godzin, Kościesza był w wyjątkowo kwaśnym humorze, posępnie patrzył na pasierbicę i nie pytając nawet, w którą stronę chodziła na spacer, zażądał kategorycznie, aby się takie wycieczki więcej nie powtarzały.

Handzię to ubodło. Ogarnął ją niepokój, jak Kościesza przyjmie oświadczyny Andrzeja. Była chwila, że chciała uprzedzić ojczyma o tym fakcie, lecz natychmiast zlękła się swego zamiaru, postanawiając nie mówić o tym nikomu, nawet pannie Ewelinie.

Lora także wydała się Andzi dziwna, jakby nienaturalnie podniecona i niespokojna. Cały wieczór spędziła w towarzystwie Okszty, który już do sił powrócił, lecz nie wybierał się jakoś do swych majątków galicyjskich, tylko asystował stale pannie Smoczyńskiej. Andzia widziała ich spacerujących na łące, koło traktu kolejowego, potem siedzieli w altanie przed leśniczówką, rozmawiali z ożywieniem, gdy jednak Tarłówna zbliżyła się do nich, umilkli natychmiast.

Tego wieczoru Andzia poszła spać w przykrym usposobieniu, nurtował ją lęk przed następnym dniem, lęk tak przemożny, że niweczył w duszy marzenie o Andrzeju. Lora była również cicha, małomówna i roztargniona. Długo nie rozbierała się, zaczęła czytać książkę i odrzuciła ją ze wstrętem. Nagle siadła na łóżku Tarłównej i spytała ją cicho.

- Powiedz mi, Andziu, czy ty masz pragnienie miłości?

Dziewczynie serce uderzyło szybkim rytmem.

- Ale takiej miłości... co to wiesz... aż żyły rozpruwa, wrze, kipi, rozsadza człowieka jak dynamitem. Czy ty doznajesz takich uczuć wobec Olelkowicza?

Andzia zadrżała.

- Skąd ty wiesz!... - wybiegło jej z ust bezwiednie. Umilkła, nie chcąc się więcej zdradzić.

- Ja wszystko wiem! Że się w tobie Andrzej kocha, to rzecz pewna, gdyby nie ta jego miłość - ho!... ho!... Wszystko już by było inaczej. Ty zaś także jesteś zakochana; trzeba być ślepym, żeby tego nie widzieć i zresztą ja ci się wcale nie dziwię. Taki Olelkowicz ba!... Ba!... Temperament on ma bajeczny, zazdroszczę ci go szczerze.

- Masz przecież swego Adriana, pozytywista typowy, bez odrobiny ideału, ale temperament, na którym ci tak zależy, posiada chyba również.

- Ach! Więc i ty jesteś spostrzegawcza!... No tak, Okszta zaszalał się za mną, mówi, że taką, jak ja, musiała być Ewa i Maria Magdalena. O tak! Ten posiada krew wschodnią, to śmiała i bujna natura, nie licząca się z niczym na świecie. A często wulkan tworzy nowe wulkany. On to właśnie we mnie odkrył i rozbudził.

- Ach, Lorko, co też mówisz! - zawołała Andzia ze szczerym oburzeniem.

Nie lubiła Okszty, uważała go za bezczelnego zmysłowca i kłamcę, ale Lora inaczej zrozumiała jej okrzyk. Błysnęła do niej bezwstydnym uśmiechem, mrużąc powieki.

- Ty nie masz pojęcia, jaka to rozkosz, gdy się odczuje taki szalony popęd mężczyzny do siebie, to tak bierze kobietę, porywa jak huragan... Zniewala i... żądza rośnie, potężnieje, aż wybucha. Zmysły to potęga.

Wtem spostrzegła wyraz twarzy Tarłówny, zająknęła się, popatrzyły sobie w oczy bez słów: Andzia spuściła rzęsy, Lora zaś z irytacją wzruszyła ramionami.

- Eh! Głupia jesteś, moja Andziu, z tobą o tym nie można rozmawiać.

- Masz słuszność - głucho odrzekła tamta.

Smoczyńska rozbierała się z pasją, myśląc uparcie:

- Z nią i Olelkowiczem nie można o tym mówić. Dobrali się.

Zgasiła lampę, i nic już nie mówiąc, zawinęła się w kołdrę.

Handzia miała ciężkie sny, które niepokoiły ją, budząc często. Cudna noc czerwcowa zalała pokój poświatą księżycową. Przez zasłony w oknach przeciekały jasne pasma i plamy srebrne i kładły się na podłodze, rysowały na ścianach przedziwne wzory.

Tarłówna, otwierając oczy przymglone snem, myślała chwilami, że znajduje się w mrocznej stajence Grześka i że to przez szpary w belkach przesiąka światło dnia. Półsen, półjawa nasuwała jej wyobraźni postać Andrzeja, jego oczy płomienne i młodą, zuchwałą twarz. Ciało dziewczyny przebiegały rozkoszne dreszcze, bo oto złudzenie stawało się tak plastyczne, że czuła prawie silne ramiona Andrzeja tulące ją do siebie, słyszała głos przepojony miłością, na ustach zaś paliły się gorące jego pocałunki. I ukołysana czarem zasypiała znowu twardym snem młodości, lecz na krótko. Umysł jej, naładowany myślą, pełen wrażeń z przebytego dnia, pracował i fantazjował. Śniły się Andzi straszne sceny jakby zaczerpnięte z opowiadań starego Grześka o upiorach i wilkołakach; wzdrygnęła się raz okropnie, bo zdawało się jej, że worożycha cygańska, Makruna, kładzie jej rękę zgrzybiałą na głowie i patrzy przejmującym wzrokiem. Olelkowicz powtarzał się w tych rojeniach najczęściej, ale bardzo rozmaicie, raz wydawał się Annie groźny, piękny, porywający ją na swego Watażkę, pomimo oporu Kościeszy i całej służby turzerogskiej, to znowu był jakiś cichy, zbolały, a z serca broczyła mu żywa krew. Nagle Andzia krzyknęła strasznie, bo oto ujrzała jak na jawie Kościeszę mierzącego do Andrzeja z czarnej, matowej lufy rewolweru. Dziewczyna usiadła na łóżku spocona, z szeroko otwartymi oczami z przerażenia, które ją zbudziło. Oprzytomniała i zawołała głośno:

- Lorka, obudź się! Lorka!...

Pragnęła, by się ktoś odezwał, aby senna mara rozwiała się zupełnie. Ale w pokoju była cisza, gdzieś tylko z oddali słychać "tik-tak" zegara, zza okna zaś dochodzi ponure pohukiwanie puchacza.

- Lora!... Lorciu! Obudź się, mnie tak straszno - prosi Andzia bezskutecznie. Wszyscy dokoła śpią, późna noc, już nawet blaski księżyca zmatowiały. Łóżko Lory wydaje się Andzi puste i przestrach ogarnia ją na nowo. Wkrótce znowu pogrążyła się w mgliste marzenia. Puchacz jęczał za oknem, gdzieś z daleka rozległo się szczekanie psa. Ance błysnęła myśl półświadoma - gdzie jest Lorka, skoro nie śpi?... Lecz wnet o tym zapomniała. Doleciał jej uszu głuchy warkot i żałosny świst. Pociąg... przemknęła myśl. Andrzej zjawił się znowu... ratuje rannych po katastrofie w poszarpanym ubraniu, osmolony i taki drogi. A oto i łąki, poręby kwieciste, step. Andzia idzie w białej sukni, zdaje się płynąć w oceanie traw i kwiecia, jak wczoraj do chaty Grześka. Idąc rozsuwa białe margeryty i liliowe dzwonki. Za sobą zostawiła szlak widoczny pochylonych traw, które wiatr stepowy prostuje. Ona idzie ciągle wpatrzona w błyszczący w słońcu, purpurowy punkt w oddali. Słyszy dokoła szmer dziwny, to rozmowa kwiatów; czepiają się jej sukni krwiste, lepkie smółki, dumne bodziaki zagradzają jej drogę, jakby broniąc przed tym czarem, co ją ciągnie naprzód. Osty te kłują jej ręce i nogi, ranią je, lecz ona idzie. Rozgwar kwiatów staje się głośniejszy, coś do niej mówią łęgi wonne, może ostrzegają przed czymś?... Szemrzą życzliwie, ale jakoś żałośnie. Ona wpija oczy w krasę i gorącą barwę purpury. Jest już blisko, już, jeszcze chwila i dochodzi do celu.

Pochyla twarz, zanurza w purpurowej czarze i napawa się silną wonią, pije zachłannie z tej czary rozkoszy. Nie widzi nic dokoła, czar pochłania ją. Czy to sen?...

Pyszny purpurowy kwiat zaczyna się roztapiać. Co to znaczy!

Andzia daremnie stara się powstrzymać duże, karminowe krople spływające z jej rąk na trawę. Porywa kwiat w dłonie, do ust tuli, na próżno. Kwiat ginie, gorący karmin krzepnie i w długich, krwawych soplach spada bez przystanku. Andziaprzyciska do piersi resztki purpury i przerażona modli się, szepce zaklęcia, błaga o ratunek, a roztopiony karmin kapie i kapie na ziemię, płynie jak krwawe łzy w step kwiecisty.

Spłynęła ostatnia kropla.

Andzia patrzyła na swe ręce: są pokrwawione; patrzy na suknię: z lewej strony na sercu szeroka, krwista plama. Dziewczyna płacze, z oczu jej padają duże, ogromne łzy, są gorzkie jak zawód najsroższy, lecz nie zmywają krwi z serca. Ta zostanie jej na zawsze.

Idzie znowu naprzód, przed nią zmienia się wszystko.

Wstępuje na szarą, pustą równinę, jednostajną i tragiczną. Gdzież są kwiaty? Gdzie step bujny?... Znikły barwy i blaski. Ona brnie po nierównym gruncie z nadzieją, że ta pustka zaraz się skończy, że to tylko łacha, rzucona przypadkiem pomiędzy stepy, zabłąkana w kwiatach. Cierpliwości - mówi sobie Andzia do strapionej duszy i oblana potem, zmęczona idzie naprzód, dążąc do światła jak ćma do ognia. Ale dokoła tak ciemno! Czy tak już zostanie?...

Braknie jej sił. Staje, ogląda się za siebie: szaro i szaro tylko hen, w błękitnej mgle oddalenia, majaczy step bisiorem tkany.

Jak wspomnienie...

I znów idzie naprzód, bo nie ma już dla niej powrotu.

Wtem słyszy śpiew. Chóry czarowne, nieziemskie płyną w powietrzu, zbliżają się do niej. Dzieje się coś mistycznego. Andzia słucha i zdaje się wzlatywać do tonów rozlewających się cudowną falą. Pianissima subtelne, lekkie jak tchnienia, stają się coraz wyraźniejsze, unoszą w przestwór perlistą harmonię dźwięków, pełną fantazji, mistyczną, anielską.

Czy biorą one początek w niebiosach?...

Andzia wznosi oczy w górę, jest olśniona blaskiem. Białe, przejrzyste obłoki przepływają nad nią. Śpiew trwa bez przerwy. Słyszy szum skrzydeł i jasność otacza ją zewsząd. Drgnęła... do stóp jej spada biały, długi rulon.

Czy uroniły go skrzydła anielskie?... Pochyla się, zaczyna rozwijać. Zwój pergaminu i jakieś napisy. Drobne, cienkie nitki liter migają jej w oczach; nic nie rozumie, nie może dostrzec, w jakie wyrazy składają się ciemne, mikroskopijne punkciki. Cóż zawiera w sobie ten reskrypt spadły z szumiących skrzydeł anielskiego chóru?...

Wreszcie na końcu pergaminowego zwoju zaczerniało coś wyraźnie. Duże, czarne litery tworzą napis, który Handzia odczytuje z trwogą:

"Miej Boga w sercu!..."

Zaszumiało znowu. Śpiew słodki, o nieziemskiej harmonii tonów rozległ się w przestworzach, owiał Annę czarem swej potęgi.

Wstaje z klęczek i zasłuchana wpatruje się w różowo-srebrzystą zorzę, przenikającą obłoczne puchy. Śpiew z wolna ginie w przestrzeni, stapia się z nią, cichnie, pociągając za sobą świetlistą łunę, rozpłynął się wysoko, aż gdzieś za chmurami, może u stóp Stwórcy składając swą złotą lutnię.

Oczarowana stoi chwilę, łowiąc ostatnie echa tonów rozedrganych, lecz i te wsiąkły w wilgotnej, kroplistej mgle, rozpanoszonej władczo, jak smutek po szczęściu.

Andzia rzuca się znowu do odczytywania pergaminowego zwoju.

Ale karty już nie było.



XVII

Zwarta maska

Tarłówna ocknęła się. Usiadła w pościeli, przecierając oczy budziła swą świadomość, będącą jeszcze pod wpływem przykrego snu.

Rozejrzała się dokoła.

- Ach, to Wilczary!... Więc nie łacha błotnista, szara i smutna. Jak to dobrze! Cóż za szczęście! Przez okno przyświeca już dzień jasny, pogoda, słońce...

Dziś Andrzej przyjeżdża!

Andzia, jak sprężyną podrzucona, zerwała się z łóżka. Głowa ciężyła jej i bolała, lecz nie zważając na to, zaczęła się szybko ubierać.

Lora spała snem kamiennym, leżała w ozdobnym szlafroczku, co zdziwiło Andzię, przypomniała sobie, że w nocy nie było Lorki w łóżku. Teraz znowu ten szlafrok...

- Widocznie wychodziła gdzieś w nocy, pewno spacerowała przy księżycu, ale mogła i mnie zbudzić, nie miałabym tych snów okropnych - pomyślała, wrzucając na siebie suknię.

Wybiegła szybko na ganek, odetchnęła pełną piersią; powietrze świeże i wonne orzeźwiło ją, niwecząc zupełnie senne mary. Chciała biec na łąki, gdy wtem spotkała pannę Ewelinę; powitała ją swobodnie, lecz tamta patrzyła na nią badawczo i była trochę zmieniona.

- Jakże spałyście dzisiaj ty i... Lora?

- Ja nieszczególnie, dusiła mnie zmora, jak mówią chłopi. Miałam niemiłe, nawet złe sny.

- Ach, tylko sny! A Lora?...

- Lorka, nie wiem, chyba także niedobrze spała, bo...

Zająknęła się.

- Bo co?... - podchwyciła panna Niemojska skwapliwie.

- Bo... dotąd śpi jeszcze.

- Aniu, czy tylko to miałaś na myśli? Powiedz prawdę i szczerze.

- Nie wiem nic, Lincichno, spałam i zmęczyły mnie sny, zdaje mi się jednak, że Lorka wychodziła z sypialni, gdyż była chwila, że nie widziałam jej na łóżku, teraz zaś śpi w szlafroku. Pewno spacerowała przy księżycu, jak to czasem robimy.

- Tak, ale nie w nocy. Zresztą...

Panna Ewelina przyłożyła obie ręce do głowy ruchem trochę desperackim i rzekła głucho:

- Ach, ta Lora, zawsze wariatka! To może być nieszczęście!

Kończąc te słowa weszła do domu.

Andzia nie mogła zrozumieć, o co jej chodzi.

Po śniadaniu, gdy dziewczęta znalazły się znowu razem, Handzia postanowiła wziąć Lorkę na spytki, tym bardziej, że zastanowił ją wygląd Lory, inny niż zwykle; była blada, tylko usta jej pałały niby plamy krwiste, oczy miała podkrążone i niebywale błyszczące, ogólne podniecenie uwidoczniało się w całej jej postaci. Nie wiadomo dlaczego, wygląd jej rozczulił Andzię.

Zarzuciła jej ręce na szyję i tuląc usta do twarzy Smoczyńskiej, przemówiła serdecznie:

- Loruś, powiedz mi, co ci jest?... bo coś ci dolega na pewno, ja to czuję, powiedz...

- Co ty wiesz! - obruszyła się Lora, usuwając ramiona towarzyszki.

- Nie chcesz mi nic wyznać, widzisz jakaś niedobra.

- Co ci mam znowu wyznawać?! Spowiednikiem moim jesteś?

- Nie... ale przyjaciółką.

- Ach przyjaciółka!... Ironia chyba z twojej strony. Ty i ja?! Ogromnie się rozumiemy i odczuwamy wspólnie.

Zaśmiała się szyderczo.

- Wyobraźmy sobie, na przykład, że ci się zwierzę... i cóż? zrozumiesz mnie, odczujesz serdecznie?... Nigdy! Ty byś odskoczyła ode mnie, jak od zarażonej, mówiąc ze zgrozą: "Apage satanas".

Śmiała się długo, nieprzyjemnie.

- Masz mnie za tak naiwną i niedorosłą do twego poziomu umysłowego, czy też jesteś tylko... niesprawiedliwa - spytała Andzia ze smutnym uśmiechem.

- Nie, ale ty jesteś woda, a ja ogień, taka jest między nami różnica.

Tarłówna rozdęła chrapki, gniew błysnął na jej twarzy.

- Mylisz się, Loro, bardzo, lecz pozostań przy swym mniemaniu. To ci tylko powiem, że potrafię być ogniem, lecz nie dla pierwszego z brzegu komiwojażera, bo ogień łączę z uczuciem...

Wzburzona chciała wyjść, gdy wtem zastukano do drzwi i w ślad za tym wszedł Kościesza. Słyszał słowa Andzi i dziewczyny zrozumiały to od razu. Twarz miał jak zawsze drewnianą, ale gdy spojrzał na pasierbicę, żelazne oczy jego wyrażały ciekawość, nawet zachwyt. One zmieszały się obie. Kościesza udał, że tego nie widzi. Rzekł obojętnie:

- Może przeszkadzam, była tu jakaś dysputa. Hm!... Czy tak?

- Stary szympans! - pomyślała Lorka.

Nie otrzymawszy żadnej odpowiedzi, Kościesza usiadł spokojnie na szezlongu i wolno, z flegmą zapalił cygaro, patrząc spod oka na dziewczęta.

Po chwili zaczął mówić swym beczkowatym, jak po grudzie toczącym się głosem:

- Przyszedłem do panien z pewną kwestią... hm! Która już bardzo wymaga omówienia. Oto chciałbym, aby się wszelkie spacery, dzienne panny Anny i... nocne panny Lory ukróciły. Jest to pożądane z wielu względów. Że już przemilczę najważniejsze... lecz choćby dlatego, by się legendy o duchach nie rozszerzały.

Umilkł, a widząc zdumiony wzrok Andzi kontynuował:

- Tak, legendy o duchach. Dotychczas bowiem tylko... Temnyj Hrad... z tego słynie (na nazwie tej położył nacisk wyraźny), boję się jednak, by nie zasłynęło tak samo... uroczysko "Pod Wołkiem" i Wilczary.

Tarłówna oblała się gorącą krwią wstydu, serce jej zamarło na myśl, że Kościesza wie o jej niespodziewanym spotkaniu u Grześka z Olelkowiczem.

Pan Teodor mówił dalej, bacznie uważając na wrażenie, jakie sprawiają jego słowa:

- Panna Anna była wczoraj w uroczysku "Pod Wołkiem", wprawdzie nie jest to daleko, ale również niebezpiecznie, tym bardziej, że Grześko... w takich razach opiekunem być nie może, na błędnych zaś rycerzach.,.. w tej okolicy nie zbywa, przykładem... Temnyj Hrad (znowu nacisk)... Panna Lora woli towarzystwo, choćby dostarczone przez katastrofę kolejową, ale dlaczego w nocy?

- Do czego pan zmierza!? - wybuchnęła Smoczyńska.

Kościesza ani drgnął, wzrok jego stał się tylko tak twardy, że aż bolący w wyrazie.

- Niech się panienka nie unosi, gniew nie dodaje urody, zwłaszcza tam, gdzie już są podsiniałe oczki i mizerniutko się wygląda.

- Co pan chce przez to powiedzieć i... co panu do tego?

Kościesza wstał. Zaśmiał się szatańsko.

- Już skończyłem, chciałem tylko ostrzec panienki i oznajmić... że jutro opuszczamy tę... romantyczną krainę, wracamy do Turzerogów, oczywiście bez katastrofalnych naleciałości, chciałem powiedzieć... komiwojażerów.

Skrzywił się w uśmiechu i spojrzał z ukosa na Andzię, jakby porozumiewawczo, że cytuje jej słowa. Jednocześnie otworzył drzwi i wskazując je Tarłównie gestem zapraszającym, rzekł uprzejmie:

- Proszę cię Aneczko, chcę z tobą pomówić.

Dziewczyna zawahała się, lecz przynaglona jego niecierpliwym ruchem wyszła z pokoju, rzucając Lorce tragiczne spojrzenie.

Kościesza wziął ją pod rękę i prowadził w głąb domu, tak przy tym słodko i czule patrząc na nią, aż się zdziwiła.

- Co ojczymek ma mi do powiedzenia? - spytała chmurnie.

Weszli do gabinetu Kościeszy, on zamknął drzwi, położył ręce na ramionach pasierbicy i rzekł zdławionym głosem:

- Zachwyciłaś mnie, Andziu! Słyszałem słowa twoje wypowiedziane z oburzeniem do Lory i przyklaskuję im z dumą i radością...

- Ojczymek podsłuchiwał?!

Drgnął wyraźnie, ale się wnet uśmiechnął.

- A! Niedobre dziecko! Czy możesz nawet mieć takie przypuszczenie? Anuś moja! Słyszałem niechcący ostatnie twoje słowa takie dumne i pyszne: "Ogniem być potrafię, lecz nie dla pierwszego z brzegu komiwojażera, bo ogień łączę z uczuciem". To było ślicznie powiedziane Aneczko i ufam, że szczerze. Tak, dziecino droga, twój temperament i uczucia twoje, nie są dla byle jakiego kawalera i... dobrze, że sama to odczuwasz. Tyś jest cenną perłą, a taki klejnot nie powinien zdobyć byle kto. Taka gwiazda złota jak ty...

Nagle zmienił ton, głos i mówił półszeptem:

- Podnieś te jedwabne woale ze swych przecudnych oczu,popatrz na mnie... O tak!... tak... ślicznotko... ale czemuż tak groźnie. Skąd ten gniew i ta chmura w tych oczętach? Aniu!

Tarłówna szarpnęła się, z oczu sypnęły iskry, twarz zapałała ognistym rumieńcem oburzenia i... wstrętu.

- Czy tylko tyle miał mi... ojczym do powiedzenia?

- Andziu!

- Czy mogę odejść?

Chwycił jej ręce niespodziewanie i przygarnął je do piersi.

- Uspokój się, dziecko... zdenerwowana jesteś, ale ja rozumiem powody... Lora cię drażni i ta stara Smoczyńska denerwuje. Ja to zmienię, zobaczysz, dla twego spokoju.

Dziewczyna żachnęła się znowu.

- Poczekaj, Andziu, dokończę. Chciałem cię ostrzec, żebyś do czasu, aż coś postanowię, była z daleka od Lory. To zepsuta dziewczyna... dobrała sobie dwóch godnych partnerów do romansu: Okrztę i Olelkowicza.

- To nieprawda! Fałsz! Kłamstwo... - wybuchnęła Tarłówna ze zmienioną twarzą, drżąca z gniewu.

Kościesza odepchnięty jej silną ręką stanął w pozie dramatycznej, ręce założył po napoleońsku, patrzył na dziewczynę i z politowaniem kiwał głową.

- Jak to, Aniu, mnie zarzucasz kłamstwo, mnie?...

- Proszę nie równać Okszty z panem Andrzejem i nie posądzać go o taką... nieuczciwość...

- Ależ dziecko! Że się młodemu lowelasowi podobała piękna dziewczyna i że z nią romansuje, ponieważ ona pozwala... to nieuczciwość?

- Pan Andrzej z Lorą nie romansuje, to kłamstwo!

Kościesza wyprostował się, był już straszny, oczy mu zbielały, posiniały usta, twarz stała się zielona, pomięta, ohydna -wyglądał jak legendarny "sinobrody".

- Ten piękny panek, urwis Olelkowicz, był z Lorą w Temnym Hradzie na zagadkowej schadzce, sama o tym wiedziałaś, teraz Lora spaceruje nocami z Oksztą. Są to fakty, moja panno! - zasyczał jak wąż.

Andzia porwała się niby rażona prądem elektrycznym, złapała Kościeszę za rękę, wołając:

- Chodźmy do Lory, niech ojczym sam jej to powie, chodźmy prędko!

- Aneczko, uspokój się...

- Chodźmy, chodźmy, za nic nie ustąpię!

Z taką siłą i wolą ciągnęła Kościeszę, że ten szedł bez oporu. Spotkali w korytarzu pannę Ewelinę, która ujrzawszy ich, krzyknęła z przerażenia. Nigdy w życiu nie widziała swej wychowanki w takim podnieceniu i wzburzeniu, przestraszył ją również Kościesza, idący prawie sennie. Panna Ewelina znieruchomiała.

Andzia z impetem otworzyła drzwi panieńskiego pokoju, szybko podeszła do Lory, nie puszczając ręki Kościeszy.

- Teraz proszę mówić - zawołała, oddychając szybko.

Smoczyńska patrzyła na nich z bezmiernym zdumieniem.

- Co się stało?...

Kościesza milczał, tylko oczy jego świeciły wilczym połyskiem.

Andzia nie ustępowała.

- Teraz proszę mówić. Lora nie skłamie, powie prawdę! Nie chce ojczym, więc dobrze, ja ją spytam. Lorka, czy ty... z Olelkowiczem... kochacie się?

Smoczyńska zrobiła wielkie oczy.

- Co to znaczy, Anko?...

- Odpowiedz, na wszystko cię błagam, powiedz prawdę!

- A więc nie!

Tarłówna rozjaśniła się jak zorza, tryumfalnie spojrzała na Kościeszę. Ale on zasyczał zjadliwie:

- Nie mówmy o miłości, lecz o... romansie. Co było na Temnym Hradzie?... Czy panna Lora zaprzeczy?

Nastała ciężka chwila dla Andzi, wpatrywała się z natężeniem aż bolesnym w bladą twarz swej towarzyszki, przestała oddychać z przemożnego wrażenia i trwogi w oczekiwaniu świadectwa Lory. Ufając święcie w niewinność Andrzeja, zaczynała się bać jej kłamstwa. Oczy Tarłówny gorzały niepokojem, dreszcze zimne mroziły jej ciało.

Smoczyńska po słowach Kościeszy zmieniła się na twarzy, usta jej zadygotały, gniewem zalśniły szafirowe źrenice. Patrzała wyzywająco i chłodno, wreszcie rzekła:

- Tak jest, byłam w Temnym Hradzie z Olelkowiczem, ale spotkałam go tam bez uprzedniego porozumienia się z nim, sama chciałam go spotkać, gdyż podobał mi się!

- A widzisz? - krzyknął Kościesza do Andzi.

- Proszę mi pozwolić dokończyć. Samo spotkanie to jeszcze nie romans, tego zaś nie było.

Wzięła Andzię za rękę.

- Wierz mi, Aniu, że mówię prawdę.

- Ja ci wierzę i... w niego wierzyłam zawsze.

Kościesza rzucił na Lorę zdumione, złe spojrzenie, po czym roześmiał się długo, bezczelnie i z tym rechotem piekielnym wyszedł z pokoju. Grzmotnął drzwiami, aż jęknęły ściany.

Andzia wyczerpana zupełnie upadła na łóżko, rozszlochała się jak dziecko. Lora usiadła przy niej i zaczęła ją uspokajać. Czego płacze i czego od niej chce ten stary szympans, ten potworny człowiek, który na Nerona mógłby pozować. Skąd przyszło mu do głowy posądzać ją o romanse z Olelkowiczem, czyż on tego nie widzi, że Andrzej kocha się w Andzi? On pewno wie o tym doskonale i tylko chciał umyślnie zrobić intrygę. Ona, Lora, zna go dobrze i wie, jaki to "numer". Andrzej zna go również i starając się o Andzię, będzie miał nieprzewidziane trudności, bardzo ciężkie, lecz na pewno nie ustąpi i w walce tej może zwycięży. Niech tylko Andzia nie ulegnie ojczymowi, niech mu nic nie wierzy i niech go unika jak zarazy, a wszystko może być dobrze. Olelkowicz to nie baba, stary szympans przeczuwa to i chce podkopać szanse Andrzeja.

Tarłówna słuchała słów towarzyszki i łzy jej obsychały, nadzieja wstępowała w serce. Zjednana przychylnością Smoczyńskiej, zbliżyła do niej swą rozgorączkowaną twarz, mówiąc żałośnie:

- Dlaczego on taki niedobry, Lorko, dlaczego niedobry?

- Kto?

- Koś...ciesza - wyszeptała.

- Ano tak... Miłego masz tatuńcia, nie można ci go zazdrościć, powinnaś wyjść za mąż jak najprędzej.

Andzia uśmiechnęła się, otoczyła ramionami szyję Lorki, mówiąc:

- Może to się stanie prędko, Loruś, może już bardzo prędko.

- Bo co?... Mówże!

- Bo ja już jestem narzeczoną pana Andrzeja... i on dziś przyjedzie.

- Co ty opowiadasz? Kiedyż to się stało, czemuś nic nie mówiła?

- Bałam się, że będziesz mi znowu dokuczała, jak w zimie, po owej kartce w sekretarzu, pamiętasz?

Lora zerwała się gwałtownie, uwolniła z objęć Andzi i biegając po pokoju, wyrzucała z ust szybkie słowa:

- W zimie kochałam się w nim po swojemu, teraz nie. Więc to już fakt wasze zaręczyny?... Ale Kościesza nie wie o tym?... Odważny jest Andrzej, lub nawet nie przypuszcza, jak straszną walkę wywoła. To będzie walka gladiatorów, dwie potężne siły, tylko jedna szlachetna, druga... podła.

Andzia stała, trzymając się poręczy łóżka, drżała wewnętrznie.

- Loro, jak ty możesz rzucać na ojczyma taką obelgę, bo wszak jego nazywasz podłym?

- To nie obelga, to prawda. Ty go w swej naiwności masz tylko za niedobrego, lecz w nim jest krwiożerczy smok. On cię nie odda Olelkowiczowi, bo by mu zazdrościł twoich majątków i... pocałunków.

- Loro, co ty mówisz!? Loro, ulituj się, co mówisz?!... Jakich pocałunków?

- Twoich, bo on sam ich pożąda. Kościesza pragnie zachować dla siebie twoje bogactwo i... twoją urodę. Jedynie twoja niewinność mogła tego nie zauważyć.

Andzi ugięły się kolana pod tym okrutnym obuchem.



XVIII

Wyrok

Gdy zaprzęg wykwintny Olelkowicza stanął przed gankiem w Wilczarach, fakt ten wywołał w domu pewien popłoch. W przedpokoju przyjął młodego pana służący Kościeszy i w milczeniu otworzył mu drzwi do saloniku urządzonego po myśliwsku. Długi czas nikt nie wychodził, Andrzej niecierpliwił się. Oglądał różne rysunki i kolorowe sztychy, przedstawiające sceny myśliwskie, spacerował głośno po pokoju, chrząkał.

- Czy nikogo nie ma w domu - myślał zły - ale czemuż mi ten bałwan tego nie powiedział?

Usłyszał dochodzący z głębi domu nienaturalnie głośny śmiech Lory i pomyślał znowu:

- Pewno stary tyran zabrał Andzię do lasu, jeśli uprzedziła go...

Wtem cicho skrzypnęły drzwi i Tarłówna stanęła na progu.

Młodzieniec podszedł do niej prędko, porwał jej ręce i podniósł do ust. Ale teraz dopiero zauważył, że była dziwnie zmieszana; blada jej twarz miała w sobie smutek, powieki nabrzękłe i zaczerwienione, zdradzały ślady łez. Zaczął dopytywać troskliwie, czemu smutna i dlaczego płakała, tulił do siebie jej dłonie czując, że się coś stało złego i że on jest tego powodem, a zarazem jej oczy zapłakane wydały mu się teraz jeszcze stokroć droższe i bardziej kochane, niż gdy je widywał okraszone uśmiechem. Uniesiony uczuciem chciał objąć ją ramieniem i przygarnąć do swej piersi, lecz Andzia drgnęła i odsunęła się nieco, kładąc palec na ustach.

- Nie, nie! boję się... Pan nic nie wie!?... Tak mi straszno.

- Co się stało?... przez Boga!

- Kościesza kazał służącemu oznajmić panu, że nikogo nie ma w domu. Nie chce pana widzieć...

Nastąpiła chwila milczenia. Olelkowicz poczerwieniał, nozdrza rozdęły mu się wściekłością, oczy błysnęły złowrogo.

- Przecież służący sam mnie przyjął i tu wprowadził.

- Rozkaz wydano mu już potem, biedny stary nie wiedział, co począć, ja go wstrzymałam i przyszłam sama.

- Czy Kościesza wie o naszym postanowieniu?

- Domyśla się tylko. Doszło dziś do rozmowy, która chyba upewniła go w moich uczuciach. Zresztą nie wiem. Mnie, Lorce i starszym paniom zabronił wyjść do pana, Lora zaśmiała się tak głośno, żeby pana upewnić, że jednak jesteśmy w domu.

- Cóż to wszystko znaczy? Co on ma przeciw mnie?

Andzi łzy zaświeciły w źrenicach.

- On na nasz związek nigdy... nigdy nie pozwoli.

- Więc się go pytać nie będziemy - wybuchnął Andrzej. - Handziuś mój, ufaj mi, najdroższa. Życie swe oddałbym w ofierze, ale ciebie muszę wyrwać z tego piekła.

- Ciicho!... Ktoś idzie... to on...

Przerażenie odmalowało się chwilowo na jej twarzy, uwolniła ręce z jego uścisku i szybko postąpiła na środek pokoju, hamując wewnętrzny lęk.

- Tylko odważnie, jedyna, tylko śmiało... - szepnął jej Andrzej.

Drzwi szarpnięto energicznie, wszedł Kościesza zimny, jak z granitu wykuty.

Olelkowicz skłonił się, pan Teodor skinął mu niedbale głową i rzekł wprost do Andzi:

- Powiedziano mi, że poszłaś witać... pomimo...

- Wiedziałam, że pan Andrzej dziś przyjedzie i dlatego pośpieszyłam pierwsza - żywo zagadała Andzia.

- Ach, zatem to wizyta umówiona?

Andrzej postanowił od razu rzecz wyjaśnić.

- Tak, pannę Annę uprzedziłem o mojej dzisiejszej bytności, jak również i o celu tej wizyty. Kocham pannę Annę i jestem szczęśliwy, że posiadam jej wzajemność, ale pragniemy uzyskać aprobatę pańską jako ojczyma i opiekuna...

Kościesza zbladł strasznie, tego się tak prędko nie spodziewał.

Słowa młodego pana ogłuszyły go niemal. Więc to już zaszło tak daleko?... Pomimo jego niechęci tak wyraźnie okazywanej? Więc ten pewny siebie młodzian chce zabrać mu Andzię i mówi to w jej obecności, czyli za jej zgodą i po wspólnym porozumieniu?...

Chwilowe zgnębienie zmieniło się w gniew. Stał przed młodą parą niby uosobienie grozy. Spod zmarszczonych brwi stalowe, jak nity, jego oczy patrzyły na Olelkowicza drapieżnie; można by myśleć, że samym wzrokiem chce go zabić, zgnieść go, znęcać się nad nim. Zdawało się, że wybuchnie zwierzęcym rykiem i rzuci się na młodzieńca. Ale Andzia wzięła go łagodnie za ramię i przemówiła słodko. Głos jej drżał.

- Ojczymku mój. Ty mnie kochasz, prawda? I zawsze mówiłeś, że pragniesz mego szczęścia, otuż szczęście to znalazłam, kocham pana Andrzeja, serdecznie go kocham, a ojczymek zastąpi mi... zmarłą mamę i pobłogosławi nas.

Kościesza odsunął ją od siebie szorstko i zwrócił się bezpośrednio do Olelkowicza:

- Kto pana upoważnił do takich zamiarów? - spytał z mrożącym chłodem.

- Miłość moja do panny Anny i jej wzajemność! - odrzekł młodzieniec głosem śmiałym.

- To za mało... łaskawy panie, Andzia jest jeszcze dzieckiem i uczucia jej dziecinne nie mogą nosić nazwy miłości, jej zaś duszą i sercem, na szczęście... ja się opiekuję i dlatego na ten związek... nie zgodzę się nigdy.

- Ojczymku! - jęknęła Andzia.

Olelkowiczowi skurczyła się twarz gniewem.

- Co mi pan ma do zarzucenia, proszę mówić wyraźnie.

- Nic i... wszystko! Niech to panu wystarczy.

- Nie panie, to mi nie wystarczy. Proszę dać konkretną odpowiedź, o co panu chodzi, z jakich powodów zabrania pan szczęścia nam obojgu. Dlaczego nie mogę sięgnąć po jej rękę i serce?... Słucham zarzutów!

- Tłumaczyć się panu nie będę, lecz powtarzam, że mężem Andzi nie zostaniesz pan nigdy, przenigdy!...

W głosie Kościeszy drżały gromy.

- Dlaczego?! - wybuchnął Andrzej wzburzony do najwyższych granic - żądam odpowiedzi. Żądam jej od pana.

- Lecz jej nie dostaniesz... gdyż tak mi się podoba!

Andrzej zwrócił się do Andzi.

- Słyszy pani wyrok na nas?... - spytał głucho.

Lecz w tej chwili drżąca, półprzytomna i śmiertelnie blada Tarłówna zmieniła się nagle; wyprostowała smukłą swą postać, policzki trysnęły rumieńcem, w oczach czarnych błysnął zapał, zamigotały w nich ognie bohaterstwa. Wzięła Andrzeja za rękę i stanęła z podaną naprzód piersią, jakby gotowa do walki.

Rosły w siłę przedziwną jej słowa, gdy mówiła:

- Kocham pana Andrzeja nie dziecinnym uczuciem, lecz miłością głęboką i stałą, nie wyrzeknę się tej miłości nigdy, za nic! Pragnę zostać jego żoną i ojczym mi tego nie może zabronić. Dusza moja i serce zrobiły dobry wybór, jak najlepszy, żadna siła nie zdoła nas rozłączyć. Opieka ojczyma nade mną nie rozciąga się aż do mej duchowej istoty.

- Czy to pańskie dzieło, ta jej retoryka? - spytał Kościesza z ironią.

Ale Olelkowicz patrzył nań tak pogardliwie, że tamten mimowolnie odwrócił oczy.

- Proszę cię, Anno, wyjdź z pokoju, nie przystoi ci jeszcze wdawać się w takie dysputy. Bardzo się dziwię zmianie, jaką w tobie widzę... Panicza proszę o łaskawe opuszczenie mego domu bez prawa powrotu. Wszelkie głupstwa trzeba sobie wyperswadować, gdyż spełnić się nie mogą. To są moje w tej sprawie ostatnie słowa.

Olelkowicz walczył resztkami sił, panując nad sobą.

- Ja zaś daję panu słowo honoru, że nigdy miłości tej nie zapomnę i że zrobię wszystko, co leży w ludzkiej władzy, aby zdobyć Annę za żonę. Pańskich dąsów i gróźb nie obawiam się, gdyż sojusznikiem moim jest jej serce.

- I na wieki pozostanie! - zawołała dziewczyna, podając mu obie ręce. Ucałował je w milczeniu, z wymownym spojrzeniem skłonił się chłodno zdumionemu Kościeszy i wyszedł.

Andzia podążyła w ślad za nim, odprowadzając go aż na ganek.

Kościesza zaśmiał się jak diabeł, wyrzekł twardo i głośno, sam do siebie:

- Złamię cię, zgniotę jak robaka, lecz... jej nie dostaniesz!



XIX

Vogue la galère[9]

W Wilczarach zapanował "sądny dzień", wedle określenia panny Eweliny. Pakowano się na wyjazd do Turzerogów.

Kościesza był wściekły, głos jego rozbrzmiewał po całej leśniczówce budząc niepokój. Andzia zamknięta u siebie, płakała tak, że Lora i pani Smoczyńska nie mogły jej uspokoić. Minął dzień. Wieczorem Kościesza wezwał do siebie Adriana Oksztę i zapowiedział mu, że ponieważ już wyzdrowiał, zatem może jechać sobie tam, dokąd nie dojechał rozbitym kurierem, gdyż i oni opuszczają już Wilczary. Student ukłonił mu się bardzo elegancko, zapewniając go, że i dla niego Wilczary na dłuższy czas zamieszkania byłyby istotnie nudne, zatem opuści je bezzwłocznie, tym bardziej, że ostatni dzień był stanowczo zbyt huczny, nawet dla jego bujnej natury. Widząc zdziwione oczy Kościeszy, rzekł wesoło:

- Tak, panie, to jest okolica katastrof kolejowych i domowych, te ostatnie zaś nie są nawet sporadyczne i zapewne staną się teraz epidemiczne. Zauważyłem to, przeczuwam dalszy ciąg, zatem daję nura!

Znowu się ukłonił i z miną ironiczną szedł do drzwi.

- Nie podziękuje pan nawet za opiekę, jaką dano tu panu? - zasyczał głos Kościeszy.

Okszta zatrzymał się, chwilę pomyślał i twarz jego nabrała wyrazu bezczelnego.

- Owszem, panie, postaram się, by o mnie tu nie zapomniano.

Wyszedł. Pan Teodor wzruszył potężnymi barami, myśląc:

- Zdecydowany wariat!

Podczas kolacji Handzia siedziała jak struta, tak samo pani Smoczyńska i panna Ewelina. Bronowski, który już także był na wylocie, przed odjazdem na wakacje i oczekiwał niecierpliwie przyjazdu Jasia Smoczyńskiego, by oddać mu ucznia, siedział jak mruk, wpatrzony w Lorę. Wiedział on o jej zadurzeniu się w Okrzcie i bolał nad tym skrycie.

- Żeby też zakochać się w takim ośle!... Obłęd Tyranii! Obłęd Tyranii, nic innego - powtarzał w myśli, wielce strapiony.

Lora była również milcząca, ale podniecona i wesoła, wyzywająco patrzała na Kościeszę, czasem zamieniając z Oksztą ukośne, krótkie jak błysk spojrzenie. Okszta miał minę dowcipną. Bronowski obserwował ich uważnie.

- Panna Lora coś knuje, jakiś spisek.

Kościesza bystro spojrzał na Smoczyńską, potem na Oksztę i... zatrzymał wzrok na Andzi.

- Owszem, spiskuję, ale co, tego nawet pan nie odgadnie - odrzekła Lora z wesołą swobodą.

- Detektywem nie jestem i wobec pani nie potrafiłbym być. Po pani można się spodziewać wszelkich ekscentryczności, pani jest nieobliczalna w swych pomysłach.

Smoczyńska poczerwieniała.

- Ma pan zupełną słuszność, pozwalam spodziewać się po mnie... wszystkiego.

- Brawo! Brawo! - zawołał Okszta.

Kościesza wstał od stołu.

- Więc pan odjeżdża raniutko? - spytał Adriana obcesowo.

- Tak panie, o piątej.

- Zatem do widzenia!

- Moje uszanowanie!

Dotknęli zaledwie swych dłoni i rozeszli się. Kościesza wziął Andzię za rękę.

- Chodź dziecko, pragnę z tobą pomówić...

Chciała się oprzeć, lecz pociągnął ją prawie przemocą. Bezwolna i spłakana pozwoliła zaprowadzić się znowu do jego gabinetu. Tam posadził ją na otomanie, sam usiadł obok. Gładził jej włosy i łagodnie, z dobrym wyrazem w oczach patrzył na jej bladą twarz. Długi czas nic nie mówił, dopiero gdy podniosła na niego łzawe, smutne źrenice i pytające - odezwał się cicho, serdecznie:

- Biedactwo drogie, ty się męczysz, płaczesz, ty się topisz w smutku, zamiast się śmiać i śpiewać, twoje oczy nie powinny znać łez. Handziu, czy warto się tak zamartwiać?... I to wszystko z powodu Olelkowicza?

- Nie... to z winy ojczyma - szepnęła.

- Z mojej winy? Więc myślisz, że ja chcę cię dziecino krzywdzić, że jestem twoim nieprzyjacielem?

- Nie wiem, ale skoro ojczym nie chce mego szczęścia,wzbrania mi go, zatem chce chyba mej krzywdy?

- Dlaczego, Aneczko, nazywasz mnie tak surowo "ojczym", dawniej mówiłaś do mnie pieszczotliwiej.

- Teraz... nie mogę.

Kościesza urażony cofnął się w głąb otomany, po chwilowej ciszy zaczął mówić głosem nastrojonym poważnie:

- Nie rozumiesz mnie, Andziu, i źle, mylnie sądzisz, a jednak ja tylko pragnę twego dobra i właśnie twego szczęścia, nie inaczej. Najpierw, ty nie kochasz Olelkowicza.

- Przeciwnie! Kocham go bardzo, całą duszą i sercem - wykrzyknęła.

- Łudzisz się, jestem pewny i powinnaś mi zaufać. Miłość prawdziwa nie rodzi się w sercu dziewiętnastoletniego dziecka, to złuda, mrzonka, która zniknie tak prędko, jak przyszła, śladu po sobie nie zostawiając. Gdybym ci na ten szalony krok pozwolił, przeklinałabyś mnie z czasem, bo gdyby ten szał minął, gdybyś się ocknęła za późno, gdyby ci zaciążył związek z tym... młokosem, wówczas miałabyś zupełne prawo na mnie składać winę twego nieszczęścia. Jestem twym jedynym opiekunem i poza miłością ogromną, jaką żywię dla ciebie, mam jeszcze moralny obowiązek czuwania nad tobą. Nie mogę traktować tego lekkomyślnie, wierz mi Aneczko. Twoja matka umierając w moje ręce złożyła opiekę nad tobą i woli jej dopełnię święcie.

W miarę jak mówił, twarz jego nabierała sztucznego wyrazu dobroci i jakby uduchowienia, głos stał się miękki, zupełnie zmieniony. Tarłówna słuchała jego słów z zabobonnym przerażeniem. Dopóki groził i przedstawiał się jej okrutnym dla jej zamiarów, mniej się go bała, lecz teraz ta jego twarz natchniona, niebywały ton mowy,a wreszcie imię matki, którą wywołał jakby na dowód swych czynów, wszystko to zgnębiło ją i zrodziło nagle przestrach przed przyszłością. Ale jednocześnie ozwał się w niej bunt, przede wszystkim miłość do Andrzeja wpłynęła silną falą do jej serca i ożywiła na nowo. Teraz ona zaczęła mówić, wynurzając przed Kościeszą całą głębię swego uczucia, wyznała mu, że tylko przedtem nie umiała uczuć tych nazwać, nie rozumiała ich, ale to nastąpiło w ów pamiętny wieczór zimowy, kiedy ojczym wyprawił Andrzeja niegościnnie w podróż nocną, w zawieję i na bezdroża. Wtedy to pierwszy raz serce jej drgnęło objawieniem, odtąd już tęskniła za nim i o nim tylko marzyła. I Andrzej kocha ją od dawna, ale widząc niechęć ojczyma, był w rozterce, lecz miłość zwycięży wszystko, miłość tak święta wygra zawsze, bo sam Bóg miłować się pozwolił. Zresztą, czyż Andrzej na miłość nie zasługuje?... O!... Ona jest pewna, że gdyby żyła matka, pokochałaby go również i nie sprzeciwiałaby się jej małżeństwu z nim. Dlaczego ojczym tak go krzywdzi swą nienawiścią? Czyż można nienawidzić kogo bez powodu? Co on zawinił, co w nim jest złego, alboż chyba potwornego, skoro na związek z nim ojczym zapatruje się tak tragicznie? Wypędził go oto z domu jak zbrodniarza bez prawa powrotu. Za co? Dlaczego?... Wszak jest porządnym człowiekiem i kocha ją i chce ją uszczęśliwić. Więc za to? Ale to jest mylna droga, to go nie wyrwie z jej duszy i on nie przestanie kochać, przeciwnie, tym bardziej będą do siebie dążyli, bo oboje pokochali się na śmierć i życie.

Tarłówna mówiła długo, z rosnącą mocą i wiarą, że broni świętej sprawy, która życiem jest dla niej.

Potoku słów Andzi Kościesza słuchał z zamkniętymi powiekami, co zwykł czynić, gdy bał się zdradzić. Kipiał w nim gniew na pasierbicę i na Andrzeja. Czuł, że to nie jest przelotna miłostka dziewczęcia, lecz prawdziwa miłość. W wyznaniach Andzi i w jej głosie nie było egzaltacji, ani taniego entuzjazmu, lecz była siła i wiara w niezłomne zwycięstwa własnych ideałów. W mózgu Kościeszy zapanował chaos myśli, pomysłów i sposobów nagłych, jak by stłumić niebezpieczeństwo, wyrwać Andzię spod uroku tamtego, zachować nadal, do nieskończoności pod swoim wpływem. Łatwo mu było zgnieść młodzieńcze zapały Jasia Smoczyńskiego, ale teraz to gra poważna; Olelkowicz, to siła, z którą trzeba się liczyć. I jakie stawiać zarzuty, skoro ich nie ma? Młody, piękny, bardzo bogaty, partia jedna z pierwszych w tej okolicy, nazwisko stare, kniaziowskie, polot światowy, wykształcenie, zdobyte w zagranicznych szkołach, na studiach uniwersyteckich, jak najlepsza opinia w okolicy... Wszystko plusy.

Jak wybrnąć z tej gmatwaniny rozpaczliwej, w której nawet nienawiść nie może odszukać winy ani powodu do potępienia? Olelkowicz nie ustąpi, nie da się usunąć biernie, musi być walka, on zażąda i ona zażąda wyjawienia powodu niechęci, odmówił mu już odpowiedzi na to pytanie, ale to za mało, oni pytanie to powtórzą, a co wówczas?... Rzucić na niego jakąś potwarz... obroni się łatwo i... czy Andzia uwierzy?...

W mózgu pana Teodora tłoczyły się myśli ciężkie. Zły demon jego szeptał mu coraz to nowe i potworniejsze pomysły. Siedział tak z zamkniętymi oczami,bezwiednie zmieniając wyraz twarzy i całej postaci. Był już jak posąg kamienny, chłodny i straszny. Rysy pozbyły się sztucznej maski łagodności, powróciły ostre linie niby zakute w twardość żelaza. Andzia umilkła, przez moment myślała, że on śpi, lecz wygląd jego uświadomił ją, że nie tylko nie przekonała go, ale on knuje przeciw nim teraz nowy spisek i że jej przemowa poszła na marne, jej wyznania żadnego tu nie znalazły oddźwięku.

Powstała rozczarowana, chcąc odejść.

Zbudził się jak ze snu.

- Odchodzisz?

- Tak, idę już. Widzę coraz jaśniej, że jestem tylko pasierbicą ojczyma, której los i szczęście nic nie obchodzi. Czemuż moja matka nie żyje, ona słuchałaby inaczej mych pierwszych zwierzeń serdecznych.

- Przekonasz się z czasem, czym ja chcę być dla ciebie - rzekł głucho.

Zadrżała, przypomniały jej się nagle straszne słowa Lory, wypowiedziane rano, które ją ogłuszyły, jak młotem, lecz w które po namyśle nie uwierzyła, biorąc je za złośliwą potwarz rzuconą na jej ojczyma.

- Teraz jesteś tylko bezwzględnym opiekunem; gdy pozwolisz mi, ojczymie, być szczęśliwą z Andrzejem, będziesz mi drogim ojcem - rzekła z mocą, odrzucając precz, ze wstrętem myśl poprzednią.

- Drogim ojcem? - powtórzył Kościesza. W okrzyku tym było zdumienie i gniew i jakby złośliwe przedrzeźnianie się z nią.

Znowu ohydne wspomnienie słów Lory...

- Już teraz wątpię we wszystko - zawołała z nagłym okrzykiem trwogi i pędem wybiegła z gabinetu.

Łkanie wewnętrzne, bolesne łkanie rwało jej piersi, gorycz i żal niewysłowiony rósł w niej. Jeszcze nie wierzyła w słowa Lory, jeszcze niewinność jej duszy przeważała na tyle, że nawet cienia brudu nie mogła znieść. Posądzenie Lorki było dla niej potworne i tchnęło grozą, szkaradą ścinającą jej krew z obrzydzenia. A jednak ostatnie słowa ojczyma, jego głos i twarz zastanowiły dziewczynę, więcej... - ukłuły ją niby zatrutym ostrzem. Zbudził się w niej lęk paniczny a jednocześnie wstręt do samej siebie nawet za myśli podobne. Grzech, grzech... mówiła w swym sumieniu, łaknąc oczyszczenia się z tych udręczeń palących ją żywym ogniem wstydu i niesłychanego niepokoju.

Lora Smoczyńska nie spała. Na widok towarzyszki, żal Andzi wybuchł, podbiegła do Lorki i jak nieprzytomna zaczęła potrząsać jej ramionami.

- Czemuś ty mi to powiedziała? Po co to zrobiłaś? Takie okrucieństwo! Ja się teraz męczę, ja się... brzydzę jego i... siebie. Ale to kłamstwo, prawda? Powiedz, że to wymyśliłaś przez złość na niego, powiedz Lora. Słyszysz?

Tamta zrozumiała, energicznie uwięziła ręce Andzi w swoich i rzekła z zimną krwią:

- Nie mówmy o tym, zapomnij, bo ty jesteś istotnie za delikatna, zbyt przeczulona i powinnam była o tym pamiętać. Nie możesz znieść takiej brutalności, widzę to. Lecz zahartuj się Andziu, czeka cię jeszcze wiele... może gorszych rzeczy.

- Więc to oszczerstwo, co mówiłaś rano, to nieprawda, tak?... Ach, Lorko, zdejmiesz mi ciężar z duszy, tylko zaprzecz!

- Nic nie mogę zaprzeczyć i nic już nie mówię. Zapomnij i uspokój się. Nie bądź beksą, bo to nic nie pomoże, mia cara, tak mnie nazywa mój Adrian. I on się nad tobą lituje. Cóż Kościesza?...

Tarłówna opowiedziała jej rozmowę z ojczymem, ukrywając jednak własne spostrzeżenia. Lora dopowiedziała sobie resztę, sądząc z wyrazu twarzy Andzi i jej przesmutnych oczu.

- Zaczyna spostrzegać - pomyślała, głośno zaś rzekła:

- Przede wszystkim nie przejmuj się, nie desperuj. Ten stary tur przeliczył się rozpoczynając walkę z Andrzejem, to się musi skończyć pomyślnie dla was, gdy zaś zostaniesz żoną Andrzeja, nawet oficjalnie narzeczoną, będziesz kpiła z szympansa i z jego gróźb. Odbierzecie mu twoje majątki, o które mu tak chodzi i choć będzie mruczał, to go się już nikt nie musi obawiać. Andrzej cię uchroni.

Lora mówiła tak, chcąc uspokoić kuzynkę, lecz bez najmniejszej wiary we własne słowa. Zmieniła też prędko temat. Przysunęła się do Tarłówny i całując ją rzekła przymilnie:

- Ty, Andziu, zawsze jesteś taka dobra, że tobie właśnie powinnam wyznać wszystko, o co pytałaś mnie rano, przed wejściem Kościeszy. Ale ty masz za wiele własnych kłopotów, własnych męczarni, aby cię moimi sprawami absorbować... lecz Olelkowicz wybawi cię z niewoli. Opiekuj się stale... moją... matką, ona już stareńka i schorowana, biedne matczysko... ha! To już trudno!

W głosie jej drgnęło rozrzewnienie.

Andzia spojrzała na nią ze zdumieniem.

- O czym ty mówisz, Lorko? I... i co się z tobą dzieje? Już to od rana zauważyłam, i Bronowski zauważył. Ty się kochasz w Adrianie.

A Lora chwyciła Andzię w ramiona i tuląc się do niej z pasją mówiła:

- Nie kocham się, nie, ale szaleję... ja tylko tak potrafię i on również. Ty i Olelkowicz to co innego: my oboje miłość rozumiemy inaczej, praktyczniej. U nas jest szał i będzie, dokąd nie zgaśnie, bo rozsadnikiem i źródłem miłości jest krew, a nie serce, jak głoszą naiwni. U nas rozszalała się krew, kipi, wre i to dopiero prawdziwa rozkosz.

- Lora, co tobie? Co ty mówisz?... Co ten Okszta z ciebie zrobił?

- Nauczył mnie szaleć.

Oderwała się nagle od Andzi, wyprężyła w tył całą figurę i zakrywszy oczy rękami, szeptała gorączkowo:

- Żebyś ty wiedziała, jaka to rozkosz... jaka przeogromna, wściekła rozkosz! Ach, Andziu, ty... tego nawet nie przeczuwasz.

- Ale czego? Mów wyraźniej. Co jest taką rozkoszą?

- Być we władaniu mężczyzny.

- Lora! - krzyknęła Tarłówna.

Tamta zaś, nie zmieniając postawy, szeptała dalej przez zaciśnięte wargi:

- Ja wiem, wiem, ty tego nawet nie rozumiesz, więc i nie odczujesz, może z czasem, jak już będziesz Olelkowiczową i... to już co innego, usankcjonowane, tolerowane... ach! Wyobrażam sobie takie święte stadło! To już inny smak. Nie, za nic! Wolę szał, szał, aż do bezkresu.

Zerwała się z impetem, ujrzawszy bezgranicznie zdumione oczy Andzi, zaczęła się śmiać.

- Ach, ty dzidzi niewinne! Jeśli on cię nie zarazi gorącością swej krwi, będzie z was mamałyga. Wierzę jednak, że ogień wykrzesze z ciebie iskry, które posiadasz i razem wybuchniecie wielkim płomieniem, różnym od naszego, ale silnym. Wtedy powiesz sobie: "Lorka prawdę mówiła". A teraz chodźmy spać, muszę przecież wypocząć.

Na uporczywe nalegania Andzi panna Smoczyńska nie chciała już dawać żadnych wyjaśnień, odpowiadając krótko: "Dowiesz się potem". Ucałowała towarzyszkę wyjątkowo czule na dobranoc, radząc jej jeszcze raz, aby nie ufała w niczym ojczymowi, natomiast wierzyła w Andrzeja, bo on ją wyratuje. Gdy już obie dziewczyny leżały w łóżkach, Lora nagle parsknęła śmiechem.

- Z czego się tak śmiejesz, Lora? Powiedz mi, moja złota - spytała Andzia.

- Eh głupstwo, pomyślałam sobie tylko, co by to było, żebyś ty miała moją naturę, a Olelkowicz Okszty, dopiero by Kościesza skakał i brodę wyrywał. Aj, aj!...

Ale i tak nie wyobrażam sobie jego miny. Oto zrobi oczy! Ha, ha, ha!...

Andzia milczała. Urażona za tę niewytłumaczoną zagadkowość Lory przestała się odzywać. Zasypiając, zdawało jej się, że Lora westchnęła parę razy, to znowu usłyszała niby przez sen jej słowa "biedne matczysko", potem jakby zapalenie zapałki, wreszcie usnęła twardo.

W pewnym momencie nad ranem, przez sen miała wrażenie, że Lora już ubrana stoi nad nią i całuje ją w policzek, Andzia chciała się zerwać, lecz sen ją zmorzył.

Obudziło ją słońce: jaskrawą kaskadą lunęły promienie przez szparę w firance prosto na łóżko dziewczyny. Zapiekło ją w zamknięte powieki, że zaczęły drgać, kurczyły się i wreszcie uniosły w górę rzęsy. Andzia popatrzyła groźnie łzawą źrenicą, mrugając od nadmiaru światła i zerwała się z pościeli. Wzrok jej spoczął na żółtej kopercie, leżącej na stoliku obok łóżka, papier jaki używa Lora i jej pismo,adresowane do Andzi. Tarłówna chwyciła kopertę, rozerwała ją szybko i z niepokojącym dreszczem czytała.


"Odpowiadam ci, Handziu, na wszystkie twe pytania, że dowiesz się potem. - Otóż nadszedł czas. Sam fakt mej ucieczki powie ci dużo, reszty zaś słuchaj..." Okrzyk przerażenia wyrwał się z ust Tarłówny, gwałtownym rzutem zerwała się z pościeli i czytała dalej:

"Zaszalałam się za Adrianem i on za mną, żywiołowa siła wspólnych pragnień niosła nas ku sobie, ty nie wiesz nawet, jaka to potęga! Nie mogłam oprzeć jej się i nie chciałam. Ten prąd porwał mnie w życiu po raz pierwszy z taką ogromną mocą, że borykać się z nim było niepodobieństwem, byłoby zuchwalstwem. Adrian mówił mi, że byłoby to nawet niedołęstwem. Nie nazwę tego "krzykiem życia", gdyż to określenie stało się zbyt pospolite w różnych romansach i dramatach; w naszym języku ten potężny, wspólny, wulkaniczny popęd nazywamy - koniecznością życia, jego treścią. I uległam, jak musi ulec każda roślina przyziemna i niebotyczna pod tchnieniem huraganu.

Wczoraj w nocy byłam u Adriana...

Widzę, jak list odrzucasz z wyrazem pogardy, brzydzisz się mnie, Andziu... Potępiasz? A ja ci mówię, że to nie była zbrodnia, lecz rozkosz tak wszechmocna, że nawet ze zbrodni mogła brać początek. Świecił księżyc... cisza... tajemniczość nocy uroczej i nasze misterium upojne pod bokiem tyrana. Ale... ty tego nie odczujesz...

Taka noc w Wilczarach mogła się zdarzyć tylko jedna, każda następna, mogąca już być pod grozą, stałaby się profanacją tej jedynej, niezapomnianej...

Postanowiliśmy nadal pić rozkosz z hojnej czary naszej krwi, ogniem wrzącej, lecz nie w Wilczarach, nie pod okiem starego szympansa. My potrzebujemy przestrzeni, słońca piękniejszego, morza, gór i świata. Stepy za ciasne dla nas, bory wasze nazbyt głuche, my chcemy życia w pełni blasku, ruchu, gorączki. Nie marzyć, lecz szaleć, nie tęsknić, jak ty, Andziu, ale chciwie zaspokajać wszystkie pragnienia i gnać, gnać na przełaj do coraz wyższej, niepojętej rozkoszy, ku ostatecznemu zapomnieniu o małostkach życia. Jeśli mnie potępiasz, żałuję, ale... ciebie. Ty oto stworzona jesteś do innych ról w życiu, do innych przeznaczeń, jeśli Andrzej ci je wskaże, będziesz bardzo szczęśliwa. Może jesteś Cererą, Afrodytą i Junoną w jednej osobie, ja wolę być Dianą i porzucić mego Akteona, gdyby mi się sprzykrzył. Przyczepiam ponadto do swych pięt skrzydełka Hermesa i posąg swój wznoszę wysoko, a łuk Diany łowczyni zwracam przeciw opinii.

Vogue la galère!

Przeczytaj ten list tylko samej sobie i niech twa przeczysta dusza rozgrzeszy mnie, lub jeśli nie możesz, spuść na mnie zasłonę niepamięci. Jak siostrę proszę, opiekuj się mamą i wytłumacz jej moje szaleństwo jak chcesz. Pisać do niej nie mam sił, bo i cóż napiszę? "Uciekła z gachem" - tak jej powie Kościesza, wbije nóż w jej biedne, matczyne serce. Ty, Andziu, złagodź tę ranę i bądź dla niej córką. Bronowskiemu powiedz, że był wcale niegłupi mówiąc, iż jestem nieobliczalna. Tobie i Andrzejowi życzę prędkiego poskromienia Kościeszy, potem zaś... szału.

Lora"


* * *


Tarłówna przeczytała jednym tchem. Nie oburzyła się, nie doznała uczucia pogardy, nie potępiała Lorki, tylko żal straszny, nowy, zupełnie obcy żal wpełznął do jej duszy.

- Jaka ona szczęśliwa!...

Wielkie łzy zawisły na czarnych rzęsach, drgnienia bolesne przemknęły po skroniach i twarzy i wyszeptała znowu:

- Że potrafiła się na to zdobyć...



XX

Szkarłatne róże

Duży, mroczny gabinet oświetlała jedna wielka lampa, jak kula z opalowym kloszem, zręcznie umieszczona w łapach brunatnego niedźwiedzia, który stał obok biurka. Wypchany potwór błyskał szklanymi oczami wcale niegroźnie, jego orzechowe, sztuczne źrenice odbijały w sobie dwie opalowe kulki lampy i były jakby zaciekawione w wyrazie, jakby niespokojne, czy łapy nie uronią światła. Mleczne pasma świetliste rozwlekły się leniwie po gabinecie, pełzały po obiciu bardzo ciemnym, w złote smoki i gryfy, po ciężkich kotarach u drzwi i okien, po mahoniowych meblach, krytych skórą koloru płowego brązu. Tonęły w starozłotych ramach obrazów, rozpływały się na perłowej karnacji wysmukłej amfory greckiej, z której wykwitał pęk szkarłatnych róż. Matowe blaski napoiły seledynem miękkie, białe futra polarne zaścielające szeroką otomanę i muskały pieszczotliwie wpółleżącą na niej, męską postać Olelkowicza. Pogrążony był w zamyśleniu ciężkim; skupienie widoczne w jego wyrazistej twarzy, pionowa, gruba zmarszczka pomiędzy gęstymi brwiami, czyniły go starszym i surowszym. Usta młodzieńczo świeże, dumne, krwawe, pod małym wąsem rysowały się bolesną linią, smutek wiał z nich tak samo jak i z oczu ciemnych, mgłą przysnutych. Ręka, podpierająca głowę, silna była i muskularna; cała postać nacechowana tężyzną młodego, dzielnego ciała, które trudów się nie boi ani walki, pomimo sybarytycznej pozy w pięknym, wygodnym gabinecie. Buty młodego pana zdradzały świeżo odbytą wycieczkę, gdyż na ich lśniącej powierzchni znaczył się matowo pył i występowały rysy od kolców w gąszczach leśnych nabyte. Niecierpliwił się; często podnosił oczy na wielki zegar, antyk, zamknięty w kunsztownej szafce. Oczekiwał na kogoś i męczyło go to niewymownie. Myślał o Andzi. Tak już zrosła się z jego duszą, tak była na wskroś jego, że pomimo jej braku przy sobie nie rozstawał się z nią w myślach. Tęsknił za nią, modlił się do niej i nosił ją w swym sercu. Nie mógł bywać w Turzerogach, narażać się na szyderstwo Kościeszy, nawet dla ukochanej nie potrafił. Wiedział, że ona rozumie go doskonale i oboje, oddaleni od siebie nieubłaganą niechęcią Kościeszy, wyszukiwali sposoby, aby przełamać tę zaporę dzielącą ich tak brutalnie.

Wieść o ucieczce Lory z Oksztą wstrząsnęła Olelkowiczem w przykry sposób; znając Lorę mógł się tego po niej spodziewać, po Adrianie tym bardziej. Ale Smoczyńska, pomimo swej ekscentryczności i pomimo zajścia z nim w Temnym Hradzie, była jednakże po ich stronie. Zupełnie przeciwnie jej matka, która miała nieuzasadniony żal do Andrzeja za jego miłość do Tarłówny i teraz po awanturze córki, gorycz starej kobiety może się skierować na Andzię. Olelkowicz drżał o spokój swej ukochanej. Lora mogła im być w wielu wypadkach pomocna, teraz Anna nie miała nikogo w Turzerogach, kto by mógł ją krzepić i dodawać otuchy jej znękanej duszy. Panna Ewelina, obawiająca się Kościeszy niemal zabobonnie, rozgoryczona Smoczyńska i Jaś, także przez Kościeszę sterroryzowany, oto było obecne jej otoczenie, nie rokujące wobec niej przychylnego stosunku. Gdyby ją wyrwać od nich jak najprędzej!... Olelkowicz żył już tylko tym pragnieniem. Często miewał pomysły szalone, które z piorunową szybkością przychodziły mu do głowy, lecz które natychmiast niweczył. Jego energia łamała się, rzutkość jego charakteru tonęła w niemożnościach szeroko przed nim rozlanych, które wytwarzała nowoczesna kultura i nowe poglądy. Przychodziło mu do głowy porwać Andzię z Turzerogów, zaślubić ją gdzieś w przygodnym kościółku, wywieźć za granicę i dopiero po jakimś czasie powrócić. Cóż by mu wtedy zrobił Kościesza? Albo porwać ją i zawieźć do stryja swego, Konstantego Olelkowicza, na Ukrainę. Tych dwoje starców bezdzietnych przyjęłoby Andzię z otwartymi ramionami, jak córkę, zastąpiliby im obojgu rodziców i zmusiliby Kościeszę do ustępstwa, a zresztą w razie oporu nikt by na niego nie zważał, nie jest wszakże rodzonym ojcem Andzi. Plan porwania Andrzej ułożył sobie z całą systematycznością; do spisku wciągnąłby tylko starego Grześka i wiernego kozaka Fedora; w razie odmowy Handzi porwałby ją bez jej uczestnictwa i świadomości. Różne sposoby zamachu tłoczyły się w mózgu Andrzeja uparcie. Nie myślał o tym, co świat na to powie, żałował tylko, że nie żyje w owych czasach, kiedy takie wypadki były rzeczą powszechną, którym nikt się nie dziwił... Teraz ogłoszono by go za człowieka dzikiego, bez kultury i wychowania, lecz on kpił sobie z tego, byle ona była za nim i byle ją zdobyć...

Zegar antyk wydzwonił późną godzinę. Olelkowicz zerwał się z otomany i dotknął guzika elektrycznego.

Cicho wsunął się do pokoju kozak Fedor.

- Czy nie ma jeszcze Grześka?...

- Nie ma, jasny panie, może rozkaz po niego skoczyć?

- Nie, on sam przyjdzie, zaraz go tu wprowadź.

- Słucham.

Kozak wyszedł. Olelkowicz jął chodzić po gabinecie, niecierpliwił się coraz bardziej. Ujrzał w białej amforze róże szkarłatne i stanął.

To ona, to obraz Handzi, jej symbol - szepnął do siebie z rozkosznym upojeniem.

I pomyślał, że szkarłatna róża nie może być dosłownie symbolem Andzi, a jednak była ona dla niego jakby jej uosobieniem; tak samo piękna, gorąca w kolorycie, płomienna i pełna słodkiej woni, nasiąkła czarem i jakimś dziwnym nimbem uroczym, rozkoszy pełna, wytworna w kształcie i dumna... Andzia jest pączkiem szkarłatnej róży, ale to jest jej obraz, to jej godło.

- Handziu!... - szepnął namiętnie - zanurzył twarz w pęku purpurowych kwiatów i chłonął ich woń wykwintną. Tulił płatki pachnące do ust spragnionych i szeptał im słowa pieszczotliwe. Przypomniał sobie te chwile, tak już zdaje się odległe choć niedawne, gdy Andzię miał w swych ramionach i wyczuł ustami aksamitną miękkość jej policzków, żar jej ust dziewiczych i gdy słyszał tętna bijące w jej żyłach, które on wywołał. Jak ona wtedy kwitła, jak gorzała promieniście, jaki rozsiewała potężny wdzięk i urok.

- Szkarłatna, szkarłatna róża moja?

Nagle podniósł głowę od kwiatów, zbudził go z marzeń szmer przy drzwiach. Wysoka postać stanęła na progu.

- Grześko!

Z tym okrzykiem podbiegł do borowego.

- Czy macie list?... Dawajcie list prędzej.

Stary żałośnie kiwał głową.

- Nie ma, jasny panie, listu, Boże chorony, nie ma żadnego.

- Jak to ? Dlaczego?... - jęknął.

- A takim sposobem, że nie dopuścili do mnie bojarzynki. Nakluczył ja się tęgo koło pałacu w Turzerogach, aż mnie on zdybał taj precz. Tak na mnie hadko patrzał, że i zły nie umiałby lepiej. Bojarzynka tyż widno chciała mnie nadybać, ale pilnowali, o ho, ho, pilnowali zdrowo, że i w więzieniu nie lepiej.

- Mój list oddaliście?

- Ot! A jakże by nie?... Oddał samej bojarzynce, na drodze, jak ze sadu szła, samiuteńka taka, że płakać chciał, ale ot już i potem jej nie zobaczył.

- Pewnie widział ktoś, żeście list oddawali.

- Boże chorony! Ja to sprytnie zrobił.

Olelkowicz zasępił się. Przez parę dni oczekiwał z tęsknotą listu od Andzi i oto zawód, tym przykrzejszy, że nie był pewien, dlaczego ona mu nie odpisała. Czyżby nie mogła istotnie oddać Grześkowi listu, czyżby była aż tak strzeżona? Ale skąd by znowu Kościesza wiedział, że Grześko list przyniósł do Andzi, wszak zwykle co tydzień przychodzi do Turzerogów, po rozkazy do dworu, samo więc zjawienie się starego nie mogło wzbudzić podejrzeń.

- Nic innego tylko musiał ktoś widzieć, jak list oddawaliście panience, nie inaczej - mruknął niechętnie.

Grześko przysunął się i szepnął tajemniczo:

- Jasny panie, widzieć to nikt nie widział, ale... - tu zniżył głos jeszcze bardziej - w Turzerogach był... Chwedźko.

- Cóż to za diabeł?

Borowy przeżegnał się.

- Chwedźko taj hodi. Czy on człowiek, czy diabeł, tego nikt nie wie, ale on za to wie i widzi wszystko. Niesamowity. Albo go kniaź nie widział wtedy, jak to my rok temu z bojarzynką da z wami, od Cyganów wracali, z ich obozu, co to ta stara wiedźma wróżyła tak pohano. On to nam przeszedł drogę w gąszczu, szara, straszna wołokita.

Andrzej wzdrygnął się niemile.

- Ach tak, pamiętam, wstrętny płaz człowieczy, pamiętam i te wróżby Makruny worożychy... Wówczas raniutko na Krasnej Duszohubie ujrzałem pierwszy raz... Handzię - dokończył szeptem.

Westchnął, usiadł ciężko na otomanie i smutnie zwiesił głowę.

Grześko patrzył na niego i przypomniał również minione obrazy, bo nagle zaczął mówić, robiąc rękami ruch szeroki dookoła swej głowy.

- Rumiana, krasna zorza nad moczarami, wstało słoneczko, taj wszystko sobą omaściło; takie purpury, jakby królewski płaszcz i jakieś liliowe światła i błękitniutkie, jakby niebo spadło i rozchyliło się w puch, da w mgłę niebieską. Tam przy stogach, łosie, bojary leśne, a złotolite czaple, a kolorowe kaczki, wszystko takie bohate w zorzy porannej, że jakby świat zawsze taki harny był, to zdaje się i niebo niepotrzebne. Ale ot, jasny pan polował, strzelił do kaczek, daj na Krasnej Duszohubie przeleciał strach...śmierć... I zorza nie pomogła i cudne purpury i mgła niebieska, świeciły ptaki złotymi piórami, grały w słoneczku jak drogie kamienie, a radowały się, a rozmiłowane były we świecie i ot!... Kula ich niedoli nadleciała niby sęp straszny i skrwawiła cudeńkie pióra, zasnuła bielmem oczy, ni słońca, ni życia... Taj hodi!

Olelkowicz spojrzał na starego z niemiłym zdziwieniem.

- Cóż i ten zaczyna wróżby?

Wspomnienia nadlatywały uparcie: słowa złowrogie Makruny skierowane do Andzi, ponura, groźna postać Cyganki na tle obozu, białych szatr i mozaikowej perspektywy leśnej. I ta wróżba z ręki Andzi: "Nad sokolicą bujną czarny kruk kracze, wywłóczy dolę z niej, pióra poszarpie" - a potem te smutne słowa o młodych sokołach: "Jednego serce zabite, drugiego ranne, ciężko krwawi, nie ścierpi niedoli" - potem znowu: "Jeden łańcuch was skuwa i dola jedna", jakby odpowiedź Cyganki na pytanie Jasia, kto są te dwa sokoły.

- Okropne! - myślał Olelkowicz wstrząśnięty tymi wspomnieniami.

Grześko mówił coś jeszcze o lesie i o moczarach, lecz Andrzej już nic nie słyszał, pogrążony w ciężkich rozmyślaniach.

Gdy borowy odszedł, młody pan nie zniósł samotności, uciekł z gabinetu do parku, zalanego błękitno-zielonkawym światłem księżyca w pełni. Noc lipcowa nasycona rozgrzanymi prądami, zapachem lip kwitnących, miodowym aromatem ziół i kwiatów panowała nad ziemią dostojnie; cieniem głębokim pokrywając zda się jej brudy i brzydkie strony, a tylko piękno jej krasząc jaskrawym blaskiem. Wszystko było w srebrzystej koronie księżycowej, rozmodlone, śpiewne, urokiem tchnące. Andrzej zatrzymał się w parku, lecz pomimo ogólnej świetlistości, duszę jego ogarnęły cienie tragicznych przeczuć. Złe, brzydkie, okrutne myśli kłębiły się pod czaszką jak żmije, nie miał siły ich odrzucić, zbyt natarczywie cisnęły się. Już nie bronił się nawet, bezwolnie oddał duszę ponurym podszeptom demona.

Sokolica to oczywiście Andzia, jeden z tych sokołów to on, lecz kto drugi. Może Jaś?... Czarny kruk to ... Kościesza; "nad sokolicą bujną czarny kruk kracze" - otóż i zakrakał... Wróżba sprawdza się... a wszak to początek zaledwie... U jednego sokoła serce zabite... czyżbym to ja nim był?... Zadrżał.

Ależ nie poddawać się hydrze, przeciwnie, iść na bój z tą marą, zwalczyć ją, zdeptać i zdobyć wymarzone szczęście. Choćby przemocą... A!! Choćby nawet wbrew utartym wymaganiom świata... jak Lora...

Olelkowicz poczuł, że zimny dreszcz przeszył go na wskroś.

- Jezus Maria! Wróżba Makruny sprawdzać się zaczyna.

...Co to worożycha przepowiadała Lorce?...

Słowa Cyganki zupełnie wyraźnie zabrzmiały w pamięci Andrzeja: "Mościa damulka wiatrem poleci, gdzie krew poniesie... lekkie życie, łatwy będzie świat i tak po świecie ferdu, ferdu... cygańska dola".

Wróżba się sprawdza!

Ale oto jeszcze słowa Makruny cisną się wyraziście: "Czasem i los głupi bywa, jak go człek za uzdę nie złapie i nie wstrzyma".

To stosowało się do Lory, lecz może być i do niego zastosowane. Złapać los za uzdę, wedle słów Cyganki i skierować go na swoją korzyść. Ująć przeciwności krótko, jak złe bestie i nagiąć je do własnej woli; wówczas znikną posępne wizje przyszłości, umilknie złowrogi zew płynący z bezbrzeżnie smutnych przepowiadań cygańskiej worożychy. Stłumić niechęć Kościeszy, zniweczyć jego upór, iść śmiało naprzód bez lęku... Lecz wobec tego i bez uprzedzeń etycznych, bez honorowych zobowiązań, bez ambicji?... Więc jechać do Turzerogów, pomimo że Kościesza wymówił mu dom? A nie! To nad siły, tego znowu pominąć nie potrafię, to już nie dążenie do celu, to szarpanie etyki - myślał Andrzej. - Nie jestem wszakże pierwszy lepszy: mój honor męski i mój rodzinny honor, moje społeczne stanowisko, ambicje, wszystko, co we mnie czuje i myśli, wszystko to wstrząsa się na możliwość takiego postępku...

...Noblesse oblige [10] - nie można o tym zapominać i nie wolno poniewierać szlacheckiego klejnotu, który jednak jest szlachectwem duszy. Zbrukać go, zbezcześcić?... Nie, za nic! Parweniuszem nie jestem. Albo się posiada pewien arystokratyzm duchowy, albo nie, lecz jeśli tak, wówczas jasną swą gwiazdę zapala się wysoko, nie pełza z nią po ziemi, bo może być zdeptana i zgasnąć.

Zatem samemu jechać nie można, to wykluczone do czasu, aż zmienią się okoliczności, te zaś muszą być zmienione.

Andrzej gorączkowo chodził wśród drzew - znowu rosły nieprawdopodobne pomysły i upadały, w ich miejsce rodziły się nowe.

Błądząc tak po cienistym, przejaśnionym blaskami parku, młodzieniec zatrzymał się na skraju otwartej przestrzeni, gdzie były klomby kwiatowe. W oddali rysował się potężny, boczny biały kontur murowanego dworu, z podwójną, wielką czapą dachu, gdzieś wśród gazonów połyskiwała matowo, zielonkawa postać bogini Cerery w wieńcu na głowie i z sierpem w dłoni, wieczyście śniąca przy księżycu i jakby zapatrzona w dywan kwiatowy.

Zapach silny, aż duszący doszedł Andrzeja. Stanął i patrzył. Roztocz seledynowo-sina, mistyczna jakaś poświata i cisza.

Olelkowicz szeroką piersią wchłonął wonne powietrze i odróżnił silny zapach ulubionych swych róż. Podszedł prędko do klombu, na którym rosły wspaniałe drzewka o bujnych konarach, oblepionych królewskimi kwiatami. Odnalazł szkarłatne; uderzyła go gorąca barwa, ciemniejsza pod omastą matowego światła, ale zawsze płomienna, tchnąca namiętnością i rozkosznym aromatem. Aksamitne, cudnie zwinięte kwiaty pochylały ku niemu dumne głowy, rosa błyszczała na ich przepysznych płatkach, niby łzy na rzęsach pięknej kobiety. Olelkowiczowi, któremu zawsze te róże uprzytomniały Andzię, wydało się, że to ona płacze. I załkało w nim coś. Gwałtownym ruchem objął krzak cały ramionami i z okrzykiem miłosnym zatopił głowę w gąszczu kwiatów i liści. Przyciągnął do twarzy mnóstwo róż i całował je zachłannie, łapał wargami atłasowe listki pełne purpury, ssał z nich słodycz razem z wonią - niby gorącą krew kwiatów. Nie czuł, że ostre kolce ranią mu ręce, że twarz ma całą w chłodnej rosie, pieścił róże z uczuciem takiego upojenia, szczęścia i pożądliwości, jakby samą Handzię trzymał przy ustach i szalał z nią. Nagle w rozegzaltowanej jego głowie błysnęła myśl i od razu wolą się stała...

Przesłać Handzi te róże wycałowane, wypieszczone przez niego, cały ten krzak oberwać i jej ofiarować. Zaraz, natychmiast!...

Gwałtownie jął łamać kwiaty, kłuł się, kaleczył, ale rwał i rwał wszystkie, rozkwitłe, ledwo rozwinięte pączki i nawet już opadające. Krzak był obfity niezmiernie, lecz Andrzej ogołocił go z kwiatów doszczętnie. Z naręczami róż pobiegł do domu, z pomocą Fedora kozaka znalazł jakiś kosz czy pudło, opakował kwiaty i napisał krótki treściwy list. Zawarł w nim wszystkie swe uczucia i nadzieje, dodawał ukochanej otuchy, szałem gorącym rozgrzał każde zdanie, zakończył słowami:


"Róże szkarłatne, twój symbol, niosą ci moje pocałunki, niech ci je oddadzą, zbierz je wszystkie Handziu!

Twój Andrzej"


Wysłał kozaka do Turzerogów na całą noc, nie zastrzegał tajemnicy, ani żadnych ostrożności przed Kościeszą. "Oddać w ręce panienki, jeśli każe czekać na odpowiedź - przywieziesz".

Z tym poleceniem Fedor opuścił Prokopyszcze.

Gdy odjechał, Olelkowicz patrzył za nim długo, wreszcie podniecony i rozszalały wykrzyknął głośno z brawurą:

- Hej! Wyzywam cię, panie Kościesza!



XXI

Wybuch

W wielkiej altanie, w ogrodzie turzerogskim towarzystwo miejscowe zebrane było przy śniadaniu. Wtem służący zameldował:

- Przyjechał dworski kozak z Prokopyszcz, przywiózł jakąś pakę i list do panienki. Czy mam go wołać?

Kościesza spojrzał na sługę takim wzrokiem, że ten od razu zrozumiał, jaka będzie odpowiedź. Cofnął się w tył. Lecz Andzia zawołała spokojnie, ale stanowczo, pomimo że twarz jej oblała się gorącą falą rumieńca.

- Gdzie jest ten kozak? To pewno Fedor?

- A ot on idzie - rzekł przelękniony lokaj.

Kozak wszedł do altany z pudłem i listem w ręku. Zdjął kaszkiet i skłonił się. Kościesza krzyknął zmienionym głosem, powstając gwałtownie:

- Jak śmiesz wchodzić bez pozwolenia?! Poszoł won!

- Kazał jasny pan oddać samej panience, to oddaję. Taki rozkaz.

Pan Teodor wściekły, ze ściśniętą pięścią skoczył do Fedora.

Andzia błyskawicznie stanęła przed ojczymem, zatrzymując go na miejscu. Oczy aż oszalałe z przerażenia, pełnej niemej siły wpiła w źrenice ojczyma i szepnęła:

- Do skandalu nie dopuszczę, błagam...

Po czym zwróciła się do kozaka, który stał wyprostowany, bez cienia niepokoju na junackiej twarzy.

- Dziękuję ci, Fedorze, idź do czeladnej i zaczekaj, dadzą ci tam jeść.

Gdy kozak skłoniwszy się odszedł, Andzia schowała list za bluzkę i biorąc pakę, chciała z nią wyjść z altany, wtem Kościesza zasyczał:

- Może byśmy i my dostąpili zaszczytu ujrzenia zawartości tej... skrzyni.

- Owszem - odrzekła Andzia chłodno, z wymuszonym uśmiechem; domyślała się kwiatów i pragnęła je rozpakować w swoim pokoju bez świadków, lecz nie chciała drażnić ojczyma.

- Poczekaj, Andziu, ja otworzę - zawołał Januszek.

Podczas, gdy chłopak pomagałjej niezgrabnie, Tarłówna przelotnie spojrzała na Jana Smoczyńskiego. Siedział blady, ze wzrokiem wbitym w filiżankę, z tak apatyczną twarzą, jakby nie słyszał i nie widział, co się działo dokoła. Panna Ewelina miała wystraszoną minę, pani Smoczyńska z przerażenia była ledwo żywa. Podniesiony głos Kościeszy i jego zachowanie się obezwładniło obie kobiety.

Gdy jednak Andzia wyjęła z paki purpurowe pąki róż, pachnące, świeże, przepyszne swym bogactwem, obie panie wyraziły mimowolny zachwyt. Jan wpatrzył się w kwiaty i zbladł jeszcze silniej. Januszek unosił się krzykliwie, Andzia zaś z rozjaśnioną jak zorza twarzą, z promiennymi oczami wyjmowała coraz nowe gałęzie szkarłatnych róż i wąchając całe ich pęki tak, że zakrywały prawie jej głowę, całowała kwiaty dyskretnie bardzo, ale z radosnym krzykiem serca, nie znając jeszcze treści listu i właściwego celu tego pakunku róż. Wybrała wszystkie, po czym wrzuciła je powtórnie do paki i, porwawszy ją oburącz, pędem wybiegła z altany do siebie.

Kościesza zielono-siny, straszny, z okrutnie sfałdowanym czołem, ciężko powstał i poszedł w głąb ogrodu.

Tego co czuł i myślał, nie potrafił na razie sformułować, huczało mu w głowie nieznośnie, rozumiał to jedno i najdotkliwiej, że został poskromiony przez Andzię jak dziki zwierz i... że Olelkowicz jawną rozpoczyna z nim walkę. Zrozumiał to od razu, jak tylko kozak Andrzeja wszedł do altany. Chciał go przepędzić precz - byłby go wybił, bo nie panował nad sobą. - Andzia przeszkodziła.

Doszłoby istotnie do skandalu, a co wówczas... Można mieć na oku starego Grześka, który kilka razy prawdopodobnie nosił list do Andzi, ale teraz, skoro Andrzej przysyła otwarcie swego kozaka, w barwie i z blachą Olelkowiczów, tego bić i przepędzić byłoby ryzykowne. Olelkowicz jest zbyt potężnym panem w tej okolicy, za wielu ma przyjaciół i popleczników, lekceważyć go publicznie i zadzierać z nim w taki sposób, równało się postradaniu opinii i zyskaniu sobie wrogów w całej okolicy. Mogło to grozić nawet pojedynkiem lub sądem honorowym, ale obu tych ewentualności w stosunku do Olelkowicza Kościesza obawiał się panicznie. Czuł doskonale, że nikt go nie lubi. Po śmierci Izy, matki Andzi, całe obywatelstwo usunęło się od niego ostentacyjnie, w Turzerogach nikt nie bywał. Kościesza nie ubolewał nad tym, miał jednak to poczucie, że bezpieczniej z okolicą nie zadzierać, wolał, aby go unikano, aniżeli by go sądzono. Przeczuwał, że tak będzie lepiej. Wymówił wprawdzie dom Andrzejowi, lecz pomimo to przewagę jego nad sobą doskonale pojmował. Wiedział, że młody pan, zachowując się dotychczas wstrzemięźliwie, tylko politykuje, również nie chcąc skandalu, lecz z innych pobudek. Z bolesną świadomością Kościesza spostrzegł coraz głębszą miłość Andzi do Andrzeja, nie umiał na to zaradzić. Nie skutkowały dyplomatyczne zabiegi, oszczerstwa rzucane na Andrzeja, nieprawdopodobne i ohydne, których często nawet Andzia nie rozumiała. Ze zgrozą wówczas patrzyły na niego jej cudne oczy, lecz przeczyła wszystkiemu z upartą, niezłomną stanowczością. Chciał ją wywieźć w świat, projektował podróż za granicę, zabawy różne, zwiedzania, poddał jej nawet myśl, dawniej odrzuconą przez niego, aby jechała do Krakowa na studia, ofiarował się jechać razem, aby tylko nie rozłączać się z nią, aby była pod jego opieką. Nic nie pomogło, Andzia zapowiedziała, że nie ruszy się z Turzerogów, gdy zaś miał ją zmusić do wyjazdu, zachorowała, przeziębiwszy się umyślnie. Wiedział o tym.

Kościesza czuł się bezradny; doprowadziło go to do rozpaczy i do wściekłości, lecz nie miał sposobu wybrnięcia. Teraz Olelkowicz widocznie pójdzie przebojem. I co wówczas?... Zabierze mu ją stanowczo. Wszelkie złudy, nadzieje, skryte marzenia, cała możliwość promiennej przyszłości widziana w śmiałych wizjach... przy tym jej majątki, lwia część fortuny, wszystko dla niego zginie... przepadnie na wieki... Nad rozkosznym sezamem, zawartym w tej dziewczynie zamkną się dla Kościeszy ciężkie wrota strasznego rozczarowania.

Czyż idea przewodnia kilku lat, słodki cel, powzięty od dawna, do którego pragnął dążyć wytrwale i za wszelką cenę, wielkie marzenie jego zmysłów i bezwzględny nakaz duszy, czyż to wszystko ma być zniweczone, zgniecione przez nieubłagany, szyderczy los? Czyż skatowanie Izy będzie się mściło?

Kościesza zatrząsł się, gdyż wyobraźnia przywoływała mu oczy zmarłej żony, takie bolesne a tak niewysłowienie potępiające.

- Znęcałeś się nade mną, wpędziłeś w grób, byłam ci zbyteczna, bo zakiełkowała w twej duszy zbrodnicza idea - mówiły wyraźnie oczy Izy.

Kościesza bał się ich zawsze. Wydało mu się, że zmarła idzie za nim krok w krok, że podsłuchuje myśli krążące mu w mózgu, że go sądzi i skazuje.

Sztywnym krokiem szedł przed siebie, postanowił nie rozmyślać, nie analizować, tylko jednakowo energicznie bronić swej sprawy i iść naprzód,druzgocąc wszystko po drodze.

Tymczasem Andzia w swym pokoju przeczytała nieskończoną ilość razy list Andrzeja, nacieszyła się różami i odpisawszy ukochanemu długo i serdecznie, obdarzyła hojnie Fedora, wyprawiając go z powrotem. Cały dzień spędziła przy różach, tym bardziej, że dokoła siebie czuła wyjątkowy chłód. Kościesza był jak głaz, unikała go zresztą sama, panna Ewelina z obawy przed niechęcią pana domu boczyła się również, gdy zaś Andzia wbiegła radośnie do ciotki Malwiny, tamta leżąc na łóżku odwróciła się gwałtownie do ściany, udając że śpi. Tarłównie serce ścisnęło się żalem, uczuła się skrzywdzona, gorycz napełniła jej duszę.

Wyszła od ciotki cichutko; ze łzami w oczach, owiana smutkiem, pełna żałosnych tęsknot siedziała u siebie samotnie jak zbłąkany ptak wyrzucony z gniazda. Miała wrażenie, że jest wyklęta z domu i nie mogła zrozumieć, dlaczego tak bezwzględnie potępiają miłość Andrzeja do niej i jej wzajemność. Wszak jeśli ciotce chodziło o wydanie Lory za Andrzeja, to ta się sama usunęła, kategorycznie wyrażając swe credo. Wyjechała z obcym mężczyzną, nieznanym zupełnie, zlekceważyła wszystko, nawet chorą matkę. Raz jeden tylko napisała do matki krótko, że jest szczęśliwa, że organizuje sobie życie takie, o jakim marzyła, że rozkoszuje się swobodą i światem i prosi matkę, aby nie martwiła się jej postępkiem, gdyż ona inaczej żyć nie potrafi, to jest jej los i przeznaczenie. Opiekę nad matką zdawała na Andzię, w przyszłości zaś na Jasia. I koniec. Żadnych więcej wyjaśnień. List nosił stempel z jakiegoś kantonu Szwajcarii.

Pani Smoczyńska łudząc się trochę, że Lora wyszła za Oksztę, którego wyobrażała sobie jako wielkiego obszarnika z Galicji, doznała nad wyraz przykrego zawodu. W przystępie rozpaczy przeklęła córkę, podarła jej list, zniszczyła fotografie Lory i nie pozwalała sobie więcej o niej wspominać, całą swą miłość macierzyńską przelewając na Jasia. Zapadała też na zdrowiu coraz poważniej, ale Andzia zauważyła, że nawet jej troskliwe pielęgnowanie drażni ciotkę.

Któregoś dnia Tarłówna zbliżyła się do Jasia, pragnęła odnaleźć w nim dawną, braterską duszę. Siedział na werandzie zasępiony, z książką w ręku. Stanęła przed nim i spytała nieśmiało.

- Może byś mi towarzyszył, Jasiu, do lasu, tak tu głucho i... ciężko w domu.

- Nie mogę, muszę być z Januszkiem.

- On także pójdzie z nami, teraz przecież nie ma lekcji.

Smoczyński nie znalazł wykrętu i poszli. Nie było im jednakże dobrze ze sobą. Jan szedł obok niej milczący, zupełnie zmieniony, niepodobny do dawnego Jasia, trochę łobuza i wesołego towarzysza. Teraz stał się młodzieńcem poważnym, niemal sensatem, wyrósł znacznie i wyprzystojniał, ale nadmiernie szczupła postać jego gięła się ociężale, jakby pod brzemieniem troski. Twarz blada, o wybitnych skurczach nerwowych, na skroni i koło ust ocienionych już gęstym puchem wąsów. Oczy dawniej żywe, błyszczące, zasnuła dziwna mgła melancholii, wyglądały niekiedy jakby śpiące. Rok miniony i ostatnie wypadki wyryły na tym chłopcu straszne piętno.

Gdy Janusz pobiegł z psami naprzód, Andzia wzięła Janka za rękę, przemówiła serdecznie:

- Jaśku, co tobie jest?Wyznaj mi szczerze wszystko, ja cię zrozumiem, zobaczysz.

Milczał.

- Widzisz, Jaśku, ja wiem, że położenie twoje bardzo jest niemiłe; matka chora wymagałaby wyłącznej i starannej kuracji... Wasz Smoczew leży prawie odłogiem, bo cóż tam zasiewy, wiele nie dadzą... teraz znowu ucieczka Lory...

Jan żachnął się.

- Ach, Lora... można się było tego po niej spodziewać, wstyd tylko, hańbę przyniosła naszej rodzinie i pogorszyła stan mamy, ale to jeszcze klęska nie ostateczna.

Nerwowym ruchem uścisnął rękę Tarłówny.

- Zapomniałem ci, Andziu, podziękować z całej duszy za twoją opiekę nad mamą i Smoczewem. Wiem od pana Kadłubka, że gdyby nie ty, Smoczew nie byłby nawet zasiany na jesieni; ty doglądałaś sama wszystkiego. Nie umiem ci nawet wyrazić swej wdzięczności. Jesteś bardzo dobra.

Głos mu drgnął rozrzewnieniem.

- Uspokój się, Jasiu, to był nasz obowiązek, mój i ojczyma.

Jan zaśmiał się nienaturalnie.

- Andziu, to właściwie nie był obowiązek, tylko dobroć, ale twoja, nie mów o ojczymie, on ci bowiem stale przeszkadzał, wiem to dobrze. To jest moja bolączka, moja rana w sercu, że ja matki zabrać z sobą nie mogę do Moskwy, nie mogę ulokować jej w Smoczewie, bo... nie mam gdzie. Chciałem przygotować dla niej czworak, jedyny na tych zgliszczach, lecz matka nie chce za nic. Przyzwyczajona do wygód, rozpieszczona, nie może mnie zrozumieć. Teraz szczególnie po ucieczce Lory powinienem sam opiekować się matką, trzeba by odbudować dom w Smoczewie, lecz już zapomnieć o naukach, albo sprzedać Smoczew.

- Ciocia nie chce o tym słuchać, nie można jej robić takiej przykrości, to by ją dobiło. Jasiu, posłuchaj, mamą i Smoczewem ja się opiekuję, bądź pewien, że będę dla niej drugą córką.

- Ty, Andziu, wyjdziesz za mąż.

Powiedział to takim ostrym i przykrym tonem, że dziewczyna spojrzała na niego z wymówką.

- Czyżbyś i ty potępiał mój wybór?...

- Nie mam do tego prawa - odrzekł zimno.

- I nie masz podstawy, bo sam znasz pana Andrzeja i wiesz, co o nim sądzić. Gdy go zaślubię, on uszanuje na pewno wszystkie moje pragnienia i zobowiązania moralne.

- To jest jakie, Andziu?

- Będziemy się wspólnie opiekowali ciocią i Smoczewem do czasu, aż ty skończysz uniwersytet. Ciocia będzie mi matką.

Smoczyński spojrzał na nią surowo. Usta wykrzywił mu ironiczny wyraz.

- Czy ty myślisz, że jestem żebrakiem i pozwolę matce iść na łaskę do Prokopyszcz pod dumny dach kniazia Olelkowicza?! - wybuchnął.

- Jasiu, co tobie?...

- Mylisz się, Andziu, i nie znasz mnie, na takie upokorzenie nigdy bym się nie zdobył, za żadną cenę! Co innego twoja opieka nad mamą, tę łatwiej mi znieść, ale kłaniać się jasnemu panu na Prokopyszczach, Dubowie z przyległościami...

- Jasiu, opamiętaj się! Teraz ja powiem, że ty nie znasz Andrzeja, źle, niesprawiedliwie go osądzasz.

- Wszystko jedno! Z chwilą, gdy wyjdziesz za mąż, zmienią się nasze warunki. Choćby matka miała ucierpieć na zdrowiu, zabiorę ją do Moskwy, może nawet już tej jesieni.

Tarłówna zwiesiła smutnie głowę. Zrozumiała, że upragniony i oczekiwany przez nią fakt zaślubin Andrzeja, dla Jasia i jego matki stałby się wyrokiem.

Więc i tu jej szczęście ma wrogów. Ogarniało ją rozdrażnienie.

- Matka twoja nie przeżyłaby takiej podróży i mieszkania w Moskwie - rzekła opryskliwie.

- W takim razie zostanie w Smoczewie pod opieką Butkowskiej - burknął Jan.

- A ty?

- Ja?... Och, nie. Są rzeczy ponad ludzkie siły, teraz trzyma mnie obowiązek, jak łańcuch wyjącego psa. Nieprędko przyzwyczaję się do takiego stopnia, aby móc tu zamieszkać.

- Z czym się masz oswajać?

Popatrzył na nią zdziwiony.

- Mniejsza o to! - sarknął gniewnie. - Nie powinienem był tu w ogóle przyjeżdżać, przynaglały mnie listy matki błagające, rozpaczliwe i zmusiła mnie własna, niepojęta, przeraźliwie despotyczna tęsknota. Musiałem, musiałem zagłuszyć w sobie wszystko i podążyć tam, dokąd mnie wołała. Gdy otrzymałem list pana Kościeszy, ofiarujący mi posadę, leciałem jak wariat bez zastanowienia, tylko z tym jednym obrazem w duszy. Nie wiem, jak przebyłem egzaminy, jak je skończyłem, żyjąc już tylko nadzieją, że... ujrzę... że będę tu, że zmiażdżę nareszcie całoroczną mękę, że zaspokoję pragnienie serca samym widokiem, ...że jak niewolnik...

Zachłysnął się. Jęknęło mu w piersi łkaniem.

Andzia nagle zrozumiała wszystko, szła cicho, nie śmiąc podnieść na niego oczu. Jaś mówił dalej stłumionym głosem:

- I... przyjechałem po to, by mękę swoją zwiększyć stokrotnie, by ją przedłużyć, rozciągnąć na całe życie. Nikt mnie nie ostrzegł, co tu zastanę, bezlitosny bywa los. List pana Kościeszy z propozycją posady wydaje mi się ironią, umyślnym szyderstwem, aby mnie zgnębić, aby mi wskazać nędzę mego stanowiska. Muszę patrzeć, być widzem własnego dramatu duszy i nawet się nie zająknąć, przeciwnie, dla ocalenia pozorów mieć pogodny humor...

Umilkł. Andzia, nie patrząc nań odczuwała, że łamie się z sobą, że pragnąłby wypowiedzieć więcej, a jednocześnie karci się za to, co już wyjawił. Tarłówna nie wiedziała, co z sobą począć. Runęła złuda, że odnajdzie w nim brata, wyrosła pomiędzy nimi przepaść bez dna.

Oboje równocześnie zdali sobie sprawę zupełnie jasno, że nie mają sobie nic więcej do powiedzenia, obojgu zaciążyła męcząca nieznośnie sytuacja. U niego wybuchnął żal, że wyrzekł te słowa, że zniweczył dotychczasowy stosunek do niej oparty na własnej męczarni, ale na jej nieświadomości. Ona poczuła w swym sumieniu gorycz niezmierną, zbudził się w niej wyrzut, że przedtem go nie odgadła i że zrodzone przed rokiem wątłe przeczucie jego miłości stłumiła tak prędko, nie wierząc w nie. Ale cóż by to pomogło? Świadomość jego uczuć nie zniweczyłaby wszakże jej miłości do Andrzeja. Tamto musiało się stać, tamto jest silniejsze ponad wszystko. Cóż ona mu teraz odpowie, czym go uspokoi, jaką radę da?... Ach! Już lepsze milczenie, każde słowo może być teraz dla niego szyderstwem, nawet najserdeczniejsze, może mieć brzmienie odmienne i źle odczute.

Szli obok siebie gnani siłą bezwiedną, by jak najprędzej się rozejść, bali się własnych słów, lękali spojrzeń. Gdy podbiegł do nich Januszek, nie mówili również nic, na wszelkie pytania malca Jan kiwał głową bezmyślnie i jakby nie rozumiejąc. Janusz spytał obcesowo:

- Cóż to, zaniemówiliście, że słowa z was nie można wydębić, a możeście olśnili? Mówił owczarz Matwiejek, że jest taki duch, co się w muchę zmienia i jak siądzie na oczach, to człowieka olśni.

Nie otrzymawszy odpowiedzi, malec wzruszył ramionami i popędził znowu, goniąc psy.

Jan myślał:

...Olśniliśmy oboje, tylko ja już dawno, dawno... ona zaś na Krasnej Duszohubie...

Podchodzili do zabudowań dworskich. Wtem Jaś wciągnął Tarłównę gorączkowo w otwartą furtkę ogrodu. Gdy stanęli wśród łopianów i krzewów dzikich, porwał obie jej ręce z przytłumionym okrzykiem.

- Andziu, po co ja ci to wyznałem wszystko!? Ty nawet wiedzieć nie powinnaś o ranie, która we mnie jątrzy. Ty..., ty... sama cierpisz strasznie, bo i twoja... miłość ma okowy, po co ci jeszcze... to moje nieszczęście...

Rozpłakał się, pochylił głowę nisko, aż do kolan Andzi, zgarbiony jak chłop... i szlochając upadł na ziemię, całując jej stopy.

- Przebacz... daruj, żem cię struł... żem ci zrobił zawód... że... nie jestem ci już bratem... - jęczał.

Tarłówna drżała, łzy sypały się z jej oczu gęstą, gorącą rosą. Pochyliła się nad nim, obejmując dłońmi jego głowę rozpaloną.

- Co ja pocznę, co pocznę nieszczęsna - szeptała bezradnie. - Jasiu, wstań, przez litość... co robisz?...

On zerwał się, twarz miał we łzach i pyle, wzrok prawie obłąkany. Andzia przeraziła się go. Jan popatrzył na nią nieprzytomnymi oczami i, ściskając jej ręce w swoich, wyrzucił przejmującym szeptem:

- Nic już, nic!... Więcej ani słowa o tym... nie męcz się, jestem podły... bądź szczęśliwa, wybacz mi moją śmiałość... Jestem tutaj... zupełnie zbyteczny, a zostać muszę... Obco mi... obco... strasznie!...

Zakręcił się na miejscu i znikł za furtką, zostawiając Andzię w osłupieniu.



XXII

"Nie zdzierżysz"

Minęło kilka dni. Do gabinetu Kościeszy wszedł lokaj niosąc list na tacy. Pan Teodor wziął go do ręki obojętnie.

- Skąd to?

- Przywiózł kozak jaśnie pana Olelkowicza.

Kościesza drgnął.

- Czy przyjechał... tylko z tym listem?

Służący zająknął się, spuścił oczy.

- Mów!... - krzyknął na lokaja.

- Jest list do panienki i... kwiaty.

- Idź precz, odpowiedzi nie będzie.

- Kozak powiada, że kazano mu czekać na odpis.

- Nie będzie! Rozumiesz?!

Służący odszedł w milczeniu, dziwiąc się niezmiernie, że pan nie czytając listu już wydaje taki wyrok.

Kościesza wolno otworzył kopertę, sprawdził podpis Andrzeja i czytał z twardym, ostrym wyrazem twarzy:


"Szanowny Panie!

Pragnę pomówić z panem w wiadomej, bardzo ważnej, jedynej dla mnie sprawie, proszę wyznaczyć miejsce, dzień i godzinę spotkania. Mam nadzieję, że Szanowny Pan nie odmówi mi tego, liczę na Jego honor i sądzę, że się nie zawiodę. W przeciwnym razie zmuszony będę postąpić bardziej stanowczo, gdyż cel mój musi być spełniony.

Z uszanowaniem

Andrzej Olelkowicz"


Kościesza odłożył list i długi czas siedział nieruchomy, z zamkniętymi oczami jakby śpiąc. Przeżuwał w sobie gniew i niepokój. Jakież to będą te jego kroki bardziej stanowcze, o których pisze? - myślał - i groźba: "cel mój musi być spełniony". Co on zamierza, co z tego wyniknie?...

Przeczytał list jeszcze raz, niepokój rósł, ale i zawziętość wzmagała się. Nie odpisze ani słowa i tym samym do widzenia się z Olelkowiczem nie dojdzie. Po co... na co?... Wymówił mu dom, zatem - Andrzej tu nie przyjedzie, poznał go już na tyle, że jest tego pewny, on zaś - Kościesza - nie zgodzi się na żadne spotkanie. I cóż mu zrobi Olelkowicz? On liczy na jego honor..., puste słowo - honor, gdzie tu jest honor? Że się ktoś z kimś nie chce spotkać, to ma być zachwianie honoru? A zresztą... - machnął ręką i od razu uczuł znakomitą ulgę.

Kościesza nieraz już w życiu załatwiał się w taki sposób z wszelkimi honorowymi skrupułami i doszedł do wprawy. Więc i teraz wzmianka o honorze w liście Olelkowicza przestała dlań istnieć. Gdy służący, wszedłszy nieśmiało, powtórnie oznajmił, że kozak czeka na odpowiedź, pan Teodor wybuchnął:

- Poszczuj go psami, niech jedzie won, odpisu żadnego nie ma... i nie będzie.

W następstwie tych słów podarł list na kawałki, rzucił do kosza i przestał o tym myśleć.

Gdy Andzia wyszła na spacer, Kościesza zakradł się do jej pokoju. Znalazł tam przepyszne pęki purpurowych róż, świeży dar Andrzeja. Chciał je w pasji powyrzucać, lecz się wstrzymał, natomiast zaczął szukać listu, otwierał cicho szufladki biurka Andzi, zaglądał do teki z papierami, szperał, przerzucał książki, lecz listu Andrzeja nie znalazł.

- Nosi go widocznie na sercu - pomyślał i zgrzytnął zębami.

Zawiść, złość na Olelkowicza wzbierała w duszy Kościeszy potężną falą, tyran i okrutnik zbudził się w nim znowu, nie pierwszy raz w życiu, ale bardzo silnie. Czuł, że rozjudzają się w nim złowrogie siły, że bestie te szczerzą kły i skowyczą i targają się jak cerbery wściekłe na uwięzi, ale trzymał je na smyczy swej woli, bo nie wolno było ukazywać prawdziwej fizjonomii, nie wolno do czasu... Może nigdy?... Może nie zajdzie tego potrzeba? Łudził się chwilami, że Andzia, pozbawiona widoku Olelkowicza, żyjąc pod groźbą niedozwalanego przez ojczyma związku, zniechęci się i może z czasem zapomni, może zgaśnie to młodzieńcze uczucie.

A wówczas... wówczas...

Nie śmiał dokończyć, nawet on, Kościesza, nie śmiał nazwać tajnych swych marzeń po imieniu.

Lecz bywają cuda i chcieć to już jest większa część zwycięstwa, a cóż dopiero pragnąć, pożądać całym jestestwem. Wszak to już prawie wygrana!

- Ona już nie zobaczy Olelkowicza - myślał zapalając się. - Trzeba tylko ukrócić te listy, te kwiaty, to ją podnieca, to trzyma ją pod urokiem tamtego. Więc zniweczyć wszelkie przeszkody, zabronić kozakowi wstępu do Turzerogów, przepędzić go precz. Cóż się stanie?... Płonne obawy: zdławić i być śmiałym, bezwzględnym. Ten stanie się wielkim zdobywcą, kto do celu dąży wielkimi krokami nie zaś truchtem.

Kościesza poczuł przypływ energii i niezłomnej stanowczości.

Zawrócił do swego gabinetu i zadzwonił.

- Czy kozak już odjechał?

- Tak.

- Rozkazuję ci, że jeżeli jeszcze raz przyjedzie z listem i kwiatami, przepędzić go bez meldowania mnie.

- Jak to... przepędzić kozaka dworskiego z Prokopyszcz? - jęknął przerażony sługa.

- Słyszałeś ośle rozkaz?! Dwa razy nie powtarzam. Jeśli odtąd kozak choć raz jeszcze dopuszczony będzie do dworu, ty pójdziesz won ze służby, a teraz... precz mi z oczu.

Przez kilka następnych dni pan Teodor żył w podnieceniu, w werwie zdobywczej. Pogodnie, lecz z absolutnym naciskiem znowu namawiał Andzię, aby jechała z nim za granicę, działał na jej wyobraźnię pięknymi obietnicami malowniczych podróży, lecz spotykał się stale z niezłomnym uporem dziewczyny.

Rozdrażniało to Kościeszę, lecz tym bardziej utwierdziło w przekonaniu, że trzeba presję wywierać i wywieźć Andzię z Turzerogów jak najprędzej.

Pewnego dnia, gdy Kościesza urzędował w kancelarii, był to bowiem dzień przyjmowania interesantów, rano o dziesiątej, służący zaanonsował Tarłównie Hadziewicza, administratora Toporzysk i Drakowa. Andzia lubiła go niezmiernie, wybiegła do salonu na spotkanie. Powitała radośnie starego człowieka, aż rozjaśniła się jego poważna, surowa twarz. Patrzył na dziewczynę długo, uważnie i rzekł z niepokojem:

- Bardzo pani zmizerniała, oczki podsiniały, jeszcze czarniejsze, liczko zbladło,czego detyno turbujesz się?...

Andzia spuściła oczy.

- Moja żona przysyła pani uściski, zawsze lubi panią bardzo, wspominamy sobie często, jak dwa lata temu była u nas w lecie i dom nasz rozweseliła, jak ptaszek. Czemuż to, serce, w tym roku nie przyjechali?

- Tak się złożyło, trochę daleko do Toporzysk, nigdzie nie wyjeżdżam. Co tam słychać u państwa, czy kwitły azalie? A Słucz jak wygląda?

- Azalie... a jaż przysyłał tobie, detyno, całe dwa kosze tych kwiatów, z żoną my je pakowali, ale czy gajowy dobrze dowiózł, to już nie wiem.

- Prawda, zapomniałam, dziękuję panu.

- A Słucz cóż... toczy fale, bindugi[11] z drzewem po niej płyną, w tym roku dużo flisaków było, szły i szły tratwy. Taka sama Słucz, jak zawsze rozhulana i bujna, a młoda, płynie jak wstążka, nie tak, jak wasz rozlany Styr.

- Niech pan nie mówi i tu ładnie. Zna pan Wilczary?

- Znam, czemuż nie. Piękne są, ale takich azalii nie macie, to już przyrodzenie tamtej ziemi, nad Słuczą.

- Myśmy niedawno powrócili z Wilczar, chyba nigdzie nie jest tak uroczo - rzekła Andzia z zadumą.

Administrator bacznie ją obserwował, nagle rzekł serdecznie:

- I pani miała, jak słyszeliśmy, dużo przykrości, choćby z tą ucieczką panny Lory, ot osobliwość!... Tak sobie w świat bez pardonu.

Andzia milczała.

- A jakże ma się pani Smoczyńska?

- Zawsze chora, Jaś jest także na wakacjach. Niechże pan siada, panie Hadziewicz, stoimy, a pan zmęczony.

Administrator usiadł na fotelu, Andzia obok niego. Stary pan pochylił się do niej poufnie.

- A powiedz mi, detyno, nie wychodzisz ty za mąż, serce? Myśmy słyszeli, że konkuruje o ciebie dziedzic Prokopyszczski? Nie ma co, tęga partia, że i trudno o taką u nas. I piękny i bogaty i ród starożytny, a toż i Tarłówna nie dla pierwszego z brzegu. Dobierzecie się mili, jakby w korcu maku szukał. Ale cóż!... Ojczym pozwala?

Andzia ścisnęła go za rękę błagająco.

- Niech pan nie pyta, niech pan o tym nie mówi.

Twarz jej zbladła; w oczach zalśniły łzy.

Hadziewicz cofnął się, brwi zsunął na czole.

- A, ot co! Taka sztuka!? To znaczy, że fama niesie prawdziwą wieść, głucha ona, ale widać niezmyślona, już o tym i ludzie wiedzą.

- Co pan mówi, naprawdę?

- Tak, już gadają, że pan Kościesza nie chce oddać pasierbicy panu Olelkowiczowi, pomimo jego chęci. Ale trafiła kosa na kamień i wyszczerbi się. Pan Olelkowicz nie ustąpi. A pani?... A tyż, detyno, serce nasze, będziesz posłuszna własnemu miłowaniu czy... ojczymowi?

- Ja kochać pana Andrzeja nigdy, nigdy nie przestanę!

Łzy płynęły z jej oczu gorącym potokiem, lecz stłumiła je szybko i dodała z wielką mocą:

- Oboje dążymy do tego, aby zwalczyć niechęć ojczyma i... zwalczymy!

- Prawdziwa Tarłówna - zawołał Hadziewicz z zapałem i ucałował ręce dziewczyny.

- Dlaczegóż to pan Kościesza tak się sprzeciwia małżeństwu pani?... Wszak nie zważając już nawet na uczucia młodych, toż to świetna partia materialna. Jeszcze pani młodzieńka co prawda, dziwiętnaście lat... pączek, ale już za mąż można. Po co marnować najpiękniejsze lata? Już by i dla majątków czas było dać innego właściciela, a to tylko marnuje się dobro... żal bierze...

Handzia bystro spojrzała na niego.

- Nic się nie może zmarnować tam, gdzie pan rządzi.

Hadziewicz wstrząsnął smutnie głową.

- Ja nie mam pełnej plenipotencji, pan Kościesza mi nie dał, właściwie rządcą jestem, nie administratorem. Zresztą... pewno podziękuję za posadę.

- Pan nie chce być u nas?! Dlaczego!?

- Detyno, tobie bym służył do końca życia, ale patrzyć na to, jak ciebie krzywdzą, nie mogę, no, nie mogę.

Rozłożył ręce rozpaczliwie.

- Kto mnie krzywdzi? - spytała z przerażeniem.

Hadziewicz zmieszał się bardzo.

- Ot; niepotrzebnie wygadał... taka natura - bąknął.

Nagle wyprostował się na fotelu, twarz jego wyrażała stanowczość.

- A jednak to mój obowiązek spytać... Czy pani, serce moje, wie o tym, że las na Drakowie, ten wielki bór masztowców wycinają?

- Jak to, bór drakowski tną? Dlaczego? Bezprawnie? Kto tnie?...

- Z rozkazu pana Kościeszy. Sprzedaje las częściowo. Milczałem, dokąd trzebili mniejsze uroczyska, ale teraz, jak już niszczą takie bogactwo, to dusza martwieje; toż to jest sieroca scheda, to święty grosz. Do tego opiekun nie ma prawa, nawet ojczym, to... to zbrodnia.

- Panie Hadziewicz,widocznie tak trzeba, nic nie wiem, dziwię się nawet, ale przecie ojczym mój... wie co robi.

Administrator rzucił się na fotelu.

- Wiadomo, że on wie, co robi, ale czy jemu tak wolno? Ot co!

- Nie rozumiem.

- Detyno, mnie o ciebie chodzi, żal duszę ściska; jak się widzi, że ciebie... o... ot, nieskładnie mówić. Tak nie powinno być, to wstyd, to zgroza...

- Ależ panie, przecie ojczym chyba nie chce... mojej krzywdy?

- A powiedz pani, serdeńko, czy wielka byłaby dla ciebie radość, a szczęście, żeby ty wyszła za mąż za dziedzica z Prokopyszcz?

Andzia podniosła na niego tęskne oczy.

- Kocham go bardzo i tylko o tym marzę.

- A powiedz pani, czy wielkim byłby twoim przyjacielem, ten, kto by ci na to nie pozwolił? I to bez żadnego powodu, bez racji?...

Tarłówna spuściła powieki, krwawy rumieniec zabarwił jej policzki.

- Ot, i widzisz detyno! - zawołał Hadziewicz z goryczą w głosie.

- Czyż to możliwe?... Boże mój... - szepnęła.

Staruszek z czułością patrzył na nią spod siwych brwi. Usta drżały mu ze wzruszenia.

- Będę prosił pana Kościeszę, będę błagał, perswadował, może się opamięta a zaniecha tej rąbki fatalnej. To go nawet kompromituje wobec okolicy, każdy wie, że prawa dziedziczka, jeszcze niepełnoletnia, takiego upoważnienia dać nie mogła. Jeśli moja prośba nie wskóra nic, wolę wyrzec się posady niż patrzyć na takie rzeczy, niech się to nie przy mnie robi. Tylko szkoda mi ciebie, detyno. Wychodź ty za mąż prądko... Och... wychodź.

Wszedł służący.

- Dziedzic prosi.

Hadziewicz uścisnął dłoń Andzi.

- Zrobię, co będzie w mej mocy, może przemówię do sumienia - szepnął.

Po jego odejściu Andzia siedziała w salonie zupełnie oszołomiona. Słowa Hadziewicza, któremu ufała jak ojcu i którego szlachetność znana była ogólnie, przeraziły ją. Czuła boleśnie wsiąkające do jej duszy zwątpienie w prawość ojczyma.

Nie rozmyślała nad materialnymi sprawami, nie bolało jej to, że ojczym rozmyślnie uszczupla jej majątek po ojcu, lecz dręczyła ją myśl, że postępuje niehonorowo, że nie ma uznania u ludzi, że daje powód do podejrzeń o nieuczciwość, że wreszcie był on mężem matki, a jest jej opiekunem jedynym, w którego tyle lat wierzyła i nawet przywiązała się doń szczerze. Teraz coraz to nowy cios nieubłaganej prawdy ranił serce dziewczyny. Coraz groźniej przedstawiała się przyszłość, ponuro zarysował się charakter ojczyma i Andzię ogarniał paniczny lęk przed życiem. Zarazem ta depresja moralna budziła w niej energię, wolę, by zerwać dotychczasowe więzy, połączyć się z Olelkowiczem i nie dopuścić do krańcowego rozczarowania. Nie spostrzegła, jak minęła godzina i do salonu wpadł wzburzony Hadziewicz.

- Do widzenia detyno - wołał roztarganym głosem - żegnam ciebie, serce, nic tu po mnie. Ciebie anieli święci uratują od zgubny, ale ja biernym uczestnikiem podłości nie będę. Świnią nie jestem, żal mi sieroteńki, oj żal, ale świnią nie jestem. Teraz dranie tylko będą u pana Kościeszy administrowali, dla uczciwych ludzi zamknięta droga.

Tarłówna podbiegła do niego.

- Co pan mówi?! Opuszcza nas pan? Na miłość boską, niech pan zostanie, błagam pana!

Hadziewicz szeroko rozłożył ramiona.

- Nie mogę, serce! Kazał zdać majątek, księgi, wszystko jakiemuś nowemu, co ma przyjechać do Toporzysk. Nie mam już miejsca. Tłumaczyłem jak umiałem, na klęczkach, aby takiej krzywdy tobie nie robił, a potem wypowiedziałem całą prawdę, ani się zmieszał nawet, władny jest i... bezczelny.

- Ja pójdę do ojczyma, może dla mnie?

- Nie, proszę nie iść, sam miejsce wymówiłem nie czekając, aż on to zrobi. Tam są teraz.... panowie.

- Jacy panowie? Skąd?

Hadziewicz zająknął się.

- Nie wiem, w ważnej sprawie, młody i stary. Ja muszę już jechać.

- Zaczekaj pan, chwileczkę.

Zadzwoniła.

- Kto jest u dziedzica? - spytała lokaja.

- Dwóch panów, panienko.

- Kto? Skąd?

Służący spojrzał na Hadziewicza porozumiewawczo. Ona to spostrzegła.

- Niech Filip natychmiast mówi prawdę. Kto są ci panowie?

- Jasny pan Prokopyszcz i drugi, starszy z Ukrainy, musi krewny być, bo tak samo się nazywa - wykrztusił służący.

Andzia strasznie zbladła. Administrator żywo posunął się do niej.

- Pani droga, co takiego, serdeńko, detyno luba...

- To nic, nic. Możesz odejść Filipie.

Służący wyszedł. Tarłówna osunęła się ciężko na krzesło,szepcząc zbielałymi wargami:

- Rozgrywają się tam moje losy...

- Ufaj w miłosierdzie boskie i... we własne przeznaczenie. Ten młodzieniec dzielnie wygląda, pan Kościesza nie poradzi mu.

- Czy dawno przyjechali?

- Tylko co lokaj ich zameldował.

- Niech pan teraz nie jedzie za nic, za nic.

- Dobrze detyno.

Zdumienie i nawet przerażenie Kościeszy nie miało granic, gdy lokaj mijając się z wychodzącym z gabinetu Hadziewiczem oznajmił krótko:

- Jasny pan Konstanty Olelkowicz z Krasnosiełek i dziedzic z Prokopyszcz.

Kościesza sam nie wiedział, kiedy i jak wyrzekł słowo "prosić". Spadło to nań niby piorun. Gdy panowie weszli, zrozumiał od razu, że postawią teraz drażliwą kwestię na ostrzu noża. Oto jest to stanowcze postanowienie, o którym Olelkowicz pisał w liście. Kościesza ujrzał się nad przepaścią, nagle zorientował się w sytuacji i zesztywniał jak głaz. Przywołał na pomoc wszystkie swe wrogie siły, ukryte a groźne hydry, którymi obezwładniał ludzi. I tak opancerzony czekał ataku.

Rozmowa burzliwa trwała względnie długo. Andzia niepokoiła się. Biegała po salonie podniecona w najwyższym stopniu. Hadziewicz nie mógł jej uspokoić. Otworzyła drzwi wiodące do pokoju równoległego z gabinetem Kościeszy, dochodził niekiedy do jej uszu lekki szmer rozmowy toczącej się tam. Raz usłyszała mocne głosy, widocznie podniecony Andrzeja i żelazny ton Kościeszy. Zerwała się jak strzała chcąc biec do nich, ale Hadziewicz zatrzymał ją przemocą.

- Nie puszczę, detyno, ty tam niepotrzebna. Cisz... cisz... serdeńko!...

Andzi zdawało się, że ta rozprawa nigdy nie będzie miała końca. Hadziewicz nie mógł sobie z nią dać rady. Wreszcie w gabinecie ucichło, po chwili usłyszeli turkot. Przez okno zobaczyli powóz Olelkowicza podjeżdżający do bocznego ganku, wyłącznie dla interesów, skąd było osobne wejście do poczekalni i gabinetu Kościeszy.

Ze schodów zbiegł szybko Olelkowicz, lokaj sprowadzał starszego pana do powozu. Tarłówna nie mogła dojrzeć twarzy Andrzeja, poznała jedynie po ruchach, że był wzburzony.

- Odjeżdżają! - krzyknęła jak w obłąkaniu - to już po wszystkim, po wszystkim...

Zaniosła się okropnym płaczem.


* * *


Gdy powóz ruszył, Konstanty Olelkowicz rzekł ze zgnębieniem:

- Nie miał żadnych argumentów. A jednak?... Straszny człowiek! W tym jest prywata, osobisty, haniebny cel. Przejrzałem go na wylot... Tylko to! Ale... tym okrutniejsze. Co teraz?...

Andrzej spojrzał na stryja wścielkle.

- Jej się nie wyrzeknę! Tym bardziej i jak najprędzej wyrwę ją stąd. Dosyć polityki! Z podłością postępuje się bez żadnych względów.

- Co zamierzasz uczynić?

- To co mi już jedynie pozostaje. Wyczerpałem się.

- Będę spieszył się, bo on ją wywiezie.

Nagle zerwał się, stanął w powozie, wzniósł do góry krzepkie ramiona i z zapałem, z szalonym wybuchem temperamentu huknął głośnym, zwycięskim okrzykiem:

- Nie zdzierżysz mnie, panie Kościesza!... Nie zdzierżysz!



XXIII

I zakrakał kruk czarny...

Tarłówna spłakana i drżąca z wewnętrznego niepokoju i druzgocących ją złych przeczuć, pisała list do Andrzeja. Chciała prawdy od niego, wykrycia nieznanej dla siebie zagadki rozmowy z ojczymem i jej wyniku.

Niespodziewanie stanął przed nią Kościesza, jak tygrys cicho wsunął się do jej pokoju.

- Co to piszesz, Aneczko?

Andzia powstała gwałtownie. Od razu spostrzegła, że ojczym sili się tylko na spokój i łagodność. Zlękła się jego twarzy.

- Jestem dziś bardzo zmęczony, tyle miałem różnych spraw i... przykrych. Podobno widziałaś się, Andziu, z Hadziewiczem? Wyobraź sobie, że ten... no, śmiało mogę nazwać łotr...

Tarłówna zatrzęsła się.

- Niech ojczym nie kończy, proszę; wiem, że Hadziewicz podziękował za posadę, uważam go zawsze za najuczciwszego człowieka, serdecznie go żałuję i jestem przekonana, że ojczym zrobi wszystko, aby go zatrzymać. Jaka była rozmowa ojczyma z panem Olelkowiczem i jego stryjem? - zagadnęła znienacka.

Kościesza poczerwieniał.

- Ach, więc ty wiesz?...

- Widziałam ich wyjeżdżających. Przyjechali tylko do gabinetu ojczyma jakby jacyś interesanci. Rozumiem ich postępowanie i domyślam się, co ich do tego skłoniło.

Kościesza usiadł i przymknął oczy.

- A może się mylisz?

- Nie grajmy komedii - zawołała. - Co ojczym odpowiedział Andrzejowi?

- To, co i zawsze, nieodwołalnie i już ostatni raz - rzekł sucho. Ugięły się nogi pod Andzią.

- Tak mu ojczym odpowiedział?... A on... on się na to... zgodził?

- Musi! Krótko i stanowczo... musi!

Tarłówna zapłonęła jak pochodnia, zdawało się, że krew ją zaleje, że tryśnie z niej ogień. Wyrzuciła z szalejącej piersi wrzące słowa:

- Nigdy! To nieprawda! On się nie zgodzi, on się nie wyrzeknie mnie!... Zanadto się kochamy... aby czyjaś wola nami rządziła. Ojczym nie może nam zabronić pobrania się. Jakie powody... jakie powody? Proszę mówić!... Nie ma żadnych, wszystko za nim przemawia. To nieuzasadniony kaprys...

Kościesza wstał...

- To moja wola, nie kaprys. Rozumie panna?! Nie wyjdziesz za niego, bo ja nie pozwolę. Więcej już go nie zobaczysz. Wyjeżdżamy stąd na cały rok, może na dłużej. Olelkowicz zrozumiał, że wszystkie jego zabiegi poszły na marne. Zrozumiał nareszcie, przekonałem go.

- Kłamstwo! - krzyknęła Andzia - Andrzej nie dał się przekonać.

- Więc musi ulec.

- Nie ulegnie na pewno!

- Moja wola złamie go.

- Ani Andrzeja, ani mnie, proszę wierzyć.

Kościesza dramatycznym ruchem załamał ręce. Uderzył w inny ton.

- Jakaś ty łatwowierna!... I cóż, zabijesz się, jeśli on cię szukać więcej nie będzie? On się pogodzi z koniecznością, a ty sama będziesz o niego kopie kruszyła?

- Powtarzam, nie grajmy komedii - zawołała - wiem, co sądzić o Andrzeju i ojczym również wie to dobrze. On nie ustąpi!

- I ty dziewczyno myślisz, że on cię kocha tak szalenie, że chodzi mu tylko wyłącznie o ciebie! Ach idealistko!...

- Już i ten zwrot znam dobrze, nieraz się powtarzał. Andrzej jest ode mnie dwukrotnie bogatszy, jeśli o to chodzi. A zresztą ufam Andrzejowi więcej... niż wszystkim. Nic tej wiary nie zniweczy w mej duszy, to daremne.

Kościesza wyprostował się dumnie.

- Ach, więc mu wierz, ale żoną jego nie zostaniesz! Był u mnie, był ze swym stryjem, obaj parlamentowali zawzięcie, stary prosił, żądał argumentów, dlaczego nie pozwalam; młody rzucał się jak lew, chciałem chwytać za rewolwer przed tym twoim ukochanym... Ha, ha, ha!... Cóż się stało?... Odjechali z kwitkiem, nie dałem żadnych wyjaśnień, nie wyjawiłem powodów.

- Bo ich nie ma! - krzyknęła Andzia przez łzy.

Kościesza z wykrzywioną zwierzęco twarzą chwycił ją za ręce i ścisnął jak w kajdanach. Zasyczał tuż nad nią:

- Tak, tak... bo ich nie ma! Żadnych nie ma, a pomimo to ja nie pozwalam. Rozumiesz mnie teraz?!

Tarłówna rozpłakała się.

- Nic... nic nie pomoże... - łkała - nie wydrze mi ojczym serca, zawsze kochać Andrzeja będę całą duszą, całym... całym sercem... i choćby mnie więzili... choćbym umierała tylko on... tylko Andrzej... mój... mój...

Wyrwała ręce z uścisku Kościeszy i zakryła oczy. Szlochając podniosła głowę do góry, usta jej mokre, paliły się żarem i rozwarte lekko dyszały namiętną rozpaczą. Przegięta w tył jak dziecko płaczące, ukazywała w całej świetności smukłą, a toczoną jakby ręką snycerza figurę dziewczęcą, uwypukliła się w tym ruchu drobna a kształtna jej pierś i z szybkiego oddechu falowała ślicznie. Czar bił od niej potężny, nawet płacz jej miał urok. Świeżość, uroda - podziałały na Kościeszę. Skoczył jak ugodzony. Zatrzymał się, ręce mu drżały, twarz zeszpecił konwulsyjny skurcz. Przybliżył się do niej ze zniżoną głową, z oczami zbielałymi i jakby we mgle, usta dziwnie rozsunięte bydlęcy miały wyraz. Był jak potworny tur zbliżający się złowrogo do swej ofiary. Drżał cały, podniecony bez granic, wargi mu zsiniały, czoło osiadły gęsto sino_czerwone sznury żył, policzki skłębiły się w jeden wstrętny węzeł. Bladoszary jak glina, lśnił potem, przerażał wyglądem. Zmagał się z sobą demonicznie, trzymał samego siebie na mocnym łańcuchu, ale szarpał go, gryzł z wściekłości, topił tę zaporę w ogniu własnej krwi, gigantycznie rozkipiałej, rozbestwionej do okrucieństwa. Drażniły go pęta.

I... zerwał hamulec. Z pomrukiem zdławionym rzucił się na Andzię, jak wąż boa dusiciel, zamknął ją silnie w swych ramionach, zgniótł, ogarnął całą, że nie mogła krzyknąć, ani oddychać. W pierwszej sekundzie straciła jakby przytomność, lecz wnet myśl obłędna zawirowała w jej głowie, że on ją chce dusić, że ginie... Szarpnęła ramiona, bez skutku, ściskały ją jakby żelazne klamry.

Jęknęła boleśnie. A wtem twarz jej sparzył rozpłomieniony oddech jego i spadły na nią gwałtowne pocałunki dyszących warg. Spadły na oczy jej, na policzki, czoło i porwały z dziką pasją usta jej dziewicze.

Wówczas pełna wstrętu z całej siły pchnęła go, ale nawet się nie zachwiał, przycisnął ją ponownie i usłyszała jego szatański świszczący szept:

- Nie dam cię nikomu...zostaniesz ze mną na zawsze. Jutro jedziemy za granicę, czy chcesz, czy nie chcesz, wszystko jedno! Tyś moja i dla mnie!... Tylko dla mnie!... Nikt mi cię nie wydrze!

Tarłówna krzyknęła przeraźliwie. Słowa Lory Smoczyńskiej wypowiedziane w Wilczarach zahuczały huraganem w jej mózgu. Z niebywałą zręcznością wyślizgnęła się dołem z jego ramion jak węgorz i umknęła z pokoju.

Kościesza stał półmartwy, nagłe opamiętanie skalpowało mu głowę zimnym nożem przerażenia, poczuł bezmierne osłabienie, ból przemożny rozsadzał mu skronie, zachwiał się w kolanach. Zrobił parę kroków i ciężko padł na jakiś fotel. Przedmioty latały mu przed oczyma.

- Czy ja jestem chory?... Ja... chory?...

Rękę podniósł do czoła, ale i ramię zwisło mu bezradnie.

Złożył dłonie na kolanach i siedział cicho, czekając, aż minie odrętwienie. Pogrążył się w przykrej kontemplacji własnej, brutalnej nieostrożności.

- Za wcześnie wybuchłem... to źle... - kołatała głucha myśl.


* * *


Handzia jednym pędem, bez tchu wpadła do ciotki Smoczyńskiej. Zastała tam Jasia, przestraszyli się jej wyglądu.

- Czy Hadziewicz pojechał? - krzyknęła.

- Hadziewicz odjeżdża po obiedzie. Co tobie Andziu?...

- Gdzie on jest?...

- W stołowym pokoju rozmawiał z panną Eweliną.

- Idź i proś go do mnie, ale zaraz.

Smoczyński wyszedł szybko.

Andzia zadyszana przypadła do ciotki.

- Ciociu, nie mogę teraz, ale jeśli zechcesz przyjeżdżaj do Toporzysk.

- Co tobie? Zwariowałaś Anka?

- Ach, ciociu, okropność! Boże, ja naprawdę oszaleję!

Zapłakała rzewnie.

Powrócił Jan z Hadziewiczem. Tarłówna podbiegła do starego.

- Panie drogi, na obiad nie czekamy, jedziemy zaraz, natychmiast.

- Dokąd?...

- Do Toporzysk. Proszę o nic nie pytać, tylko prędko... prędko!... Inaczej nie mogę, to jedyny ratunek. Bóg mi pana zesłał, to opieka mamy nade mną...

- Ależ detyno, serdeńko...

- Jedziemy natychmiast! Niech pan każe zaprzęgać prędko, bezzwłocznie!... Zaklinam na pamięć mej matki, proszę śpieszyć. Niechże mi pan będzie opiekunem! Na miłość Boską prędzej.

Hadziewicz nie pytał więcej, zrozumiał i spiesznie wyszedł.

Tarłówna wzięła Jana za rękę.

- Jasiu wierz mi, nie mogę inaczej, jutro byłoby za późno, siłą chce mnie wywieźć za granicę. Jeśli by tu jakaś... przykrość wam od niego, o niczym nie wiecie... Pamiętaj.

Uścisnęła Jana, ucałowała ręce zdumionej ciotki, pobiegła cicho do garderoby po ubranie i gdy żegnała się z panną Eweliną, zupełnie nieprzytomną ze strachu, wpadł Hadziewicz.

- Konie czekają koło bramy ogrodowej, nie kazałem tu podjeżdżać, bo może...

- To dobrze, bardzo dobrze!

Wyszła śpiesznie. Za chwilę czwórka tęgich cugantów w obręk do bryczki bałagulskiej zaprzężonych gnała wyciągniętym kłusem w stronę najbliższej stacji kolejowej.

- Kiedy będziemy w Toporzyskach? - spytała Tarłówna.

- Jeśli zdążymy na kurier o czwartej, to jutro rano koło dziewiątej staniemy na miejscu.

- Musimy zdążyć koniecznie. Ach, to byłaby katastrofa, gdyby nie...

- I tak będzie katastrofa. Nie zazdroszczę tym, co zostali w Turzerogach. Tam się zrobi piekło.

Andzia modliła się cicho.

- Ale powiesz mi detyno... jaki powód tego skandalu? - spytał Hadziewicz szeptem. - Bo to, serdeńko, zawsze skandal. Powiesz mi...

- Powiem jak ojcu rodzonemu.

- Niech cię Bóg błogosławi. Zanim nas pan Kościesza uwolni z Toporzysk, będziemy dla ciebie z moją żoną - ojcem i matką.



XXIV

Nad Słuczą

W osobnym przedziale Andzia wciśnięta w kątek ławki oddawała się smutnym rozmyślaniom. Wyznała Hadziewiczowi rozmowę z Kościeszą, podkreślając głównie fakt, że ojczym chciał ją przemocą wywieźć za granicę i kategorycznie orzekł, że na związek z Andrzejem za nic nie pozwoli. Jednakże Hadziewicz z niektórych jej niedomówień i z jej zakłopotania łatwo dopowiedział sobie resztę. Domyślił się wiele po jej wzburzeniu, przed ucieczką z Turzerogów, teraz umocnił straszne swe posądzenia i... zadrżał ze zgrozy.

- Myślałem, że on łakomy tylko na majątki, a ta bestia... ot hańba!...

Handzia była w rozterce. W podnieceniu opuszczała Turzerogi, pragnąc tylko, aby Kościesza jej nie dogonił i nie zawrócił despotycznie z powrotem, lecz gdy już pociąg ruszył, ścisnęło się serce dziewczyny bólem, owiał ją przykry niepokój, aż dławiący, poczucie samotności, żal zadomem. Wszystkie te uczucia rozszlochały się w niej i jęły dokuczać. Oczy zmarłej matki prześladowały ją, oczy smutne, pełne wymowy tak plastycznej, jakby żyły i troszczyły się o córkę. Andzia modliła się do matki, błagając jej ducha o ratunek, o radę. Co teraz z nią będzie?... Jest bezdomna, bo jakkolwiek jedzie do swego majątku, ale będąc niepełnoletnią nie może go jeszcze objąć we własne posiadanie. Podlega prawnej opiece Kościeszy i przygodnej Hadziewicza. Ojczym na mocy prawa może ją znowu styranizować. Administrator, człowiek bardzo życzliwy, ale obcy, przy tym wymówił już posadę w Toporzyskach i Kościesza pozbędzie się go w każdej chwili. Więc nie ma oparcia?... Jechać do ciotki, Hołowczyńskiej, jedynej krewnej daleko, aż na Podlasie, niemożliwe! Stara kobieta nie zrozumiałaby tragedii Andzi, przeciwnie byłaby oburzona za śmiały, ryzykowny krok dziewczyny. Zresztą Tarłówna znała tę ciotkę bardzo mało. Miała więcej zaufania do Hadziewiczów.

Ale co będzie potem, co się stanie? Znajdzie oto w Toporzyskach ucieczką chwilową, pierwszy instynkt samoobrony tam wskazał jej drogę, lecz co dalej... Wszak to nie załatwia sprawy. Hadziewiczowie nie mogą być stałymi jej opiekunami, choć obecnie są jedynymi.

Jest ktoś inny, najbliższy i najdroższy... Andrzej. On ją weźmie w opiekę, a wówczas już może być spokojna. On się nie ulęknie Kościeszy, nikogo, wezmą ślub i na wieki całe będą razem, nierozerwalnym połączeni węzłem.

Potężny przypływ uczucia rozkołysał serce Handzi. Zapragnęła całym swym jestestwem widoku ukochanego. Aby on był z nią, aby jak najprędzej! Zawiadomić go zaraz, natychmiast o swym wyjeździe z Turzerogów. Przyjedzie do Toporzysk, Andrzej drogi, Jędrek, Jędrek serdeczny! - wołało żywiołową mocą w rozegzaltowanej duszy dziewczęcej. Andzia nie myśląc już o swych smutkach, nie rozważając przykrego położenia, żyła nadzieją, że oto idzie ku niej ogromne szczęście, że teraz zabłyśnie radość i wesele, i stanie się niezmącone, niewysłowione, ich własne.

Hadziewicz zdumiał na widok zmiany, jaka w niej zaszła; zdawało się, że zorza poranna skierowała na nią swój złotoróżowy wzrok. Gdy spytał ją o powód tej świetlistości wewnętrznej, odrzekła wesoło, z uśmiechem pełnym pogody.

- Bo nie mam się czego martwić, teraz zobaczę pana Andrzeja i... on już mnie nie opuści.

- Oj to, to, detyno, serdeńko, takiej opieki ci potrzeba. A przemożna to tarcza i bezpieczna. Ho, ho!...


* * *


Andrzej Olelkowicz po powrocie z Turzerogów zamknął się u siebie rozwścieczony. Pomimo próśb i tłumaczeń stryja, który wstrzymywał bratanka od kroków gwałtownych, młody pan postanowił nieodwołalnie porwać Andzię. Zapowiedział stryjowi, że zawiezie Tarłównę do Krasnosiełek, gdzie ciotka zaopiekuje się dziewczyną do czasu ślubu, ten zaś nastąpi prędko, bo Kościesza w takich warunkach zmuszony będzie ulec. Andrzej nie dbał o skandal, nic go świat nie obchodził, pragnął tylko wydrzeć Andzię z tej jaskini węża, bo przeczuł już, odgadł wyraźnie jego bezczelny plan. Że Andzia zgodzi się na ten średniowieczny sposób zdobywania szczęścia, nie wątpił, wiedział, że ufa mu ikocha go nade wszystko. On szalał za nią. Przez czas walki i ciągłych zmagań się, przez tęsknotę, miłość jego dla niej osiągnęła zenit, nie rozumiał życia bez niej, była dlań jedynym celem, natchnieniem jego ducha. NIe czuł się na siłach dłużej prowadzić bezskutecznej walki i... nie miał cierpliwości, tym bardziej, że Kościesza sam mówił niedwuznacznie, iż chce wyjechać, a nie pojedzie przecież sam. Skryje ją gdzieś za granicą i będzie ją bezpiecznie osnuwał siecią swej podłej intrygi. Więc nie tylko porwać ją dla siebie, ale trzeba ją ratować. Co powie na to opinia ludzka, to drobnostka. Jeśli wśród ludzi kulturalnych nie ma porywań, to niechże nie będzie i takich barbarzyńskich jednostek, jak Kościesza. Wobec podobnych typów tylko gwałt jest możliwy. Postępował dotychczas jak człowiek etyczny, lecz ignorowano wszelkie jego normalne zabiegi, zbezczeszczono jego honor i szlachectwo, sponiewierano jego miłość. Dobrze! Stanie się teraz mniej kulturalny, zabili w nim światowca, będzie dzikim najeźdźcą. Ale dopnie swego!

Olelkowicz po paru godzinach samotności wezwał Fedora i odbył z nim tajną, krótką rozmowę, po czym osobny posłaniec pojechał do Grześka. Gdy zapadł gęsty zmrok wrześniowy, Andrzej miotał się straszliwie, targał nim niepokój i piekielna podnieta. Grześ przyjechał późnym wieczorem. W gabinecie Olelkowicza Fedor i borowy wilczarski słuchali rozkazów młodego pana, przejęci swą rolą niesłychanie i tak pewni siebie, jakby podobne wyprawy awanturnicze były ich powszednim chlebem. Plan polegał na tym, że Grześko miał się wślizgnąć o świcie do ogrodu turzerogskiego i rzucić kartkę do okna Andzi, wzywając ją do wyjścia nad stawy, gdzie była zupełnie głucha, nieuczęszczana część parku. Tam miał czekać Andrzej, opodal za pasieką krzewów zarośniętą gęstwiną, Fedor z końmi, czwórką najprzedniejszych biegunów prokopyszczskiej stajni, zaprzężonych do zakrytego powozu. Zależało wszystko od zręczności Grześka i zgody Andzi, lecz o to Andrzej nie miał obaw. Grześko zaś wybornie pojmował swe wielkie posłannictwo.

Olelkowicz postanowił wyjechać za parę godzin.

Młody pan zahartowywał w sobie zimną krew, zmuszał do spokoju rozhulany temperament i werwę junacką, wichrem pędzącą go naprzód. Na krótko przed wyjazdem wręczono mu telegram. Rozerwał kopertę niecierpliwie. Pewno jakieś majątkowe głupstwo - pomyślał niechętnie.


"Wyjechałam z Hadziewiczem do Toporzysk.

Anna."


Przeczytał i zmartwiał. Krew zastygła mu w żyłach. Nie zdołał na razie zorientować się, kim jest Hadziewicz, którego nie znał, ale od razu pojął, że stało się coś strasznego i że to nie wyjazd, lecz gwałtowna ucieczka. Zamiar porwania runął w gruzy jednym zamachem, lecz mógł runąć z innego powodu, gdyby Kościesza wywiózł Andzię.

Andrzej krzyknął donośnie, bez treści, jedynie pod wpływem gwałtownego zdenerwowania. Wypełniło go na wskroś szczęście, że ona jest już wolna od Kościeszy.

Wpadł do Grześka i spytał porywczo:

- Kto to jest Hadziewicz?

- Pan Hadziewicz? A toż pełnomocnik Toporzysk i Drakowa.

- Prawda, prawda!Zapomniałem!... Konie dla mnie, żywo Fedor!...

- Już, jasny panie? Czy i my?...

- Nie pojedziemy tam... Jadę na dworzec! Hej! Ani minuty dłużej. Konie!

Olelkowicz gorączkował się. Unosił go zapał.

- Zuch moja dziewczyna! Handziu, Handziu! - zawołał entuzjastycznie opuszczając Prokopyszcze.


* * *


Cichy, złotem przytykany, pełen sytości jesiennej wieczór nad Słuczą był świadkiem ich spotkania. Powitali się tak, jakby sam Bóg złączył im ręce. Dostojna chwila zwiesiła nad ich rozmarzonymi głowami baldachim szczodrych i wzniosłych upojeń, sypały się zeń róże karminowe, pogrążając serca tych dwojga w aromacie rozkosznych uczuć, przeżyć jedynych na świecie, natchnień bezkresnych. Dusze ich spoiły się, zatonęły w sobie i wzajemnie piły czar. Wszechmocna miłość rozwinięte swe kielichy, słodyczą nalane, chyliła ku nim hojnie, by czerpali miód ziemski, bogom przynależny. Sączyła im kroplę po kropli słoneczny płyn ideałów, w bieli kwiatów poczęty, dla wybrańców przeznaczony. Dla tych, co potrafili go odszukać, przepyszną koronę kwiatu roztulić i wydobyć najszczytniejszą esencję. Biel cudnego kielicha miłości znaleźli i zdobyli, niepokalana była barwa ich miłosnych zachwytów, lecz pijąc dłużej z tej królewskiej czary, purpurą jęli ją okraszać, gorącą falą własnej krwi rumienić jej płatki, by stała się tak pełna życia jak pełna była ideałów.

Takie bogate, magnackie kwiaty odczuwali w sobie, kwitły im one w oczach zawrotnie miłujących się, kwitły na ustach i stąd najsilniej nasiąkały szkarłatem. Andzia poczuła w sobie niebywały żar, coś w niej kipiało. Odmiennie uderzały młode tętna. Andrzej zarażał ją własnym huraganem pożądań. Przyszedł na nich moment niezwykłych zjawisk, gdzie już nie wystarczała sama biel kwiatu miłości, gdzie już nie tylko dusze mówiły, ale krew hucząca, młoda jak maj, a świeża, a wartka, a rozpalona podnietą wołała ku sobie, hasła swe wyzywając...

Nurzali się w szczęściu, zajaśniało im ono nagle po dniach mroków i tęsknoty. Odświeżali wspomnienia wiosenne, w zagrodzie Grześka przy Watażce.

Teraz zwierzali Słuczy swe wyznania, pragnienia i szał wrzących serc. A rzeka zbierała te wonne okruchy na fale błękitnozłote i niosła je hen, z szumem zapienionych nurtów w dal szarawą. Gwarzyły fale do wtóru ich pieśni, gędźba rzeki była akordem do melodyjnych nut, które oni tworzyli jak wirtuozi. Ognistość rzeki dostrajała się do ich fantazji twórczych, dźwięczały im rapsodie, burzliwe tą rozkoszną zawieruchą, jaką budzi miłość. Epopeę duchową wznosili do szczytów, błądząc niby w złocistym tumanie z tym swoim poematem_cudem i z uśpioną chwilowo beztroską.

Dwa duchy uniesione w przestwór - to oni, z ziemi wzięli tylko to, co jest najpiękniejszego: ogień i purpurowe kwiaty.

Białe lilie znajdą i w obłokach.

Hadziewiczowie patrzyli z radością na ekstatyczną miłość młodych. Trapiły ich tylko obawy, kiedy i jak mniej błękitna rzeczywistość ukaże swe oblicze.

A może ta jasność już na zawsze rozproszy mroki?...

Czy możliwe jest na świecie prawdziwe szczęście?...

Czyżby ci młodzi odkryli skarb... czy na długo?...

Wszak nawet słońce chmurami się zasnuwa...

Staruszkowie wierzyli w złotą nić przeznaczenia młodych.



XXV

Przełom złowrogi

Kościesza ocknąwszy się z długiego odrętwienia zauważył najpierw list Andzi do Andrzeja nie skończony, zapomniany na biurku. Przeczytał go, zmiął w dłoni i chciał poszarpać, lecz się wstrzymał, wyprostował arkusz i odłożył na miejsce. Wolnym, ciężkim krokiem opuścił buduarek, poszedł do siebie. Godziny mijały. W pewnej chwili Kościesza zdziwił się, że nie proszą go na obiad. W domu panowała wyjątkowa cisza. Mało go to na razie obchodziło. Przed wieczorem zaledwo wyszedł na zwiady. Pierwszego spotkał Filipa.

- Cóż tak wybałuszasz oczy? Masz baranią minę. Czy pełnomocnik z Toporzysk wyjechał?

Służący zdrętwiał zupełnie.

- Wy...jechał.

- Czy to dziś nie było obiadu?

Milczenie.

- Cóż ty język zjadłeś? Gadajże!

- Był.

- Gdzie jest panienka?

- Nie... nie wiem.

Kościesza rzucił ramionami z pasją i poszedł wprost do panny Niemojskiej. Znalazł ją u Smoczyńskiej. Obie kobiety przeraziły się jego wejścia. Kościesza stanął na progu i rzekł sucho do Eweliny:

- Niech pani zajmie się wyekwipowaniem Andzi, trzeba rzeczy spakować dla niej i dla mnie, jutro przed południem jedziemy. Cóż panie tak na mnie patrzą, jakbym zmartwychwstał? Co tu się dzieje dzisiaj?...

Kobiety milczały, żadna słowa nie mogła wypowiedzieć. Kościesza trzasnął drzwiami i wyszedł szarpiąc brodę, już z pewnym niepokojem. Spotkał Januszka na ganku, zauważył, że chłopak również patrzy nań spode łba i ma zapłakane oczy.

Nagłe, okropne jakieś przeczucie targnęło Kościeszą. Porwał malca za ramiona i wrzasnął mu nad uchem:

- Gdzie Andzia??...

- Wyjech...a...ła!...

- Dokąd?!

- Z panem... Hadziewiczem...

- Co?!... Co!?...

Ramiona mu opadły, chłopak skorzystał z tego i umknął jak wiewiórka.

Kościesza stał niby słup z wytrzeszczonymi oczami i rozwartymi ustami.

- Uciekła ode mnie, uciekła - huczało mu w głowie.

Zerwał się z nieludzkim rykiem i wpadł do domu.

Zawrzało tam piekło, jak słusznie zgadywał Hadziewicz. Kościesza z furią runął do pokoju Smoczyńskiej i zrobił tam taką burzę, że chora kobieta zemdlała. Panna Ewelina i Jan cucili ją, sami sterroryzowani przez pana domu. Dostało się i Januszkowi i służbie, nawet pan Kadłubek, Bogu ducha winien, wysłuchał gorzkich, niedelikatnych wymysłów właściciela.

Kościesza wariował, chciał wysłać pogoń za Andzią, lecz sam się spostrzegł, że ona już jedzie koleją i że on ze swą pogonią narazi się tylko na śmieszność. Rozumiał, że najlepiej będzie zachować pozory i nie robić takich burd, obojętnie przyjąć wiadomość... Ale stało się. Gdy Nicyfor z końmi powrócił z kolei, Kościesza znowu stracił władzę na sobą; wygrzmocił stangreta laską i wówczas już, jakoby uspokojony, zamknął się u siebie przeżuwając ciężkie myśli, zionąc przekleństwa. Łamał ręce, brodę rwał całą garścią, zaciskał okrutnie zęby i tak w czterech ścianach gabinetu tłukł się niby zwierz rozjuszony, to znowu zastygał, martwiał i zacisnąwszy ręce na kolanach, zamykał oczy. Wówczas mięśnie twarzy kurczyły się z taką nerwową gwałtownością jakby rozsadzały ciało.

Myśl nieznośna o przerażającej prawdzie waliła go w mózg taranem. Zuchwałość Andzi niepojęta, nigdy nawet nie przewidywana, ciosem była dla Kościeszy. Nie potrafił logicznie rozważać faktu, czuł obuch nad sobą i ten go miażdżył. Złośliwy demon wyzierał z kątów pokoju, cieniem wieczornym osnutego i urągał mu... szydził... wyśmiewał:

...Chciałeś ją wywieźć, oto uprzedziła cię, uciekła...

...uciekła od twych planów zaborczych, od ciebie, od ojczyma, opiekuna...

...Uciekła do swego majątku.

...Zakpiła z ciebie, nie poddała się twoim zamysłom... może je odgadła?...

...Odtrąciła z obrzydzeniem twe ramiona, ohydne były dla niej.

...Ha, ha! Teraz znajdzie ją Olelkowicz... ukochani się spotkają...

...Broniłeś... groziłeś, chciałeś być dla nich prawem i siłą, otóż pominęli cię... miłość stała się ich wyrocznią.

...Nie skułeś jej w kajdany, rozszarpała więzy, ciebie zaś zostawiła w błazeńskiej masce. Ach, tyranie, jakiś ty śmieszny! - drwił demon - skaczesz z gniewu, pienisz się, wyjesz, gromisz ludzi...

...O... o... patrzcie... August na arenie!

...Jakiś ty śmieszny! Ona już daleko w swym spadkowym majątku, który ci tak zapachniał. Ciąłeś lasek, ładowałeś kieszenie pieniążkami. Och, jak to smakowało! Ona to zobaczy, jej to pokażą... Jakież będzie miała genialne wyobrażenie o twej uczciwości, jak ci zacznie ufać.

...O! Jak cię będzie szanowała... Ha, ha, ha! Ha, ha, ha!...

Szatan bryzgał cynicznym śmiechem i ciskał w uszy Kościeszy kpiące szepty, naigrawał się z niego.

...Olelkowicz z nią będzie, pojedzie tam bez skrupułów, zaręczą się.

...A ty, a ty?... Jakaż to twoja mina teraz wobec Olelkowicza i Andzi? Chciałeś ich zmusić, do własnej woli nagiąć, a oto oni ciebie zmuszą, teraz ustąpisz. Musisz! Ha, ha!...

...Ty... i musisz ulec!...

Kościesza myślał chwilami, że oszaleje. Nigdy dotychczas nie był tak złamany, nigdy nie czuł tak dotkliwie własnej nicości, bezradności i upokorzenia. Całą noc nie wstał z fotela, następnego dnia torturował swą duszę w dalszym ciągu. Kłębowisko najróżnorodniejszych myśli, projektów kłóciło się ze sobą, nie dając rezultatów.

Pojechać tam, zabrać ją przemocą z powrotem... styranizować... A Olelkowicz? On tam jest... Z nim zadrzeć? On jej sobie odebrać nie pozwoli. Teraz on ma przewagę.

...Zresztą i ona, skoro uciekła, nie powróci tu, nawet pod presją.

Nie jest pełnoletnia, można ją zmusić prawnie.

A Olelkowicz... znowu ostrzeżenie.

Ten potężny panek w okolicy świat poruszy, lecz jej nie odda. Zresztą skandal. Dosyć jednego. Tarłówna uciekła od ojczyma i... przed ojczymem - rozniesie się po okolicy... już pewno wieść niesiona z ust do ust grzmi naokoło... Wywoływać nowe awantury? Jakiż cel?

Chcesz być błaznem do końca? Dalejże! Hej! Pozwól sobie - drwił demon.

Cóż pozostaje?

Ty... Kościesza, musisz się upokorzyć, jechać tam, do niej... do nich i pozwolić na małżeństwo jej z nienawistnym Olelkowiczem. Z uprzejmą miną, z ojcowską powagą...

Ha, ha, ha! - śmiał się demon.

...I pobłogosławić młodym z ojcowskim namaszczeniem.

Jak czuły ojciec... ha... ha! - znowu śmiech.

- Piekło! - krzyknął Kościesza.

Demon rechotał, a oto wizja stanęła przed ojczymem, zjawisko Izy.

- Powierzyłam ci dziecko moje, co z nim zrobiłeś? Gdzie ono jest? Czy mało ci ofiary ze mnie, czy chcesz skatować i tę dziewczynę?

- On ją właśnie hołubił dla siebie, głaskał... nie oddawał nikomu. Za bogata jest i... za ładna dla kogoś, ha... ha!... - wrzasnął demon.

- Gdzie Andzia? Krzywdzisz ją Teodorze - głos zza grobu.

Kościesza wzdrygnął się z przerażenia, uciekł z pokoju, wszędzie goniły za nim słowa Izy i śmiech demona.

Tracił zmysły, nie wiedział, co się dokoła niego dzieje. Popadł w całkowitą obojętność na wszystko, co nie było myślą o Andzi i Olelkowiczu oraz o wybrnięciu z sytuacji. Nie zauważył nawet, że Jan Smoczyński zabrał matkę do Smoczewa, wyporządziwszy dla niej naprędce parę izb w czworaku.

Po wybuchu Kościeszy pani Malwina nie sprzeciwiała się synowi. Jan pielęgnował ją, nie myśląc już na razie o wyjeździe na uniwersytet, rozgoryczony doszczętnie wyjazdem Andzi; nie miał jej tego za złe, pani Malwina również. Oboje rozumieli ją i żałowali. - Panna Ewelina chciała wyjechać, lecz Januszek był bez opieki, Jan bowiem rzucił posadę korepetytora. Zgnębiona wielce nauczycielka Tarłówny została w Turzerogach z powodu malca. Kościesza nic nie widział, nic nie słyszał, nikomu się też nie pokazywał. Gryzł własny gniew, miotał się w pasji i rozmyślał... rozmyślał.

Przeszło kilka dni. Kościesza otrzeźwiał. Fakt wyjazdu Andzi ujrzał w pełnym świetle uspokojonych zmysłów.

Zaimponowała mu podwójnie, ucieczką od niego i ukryciem się we własnym majątku, pod opieką administratora, który również imponował Kościeszy, rzucając dobrą posadę dla względów jakich pan Teodor nie rozumiał i nie uznawał. Odezwała się w tej dziewczynie stara krew Tarłów, wartka i dumna. Nic z nią nie poradzi. Zeszły się wybornie natury Andzi i Olelkowicza; tamten także wulkan! Jego postawa i groźne słowa podczas ostatniej rozmowy nie zapowiadały nic dobrego. Kościesza zląkł się: postanowił czym prędzej wywieźć Andzię, aż oto ona sama przecięła węzeł bardzo stanowczym ruchem. Kto wie, co by się stać mogło, do czego byłby zdolny ten młody, buńczuczny zapaleniec. Kościesza wściekał się na niego, lecz musiał go podziwiać na równi z Andzią.

Z niesłychaną, drażniącą trzeźwością Kościesza zrozumiał, że nic mu już więcej nie pozostaje, jak tylko zgodzić się na ich małżeństwo. Zadrżał ze zgrozy na samą myśl o tym... wolałby śmierć Andzi... bo wówczas przynajmniej...

- Ha, ha, ha! - zarechotał demon na nowo ocknięty.

Kościesza zamknął oczy.

Skowyczało mu w duszy, nie chciał za nic takiego ustępstwa, takiego pogromu na całej linii, ruiny wszystkich swych planów i nawet marzeń. Buntował się w nim dziki zaborca, chciwy spekulant i... zmysłowiec. Zbankrutował!

Haniebnie przegrał.

Co mu teraz pozostanie? Upokorzenie przed nimi, przed sobą samym i... tylko Turzerogi z folwarkiem, dla niego i Janusza.

Zwalony został gmach przepyszny.

Inny posiądzie wszystko to, co dla niego było treścią życia, a stało się fatamorganą w rozpalonej wyobraźni poczętą.

I ją, Andzię, posiądzie Olelkowicz...

- Jak śmiałeś nawet o tym marzyć... stary idioto... występek kazirodztwa!... - szeptało sumienie.

Co tam występek, gwizdać na to! Wszystko obejść można, ale pełna kabza!... Tej się trudno wyrzec. Ona przepada, ha, ha, ha! - wył demon sarkastycznie.

...To zemsta za... Izę, twoja... Ananke...

Zelektryzowały go te podszepty.

Więc trzeba zdusić w sobie zawód, stłumić gniew, wyrobić spokój i załagodzić całą sprawę? Dla ludzi, dla świata! Zabrać ją do Turzerogów, tolerować ich narzeczeństwo... potem ślub...

Nagle uderzenie myśli.

Kościesza ścierpł, jakby stężał. Zacisnął powieki, ręce bezwładnie rozrzucone na poręczy fotela wykonywały jakieś niespokojne ruchy, palce jak szpony, kurczyły się i otwierały drapieżnie. Mózg jego pracował, przewalały się przez słoje potworne bryły szatańskich pokus. Czarny, lepki miał osiadł gęsto okopcając sumienie.

Zamilkło zduszone.

Cicho śmiał się demon, lecz już nie szyderczo, raczej tryumfalnie.

Tragiczne oczy Izy, wizją pośmiertną wpatrzone w ojczyma Anny... zamarły po raz wtóry.

Kościesza wciąż pracował mózgiem.

W pewnej godzinie wstał, zimny, żelazny... jak dawniej.

W oczach błysnął mu złowrogi kolec jak lśnienie sztyletu. Ściśnięta pięść spadła na biurko zdecydowanym rzutem.

Zgadzam się. Jadę do Toporzysk, regulować rachunki z Hadziewiczem i zabrać... tamtych.

Zgadzam się.


* * *


Powitanie Kościeszy z Tarłówną i z jej narzeczonym, w Toporzyskach odbyło się chłodno i ceremonialnie. Andrzej wytwornie spokojny, lecz sztywny czuwał bacznie i Kościesza to zauważył, młody pan trzymał go jakby w ryzach. Andzia widziała na twarzy ojczyma inny wyraz niż w oczach, prawie stale nieco zmrużonych. Nieźle udawaną uprzejmość psuły cynizmem skrzywione usta; cała otchłań obrazy i okrutnej złości była w przysłoniętych źrenicach. Zdobył się nawet na słowa, wypowiedziane szczególnym tonem protekcji łaskawej, ironii, pobłażania i niby dobrodusznej bezradności.

- Tak państwo... obcesowo do siebie dążyli... tak romantycznie, że poniekąd przekonałem się do... waszych zamiarów i zezwalam.

- Pobłogosław... ojczyku... opiekunie kochający... Benedictum!... Hi, hi, hi! - szydził złośliwy demon.

Lecz nikt nie żądał takiej parodii. Andzia odczuła, ile kosztują Kościeszę te słowa, jego zgoda i przyjazd. Trochę żałowała go nawet.

- Czy on to robi dla mnie, czy dla świata?... - myślała.

Olelkowicz nie łudził się, uważał to za konieczny pozór.

Gdy Kościesza wziął Andzię za rękę i chciał ją pocałować w czoło, wyprężyła się tak, że ledwo musnął ustami jej włosy.

Z Olelkowiczem podali sobie ręce jak dwaj dżentelmeni, którzy się pierwszy raz widzą i już sobie nie ufają.

- Życzę szczęścia - mruknął Kościesza, ale zamiast słów usłyszeli tylko lekki szumek z jego ust. Rzekł jeszcze:

- Mam nadzieję, że oboje nacieszywszy się tą sielanką nad Słuczą powrócicie do Turzerogów. Tak wypada. Można i tam robić projekty matrymonialne.

- Raczej oznaczyć dzień ślubu - poprawił Olelkowicz.

Kościesza zacisnął usta.

Andzia miała jeszcze ważną prośbę do ojczyma, pragnęła zatrzymać Hadziewicza w Toporzyskach, lecz ponieważ z tej kwestii mogłaby się wyłonić drażliwa sprawa rąbanego lasu, Andzia zatem, wiedziona wrodzoną delikatnością, postanowiła rzecz odłożyć na później tym bardziej, że Hadziewicz dopiero za parę miesięcy miał być uwolniony. Andzia instynktem czuła walkę Kościeszy, jego przełom. Miał już dość upokorzenia, nie trzeba dodawać mu więcej. Dziewczyna, będąc z natury łagodna i łatwo zapominająca wszelkie urazy, szczególnie teraz, pod wpływem rozkwitu swego szczęścia, chciała, aby dokoła było jasno i spokojnie. Dość rozterek, tęsknoty, dość smutnych i bolesnych przejść. Serce jej nurzało się w niezmiernej szczęśliwości, więc rozszerzyć tę promienność na otoczenie i już niech panuje niezmącona pogoda. Na różanych jej ustach jaśniał uśmiech cudowny, oczy czarne błyskały radośnie, pełna była słodkich ponęt i jak urocza pieśń melodią tchnęła.

Do Kościeszy straciła zaufanie raz na zawsze, unikała go z zabobonną obawą i nie mogła już nazywać ojczymem, tytułowała go panem od pierwszej chwili spotkania w Toporzyskach. Tak pozostało.

Przebywali jeszcze kilka dni nad Słuczą, gdyż Kościesza chciał do końca utrzymać wszystkich w mniemaniu, że przyjechał nie tylko po Andzię.

Sprawdzał rachunki, zwiedzał majątki, zostawiając narzeczonych samym sobie, za to przynajmniej mogli mu być wdzięczni. Śledził ich jednakże w skrytości.

Wszyscy razem powrócili do Turzerogów. Ślub naznaczyli za dwa miesiące, w końcu listopada.

Kościesza nie mieszał się do niczego, pozostawał na boku.

Andrzej przyjeżdżał do narzeczonej co drugi dzień, wówczas przebywali ciągle z sobą, snując cudowne plany przyszłości. Do Smoczewa nie zaglądali, krępowała Tarłównę obecność Jana, tylko gdy nie było Olelkowicza, Andzia pielęgnowała ciotkę, przesiadując u niej całymi dniami.

Z Andrzejem unosiła się w cudne roztocze. Łączyła ich jednakowa bujność temperamentu, zapał młodzieńczy, wiara we własne ideały, szczytne poloty duchowe i bogate w fantazję marzenia. Andzia pragnęła być nie tylko dobrą żoną dla Andrzeja, lecz i znającą doniosłe swe stanowisko obywatelką kraju, położonego na kresach, zatem wymagającego tym bardziej kulturalnych idei. Kochali oboje lud wołyński i marzyli o tym, że wniosą w tę czerń dużo światła, dużo nieznanych tam dotąd przewodników cywilizacji. Razem tworzyli piękne projekty,kończąc je zawsze zapatrzeniem się we własne serca. Gubili się w swych oczach, niekiedy odnajdywali usta, rozkosz syciła ich wtedy hojną czarą.

Kościesza nie patrzył, był obojętny, zimny granitowym chłodem.

Ale widział i czuł wszystko.

Myśli jego, błądzące pod czaszką, mógł odgadywać tylko złośliwy demon, prześladujący go stale.

Ktoś, kto by go obserwował pilnie, zauważyłby może w jego półprzymkniętych źrenicach złowrogi kolec, połyskujący... jak lśnienie sztyletu.

Nie gasł, przeciwnie, nabierał mocy na swym stalowym ostrzu.

Pewnego dnia podczas bytności Andrzeja, narzeczeni, powróciwszy ze spaceru poszli do salonu. Kościesza zakradł się cicho do sąsiedniego gabinetu, idąc po dywanach bez szmeru. Stanął opodal drzwi i spoza portiery śledził Andzię i Andrzeja.

Grali i śpiewali pieśni małorosyjskie, czasem tęskne lub szumne jak wicher stepowy.

Kościesza słuchał.

Nagle urwała się pieśń, Andrzej zawołał:

- Handziula, zapomniałem ci pokazać fotografię Prokopyszcz. Obiecałem i przywiozłem. Własne zdjęcia.

Stanęli oboje przy oknie. Olelkowicz wyjął paczkę z kieszeni ubrania, i pokazywał Andzi i objaśniał. Kościesza przysunął twarz do portiery i wstrzymując oddech patrzył.

Andrzej stał za Andzią, trochę bokiem, tak, że jej prawe ramię opierało się o jego piersi, głową sięgała mu do szyi. On był nieco ku niej pochylony, ona profilem zwrócona do niego. Trzymała w rękach fotografie, które on jej podawał. Andrzej objaśniał:

- To fragment z parku...

- Jaki piękny! A ten biały zrąb muru, co to?

- To altana starożytna: jest w niej studnia artezyjska. A to figura bogini Cerery, na gazonach, przed domem, od strony parku. Tu kwitną róże, mnóstwo róż i te nasze szkarłatne.

Uśmiechnęli się do siebie.

- To moje stado na pastwiskach. A tego jeźdźca poznajesz?

- To ty, Jędrek, na Watażce! - zawołała Andzia. - Daj mi tę fotografię.

- Weź wszystkie, przywiozłem dla ciebie. O patrz, to jest nasz dom.

- Jaki ogromny i ocieniony!

- Stare domostwo, samotne tymczasem. Ty, Handziuś mój, rozjaśnisz go, ukrasisz. Ty... ty... mój pąku szkarłatny! - zawołał z zapałem i otoczył ją silnym ramieniem, z wytworną delikatnością. Fotografie upadły na dywan.

Andrzej wziął obie rączki Andzi w swe dłonie, przegiął się w prawo i w ruchu tym, tuląc do piersi, pochylił głowę nad jej twarzą. Ona podniosła ku niemu swój owal rozjaśniony i oczy zagłębiła w jego rozmiłowanych oczach.

Śliczna była w tym przegięciu. Głowa jej strojna w ciężkie włosy czarne, okalające miękko drobną twarz i zwojem obfitym spływające na kark, tuliła się cicho do piersi narzeczonego. Oczy przymknięte, ocieniały długie, bujne rzęsy, usta lekko rozchylone, wyraz rozkoszy nieświadomej, jakby w pół dziecięcej w pół kobiecej, owiewał jej ładne rysy. Ruchy rąk podniesionych nieco i odwróconych dłonią, które Andrzej trzymał za palce, dodawały tej pozie uroku jakiegoś oddawania się, niewinnej a rozkosznej pieszczoty. Twarz Andrzeja wyżej, ponad dziewczęcą, dotykała ustami kącika jej ust, muskając policzek dziewczyny małym ciemnym wąsem. Oczy miał spuszczone, zatopione w jej rzęsach. Nie całował jeszcze jej warg różanych, upajał się tą wspólną chwilą oczekiwania.

Kościesza patrzył i zaciskał zęby. Gniew szalony miotał nim, ale trzymał go na wodzy, chłonął wzrokiem piękną parę i tę pozę ich, nieco zmysłową, lecz pełną czaru.

Patrzył na Andzię i pomimo piekła w duszy podziwiał ją. Była jakby opłynięta ciemną, lekką suknią, na piersiach szalowo skrzyżowana ciemna gaza przebłyskiwała dyskretnie różem ciała, odsłonięta głęboko szyja świeciła karnacją przepysznej, ciepłej bieli, wychylała się z obsłon gazy i jakiegoś brzeżka białej gipiury, podłużnie zamykającego wycięcie staniczka, jak muszla przejasna. Szyję toczoną i smukłą opinał sznur pereł, dar Kościeszy.

- Umie się ubrać - myślał podglądający.

- Skromnie, stylowo a kokieteryjnie.

- Dla tamtego się ubiera.

Z nienawiścią patrzył na Andrzeja.

- Albo ten jak wygląda!

Piękne czoło młodzieńca, z czupryną ciemną, wytwornie na boku rozdzieloną, sokole, silne brwi, rozpięte ciemnym łukiem nad nasadą rasowego, zgrabnego nosa, nadawały mu dzielnego wyrazu i szlachetności.

Uśmiech rozkoszą tchnący i usta pełne, męskie, drażniące dziewczynę podniecająco, jakby dla wzmocnienia szału, gdy je wreszcie posiądzie zaraz... zaraz...

Postać jego wysoka, mężna, lecz elastyczna, pochylona nad nią, spoza jej pleców, w ładnym przegięciu, miała w sobie zapał młodzieńczy, energię i zaborczość męską, przy tym zaś ruch niezmiernie subtelny, nawet łagodny i przy swej władności - słodki. Grupa ta, warta pędzla mistrza, amatora scen erotycznych o wykwintnym rysunku rozjątrzyła Kościeszę. Zatrząsł się w sobie. Chciał wpaść tam i zdruzgotać Olelkowicza, zabić go, sponiewierać.

Stoczył z sobą walkę krótką, lecz okropną.

I przemógł się.

Prędko wstał, odchodził słaniając się, głusząc swe kroki, aby go nie usłyszeli.

Odtąd unikał starannie spotkania narzeczonych, nie ręczył za siebie.

Ale w oczach jego, zawsze przymkniętych, szatan rozpalał żagwie straszliwe, ostrzył coraz bardziej kolec złowrogi i jadem go zatruwał.



XXVI

Obława

Biało-siwy szron osnuł delikatnie bory wilczarskie. Szron na drzewach. Gałęzie są jak z cukru, chrupkie i na wskroś białe. Cudnie wyglądają dostojne sosny, na których każda igiełka osobno powleczona jest szronem, każda stoi sztywno najeżona mrozem. Siwizny dostały poważne matrony leśne. Ale i dęby i buki prastare, toż samo oszronione doszczętnie cicho śnią. Wedle starej legendy, święty Marcin przyjechał nie na białym, lecz na siwym koniu i wszystko dokoła przybrało jego barwę. Cisza, aż ogłuszająca. Zapada wieczór. Stary borowy Grześko kroczył wolno do swej zagrody leśną drogą zwaną perekrestką. Wracał z Wilczar, gdzie zdawał relację o zwierzostanie, przed mającą nastąpić obławą.

Strzelba na plecach i torba wielka i blachą herbową zakryte piersi tworzyły konieczny rynsztunek jego postaci.

Szedł trochę zgarbiony, postękiwał lub mruczał półgłosem. Razem z myślami mieszały mu się słowa:

- Boże chorony, ot i mrozek wziął, a jaki ładny... żeby jeszcze śnieżek to i ponowa na jutro. A tak co? Trawa krucha, łamie się, a śladu nijak...

Po chwilowej przerwie znowu mruczenie:

- Słonko idzie spać, czuj duch teraz, zwierz każdy na żerunek paraduje. Anioł Pański zwiastował Pannie Marii... Ho, ho, jak dziedzic nasz, prokopyszczski pan, stanie na stanowisku, to już dla zwierzaków i bida... i poczęła z Ducha Świętego. Zdrowaś Maria... żeby to prędzej był ich ślub, takiego pana i panią mieć ho, ho!... łaskiś pełna, pan z tobą... Jutro czut, świt do boru. Boże chorony!

Westchnął i skończył pacierz.

Mijał las dębów rozłożystych, podszytych mnóstwem suchych paproci, wiatr wieczorny hulał w nich, szum chrzęstliwy czyniąc dokoła. Pomruk boru i te szepty w kniei Grześko znał wybornie, od razu więc zastanowił go jakiś odmienny, skradający się szmer, niedaleko. Stanął, wyciągnął szyję i słuchał. Ujrzał o kilkanaście kroków od siebie cień sunący wśród paproci.

- Coś... idzie...

Prędko podszedł w tę stronę i zobaczył już wyraźnie postać ludzką, szarą, na pół skuloną, o wężowym pełznącym chodzie.

- Chwedźko!

Postać znikła w żółtawo_mętnej gęstwinie, zlała się z nią, wsiąkła.

Grześ przeżegnał się, niemiły dreszcz wstrząsnął nim jak zwykle na widok tego indywiduum.

- Wołokita parszywa, włóczysię po boru, niesamowity, widno z didkami, da upiorami rejmanteruje...

Szedł prędzej, pędzony lękiem, po chwili znowu mruknął:

- Potrzebna zmora przed jutrzejszą obławą. Czortowski taki syn, pohany, tfu!...

Niepokój zagnieździł się w sercu starego i nurtował go. Gdy przyszedł do chaty, odmówił pacierze, wszystkie jakie umiał, czytał biblię i kantyczkę; nic nie pomogło. Coś gniotło mu duszę, ciężarem ją przywalało. Borowy nie zasnął przez całą noc, mętne przeczucia, a straszne wizje jakieś, przemożny strach dręczyły Grześka, trując go aż do świtu. Ucieszył się nadzwyczajnie, zobaczywszy brzask na niebie. Głowa mu ciężyła, bolały wszystkie kości, ale był rad, że już mamidła nocne pierzchną. Szedł do Wilczar, na punkt zborny dla myśliwych, gajowych i naganki. Na trakcie, blisko plantu kolejowego, spotkał przepyszny zaprzęg bałagulski z Prokopyszcz, cztery szpaki, rosłe, maściste. Olelkowicz jechał z Fedorem, Daniło powoził. Młody pan dojrzał borowego.

- Hej, Grześku, siadajcie, podwiozę.

- Jasny pan tak rano? Ho, ho!...

- Spieszy mi się, Grześku, jeszcze w nocy wyjechałem.

- Boże chorony, musi nie dla samej kniei tak spieszno? - zaśmiał się borowy dyskretnie, gramoląc się na brykę.

Młodzieniec, w rozchylonej burce sławuckiej, na kurcie myśliwskiej, w fantazyjnie nałożonym kapeluszu strzeleckim, zaśmiał się wesoło.

- Domyślny z was człowiek. Grześku. Tak jest! Najpierw do panienki, potem w knieję. Hej, Daniło, popędzaj, bo ostatni przyjedziemy.

- I... gdzie tam! Ale dobry mróz trzyma, bagna już tęgo stężały, zwierz pójdzie i przez moczary.

- Nie ma ponowy, to źle.

- Jasny pan i bez tego natłucze zwierzyny. Dziki są piękne w ostępie Temnyj Hrad, spasły się na żołędziach, da na buczynie. Tęgie juchy. Sarny i łosie koło Krasnej Duszohuby, a co zajęcy, to jak maku.

- Eh! Kto by tam na zające patrzył.

- Wiadomo! Ot już i Wilczary.

Na dziedzińcu przed pałacykiem stało parę bryczek, których właściciele pochodzili z okolic bliższych leśniczówki. Gromady chłopów dorosłych i podrostków, przeznaczonych do naganiania zwierzyny grupowały się. Radząc głośno i brząkając w drewniane kołatki. Grześko miał być ich dowódcą w towarzystwie kilku innych gajowych. Panowała już tu charakterystyczna wrzawa myśliwska. Olelkowicz pozdrowił naganiaczy raźnym okrzykiem, odpowiedzieli mu zgodnym chórem i pozdejmowali czapki z głów. Twarze obrosłe i młodzieńcze uśmiechały się trochę głupawo, ale szczerze, do młodego pana, powszechnie lubianego.

Andrzej wszedł do sieni. Nowy okrzyk, lecz zdziwienia: wybiegła do niego Andzia. Wyciągnął do niej ramiona, powitali się cicho, podczas gdy z pokoju stołowego dochodziły głośne rozmowy myśliwych. Tarłówna stała przed narzeczonym, różowa, rozjaśniona jak słońce majowe. Andrzej uścisnął jej ręce, patrzyli sobie w oczy z ogromną, jedyną miłością.

- Jedziesz do lasu, Handziuś mój?

- Przyjadę ze śniadaniem dla myśliwych.

- Czemuż nie teraz, bylibyśmy razem na stanowisku?

- Nie chcę drażnić... jego. Wiesz? Powiedział, aby przyjechać z Eweliną dopiero na śniadanie. Nie gniewaj się Jędrek, przecież i ja bym chciała razem jechać, tak mi dziś coś dokucza.

- Co ci jest najdroższa?

- Źle spałam i znowu śniła mi się mama, jej oczy patrzyły na mnie... pełne łez.

- Ależ dziecko! Otrząśnij się z tego. Już prędko będziemy z sobą, słyszysz Handziu? Razem w Prokopyszczach, mężem i żoną. Moja będziesz, moja!...

- Nie wyobrażam sobie takiego szczęścia i to już tak prędko - szepnęła.

Andrzej gwałtownie porwał ją w ramiona, przytulił do piersi serdecznie, żywiołowo. Andzia uniesiona jego zapałem zawisła mu na szyi, tuląc doń ciemną głowę. Usta ich spotkały się i zwarły. Trwało to krótką chwilę. Andzia wymknęła się z objęć narzeczonego; zdyszani, dokończyli pieszczoty wzrokiem swych źrenic wymownych...

Po śniadaniu wyjeżdżano do lasu. Tarłówna wybiegła na ganek, w kubraczku szamerowanym z białymi barankami, z kołpaczka świeciły jej oczy nieopisanym urokiem, czarność ich wdzięczna i miękka w tonie, pogłębiona dziś była lekką zadumą, jakby otchłanną, dziwnie mistyczną. Usta świeże, dojrzałe jagody, śmiały się, oczy tęskniły, ocienione malowniczo długimi rzęsami i brązową obwódką powiek. Spoglądano na nią z zachwytem i ciekawością. Mężczyźni, sąsiedzi Olelkowicza, którzy nie znali jej lub widywali rzadko i z daleka, nie mogli się jej napatrzyć. Zbliżano się do Andrzeja z cichymi powinszowaniami.

- Hej! Szczęśliwy Jędrek - wołał młody Drohobycki, ulubiony sąsiad i kolega Andrzeja.

- A co moja dziewczyna? Cud!- odpowiedział z dumą narzeczony. - Piękna jak kwiat na stepie. Znajdź taką drugą...

Olelkowicz promieniał.

...Mojeż ty złoto kochane, moje zdobyte, cenne, moje szczęście - myślał w duchu, patrząc na Handzię. Rozrzewnienie malowało się na jego twarzy.

Gdy wszystkie wozy i bryczki ruszyły sprzed ganka, Andrzej, jadący na końcu, zeskoczył nagle z bryki i jeszcze raz dopadł do narzeczonej stojącej na schodkach.

- Handziu! Tak cię miłuję, szaleję za tobą! - wykrzyknął stłumionym głosem, tuląc jej ręce do oczu i ust rozpłomienionych.

- Wziąłbym cię w siebie, abyś była ze mną zawsze, aby ci było ciepło... dobrze... Handziu, jakaś ty moja! Kochasz mnie, powiedz?

- Kocham bardzo, tylko mi smutno.

- Czemu?

- Że jedziesz... Jakiś strach mnie ogarnia.

- Głupstwo strachy! Niech się stare baby boją. My Handziula, w życie idziemy. Hej razem! We dwoje... w świat!

Tarłówna drgnęła.

- Ojczym na nas patrzy. Ogląda się jadąc, już zza bramy.

- Przecież nas nie zje! Do widzenia, szczęście moje, myłeńkaja moja!...

Ucałował jej ręce gorąco, zajrzał w oczy i prędko wskoczył do bryczki. Jeszcze patrzył, zerwał kapelusz i powiewając nim ku Andzi - krzyknął:

- Oczekuję przyjazdu jak najprędzej!

Tarłówna ścigała go wzrokiem długo, aż znikł jego zaprzęg za sągami kolejowego drzewa.

...Tak go ogromnie, strasznie kocham. Czy to możliwe... tyle szczęścia?!... - myślała z niepokojem, który mącił własne, duchowe wyznanie.

Obława zaczynała się świetnie, zajmowane ostępy przewyższały marzenia myśliwych.

Zabito już kilka łosi, kozłów, mnóstwo zajęcy. Kościesza prowadził polowanie wybornie, ale sam nic nie zabił, zauważono nawet, że prawie nie strzelał; był niezwykle ponury i milczący, zmarszczka pionowa na czole pogłębiła się, dziwny przykry chłód wiał z tej rysy posępnej. Ale przyzwyczajono się do tego. W piątym zakładzie z rzędu miały być wyłącznie dziki, zajmowano w tym celu uroczysko Temnyj Hrad. Myśliwych ustawiono według numerów, w linię, od zamczyska w głąb gęstego lasu, moczary zamarznięte i osypane siwą szadzią ułatwiały polowanie. Kościesza, rozdając sam numery stanowisk, dał Olelkowiczowi posterunek skrajny, na prawym skrzydle, o jakieś 30 kroków od ruin. Andrzej nie był rad, lecz jeden ze starszych myśliwych rzekł do niego zachęcająco:

- Panie, tam będzie robota, odyńce pójdą na skrzydła, zobaczy pan... to wyborny punkt, ja się znam.

Za Olelkowiczem stanął Fedor z drugą strzelbą zapasową. Andrzej zająwszy pozycję, obejrzał ją dokładnie i uznał za dobrą. Poza nim rosło parę dębów i kilka krzewów karłowatych, dalej zaś jeziorko powleczone taflą lodu, obok jeziorka rudordzawa skała, miejscami siwa od suchego mchu, na prawo od Andrzeja góra zamkowa, jodły stare i dęby, pośród nich zaś wielkie zmurszałe mury, wieże poszczerbione, zręby gruzem osypujące się. Wszystko to szare, zgniłe, pleśnią oślizgłe, patyną wieków. Drzewa roznosiły szum jęczący jakiś, niby echem ponurym odbijający się w ruinach. Cały bór huczał głucho, takim samym szumem. Andrzej patrzył przed siebie na przestrzeń moczarów niewielką, zarośniętą z lekka karłowatymi krzewami, za którą ciemniał bór gęsty, zbity jak potężny wał. Patrzył i przypomniał sobie scenę z Lorą Smoczyńską, pod skałą, przy jeziorku i śmiać mu się zachciało. Nie dopięła swego celu z nim, więc porwała Oksztę.

- To jednak zaborcza panna, śmiała - myślał.

Zadrżał, przypomniawszy pocałunki Lory i sam ją przecież całował. Cóż za namiętność w tej dziewczynie!

- Po co to robiłem? - pomyślał z żalem. Odczuł teraz różnicę pocałunku, gdy znał już usta Andzi. Tamta i ta... Ach, nie ma porównania.

Smoczyńska rozwiała się w jego wyobraźni, pod wpływem cudownych wspomnień pieszczot Andzi. I ona pełna ognia i ona ma temperament bujny, stepowy, jest entuzjastką, zapał w niej płonie, ale uczucie jest w niej głównym czynnikiem, dusza tej dziewczyny odbita jest w oczach, pociąga urokiem nieświadomym i nieprzepartym. To nie jest Lora, inny wzbudza zachwyt, inne pożądania; ponęty Andzi dają słodycz pogłębiającą miłość, obiecują szał bezkresny. Ona stopniowo wzbudza niepokój zmysłowy, pragnienie posiadania jej rośnie, olbrzymieje, drażni. I niewysłowiona staje się chwila zdobycia jej, o niej się marzy w skupieniu, niemal z natchnieniem w duszy, ta minuta wydaje się nie tylko potężna upojeniem zmysłów, ale i wielce dostojna jako zespół uczuć idealnych, szczerych i głęboko pojętych.

Handzię nosi się w sercu jak relikwię, jak istotę bardzo drogą, dla której przede wszystkim uczuwa się szacunek.

Rozmyślania Andrzeja przerwał nagle płynący z daleka odgłos trąbki, znany sygnał myśliwski.

- Chłopy ruszyły, jasny panie - przemówił Fedor cicho.

Olelkowicz oderwał myśl od Handzi, słuchał i potwierdził fakt.

- Tak, idzie nagonka.

Stali milcząc, przygotowani do strzelaniny. Andrzej trzymał sztucer w pogotowiu.

Dalekie odgłosy okrzyków i kołatek dochodziły coraz wyraźniej. Zgraja szła rozwrzeszczana, ciskając popłoch w leśną głąb. Już jest bliżej i bliżej. Hałas wzmaga się. Olelkowicz ani drgnął, stał wsłuchany w zbliżającą się wrzawę. Ogarnął go nagle dziwny niepokój, lecz bardzo silny, niespodziewany, zawiercił w sercu jak sztyletem. Handzia na moment zamajaczyła mu w myśli niebywale zatrwożonej, oczy jej zalśniły przed nim aksamitnie łzawą glazurą, były żałosne, tęskne. Ciężar przemożny zdławił Andrzeja, niby instynkt jakiś rozbudzony i nieświadomie męczący. W lesie powstał niesłychany zgiełk, hasło trąb grało donośnie, grzmiały podniecone okrzyki. Na linii panowała cisza obumarła.

- Idzie stado - pomyślał młodzieniec i otrzeźwiał natychmiast. Buchnął pierwszy strzał. Olelkowicz stał jak słup, drżąc lekko. Drugi strzał, trzeci, czwarty:

- Hej! Walą jak na wojnie! Tu nic nie wyjdzie - szepnął rozgorączkowany.

Wtem zatrzeszczały gałęzie w gęstwinie naprzeciw, tętent gwałtowny zahuczał opodal i z lasu wypadł na łachę moczarów olbrzymi dzik, pojedynek. Sadził ukosem na Olelkowicza. Sapał, fukał, przewalając ciężko czarno_rudą masę cielska.

Andrzej wyczekał dostatecznie, mierząc do zwierzęcia.

Strzelił.

Dzik utknął ryjem, upadł,ale zerwał się do ucieczki; był straszny, rozjuszony.

Olelkowicz strzelił z drugiej lufy.

Zwierz runął na ziemię, jeszcze niepewny, kopał kłami mech pod sobą.

Tymczasem z lasu wybiegły w popłochu dwa młode dziki, rwąc prosto na zamczysko. Andrzej chwycił strzelbę od Fedora, rzucając mu krótki rozkaz:

- Dobij odyńca.

Kozak z kordelasem rzucił się do bestii drapieżnej.

Olelkowicz zaś strzelił do dzików i nagle... zachwiał się. Ból okropny, uderzenie potężne w piersi wytrąciły mu broń z ręki. Jęknął i padł na wznak.

Fedor skoczył do niego z przeraźliwym krzykiem:

- Szczo ce, jasny pane!

Chciał go podnieść, lecz zaciążył mu w ramionach. Głowa Olelkowicza zwisła bezwładnie, z ust buchnęła krew.

- Chryste pomyłuj! Ranny, ranny! - ryknął Kozak, rwąc włosy z głowy.

Wypadł na front linii strzelców i, niebaczny na gęste strzały, jął krzyczeć jak opętany:

- Na pomoszcz!... Ratunku! Pany! Ratunku!...

Głos kozaka oszalałego usłyszeli bliżsi myśliwi i Kościesza.

- Ratunku! Ratunku! - wył Fedor.

Chwila... i dokoła rannego zebrali się wszyscy. Powstało zamieszanie straszliwe, pytania krzyżowały się, przerażenie ogarnęło myśliwych.

Jeden z mężczyzn rozpiął ubranie Andrzeja, drugi trzymał go pod ramiona. Fedor nie stracił przytomności, skoczył w stronę jeziora, nogą przebił lód i zaczerpnął pełną czapkę wody. Grześko nadbiegł zaalarmowany o wypadku. On pierwszy dostrzegł ranę. Kula przebiła piersi i utkwiła widocznie w płucach, lub w okolicy serca, rana obficie broczyła krwią. Grześko i Fedor zabrali się do opatrunku, obaj prawie błędni, ogłuszeni. Kolega rannego, Drohobycki, wydał rozkaz jechania w cwał po doktora.

Andrzej oczy szeroko rozwarte przesuwał po obecnych szukając kogoś. Stali wszyscy jakby skamienieli. Kościesza szary na twarzy, nie zrobił ruchu, nie rzekł słowa.

Nagle ranny jęknął głośniej.

Wpił oczy w Kozaka i szepnął:

- Fe...dor... Jedź po panienkę...

Przyjazd lekarza z odległego miasta wydał się wszystkim utopią. Czy zdąży, czy uratuje?...

Zakrztusił się znowu krwią.

Niepewne pytania zawisły chmurą z ołowiu nad tą gromadą ludzi pochylonych nad rannym. Tamowano krew, jak kto umiał, ale wszyscy czuli się bezradni. Bór szumiał rozgłośnie, wicher jęczał na czubach drzew i wył ponuro w szczerbach zamczyska.

Andrzej wpółleżący na kolanach Grześka, walczył... ze śmiercią.


* * *


Fedor pędząc co koń wyskoczy w stronę Wilczar, na drugiej już wiorście spotkał wóz z kucharzem, wiozącym śniadanie, dalej zaś bryczkę, w której jechała Tarłówna z panną Niemojską. Andzia powoziła sama i pierwsza dostrzegła konnego.

- Fedor sadzi do nas! - krzyknęła tknięta złym przeczuciem.

Kozak zrównał się z bryczką i wstrzymał na miejscu spienionego wierzchowca.

- Jasny pan ranny!

Wrzask Fedora, przerażona okropnie twarz kozaka i jego słowa ogłuszyły Andzię. Nie zrozumiała okrzyku.

- Co się stało?!

- Jasny pan nasz ranny. Wam kazał do siebie żywo na Temnyj Grad.

Teraz Andzia rzuciła się na koźle jak szalona. Zrozumiała i serce w niej zamarło. Ręce podniosła do głowy z krzykiem.

- Jezus Maria! Jezus Maria!

Zacięła konie i popędzili traktem leśnym z niebywałą szybkością. Dziewczyna położona prawie na lejcach, wyciągniętych jak struna, batem ćwiczyła konie, które już nieledwie brzuchami dotykały ziemi. Twarz Tarłówny zbielała straszliwie, w oczach gorzał płomień. Dusza jej wyrywała się z ciała, biegnąc naprzód do rannego Andrzeja.

Aby prędzej, aby prędzej!

Panna Ewelina ściskała ramię Anny i ramię Hawryłka, modląc się głośno. Bryczka cudem tylko nie wywracała się. Mijali zakręty, wąskie dróżki leśne, konie okryte były chmurą białą, waliła z nich piana. Gdy stanęli na miejscu, Tarłówna skoczyła na ziemię, pędem przebiegła drożynę, nie dającą się przejechać i padła na kolana przed Andrzejem.

Usunęła Grześka i sama podparła rannego; widząc jego stan, rozpaczą napełniły się jej oczy. Serce przeszyło okrutne ostrze cierpienia, ale była mężna. Wpiła się wzrokiem w jego twarz zmienioną, której wyraz gasiło prędko i stanowczo nieubłagane nieszczęście.

Przytuliła wargi do jego czoła zlanego potem i usłyszała jego cichy szept:

- Pić.

Podała mu garść śniegu. Fedor skoczył znowu po wodę. Andrzej z wysiłkiem przełknął śniegu i oprzytomniał.

Białe usta dziewczyny przywarły do rąk narzeczonego.

- Jędruś... Jędrek!... To ja... - jęknęła.

Otworzył szeroko oczy i wpatrzył się w nią uważnie. Z ust jego wybiegł świszczący szept:

- Handziu moja, to ty... ja... zaraz umrę... jestem zabity.

Słowa te spiorunowały wszystkich.

- Co ty mówisz! Co ty mówisz! Jędrek! - zawołała Tarłówna rozpaczliwie.

- Jestem zabity... kula... stamtąd - wskazał głową na ruiny.

- Majaczy - rzekł jakiś głos.

Ranny dosłyszał, chciał widocznie zaprzeczyć, bo szarpnął się nagle. Już nie mógł mówić, słowa więzły mu w krtani.

Zaprzeczył ruchem głowy, tak słabym, że nikt tego nie zauważył prócz Andzi.

- Nie! On nie majaczy! - krzyknęła.

Grześko usłyszawszy to porwał strzelbę i pobiegł do zamczyska. Za nim kilku chłopów z nagonki.

- Jędrusiu! Jędrek najdroższy! Przemów na litość boską. Patrz na mnie Andrzeju. Boże! Miłosierdzia! - wiła się dziewczyna, katowana obuchem tragicznego ciosu.

Oczy jego raz jeszcze spojrzały na nią mętne, bezbarwne, szklistą powłoką obleczone. Usta zaszemrały coś. Nagle rzucił się i krzyknął dość głośno:

- Handziu! Handziu!...

Znowu bezwład. Głowa spadła ciężko na ramię Andzi. Z piersi wydobyło się rzężenie. Panna Ewelina zaczęła głośno odmawiać litanię. Tarłówna zawyła głuchym łkaniem. Ktoś zaszlochał nieludzkim płaczem, to Fedor, podpełznął do nóg Andrzeja i całował jego buty, rycząc głośno. Szlochy odzywały się coraz częściej, szeptano modlitwy. Chłopi z nagonki, klęcząc, mieli oczy zalane łzami i poodkrywane głowy, tak samo wszyscy panowie i służba. Kościesza klęczał na końcu półkola, zakryty plecami obecnych, pochylony był ku ziemi i twarz z zamkniętymi oczyma zakrywał jeszcze dłonią. Nikt na niego nie patrzył, to mu sprawiło ulgę.

Andzia trzęsła się dygotem rozpaczliwym, lecz pomimo to dzielnie podtrzymywała ciężar najdroższy, wpatrując się ze zgrozą w twarz narzeczonego, która powlokła się bladością kości słoniowej. Olelkowicz był już nieprzytomny.

Usta Andzi szeptały imię ukochane, łzy wielkie spadały gęsto na policzki jej i na piersi rannego. W duszy dziewczyny jęczała skarga żałosna, targał nią ból przeogromny, rozszarpujący piersi, ale wiedziała, że łudzić się nie można.

Andrzej konał.

Agonia trwała krótko. Ostatni raz błysnął oczyma, zupełnie już mętnymi, szepnął coś nieprzytomnie i niezrozumiale, po czym zaczął oddychać prędko... prędko... Zarzęził chrapliwie i... cicho skonał.

Tarłówna pierwsza odczuła skon. Doznała wrażenia, że to jej własny. Coś się w niej załamało, świat znikł i ludzie.

Sama jak martwa, z niemiłosierną męką, ze skowytem w sercu złożyła głowę jego jako świętość na podścielonych dywanach. Chciała wstać, lecz zachwiała się i runęła bez zmysłów do jego nóg.



XXVII

W krainę cieniów

Zapadł wczesny zmierzch jesienny. Bór pokryty szronem szarzał, smętniał. Znikały poszczególne cienie i sylwetki drzew. Wszystko przesiąkł osino-szarą barwą wieczoru. Korony drzew stały milczące, zlane z obłokami, z ogólną nieprzenikniono-mglistą atmosferą krajobrazu leśnego.

Cisza i pokój obumarły rozpięły swoje welony. Bór nie spał, dyszał czasami oddechem potężnym, przyciszonym, jakby trwożnym. Z głębi wydobywały się jęki głuche, zew żałobny przyrody gasnącego dnia, stłumiony śniegiem drobnym, padającym cicho.

Traktem leśnym, w mętnej kurzawie pyłu śnieżnego sunął orszak ponury. Wóz prosty, zarzucony jedliną, mchem wysłany toczył się wolno, krok za krokiem. Na nim, na posłaniu z mchów i dywanów, leżał Andrzej Olelkowicz równo, spokojnie, uśpiony na wieki. Przykryty był burką własną, twarz osłaniał mu biały welon Andzi.

Daniło i Fedor prowadzili za uzdy cztery szpaki prokopyszczskie, sprzężone w lejce.

Tuż za wozem wlokła się Tarłówna. Jeden ze starszych mężczyzn, sąsiad zmarłego, podał jej ramię, nie przyjęła. Szła sama oparta prawie piersiami o tylny brzeg wozu wypełniony gałęziami jodeł i świerków. Szła jakby zahipnotyzowana, oczy wlepiła w martwą postać Andrzeja i biernie, bezwiednie postępowała za nią.

Cierpienie biczowało ją, czuła jego razy straszne, bezlitosne, zamarła w niewypowiedzianej męce, zgasła. Po omdleniu, gdy ją ocucili, rozpacz i żal rozszalały się w niej, wybuch jej bólu był okrutny, rozdzierający serca. Nie spazmowała, nie krzyczała, nawet nie płakała głośno. Zwinięta na kolanach, przy głowie Andrzeja, jęczała głucho a tak boleśnie, że obecnym krew ścięła się w żyłach. Jęk taki wydawać może tylko serce szarpane w kawały, beznadziejnie krwawiące.

Dusza zmiażdżona ciosem morderczym, młotem katowskim zgruchotana. Przemoc mocarna nieszczęścia piekła ją ogniem żywym. Takie czarne, bezgranicznie czarne widmo niedoli dławiło Andzię, niwecząc w niej świadomość. Tarzała się dusza jej w męczarni, przechodzącej siły ludzkie. Zdawało się, że łzy płynące z jej oczu, już wyczerpane, zapiekły się od bolesnej prawdy, która z drapieżnością zwierzęcą, żarłoczną rzucała na Andzię swe pazury bezwzględne. Łzy przestały płynąć strumieniem wrzątku, lecz szarpanina wewnętrzna nie ustała, nie osłabła, w miarę zbudzonej już zupełnie przytomności - potężniała.

Stał się fakt przerażający grozą; prawda potworna stała przed Andzią w nieokiełznanej swej brutalności, prawda skuwająca wyobraźnię, a jak sama śmierć nieubłagana, jechała oto przed Andzią na wozie w postaci zwłok narzeczonego. Tarłówna widziała wszystko, jak panowie, leśnicy i chłopi stroili wóz w zimową zieleń leśną. Fedor mech rwał rękami, płacząc jak dziecko, zaprzęgano konie do wozu.

W pewnej chwili, pochylona blisko nad ciałem Andrzeja, usłyszała czyjś głos pytający:

- Czy nic podejrzanego w murach nie znaleziono?

I odpowiedź... czy Grześka? Głos borowego, ale zmieniony:

- W murach gruzy rozsypane, śladu nie ma żadnego, a dalej... są różne, nie rozeznać.

...Co oni mówią?... - przemknęła myśl Andzi, co to miało być w murach?...

Straszliwe uderzenie prawdy zdusiło w niej natychmiast wszelkie dociekania.

Andzia widziała jeszcze, jak dwóch panów brało zwłoki Andrzeja z ziemi, aby zanieść na wóz, sama, niby we śnie pogrążona, podłożyła dłonie pod jego martwą głowę, sama nakryła mu twarz welonem zdartym z kołpaczka, widziała jak leśnicy i chłopi pozatykali smolne szczapy na strzelby i tyki wysokie, pozapalali je i otoczyli wóz dokoła, podnosząc wysoko swe płonące żagwie. Słyszała drżące głosy Grześka i panny Niemojskiej śpiewających litanię, słyszała płacz, wzdychanie i szepty ciche, ale szła, niby osnuta szczelnie tumanem gęstym, tamującym jej głos, nawet uczucie. Konie, prowadzone przy pyskach, stąpały krokiem miarowym, szyje miały wygięte, łby na dół pochylone, ziejące kłębami pary, rumaki podrzucały głowami chrapiąc może z przerażenia? Wóz posuwał się cicho, sunąc gałązkami po ziemi. Tarłównę niosła siła dziwna, nie jej własna. W obu rękach trzymała kapelusz myśliwski Andrzeja, który również prawie bezświadomie podniosła spod dębu, gdzie on skonał. Jej oczy obłędne, przepaściste, pełne dramatu i boleści, zamglone, przenosiły się z postaci Andrzeja, niewidocznej w mroku pod przykryciem, na jego kapelusz i znowu na wóz. Niosła kapelusz jego z taką uwagą i ostrożnością, jakby skarb najcenniejszy. Czasem chrapanie konia, lub skrzyp wozu głośniejszy budził ją na chwilę, wtedy jęk zdławiony wychodził z jej piersi, oczy załopotały powiekami i znowu stygła, znowu martwota, półsen.

Smutny bezdennie orszak wrzynał się w bór coraz głębiej. Śnieg prószył lekko i topniał w mętnym powietrzu. Pochodnie improwizowane dokoła wozu płonęły żółtym płomieniem, trzeszcząc i sypiąc na ziemię iskry złoto_purpurowe, niby krwawe łzy. Od tych świateł łuna padała na wóz, na orszak cały i szła dalej, w głębie leśne, rzucając czerwone smugi.

Ściemniło się zupełnie.

Orszak minął granicę wilczarską i wkroczył w bory prokopyszczskie. Wszystkim zrobiło się jeszcze straszniej. Wieziono właściciela tych kniei, pana tych przepastnych uroczysk. Bór przy blasku łuczywa stał czarniejszy, groźny, ponury.

Zahuczały głucho drzewa stare; jęk poszedł po ich czubach, las zrozumiał, kogo wiozą i załkał żałośnie.

A dokoła czarność nieprzebita wzrokiem, kirem zda się powleczona. Puszcza rozwierała swe głębie na przyjęcie zwłok pana, pomruk stękliwy zawył wśród gęstwin leśnych.

Bór grał ostatni hejnał pożegnalny zwłokom młodzieńca.

Nagle zadrżeli obecni. Przy koniach lejcowych wybuchnął rozpaczliwy wrzask Fedora:

- Jasny panie nasz!... Panyczu!... Toż to nasze bory!... Chryste, Chryste pomyłuj!...

Kozak zaryczał szlochem, odpowiedział mu płacz Daniły i Grześka. Konie zaczęły się płoszyć, uspokojono je, ale płacz dokoła wozu wzmagał się. Fedor wyrzekał głośno, jego krzyk - panyczu!... panyczu!... echem pełnym zgrozy rozbrzmiewał w lesie.

Tarłówna ocknięta zatrzęsła się w sobie, coś jęknęło w jej piersi i znowu szła, niby przywiązana do wozu, automatyczna, głucha.

Najtwardsze natury, serca zahartowane poruszał widok tego konduktu przesmutnego, w cieniach nocy jesiennej i tej postaci dziewczęcej, wiotkiej młodością, a zachwianej nagle brutalnym pociskiem nędzy życiowej. Smukła sylwetka dziewczyny, idącej samotnie za wozem żałobnym, wzruszała głęboko, odczuto jej sieroctwo i brzemię ciężkie, gniotące jej młodziutką duszę.

Spoczęły na niej wyłącznie spojrzenia serdeczne, pełne współczuć i żalu.

Taka młoda, dziecko... i już nieszczęściem przybita i... sama, w takiej chwili?...

- Gdzie ojczym?... Gdzież opiekun? - pytano.

Kilka głów obejrzało się za Kościeszą.

Nawet się do niej nie zbliżył, nie przemówił, serca nie okazał. Nic, nic. Przez cały, krótki zresztą czas katastrofy nie widziano go prawie. Był ciągle poza plecami wszystkich, nikt od niego słowa nie usłyszał, nikt oczu jego nie widział.

Czy kryje się umyślnie, czy też jest ogłuszony wypadkiem?

Szukano go wzrokiem.

Na samym końcu orszaku, poprzedzając bryczki i wozy, posuwała się ociężale wielka postać, łatwa do rozpoznania; głowa spuszczona, wolny, wahający się ruch.

To Kościesza.

Zaczęły się komentarze w orszaku.

...Zawsze trzeźwy, zrównoważony, nie poddający się najsilniejszym wrażeniom, jak jednakże odczuł śmierć Olelkowicza?

- Idzie jak obłąkany, chowa się przed wzrokiem ludzi, nawet do pasierbicy nie podejdzie ze słowem kojącym.

- To na nic, zbyteczne... ale jednak?...

- Nie tylko do niej, on wszystkich unika. Jakby zaniemówił i ogłuchł.

- Okropny przejaw przerażenia i żalu! - ktoś szepnął - Ha! Nic dziwnego. Wypadek wstrząsający zgrozą w lesie wilczarskim, na polowaniu urządzonym i prowadzonym przez niego. - Fatalizm niebywały - brzmiała czyjaś odpowiedź. - Przy tym narzeczony pasierbicy, trzebaż trafu piekielnego, że właśnie on padł ofiarą. Ale czyją?...

- Kto strzelał z ruin i czy z ruin rzeczywiście?... - szemrały pytania.

- Konający mógł majaczyć, mogło mu się zdawać. Szukano przecież. Grześko i inni zbadali uważnie stare mury, nic nie znaleziono. A zresztą któż by zaczajał się na życie Olelkowicza? Pełen najlepszych idei, lubiany przez wszystkich, miłowany przez lud. Nieprawdopodobne.

- Zemsta osobista?... Żadnej nie było... a gdyby nawet, to nie tu na polowaniu, gdzie tyle ludzi.

Wszyscy obecni w orszaku roztrząsali wypadek, bez rezultatu.

- Kula mordercza jednak wypadła z zamku i niemożliwe, aby pochodziła z linii myśliwych. Andrzej stał na skrzydle - odezwał się Drohobycki, młody sąsiad Olelkowicza.

- Do dzików idących na Temnyj Hrad tylko Andrzej strzelał, nikt więcej. Każdy pilnował własnych stanowisk, nikt nie zszedł z linii. Porządek był wzorowo zachowany - odrzekł drugi, baczny i rutynowany myśliwy.

Dreszcz nieprzyjemny przebiegł mężczyzn idących za wozem żałobnym, przypomniano sobie, że Kościesza sam wskazał Andrzejowi ten skrajny posterunek i że zmarły z początku nie był zadowolony...

Niesłychany zbieg okoliczności! Biedny Kościesza! Nie lubią go wszyscy, sympatią powszechną się nie cieszy, ale teraz spadł nań ciężki krzyż... Nie można się dziwić jego postawie. To jest zrozumiałe.

- Zapomniał nawet o pasierbicy, tak jest przygwożdżony wypadkiem - odszepnął jakiś głos w gronie panów.

- Kolizja nad wyraz niemiła! Nie pozwalał na to małżeństwo, doprowadził do tego, że Tarłówna wyjechała z domu, Olelkowicz miał ją porwać. Skandale! Dopiero zmuszony ich stanowczością niezwykłą ustąpił. A teraz?... Na polowaniu z własnej inicjatywy na stanowisku, które sam wskazał?...

- Szatańskie, potworne zrządzenie losu!

Szepty takie nie dochodziły do uszu Tarłówny, ale słyszała je panna Ewelina i drętwiała w sobie. Oderwane, pojedyncze słowa dobiegły i do Kościeszy, wówczas przystawał, a gdy orszak posunął dalej, znowu noga za nogą ciągnął za nim.

- Kiedyż to się skończy? - myślał. - Kiedyż nareszcie dojadą do Prokopyszcz? Niech już raz będzie koniec tej wędrówki leśnej, w nocy, przy żółto_czerwonych światłach żywicznych pochodni, przy tych mruczeniach modlitw i tych... szeptach.

Dosyć już piekła! Samo to zabić jest zdolne. Taka jedna noc.

Kościesza nie mógł patrzyć na wóz wiozący zwłoki Olelkowicza, światła raziły go w źrenice, wolałby żeby noc zaległa, te ognie i trzask iskier grzebały go żywcem. Odczuwał, że obecni oglądają się za nim, kłuły go te spojrzenia, parzyły. Cofał się coraz dalej poza orszak, pełznął sam w ciemnościach, byle dalej od ludzi. Gdybyż jeszcze te ognie zgasły, żeby nie było słychać chrapania koni i szelestu wozu... zapach łuczywa smolnego i świerków na wozie. Ta woń specyficzna drażniła go niewypowiedzianie, częsty szloch Fedora i łkająca litania Grześka działały na niego zabójczo.

- Dość już tego!... Dość! - wołało w nim rozpaczliwie.

Chciałby się w ziemię zapaść, a trzeba iść za tym konduktem, być pomiędzy ludźmi, grać komedię, ciągle grać.

Zanim się jeszcze dowloką do Prokopyszcz, potem pogrzeb... jego rodzina, tyle, tyle obcych oczu badawczych, przeszywających... Konstanty Olelkowicz... Stryj. Jego wzrok w duszy wiercący.

A! Już wszystko znieść łatwiej, byle teraz skończył się ten pochód okropny. Byle wybrnąć z czarnych ostępów.

Przeklęta noc...

Ona tam, Andzia, słania się za wozem, złamana, bez życia prawie... idzie jak automat, jak cień.

Kościesza słyszy, że się nad nią litują, że się dziwią jej osamotnieniu w tak krytycznej chwili. Ale on nie może do niej podejść. Za nic, tego nie potrafi. To już byłoby nad siły. Nie wszystko można znieść, to kłamstwo, są sytuacje nieobliczalne nawet na herkulesową, mocarną wolę.

...Czasem i nerwy rozluźniają się z okowów.

...Za nic do niej nie podejdzie, niech to zrobi ktoś inny, niech idzie sama zresztą.

Być tam przy niej, tuż przy tym wozie?... Okropność!...

Kościesza pozostawał coraz dalej za orszakiem, pochód zaś szedł, i szedł naprzód.

Do Andzi podeszło dwóch panów, prosząc ją, aby usiadła do bryczki. Do Prokopyszcz jeszcze daleko, na drodze wilgotny, zimny szron, powietrze chłodne.

Potrząsnęła głową przecząco. Nie chciała oddalać się od wozu.

Tam leży Andrzej, jego postać najdroższa, martwa... Jego szczątki. Za nim pójdzie i pójdzie, choćby trzeba iść tak życie całe, choćby do własnego dojść grobu. Pragnienie to wyczytano w jej oczach, zostawiono ją znowu w pokoju.

Panna Ewelina, upadając na nogi, dawno już jechała na bryczce. Mężczyźni wszyscy szli za wozem. Kościesza nie siadał, choć mu proponowano. Nie odpowiadał na zaczepki panów, jakby nie do niego zwrócone.

- Co mu jest? Tarłównę rozumiemy, ale jego zachowanie się... dziwne - szeptali mężczyźni.

Późną już nocą kondukt dotarł do gruntów dworskich w Prokopyszczach.

Administracja i służba, uwiadomiona wcześniej przez posłańca wyległa w komplecie z pozapalanymi pochodniami. Zamigotały liczne światła. Powstał na nowo płacz, rozełkały się żałosne głosy. Ludzi przybywało, jedni płakali, inni rozpytywali o szczegóły nieszczęścia.

Tłum rósł i wrzał... Zabójstwo młodego pana wywarło wrażenie olbrzymie, nikt nie wierzył, że padł ofiarą wypadku, dociekano, burzono się, ale nie było żadnych dowodów, że to rozmyślny mord.

Grześko szeptał coś ostrożnie bliższym znajomkom i szepty takie rozchodziły się wśród tłumów, wywoływały nastrój wstrząsający tajemniczością, miały w sobie tragedię. Szepty te straszyły, trwoga wpełzła w tłumy, opanowała ludzi egzaltacja żalu za Olelkowiczem.

Gdy orszak mijał wieś Prokopyszcze, czarna masa postaci ludzkich zwiększyła się, wylegał kto żywy z chałup i szedł za wozem zmarłego. Potężne wzruszenie ogarnęło serca wszystkich na dźwięk dzwonów cerkiewnych. Z wysokiego pagórka runęły rozkołysaną kaskadą tonów poważnych, żałobą tchnących. Organ dzwonów basowych, roztętniały, niby z szumem skrzydlisk czarnych spadł na tłumy, budząc zgrzyty w nerwach nawet chłopskich. Groza tu powiała, jej sztandar załopotał nad tłumami władczo, brał dalsze pod swój wpływ, targał je przerażeniem.

Kościesza cierpiał męki potępieńcze.

Handzia, zmęczona fizycznie, ledwie żywa, szła wytrwale w zupełnym odrętwieniu zmysłów. To co się działo dokoła, widziała jakby w halucynacjach.

Huk basowy dzwonów cerkiewnych zelektryzował ludzi i spłoszył konie ostatecznie. Rozdrażnione długą i powolną drogą, zmarznięte, przestraszone czarnymi masami ludzi i mnóstwem świateł, nie wytrzymały spokojnie dzwonów.

Nozdrza rumaków wydały ryk złowrogi, od razu cała czwórka stanęła dęba, osiadła na tylnych nogach. Konie chrapiąc, jęły walić kopytami i rwać się naprzód. Fedor i Daniło trzymali mocno, lecz szpaki uniosły ich w górę i rzuciły na ziemię. Poczuwszy swobodę, zerwały się jak wściekłe do biegu.

Ponosiły. Ale na krótką chwilę, otoczono je ze wszystkich stron, zmuszone były ulec. Więzy te rozigrały ich bez ratunku.

Konie darły się w górę, rwąc uprząż, kwik szalony i chrapanie, stuk i łomot kopyt wznieciły popłoch. Ujarzmiono je wreszcie, lecz przestano im ufać. Służba prokopyszczska pod wodzą Fedora wyprzęgła konie z wozu, kilka par rąk chwyciło za dyszel, wóz ruszył ciągnięty przez ludzi, których serca prostacze miłowały zmarłego.

Przy akompaniamencie dzwonów cerkiewnych, zabrzmiała pieśń po polsku, smutna, cmentarna. Kilkaset piersi wzniosło hejnał pogrzebowy, bo i chłopi, Małorusini, śpiewali po swojemu, dołączając głosy swe do ogólnej melodii.

W tej wielkiej harmonii żalu, w tym zespole serc zgrzytem bólu przejętych, w zjednoczonym akordzie pieśni tęsknej, w spazmie rozkolebanych dzwonów, w powodzi świateł złoto-purpurowych - rozświetlających jaskrawo nocne mroki... wóz ze zwłokami Andrzeja Olelkowicza, ciągnięty przez służbę, zatrzymał się u stóp staroświeckiego dworu jego pradziadów.

Tarłówna wstąpiła z sercem zamarłym pod dach majestatycznej siedziby Olelkowiczów, który miał być jej dachem. Ten dwór nieznany jeszcze, już kochała, miał się stać jej gniazdem, jej światem.

I weszła doń po raz pierwszy, idąc za zwłokami narzeczonego.



XXVIII

Mroki nocne

Wąską dróżką wśród boru, stąpała cicho, ale krokiem ciężkim wysoka ludzka postać. Ręce wyciągnięte przed siebie, rozsuwały gałęzie jodeł i sosen, mokre od śniegu, który walił ogromnymi płatami.

Noc omotała las płachtą swą czarną, nieprzeniknioną. Zaledwie szarym odblaskiem mętniała leśna drożyna. Idący osobnik wahał się, niepewny, czy dobrze idzie. Brnął powoli, pochylony naprzód, kroki stawiał olbrzymie i głowę wtulał w kołnierz nastawiony, bo śnieg mokry kłapciami spadał mu na czapkę. Bór spał, tylko śnieg szeleścił po igłach sosen i słał się na ziemi miękkim puchem. W kniei milczenie, nie poruszał się zwierz, nie załopotał ptak skrzydłami. Martwota zupełna, głusza.

Postać ludzka szła czającym się krokiem, ktoś się skradał jak kot, tak, że szmer tych ostrożnych stąpań nie był głośniejszy od padającego śniegu.

Długo szedł człowiek, czy tylko duch jego, wreszcie stanął. Oparł się o pień jodły rozłożystej i schowany za obwisłymi gałązkami, które śnieg na biało oblepiał, znieruchomiał zupełnie. Można by myśleć, że cień ludzki wsiąkł w jodłę, tak stał się niewidoczny. Czy na kogoś czeka?...

Może to schadzka upiorów leśnych?...

Chłapanie śniegu, monotonne, trwało bez przerwy, czasem wiatr górny, lekki niby tchnienie, zaszemrał w koronach drzewnych i znowu cisza.

Śnieg pada i pada...

Wtem nowy szelest... to nie śnieg i nie oddech leśny... Znowu ktoś idzie...

Drugi upiór na schadzkę... czy zwierz?

Postać pod jodłą poruszyła się, coś jakby sapanie prędkie, nerwowe...

Szelest z boru zbliżał się, podsuwał wyraźnie. Szedł nie czworonóg, więc znowu człowiek? Drugie indywiduum...

Już blisko, nie odchyla gałęzi, przełazi pod nimi pełznącym ruchem gada. Już jest tuż... tuż... Stąpań nie słychać, tylko słaby chrzęst rozsuwanego śniegu.

Tak wędrują płazy...

Wyłonił się z gęstwy ośnieżonej nikły cień, zamajaczył na szarzyźnie dróżki i... stanął.

Człowiek, czy upiór? Mały, drobny, zgarbiony, i... jakby zgniły.

Tak wyglądał.

Usłyszał sapanie pod jodłą, mruknął coś gardłowo i dał nura pod gałęzie zwisające, brzemienne śniegiem. Zaszeptały słowa stłumione.

- To ty?

- Ja...

Chwila ciszy - i znowu szept głośniejszy, chropawy.

- A szczo... wse harno zrobył? Teper hroszy... Bohaćko, dawaj hroszy...

- Ot tobi... zapłata!...

Zdyszany, świszczący szept człowieka spod jodły zmieszał się z krótkim, chrapliwym rykiem przybysza upiora. Wielka postać ludzka chwyciła go za gardło gwałtownie, zdusiła za szyję jak węża w dłoniach potężnych. Palce mordercy wżarły się zewnętrznie w krtań ofiary i dławiły. Świst wydobył się z nozdrzy duszonego, charkot i bulgotanie przerażające z gardła. Ręce drobnej, zgniłej poczwary trzepotały w powietrzu bezradnie, chciały sięgnąć do szyi dusiciela, lecz było za wysoko. Szpony zakrzywione palców, targanych konwulsją, darły ubranie swego kata. Ale wnet opadły bezwładnie. Głowa złamała się w osadzie, ciałem rzucały przedśmiertelne drgawki, nogi obute w łapcie uderzyły w śnieg parokrotnie jak w konwulsjach wijące się żmije. Nędzna figurka przybysza-upiora padła ciężko na ziemię, martwa.

Wysoki człowiek wyprostował się jakby z uczuciem ulgi, potem raptownie przykucnął przy zamordowanym i słuchał pilnie. Cisza, tylko śnieg na gałęziach poruszany ruchami gorączkowymi spadał obficie z większym szelestem.

Człowiek... czy wampir nadsłuchiwał długo. Dłoń zbolałą od trudu przyłożył do serca poczwary. Nie biło... położył na ustach. Nie oddychały. Szary, zgniły płaz ludzki leżał bez życia u jego nóg. Wówczas morderca jął szukać czegoś, po omacku, przy zamordowanym znalazł strzelbę i podniósł ją prędko z ziemi. Wtedy już gnany strachem panicznym, wypadł spod osłony gałęzi, osypały go kaskadą białą, uderzyły go w twarz kłującymi igłami i wiechciami śniegu. Wyrwał się na dróżkę szarzejącą mętnie, poszedł śpiesznie w stronę, skąd przyszedł. Za plecami czuł lodowate tchnienie śmierci.

Gdy już odszedł daleko, stanął, obejrzał się...

A może jeszcze nie?

Wrócić, dokończyć ciosem w serce - wymacał nóż w kieszeni... Czemu tego nie zrobił?... A jeśli? Cóż znowu? Przywidzenia!...

Ruszył naprzód. Znów stanął.

Swobodne westchnienie zadowolenia. Błysk wzroku w stronę jodły...

Jedyny świadek i... wykonawca.

Ciężar zwalony z serca, raz na zawsze.

Tak trzeba było...

Człowiek - czy wampir...podążał dróżką leśną pewnie, beztrwożnie.

Śnieg padał gęstą zawieją, otulał drzewa, zaścielał ziemię i sypał, sypał białą falą, tumanem owiał śpiący bór. Zanikły ślady wszelkie, niweczone puszystą bielą śnieżnej topieli.



XXIX

Zwłoki Chwedźka

Styczeń otulał świat obfitością śnieżyc, ściął go mrozem krzepkim. Istny cud przyrody. Połacie zmarzniętej bieli wiszą na gałęziach. Drzewa niby kolumny białe, podszycie niskie lasu, krępe leszczyny, drobiazg drzewny zanurzony w chmurach sypkich, bieli nieskalanej, wszystko pławi się jak w kąpieli. Potężna, niewysłowiona pogoda, białości przeczystej poświęcona.

Na rozstaju dróg, w lesie wilczarskim, stały małe saneczki zaprzężone w parę koni. Hawryłko drzemał na koźle, konie chrupały siano z wielkiej więzi położonej przed nimi. Dokoła bór głuchy, krakanie wron, jednostajny lament wróbli i szum drzew iglastych.

Grześko przechodząc linię leśną, dojrzał saneczki, poznał czyje są; zawrócił w tę stronę i wkrótce stanął obok Hawryłka. Zbudził go.

- Gdzie bojarzynka?

- Na Temnyj Hrad prijszła.

- Sama?

- A szczoż.

- Boże chorony! a czegoż ty tak daleko stoisz!

- Tak kazała, to i słuchaju. Trzeba żdaty.

- Toż wiorsta drogi do zamczyska a śniegu po kolana. Dawno przyjechała?...

- Oho! Wże dawno, wże i koniaki pomerzły na czysto. Pohany moroz.

- Często ona tak jeździ, biednieńka?

- O czasto! Czut ne każdoho dnia. Tuży za mołodym panom, szczo tutki szczez. Neszczastnaja takaja dola.

Stary borowy westchnął.

- Boże chorony, żal i smutek. Taka młoda, urodna i ot co... nieszczęsna. Jej matka niedolę miała i dla niej niedola rośnie.

- A nie wraca ona do Turzerogów?

- Gde tam! Pan był w Wilczarach, tak prosył, tak prosył - to i słuchaty ne chocze. Sydyt z huwernantkoj w leśniczówce daj na zamczysko prijeżdżajet.

- Gadają, że pani ze Smoczewa chora, panicz Jasio nie da sobie rady, naszą panienkę tam proszą, stara Smoczyńska lubi ją, daj chciałaby mieć przy sobie. Ale kto by jej nie lubił, gołąbkę tę naszą. Tylo znowu będą ją turbować, da męczyć... i popłakać swobodnie też nie dadzą. A pojedzie ona do Smoczewa?... Maj but tak, pani ze Smoczewa welme chorujet, a tamtaja panna, ich doczka, gadajut szczo za muż wyszła zahranyciu.

Grześko mruknął z gniewem.

- Tak ona za mężem, jak ja bojarom. Wołoczytsia za chłopcami taj chodi! Matka na mogiłę już patrzy, a donia bryka po świecie z paniczami. Tfu!...

- Tak to i jest, sprawedlywe - odrzekł Hawryłko. - Tamta panna to praworna do chłopciw.

Grześko zawołał nagle:

- Pójdę na zamek, zobaczę, co ona biedneńka robi. Boże chorony!

Stary ruszył na moczary, twarde teraz i zasypane zwałami śniegu. Szedł śladami Andzi i wkrótce ujrzał ją z daleka, siedzącą na pniu pod dębem, tym samym, który był świadkiem śmierci Andrzeja.

Grześko, spostrzegłszy jej żałobną postać, usunął się dyskretnie za drzewa.

Tarłówna siedziała cicho o dwa kroki od dębu i rękami ogarnąwszy kolana, patrzyła tępo w jasny, metalowy krzyż z czarną pasyjką, przykuty do drzewa. Sama go tu zawiesiła w jakiś czas po pogrzebie Andrzeja. Krzyżyk ten, pamiątka po matce, wisiał dotąd nad łóżkiem Andzi, niech teraz uświęci miejsce zgonu jej ukochanego. On tu wydał tchnienie ostatnie, tu rozbrzmiały krzykiem przedśmiertnym słowa jego, przed samym skonaniem wyszarpnięte z piersi, a wołające jej imię.

Tu pożegnała oczy jego gasnące, takie drogie, takie jedyne.

Tu poczuła w momencie straszliwym, jak głowa jego zwisa bezwładnie, tu ogarnął go mrok śmierci; serce bić przestało, zamilkł puls, twarz powlekła się sztywną, wapienną martwotą. Tu skonał Jędrek ukochany, żoną jego miała zostać, ale jej go zabrano, wydarto przemocą. To jej fatum! Kula zabijająca go, to tylko narzędzie ślepe jej losu. Tyle męki, niepewności, tyle walki poprzedziło krótkie minuty ich szczęścia. Po to, by ciosem morderczym zniszczyć je, rozwalić...

Zamilkły brutalnie tony nokturnu, który w duszy rozlewał się nutą przesłodką, który do serca wprowadził szał upojeń niezgłębionych, który porywał całą istotę w przestworza zjawisk olśniewających. Zachwyt, urok prysł na drobne cząsteczki bezpowrotnie. Niesłychany szczyt szczęścia runął w przepaściste wyrwy żalu. Wszystko się skończyło. Pozostał smutek bezdenny, że stało się to mirażem.

Czy mirażem?...

Nie, to raczej fatum ocknięte trysnęło jadem, by zatruć szczęście. Istniała miłość wielka, silna i zdrowa jak sama młodość, która ją poczęła; miłość przepojona zapałem, posiadająca w sobie mnóstwo entuzjazmu i szału. Były w tym uczuciu atomy świętej mocy, zarodki poświęceń słodkich i wiary. Wszystkie te skarby królewskie zgruchotał okrutny cios nieszczęścia.

Gdzież są ich idealne myśli, marzenia szczytne, wzniosłe, piękne horoskopy przyszłości z takim artyzmem malowane przez Andrzeja, którymi się ona upajała?

Gdzie jest ten wszechmocny świat szczęścia?... Zdawał się być trwały jak natura i jak ona żywiołowy. Olbrzymi jak bór dębów potężnych, nie, jak ocean niezmierzony, a cudny niby gwiazda wieczorna, co subtelne, lecz jasne ma promienie, a upoisty jak wieczór lipcowy, zatopiony w zapachu lip rozkwitłych i w woni macierzanki.

Potworny grad rzeczywistości nędznej zasypał te uroki, kawały lodu przybiły do ziemi ich szczęście tak obiecujące. I... nawet tęcza nadziei nie świeci. Zaległy chmury, ciężkie jak żelazo i trwają. Na horyzoncie jej życia już pozostaną.

Duch jej nie upadł, nie zmalał, przeciwnie, wzrósł niebywale. Czuła jego skrzydła w mózgu swym: łopocą w nim, buntem kołaczą. Grad zimny, który obrócił wniwecz plony jej marzeń, który połamał, stratował złote kłosy uczuć młodzieńczych, nie zabił ducha, ale go zranił boleśnie. Rany jątrzyły, lecz duch wzmocnił się przez te blizny siłą dziwną i twórczą. Cios katowski natchnął go jakąś wielkością mistyczną i ona w nim króluje.

Duch żyje i rośnie. Serce ocieka krwią zawodu i bólu. Serce to jedna rana, oplwane jest śliną trującą z paszczy nienasyconego nigdy fatum. Serce zdrętwiałe niby pod chloroformem żalu, że rozkwit swój krótki i cudowny już opłakuje, że płatki z kielicha kwiatu uczuć, z jego pąka prześwietnego zwiędły przed czasem. Serce płacze i skarży się, serce bije z trwogą przed życiem, boi się okaleczeń, czynionych w sposób wyrafinowany, złośliwy.

Czy los jej stanie się dla niej katem?...

Czy i nadal bujne zapały jej serca, o ile będą żywotne, los zawsze chwyci tragicznie, niby ręka komandora i buchnie je w przepaść grząską, w bagnisko nędzy, w utrapienie?

Oto jest szczęście zrodzone z szału zachwytów. Szczęście poczęte w ekstazie duchowej, w pożodze uczuć serdecznych, co zagorzało łuną gorącą, świetlistą; łuną wiary, ufności, nadziei, entuzjazmu niewysłowionego, łuną palącą się jasno, ale wśród mroków, wśród nocy ciemnej, dla nich niewidzialnej. Łuna ta olśniewała ich blaskiem przepysznym, promieniowała jak gwiazda sturamienna i stubarwna, lecz nie przeczuła... krańca.

Ten zaś nadszedł i zgasił zorzę rozpłomienioną.

Wielkie kolisko blasków niebiańskich znikło bez śladu.

Dokoła pustka, noc czarna, chmury stężałe ołowiem.

- Nie. Ślad jest, ślad na całe życie pozostanie.

Jest nim krwawa, ropiąca, z kroplami krwi wartkiej, spływającej w soplach karminowych, straszna rana w sercu.

Spływające sople karminowe.

Gdzie ja to widziałam? - myśli Andzia.

Wtem spadło na nią przypomnienie snu. Tak, to było we śnie w Wilczarach, po owym pamiętnym dniu cudnym, gdy spotkali się oboje z Andrzejem w zagrodzie Grześka. Był to więc sen wróżebny?

...Szła wśród kwiatów, na łące, do kielicha purpurowego, który dla niej płonął szkarłatem...

Tak, szła przez nadzieję do miłości ogromnej, do szczęścia, do Andrzeja.

...Zagradzały jej drogę bodziaki ostre i kłuły ją, raniły - ona szła... wytrwale.

Przeszkadzał jej ojczym, bronił szczęścia, męczył duszę jej, targał serce - ona dążyła wytrwale do celu.

...I doszła. Piła zachłannie woń uroczą, niebiańską z purpur kielicha kwiatu.

...I została narzeczoną Andrzeja. Pochłonął ją czar rozkoszy nieznanej, otoczyła ją atmosfera szczęścia nieprzewidzianego.

...Kwiat purpury roztopił się, spływał kroplami karminu, została tylko krwawa plama na jej rękach.

...Andrzej, w zaraniu szczęśliwości niezmiernej skonał w jej oczach, słyszała jego ostatnie tchnienie i została jej tylko nicość, rozpacz w sercu krwią zlanym. Ta rana już pozostanie.

Sen się sprawdził.

Zapamiętała go dobrze i oto... spełniony.

Teraz wstąpiła w pustkę szarą, głuchą.

A chór śpiewaków anielskich?+ A rulon spadły ze skrzydeł hufca niebieskiego, który ona rozwinęła i czytała? Jakie też tam były wróżby? Tyle drobnych liter - zagadek i zakończenie.

Miej Boga w sercu!

Może to był wyrok na jej życie, karta jej przeznaczenia.

...Miej Boga w sercu. Czyli, że w Bogu szukaj pociechy, ukojenia, gdy srogi ból nawiedzać cię będzie. Niech ci wiara duszę zahartuje, by nie zrodził się w niej bunt.

Tarłówna zadygotałaprzerażeniem.

...I to już na całe życie?

Cóż jej pozostało bez Andrzeja? Prócz żalu, tragedii duchowej, smutku i żałoby... nic, nic więcej.

Życie?... Mało je jeszcze zna, ale już wie, jak jest ciężkie.

Mogło być promienne, ale może nie dla niej. Matka tak samo cierpiała, los jej był ciężki. Andzia rozumie teraz niedolę matki, była ona wszakże żoną Kościeszy. Może trapiła matkę nie tylko własna męka, lecz i przeczucie, że córka ją odziedziczy?...

- Mamo, mamo, czemu tak źle żyć?...

- Mamo, tyś na to pozwoliła?

Płynęła cicha skarga z ust dziewczyny.

Handzia szarpnęła się. Twarz schowała w dłoniach i szept cichy, modlitewny, pełen wymówek gorzkich wyrywał się z piersi udręczonej do Boga, do matki.

A wspomnienia napływały chmurą, rosły prawie w wizję.

Pogrzeb Andrzeja. Te chwile groźne, dzwony, jęk dzwonów, śpiewy, modły...

Andrzej na katafalku, potem w kościele, wśród zieleni, płomyki świec... Pożegnanie się z nim... Ach, ten moment barbarzyński, zamykanie go na wieki, otwarty grób dla niego, w rodzinnych grobach Olelkowiczów...

I ona to jednak przeżyła?...

A przecież miała ciągle uczucie, że sama kona, że umarła, że to jej pogrzeb! Więc jednak żyje?...

Zabrali jej go bezwzględnie ojcowie, pradziadowie jego, obok ojca swego spoczął, w podziemiach kościoła w Dubowej. Ona musiała się z nim rozstać, oderwano ją od grobu przemocą, ale oderwano na pół żywą. Konstanty Olelkowicz, stryj, prowadził ją, gdzie, nie pamięta, coś do niej mówił łagodnie, całował jej ręce.Tuliła ją do siebie jakaś starsza, poważna pani... Andzia słyszała słowa kojące, słowa dobre, macierzyńskie, ale jej ulgi nie przyniosły. Poważna pani nazwała ją córką, to była żona Konstantego Olelkowicza - powiedziała jej to panna Ewelina. Dużo tam było obcych ludzi, panów i pań, rodzina Andrzeja.

...Czy Andzia miała ich poznawać w takiej chwili?

Byli Hadziewiczowie. Pamięta ich jak przez mgłę. Był i Jaś Smoczyński. Jego i Hadziewicza ujrzała pierwszy raz, jak nieśli Andrzeja zamkniętego w metalowym pudle, widziała z nimi Drohobyckiego i obcych panów. Administrator szedł z twarzą pełną grozy. Jan blady był jak płótno. Jakie są Prokopyszcze, Andzia wcale nie pamięta, Andrzeja tylko widziała i to, co go najbliżej otaczało.

Kochano go tam bardzo. Zawodzenie służby, płacz chłopów, tyle żalu po nim zostało, tyle tęsknoty.

Ocknęła się dopiero w Wilczarach, tu było bliżej od Prokopyszcz i tu ją ulokowano, gdyż podobno była chora. Ale i tego nie pamięta.

Minęło z górą dwa miesiące.

Odwiedzała już parokrotnie grób Andrzeja w Dubowej, lecz i tu, pod dębem, także jego grób, tu jest częściej i oswoić się nie może. Wyobraźnia jej nie jest zdolna objąć ogromu potwornego faktu, a choć go już zgłębiła, nie może się z nim pogodzić.

...Trzeba na to może całego życia?

Zaszeleściło głośno w pobliżu.

Andzia obejrzała się.

Podchodził do niej Grześko. Rzekł głosem błagającym:

- Bojarzynko, hołubko, już dosyć smutków, da płaczu. Zimno, mróz bierze jak w żelaza, pannuńcia zmarznie, a do domuszmat drogi.

Prosił ją serdecznie, po ojcowsku.

Zgodziła się. Powstała z pnia i przeżegnawszy się, uklękła na moment pod dębem z krótką modlitwą na ustach.

Tak czyniła zawsze, odchodząc stąd.

Wracali inną drogą, poza jeziorkiem.

Grześko Andzię poinformował, że konie pomarzły i że kazał Hawryłkowi przyjechać dalej, dla rozgrzewki i czekać na głównym trakcie leśnym, dokąd oni dojdą piechotą, co także lepiej dla zdrowia bojarzynki.

- Boże chorony, po takim długim siedzeniu trzeba się przejść a rozruszać, w sankach od razu wiatr by chwycił i źle, choroba pewna.

Poszli przez moczary, białe i chrupkie od śniegu i mrozu, dotarli do lasu i zanurzyli się w jego otchłani. Grześko prowadził, Tarłówna postępowała za nim bez słowa. Gąszcze zwarte otoczyły ich zaśnieżoną barykadą. Jak fortece stały olbrzymy splątanych z sobą jodeł, połączonych śniegowymi arkadami. Gałęzie pojedynczue, usłane bielą, tworzyły niby krużganki, baszty i wieże zębate na potężnych zamczyskach.

Grześko i Tarłówna nikli w ogromie boru, zakutego w mroźną biel. Majestatem tchnął las.

- A czy, Boże chorony, nie zmęczy się bojarzynka takim spacerem?...

- Nic mi nie będzie, Grześku, owszem, dobrze tak iść.

- Kopno to tu nie jest, bo ja prowadzę dróżką, co zwierzyna wędruje, taki przesmyk w boru, to ich gościniec. O... ile tropów, wszystkiego tu dosyć szło. Tędy się niby nie chodzi, dla tej przyczyny, żeby zwierzaków nie strachać, ale za to równo jak na trakcie.

Szli już z kwadrans. Grześkosię niepokoił, że wybrał za długą drogę. Wtem stanął, cofnął się w tył jakby z przestrachem.

- A toż co??!...

Andzia zdziwiona, wyprzedziła go i ujrzała tuż przed sobą czyjeś nogi stężałe, owiane śniegiem, wysunięte spod obwisłych gałęzi wielkiej jodły.

- Co to jest? Jezus Maria! To człowiek zmarznięty! Może jeszcze żywy?... Ratujmy!

Odchyliła gałąź i jęła rozkopywać śnieg gorączkowo, Grześko pomagał jej sapiąc. Rychło śnieg odwalili, rozmietli gałęziami. Andzia krzyknęła przeraźliwie. Oczom ich przedstawił się straszny widok.

Leżał człowiek martwy, widocznie od dawna, były ślady rozkładu, ale mróz ściął ciało w lód, który osiadł gęsto w źrenicach, otwartych przerażeniem może w minucie skonu i na ustach wykrzywionych boleścią, z wyszczerzonymi zębami, pełnymi śniegu i lodu. Ubranie, same łachmany, zgnilizną zda się przesiąkłe, na nogach postoły z łyka. Twarz była jakby zmurszała, czy poszarpana, ubranie na piersiach i nogach również. Ciało, odkryte w paru miejscach i zmarznięte nosiło te same znamiona.

Jednocześnie z krzykiem Andzi, Grześko zawołał głośno:

- To Chwedźko!...

Tarłówna poznała zwłoki i dreszcz przestrachu zabobonnego zatrząsł nią.

- Chwedźko - powtórzyła ze zgrozą.

Stali chwilę w osłupieniu.

Nagle Grześko wziął Andzię za rękę, dziwnie nerwowo.

- Chodźmy stąd, bojarzynko. Ot i ładną drogę wybrał. Nic tu po nas. Chodźmy żywo.

Pchnął ją prawie naprzód, pobiegła, borowy ruszył za nią.

Nie mówili do siebie nic długi czas, wreszcie Grześ mruknął:

- Ot tak, wołokitę czort wziął. Swój swego zabrał... Dawno ja jego nie widział w boru... ostatni raz... przed obławą.

Tarłówna drgnęła. Spojrzała groźnie na starego.

- Przed jaką obławą?...

- A ot przed tą... nieszczęsną na Temnym Hradzie.

- Jak to!? Tam... wtedy był Chwedźko?

- Ej bojarzynko, żeby ja jego tam widział, to już... Strach gadać!... Albo mnie byłaby śmierć albo... komuś innemu.

- Co wy mówicie?

- Nie strachajcie się pannuńciu. Ja Chwedźka widział wieczorem przed obławą, w uroczysku pod wołkiem, ale tędy co on szedł... można i na Temnyj Hrad - on w tamtą stronę wołoczyłsia.

- Grześku, ja nic nie rozumiem! Co wy mówicie?

- Boże chorony, bo to... parszywa wołokita była, pannuńciu. To niesamowity, pohany, samego biesa kum. To zmora była, bestia, pluhawiec.

- Nie klnijcie, Grześku, przecie on już nie żyje. Czy on zamarzł?

- Ot jeszcze by! On by zamarzł! Przyszło jemu na taki sam koniec hadki, jak i jego życie było. Jak żył tak i zdechł. Już go i wilki widno naruszyły, widziała bojarzynka, ale takiej korzemiachy lucyperskiej to i wilk nie dokończy. Ścierwo taj chodi!

- Ach Boże! Więc go wilki szarpały?... ale z czego umarł? Może ludzi przysłać, może go pochować?

Stary oburzył się.

- Tfu! Boże chorony, niech bojarzynka tak nie turbuje się. On nie umarł, ale zdechł i nie sam. Jego ktoś zabił.

- Zabił?... Za co?... Kto?...

- Trzeba pytać tego, co to zrobił, za co. A kto?... Boże chorony!...

- Grześku! Wy coś wiecie, tak dziwnie mówicie.

- Ot, bojarzynko... Bóg to wie najlepiej, co się na świecie wyrabia. A ja wiem tyle, że widział Chwedźka wieczorem przed obławą, lazło to wszarstwo przez suche paprocie w stronę na wielki las... toż tam i Temnyj Hrad. Potem już ja jego nie widział więcej, aż teraz... zabity leży, blisko Hradu i dawno zabity... dwa miesiące pewnie jak już leży, toć znać dobrze, a to zima... nie lato.

Zaległa cisza. Andzia szła wolno, nogi jej ciężyły. Jakieś myśli przerażające błąkały się w jej głowie, nie chciała ich związać w całość zrozumiałą. Lęk ją dławił, strach przemożny włosy podnosił na głowie. Nie mogła słowa przemówić.

Grześko znowu rzekł głosem ponurym:

- Strzelać to on umiał zdrowo, parszywiec, ja wiem, a i rucznicę czasem nosił, dobra nawet. Skąd ją miał, licho wie, ale to dziw, co teraz jej przy nim nie ma? Wilki nie zjedli żelaza... Dla takiego, jak Chwedźko, człowiek czy zwierz... to jedno. Musi on... na Temnym Hradzie był... w ruinach... Taki sam spróchniały zawsze jak i mury... Kto zobaczy?... Szukali... szukali... i ja szukał w piętnaście minut po strzale. Daleko już można być przez tyle czasu, jak komu pilno. Zamęt, gwałt, nikt nie uważał. Wszyscy rozum postradali, tylko on pewnie nie. Kula z murów... ot tobie na! Mury strzeliły?!... Boże chorony! a taka kula stamtąd wyszła. Fedor tyż to samo mówi. Każe, w tamtą stronę, do zamczyska pan był odwrócony, do dzików strzelał, a tu z murów... śmierć. Chryste Boże!

Znowu milczenie posępne. Tarłówna w miarę słów Grześka przyspieszała kroku. Robił się wieczór, ją zaś gnał paniczny lęk, chciała uciec z tego boru i... od słów Grzesia.

Wżerały się w jej mózg z natrętną, niczym nie zwalczoną mocą, budziły świtanie straszne w jej umyśle skołatanym, budziły świadomość, coraz wyraźniejszą, że wypadek tragiczny nie był wypadkiem.

Borowy mruczał jeszcze.

- Swój swego znajdzie. Wiadomo. Od Chwedźka ludzie uciekali, a ot i nie wszyscy. Choć taki pohaniec, a miał łaski. Czasem i czartowski syn przyda się... Ojoj, czemu nie!... Jak komu w duszy sumienie wystygnie, to taki diabeł niesamowity w sam raz wierny sługa. A już do wszystkiego taki. Boże chorony! Kiedy już niepotrzebny... idy do czorta skąd pryszoł!... Ot tobi za służbę nagroda... Tak bywa, ile że czasem taki druh potem robi się niebezpieczny. Lepiej w łeb takiego i spokój... cicho sza, taj chodi!

Tarłówna pędem wybiegła na szeroką drogę leśną i ujrzała sanki swoje o kilkanaście kroków. Zdyszana była, blada, przejęta do głębi duszy tym, co słyszała, co się teraz uplastyczniło w umyśle, który od dwóch miesięcy, prócz rozpaczy, docierał, błądził, szukał.

Andzia w podnieceniu gorączkowym zwróciła się do Grześka i rzekła prędko, jakby nic poprzednio nie słysząc od niego:

- Może on się sam zabił?

Stary popatrzył na nią zdumiony.

- Może? - zamruczał. - Śladu nijakiego, zatarte, czysto, hładko, ni widu, ni słychu... Lucyperska robota... Przepadło!

Andzia odczuła ironię i gorycz w głosie starego.

Wskoczyła na sanki.

- Siadajcie Grześku, podwiozę.

Konie ruszyły. Stary borowy kiwał głową żałośnie.

- I on... jasny pan, tak samo mnie zapraszał raz, przed obławą. A teraz gdzie on?... Biednieńki!...

Starzec objął rękami głowę ruchem desperackim.

- Boże, Boże, Boże! - wyło w duszy Tarłówny.

Ciężar jej wzmógł się, ból jeszcze spotężniał.



XXX

Zerwane pęta

Mała lampka nocna rzucała mdłe światełko na pokój obszerny i ciemny, na łóżko w głębi, przy którym siedziała czarna, wiotka postać dziewczęca. Monotonne tykanie zegara było jedynym odgłosem mącącym ciszę pokoju.

Dziewczyna w luźnym, żałobnym szlafroczku, zdawała się drzemać przykucnięta na krzesełku. Głowę omotaną warkoczami oparła na krawędzi pościeli, drobne, białe ręce zwisały bezwładnie na kolanach. W całej postaci odczuwało się bezmierne znużenie.

Trwało tak z pół godziny, nagle w łóżku podniosła się sucha postać chorej z twarzą ciemną, zwiędłą, pooraną, okoloną siwymi pasmami włosów i białym rancikiem nocnego czepka.

- Kto tu jest? - krzyknęła chora głosem przejmującym.

Dziewczyna ocknęła się.

- Jestem ciociu, czuwam przy cioci, proszę się nie bać.

- Czy to Andzia?...

- Tak, ciociu, to ja, proszę się położyć.

- Tu jeszcze ktoś jest. O... o... tam, za firanką. Śmierć po mnie przyszła, o, o patrz, widzisz?

- Ależ ciociu!

- Nie widzisz, bo to nie po ciebie, ale ja ją widzę. W imię Ojca i Syna. Andziu, boję się, boję się, boję się...

Chora zaczęła piszczeć nieprzytomnie, tulić się do Andzi.

Ocierała spocone czoło o twarz dziewczyny, ręce chude jak piszczele zarzuciła na jej szyję.

- Nie daj mnie, Andziu, odpędź marę, niech się na mnie tak nie czai... Chryste zmiłuj się! Gdzie Jaś, gdzie Lora, nikogo przy mnie... wszyscy opuścili... potępionam!

Zaczął się jeden ze zwykłych ataków rozpaczy, wyczerpujących chorą niezmiernie, który zmęczony umysł Andzi doprowadzał prawie do obłędu.

Pani Smoczyńska zrywała się z łóżka, biegała w bieliźnie po pokoju gorączkowo, całując krzyżyk i wołając, że zaraz umrze. Czasem znowu wpadała w stan odrętwienia, leżała jak martwa, że nieraz Andzia z przerażeniem biegła po pannę Ewelinę myśląc, że ciotka już skonała. Najczęściej jednak złorzeczyła całemu światu i ludziom, bluźniła nawet, rozmawiając z Bogiem jakby z jakimś obecnym i wyrzucając gorzko, że ma taki los. Przeklinała Lorę, Oksztę, Kościeszę i Turzerogi.

Męczyła się sama okrutnie i zamęczała Andzię. Dziewczyna nie odstępując jej, cierpiała za wszystkich. Choroba pani Smoczyńskiej była nieuleczalna: rak w żołądku i bardzo zły stan serca, przy tym nerwy rozstrojone do granic.

Chora nie wiedziała dokładnie, co jej jest, domyślała się tylko wszystkiego.

Tarłówna z trudem zdołała ją trochę uspokoić i ułożyć na łóżku. Wtem rozległ się jej histeryczny krzyk.

- Andziu zapal światła, dużo światła, boję się przy tej lampce... duszno mi.

I to dość często się powtarzało. Dziewczyna, zmordowana atakiem chorej, spełniła jej polecenie jak automat. Sypialnia rozbłysła światłem kilku lamp, które już były przygotowane.

- Andziu! Czego masz taką smutną minę? I ta czarna suknia taka straszna. Aha, już wiem! Ja dziś pewno umrę i to dlatego ta grobowa atmosfera... Anka zaprzecz mi... zaprzecz... Ha, ha! Nie możesz, Boże litości... Boże!

Zaczęła płakać spazmatycznie i rzucać się na łóżku.

- Ciociu droga, ciotuchno, przecież ciocia wie, po kim noszę żałobę, nie mogę być wesoła, nie mogę, cioteczko - żaliła się dziewczyna, sama bliska płaczu...

- Po kim to? Po kim?... Kłamiesz! Aha, po Olelkowiczu? No to i cóż, umarł i nie zmartwychwstanie. Sam sobie winien, że szedł na przekór Kościeszy; kto z twoim ojczymem wojuje, ten zawsze przegra. Izę wpędził do grobu, choć to była anioł_kobieta, bo ją wszyscy kochali, więc nie znosił Izy i... Daj wody, Andziu, pić, pić!

Po długiej chwili chora zaczęła znowu zrzędzić.

- Przestań płakać po Andrzeju, nie wskrzesisz... a ja... ja nie mogę patrzeć na smutek koło mnie, myślę zaraz, że jestem na własnym pogrzebie.

- Głupi był Olelkowicz, głupi...

- Ciociu... proszę tak nie mówić, nie można, ciocia się zmęczy.

- Ha, ha! Niby to o mnie ci chodzi, wiem, wiem, obrażasz się za Andrzeja. I on był głupi, i ty głupia, nie trzeba się było ojczymowi sprzeciwiać.

- Ciociu!

- A tak! Cóż wskóraliście? On kulkę w łeb, a ty... ty...

Zakaszlała się i zaczęła jęczeć.

- Andziu, śmiej się do mnie, włóż jasny szlafroczek, zawołaj tu Jasia. Zagrajcie na fortepianie, zaśpiewaj coś wesołego. Chcę, żeby było wesoło, jasno. Gdzie Jaś?

- Jaś śpi, przecie to noc, ciociu, wszyscy śpią...

- Sama zaśpiewaj tę dumkę, coście śpiewali z Andrzejem. Jakże to... Aha!


Czerez reczeńku, czerez bołoto
podaj ruczeńku, moje zołoto.


- Ach ciociu, ciociu!

- Albo drugą weselszą...

- "I szumyt i hude, dribnyj doszczyk ide..."

- No śpiewaj, Anka, śpiewaj!

Łzy ciężkie gradem spłynęły na policzki dziewczyny.

- Ty płaczesz? Jezus Maria, jak ja nie cierpię płaczu. Jaka ja nieszczęśliwa, tak pragnę odrobiny wesołości, a tu tylko płacz, smutek... Och, egoiści!... Egoiści!...

Zaczęła jęczeć i wyrzekać.

Andzia przemogła się.

- Niech się ciocia uspokoi... już zaśpiewam... zaśpiewam...

Chora siadła na łóżku i wpatrzyła się uważnie w Andzię.

- Śpiewaj - tylko ładnie.

- "Rosła kalina z liściem szerokim" - zaczęła Andzia, dławiąc się.

- Nie chcę tego, to smutne, śpiewaj "I szumyt i hude..."

- Ciociu! Ja to... z Jędrkiem śpiewałam.

- Więc cóż, nie potrafisz sama? Jesteś wstrętna egoistka!

- To tak trudno, takie bolesne wspomnienia, ciociu.

Ale chora nie ustąpiła. Andzia więc z gardłem ściśniętym, z oczami pełnymi łez utkwionymi w sufit zanuciła smętnie raczej wesołą nutę piosenki małoruskiej:


I szumyt i hude
dribnyj doszczyk ide.
A któż mene... neszczastływoj
do... domońku... zawee... dee...


Zakrztusiła się łzami, chcącto ukryć, śpiewała dalej, coraz głośniej, ale nie śpiew, lecz jęk wychodził z jej piersi. Z męką straszliwą, z obrazem Andrzeja w oczach, przeciągała nadmiernie nuty, rozwlekając słowa, byle spoza nich szloch się nie wydobył, byle nie załkać rozpaczliwie. Twarz miała zalaną łzami, usta blade i roztrzęsione, w oczach tragiczny wyraz męczarni i bólu.

Zapamiętała się w tym śpiewie, rozdzierającym na strzępy jej biedne serce. Chora leżała cicho, bez ruchu. To ocuciło Andzię. Umilkła i uważnie przyjrzała się ciotce.

Pani Smoczyńska spała.

Tarłówna odetchnęła głęboko, z ulgą i przyczaiła się cichutko na swym krzesełku, ocierając zapłakane oczy i twarz mokrą od łez. Pogasiła światła, ale sama nie spała, rozmyślając ciągle o Andrzeju i rozmawiając z nim w zgnębionych swych myślach.

Już zbliżał się rok od jego śmierci, on zaś stał przed Andzią ciągle jak żywy, głos jego słyszała niby na jawie.

Pani Malwina zbudziła się jeszcze kilkakrotnie, płakała, narzekała, lub kazała opowiadać sobie coś wesołego. Tak przetrwała do rana. Zaraz po śniadaniu przyszedł Jaś. Gdy zostali sami z Andzią, popatrzył na nią uważnie.

- Wyglądasz bardzo źle, Andziu, noc była niedobra?... Czy tak?

- Jak zawsze. Cioci nic nie lepiej, jest bardzo nerwowa. Wątpię, czy będzie można przenosić mamę do Smoczewa. Jest zbyt osłabiona.

- Nic nie szkodzi, w powozie przejedzie wygodnie półtorej wiorsty drogi, pojedziemy wolno. Zwlekać nie chcę ani dnia. Tylko twojej prośbie uległem, pozwalając ci zabrać mamę na wiosnę z naszego czworaku znowu do Turzerogów. Rozumiem, że jej tu wygodniej, ale teraz, jak już stoi nowy dom - dosyć tego! Każdy dzień przebywania mamy w Turzerogach pali mnie, dłużej nie zniosę.

- Ale czy zapewnisz mamie odpowiednie wygody?... dom nowy, może jeszcze wilgotny, może jakiś zapach farb?

- Nie, lato było upalne, materiał suchy, wszystko w porządku. Największy i najwidniejszy pokój przeznaczyłem dla mamy, umeblowałem gruchotami ocalonymi z pożaru, mama je lubi. Reszta domku prawie pustkami świeci, ale pokój mamy zupełnie przyzwoity i wygodny.

- Kiedy chcesz mamę zabrać?

- Choćby dziś, zaraz...

- Ryzykujesz, Jasiu.

- Nie ma na co czekać, nastaną słoty jesienne, mamie będzie coraz gorzej, przecież wiesz. Nie chcę, za nic nie chcę, żeby tu umarła.

Przykrość odmalowała się na twarzy Andzi. Jaś to zauważył, pocałował ją w rękę.

- Nie dziw się, Aniu, znam twoje serce i cenię bardzo opiekę twoją nad mamą, ale... wszak to nie twój dom, pan... Kościesza zaś... czeka tylko na nasz wyjazd.

Tarłówna nie mogła zaprzeczyć, wiedziała dobrze, że ojczym pragnie, aby pani Smoczyńska jak najprędzej opuściła Turzerogi i że okazuje to Jasiowi bardzo wyraźnie.

Pani Malwina zgodziła się biernie na powtórny przejazd do Smoczewa, rozpytywała syna szczegółowo o nowy dom i żaliła się, że jest ciasny i że nie będzie miała wygód. Zastrzegła sobie kategorycznie, że bez Andzi nie wyjedzie.

Tarłówna obiecała pielęgnować ją w dalszym ciągu.

Gdy jednak nastąpiła godzina wyjazdu, Kościesza zażądał stanowczo, aby Andzia została w Turzerogach. Szorstko i bezwzględnie oznajmił o tym pani Malwinie.

- Andzia nie jest pielęgniarką pani, dosyć już tego, syn i Butkowska mogą się panią zaopiekować, Andzia zostanie ze mną, tak chcę.

Głos jego chroboczący, przykry i oczy ostre w wyrazie przeraziły panią Malwinę. Zemdlała, ale Jaś nie odłożył wyjazdu, ocuciwszy matkę, wsadził do powozu i podziękował zimno Kościeszy za gościnność, po czym konie ruszyły krokiem. Andzia odprowadzała ciotkę do bramy piechotą, idąc obok powozu, bo wsiąść Kościesza jej nie pozwolił. Chora płakała, żegnała się z Andzią, zapewniając, że bez niej umrze lada dzień. Przy bramie ojczym wziął Andzię mocno za rękę i oderwał od Smoczyńskich.

- Jazda - krzyknął ostro do stangreta.

Andzia zdrętwiała.

- No, nareszcie! Pozbyliśmy się z domu szpitala. Chodź Aneczko.

- Jak pan może być tak niegodziwy, takim... gburem - wybuchnęła Anna.

Kościesza pociągnął ją w aleję cienistą, pokrytą teraz jakby kożuchem z opadłych liści.

- Cicho, cicho, Aneczko i... nie nazywaj mnie panem, Anuś droga. Teraz, kiedy ta... stara wiedźma wyjechała, znowu będzie wszystko dobrze, jak dawniej.

- To jest moja ciotka, krewna mojej matki, nie pozwolę, aby ją pan tak nazywał. Moje miejsce jest przy niej i do niej wrócę.

- Zostaniesz ze mną, bo ja tak chcę i... tak wypada.

- Nic mnie tu nie wiąże.

- Jak to, więc dom rodzinny jest dla ciebie obojętny?

- Stał się nawet przykry, bo ja ... nie mam rodziny.

- Aneczko!... Krwawisz mi serce.

- To trudno, mówię prawdę.

W milczeniu poszli do domu.

Kościesza starał się ułagodzić Tarłównę, ale na wszelkie jego czułe słówka i obietnice Andzia pozostała głucha. Nie chciała sprzeczki z ojczymem, ale przestała mu wierzyć. Czuła doń wstręt.

Nie śmiała w sumieniu swym czynić Kościeszy wyraźnie winnym śmierci Andrzeja, a jednak nurtowała jej duszę straszna pewność, że on był jej pośrednim sprawcą.

Ogarniał ją strach, że jest pod dachem takiego człowieka i że jest on jej ojczymem.

To znowu dręczyły ją wyrzuty sumienia, że może posądza niewinnie; tak okrutna zbrodnia czyż może ciążyć na mężu jej zmarłej matki?

Stanęły jej w myśli zwłoki Chwedźka, słowa Grześka utkwiły jej w pamięci.

Wzdrygnęła się.

Ten chłop potworny to był wspólnik, wykonawca... więc go nie zostawił przy życiu. Wszystko przewidziane, wszystko brał w rachubę...

...Ale można szeptać, posądzać po cichu... nie wolno oskarżać. Wszak śledztwo było, były robione starania, aby wykryć zbrodniarza, bo w wypadek prawie nikt nie wierzył. Długo szukano powodu kuli zbłąkanej. Sędzia śledczy przyjeżdżał do Temnego Hradu, zjechała cała komisja. Specjaliści badali tę sprawę sumiennie, z zainteresowaniem.

Konstanty Olelkowicz niczego nie zaniedbał. Hadziewicz, Drohobycki, wszyscy sąsiedzi Andrzeja pomagali mu gorliwie. I nic. Ręce im opadły, energia osłabła, nawet cienia dowodu nie znaleziono.

Po odkryciu zwłok Chwedźka Grześko sam, z własnej inicjatywy, cichaczem wezwał sędziego śledczego i Konstantego Olelkowicza. Ale i tu nic istotnego nie wykryto; zwłoki miały już ślady rozkładu, który mróz wstrzymywał, ponadto na twarzy, szyi i piersiach rany od wilczych kłów. Zamarzł i wilki go rozszarpały. To zapisano w protokole.

Wszystko było niejasne, żadnych wyraźnych poszlak ani podejrzeń na Kościeszę, prócz jego znanej niechęci do zmarłego Andrzeja. Ale to nie wystarczało. Tylko Grześ kręcił głową z powątpiewaniem. Stary borowy był pewny, że Andrzeja zabił Chwedźko, Chwedźka zaś Kościesza. Tak on jak i Andzia nie zdradzili się przed nikim ze swych okropnych podejrzeń, czuli jednak, że i więcej osób w skrytości tak samo myśli. Przenikał Andzię dreszcz zgrozy i obrzydzenia.

Wyczerpana doszczętnie czuwaniem nad ciotką, położyła się wcześnie i zasnęła kamiennym snem. Nie słyszała, że późnym wieczorem przybiegła Butkowska ze Smoczewa, wyrwawszy się w sekrecie przed Jasiem, aby prosić Andzię do pani Malwiny, która wzywa ją gwałtownie, nie mogąc zasnąć i spazmując. Kościesza usłyszał głos klucznicy, wypadł do niej i tak skrzyczał, sklął, że Butkowska uciekła, nie czekając dalszych konsekwencji gniewu pana Teodora.

Jednakże stan pani Smoczyńskiej był przerażający. Jaś bezradny łamał ręce, wreszcie o świcie już Butkowska cichutko wślizgnęła się znowu do dworu w Turzerogach, do pokoju panny Eweliny, zaklinając ją, aby Andzia przyszła, bo pani umiera. Tarłówna zbudzona przez swą opiekunkę pobiegła natychmiast i wkrótce uspokoiła ciotkę, dając słowo, że już jej nie odstąpi. Kościesza wpadł we wściekłość, wyprawiał burdy w Turzerogach i w Smoczewie, dokąd wpadł jak burza z piorunami.Andzia z łagodnością i taktem prosiła go o spokój, aby nie pogarszał stanu chorej i pozwolił jej pielęgnować ciotkę. Kościesza był nieubłagany. Siłą chciał Andzię zabrać do domu. Jasiowi zaś powiedział mnóstwo impertynencji.

Wówczas Tarłówna wystąpiła energicznie.

- Nie wyjadę ze Smoczewa i będę ciotkę pielęgnowała do końca... Proszę pana nie naruszać spokoju chorej i... o mnie zapomnieć.

Kościesza zdumiał się, widząc jej stanowczość i gniewne błyski w oczach. Wydała mu się tak piękna, że wzroku od niej oderwać nie mógł. Zapomniał się, stracił głowę. Podszedł blisko i chwycił ją mocno w ramiona. Oczy świeciły mu strasznie.

- Aneczko - zaświszczał jego głos tuż przy jej twarzy - nie mów tak, nie mów! Nie opuścisz mnie. Ja cię... tak kocham szalenie, bez ciebie żyć nie mogę, bez twego widoku. Aneczko moja! Zrozum nareszcie. Tyś dla mnie... ja ciebie - jąkał się chrapliwym głosem, ciągnąc ją do siebie przemocą.

Andzia spojrzała mu w twarz i krzyknęła z przerażenia; tak samo wyglądał przed rokiem w jej buduarku, gdy z ramion jego wyrwawszy się uciekła z Hadziewiczem. Wstręt, gniew, obrzydzenie, obraza - miotały nią. Wyszarpnęła ramiona z jego uścisku i, odskoczywszy jak od węża złośliwego, zawołała wzburzona do głębi, ale z niezwykłą mocą:

- Między nami skończone wszystko... Raz na zawsze! Nie ma pan do mnie żadnego prawa i jest pan dla mnie... obcy. Nie powrócę do Turzerogów. Za nic!

Po tych słowach wybiegła z pokoju.

Kościesza osłupiał, opuścił Smoczew jak wysmagany, w drodze spotkał pannę Ewelinę, która z rzeczami przenosiła się do Smoczewa. Minął ją jak ponury wilk. Nie dał jednak za wygraną. Chciał się widzieć z Andzią, dręczył Jasia, nic nie pomogło. Tarłówna pozostała przy ciotce, nie odstępując chorej i nie odpowiadając na żadne zaczepki ani na listy Kościeszy.

A stan chorej był coraz gorszy. Lekarze nie robili nadziei na wyzdrowienie, przepowiadając, że będzie się długo męczyła.

Tarłówna była jakby siostrą miłosierdzia i pielęgniarką przykutą do łoża chorej.



XXXI

Ostatnia wola

Minęło półtora roku...

Wiosna była w całym rozkwicie, koniec maja.

W nowym dworku w Smoczewie, na ganku, Tarłówna i Jan Smoczyński rozmawiali ze sobą.

- Czy dawno wysłałeś konie, Jasiu?

- Już kilka godzin, sądzę, że za kwadrans najwyżej powinna przyjechać, jeśli pociąg się nie spóźnił.

- Co ci mówił doktór o mamie? Jaki stan?

- Bardzo zły. Nie łudził mnie zupełnie, powiedział, że policzone godziny...

Tarłówna westchnęła ciężko. Oparła się na balustradzie ganku i zwiesiła głowę na piersi. Szczupła była bardzo, wątła i blada. Ubrana w czarną, gładką suknię, wydawała się jeszcze smuklejsza. Włosy obfite, rozczesane skromnie nad czołem, wieńczyły tył głowy pięknym splotem warkoczy. Oczy jej czarne, otchłannie głębokie w wyrazie, ocienione rzęsami zawarły w sobie smutek, były przy tym dziwnie słodkie, pełne tęsknoty. Usta zachowały barwę świeżą, ale cała jej uroda stała się teraz pastelowa, aż nazbyt delikatna.

Jan, siedzący naprzeciw niej, zmienił się zupełnie. Delikatny owal jego twarzy okalał już męski zarost, jasny, krótko przystrzyżony. Oczy bardzo głębokie były poważne i niemal surowe, widocznie przecierpiał wiele, ból wyżłobił w nim cechę odrębną, jakby ascetyzmu i srogości wobec samego siebie.

Po wymianie kilku zdań umilkli i siedzieli obok siebie cicho, pogrążeni w myślach. Zbudził ich tętent w oddali i głuchy huk kół po moście.

- Jedzie! - zawołali jednocześnie.

Andzia wstała i wytężyła wzrok w kierunku drogi. Rumieniec wzruszenia zabarwił jej policzki, z oczu sypnął gorętszy, złoty płomień.

Jan nie ruszył się z ławki, podniósł tylko wzrok i tępo patrzał w bramę wjazdową.

- Jedzie! Tak, to ona - powtórzyła Andzia.

Powóz okrążył sztachety, wtoczył się na dziedziniec. Był odkryty, na siedzeniu poza plecami stangreta mignęła strojna postać kobieca.

Konie stanęły.

- Handzia!... Jaś!...

- Lorka!...

Okrzyki zmieszały się. Strojna pani wyskoczyła zręcznie z pojazdu i zarzuciła ręce na szyję dawnej towarzyszki. Uścisnęły się jak siostry.

- Handziu, tak się cieszę, że cię widzę, tak dawno, dawno już, prawie trzy lata. Jasiu! Ach jakiś ty... inny!

Ucałowała brata serdecznie.

- Nie pytasz o mamę? - zagadnął sucho.

- Andzia pisała. Czy tak jest źle? Bałam się, że już nie zdążę...

- Nadziei nie ma, katastrofa lada godzina.

- Czemuż nie telegrafowaliście wcześniej?

Jan popatrzył na siostrę surowo.

- Pisałem kilkakrotnie podczas zimy, Andzia również. Ciągle tylko obiecywałaś.

- Ach tak, nie mogłam istotnie przyjechać, chociaż... bardzo pragnęłam.

Tarłównie łzy stanęły w oczach. Widok Lory poruszył w niej wspomnienia lat minionych, przeżytych wspólnie chwil...

Wizja Andrzeja stała przed nią wskrzeszona, w całej pełni.

Ale zapanowała nad wrażeniem. Stłumiła w sobie cisnące się łzy przemocą. Podała rękę kuzynce i szepnęła cicho, aby nie zdradzić się głosem.

- Pójdziemy do mamy.

- Ja pójdę pierwszy, może jeszcze śpi, nie trzeba budzić - rzekł Jan i wyszedł.

- Biedna mama - jęknęła Lora ze współczuciem.

Rozejrzała się ciekawie.

- Jak tu wszystko zmienione; nowy dwór? Dlaczego taki mały? Po naszym dawnym, spalonym, ten to istny kurnik. Pewno pomysł Jasia!

Andzia milczała. Lora objęła ją ramieniem i spojrzała w twarz badawczo.

- Biednaś ty Anko, straszny twój los. Nie masz pojęcia, jak okropnie odczuwam to twoje nieszczęście, tak mi było żal... Andrzeja.

Tarłówna zbladła, kurcz bolesny pojawił się na twarzy. Szepnęła błagająco:

- Nie mówmy o tym, Lorko.

Pociągnęła dawną koleżankę w głąb domu. Lecz Lora nie mogła się zmusić do milczenia.

- To cię męczy, ja to rozumiem. Ale widzisz, czy ja nie miałam racji mówiąc, że Kościesza nie odda ciebie Olelkowiczowi? To wampir, a ty jego ofiarą jesteś. Andrzej musiał zginąć w tych warunkach. Zwalczył upór, lecz życiem przypłacił. Kościesza zgodził się na to narzeczeństwo, ale do ślubu nie dopuścił.

- Skąd ty przypuszczasz? - spytała Andzia zdumiona niezmiernie.

- O, ja wszystko wiem. Trochę pisała mi stara Butkosia, z którą korespondowałam, żeby od czasu do czasu mieć o was wiadomości. Nikt z was nie raczył pisać. No, tobie się nie dziwię, przeszłaś piekło na ziemi...

- Nie przysłałaś nam początkowo adresu, Lorko.

- Wiem, Jan wziął go od Butkowskiej. Czy wiesz, że gdy się tylko dowiedziałam o twoim wyjeździe z Turzerogów i zaraz potem o zaręczynach za zgodą Kościeszy, struchlałam. Ja znam tego potwora, on się tylko przyczaił, a wy uwierzyliście. Lepiej byłoby, żeby cię Andrzej porwał, jak miał zamiar, bo wówczas ślub wzięlibyście prędzej i basta.

- Więc i o tym zamiarze wiesz?

- Od Butkowskiej, ona zaś od służby, może nawet od prokopyszczskiej. Takie rzeczy się rozchodzą, on zaś, mając cię porywać, gdy do tego nie doszło, nie robił z tego tajemnicy. Mój Boże! Tacy ludzie żywiołowi giną. Andrzej to była potęga, on by cię wydarł całemu światu. I... zgubiony przez nędznika.

Andzia pochyliła nisko czoło, przymknęła oczy.

- Jednak wszyscy wiedzą, wszyscy odgadują - myślała.

Lorka zrozumiała ją. Przytuliła swą twarz pachnącą do jej czoła.

- Widzisz, wszak i to prawda? Nie zaprzeczasz, bo to prawda, nie bronisz tego szympansa, jak to dawniej bywało. Wszystko już zgłębiłaś, nie masz złudzeń. Pomysł był szatański, wykonanie artystyczne; mówię o tym tragicznym polowaniu. A pomimo to, pewno każdy wie, co o tym wypadku sądzić. Gdyby sprawiedliwość polegała nie tylko na samych dowodach, których podobno zupełnie brak, szympans powinien być teraz... daleko.

Do pokoju wszedł Jaś.

- Mama obudziła się, jest trochę lepsza, uprzedziłem ją o twym przyjeździe, Loro. Może pójdziesz?

- Idę.

Szeleszcząc jedwabiami poszła za Janem, strojna, piękna, pewna siebie.

Andzia została. Wolała nie być świadkiem wymówek matki, czynionych córce, przeczuwała, że będą. Zresztą słowa Lory wyprowadziły ją z równowagi. Odżyły zgryzoty, gorycz dusiła ją potwornie.

...To się rozeszło, to wiedzą wszyscy, to się nie ukryło w domysłach tak, jak ukrył się sam fakt.

...Potwór, szatan, zły... zły człowiek, bez sumienia, bez duszy, bez serca.

...Geniusz zbrodniczy.

Andzia zamyśliła się smutno, bo Lora przypomniała jej tragiczną śmierć Andrzeja, rozdrapała rany na nowo i boleśnie. W ostatnich czasach okrutnych męczarni pani Smoczyńskiej, Andzia zapomniała o sobie i swym dramacie, dzień i noc nie rozbierając się, czuwała przy chorej, będącej prawie ciągle w agonii. Aż teraz znowu wszystko odżyło, szarpnęła ją za serce świadomość własnej niedoli.

Po pewnym czasie Lora powróciła. Podeszła do Andzi i usiadła przy niej. Miała oczy zaczerwienione, przykrość malowała się na twarzy.

- Z mamą jest bardzo źle. Mówił mi lekarz, który tam czuwa, że godziny policzone. To straszne! Mnie kazano wyjść.

Otarła oczy z łez i po długiej chwili wzięła Andzię za rękę, mówiąc serdecznie:

- Opiekowałaś się mamą jak córka, przykuta byłaś do jej łoża przez długie dwa lata, nawet dłużej. Ach, Andziu, ty jesteś święta męczennica! Nie umiem ci nawet wyrazić całego ogromu wdzięczności, jaki czuję dla ciebie. Wszystko to puste frazesy wobec twego poświęcenia. Z takim dramatem w duszy, dwa lata ślęczeć przy chorej to bohaterstwo.

- Nic nadzwyczajnego nie robiłam. Pewno ci Jaś nagadał.

- I on, i mama, głównie mama. Wysłuchałam gorzkich wyrzutów matki, może i słusznych? Ciebie nazywa swoim aniołem i płacze, mówiąc o tobie, Andziu. Doktor mi mówił, że gdyby nie twoje starania, dawno by nie żyła. Byłaś jak siostra miłosierdzia, byłaś pielęgniarką mamy, z zaparciem się swej młodości, z poświęceniem.

- Nie chwal mnie, Lorko, moja droga. Z zaparciem się młodości - mówisz? A cóż ona mi dała ta młodość moja?... Kilka chwil szczęścia nieziemskiego, by katowski grom uczynić straszniejszym? Kochałam nad życie... Andrzeja i na moich rękach... skonał. I jak skonał!... To mi dała moja młodość! Ach, nie mówmy! Powiedz lepiej, co z tobą, Lorko? O mnie wiesz wszystko, ja o tobie nic.

Piękna kobieta oparła się na fotelu ruchem leniwym, ręce lśniące klejnotami zarzuciła za głowę i splotła je na pysznej koafiurze jasnorudych włosów.

- Co ze mną?... Ha, świat mnie wziął w zaczarowane kolisko, w swój wir piekielny, ale piękny. Czy zmieniłam się bardzo?...

- O tak! Wypiękniałaś jeszcze i wyrosłaś. Jesteś bardzo piękna, Loro.

Tamta uśmiechnęła się rozkosznie.

- Nie piękniejsza od ciebie. To nie komplement, ani zdawkowa moneta, Andziu. Kłamać nie umiem. Tylko że twoja uroda jest inna, moja inna, ty dla... znawców, ja dla smakoszy! Ty główka Axentowicza, ja hetera Żmurki. Tyś się Andziu zmieniła także, ból cię wysubtelnił wirtuozowsko. Jesteś tą samą Handzią z wilczarskich borów i stepów, tą samą z naszej szlichtady, pamiętasz?... Gdy cię Andrzej niósł z zaspy do sanek, jak ci wtedy grały te twoje kare oczy! a jednak jesteś inna, tak jakby z pączka róży szkarłatnej rozwinęła się biała orchidea, niesłychanie wytworna w kształcie i w typie.

Tarłówna zadrżała, znowu ze zdumieniem spojrzała na Lorę.

Andrzej mówił do niej zawsze: "Mój pąku szkarłatny", róże purpurowe przysyłał, mówiąc, że to jej symbol. A teraz ta... tak samo porównuje.

- Tak, Andziu, ból to rylec genialny - mówiła Lora, idąc za swą myślą. - Ja co innego. Mnie życie płynie wśród dusznej atmosfery, życia właśnie, ukropu życiowego, podniet, szałów. Blaski niekoniecznie słoneczne, lubię elektryczność; złoto, upał krwi, gwar wielkiego świata, oto mój żywioł, moje natchnienie. Dla tej chimery poświęciłam wszystko, nawet... matkę.

- Czy jesteś zamężna? - spytała Andzia nieśmiało.

Długi moment pauzy.

- Tak, przecie adresowaliście do mnie na obecne nazwisko. Nazywam się teraz Lora von Bredov Nordica.

- Ładnie się nazywam, prawda? Lepiej to brzmi, niż moje dawne Smocinsky. Tamto trąciło zawsze przeróbką, wzbudzało nieufność, a na Riwierze, quand même[12], czuli są na dźwięki nazwisk.

- Mieszkasz w Nicei?

- Czasem, ale stale w Monte Carlo. Ach, Andziu, przyjedź tam do mnie, do nas... na jasny brzeg. Odżyjesz, na duszy i ciele się wzmocnisz.

- Ja?... Do Monte Carlo?!

- Cóż by to było dziwnego? Odwiedzisz moją siedzibę, będę dla ciebie Ciceronem. Że ci to ulgę przyniesie, za to ręczę. W takiej atmosferze, jak dotąd żyjesz, można się od razu dać zabalsamować. Okropność! Powiem ci...

Wbiegł Jan z krótkim okrzykiem:

- Mama bardzo źle, wzywa Andzię.

Tarłówna zerwała się prędko i podążyła za nim. Czuła wyrzut, że przez godzinę zaniedbała ciotkę.

Lora wyszła za nią.

Jan rzekł cicho do Andzi przy drzwiach konającej matki:

- Zdenerwowała się zanadto widokiem Lory, robiła jej straszne wymówki, doktor mówi, że agonia zbliża się. Ułagodzić ją, ty to potrafisz, tylko ty, Andziu. Ciebie woła i pragnie, byś była przy niej.

Weszli. Tarłówna wzięła delikatnie rękę chorej, jakby zrobioną z opłatka.

Lekarz i panna Ewelina odstąpili od łóżka.

Gasnące oczy starej kobiety otworzyły się szeroko.

- Czy Andzia jest? - szeptała słabo.

- Jestem ciociu.

- A... Jaś?

- I on jest, stoi przy mnie.

- To dobrze.

Wpiła oczy gorączką rozpalone w Tarłównę i jęła mówić wolno, ale dobitnie i wyjątkowo wyraźnie:

- Andzia to moja... prawdziwa córka, ona sama nieszczęśliwa, była dla mnie opatrznością. Jestem stara i... nudna, zamęczałam ją wymaganiami, ona wszystko znosiła. Anioł! Do łóżka mego przykuta z górą dwa lata... dwa lata, słyszycie?

- Ciociu, proszę tak nie mówić, błagam, to cioci zaszkodzi... - jęknęła Andzia, tuląc twarz do jej ręki.

- Mnie już nic nie zaszkodzi, umieram, wiem o tym. Taka chwila zmienia ludzi lepiej, niż całe życie. Byłam nudna, grymaśna, często zła, teraz... żałuję, że może zgnębiłam ciebie, dziecko moje.

- Ciociu najdroższa proszę... ja tego nie chcę słuchać.

- Wczoraj księdzu na spowiedzi wyznałam swoją ostatnią wolę, teraz wam ją objawię, dzieci. Musicie dotrzymać.

Nagle poszukała oczami.

- Kto jest jeszcze prócz was?

- Jest Lora, doktor, panna Ewelina i Butkowska - odpowiedział Jan.

- Chcę, pragnę w chwili zgonu... tego samego, o czym marzyłam długie lata. Chcę i proszę, aby Anna Tarłówna, tu obecna i mój syn, Jan, połączyli się węzłem małżeńskim.

Słowa te spadły jak grom.

Andzia oderwała się od pościeli i skamieniała; przerażenie, rozpacz mignęła w jej oczach. Jan rzucił się do łóżka matki, padł na kolana i załkał:

- Mamo, nie żądaj tego od niej, nie żądaj... zaklinam!

Chora gwałtownie zadrżała i uniosła się z okropnym wysiłkiem. Oczy jak dwa płomienie wświdrowały się w Andzię, bladą jak zjawisko; rzekła z siłą w głosie, wprost do dziewczyny:

- Pragnę tego i chcę. Ostatnią wolę umierającej spełnić trzeba. Jan kocha ciebie od dawna, miłością wielką, jest zacny, ma złote serce. Były przeszkody... Milczałam. Wola Boża. Teraz ich nie ma. Ciągle po tamtym biedaku płakać nie będziesz. Życie i młodość ma swoje prawa. Szczęścia w domu nie zaznasz u ojczyma... już wiesz... jaki on jest. A... Jan cię kocha.

- Mamo... matko... na Boga! Nie zmuszajcie jej, nie żądajcie... - szeptał młody człowiek, trzęsąc się cały.

- Daj mi, Andziu, słowo, tu... zaraz... niech ja was pobłogosławię, niech wam zwiążę ręce. Niech się moje marzenie, choć jedno w życiu, spełni.

Umilkła, oddychając szybko. W pokoju panowała cisza grobowa, jakby wszyscy wymarli.

Po długiej przerwie chora znowu przemówiła:

- Testament mój wiadomy: Smoczew dla Jana, spłatę Lory w jego ręce powierzam. Chociaż nie jest godna miana córki, chociaż przyspieszyła moją chorobę i śmierć, ale jej przebaczam. Gdy sama zostanie matką, wtedy zrozumie lepiej, jaką mi krzywdę zrobiła. Andzi, mej prawdziwej córce, oddaję to, co mam najdroższego... syna.

Znowu cisza.

Chora jakby się spieszyła. Dźwignęła się z męką widoczną i zawołała z rozpaczą:

- Dzieci moje, to... ostatnie chwile... Chcecie mnie dobić... milczeniem?... O Boże! Daj minutę jeszcze, niech usłyszę ich słowo... przed śmiercią. Łaski, Boże wszechmocny!

W okrzyku umierającej, w jej głosie, w twarzy i w oczach wzniesionych w górę była groza. Wszystkim zrobiło się straszno.

Jan wstał.

Spojrzał na Andzię. Była już spokojna, tylko martwo blada, rzęsy spuszczone rzucały długie sine cienie na policzki, usta ściśnięte mocno stłumiły jej uczucia. Gdyby umarła, nie wyglądałaby inaczej.

Smoczyńska gwałtownie chwyciła rękę Jana i wyciągnęła dłoń do Andzi stanowczym ruchem.

Dziewczyna podniosła rzęsy. Spotkała wzrok starej kobiety nakazujący, wszechmocny; jedynie może śmierć daje oczom taką siłę niezwalczoną.

- Podaj rękę - rozkazała.

Dziewczyna podała ją posłusznie. Była już bierna,oddana obojętnie swemu losowi.

Chora złączyła ich ręce.

- Przysięgnijcie mi, że uszanujecie moją ostatnią wolę.

Milczeli głucho. Wtem odezwał się Jan, głosem wzruszonym do głębi.

- Kocham Andzię więcej niż życie, wiedziałaś o tym matko, ale nie żądałem od niej takiej ofiary, nigdy! Szanowałem jej miłość... potem żałobę. Jeśli ona podała mi teraz rękę pod przymusem... zwolnij ją mamo, niech cię błogosławi... zamiast przeklinać. Zanadto ją kocham, by ją skuwać z sobą... bez woli...

Słowa jego pełne powagi i tragedii, poruszyły Andzię.

Ktoś zapłakał w pokoju, to Butkowska szlochała skulona w kącie.

Chora upadła na poduszki, wyczerpana, ale trzymała ich ręce złączone w uścisku jak w kleszczach, przeszywała Andzię wzrokiem, który już nie nakazywał, lecz błagał, żebrał litości, o łaskę prosił:

...Zgódź się... zrób nawet ofiarę... niech ja umrę spokojna, bo już... już konam.

Tarłówna czytała to w oczach ciotki, widziała skupioną twarz Jana, jego duszę odgadła, oczekującą wyroku.

I oto w sercu jej przełamał się egoizm. Zmogła w sobie wszystko, co krzyczało protestem... Zwalczała już resztę swej jaźni!

Konająca ostatkiem sił badała ją uważnie. Wzrok słabł, lecz błagał.

- Andziu... córko... zostaniesz żoną... Jana? - wyszeptały usta stygnące.

- Zostanę.

Wydała wyrok na siebie.

- Boże, bądź miłościw mnie grzesznej... doczekałam - szepnęła chora.

Twarz jej rozjaśniła się szczęściem.

- Przysięgnijcie mi... żądam tego...

- Przysięgamy - wyrzekli oboje razem.

Duch Jana uleciał gdzieś w zaświaty, duch Andzi spłynął nad mogiłę Andrzeja i modlił się do niego o przebaczenie.

Chora wydobywając siły z mozołem, skinęła na nich, by uklękli, a gdy to uczynili, położyła im dłonie, zimne już, na głowach i wymówiła wyraźnie:

- Błogosławię... was... dzieci... na... życie całe... teraz Bóg... mnie...

Nie mogła dokończyć.

Godzina agonii przedłużyła się, jakby spełniając również ostatnią wolę umierającej. Nadeszła wreszcie nieubłagana wieczyście tajemnica i rozpostarła tu swą władzę.

Słońce zachodząc, rzuciło w okna dworku krwawe spojrzenia, gdy Andzia i Jan wychodzili z pokoju zmarłej... zaręczeni.

On nie śmiał na nią patrzeć, lecz serce mu rozsadzało uczucie, niezgodne z żałobą po matce.

Stał niby przed otwartym skarbem, zapatrzony w jego cud, ale jak złodziej drżąc ze szczęścia i z obawy, że ten skarb nie dla niego, że on to traci, że ten blask się przed nim zaćmi, że prawa do tego cudu nie ma.

A jednak... był szczęśliwy.

Tarłówna pustkę miała w sobie bezdenną i jakąś, nie jej własną, poddańczą rezygnację.

...Tak czy owak, wszystko jedno...

...Żyć trzeba.

Słońce zapalało na niebie coraz jaskrawsze łuny, gorącą purpurą buchające.


Koniec pierwszej części



I

Ku przeznaczeniu

Ekspres, dążący z Warszawy do Nicei i Cannes, wpadł z impetem pod halę dworca w Vintimilli i stanął z łoskotem. Okna zapełniły się sylwetkami eleganckich pasażerów.

Granica Francji. Rewizja.

Ale pociąg luksusowy ma swe odrębne prawa. Urzędnicy francuscy weszli do wagonów i z lekkim ukłonem, grzecznie pytali jadących, czy nie wiozą rzeczy kwalifikujących się do oclenia. Ceremonia ta nie trwała długo, lokomotywa bowiem huczała, dymiła, wyrywając się gorączkowo do biegu.

W jednym z okien wagonu, lśniącego lakierami, przyprószonego pyłem włosko-austriackim, ukazała się drobna, blada twarz i wielkie, czarne oczy, patrzące z ciekawością. To zaciekawienie błyszczące w źrenicach, o tęsknej głębi, nawet smutnej, przypominało kolorowy kwiat na czarnej glebie.

Handzia Tarłówna oparła się na spuszczonym oknie i wychyliła głowę spoza ram okiennych, rozglądając się ciekawie. Postać jej smukła, w jedwabnym szarym płaszczu zakołysała się wdzięcznie; włosy czarne, obfite, okrywał kapelusz podróżny, owinięty popielatym welonem. Spod ronda widać było sute, błyszczące jak lawa, pukle rozdzielonych włosów nad czołem. Brwi gęste i wąskie, zarysowane nisko od nosa i przy końcach wzniesione nieco w górę, ściągały się jakby w skupieniu myśli, czy nagłej tęsknoty. Spoglądała na tłumy przepychające się w różnych kierunkach, słuchała gwaru, szumu charakterystycznego na wielkich dworcach kolejowych. Pojedyncze słowa francuskie, włoskie, angielskie, niemieckie, wpadały do uszu Andzi, tworząc zupełną wieżę Babel. Czasem jakiś głos wyrzucił słowo polskie, wówczas Tarłówna wychylała się głębiej, szukając rodaka. Odczuła czyjś wzrok na sobie. Spojrzała w tę stronę. Na platformie, blisko jej okna, stał wysoki, szczupły mężczyzna, na pierwszy rzut oka Anglik, wygolony starannie, z twarzą bardzo rasową, ale bezbarwną. Cerę miał śniadawą, matową zupełnie, lecz nie chorą. Oczy ciemnosiwe, z odcieniem zielonkawym, utkwione były w Andzię uparcie, usta ironiczne i cała postać, przy swej wytworności, wyrażała pewną niedbałość i swobodę albiońską. Ubrany w wykwintny strój podróżny, zdawał się być lordem lub dyplomatą angielskim. Bez ceremonii patrzył na Andzię, lecz w jego wzroku nie dostrzegła nic obrażającego i nagle, rozbawiona tą obserwacją obejrzała się za siebie, z cichym pytaniem:

- Czy widzisz Lińciu tego Anglika, przed nami na prawo?

- Widzę właśnie, że ci się bacznie przygląda - odrzekła panna Niemojska.

- Jak się Linci zdaje, kto to jest?

- W każdym razie klasyczny typ brytyjski, brakuje mu tylko ubrania w kratę i pledu przez ramię oraz aparatu fotograficznego.

- Nie, to by go skarykaturowało, ja uważam, że jest bez zarzutu w typie, ale kto to taki? Wygląda na jakiegoś polityka i jest niezwykle podobny do Chamberlaina, tylko dużo młodszy.

- Nie mów tak głośno, bo cię usłyszy.

- Wszystko jedno, nie zrozumie.

Nieznajomy oderwał wzrok od Tarłówny z doskonałą obojętnością i zaczął wolno spacerować po platformie, nie troszcząc się zbytnio, że ekspres za chwilę rusza w dalszą drogę.

...Nie jedzie z nami - pomyślała Andzia mimo woli.

Gdy już zamykano wagony, Anglik z największym spokojem wsiadł do pociągu i za chwilę wszedł do przedziału Andzi i panny Eweliny. Zdjął kapelusz z lekkim ukłonem powitalnym i usadowił się naprzeciw pań, na wolnej kanapie. Z flegmą wyjął gazetę, rozłożył i zaczął czytać. Był to angielski "Times". Na Andzię już nie zwracał uwagi, sprawiło jej to wielką ulgę. Stojąc w oknie patrzyła na obszar morski, który wyłonił się spoza zabudowań stacyjnych Vintimilli. Gdy po raz pierwszy, za Genuą ujrzała morze, wstrząsnął nią dreszcz zupełnie nowy, fala gorąca życia, uśpiona w niej, ocknęła się i zatargała jej nerwami. Zlękła się tej przemiany w sobie i jęła tłumić żar we krwi, który jednak burzył się i rósł. Tak już dawno nie znała tego, myślała, że zamarło w niej wszystko, co było życiem i dążyło do życia. Oto minęła trzecia rocznica śmierci Andrzeja, od tamtej pory Andzia nie uśmiechnęła się ani razu, dusza jej, pogrążona w smutku beznadziejnym, zasnuta była kirem żałobnych rozmyślań. Okrutna zima, po zgonie Olelkowicza przebyta w Wilczarach, potem dwa długie, ciężkie lata przy łożu chorej ciotki Smoczyńskiej, ciągle prawie konającej, jej śmierć była dla Andzi pamiętna i straszna.

Wydarto jej z serca przemocą tą obietnicę. Rozszarpała duszę swą zbolałą i z tą raną żyła w apatii przez całe lato, z myślą obłędną, że ma zostać żoną Jana. Mieszkała znowu w Turzerogach, dokąd po śmierci ciotki musiała wrócić, ubłagana przez Ewelinę, nie chcąc zresztą nowych skandali, gdyby zamieszkała w Wilczarach. Zamiar taki był, lecz Ewelina do tego nie dopuściła.

Długie nieskończenie miesiące letnie i jesienne wlokły się dla niej jakby przysłonięte szybą okopconą. Zajęcia w szkółce i ochronce, które Andzia namiętnie lubiła, park turzerogski i las, stawy w głuchej części sadu, parokrotne odwiedzenie Wilczar i Temnego Hradu, wycieczki tragedii pełne do Dubowej, na grób Andrzeja, to był jej świat i przestrzeń, w których się obracała. Apatia jej rosła, wpadając w melancholię, Andzia mizerniała zastraszająco; jej nerwica przerażała Jana Smoczyńskiego, lecz nie umiał temu zaradzić.

I oto pewnego dnia, po świętach Bożego Narodzenia, Tarłówna uczuła przypływ dziwnej energii, pragnienie czegoś nowego. Zdecydowała się jechać na Riwierę. Naglona listami od Lory, zapraszającej ją gwałtownie, z początku nie śmiała nawet o tym myśleć, bała się ludzi i świata. Lecz chwila odwagi nagle nadeszła. Andzia doznała pragnienia szalonego, które jak nakaz wewnętrzny, despotyczny, wołało w jej duszy... - Jedź!

Panna Ewelina zgodziła się chętnie towarzyszyć jej, chciała od dawna dla swej wychowanki jakiejś zmiany, aby wyrwać ją z tego stanu niepokojącego i nadać jej życiu pewną cieplejszą barwę. Kościesza robił trudności niesłychane, odradzał, awanturował się, terroryzując Andzię za ten "nowy wybryk", jak się wyraził. Ale Jan najniespodziewaniej poparł projekt Andzi, pragnąc dla niej rozrywki oraz wyzwolenia jej od Kościeszy. I wyjechała.

Lecz energia Tarłówny znikła prędko. Z Warszawy już chciała wracać na Wołyń, gwar wielkomiejski przeraził ją, zapał jej ostygł. Na dworcu wiedeńskim w Warszawie, wsiadając do ekspresu, żegnała się z Janem tak żałośnie, jakby już na całe życie. Łzy spływały jej gęsto po bladych policzkach, lecz gdy on, widząc jej reakcję zaproponował, aby została i napomknął coś o ślubie, który można by przyspieszyć, Andzia szarpnęła się jakby ugodzona ostrzem.

- Nie! Muszę, muszę jechać!

Płakała, gdy pociąg ruszył i pogrążyła się od razu w swoją nirwanę. Pierwszy raz oczy jej błysnęły zachwytem, pierś wydała okrzyk radosny, gdy ekspres wpadł w góry Semmerynga. Tarłówna pochłaniała widoki panoramy górskiej, nęciły ją przepaście, wabiły nieprzeparcie szczyty skalne i białe wiadukty, zawieszone nad rozpadlinami, w szczelinach skał. Pociąg wspinał się pracowicie na wyżyny, lokomotywa sapała jak potwór żyjący, zziajany ciężarem swego cielska. Andzia wolała, gdy spadali w dół, po stokach względnie stromych nad przepaściami, wówczas miała wrażenie, że się zaraz pociąg rozbije, że nastąpi coś strasznego, że wszystko runie, zmiażdży się, skotłuje jak ongiś przed laty w Wilczarach, gdy była świadkiem katastrofy z kurierem. Tu gorzej, tu pociąg wykolejony toczyłby się jak piłka w głębokie przepaście, tu o ratunku nikt by nie marzył. Zatrata bezwarunkowa, śmierć na miejscu. Pomimo dreszczy podniecających nerwy Andzi, rozkoszowała się perspektywą gór, ich malowniczością i grozą podróży na zrębach skalnych. Wychylona z okna, wpijała oczy w rozpadliny ciemne, w głębokie parowy i przepaście, nad którymi tor kolejowy zdawał się być zawieszony. Śledziła biały kłąb dymu innego pociągu, zdążającego naprzeciw ekspresu i ze zdumieniem widziała go, jak czasem płynął nisko, jakby pod nasypem, na którym sama jechała, lub nagle rozmotywał białe welony wysoko, na szczytach prawie, podczas gdy ekspres pędził niziną.

Tarłówna rozbawiła się jak dziecko, lecz gdy minęli tunel Semmeryngu i wjechali w lasy, w okolicę skalistą, lecz mniej piękną, opanowała ją tęsknota za borami wilczarskimi, wizja Temnego Hradu stanęła przed nią ponura, ciągnąca ją zaborczo. Andzia czyniła sobie wyrzuty, że odjeżdża tak daleko od grobu Andrzeja, że zostawiła tam wszystkie drogie miejsca smutnych wspomnień.

A pociąg gnał naprzód, wrzynał się w góry, z szumem okrążał doliny, dudnił na mostach i pędził, rwał ku morzu, hen... na kraniec Europy. Tarłównę zachwycił krajobraz nad Osiak-See w Karyntii. Śnieżne szczyty gór świeciły srebrzyste na tle ciemnego nieba, różowiły się zachodem słońca i wychylając się dyskretnie spoza bliższych gór, porosłych lasem, błyszczały, czarowały, niby królestwo snów, kraina niedościgła. Pociąg biegł nisko u podnóża góry, mając z lewej strony Jezioro Osiackie, lśniące, migotliwe jak oko, piękne i uśmiechnięte wśród wyniosłych rysów gór i rzęs leśnych. Te przemijające wrażenia upojeń były niczym w porównaniu do pierwszego rzutu oka na Morze Śródziemne w Genui. Andzia czuła skrzydła u ramion, coś ją poniosło z żywiołową potęgą. Przepadły smutki, znikły tęsknoty, jej nirwana przeistoczyła się w apoteozę życia, tak szaloną, że zapłakała ze szczęścia, iż żyje na świecie i widzi ten cud - morze. Od tej chwili apatia znikła: widok morski porwał jej wyobraźnię i niósł ją na falach szerokich ku nieskończoności. Fale kołysały duszę Andzi, goiły ją skutecznie, śpiewając jakby tylko dla niej hymn wzniosły, szumiąc, burząc się na jej cześć. Andzia nie mogła oderwać się od okna; zatopiona oczami w morzu, oddana mu. Gdy pociąg odbiegał od brzegu nieco, głębiej w ląd, gdy zakrywały morze ogrody kwiatowe, wille i domki nadbrzeżne, gdy wpadali w ciemność tunelów, Anna doznawała uczuć rozpaczliwych; siadała na ławce nagle zgnębiona, przygasła. Nie bawiły jej kwitnące grzędy ogrodów po prawej stronie pociągu ani winnice, ani góry porosłe oliwkami, ani piękne wille i mury oplecione różanymi krzewami i mnóstwem kwiecia o świetnych, barwnych plamach. Ją czarowały fale błękitne, spienione grzywy na grzbietach bałwanów, z szumem pędzące na piasek nadbrzeżny, czasem zda się wprost pod koła pociągu, gdy ekspres biegł tuż nad brzegiem, na torach kamiennych, mając fale prawie pod sobą. Andzia wychylała się mocno przez okno z wrażeniem, że przeważy pociąg i runie w błękitno-pienistą toń. Panna Ewelina chwytała ją wówczas za suknię, przerażona, odciągając od okna. Tarłówna igrała z tunelami; wysunięta przez okno głęboko patrzyła z biciem serca na zbliżające się obmurowanie tunelu, z okopconymi kamieniami przy samej czeluści, czarnej i złowrogiej. Cofała się w tył w ostatniej chwili, myśląc z zupełnym spokojem, jak głowa jej mogłaby się roztrzaskać o kamień, wpadłaby do morza i nicość, nicość wieczysta. W Bordighera, przed Vintimillą, spoglądała z zazdrością na mały ogródek palm, agaw i kaktusów na plaży, tuż przy brzegu, obmywany falami. Siadłaby, ot tam na ławce, a wielkie połacie spienionej wody, ślizgającej się po piasku stwardniałym - chwytałyby ją za stopy. Wieczna praca fal, jednostajna i cierpliwa. Z daleka, z roztoczy morskiej, biegnie płaski, długi kłąb wód i rośnie, pęcznieje, nabiera jakby ciała, runią skarbowaną się pokrywa, aż wyrasta w bałwan olbrzymi, wściekły i zaczyna pienić się. Biały grzebień podnosi swe fryzy coraz wyżej, aż wreszcie cały ten potworny wał zwija się nagle, bierze pod siebie drobne fale i bucha z impetem grzywą pian na piasek. Robi zamach, jakby chciał ugryźć kawał lądu. Piasek jednak przyjmuje obojętnie ten nowy cios, podczas gdy gładka tafla wody z poprzedniego bałwana, cienką warstwą spływa spokojnie do morza, pod świeżą, zaborczą falą. Takie to jest wyraźne, tak się te dwa strumienie - dawny i nowy odrzynają od siebie plastycznie, że ma się złudzenie, jakoby ostatni bałwan, rozlany na brzegu, wciągał pod siebie wodę z dawnego, z pasją i gniewem, że mu przeszkadza w pochłonięciu lądu. I w tej bezsilnej złości jest śmieszny, głupi, prawdziwy bałwan, bo i sam nic nie zwojował, a tymczasem nadlatuje następny wał wód i złośnik, za przykładem swego poprzednika, spływa cicho pod nową pianę, upokorzony. I tak trwa ciągle, bez przerwy, jedna melodia szumu, jeden akord, jeden ton. Rozgwar morza potężnieje lub cichnie, ruch mniejszy lub większy, ale system zawsze jednakowy, jakby odwiecznie wytrwała praca dążąca do jedynego celu; pochłonięcia lądu i utorowania sobie drogi w dal.

- Kiedy dokażesz tego, o morze, morze! - myśli Tarłówna, zapatrzona w rozhuśtaną przestrzeń ruchomego błękitu. Pomimo łoskotu pociągu słyszy wybornie szum wody, rozumie mowę fal, odczuwa bezsilną walkę bałwanów gryzących piasek.

Tunel za tunelem szarpie nerwy Andzi, dym duszący, który w tunelach wtłacza się do okna otwartego, drażni ją.

Poczuła zapach miły obok siebie, obejrzała się. Na kanapie poza nią, odsunięty od okna, siedział ten sam Anglik, trzymając przy ustach i nosie chustkę uperfumowaną, bronił się w ten sposób od dymu. Panna Ewelina stała w korytarzu przy zamkniętym oknie. Andzia zawstydziła się swego egoizmu, chciała okno zasunąć, lecz nieznajomy zaprzeczył ruchem ręki, dając do poznania bez słów, że mu to nic nie przeszkadza, od dymu zaś ma chustkę. Tak to wymownie wyraził gestami, że Andzia nie pytała o więcej. Zresztą nowy widok przykuł jej uwagę. Pociąg przebywał właśnie wiadukt nad Mentoną; ujrzała z wysokości morze w oddali, plażę, elegancką Promenade du Midi, bliżej zaś kwietniki cudne jak dywany strzyżone o przepysznych barwach, po bokach białe wille, hotele, pałace. Pociąg przemknął. Jeszcze parę tuneli i wyłonił się owalny cypel Cap Martin, tonący w zieleni drzew, z białymi dachami pałaców, które wyglądały niby nimfy zanurzone w ciemnoszmaragdowej toni, a tylko głowy jasno podnoszące do słońca i lazuru niebios. Andzia z kart i albumów przysyłanych przez Lorę orientowała się jako tako co do miejscowości, ale teraz dopiero poznała, jaka przepastna różnica istnieje pomiędzy fotografią, rysunkiem, nawet kolorowanym artystycznie, a rzeczywistością; szczególnie morze i niebo urągało wszelkim reprodukcjom, było zbyt piękne, by każda odbitka nie stała się profanacją. Ale tylko natura czarowała Annę, miasta i miasteczka, które mijali, nie zachwyciły jej. Dużo szablonu i monotonii w budynkach. Ale oto z daleka, na skale, zarysowały się dwie wyniosłe wieże białe w otoczeniu gęstej zamieci pysznych gmachów, na tle gór zielono-siwych, ze sterczącą na szczycie odległym, Tête de Chien i z półokrągłą, nisko nad samym morzem postawioną na filarach, jak na kozłach patelnią Tire aux Pigeons.

- Monte Carlo - wołał konduktor wchodząc do przedziałów.

- Jesteśmy u celu, Aniu - rzekła panna Ewelina, dotykając ramienia wychowanki.

Andzia nie ruszyła się z miejsca.

Pociąg szedł wysoko, nad samym morzem, fale obmywały dolne kamienie toru kolejowego, rzucały się z zajadłością na głazy nadbrzeżne i lizały je spienionymi językami, opadając bezsilnie na drugą stronę zapory. Wysoki nasyp kamienny, opatrzony barierą żelazną od strony morza, zataczał półkole i wsunął się w cień, pod skrzydła rozpiętego dachu dworca.

Ekspres stanął.

Cały zastęp tragarzy wpadł do wagonów; powstał zgiełk, zamieszanie. Andzia i panna Ewelina w kilka minut znalazły się na peronie, od strony morza, razem z rzeczami, które dobroduszny Francuz w bluzie granatowej ładował na wózek. Tarłówna zeszła z asfaltu na ostre kamyki nasypu kolejowego i zbliżyła się tuż do bariery. Pod nią grały fale. Słońce nieciło tysiąc gwiazd, iskier, złotych trzęsień na sfałdowanym morzu, piany grzywiaste były oślepiająco białe, aż srebrne. Roztocz przepyszna mieniła się tęczowo, karbowała w łuskę świetną jak potężne szyby płynnego kryształu, pod którymi gorzało słońce, przesycając je blaskiem na wskroś, z zewnątrz zaś owiewał je złoty tuman i bławat powietrzny.

- Ach! Rzucić się w tę otchłań przeczystą, zginąć w falach szumiących... Jak tu cudownie... Boże!

Okrzyk zupełnie mimowolny wydobył się z ust Andzi. Drgnęła, czując, że ktoś za nią stoi. I była jedna jedyna krótka sekunda niemal pewności, że tam poza nią jest jej przeznaczenie, które ją tu wiodło, jej fatum opiekuńcze i że zaraz, natychmiast pchnie ją w migotliwą toń morską... zamkną się nad nią błękity wód, zakwitną nad jej zagładą piany srebrzyste.

Ocknęła się i usunęła nieco na bok.

Za nią stał nieznajomy z Vintimilli, chłodny, sztywny i oparty na lasce patrzył na morze wzrokiem tak obojętnym, jak na porcję rostbefu, na którą w dodatku nie ma apetytu.

Tarłówny zdawał się wcale nie widzieć.

- Andziu, jedziemy, fiakier czeka.

Anna wolno podążyła za swą opiekunką.



II

Moloch

Na schody marmurowe kasyna, grającego światłami, wchodziły dwie ciemno ubrane postacie kobiece: Anna Tarłówna i panna Ewelina, zalęknione trochę strojnym tłumem, płynącym szumnie do przybytku hazardu i zabawy.

Przy głównych drzwiach Andzia zatrzymała się i przyparta do odrzwi, patrzyła z zapartym oddechem na damy wykwintne mijające ją z szelestem jedwabiów, z falą perfum, niosąc na swych twarzach uśmiechy kokieteryjne, znudzone, przeżyte, lub pożądliwie ciekawe. Często pod artystyczną warstwą bielideł i różów błąkała się bezmyślność zupełna lub zwierzęca żądza gry. Różność typów kobiecych i męskich, pędzonych tu jedynie, rzec można, siłą namiętności, sprawiała wrażenie rzeki, z bardzo odmiennych strumieni i potoków utworzonej, a dążącej do jednego bóstwa dla wszystkich żywiołów, bóstwa złota - z bałwochwalczym pokłonem.

- Co ja tu robię wśród nich, po co tu idę? - myślała Andzia z niemiłym uczuciem. Podniosła wzrok od tej szumiącej rzeki ludzkiej i zapatrzyła się na oświetlone Monte Carlo rozpięte na stokach gór. Kondygnacje świateł niższe i wyższe, pełznące w górę i jakby spływające na dół, układały się w szarfy migotliwe, w rozety, w snopy i gwiazdy drżące na powietrzu.

Wyżej górował światłami hotel Riviera, panujący swym gmachem białym nad willami i miasteczkiem tonącym w zawiei ogników. Dalej, aż w górach, gdzieniegdzie błyszczało pojedyncze światełko, lub po kilka w małej grupce, jakby geniusz, który rzucił tę moc gwiazd gorejących na miasto, uronił kilkanaście z nich wśród ciemnych gór. Nisko płonął światłami elektrycznymi wykwintny gmach, Café de Paris, z oszkloną galerią na froncie i wielką, przysadzistą kopułą na szczycie. Wewnątrz tego przybytku i zewnątrz, przy gęsto ustawionych stolikach, bawił się z wesołym gwarem tłum barwny, pyszny, pełen życiowych uciech i umiejący je znaleźć. Na lewo od fasady kasyna promieniał hotel "Paryski"; wielkie tafle szklane tarasu, idącego wzdłuż całego budynku, strojne były w kwiaty i blask. Wszędzie ludzie, mnóstwo ludzi, życie wre, kipi, aż rozsadzać zda się nawet te ramy wspaniałe. Naprzeciw Andzi kwietniki, palmy przepiękne, o koronach niby monarszych, wyniosłe, strzegą zwartym szeregiem z dwóch stron rozpięte dywany kwiatów. W oddali tryska fontanna dyskretną kaskadą w otoczeniu olbrzymiego wieńca białych stokroci. Przepych, bogactwo, jeden czar.

Andzia olśniona przymknęła oczy, pociągnięta przez swą towarzyszkę, weszła do pierwszego przedsionka kasyna.

- Czy zaraz weźmiemy bilety wejścia do sal gry? - spytała ją Ewelina.

- Wszystko jedno, możemy jeszcze poczekać.

- Bo widzisz, jeśli chodzi o spotkanie Lory, to już ona z pewnością nie będzie siedziała w atrium, tylko w salach, zatem...

- Może jej tu nie ma? Mówiła panna służąca, że wyjechała na cały dzień do Nicei.

- Ale zwykle, podobno, wieczory spędza w kasynie, tylko tu możemy ją dziś spotkać.

- Lińciu, najpierw rozpatrzmy się w atrium, taki tu gwar, czuję chaos w głowie. Och, jakie kwiaty!

Tarłówna podeszła do grotki z kwiatami, ulokowanej na prawo, obok drzwi i wzięła do ręki pęk purpurowych róż; zapytała o cenę.

Lecz w tymże momencie zadrżała na całym ciele...

...Szkarłatne róże... Andrzej.

Krew gorąca buchnęła jej do serca.

Przypomnienie uderzyło w jej mózg. Rzuciła kwiaty na stolik jakby z zabobonną trwogą.

To już nie dla mnie, nie dla mnie!...

Wzięła skromną wiązankę fiołków, płacąc monetą żądaną za róże.

Kwiaciarka patrzyła na nią ze zdumieniem, ale panna Ewelina zrozumiała i westchnęła cicho.

Weszły do kontramarkarni, popychane przez tłum, znalazły się przy ladzie, blisko drzwi wejściowych do atrium. Andzia mechanicznie zdejmowała z siebie okrycie.

Wtem naprzeciw niej błysnęło, zatrzymała się oszklona winda podziemna, z hotelu "Paryskiego", ukazując w swym wnętrzu strojne postacie jednej kobiety i paru mężczyzn. Z trzaskiem otworzono drzwi szklane, dama wybiegła ze śmiechem, za nią panowie. Rozbawieni byli, roześmiani, opowiadając sobie coś na wyścigi. Chwilę zatrzymali się przy wejściu do atrium, wspaniała dama poprawiała nieco zawikłany tren, podnosząc suknię nadmiernie i ukazując wysoko nogi, jak z marmuru wykute, w bladoniebieskich, pajęczych, lśniących pończochach.

Tarłówna poznała ją od razu.

Była to Lora.

Andzia zamieniła szybkie spojrzenie z Eweliną, podczas gdy mężczyźni, pomagając strojnisi w uporządkowaniu pajletowego trenu, pochylali się do jej nóg zbyt nisko.

Towarzystwo znikło za drzwiami, wówczas panna Ewelina spytała po francusku, stojącej za ladą odbiorczyni ubrania, w czarnej sukni i białym motylku na głowie:

- Kto są ci państwo?

- Pani von Bredov Nordica i jej... znajomi.

Andzia niemile tknięta akcentem służebnej weszła szybko do atrium.

- Po co Lińcia pyta, skoro poznałyśmy ją obie?

Panna Ewelina milczała.

Zmieszały się z tłumem. Wyniosła, piękna sala atrium huczała gwarem rozmów, płynął tu szum świetnych toalet i unosiła się woń wytwornych pachnideł. Pośród kolumn z ciemnego marmuru wiły się korowody ludzi strojnych, roznamiętnionych grą. Wielkie kanapy zapełnione odpoczywającymi po wzruszeniach gry poważnymi wiekiem ludźmi, których jednak oczy wcale niepoważnie paliły się ogniem chciwości, lub ciskały złe połyski zawodu.

Siedziały tu i apatyczne babcie, niezrozumiałym sposobem wtłoczone w ten tłum kalejdoskopowy, ale także po przegranej lub z nadzieją wygrania.

Siedziały młodsze i starsze kobiety pawice, w dziwacznych, najmodniejszych łaszkach, świecących od haftów, pajletów i barw. Obnażone szyje i gorsy, szumne uczesania, szminki, pudry, karminy na twarzach, klejnoty migocące na biustach, w uszach, włosach i rękach; obok twarzy zniszczonych jak ściany obdrapane, na których już żadna sztuka cudu nie dokaże; obok kostiumów tak samo wiekowych gustem i fasonem, przypominających kufer z rupieciami, lub stuletnią komodę w składzie najnowocześniejszych mebli.

Różnorodność postaci ludzkich zdumiewała Andzię, obserwowała ten rój człowieczych istot oczami szeroko rozwartymi. W umyśle jej powstał zamęt. Oszołomiona doszczętnie odnalazła pustą kanapkę, wsuniętą pomiędzy drzwiami wejściowymi do sal gry i ścianą. Kanapka stała pod lustrem olbrzymim. Andzia podchodząc do niej ujrzała swe odbicie w zwierciadle i chwilkę zdziwiona, przyglądała się sobie.

Jakaż była mała i drobna w tym pysznym tłumie, pod filarami wyniosłych sklepień, pełnych rzeźb, malatur, złoceń, bronzów. Jak nikła wydawała się jej postać w czarnej, lekkiej sukni i dużym kapeluszu rembrandtowskim, tegoż koloru. Blada twarz Andzi miała tony delikatne lekkiej podniety, usta piekły żarem krwi, oczy zapalały w sobie iskierki niepokoju i ciekawości. Usiadła na kanapce. Panna Ewelina została gdzieś w tłumie.

A Tarłówna szukała wzrokiem Lory, lecz nie było jej w atrium, natomiast coraz nowe osoby wpływały do sal gry, legitymując się biletami pokazywanymi stojącym w drzwiach urzędnikom kasyna. I znowu mieszanina; szły damy dekoltowane w strojach niemal bachanckich, w pióropuszach, diademach; szły kobiety dostojnie i z gustem ubrane, szły babcie archaiczne i cudaczki kobiece; szli mężczyźni jakby manekiny krawieckie, z twarzami wyzywającymi lub napiętnowani stygmatem kompletnego przesytu; szli abnegaci ubraniowi, lecz z zapałem i wiarą w źrenicach, krokiem tak pewnym, jakby dążyli bezwarunkowo do zwycięstwa: teraz rozbiją bank! Szli młodzi, zblazowani panicze, ruchem nonszalanckim, z pochylonym karkiem i oczami zastygłymi w biernej, umyślnej czy chorobliwej niemocy neurasteników. Wszystkich niósł na swych skrzydłach nietoperzowych krwiożerczy, zimny, ironiczny i mściwy moloch.

Anna ukryta na swej kanapce widziała twarze wchodzących. Każda z nich miała charakter odmienny, ale jakby jednym tchnieniem owiany. Jakby w promieniu jednego reflektora cały ten tłum, pomimo odrębności poszczególnych, jednakowe miał tło i po tym samym kroczył szlaku.

Panna Ewelina namówiła wreszcie Andzię do wzięcia biletów wejściowych. Załatwiwszy te formalności, znalazły się wkrótce w salach gry, przy gęsto obstawionych stołach rulety. Brzmiał tu głuchy poszum dużego zbiorowiska ludzi, lecz dominowały głosy krupierów, wołających we wszystkich krańcach sali charakterystyczne i fachowe:

- Messieurs, faites vos jeux![13]

- Le jeu est fait?[14]

- Rien ne va plus![15]

Potem następowało głośne wyjawienie wygrywanego numeru, koloru i liczby, parzystej lub nie.

Andzia obeszła salę i stanęła przy jednym stole, pojedynczym, w małej salce ozdobnej, przylegającej do sali "trente-et-quarante"[16]. Przez lukę pomiędzy głowami "galerii" ciekawych i grających ujrzała mahoniową miednicę rulety w pełnym ruchu z krążącą dokoła białą gałką. Skupione twarze graczy i obojętne, często bezczelne fizjonomie krupierów otaczały stół zwartym murem. Oczy wszystkich śledziły rozpędzoną gałkę, magnetyzując ją, każdy na swą korzyść. Na stole jeszcze panował ruch, rzucano pospiesznie ludwiki, "plaki" złote, papiery grube i skromne pięciofrankówki na różne numery, kolory, przedziały. Wtem zaklekotała gałeczka, odbijając się na mosiężnych skuwkach miednicy...

- Rien ne va plus!... - zawołał krupier.

Paf! Gałka wpadła w przedziałek pod dziesiątką.

- Dix, noir, paire, manque![17] - znowu głos krupiera.

Na numerze tym leżała gruba suma w papierach; wygrał ktoś en plein[18]. Zaszeleściły bilety tysiącfrankowe, sypało się złoto na kupkę, po czym młotki krupierów całą tę masę pieniędzy posunęły do właściciela, na drugi koniec stołu. Tarłówna powiodła wzrokiem za nimi; wytworne ręce męskie, z pięknym sygnetem na palcu zgarniały obojętnie banknoty, jakby bez najmniejszej uwagi. Andzia spojrzała wyżej - szczęśliwym graczem był nieznajomy z Vintimilli. Z niezmąconym chłodem zbierał pieniądze. Nagle spotkał jej wzrok na sobie. Źrenice jego błysnęły wyrazem cieplejszym, zamigotał w nich radosny promyk. Zaskoczona zmianą wyraźną w jego oczach cofnęła się, chcąc odejść, ale zaciekawiła ją nowa stawka Anglika. Całą wygraną porozkładał na numerkach tak, że niemal połowę zielonego stołu zarzucił biletami i złotem. Spoglądano na niego ze wszystkich stron, on zaś czekał z chłodną obojętnością, ani jeden rys nie drgnął mu na twarzy.

Gałka rzucona umiejętnie przez krupiera, z zamachem godnym sprawy, kołowała impetycznie, jakby wybierając numer, jakby z namysłem, właściwie pędziła do celu pewnego i gdy pęd jej osłabł, zachwiał się, potknął kilkakrotnie, kulka spoczęła w wyznaczonej dla siebie komórce.

- Zero! - zawołał krupier głosem bezczelnym.

Nic nie stało na zerze, nieznajomy przegrał wszystko.

Andzia badała go. Ta sama obojętność i chłód na twarzy, spokój kamienny. Żaden muskuł twarzy nie znamionował wrażenia z tak kolosalnej przegranej. Tylko, gdy krupierzy zsuwali jego pieniądze do kasy, on znowu spojrzał na Tarłównę i znowu jakby się oczami do niej uśmiechnął. Odeszła od stołu z uczuciem dziwnego niepokoju. Panna Ewelina jak cień podążyła za nią. W sali "trenta" białej, przepysznej, hojnej we freski,rzeźby i rzęsiste a dyskretne kule lamp, które potopem świateł owiały plafon wyniosły i szczyty ścian, przy pierwszej kanapce umiejscowił Annę okrzyk gwałtowny:

- Handzia!

Lora podbiegła z twarzą rozpromienioną. Uścisnęły się wszystkie nader serdecznie.

- Nareszcie przyjechałyście!... Czemuż nie pisałaś?! Nie depeszowałaś?... Czy zajechałyście do mnie zgodnie z umową!

Pociągnęła ją ku narożnej kanapce, tam dopiero zaczęły się liczne pytania i objaśnienia.

- Dawno już jesteście w kasynie?

- Przybyłyśmy jednocześnie z tobą, wychodziłaś z windy.

Pani von Bredov Nordica trochę poczerwieniała.

- Ach tak? Czemuż nie zawołałaś mnie?

- Byłaś tak zajęta...

- I rozbawiona, dodaj. Wróciliśmy z Nicei na podwieczorek do "Paryskiego". Ci panowie są wyborni, w ich towarzystwie można umrzeć, ale nie wolno się nie śmiać.

- Czy w tej toalecie jeździłaś do Nicei? - spytała Andzia wątpiąco.

- Cóż znowu! Ach, ty mała dziczko z wołyńskich borów! Widzę, że będę zmuszona cywilizować cię. Jakże tam moja służba, dobrze się sprawiła? Pokoje wygodne?

- Aż nadto, Loro, wolałabym skromniejsze, ten mój z widokiem na morze jest śliczny. Mamy skrupuły, że zajęłyśmy ci takie piękne dwa pokoje.

- Dla was je od dawna przeznaczyłam, uprzedzając służbę. Ale co prawda byłam pewna, że zawiadomicie o przyjeździe, wyjechałabym na spotkanie samochodem, a tak mimo woli stałam się niegościnna.

Lora mówiła z życiem i zbyt głośno, wyglądała na wielką damę zupełnie riwierowego pokroju.

Andzia patrzała na nią badawczo, panna Ewelina bardzo nieufnie. Suknia Lory, głęboko wycięta, trzymała się ramion tylko na wąskich szarfkach. Błękitne zwoje gazy błyszczące od pajlet złocistych, przysłaniały lekką chmurką pysznie rozwiniętą kibić młodej kobiety. We włosach kunsztownie upiętych migotała kometa z brylantów, na szyi lśniły brylantowe łzy spływające z cienkiego łańcuszka. Andzia widziała Lorę ostatni raz na pogrzebie w Smoczewie, teraz wydała się jej jeszcze piękniejsza, strój balowy podnosił urodę Lory, podkreślał główne jej cechy - piękność zmysłową i wyzywającą, ale Tarłównę przykro dotknął przepych jej toalety.

- Nie nosisz żałoby, Lorko? A wszak to zaledwo pół roku od śmierci cioci.

- Chodziłam w czerni przez kilka tygodni, nawet było mi bardzo do twarzy, ale to takie smutne, ciężkie, takie... nietutejsze. I ty chyba, Handziu, zdejmiesz te twoje kiry? Dosyć tego, tu inny świat.

- Może bym już nie potrafiła obracać się w jasnej sukni? - szepnęła Anna.

- Nie bądź Anuś taka smutna, co warte jest życie bez śmiechu i wesela? Ten, kto wyławia z życia same blaski, wie, że żyje, wiecznie zaś płakać, tęsknić, jest to powolne samobójstwo. Wierz mi, Handziu, smutek to marny wynalazek, utop go w morzu i bądź jasna, wesoła jak dawniej, pamiętasz?

Cień przeleciał po twarzy Tarłówny. Panna Ewelina zauważyła to i zmieniła rozmowę.

- Czy i twój mąż Loro, jest w kasynie?

Piękna pani zaśmiała się.

- Och, mój mąż? Nie, on jest obecnie... bo ja wiem gdzie! Na morzu, w Paryżu, na Krymie... Tout court[19]... w świecie.

- Nie spowiada mi się ze swych eskapad, za co mu jestem wdzięczna, bo i ja nie potrzebuję zdawać mu raportów ze swych czynności. Daliśmy sobie oboje carte blanche [20], to ułatwia życie stokroć bardziej niż wszelkie sakramentalne przysięgi wierności małżeńskich, posłuszeństwa i tym podobne bzdury. Tak praktyczniej i wygodniej.

- A jednak przysięgałaś Loro - rzekła panna Ewelina mocno zgorszona.

- Ja?... Nie, droga pani! Myśmy wzięli ślub cywilny u mera, ani ja ani... Nordica nie pragnęliśmy zupełnie ceremonii klerykalnych. Ach, nie miejcież moje drogie takich zdumionych min, bo was tu wezmą za jakieś kwakierki, będą myśleli, że przyjechałyście mnie nawracać. Ha, ha, ha! A propos! Kiedyż naznaczony ślub, Handziu?

- Czyj ślub?...

- No twój... z Jasiem.

Tarłówna zbladła strasznie, pociemniało jej w oczach, sala zaczęła drżeć w posadach, ludzie kręcili się w kółko, doznała uczucia, że całe kasyno wraz z nią dostało pomieszania zmysłów.

- Nie... wiem - wyjąkała.

Ale Lora już nie uważała na nią. Podszedł do pięknej pani mężczyzna stary już, lecz pełen pretensji w całej postaci, niedwuznacznie trzęsący się na tabetycznych nogach. Przez szkła na nosie zlustrował pobieżnie Tarłównę i przemówił do Lory po francusku:

- Może pani pozwoli, przy drugim stole "trenta" idzie pyszna seria "couleuru"... olbrzymie stawki, zanotowałem już 6 razy.

Pokazał Lorce kartkę z punktami kolorowymi, które długą szpilką przekłuwał z namaszczeniem.

Lora wstała.

- Przepraszam was na chwilę. A, pardon, Duc d'Escars, ma cousine, mademoiselle Anne de Tarlo, madame Niemojska.

Po obojętnym powitaniu się, stary pan w binoklach i Lora odeszli w głąb sali.

Andzia siedziała cicho, patrząc biernie na coraz inne postacie snujące się przed nią. Nie zauważyła, że przeszedł koło niej parokrotnie nieznajomy Anglik z takim wyrazem w oczach, jakby ją tylko widział na sali. Z głębokiego zamyślenia otrzeźwiła ją panna Ewelina pytaniem:

- Co myślisz, Andziu, o Lorce?

Tarłówna zastanowiła się chwilę.

- Że jest taka sama jak była, tylko w stopniu spotęgowanym i... teraz jest w odpowiednich ramach.

- Mnie się ona nie podoba dużo bardziej niż dawniej. Sądzę, że gdyby Jan widział ją tu na miejscu, nie puściłby ciebie do niej.

Andzia zerwała się z kanapy. Prawie groźnie spojrzała na Ewelinę. Rzekła wzburzona, głosem zdławionym:

- Znowu Jan?! Proszę mnie nim nie prześladować. Przyjechałam tu z własnej woli, nie żądając od niego pozwolenia.

Krokiem płynnym szybko poszła do wyjścia. Ewelina przestraszona jej wybuchem podążyła za nią.

Minęły nieznajomego z Vintimilli, który bacznie przeprowadził je wzrokiem. Gdy wsiadły do powozu, panna Ewelina z przerażeniem ujrzała na rzęsach Andzi wielkie, ciężkie łzy.



III

W parku Monaco

W pięknym swym buduarze, na atłasowej kanapie gorąco żółtego koloru, Lora von Bredov Nordica leżała rozciągnięta swobodnie. Paliowy szlafrok, raczej zwój z tiulów i koronki owiewał ją bajecznie subtelną powłoką, niezazdrosną wszakże; różowe tony ciała przeświecały spod tej obłocznej szaty niezbyt dyskretnie. Nogi bose, w sandałkach purpurowych, złotem szytych, Lora założyła jedną na drugą, ramiona obnażone rzuciła swoim zwyczajem poza głowę i, zanurzając palce w kaskadzie włosów rozpuszczonych, złotorudych, śmiała się drażniącym chichotem do Handzi Tarłównej, która naprzeciw niej siedziała, wtulona głęboko w fotel na biegunach.

- Pytasz o Oksztę? Ano, widzisz, on był motorem wprowadzającym mnie w świat. Adrian miał temperament i umiał szaleć, zaraził mnie. Oddałam się mu jeszcze w Wilczarach. Och! Pamiętna noc. Pomyśl sama: w gnieździe takiego smoka jak Kościesza, obok takiej niewinności anielskiej jak ty, Anuś, i takiej cnoty zamarynowanej jak Ewelina. No... i przy boku mamy, to także coś znaczy. Emocja niebywała, zresztą pierwszy raz!...

- Ach! Tempi passati![21]. Wyjechaliśmy o świcie, ucałowałam ciebie śpiącą i hajda w świat!... W Szwajcarii byliśmy do zimy, zapał nasz trwał, ale z chwilą, gdy zaczął słabnąć, oglądaliśmy się oboje za drogą wyjścia.

- Więc go nie kochałaś, Loro?... I bez uczucia, bez wiary poszłaś za nim? I nie czułaś potem goryczy, niesmaku? Nie zapragnęłaś powrotu?

- Nie, Andziu! Ja wiem, to ci się w głowie nie mieści, a jednak tak jest.

- Nie obiecywaliśmy sobie z Adrianem małżeństwa, żadnych zobowiązań, tylko szał. Skoro ten minął, myśmy się rozpryśli w dwie strony. Przyjechałam tu. Pamiętasz może, zażądałam wówczas pieniędzy od mamy i trochę mi ich przysłała. Biedna! Okłamałam ją, że wychodzę za mąż, a naprawdę było ze mną wtedy krucho. Lecz wybrnęłam.

Andzia zabujała silniej fotelem, Lora zauważyła jej pytający wzrok.

- Nie pytaj, Anuś, jakim sposobem, nie pytaj! Widzisz... trochę grałam szczęśliwie, bardzo szczęśliwie. Piękna, młoda dziewczyna zawsze znajdzie tu opiekuna, miałam wówczas dziewiętnaście lat, jesteśmy rówieśnicami, jakież inne nasze drogi! I czy wiesz, nie zazdrościłam ci, było mi tak, jak zawsze pragnęłam, no, cokolwiek inaczej... z początku. Weszłam w ten lej tutejszy, który słabych ciągnie na dno... Ja odbijałam się trochę o złote jego ściany, lecz nie zepchnięto mnie w głąb. Mam spryt duży i urodę, umiem te dary wyzyskać, wierzę w siebie nieograniczenie.

Zaległa chwila ciszy. Tarłówna nie odrywała oczu zamyślonych od pięknej kuzynki. Sama była bledsza niż zwykle. Biały, lekki szlafroczek i warkocze czarne, spuszczone na przód figury, które wiły się lśniąc miękkim jedwabiem, nadawały jej wygląd jakby jakiejś kapłanki, słuchającej w skupieniu spowiedzi jawnogrzesznicy. Spytała cicho:

- Więc takie życie dało ci zadowolenie? A kiedyż poznałaś swego męża?

- W rok po przyjeździe na Riwierę. Od razu oszalał za mną, przejrzałam go na wylot i zaczęłam grę. Powiedziałam sobie, że on będzie moim mężem. Kolosalnie bogaty Rumun, viveur w całym znaczeniu, łatwowierny, zapalny i... głupi. Ha, ha, ha! Przy tym nazwisko podobało mi się. Utrzymałam nasz stosunek ceremonialnie aż do ślubu, którego zażądałam. Jako jedyną drogę... do mnie... Dziwisz się?

- I on uwierzył w twą... niepokalaność?

Lora parsknęła śmiechem.

- We wszystko wierzył, byle mnie posiąść. Myślę, że tylko w takich podnietach Jowisz zamieniał się w woły i węże. Robiłam z Nordicą co chciałam, przeistoczyłam go w baranka, żebrał u moich nóg. Nie i nie... Wściekłość go porywała. Po ślubie wynagrodziłam mu mękę... Och, trzeba być niekiedy wyrozumiałą. Oddawałam mu się z taką pasją, tyle ognia i mistrzowskiego rozpasania miał ode mnie, że zmysły doprowadzały go do obłędu. Szalał...

- A ty Loro?... Czy go kochałaś?

- Kochać?... Ach nie! Tego uczucia zupełnie nawet nie znam. Rozpalał mnie tylko, do wściekłości doprowadzał... wkrótce się wyczerpałam, ostygłam.

- Więc tylko zmysły i zmysły? - wybuchnęła Andzia. - One wiodą ludzi do grzechu, który nazywają rozkoszą, one wytwarzają takie szały?... Czy wy jesteście - ludźmi, czy karłami ludzkimi? Czy to jest piękno, czy rynsztok plugawy, te wasze zapały, ten wasz szał?

- To jest życie, Andziu, esencja życia, jego paliwo główne, jego byt, jego poezja...

- Nieprawda! Świat nie jest tak lichy, poezją jego nie mogą być zmysły. To fałsz! To tylko ludzie zwyrodniali, odrzuciwszy wszystko, co głębokie, co święte, co wielkie, zostali przy małostce, bo najwygodniejsza, bo daje rozkosz fizyczną. Nie znacie duchowej; do tamtej trzeba się wznieść, tę waszą łatwiej osiągnąć. Podstawą życia jest...

- Pieniądz i rozkosz! - dokończyła Lora. Tarłówna opadła ciężko na fotel.

- A miłość potężna, święta? Wszak z niej wszystko wypływa - szepnęła ciszej. - Ona także budzi szały, ona daje natchnienie bardzo szeroko zakreślone, twórcze, ona promieniuje... Miłość... pozwala ogarniać rozległe przestworza, nad miarę ludzkiego umysłu. Zapał, zachwyt, urok, szał nawet i szał podniety zmysłowej, ale poczęty z miłości - jej twór, jej wykwit... geniusz miłości daje taki żar krwi, to jego dzieło, wtedy tylko... czaruje.

- Mylisz się Aniu! Wtedy daje najczęściej cierpkie owoce zawodu, lub... kir wieczystego smutku, jak tobie na przykład.

- Wówczas nawet cierpienie jest miłością. Taki ogrom nie maleje, nie ginie.

- Ale się nim przesyca. To siła, przyznaję, lecz nie dla każdego dostępna. Zmysły natury upajają wszystkich, bo to realność, to potrzeba fizyczna, to wola organizmu, to wreszcie rozkosz! Miłość jest upojeniem?... Dobrze, ale i męką. Wreszcie powtarzam, taki kwiat nie na każdym podwórku zakwita. To lepiej. Nie byłoby w życiu głównego barwnika, gdyby tylko miłość duchowa rozdawała szały. I... cóż by robiły kobiety, których jest większość na świecie?

- Ach, w ten ton uderzasz...

- Bo ważny, moja Handziu. Miłość przy wszystkich swych hojnościach daje niezaprzeczenie zazdrość i... pragnienie wyłącznej przynależności. Wszelkie recepty na wiarę i zaufanie śmiało rzucić można w piec. Gdy się kocha, zazdrość wkracza z taką pewnością do uczuć ludzkich, jak... ach! No, jak żandarm na granicy Rosji wołający o paszport. Jest to nieodzowne, bezwarunkowe. Czyli,że miłość nakłada pęta, na obie strony, męską i kobiecą. Kochasz i jesteś niewolnikiem tej miłości.

- Ona wygładza taką niewolę, czyni ją nie tylko znośną, lecz... drogą.

- Bon![22] Ale tymczasem należycie do siebie, a co robią inni? ci, którym nie sądzone było kochać i trafić na miłość?

- Paradoksujesz Loro. Tak stawiać sprawy nie można.

- Poczekaj, ja jeszcze chcę mówić o parze zamkniętej w kręgu miłości. Czy ty myślisz, że to uczucie szczytne daje zarazem ślepotę i głuchotę na wszelkie blaski i melodie świata? Nie, ma petite![23] Nie łudź się. Prędzej lub później, ona lub on, gdy już napatrzą się na siebie do woli, napieszczą, naidealizują, mówmy otwarcie, namnożą niezbitych dowodów swej wyłączności, wówczas przecierają oczy, żeby zobaczyć, co też świat porabia? I daltonizm wytworzony przez patynę miłości niknie, wzrok, słuch przeciera się. On albo ona nabierają apetytu do jakiejś odmiany w codziennej potrawie. Pobożny marcepan miłości trochę się przejadł, zapachniały ostryżki, pieprzyk nęci, a tu pokusy są, wabią. Och, ja maluję notabene bardzo klerykalną parę. Zwykle prędzej i łatwiej zaczynają się takie wycieczki ciekawe, poza próg uświęconego ogniska. Ale miłość pomimo tego trwa i... zazdrość jest już jak w domu. Mąż robi wycieczki, żona histeryzuje lub cierpi, żona pierwsza przetarła oczy, mąż urządza jej piekło. Już po spokoju, już się wkrada podejrzliwość, niechęć, obraza. Oto są owe opiewane tęcze miłości.

- O jakich ty wycieczkach mówisz, Loro?

- O najprostszych. Żona zazdrosna z miłości, często z własnej próżności, chciałaby, żeby jej mąż nie spojrzał już na żadną kobietę, nie mówię, żeby ją zdobywał, ale nawet patrzeć nie wolno, pochwalić, pobawić się. Sama jednak, gdy się komuś podoba, od razu odgadnie i wcale nie broni, owszem to jej pochlebia, często bawi i urozmaica jej życie, smak cnotliwego marcepanu zaostrza trochę. Za to mąż, choćby sam miał stokroć wybujalsze zakusy, nie daruje żonie jej powodzenia. To przecież grzech ciężki, występek! A jeśli ona polubi czyjeś towarzystwo, nawet najniewinniej, najszczytniej, po prostu wiedziona potrzebą szerszego horyzontu, bez osobistych zmysłowych podniet, gdyż te ma w domu pod sklepieniem swej miłości, wtedy pan mąż dęba staje. Zazdrość rozsadza go jak dynamit i miłość wytwarza już pole bitwy.

Tarłówna wstała z fotela. Zdenerwowana przebiegła pokój parokrotnie.

- Zbyt czarno przedstawiasz, Lorko, życie i małżeństwo. Tak nie jest! Ty zawsze byłaś pesymistką, zawsze ironizowałaś to, co uświęcone, co drogie, co wreszcie jest poezją, jedyną w życiu.

- Jeśli zakucie dwojga ludzi w kajdany obowiązków i w jakieś tam przysięgi ma być poezją życia, to ci Andziu nie zazdroszczę - odparła Lora. - Szkoda, że właśnie kobiety z takimi pojęciami, gołębice uczuciowe, idą najczęściej na ofiarę całopalną zupełnie odrębnych mężczyzn. To jest tragedia! W ogóle najczęściej bywa tak, że kobieta odchodząc od ołtarza widzi przed sobą niebo i marzenia swe najszczytniejsze w pełni rozkwitu, mężczyzna zaś tylko - pokój sypialny...

- Loro, zmiłuj się! Loro, nie bądź tak okropnie wyzutą, taką cyniczką, nie sądź ludzi tak surowo, tak... podle...

Andzia zakryła oczy i stojąc przed kuzynką, trzęsła się z oburzenia, szepnęła cicho, zawstydzona:

- Wybacz mi mój okrzyk, daruj... ale... jesteś straszna...

- Jestem tylko szczera, nigdy się nie łudziłam co do idealnych uczuć mężczyzn i kobiet. Są takie wyrodki, owszem są, lecz i tym łuska spada z oczu dosyć prędko.

- Nie możesz mieć doświadczenia w takiej kwestii.

- Ty chyba tym bardziej?

- Przyznaję, ale jeśli sądzisz mężczyzn, miarą Adriana Okszty i...

- Mego męża, bądź odważna, Handziu.

- Więc tak. Wszakże oni nie mogą tworzyć teorii, obaj są zmysłowcami bez zastrzeżeń.

- Doskonale! Przynajmniej od razu wiadomo, z kim się ma do czynienia. My oboje, wychodząc od mera, po ślubie cywilnym, nie różniliśmy się zupełnie w naszych... widzeniach, tylko że on szalał wewnętrznie, jak wulkan przed wybuchem, ja... nastrajałam się do... nowej partii. W nagrodę za jego zapał, wytrwałość, za danie mi nazwiska, chciałam rolę swą odegrać... wirtuozowsko i... odegrałam...

- Wstrętne, wstrętne! - krzyknęła Andzia z oburzeniem.

Z rękami przy skroniach i ohydą w oczach, przerażonych tym, co słyszała, prędko wybiegła z pokoju.

Pani von Bredofv Nordica parsknęła krótkim śmieszkiem, wyciągnęła się rozkosznie na kanapie ruchem wężowym, nagle jak sprężyna skoczyła na nogi. Kilku poruszeniami rąk rozmotała spowijające ją tiule i stanęła przed zwierciadłem, jak bogini grecka w świetnej plastyce swej nagości. Włosy rude spływały na plecy bogatym zwojem, potrząsnęła głową i wzrokiem pałającym przyglądała się sobie długo. Uśmiech drażniący i tajemniczy pełzał po wargach krwawych, żądnych rozkoszy. Pierś dyszała szybko.

Pragnę, stale pragnę - oto jest piękno i poezja życia.

Handzia nazywa to wstrętem... gdzież jest prawda?...

O! Wieczna męko... kobiecości! Pragnienie rozkoszy to grzech... wyrzeczenie się jej, to smutek i... zasługa, cnota, ha, ha, ha!

Nacisnęła guzik dzwonka elektrycznego.

Cicho rozsunęły się drzwi buduaru.

- Vittorina?

- Jestem, pani.

- Kąpiel gotowa?

- Tak, pani.

- Toaleta biała z pąsową siatką, płaszcz adamaszkowy z sobolami.

- Już wiem; wszystko gotowe.

- Samochód?

- Czeka. Szofer pytał, czy pani nie zmieniła zamiaru.

- Która godzina?

- Kwadrans po jedenastej.

- Czy panna Tarło poszła do siebie?

- Tak, pani.

- To dobrze. Idę do wanny.

Handzia źle się czuła w pysznym mieszkaniu pani von Bredov. Nie mogła się oswoić z atmosferą tu panującą, duszno było jej i niespokojnie. Miny lokajów ironiczno_bezczelne, niesmaczne uśmiechy subretek dokuczały Handzi. Męczyły ją przy tym ciągłe zebrania w salonie Lory, nie gustowała w nich. Mężczyźni byli zbyt obcesowi, wzrok ich obrażał Handzię. Chociaż unikała ich starannie, jednak towarzystwo to stało się dla niej nieznośne. Kobiety raziły ją tym bardziej. Wszystkie te wielkie damy zachowaniem się i wyglądem, nasuwały wątpliwości co do swej dystynkcji. Stroje bezwstydne, kosmetyki na twarzach, rozmowy i ruchy zbyt swobodne, często wprost wyzute, robiły na Andzi wrażenie, że się dostała do jakiejś jaskini. Zauważyła prędko, że i ją uważają za coś cudzego, nie liczono się z nią, ale ją krytykowano. Była tu intruzem. Częste, dzienne prawie wycieczki do kasyna, gra w ruletę, roznamiętnienie towarzystwa hazardem, napawało Tarłównę obrzydzeniem do tych ludzi. Po tygodniowym pobycie uczuła przesyt i mękę; rozgoryczenie do Lory spotęgowało ten niesmak. Andzia nie mogła darować kuzynce jej sposobu życia i środowiska, w którym się obracała. Ciążyła Andzi myśl, że i tu spotkał ją zawód, że dawna Lora, jakkolwiek zawsze zdradzająca zbyt śmiałe poglądy, zawsze cyniczna, ale jakaś swoja, teraz wyłączyła się zupełnie, stawiając mur pomiędzy sobą i towarzyszką lat dziecinnych i młodzieńczych. Lora postępowaniem swym nie obiecywała nigdy zjednoczyć się z Handzią duchowo, ale jednak dawniej była bliższa, bardziej siostrzana, obecnie wiał od niej chłód na Andzię i mroził ją.

Tarłówna uciekała na częste samotne wycieczki do miejsc ustronnych, rzadziej uczęszczanych przez gwarną publikę. Panna Niemojska zwykle nie towarzyszyła jej, nie mogąc chodzić, ona więc zostawała na tarasach, które były dla starej nauczycielki szczytem piękna i marzeń. Siedząc na ławce, odwrócona do morza, z gazetą lub książką w ręku, potrafiłaby przetrwać tak cały dzień. Słońce grzało, morze mieniło się tęczowo, szum fal rytmiczny kołysał słodko duszę panny Eweliny.

Andzia nie lubiła tarasów. Za dużo ludzi, hałasu, ciągła, sucha strzelanina do gołębi, nisko nad morzem, mordowanie bezmyślne niewinnych ptaków, huk tramwajów, częsty łoskot pędzącego pod tarasami pociągu, przeraźliwe ryki samochodów. I zresztą znowu tłum, wprawdzie mniej zahipnotyzowany grą niż w salach kasyna, ale także bardzo rozmaity i "rozriwierowany". Nieczęstymi okazami są tu ludzie zupełnie normalni, spokojni, dla potrzeb zdrowotnych używający ciepła zbawczego i powietrza, o kryształowych własnościach. Takich ludzi spotyka się niewielu na tarasach montecarloskich, od razu się ich odróżnia. Ci, co przybyli po zdrowie, mają inną patynę od osobników zagnanych tu żądzą gry; mają wyłączną dystynkcję i powagę, którą nawet tubylcy szanują więcej, niż niepokój gorączkowy, charakteryzujący tych, co przybyli napełnić kasy pana Blanca, bo nie własne kieszenie. Odrębność kuracjuszy jest tu widoczna i sympatyczna.

Panna Ewelina i Andzia nie przyjechały tu dla klimatu, lecz i nie dla kasyna, od razu też przywarły do tej pierwszej kategorii tłumu, brano je powszechnie za kuracjuszki. Tarłówna miała uprzywilejowane miejsce spacerów swych i rozmyślań. Jeśli nad morzem, to park Monaco, piaszczysta przystań dla łódek obok bulwaru Condamine i płaskie skały tuż przy fali, pod nasypem kolejowym stacji Monte Carlo. Jeśli drażniło ją morze, uciekała do parku obok kasyna, do altany z żywopłotu, gdzie była klatka gołębi werflów, lub do zagrody drucianej, w której hodowały się kozy górskie, skaczące po sztucznej skałce. Często lubiła przebywać na górce, w kącie parku, otoczonej gęstwiną drzew i krzewów rzadkich gatunków, agaw, kaktusów i różnego gąszczu roślin, dokąd z niższej strony parku wchodziło się po kamiennych schodkach, zupełnie zatopionych w zieleni. Morze szafirowe i góry rdzawe o różowych refleksach,przeświecały poprzez krzewy.

Do parku Monaco uczęszczała najchętniej.

Pewnego popołudnia Andzia zmęczona wyjątkowo obiadem w galerii Karola III, gdzie była z Lorą w licznym towarzystwie, przebrawszy się, pojechała tramwajem do Monaco. Pragnęła ciszy, samotności. Wysiadłszy z wagonu, szybkim krokiem, w obawie by jej kto nie uprzedził, poszła przez cały park, aż na jego kraniec, dotykający już ogrodu książęcego. Miała tam swój ukochany kącik, na cyplu skały, schowany w zieleni, otulony jak gniazdo ze wszystkich stron, tylko szeroko rozwarty na morze, z widokiem jak z bajki. Prowadziła tam uliczka wąska, zagłuszona w gąszczach i kręta. Schronisko wyborne dla tych, co chcą być sami. Od jedynej ławeczki, przypartej do skały, w zwojach bluszczu i przedziwnych roślin pnących było zaledwie parę stóp, nie więcej, do niskiej barierki żelaznej, poza którą rozpościerało się morze w przepaści kilkunastopiętrowej. Tarłówna, patrząc w dół doznawała zawrotu głowy, lecz podniecał ją widok dzikich złomów skalnych, spadających pionowo, od zrębu owego cypla ku morzu. Rosły w szczelinach kamieni dzikie agawy, jakieś pnące, niezwykłe kwiatki chorowite, kępki szarozielonej roślinności morskiej.

Nisko, na dole burzyły się piany białe, fale tłukły o kamienie, pluły na nie z bezsilną zajadłością, lub też, uspokojone, lizały je poufale, omywając biedne roślinki słonymi językami. Morze i morze, hen, w nieskończoność idące. Wzrok biegnie swobodnie i krańca nie znajduje, niebo błękitne, woda szafirem nasiąkła, na niej spiętrzone grzbiety faliste, pasma białych welonów i grzywy wzburzonej bieli i ciemniejsze załomy szafiru i ruch bezustanny, żywiołowy, bełkot, szum, rozgwar masy wód. Rozkołysana przestrzeń, otchłań pełna tajemnic, skąd głosy jakieś i szepty i melodie płyną. Organ jedyny, świat odmienny i nęcący, mistyczne społeczeństwo wnętrza i dna. Czyż jest tu dno?... Morze, morze niezrównane, kolos! Na prawo, ze swego gniazda skalnego Andzia widziała w oddali wysunięty w morze, wąski pas przylądka Beaulieu. W przeczystym powietrzu widoczne były białe sylwetki domów i pałaców, jakaś wieżyczka. Bliżej rysowały się brzegi wpełzające w morze, wzgórza, domy i drzewa, Cap Ferrat, Eze, Cap d'Ail. Tor kolejowy biegł tam nisko nad morzem, kłąb dymu zaplątany w mozaikę domów, skał, kwiatów rozpływał się jak obłoczek. Tarłówna oswojona już z tym widokiem napawała się nim do woli, po czym siadła na ławeczce i puszczając oczy w dal bezbrzeżną, myśli swe tęskne wysłała na Wołyń. Odwiedzały wszystkie bolesne i drogie, zjednoczone z sobą miejsca, rozbudziły śniące tam wspomnienia. Zamajaczyła chata Grześka, w uroczysku pod Wołkiem, postać dzielna Andrzeja wyrosła, wycieniowana z plastyką niesłychaną. Scena w stajence... Watażka parskający nozdrzami, obawa spotkania Kościeszy... Czarowna chwila upojenia w ramionach Andrzeja, jego szał, miłość, pocałunki, moment szczególny, gdy siedzieli oboje na siodle. Przytulona do jego piersi, pieszczotami okryta była jak dziecko lub jak branka porwana przez junaka zakochanego, sama półprzytomna z miłości. Jego słowa pamiętne, jego oczy sokole i usta jak dwa węgle...

Jego głos niski, męski, a młody, pełen dźwięku i uroku.

Jego szept zdławiony uczuciem.

Handziu!... Handziu!... Moja!...

Tyle chwil cudownych! Taka krótka minuta szczęścia nieziemskiego. Bo wszak epopeja, którą przebyli, to minuta tylko wobec życia, to kropla słodyczy w oceanie. Mało!... W potopie niedoli.

Szczęście jest zazdrosne, daje z siebie po listeczku, który schnie prędko...

Pozwala ogarnąć się w całokształcie i w pełni swego czaru ginie, pustkę zostawiając...

Dlaczego tak mało?

Dlaczego morze tak piękne, niezmierzone, trwałe jest i wieczne...

Szczęście z Andrzejem było jak morze głębokie, rozległe, złote, a błękitne, a tęczą i zorzą prześwitujące...

Dlaczego znikło tak prędko, bez ratunku... brutalnie... strasznie!

Pogmatwały się obrazy w myśli Andzi, wizje sunęły jedna za drugą, splątały wspomnienia...

Była ich taka moc...

Płynęły od nich barwy pastelowe, natchnione, świetliste odblaski...

Może motyl podczas swego istnienia krótkiego, jak sen o niebie nazbiera takie mnóstwo kolorów i kropel słodkich z kielichów kwietnych?

Myśli falowały w mózgu Andzi jak cicha toń morska. Melancholijne były, smutne, tęskne.

Czasem przychodziła myśl słodsza, ona niosła zapomnienie chwilowe, koiła, dobry, łagodny dając spokój zbolałej duszy. Zaszumiały przed Andzią stepy wilczarskie, roztocze kwiecia, traw, ziół wonnych, zapach macierzanki... dokoła chylą się główki kwiatowe, idzie od nich szept miłosny, idzie rozkosz. Jakiś głośniejszy szum... To dęby huczą z oddali, tam została chata Grześka; stary borowy uśmiecha się i robi znak krzyża za Andzią i Andrzejem. Oni idą przez step... Jędrek odprowadza ją do Wilczar.

Otoczył ją silnym ramieniem i prowadzi... swoją narzeczoną.

- Handziu! Jędruś!... szepcą usta na ustach.

Step ich kryje w sobie, zanurzeni w nim, spokojni... Idą szczęśliwi, a kwiaty śpiewają nad nimi. Och, jak słodko szumi step...

Andzia oczy ma zamknięte, siedzi na ławce sztywno, zapatrzona w wizję...

Bełkot fal morskich bierze za szum kwiecia i traw...

Głośniejszy zew morza - to u niej dęby huczą...

Pachną rośliny wytworne, słony smak wody miesza się z wonią subtelną kwiatów skalnych...

Ale dla Andzi to stepy wilczarskie zapach ronią...

Nie ma morza, ni skał, ni krzewów rzadkich, są tylko białe margarety, dzwonki lila, krwawe smółki, bodziaki-osty wyniosłe o liliowych i bordo szczoteczkach... Są zioła, trawy bujne, jeden kwietnik...

- Nie ma niebezpiecznego cypla na zrębie skały, nad przepaścią morską...

- Jest tylko step i step...

- Ona i... Jędrek...

- Nie ma barierki żelaznej, zbyt niskiej, oddzielającej ją o krok od zguby...

Jest tylko step szumiący, kwiaty...

Handzia czuje, że rosną jej skrzydła, coś ją unosi z miejsca, podrywa... Melodia stepu woła ją ku sobie... Och,jak wabi słodki szelest stokroci polnych... jakże falują trawy, ukochane trawy wilczarskie.

Skrzydła rosną, zrywają się do lotu...

- Już, już... zaraz unoszą...

- Do kwiatów... do Jędrka!

Rozwinęły się skrzydła, chrzęszczą...

- Tam nieście... na step!

Jednym susem szalonym rzuciła się naprzód...

Głuchy krzyk, jakiś obcy, nie jej własny i silna zapora. Coś ją porwało wpół niby w obręcze żelazne, zatrzymało, jakby wbiło w skałę.

Ocknęła się momentalnie. Stała przy samej barierce, zwieszona nad nią, zawiśnięta prawie nad przepaścią.

Oczy pobiegły w dół, krew uderzyła do mózgu. Obręcze trzymały ją silnie. Głos obcy, barytonowy w brzmieniu, przemówił tuż za nią.

- Qu'avez-vous?... Etes-vous désespéré, ou un cauchemar vous tourmente-t'il?[24]

Oprzytomniała zupełnie, odwróciła się uwolniona z silnych więzów...

Stał przy niej nieznajomy z Vintimilli, oczy ciemno-siwe, zielonkawe, wpatrywały się badawczo w jej spłoszone źrenice. Na twarzy zimnej malowało się pewne przerażenie w połączeniu ze zdumieniem.

Handzia przetarła oczy, odrzekła wolno, głosem drżącym...

- Non! C'était une hallucination. Je me voyais sur les prés fleuris de mon pays natal, la Pologne...[25]

- La Pologne?!... Ach! Elle réve toujours![26]



IV

Pierwszy sojusz

- Tak, pani, jestem Polakiem.

Słowa te nieznajomy wypowiedział po polsku, odpowiadając na nieme pytanie, zawarte w oczach Andzi. Patrzyła na niego ciekawie.

- Nazywam się Oskar Horski - dokończył, uchylając kapelusza.

Andzia podała mu rękę, mówiąc swe nazwisko.

- Dziękuję panu, powstrzymał mnie pan od możliwego wypadku - szepnęła.

Uścisnął jej dłoń z uszanowaniem.

- Och, no, nie tylko ja, trochę może i balustradka, za nikła w każdym razie na taką przepaść. Wybrała pani miejsce do marzeń jedyne ale niebezpieczne.

- Jakże pan tu trafił?

- Czasem tu przychodzę. Mam podobny gust jak pani. Ale ja się w marzeniach nie zagłębiam, więc nie grozi mi runięcie w otchłań. Zapewne dlatego... że nie znam łąk kwiecistych Polski.

Patrzył na morze, znowu zwykłym swym obojętnym wzrokiem, znowu chłodny.

- Czy pan nie zna rodzinnego kraju?

- Owszem. Znam dobrze Warszawę, jakąś wieś polską w dolinach, trochę drzew, rzeczkę, dwór patriarchalny, ganek opleciony winem. Przyjeżdżałem tam niegdyś bardzo często, gdy żył jeszcze mój ojciec. Teraz bywam rzadziej.

- A Wołynia, Ukrainy nie zna pan?

- Nie, pani. Jestem urodzony i wychowany w anglii, moja matka jest Angielką, ojciec był Polakiem. Umierając zostawił mi w spuściźnie legendarny kult dla Polski. Ten kraj jest legendą dla mnie, melancholijną legendą. Polska piękna, sentymentalna, marząca, ale przeczulona i smutna. Prawda, pani?... Wiecznie śni i tęskni.

- Znam głównie kresy, Wołyń, Ukrainę, dawniejsze kraje kozackie, ale i tam duma tęskna łączy się z wesołą nutą. To kraj bujny niesłychanie, gorący, pełen temperamentu. Tamta natura dostraja ludzi dla siebie. Cudna to kraina!...

Andzia uniosła się w zapale. Horski spojrzał na nią z bladym uśmiechem.

- Wierzę, panią również nastroiła na swój ton. Muszą to być prerie bajeczne, skoro nawet tu, w Monaco marzyła pani o nich. Samo to zdradza pani narodowość; Polacy są poetami, przebywają często w obłokach i zawsze tęsknią za urojeniem, za mrzonką.

- Pan nie doznaje tych wrażeń?... Nie odziedziczył pan po rodakach wspólnej nam wszystkim chimery naszej egzaltacji?

- Nie, pani, może dlatego, że w połowie tylko jestem Polakiem. Ale ja trzymam się ziemi, uważam, że tak praktyczniej, no i racjonalniej.

- Jednak pan uznaje piękno, umie pan odczuć.

Spojrzał na nią z uśmieszkiem dwuznacznym.

- Och, tak, piękno zawsze spostrzegę tam, gdzie ono istnieje naprawdę.

- Sądzę z tego, że pan lubi ten oto cypel skalny, więc chyba z powodu jego malowniczości?...

- Przyznam się pani, że nie. Jest to kąt nieco odmienny od całokształtu montecarloskiego typu, oryginalny, zatem nowy. Nie lubię szablonu, to spowodowało, że ten cypel mnie zainteresował. Tu jest dziko, nieprawdaż?... To już duży plus. Dziś wyłącznie przyszedłem tu za panią.

- Za mną?...

- Tak. Niech pani się nie dziwi. Pani również nie jest szablonem na tutejszym gruncie. Obserwuję panią od Vintimilli. Pani mnie także zauważyła od razu, rozmawiała pani o mnie ze swą opiekunką. Od Vintimilli do Monte była pani pochłonięta morzem. Podziwiałem cierpliwość... Nigdy bym tak nie potrafił stać przy oknie kilka stacji, dusić się w dymie, żeby nie stracić z oczu jednego skrawka tej wielkiej wody.

- Ależ pan profanuje morze.

- Za to wszyscy zbyt się nad nim unoszą. Spotkałem panią kilkakrotnie w kasynie. Pani mnie raz widziała, potem już nie. Ujrzałem panią któregoś dnia wychodzącą z kościółka Sainte-Devote, miała pani twarz bardzo skupioną. Dziś spostrzegłem panią w tramwaju na Condamine, wsiadłem w następny. W parku szukałem krótko.

- Domyśliłem się, że tylko tu panią znajdę. Ujrzawszy zaś byłem dyskretny, lecz widząc pani stan, będący jakby pod wpływem hipnotyzmu... czuwałem.

- Szczególne! Skąd pan wiedział, że jestem Polką?

- W Vintimilli przez chwilę brałem panią za Węgierkę w bardzo udoskonalonym typie, ale słyszałem rozmowę pań. Teraz - francuzczyzna wpadła mi na usta mimo woli, pod wpływem strachu o panią. Tu się mówi przeważnie w tym języku.

- Ja zaś myślałam, że pan jest Anglikiem.

- Wiem, jakimś politykiem, podobnym do Chamberlaina. Co do narodowości nie popełniła pani wielkiego błędu. Ale chodźmy stąd, wicher zaczyna dąć zbyt nieznośnie.

Puścił Andzię przed sobą, sam podążył za nią. Na szerszej ulicy parkowej zrównał się z nią. Szli w milczeniu. Tarłówna rozmyślała o nowym znajomym z pewną ciekawością. Po co on jej szukał i jaki to dziwny człowiek, że jej to od razu sam powiedział? Polak! Jednak widocznie typ matki utrzymał się w nim przeważnie! Rasowiec... twarz zwracająca uwagę; dziwny chłód, obojętność, uśmiech zagadkowy i oryginalny nie rozjaśnia całej twarzy ani oczu, skupia się tylko w wąskich ustach, nieco szyderczych. Głos niski, przytłumiony i dość suchy. Całość, pomimo zimnej obojętności nie odpychająca; wielka staranność i wytworność w ubraniu, pewien odrębny styl w całej postaci. Jest w nim dużo dystynkcji, powagi i kultury.

Dokądże tak pójdą razem? - Niepokoi się Andzia. Po co mi ta znajomość jeszcze, czyż mało już znam tu ludzi?

Zastanowiła się.

Wprawdzie ten zupełnie różny od tamtych, z salonów Lory. Z żadnym z tamtych nie rozmawiałaby tak długo, sam na sam w ustronnym miejscu, nawet w takiej samej sytuacji. Tak, ten jest inny...

Horski, jakby odgadując jej myśli, spytał obojętnie:

- Co panią łączy z towarzystwem, w którym widywałem panią w kasynie, raz w oszklonej galerii "Paryskiego" hotelu, raz w Café de Paris i w znajomym mi samochodzie, co już było najdziwniejsze?

Tarłówna doznała wrażenia nad wyraz przykrego, jakiegoś wstydu, poczerwieniała silnie, zmieszanie odbiło się na jej twarzy. On patrzył przed siebie, jakby o nic nie pytał i nikogo przy sobie nie miał. Ten szczegół otrzeźwił ją.

- To są moi znajomi - odrzekła wahająco.

- Pani znajomi?... Chyba nie od dawna?

- Od czasu jak tu jestem; czyli od tygodnia.

- Hm! Wciągnięto panią. Ale jakim sposobem? Czy i panią von Bredov Nordica poznała pani teraz zaledwo?

- U niej mieszkam.

Horski zatrzymał się. Wzrok swój z przestrzeni skierował na Tarłównę, dojrzała w nim zdumienie. Brwi podniósł w górę.

- A, a! Więc to dlatego jechały panie razem autem pani Lory? Hm...

- Lora jest moją kuzynką, razem wychowałyśmy się - rzekła Andzia, gorączkowo podniecona.

- Doprawdy? To zadziwiające, nawet niezwykłe...

Zaczął iść powoli, Andzia szła obok niego zgnębiona, coraz bardziej zaczynała rozumieć, o co mu chodziło.

- Cóż to pana tak dziwi?

- Och! Bardzo byłem zdziwiony ujrzawszy panią w tym towarzystwie. Przyznam się, że nawet mnie to zmyliło, takie to było niepodobne do pani typu, charakter pani nieco zamazało. Ale na krótko. Właśnie, gdy spostrzegłem pani sylwetkę w oszklonej galerii "Paryskiego" hotelu, w licznym towarzystwie i rozbawionym, zauważyłem, że siedząc przy samych szybach, patrzy pani uparcie na kwiaty, rosnące tam przy ścianie galerii, na rabatach. Miała pani wyraz twarzy taki inny niż oni wszyscy, taki od nich daleki, zbolały, zmęczony, powiem - smutny, że wtedy zrozumiałem sytuację gołębia w klatce jastrzębi, papug i... ścierwników.

Andzia drgnęła, kurcz bolesny przebiegł po jej rysach. Horski dostrzegł to.

- Przepraszam panią, jestem dosadny w wyrażeniach. Czy pani dano rozstała się z kuzynką?

- Przed trzema laty.

- I teraz jechała pani do niej na Riwierę?

- Tak. Lora mnie do siebie zapraszała.

- To ciekawe! I cóż, zmieniła się kuzyneczka?!

Pytanie rzucone tonem ironicznym, rozgniewało Andzię.

- Daruje pan, ale... dość tych pytań. Spieszę się do domu. Żegnam pana.

Zatrzymał jej rękę w swej dłoni tak stanowczo, że się nie opierała.

- I teraz rozumiem panią - rzekł z bladym swym uśmiechem. - Polska duma zadraśnięta, moje badania obrażają panią. To dowodzi, że scharakteryzowałem jej sylwetkę wybornie w swej wyobraźni. Jestem pewny, że z czasem pani mi wybaczy moją natarczywość. Tymczasem pozwolę sobie jutro złożyć jej uszanowanie w salonie pani Nordica.

- Pan zna Lorę?

- A, a... tak! Bywam... niekiedy u pani von Bredov...

Puścił rękę Andzi i rzekł jeszcze:

- Odprowadzę panią do tramwaju.

W milczeniu minęli wspaniały gmach Muzeum Oceanoznawczego. Gdy weszli na plac przed pałacem gubernatora Monaco, tramwaj właśnie ruszał. Horski dał znak woźnicy, aby zaczekał i pomógł Andzi wsiąść.

Skłonił się jej kapeluszem z wyjątkową powagą.

Na drugi dzień, w odpowiedniej godzinie dla wizyt, lokaj zaanonsował w salonie Lory przybycie Horskiego. Było już kilka osób zebranych i nazwisko to zrobiło wrażenie. Pani Lora uśmiechnęła się, żywe zadowolenie odmalowało się na jej twarzy, gdy kazała prosić.

Horski wszedł zimny, bardzo poprawny, lecz z wyjątkową sztywnością w ruchach i całej postaci. Od razu poszukał wzrokiem Tarłównę; dojrzał ją, błysnęły mu oczy ożywieniem. Powitał Lorę, reszcie towarzystwa złożył chłodny ukłon i podszedł do Andzi. Uśmiechnęła się do niego mimo woli, przedstawiając go pannie Ewelinie.

- Dowiedziałam się od kuzynki, żeście się państwo wczoraj poznali z sobą. Zapewne dlatego jedynie zawdzięczam dzisiejszą wizytę pańską - rzekła Lora.

Horski skłonił się.

- Zaliczam się wszakże do znajomych pani i jej gości - rzekł wykrętnie.

- W ostatnich czasach nader rzadko mam przyjemność mieć pana u siebie, ale tym bardziej rada jestem, że pan... powraca. - Znowu ukłon zdawkowy. Lora kontynuowała rozmowę, raczej flirt z dwoma panami, Horski zwrócił się bezpośrednio do Tarłówny:

- Czy pani poznała już wszystkie ciekawsze miejscowości jasnego brzegu?

- Prócz Monte Carlo i Monaco nic więcej nie znam.

- A w la Turbie, zębatą koleją były panie?

- Także nie.

- Ależ to warto zwiedzić, miejsce ciekawe! Jestem pewny, że spodoba się pani ta wyżyna; 1500 metrów nad poziomem morza, są tam ruiny rozwalonej wieży, zwanej Tour d'Auguste, od rzymskiego imperatora, który ją budował. A także Cap_Martin będzie w guście pani, godne zwiedzenia. Czy państwo nie mają w planie wycieczek?

- Ja bym pragnęła bardzo, namawiałam Lorę do wycieczek, ale ona pieszych nie lubi, zresztą zna tu wszystko.

- Jeśli panie pozwolą, mógłbym towarzyszyć, jestem na rozkazy. Pochlebiam sobie, że potrafiłbym paniom pokazać na Riwierze wszystko, co najciekawsze.

- Będziemy panu bardzo wdzięczne - żywo zawołała Anna - prawda Linciu? Ciekawa jestem tych okolic, chciałabym wywieźć stąd wrażenie głębsze i milsze od kasyna i w ogóle od tutejszych miejsc dla zabaw, które jedynie widuję.

- Zatem sojusz zawarty.Zamieniamy się w trójkę turystów i jesteśmy niezmordowani. Czy tak?

- Ze mnie będą mieli państwo niewielką pociechę - rzekła Ewelina. - Nie potrafię dużo chodzić.

- Dokąd można, dojedziemy, a poza tym są to niewielkie dystanse.

Horski przedstawił Handzi programy wycieczek, był zainteresowany, sympatyczniejszy pod wpływem lekkiego ożywienia. Panna Niemojska przyglądała mu się badawczo. Robił na niej wrażenie korzystne, jakkolwiek nie mogła zrozumieć tej twarzy. Ze zdumieniem zauważyła, że i Andzia w rozmowie z nim staje się weselsza, mówi swobodnie, z ożywieniem, robi projekty. Serce starej nauczycielki zadrgało radością. Ucieszyła ją choćby drobna zmiana usposobienia na lepsze w ukochanej wychowance. Sama zaczęła przychylniej spoglądać na Horskiego i, ze strachem wprawdzie o swe nogi, zgodziła się towarzyszyć im w wycieczkach. W salonie zwracano uwagę na rozmowę "dumnej Polki" - tak nazywano Andzię - z Horskim, znanym tu bywalcem i grubym graczem w kasynie, jakkolwiek nie namiętnym. Mówiono o nim, że jest pozbawiony nerwów; największe wygrane i przegrane nie wyprowadzały go z równowagi. Lekceważył grę, ignorował krupierów, nic sobie nie robiąc z ich obrażonych min. Widywano go czasem w towarzystwie pięknych kobiet, lecz zawsze z twarzą zimną, z bezzapalnym zachowaniem się.

Wiedziano, że jest Polakiem i obecną sympatię jego dla Tarłówny, którą zauważono, komentowano sobie tożsamością rasy. Handzia zwracała tu uwagę, lecz nie była zachęcająca, nie podniecała. Mężczyźni śledzili ją z daleka, podziwiali jej wdzięk, nawet w smutku zawarty, lecz nie śmieli jakoś natarczywiej z nią postępować. Wszelkie próby flirtu, wszelkie sposoby rozruszania jej i zastosowania do własnych wymagań chybiły celu. Andzia nie odpowiadała typowi kobiet łatwych do zdobycia na partnerkę wesołej i pustej zabawy. Jej smutek uderzający wszystkich - zrażał, jej oczy tęskne wzbudzały żal, że nie igrają w nich diabliki grzechu. W gronach męskich szeptano o niej, że byłaby cudowna, gdyby wzbudzić w niej namiętność, taka uroda wymaga płomienia, żaru wewnętrznego, do tego jest stworzona, a jest jakby śniegiem zawiana.

Ale do wzbudzenia takich płomieni nikt nie miał odwagi. Czekano, aż ta śnieżnobiała, mroźna powłoka roztaje trochę na Riwierze, aż ta Polka harda zarazi się nieco gorączką tutejszego świata, wówczas można będzie przystąpić śmielej, do zupełnego wypolerowania jej na własną modłę. Czekano, nie zostawiając jej na boku, zbyt ładna była na to, by ją zaniechać i pominąć. Trzeba najpierw oswoić. Aż oto nagle Horski, zimny Polak_Anglik, zdawałoby się, wygasły wulkan, może tylko lodowiec, porusza w niej pewne żywsze odbłyski. Jej oczy mają mniej groźną czarność, usta zdobyły uśmiech bardzo wdzięczny, znać, że nie kokieteryjny, lecz naturalny, ale jednak Horski go wywołał.

Paru mężczyzn zaniepokojonych domniemanym tryumfem Horskiego, odsunęło się z grupy otaczających Lorę i podeszło do Tarłówny. Jeden z nich, hrabia włoski, wsadził monokl w oko, krzywiąc połowę twarzy tak potwornie, że wyglądała jakby kawałek miękkiego materiału, w który wbito ćwiek: zmarszczona była i sfałdowana. Przez szkło monokla patrzyło na Andzię małe czarne oczko niby pieprzyk, drugie było zamknięte.

Włoch podszedł blisko i słuchał, obserwując Andzię. Horski umilkł, spojrzał na hrabiego pytająco.

- Zwabiła mnie żywa dyskusja państwa - rzekł tamten, głosem rozklekotanym. - Państwo są rodakami, to nasuwa tematy obszerne. Wymieniają państwo różne miejscowości Riwiery, czy jakaś wycieczka w projekcie?

Andzia ostygła od razu, porozmawiano parę minut ozięble, po czym Horski wstał, żegnając się. Lora zaprosiła go na wieczór do towarzystwa, będą grali w ruletę w kasynie i razem zjedzą kolację.

- Tam omówimy obszerniej plan wycieczki - rzekł Horski do Tarłówny.

Wyszedł.

Włoch w monoklu natychmiast zastąpił go przy Handzi, lecz się zawiódł, po paru suchych zdaniach Anna pod jakimś pozorem opuściła salon. Hrabia był niezadowolony.

- Ta dziewczyna jest zupełnie dzika, na nas zaś patrzy, jak na hydry ośmiornice z Musée Océanographique. Te Polki nie nadają się do naszego klimatu... mrożą.

- A pani Lora? - spytał towarzysz hrabiego.

Włoch twarz skrzywioną jeszcze bardziej skrzywił, cmoknął wargami i uniósł je w górę jak wilk, odsłaniając zęby spróchniałe, przy których ten grymas ust zamiast drapieżnie wyglądał lubieżnie.

- Pani Nordica jest Polką, ale moderne, jest słoneczna, począwszy od włosów; słońce nie skąpi swych darów, ale ta druga to... odległa epoka, w ogóle musiała się urodzić dużo dalej na północ. Monsieur Horsky to lodowiec, zatem odnaleźli w sobie wspólne cechy.

- Ee... nie panie, panna Tarlo ma oczy, które nie dowodzą chłodnej krwi, a włosy, a usta?... Jeśli pani Lora jest słoneczna, to ta księżycowa, ale to przejściowe. Jestem pewny, że gdyby ona zapłonęła, od takiego upału można by dostać porażenia.



V

La Turbie

Miniaturowa lokomotywka kolejki zębatej gwizdnęła przejmującym dyszkantem i sapiąc jęła pracować. Popychała przed sobą jeden wagonik, nakryty płaskim dachem bez ścian i parła go w górę, po torze złożonym z trzech szyn, z trybową pośrodku. Na przedniej platformie, pod daszkiem wystającym, Andzia i Horski stali przy balustradzie żelaznej, panna Ewelina siedziała w wagonie. Horski rzekł:

- Zaczynamy piąć się coraz wyżej. Nie boi się pani przepaści?

- Nie. Zresztą gdybyśmy się tu wykoleili, nie ocalałby chyba nikt. Śmierć na miejscu. A to już straszne nie jest.

Tarłówna wpatrywała się w przepaście z natężoną uwagą. Czarne jej źrenice pałały.

- Niech pan spojrzy, jak wygląda stąd Monte Carlo, jak gniazdo jaskółcze; kasyno śmiesznie małe, a morze?... doprawdy tu jest cudnie.

Horski milczał.

Andzia podniosła wzrok na niego, stał obok, patrząc na jej rękę opartą na balustradzie.

- Rasową ma pani rękę, klasyczna, taka ręka...

- Nie podziwia pan widoku?

- Znam go zbyt dobrze. Dlaczego pani przerwała? Ja nie chciałem mówić komplementów, że pani ręka mogłaby uszczęśliwić tego, komu pani ją odda, że sprawiałaby przyjemność całującemu ją, wcale nie to miałem na myśli. Nie jestem pani adoratorem.

- Gdybym go w panu zauważyła, przestałabym natychmiast z nim przebywać - odrzekła chłodno.

- A! To znowu ciekawy szczegół. Wytłumaczy mi to pani później. Tymczasem nie przeszkadzam w obserwowaniu krajobrazu. Widzi pani na dole, na tych grzędach ułożonych jak schody, rośnie wino i tytoń.

- Ach, prawda! Jakież małe winnice i plantacje. Tu mieszkałabym z ochotą.

- W takiej pustce, wśród oliwek i skał tylko? Jeśli pani zechce, pójdziemy kiedyś piechotą do la Turbie, dróżką, która się wije wśród gajów oliwnych. Wjeżdżamy teraz na wiadukt, stąd widoki najpiękniejsze. Morze leży spokojnie jak namalowane, nie widać żadnej fali; zdaje się być zupełnie martwą taflą niebieskiego szkła, albo płytą z lapislazuli. Życie morskiej toni zastygło. Co to znaczy odległość.

Andzia odwrócona w stronę przeciwną kierunkowi jazdy, nie traciła z oczu ani jednego szczegółu otwartej przed nimi panoramy.

Wpatrywała się długo i uważnie.

- Ma pan słuszność! - Monte Carlo i Monaco jest teraz zupełnie obrazkowe, stoi cicho w grze kolorów, właściwie w jednym tonie błękitu. Gdyby nie obłoki płynące nad nami, miałabym wrażenie, że patrzę na kartę z widokiem przez powiększające szkło, albo że jestem ptakiem i bujam na skrzydłach.

- Och, ta jazda chropawa po szynie zębatej nie daje uczucia lotu, nie jest to przyjemne, ale pewne; lokomotywa idzie jak po drabinie w górę. Podjeżdżamy już. O, widzi pani ten różowo-ceglasty gmach, to hotel "Rive de Ver", styl jakiś wschodni, a dalej ruiny i wieża.

- Podniebna okolica, oryginalnie tu i pięknie. Pójdziemy do ruin, prawda?

- Dlatego przyjechaliśmy, aby wykorzystać tę górę dla... naszych wrażeń.

Spojrzała na niego niepewnie.

- Pan tu już wszystko zna, więc...

- Toteż mówię w liczbie mnogiej, dla naszych wrażeń. Nie robię z siebie ofiary, proszę wierzyć. Jesteśmy na miejscu.

Pociąg stanął. Wysiedli przed małym budyneczkiem stacyjnym i poszli uliczką na okrągły placyk, na szczycie wysuniętej góry, nad głęboką rozpadliną z widokiem na morze, Monte Carlo, Monaco, Cap Martin, po bokach zaś i z tyłu na góry rudawe, hen, w dal idące. Z prawej sterczała wydatnie ze skał bryła olbrzymia stromo ścięta, jak duży łeb potwora, zwana Tête de Chien, którą widać w każdej miejscowości w Monte i w Monaco i wszędzie wydaje się blisko. Plac ten niby małe forum odgrodzony był od przepaści okrągłym murem, z wysuniętą na wewnątrz ławką cementową tak samo kolistą jak i mur.

Panna Ewelina ulokowała się zaraz na ławce, oznajmiając, że nie ruszy się stąd aż do odjazdu. Andzia podziwiała widoki.

Horski rzekł:

- Chodźmy lepiej w góry, do ruin, tam ciekawiej.

Poza budką przekupnia wrzeszczącego głośno pochwały swych okolicznościowych towarów, poszli na prawo w stronę różowo-ceglastego hotelu. Szli prawie na stoku góry. Rosły tu trawy grube i jakieś drobne kwiatuszki. Andzia zrywała je z chciwością. Dzika natura dokoła czarowała ją, uśmierzając tęsknicę jej duszy. Horski nie drażnił jej jak inni mężczyźni, znajomi Lory, nie narzucał się jej, widząc, że jest zamyślona, szedł obok, nic nie mówiąc, zimny jak automat, z cygarem hawańskim w ustach. Andzia lubiła wonny, siwawy dymek, który omotywał głowę Horskiego, przyzwyczaiła się do jego chłodu, wolała to, niż zapały innych znajomych. Czuła się przy nim spokojna i bezpieczniejsza. Idąc tak w milczeniu minęli hotel, pokręcili się trochę na placu przed nim i poszli dalej, już po dzikiej i kamienistej dróżce nad przepaściami. Bawiło się tam kilku chłopczyków, oberwańców, którzy zaraz ofiarowali turystom swe usługi, prosząc o kilka centimów za przeprowadzenie po stromej ścianie skały. Andzia zaczęła z nimi rozmowę, zabawni byli, robiąc dziwaczne grymasy i żebrząc o centimy. Horski zaspokoił ich chciwość, wtedy pobili się, wymyślając sobie okropną francuzczyzną.

- Siądźmy tu na kamieniach, na tych dużych, białych.

- Czy pani zmęczona?

- Nie, ale tak tu jest pysznie, cóż za widok niezrównany.

Tarłówna siadła na głazie. Horski stanął przy niej.

- Zauważyłem, że pani lubi dziką przyrodę, jest pani weselsza w tych skałach i nad przepaściami niż na przykład w kasynie.

- Nie lubię tamtego gwaru i tłumu; dziwnie mnie ludzie drażnią, tam ich takie mnóstwo.

- I to spostrzegłem w pani, zamiłowanie do samotności. Niezwykły objaw w takiej młodej i pięknej osobie. Znowu obraza w oczach?... Powtarzam, że nie mówię komplementów. Chyba nie można wymagać, aby ktoś na to, co jest piękne, mówił, że jest brzydkie? Patrzę na panią ze stanowiska artysty, jak na dzieło sztuki, dla mnie nawet oświetlenie tego obrazu nie razi, dla innych jest może nazbyt... w cieniu.

Podniosła na niego zdziwione oczy. Stał obok niej i patrzył na nią z góry, spod wpół przymkniętych powiek. Przeszył ją ten wzrok matowy na wskroś, opuściła rzęsy, on mówił:

- Pani postać w pełnym blasku, rzec można w świetle tak jaskrawym, jak... pani Lora na przykład, może by właśnie przygasła, zmieniłaby swój charakter. Ach, pani nie lubi tego tematu! Ale proszę się teraz wytłumaczyć, dlaczego moja adoracja, gdybym ją pani okazywał, raziłaby ją do tego stopnia, że nie chciałaby pani ze mną przebywać? Proszę o szczerą odpowiedź.

- Owszem. Oto nie miałabym już do pana zaufania.

Uniósł lekko kapelusz.

- Dziękuję za istniejące, zaskarbiam je wprawdzie dużym kosztem.

Na ustach jego błąkał się blady uśmiech.

Andzia powstała.

- Chodźmy stąd do ruin.

Chwycił ją za rękę.

- Wolno, ostrożnie, kamyki się spod nóg pani usuwają. Niech pani zaczeka chwilkę, chcę wyczerpać temat.

- Ach, panie, taki nudny temat!

- Bardzo ciekawy. Pod jakim względem mianowicie straciłaby pani zaufanie do mnie?

- Pod każdym.

- Tak krańcowo?

- Absolutnie.

- Hm! To poniekąd rzuca cień na panią, nie miałaby pani zaufania do człowieka, który by ją uwielbiał, czyli że taki osobnik nie wzbudzałby uznania pani?

- Stawia pan sprawę dziwacznie. Ja tylko nie chcę mieć adoratorów, nie chcę być przedmiotem hołdów, tego się boję i pragnę unikać.

- Dlaczego?

- To już jest moja osobista sprawa.

- Przepraszam, wyjawienie swego credo jest tu nieodzowne, jeśli chodzi o osiągnięcie celu. Każda religia ma swój kościół, każde stronnictwo swoje hasło, każdy legion swój sztandar.

- Ale nie zawsze go rozwija.

- Nie przed każdym szeregowcem, chciała pani powiedzieć, bardzo to dla mnie pochlebne! Spodziewałem się co prawda od pani wyższej rangi, szczególnie na tutejszym gruncie.

- Nie chciałam pana obrazić, może użyłam niestosownego zwrotu, proszę mi wybaczyć. Co zaś do mego sztandaru, jest on żałobny i... tak święty... że... rozwijać go... nawet grzech...

Oczy jej pociemniały, spadła nań chmura smutku.

- Kiedyś mi to pani opowie, prawda?

- Dobrze, o ile...

- Już wiem, o ile nie będę pani uwielbiał.

Uśmiechnęła się.

- Niech i tak będzie. Chodźmy wreszcie...

- Stoimy na skrawku skały, proszę mi podać rękę, o tak, teraz wolno za mną. Niech pani patrzy, jak się z nas ci malcy śmieją. Pani stąpa jak gazela. Właściwie niepotrzebnie panią prowadzę.

- Więc proszę puścić.

- Och nie, sprawia mi satysfakcję...

- Co?

- Zaufanie pani.

Błysnął ku niej uśmieszkiem zagadkowym.

Wydostawszy się na szerszą dróżkę, rozdzieleni już, postępowali w górę ku ruinom i wkrótce weszli w wąski zaułek rozwalonych kamieni i muru, który wiódł do wieży Augusta. Gdy stanęli u jej stóp, Andzia wybiegła na gładką platformę otaczającą ruinę, obeszła ją dokoła. Horski towarzyszył jej, idąc niżej po kamieniach, spoglądał na Andzię, śledząc jej ruchy.

Chodziła po głazach lekko, swobodnie, obeszła wszystkie kondygnacje będące podstawą wieży, zaglądała do otworów wśród kamieni, ruina ta zainteresowała ją widocznie. Z przyległych domów wysypało się kilkoro dzieci, brudnych jak Cyganięta. Andzia zaczęła z nimi rozmowę. Po paru dość udanych próbach dzieciarnia opadła ją dokoła i jęła świergotać jak wróble gwarą włosko-francuską. Przyplątał się kudłaty psiak i łasił do nóg dziewczynie, głaskała jego wełnę przemawiając doń po polsku.

Horski wzruszał ramionami.

Tarłówna przypomniała sobie jego obecność.

- Chodźmy, panie, w tę uliczkę, zwiedzimy zaułki, te dzieci nas poprowadzą.

- Nic tam pani nie zobaczy prócz brudu i suszącej się bielizny. Podziwiam pani zamiłowania; dzieci, psy... och!... Cała ta zgraja ma nam towarzyszyć? Piękna kompania!

- Nie chce pan? To dobrze, pójdziemy sami.

Przemówiła do dzieciarni łagodnie, dając im po parę centimów odczepnego.

Horskiego mile usposobiło jej ustępstwo. Sprowadził ją ze złomów kamiennych i patrząc jej w oczy, rzekł głosem przyciszonym:

- Zdaje mi się, że... prędko straci pani do mnie zaufanie.

Andzia mimo woli zaśmiała się.

- To może lepiej od razu wracajmy do Lińci?

- Nie, wolałbym, żeby jeszcze nieco za nami potęskniła. Więc opuszczamy ruiny, idziemy w ślad za tymi turystkami, widzi pani? Jakieś Angielki przywędrowały, obie razem mają ze sześć aparatów fotograficznych przy sobie, teraz fotografują wieżę i nas. Komiczne, prawda? Moje rodaczki po kądzieli.

Dwie cienkie i blade miss nastawiły "kodaki" na wieżę, ogromnie zaaferowane zdejmowały wszystko, co się nawinęło; gruzy i grupę dzieci i starą kobietę rozwieszającą bieliznę na sznurze pod ścianą domu. Tarłówna i Horski wyprzedzili turystki, znaleźli się wkrótce w ciasnych uliczkach, z obu stron szczelnie zabudowanych domostwami. Stare mury, opadłe z tynków lub tylko kamieniem i cegłą świecące, często upstrzone kępkami roślin gnieżdżących się w szczelinach ścian, stały tu natłoczone, niższe i wyższe. Pełno tu było schodków kamiennych na różne pięterka wiodących, jakieś bramy starożytne, wnęki w murach, mnóstwo okien różnych rozmiarami i kształtem. Chodzili po tak zwanej starej ulicy, Vieille Rue, gdzie życie jakby zamarło, tylko czarne dzieciaki, bawiące się pod przyzbami domów i psy urozmaicały monotonię zaułka. Przy Porte Romaine zatrzymali się dłużej. Horski objaśniał epokę pochodzenia bramy. Andzia zaś na pół słuchając wpadła w smutną zadumę. Zakątek ten przypomniał jej nagle jeden fragment z zamku w Temnym Hradzie. Posępny cień wspomnień żałobnych zawisł nad nią, pogrążając ją w mroku. Przysunęła się do bramy i oparła głowę profilem o kamienne jej sklepienie. Kapelusz z woalem trzymała w ręku, bujne sploty czarno lśniących włosów, przyciśnięte do starego muru, miały w sobie świeżość kwiatów wiosennych i twarz zaróżowiona ze zmęczenia była jak młody i wonny kwiat. Przy gruzach bramy starożytnej postać Andzi zdrobniała, cicha była, jakaś potulna, niby dziecko strwożone.Oczy przymknęły się pod grozą napływających wizji z Temnego Hradu, myśl uleciała w ciemny bór, oszroniony sadzią mroźną, pod dąb rozłożysty, na którym wisiał teraz metalowy krzyżyk. Pod tym dębem...

Horski przyglądał się Andzi i odczuł, że ona rozwija przed sobą swój sztandar żałobny. Usunął się cicho, aby jej nie przeszkadzać, prędko wyjął z kieszeni malutki aparacik fotograficzny i nastawił na Andzię.

Cichy trzask ocucił ją. Uniosła głowę, spojrzała bystro. Dostrzegła, jak Horski chował do kieszeni małe, czarne pudełeczko.

- Co to było, panie?

- Nic nadzwyczajnego, sfotografowałem panią na tle tej bramy.

- Po co pan to zrobił? - spytała go z takim żalem, aż się zadziwił.

- Najpierw dlatego że... przyszła mi taka fantazja, chciałem mieć pani zdjęcie, a przy tym zaduma pani pod tą bramą była tak malownicza, powiem - charakterystyczna, jak dwa kontrasty, coś jak wiosna w ruinach, że nie oparłem się pokusie. Tym bardziej, że i wiosna nie była zupełnie wiosną, postać pani skarżyła się tym zwaliskom na... tęsknotę życia.

Ona tknięta trafnością jego obserwacji, szepnęła:

- Tęsknotę, to za mało, raczej tragedię. Ale... wyśmiewał pan Angielki, tymczasem i sam bez "kodaka" ani rusz.

- Lecz używam go tylko w wyjątkowych przypadkach.

Zwiedzili mały kościółek na stoku góry, zbłądzili w jakimś ciasnym dziedzińczyku, z którego wiodły uliczki jak rynsztoki, czerniały w domach niechlujne czeluście wejściowych drzwi, pięły się schodki. W jednych drzwiach ciemnych jak nora bawił się kamykami malec osmolony z głową czarną i jak wiecha rozczochraną. Wielkie gałki oczu, koloru węgla, utkwił w przybyszów i bełkotał coś pod noskiem. W okienku na piętrze pojawiła się młoda dziewczyna, również czarniawa i pilnie przypatrywała się Andzi i Horskiemu. Ciasno tu było, brudno, nędznie.

- Uciekajmy stąd, prędzej - rzekła Tarłówna. Policzki jej zbladły, oczy świeciły gorączką.

- Denerwuje panią ten ponury kąt, widzę to, ale do diabła, nie wiem, którędy iść. Niech pani wstąpi na te schodki, wyjdziemy zdaje się naprzeciw wieży. Dość już murów i brudu.

Przebywszy schodki ujrzeli istotnie pustą przestrzeń i odetchnęli. Przed nimi stała ruina wieży, na prawo zaś góra kamienista, duże drzewo pinii. Poszli tam. Ujrzeli kościółek, który tylko co zwiedzali, wyżej - murowany cmentarzyk, przed nimi, za płotem bardzo prymitywnym, leżał ogródek ubogi w roślinność i pasł się osioł przywiązany do kołka.

- Okropna tu nędza. Jak ci ludzie żyją w takiej ciasnocie, wśród kamieni?

- Pani mówi, że im tu ciasno? A przecież góry, o... jak okiem sięgnąć pustka i skała, to wszystko dla nich. Tylko, że to są grunty bezpłodne, zupełnie jałowe, za wielka już wyżyna i skała. Zresztą to naród leniwy, całe wybrzeże Côte d'Azur żyje przeważnie z przyjezdnych, sezon to ich żniwo, przez lato wegetują, przeżywając dobrobyt zdobyty na obcych. Niech pani spojrzy na tego człowieka, który leży przy ośle, czy nie są do siebie podobni? Ten sam wyraz apatii i nudy.

- To dziwne, na dole życie wre, burzy się gorączkowo, tu zaś wszystko senne, jakby cały temperament życia spłynął na dół po stokach, zostawiając tu jedynie okruchy - mówiła Anna. - A nad tym leży słońce nieruchomo i pali, aż białe ma promienie. Zapach rozpalonych murów i skał... dusi. Wolę tam, na zrębach, bo woń morza orzeźwia, wicher uderzy czasem o wyżyny; tu zadusiłabym się chyba.

- Pójdziemy zatem na przestrzeń otwartą, skąd widać morze. Miała mi pani opowiedzieć coś... Właściwie rozwinąć przede mną swój sztandar. Może jestem zbyt natarczywy.

Andzia milczała.

Szli obok siebie cicho i znowu stanęli na skale, mając przed sobą nisko w dolinie Monte Carlo i Monaco, jak wielki potwór morski wygrzewający się w słońcu, na wybrzeżu; brzuchem położony na fali, grzbietem wzniesiony w górę, na którym ponaczepiało się mnóstwo białych, zębatych muszli i krabów; to pałace i domy sterczące na szczycie Principauté de Monaco wyglądały niby muszle z wyżyn la Turbie. Na przystani morskiej, równolegle z bulwarem Condamine, rysowały się nieruchomo statki, zupełnie małe z wysokości, łodzie nawet te największe były jak linijki cienkie, latające nad falą mewy i gołębie nikły bez śladu w błękitnej oddali.

Wszystko przenikał, wsiąkał w siebie lazurowy kryształ powietrzny.

- Więc nic mi pani nie powie?

Andzia zerknęła ukośnie na Horskiego; był jak zwykle obojętny, sztywny.

Ach, temu można...

- Pan się dziwi, dlaczego nie pragnę asysty i hołdów? Przede wszystkim nie jestem do tego przyzwyczajona.

- Pani?... Czyż to możliwe?

- Nie żyłam nigdy w wielkim świecie, nie znam zabaw, towarzystw licznych i świetnych. Moje lata dziecinne i młodzieńcze przepędziłam w domu, na wsi, na Wołyniu, wśród naszych borów głuchych i stepów kwitnących. Ojca nie pamiętam, matka umarła mi, jak miałam dziesięć lat, opiekował się mną... ojczym.

- Hm! Ta opieka była widocznie pierwszym, czarnym ściegiem na sztandarze pani życia?

- Miałam różne plany młodzieńcze, poloty, pragnienia, których urzeczywistnić nie mogłam. Musiałam ulec.

- Czy powody materialne?

Andzia z uczuciem niezrozumiale miłym spojrzała na Horskiego.

- Myśli, że jestem biedna, to dobrze...

- Ustąpiłam na prośbę. Wyzbyłam się egoizmu własnego dla czyjegoś, nie rozumiejąc wówczas, że to był tylko egoizm.

- Ojczyma oczywiście. Hm!...

- Zgaduje pan trafnie. Żyłam potem z nadziejami w duszy, aż nastąpiły momenty głuszące siłą swoją... wszystko.

Umilkła, znowu jakby chmura zasnuła jej oczy, całą twarz.

Siadła machinalnie na kamieniu, Horski obok niej na trawie. Zapalił cygaro w milczeniu, po długiej chwili odezwał się pierwszy cichym, ale suchym głosem:

- Pokochała pani... nieszczęśliwie. Czy tak?

Andzia pierwszy raz w życiu wyjawiała przed kimś swe bóle, nawet się sobie nie dziwiąc. Mówiła z bezmiernym smutkiem, lecz spokojnie, oczy jej tylko łzami były zamglone.

- Czy nieszczęśliwie?... Taka miłość ogromna, święta, jedyna, jest najwyższym dobrem i szczęściem. Wspólność uczuć gorących, te same ideały... Ale mściwy cios, okrutny, przeciął w zaraniu i... wieczna tęsknota.

- Rozstaliście się państwo?

- To nigdy by nie nastąpiło.Jedynie śmierć...

- Umarł zatem?

- Został zabity.

- Za... bity?

- Na polowaniu... Podobno... wypadek...

Zadrżała i zakryła oczy.

Horski patrzył na nią badawczo.

- To zdumiewające istotnie. Pani mówi tak, że można zgadywać różnie.

- Można, niestety, można panie! Mówmy już o czymś innym. Teraz pan zna moje credo; żyję przeszłością i wspomnieniem krótkiej zorzy mego życia.

- I tak pani pozostanie? A cóż obecnie?

- Teraz jestem... narzeczoną.

- Ironiczny ma pani uśmiech, mówiąc te słowa, powiem nawet zjadliwy. Nie kocha pani narzeczonego.

- Tego ode mnie nikt wymagać nie może.

- Czy i on także?

- Tym bardziej. Zna moją tragedię, ale kocha mnie od dziecka. Jest to mój kuzyn, brat Lory.

- Ach tak?! Pani zgodziła się, aby zagłuszyć ból?... Aby zapomnieć o tamtym?

- Skłoniono mnie do tego. Matka Lory i Jana umierając wymogła u mnie słowo, że będę jego żoną. Przysięgłam.

- I... dotrzyma pani tej przysięgi?

- Muszę.

- Och, musi pani? Wielkie słowo! Czy to także credo życiowe, bo ja to nazywam po prostu barbarzyńskim zabytkiem. Muszę, hm! Krótko brzmi, ale skutki nieobliczalne, cięcie gilotyny, także krótkie, lecz głowa odpada. I owo muszę wypełni pani z przekonaniem...

- Z rozpa... z biernością.

- Aha z rozpaczą? Dokończyłem za panią. Ciekawy horoskop przyszłości wobec takiego status quo. Proszę mi wytłumaczyć, jaka siła tkwi w owym muszę?

- To obowiązek.

- Och, och! Piękna obroża do noszenia całe życie! Ależ to kajdany! Czy pani się nad tym zastanowiła? Co?...

- Przysięgłam konającej ciotce w ostatniej chwili jej życia. To dosyć.

- Czy ta ciotka była... Bogiem, ołtarzem, wcieleniem bóstwa?

Spojrzała na niego zdziwiona.

- No, bo przecież pani przysięgła nie Bogu tylko ciotce. Czy to równoznaczne?

Tarłówna zerwała się z kamienia.

- Nie mówmy już o tym! Nie mówmy!

- Przepraszam, jeszcze słowo. Kiedy pani popełnia to... samobójstwo?

- Nie wiem! Nie wiem!

- Zatem dziś już składam pani kondolencje.

- Panie Horski, błagam pana... dosyć.

- Jak pani każe.

Usunął się jej grzecznie z drogi. Poszli w stronę hotelu.

- Czy pani przyjechała do Monte jedynie na zaproszenie pani Lory, czy i dla zdrowia?

- Nie dla zdrowia w każdym razie, zmiany klimatu nie potrzebowałam.

- Więc do pani Nordica.

- Niezupełnie. Coś mnie tu niosło, w świat, w przestrzeń!

- Rozumiem. W ojczyźnie doznała pani nostalgii, za... obczyzną. I to bywa. Przede wszystkim była to dezercja; uciekała pani od zakratowanej klatki, w której czeka na nią... obowiązek.

Szyderstwo zabrzmiało w jego głosie.

- Nic mi pani nie odpowiada? Moja wina. Za szczerość pani nie powinienem jej męczyć. Na początku naszej rozmowy wspomniała pani o wielkim świecie w znaczeniu towarzyskim. Zdaje mi się, że pani jest w błędzie. To nie jest wielki świat, to tylko wielki teatr, scena opery komicznej, często wielki... cyrk, lub - po prostu wielki salon.

- Cóż pan nazywa wielkim światem?

- Nigdy ludzkie zbiorowisko wytworzonych form, w wykwintnych oprawach, nigdy tytuły, herby, rody, finanse i tak dalej. Wielki świat, to nie ludzie, lecz ich wytwory; cywilizacja, kultura, w znaczeniu społecznym, nie tylko osobistym, wynalazki ułatwiające życie, słowem wydobywanie z globu jego esencji, z przyrody pięknej, lecz nie wygodnej wszystkich jej skarbów, wyzyskanie każdej góry, skały, każdego atomu w naturze na swoją korzyść. To według mnie jest wielkim światem.

- A przyroda dzika, puszcze dziewicze, góry niedostępne?

- To piękny świat, ale pierwotny, zatem tylko świat, można by nawet nazwać go małym.

- Więc i wśród ludzi to samo się dzieje. Ludzie pierwotni, małych potrzeb, niecywilizowani, bez kultury to świat mały, tylko świat, jak pan nazwał. Ci zaś ogładzeni, z patyną, najwyższej kultury, z piętnem cywilizacji i rasy, którą wszak wytwarza wiekowa przynależność do kultury, to wielki świat. O tym właśnie mówiłam.

- Zgadzam się na określenie w ten sposób, ale tylko pojedynczych i małych grup ludzkich. A wszak przyzna pani, że wielkim światem nazywają przeważnie pewne sfery w hierarchii społecznej, sferę, no, głównie właścicieli dużych fortun i głośnych nazwisk. Są wśród nich osobniki z wielkiego świata, w moim rozumieniu, ale są i z bardzo małego, instynkty kompletnie pierwotne, kopalne, często zwyrodniałe w masce patrycjuszowskiej. Czy mogą oni nosić dostojną nazwę wielkiego świata?... Nawet nie są pięknym światem, jak w naturze okolice niewyzyskane, więc tak, jak mówiłem... teatrem, cyrkiem, salonem. Stoją obok siebie różni, tacy i owacy, szlachetność i błazeństwo, kultura i zwyrodnienie, rasa i skorpion w masce, słowem wielka reduta, maskarada. Ale oto idzie ku nam opiekunka pani.

- Lińcia! Za długo spacerowaliśmy nawet na cierpliwość Lińci. Prawda.

Panna Niemojska podeszła zdyszana.

- Szukałam was długo, bo upał dokucza. Nie chce się wierzyć, że to styczeń. U nas tam mrozy, śniegi leżą, a tu słońce aż pali. Kraj jak z bajki. Bałam się, żebyście nie spadli gdzieś ze skał.

- Może pójdziemy na obiad? - zaproponował Horski.

- A czy tu można coś zjeść? Co prawda jestem głodna.

- Znam małą restauracyjkę na prawo od stacji przy drodze do miasteczka. Galeria oszklona wisi na górce, niby latarnia, widać stamtąd skały i pociągi podchodzące, a auta jak żuki śmigają po drodze. Tam zjemy.

- Andziu, co ci jest? Zbladłaś - spytała Ewelina.

- Nic, Lińciu. U nas tam śniegi leżą, biało i mroźno, sanna, janczary dzwonią... śnieżne zaspy...

- Daj spokój, dziecko...

- Czy ja tu powinnam być? Czy ja byłabym tu? Gdyby... Tam lepiej, Lińciu.

- Byłoby, ale nie jest. Nie myśl o tym, Aniu.

Rozmawiały cicho, Horski jednak słyszał.

Milczał, pozornie zajęty obcinaniem cygara.



VI

Cap Martin

Przed pomnikiem cesarzowej Elżbiety Austriackiej w Cap Martin, stała Andzia i Horski. Ona czytała półgłosem wiersz wyryty na kolumnie pomnika; czytała zakończenie:


Daignez donc de ce bois être la protectrice
les forêts autrefois appartenaient aus Dieux:
soyez notre génie, o sainte Imperatrice.
Et nous vous reverrons un beau jour aux cieux.
Car nous ne croyons pas aux éternels adieux.[27]


- Miły jest ten wiersz; dowodzi uczucia dla cesarzowej i wiary w życie pozagrobowe - rzekła Anna.

- Pani wierzy w życie wieczne?

- O tak, nie wyobrażam sobie bytu na ziemi bez tej przyszłości poza mogiłą. Taki byt byłby bardzo smutny i bezcelowy. Zdaje mi się nawet, że bywają ludzie, których duch nie jest dostatecznie ucieleśniony, źle się czuje w swej człowieczej powłoce i dopiero może poza grobem otwiera się dla niego istotny byt. Takim duchem była zapewne cesarzowa Elżbieta. Życie ją prześladowało, nie dało jej szczęścia, bo świat nie lubi ludzi nie z własnej ulepionych gliny.

Horski podniósł brwi wątpiąco.

- Cesarzową Elżbietę przede wszystkim prześladowało fatum rodzinne Wittelsbachów i nieszczęścia Habsburgów. W żyłach jej płynęła atawistyczna melancholia, którą ciosy życiowe potęgowały.

Po chwilowym milczeniu Horski rzekł znowu:

- Studiowałem kronikę życia tej męczennicy na tronie. Duch przewyższał w niej ciało uwieńczone koroną ziemską i zaszczytami. Postać pełna mistycyzmu.

- Może to właśnie otaczało ją nimbem, wywołując powszechne uwielbienie?

- Zapewne. Kochały ją wszystkie narody lenne Austrii, Węgrzy ją ubóstwiali, urok jej płynął i na obce kraje, właściwie za nic. Była dobra, słodka, cicha i niezwykle piękna, miała i momenty gorętsze, nawet porywy krwi. Nic znowu wybitnego nie dokonała, żadnego czynu epokowej, historycznej doniosłości, jednak wielbiono ją, stawiają jej pomniki. Jeśli postać jej nie będzie miała większej karty w historii, to zarysuje się w literaturze. Jestem pewny, że Elżbieta zmartwychwstanie na tym polu, że ją jakiś talent zamknie w poetycznej, lub prozaicznej formie; jako typ zasługuje na to, jest niepospolity, nadaje się do fantazji. A propos, pani bywa niekiedy także podobna do Elżbiety.

- Ja?... Cóż znowu!

- Często robi pani wrażenie, że tylko istotą cielesną przebywa na ziemi, duchem zaś błąka się gdzieś...

- Także na ziemi, panie, tylko daleko stąd, bardzo daleko. Myślą najskrytszą gonię za duchami tych, którzy niestety są już poza realnością i męczy mnie wątpliwość, czy im tam lepiej niż mnie, czy jeszcze gorzej? Ach, gdybyż wiedzieć!

- Czy pani zajmowała się kiedy spirytyzmem?

- Nigdy.

- To niekiedy bywa ciekawe, zwłaszcza dla natur przeczulonych, tak jak pani i wierzących głęboko w nieśmiertelność duszy. Pani byłaby nawet wybornym medium.Niech pani spróbuje eksperymentów spirytystycznych; może się pani uda wywołać jakieś zjawisko nadprzyrodzone, jakiegoś ducha? Bywałem w Paryżu na seansach i niekiedy wychodziłem zdumiony, zwłaszcza gdy medium powiedziało mi raz jeden szczegół z mojego życia, którego nikt z obecnych nie znał, było to bowiem zupełnie moje własne przeżycie, powiem duchowe. Ten fakt trochę mnie zastanowił, że jednak jest coś niezbadanego, co prawie samo narzuca się nauce, aby zostać odkryte. Uczęszczałem potem często na seanse. Moja matka jest spirytystką zapaloną.

- A w sny i wróżby czy pan wierzy? - spytała nagle Tarłówna.

- Wierzę trochę w chiromancję, to już jest nauka. Ale sny?... Zabobon.

- Jednak ja miałam w życiu parę snów znaczących i te mi się okrutnie sprawdziły. A także wróżba starej Cyganki, straszna wróżba sprawdziła się. Przeraża mnie, że wróżba ta nie jest jeszcze wypełniona do kresu.

- Niechże pani nie oczekuje na jej rezultat końcowy, to panią pogrąży na dno melancholii. Stanowczo jest pani także za mało ucieleśniona, nazbyt mistyczna. Zaczynam wierzyć, że takie dusze jak pani mogą nawet nie umierać i trwają...

- W ogóle nie posiada pan tej wiary?

- Naturalnie, że nie. Czyż mogę wierzyć, że istoty na wskroś zmysłowe, nędzne, bezczelne, podłe, albo takie biernie małe, bezmyślne, żyją życiem pozagrobowym?... No, proszę pani, co one tam zbudują? A jeśli tam się dopiero mają udoskonalać, to po co tu są robactwem, podłymi jednostkami? Jaki cel?...

- Za życie nędzne i złe tam ponoszą karę.

- Och...! Da liegt der Hundbegraben![28] Diabli nawłóczą ich na dzidę i smażą na wolnym ogniu. Tak?

- W piekło nie wierzę ani w istnienie diabłów, pokuta duchów jest inna, nieplastyczna, wszakże duchy się udoskonalają. Może w nowych istnieniach?

- Reinkarnacja?! Gdyby data śmierci cesarzowej Elżbiety była wcześniejsza od daty urodzin pani, gotów bym uwierzyć, że duch tamtej znalazł nowe wcielenie w Annie Tarłównie. To możliwe, ale znam ludzi, których dusza, gdyby się powtórnie wcieliła w psa nawet, jeszcze stałaby się uszlachetniona. Cóż o takich mówić?

Andzia w jednej chwili doznała jakby olśnienia, w wyobraźni stanął jej Chwedźko, zgniły ludzki płaz... Potem zamajaczył tępy kontur głowy Kościeszy i jego białe oczy.

- Czy tacy ludzie mogą mieć duszę?

Horski mówił dalej:

- To są powody, że w życie pozagrobowe nie wierzę. Indywidualności wielkie, wzniosłe giną tak samo jak i małe, nędzne, niby kwiaty różnych gatunków, które mróz niweczy. Tylko że po pięknej róży, po lilii wonnej, po tworach gatunkowych w ogóle, zostaje wspomnienie; po pokrzywie zaś, po zielsku plugawym zostaje tylko... nawóz. Tak jest i z ludźmi; duchy potężne, owiane geniuszem, ginąc zostawiają po sobie pamięć, czy to abstrakcyjną jedynie, czy też w czynach, w dziełach ich zamkniętą na wieki. Sława takich ludzi przechodzi do potomności, do historii, do legend wreszcie.

- Nędznicy bywają także wybitni.

- Nie przeczę pani, owszem, zatem i ci zostają w pamięci świata. Ale drobiazg ludzki, takie sobie człowieczki, albo ludzkie chwasty, co po nich zostaje?... Zgnilizna fizyczna, zanik zupełny.

- Nie zgodzę się z panem. Ja sądzę, że te człowieczki, wedle określenia pańskiego, to może pierwsze wcielenie ducha, ten zaś udoskonala się stopniowo, aż dochodzi do maksimum swego rozwoju.

- Wierzy pani w przechodzenie dusz? Hm!... Czyli że każde życie pojedyncze to kurs uniwersytetu dla ducha?... To jest kolosalne! Ile też jedna dusza może przecierpieć takich wcieleń-uniwersytetów? Co?...

Andzia zarumieniła się.

- Pan ironizuje i wszystko zawsze wyśmieje. Ja wszakże nie głoszę tego jako teorii, to są moje osobiste myśli. Wierzę w metapsychozę, bo duch to taka potęga, która nie może trwać wieki i biernie we wszechświecie. Bywają istnienia krótkie, przecięte nagle, czyżby już dusze takie błądziły bezcelowo i wieczyście po jednym, krótkim trwaniu? Po cóż spływały na ziemię, czy tylko aby zabić moralnie dusze żyjące, aby zatopić je w nieustającym żalu?... Dlaczego?

A może duchy z naszej planety przechodzą gdzieś na inne globy i tworzą nowe światy, społeczeństwa różne, doskonalsze od naszych?... Nie wiem, nie wiem! To tajemnica nie zbadana, tego jeszcze ani nauka, ani religia nie zgłębiły gruntownie, więc ja tym bardziej nie mam prawa o tym debatować. Ale wierzę w istnienie dusz, w ich byt wiekuisty i w doskonałość ich, bo inaczej nie warto byłoby żyć. Pan nie wierzy? Cóż jednak wytwarza geniuszy? - Dusza. Pomiędzy zwierzętami nie mamy geniuszy.

- Ale są rasy lepsze i gorsze, bywają różne inteligencje, instynkty, narowy.

- Lecz nie mają duszy.

- Więc coś podobnego, co ją zastępuje, taką ich własną, indywidualną duszę. Każde stworzenie posiada ją, nawet mrówka. Człowiek, jako istnienie najdoskonalsze, wykończone w każdym szczególe, posiada najwybitniejszą, w tym leży cała różnica, bo nie w nieśmiertelności naszych duchów. Bóg nas z gliny nie ulepiał, stworzyła natura, a ewolucja świata wznosiła nas coraz wyżej, wyżej i wznosi, gdy staniemy na szczycie doskonałości, hm!... Wtedy zaczniemy może spadać, degenerować się, karłowacieć.

- Pan jesteś zwolennikiem darwinizmu?

- Niezupełnie, ale wolę jego teorię niż wszelkie otumanianie głowy, które po wniknięciu w istotę rzeczy budzi wątpliwości. Jest wiele dogmatów, w jakie nie można wierzyć, ale każą nam czynić to na ślepo. Ja tak nie potrafię. Mnie tajemnica nie imponuje, boskości nie dodaje. Imponuje mi wielkość, czyn ogromny, jakiś wynalazek... Do mistycyzmu nie mam kultu. Ale gdybym stwierdził realny objaw istnienia bóstwa, cud, widomy fakt, który by mówił sam za siebie, wówczas bym uwierzył. Że zaś tego nie ma, wszystko inne z tym związane uważam za fantazję, niekiedy bardzo piękną i poetyczną, będącą wynikiem potrzeby bóstwa. Jest to wrodzona konieczność ludzkości.

Ja osobiście patrzę na piękny obraz święty, zwiedzam kościół, o ile jedno i drugie jest dziełem sztuki, zachwyca mnie tylko artyzm, ale naprawdę z uwielbieniem, że tak nazwę religijnym będę podziwiał jakiś wielki wytwór mechaniki, motor elektryczny o szalonej sile, nawet potężny statek okuty stalą a pędzący po spiętrzonych bałwanach z szybkością zawartą w jego kotłach i śrubach. Praca gigantyczna, myśl genialna,jakaś dynamomaszyna kolosalnego znaczenia, to mi imponuje, w to wierzę i to czczę.

Andzia przypatrywała mu się z zupełnie nowym wrażeniem, nie zdając sobie sprawy, dlaczego zaimponował jej nagle.

Postać jego miała zarysy energiczne, twarz chłodna była niezłomna, przemawiał za siłą i sam miał ją w sobie, jakby skupioną.

Ale była to inna moc, jak na przykład Kościeszy; tamten występował jako siła bezczelna, zaborcza, bezwzględna, dzika nawet, ten - jako siła kulturalna, klasyczna, władcza, pociągająca arystokratyzmem. Tamten - tygrys, - ten - lew, tamten dziki barbarzyńca, ten wytworny patrycjusz. Tamten przeraża, ten imponuje.

Szary wzrok Horskiego przenikał Andzię na wskroś, źrenice jego były zagadkowe, trochę cyniczne, lecz bez odrobiny zmysłowej brutalności. Patrzyli sobie w oczy przez chwilę. On uśmiechnął się.

- Przeraziłem panią, czy tak?

- Zadziwił mnie pan. Pierwszy raz spotykam człowieka, który tak śmiało głosi swą niewiarę. Ale wszakże to nie apostazja[29]?

- Nie, apostatą nie jestem, bo religii, w której mnie wychowano, nie wyrzekłem się dla żadnej innej wiary. Ale ateuszem nazwie mnie pani z pewnością. Katolicyzm uważam za najpiękniejszą fantazję religijną, za najbardziej poetyczną i mającą najwięcej barw w swojej tęczy. Tęcza katolicyzmu niezaprzeczenie opasała sobą prawie pół świata, dlatego że najpojętniej działa na ludzką wyobraźnię. W żadnej religii nie ma tyle naprawdę pięknych legend, co w Starym i w Nowym Testamencie. Buddaizm, także malowniczy i piękny, szerokie zakreślił kręgi, bo tak samo działa na umysły żądne tajemnic i skłonne do misteriów. Jaka to na przykład cudna idea nirwany. Gdybym wierzył w duszę, wolałbym nirwanę, spokój błogosławiony, niż metapsychozę, w którą pani wierzy, z jej wieczystą udręką coraz nowych wcieleń. To straszne.

- Czyż lepsza wiara, że powstałam z nicości duchowej i pójdę w nicość?

- Lepsza. Niech mi pani wierzy, bo przynajmniej nie mam w sobie tej niepewności, że może siedzi we mnie teraz jakiś zbrodniarz. No, dziękuję za taką przyjemność. Ponieważ katolicyzm w założeniu jest piękny, zatem i reinkarnacji nie uznaje, pani nie jest także dobrą katoliczką, panno Anno. Nie tylko nie posiada pani apologetyki, aby walczyć z takimi jak ja bezbożnikami, ale i sama pani grzeszy.

Tarłówna zaśmiała się.

- Wobec pana nie podjęłabym się apostolstwa, bo wszystkie moje argumenty, mogłaby zdruzgotać jednym zamachem jakaś... dynamomaszyna lub nawet jej wizja.

Horski ruszył brwiami w uśmiechu.

- Teraz pani ironizuje z moich dogmatów. Ja pomimo to powtarzam, że wszelkie apokalipsy z Pisma Świętego są to cudne legendy, nadające natchnienia do dzieł sztuki i to cała ich wartość. Dla mnie apokalipsą taką jest odkrycie Ameryki, nauka Kopernika, awiatyka, wynalazki Stephensona, Gutenberga, Edisona i tym podobne odkrycia. Napoleon Bonaparte to także objawienie świata, to nie poezja.

- Sądząc ze wszystkiego, co pan powiedział, można by przypuszczać, że i Chrystusa uznaje pan tylko z tego samego stanowiska - rzekła Andzia sucho.

- A tak, niezaprzeczenie wielki geniusz. Panią to drażni, dajmy spokój tej rozmowie. Zapomnieliśmy o naszym cerberze; panna Niemojska już chyba odpoczęła przy stacji tramwajowej? Nie przypominałbym jej, gdyby nie zachód słońca; mamy przed sobą zwiedzenie grot w Sainte Romin.

- Najpierw obiecaliśmy Linci, że po zwiedzeniu pieszym obwieziemy ją fiakrem po Cap Martin.

- Widzi pani, ile jeszcze obowiązków wobec panny Eweliny. Pożegnajmy się z obeliskiem Elżbiety i wędrujmy dalej.

- Ja tu jeszcze powrócę - szepnęła Anna. - Miejsce to dziwnie nastraja do samotnych rozmyślań.

- Wskazówka dla mnie, żebym się więcej nie narzucał - mruknął Horski.

- Nie miałam tego na myśli, proszę wierzyć. Gdyby mnie nużyło towarzystwo pana, potrafiłabym się uwolnić od niego w inny sposób.

- Wbrew mej zasadzie nie ufania kobietom, pani jednak wierzę. Tu nastraja panią las, wprawdzie oliwki i pinie zamiast dębów i sosen wołyńskich, to nie złudzenie, lecz szum bliskiego a niewidzialnego morza z tym gajem zieleni tworzy pewien akord nasuwający wspomnienia. Czy pani całą istotą nie stanie na Riwierze? Czy zawsze będzie rozdwojenie ducha z ciałem na korzyść Wołynia?

- Przesadza pan moją tęsknotę. Tam jest moja świątynia, do niej modlitwą zabiegam, myślą. Tu żyję realnie.

- Ale nie wsiąka pani w tutejszą atmosferę.

Spojrzała mu prosto w oczy.

- Czy to byłoby lepsze?

Horski uważnie przytrzymał ją wzrokiem.

- Dla innych tak, bo łatwiejsze. Ja osobiście wolę odrębność pani, to ciekawsze...i trudniejsze - dokończył cicho.

Andzia dostrzegła w jego źrenicach coś, co ją zakłopotało. Czuła, że on patrzy na jej rzęsy opadłe na policzki i ogarniał ją z wolna gorący rumieniec.

Szli w milczeniu po ulicy gładkiej, wśród mnóstwa drzew z obu stron rosnących. Gaj oliwny rozpościerał się dokoła; cięte szpalery, żywopłoty otaczały wille niknące w gąszczach drzew egzotycznych. Kwitły już pomarańcze, cytryny i różowe drzewa migdałów. Całe Cap Martin przedstawiało się jak jeden ogromny park. Zapach tu był wykwintnych roślin, a słońce zachodząc rzucało na zwartą zieleń jaskrawe plamy światła. Woń róż, caprifolium, geranium, słony smak od morza odurzał trochę. Andzia prawie biegła, bojąc się tych czarów działających na nią narkotycznie. Horski szedł zimny, z twarzą obojętną i wzrokiem już matowym. Gdy mijali willę cesarzowej Eugenii, Horski zawołał:

- Panno Anno, tu siedziba drugiej, ukoronowanej samotnicy. Ma już dziś około siedemdziesięciu lat i w samotności rozmyśla nad utraconą koroną Francji, mówiąc sobie na śniadanie - Vanitas vanitatum [30], na obiad - Tempi passati, a na kolację - Tout passe, tout casse, tout lasse[31]. To taka modlitwa zdetronizowanej monarchini. Pani nie obejrzy tego zakątka?

Andzia zatrzymała się.

- Jeśli można zwiedzać, uczynimy to innym razem, teraz spieszmy do Linci. Zresztą postać Eugenii nie nadaje się do uwielbienia, wybitna, lecz w ogóle niesympatyczna dla mnie.

- Och, pani jest wybredna,nawet pomiędzy monarchiniami. Eugenia naśladuje Elżbietę, kryjąc się w ciche ustronia.

- No, mając siedemdziesiąt lat?... Może odprawia w ten sposób rekolekcje?

- Pani jest surowa. A jednak to była szczególna niewiasta. Sądząc z dawnych portretów przypomina ją z urody pani Nordica.

- Lubi pan takie kobiety jak Lora? - spytała Anna mimo woli.

- Źle się pani wyraziła, takie kobiety lubi każdy mężczyzna, bo są... łatwe. Czy je ceni, to inna sprawa, o to pani chciała spytać? Co?

Tarłówna szła prędko naprzód, nic już nie mówiąc.

Przewodnik z latarnią w ręku postępował naprzód, oni szli za nim. Jaskrawe snopy światła padały na stalaktyty zawieszone ze sklepień grot w Sainte Romin. Wielkie i mniejsze sople koloru piaskowego w słoje ciemniejsze, lub tak jednolicie jasne jakby przezroczyste, polerowane niby z metalu, inne znów pełne guzów i zgarbień. Pochyłe ściany grot utkane tą rzeźbą, niekiedy płasko oblepione taflą gładkości marmurowej, wapiennej formacji.

Wklęsłych pieczar broniły potężne stalaktyty, utworzone w kształt kolumn i kolumienek smukłych, w wieżyczki, w długie, ostre iglice. Kolce cienkie spływały ze sklepień tak samo jak lodowe z dachów podczas mrozu, po odwilży. Wszędzie grupy tych sopli, kawowych, całe piramidy z nich. Pod niektórymi trzeba się było schylać, tak nisko sięgały, na inne patrząc trzeba wznosić głowę wysoko. Układały się z nich bramy tryumfalne, łuki, pagody indyjskie, wieżyce meczetów. Mistrzem była tu natura, bez dłuta, bez rysunku stworzyła cuda. Płynie woda, płynie, i kamieniem wapiennym obkłada ściany grot, skąd się sączy.Płyną strumienie wody o własnościach skalnych, a gdzie się kończy podłoże, spływają w kamienne łzy.

Wytryskują strumyki i kamienieją, obrastają szklistą powłoką i piętrzą się w słupy, rosną w muzealne ostrokąty najeżone zębatymi wieżycami. Słupy te stykają się prawie z soplami spłyniętymi z góry tak że czasem pomiędzy nich palec tylko wsunąć można, czasem większa odległość dzieli te kolumny, często zlewają się w jednolitą całość. Wówczas tworzą arkady, filary i nowe sklepienia. Mnóstwo stalaktytów coraz różnorodniejszych, niezrównanych malowniczości.

Andzia zachwycona odnajdywała cuda za cudami, wsuwała się do najciaśniejszych wklęśnień, wpełzała niemal do ciemnych pieczar. Parę razy próbowała złamać najcieńsze iglice stalaktytów, lecz nigdy dokazać tego nie mogła. Przewodnik pozwalał jej na próby z uśmiechem pobłażliwym, wiedział, że może być spokojny o ozdoby swych grot.

W ciemnym kącie jednej pieczary Tarłówna dostrzegła skamieniałego kozła, biały był jak wykuty z marmuru, dalej ujrzała psa doga, zachowanego w naturalnej postaci, w powłoce wapiennej.

Przewodnik pokazał im jeszcze niedźwiedzia ustawionego u stóp schodów, na których umieszczono różne przedmioty, przeznaczone na skamienienie.

Po schodach puszczony silny prąd tej wody niezwykłej, sprowadzonej sztucznie z całych grot, spełniał swe zadanie.

Andzia nie mogła się nacieszyć stalaktytami.

Panna Niemojska była przytłoczona.

- Gdyby tak silne trzęsienie ziemi w tej chwili, bylibyśmy pogrzebani żywcem. Po wyjściu z grot, weszli do małego sklepiku obok; sprzedawano tam gotowe skamieniałości. Panna Ewelina pochylona nad gablotką przeglądała różne przedmioty, targując się o cenę. Andzia kupiła parę naturalnych jednostek skamieniałych.

- Niech i pan coś kupi z tej oto półki.

- Ja nie mam gustu, proszę mi wybrać.

- No, choćby to, śliczny drobiazg.

Podała mu koszyczek, zawierający w sobie gronko winogronowe, banana i kilka śliwek.

- Prawda, jakie to ładne?... Proszę.

Horski zaprzeczył ruchem głowy.

- Ach nie, tego nie kupię, na taki wybór pani nie zgadzam się.

- Dlaczego?

- Zostały mi po ojcu pewne zabobony polskie, więc koszyka z rąk pani nie wezmę.

Andzia spąsowiała, jednocześnie groźnie zmarszczyła brwi.

- Jak pan chce - rzuciła ozięble i podeszła do panny Eweliny.

Wkrótce opuścili sklepik, postali trochę na zrębie skały, tworzącej rodzaj werandy pod daszkiem rozpiętych roślin, skąd roztaczał się pyszny widok na morze. Na falach widać było kilkanaście łodzi rybackich, z białymi jak mewy żaglami, płynęły ukośnie, często położone prawie na wodzie.

- Popłyniemy kiedyś łodzią. Dobrze?

- Ja za nic na świecie! - zawołała panna Ewelina.

- Czy dobrze, panno Anno? - spytał Horski powtórnie, z odcieniem niecierpliwości w głosie.

Andzi oczy błysnęły.

- Pozwolisz mi Linciu, prawda?... Cóż pan tak ochłódł jak stalaktyt, panie Horski?

- Czekam wyroku wyższej władzy pani.

- Ach, jakiż pan nieznośny!

Gdy schodzili ze stromej góry, Horski podał ramię pannie Ewelinie i prowadził ją ostrożnie.

Zyskał tym wdzięczność Andzi. Spojrzała na niego z wdzięcznością. W jego oczach odczuła przekorę...

Prowadzę ją nie dla niej, lecz dla ciebie, bo gdy się cerber zmęczy, nie będzie wycieczek.

Tramwaj dowiózł ich do kasyna.

Późno już było w nocy, gdy Tarłówna, rozbierając się w swym pokoju, ujrzała przed willą samochód.

Bardzo często Lora o tej porze wyjeżdżała gdzieś, sama, nie opowiadając nigdy o swych wyprawach nocnych. Andzia nie badała, lecz wycieczki takie niepokoiły ją zawsze, budząc podejrzenia.

- Czy pani von Bredov wyjeżdża? - rzuciła służącej obojętne pytanie.

Margerita zrobiła minę komiczną wytrawnej subretki.

- O nie, pani dziś nigdzie nie pojedzie.

- Więc dlaczego auto czeka?

- Bo to pan przyjechał.

- Kto taki?

- Pan von Bredov Nordica.

Andzia odetchnęła.

Nareszcie jest jakaś wyraźna sytuacja tego domu.



VII

Spotęgowany urok

Poranek był słoneczny i ciepły, pachnący wonią morza. Wiatr południowy dmuchał lekko na błękitne fale, pędził je ku brzegom, rozpryskiwał w białe pióra pian. Monotonny plusk, rzucanie zwałów przezroczysto-lazurowych wód na piasek, miało swą muzykę odrębną. Coś rześkiego wnikało razem z tym szumem do okna pokoju Tarłówny. Budził ją ze snu rozkosznym wołaniem potężny a słodki głos morza. Rozlewny jakiś był ten głos, sycił radością życia. Śpiewało morze pieśń wiekuistą poranka, a taki miało ton swobody i czarów pełen, że poiło pragnieniem życia, wzywało do życia.

Morze złotem się mieniło, syciło błękitem. Handzia odurzona fal rozgwarem podniosła powieki i żwawo wyskoczyła z łóżka. Podbiegła do okna. Szczęknęły żaluzje rozsunięte gwałtownie, kaskada świetlna buchnęła do pokoju. Andzia stała jak w glorii. Otworzyła okno szeroko, ramiona wyciągnęła do morza.

Z piersi jej wydobył się jakby krzyk młodości i ockniętego życia.

- Morze ukochane, jaką ty masz potęgę!

- Jaką władzę rozpościerasz nad duszami ludzkimi.

- Morze mocarne, ile w tobie piękna!

- Każda twa fala to cały urok, każdy twój głos to upojenie.

- Ach, jak ty działasz ożywczo!

- Morze cudne! Morze moje!

- Od ciebie, o morze, morze, płyną na mnie światła, ciepło, płynie blask...

- Tak mi koisz duszę...

- W twej roztoczy wonnej smutek mój zatapiasz... leczysz straszny ból.

- Morze ukochane, czyż ty mnie miłujesz, że mi dajesz swój przedziwny lek?

- Że tak złotem mnie opylasz?

- Że sypiesz iskier purpurowe kwiaty do... mej krwi...

Ostatnie słowa Andzia wyszeptała z rumieńcem wstydu na policzkach.

Wtuliła twarz różową w białe swe dłonie i oddech wstrzymała, jakby z obawy, by szmer jej słów nie usłyszało nawet morze, aby myśl taka już nie powracała.

Zaryczał w oddali statek nadpływający. Handzia porwała się, odrzuciła w tył głowę i prędkim ruchem warkocz rozplotła. Opadły jej na plecy czarne, miękkie włosy, wstrząsnęła głową, rozwinęły się puszystą, lśniącą falą na białym batyście koszuli nocnej, zakwitły pachnącą kiścią.

- Trzeba się ubierać.

Biegnąc do umywalni, ujrzała postać swą w wielkim zwierciadle.

Stanęła.

Przez chwilę z brwią zsuniętą patrzyła na swe odbicie w lustrze, jakby karcąc się za to, że nie odchodzi. Lecz stała.

I oto brwi się rozsunęły, uśmieszek kobiecej próżności przewiał po wargach pąsowych jak jagody, wesoły promień strzelił z aksamitnych źrenic.

- Ubiorę się jasno!

Z werwą młodzieńczą zaczęła się ubierać nucąc półgłosem. Nagle wzrok jej padł na konsolę kominka. Pęk czerwonych róż w słoju i fotografia Andrzeja. Stroiła go tu zawsze w ulubione jego róże.

Na wpół ubrana podeszła wolno, wzięła ramkę z konsoli i po raz nie wiadomo który, zatonęli w sobie oczyma.

Tylko oczy jego patrzyły jak spoza grobu, odtwórczo, z kartonu fotografii.

Jej źrenice żywym i twórczym świeciły płomieniem.

Jego oczy wypowiedziały już wszystko na ziemi, zgasły na wieki.

Jej wypłakały może już wszystkie łzy, ale żyły i nowe zapalały się w nich ognie.

- Jędrusiu!...

Usta jej musnęły szkło fotografii, spoczęły na jego oczach.

Andrzej patrzył na nią wzrokiem śmiałym, młodzieńczym, pełnym energii, dzielności zawadiackiej trochę, z lekkim omdleniem stepowej zadumy. Źrenice jego mówiły Handzi to wszystko, co z ust jego własnych słyszała.

Trzy lata ciężkie jak złomy skał granitowych przywaliły te dni błogie, przyćmiły dźwięk słów.

Zachowane wszystko w pamięci...

Ale po cóż ta dziwna mglistość odległości?

Jak to już dawno, dawno było.

Jak się te chmury wlokły długo, ponuro.

Jakie były brzemienne w niedolę.

Woła na ciebie morze: dziewczyno, ocknij się.

Snopy złociste ciska i wskrzesić chce.

Zbudź się, już dość tęsknot, dość goryczy.

Tarłówna patrzyła w jego oczy, pragnąc w nich wyczytać swój wyrok.

- Ni tęsknot dość, ni żalu, szumi dla ciebie Handziu morze błękitne, kusi do życia, a ja wśród naszych borów śpię - odpowiedziała duma stepowa w jego źrenicach zbłąkana.

- Jędrusiu!... - jęknęła żałośnie.

Nagłym ruchem postawiła fotografię na miejsce i jak automat zaczęła wkładać czarną suknię. Ale słońce zbyt mocno grzało, słodko pieniło się morze, za wiele woni rześkiej, za wiele zapachów cudnych płynęło przez okno.

Czarna, choć lekka sukienka, paliła ramiona. A białe były, okrągłe i smukłe, skórę miały jakby z kwiatu lilii utworzoną, różem delikatnym prześwitującą. Za ciężka dla niej ta czarna szata.

Zbyt smutna.

Anna wkładała ją trochę jak włosiennicę.

Tak trzeba... trzeba... coś rozkazuje. Weszła panna Ewelina.

- Nie śpisz, Handziuś? Jak dziś pięknie! Morze wprost kokietuje. Znowu te czarności? Czemuż nie kostium wczorajszy?

- Za jasny, Lińciu.

Stara nauczycielka ucałowała wychowankę serdecznie.

- Włóż Anuś białą suknię, włóż dziecko. To nawet zdrowiej. Gdzież ciągle czarne i czarne na taki upał. Już się i tak wszyscy dziwią...

- O, to mnie mało obchodzi! Nie chcę się tu dla nikogo stroić.

Panna Ewelina zmiarkowała, że ta droga chybiona, obrała inną, jeszcze mniej zręczną.

- Myślą niektórzy, że się chcesz w ten sposób wyróżniać, jakby pozować...

- Aj, Linciu, już nie brnij dalej, bo nie umiesz. Powiedz po prostu, że chcesz, abym się ubrała jasno.

- Dla mnie tego nie zrobisz.

- Tym bardziej dla kogoś.

Andzia przy oknie, patrząc na morze, zamyśliła się. A fale grały, grały, improwizując całą harmonią tonów.

- Rzeczywiście dziś jest za gorąco.

Prędko zrzuciła z siebie suknię i włożyła białą, podaną jej skwapliwie przez opiekunkę.

Śnieżna, miękka tkanina okryła ramiona i biodra Handzi delikatnymi liniami, odsłoniła się dyskretnie szyja z rąbkiem toczonego karczku i biustu, spoza białych haftów wyglądało ciało, nęcące powabem bladej róży w pierwszym, ale już świadomym rozkwicie.

Panna Niemojska zapięła jej na szyi perły darowane niegdyś przez Kościeszę, poprawiła bujnie upięte włosy na tyle głowy.

- Cóż mnie Lińcia tak dziś stroi?

- Ach, Aniu, tak podejrzliwie na mnie patrzysz?! Lubię cię w takim stroju i wiesz, jak cię kocham.

- Wiem Lińciuchna, wiem - przygarnęła się jak kotka do nauczycielki.

- Pójdziemy na śniadanie, Lora czeka na werandzie.

Andzia zastanowiła się chwilę.

- Podobno mąż Lory przyjechał?

- Tak, poznamy go.

Weszły na taras zalany słońcem, skąd widok był wspaniały. U podnóża willi huczało Monte Carlo, biegł tor kolejowy, na prawo dworzec kolei, wyżej kasyno, w oddali naprzeciw Monaco.

I morze pełne, szerokie, wielmożne, władczo panujące tej krainie.

Kolorem zbratane z przestworzem nieba.

Do Andzi i Eweliny podszedł prędko wykwintnie wyglądający mężczyzna, wzrostu średniego, nieco za tęgi. Brunet łysawy, z czarnymi wąsami i oczami jak dwie czarne śliwy, w otoczeniu białek prawie szarych. Lora posunęła się za nim.

- Przedstawiam wam mego męża.

Von Bredov Nordica ociężałym ruchem skłonił się paniom, a gdy podały mu rękę, pochylił głowę niżej. Przemówił po francusku:

- Niezmiernie rad jestem, że mamy z Lorą tak miłych gości, żałuję, że się spóźniłem z przyjazdem, że nie miałem szczęścia witać...

- No, no Berti, oto twoja filiżanka.

Rozmowa popłynęła gładko, wesoło, pod znakiem złotych strzał słonecznych, w promienistości morskich lśnień, w tej niezrównanej atmosferze zabawy, blasku i życia.

Robert Nordica przyglądał się Andzi z widocznym zachwytem, przesuwał wzrok po jej figurze, szyi, ramionach, zatrzymywał długo i uporczywie na ustach dziewczyny. Wcale niedwuznacznie badał jej urodę i coraz większe zainteresowanie biło mu z wypukłych źrenic. Anna z początku nie zauważyła tego, lecz spostrzegłszy, zmarszczyła groźnie brwi. Przez chwilę żałowała, że się ubrała jasno, ale myśl ta rychło pierzchła pod mocą głuszącej wszystko rozmarzonej pogody.

- Dziś pojedziemy do Nicei.

Projekt Lory przyjęto z zapałem.

- Nordica ofiarował się być kierowcą, żeby paniom było wygodniej w samochodzie.

- Niechże Bóg broni! - zawołała Lora. - Berti dobry za szofera, ale nie wtedy jak ma za sobą kobiety, bo wówczas może łatwo auto wykierować do morza... w przepaść. Całkiem ślepnie.

Andzia skrzywiła usta z niesmakiem. Żart dotyczył głównie jej. Nordica rzekł z ukłonem:

- To wina pań, jesteście za piękne. Kto zaś kult piękna posiada w tym stopniu co ja, nie może być obojętny. Ciekawy kraj... Wołyń, który wydaje takie gwiazdy...

- Berti, ja to już kiedyś słyszałam. Mówiłeś wtedy o złotych gwiazdach, ciekawam jakie teraz wymyślisz? Bo czarnych gwiazd nie ma.

- Loro, nie pozwalasz mi mówić.

Andzia rzekła nagle do kuzynki:

- Trzeba zawiadomić pana Horskiego, miał przyjechać o dwunastej, bo wybieraliśmy się łodzią na morze, jutro zaś do Nicei. Dziś więc pojedziemy razem.

Lora skrzywiła się.

- A, to taki nudziarz ten Oskar, najzabawniejszy, gdy gra w ruletę, czasem ma szczęście, wówczas opłaca się z nim flirtować, ale w zwykłych warunkach?... Suchy Anglik, nawet nie folblut, bo tylko po matce.

Nordica zaśmiał się zmysłowym skrzywieniem wydatnych, krwawych warg.

- Lora traktuje go po sportsmeńsku.

Anna milczała, mieszając zawzięcie w filiżance i nie podnosząc oczu.

- No, powiedz Andziu, czy nie mam racji co do Horskiego? Zupełna mumia.

- Ja mam inne zdanie o panu Horskim.

- Ja również - potwierdziła Ewelina.

- Że jest zabawny może?

- Na to jest za poważny, ale bardzo przyjemny w towarzystwie i... taktowny.

- Aha, tym cię wziął, Anuś?

- Nie rozumiesz mnie, Loro...

- Ależ doskonale! Lubisz Oskara za jego chłód, który obecnie dostraja się do twojej powagi. Ale przyznam ci się, że jego lodowatość nuży à la longue[32].

- Lubiłaś go jednak kiedyś, Loro - rzekł Nordica z odcieniem złośliwym w tonie.

- Nie mam powodu nie lubić, tylko nie jest to mój genre mężczyzny, nudzą mnie tacy jak on filozofowie zimnokrwiści.

- Mylisz się, Loro, Horski jest epikurejczykiem, lubi życie i użycie, zna się na kobietach. Tak jak amator dobre wino pije wolno, tak samo Horski potrafi wyzyskać cały czar smaku... kobiet.

Handzia zsunęła brwi z irytacją.

Rozmowa ta była dla niej niemiła, ogarnęło ją nieokreślone uczucie gniewu.

Tymczasem Lora odpowiadała mężowi:

- Może ty, Berti, znasz go lepiej, ja go znam jako nudziarza, rybę bez krwi. Przy tym jest brzydki.

Zaprotestowała najniespodziewaniej panna Ewelina:

- Na to się stanowczo niezgadzam, pan Horski jest typem Anglika, ale przystojnym typem, jest bardzo dystyngowany, elegancki i rasowy.

- Ho, ho, ho! - śmiała się Lora.

- A w żadnym razie nie ryba - dodał Nordica - raczej głowonóg, któremu się trudno oprzeć, gdy już zarzuci macki.

Andzia wstała, nie uważając na żadne względy. Miała już tego dosyć.

- Pani odchodzi? Radzi byśmy usłyszeć sąd pani o Horskim?

- O, to zbyteczne. Za mało go znam, aby go krytykować, lubię pana Horskiego, choćby dlatego, że jest mym rodakiem.

- Wszak tylko po ojcu, jak mówi Lora?

Tarłówna spojrzała na Nordicę z lekką ironią i zwróciła się do kuzynki:

- Zatem pozwolisz, że zawiadomię Horskiego o wycieczce do Nizzy?

- Ależ dobrze, Anuś. Poczekaj, idę z tobą.

Wyszły razem. Zaraz w następnym salonie Lora, idąca za Andzią, podbiegła do niej, objęła ją ramionami i złotą swą głowę przytuliła do profilu twarzy Andzi. Zaszeptała ze śmiechem:

- Nie wierz temu, co mówiłam o Oskarze, kłamałam jak najęta, ani słowa prawdy. Horski bardzo mi się podoba, wytworny, rasowy, kulturalny i bardzo przystojny, przy tym inteligentny i... zmysłowiec...

- Ach Loro! Znowu to?

- Ale w tonie klasycznym. To nie taka bezmyślna pała jak Berti, nie taka zmysłowa bestia!

- Ależ ty cenisz swego męża...

- No, moja droga, czyż to nie jest tylko samiec?!

- Lorko, zmiłuj się!

- Pardon, taki już mam język, innego nie wprawię, nazywam rzeczy po imieniu. Horskiemu nawet moja złośliwość niezaszkodzi, on jest wyższy nad fochy kobiece, z których sobie nic nie robi.

- Do czego stosujesz te słowa, Lorko?

- Oo! Zaraz do czego? Widzisz, mogłabym się gniewać na Oskara, mścić się na nim...

- Za co?

Przeniknął Andzię dziwnie przykry niepokój.

Lora pominęła pytanie, jakby nie słysząc.

- Ale ja także jestem wyższa nad takie niskie zemsty. Tylko przed Nordicą umyślnie dyskredytuję Oskara, dając nawet błahe argumenty, głębszych dla Berti nie potrzeba.

- Po cóż to robisz?

- Bo... bo on mnie posądzał, wyobraź sobie. W ogóle Berti jest zazdrosny, ale tylko o niektórych, bo zresztą... Ach! on taki... taki głupi... Daliśmy sobie obopólną wolność i swobodę, więc niby o nic nie pyta, ale czasem, w przystępie... szału dla mnie, robi mi sceny... Ja go także o nic nie wypytuję, wszystko mi jedno, wiem, że ma teraz nowy feblik, jakąś Greczynkę. A jednak do mnie wraca.

Andzia delikatnie wysunęła się z jej objęć. Lora spojrzała na twarz dziewczyny i zawołała nieco zgryźliwie:

- Brzydzisz się nas, Anuś! Ha, inne światy! Ty i ja nie zrozumiemy się nigdy. Po co ja ci to mówię właściwie? Ale wiesz, że cudownie teraz wyglądasz. Riwiera ci służy, nabrałaś cery i... jakby to powiedzieć... blasku. Jaś pisał do mnie, pytając o ciebie.

Andzia drgnęła wyraźnie.

- Co mu odpisałaś?

- Jeszcze nic. Jaś jest jakiś kwaśny, jak zwykle zresztą. Pisał i do ciebie w tych dniach... prawda? Był do ciebie list i od tego smyka, Janusza Kościeszy. Czy ty z nim korespondujesz?

- Owszem, czasem pisuję.

- Jan pragnie bardzo twego powrotu. Ale ja cię nie puszczę aż do maja, do czasu wyludnienia się Riwiery. Niech potęskni, albo niech tu przyjedzie.

Anna poczuła, że blednie, w obawie by Lora tego nie zauważyła, zagadała pospiesznie o czymś obojętnym i uniknęła badań kuzynki.

Horski, zawiadomiony o wycieczce, przybył natychmiast. Był wyjątkowo sztywny. Andzia wyczuła, że projekt wspólnej jazdy do Nicei zmroził go. Na chwilę przed wyjazdem zjawił się w willi hrabia włoski, w monoklu, z bezczelnym wyrazem twarzy.

Lora powitała go rozkosznie.

- Zaprosiłam hrabiego Humberta na szóstego do naszej kompanii. Pomieścimy się w aucie, gdyż Berti będzie nas wiózł, szofera wysłałam koleją do Nizzy na nasze spotkanie.

Na twarzy Andzi pojawiła się wyraźna przykrość, ze szczerym zmartwieniem spojrzała na Horskiego, szukając u niego obrony przed nienawistnym hrabią, który prześladował ją swą adoracją, ilekroć znalazł sposobność. Oskar zrozumiał obawę Andzi. Odezwał się do Nordicy obojętnie:

- Dlaczego właściwie pan ma prowadzić samochód?

- To proste. Jestem właścicielem auta, a dla gości zostaje tylko pięć miejsc.

- W takim razie pozwoli pan, że go zastąpię?

Nordica niezbyt lubił Horskiego i od razu przeczuł, że przy nim będzie się czuł skrępowany wobec Handzi. Ona zaś przypadła mu bardzo do gustu. Lepiej zdać się na tamtego i mieć większą swobodę.

- Staram się zawsze zadowolić swoich gości, jeśli więc zrobi to panu przyjemność... ustępuję. - Dziękuję - odrzekł Horski i matowy wzrok przesunął po oczach Andzi jakby mówiąc: teraz twoja wola. Ona w lot odgadła jego zamiar.

- Ja usiądę przy panu, lubię mieć przed sobą przestrzeń.

Horski skłonił się nisko, z żywym zadowoleniem na twarzy, którego już nie maskował.

Nordica, zaskoczony i zły, zaczął energicznie protestować, hrabia Humbert również, ale Tarłówna była niewzruszona. Lora wolałaby nie mieć męża obok siebie, i jeszcze próbować swego czaru i kokieterii na Horskim, lecz już nic nie mówiła, trochę się tylko nadąsała.

Wsiadając do samochodu, Andzia ujrzała naprzeciw na trotuarze mężczyznę w średnim wieku, z sumiastymi wąsami i chytrą twarzą, który przyglądał się jej i całemu towarzystwu z nieukrywaną uwagą. Widocznie śledził ją, gdyż głównie na nią patrzył. Tak może wygląda szpieg? - pomyślała Andzia.

Owiało ją chwilowe niemiłe uczucie.

W samochodzie Oskar ujął kierownicę pewną ręką. Spojrzał na Andzię bokiem, spod zmrużonych powiek i rzekł cicho:

- Będzie pani za chłodno w tym lekkim płaszczyku, pojadę bardzo szybko.

- To dobrze, ale znowu nic nie zobaczymy w takim pędzie.

- Niech pani dziś nie liczy na zwiedzanie. Uczynimy to innym razem, we troje, jak dotąd.

Zawołał do nich Nordica z przedniego siedzenia:

- Jesteśmy gotowi, panie Horski.

- Powierzamy się pańskiej opiece - dodała Lora - i obawiam się trochę o naszą całość. Może pan dostać zawrotu głowy... nad przepaściami. Ha, ha.

Horski nic nie odpowiedział, puścił w ruch maszynę. Pomknęli.

Andzia obejrzała się.Nieznajomy mężczyzna szedł za nimi i przeprowadzał ich wzrokiem aż do zakrętu. Nordica mówił do Lory:

- Czy w takich warunkach powierzyłabyś mi ster, Loro?

- Och, za nic! bałam się, że stracisz przytomność, mając piękne kobiety za sobą, a cóż dopiero... obok.

- Dziwi mnie twoje obecne zaufanie.

- Pan Horski jest przede wszystkim sportsmenem.

- Bien, bien, ale sporty bywają różne.

- Rozczarowanie może przyjść kosztem naszych kości - zaśmiał się Humbert.

Horski i Tarłówna milczeli; on prowadził auto wprawnie i zręcznie, doskonale obeznany z motorem, jakby z ujeżdżonym wierzchowcem. Patrzył przed siebie zimnym wzrokiem, lecz Andzia zauważyła, że jest wyjątkowo czujny i uważny. Doznała wielkiej rozkoszy w tej jeździe zawrotnie szybkiej. Tafla szklana na przodzie chroniła ją od wiatru, pęd trochę odurzał. Biały woal gazowy łopotał dokoła jej kapelusza, furkając na wietrze, jak skrzydła ptaka. Było jej dobrze, tak jakoś inaczej niż dotąd, bardzo dawno nie odczuwała podobnej swobody.

Minęli pędem plac kasyna, zjechali ponad morzem, z góry na bulwar Condamine, wpadli w ulicę Monaco, okrążyli skałę z pałacem książęcym i gnali drogą tramwajową, powyżej toru kolejowego do Cap d'Ail, dalej i dalej...

Andzia wydawała co chwila okrzyki podziwu, Horski wymieniał nazwy przebywanych miejscowości, uśmiechał się czasem, słysząc jej zachwyty.

Gdy wjechali na wielkie skały, pomiędzy Eze i Beaulieu, Andzia oniemiała z wrażenia. Pionowe wyżyny nad morzem jak piramidy opasywała, niby obręczą, szosa, strzeżona od przepaści morskiej niskim, grubym murem. Droga ta pięła się w górę, wiła, zataczała elipsy, łagodnie spadała na dół i znowu biegła wzwyż. Tramwaje żółte, widoczne z oddali, wyglądały niby duże żuki łażące na skałach, auta śmigały jak czerwone mrówki. Dołem, tuż nad brzegiem, huczały pociągi, wpadając w tunele pod tymi właśnie skałami, po których szła droga. Andzia ujrzała nad sobą olbrzymi złom skalny, zwieszony nad szosą, zdawało się, że bryła straci równowagę, że lada chwila runie, zagrzebując drogę i jadących po niej ludzi. Tarłówna podniosła głowę, lecz nie dojrzała wierzchołka skały, byli jakby pod jej sklepieniem. Spojrzała na lewo, tu znów poza murkiem, wyglądającym niby opasane tasiemką wobec gmachu skały, od razu morze sinobłękitne, pianą na kamienie plujące. Skała i morze, naprzeciw znowu taka sama skalna wyżyna i żwawo pełzające żuki_tramwaje. Na dole pod skałą naprzeciw widać czarną czeluść tunelu.

- Ach, panie, tu jest bajecznie! Tu chyba jeszcze wyżej jedziemy niż w Cap Martin, tramwajem z Mentony. Zresztą morze potęguje wyżynę. Muszę tu być jeszcze piechotą. Cóż za piękna dolina! Okrążamy ją, prawda?

- Tak, aby znowu wjechać na tamtą skałę. A tu w dolinie mała wioseczka, kilka chatek, jak klatki. Cała wioska jakby w klatce, wśród skał tylko i morza.

- Jakże tu ładnie!

- Przyjedziemy tu powozem, zrobimy kiedyś spacer po drodze wyższej, zwanej Route de la Corniche. Dziś tylko przelatujemy. Chcę pani pokazać najpiękniejsze widoki w innych warunkach.

Rzuciła mu wdzięczne spojrzenie, podziękowała uśmiechem.

- Nadużywam pańskiej grzeczności, wszak pan już to wszystko zna?

- Gdy zwiedzam z panią, zdaje mi się, że widzę to pierwszy raz, udziela mi się zapał pani. Pani jest niezmiernie wrażliwa i entuzjastyczna.

- Panie Horski, czy mamy się już szykować na śmierć? - spytał nagle Nordica odwrócony od nich.

- A czy to ja mam być pańskim aniołem, zwiastunem śmierci?

- Właśnie obawiamy się, że pan jest naszym Charonem, może Styksem, zaś auto łodzią, na której zawiezie nas pan do wieczności! - wołała Lora.

- Skądże podobne przypuszczenie?

- No, bo rozmawiacie państwo z sobą tak żywo, że nas ogarnia strach. Pokonujemy miejsca niebezpieczne.

- Niech pani będzie spokojna - nie grozi żadne niebezpieczeństwo.

- Czy i panu także?

Dwuznaczne pytanie Nordicy Horski zbył milczeniem. Andzia nie odzywała się więcej jakby spłoszona. Lecz Oskar w dalszym ciągu objaśniał jej, wskazując widoki tak malownicze, jakby natchnieniem anielskim rysowane. Minęli Beaulieu, istny raik ziemski. Rzucały się tu w oczy różne zakątki cieniste, tarasy nad falą, oplecione pnącymi różami, caprifolium i powojem barwnym. Wille wśród kwitnących migdałów, pomarańcz i ciemnych cyprysów. Wszędzie przepych natury, jakby uśmiech jej słodki czy pieśń. Jeden zachwyt. Wybrzeża malowane urodą i poezją. Wszystko walczy tu ze sobą o piękno, trwa wieczna rywalizacja o własny czar. I niebo lazuru pełne, i kryształu, a tak czyste, że nawet obłoczek nie śmie się splamić. I morze, jakby rozpuszczone turkusy z szafirami pod złotą siatką, gwiazdami tkaną, a niezgłębione, a potężne, uśmiechem nęcące, a jednak groźne. Potęga uroku i siły. I zieleń barwna, tonowana, i biel przeczysta misternych willi, rdzawo-różowe skały i mnóstwo niezliczone cudów. W Villefranche, w porcie, stała eskadra francuska. Imponujące pancerniki, żelazem okute, z wylotami armat w strzelnicach, najeżone kominami, ziejącymi dymem czarnym.

- To wielkie urozmaicenie widoku - rzekł Horski, pokazując Andzi przystań i statki. - W ogóle Riwiera na pierwszy rzut oka jest monotonna w krajobrazie. Zauważyła to pani?

- Miewa podobne widoki, ale jednak coraz to inne. Trzeba się w tym kraju rozsmakować, wówczas doznaje się dopiero niezwykłych wrażeń.

- Tak, to słuszna uwaga. Trzeba tę krainę przeniknąć, na razie sprawia zamęt i chaos w umyśle, że się tak wyrażę, nawet w oczach. Ja, gdy tu przyjechałem po raz pierwszy, było to już dawno, doznałem wrażeń innych niż dziś.

- Lepszych?

- Przeciwnie, gorszych. U góry ultramaryna i na dole ultramaryna - to niebo i morze, po bokach zielenina, jak nasiane pietruszką, a w tym tkwią gęsto i pojedynczo muchomory białe i czerwone - to domy.

Andzia wzruszyła ramionami.

- Także określenie Riwiery, barbarzyńskie jakieś.

- No, widzi pani. Ale się potem rozsmakowałem. Zawsze jednak twierdzę, że dominują tu trzy kolory zasadnicze, błękitny, zielony i biały. A pani, gdzie najpierw doznała najsilniejszego wrażenia z Riwiery?

- Ja... na cyplu skały w parku Monaco, gdy zaszłam tam pierwszy raz. Horski zerknął na nią ukośnie.

- I tam marzyła pani o stepach swego kraju?... Riwiera nie porwała pani wyłącznie w swój krąg zaczarowany. Ale od naszego spotkania nie byliśmy jeszcze na tym cyplu, pamiątkowym dla mnie. Pójdziemy tam kiedyś, panno Anno. Czy dobrze? - spytał miękko, pochylając ku niej głowę.

Popatrzyła mu śmiało prosto w oczy.

- Lubię przebywać tam tylko samotnie.

Horski ostygł.

- Ja pani marzyć nie przeszkodzę, ale chcę sprowadzić panią do teraźniejszości.

- Bardzo trudne zadanie i niewykonalne.

Oskar milczał. Andzia spod powiek rzuciła na niego wzrok niespokojny. Twarz jego była chłodna, oczy skierowane na drogę przed sobą.

Niepokój Andzi pierzchnął.

- Czyż już tak ciągle myśli pani przebywać wśród tych... swoich stepów, jak w celi klasztornej?

- Wrócę do nich, tam mój byt.

- Hm!... Owe obowiązkowe "muszę", kajdanki żelazne tak panią ciągną?

- Panie Horski, to niedelikatnie...

- Dojeżdżamy do Nizzy - zawołał głośno, nie odpowiadając jej.

- Należy się panu palma zwycięstwa za wyborną jazdę - wołała Lora. - A teraz prosimy podjechać do Palais de la Jetée, zjemy tam śniadanie, jestem głodna.

Nordica głosował za zatrzymaniem się na placu Masséna, przed Casino Municipal. Lora nie ustąpiła. Jechali przez wąskie ulice przedmieścia, przez małe place, rodzaj rynków, gdzie sprzedawano warzywa i różne przedmioty porozkładane na świeżym powietrzu.

Niektóre zaułki były brudne i cuchnące, mury obdrapane, tanie i tandetne towary w oknach. Dopiero na placu Masséna rozjaśniło się wielką, zachodnią kulturą. Horski okrążył cały plac i skierował samochód na pierwszorzędne ulice. Pędzili teraz przez najzamożniejszą dzielnicę miasta. Szeroko, przestrzennie. Samochód toczył się gładko jak po lodzie, z obu stron pałace, hotele, wille strojne, bogate, w zieleni drzew, werandy, balkony oplecione kwieciem, tarasy z wykwintną publiką przy stolikach, pod cieniem olbrzymich, kolorowych parasoli. Sklepy zachęcające przepychem wystaw, eleganckie dorożki-landa i karetki, auta, rowery, prywatne powozy, wszystko jakby nowe, blaskiem słońca i sezonu w pełni ozłocone. Mnóstwo jasnych strojów kobiecych i męskich, zapach kwiatów, woń rozkoszy i swobodnego używania świata tak samo zda się rozlana tu dokoła jak i zapach roślin. Wiaterek pociąga od morza coraz bliższy i kusi, i woła.

Tarłówna oddała się cała wrażeniu. Odchyliła w tył głowę i przymknęła oczy. Rąbki woalu muskały jej twarz niby motyle w locie, parę promyków czarnych wywianych spod kapelusza igrało na wietrze.

Jaka rozkosz tak pędzić...

Ach, jeszcze, jeszcze, dalej...

W duszy jej grała muzyka ockniętego życia.

Nagle uprzytomniła sobie, że nie jest sama. Drgnęła. On patrzy na nią... na pewno, poczuła dotyk jego wzroku. Prędko spojrzała na niego. Oblała ją krew gorąca.

Spod rzęs prawie zsuniętych, szarozielone oczy Horskiego przenikały ją na wskroś. Andzia nie spuściła powiek, tylko łuna jej twarzy z różowej karminową się stała. I tak przez parę sekund czarne głębie oczu Andzi i jego lwie, ukośnie patrzące źrenice, badały się wzajemnie. Nagle gumowa trąbka samochodu, naciśnięta jego ręką, zaryczała przeraźliwie. Andzia aż podskoczyła na siedzeniu.

- Ojej, cóż to za wstrętny głos! Po co pan tak hałasuje?

- Przestraszyłem panią? owszem, mogę rozjechać kogoś, jeśli to pani sprawi przyjemność, ale z powodu własnej nieuwagi nie chcę karambolu.

- Więc niech pan uważa.

- Zasłaniają mi czasem wzrok... różowe łuny.

Powiedział to takim tonem i z takim wyrazem twarzy, jakby istotnie mówił o jakiejś realnej przeszkodzie.

Anna chciała pokryć zmieszanie.

- Niech pan zrobi jakąś... katastrofę.

- Chce pani tego?

- Chcę.

- Zgoda. Wysadzamy wszystkich przed Palais de la Jetée i jedziemy sami... do Antibes.

Tarłówna spoważniała w jednej chwili. Rumieniec znikł, pojawiła się na czole pionowa zmarszczka, skupiająca ku sobie nieco skośne brwi.

Z ulicy szerokiej wpadli na Promenade des Anglais. Rozwarła się perspektywa morska, jakby odłam niebios spadły na ziemię. Horski zrobił elegancki, zamaszysty zawrót samochodem i stanął tuż przy trotuarze, naprzeciw wielkiego pawilonu z kopułą, na wbitych w morze słupach, do którego wiódł pomost.

- Jesteśmy na miejscu - zawołano.

Zbliżył się szofer, oczekujący na auto i odebrał go z rąk Horskiego.

Oskar pomógł Andzi wysiąść.

- Gniewa się pani?

- Żałuję, że z panem jechałam...

- Och, no, niech pani nie żałuje, tam z nimi byłoby gorzej...

Potwierdzenie jego słów Andzia miała natychmiast. Podeszła do niej panna Niemojska, blada, z twarzą lśniącą od potu, jakby zmęczona.

- Co to Linci?

Usunęły się trochę na bok.

- Ach, moje dziecko, jakie to szczęście, żeś ty z nimi nie jechała... To straszni ludzie!... Ten Nordica, Ten Humbert... albo Lora? Okropność - okropność!

- Cóż takiego?

- Uszy mi więdły, powiadam ci, od tych rozmów, dwuznaczników, anegdot, wyrażeń. Tacy bezczelni! Widząc, że się mienię na twarzy, tym bardziej używali różnych pomysłów. I Lora... niedobra jednak. Jaki to inny człowiek Horski, znać, że Polak. Oho, już biegnie ten comte[33]...

Humbert podszedł istotnie. Wołał z umizgiem:

- Spod skrzydeł pana Horskiego pod skrzydła opiekunki? O nie, protestujemy! I nam się coś należy. Panie pozwolą na śniadanie wewnątrz pawilonu. Trafiliśmy wybornie, jest jakaś uroczystość i koncert na estradzie w sali. Nordica i pan Horski zamawiają stoliki.

Bawiono się wesoło. Andzia z początku była trochę smutna, lecz prędko ogólny nastrój podziałał na nią.

Wykwintna sala, której część oszklonych ścian wychodziła wprost na morze, przepych, dużo kwiatów, świetna muzyka; wreszcie szampan pryskający w górę zamrożonymi igiełkami, wszystko razem wytworzyło w umyśle Tarłówny pewien zamęt, wykwitał on w formie ślicznej wesołości.

Nie wiedziała o tym, że jej humor wpływał na mężczyzn obecnych o wiele silniej niż szampan, który był ich powszednim napojem. Panna Ewelina rozruszała się, zapominając o swych troskach. Zresztą teraz nie można było się skarżyć... Płaskie dowcipy z auta zostały w nim, rozmowa burzyła się humorem, lecz w stylu poprawnym, panowie dowcipkowali w dobrym tonie, nawet Lora zachowywała się jak księżna. Przybył jeszcze jeden towarzysz, w osobie Duca d'Escars, znajomego Nordiców. Andzia bezwiednie czarowała mężczyzn. Rówieśnica Lory, wyglądała jednak na młodszą. Była w Andzi świeżość młodzieńcza, którą słońce Riwiery jakby na nowo powołało do życia. Lekkie cienie pod oczami, z myślą zawartą w głębokich źrenicach, nieuchwytny grymas ust różowych, za mgłą melancholii i jakby smutku, chwilowo przyćmionego, nadawał jej zagadkowe tło. Odczuwało się, że nad tą dziewczyną_kobietą przewiała już jakaś burza życiowa, jakiś wicher upalny i że w tej dusznej atmosferze przeżyć spaliły się pierwsze lotki dziewczęcych uniesień, że ten kwiat, zanim rozwinął się z pąka, już zasypany został tumanem gorącym; zbladły płatki kwiatu, skurczyły się, zamknęły w sobie nadwiędłe. Ale oto własne siły twórcze pobudzają znów do życia, na wpół rozwita róża ożyła pod rosą nowych wrażeń, nowych promieni słonecznych. Roztacza się przed nią perspektywa kryształowa, burze ucichły, są już poza nią... Może nawet róża uległa całkowitemu przekształceniu?... Może jej kielich pełny, gorący od krwi purpurowej, w metamorfozie zupełnej stał się różowym anemonem?

Tak myślał Horski patrząc na Annę. Może i inni doznawali tych samych wrażeń.

Andzia interesowała wyjątkowo. Duc d'Escars obserwował ją bacznie.

- To... to jest nadzwyczajne, zupełnie superbe[34] - mruczał do siebie, wskazując pod własnym nosem dwoma wyprostowanymi palcami rysunek brwi Andzi.

Horski, siedzący przy nim, zobaczył, usłyszał i zrozumiał.

- Styl grecki, prawda?... Ozdobny a poważny, kolumnowy.

- Grecki, powiada pan? Niezupełnie, chyba jakiś renesans grecki, coś oryginalnego, bardzo niezwykły. A linia ramion, osada szyi, proporcja szyi do owalu twarzy! A płynność bioder, ruchy...

- Panie, za głośno... rozpatruje pan jak rzeźbę.

- O, bo to coś zupełnie nowego. Jakaś ukryta, zazdrosna perła.

- Skąd taki komplement?

- Jest prześliczna, a parę razy ją tylko widziałem. Nie udziela się w towarzystwie.

Horski pomyślał z odcieniem dumy, że jednak on widuje ją bardzo często.

Po śniadaniu powstały różne projekty. Oskar głosował za spacerem na łodziach, Lora miała jakieś sprawunki, Andzia zapragnęła zwiedzić starą Nizzę, górę zamkową. Panowie zgodzili się z nią natychmiast. Do stóp góry podjechano powozami, potem wszyscy szli piechotą, tylko d'Escars z panną Eweliną nie wysiedli z dorożki. Francuz rozpytywał o Tarłównę, mówiąc o niej z uznaniem. Panna Niemojska ujęta tym rozgadała się szeroko. Andzia była jej dumą i jedyną miłością. Hrabia Humbert z Anną szli naprzód, Horski trochę z tyłu. Podszedł do niego von Bredov Nordica.

- Można panu powinszować gustu - rzekł z drapieżnym skrzywieniem tłustych warg.

- Hm, pod jakim względem?

- No, asystuje pan pannie Tarło, to dosyć. Wyjątkowa uroda, nie tyle piękna klasycznie, ile oryginalna. Były tam jakieś dramaty podobno, ale to nic. Zagasłe iskry rozdmuchać... większa przyjemność. A tam iskry są, o są, ja się na tym znam. Temperamencik wcale pokaźny, tylko ta jakaś mimozowatość niepotrzebna, ale to się zetrze. Winszuję panu połowu.

Horski był jak jedna bryła lodu.

- Myli się pan cokolwiek, panie Nordica. Jestem znajomym panny Tarło, rodakiem jej i niec ponad to, pomagam tym paniom zwiedzać Riwierę, której są ciekawe.

- O la la! Tylko tyle?... Ona zasługuje na większą uwagę, przy całej swej urodzie ma jeszcze jedną, dużą zaletę.

- Mianowicie?

- Jest bardzo bogata.

- Taak? Nie wiedziałem o tym.

- Wiem od Lory. Należą do niej ogromne dobra, gdzieś tam u nich na Wołyniu. Zarządza majątkami jej ojczym i podobno wyzyskuje. Ona od niego uciekła, były tam awantury jakieś, on sam chciał się z nią żenić, nie pozwolił jej wyjść za mąż za kogoś w okolicy, który już nie żyje...

- Hm, panna Tarło ma być pańską szwagierką, jest narzeczoną pana Smoczyńskiego, brata pani Lory.

Nordica mlasnął wargami, jak smakosz po przełknięciu ostrygi.

- Mądry chłopak ten Jan, nie znam go, ale zdaje się, że on jej niewart; ma tu przyjechać, Lora go zaprasza.

- Wówczas się pan przekona, czy są siebie warci.

Robert spojrzał na Horskiego, a widząc jego twarz kamienną prawie, zdziwił się.

- Cóż to, nie podoba się panu panna Tarło?

- Nie było chyba o tym mowy?

- Czyż pan jest naprawdę taki zimnokrwisty Anglik, jak twierdzi Lora?

- Pani Lora tak mnie określa? To ciekawe. - Brwi Horskiego posunęły się wysoko w górę, usta musnął uśmiech na pół ironiczny. Cała twarz zadrgała rozbawionym wyrazem.

Nordica nie dostrzegł nic, mówił dalej:

- Panna Tarło jest luksusową kobietą, zabiera się do niej bardzo hrabia Humbert.

Horski wzdrygnął się.

- Jak pan powiedział?

- O la la! No, zajęty nią jest, bogata, więc może się nawet o nią starać.

- Jak to, o narzeczoną będzie się starał?

- A cóż to szkodzi? Nie poznaję pana, panie Horski. Ja osobiście wolałbym, żeby wyszła za Smoczyńskiego, lepiej jak jej posag zostanie w naszej rodzinie. I jeszcze... taka kobieta pyszna przy mazgaju, jakim zdaje się jest Jan, nasuwa nadzieje bardzo korzystne. - Zaśmiał się rubasznie. Poufałym ruchem położył dłoń na ręce Oskara.

- Pan to rozumie, ha, ha, ha!...

- Rozumiem panie, rozumiem. Teraz ja winszuję zakusów.

Ktoś odwołał Nordicę. Horski szedł sam. Myślał:

"Osioł ten Bredov. Lora nazywa mnie zimnokrwistym... Hm... sprytna! Odgadła, że już do niej nie wrócę. Kobieta tego pokroju co ona, gdy czuje, że już dla kogoś... straciła smak, zaczyna wynajdywać przyczyny nie w sobie, ale w nim. Ciekawe...

Śliczna Annie, bardzo bogata... Nie przeczuwałem nawet. Lora nic o tym nie mówiła. Chce ją zachować dla braciszka. Sądziłem, że niezamożna, ojczym jakiś barbarus, nie miała się gdzie skryć, tu uciekła, do tej kuzynki, u niej mieszka.

Bogata... Och, to ogromny plus, a tak się skromnie ubiera...

Poznali się na niej wszyscy. A na Riwierze ja pierwszy, od razu w Vintimilli...

Czyli to moja zdobycz. A gdyby?...

Och, och, najpierw od tamtych trzeba ocalić... Chcieliby ją pożreć na surowo.

Śliczna Annie... Handzia, jak ją nazywają... Han...dzia..."

Horski przyspieszył kroku, zrównał się z towarzystwem.

Wkrótce weszli na szczyt góry zamkowej, na placyk obmurowany z widokiem na morze, Promenade des Anglais, Palais de la Jetée i prawie całą Niceę. Przy wejściu na plac znowu budki przekupniów, karty, albumy i potworne wyroby z tykw, drążonych i malowanych. Horski uderzył laską po tych niewybrednych petits cadeaux[35], rozwieszonych ostentacyjnie na kolorowych tasiemkach.

- Wszędzie pełno tego śmiecia, do morza z tym!

Oburzony przekupień skwapliwie oglądał swe towary, czy nie ma szkody, chcąc wyzyskać sytuację.

Oskar stanął przy Andzi obok muru okalającego plac.

- Niech się pani pochyli, widzi pani?... Woda spływa ze skały, na której stoimy, ot całe strumienie, miniaturowe wodospady Niagary.

Tarłówna patrzała ciekawie na kaskady wód wytryskujących ze złomów kamieni; odpryski mokre szły w górę, zraszając twarz Andzi. Poddała się tej ochłodzie z rozkoszą. Wody burzyły się pod nimi, spadając w dół i łącząc się z nowymi kaskadami z niższych pięter skalnych.

- To wygląda tak, jakby na wskroś tej góry przepływała rzeka. Tam na dole pewnie jest ślicznie. Pójdziemy tam.

- Dlaczego pani zbladła?

- Ja?

- Wygląda pani znowu jakby zgaszona. Jaki powód?

Podniosła na niego smutne oczy.

- Ach panie, już dosyć... takiej zabawy. Ten Nordica, ten hrabia... doprawdy dosyć. Jestem zmęczona.

- Wierzę, ale to jeszcze daleko do końca.

- Więc cóż będzie? - spytała go z taką rozpaczą w oczach, dziecinną niemal, że Horski zdziwił się.

Tymczasem Humbert już podchodził.

Andzia rzekła prędko do Horskiego:

- Proszę, niech mnie pan samą nie zostawia z nim.

- Dobrze. Mogę go nawet zlinczować.

Włoch zbliżył się z nową serią komplementów i umizgów, które jednak przy Horskim nieco miarkował.

Oskar patrzył dyskretnie na Annę.

- Zawsze była godna zabiegów, teraz tym bardziej... Warta zdobycia. Okucie złotem podnosi cenę nawet artystycznej wazy z kryształu. Ona - to puchar sam przez się cenny, jeśli złota podstawa nie jest mitem, per Bacco!... Puchar będzie mój.



VIII

Głos zza sceny

Minęło parę tygodni w nieustannym wirze.

Nordica wymyślał coraz to nowe zabawy i przyjemności. Hrabia włoski i Robert organizowali je umiejętnie, prześcigając się w pomysłach. Jeżdżono na dalekie spacery autem, pływano po morzu na jachtach i łodziach. Wspaniałe obiady u Noela i Pattarda, lub w hotelu "Paryskim", podwieczorki w Café de Paris, opera w kasynie były na porządku dziennym.

Przypatrywali się obchodom karnawałowym w Nicei, ale Tarłównę nie zachwyciło to zbytnio. Podobało się jej bardzo corso kwiatowe w Monte Carlo, lecz pomimo nalegań Nordiców nie chciała jechać w ukwieconym orszaku. Z Eweliną i Horskim, który im towarzyszył, przyglądali się strojnym powozom i różnym kombinacjom wehikułów. Lora jechała w aucie przystrojonym różami, w kostiumie Greczynki, w otoczeniu całego pułku wielbicieli.

Zabawom nie było końca. Wycieczki tylko z Horskim i "cerberem", Eweliną, ustały z konieczności, Nordica i Humbert otaczali Andzię własną asystą. Horski nie ustępował z placu, ale trzymał się na boku, zimny niby głaz. Nordica uwierzył w jego zimnokrwistość.

Anna, początkowo zalękniona towarzystwem tych panów, oswoiła się wkrótce, nie ufała im ani trochę, ale przestała się ich bać, mając niejako opiekuna w Horskim.

Wyróżniała go zawsze od innych mężczyzn, była z nim swobodna, szczera. Jeśli w chwilach wyjątkowego rozbawienia stawała się zalotna, to tylko wobec Horskiego.

Ale jego chłód wyjątkowy drażnił ją często, czasem nawet doznawała wrażenia, iż jest znudzony jej towarzystwem i sprawiało jej to przykrość.

Spostrzegła parę razy, jak flirtował z Lorą. W kasynie grywał w ruletę z panią Nordicą, podczas obiadów i śniadań siedział przy niej. Parę wycieczek mniejszych odbyło się bez niego, gdyż nie przyszedł. Postępowanie jego zmroziło doń Andzię, nie umiała sobie wytłumaczyć, czym go zniechęciła, ale trochę ją to dotknęło.

Duc d'Escars należał również do kompanii Nordiców, zanudzał Andzię wywodami o wynalezionym systemie gry w ruletę, który zdobył własną praktyką. Prócz tego przy każdej okazji mówił jej dużo i obszernie o malarstwie, stylach i nowych prądach w sztuce. Dwie sprzeczności: ruleta i sztuki piękne były jego manią. Andzia wolała rozmowę z tym starcem niż z Humbertem lub Nordicą, lecz brakowało jej Horskiego. Tamten milczał.

Kilka razy wciągnięta przez starego duka próbowała grać w ruletę, stawiając na numerach, które on jej wskazał, najczęściej przegrywała. W trente et quarante miała więcej szczęścia, chwilowo zapaliła się do tej gry. D'Escars stojąc obok niej, gdyż Andzia nigdy nie siadała przy stole gry, pomimo uprzejmych zapraszań krupierów, wykłuwał starannie szpilką kartę naznaczoną czerwonymi i czarnymi punktami i spod binokli obserwował przebieg gry, albo z ironicznie komiczną miną i zadartym nosem patrzył, milcząc, na Annę, gdy nie postawiła w porę swej stawki, lub gdy przegrała. Któregoś wieczoru Andzia grała przy stole trenta; d'Escars ze swą nieodzowną kartką stał za nią, Humbert i Nordica również. Doradzali jej. Przegrywała ciągle, gorączkując się. Humbert szeptał jej do ucha, nie słuchała go, gra ją pochłonęła, była cała w ogniach. Przy stole zwracano na nią uwagę. Nareszcie zmieniła się dla niej karta, zaczęła szalenie wygrywać. Krupierzy z uśmiechem przysuwali do niej coraz większe kupki ludwików. Andzia ryzykowała duże stawki, zaczęły już padać papiery z jej drobnej ręki, obciągniętej długą, czarną rękawiczką. Wysuwała się ta rączka spoza pleców siedzących, rzucając lub zgarniając złoto. Krupierzy pożerali ją wzrokiem, jeden z nich stasowawszy karty na nowo, podał jej do przełożenia. Zawahała się, lecz zachęcona przez swych towarzyszy, przełożyła talię. Przy stole zaczęto przegrywać niezwykle, Andzia wygrywała, stawiając za każdym razem na inny kolor, ciągle szło intermittens[36].

Przy stole powstał niechętny szmer.

Ani jednej najkrótszej serii, kolory skakały po prostu. Piękna nieznajoma nie natchnęła kart szczęściem.

Pomimo nalegań swych towarzyszy, szczególnie Nordicy, Tarłówna przestała grać, płonęła, widząc kolące spojrzenia skierowane na siebie, głównie starych kobiet, graczek. Wiedźmy te, w kapeluszach na bakier, spocone, czerwone, dyszały złością jak machiny, ciskając na Andzię wściekłe błyski.

Jakiś bankier sapał z gniewu, patrząc jak kupa złota przy nim zmniejszała się przerażająco.

Tarłówna wycofując się z wolna, z koła grających, spostrzegła opodal Horskiego, stał i patrzył na nią. Tak jak w Vintimilli, sztywny, z ironią na ustach, trzymał wzrok uparcie utkwiony w niej. Zawstydziła się, odruchowo chciała podejść do niego, ale zastąpił jej drogę Humbert.

Oskar znikł w tłumie.

Andzia straciła humor na cały wieczór.

W parę godzin potem udało się jej wymknąć z sal niepostrzeżenie. Przeszła przez atrium szybko w obawie, by któryś z prześladowców nie dopędził jej. Potrzebowała samotności i ciszy.

Wbiegła po schodach do biblioteki.

W pierwszej sali przy stolikach środkowych było zaledwo parę osób, w drugiej, przy stołach zarzuconych dziennikami kilku mężczyzn i Horski.

Podniósł głowę znad gazety, zauważył ją w chwili, gdy i ona go zobaczyła.

Ani drgnął, znowu zaczął czytać.

Andzia usiadła w kątku na kanapce, odgrodzona od drugiej sali połową ściany. Machinalnie wzięła do ręki jakieś pismo.

...I tu nie ma spokoju, tak już go zapragnęła. Ciszy, zupełnej ciszy.

Po kilku minutach Horski wszedł, od razu usiadł przy niej.

Patrzył na nią, jak jej się zdawało, sarkastycznie.

- Cóż, dużo pani wygrała?

- Eh! Niech pan nie wspomina.

- Przegrała pani zatem?... Co?

- Właśnie, że nie. Ograbiłam bezczelnie cały stół. Przełożyłam karty i wszystkim przyniosłam nieszczęście, poza sobą. To fatalizm!

- I gotowa pani płakać z tego powodu, że zostawiła tam tylu nędzarzy.

- Niechże pan nie żartuje. Mnie jest ogromnie przykro.

- I mnie było przykro, patrząc na panią.

Andzia zmieszała się.

- Dlaczego?

- Hm... tak, zepsuło mi to obraz pani.

- Już drugi raz słyszę to od pana. Ale przede wszystkim nie zależy mi na tym, aby się panu podobać, a po drugie... cóż ja takiego robiłam?

- Och... nic nadzwyczajnego, nikt za to nie potępia, przeciwnie, tu się nawet zyskuje w ten sposób, dowodem pani wygrana. Dlaczego jednak uciekła pani stamtąd... aż tu?

- Mówiłam już panu.

- Aha, ograbiła pani grających i kasę... i... zrobiło się przykro? Niech pani się nie lęka, Blanc nie zbankrutuje, a krupierzy wcale nie są zmartwieni, owszem, cieszą się.

- Panie Horski, do czego pan zmierza?

- Chciałem powiedzieć, że tylko gracze... te stare jędze są poszkodowane, ale to zwykły los grających, to nie pani wina.

Patrzyła na niego badawczo. Jego twarz nic nie wyrażała, palcami obracał i przewracał dziennik, oczy mając skierowane w głąb sali.

- Pan nie mówi wszystkiego... ja chcę wiedzieć, o co panu chodzi?

- Nic pani wszakże na tym nie zależy, ani... mnie ostatecznie.

- Więc pan nie powie?

Zwrócił na nią zimne oczy.

- Co mianowicie?

Andzia drżała, rozdrażniona niesłychanie.

- No, to... to... co pan zaczął. Dlaczego było panu przykro patrząc na mnie?...

- Powtarzam, zepsuło mi to panią...

- Ach, jakiż pan nieznośny! Więc dlaczego zepsuło? - wybuchła.

- Hm... ci państwo, tam na środku, myślą, że się kłócimy.

- Pójdę sobie, tak najlepiej.

Wstała, on ją zatrzymał, ująwszy delikatnie za rękę.

- Niech pani siada i posłucha. Skoro pani... zależy na moim zdaniu, zatem powiem.

Puścił jej rękę, oparł się łokciem o stolik z dziennikami i pochylony ku niej lekko, mówił głosem przyciszonym, patrząc na nią łagodnie:

- Pani nie zna kasyna, ludzi tutejszych... różnych spekulacji. Tymczasem wszystko to istnieje i dla pani wyłącznie ani myśli się przeistaczać. Siła leży po ich stronie, oni tu nadają prawa i ton, nie pani. Wolno się do nich stosować lub nie. Pani dziś zastosowała się do tego.

- Nie rozumiem! Jakim sposobem? Dlaczego? - pytała gorączkowo.

- Jest pani młoda i... niezwykle piękna. Widują panią niedawno w towarzystwie znanym tu dobrze. O tym, że pani jest Tarłówną z Wołynia, nikt nie wie, pomijam osoby wtajemniczone oczywiście. Ale wiedzą, że Nordica Buja po świecie i samotnym być nie lubi, hołdując wolnej miłości, jego zaś żona bawi się w Monte Carlo... bardzo wesoło... za jego przykładem. Duc d'escars zostawił w kasynie swoje miliony. Lwią część zabrały kokoty. Mogę mówić otwarcie, nie jest pani dzieckiem, chociaż czasem zdaje się nim być - blady uśmiech na ustach.

...Więc d'Escars ma już tu swe zasługi... kampanię skończył, lecz nie zszedł z pola, pośrednio jeszcze tkwi, sam nie gra, ale wciąga. Humbert właśnie teraz debiutuje; powodzenie duże, większe u kobiet, mniejsze w grze, to właśnie cechuje kasynowych ulubieńców. Ale płynie całą parą, tutta la forza[37], wszystkie żagle rozwiane, pojemność ogromna. Hm, Nordica to także viveur pośledniego gatunku...

- Zaczynam rozumieć i... - szepnęła stroskana Andzia, nie dokończywszy myśli.

Horski kontynuował.

- Otóż przy stole gry zjawia się d'Escars, gladiator dymisjonowany, ale tolerowany; pozwalają mu wykłuwać kartki, wyszukiwać systemy gry... to zachęca.

Drugi Nordica, z wyłączną reputacją. Dalej hrabia Humbert, obecny szermierz, wiele obiecujący, już trochę zasłużony, z właściwą opinią w kasynie. Pośród nich ukazuje się młoda, piękna osoba. Ktoś nowy.Ubrana wykwintnie, że skromnie, to nic, perły na szyi bardzo cenne. Młoda osoba zaczyna grać, stary i nowy szermierz stoją za nią i... doradzają. Doskonale! Gra bierze ją, rozpala... Jeszcze lepiej!... Oznaka namiętności...

Przegrywa, to ją rozgorączkowuje, podnieca silniej. Teraz niechże wygra biedactwo... trzeba zachęcić... To daje znakomite rezultaty na przyszłość. Kasyno nie darowuje pieniędzy, pożycza tylko na przynętę. Młoda osoba wkrótce przegra wszystko i innych wciągnie. Kasyno ma zysk. Taki manewr opłaca się.

- Panie Horski, w trente et quarante nie może być oszustwa. To nie ruleta.

- Wszystko mi jedno, ja stwierdzam fakt, że widziano panią z tymi panami. Krupierzy byli bardzo dla pani uprzejmi... Teraz przy każdym stole może być pani pewna najmilszych uśmiechów tych... dygnitarzy.

Taki nabytek jak pani robi tu wrażenie, towarzystwo zaś tamtych panów pogłębia nadzieję, że to istotnie... nowy nabytek. Uważałem na krupierów, są pewni, że złota rybka nadpłynęła z falą do progów kasyna, taka co nie tylko wędkę pana Blanca sama uchwyci, ale poda ją innym, najgrubszym wielorybom i pociągnie. Złota, niekoniecznie w znaczeniu dosłownym, uroda więcej znaczy, bo większą ilość takich wędek rozrzucić potrafi. Wasza grupa przy stole zrobiła wrażenie profesorów, ucznia zaawansowanego, w pełni powodzenia i nowicjusza, który ma największą władzę.

- Dosyć, panie Horski, już dosyć. Rozumiem wszystko i tak mi bardzo, bardzo smutno. Tak źle.

- No, cóż znowu? - spytał łagodnie.

Żywo podała mu rękę.

- Dziękuję panu za ostrzeżenie, z całej duszy dziękuję. Ja tu... prawie sama, nikt mnie nie przestrzegł o... podłościach. Czasem własny instynkt mnie obroni, dziś i on zawiódł.

Horski przez krótki moment popieścił jej rękę, po czym wolno podniósł do ust.

- Ależ panie! - rozejrzała się z przestrachem, zaczerwieniona gwałtownie.

- Sala zbadana. Wszyscy wyszli, jesteśmy sami.

Tak to zabawnie powiedział, że Andzia pomimo zmieszania zaśmiała się.

- Więc chodźmy i my... Jestem panu bardzo, bardzo wdzięczna.

- Och... był moment... jednakże...

- Pan myślał, że się obrażę? Nie widziałam powodu pańskiej wymówki, nie odczułam przez nieświadomość swej nierozwagi, tam, przy stole gry.

Wyszli z czytelni. Schodzili razem po schodach w dół, do atrium. Andzia odwróciła się do Horskiego z uśmieszkiem, który miał w sobie odrobinę zalotności.

- Czy już jestem w opinii pańskiej... naprawiona?

- Najzupełniej. Zresztą ten nietoperzyk psujący mi panią, nie dotknął bezpośrednio jej samej, tylko zaćmiewał orbitę pani, jej aureolę.

Nagle przystanął i spytał z kolei:

- Teraz ja pragnąłbym pewnego wyjaśnienia, bo mnie niepokoi... Początek był taki: "przede wszystkim nie zależy mi na tym, aby się panu..."

- Panie, na Boga, dość wyjaśnień!

Zbiegła prędko ze schodów. On szedł za nią i patrzył, na twarzy drgnęło mu parę muskułów.

Andzia wracała do willi Nordiców razem z nimi. Nie odpowiadała na zaczepki Roberta, drażniły ją dowcipy Lory.Poczuła nagły wstręt do tej pary. Ogarniał ją przesyt i nuda. Dość tych czczych zabaw, tej bezmyślnej włóczęgi z ludźmi, którzy jedno tylko mają na myśli - upijanie się najbardziej wyskokowymi narkotykami życia. To co ich bawiło, ją zawstydzało, co podnietą było dla nich, ją przejmowało obrzydzeniem, wzgardą. A jednak wciągnęli ją w swój wir. Dlaczego pozwoliła się opętać i nie otrząśnie z siebie bierności, z jaką przebywa wśród nich? Bo nie z zapałem wszakże. Oni nie nęcą, nie wabią, oni ją tylko trzymają.

Ale jakież tego skutki? Ich towarzystwo naraża ją na podejrzenie, że jest ich pokroju.

To co mówił Horski, jest słuszne. W tym środowisku hazardu, namiętności, w tej jaskini swobodnych obyczajów i kobiet lekkich, tu gdzie na każdą kobietę młodą i piękną można patrzeć z zastrzeżeniem, tu trzeba uważać niemal na każdy krok, by nie był fałszywie zrozumiany. Szczególnie, gdy się przebywa w towarzystwie, które nie ma tu solidnej marki.

...Po co ja tu przyjechałam? Mogłam się po Lorce wszystkiego spodziewać.

Horski ma słuszność. Ukazanie się z tymi dwoma, skoro oni mają taką opinię, jak mówi Oskar, mogło skompromitować. Gra pociąga, gdy się jej raz spróbuje, to się grzęźnie... Nie trzeba było zapalać się, nie słuchać rad starego maniaka i zblazowanego Włocha. Co sobie myśleli o niej ci wszyscy przy stole i krupierzy? Ach, jakież nienawistne oczy starych kobiet przy stole, roznamiętnionych, złych za przegrywanie. Może i one kiedyś były młode, piękne, sypiące złotem... jak Lora.

Jak ona sama dziś... w otoczeniu tych obrzydłych komplemencistów.

Złota rybka, nowy nabytek...

Tarłówna wstrząsnęła się od ohydy. Uczuła gniew na siebie samą.

...Nigdy już, nigdy nie będzie grała. Lecz nie, wygrane pieniądze palą ją. Jutro umyślnie przyjdzie z Lincią, stanie przy tym samym stole i wszystko przegra, co do centima, będzie tak manewrowała, żeby tylko przegrywać, nie chce tych pieniędzy. Kasyno pożycza pieniądze, nie zaś daje, więc ona odda swoją pożyczkę kasie. Może lepiej sumę tę, dość grubą, zawieźć do kraju i zużytkować na jakiś cel dobroczynny? - błysnęła myśl. Nie, za nic! Taką samą sumę już dziś przeznacza na cel pożyteczny w Toporzyskach lub w Wilczarach, ale te pieniądze odda wszystkie nie tknięte.

I już nigdy więcej do gry nikt jej nie namówi. Trzeba stronić od tych ludzi.

Zatęskniła za wycieczkami tylko z Horskim i Eweliną. On jest inny niż ci wszyscy, on jednak odczuł niewłaściwe światło, w które weszła, on ją przestrzegł, ocucił.

...Czemuż Lora nie dbała o to? Aby jej przyszła bratowa... ha, ha! - sarknęło w duszy Andzi. - Bratowa... Lory! Lora miała jej bronić przed własnym środowiskiem, a wszak ona ją sama wciągała...

Tylko Horski, on jest jej dobrym duchem opiekuńczym. On jej sprzyja serdecznie jak przyjaciel.

Pierwszy raz Anna była pod wrażeniem Horskiego, ale tak wątło i mgliście zaznaczonym, że sama się nie orientowała tym stanie psychicznym - biorąc wrażenie za wdzięczność.

Gdy weszła do swego pokoju, ujrzała od razu na biureczku list w błękitnopastelowej kopercie. Usta Andzi zacisnęły się. Jednocześnie z drugiego pokoju rozległ się głos panny Niemojskiej:

- Anulko, ja już się położyłam, okropnie długo siedzieliście, byłam już niespokojna. Jest dla ciebie list... od Jana.

- Widzę go.

Tarłówna wzięła kopertę i zaśmiała się sarkastycznie.

- Niebieski kolorek! Jakaż niewinność! Szkoda, że jeszcze nie ma winietki z konwalijką, albo gołąbków całujących się, lub splecionych rączek...

- Handziu! - jęknęła stara panna.

Tarłówna rozbierała się wolno, odkładając chwilę czytania listu.

"Obowiązkowe muszę", "kajdanki żelazne...", zaszeptał w wyobraźni głos Horskiego.

Rzuciła się na łóżko, rozerwała kopertę.


"Umiłowana moja dziecino!"


- Cóż za patriarchalność! - zaśmiała się ironicznie.


"Nie mogę doczekać się listu od Ciebie, a tak mi tego pokarmu potrzeba. Jestem spragniony Twego widoku i słów Twoich. Lora mnie zaprasza, abym przyjechał, ale od Ciebie czekam słówka zachęty, Ty nie piszesz, nie wzywasz mnie, więc nie jadę...

Pracuję w Smoczewie, aby jako tako uporządkować przyszłą siedzibę naszą, bo wszak tu zamieszkasz ze mną, tu rozjaśnisz mi dom, moja Ty Anielska dziewczynko, moja gwiazdeczko jasna. Ponury jest mój dom, ale Ty go opromienisz, Ty oprzędziesz go szczęśliwością."


- Jezus Maria! Jezus Maria! - jęczała cicho Andzia, zakrywając oczy. Usta jej bladły jak konający kwiat. Czytała dalej:


"Myśl o szczęściu dodaje mi otuchy w mej samotni i zachęca do pracy.

Gospodaruję w Smoczewie i uczę się sam, studiuję, bo na uniwersytet jechać nie mogę. Ty wiesz. Zresztą umysł mam przepełniony Tobą i myślą o naszym przyszłym życiu we dwoje. W wizjach swych widuję Ciebie jak żywą, jak na jawie i wówczas płaczę ze szczęścia, że Ty masz być moją małżonką, duszą mojej duszy, moim aniołem, gołąbko moja biała..."


- Ha, ha! A co! Gołąbka nieodzowna! Ach Boże! - głośno krzyknęła Andzia ze śmiechem i zachłysnęła się łzami.

- Boże... Boże... Czyż on nie wie, czyż on nie czuje, że ja... Jak on może tak pisać, tak marzyć... Och litości, litości! - szeptała boleśnie ze strasznym szlochem w piersi.

Przebiegła wzrokiem parę stronic. Same elegie, miłosne jęki.

- Nie warto czytać. Kocha jak baba, jak pensjonarka. Cóż tam jeszcze?


"Już jest marzec, zbliża się wiosna, a z nią szczęście bez granic. Moja Andziuleńko! Bo wszak chyba już na pewno ślub nasz odbędzie się na wiosnę, w rok od chwili, gdy nas mama pobłogosławiła. Wracaj, słodka moja ptaszynko, czekam z tęsknotą bez granic. A może mi każesz przyjechać po siebie? Moja pieszczotko... Pisz kiedy wracasz, a wracaj co najrychlej. Najdroższa moja żonusiu..."


- Jak on śmie, jak on śmie!

Andzia wyskoczyła z łóżka, boso przebiegła pokój kilkakrotnie, wzburzona do głębi duszy, gniewna.

- Co tobie Anuś? - zawołała panna Ewelina.

Nie odpowiedziała. Dopadła do szuflady biurka i wyjęła szkatułkę oksydowaną, otworzyła ją. Kupka listów Andrzeja, zeschłe kwiaty, fotografie jego i Prokopyszcz.

Wyjęła jeden list, pierwszy z brzegu.

Męski, silny charakter pisma.


"Najdroższa dziewczyno moja!"


...Nie drobienie damskie Jana i nie błękitna kopertka.


"Wysyłam Fedora z listem, on najprędzej stanie w Turzerogach, chcę, aby dziś słowa moje ukołysały Cię do snu. Pamiętasz, jak Ci śpiewałem nad Słuczą?

"Handzia lubka, Handzia duszka, Handzia cacy mołoduszka."

Śpiewam to samo teraz, gdy ten list czytasz. Czyś mnie napoiła "lubystkoj, czy czarami, czy słodkimi oczami", nie wiem? To tylko fakt, że oczy Twoje mam ciągle przed sobą. Czarownico moja! Piękne usta Twe całuję i tulę Cię do mej piersi miłującej szalenie. Jutro przyjadę na Watażce, przypomnimy sobie stajenkę Grześka. Hej Handziu! Skruszę Cię w swych ramionach. A gdy będziesz moja... Ratujcie mnie anieli! Oszaleję do reszty. Za tydzień obławy w Wilczarach, co dzień będę Cię widział, a za trzy tygodnie... moja Handzia! Wycałowuję Ci oczy, włosy i łapięta, z ust Twych spijam upojenie i szał.

Dobranoc Handziuś mój

Twój Jędrek"


- Chryste! Chryste!... Po tamtym ten!... Po Jędrku... ten... ten...

Płacz okrutny buchnął z jej piersi. Zaniosła się łkaniem.

Panna Ewelina przerażona przybiegła w jakiejś chustce narzuconej naprędce. Okrzyk Andzi zrozumiała i on poderwał ją z łóżka.

- Dziecko moje!

Andzia ze szlochaniem rzuciła się jej na szyję.

- Linciu, za nic, za nic! Ja nie mogę, nie chcę być jego żoną! To barbarzyństwo, to grób za życia! On tego nie rozumie? Czyż on taki głupi?...

- Aneczko, uspokój się. Co on ci tam napisał, czemu tak rozpaczasz?

- Ślub na wiosnę, słyszysz? Na wiosnę już ta męka... Przysięgłam ciotce. Chryste! Jak ja mogłam to zrobić!? Ja się zabiję... Andrzeja mi wydarto, a tego mi dają. Ha, ha, ha! Ha, ha, ha!...

Zaczęła się śmiać jakimś szalonym śmiechem, tak okropnym, że panna Niemojska zdrętwiała. Nie mogła jej uspokoić, bała się, by ktoś w domu nie usłyszał i aby nie nadeszła Lora. Stara nauczycielka cuciła Andzię wodą, całowała ją po rękach, błagała o uspokojenie i wreszcie udało jej się Andzię uciszyć.

Dziewczyna padła na łóżko półprzytomna. Panna Niemojska uklękła przy niej.

- Anuśko najdroższa, bądź spokojna, wrócimy do kraju, kiedy zechcesz, nikt nie nagli, nikt, dziecko drogie! Baw się tu i siedźmy dotąd, aż sama zechcesz wyjechać. Ja odpiszę Janowi, wytłumaczę mu... że... męczyć ciebie nie można, że... te projekty za wczesne... Ja napiszę...

Panna Ewelina nie wiedziała, co mówić, jak się zachować.

Andzia podniosła się z pościeli, pochyliła do klęczącej twarz bladą i łzami zalaną i szeptała z bolesnym skrzywieniem ust, co miało być uśmiechem:

- Nie pisz, Linciu, nic nie pisz, bo... ja... wrócę tam... muszę, muszę... i za Jana... wyjdę... przysięgłam. Wyjdę! Tylko... jeszcze trochę...odrobinę swobody. Nie pisz, Linciu, po co go ranić. On nie winien. On kocha. Będę, będę... jego żoną! On wie, że... muszę. Dla mnie już nic... nic... wszystko jedno... a on kocha i wie, że... muszę...

Pannie Ewelinie krajało się serce, patrząc na uśmiech Andzi tragiczny i na jej cudnie piękne, łzami niedoli zalane oczy.

Przez parę następnych dni Tarłówna nie opuszczała swego pokoju, nikogo nie chcąc widywać prócz Eweliny. Lora dopytująca się co zaszło, denerwowała Andzię, ale nie powiedziano jej prawdy.

Panna Niemojska chciała wyjawić wszystko pani von Bredov, aby przez nią uprzedzić Jana o niechęci Andzi do zamierzonego z nim małżeństwa. Lecz Anna nie pozwoliła na to.

- Nie można mówić, to jego siostra i jeśli sama nie odczuwa mej rozpaczy, ja jej demonstrować nie będę. Wyjdę za Jana, chyba żeby on sam zwolnił mnie z przysięgi, danej jego matce. On mógłby to zrobić, ja... nie mogę - odpowiadała Tarłówna na wszelkie projekty Eweliny.

Nordica i Humbert dobijali się do Andzi daremnie.

Ewelina mówiła wszystkim, że jest cierpiąca. Przyszedł i Horski, zbyła go w ten sam sposób. Ale nie poprzestał na tym, wypatrzył czas, kiedy nikogo w willi nie było, prócz Andzi i Eweliny. Postarał się o chwilę rozmowy z Niemojską i ta pod pływem jego szczerej troskliwości o Andzię wypowiedziała całą prawdę.

- Jakże się pani na to zapatruje? - spytał Horski.

- Chyba nie można wątpić, że pragnę tylko jej szczęścia, ale z Janem mieć go nie będzie. Ufam, że jakiś cud uratuje ją od tego małżeństwa nieszczęsnego,bo sama nie zerwie. Jedynie cud.

- Pewnie archanioł zleci z nieba na ratunek, albo święty Jerzy z mieczem ognistym. Widziałem gdzieś taki obraz: święty Jerzy zwalcza smoka. Tu rolę smoka ma pan Smoczyński, ale skąd wziąć świętego tak na zawołanie. Hm!...

- Pan sobie żartuje, a to jest sprawa bardzo poważna - rzekła Ewelina z urazą.

- Wiem, pani, to jest nawet kwestia całego życia panny Anny i dziwi mnie, że oczekujecie cudu, mając tak proste wyjście.

- Jakież, panie mój? Jakie?

- Zerwać z panem Smoczyńskim, obejdzie się bez interwencji cudu. Panna Anna sama powinna to zrobić, skoro nie czuje odwagi do tego małżeństwa.

- A tak! Niech pan przekona Andzię. Niech jej pan wytłumaczy.

- Ja nie mam do tego prawa, ale gdybym posiadał...

Myśl swoją zawiesił w powietrzu. Ewelina spojrzała na niego zdziwiona.

Horski wkrótce pożegnał ją. Wychodząc z willi był zamyślony, jak zawsze zimny i obojętny. Lecz kto by go znał bliżej, ten by dostrzegł w wyrazie jego twarzy, jak i w całej postaci pewien odcień tryumfu. Uśmiech wesoło szyderski mignął na jego wargach, błysnęła myśl:

...Strzeż się panie Smoczyński, albowiem święty Jerzy może objawić się... w Monte Carlo.



IX

Męty

Po wyjściu Horskiego Ewelina zastanowiła się głęboko.

...On jest zajęty Andzią...

To stwierdzenie było rezultatem rozmyślań starej panny. Postanowiła zwrócić na Oskara baczniejszą uwagę i trochę się o nim wywiedzieć. Jej osobiście Horski podobał się;wykwintny pan, światowy, zbytnio czasem ironiczny i zdaje się bezbożnik. To w dzisiejszych czasach nie liczy się za wielki grzech (panna Niemojska chciała być pobłażliwa), ale zawsze lepiej byłoby, żeby Horski z większym szacunkiem odzywał się o archaniołach i nie krytykował księży, począwszy od Watykanu, jak on to czynił. Ewelina przypomniała sobie, jak kiedyś w czytelni kasyna, gdzie byli razem z Horskim, przeglądając pisma, Oskar pokazał Andzi ilustrację jakiejś uroczystości w Watykanie. Nieśli tam papieża na tronie, w tiarze, w otoczeniu niezliczonej, strojnej świty, mnóstwa księży i kardynałów. Horski spytał Tarłówny:

- Jakie to na pani robi wrażenie?

I nie czekając na zdanie Andzi, rzekł ze swą częstą ironią na ustach:

- Pani naturalnie odpowie ze stanowiska katoliczki. Ja osobiście uważam zbytki watykańskie i te parady, przepych, ceremonie za pospolitowanie boskich tradycji, o ile one istnieją, czysto ludzkimi naleciałościami. Jeśli papież ma być następcą Piotra Apostoła, skromnego rybaka, to niechże nie rywalizuje z królewską pompą. To mu nie dodaje majestatu, lecz go rozprasza, imponuje zaś chyba tylko bardzo płytkim umysłom. Nie uznaję dogmatu watykańskiego soboru.

Andzia spytała go wówczas:

- Pan zatem należałby w Rzymie do świata białych?

A na to Horski:

- Tak pani, wolę być najluźniejszym z białych, niż kolorowym w czarnej sukni, jakich jest bardzo wielu wśród nich - wskazał szeregi księży na ilustracji. - Bo gdy się czasem rąbek takiej wierzchniej szatki odchyli, wyziera arlekinada i wówczas bywa mniej ślicznie.

Panna Ewelina zapamiętała te bluźnierstwa, czułaby się jednak spokojniejsza, gdyby Horski był czarny.

Tarłówna, powróciwszy do ludzi, po swych samotnych rozmyślaniach wpadła znowu w wir zabawy, hulaszczy trochę. Tylko już nie grała w kasynie, oddawszy jego kasie całą poprzednio wygraną sumę.

Rzuciła ją na stół trenta jednym zamachem, wiedząc, że przegra na czarnym, podczas dużej serii koloru czerwonego.

Wówczas zobaczyła znowu nieznajomego mężczyznę o chytrej twarzy, który gładząc długie wąsy, przypatrywał jej się bacznie. Uważał na każdy jej ruch.

Andzię porwał gwałtowny gniew. Zmierzyła natręta ostrym spojrzeniem z powtórnym, jakby wewnętrznym przekonaniem, że to jest jakiś szpieg na nią nasłany.

Z ulgą wyszła z kasyna, by więcej nie wracać.

Projektowane wycieczki z Horskim nie udawały się. Nordica był ciągle i roztaczał swój wpływ na towarzystwo, któremu i Andzia poddawała się mimo woli. Chciała oszołomić swój umysł, zatonąć w chaosie, skąd za kilka tygodni wypłynąć miała na ponure horyzonty swego przeznaczenia. Postanowiła bowiem nieodwołalnie na Wielkanoc wracać do kraju i poślubić Jana.

Niech się to raz spełni. A teraz pić, pić z zachłannością musujący szampan zabawy, swobody, który nie czaruje, ale daje zapomnienie.

Będzie czas na ocknięcie się, straszna szarzyzna jej życia leży przed nią i czeka na nią. Jak kiedyś we śnie w Wilczarach, gdy po rozpłyniętym, purpurowym kwiecie, szare, błotne otoczyły ją rozłogi. Śpiewały nad nią sonety chóry jakieś nieziemskie, lecz u stóp jej leżał zwój pergaminu z treścią jej życia i dewizą jego - Miej Boga w sercu...

...Miej Boga w sercu, Handziu - wołało w duszy jej pełnej żalu.

Na próżno! Jakieś szatańskie porywy chwytały ją w swe szpony.

Bawić się, szaleć, wariować.

Odpisała do Janka krótko, zapewniła o swym przyjeździe i o ślubie. Wyrywała słowa z siebie z taką męką, jakby kawałkując własne serce, z rozkoszą tyrańską patrząc na ociekającą krew.

Gdy list został wysłany, opanowała Andzię rozpacz, chciała cofać go telegraficznie z ostatniej poczty. Po co Jana upewniać, niechby on wiedział, że ona się waha, że dotrzymanie przysięgi to dla niej niemal śmierć. Po co było dawać mu nowe nadzieje?

Anna cierpiała strasznie, nawet nie przeczuwając, że list jej pełen obietnic, zrezygnowany i łagodny, był jednakże negatywą jej zapewnień, którą łatwo można dostrzec między wierszami. To, co starała się uczynić dla Jana jasnym, to w słowach jej, niby na kliszy, odbiło się bardzo ciemno. Andzia pisząc pod dyktandem silnej woli i obowiązku, do którego w sumieniu swym poczuwała się, nie spostrzegła, że dusza jej krzycząca protestem każde słowo listu natchnęła tragizmem. Nie można go było wyczytać, ale się go czuło. Styl, ton, zdania, wyrazy w liście zawarte, dążyły do Jana razem z tchnieniem jej ducha, bezświadomym, subtelnością swą przeczącym plastyce słów. List poszedł. Tarłówna chciała pozyskać spokój choćby chwilowy; bawiła się.

Horski oblegał ją zręcznie, Nordica i Humbert natarczywie, zagłuszali sobą starania Horskiego. Andzia ich nie odczuwała. Oskar był w jej oczach dobrym przyjacielem, godnym szacunku, ufała mu i lubiła go bardzo bez najmniejszych podejrzeń. To, że i on chciał ją zdobyć dla siebie, nie przyszło jej nawet na myśl.

Chwilowe wrażenie odniesione po rozmowie z nim w czytelni kasynowej powtórzyło się parokrotnie, zawsze na krótko i tłumaczone zaufaniem, wdzięcznością dla niego. W takich momentach Horski dostrzegał w niej lekką kokieterię wobec siebie, zupełnie bezwiedną, będącą jakby skupieniem jej wdzięku przyrodzonego. To go podniecało silniej. Czuł się na dobrej drodze do swego celu, tym bardziej, że konkury Humberta Andzia przyjmowała z pogardą; lekceważyła Włocha, traktując Nordicę w podobny sposób, nieco delikatniej ze względu na Lorę. Było to zbyteczne, bo Robert od żony nic lepszego nie otrzymywał, sam zaś postępował zupełnie dowolnie, nie licząc się z nią. Teraz zapałał do Andzi, okazując jej swe zachwyty bardzo wyraźnie.

Anna w zabawach różnych i wesołości własnej umiała wybornie zachować miarę, co krępowało obu panów, ale dostosowywali się do jej wymagań z pozorną tożsamością etyki, byle nie spłoszyć ofiary. Wyglądało to na skradanie się ciche lampartów, by nie zbudzić czujności gazeli, na którą obaj urządzili zasadzkę. Horski był trochę w roli strzelca, widocznego dla drapieżników, lecz w postawie niepewnej... Śpi czy czuwa? Ostrożność Zachowywano z obu stron.

Pewnego wieczoru po odbytej wycieczce statkiem na morzu, Andzia i Ewelina powróciły do domu. Horski pożegnał się z nimi do następnego dnia. Wkrótce po odejściu Horskiego Nordica zaczął namawiać panie na spacer samochodem przy księżycu, korzystał z nieobecności Horskiego, ale postępował tak, aby Andzia nie domyśliła się tego. Ponieważ noc była wyjątkowo piękna, Anna zaś podniecona wycieczką morską, projekt został przyjęty chętnie, tylko panna Ewelina odmówiła stanowczo swego udziału, co właśnie uradowało Roberta nadzwyczajnie.

Prosił ją, mizdrzył się, całował po rękach, nalegając by jechała, wiedział, że nie pojedzie, bo już na morzu panna Ewelina czuła się niedobrze i wzdychała do łóżka.

Pojechali we troje, Lora z mężem i Anną. Drogą wśród gór nad Monte Carlo, samochód mknął z chyżością jaskółki, przepaście i skały oświetlone jaśnią matowo-błękitnawą księżyca w pełni upajały Andzię swą nastrojowością. Lora była także jakby senna, tylko Nordica rozgadany wpatrywał się w Tarłównę z lubością zmysłową. Znajdował ją coraz piękniejszą. Podniecenie i walka w duszy Andzi zawarta cieniowała jej urodę najczarowniejszym retuszem. Ale na jej duchowości Nordica nie umiał się poznać, brał to wszystko od strony zmysłowej, lubieżnik ten był przekonany, że to on właśnie działa na dziewczynę pobudzająco, że drażni jej pragnienia. Wlepiał w nią swe czarne oczy, których dominującym wyrazem była zwierzęca namiętność.

Andzia zwykle spostrzegłszy jego wzrok na sobie odwracała oczy ze wstrętem. Robert rozumiał to inaczej, że nie może znieść jego spojrzenia, bojąc się siły jego uroku.

W takich razach stawał się natarczywszy. Na spacerze w górach Anna nie widziała go prawie przed sobą, zatonęła oczyma w widokach fantastycznych przy świetle pełni i duszą nie odrywała się od nich. Marzyła o baśniach dziwacznych, własne rojenia tworząc wśród skał rdzawych. Ogarniała ją fantazja gór, nieokreślona a silna, chciałaby śpiewać o górach, na szczytach rwać szarotki, błądzić w pieczarach, zaglądać do orlich gniazd. Samej stać się orłem na wierchach, widzieć z dala siedziby ludzkie, ale ich nie dotykać skrzydłami. Czy jednak wytrzymałaby teraz bez ludzi, samotnie? Och nie, nie! Gdybyż naprawdę ulec metamorfozie zupełnej, zabić wspomnienia, tęsknotę zamienić w błogi spokój teraźniejszości i w nim trwać. Przeszłość i przyszłość wyrwać z mózgu na zawsze. Wtedy unikać ludzi, wtedy dążyć na szczyty skał, bratać się z orłami, żyć ich życiem, bujać wśród natury, samotnie. Dziś nie można, trzeba jeszcze gwaru, zabawy, w tym zanurza się wszystkie bóle, to koi żal.

- Patrz, Andziu, na tę dolinę pod nami, jakaś mała woda migoce i tak tu jest dziwnie liliowo, drobne krzaczki czegoś tam i kamienie, jak kępy na moczarach.

Głos Lory rozwlekły dziwnie, wpłynął do ucha Andzi i wywołał lekki niepokój. Odwróciła głowę. Dolina zalana liliową poświatą, przypomina coś, opadają jakieś mgły, wyłania się mętne, mętne wspomnienie...

- Krasna Duszohuba - mówi Lora.

Tarłówna zatrzęsła się.

- A... tak... Krasna Duszohuba...

- To jakby wizja tamtej, wizja nigdy nie bywa zbyt plastyczna. Ale złudzenie jest, prawda, Andziu?... Ranek o świcie na moczarach... widzę ten obraz jak na jawie, nie wymienię osób, ale mam w oczach naszą gromadkę. Jakaż różnica teraz. Może tylko jeden stary Grześko nie uległ zmianie...

Lora umilkła, Andzia oddychała szybko. Nordica wsłuchiwał się nie rozumiejąc ani słowa.

- Dziwna rzecz... Krasna Duszohuba... i zgubiła dwie dusze; zatrata dla jednej, otchłań dla drugiej, przez to spotkanie. A takie... były piękne pierwsze chwile, takie cudowne. Żyliście w liliowo_purpurowym blasku, lecz jakby na moczarach, wchłonęły was; jego na wieki, ciebie zatopiły w kałużach męczarni...

- Lorko, przestań! Nie wywołuj tych wizji.

- A pamiętasz, Handziu, obóz cygański? Szatry, Makruna. Ja pamiętam wybornie: "mościa damulka wiatrem poleci, gdzie krew poniesie... szeroko i cudnie... krew zahuczy, to i złota dorzuci. Ferdu, ferdu!... Ot taka... cygańska dola..."

Każde słowo mówione było ciszej, rozwleklej, ostatnie wyszło z ust kobiety jak szmer leciuchny. Lora westchnęła.

- Mądra baba, worożycha! - zawołała nagle, śmiejąc się.

Andzia patrzała na nią ze zdumieniem i trwogą. Więc ona sama przyznaje? Więc i tu wróżba spełniona.

Wtem rzekł Nordica:

- Kazałem szoferowi zawracać do Monte. Panie się rozmarzają, a ja nawet nie wiem, na jakim tle ten romantyzm. Muszę się uczyć po polsku. Już jeśli Lora marzy, musi to być niezwykły temat. Powtórzcie mi go panie.

- Nie dorosłeś do tego, Berti.

- W takim razie teraz mój benefis, jedziemy do "the Austria" na bibę.

- Gdzie to jest i co to jest? - pytała Anna.

- Taka sobie restauracja, à la kabaret, od północy dopiero ma rację bytu, wesoły zakątek, zabawny.

- Ja bym wolała jechać do domu i proszę mnie tam odwieźć.

- Jedź Anuś z nami. Nie puścimy cię. Wcale miła dziura ta restauracja. Muzyka gra, tańce, szampan trzeba pić koniecznie, taki zwyczaj. Zabawimy się, utoną nasze marzenia.

Andzia uczuła się dotknięta. "Nasze"! Czyż skala jej marzeń i wspomnień może się równać z marzeniami Lory?

Stanęli przed kawiarnią u stóp kolejki zębatej. Weszli, witani ukłonami szwajcara i kelnerów u wejścia. Niezbyt duża, niska sala od razu nie podobała się Tarłównie. Pod ścianami stoliki, w głębi orkiestra, bufet, perspektywa powiększona złudnie przez wielkie zwierciadło.

Na środku sali kręciło się kilka par tańcząc walca, kobiety malowane, w strojach ekscentrycznych kręciły się same z sobą.

Andzia uczuła niesmak, wionął na nią z tej sali jakiś zaduch obcy, nieznany jej dotąd. Nordicowie chcieli iść w głąb sali, do pustego stolika, lecz Tarłówna usiadła przy pierwszym z brzegu, obok wejścia, poza klombem roślin egzotycznych.

- Dalej nie pójdę.

Musieli się zgodzić, Robert był niezadowolony.

- W takim kącie? Jakaż tu zabawa.

Mówiąc to, usadowił się obok Andzi.

Podano szampana. Tarłówna zażądała herbaty i sandwicza. Nordica oburzał się na nią, wyszukiwał najwykwintniejsze potrawy w jadłospisie.

Bardzo prędko zjawił się Humbert.

Zaraz od drzwi, oddając palto lokajowi, skrzywił połowę twarzy niemiłosiernym uśmiechem i podszedł krokiem pantery.

- Prawdziwa uroczystość w "The Austria", rzuca pani blask na całą salę - rzekł do Andzi. Tarłówna obraziła się, przybladła, ale nic nie odpowiedziała.

Humbert usiadł przy Lorze, zaczęli szeptać.

Anna patrzyła na tańczące dziewczyny, na ich ruchy lubieżne. Twarze niektórych prawie dziecinne, pod warstwą szminek, różów, uśmiechały się wyzywająco lub sentymentalnie, oczy za mgłą wyczerpania zmysłowego, czasem dzikie, rozbestwione, czasem żałosne, przeważnie z wyrazem jagnięcej głupoty. Jedna brunetka, tęga, z ustami szeroko wywiniętymi, tańczyła w luźnej tunice podpasanej w stanie. Rzucała kędzierzawą głową, wydając w tańcu okrzyki mające ilustrować temperament. Kilka było naprawdę ładnych i młodziutkich. Andzia patrzyła na nie z przerażeniem w duszy. Wstręt najgorszy uczuła ujrzawszy jedną, niemłodą już, okropnie wymalowaną, w stroju małej dziewczynki; sukienka do kolan, dziecinnego kroju, nisko opasana szarfą z dużą kokardą z tyłu, warkoczyki opasywały głowę, kokardy po bokach, nogi w pantofelkach i skarpetkach, przy tym twarz rozwiązłej ladacznicy. Panowie i Lora patrzyli na nią rozbawieni, śmiano się i dowcipkowano.

Goście napływali coraz to nowi.

Kokoty zapraszały do stolików, narzucając się bezczelnie.

Jedna z nich, nie tańcząca w kole, wodziła rej, siadła bez ceremonii przy nowo przybyłym młodzieńcu, który już miał tęgo w głowie. Pili szampana razem, on siedział niemy, jakby senny, ale jej zaczepki wywołały u niego reakcję. Zaczęły się umizgi z obu stron, coraz mniej dyplomatyczne. Andzia miała zawrót głowy, poczuła mdłości. Pierwszy raz w życiu widziała coś podobnego. Czy wpadła w jakiś męczący, podły sen?

Z głębi sali buchnął śmiech rubaszny. Podniosła półprzytomne oczy. Siedział przy stoliku barczysty jegomość, wąsy wachmistrzowskie, duże i długie, mina diabła. Pochylony w tył, śmiał się z dwóch kokotek zaproszonych na kolację. Dysponowały sobie potrawy, jadły tak żarłocznie, że wesoły jegomość nie mógł się nimi nacieszyć.

- Patrzysz na tego dzika? To nasz rodak... Polak. Przyjechał zapewne odwiedzić żonę na Riwierze i tak się zabawia. Nic dziwnego, żona chora.

Tarłówna spojrzała na Lorę.

Miała cyniczny uśmiech, twarz nastrojoną na ogólny ton sali.

...Polak... rodak... jakiż wstyd.

Nordicowie i Włoch jedli, pili i palili, sypiąc dowcipy podejrzane, pragnęli do swej harmonii wciągnąć i Andzię, ale ona czuła się tu intruzem zbytecznym i rażącym. Uciec stąd jak najprędzej! Nie chciała pić szampana, nie mówiła ani słowa. Obrzydzenie rosło w niej. Doznawała wrażenia, że ugrzęzła w błocie, lepkim, obrzydłym.

Na sali huczało od zabawy, obok siebie słyszała śmigające słowa, paliły ją wstydem.

...Jakaż ta Lora!... Jakaż ta Lora!

Przyszły dwie strojne damy i usiadły obok przy wolnym stoliku. Kelner zbliżył się, zagadał poufale, podał ognia do cygaretek, ponalewał wina do szklanek. Za chwilę dwie z koła tańczących podbiegły do nowo przybyłych i zaprosiły je do tańca. Poszły bez wahania.

Andzia patrzyła na to w osłupieniu, przeraziła ją myśl, że może i Lorę pociągną na środek sali, wszystkiego już mogła się spodziewać. Nordica i Humbert pili bez miary i stracili wkrótce cały ład w głowie, zapomnieli o granicach stosowanych zwykle przy Andzi. Siedzący obok Nordica pochylał twarz ku niej, zionął winem i cygarami, oczy wyłupiaste za łzawą powłoką pijaństwa wgryzały się po prostu w postać Andzi, krążył po niej wzrokiem lubieżnym, jakby zimną, wilgotną dłonią. Z drugiej strony stolika Humbert szeptał do ucha Lory, ona zanosiła się od śmiechu. Była tu w swoim żywiole.

- Pani jest piękna, pani jest bardzo piękna - mruczał Robert - stokroć piękniejsza od Lory, ona jest za duża, nazbyt rozrosła w biodrach, pani to Wenus z Milo, pani ma ciało godne dłuta Praksitelesa... Ach, czemuż nie jestem Praksitelesem, Skopasem, Fidiaszem?... Rzeźbiłbym panią całe życie, nie oddał żadnego posągu nikomu. Ale jakbym miał żywą, prawda? To już i rzeźbić nie trzeba, prawda?... Co? Moja droga pani. Co?

Andzia zmierzyła go ostrym spojrzeniem, usta miała pełne wstrętu.

- Proszę, niech się pan odsunie ode mnie.

- Moja droga pani, będąc tak piękną, nie wolno być surową. Pani jest zazdrosna o własną urodę. Co?... Niech pani bierze przykład z Lory, to hojna kobieta, prawda? O, jak się do niej łasi Humbert, ja wiem wszystko, ale to nic, jest piękna... trzeba darować. Ona nie skąpi swych wdzięków, amatorów nie odpycha. Niech tak i pani robi, szkoda chować takie czary dla siebie...

- Panie Nordica, zakazuję panu mówić do mnie w ten sposób! - zawołała oburzona.

- Pardon, pardon! Ale co ja takiego powiedziałem? O piękności wolno zawsze mówić. Czemuż nie jestem malarzem, lub rzeźbiarzem, musiałbym wtedy panią...

Tarłówna szarpnęła się gwałtownie, jakby do ucieczki.

- Loro, wracajmy do domu, albo ja sama odjadę!

Nordica złapał ją za rękę, wyrwała mu ją z gniewem.

- Niech mnie pan nie dotyka!

- Niech pani nie przeszkadza Lorze, ona grucha z Humbertem a ja z panią, pani taka piękna...

Anna nie słyszała dalszych słów Roberta, przerażonymi oczami patrzyła na Lorę, której twarz pałała, oczy rzucały ognie namiętności, usta skrzywił spazm zmysłowej podniety. Twarz Humberta przy uchu Lory była wprost straszna, satyra czy fauna rozbestwionego.

Andzia pochwyciła kilka zdań z ich rozmowy i te żarem wstydu okropnego buchnęły na nią. Krew jej uderzyła do głowy.

Nordica także usłyszał, zaśmiał się cynicznie.

- Ma foi [38], pyszna anegdotka! Powtórzcie głośno, Lora, jak to było. Co?...

Andzia odwróciła się całą figurą do sali, nie chciała słuchać. Ale słowa bezwstydne bzykały jak osy dość głośno i dobitnie. Lora opowiadała anegdotę tak wyzutą z wszelkiej przyzwoitości, tak bezczelną, że Andzi zdawało się, że to jest naprawdę tylko potworny sen, ogarnęło ją uczucie panicznego strachu, że słucha takich rzeczy, że mówią to przy niej... Gdyby ujrzała się nagle obnażona, wrażenie chyba nie byłoby przykrzejsze. A Lora mówiła z zupełną swobodą. Humbert jej podpowiadał, Nordica akompaniował śmiechem.

- Słyszy pani? Co?... Panno Anno to zabawne, to kolosalne, niech pani na mnie spojrzy, trzeba się śmiać. Aa... Pani patrzy na tamtą parę? Są w pysznej komitywie, młodzieniec się rozchmurzył; o, uszczypnął ją... bravi, bravi!

W tej chwili weszło dwóch nowych panów. Rozbierali się z okryć i popatrzyli na Lorę,zerknęli na siebie, znowu na nią. Mijając stolik, uśmiechnęli się do niej dyskretnie, jak dobrzy znajomi. Ona błysnęła ku nim wzrokiem szelmowskim i cynicznie jakoś skrzywiła twarz. Andzia zdrętwiała. Nawet ona w tych uśmiechach zauważyła niedwuznaczne porozumienie się ludzi, będących z sobą w najściślejszych stosunkach.

Anna zrozumiała, że już dłużej tu nie wytrzyma, ucieknie sama. Bała się tych ludzi, nie wiedząc co z sobą począć. Nordica znowu przysunął twarz do niej i szeptał coraz bezczelniej.

Nagle w drzwiach stanął Horski.

Błyskawicznie rozejrzał się po sali. Zobaczył ich wreszcie tuż obok. Popatrzył na Andzię i Roberta, ona utkwiła w Horskim oczy rozszerzone, dojrzał w nich bardzo wiele; odrazę, wstyd, wstręt, a zarazem jakby lęk, przerażenie dziecka zbłąkanego w tłumie pijanych, nieme błaganie o ratunek. Prośbę w jej źrenicach Horski wyczytał tak wyraźną, że nie potrzebował słów. Powitał wszystkich dość chłodno i zaproszony skwapliwie przez Andzię siadł obok niej z drugiej strony.

Nordica namarszczył się zły, posiniał z gniewu. Humbert i Lora, zamieniwszy z Oskarem kilka słów, powrócili do własnej rozmowy. Horski natychmiast pochylił się do Andzi i rzekł po polsku:

- Odwiozę panią do domu, dobrze?

- Ach, panie, proszę mnie ratować, dłużej ani minuty! Widział pan?...

- Widzę wszystko. Odjeżdżamy zaraz.

Andzia wstała. Nordica ją przytrzymał.

- Dokąd pani?... Co to jest?

- Żegnam pana, jadę do domu. - Wyrwała mu rękę.

- Do domu, z opiekunem? - zaśmiał się podle. - Ja nie puszczę! Pani musi zostać z nami.

Znowu chwycił ją za rękaw i ciągnął do siebie.

Andzia zbladła śmiertelnie.

Horski odsunął ramię Nordicy z taką siłą, że tamten zachwiał się.

- Co to jest? Ma foi! Skandal! - wołał Robert, wytrzeszczając oczy na Horskiego.

Humbert próbował wstać z krzesła, lecz poczuł dziwną ociężałość, krzywiąc twarz boleśnie zawisł tak pomiędzy krzesłem i stołem, wsparty na nim rękami. Lora śmiała się. Nordica i Humbert protestowali głośno, podczas gdy Horski ubierał Andzię w płaszcz. Dziewczynie zęby szczękały. Robert skoczył do nich w pasji, ale Horski odgrodził go ręką od Andzi ruchem bardzo stanowczym, zmierzył obu panów wzrokiem tak zimnym, strasznym i przygwożdżającym, że obaj cofnęli się w milczeniu.

Horski złożył sztywny ukłon Lorze, podał ramię Andzi i wyprowadził ją z sali.

Przywołał auto Nordiców.

- Do willi państwa von Bredov.

Ulokował Andzię i usiadł przy niej. Była wzburzona, drżąca na całym ciele, prawie półprzytomna.

Rzeźwość nocy ocuciła ją.

- Ach, panie, to ohydne! To... okropne.

- Nic nadzwyczajnego, nawet bardzo pospolite, tylko pani była tam zbyteczna. Skąd powstał taki zamiar?

- Pojechaliśmy w góry na spacer, projekt Nordiców, nawet było bardzo ładnie, noc cudowna, potem tu zajechali. Czyż ja się mogłam spodziewać?

- Jestem niezmiernie rad, że panią wyratowałem. Wracałem także ze spaceru piechotą i poznałem samochód. Spytałem palacza, kto przybył, on mi powiedział, że i pani jest. Zdziwiłem się. Ale przeczucie mnie nie omyliło, pani była i miała wygląd torturowanej. To nie jest miejsce dla pani.

- Pan jest naprawdę bardzo dobry - rzekła serdecznym tonem, taki inny niż... tamci, taki inny.

Horski pochylił się ku niej.

- Jestem przede wszystkim egoistą, pragnąłbym mieć panią... tylko dla siebie.

Andzia milcząc podniosła na niego zdziwione oczy, on wyprostował się, patrzył na nią spod rzęs, długo, bez słów. Nie przemogła tego spojrzenia, wolno spuściła powieki.

Auto zatrzymało się.

Horski pomógł jej wysiąść i wprowadził do przedsionka willi. Zatrzymał dłużej rękę jej w swojej i patrząc w oczy Andzi, rzekł z nikłym uśmiechem, akcentując pewne słowa:

- Niech pani... pomimo to co powiedziałem, nie traci do mnie zaufania.

- Czy pani pamięta rozmowę naszą w la Turbie?

- Pamiętam... i...

- Proszę nie kończyć. Trzeba odstąpić od stawianych przez siebie zbyt surowych warunków.

- Więc powtarzam - pomimo wszystko niech mi pani ufa.

Prędko pocałował jej rękę i odszedł. Lokaj zamknął drzwi.

Andzia wchodziła na schody z głową pełną chaosu, niewygasłego jeszcze wzburzenia i świeżego niepokoju.

Blady świt wpełzał do otwartego okna i oświetlał szarosinawym blaskiem siedzącą przy nim dziewczynę.

Andzia nie mogła spać, udręczona rozmyślaniami nie próbowała więcej snu, w białym szlafroczku, otulona ciepłym szalem, czuwała, patrząc na morze.

Wieczór ubiegły przesądził zamiar, dojrzewający w niej już od pewnego czasu, postanowiła nieodwołalnie opuścić willę Nordiców i zamieszkać w Beaulieu, u przygodnej znajomej, która we własnej willi utrzymywała pensjonat. Tam będzie uwolniona od towarzystwa Nordicy i Humberta, miała ich dosyć. Lora ją razi na każdym kroku. Kilka tygodni jeszcze spędzi na Riwierze, ale inaczej, po swojemu.

Jeśliby Nordica i Humbert i tam się jej narzucali, da im ostatecznie odprawę. Zostanie tylko Horski, ten jest inny. A jednak i on staje się zagadkowy, wywołuje czasem niepokój dziwnymi słowami lub spojrzeniem.

Andzia przypominała sobie rozmowę w la Turbie ze szczegółami i słowa jego wypowiedziane wieczorem przy pożegnaniu, przedtem jeszcze w samochodzie. Czy można mu już ufać? Sama zresztą spostrzega jego zajęcie się nią, widzi to wybornie, instynktem kobiecym przeczuwa. Wie, że się podoba Horskiemu... i pochlebia jej to. Lubi jego towarzystwo, czasem ją drażni, zawsze imponuje. Jest w nim jakaś siła, która przykuwa. Nade wszystko działa on na nią uspokajająco swoim chłodem, bezpieczna czuje się przy nim.

W znajomości z Horskim Andzia nie przewidywała żadnych konsekwencji, nie zgłębiała tego stosunku, żyła teraźniejszością, w której Horski miał ładną rolę i to Andzi wystarczało. Wyjedzie wkrótce na Wołyń, może już go nigdy nie zobaczy, ale zachowa o nim jak najlepsze wspomnienie.

W ciszy świtu rozległ się warkot samochodu. Andzia wyjrzała przez okno.

...Przyjechali Nordicowie zaledwo teraz...

Cóż to za życie!

...Całą noc przepędzić w bezwstydzie...

...I Lora to znosi, to jej świat, jej pragnienia...

Tarłównie zaczęły powieki ciążyć ze znużenia. Zamknęła okno i podeszła do łóżka. Odrzuciła szal, włosy rozpuszczone jęła rozczesywać grzebieniem.

Wtem szczęknęła klamka u drzwi bocznych, wiodących do saloniku, naprzeciw pokoju panny Niemojskiej. Andzia odwrócona była do nich plecami, zasłonięta masą rozwianych włosów.

Usłyszawszy kroki obejrzała się gwałtownie.

Przed nią stał Robert Nordica, bez surduta, pijany, straszny.

Andzi zabrakło tchu w piersiach. Krzyk uwiązł jej w gardle. Cofnęła się w tył przerażona. On skoczył do niej jak zwierz i chwycił w ramiona.

- Czekałem długo na tę chwilę... Muszę cię mieć... tu zaraz...

- Precz! - krzyknęła Andzia.

Uderzyła go w twarz z całej siły, odpychając na środek pokoju. Rzucił się do niej wściekły, z jakimś nieludzkim rykiem, ale Andzia dopadła do drzwi, szarpnęła je i omal nie przewróciła panny Eweliny, biegnącej na ratunek. Zgrzytnął zamek w chwili, gdy Nordica runął na zaporę całym ciałem. Klął i targał drzwiami jak szalony.

Andzia okropnie blada, z włosami w nieładzie, nacisnęła energicznie guzik od dzwonka, dyszała oburzeniem, trzęsła się z wysiłku i trwogi.

Wbiegł lokaj i pokojówka Lory, Vittoryna.

Anna wskazała im zamknięte drzwi.

- Tam jest wasz pan, pijany jak bydlę, wyprowadźcie go natychmiast!

Służba zdziwiona, usłyszawszy za drzwiami klątwy i sapanie Nordicy wyszła pospiesznie.

Tarłówna zawołała do Eweliny:

- Wyjeżdżamy stąd pierwszym pociągiem, trzeba rzeczy spakować.

W parę godzin potem, wczesnym rankiem, Andzia i panna Niemojska wsiadły do pociągu, dążącego w stronę Nicei.

W willi Nordiców prócz służby nikt o tym nie wiedział. Wszyscy spali.

W samo południe zjawił się Horski. Zdumienie jego nie miało granic, gdy na zapytanie o Tarłównę lokaj powiedział mu, że obie panie wyjechały rannym pociągiem ze wszystkimi rzeczami. Oskar zażądał widzenia się z Lorą, lecz obojga Nordiców nie było w willi. Zagadkowe miny służących zastanowiły go, wypytywać nie chciał.

...Co to jest? - Czy ona obraziła się na mnie, czy uciekła przed tamtymi?...

Lokaj, widząc jego wielkopański chłód, nie śmiał nic objaśniać, rzekł tylko jakby rzecz zwykłą:

- Pan von Bredov Nordica odjeżdża dzisiaj do Paryża. Sliping_car zamówiony.

Horskiemu błysnęły oczy. Poszedł na dworzec kolejowy i przeprowadził badanie ze ścisłością detektywa. Wkrótce potem kupował przy kasie bilet do Beaulieu.



X

Inkwizytor

Małe saneczki zaprzężone w mechatego konika sunęły żwawo polną dróżką po śniegu mokrym jak piana.

Chłopak w świtce i czapce rogatej wywijał batem nad szkapiną, goniąc oczami stada rozkrakanych wron. Naprzeciw saneczek, w odległości paru wiorst, po tej samej drożynie szedł Jan Smoczyński krokiem prędkim i niecierpliwym. Z bladej twarzy młodzieńca wyzierało zmęczenie, oczy świeciły niezdrowym płomieniem. Krótki zarost jasny, okalający jego ostry, chudy profil, dodawał mu powagi nad wiek. Głowę miał pochyloną, zgiętą troszkę w karku, jakby pod ciężarem troski. Postawił kołnierz od kożuszka, ręce włożył w rękawy i tak przygarbiony dążył spiesznie, stawiając szerokie kroki po kopnej, oślizgłej drodze.

Ciche były pola wołyńskie pod białą powłoką zimy. Ostatnie śniegi przedwiosenne spadły obficie, pokryły siedziby ludzkie, głuche przestrzenie borów i pól, ale nie miały już w sobie mroźnej tężyzny; miękkie, wodniste puchy rozpływały się pod stopą ludzką, płozy sań czyniły w nich bruzdy głębokie, aż do czarnej ziemi.

Wiosna szła, niepewna jeszcze, lękliwa, poprzedzana tylko przez skowronka, trelującego nad martwotą łanów, nie wyzwolonych od ciężaru zimy.

Pływały w powietrzu prądy nikłe, zapowiadały nadchodzący poranek roku. Jak przed świtem dnia zaczyna się ruch w naturze, tak i teraz było już coś w przestrzeni, co oznaczało zbliżenie się dorocznej jutrzenki - wiosny. Chłód panował przejmujący, wilgoć buchała z ziemi, roniły ją chmury deszczem nabrzmiałe, słoty wisiały, grożąc śniegom bezlitosną zagładą.

Jan podniósł głowę, badał wzrokiem przestrzeń przed sobą. Dojrzał w bliskiej perspektywie wysokie topole rezydencji turzerogskiej i szczyt wielkiego domu, zwanego pałacem. Na tle białych rozłogów odcinały się ponuro drzewa parku, ściany budynków z tym odłamem dachu, spod którego widać było okna i balkon pokoju zajmowanego niegdyś przez Andzię. Jak tam kwitły wtedy czerwone pelargonie i fuksje, wiatr wywiewał muślinowe firanki. Dziś gołębie zapomniały o swej karmicielce, nie zlatują na balkon. Wszystko stoi głuche, jakby żałobą pokryte.

Jan westchnął. W wyobraźni widział Andzię na Riwierze, wśród nieznanych mu widoków, zawsze taką samą, śliczną, może piękniejszą niż dawniej. Nie umiał uplastycznić tych wizji. Czy Andzia jest teraz smutna i tęskniąca, jaka była zawsze od śmierci Andrzeja, czy też powróciła jej dawna żywość, młodzieńczość tryskająca krasą, która ją cechowała? Z listów jej, bardzo rzadkich i krótkich Jan nic nie mógł wnioskować, osobistych wrażeń skąpiła mu, zaledwo w kilku słowach kreśląc poznane miejscowości. Wolałby usłyszeć coś o niej samej, aby odgadnąć stan jej duszy. Skrytość Andzi bolała go. Minęło dwa miesiące od jej wyjazdu, nie obiecywała jeszcze powrotu, choć już połowa marca. Nie myśli o ślubie z nim... Jego marzenie jej nie dosięga. Riwiera pochłonęła ją i trzyma. W zapusty siedemnastoletni Januszek Kościesza, przyjechawszy ze szkół do domu, pokazywał Janowi listy od Andzi, obszerne z wyczerpującym opisem jasnego brzegu i morza. Chłopak, będąc zawsze złośliwy, dogadywał Janowi, że Andzia już nie wróci, bo albo się utopi z rozpaczy po Olelkowiczu, albo złapie ją jaki Francuz i już tam z nim zamieszka, Toporzyska zaś, Draków i Wilczary zostaną dla niego, Janusza Kościeszy. Tak się należy; baby nie powinny dostawać majątków.

Z wywodów naiwnych młodzieniaszka, podobnego do swego papy, Jan wywnioskował tylko to, że Andzia woli pisywać listy do przyrodniego brata, niż do niego, bo pisząc do Janusza nie czuje się w obowiązku odkrywania swej duszy; posyła mu opisy z podróży, wrażenia czysto zewnętrzne, nic ją w tym nie krępuje. Podczas, gdy w listach do niego trzyma ją jakaś siła, tamując nawet powierzchowne wynurzenia.

Co ona odpowie na list ostatni?

...Gdybyż wróciła! Za parę miesięcy mógłby być ślub.

Jan pragnął tego, jak ptak zamknięty w klatce pragnie wolności.

Czekał na przyszłość jasną, pracując cicho w Smoczewie, który chciał uporządkować na przyjęcie Andzi.

Martwił się, że domek za ciasny, że ubogo tu dla niej, ale wierzył, że swą miłością potężną wynagrodzi jej wszystko. Otoczy ją uczuciem, najtkliwszym, będzie dla niej mężem, bratem i... sługą. U nóg go swoich będzie miała, niewolnika w miłowaniu tak przeogromnym, że nawet miłość Olelkowicza nie byłaby większa. Czy przy jego boku zblednie w niej pamięć o tamtym?... On pozwoli na wspomnienia o Andrzeju, byle tylko była jego żoną i choć trochę go kochała.

Gdybyż to nastąpiło prędzej! Radość nieziemska z widoku jej i wyzwolenie.

Jan miewał dużo przykrości od Kościeszy. Posępny tyran siedział w Turzerogach zupełnie samotnie i korzystał z każdej okoliczności, aby jadem swym zatruwać narzeczonego Andzi. Jeśli on sam unikał Turzerogów, Kościesza pod byle pozorem pisał do niego zjadliwe listy, w których jawnie wyrażał swą pogardę, niechęć, ironizował w obrzydły sposób każdy postępek Smoczyńskiego. Dawał mu do zrozumienia, że użyli z matką podstępu wobec Andzi, że ją tyranizuje, zmuszając do niemiłego dla niej związku, że wreszcie takie przysięgi pod naciskiem ostatniej woli umierającej są barbarzyństwem godnym potępienia. Kulturalny człowiek nie powinien się zgodzić na podobną ofiarę... ale... szkoda takiego kąska złotego, storturowanie jej nie odbije się wszakże na jej majątkach.

...Dobrze wiedziała o tym ciotka Malwina, wyczekała odpowiedniej chwili dla ugruntowania swych marzeń, od urodzenia Andzi pielęgnowanych, a zapewniających synowi świetną przyszłość. Przeczuła, że w warunkach zwykłych nie osiągnęłaby od Andzi takiego przyrzeczenia.

Jan musiał nader często łykać podobne trutki, zadawane mu przez Kościeszę w różnych dozach i formach. Nieraz doprowadzony się czuł do ostateczności, chciał zwracać Andzi słowo i zastrzelić się. Powstrzymywała go zawsze myśl o niej; bo co się z nią stanie? Znowu Kościesza zawładnie nią, zgnębi ją ostatecznie.

Ale czy Kościesza do swojej trutki nie dodaje atomu prawdy?

Jan nie przeczuwał, że tak jest rzeczywiście, nawet sam Kościesza nie domyślił się, w jak dużej mierze dołączał prawdę do własnych złośliwości.

O rozpaczy Andzi żaden z nich nie wiedział.

Smoczyński cierpiał i znosił z upokorzeniem dotkliwe przymówki Kościeszy. Miał z nim kilka scen gwałtowniejszych, ale wszystko pokrywała miłość dla Andzi i oczekiwanie jej przyjazdu.

Wyzbył się ambicji dla niej, targano jego honor, on nie bronił, byle ją zdobyć, byle ją mieć dla siebie i nie utracić. Nawiedzające go myśli samobójstwa oddalał z przerażeniem, bo na wyrzeczenie się Andzi nie miał sił.

Niech go Kościesza depcze, niech mu pluje w twarz, niech mu serce rwie na kawały, miażdży duszę... będzie milczał, bo Andzia obiecała mu być żoną. Gdy nastąpi ten dzień wielki, wówczas męka jego obecna przeistoczy się w szczęście olbrzymie, najgorsze katusze będą niczym i zresztą wtedy upaść muszą.

Zobaczył sanki, na dróżce pędzące cwałem. Parobek ujrzał go i pospieszał. Jan ruszył naprzód z bijącym sercem, kroki stawiał niewiarogodnie szerokie.

Zrównał się z saneczkami.

- Stój, Wasyl! Masz listy?... Dawaj!

- Jest. Panyczu pyśma i gazety, w chustku zamotał, da za pazuchoj.

- Dawajże prędzej!

Chłop gramolił się długo. Jan o mało go nie rozszarpał.

Chwycił gazety, targał je...

Wyjął list. Ten sam stempel montekarloski, pismo Andzi.

- I drugi także Monte Carlo, Boże! To od niej? Nie, charakter odmienny, od Lory?... Też nie...

Smoczyński rozerwał ten drugi.

"Kochany panie Janie!"

- Któż to?... - podpis: Ewelina Niemojska. Ona do mnie?

- Co to jest? Stało się coś, Jezus Maria!

Jak wariat głośno wykrzykiwał, nie zważając na zdziwionego chłopa.

Wskoczył na saneczki. Do domu! Tam dopiero przeczyta.

Kazał ćwiczyć konia, pędzili, ile sił starczyło w szkapinie.

Niepokój szalony wichrzył w muzgu młodzieńca, list Eweliny palił go w rękę, kopertę Andzi trzymał przy ustach i drżał, czekał z upragnieniem i trwogą chwili czytania.

List Niemojskiej był dla niego groźną zagadką.

Może to zwiastun nieszczęścia?

Sanki nie dojechały do ganku. Jan wyskoczył z nich, wpadł do domu i zamknął się w swoim pokoju. Chłonął list Eweliny.

Tarł czoło dłonią, brwi marszczył, bladł i czerwieniał.

- Czego ona chce ode mnie, co to znaczy?

"...Andzia jest zdenerwowana, nie można jej męczyć, nie można drażnić..."

- Ja męczę Andzię?... Mój Boże miły!... Czym?

"Trzeba ją oszczędzać, bo jej apatia nie przeminęła, smutek ją dręczy, ale Riwiera działa na nią zbawiennie, fizycznie poprawiła się bardzo, niech ją pan jeszcze nie niepokoi..."

- Czym, na miłość boską? Czym?... Co tej Ewelinie do głowy strzeliło?

Czytał i nic nie rozumiał, czego właściwie od niego chcą.

Stara nauczycielka zastrzegła się parokrotnie, że pisze bez wiedzy Andzi, że prosi go z własnej inicjatywy, bo czuje, że tak trzeba dla dobra Anulki...

- Albo dostałem pomieszania zmysłów, albo to jakieś kręcenie, całkiem niedorzeczne - burknął.

List istotnie był zagmatwany, plątały się słowa, mnóstwo niedomówień czyniło go trudnym do odgadnięcia, zwłaszcza w podnieceniu Jana, który oczekiwał czegoś konkretnego. Jednakże dało się odczuwać, że osoba pisząca kołowała wciąż blisko przedmiotu będącego treścią listu, lecz nie wymieniała go umyślnie, w przekonaniu, że będzie zrozumiana. Zakończenie, jak często bywa w listach kobiecych, stanowiło punkt ciężkości całego pisma.

"O powrót nasz niech drogi pan nie zabiega, Andzi trzeba zostawić swobodę myśli i czynów, to dla jej spokoju niezbędne..."

- Aha!... W tym leży sedno sprawy?

Jan z przykrym śmiechem rzucił arkusz i wziął list narzeczonej.

- Czy i tu taka sama dyplomacja?

Z namaszczeniem, wolno rozcinał kopertę, rozkoszował się literami stawianymi przez Andzię. Jak dzieciak ucałował złamane ćwiartki, rozwinął i zaczął czytać.

Minęło parę długich godzin, zanim Jan oderwał się od tej lektury. Doznawał uczuć rozbieżnych. Nie wiedział, czy być wdzięcznym Andzi, czy płakać, czy śmiać się? A jednak list pełen obietnic. Nie odmawia mu szczęścia, lecz go nie daje. Wszystkie jego projekty i prośby są przyjęte, przyjeżdża za trzy tygodnie, wzmiankuje o ślubie, myśli o tym, jemu pozostawia wyznaczenie terminu, żadnej opozycji, wahania, nic! A pomimo to...

Jan w obłąkaniu biegał po pokoju, palce łamał w stawach.

Jakże rozumieć na przykład taki zestaw zdań:

"Kiedy zechcesz ślubu, wówczas będzie, mnie na tym nic nie zależy, aby odkładać, zresztą co już postanowione, niech się spełni..."

Albo to:

"Morze odrodziło mnie fizycznie, zabawię tu jeszcze parę tygodni, aby zaczerpnąć jak najwięcej tchu do życia, ale Riwiera przykuwa, zapewne dlatego, że czar tutejszego klimatu zapominać każe o chmurach północy."

...Cały list w tym tonie, ona pisząc miała piersi pełne westchnień?

Teraz Jan zrozumiał list Eweliny. Ona te westchnienia słyszała, pod ich wpływem kreśliła do niego własne słowa. Ona go ostrzega: trzeba zostawić Andzi swobodę myśli i czynów, aby nabrała jak najwięcej tchu... tchu do życia... więc do życia z nim? A Riwiera przykuwa, zapomina się, że chmury są na północy, ha, ha! Tak, są chmury, nad Smoczewem wiszą, nad dniem ich ślubu, północ czeka ją tu ponura, zimna.

- Och Andziu! - jęknął Jan, łamiąc ręce nad głową.

...Nie kocha mnie! Przecież to widoczne! Jest łagodna, smutna, bierna. Czy taką byłaś Andziu dla Olelkowicza? Tak, tak! Uciekłaś z domu dla niego. Wyzwałaś do walki ojczyma i zmusiłaś go do ustępstwa.

A potem, gdy tamten zginął, świat zamarł dla ciebie. Błąkałaś się Andziu, po lasach zaśnieżonych Temnego Hradu, aby tęsknić za tamtym... Temnyj Hrad i mogiła w Dubowej to był twój świat, twoje życie...

A teraz boisz się chmur północnych...

Mnie się boisz? Zapomniałaś o wszystkim, co tu zostawiłaś, co jest abstrakcją i co jest realizmem, byle uciec ode mnie.

W Turzerogach nie ma już ochronki twojej, wszystko upadło, bo o tym, co jeszcze kochałaś, zapomniałaś. I szkółkę Kościesza skasował, zrobił tam skład jakiś. Zmarniały twoje dzieła. Ty nie wracasz tu, bo się mnie boisz, bo przeraża cię moja miłość i... ślub.

Jan wybuchnął płaczem, miał serce wezbrane żalem, bólem straszliwym. W przystępie goryczy wyrzucał zmarłej matce, że wolą swą narzuconą Andzi dała mu zakosztować złudy szczęścia, tylko złudy. Głos wewnętrzny szeptał z ironią, że nie trzeba się było zgadzać na taką ofiarę Andzi, obecnie następują konsekwencje. Płakał jak dziecko z innym uczuciem niż przed laty, nad stawami w Turzerogach, w uczniowskiej bluzie, ale jeszcze rozpaczliwiej.

Wówczas zabroniono mu marzeń o niej, dziś ona sama wzbrania mu tego...

Rozpacz Jana przeistaczała się w zawziętość. Nie będzie jej miał promieniującej szczęściem, ale będzie jego.

Wmawiał sobie, że i jemu należy się odrobina radości w życiu. Nie otrzyma od niej upojeń miłosnych, więc sam je dla siebie wytworzy, choćby w fakcie, że będzie jego żoną. Ona już przeżyła swój szał uczuć najgorętszych, on ma go stale w niej zawarty i oczekuje nań i weźmie prawem silniejszym nad wszelkie względy altruistyczne, prawem własnego egoizmu. Idea osobistego szczęścia zwalczy szlachetne porywy, odzywające się niekiedy w duszy, aby Andzi nie unieszczęśliwiać. Sama mu się ofiarowuje, wiedziona koniecznością dotrzymania przysięgi, zatem brać ją bez wnikania w istotę jej psychiki i bez skrupułów. Szczęście trzeba łapać całą garścią, bez zastrzeżeń, czy oświetla je zorza purpurowa, czy tylko sztuczne światełko.

Młodzieniec potęgował w sobie zaborczą zawziętość wobec Andzi, a jednocześnie łez gorzkich zatamować nie potrafił. Płynęły coraz obfitsze i piekące, przecząc wszelkim rozumowaniom praktycznym.

Wieczór zapadł ciemny, wilgotny od drobnej sieczki deszczowej, zacinającej w okna. Tajały ostatnie śniegi pod chłostą marcowej słoty. Jan zamknięty u siebie płakał za rozwianą złudą szczęścia.

Topniały w nim ostatki nadziei, że szczęście zdobyte w ten sposób, może być szczęściem.

Żył teraz w nieustającej męce, pragnął przyjazdu Andzi i jednocześnie chciałby odłożyć tę chwilę do nieskończoności. Nie pisał do niej, czekał. Nie zajmował się niczym, przesiadując w domu, najczęściej w swoim pokoju zamknięty z listem Andzi.

Wertował go tak często, że już go umiał na pamięć. Andzia nie pisała więcej, szczęście Jana zawisło w niepewności.

Któregoś dnia wezwał go do siebie Kościesza. Jan odmówił przyjścia, dając jakiś drobny powód. Kościesza nie ustąpił, atakował go parę razy, bezskutecznie, nareszcie któregoś ranka sam przyjechał do Smoczewa. Jan wyszedł blady, bardzo zmieniony. Ojczym Tarłówny patrzył na niego uważnie, wreszcie rzekł grobowym swym głosem:

- Znękany pan jesteś... Widzę, to było do przewidzenia. Miłe złego początki, ale koniec żałosny.

Jan spochmurniał.

- O czym pan mówi, nie rozumiem?

- Proszę nie udawać, wiem wszystko. Anna odmówiła panu. Powtarzam, to było do przewidzenia.

- Jest pan w błędzie, nic podobnego nie zaszło - wykrztusił Jan z ukrytym przerażeniem w duszy.

- Miał pan list od Andzi?

- Miałem i teraz ja z kolei powtarzam: jest pan w błędzie.

- Łudź się młodzieńcze, owszem, to dewiza twego życia. Pielęgnuj nadzieję jak najdłużej.

Smoczyński już chciał list Andzi rzucić mu w twarz, ale się powstrzymał.

...Taki list pokazać?... Niemożliwe!

- Czy mogę wiedzieć, co pana skłoniło do przyjazdu tutaj? - spytał sucho.

Kościesza zmierzył go wzrokiem.

- Nie miałem zamiaru odwiedzać pana i zapytanie to jest nieprzyzwoite. Wybaczam z powodu ważności sprawy, która mnie aż tu popchnęła. Wzywałem kilka razy, nie przybyłeś pan do mnie, ja sam musiałem się fatygować.

- Przepraszam. Jakaż to sprawa?

- Czy pan wie, kim jest Lora?

- Lora, moja siostra?

- No tak, tak, ta sama, kim jest teraz?

- Nie rozumiem pytania? Lora jest zamężna, nazywa się von Bredov Nordica i mieszka stale w Monte Carlo...

- Lora jest prostytutką.

Jan poczerwieniał. Zahuczało mu w głowie od napływu krwi.

- Panie Kościesza, to podłość! To, to...

- Razi pana ta nazwa?... Więc ją złagodzę; Lora jest kokotą, grandesą, jak tam nazywają, nierządnicą jawną, pod protektoratem bardzo wygodnego męża. W takim domu przebywa pańska narzeczona, ha, ha.

- Jak pan śmie ubliżać mi w ten sposób?! To niegodnie, bezczelnie!

- Nie rzucaj się młodzieńcze, twoje gniewy nie przestraszą mnie. Rzecz jest sprawdzona. To fakt! Pańska siostra była materiałem bardzo podatnym do takiej egzystencji, przypomnijmy Oksztę w Wilczarach; wiemy, do czego tam doszło, to dosyć. Okszta był impresariem panny Lory na arenę rozpusty. Poradziła sobie łatwo, złapała nawet męża bogatego, służy jej za parawan dla naiwnych. Oo, mądra osoba! Cóż pan taki zaperzony?... Wierzyłeś pan w cnotę siostruni?... Ha, ha! Ładnieś pan ulokował narzeczoną. W takim domu... Andzia...

- Skąd te wiadomości? Czy to nowa obelga dla mnie? Nowy policzek?... Panie Kościesza, jeśli to kłamstwo, ja sprawdzę, ale... wówczas pan odpowie mi za to! Cierpiałem dość, więcej nie zniosę! Nie będę uważał, że pan jest ojczymem Andzi. Za taką haniebną potwarz...

- Cóż mi zrobisz, młodzieńcze? Będziesz się ze mną pojedynkował?... Ha, ha, ha!

- Strzelę panu w łeb, jak psu! - krzyknął Smoczyński ochrypły z rozpaczy.

- Powoli, powoli kawalerze, nie zapominaj, z kim mówisz. Mogę cię kazać związać.

- W moim własnym domu? To się nie uda, ja zaś potrafię pana z mego domu...

Ręka, którą chciał wskazać drzwi Kościeszy opadła, głos zamarł...

...To ojczym Andzi...

Kościesza schwycił go za ramiona, gniótł je w pasji najwyższej.

- Słuchaj ty... ty smyku, nie kąsaj jak wesz, bo cię rozcisnę. Zapowiadam ci, że mężem Tarłówny nie zostaniesz. Ja nie pozwolę na to, ona sama zerwie, ona tobą gardzi, nienawidzi ciebie. Zniewoliliście ją szantażem, ta przysięga to szantaż, wyzysk podły, aby złapać jej majątki. Każdy się na tym poznał i ona również...

- Panie Kościesza, dość! Stracę panowanie nad sobą.

- Milcz i słuchaj. Anna przed tobą uciekła do Lory, towarzystwo tej ladacznicy zdeprawuje ją, przez ciebie, ciemięgo. Ona przebywa stale wśród łotrów; jakiś hrabia włoski... kanalia, twój szwagierek ladaco, jakiś stary łobóz montecarloski nie odstępują jej, uczą grać w hazard, umoralniają. Andzia już grubo gra w ruletę, zamiast tęsknić za tobą. Ha, ha, ha! Nie wytrzeszczaj na mnie oczu jak żaba, kawalerze. Lora dba, aby posażek był wasz, tylko ja bym na to nie pozwolił, nigdy.

Jan z jękiem zasłonił oczy obiema rękami, opuszczały go siły i przytomność. Słabł. Kościesza pochylony do niego rzęził mu do ucha:

- Moja interwencja niepotrzebna. Andzia sama sobie poradzi. Jest tam zrujnowany dżentelmen Polak, ha, ha! Gracz asystuje Annie, przestają z sobą, on urządzi figla rodzeństwu Smoczyńskim, nawet Lorka kokotka nie przeszkodzi. Czekaj listu, kawalerze, będzie odprawa dla ciebie. No, cóż to, mdlejesz smyku? Słuchaj, bez komedii, bo to nie ze mną...

Jan słaniał się w tył, blady jak wosk, usta otwarte, zamknięte oczy, wyglądał jak umarły.

Walił się na ziemię. Kościesza chwycił go w powietrzu i rzucił na otomanę.

- Jeszcze tu hałasu narobi. Amant!

Jan omdlał.

Kościesza cicho wyszedł.



XI

Na szynach

Smoczyński ocknął się i ujrzał nad sobą klucznicę Butkowską. Oblewała mu twarz wodą, zrzędząc po swojemu:

- Przemęczył ty się, panicz, ni do jedzenia, ni do spania nie namówisz. Tak i zemrzesz z tej turbacji. Jak pusty brzuch, a w głowie pełno i tak głowa przeważy. Ot i zamroczyło. Smutek wie, z jakiej przyczyny przyjeżdżał turzerogski pan, tyle wiadomo, że nic dobrego nie przywiózł. On zawsze taki, Sodomę i Gomorę z sobą nosi. Wstawaj panicz, jeść dam, toż ty od wczoraj w gębie nic nie miał.

Jan usiadł na otomanie, podniesiony przez gospodynię.

- Dziękuję wam, Butkowska, zostawcie mnie samego.

- Ot, zachciałeś, panicz, jeszcze by czego, żebyś znowu nogi wyciągnął? A toż i Grześko borowy czeka na panicza, z jakimści interesem.

- Grześko?... Czego chce?...

- Chce do samego panicza. Ale naprzód jeść dam, jajecznicy z słoninką uskwarzę. Obiad jeszcze nie gotów.

- Nie będę jadł. Wołajcie Grześka.

Klucznica mrucząc wyszła.

Jan ścisnął dłońmi głowę, chłodną od wody.

- Co ja teraz pocznę?... Co ja pocznę... To kłamstwo! Wszystko zełgał.

W drzwiach stanął Grześko, prosty jak zawsze, ze starczą głową na barkach.

- Pochwalony! Podobno panicz był chory, Boże chorony? Niepotrzebny ja tu, ale że pani Butkowska wołała.

- Jaką macie sprawę, Grzesiu? Dawno was nie widziałem. Siadajcie, stary, ot tu.

- Oj, że wy paniczu zmarnieli! Czy to choroba gryzie czy inna jakowaś udręka? Całkiem jak mgła.

- Trochę jestem chory.

- Trza się kurować, a to bojarzynka przyjedzie, daj tak zobaczy. Kiepsko!

Przez twarz Jana przebiegły drgania nerwowe. Zdawało się mu, że w głosie starego dosłyszał odrobinę ironii.

- A prędko ona, gołąbka, przyjedzie już? Tuży się bez niej. Bywało, przyjdę do Turzerogów, da choć popatrzę, abo i tu jak chorowała matusia, zajdę, daj pogadam, nad smutkiem biednieńkiej powzdycham. To i lżej człowiekowi. A teraz ona sieroteńka daleko, na skraju świata, to i nie wiadomo, co z nią.

Jan milczał. Grześ po długiej minucie spytał znowu:

- A pisałaż ona do panicza?

- Pisała.

- Boże chorony, kiedyż wróci?

- Nie wiem.

- Ot tobie i masz! Źle, kiedy już i panicz nie wie. Był ja u nowotnego pana rządcy z Drakowa, co teraz w Wilczarach kontrolę lasów robi. Pytał się jego o bojarzynkę, ale to taki nieużyty, nic nie powiedział, daj jeszcze zwymyślał.

- Skądże nowy rządca drakowski może wiedzieć o panience?

- A onże tam był.

- Gdzie był?

- A nad morzem, tam gdzie pannuńcia nasza, za granicą. Niby to panicz nie wie?

- Grześkowi się zdaje, że jest tylko jedno morze i że zagranica to takie miasto jak Łuck, Równo, Dubno. Zagranica duża i szeroka, bo to cały świat.

Stary obraził się.

- Panicz mnie za durnego ma, nie taki ja głupi. Wiem dobrze o tym, że pan Wereżba z Drakowa jeździł tam, gdzie jest bojarzynka, a posyłał go turzerogski dziedzic.

Jan powstał z krzesła bardzo blady i podszedł do borowego.

- Co wam paniczu?... Boże chorony...

- Nic, nic. Czy na pewno Wereżba jeździł do Monte Carlo?

- Jak to się nazywa, to ja nie wiem, ale jest prawda, że tam był, gdzie bojarzynka.

- I widział się... z nią? Gadajcie!

Grześko wstał również, patrzył na Jana i kiwał głową smutnie.

- Już ja zwęszył to, ja czuję, że panicz nic nie wie. Wereżba nie chciał nic mówić i przepędził... Tak ja już miarkuję. Pan Kościesza wysłał rządcę na przeszpiegi. Boże chorony, on to potrafi, a dobrał sobie majstra. Owaa!

Smoczyńskiemu zrobiło się nagle jasno w mózgu. Zrozumiał wszystko, ale tym bardziej rozpacz i śmiertelne przerażenie skuło mu serce.

...Więc to istotnie zbadane... to prawda?

...Czy tylko potwarz Kościeszy?

...A może Wereżba był pośrednikiem intrygi z Andzią? Może coś przeciw niemu uknuto i te listy to pierwsze zwiastuny?

- Co panicz taki blednieńki?... Durny ja był, że przyszedł, ale dumał sobie tak; pan Wereżba nieużyty, nie chce mówić, to pójdę do panicza, toć on pewno wie wszystko. A ot, jaka sztuka! Szachrajstwo to jest, daj już, zwyczajnie, jak pan Kościesza. Tyle, że Chwedźka nie ma. Ale żeby pan Wereżba na takie sprawy szedł. No, no!

Jan otrząsnął się z ciężkich myśli. Katowały go one bezlitośnie. Chłosta była okrutna, a może być jeszcze gorsza. Przyszła nagła decyzja.

- Zaraz, natychmiast jedziemy do Wilczar.

- Do pana Wereżby?

- Tak jest. Niech Wasyl zaprzęga.

Nie pomogły błagania i lamenty Butkowskiej. Jan uparł się i pojechał bez obiadu. Grześ mu towarzyszył. Przeczuwał, że się coś dzieje, ale nie śmiał pytać.

Jan pogrążony w swych tragicznych myślach nie odzywał się wcale do starego.

Późnym wieczorem stanęli w Wilczarach. Okna leśniczówki płonęły światłem.

- Co tu, bal?

- Boże chorony, to tak co dzień paniczu. Widomo! Naczelnik Łechtienko, telegrafista, pan rządca drakowski, daj w karty. Nadleśny tylko głową kiwa, da kiwa, jego nie wciągną, a co zrobi.

Podjechali cicho, powitani przez psy. Z okien padały długie słupy światła. Janowi nagle, nie wiedzieć skąd, przyszło wspomnienie, jak przed laty z Andzią i Grześkiem tak samo zbliżali się do leśniczówki, wracali z szyn, na których leżała Andzia. Tak samo witały ich psy, a w leśniczówce był Łechtienko, bali się, że ich oskarży przed Kościeszą.

...Ile lat, ile lat... Już siódmy rok dobiega. W czerwcu to było... Andzia podlotek, z piaskiem we włoskach i na bucikach. Andzia taka wówczas jego własna. Och, czasy, czasy! Niepowrotne dni szczęścia.

Weszli do sieni. Drzwi od pierwszego pokoju półotwarte. Słychać rozmowę, śmiechy, dym papierosowy kłębi się.

- Ee, naczelniku, furda karty! w ruletkę zagramy; przywiozłem taką małą, ręczną. Głupia ona wobec prawdziwej, ale tamta daleko, a ta blisko...


Spiwała raz Marusia
oj ne choczu Petrusia
bo Petruś dałeko
bo Petruś dałeko.
Na szczo tylki trudu
z Hryćkom żyty budu
Hrycio mij myłeńkij
bo Hryćko błyzeńkij.


Zaśpiewał czyjś przepity głos.

- Prawda, prawda! Lepszy wróbel w garści niż sikora na dachu, mówi przysłowie. Nie ma prawdziwej rulety, jest imitacja. Hej piwa, Oksena! Dawaj żywo!

- Powiedz pan, czego wy jeździli do Monaco? Ha! Sekret chyba jaki czy co? Ja nie wydam, czesnoje słowo.

- Widzi naczelnik, sekret nie sekret, ale gadać nie trzeba, ja po pannę Tarłównę jeździł. Zasiedziała się za długo. A tu narzeczony czeka.

- Ha, co?... Tak łżecie, aż wam przez wierzch idzie, panie uprawlajuszczyj. Nu niczego! Kto łże, ten dyplomat. Ja posłuszny, niech i tak będzie. Mużyki gadajut: "polityka to czysta brechnia". Wam trzeba polityki?... Możno...

Jan stał i słuchał czując, żesię czerwieni jak żak, który sam nie wie, co z sobą zrobić. Bał się, że go spostrzegą przez uchylone drzwi i nie miał odwrotu. Dobiła go pewność, że Wereżba był w Monte, ciekawe tylko, co tam robił... i... co widział? Grześko zawiadomił dziewkę, Oksenę, o przybyciu Smoczyńskiego. Kazał oznajmić rządcy i wywołać go do gabinetu z drugiej strony sieni.

Wprowadził tam Jana, zmieszanego w najwyższym stopniu. Czy potrafi wykrztusić przed Wereżbą swe pytanie?

Uczuł upokorzenie straszne i wstręt.

...O kogo będę pytał?

...O Lorę będę się wywiadywał, o Andzię? Od obcego, od szpiega?

...Jakaż podła moja rola.

...A jeśli on mi nic nie powie, potraktuje jak Grześka?

...Nie, wszakże jestem jej narzeczonym, przyszłym mężem jego pryncypałki. Cóż za ironia!

...Jakaż wstrętna rola, pytać. Śledzić czyny własnej siostry... narzeczonej. Okrutne!

...A jeśli Kościesza zrobił intrygę przeciw niemu? Jeśli skłamał, że Lora, że Andzia...

...Wówczas tym bardziej nic się nie dowiem. Wereżba nie powie.

...Dziki pomysł przyjścia tu, jeszcze ta kompania, pijatyka...

Rządca z Drakowa wszedł prędko, zatrzymał się. Obrzucił Jana zdziwionym spojrzeniem.

- Sądziłem, że omyłka. Wszak pan Smoczyński? - spytał z widocznym zaciekawieniem na chytrej twarzy.

- Tak panie.

- Wereżba do usług. Czym mogę panu służyć?

Jan nie podał mu ręki.

- Chcę od pana pewnych informacji. Ale najpierw niech pan zamknie drzwi, tamci panowie słuchają.

- O, to się zrobi, w ten moment. Tamci panowie także myśleli, że omyłka. Pan tu, o takiej porze, w deszcz... Nikt nie przypuszczał...

Podszedł do drzwi i zamknął je, dając znak oczami swym towarzyszom, krążącym zbyt blisko i ciekawie. Powróciwszy siadł naprzeciw Jana.

- Jestem na rozkazy.

Jan przełamywał się ostatecznie. Panował nad głosem swym i nad wyrazem twarzy. Wereżba pilnie mu się przypatrywał.

- W jakim celu jeździł pan do Monte Carlo? - spytał obcesowo trochę, jednak niepewnym tonem.

Wereżba zmieszał się.

- Jeździłem z polecenia pana Kościeszy.

- O tym wiem, ale w jakim celu?

- Proszę pana, ja, bez upoważnienia pana Kościeszy nie mogę...

- Niech pan mówi otwarcie, rozmawiałem o tym z Kościeszą.

- A jeżeli tak! Bałbym się odpowiedzialności przed nim, ale jeśli tak, jeśli mogę mówić... Skoro pan już wie...

- Zatem?... Słucham pana - przerwał Jan, widząc wahanie Wereżby.

- To, panie, dość trudne do wyrażenia... to...

- Skoro się pan mógł tego podjąć, można o tym móić. Widział się pan osobiście... z moją narzeczoną?

Słowo to Jan wypowiedział z mozołem. Czuł się śmiesznym, głupim.

- Osobiście... nie widziałem.

- A... z moją siostrą?

- Także nie. Jestem, proszę pana, płatnym urzędnikiem na służbie u pana Kościeszy, co on mi polecił, musiałem spełnić.

- To względne twierdzenie. Są wymagania, które człowiek... Ale... mniejsza o to. Więc nie osobiście, lecz z daleka śledził pan siostrę i... pannę Tarłównę? - Panna Tarłówna i panna Niemojska zajmują apartament w willi państwa von Bredov Nordica.

- Czy mąż siostry stale przebywa w domu?

- Nie, panie, jeździ po całym świecie, w Monte jest nieczęsto i na krótko. Pani Nordica zaś...

- Proszę mówić wszystko szczerze - rzekł Jan takim tonem, że Wereżba przestał się wahać. I jak bywa u ludzi o niskich instynktach, uczuł zadowolenie, że będzie ranić Smoczyńskiego; zemści się na nim za widoczne lekceważenie, jakie mu Jan okazywał. Zrozumiał, że ma go w ręku. Rozparł się na krześle wygodnie, z miną bezczelną pewnego siebie detektywa, na którego opinii wiele zależy. Poczęstował papierosami swego rozmówcę. Jan odmówił. Wereżba zaczął niedbale cedzić słowa. Ręką gładził długie, zwisające wąsy.

- Jest tam stary Duk, jakiś Escars, podobno dawny gach pani Lory, tak ją tam nazywają. Obecnie prowadzi ona romans z Włochem, hrabią, bardzo bogatym, ale są jeszcze inni. Pani Lora nie przebiera, byle bogaty i dobrze płacił...

...Co to panu?... Może wina? Ach tak, to są rzeczy bolesne. Rozumiem, rozumiem.

- Mów pan wszystko. Proszę się mną nie interesować.

- Bardzo mi przykro... Więc pani Nordica żyje na swoją rękę, a pan Nordica na swoją. Pan zmienia kochanki jak skarpetki. Udał mi się dowcip! Ha! Na prowadzenie żony patrzy pobłażliwie. Gdy on jest w domu, ustają tylko nocne wycieczki pani Lory, lecz wynagradza się to w dzień.

- Czy pan sprawdził, czy pan widział? - jęknął Jan. Miał wrażenie, że głowa jego leży na pniu, kat zaś z toporem stoi nad nim i znęca się, ociągając śmierć.

- Sprawdziłem. Oczywiście nie widziałem faktu, bo prócz dwojga zainteresowanych, nikt go chyba nie widuje...

Sarkastyczny lubieżny uśmiech.

- Ale stwierdziłem parokrotnie miejsce schadzek pani Nordica. Umyślnie pojechałem za nią i za jakimś eleganckim graczem, opchanym banknotami, na górę la Turbie, gdzie jest Hotel Rive de Ver. Odosobniony hotelina, przygodny haremik. Tam ci państwo najęli pokój i nocowali, nocowałem również i z nimi wróciłem. Zasięgnąłem wówczas dużo informacji od palacza. Było to przed przyjazdem pana Nordicy. Takich schadzek wykryłem więcej. Co to panu?...

- Dosyć o tym. Czy... panna Tarłówna przebywa często z Nordicami?

- Prawie zawsze. Pan Nordica, Włoch, stary Duk nadskakuje jej bardzo, gra z nimi w kasynie i ryzykownie gra. Raz widziałem. Ale najwięcej asystuje pańskiej narzeczonej (uśmieszek ironiczny) jakiś pan Horski. Lat trzydzieści cztery, pięć; wysoki, dystyngowany Anglik z postawy, grubo grywa w ruletę, mówią, że zrujnowany. On stale przebywa w towarzystwie panny Tarłówny i pani Niemojskiej.

- O tym panu pisała mi narzeczona - skłamał Jan - o nim wiem. Chodzi mi o to, czy panna Tarłówna... wie... że... siostra...

- O zapewne, zły przykład, wpływy. Ale panu słabo?... Przyniosę wody...

Jan zerwał się, czuł, że jeszcze chwila i nastąpi coś strasznego. Zabije Wereżbę, porwie broń ze ściany i będzie się walił w głowę aż do utraty zmysłów.

...Dość, dość! Uciec stąd jak najprędzej!

- To wszystko, co chciałem wiedzieć! To wszystko.

Kłaniając się odchodził.

- Pan nie przenocuje?

- Tak... tak przenocuję, zaraz wrócę.

Wytoczył się do sieni, potrącił kogoś, runął na drzwi, odepchnął je, wypadł na dziedziniec i dalej biegł przed siebie, szalony, z huraganem rozpaczy w mózgu. Na ganek wyszedł Wereżba, wołał na niego. Nie słyszał nic, pędził naprzód.

...Do przystanku! Na pociąg! Do Andzi!

...Byle dalej stąd, dalej, jak najdalej!

...Wszystko prawda, Kościesza nie kłamał!

...Lora kokota, jego siostra publiczną kobietą. Nie tylko dla bogatych, gracz opchany banknotami... Tak... tak...

...Andzia wśród nich. Andzia! Asystują jej... Włoch, stary Duk... Och, Boże, jakież to śmieszne!

...Skłamał, że wie o tym, tym... jakże nazwisko?... Orski... Hor...sky... ski... nie pisała nic... o nikim...

...Kościesza wiedział, co wynaleźć. Nowa trutka... śmiertelna!

...Nie ma już Andzi... nie ma!

...Ach co znowu! pisała... przyjeżdża prędko. Ślub będzie, kiedy on zechce.

...Zażąda za tydzień, Andzia przyjedzie... ślub... wezmą... będzie jego żoną! Och! A jego rodzina? Lora prostytutka... Andzia go nie zechce... Tak, tak!... Co to, mokra głowa?

...Ktoś kropi kropidłem, gęsto kropi... Rosa?

...Nie, to deszcz, szum ulewy, szaruga!

...Czarno, pusto, śnieg ginie... Jaki szary!... Ktoś woła... nic, nic aby dalej.

- Dokąd idę?

Oprzytomniał.

Stał przy nasypie kolejowym. Błyszczą światła, już blisko...To przystanek.

- Tak, pojadę po Andzię. Wsiądę do pociągu. Już idę, Anuś, już idę...

Jan szedł prędko wzdłuż toru, w przeciwną stronę stacji. Drżały mu kolana, ale szedł. Głowę niósł na karku ostrożnie. Taka ciężka, spadnie, zbije się jak... garnek.

...Czemu taka ciężka głowa?

W mroku dojrzał kontury wielkiej, rozdwojonej brzozy, krzywy pień potężny, gałęzie płaczące aż do ziemi. Płaczą naprawdę, leje się z nich deszcz. Strumienie ściekają z gałęzi. To ta brzoza... Ta sama...

Sągi drzewa, jak lepianki.

...Andzia tu siedziała. Wianek z maków na włosach czerwienił się.

...Tak - ładnie, ładnie. I ta brzoza ta sama...

...Zbierali poziomki razem...

...Teraz ona daleko, och, jak daleko!

...Orski, nie, Horski... wszystko jedno. Zwyczajnie znajomy. Uczciwa jest! Gdyby tamtego kochała, napisałaby. Tak! Wyznałaby. Ślub będzie z nim, tylko z nim. Tamto to nic, głupstwo! Ale Lora... Kokota, Lora! Ach, zawsze taka sama.

Usiadł pod brzozą, tuż obok nasypu. Włosy ociekały mu wodą, deszcz lał, huczał wiatr. Wiosenne roty wichrów ciskały się w przestrzeni.

...Był wieczór jasny, żaby rechotały. Tyś śpiewała Andziu. Siedem lat już...

...Inaczej, inaczej było.

...Co to, huk jakiś? Coś huczy i coś woła?

...A, a, a, pociąg pędzi.

...Tak jak wtedy! Andzia w jego palcie skoczyła na szyny, leżała płasko na nasypie, wzdłuż... wzdłuż; pociąg przeleciał nad nią, dudnił... I teraz dudni. O, jak gna! Potwór straszny, czerwone ślepia błyszczą. Jakiż huk... Brzoza ta sama; wtedy płakała liśćmi, teraz naprawdę łzami...

Jan uśmiechnął się jak dziecko: rozkosznie, bezprzytomnie trochę.

...Tak jak wtedy, zupełnie jak wtedy.

- Pojadę do ciebie Andziu!

Krzyknął i zerwał się spod brzozy.

Pociąg nadlatywał z łoskotem, okrutna, czarna masa. Blask lunął na szyny. Potworne ślepia...

- Paniczu! Hej, hej, paniczu!

...Ktoś woła?... Już niedaleko...

Jan zadrżał. Nie puszczą do Andzi, zatrzymają!

Nagle z przeogromną trzeźwością uświadomił sobie całą prawdę.

...Hańba siostry... Anna go nie kocha, nie kochała nigdy. Wereżba... Kościesza, jego trutki... Życie... Takie życie?

...Bankrut moralny, ruina!

Pociąg był tuż, tuż.

- Tak jak wtedy, Andziu! Tak jak wtedy!

Jan skoczył jak żbik wprost pod koła lokomotywy.

Przewaliły się po nim ciężkie, czarne masy. Pociąg gnał dalej.



XII

Sic erat in fatis[39]

Na balkonie willi nadmorskiej rysowała się w cieniu nocnym drobna biała postać, skulona w kątku, przy żelaznej balustradzie.

Cisza, mącona tylko pluskiem fal.

Morze, pogrążone w czarno_sinym tumanie nocy, lśni połyskami stali tam, gdzie nań padnie blask matowy księżyca kryjącego się w chmurach. Obłoki ciężkie, ponure, wiszą na niebie, suną leniwie, tak nisko, jakby spływały, by utonąć w odmętach morskich. Księżyc niekiedy osrebrzy ich brzegi, rzuci pasemek kilka jaśniejszych, zabłysną i znów mrok. Chmury przyszły tu z północy, ciche są, burzą nie zagrażają, jeno tłoczą płuca potężnej morskiej toni, która oddycha ciężko jakoś. Roztocz morza leży przyczajona, przestrzeń gładka, niby oliwą zlana, karbuje się lekko, falki drobne wzniosą czasem na swych grzbietach kadłub bałwana i toczą go do brzegu. Zapieniony obuch wody ciska się na piasek nadbrzeżny i rozpływa w płaskie płetwy.

Czarne są bałwany od chmur.

Groźne, warczące, lecz nieczęsto nadbiegają z ciemnych wód horyzontów.

Morze zasnęło. Toń śni pod naciskiem chmur. Wiatr skrył się, zwinąwszy swe skrzydła, nawet piórkiem jednym nie mąci spokoju uśpionego tytana. Bałwany podnoszące się, to westchnienia głębokie, falki krótkie, to oddech jego. Błyski księżyca, to uśmiechy przez sen, w marzeniu o słońcu.

A chmury północne płyną a płyną, ciężarem swych run zwisają nad morzem, idą ku własnym, odległym celom. Gdzieś, dokąd dążą ich masy, gdzieś rozpętają się, ocucą wichry, dodadzą im piór do śmig szalonych i puszczą w przepędy, orkanem świsną.

Gdzieś niosą chmury przerażenie, miejsce wybuchu grozą wstrząsną. Tu, nad Śródziemnym mają tylko przemarsz swój, tędy szlak ich wiedzie.

...Gdzie wasz cel i oparcie? Skąd idą wełniste wasze zastępy, z jakich źródeł czerpałyście pokarm tłustych ciał waszych?

...Może początek wzięłyście z oparów Słuczy? Może atomy jej nurtów niesiecie w żywotach swych? Może z nadstyrzańskich łąk, może z moczarów Krasnej Duszohuby? Może macie w sobie kropelek parę z jeziorka w Temnym Hradzie?

...Powiedzcie, chmury, obłoki o wymionach nabranych słodką wodą naszych rzek, jezior naszych, skąd płyniecie?

...Gdzie wasze poczęcie i gdzie wasz kres?

...Jeśli w piersiach swych macie kropelki pokarmu z naszych stron, spuśćcie je na mnie. Choć pyłek wodny z Temnego Hradu, z moczarów na Krasnej na głowę moją rzućcie. Pochylę czoło z nabożeństwem, jak w kościele pod rosą wody święconej.

...Nie bądźcie zazdrosne o tę pylinkę oparów naszych; wy ją roztrwonicie, ja przyjmę jak relikwię.

...Chmury, chmury tajemnicze!

Handzia Tarłówna goni oczyma chmury z północy ciągnące, modli się do nich, żebrze.

Tęskni do nurtów Słuczy, która słyszała głos Andrzeja, której fale niosły na sobie słowa ich, upojeń pełne.

Tęskni, mając przed sobą morze.

Marzy o Krasnej Duszohubie, o wschodzie słońca, gdzie łosie brodząc głęboko w moczarze dążyły do stogów na ucztę poranną, gdzie czaple tęczą okraszało słonko wstające; gdzie hałaszyły kaczory przestraszone strzałem z oczeretów; gdzie brzegiem moczaru szedł krokiem śmiałym młodzieniec ze strzelbą na ramieniu, obok starego Grześka, aby powitać ją - swoją Handzię.

Marzy, mając przed sobą morze.

Łka dusza Andzi nad jeziorkiem w Temnym Hradzie, gdzie żółte lilie kwitną latem, a głębina tchnie granatowo_siną jakby szmelcowaną powierzchnią; gdzie w listopadzie taflę jeziorka lód zamknął i lśnił jak żelazo polerowane, a dalej stoją ruiny zamczyska, a naprzeciw nich dąb ogromny...

Łka Andzi dusza nad ponurym zakątkiem borów wołyńskich, znad morza tam ulatując.

...Zapomnij, Handziu, zapomnij, - szepcze przez sen toń morska.

...Zapomnij! Życie jest piękne, a tyś młoda, a kir wspomnień taki czarny.

...Zrzuć, dziewczyno, kir z duszy swej i tu ją zatrzymaj, nad moją falą turkusami tkaną.

...Zmień się, Handziu, w mewę białą; na pióra swe nabierz purpury ze słońca i bujaj nad moją roztoczą, a znajdziesz na niej skarby bezcenne i ciszę, i spokój. Ukoisz serce tętniące krwią młodzieńczą, która krzepnie w sople zapiekłego bólu.

...Dość już łez i tęsknot, niech uśmiech zakwitnie na twych wargach. Pąki szkarłatne ust twych niech zapragną... Takie ostygłe.

Pąki szkarłatne...

"Mój pąku szkarłatny".

...Och, morze, morze, nie zagłuszysz ty tego głosu, nie zniweczysz go! Dźwięk tych słów przeniknął serce, owinął się dokoła głównej arterii i nie wyrwiesz go, chyba z nią... Takieś piękne, a jednak nie dokonasz cudu odrodzenia!

...Zabij ptaka wspomnień, połam jego lotki, niech nie nadlatuje do mnie z naszych borów i stepów.

...Daremnie!

...Ty mi nie dasz zapomnnienia i ja tam wrócę, do naszych puszcz ciemnych. Pożegnam cię morze, aby iść w niedolę moją, dumać żałośnie nad mogiłą w Dubowej, tęsknić za szczęściem w Temnym Hradzie, czar umarły wskrzeszać na Krasnej Duszohubie. Nad Słucz powrócę, aby spytać się fal wartkich, czy pamiętają... jego?

...Nad Słucz woła mnie dola czy niedola moja, tam mój czyn i obowiązek. Tam gleba moja wzywa mnie, do pracy woła. Czyż tu trwać i słuchać szumu twych fal,morze rozbujałe?

...Czyż tu wegetować, gdy tam życie czeka?

Dwa lata ciężkie i okrutne przy łożu chorej śmiertelnie ciotki; straszne dnie i noce potworne; ze zmorą świeżego nieszczęścia w duszy, z wizją bezlitosną ostatnich chwil w oczach od łez zamglonych, z tragedią w sercu beznadziejnie ugodzonym i z konieczną pogodą na twarzy, aby chorej nie przerażać; z tą maską szatańską na rysach rozpaczą ściągniętych...

Te dwa lata ciężkich robót dla ducha przeszły, zasunęły się w otchłani czasu, teraz nie ma przeszkody do własnego życia. Dwa lata w roli siostry miłosierdzia, to była praktyka smutku, oswojenie z ciosem, który padł w pamiętny dzień dwunastego listopada na Temnym Hradzie; to było jakby bezustanne dogorywanie w zawalonym tunelu, w czarności przeraźliwej bez światła i ciepła.

Teraz przestrzeń otwarta, można dążyć ku niej i żyć, pracować.

...Żyć nie razem z nim, w Prokopyszczach, z ideałami wspólnie tworzonymi, z kwiatami szczęścia w dłoniach, z rozkoszą istnienia... Nie, to już zabite! To już znikło, w przepaść runęło!

Życie wspólne z nim realnie umarło, ale duchowo żyje.

Jego duch nad nią, jego moc nad nią... On tchnienie swe wlał w serce Handzi i ono pulsuje.

Z taką iskrą do czynu iść, służyć jego hasłom...

Nie czas na wznowienie marzeń dziewczęcych o nauce, o pracy takiej, jak wówczas nęciła, studenckiej, na kursach przyrodniczych.

To już nie pociąga. Inny teraz cel, inne przeznaczenie. Trzeba wypełniać samej pracę z nim obmyślaną, którą się razem miało wziąć na barki.

Sama ją dźwignę, a ty mnie duchem wesprzesz. Nie będę twoją pomocnicą w Prokopyszczach; ty staniesz się podporą moją w tych moich ziemiach nad Słuczą.

...Tam już moja ostoja.

...Nie zatrzymasz mnie, morze!

Zaszumiały fale oburzonym szeptem.

Bełkot wzmógł się. Sunęły do brzegu groźnie, jakby karcąc Andzię.

Bałwan białogłowy wzniósł swój tułów kłębem i hucząc walił do brzegu.

Zawarczał jak wściekły pies, białe kły rzucił na piasek.

...Zapomniałaś Handziu, sieroto; Handziu, żałobnico po tamtym; Handziu, dziewczyno tęskna, zapomniałaś, że nie sama pójdziesz w to życie nowe, w tę pracę swoją. Oj, nie sama, Handziu, nie sama! - ryczał bałwan.

Tarłówna zerwała się z plecionego fotela, trąc oczy. Ziemia zadrżała pod nią. Czy morze chłonie willę?

...Cóż tak rechocze śmiechem ten bałwan, czego tak jej urąga?

...Ach, to prawda, prawda! Morze chłoszcze ją prawdą niemiłosierną.

Zapomniała o Janie.

To już nie dawny Jaś, z tych lat przepięknych, gdy razem odbywali wycieczki po borach, ryby łapali w stawach turzerogskich, jeździli konno na kucach. Nie ten sam uczeń w bluzie szkolnej, miły towarzysz, kuzynek, łobuz, który kładł się pomiędzy szynami pod pociągi i ją tego nauczył. To już nie tamten Jaś. Teraz czeka na nią młodzieniec poważny, z męskim zarostem na szczupłej twarzy, ze smutkiem w oczach i surowością w brwiach skupionych. Na ustach pali mu się pragnienie jej pieszczot, ramiona mu drżą do uścisku Handzi-siostry?... Nie, Handzi-kochanki, żony.

Ona ma zaspokoić pragnienia jego miłości, rozwiać surowość rysów jego...

On zawrze ją w swych ramionach stęsknionych, do ołtarza ją poprowadzi, tam gdzie ona miała stanąć z Jędrkiem.

Profanacja! Profanacja... Grzech! Gdyby z Jędrkiem, na ołtarzu ich przysięgi paliłyby się gorące ognie, ze słońca spadłe.

Gdy z Janem, zapłoną gromnice.

...Morze, morze daj poratowanie!

...Nie bluzgaj żółcią ironii, ale ratuj moją duszę od nowej zatraty, od nowej na całe życie gehenny.

...Czemuż przysięgłam jego matce?

...Jedna, kilka chwil zwłoki i byłabym uratowana. Umierająca skonałaby z rozpaczą, ale ja bym nie zaprzedała swej duszy.

...Czyż dla dogodzenia umarłym żywi mają cierpieć?

Dlaczego Jan tego nie rozumie? On szczęśliwy, że choć w ten sposób ją zdobył, wszak jej to mówił, gdy odjeżdżała na południe. Tyle razy jej to mówił i pisał, więc nie odczuwa jej przerażenia na samą myśl związku z nim.

Czemuż to już nie dawny Jaś, łatwy, wesoły kuzynek?

Jaki on teraz ciężki, trudny.

Ach, jaki on groźny.

Tarłówna przechyliła się nad balustradą i oczy suche, palące zatopiła w otchłani morskiej.

A fale ulitowały się nad nią, przycichły bałwany, morze błyszczało stalową poświatą i szmery swe tajemnic pełne, słało ku Andzi.

Rozpostarły się chmury, moty wełniste ponurych cielsk przemijały, pełzły w dal coraz rzadziej, ukazując spoza siebie księżycową tarczę.

Noc nurzała się w morzu. Ginął w nim świat cały, morze wchłonęło w siebie niebo, chmury, zatopiło księżyc, zabrało wysunięte głęboko brzegi przylądka Beaulieu. W czeluść swą wciągnęło wszystko. Tylko wille i domy w Beaulieu i Cap Ferrat świeciły białymi ścianami jak małe, zagasłe księżyce. Zdawało się, że świat roztopił się cały w płyn matowy, ciemno-sinoszklisty, na którym migają kręgi jaśniejsze. Taką była nicość przed wyłonieniem się z niej świata.

Handzia ramiona splecione oparła płasko na balustradzie i przytuliła głowę do nich. Osnuł ją mrok i zatracił w sobie.

Senność owiała całe wybrzeże. Wille zapylone nocną mgławicą spały. Nie odezwał się żaden głos, nie błysnęło światło sztuczne.

Szum morza kołysał. Czasem z krańca horyzontu wód szedł pomruk głośniejszy, czasem westchnęły fale, lub chlupnął głośno bałwan rozlany o głazy i brzeg. Czasem uderzał niby huk podziemny, głuchy. Może dzieje się coś w głębinach ukrytych misteriów dna? A może brzegiem od Eze lub Villefranche grzmi pociąg w tunelu? W tej nicości rozlewnej, chmurnej, morze czuwało senne, lecz wrażliwe, pełne tętnic żywotnych i czuwała Andzia. Myślą chciała przebić mroki smutnych swych przeznaczeń.

Przesiedziała do świtu pogrążona w swej tęsknicy. W pewnej chwili podniosła głowę, spojrzała na morze.

Coś się poczyna dziać na fali. Padł brzask leciuchny, jakby w głębinach obudzony wodnik zapalił latarkę. Brzask się wzmaga, wodnik podpływa w górę.

Smugi różowe, jak iglice ostre i długie pełzają po równinie wód. Roztocz morska przybiera przedziwne kolory; zielonawe pobłyski śmigają jaszczurczymi skrętami, pada blask stalowy i wnet zmienia się w lśnienie szczerego srebra. Płyną całe tafle srebrne, niegroźne bałwanki unoszą z fali roztopiony malachit w szybę gładką, wgiętą, szlifowaną, z której wytryskują białe kędziory pian.

Światła jest więcej i więcej.

Aż oto purpura zakwitła na toni przezroczej, szarfy jaskrawe wiją się i mienią. Barwy rozigrane tańczą po grzbietach wód. Koncert barw.

Złota lawina i purpurowe ognie sypnęły potężnie, rozpłynęły się, przesiąkły do dna. Buchnął kaskadą przejasną wielki potop blasków. Morze tonęło w rozkoszy wschodu. Przycichło. Bałwany ukołysane krasą cudu oddychały lekko, by nie spłoszyć czaru. Hen, na stokach, gdzie niebo zda się zlewać z morzem, tam oślepiające łuny pałały żarem. Aż ukazał się rąbek złota świetny, bogaty w kolorycie. Boski Feb powstał z otchłani. Aureola promienista jego korony wznosiła się wyżej i wyżej, wyłaniając, jak z kąpieli, świetlisty majestat.

Słońce wesołe, ogromne, ogniste, uśmiechnęło się do morza.

Radość zakipiała dokoła.

Roznosiły ją blask królewski i szum nurtów, rozbulgotanych weselnie.

I mewy niepokalanie białe, kwilące nad kalejdoskopem morskich szyb.

Tarcza słońca, wznosząc się w górę nieba, zostawiała po sobie smugi jasne, przeróżowione. Szły one w głębiny i nurzały się w nich, jak kamienie bezcenne, z gwiezdnych złożone atomów, które słońce spychało w dal. Pasma te i piętna opadały wolno, były w nich fiolety i czerwień przepyszna.

Złudzenie optyczne, fascynujące. Andzia z zachwytem wpatrzyła się w zjawisko. Ujrzała nowe. Na smugach tych coś majaczy, postać, niby mgła w kształt ludzki utkana.

Spływa do morza, zaraz zatonie...

Co to jest?... Co?

Dziewczyna stojąc wychyliła się zza balustrady, oczy wlepiła w zjawę, ręce kurczowo cisnęły żelazny pręt.

...Co to za postać w tych pyłach słonecznych?

...Czyja to twarz na piętnach liliowych? Spływa, spływa...

Sylwetka znajoma, owal szczupły, jakiś trupi... Oczy patrzą martwe, zasnute.

- ...Jaś!... To Jaś... Boże!

Zakryła oczy i padła na krzesło przerażona.

- Wyjadę stąd jak najprędzej - szepnęła zbielałymi wargami.

Po ławicy piasku nadbrzeżnego, o który tłukły bałwany, Andzia chodziła podniecona i niespokojna. Nie bawiły ją dziś dzieci rybackie, otaczające z wrzaskiem, nawet para przyjaciół szczególnych; ośmioletnia Giania i sześcioletni Vittorio. Jedno i drugie, typowo włoskie "bambina", kudłate, czarne i brudne. Andzia nie przyniosła im dziś ciastek i bąki nadęły się. Łaziło to za nią, patrząc jej w oczy i bełkocąc po swojemu. Nie była usposobiona wesoło, natrętne smoluszki dokuczały jej. Poleciła im zbierać ładne kamyczki; podawały jej różne, jakie tylko znalazły, z zachwyconymi gestami. Gdy zaś ona niecierpliwie odrzucała je na ziemię, dzieci w tej chwili robiły pogardliwe wielce miny i jęły deptać te same kamyki, pluć na nie i wkopywać w piasek. Wyłowiły z fali butelkę zakorkowaną z resztką jakiegoś wina, pobiły się o nią i przyniosły Andzi do spróbowania, zachwalając przysmak z błyszczącymi oczkami.Ilustrowały swoje zadowolenie ruchem, widocznie międzynarodowym, gładząc się dłońmi po piersiach i mlaskając językiem.

Wreszcie obrażone na nieprzyjęcie poczęstunku bambiny odeszły i zaczęły gonić za uciekającymi falami.

Słońce grzało, dzień był jednym z tych, które nawet na Riwierze czarują. Gęste chmury, wędrujące podczas nocy, nie zostawiły śladu, tylko w duszy Handzi zasiały ziarenko niepokoju. Ono kiełkowało.

Z ogródka ozdobnego, otaczającego willę, wyszedł Horski i zbliżył się do Tarłówny.

- Pani tu, na takim upale? Ach, znowu mali lazzaroni! A to plaga!

Pogroził im laską i tupnął nogą. Dzieciarnia rozprysła się.

- Już nie przyjdą. Byłem w willi. Panna Niemojska powiedziała mi, że pani jesteś dziś cierpiąca. Czy to prawda?

- Nic mi nie jest. Trochę gorąco.

Mam pomysł. Pojedziemy łódką na morze. To panią orzeźwi.

- Owszem. Dokąd?

- Tak sobie, bez celu, na pełne morze.

- To za daleko.

- Co to szkodzi? Do wieczora wrócimy.

- Zapomina pan o Linci.

- Toteż Lincia zostanie w domu. Już jej to zapowiedziałem.

- I... zgodziła się!

- Ach! Gdyby panią porwali korsarze morscy, w tym jedynym wypadku panna Niemojska nie ratowałaby pani, za nic na świecie. Szczególna obawa morza. Proszę wziąć jakieś okrycie, ja się zajmę łódką. Czas jest niezwykły.

Wkrótce potem odbili od brzegu.

Lekka, ale silnie zbudowana łódź, pomalowana białą farbą,niosła ich zgrabnie po igrających w słońcu zapienionych grzbietach. Horski wiosłował. Andzia siedziała naprzeciw. Odpływali coraz dalej. Fale rosły, bałwany stawały się wyższe i zuchwalsze, pomimo pogody. Łódka skakała po nich jak rumak, to na szczyt wodnego wału, to znowu na dół. Hop do góry i w dół.

Czasem piana plunęła na burty łodzi, lub nadbiegający bałwan groził zalaniem. Ale łódka bez ceremonii wspinała się na potwora, lekceważąc go sobie. Płynęła, jak biała mewa, figlując na zielono_błękitnej masie wód.

Horski równo, rytmicznie popychał stateczek, nadając mu kierunek właściwy. Zamieniali z Andzią rzadko po parę słów.

Ona była zatopiona w myślach, on nie przeszkadzał. Beaulieu zostało daleko za nimi. Ujrzeli w oddali potężne skały nadbrzeżne.

Horski odpływał na większe fale. Najmniejszego wysiłku znać na nim nie było.

- Widzę już, że pan wiosłowałby do Genui. Nic się pan nie męczy.

- Kobieta zaraz przesadzi. Mogę dowieźć panią do Cap Martin, ale nawet do Bordighery już się nie podejmuję. Znam swoje siły. Wiosłowałem dużo na kanale La Manche i nawet na Oceanie Atlantyckim. Jestem wytrenowany.

Andzia spojrzała na niego uważnie.

- Czy pan się czegoś obawia?

Słaby uśmiech rozjaśnił jego chłodną twarz.

- Owszem, jest coś, przed czym uczuwam paniczny lęk.

- Na przykład?

- Żaba.

- Taki rycerz z pana! Do żaby ma pan wstręt, ale ja chcę wiedzieć, czego się pan naprawdę obawia?

- Prócz zimnej, miękkiej,potwornej żaby niczego więcej.

- A gdyby teraz zerwała się burza?

- Burza na Śródziemnym nic strasznego; skakalibyśmy po bałwanach nieco wyżej i pani mogłaby dostać choroby morskiej, co estetyczne nie jest.

- Moglibyśmy utonąć równie dobrze.

- Cóż to szkodzi? Ryby, kraby różne zjadłyby nas na kolację i nie mielibyśmy brzydkiej perspektywy rozkładu. Ale nie utoniemy, bo ja nie chcę. Nie dokończyłem jeszcze mego zadania na ziemi.

- Jakież to zadanie?

- Wyratować panią z niewoli babilońskiej, która jej grozi.

- Tyle razy pana prosiłam, żeby o tym nie mówić.

- Jedną z moich wad kardynalnych jest nieposłuszeństwo. Panią zaś postanowiłem ocalić od tego jarzma obowiązkowego i... ocalę.

- Nie, proszę pana o to i nie skarżę się przed nim.

- Oho, no, niekonieczne są słowa. Zaprzeczyć mi jednakże pani nie potrafi.

Andzia milczała.

- Hm, to ciekawe! W ogóle na świecie utarło się przekonanie, że trzeba unikać nieszczęścia, pani, przecząc tej teorii, stanowi wyjątek.

Tarłówna spojrzała na niego z wymówką.

Ile razy zostawali we dwoje z Horskim, zawsze poruszał ten sam temat. Czasem ją to gniewało, czasem sprawiało jej ukrytą przyjemność, że jednak ktoś ją rozumie, odczuwa i chce ją wyzwolić z narzuconych jej zobowiązań.

Horski okazywał jej wiele życzliwości, wierzyła mu szczerze i wiedziała, że dobrze radzi, namawiając ją do zerwania z Janem.

Ale ani przez chwilę nie zabłąkała się w jej mózgu myśl usłuchania go. Zresztą już za późno, wyjazd postanowiła za parę dni. ...Trzeba mu to powiedzieć. A jednak szkoda opuszczać ten kraj cudowny, szkoda... Horskiego. Irytował ją czasem, lecz stał się konieczny.

- To ostatnia nasza wycieczka - rzekła z udaną swobodą. - W piątek wyjeżdżam.

Horski ani drgnął.

- Wiem o tym... projekcie od panny Niemojskiej.

- To nie projekt, ale prawda.

Oskar wskazał jej wiosłem nadpływający z daleka statek.

- Oto jedno z moich bóstw. Widzi pani? Pancernik bojowy eskadry francuskiej "La Republique". Olbrzymi gmach! Jak potężnie miażdży bałwany przed sobą. Co za kolosalne kominy, reje, a paszcze armat, widzi pani?... Jaki ryk złowrogi. Oto jest siła imponująca! Dąży do Villefranche, jak Bóg morza. Zawróćmy i płyńmy za nim do portu; mam tam stosunki, pozwolą nam zwiedzić pancernik wewnątrz. Bardzo ciekawe. Chce pani?

- Wszystko mi jedno - odparła opryskliwie. Dotknęła ją nieprzyjemnie obojętność Horskiego co do jej wyjazdu.

Nie ukrywała złego humoru. Poczuła wilgoć w oczach, paliły ją źrenice.

...Tak przykro, tak przykro... Dla nikogo nie istnieje w życiu, prócz Jana... Pojedzie stąd, zapomną, że była. Nawet ten chłodny Anglik zdawał się być przyjacielskim sympatykiem, ale cóż go ona obchodzi, gdy już jej tu nie stanie?

Spoglądała na rozhuśtaną toń pod sobą mrugając prędko powiekami, aby nie wypuścić wzbierających łez. Powrót do kraju... Jan, spotkanie Kościeszy - wszystko to jak straszne widma stały przed nią, przerażając.

Zielone skręty wody podnosiły się ku niej, wypukłe, pieniste i słoną rosę pryskały na jej twarz. Przebiegła myśl niesłychanie ponętna, jakby już znajoma, aby jednym susem skoczyć w te zielone odmęty. Zamknie się za nią świat cały, znikną obawy, pierzchną smutki.

Wszystko będzie tak jak dziś, tylko już bez niej, bez niej. Popłynie jej ciało ku tajemniczym misteriom dna i legnie wolne od zmęczonego ducha, ocalone od ziemskiej niedoli.

...Ryby, kraby różne będą miały kolację, mówił Horski...

Wzdrygnęła się. Podniosła oczy na swego towarzysza.

Patrzył na nią spod zasuniętych powiek. Szarozielonkawe oczy, jak fale, które kusiły ją w swe zimne objęcia. Czego on tak patrzy?

- Nie pojedziemy dziś do Villefranche. Panna Niemojska miała rację; pani jest cierpiąca, nie fizycznie, lecz duchowo. Każda choroba miewa przesilenie, pani przechodzi je obecnie. Rezultat powinien być wyborny.

Andzię ogarnęła żądza jątrzenia samej siebie. Zaśmiała się dziko, nienaturalnie.

- Rezultatem będzie przyspieszony powrót do kraju i... ślub.

- Przeciwnie! Zerwie pani ze Smoczyńskim i pozostanie tu jeszcze.

- Pan mi dyktuje, co mam robić? A, to rzeczywiście oryginalne!... Ha, ha, ha!

- Nic nadzwyczajnego. Gdyby pani była dla mnie zupełnie obojętna, zachowywałbym się inaczej. Ale ja chcę mieć panią dla siebie, zatem nie dopuszczę do ślubu ze Smoczyńskim. Zwróci mu pani słowo jak najprędzej.

Andzia nie zrozumiała dokładnie jego intencji.

- Złamać przysięgę, unieszczęśliwić tamtego, zostać tu - wszystko dla dogodzenia pańskiej fantazji?... Tak? Dlatego, żeby pan miał z kim odbywać wycieczki po morzu?

- Nie dla fantazji, ale dla moich pragnień. Pani zerwie z tamtym, bo to niedorzeczność i... zostanie moją. Nie do wycieczek morskich i lądowych, ale moją w całym tego słowa znaczeniu.

- Pan jest chyba nieprzytomny?! - zawołała głucho, czując, że serce i wszystkie jej odczucia zastygły nagle, jakby przestały żyć. Czy już skoczyła w zielone fale? Czy objęły ją chłodne, a jednak palące ognie, niezgłębione otchłanie wód?

Nie, bo oto znowu jego głos:

- Nigdy nie bywam nieprzytomny, okrzyk pani zadziwił mnie. Powtarzam, że pragnę mieć panią za żonę. Czy to jest coś tak bardzo nieprawdopodobnego?

Tarłówna źrenice szeroko otwarte wlepiła w jego twarz, jak zawsze spokojną, poważną, którą rozjaśniał teraz lekki uśmiech na ustach, trochę drwiący, czy może zmysłowy? Nie było na nim znać ani wzruszenia, ani zakłopotania.

- Och, no! Patrzy pani na mnie z takim wyrazem, że gdybym był mniej zrównoważony i... pewny siebie, mógłbym sam wątpić w trzeźwość mego umysłu. Obecnie żądanie moje: mieć panią dla siebie, zdobyć ją. Jest to żądanie silne niezmiernie. Proszę wierzyć, panno Anno.

Ostatnie słowa wypowiedział miękko i łagodnie, zamigotał mu w oczach cieplejszy promień, na twarzy drgnęły muskuły.

Andzia była wciąż ogłuszona. Nie mogła przyjść do siebie. Spodziewałaby się prędzej wszelkich ewentualności, niż takiej sytuacji. On nie spuszczał z niej oczu.

- Nadużyłem niesłychanie zaufania pani. Co?... Nie tylko, że uwielbiam ją od dawna, ale chcę być mężem. Hm!...

- Nigdy bym nie przeczuła, że pan?...

- Że się stanę epuzerem. Co? Ja sam jestem zdumiony tym objawem.

- Że pan o mnie... wiedząc wszakże...

- O panu Smoczyńskim? Że się odważyłem z nim rywalizować? Nic prostszego. Widziałem wybornie, z jakimi uczuciami patrzyła pani w perspektywę tego związku. Wysoki altruizm pani, lub też chwilowa abnegacja życia, wywołana wypadkami poprzednimi, sprawiła, że przy łożu tej... ciotki, wydała pani na siebie wyrok, tyczący się całej przyszłości i to tylko par mégarde[40]. Nikt nie myślał, aby sprostować ten nieuważny krok. Pani tym bardziej. Brnęła z rozpaczą w duszy, lecz bez instynktu samoobrony. Nawet instynkt budził się, ale zawsze zabijało go drakońskie prawo pod nazwą "Muszę". Ta przysięga złożona przed ołtarzem konającej, zatem wątpliwe, czy zupełnie poczytalnej ciotki. I zabrnęłaby pani. Pan Smoczyński nie dałby jej rozgrzeszenia. W takim razie szlachetne kapłaństwo idzie na bok. Przeważa własny egoizm.

- Jan kocha mnie... bardzo i nie wie o... moich walkach - szepnęła.

- Powinien wiedzieć. Wie na pewno. Pani nie jest obłudna. On tylko nie reaguje na to. Ja mu się nawet nie dziwię, sam nie byłbym lepszy.

- A jednak pomimo to... - zawahała się.

- Kopię pod nim dołki? Tak?... To rzecz ludzka, zresztą pogrążając jego chcę ratować panią i uszczęśliwić siebie. Mieliście oboje runąć wprzepaść, ale ja pani nie puszczę. Egoizm mój w tym wypadku lepszy jest od najwznioślejszego altruizmu pani przy łożu ciotki. Nie mam żadnych skrupułów wobec pana Smoczyńskiego, bo i on na moim miejscu zrobiłby to samo.

- Nie, on by tego nie zrobił.

- Więc poświęciłby panią dwukrotnie. Przez jakieś niewytłumaczone wątpliwości sumienia, pchnąłby panią na całopalną ofiarę i zadał gwałt własnym pragnieniom posiadania dla siebie... To absurd! Nie można być plus Pape que le Pape[41], bo najwięcej uduchowiony i wyczulony w rzeczach sumienia klerykał jeszcze by tego nie potrafił. Jeśli chodzi zaś o mnie, walczyłbym o panią nawet wtedy, gdyby pani kochała Smoczyńskiego. Czy taka batalia byłaby wygrana, to inna rzecz, ale starałbym się o szanse pierwszorzędne nie myśląc o kapitulacji.

Andzia patrzyła na niego w ciągłym zdumieniu. Zaimponował jej znowu.

Jan ze swoją miłością i marzeniami w listach wydał jej się mdłym mazgajem.

Długi moment Andzia i Horski badali się wzajemnie oczami. Wreszcie ona opuściła rzęsy wolno, wolno. Ogarnęła ją niewypowiedziana trwoga i męka. Nagle myśl wyłowiła z pamięci i nasunęła jej określenie Horskiego przez Nordicę... "Głowonóg"... "Trudno mu się oprzeć, gdy już zarzuci macki".

Oto jedna macka dosięgła już jej i owija... owija. Co za lęk niezwykły.

- Wracajmy do domu! - zawołała.

- Pani ma rzęsy zupełnie bajeczne i przedziwnie umie pani nimi władać. Gdy je pani spuszcza tak jak teraz - per Bacco! Diabli biorą człowieka.Jakaż miłosierna fala, że do tej pory nie toniemy. Przyznaję, że nawet przy mojej zimnej krwi zapomniałem o wiosłach.

- Niech pan zawróci zaraz.

- Jak pani każe. Odpłynęliśmy bardzo daleko od lądu i... trochę pomijamy właściwą treść naszej rozmowy.

Tarłówna nic nie odrzekła.

Płynęli długo w milczeniu, on borykał się ze zwiększonymi bałwanami, które podrzucały łódź do góry, biły w jej burty, pochylając niekiedy gwałtownie.

Andzia zapatrzona w morze nie czuła kołysania, nie widziała podniesionych fal. W umyśle jej panował gorszy chaos, huczała burza uczuć, wrażeń. Fala za falą, fala za falą uderzały w mózg, oblewając go jedynym odmętem skłębionych z sobą myśli. Dobijali do brzegu, gdy Horski spytał:

- Panno Anno, czy przekonałem panią?

- O czym? - spytała odruchowo.

- Że zerwanie ze Smoczyńskim jest konieczne?

- Niech mnie pan nie dręczy!

- I... że nie ma najmniejszych przeszkód, aby pani została moją żoną?

Andzia nie odpowiedziała. Podbiegł rybak i zgraja dzieciaków.

Słońce zachodziło krwawym pożarem, czyniąc morze rozlaną purpurą, piasek złotem, cyprysy ogrodu czarnymi jak kir kolumnami.

Horski wysiadł i podał rękę Andzi. Zaczęła iść prędko w stronę willi, jakby uciekała. Ale on się z nią zrównał. Odgrodzony od ławicy piaszczystej żelazną sztachetą i krzewami caprifolium, cały czerwony jak demon w ogniu zachodu, zatrzymał ją pod cyprysem.

Ujął jej rękę i ucałował. Nabrzmiałym jakimś głosem rzekł stanowczo:

- Napisze pani dziś do Smoczyńskiego. Ja zaś jutro przyjdę po odpowiedź, której jeszcze nie otrzymałem.

- Panie Horski...

- Tak trzeba, droga pani, tak trzeba.

Tarłówna szarpnęła się. Wtem usłyszeli ryk samochodu. Tuż obok nich, na ogrodowym podjeździe willi przemknął samochód Nordiców. Siedziała w nim tylko Lora. Dojrzała ich i machnęła na nich ręką.

Andzia doznała wrażenia, że ktoś ją drasnął w serce. Pobiegła prędko, Horski podążył za nią.

Samochód stanął przed willą, Lora wyskoczyła. Była blada, widocznie poruszona, w ręku trzymała zmięty papier.

- No i wyobraź sobie, Andziu, co ten dureń zrobił? Ten hipochondryk!

- Kto taki?

- Jaś. Oto telegram. Otrzymałam przed kwadransem.

Rozwinęła papier i podała zdrętwiałej Andzi.

... "Jan nie żyje, samobójstwo pod pociągiem w Wilczarach"...

Jęk zamarł na ustach Andzi. Z bezwładnych jej rąk papier upadł na ziemię.



XIII

Na rozstaju

Osłupienie Tarłówny trwało krótko. Przeważał szczery, braterski żal za Jasiem.

Andzia płakała gorzko, ale tylko tak jak płacze siostra po zmarłym bracie. Bojąc się instynktownie, by nie posądzono jej o komedię, odeszła do swego pokoju, wlokąc nogi, niby kłody.

Wieść żałobna przywaliła ją nowym ciosem. Gdybyż własna śmierć, ale samobójstwo! Więc jedynie z jej powodu? Inny niemożliwy. Odgadł ją, przeczuł i nie zniósł tej pewności.

Zawodu mu nie zrobiła, nie łudziła go nigdy, nie obiecywała mu gorących uczuć. Lecz i teraz nie wyznała mu całej prawdy. Nie kusiła, ale i nie odpychała brutalnie. Skąd przyszło nań objawienie? Czy list ostatni? Wszakże nic nie było w nim. Pisała oględnie, ranić go nie chciała i nie mogła. Kłamać, kazić własne uczucia obłudą?

Tego już nie potrafiła.

Za dużo od niej wymagał, za dużo.

Decydowała się iść z nim na całe życie, nie kochając... To dosyć, Jasiu, dosyć!

Ale on poświęcił własne życie dla niej!

...Czy dla niej istotnie? Aby zwolnić ją od zobowiązań, których ona by nie zerwała nigdy?

Znał ją i mógł być pewny.

...Czy tylko wiedziony rozpaczą, że nie zdołał wzbudzić w niej wzajemności?

...Uwolnił ją oto...

Straszliwym rozmachem przekreślił czarną kartę jej przyszłości z nim, rozszarpał ją.

Nie spodziewała się tego po nim.

...To samo by nastąpiło, gdyby mu odmówiła kategorycznie, gdyby mu wyznała prawdę. Więc aż tak ją kochał, że nie było dla niego ratunku? Mówił jej to w Warszawie, gdy odjeżdżała na południe:

"Gdybym przeczuł, że cię stracę, już bym nie żył".

Uważała to za egzaltację, za ślamazarność Jana.

A oto groźbę spełnił...

Czyż jej list miałby być powodem?

...Nigdy!

Nie robiła go sztucznie, nie sklejała zdań dyplomatycznie, pisząc odruchowo, ale z męką, z pogwałceniem najświętszych uczuć, gdy nadmieniła o ślubie.

Może to odbiło się w tonie listu?

- Nie! Mój list nie był głównym powodem - zawołała głośno z przekonaniem.

Myśl ponura nasunęła się czarną chmurą...

...Kościesza!

Przerażenie skuło serce...

...Znowu Kościesza? Wampir?

...Czy ożył Chwedźko? Ludzki płaz?

Wichrem pędziły czarne mgławice do mózgu Andzi.

...Zgon Andrzeja... ruiny... zwłoki Chwedźka pod jodłą...

Oblewał ją lodowy dreszcz.

...Nie! Teraz samobójstwo, pod kołami pociągu w Wilczarach.

...Dlaczego w Wilczarach? Czy samobójca wybiera miejsce swego zgonu?

...Może to był jakiś wypadek.

...Znowu wypadek? Jak w Temnym Hradzie?

...Ale czemuż, czemuż Wilczary?

Gdyby nawet samobójstwo wyrozumowane, sposób obmyślony z góry, na trzeźwo... to... bliżej był nasyp kolejowy, bliższa stacja... Czemuż właśnie Wilczary?

Wśród czarnych zwałów myślowych zamigotał wężowym skrętem, jak zygzak piorunu, obraz sprzed siedmiu lat. Szyny pełznące w dal po żółtym nasypie, sągi drzewa, krzywa, płacząca, wielka brzoza...

Obraz nabiera plastyki... Ona... Andzia pada na żwir w szynelu uczniowskim Jasia... Pociąg, czerwone latarnie... Szyny dzwonią jak nożyce na stole, gdy się weń pięścią wali - tak wtedy myślała. Co za plastyka wspomnienia! Huk, tłok, gorąco, ciężar... Lokomotywa... Potem: tratata... ta, trata... ta... Wagony...

Tarłówna zatrzęsła się ze zgrozy.

Powróciły odczucia z siłą niebywałą i pewność prawie jasnowidząca: Jan zginął tylko tam. Jeśli w Wilczarach, to tam... pod brzozą.

Załamała ręce, łzy strumieniem popłynęły po policzkach bladych.

...Jestem nieszczęsna... Fatum dosięga każdego, kto ze mną swój los skojarzy. Rozsiewam niedolę. Gorzej: noszę w sobie śmierć.

Ukryła twarz w dłoniach i płakała cicho, rada, że jej nikt nie widzi i nie słyszy.

Teraz Jan był dla niej znowu bratem, kuzynem, dawnym Jasiem. Czuje to wyraźnie i płacze po nim jak siostra.

Może Lora i Ewelina nie zrozumiałyby tego, może jej żal wzięłyby za przewrotność, za komedię? Wiedziały wszakże, jak była usposobiona do Jana jako narzeczonego.

...A teraz tak rzewnie płacze?

...Ależ zabrała mu życie. On zginął przez nią. Jeśli pod tą brzozą, to tylko przez nią. A zatem? Czy śmiałyby posądzać ją o fałsz?

...Ona i... Horski.

Gwałtownie oderwała ręce od mokrej twarzy. Podniosła głowę.

...Horski!

Zwichrzyło się w umyśle Andzi. Scena w łodzi, pod cyprysem, jego słowa, jego nakaz... Oczy półprzymknięte, magnetyzujące... Czerwony w ogniu zachodu, straszny, potężny...! Jaki dziwny głos: "pani napisze dziś do Smoczyńskiego, ja zaś przyjdę jutro po odpowiedź, której nie otrzymałem".

...Czy to nie sen? Czy ta scena była rzeczywiście... To i tamto razem w jednej minucie - jego słowa i ten telegram?

Czy to, co się stało w Wilczarach, to sugestia jego woli? Fluid jego magnetyzujących oczu?

Zastukano do drzwi, jednocześnie weszła Lora. Spojrzała bystro na Tarłównę.

- Płaczesz? No, to już nic nie pomoże. Ja się tylko lituję nad tym mizerakiem. Pieszczoszek nieboszczki mamy, maminsynek, in summarum osioł... - Mogłabyś Loro zaniechać epitetów - rzekła Andzia ostro.

Pani Nordicowa chodziła nerwowo po pokoju.

- Powtarzam, że trzeba być osłem, żeby zrobić coś podobnego w jego warunkach. Miał się z tobą żenić, czyli byłby człowiekiem bardzo bogatym...

- Ach, Loro, ty zawsze to samo.

- To jest podstawa życia. Ale temu rozbeczanemu idealiście chciało się gwałtem, abyś go kochała i to może tak, jak... Olelkowicza. Wiecznie się wszystko rozbija o te głupie amory. Że ci się życie nie uśmiechało z takim Jasiem, zupełnie rozumiem. Wystarczyłoby, gdyby on był inny. Gdyby on cię potrafił zająć sobą, wziąć twoją istotę w silne okowy własnych pragnień, zamiast żebrać o miłość, jak dziad pod kościołem o grosz, byłabyś jego bez wielkich sentymentów. Tego on nie umiał. Najzacniejszy mazgaj. Kobiecie to nie imponuje, ona woli czasem mniej zacnego demona. Gdyby Jaś był takim Horskim, na przykład, miałby już ciebie dawno.

Andzia poczerwieniała gwałtownie i odwróciła twarz, aby Lora tego nie dostrzegła.

- Najszlachetniejsza natura, tylko... ja go nie kochałam nigdy. Przywiązanie braterskie to za mało - szepnęła Anna.

- Ale i ty także gonisz za jakąś mrzonką, której normalny człowiek powinien unikać.

- Pozwól Loro każdemu mieć własną duszę i własne odczucia.

- Owszem, owszem! Daleko zajedzie każdy na takich motorach życiowych! Jasia popchnęły one pod koła lokomotywy. Chociaż może nie tylko one?

Tarłówna spojrzała na nią ciekawie.

- Przeczuwam tu rękę Kościeszy.

- Loro, zmiłuj się! Co też ty mówisz?...Uderzyła Andzię tożsamość myśli Lory z jej myślami. Nordicowa stanęła przed nią.

- Już ty przynajmniej nie masz prawa bronić ojczymka. Nie twierdzę, że bezpośrednio, ale Kościesza w tym tkwi. Jan czekałby na ciebie długo i cierpliwie. Zresztą ślub podobno miał się odbyć na wiosnę. Samobójstwo nie jest wytłumaczone. Coś zaszło, czego nie wiemy, ale co Jasia wytrąciło z równowagi? Musiał być nie bardzo przytomny, inaczej by się na to nie zdobył. Ja go znam.

Andzia powstała żywo.

- Dziś w nocy wyjeżdżamy z Eweliną. Czy i ty Loro? Kiedy pogrzeb?

- W czwartek rano, nie zdążycie w żadnym razie. Dziś jest wtorek i wieczór. Właściwie nie ma po co jechać.

- Gdzie telegram?

- Jest u Horskiego. Chodźmy, przeczytasz, boś go zdaje się nie dokończyła.

- Nie... tam nie pójdę.

Andzia zadrżała na myśl spotkania Horskiego.

Oskar nie mógł się jej doczekać i opuścił willę. Panna Niemojska poinformowała go, że Andzia postanowiła wyjechać rannym pociągiem. Odchodząc z willi, Horski myślał:

- Hm! Zadziwiający zbieg okoliczności. Młodzieniec przeczuł moje intencje. Sam ustąpił. Bardzo grzecznie z jego strony. Śliczna Anni moja! Nieprędko zdecydowałaby się posłać mu kosza, albo wcale nie. Och, no, zmusiłbym ją do tego, zbyt ponętna i zbyt cenna... Zaczynałem wierzyć, że ta ciotka była jakąś kapłanką czarnoksięstwa i rzuciła zaklęcie na moją Anni. Phi, na nic takie czary!... Nie pojedziesz tam, Handziu, nie ma celu i ja nie chcę... Kościesza coś węszy... Tak ją wzywa nagląco... To jakiś barbarus... Och! Nie obawiam się go. Teraz już - nous faisons l'histoire[42]!...

Ironiczny uśmieszek drgnął mu na ustach.

W przedziale wagonowym, przy oknie, Tarłówna siedziała smutna, wycieńczona drugą nie przespaną nocą.

Czytała telegram. Naprzeciw Horski, pochylony ku niej, mówił:

- Zdaje się wyraźnie: czwartek rano, czyli jutro, ptak by nie zdążył przebyć taki dystans. Nie rozumiem celu wzywania pani? Pan Kościesza mógł obliczyć czas podróży. Ten szczegół depeszy zastanawia. "Pogrzeb czwartek..." no tak, ale: "przyjeżdżać koniecznie, jak najprędzej, do Turzerogów, nie zwlekać. Kościesza". Dlaczego panią tak gwałtownie wzywają? Gdyby panią Lorę, nie dziwiłbym się, może jakieś sprawy majątkowe. Ale panią?

- Po prostu pan Kościesza korzysta z okoliczności i chce przyspieszyć powrót Andzi - rzekła Ewelina.

Tarłówna zamyśliła się. Telegram ten robił na niej wrażenie białych oczu Kościeszy: jego tępa, kwadratowa głowa leżała, zda się, na papierze i groziła Andzi. Przeszył ją okrutny ból i strach, że znowu wraca do ponurych, znienawidzonych kątów w Turzerogach. Po co tam jechać, skoro na pogrzeb nie zdąży? Po co ją wzywają?

Ból potęgował się w duszy Andzi. Patrzyła na morze przez okno wagonu i ogarniał ją niewypowiedziany żal. Zniknie morze, opuszcza je, by dążyć w północne chmury. Tak tu było dobrze, szczególnie w Beaulieu. Noc na balkonie nad morzem... Jan wtedy właśnie rzucił się pod pociąg. Wywnioskowała to z daty depeszy. O świcie widziała wizję jego na pasmach słonecznych.

Pociąg z hukiem zatrzymał się na stacji Monaco. Dziewczyna stanęła w oknie, Horski za nią.

...Jeszcze tylko jedna stacja krótka i pożegna wszystkie dobrze znajome miejsca. Zaraz, już zaraz. Spoglądała na mrowisko domów, na kondygnacje dachów niższe i wyższe i czekała. Otworzy się jeszcze cudna perspektywa z wiaduktu na Monaco, port, bulwar Condamine i morze.

Pociąg popędził naprzód.

- Wjeżdżamy na wiadukt nad S.-Devote. Słyszy pani? Dzwonią w kościółku pod nami.

- Na ranną mszę - dodała panna Ewelina.

Andzia podbiegła do przeciwległego okna i spojrzała w dół. Jednocześnie dostrzegła, że na skale, nad kościółkiem siedzi grupka chłopców i wymachuje do pociągu kwitnącymi gałązkami różowych migdałów. Pociąg wpadł w tunel pod hotelami, pocztą i częścią tarasów. Horski przysunął się blisko do Andzi, szepnął cicho:

- Widziała pani chłopców na skale? Machali na panią kwiatami, abyś została.

Pociąg wybiegł z tunelu i co tchu pędził po nasypie, tuż przy falach.

...Morze... Monaco... Ach! Jaka szkoda, jaki żal!...

Jeszcze parę minut, pociąg stanął na stacji Monte Carlo.

- O, jest pani Lora - rzekł Horski.

- Odprowadzam was do Vintimille - mówiła Lora, całując Andzię.

- Więc nie jedziesz tam?

- Po co? Dziwię się, że ty jedziesz znowu w szpony Kościeszy!

- Ja jej to samo mówię, ale cóż z uporem robić? - dodała panna Ewelina.

- Na wszelki wypadek, gdyby ci KOściesza zbytnio dokuczył,przyjeżdżaj do mnie, Handziu, i pani także. Zrobicie mi wielką przyjemność. Roberta się nie obawiaj, dałaś mu dobrą nauczkę. Zaakcentowałaś styl Polek. Wyjechał na długo. Mnie się zdaje, Handziula, że ty się jeszcze rozmyślisz i wrócisz z drogi.

- O, nie. MOżesz od razu telegrafować do Kościeszy, że już jadę do Turzerogów.

- Szkoda. Pojechałybyśmy razem na lato do Ostendy. Patrzcie, patrzcie na te Niemki.

Dwie kobiety, stara i młoda, ładowały się do wagonu z wielkim trudem. Panna w gumowym płaszczu, tęga, czerwona, z wydatnymi kośćmi policzkowymi, dźwigała przed sobą pudło łubiane potężnych rozmiarów. Konduktor nie chciał tej machiny ulokować na siatce w przedziale. Niemka zrezygnowana, ze zmartwieniem w niebieskich porcelanowych oczach, stała w korytarzu ze swym bagażem, zwracając się od czasu do czasu do swej "mamy" siedzącej w przedziale.

Horski, oparty na lasce, przyglądał się pannie.

- Hm! Rzeczywiście; córka słoń, a matka żyrafa. Papa musi być co najmniej turem. Ciekawe rozmiary tego kapelusza... Pewno zdrowy okaz germańskiego gustu. Ale sądząc z zaaferowania mamy i córeczki, przyjeżdżały na pewno specjalnie do Monte po ten sprawunek z jakiejś tam Szwabii.

- Już je pan wziął na język - rzekła Lora.

- Och, bo to taka czysto niemiecka rasa. Nie lubię kobiet mamutów. Już jedziemy.

- A pan dokąd odprowadza nasze panie?

- No, choćby do Warszawy.

- Tylko? Myślałam, że dalej - śmiała się Lora.

Andzia była zaniepokojona.

Gdy pociąg ruszył, usiadła w kąciku, patrząc na morze.Śliczne dziś było. Zielone, pieniste, błękitne w oddali, usiane migotliwą łuską. Zatonęła w falach oczami, duszą, tęsknotą swoją. Czasem budziło się w niej nagłe pytanie:

- Dokąd Horski jedzie i po co? - Czasem ujrzała w wyobraźni twarz Jasia na stacji w Warszawie, wzniesioną ku niej, gdy stała już w wagonie i ekspres ruszał. A teraz... Wizja zmarłego Jana. Już go nie zobaczy nigdy...

I znowu morze, morze. Andzia słyszała, że Lora się radzi Horskiego, jak załatwić sprzedaż Smoczewa i czy koniecznie trzeba, aby sama tam była obecna. Ten pośpiech wykorzystania spadku po bracie oburzył Andzię, ale nic nie mówiła. Przemilczała tak aż do Vintimille.

Lora pożegnała się z Andzią, Horski został.

- Znowu jesteśmy tu razem - rzekł do Anny już w przedziale.

Wtem oboje odwrócili głowy.

- Boooże!

Okrzyk ten wydobył się z ust olbrzymiej damy spoconej i należycie wymiętoszonej przez tłum, wałkujący ją od sal rewizyjnych aż do wagonu. Gdy wtłoczyła się nareszcie do przedziału, zajmując sobą prawie cały otwór drzwi, ujrzawszy tylko trzy osoby w dużym wagonie, miała zapewne wrażenie, że dostała się do nieba. Półobłąkanym wzrokiem popatrzyła na Andzię i Horskiego.

- Boże! Toż eto dzicz... Ta publika... Te francużany.

Oskar zaśmiał się.

- Tak, tak. Pani myślała, że tylko w Rosji? Dlaczego tłum w Vintimille miałby być lepszy? Zresztą Francja będąc w przyjaźni z Rosją chciała zapewne na swej granicy ugościć panią obyczajami, do których jest przyzwyczajona. Bardzo uprzejmie ze strony Francuzów.Trzeba to cenić.

- Eto użas! Eto użas! - powtarzała Rosjanka, ocierając pot z twarzy.

Z hałasem zaczęła się lokować w drugim przedziale ogólnego wagonu.

- Od Mediolanu biorę osobne coupé[43]. Niepodobieństwo jeździć tak en masse[44] - rzekł Horski.

- Dokąd on jedzie? - myślała Andzia. Nie chciała go o to pytać, ale zwierzyła swój kłopot towarzyszce.

- Myślisz, że on powie? Ani trochę. Pytałam go już. Coś mruknął i basta.

Panna Ewelina lubiła Horskiego, nic nie mając przeciw temu, że jedzie razem. On nie narzucał się. Trochę rozmawiał, głównie z Niemojską, czytał dzienniki, spacerował po stachach. Namawiał panie, aby poszły z nim do wagonu restauracyjnego, a gdy Andzia odmówiła, polecił przynieść obiad do przedziału. Dbał o wszystko, czuwał nad Andzią nieustannie. Gdy zbliżali się do Genui, na którejś stacji wysiadł i powrócił z pękiem różowych anemonów, które złożył na kolanach Tarłówny.

- Pożegnanie Riwiery - rzekł z uśmiechem.

- Bardzo dystyngowany człowiek - myślała panna Ewelina.

Tymczasem Horski wdał się w rozmowę z dobroduszną jejmością, która zaczepiała go, ciągle wyrzekając na Francję i Włochy, i żaląc się, że przez miesiąc bytności w Nicei wydała więcej pieniędzy, niż jej syn, zjeździwszy całą Rosję, Syberię, a nawet Mandżurię.

- Bo synek w swych podróżach nie spotykał ruletki. Pani zaś pewno się z nią przyjaźniła?

- Bożeż ty mój! I razu nie igrała.

- Więc panią okradali. Okazało się, że i to nie. Horski wzruszył ramionami. Na jakiejś stacji, przechadzając się koło wagonu spostrzegł, że dama kupuje banany od małego chłopca, Włocha; przekupień zażądał dwa franki, dostał złotego luidora. Horski zatrzymał za kark uciekającego ze zdobyczą łobuza, kazał oddać monetę Rosjance i sprostował omyłkę. Zapewniał zdumioną jejmość, że i tak przepłaciła za banany.

Gdy powrócił do wagonu, dama rzuciła mu się prawie w objęcia.

- Ach, dusza moja. Toż eti Francuzy i Italiancy ciełyj czas mienia tak naduwali. Boże!

Nagle spostrzegła, że wszystkie banany są wewnątrz popsute. Zaczęła wykrzykiwać z oburzeniem i w pasji ciskała banany przez okno na uciekających przekupniów, podczas gdy pociąg już był w biegu.

Horski rozbawiony ostrzegał, że ją zaaresztują, bo zgniłe owoce klapały na platformę i plecy przechodniów. Potem uczył ją znaczenia monet francuskich i włoskich. Dama zwróciła się do Andzi. Twarz miała szczerze zachwyconą.

- Ot! Jewo nikto nie nadujet. Wasz żenich maładiec! Bożeż mój! A samoj tu byt' nieszczastnoj żenszczynie...

- Ta pani bierze was za narzeczonych - zaśmiała się Ewelina.

- Jednakże w tym wypadku baba ma spryt - dodał w myśli Horski.

Andzia milczała. W oczach jej stała ciągle wizja bladej, trupiej twarzy Jana.

Dojeżdżając do Genui nie mogła się oderwać od widoku morza. Łowiła uszami szum fal uderzających o brzegi, z bezmierną tęsknotą bujała wzrokiem po malachitowej roztoczy. Żegnała morze z dziwnym dreszczem serca. Przemawiało ono do niej tajemniczo. Wołały głębie, czuła, że jej coś wróżą, że się coś spełni, czego ona jeszcze nie przeczuwa, lecz morze o tym wie. Gdy pociąg wpadł w zabudowania stacyjne, morze przeświecało jeszcze gdzieniegdzie przez wąskie wyloty ulic i przez luki pomiędzy domami. Już nie pełnia wód, ale port zastawiony statkami.

Andzia odstąpiła od okna, blada z wrażenia niesłychanie przykrego. Morze ją denerwowało. Za Genuą ożywiła się znacznie. Pod Mediolanem zaciekawiał ją krajobraz podobny do częstych widoków w Królestwie Polskim. Obszerne, płaskie pola, łąki zielone, obramowane równymi szpalerami drzew, które przypominały wierzby i olszyny. Ładnie zabudowane wioski i miasteczka, gdzie widać było całe grzędy suszącej się na kołkach bielizny, niweczyły wrażenie podobieństwa do rodzinnego kraju.

- Czy zauważyła pani - mówił Horski - że Włosi są przeważnie brudni, ale bielizna zawsze się u nich suszy. Charakterystyczne! Tak jakby uważali to za swe prawo, żeby podróżnym przedstawić jak najwięcej sznurów z bielizną. W oknach, na balkonach, wszędzie to samo. Nie umiem sobie wyobrazić inaczej Włoszki z ludu jak tylko przy balii. Ich mężowie powinni być zwierciadlano czyści, jest zaś przeciwnie.

Horski zaproponował, aby nocować w Mediolanie i zwiedzić katedrę, lecz Andzia nie chciała. Oskar nie nalegał. Opowiadał dużo o swych podróżach, o Anglii, o matce mieszkającej samotnie w starej posiadłości nad morzem, w okolicy Dovru, zwanej Hurlestone-house od nazwiska rodziny, z której matka pochodziła. Jest tam stary pałacyk otoczony równie starym parkiem, spadającym ostrymi stokami do morza.

Mówił o matce z widocznym przywiązaniem, żartobliwie krytykując jej zapał do spirytyzmu, podkreślając natomiast jej zalety pod względem pojmowania życia i jego praw. Andzia pytała o ojca i zauważyła, że odzywał się o nim inaczej niż o matce, z pobłażliwą wyrozumiałością dla jego polskiego romantyzmu i bez zachwytu.

Mówił, że matka kochała bardzo swego męża, pomimo ogromnej różnicy usposobień i charakterów.

Wspominał dzieciństwo swe spędzone w Hurlestone-house, gdzie ojciec w wolnych chwilach uczył go po polsku, a potem z woli ojca miał nawet korepetytora Polaka.

Potem nastąpiły lata studenckie w Londynie, w szkołach i wreszcie w uniwersytecie w Cambridge na wydziale filozoficznym. Ale filozofia znudziła go prędko, bo nic mu nowego nie powiedziała. Studiował jeszcze w szkole marynarki, chciał zostać kapitanem okrętu, lecz doszedł wkrótce do tego przekonania, że o wiele wygodniej i łatwiej podróżować po morzu jako pasażer pierwszej klasy, bez kłopotu, niż być na odpowiedzialnym stanowisku. Każdy powinien urządzać sobie życie tak, aby go bawiło, nie zaś utrudzało.

Zaczęli się o to sprzeczać z Andzią, wreszcie Horski rzekł:

- Wychodząc z taj zasady nie jechałbym teraz, będąc na pani miejscu, do ojczyma, ale zostałbym na przykład w Wenecji.

- Nie jadę wyłącznie do ojczyma. Tam jest mój cel i - dosyć już próżnowania.

- Obowiązkowego już celu nie ma, sam się zdetronizował.

- Pan jest bez serca, panie Horski.

- Owszem mam serce, ale logiczne. Zresztą osobiście nie mogę przecież płakać po Smoczyńskim. Pani to chyba rozumie. Biorąc rzecz konsekwentnie, trochę dziwna wydaje mi się podróż na Wołyń, w celu wypłakania ostatnich łez na mogile Smoczyńskiego. Zaczynam stwierdzać, że w Polsce rzeczywiście dopiero ten zyskuje sławę i staje się uwielbiany, kto umrze, począwszy od ludzi w jakimkolwiek kierunku wybitnych, skończywszy na sentymentach narzeczeńskich. Jeżeli i mężowie bywają uznawani dopiero po śmierci?... Winszuję! Posiadacie zapewne całą literaturę szumnych mów pogrzebowych, nekrologów i jeszcze szumniejszych napisów na nagrobkach. Co?

- Panie Horski, nie można kpić z rzeczy poważnych i niekiedy... świętych.

- No, chyba nie w ostatnim wypadku? Gdzie jest logika? Pani obawiała się wracać do kraju, bo tam czekał na nią narzeczony z obrączką. Nie upragniony, ale przeciwnie. Teraz spieszy pani na gwałt, aby przywdziać po nim żałobę. Wieńczyć go żalem po śmierci.

- Pan zapomina, że oczekują tam na mnie jeszcze inne groby.

- Ach, zawsze groby! Pani jest za młoda na to, aby ciągle nad grobami płakać. Nie bądźmy znowu plus tragique que la tragédie. Umarli lubią spokój, nie trzeba im go mącić.

- Ale trzeba o nich pamiętać - rzekła sucho. - Jadę teraz...

- Jedzie pani tam, dokąd dojedziemy razem.

- Jak to?

Zwarli się wzrokiem.

- Dawno chciałam pana spytać, dokąd nas pan odprowadza?

- Tam, dokąd kupione są bilety.

- Czyli?...

- Zobaczy pani. Jesteśmy w Mediolanie.

- Radi Boga! Eto Milano? - krzyknęła zaspana dama wysuwając głowę spod pledu.

- Milano. Przesiadamy na Wenecję. Radzę się prędko ubierać, bo się pani spóźni.

Ale dama zapewniła go, że dojedzie do Wenecji bez przesiadania, bo tak jej mówił konduktor.

- Och, no. Widocznie zakupiła pani cały wagon dla siebie. Wszyscy pasażerowie wysiadają.

Zajął się Tarłówną. Gdy w sali jedli kolację, wpadła nieszczęśliwa dama w kapeluszu na bakier, w krzywo włożonej jakiejś mantii, rozczochrana i rozgoryczona ostatecznie na włoskie porządki. Okazało się, że wysadzono ją z wagonu, gdy już pociąg ruszał.

Horski współczuwał jej boleści, ale skwapliwie postarał się o osobny przedział.

- Nie umiem być pedagogiem podtatusiałych turystek. Niech sobie zajedzie nawet do Honolulu, dość mam jej od Vintimille do Milano.

Dalszą nocną już podróż odbywali we troje zamknięci w przedziale.

Horski zaproponował paniom, aby się przespały, zapewniając, że będzie czuwał w następnym coup~e i przed Wenecją, w której będą o trzeciej rano, obudzi je. Andzia nie myślała o śnie, ale panna Niemojska upadała ze zmęczenia. Oskar wyszedł, życząc dobrej nocy. Ewelina położyła się spać. Tarłówna zasunęła błękitne firaneczki na lampę elektryczną u pułapu i w tej mętnej poświacie siedząc, zatonęła w myślach. Odtwarzała sobie w wyobraźni z całą plastyką samobójstwo Jana. Czy on istotnie był nieprzytomny wtedy? Czy to możliwe, aby Kościesza znowu był pośrednią przyczyną nieszczęścia?

Postać ojczyma rosła do gigantycznych rozmiarów. Andzia zrozumiała, że boi się go jakimś zabobonnym lękiem, sama myśl o nim przeraża ją. A jednak jedzie w jego szpony - jak mówiła Lora.

...Po nową mękę, po nową niedolę. Może na nową walkę z tym zdradzieckim tyranem?

...Po co on ją wzywa, wiedząc, że na pogrzeb Jana nie zdąży?

Scena sprzed kilku lat, gdy ojczym porwał ją w ramiona, gdy czuła na twarzy jego ohydne pocałunki stanęła przed Andzią z wypukłą wyrazistością. Jeśli odważył się wtedy, kiedy była prawie narzeczoną Andrzeja, to teraz... Cóż teraz? I po co ona tam jedzie, nie mając nikogo, kto by jej bronił?

Zostały same groby. Wszyscy, którzy ją kochali, znikli ze świata. Jest bez oparcia. Nikomu niepotrzebna w życiu, dla wszystkich obca. Popatrzyła na śpiącą Ewelinę i rozrzewniła się.

...Ta jedna pozostanie z nią. Ta jej nie opuści.

Zgrzytnęła ironia w duszy dziewczyny.

...Jan by cię także nie opuścił, gdybyś go kochała. Nie może mieć szczęścia ten, kto go innym nie daje.

On jest pośrednio jej ofiarą.

Kto się zetknie z jej losem - przepada.

Myśl ta nasuwała się jej uparcie.

Chwilami nadchodziły refleksje inne.

Że oto zamknięta przed nią brama jej smutnej przyszłości, w którą wejść miała. Już nie grozi jej małżeństwo z Janem. Świat przed nią otwarty, jakkolwiek jest w nim samotna. Wyrwać się tylko spod opieki ojczyma i wówczas skrzydła wyrosną u ramion. To, co niweczyło marzenia młodzieńcze, co przerażało widmem niedoli, przestało istnieć. Jak przedtem zagasła przed nią zorza promienista, pełna cudnych wizji na przyszłość, tak teraz znikła czarna chmura na horyzoncie jej życia. Andzia czuła, że myśląc podobnie, obraża pamięć Jasia, który ją kochał tak silnie, że bez niej nie rozumiał życia, odszedł, bo przeczuł jej mękę, jej wstręt do siebie.

Tak. Na myśl wspólnego pożycia z nim doznawała wstrętu.

Gdybyż jeszcze, oprócz porównań z Andrzejem, prócz zupełnego braku uczuć, choćby zbliżonych do miłości, nie było wstrętu! Dobijał ją fizyczny wstręt do Jasia.

Dopóki był kuzynem, towarzyszem młodości, nawet potem, gdy już wiedziała, że on ją kocha, żywiła dlań szczerą sympatię braterską. Z chwilą gdy został narzeczonym, wstręt zrodził się nagle, jak ukryty gad w trawie i gryzł Andzię.

Wiedziała wszakże, co to jest pożycie małżeńskie i na myśl, że będzie żoną Jana, wzdrygało się w niej wszystko, co tętniło krwią, co było jej istotą.

Więc jednak los oszczędził jej tej próby?

...Egoizm... egoizm...

Ale tamten stracił życie.

Trzeba było aż śmierci Jana, aby uratować ją od zatraty?

Napłynęło dziwne pytanie.

...Czy zatrata jej była w życiu Jasia, czy też jest w jego śmierci?

Skąd to pytanie?

Zadał je może chochlik złośliwy, śmiejący się w przestrzeni z ludzkich przeznaczeń.

Zadał je może jej demon opiekuńczy, jej fatum, które prowadzi ją po grobach, ku coraz boleśniejszym przeżyciom.

Skąd płyną te pytania?

Jej młodociane smutki z powodu wrogiej postawy Kościeszy wobec Andrzeja uwieńczone były niebywałym czarem - po to, by końcowa tragedia tym silniej uderzyła w serce.

Jej rozterki i ból duszy, trwający przez rok narzeczeństwa z Janem, zakończony jest oto jego śmiercią, która dla niej jest, pomimo wszystko wyzwoleniem, nową erą w życiu, swobodą.

Czy także po to, by w przyszłości jakiś nowy topór...

Wzdrygnęła się.

Słyszała wyraźnie śmiech ukrytego w przestrzeni chochlika.

A jednak Andrzej zginął przez nią.

Jan zginął także przez nią.

Ale on otworzył przed nią nowe światy, nowe, może jasne horyzonty.

Tamten zamknął szczęście i upojenie jej młodzieńczości.

Ten ginąc rozwinął przed nią ponurą kotarę, by weszła swobodnie w gorący szlak jej pragnień kobiecych.

...Egoizm! Egoizm!

Myśli wirowały w mózgu Andzi.

...Pójdę w takie otchłanne przepaście, gdzie istnieją tylko atmosfery uczuć, które wezmą mnie w swój krąg. Bo pragnę, bo mam siły przepotężne, niosące się w bezmiar tęsknot i snów.

...Bo coś na mnie woła z bujnych prądów życia.

...Bo wzywa mnie jakaś moc, której nie rozumiem, lecz której się nie oprę.

...Moc dziwna i potężna, a zupełnie nowa, zrodzona jakby na mogile Jana.

Stworzyła ją ta przestrzeń otwarta przed nią po jego zgonie.

...Egoizm!... podły egoizm!

Jaś leży martwy, jeszcze nie pochowany...

I takie zakwitają nad nim kwiaty? Takie rodzą się moce?

Miast kiru i łez?

...Czy nie wolno rozsnuwać pasem okrywających przyszłość?

...Czy ona zawsze będzie pod znakiem żałoby?

...Czyż idę przez drogi życia pełne smutku i żalu? Czy pragnąc będę stale konała, bo pragnienie brzegu nie widzi? Idzie jak orkan i kończy się jak orkan - zatratą. Idzie w dal szlakiem ducha, który skrzydła ma i moc.

...Idzie jak wicher skalny, co ze szczytów dąży na szczyty, ale zmiata z nich tylko mgły zwątpień.

...Nie oświeca szczytów zielenią traw bujnych, nie rozpina zorzy nad wichrami. Do tego brak mu sił.

...Więc tylko pragnę, zawsze tylko pragnę?

...Kiedyż pragnienie przyoblekę w prawdę?

Byłaby to słodycz i radość dla duszy tak potężnej, że może bym jej nie przeżyła. Może ta siła uczuć radosnych, poczętych w momencie spełnienia marzeń, ideałów, stałaby się tak olbrzymią, rozkoszną ekstazą, że szczęście zabiłoby mnie, jak wschód słońca zabija motyle nocne, które za blaskiem tęsknią, a gdy go ujrzą - omdlewają.

...Nie. Nade mną jest gehenna niedoli. Mogę chcieć i nie otrzymam tego, mogę pragnąć i nie zyskam, mogę tęsknić - nie ujrzę, wołać - nikt nie usłyszy, płakać - nikt nie ukoi. Gdy leci duch do słońca, trafia na ponurą realność i drży z obawy śmiertelnej, męka dławi, przygniata.

Brak sił do rozsunięcia okrutnej zapory, by poza nią błysnął matowy ogień zjawisk przecudnych.

A oto Jan rozsunął ją przed nią.

Lecz blasku nie widać.

Czy może nasunie się nowa ciemność?

...Czy zatrata była w życiu Jana, czy też jest w jego śmierci?

Chochlik śmiał się w przestrzeni. ...Co teraz jest przed nią? Kościesza, Turzerogi... Toporzyska... Jej ziemia. Jej czyny w myśl dawnych ideałów spełnienia oczekujące.

...Czy to wystarczy?

Nowa, potężna moc zbudzona w niej krzyczała protestem.

Gorące prądy życia porywały ją ku sobie, kusiły.

I wszystkie młodzieńcze ideały, projekty twórcze, do czynów realnych dążące rozbijały się teraz o mocarną falę pragnień kobiecych.

Wzburzona krew wartko płynąć poczęła w żyłach.

...Gdzie jest brzeg tych pragnień?

...I jakie one są?

...silne, porywające zachłannie. To jest właśnie twórcza moc. Jakaś wola niezłomna a nakazująca.

...Ale jaka?

Nie rozumiała jeszcze, choć wołało w niej o tę moc wszystko, serce, nerwy, zmysły, cała jaźń.

Zamęt w myślach... Chaos.

I oto z tych skłębionych z sobą wirów w umyśle, wyłaniać się zaczęło jakieś pojęcie, mgła. Wyraźniej, wyraźniej. Mgławica zmienia się w tworzywo, coraz plastyczniejsze.

Punkt jest widoczny... Rośnie. Rozświetla wątpliwości tajemnicze... Postać!

Już zupełnie wyraźna. Niezaprzeczona...

...Horski!

Andzia rzuciła się w tył kanapy, zatrzymując okrzyk na ustach.

Horski stał przed nią istotnie.

Pochylony ku niej wyszeptał:

- Obudziłem panią?

- Nie spałam - odrzekła.

- Zatem przestraszyłem. Ale zdawało mi się, że pani czuwa.

- Tak. Rozmyślałam.

- Dojeżdżamy do Wenecji. Pociąg ruszył z Mestro. Ostatnia stacja. Zaraz wjedziemy na laguny, na pomost wśród morza. Andzia wstała. Rozgorączkowaną twarz przysunęła do szyby okna.

- Szkoda, że noc. Nic nie zobaczę.

- Księżyc jest, ale to za mało. Zobaczy pani jutro.

Odwróciła się do niego gwałtownie.

- Jak to jutro? Wszak pociąg stoi tu godzinę i wraca do Mestro?

- Pociąg odjedzie, ale my zostaniemy.

- Panie Horski...

Przykrył dłonią rękę jej opartą na stoliczku. Ujrzała jego oczy spod rzęs patrzące, usłyszała zdławiony głos:

- Panno Anno, proszę mi wybaczyć. Postąpiłem samodzielnie dla dobra pani. Mamy bilety tylko do Wenecji. Pozostaniemy tu jakiś czas. Pani ochłonie, uspokoi się. To konieczne.

- Jakże pan mógł tak zrobić? Przecież pan wie, po co jadę?

- Właśnie, że nie wiem. Przez dziewięć, dziesięć godzin trudno zdążyć na Wołyń. Przyjedzie pani o dwie doby za późno! Jaki cel?...

Andzia milczała.

Ale wszystko w niej wołało.

...On ma rację. Zostać. Zostać.

Horski podniósł do ust jej ręce.

- Niech Wenecja będzie klamrą, zamykającą przeszłość pani. Załamał się ostatni most, panno Anno. Nie idź, bo wpadniesz w przepaść ciemną i samotną.

Z przestrachem spojrzała mu w oczy. Magnetyzował ją spokojny, stanowczy ich wyraz. W błękitnym półmroku postać jego wydała jej się potężną tarczą, odgradzającą nieodwołalnie przeszłość jej od nowych przestrzeni.

- Załamał się ostatni most? - szepnęła jak zahipnotyzowana.

- I dlaczego zostaniemy w Wenecji. Co?

W źrenicach błysnął mu jaśniejszy płomyk.

Patrzyli na siebie długą chwilę.

- Oczy pani mówią mi, że zostaniemy. Wenecji się nie pomija, zwłaszcza, gdy inne drogi... nie zachęcają. Więc...

Napłynęła ku niej moc dziwna, której nie rozumiejąc czuła, że się nie oprze.

- Zostaniemy - rzekła śmiało.

I pod władzą jego źrenic spuściła oczy.



XIV

W Wenecji

Wyniosłe sklepienia mozaikowe odwiecznej świątyni rozbrzmiewały tonem rytualnej melodii. Poważna muzyka organów zlewała się w zgodnym rytmie z subtelną pieśnią skrzypiec i wiolonczeli. W bazylice świętego Marka odprawiano uroczystą mszę.

Obok balustrady prezbiterium Andzia Tarłówna klęczała zatopiona w modlitwie. Postać jej ciemna pod wzniosłością kolumn, skulona była, jakby ciężar zwisł nad nią. Przegięta ku mozaice posadzki modliła się żarliwie za duszę Jana. Myślą uleciała na Wołyń, na mały, świerkami obrosły cmentarzyk, gdzie w tej oto godzinie oddawano ziemi jego zwłoki.

Dziewczyna broniła się uparcie przed natrętną myślą, która od pogrzebu Jasia ulatywała częściej do tragicznych momentów, do bezprzykładnej rozpaczy nad grobem otwartym w Dubowej dla Andrzeja.

Andzia modliła się za Jasia szczerze, wyrzucając sobie, że nie skupia przy nim całej duszy. Nastrój cudownej muzyki działał na nią, unosiły ją tony w ekstazę modlitewną. Nie było w niej teraz rozpaczy, nie było tragedii, nawet najdrapieżniejsze szpony żalu stępiały. Był tylko uroczysty jakiś smutek, jakby pożegnalny.Opanowało ją wrażenie dziwne, że w tej minucie żegna przeszłość, że ostatnie gałęzie cyprysów żałobnych składa na swych grobach.

Że oto wzniosły hymn, płynący z chórów świątynnych, to uroczyste jakieś - Amen nad jej przeszłością.

Zawarły się już ciężkie podwoje raz na zawsze. Zamknęły w sobie smutek, żale, żałobę. Zagarnęły wszystko, co ciemne i ponure.

Wszystko!

Ona została na zewnątrz. Ostatni raz stoi u bram swej niedoli. Odejdzie ku nowym przeznaczeniom, ku nowym światom.

Mogiła w Dubowej będzie jej relikwią, schowaną w szkaplerzu pamięci.

...Nad mogiłą Jana przejdziesz ku nowym życiom? - szeptał wyrzut.

...On będzie zawsze dla ciebie zgrzytem...

- Boże bądź miłościw mnie grzesznej... - i Andzia cicho, zgarbiona do ziemi, biła się w piersi ze skruchą.

Muzyka na chórze ucichła.

Zadźwięczały dzwonki ministrantów.

...Agnus Dei.

Tarłówna przysunęła się do kratki.

Kapłan, który ją spowiadał przed mszą, któremu otworzyła całą swą duszę i serce, bez osłon, bez cienia tajemnicy, udzielił jej komunii.

Głębokie, czarne źrenice duchownego spoczęły z rozrzewnieniem na zgnębionej postaci dziewczyny, przystępującej z wiarą, niemal z pokorą do stołu Pańskiego.

Poznał całą jej istotność, wszystkie myśli, tęsknoty i pragnienia, całą jej przeszłość, teraźniejszość i bujny, młodzieńczy polot ku nieznanej przyszłości. Wyspowiadała mu się z całego życia. Mądry monsignor, Włoch, wyczuł duszę Andzi, zrozumiał ją i rozgrzeszył.

Pobłogosławił na nowe życie. Rozczulony był, że wiary nie straciła i czystość serca zachowała nieskazitelną, pomimo ciężkich prób.

Monsignor nie był przyzwyczajony do penitentek w stylu Andzi. Praktyka jego, jako spowiednika, nie stawiała mu przed konfesjonałem młodych, pięknych, bogatych panien, które by go zdumiewały szczerością i treścią spowiedzi. Słuchał wyznań Tarłówny z przejęciem, rozgrzeszał ją ze wzruszeniem. Jego łacińską duszę poruszyły przeżycia tej dziewczyny, poezja jej miłości, tęsknota za nieuchwytną istotą szczęścia, jej temperament łaknący a nie zrozumiany dotąd przez nią samą, jej czar osobisty, który nawet przez kratki konfesjonału uderzał.

Delikatnie, z jakąś subtelną pieczołowitością podał zbladłym ustom dziewczyny Hostię Przenajświętszą.

Przyjęła ją z zamkniętymi oczami, wstrząśnięta religijną egzaltacją.

Zsunęła się niżej na posadzkę i pochyliła głowę aż do zimnych kamieni mozaiki, na stopniach prezbiterium. Horski stał opodal pod filarem i patrzył na nią. Widział jej skupienie, ale dostrzegł także, że kapłan, odchodząc z kielichem od balustrady, zatrzymał na nim wzrok dłużej, jakby badawczo.

Co to znaczy?

Horski zastanowił się. Czyżby ona mówiła o nim księdzu?

Modlitwa Tarłówny nastrajała go nie religijnie, lecz poglądowo. Muzyka artystyczna, starożytna patyna świątyni, zawsze przez niego podziwianej, i śliczna postać Andzi rozmodlonej, wszystko to złożyło się na obraz, który Horskiego podniecił. Miał wrażenie, że jest w pracowni jakiegoś geniusza-malarza i ten mu pokazuje klasyczny model do swego arcydzieła.

Tytuł on sam nada.

"Modlitwa patrycjuszki".

...Tak. Wszystko musi być dostosowane.

...Patrycjuszka poczuła pragnienie modlitwy gorącej, namiętnej.

...Więc świątynia... Koniecznie coś wielkiego, potęgą tchnącego i artyzmem, coś co by samo za siebie mówiło, że przechowuje bóstwo.

...Muzyka... Koniecznie podniosła. Czuje się tylko taką.

...Kapłan, Włoch, rzymianin z oczami przepastnymi i profilem cezarów; na czole fałda myśli głębokiej, około dumnych ust wyraz łagodności i czułego pobłażania dla pokutującej, która kajać się przyszła, jak prosta grzesznica.

...Tak. Wszystko trzeba obmyśleć, aby obraz nie miał dysonansu.

...Grupy ludzi, rzadkie, to tu, to tam...

...No, to konieczne. Nie można wiernych powypędzać dla jednej patrycjuszki.

...Zresztą to są fragmenty uboczne.

...Drugorzędna jest Ewelina.

...Ach, to służebna, która idzie za przykładem swej dominy.

...Andzia jest dominą i uniwirą.

...Albo nie. Lepiej jest dziewicą. To poetyczniej. Dziewica zatopiona w modłach, ot tak sobie, pragnieniem wiedziona. Domina, to za poważnie, uniwira nasuwałaby myśl, że się ta zamężna, wierna niewiasta modli o nawrócenie lekkomyślnego małżonka, który ją zdradza w cudzej insuli.

...Modlitwa interesowna? Nie. To nie w typie ślicznej Anni.

...Zatem trzeba dodać: "Modlitwa patrycjuszowskiej dziewicy". Tak lepiej.

...Ale jaka moja rola tu?

...Ach, no... Jestem widzem krytykującym. Pyszny model do obrazu.

Uśmiechnął się i znowu patrzył tylko na Annę. Myślał.

...Trzeba przyznać, że ona umie się modlić. W ogóle ona zawsze jest w stylu swym, pełnym czaru, nawet jak chmurna, jak rozgniewana.

...Cóż za łakomy kąsek! W niej wszystko woła rozkoszy i obiecuje rozkosz niezwykłą. Choćby ta modlitwa?... Nie uratuje ciebie dziewczyno od pożądań moich, od pożądań męskich - powiedzmy.

...Ale ona będzie uniwirą.

Żeby też w jednej kobiecie zawarło się tyle ponęt - majątek, uroda i taki szalony krzyk zmysłowy, bezwiedny z jej strony, bo przy dziewiczej niewinności. Ona o tym nie wie, że - chciałoby się ją druzgotać w ramionach. Porywa szczególnym, żywiołowym pędem zmysłów. Tyle zalet i jedna gruba wada:

...Można ją mieć tylko przez... taki oto ołtarz.

...Ph! Nawet szopka się opłaci.

...Można przejść przez rózgi wszelkich ceremonii, byle ją mieć we władaniu, byle ją posiąść...

Lekki dreszczyk śmignął w żyłach Horskiego, zapalił mu krew, gorącą falą rozgrzał mu krzyż i mózg.

...Przeczucie rozkoszy... z nią. Per Bacco! Jeśli samo przeczucie takie?

...Będę ją miał... To dobra wróżba.

Nabożeństwo skończyło się. Umilkły tony muzyki, tylko echo jej płynęło jeszcze pod sklepieniami ze złotej mozaiki, na której kolorowe postacie świętych układały się w grupy z historii Kościoła.

Kapłan i ministranci odeszli od ołtarza.

Horski łowił ostatnie rytmy melodii, echu oddane.

Do Andzi klęczącej przy balustradzie podszedł cicho monsignor w czarnym długim płaszczu. Pochylił ku niej dumną głowę i szepnął serdecznie, po francusku:

- Modliłem się o szczęście dla ciebie, dziecko. Zawsze ufaj, nie zgub swej wiary na drogach życia, bo to skarb ludzkiej duszy. I pamiętaj... pamiętaj, że nawet... si Dieu n'existait pas, il faudrait l'inventer[45]. Ale Bóg jest miłosierny... Do widzenia dziecko! Błogosławię cię.

Andzia wzruszona przytuliła usta do jego ręki.

- Miej Boga w sercu...

Dotknął lekko arystokratycznymi palcami do czoła Andzi i prędko odszedł.

Mijając Horskiego patrzył mu w oczy uważnie. Ale on nie zmrużył szyderczych źrenic.

...A to niespodziewane impromptu...

...Nie wystarczył mu konfesjonał. Co on jej tam szeptał znowu? Tego w moim modelu nie przewidziałem. Ejże, monsignorze, posądzam cię, że oczy twej penitentki więcej cię wzruszyły, niż grzechy. W moim obrazie nie ma dla ciebie miejsca.

Tarłówna po odejściu księdza powstała zmieszana i zdumiona.

...Miej Boga w sercu... Gdzie ona to słyszała, kiedy? Słyszała na pewno.

Jakieś chóry anielskiego śpiewu, melodie czarowne, tak jak ta muzyka na chórze... I te słowa... Wyraźnie te same... Czytała je kiedyś, na pergaminie... Czy to ktoś mówił?

Podszedł do niej Horski.

- Już wychodzimy. Prawda?

- Tak.

- O czym pani tak myśli?

- Szukam w pamięci pewnych słów, które...

- Które co?...

- Gdzieś, kiedyś słyszałam. Jakby wróżbę... Teraz powiedziano mi je znowu.

- Kto powiedział? Ksiądz?

- Tak.

- Jakież to słowa? Jeśli wolno...

- Miej Boga w sercu - rzekła głucho.

On przytrzymał wzrok na niej.

- Zbyteczne zastrzeżenie. I tylko tyle powiedział?

- Błogosławił mi.

- Pani jest znowu mistycznie usposobiona. Niech pani już rzuci zasłonę na wszelkie wróżby, smutki, tęsknoty. Chodźmy na Piazzetę. Słońce cudowne i morze. Życie jest piękne, panno Anno. Trzeba zeń korzystać.

Wychodziła z bazyliki z powtórnym uczuciem, że odwraca się od bramy, za którą przeszłość została, że rozległo się już nad nią jakieś uroczyste Amen.

...Załamał się ostatni most... Teraz już nowe drogi...

...Miej Boga w sercu...

...Gdzie ja to słyszałam... Gdzie?

Wyszli na plac. Słońce, jasno, wesoło. Mnóstwo gołębi. Tyle uroku, powabu... Królowa mórz... Wenecja.

...Życie jest piękne.

Zwiedzali Wenecję. Poważna cisza starożytnego grodu dożów wywierała na Andzię wpływ kojący. Wiekowe mury pleśnią okryte, gmachy, architektoniczne cuda, cichy, słodki Adriatyk, wszystko upajało jej naturę wrażliwą i kojarzyło się z sobą w harmonię.

Horski wiedział wybornie, czym ją ułagodzić i rozproszyć jej smutki, stał się troskliwym opiekunem i niezrównanym ciceronem. Nie mówił jej nic o swych zamiarach, był delikatny,wstrzemięźliwy, ale czujny. Rozmawiali z sobą dużo, często ścierając się w zdaniach, lecz tylko w kwestiach ubocznych, nie naruszając osobistych. On mówił jej o sztuce, gdy zwiedzali szczegółowo artystyczne budowle, świątynie, lub Akademię Sztuk Pięknych. Tam przed obrazami Tycjana, Pawła Véronèse'a, Giovanniego Bellniego, Sassoferrata - Andzia stawała w zachwyceniu, Horski zaś tłumaczył jej treść obrazów i epokę pochodzenia. Ogromne wrażenie zrobiło na Andzi płótno Paula Véronèse'a "Chrystus na uczcie w domu Lewi", potem wspaniały obraz Tycjana "Wniebowzięcie N. Marii Panny" (L. Assomption) w sali noszącej tę samą nazwę. Nie mogła oderwać wzroku od cudnej, boskiej twarzy Madonny, od grup aniołów, od świetnego kolorytu i plastyki tego arcydzieła techniki malarskiej i geniuszu twórczego artysty. "Cuda św. Marka", pędzla Tintoretta, istny cud malarstwa, przykuły oczarowane oczy Andzi. Horski prowadził ją z sali do sali. Pokazywał jej obrazy Benvenuta Tisi, Bassana i innych. Zatrzymywali się przed obrazami Madonny różnych pędzli, porównując odczucia mistrzów w zrozumieniu oblicza Matki bożej.

- Niech pani patrzy, panno Anno! Carpaccio odtworzył patronkę pani: oto święta Anna i święty Joachim. Za dużo tu świętych w każdym razie. Natchnienie szuka boskości, mistycyzmu, każdy tę boskość na swój sposób uplastycznia, stosownie do swego talentu. Czy nie wynika z tego chaos?... Ciekawym jednak, gdyby nie było religii, a przy niej mnóstwa tematów poetycznych czerpanych z legend, jakie daje religia, czy dorobek kosmiczny w sztuce byłby taki sam, czy znacznie uboższy? I wie pani, co myślę?... Oto, że bezwarunkowo byłby uboższy.

- Bo wielki talent, geniusz nie może poprzestać na odtwarzaniu tylko ludzi - rzekła Andzia. - Szuka czegoś wyższego, ponad zmysłową istotę. Duch potężny dąży do odnalezienia boskości w niej samej.

- No, tak. Ale gdyby tej boskości nie było, nawet w utopiach?

- Wie pan, co mi powiedział monsignor w bazylice tego dnia, gdym się spowiadała?... Oto: si Dieu n'existait pas, il faudrait l'inventer.

- Bardzo piękna maksyma dla księży. Każdy broni swego fachu. Oni przecież tworzą drugie społeczeństwa w społeczeństwach. Muszą wierzyć w religijne hasła, choćby pozornie.

- Nie tylko księża, panie. Świat cały, cała ludzkość łaknie i potrzebuje wiary. Ja myślę, że człowiek rodzi się już z instynktem, który go przeczuciowo pcha do poznania i ukochania dogmatu bóstwa.

- To zależy od indywidualności ludzkiej. Dla jednego wiara jest dogmatem życia, koniecznością, inny znosi ją dla przykładu, z przyzwyczajenia wreszcie, a są tacy, którym ona jest niepotrzebna absolutnie. Zbyteczny zabytek archaiczny. Takich jest większość.

- Co też pan mówi, na Boga?!

- Pani się gniewa. Proszę jednak rozważyć tę rzecz na chłodno. Czy bywają teraz ludzie tak religijnie natchnieni, jak na przykład w katakumbach, w wiekach odległych, nawet w średnich? Czy zdarzają się teraz cuda, jakie dawniej bywały i to podobno często? Czy pójdzie teraz, któryś panujący do jakiejś Cannossy, we włosiennicy i boso, z głową w popiele, aby kajać się u nóg papieża? Czy możliwe byłyby teraz krucjaty dzieci? Czy nastąpi jakieś objawienie się w grocie, jak w Lourdes? Czy żyje współcześnie drugi Franciszek z Asyżu? Czy to wszystko teraz mogłoby się stać? Wiem, co mi pani odpowie, że świat teraźniejszy nie jest godzien ani takich ludzi świętych, ani takich cudów. Prawda?... Ja jednak mam na to inną odpowiedź.

- Mianowicie?

- A nie zgorszy się pani? Nie zrzuci mnie pani ze schodów tego przybytku świętych w sztuce? Co?

- Nie. Tylko nie przejmę się pańską ideą. Zostanę przy własnej. Ale słucham.

- Oto, proszę pani, nowoczesna ludzkość jest trzeźwiejsza i mniej naiwna.

Andzia wzruszyła ramionami.

- Rozumiem, do czego pan zmierza, ale... nie chcę rozumieć.

- Dzisiejsza ludzkość robi to samo, co pani. Jednakże to już zapobiega.

- Panie Horski, może zmienimy temat rozmowy?

- Owszem, na jaki pani każe?

- Jedźmy jeszcze do Palazzo Ducale. Raz tam być to za mało.

- Z przyjemnością. Opadną nas bardziej świeckie tematy.

Pałac dożów był przez Andzię uwielbiany. Na jego architekturę zewnętrzną patrzyła z nabożeństwem. Podziwiała maestrię tej budowy potężnej, a dziwnie lekkiej na swych ażurowych, jak szlak z koronki kolumnach. Wieki przestał ten gmach jedyny w swym rodzaju i zawsze jest nimfą Wenecji. Gotycki styl pałacu, przy ciężkiej, pomimo swej piękności, i przysadzistej bizantyjsko-romańskiej bazylice, sprawia wrażenie panny młodej przy matronie. Andzia liczyła kolumny, 36 na dole i 75 w górze, niby haft jakiś bajeczny, a każda kolumna to arcydzieło. Gdy Horski powiedział Annie, że fundamenty pod to cacko założone były w 814r. przez Angello Partecipazzio, nie chciała wierzyć. Dużo młodsza datą bazylika wydaje się wiekowa, przy tym ślicznym Palazzo. Porta della Carta przytykająca do Chiesa S. Marco, to jedno więcej arcydzieło. Cudne marmury tej bramy i kombinacje ich, rzeźby, figury i płaskorzeźba na froncie, wyobrażająca sprawiedliwość w postaci skrzydlatego lwa z otwartą księgą. Przy tej to bramie rząd Rzeczypospolitej Weneckiej ogłaszał wyroki.

Wewnątrz pałacu dożów Andzia chodziła z uroczystą powagą. W salach tych spoczywały wieki. I znowu obrazy, obrazy. Véronèse'a: "Porwanie Europy" - twarz kobiety na grzbiecie byka - była dla Andzi niezrównana, Tintoretto: "Bachus i Adriana" - obraz ten Horski lubił rozpatrywać szczegółowo.

W sali Wielkiej Rady Andzia mówiła szeptem, jakby w obawie, by czające się tu echa przeszłości nie zostały spłoszone. W wyobraźni widziała świetne zebrania patrycjuszy Wenecji zapisanych do złotej księgi, którzy tu pod przewodnictwem doży rady swe odbywali, na tych samych ławkach wyniosłych siadając. Przyglądała się 76 portretom dożów, od Angelo Partecipazzio do Ludwika Manina, które zdobią górny fryz sali. A 21 wielkich obrazów Véronèse'a, Bassano, Tintoretta i innych na ścianach porozwieszane, przedstawiające zwycięstwa Wenecjan w ogóle i nad Fryderykiem barbarossą odniesionych. A poza tronem doży, olbrzymi obraz Jakuba Tintoretta "Raj" (Le Paradis), zajmujący całą poprzeczną ścianę, płótno kolosalne rozmiarami, jedno z największych na świecie.

- Czy pani wyobrażała sobie istnienie podobnej sali? - pytał Horski. - Pięćdziesiąt metrówdługości, dwadzieścia pięć szerokości i piętnaście wysokości. Co?

Andzia wpatrywała się ciekawie w jeden obraz, zawieszony pomiędzy portretami dożów, w ich szeregu, ale bez cienia rysunku, bez żadnej postaci, zupełnie czarny. Tylko wyraźny był napis. Przeczytała głośno:

"Hic est locus Marini Faletri decapitati pro criminibus" [46].

Spojrzała na Horskiego pytająco.

- Wszak to jest miejsce dla doży Marino Faletri?

- Tak. Ale za spisek przeciwko Radzie Dziesięciu taką tylko po nim umieszczono tu pamiątkę.

- To straszne.

- Kto wie, może wolałby tę karę kosztem ocalenia głowy, ale mu i śmierci nie oszczędzono. Nie patrzy pani na plafon? Toż to wszystko coup de maitre. Kapitalne!... A kominek roboty Sansovino. Pokażę pani jeszcze kilka boskości: Alberta Dürera "Ecce Homo", obraz wprost fascynujący. Albo: "Doża Sebastian Ziani przyjmuje papieża Aleksandra III", malował Bassano.

Andzia oglądała wszystko jakby śniąc.

Wyszli na balkon od strony kościoła. Tu znowu historyczne cztery konie z brązu, zdobiące fasadę bazyliki, wspaniałe mozaiki tejże. Dalej brama dell'Orologio, z dzwonem potężnym na szczycie, w który dwie żelazne postacie ludzkie, stojące po bokach walą jak w kowadło, wydzwaniając w ten sposób godziny wieków Wenecji.

Naprzeciw Campanilla wyniosłością swą strzelistą panująca morzu.

- A oto przed nami starożytna biblioteka św. Marka, roboty Sansovino, Loggetta, prokuratorie stara i nowa - mówił Horski.

- Kiedy my to wszystko zwiedzimy? Takie cuda. Jaka szkoda, że Lincia nie może chodzić. O, widzi pan, siedzi na Piazzecie i karmi gołębie. O tam, na ławce, kłania się nam.

Horski zdjął kapelusz wielce rad w duszy, że się pozbył "cerbera". Znaleźli się wkrótce na balkonie od strony laguny. Przestrzeń morska błękitno-szaro-falista, naprzeciw, wprost z wody wyrasta klasztor i kościół St. Giorgio, z wieżą do Campanilli podobną. Na lewo rysuje się Lido, kwitnące bukietami drzew, jeszcze dalej w morzu duże, ponure gmachy szkoły wojskowej, zakładu dla obłąkanych i fale w siny odmęt przechodzące. A nisko Riva Degli Schiavoni, szeroki, rzadki tu trotuar - ulica. Na prawo początek Canal Grande, ponad szczytami pałaców widne okrągłe kopuły kościoła S_ta Maria della Salute. Tuż obok pałacu, na froncie Piazzetty przecudne kolumny: świętego Teodora i druga świętego Marka z figurą lwa.

- Piękne są te syryjskie obeliski - mówiła Andzia. - Ile one czasu przestały, ilu wypadków były świadkami.

- Och, no, te granitowe kolumny wzniesione w 1330 r. nie są najstarsze. Tu wszystko wiekowe. Zejdziemy jeszcze do kazamat, gdzie się odbywały egzekucje. Trzeba poznać i ciemną stronę Wenecji, tym bardziej wówczas słoneczność jej wyda się ponętniejsza. Siła kontrastu rzeczy brzydkich z pięknymi ma tę zasługę, że piękno czyni plastyczniejszym.

W podziemiach Andzia źle się czuła. Przewodnik z kagankiem w ręku pokazywał im cele więźniów i celę egzekucji. Tu był więziony i zginął Marino Faletri, tędy prowadzono skazańców pod topór...

Andzia chwyciła rękę Horskiego.

- Chodźmy stąd! Już dosyć.

Zatrzymał jej dłoń mocno i wsunął sobie pod ramię. Spojrzał. Była blada, z oczami rozszerzonymi ze zgrozy.

- Jaka pani wrażliwa! Cóż, trudno! Wenecja miała artystów i trubadurów, ale miała i zbrodnie, i sądy. Już by pani Elżbietą Tudor nie mogła być. Ale za to Marią Stuart, tylko pozwolę sobie powiedzieć, że jest pani urodziwsza. Te dawniejsze piękności przy dzisiejszych wymaganiach wydają mi się problematyczne.

- Niechże mnie pan do Stuart nie porównuje. Boję się ucięcia głowy przez jakiś nieznany fatalizm. Uciekajmy. Zimno tu i straszno.

Horski nie puścił ręki i tak już wyszli razem.

Oglądali cysterny z brązu na wewnętrznym dziedzińcu pałacu dożów, otoczonym dokoła arkadami, błąkali się po korytarzach, kamiennych płytach dziedzińca. Wchodzili na Most Westchnień, którędy prowadzono podsądnych z ław sądowych do więzienia naprzeciw.

- Ponte dei Sospiri. Można by myśleć, że zakochane pary tu wzdychały. Tymczasem westchnienia są różne - rzekła Anna.

- Są nawet westchnienia nad przebrzmiałymi westchnieniami. To co pani robi w tej chwili.

- A pan wszystko zaraz do mnie odnosi. Nie wzrusza pana Wenecja?

- Wenecję znam od piętnastu lat, panią zaś od półtrzecia miesiąca zaledwo. I dlatego pani...

- Bawię, jako nowość - zaśmiała się.

- Panno Anno, złośliwość nie jest w pani stylu bezpieczna. Niech ją pani odrzuci. Ale oto złapałem panią na nieszczerości.

Andzia zmieszała się wyraźnie.

- Złośliwą i podejrzliwą nie wolno pani być.

- Dlaczego?

- Bo te wady są udziałem kobiet brzydkich.

- Nie, panie. Są właściwością tych, którym się w życiu nie wiedzie.

Oboje razem często z panną Eweliną pływali gondolą po Canal Grande i po mniejszych kanałach. Ale brud i zielona, cuchnąca woda w niektórych zaułkach nie zachwycała. Trzymali chustki przy nosach, płynąc tamtędy. Resztki zgniłych jarzyn i owoców, różne śmiecie pławiły się bezkarnie w kanałach jak w rynsztoku. Mury domów, zielone od wilgoci, mchem i pleśnią pokryte. Ze schodów, opadających gdzieniegdzie wprost do wody, zwisają festony zielonych narośli wodnych, kleistych, które za każdym odpływem lepią się płasko do kamienia, gdy zaś woda, poruszana gondolą uderza w mur, zielone te brody podnoszą się w górę najeżone, wstrętne. Przy świetle słońca wszystko to przybiera malowniczy wygląd, lecz gdy pada deszcz, a niebo powlecze się chmurami, Wenecja robi przygnębiające wrażenie jakiejś katastrofy żywiołowej, zalewu przeokropnego, który pochłonie stary gród. Zdaje się wówczas, że zaraz całe miasto zniknie w kanałach, że nie ma dlań ratunku, że to jest żywy cmentarz. Ponuro i straszno, zagłada wisi nad miastem - ofiarą morza. I trudno wówczas uwierzyć w wiekowe istnienie tych budowli opleśniałych, które nawet trzęsienia ziemi wytrzymywały.

- Wie pani, co uważałbym za największą katastrofę, jaką kiedykolwiek świat widział, a ludzie zanotowali?

- Zniknięcie Wenecji z powierzchni morza - dopowiedziała Andzia.

- Tak. Żeby podobny kataklizm zobaczyć, warto byłoby tylko dlatego żyć. Och, no, a jednak i to z czasem prawdopodobne.

Wszystko ma swój koniec. A gdyby tak teraz? Zginęlibyśmy razem. Wenecję może zniszczyć jakieś niesłychane torremeto, trzęsienie ziemi, jakiś orkan_tajfun morski, coś niebywałego w dziejach świata, ale gwałtownego. Tak sobie tylko to wyobrażam i tylko tak byłoby potężnie.

Andzia otulona płaszczem, gdyż wiatr dął i kropił deszcz, siedząc w gondoli obok Horskiego, rzekła w zamyśleniu:

- Gdy pan to mówi, mimo woli zaczynam wierzyć w to wszystko. Jestem wrażliwa, więc już prawie czekam katastrofy. Ten deszcz, chmury, ach, jak ponuro. Wenecja ma jednak w sobie coś żałobnego. Cisza, tylko plusk wody uderzanej dziobem gondoli i smutne ho, ho... oo, gondolierów. Czasem suchy trzask zderzonych z sobą łodzi. Gondole wszystkie czarne, najwstrętniejsze te z budkami, jak kirem okryte. O widzi pan; płyną z pogrzebem. Ale to nie pogrzeb, to tylko gromada gondoli z budami. Jakież to przytłaczające!

- Lecz charakterystyczne. Pomalujemy gondole na różne kolory, Wenecja straci swój typ. Słupy, do których przywiązują gondole, mogłyby być więcej europejskie. Spotyka się zwykłe kije, łomy nawet nie ociosane. Nie sądzę, by to było - con eleganza, raczej con dolore.

- Chyba nic na świecie nie zmienia się tak pod wpływem pogody jak Wenecja. Gdy słońce - rosną skrzydła, pieśń jest w duszy, hejnałem wzniosłym wszystko tchnie! Gdy pochmurno - jeno smutek bezdenny, a żałoba dręczy serce. Dziwny gród! - mówiła Andzia.

- Więc w pani jest podobieństwo do Wenecji, bo i na panią słońce przedziwny wywiera wpływ; roztapia się w nim jej melancholia i wtedy pani porywa, pani... promieniuje.

Spojrzała na niego bystro.

Nurzał oczy w jej twarzy, oczy ożywione pożądliwym błyskiem.

Drgnęła tylko i uśmiechnęła się.

- Gdy zaś niepogoda - odpycham. Czy tak?

Podniosła ciężkie rzęsy, kącikami oczu przymrużonych popatrzyła na niego zalotnie. Głowę miała troszkę odchyloną na bok, usta malowniczo uśmiechem okraszone.

- Czy tak? - powtórzyła.

- Nie. Zawsze porywa. Panno Anno, teraz mnie pani kokietuje - rzekł cicho i przeciągle.

Gwałtownie spuściła rzęsy.

- Tak - wyszeptała zmieszana.

Horskiemu błysnęły oczy, uniósł kapelusz nad głową i schylił czoło przed Andzią.

- Cóż to znaczy?

- Składam hołd szczerości pani. Zaimponowało mi to, przyznaję. To było bardzo niezwykłe i bardzo ładne. Mam ochotę ucałować pani ręce.

- Niech się pan nie egzaltuje, gondolier patrzy.

- Ja i egzaltacja? Och nie! Jestem tylko pełen uwielbienia. Ale rzeczywiście ta bestia wywraca na nas oczy. On się namyśla.

- Nad czym?...

- Czy by nie zagrać nam serenady. Zachowanie się moje podsuwa mu wnioski zachęcające, spytam go.

- Niech pan da spokój.

Horski przemówił do gondoliera po włosku. Tamten mu odpowiedział, pokazując w uśmiechu białe zęby.

- Wie pani, o czym on myślał obserwując nas?

- Na przykład?

- Że moja odkryta głowa mokła na deszczu, więc nie rozumiał dlaczego ją na ten szwank naraziłem; że w ogóle mokniemy na deszczu, on zaś właśnie zapomniał wziąć parasola. Ale chce nas okryć gościnnie swym cuchnącym kaftanem.

- A to się pan zawiódł co do serenady.

- Tak. Widocznie w żadnym wypadku na romantyka nie wyglądam.

Tarłówna i Horski pływali na Lido statkiem i łodzią, zwiedzili fabrykę szkła i marmurów, arsenał, wszystkie pałace przy Canal Grande, Casa d'Oro przepyszny i wdzięczny swą koronkową architekturą, pałac Franchetti, nieco cięższy w stylu, lecz równie piękny, pałac Foscari, Contarini zwany "Casa di Desdemona", palazzco Sanudo przy wąskim, ślicznym kanaliku z ogrodem po bokach. Z żelaznych sztachetek spływały tu róże pnące i powoje o barwnych, wielkich kielichach. Za sztachetkami rosły magnolie, gdzieniegdzie błysnęły kwitnące migdały; w potopie zieleni ogródka wyglądały jak obnażone, różowe ciałka dzieci igrających w słońcu. Andzia lubiła ten zakątek. Zatrzymywali gondolę przy schodkach wąskiego i wzniesionego trotuarku, obok pałacu, do którego się tędy wchodziło. Wysiadali tam i oparci o mur ogródka ze sztachetką u góry, pod cieniem zielonych gałęzi prowadzili z sobą długie rozmowy. W tym ustroniu gondolier śpiewał im raz, na prośbę Andzi - Sancta Lucia - ale tak fałszował niemiłosiernie, że Horski zatykał uszy. Z panną Eweliną odwiedzali przeważnie kościoły, częściej jednak przebywając we dwoje. Panna Niemojska bała się wody i zmęczenia.

Czasem Andzia i Oskar błądzili piechotą po chodnikach ponad kanałami, niejednokrotnie przeciskając się przy samych murach; zaglądali do dziedzińców prywatnych domów "casa privata", gdzie czarne Włoszęta przypatrywały im się biernie, przyzwyczajone do turystów. Widzieli malców siedzących na progach ciemnych sieni, zajadających ze smakiem makaron, palcami z miski wyciągając go do nieskończoności, prędko i łapczywie. Byli na szczycie Campanilli, podziwiając widok całej Wenecji, niezwykły i wielki, byli na moście Rialto, na placu św. Marka podczas parady wojskowej, zachwycali się iluminacją Wenecji in gratiam jakiejś uroczystości narodowej. Andzia lubiła karmić gołębie, które siadały jej na ramionach i na dłoniach, przypominało jej to Turzerogi. Horski lubił wówczas na nią patrzyć. Sfotografowano ich razem wśród ptaków.

...Ta dziewczyna ma zawsze swój wyłączny styl - myślał Horski. - Jest jak u siebie w domu. Nigdy pozy, nigdy przybranego sztucznie nastroju... Hm. To niezwykłe.

Myśl swą wyraził Andzi.

- Nie rozumiem pana. Po cóż mam udawać i grać komedię?

- Och, to nawet nie komedia, to taka subtelność, którą nie każdy umie zachować. Na przykład wśród tych gołębi stoi pani tak, jakby w ogródku własnego domu przy gołębniku. Widywałem inne panie w tej samej roli, sztucznie czulące się do ptaków i rzucające ziarna z robioną egzaltacją; gdy zaś fotograf je zdejmuje, przybierają miny anielskie przygodnych bogiń. Tymczasem naprawdę gołębie ich wcale nie bawią, przeciwnie, pozując, każda z tych pań drży ze strachu, aby nie... zniszczyły jej sukni.

- Że też pan wszystko zawsze wyśmieje.

- Znam się doskonale na sztucznych nastrojach. Osobiście nie cierpię rozanielonych kobiet, w anielskości nie jest im do twarzy i kobiety chybiają celu, myśląc, że biorą tym mężczyzn, chyba ślamazarów.

Kiedyś z okna hotelu przy Canal Grande Horski pokazał Andzi płynącą gondolę.

- Panno Anno, oto znowu sztuczny nastrój. Tamci państwo w gondoli niezawodnie małżeństwo. On i ona, szczególniej pani, siedzą z wielkim namaszczeniem, uroczyście. Ona lekko o niego oparta, skupiona, ręce splecione na kolanach; szyja utrzymuje głowę w pozie zgodnej z koniecznym efektem, nie widzę, ale założyłbym się, że oczy w słup. Słowem anioł. Jak karmiąc gołębie trzeba mieć nieodzownie odpowiednią minę i postawę, tak samo jadąc gondolą w Wenecji, trzeba się koniecznie usadowić wedle pewnych form, wyrażających zachwyt, upojenie, wzruszenie et cetera i wszystko na modłę nienaturalności.

- Ja się także zachwycałam i cieszyłam Wenecją.

- Ale objawiała to pani inaczej, bez odrobiny tanich i przybranych sztucznie efektów, bez pozy. To się odczuwa i widzi.

Tarłówna wdzięczna była Horskiemu za zatrzymanie jej w Wenecji. Opanowywał ją coraz silniejszy lęk na myśl, że jednak trzeba będzie powrócić do Turzerogów i tam żyć. Myśli te odsuwała od siebie starannie, żyła teraźniejszością. Nie mogła się rozmarzać, bo Horski ją otrzeźwiał, nie mogła tęsknić, bo on rozrywał jej tęsknoty, nie mogła wylatywać naprzód wyobraźnią swą, bo drogę do przyszłości zasłaniał jej znowu Horski. Co z tego wyniknie?... - mętnie myślała Andzia.

Słowa jego wypowiedziane na łodzi w Beaulieu pamiętała wybornie. Jego zamiary tak niespodziewanie objawione, z naciskiem jakby z nakazem wbiły się w mózg Andzi. Zdumiały ją i przeraziły na razie. Potem śmierć Jana odsunęła je na drugi plan; powróciły rychło, ale już nie groźne, nie nadnaturalne, lecz niepokojące.

Był to jednak niepokój, którego się nie oddala.

Anna nie umiała zbadać siebie i nie chciała. Zawisł nad nią wielki znak zapytania, jak miecz Damoklesa. Nie pragnęła dotknąć go już ani się spod tego znaku wyśliznąć. Tak jak jest, było jej dobrze. Nie drażnił jej chłód Oskara, czuła, że dla niej zbyt zimny nie był. Umiała obudzić żywszy płomyk w jego stalowych oczach i lubiła go budzić. Kokietowała go czasem umyślnie. Niczego więcej nad to, co istniało, nie życzyła sobie. Uczucia miłosne były od niej daleko, pogrzebała je w mogile Andrzeja. To, co jej dawał Horski, wystarczało, przeczucie jej mówiło, że i on nie zażąda od niej zapałów gorętszych. Ale niepokój pomimo to nurtował, szczególnie gdy spotkała na sobie jego wzrok, lub gdy uczuła na ręku dotknięcie jego dłoni, czasem ust. Wówczas przenikał ją dreszcz niepojęty, a jakiś obcy, odległy, niby dosłyszalne echo grzmotu.

Nie rozumiała, że woła na nią, że ją wzywa moc potężna, której się nie oprze.



XV

W jego mocy

Pewnego dnia wręczono Andzi telegram. Przybladła otwierając kopertę, ale się uspokoiła. Depesza była od Lory, brzmiała krótko:

"Wieści z kraju ważne, przyjeżdżajcie zaraz, Monte Carlo".

- Znowu tam powracać? Po co?

- Drogi z Monte wiodą na wszystkie strony świata, będzie się można udać, dokąd się zechce. Tymczasem jedźmy tam - radził Horski.

Tarłówna z żalem żegnała Wenecję. Parę tygodni przebytych w tym grodzie były jakby perłą kilku lat jej życia, od śmierci Andrzeja.

Z radością jednak powitała znowu Morze Śródziemne, ale nie chciała zatrzymywać się u Lory. Horski był z tego zadowolony.

Tarłówna z Eweliną zamieszkały w hotelu przy bulwarze Condamine, on, jak i przedtem, w Buckingham Palace.

Lora powitała Andzię wymówką, że nie zajechała do jej willi, ale z radością, że przepowiednia jej spełniła się i że Andzia nie wraca do Turzerogów.

- Już wkrótce jadę do kraju. Jakie masz wiadomości, Lorko?

- Listy od Kościeszy i od Grześka, wyobraź sobie. Wybacz, że czytałam, ale przyznaję się. że byłam bardzo ciekawa.

- Grześko pisał? Pokaż te listy?

Tarłówna przebiegła wzrokiem chmurnym pismo ojczyma. Gniewał się, że nie przyjeżdża, zapowiadał, że pieniędzy więcej nie przyśle, że dosyć tego "używania" na południu w domu "takiej pani jak Lora", o której każdy wie, kim jest...

Andzia mimo woli zerknęła na Nordicową.

Ona to spostrzegła.

- Wiem, co w tej chwili czytasz. Szympans mi wymyśla. Stary osioł! Będzie wiedział, że znam treść jego listu.

Kościesza pisał w tonie ostrym i stanowczym. O śmierci Jana była tylko mała wzmianka, natomiast kilkakrotne zaznaczenie, że Andzia zapomina o swych obowiązkach i że popełnia nieprzyzwoitość, będąc tyle czasu za granicą bez właściwej opieki. Tarłówna odwróciła się do Eweliny, czytając ten sam list za jej plecami.

- Kościesza nie wierzy w łagodną opiekę Linci.

- Uważa panią tylko za futerał Handzi, za plaster przyzwoitości - śmiała się Lora.

- Bezpieczniej dla Andzi być zupełnie bez opieki, niż pod opieką Kościeszy - odrzekła nauczycielka.

- Ach, to z pewnością.

Andzia odłożyła list z niechęcią.

- Same wymówki, naglenie do powrotu i kilka fałszywie słodkich słówek, zapewnień miłości dla mnie i tęsknoty. Przestałam się już brać na ten lep. Cóż stary, kochany Grześ pisze...

Czytała z uwagą, lecz po chwili zbladła i łzy spłynęły jej z oczu.

- Więc jednak odgadłam, zginął pod krzywą brzozą, przy sągach drzewa... biedny, biedny Jaś. Taka śmierć okropna...

- Grześko coś przeczuwał, szukał go, ale już nie zdążył. W tym samym miejscu, gdzie ja... przed laty.

- Jaś był zawsze mazgajem, ale śmierć wybrał śmiałą. Trzeba odwagi na taki krok. Nie sądziłam, żeby mógł to zrobić - rzekła Lora. - Ale czytaj dalej.

Tarłówna zdumiewała się.

- Wereżba, rządca z Drakowa? Nawet nie słyszałam o takim. Ktoś nowy. Cóż on tu robił? Był u ciebie, Loro?

- Skądże! Lecz widocznie śledził nas, przysłany przez Kościeszę. Szlachetny podwładny szlachetnego szefa. Szkoda, że go nie znałam i jego zamiarów, kazałabym skierować na niego auto w pędzie. Oto bestia!

Andzia skończyła list.

- Poczciwy Grześko, błaga, bym powracała. Cóż ja poradzę na to, co się tam dzieje. Właściwie jednak powinnam.

- Stanowczo! - potwierdziła Lora. - Kościesza z tym jakimś Wereżbą i widać podobnym do niego administratorem Toporzysk, urządzi ci tak majątki, że nie będzie po co wracać. Już jeśli rąbią i sprzedają lasy, to najgorsze. Wycisną majątek jak pomarańczę, włókno zostawią dla ciebie. Kościesza widzi, że wymykasz mu się z rąk, wątpi, czy sam z tobą coś wskóra, więc zabezpiecza siebie i Janusza na wszelki wypadek.

- A skoro powrócę, czy mi odda majątki?

- Zażądasz, jesteś pełnoletnia. Prawo za tobą. Logika łatwa i wykluczająca wszelkie spory. Pyszny Grześko z tym swatostwem. Drohobycki z Kiryłówki czeka na twój powrót, z zamiarami starania się o ciebie. To sąsiad Olelkowicza, o ile pamiętam. Nie znam go, a ty?

- Ach, daj spokój! Widziałam go parę razy, był na... ostatniej obławie.

- Ale odważny, że się Kościeszy nie obawia. Ciekawam, w jaki sposób zginąłby, gdyby się z tobą zaręczył?

- Loro, przestań. Nie dręcz mnie. Pan Drohobycki może być spokojny, zostanie przy życiu.

- Z wielką goryczą mówisz to, Andziu.

- Bo goryczy mam pełną duszę...

Na drugi dzień rano Andzia poszła samotnie do parku Monaco. Sama, nie wiedząc kiedy, znalazła się na swym ukochanym cyplu. Stanęła przy balustradzie, patrząc na morze.

Było wzburzone, groźne.

Bałwany sine waliły z głębin, straszne, ryczące, wzniesione potężnie ponad normę i wściekłe. Na krańcu wód odmęty czarne, jakby atramentem skropione, bliżej sinordzawe, brudną pianą chluszczące. Czasem podnosił się wał zielony i targany huraganem wył jak zwierz, zwijał swe runa, niby gad potworny, wymiotował pianą i zwalczony nowym lewiatanem, utworzonym z wód, tonął w posępnej głębi.

Morze szarpało się gniewnie, huk fal toczył swe bojowe surmy i gnał z burzliwej przestrzeni do brzegu, jakby grożąc nawet zagładzie tej wyniosłej skale.

Wicher uderzał w Andzię z zajadłością, cofnęła się w tył i przykucnęła na ławce, oparta mocno o skałę za sobą.

...Dlaczego dziś morze takie groźne i tak mnie nieprzychylnie wita mój ulubiony cypel? - myślała.

...Poznałam tu Horskiego...

...Może i on dziś przyjdzie? Lincia mu powie, że poszłam do parku, domyśli się i przyjdzie na pewno...

...Niechby przyszedł, tak tu dziś straszno...!

...Jeśli odgadnie i przyjdzie po... ach, dość zabobonów!

Andzia czuła, że drży. Z zimna czy z jakiegoś innego powodu?

...Co się to ze mną wyrabia?

...Czy i w Wenecji dziś tak samo morze ryczy?... Tam Adriatyk błękitem nalany, tam słonecznie...

...Jak tam było dobrze... Czy taki spokój błogi jeszcze powróci? Wracać trzeba, jechać tam! Drohobycki czeka. Ha, ha, ha!

...A Kościesza obmyśla, jaką by mu trutkę zadać, gdyby?... Ha, ha, ha!

Śmiała się jak szalona, aż jej od śmiechu i wiatru oczy nabiegły łzami.

...Drohobycki czeka. Ha, ha, ha!

...Bo kto ze mną los swój zwiąże, ten ginie. Nawet Lora mówi - odważny Drohobycki. Ach, będziesz żył, będziesz! Młody, szkoda go... sąsiad Andrzeja... Nie zgubię go, nie, nie!

Morze wzdęło się piekielnym rzutem. Czy chce pochłonąć skałę? ...Gdybyż Horski przyszedł, tak tu jakoś ponuro...

Andzia zatulona w płaszczyku siedziała cicho, myśląc i śmiejąc się na przemian. Rozdrażniona była.

Morze denerwowało ją jeszcze więcej, ale odejść nie chciała, bojąc się nawet wstać i przejść kilka kroków nad przepaścią zarośniętą krzewami.

W pewnej chwili usłyszała kroki na uliczce. Zaczęła nasłuchiwać.

...Tak, to on. Jego chód.

Krew uderzyła jej do twarzy, oddech zamarł w piersi. Jakby go kto ręką zdusił.

Horski stanął przy niej i patrzył, ona podniosła na niego oczy.

- Och, no domyśliłem się, że pani jest tu. W taką pogodę na tej wyżynie? Co pani?... Zimno?

- Nie.

- Tylko?...

- Boję się czegoś.

Zdjął palto i okrył nim Andzię.

- Co pan robi? Niech pan tego nie robi! Pan zmarznie.

- Wytrzymałem bez palta burzę na oceanie, na pokładzie statku. Pani jest przede wszystkim zimno, pani szczęka zębami.

Nie śmiała mu się przyznać, że to tylko z jakiegoś nieokreślonego wrażenia.

Usiadł przy niej i długo milczał.

Andzia uspokoiła się znacznie.

- Panna Ewelina wszystko mi powiedziała. Niemiłe listy z kraju. Prawda? - przemówił nareszcie.

- Tak. Ojczym mnie wzywa do powrotu.

- Słyszałem. Pani chce sama wziąć się do pracy, stać się kulturträgerką Wołynia i żyć w tych ciasnych ramach. Za młoda pani na to.

- To lepiej. Od razu zaprząc się do wózka przeznaczenia, bez mrzonek, które, jak Lora mówi, psują życie. Może to i prawda?

- Panno Anno, pani gra ze mną w chowanego. Przeznaczenie pani jest inne.

Horski wziął jej ręce w swe dłonie. Widziała blisko siebie jego magnetyzujące oczy.

- Przeznaczeniem pani jest być kobietą, nie cywilizatorką i administratorką.

- Czy pan nie kojarzy tych pojęć z sobą?

- Nie. Mam wstręt do wszelkiego rodzaju emancypantek i do... ekonomów w spódnicach. Lubię kobiety w kostiumach sportowych, ale nie cierpię kobiet przywłaszczających sobie role męskie. To je psuje. Zwłaszcza kobiety w pani typie. Pani jest przede wszystkim stworzona, aby... dawać szczęście i rozkosz mężczyźnie.

Andzia zdrętwiała. On pochylony blisko jej twarzy rzekł mocno:

- Tym mężczyzną ja pragnę zostać.

Słowa i głos jego przeniknęły ją na wskroś. Dreszcz zapomniany od bardzo dawna, ale już zrozumiały, już