FANDOM


Rozdział XVIII Gdy śpiący się zbudzi
Rozdział XIX
Herbert George Wells
Rozdział XX
Uwaga! Tekst wydano w latach 1901-1902. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


Rozdział XIX.

POGLĄDY OSTROGA.

Graham zastał Ostroga czekającego ze sprawozdaniem z czynności dnia. Dawniej załatwiał się z tem jak mógł najszybciej, żeby módz oddać się swym doświadczeniom aeronautycznym, lecz teraz począł zadawać krótkie, stanowcze i badawcze pytania. Chciał koniecznie objąć rządy odrazu. Ostrog przedstawiał mu pomyślne nowiny z zagranicy: mówił o zaburzeniach w Paryżu i Berlinie.

— Po tylu latach — rzekł, gdy Graham zbyt natarczywe zadawał pytania — komuna znowu podniosła głowę. Oto właściwe znaczenie całej tej walki. Lecz przywrócono już spokój w tych miastach.

Graham spytał, czy były jakie utarczki.

— Tak, tu i ówdzie — rzekł Ostrog. — W jednej zaledwie dzielnicy. Lecz oddział senegalski naszej policyi rolniczej (Spółka Towarzystw afrykańskich ma bardzo dobrze wyćwiczoną policyę) zjawił się natychmiast, a oprócz tego aeroplany wiele dopomogły. Spodziewaliśmy się zamieszek w miastach kontynentalnych i w Ameryce. Lecz w Ameryce zupełnie cicho. Upadek Rady wywołał powszechne zadowolenie.

— Dlaczego spodziewano się zamieszek? — zapytał Graham nagle.

— Wielu jest niezadowolonych od dłuższego czasu.

— Z Towarzystwa Pracy?

— Widać, że pan uczy się naszych spraw — rzekł Ostrog nieco zdziwiony. — Tak. Szczególnie Towarzystwo Robocze daje dużo powodów do niezadowolenia. I to niezadowolenie dało pierwsza pobudkę do obalenia Rady, no i pańskie przebudzenie.

— Czyż tak?

Ostrog uśmiechał się. Zaczął tłomaczyć obszerniej.

— Musieliśmy wzbudzić w nich to niezadowolenie, a natomiast musieliśmy wskrzesić dawne ideały o powszechnej szczęśliwości i równości pod każdym względem, jak zbytku, bogactwa — ideały, które drzemały przez dwieście lat. Czy pan to wszystko wie? Musieliśmy te ideały, nie dające się urzeczywistnić, wskrzesić, żeby módz obalić Radę. A teraz...

— Co teraz?

— Rewolucya nasza dokonana, Rada obalona, a lud, który podburzyliśmy, nie przestaje wierzyć w te obietnice. Dziwna rzecz, jak gwałtownie i szybko odżył i rozpowszechnił się ten przestarzały humanitaryzm. W Paryżu, jak powiedziałem, musieliśmy nawet postarać się o obcą pomoc.

— A tutaj?

— Tu ciągłe zamieszki, Tłumy nie chcą wracać do pracy. Panuje powszechne bezrobocie. Połowa warsztatów stoi odłogiem, a ludzie uwijają się po gościńcach. Mówią o jakiejś komunie. Lżą ludzi, chodzących po ulicy w jedwabiach. Ci ludzie spodziewają się po panu niesłychanych rzeczy... Oczywiście pana nie powinno to obchodzić. Wprawimy w ruch „machiny psychologiczne“, które im wpoją znowu pojęcia o ładzie i spokoju. Musimy tęgo ich trzymać w karbach. Na tem polega cała sztuka.

— Zwłaszcza, żeby aż sprowadzać murzyńską policyę — przerwał Graham ironicznie.

— To pożyteczne stworzenia — rzekł Ostrog. Potulne bydlęta, wolne od wszelkiego rodzaju idei — nie tak, jak nasze pospólstwo. Rada powinna ich tu była mieć pod ręka, a sprawy może innyby były wzięły obrót. A teraz niema się czego obawiać; zresztą może pan każdej chwili pofrunąć na Capri, gdy tylko pokaże się pierwszy ślad dymu lub prochu. Wszystko jest w naszem ręku; aeronauci są obdarzani przywilejami i bogactwem, stanowią więc najbardziej zamknięte w sobie koło, a kto posiada władzę w powietrzu, tem większym jest władcą na ziemi. Lud niema przewódców — z wyjątkiem poszczególnych naczelników oddziałów tajnych stowarzyszeń, które założyliśmy jeszcze przed pańskiem ocknieniem. Ale to krzykacze, sentymentalni, zazdrośni o sławę. Nikt z nich nie potrafi przewodzić i działać. Całe wzburzenie może co najwyżej skończyć się na bezładnej ruchawce. Bo do tego przyjść może, trzeba wyznać. Lecz to nie przeszkodzi panu w aeronautyce. Czasy, w których lud umiał stwarzać rewolucyę, minęły.

— I mnie się tak zdaje — rzekł Graham.

Dumał przez chwilę.

— Ten wasz świat pełno mi przyniósł niespodzianek. Dawnymi czasy marzyliśmy o rozległej demokracyi, o chwili, w której wszyscy ludzie będą równi i szczęśliwi.

Ostrog popatrzył nań bystro.

— Czasy demokracyi minęły — rzekł. — Minęły na zawsze. Zaczęły się pod Creçy, gdzie łucznicy rozstrzygali walkę, a skończyły się z chwila, w której piechota, wogóle pospolici ludzie w skupionych masach utracili zdolność wygrywania bitew, a na ich miejsce kosztowne przyszły działa, ogromne machiny i konstrukcye żelazne, które odtąd stały się jedyną potęgą świata. Czasy nasze są epoką bogactw. Bogactwo jest potęgą, panującą na ziemi, morzu i w powietrzu. Świat dla tłumu?! Tłum rządcą?! Nawet w waszych już czasach silnie wiarę w tę mrzonkę podkopano. Czasy pospólstwa minęły.

— A jednak — rzekł Graham — tu stawia coś opór, wy tu gwałtem coś tłumicie... Czyż świat musi iść tym torem? Czyżby wszystkie nasze nadzieje były ułudą?

— Co pan ma na myśli? — zapytał Ostrog. Nadzieje pańskiej epoki?

— Jestem synem epoki demokratycznej, a zastaję teraz arystokratyczną tyranię!

— Dobrze, lecz pan jest naczelnym tyranem.

Graham wstrząsnął głową.

— Niech się pan nie troszczy o te sprawy — rzekł Ostrog. — Za kilka dni wszystko będzie w porządku. Tłum można łatwo poskromić i wlec go na pasku. Niemam współczucia dla dusz służalczych. Słyszał pan, jak ci ludzie krzyczeli i śpiewali onegdaj. Tego śpiewu ich nauczono. Gdybyś pan zadał któremu z nich pytanie, dlaczego śpiewa, nie otrzymałbyś odpowiedzi. Im się zdaje, że wykrzykują dla pana, że w ten sposób okazują panu swoje wiernopoddaństwo. Wtedy byli najlepiej usposobieni dla nas i wymordowali Radę. A dziś już szemrzą przeciw tym, którzy Rade obalili.

— Nie, nie — rzekł Graham. — Krzyczeli, ponieważ życie ich jest gorzkie, pozbawione piękna i uciechy i ponieważ we mnie — we mnie pokładali nadzieje.

— Jakiem prawem w ogóle mają nadzieję? Pracują marnie, a żądają wynagrodzenie za prace dobrą. Czem jest nadzieja ludzkości? Że kiedyś przyjdzie Nadczłowiek, że kiedyś niższe stworzenia i słabe ulegną i zginą. Na świecie niema miejsca dla słabych.

Ostrog zaczął chodzić po komnacie, potem stanął przed Grahamem.

— Wyobrażam sobie, jakim ten świat wydaje się Anglikowi z epoki wiktoryańskiej. Żal panu tych dawnych form rządów reprezentacyjnych — ich cienie ciągle jeszcze błąkają się po świecie. Czuje pan odrazę dla naszych Miast Rozkoszy. Byłbym o tem pomyślał wcześniej, gdyby nie zajęcia. Lecz nauczy się pan myśleć inaczej. Ludzie szaleją — chcieliby okazać panu sympatyę. Nawet teraz krzyczą na ulicach, że należy zniszczyć Miasta Rozkoszy. Lecz te miasta są przynęta dla wszystkiego, co słabe, wątłe i nadpsute, co lubieżne i leniwe; tam cała ta blaga ginie wśród rozkoszy. Bogaci suną tam tłumnie, szaleją jakiś czas i umierają bezdzietnie; wszystkie te ładniutkie, lubieżne kobiety umierają bezdzietnie, a ludzkość na tem zyskuje. Gdyby lud był zdrowy, nie zazdrościłby bogatym tej śmierci. I pan chciałby tym bezmózgim dać swobodę i stworzyć dla nich życie, pełne niszczących wygód i przyjemności, których pozbawiliśmy ich z takim trudem?

Uśmiechnął się złowrogo i ciągnął dalej:

— Znam te idee; w chłopięcych latach czytałem tego waszego Shelleya i marzyłem o Wolności — lecz niemasz wolności nad mądrość i panowanie nad samym sobą. Przypuśćmy, że ten wykrzykujący tłum niebieski nagle otrzymuje władzę nad nami; co wówczas? Cały ten tłum ulegnie znowu innym panom z pośród siebie wybranym. I na co się to zda? To spowoduje może kilkusetletnie zaledwie opóźnienie w powtórnem przyjściu do władzy arystokracyi pieniężnej, czy rodowej, które jest wprawdzie fatalne, lecz nieuniknione w historyi ludzkości.

— To pytanie — mruknął Graham, wściekły i jakby przywalony nadmiernym jakimś ciężarem. — Lecz ja temu wszystkiemu sam muszę się przypatrzeć — rzekł nagle tonem zupełnego władcy. — Gdy na własne ujrzę oczy, zrozumiem. Nie chcę być królem w Mieście Rozkoszy — to mnie wcale nie nęci. Dość już czasu zmarnowałem na tej zabawie nadpowietrznej i wielu innych rzeczach. Muszę się dowiedzieć, jak ludzie teraz żyją, w jakim kierunku rozwinęło się życie codzienne, szczególnie tego ludu roboczego — jak oni pracują, kochają, rodzą, umierają...

— To pan może wziąć od naszych naturalistycznych powieściopisarzy w krótkim czasie — rzekł Ostrog.

— Chce rzeczywistości — rzekł Graham.

— Będzie to trudno — rzekł Ostrog i zadumał się. — W ogólności może... nie spodziewałem się... A jednak, może... Powiada pan, że chciałby przejść się po gościńcach i przypatrzeć się pospólstwu?

I jakby powziął myśl jakąś stanowczą, począł radzić:

— Musiałby pan pójść w przebraniu. Całe miasto jest wzburzone, a zjawienie się pana mogłoby wywołać ogromny popłoch. I wogóle ten pomysł pana... Tak, teraz, gdy zastanawiam się nad tem szerzej, nie wydaje mi się... Można to jakoś urządzić, jeżeli pana istotnie to zajmuje! Jest pan oczywiście władcą. Asano sprawi panu przebranie... a możeby i poszedł z panem... Ostatecznie to wcale nie tak zły pomysł.

— Czy nie jestem już panu potrzebny? — zapytał Graham nagle, albowiem obudziło się w nim pewnego rodzaju podejrzenie.

— Ach nie! Nie! Sądzę, że może pan zupełnie zdać się na mnie — do czasu przynajmniej — rzekł Ostrog, uśmiechając się życzliwie. — A jeżeli nawet różnimy się...

Graham obrzucił go ostrem spojrzeniem.

— I niema teraz obawy jakiej utarczki — zapytał badawczo.

— Nie!

— Myślałem o tych maszynach. Nie sądzę, aby lud chciał mi wyrządzić krzywdę, a zresztą jestem Panem i Władcą. Nie chcę żadnych murzynów w Londynie. Jest to może przestarzały przesąd, atoli ja szczególne mam pojęcie o Europejczykach i o rasach niewolniczych. Nawet co do Paryża...

Ostrog popatrzył nań z pod obwisłych swoich brwi.

— Nie sprowadzam żadnych murzynów do Londynu — wycedził powolnie. — Lecz jeżeli...

— Nie sprowadzi pan zbrojnych murzynów do Londynu żadną miarą, cokolwiekby się zdarzyło. Co do tego, postanowienie moje jest niezłomne.

Ostrog milczał przez chwilę, potem skłonił się, niejako na znak zgody.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.