FANDOM


Rozdział XXIII Gdy śpiący się zbudzi
Rozdział XXIV
Herbert George Wells
Cały tekst
Uwaga! Tekst wydano w latach 1901-1902. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


Rozdział XXIV.

PRZYBYCIE AEROPLANÓW.

Dwóch ludzi w niebieskich bluzach leżało w cieniach aeropilu, zdobytego w Rochampton. Ogień Ostrogitów ustał. Nie było prawie widać nieprzyjaciół przez jakiś czas. Lecz echa walki, która teraz toczyła się daleko na dole w niższych galeryach tej stacyi, dochodziły co chwila i łączyły się z okrzykami ludu, który stoczył się z tej strony. Jeden z tych ludzi opisywał drugiemu, jak spostrzegł tam na dole jednego z uciekających Ostrogitów i jak do niego wypalił.

— Jeszcze tam leży — rzekł. — Widzisz tę małą plamę? Tak. To tam, między temi sztabami.

Niedaleko leżał trup z twarzą zwróconą ku niebu. Na niebieskiej bluzie znaczyła się kręgiem kula, która przeszyła mu pierś. Tuż obok niego leżał ranny, z obwiązaną nogą i patrzył bezmyślnie. Poza nimi wznosiły się potworne zarysy aeropilu.

Nagle dał się słyszeć z dolnej części stacyi wielki huk.

— Cóż się tam znowu dzieje? — rzekł i uniósł się na łokcie, żeby lepiej się módz przyjrzeć. Garść niebieskich bluz wybiegła ze stacyi i posunęła się ku aeropilowi.

— Nie trzeba nam tych błaznów — rzekł drugi. — Garną się tylko do kupy i tracą amunicye na puste strzały. Za czem też idą?

— Pst! — wołają.

Obaj jęli nadsłuchiwać. Garść skupiła się koło aeropilu. Trzej dozorcy uzbrojeni, których można było poznać po czarnych płaszczach i odznakach, wydrapało się na górę. Zaczęto się uwijać dokoła potworu.

— Wtaczają go na tor — oto, za czem przyszli.

— I cóż w tem dobrego? — rzekł pierwszy. — Nie mamy aeronautów.

— I bez tego wtaczają go na tor.

Spojrzał na swój karabin, spojrzał na pasujący się tłum i nagle zwrócił się do rannego.

— Trzymaj to chłopie — rzekł i wręczył mu karabin razem z torbą kartaczy, poczem popędził do aeropilu. Dowiedział się... wszyscy zresztą w całem mieście już wiedzieli o tem, że władca, jakkolwiek nie bardzo tęgi żeglarz, postanowił puścić się sam na tym aeropilu, że teraz właśnie przybywał, aby skontrolować, czy wszystko w porządku i że wkońcu nikomu nie chciał się dać wyręczyć. „Ten jest królem, który naraża się na największe niebezpieczeństwa, który bierze na się największy ciężar”, tak miał powiedzieć mistrz i władca.

I jeszcze śmiał się ten człowiek radośnie, ocierając gęsto ociekające mu po twarzy krople potu, gdy dał się słyszeć nowy hałas, a razem z nim dźwięki pieśni rewolucyjnej.

— Władca idzie! — wołano ze wszech stron. — Mistrz idzie — a tłum naokoło niego zwiększał się coraz bardziej. Zaczął pchać się ku środkowym stopniom.

— Mistrz idzie! — Śpiący, władca! — Bóg i władca! — ryczały straszne głosy.

I Graham szedł: wysoki, ponury mężczyzna w powiewnej, czarnej szacie, z bladą, energiczną twarzą i oczyma, patrzącemi wprost przed siebie; człowiek, który dla wszystkich otaczających drobnostek nie miał nawet przelotnego spojrzenia... Przez całe życie będą wszyscy pamiętać tę bezkrwistą twarz Grahama.

'When the Sleeper Wakes' by Henri Lanos 15

Człowiek w żółtym stroju wskazywał palcem na dwa aeropile.

Dzwon, wzywający do opróżnienia aeropilu, dźwięczał ponuro i przykro. Z tym dźwiękiem w uszach podszedł Graham do aeropilu i stanął w cieniu jego olbrzymich, kołyszących się skrzydeł. Zauważył, że wielu z tłumu chciało z nim wybrać się w powietrze, lecz nie przyjął żadnego. Chciał pomyśleć nad puszczeniem aeropilu. Dzwon jęczał coraz głośniej, a stąpania cofających się tłumów dudniały coraz gwałtowniej. Człowiek w żółtym stroju pomógł mu wydrapać się na aeropil. Usiadł Graham na ławeczce. — Tymczasem nagle człowiek w żółtym stroju wskazywał palcem na dwa aeropile, sunące od struny południowej. Widocznie wyjechały na spotkanie nadchodzących aeroplanów. A zatem trzeba było ruszyć natychmiast. Rzucano mu z pośród tłumu słowa zachęty, pytania, napomnienia. Nużyło go to. Chciał myśleć o aeropilu, chciał przypomnieć sobie punkt za punktem wszystko, czego się poprzednio był nauczył. Ruchem ręki oddalił tłumy od siebie. Potem widział, jak człowiek w żółtym stroju spuszczał się w dół po belkowaniach i żebrach maszyny.

Przez chwilę siedział bez ruchu i patrzył bezmyślnie na dźwignie i korby, na koło olbrzymie i na wszystkie te drobne urządzenia, o których prawie że nie miał wyobrażenia. Zauważył, że lud przestał krzyczeć i śledził za jego ruchami. Kula świsnęła mu tuż nad głową. Kto dał ognia? Czy na torze niema już nikogo? Powstał, żeby się przekonać i usiadł znowu.

Wśród ogłuszającego turkotu leciał coraz wyżej. Jeden z aeropilów ostrogowych pędził w kierunku poprzecznym do jego drogi, tak, że Graham ruszył ku niemu w kierunku skośnym, aby potem módz pod bardzo ostrym kątem przelecieć pod nim. Drobni aeronauci patrzyli nań z góry. Widział, że jeden trzymał karabin w ręku i mierzył. W mgnieniu oka zrozumiał ich taktykę i stosownie do tego powziął postanowienie. Otworzył dwie małe klapy po lewej stronie, zawrócił w koło, potem wprost na tę wrogą maszynę, zamknął klapy i ruszył, ukryty za skrzynią. Tamci zakołysali się na chwilę, jak żeby go obejść dokoła. Lecz w tej chwili Graham zacisnął zęby, skrzywił twarz i krach! Uderzył! Uderzył tuż pod przedniem skrzydłem.

Bardzo powolnie skrzydło wroga jęło się rozszerzać. Widział, jak z całych sił podleciał w górę, a potem zwolna zaczął zsuwać się w dół i znikł mu z widoku.

Teraz mógł odetchnąć. Odwrócił głowę po raz pierwszy, żeby zobaczyć, co się stało z jego wrogami. I wówczas zauważył, że na wschód od obu stacyj aeronautycznych ziała olbrzymia przepaść, w którą spadał z góry jakiś drobny punkcik. Z początku nie zrozumiał, a potem nagle dzika ogarnęła go radość. Wydał okrzyk nie artykułowany i puścił się wyżej i wyżej ku niebiosom.

— Gdzie się podział drugi aeropil? — pomyślał. — I oni także...

Lecz nagle od strony południowej powolnie zaczęły nadciągać dwie drobne plamki świetlane. A potem znowu dwie, a potem mglisty kłębek szybko nadciągających postaci. Teraz mógł je już policzyć. Było ich dwadzieścia cztery. Była to pierwsza flotyla aeroplanów! Poza nią jeszcze silniejszy blask nadciągał.

Graham zatoczył łuk, patrząc na tę nadciągającą flotę, która zbliżała się coraz bardziej. Szybko obliczył jej chyżość i puścił w ruch małe koło, które pchnęło naprzód maszynę. Dotknął się jednej z korb, a ustało natychmiast terkotanie. Zaczął opadać szybko, coraz szybciej. Zmierzał ku samemu czołu tego brzegu, który się zbliżał. Padał, niby kamień, przez świszczące powietrze. Może nie cała, zdawało się, upłynęła sekunda, a już wpadł na pierwszy aeroplan.

Zmierzał wprost na aeroplan, lecz w ostatniej chwili namyślił się i zmienił nieco kierunek. Zawrócił nieco i uderzył z całych sił w skrzydło. Pomknął w górę. A potem spadł na drugą ofiarę, a cała załoga widziała, jak spadał i zdruzgotał ją.

Wybrał trzecią ofiarę, rzucił się gwałtownie, ale wywrócił ją tylko na bok.

Wtem zobaczył, że aeropil na Blackbeath zesunął się i stanął gotowy do wzlotu. Natychmiast zrozumiał, co to znaczy. To widocznie Ostrog ucieka. Krzyknął i rzucił się za nim. Ogarnął go właśnie ów wielki zapał. W chwili, w której się zbliżał, tamten posunął się pionowo w górę. Puścił się za nim, ominął go i począł spadać w dół.

Straszliwie był tem zmartwiony. Pchnął maszynę w tył i wzniósł się kolistą linią w górę. Widział, jak Ostroga maszyna wznosiła się spiralnie ku górze. Posunął wprost ku niej i zdystansował ją samym rozmachem spadku. Rzucił się i znowu chybił! Gdy przeciągnął mimo, zobaczył twarz aeronauty ostrogowego pewną siebie i chłodną, a w postawie Ostroga widniała niezachwiana energia. Ostrog patrzył uparcie w inną stronę, ku południowi. Graham zrozumiał, jak niezgrabnym musiał być jego lot. Puścił się w górę i znowu zdystansował swego wroga. Rzucił okiem za siebie, a uwagę jego przykuła dziwna rzecz. Wschodnia stacya w Shooters Hill jakby unosiła się w górę; błysk, który nagle zamienił się w szarą, zakapturzoną postać, strzelił w powietrze. Przez chwilę postać ta zakapturzona stała bez ruchu, rzucając na wszystkie strony olbrzymie masy metalu, a potem rozeszła się olbrzymią, gęstą masą dymu. Lud wysadził ją w powietrze razem z aeroplanem i wszystkiem! W tejsamej chwili i z tąsamą chyżością strzelił w górę drugi słup ze stacyi w Norwood. I podczas gdy na to patrzył, doszedł go głuchy odgłos i uderzyła go fala powietrza pierwszej eksplozyi. Został pchnięty w bok.

Przez chwilę aeropil spadał nosem w dół i miał się już zupełnie wywrócić. Zaczął ściskać koło, które wirowało mu nad głową. I wówczas huk drugiej eksplozyi pchnął mu maszynę szalenie w bok, i... wpadł na Ostroga. Aeropil skłębił się z aeroplanem. Grahamowi zdawało się, że wisi w powietrzu. Nagle pomyślał, że spada, potem był pewny, że spada. Nie śmiał spojrzeć w dół. Z błyskawiczną szybkością, nieświadomie niemal, przeszedł w myśli wszystkie zdarzenia, których był świadkiem od chwili przebudzenia, wspomniał sobie dni zwątpień i upadków, dni panowania, a w końcu nagłe odkrycie wyrachowanej zdrady Ostroga. On uległ, ale Londyn był uratowany!

Myśl ta miała w sobie całe jądro nierzeczywistości. Spadał coraz chyżej. W takim spadku kończą się niezliczone marzenia. Lecz wszak za chwilę się zbudzi...

Myśli biegły mu coraz szybciej po głowie. Zastanawiał się teraz, czy zobaczy jeszcze Helenę. Zdawało mu się tak nierozsądną rzeczą, aby nie miał jej już widzieć. Ależ to musi być sen. Jednak musi się jeszcze z nią widzieć. Ona przynajmniej była rzeczywista. Ona była rzeczywista i jest. On zaś zbudzi się i zobaczy ją znowu.





Słońce już zaszło. Jakiś mężczyzna na koniu, odziany w ciepły płaszcz, zbliżał się ku pagórkowi, który niegdyś nosił nazwę Addis-combe. Był to mężczyzna tęgi, wysoki, zajmował stanowisko dozorcy niezliczonych stad owiec, które pasły się na rozległych, samotnych łąkach wzdłuż Surrey i Kent. Koń szedł wolno i zbliżał się coraz bardziej do pagórka, na którym zwykle rozlegał się huk wiatraków. Wnet potem jeździec ujrzał stacyę w Norwood, oblaną na zachodniej stronie czerwonem światłem. Wydał okrzyk zdumienia, ściągnął cugle i stanął. Dokoła cały Londyn zalany był łuną.

— Ciągle jeszcze walczą — mówił. — Ciągle walczą. Wojna, wojna.

Nagle usłyszał głosy i turkot maszyn. Pierwszy okręt Ostroga, cały jaskrawo oświetlony, ukazał się oczom jeźdźca. Potem, niby płomienie, ukazywały się i inne okręty, wszystkie zapchane wykrzykującymi tłumami. Z piersi jeźdźca wydarł się jęk; wiedział, że wiozą tam broń i zagładę dla wszelkich nadziei wolności. Ze wschodu i zachodu coraz nowe nadciągały okręty.

— Otóż i oni, skowyczące szatany. Otóż są. Nauczą oni szaleńców, kto jest panem. Nauczą...

Wtem czarny aeropil przeciągnął, niby sowa o zmierzchu i wpadł między aeroplany, niemal się o nie ocierając. Odwrócił się w drugą stronę i ujrzał słup ognisty, strzelający w górę.

— Ależ oni walczą! — zawołał. — Walczą w powietrzu!

Nagle spostrzegł nad głową dwie czarne plamy, krążące jedna nad drugą i zaledwie je dostrzegł, gdy ziemia się zastrzęsła i dał się słyszeć tępy huk. Koń spłoszył się i wnet potem nastąpiło nowe wstrząśnienie.

'When the Sleeper Wakes' by Henri Lanos 16

Zbliżył się do szczątków z nich, gdy wtem natknął się na ubiór i członki wybladłe.

Po chwili spojrzał w górę i wydał okrzyk zdumienia. Ujrzał bowiem ponad głową coś, co szybko zmieniało kształty: Był to aeroplan skłębiony z aeropilem. Zsiadł z konia, puścił go samopas, a sam popędził znowu na wzgórze i ujrzał jak dwa statki powietrzne runęły na ziemię. Zbliżył się do szczątków z nich, gdy wtem natknął się na ubiór i członki wybladłe; wśród mroków dojrzał siwą głowę i ciemną rękę. Nieco dalej leżały dwa inne ludzkie ciała.

Spojrzał na pierwsze z nich. Był to rudy mężczyzna, którego głowa zwisała bezwładnie. Drugi zaś leżał rozpostarty na złamanem żebrze wachlarza. Z nosa sączyły mu się dwie cienkie nitki krwi. Twarz jednak była nienaruszona i pełna spokoju. Oczy otwarte, patrzyły energicznie przed siebie. Był bogato ubrany, nie był to jednak strój aeronautów Rady. Nagle ciało jego ruszyło się.

— Wielki Boże! Ależ ten człowiek żyje! — zawołał dozorca. Przybiegł i ukląkł wśród gruzów, bał się jednak dotknąć ciała. Widział, jak wargi owego mężczyzny poruszyły się i dosłyszał dźwięk, który później dopiero zrozumiał. Nieszczęsny wyrzekł imię: „Helena”.

Aeroplany krążyły teraz nad dalekiem miastem. Czy człowiek ten widział, co się działo, trudno było powiedzieć, ale już było znać, że śmierć zbliża się szybko.

— Słabi ludzie — wykrztusił jeszcze — słabi ludzie...

Oddychał z coraz większym trudem. Głowa opadła, oczy się przymknęły. Wyraz twarzy złagodniał i nieznacznie odcień bólu zniknął z warg. Wątpliwości skończyły się raz na zawsze.


KONIEC.
Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.