FANDOM


Rozdział XVII Gdy śpiący się zbudzi
Rozdział XVIII
Herbert George Wells
Rozdział XIX
Uwaga! Tekst wydano w latach 1901-1902. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


Rozdział XVIII.

GRAHAM I HELENA WOLTON.

Nazajutrz szedł Graham, jak zwykle, małą galeryą, która wiodła z zakładu wentylatorów do jego własnych apartamentów. Galerya była długa i wążka, pełna nyż i zagłębień, z których każde było zaopatrzone w okno łukowe, wychodzące na podwórze, pełne palm rozłożystych. W jednem z tych zagłębień nagle spotkał się z Helena Wolton. Ona siedziała. Na odgłos jego kroków odwróciła się, a potem powstała z siedzenia. Zbladła, jak chusta. Postąpiła o krok naprzód, jak gdyby miała przemówić, lecz zawahała się nagle. On zaś przystanął i czekał spokojnie. Potem zauważył, że rozdrażnienie nie daje jej mówić, zauważył również, że widocznie szukała tej rozmowy, skoro czekała nań w tem miejscu. Postanowił pozostać przy niej.

— Pragnąłem panią widzieć — zagadnął. Kilka dni temu miała mi pani coś powiedzieć, miała mi pani mówić o ludzie...

Patrzyła nań zakłopotanym wzrokiem.

— Mówiła pani, że lud bardzo nieszczęśliwy...

Jeszcze chwilę milczała.

— Musiało się to dziwnem panu zdawać — odezwała się nagle.

— Tak. A przecież...

— Pragnie pan bliższych objaśnień?

— A zatem?

— To już wszystko, co powiedziałam.

Spojrzała nań; na twarzy jej znać było wahanie, gdy wreszcie na nowo przemówiła z trudem.

— Pan zapomina — wyrzekła z głębokiem westchnieniem.

— O czem?

— O ludzie...

— Co właściwie ma pani na myśli?

— Zapomina pan o ludzie! — odparła dobitnie.

Spojrzał na nią badawczo, jakby miał zapytać raz jeszcze.

— Tak. Wiem, że to pana dziwi. Bo pan nie wie, co się dzieje.

— Ale cóż wreszcie?

— Nie rozumie pan?

— Być może — przynajmniej nie zupełnie. Lecz proszę mi wytłómaczyć.

Pod wpływem nagłego postanowienia poczęła szybko mówić:

— To tak trudno wyjaśnić. Tak bardzo chciałam, a teraz nie mogę. Słowa nieskładnie z ust mi wychodzą. Pana coś otacza — jakaś mistyczna tajemnica... Pański sen — przebudzenie — te rzeczy, to prawdziwe cuda... dla mnie przynajmniej — i dla całego pospolitego tłumu... Pan, który żył, cierpiał i umarł — pan, który był zwyczajnym śmiertelnikiem, nagle budzi się, żyje i jest panem całej niemal ziemi.

— Panem Ziemi — rzekł Graham. — Tak mnie nazywają. Lecz sam nie rozumiem tej władzy.

— Miasta, Trusty, Syndykaty robocze — ciągnęła dalej.

— Naczelnictwa, władza, potęga i sława. Tak, słyszałem, jak wołali. Wiem: Jestem Panem... królem, jeżeli pani woli... Razem z Ostrogiem, który...

Nie dokończył. Spojrzała nań badawczo.

— Który?...

Uśmiechnął się.

— Który razem ze mną dźwiga ciężar odpowiedzialności.

— Tego się właśnie od samego początku najwięcej obawialiśmy. Odpowiedzialność pan powinieneś wziąć na siebie. Lud na pana spogląda i na pana czeka.

Mówiła łagodnie.

— Słuchaj! Przez połowę przynajmniej lat twego snu, w każdem pokoleniu coraz większe masy ludu modliły się o przebudzenie twoje — modliły się...

Graham chciał przemówić, lecz nie wyrzekł ani słowa.

Ona zawahała się również. Słaby odblask rumieńca zajaśniał na twarzy jej.

— Czy pan wie, żeś był dla tysięcy milionów królem Artusem — Barbarossą — królem potężnym, który miał wrócić w porę i świat na dobre dla nich pchnąć tory?

— Przypuszczam, że wyobraźnia ludu...

— Czy nie zna pan naszej pieśni, hymnu, modlitwy naszej: „Gdy Śpiący się zbudzi? “ Tysiące gromadziły się dokoła ciebie, gdy leżałeś bez czucia. Tysiące! Pierwszego każdego miesiąca leżałeś w białej szacie, a lud gromadził się wokoło i patrzył... Kiedy byłam małą jeszcze dziewczynką, widziałam cię w takim stroju. Twarz pana była blada i spokojna.

Odwróciła się i utkwiła oczy w jakiemś malowidle ściennem. Głos jej zniżył się.

— Kiedy byłam małą dziewczynką, zwykłam była patrzeć na twarz pana... Zdawała mi się pogodną i pełną oczekiwania i niemal niebiańskiej cierpliwości. — Tak myśleliśmy o panu, takim nam się pan zdawał.

Spojrzała nań promiennym wzrokiem; głos jej znowu nabrał siły i dźwięczności.

— W mieście, na całej ziemi, miryady tłumu roboczego, pełnych niedorzecznych niemal nadziei, czekają na pańskie czyny.

— Czyż tak?

— Nikt nie potrafi wziąć na się tej odpowiedzialności. Ostrog?... Nikt prócz pana!...

Graham patrzył na nią zdumiony. Twarz jej płonęła od wzruszenia.

— Czy sadzi pan — rzekła — że na to pan żył w tak dalekiej przeszłości — na to pan popadł w ten sen cudowny i znowu się zeń zbudził — na to skupił w sobie cały podziw i cześć i nadzieje połowy świata, żeby znowu, jak przedtem, żyć krótko, nieznanym, bez wpływu na szersze koła... aby zrzucić odpowiedzialność na innego człowieka?

— Wiem, jak wielka jest moja władza królewska — rzekł Graham — lecz czyż jest ona rzeczywistością? Nie chce mi się wierzyć. Czyż więc naprawdę jest rzeczywistą, czy tylko senną ułudą?

— Jest rzeczywistą — rzekła — i będzie, jeżeli nie braknie panu odwagi.

— Ostatecznie i moje królowanie, jak każde inne, polega tylko na... wierze. Lecz ja przecież nic jeszcze nie rozumiem, choć wciąż o tem myślę. Wszyscy ci inni: Radcy, Ostrog, oni są mędrsi odemnie, wiedzą tak wiele, znają wszystko... czemuż nie rządzą przykładnie?... Wreszcie, dlaczego lud jest nieszczęśliwy, o którym pani mówi? Co ja mam właściwie wiedzieć i jak postępować? Czy sądzi pani...

Urwał nagle.

— Jestem dziewczyną jeszcze — rzekła — lecz już znam ten świat pełen nieszczęścia i zła. Świat zmienił się dziwnie o wiele od chwili, w której pan w sen popadł. Modliłam się, żeby pana zobaczyć i to wszystko módz mu powiedzieć. Czasy pana były czasami wolności. Tak, wolności! wiele o tem rozmyślałam. Urodziłam się na to, ażeby myśleć, albowiem życie moje nie było szczęśliwe. Ludzie dzisiejsi nie są wolni, choć ani gorsi, ani lepsi od ludzi pańskich czasów. I nie koniec na tem. To miasto jest więzieniem. Każde miasto jest teraz więzieniem. Mammon trzyma klucz w swoim ręku. Miliony, niezliczone miliony pracuje tu od kolebki do grobu. Czy to słuszne? Czy tak ma być zawsze? Czyż nie o wiele teraz gorzej, niż w waszych czasach? Wszystko naokół pełne smutku i cierpienia. A biedni wiedzą o tem — wiedzą, że cierpią. Patrz na te niezliczone tłumy, które zaglądały śmierci w oczy onegdaj! Ty im życie swoje zawdzięczasz!

— Tak — rzekł Graham powolnie. — Tak! Życie im moje zawdzięczam.

— Przychodzi pan do nas z czasów, w których ta tyrania po miastach zaledwie się zaczynała. Bo przyznasz, że to tyrania! W waszych czasach feudalni lordowie zanikli już zupełnie, a władza plutokracyi była jeszcze w zaraniu. Połowa ludzkości żyła jeszcze pełna swobody, na wsi przeważnie, a miasta dopiero czyhały na władze. Dowiedziałam się o tem wszystkiem z starych książek. Była wówczas szlachta! Pospolici ludzie zaś wiedli żywot pełen wzajemnej miłości i zadowolenia — pracowali... A pan przychodzi z tych czasów...

— Tak nie było. Zresztą to obojętne. Jakżeż więc jest teraz?

— Żądza zysku; — Miasta Rozkoszy! Albo też niewola — twarda, niemiłosierna niewola.

— Niewola! — powtórzył Graham.

— Niewola.

— Ależ chyba ludzie nie stanowią ruchomego majątku.

— Jeszcze gorzej! I to właśnie miałam panu powiedzieć. Bo pan nie wie, że oni wszystko przed panem chcą ukryć i osadzić pana w Mieście Rozkoszy. Lecz zapewne widział pan ludzi, ubranych w niebieskie płótno żaglowe, o wychudłych, żółtych twarzach i wygasłych oczach?

— Wszędzie ich spotykam.

— Mówiących strasznym żargonem...

— Słyszałem.

— Oni to są właśnie niewolnikami — pańskimi niewolnikami. Są niewolnikami Syndykatu roboczego, którego pan jest właścicielem!

— Syndykat roboczy! Zdaje mi się, że widziałem już gdzieś te gmachy, w czasie mojej wędrówki po mieście, kiedy światła znowu się zjawiły. Czy istotnie tak jest?

— Tak! Jakby to panu wyjaśnić? Oczywiście uderzył pana ten strój niebieski. Trzecia niemal cześć ludności go nosi, a z każdym dniem nowi przybywają. Tak to Towarzystwo robocze wzrastało nieznacznie.

— Czem jednak jest to Towarzystwo? — zapytał Graham.

— Co robiliście w dawnych czasach z ludźmi, nie mającymi zajęcia?

— Były domy robocze, utrzymywane przez parafie.

— Domy robocze! Tak — słyszałam coś o tem na naszych lekcyach historyi. Teraz sobie przypominam. Otóż Towarzystwo robocze usunęło te domy. Po części wyrosło z jakiegoś — może pan pamięta — religijnego stowarzyszenia, zwanego Armią Zbawienia, która potem zamieniła się na towarzystwo przemysłowe. Z początku było niemal zbawienne. Chroniło lud od srogości domów roboczych. Lecz potem stało się ono jednym z pierwszych nabytków pańskich zarządów opiekuńczych, które, zakupiwszy też całą Armie Zbawienia, zamieniły ją na ów Syndykat pracy. Z początku towarzystwo to miało dostarczać pracy ludziom, ginącym z głodu.

— Tak.

— A dziś niema domów roboczych, niema schronisk i zakładów miłosierdzia, lecz jest Towarzystwo robocze. Urzędy towarzystwa są wszędzie. Ta niebieska barwa jest jego oznaką. A każdy mężczyzna, każda kobieta lub dziecko głodne, nie mające przytułku, musi udawać się do Towarzystwa roboczego, jeśli nie chce umrzeć. O każdej porze dnia i nocy znajdzie się przytułek i pożywienie i niebieskie, płócienne odzienie dla przybyszów — taki jest pierwszy warunek Towarzystwa, a w zamian za przytułek Towarzystwo żąda dnia roboczego, potem zaś wraca przybyszowi dawne ubranie i odprawia go znowu.

— Czyż tak?

— Może panu nie wydaje się to tak strasznem. Bo za waszych czasów ludzie ginęli z głodu na ulicy, lecz ginęli przynajmniej jako ludzie. A te istoty w niebieskich odzieniach... Towarzystwo frymarczy ich pracą i stara się o coraz to nowe zastępy. Ludzie przychodzą zmożeni głodem, bezradni — zjedzą przez dzień, odpoczną przez noc, zapracują przez dzień, a wieczorem znowu wychodzą. Jeżeli tęgo pracowali, dostana pensa lub więcej — wystarcza im to na teatr lub na jakąś tanią zabawę taneczną, albo na dramat kinematograficzny, na obiad lub na łóżko. Potem znowu tułają się bezradnie. Żebrać nie wolno, czuwa nad tem policya uliczna. Zresztą nikt nic nie da. Wracają więc na drugi lub trzeci dzień napowrót. W końcu zedrze się własne ich ubranie, albo też łachmany ich do tego stopnia się po strzępią, że wstydzą się chodzić po ulicach. Wówczas zaprzęgają się na całe miesiące do pracy, żeby zarobić na nowe. Wielka ilość dzieci rodzi się pod opieka Towarzystwa. Matka wynagradza tę opiekę całomiesięczną pracą — dzieci zaś wychowuje się starannie aż do czternastego roku życia, poczem muszą płacić za to dwuletnią pracą. Zbytecznem dodawać, że dzieci te wychowuje się znowu... dla niebieskich ubrań. I tak istnieje to Towarzystwo.

— A niema wcale żebraków?

— Niema. Albo są robotnikami, albo zalegają więzienia.

— Gdy nie chcą pracować?

— Przeważnie chcą. Są jednak przy pracy rozmaite przykrości, np. pozbawia się niechętnych na pewien czas pokarmu, a człowiek, który raz nie chciał pracować, na zawsze zapisany jest we wszystkich urzędach świata. A zresztą któż niezamożny zdoła wyjechać z Londynu? Podróż do Paryża kosztuje dwa lwy. Dla nieposłusznych są zresztą więzienia ciemne i okropne; jest ich kilka dla różnych rodzajów przestępstw.

— I powiada pani, że trzecia część ludności nosi te niebieskie ubrania?

— Więcej, niż trzecia cześć. Są to robotnicy, pozbawieni wszelkich rozrywek i nadziei, drażnieni nieustannie widokiem Miast Rozkoszy, które jakby wyszydzały ich życie, ich nędzę i trudy. Miliony jest tych nędzarzy, niezliczone miliony, rozproszonych po całym świecie. Rodzą się, cierpią i umierają. Do takiego doszliśmy stanu.

Przez chwilę Graham siedział przygnębiony.

— Lecz przecież była rewolucya — rzekł wreszcie. — Wszystko to chyba się zmieni obecnie. Ostrog...

— W tem też nasza nadzieja. W tem nadzieja całego świata. Lecz Ostrog nie chce nic zrobić w tym kierunku. Ostrog jest politykiem. Jemu się zdaje, że tak być musi. Jego to nic nie obchodzi. Jemu wydaje się to tak naturalnem. Wszyscy bogaci, wszyscy wpływowi, wszyscy szczęśliwi dochodzą do przekonania, że tak być musi. Ludu nadużywają do swych celów, sami zaś żyją wygodnie, nie bacząc na swój upadek moralny. Lecz pan, który przychodzi z czasów szczęśliwszych, pan jest nadzieją ludzi. Pan jeden.

Spojrzał jej w oczy. Doznał silnego wstrząśnienia. Na chwilę zapomniał o tem mieście, zapomniał o tym biednym ludzie, na widok prawdziwie pociągającej piękności jej.

— Lecz cóż mam czynić? — zapytał, spoglądając na nią uważnie.

Rządzić! — odrzekła, pochylając się ku niemu i zniżając głos niemal do szeptu. — Rządzić światem dla dobra i szczęśliwości tych milionów. Lud się obecnie buntuje. Czeka tylko na jedno słowo, na jedno pańskie słowo, a zbierze się i skupi około ciebie. Nawet średnia warstwa ludu jest nieszczęśliwa. Oni panu nie mówią o tem, co się dzieje, lecz lud nie chce wracać do pracy i nie chce złożyć broni. Czekają tylko na przywódcę.

— A wówczas?

— Wówczas mógłbyś pan uczynić wszystko, cobyś zechciał — świat należy do pana.

— Stare, dawne to marzenia, tesame, które mnie przedtem trawiły. Czyż zaiste mógłby jeden człowiek, jeden człowiek?

Głos mu zamarł, w gardle.

— Nie jeden człowiek, lecz wszyscy ludzie; poprowadź ich tylko!

Graham potrząsnął głowa. Przez chwile panowało milczenie. Spojrzał na dziewczynę, a oczy ich spotkały się.

— Niemam wprawdzie tej wiary, która panią ożywia — rzekł — lecz postanawiam teraz rzeczywiście rządzić. Słowa pani są mi bodźcem. Pani ma słuszność i mogę to przyrzec, że ta niewola robocza musi ustać i ustanie!

— A pan będzie rządził?

— Tak. Jeżeli tylko niema przeszkody.

— Jakiej?

— Pani musi mi dopomódz.

— Ja? — dziewczyna?

— Tak! — czy nie widzi pani, że jestem całkiem osamotniony?

Wstrząsnęła się, w oczach jej malowała się litość.

— Trzebaż się pytać dopiero, czy panu pomogę?

Stała przed nim piękna, godna uwielbienia...

Nie miał nadziei, że kiedyś wolno mu będzie dotknąć się jej dłoni i uścisnąć.

— A zatem będę rządził — rzekł powolnie. — Będę rządził...

Po chwili dodał:

— Z panią razem.

Nastało milczenie; nie dawała żadnej odpowiedzi. Graham powstał.

— Ostrog właśnie na mnie czeka — rzekł. — Być może, iż na własne oczy pójdę zobaczyć to wszystko, o czem pani mówiła. A gdy wrócę...

— Dowiem się o wszystkiem. Będę na pana czekała.

Milczał przez, chwilę.

— Wiedziałam... — zaczęła i urwała.

On zaś czekał, lecz ona nie rzekła już ani słowa. Spojrzeli na siebie bystro, badawczo, a potem on poszedł do zakładu wentylatorów.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.