FANDOM


Rozdział XIII Gdy śpiący się zbudzi
Rozdział XIV
Herbert George Wells
Rozdział XV
Uwaga! Tekst wydano w latach 1901-1902. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


Rozdział XIV.

Z LOTU PTAKA.

I tak po tylu zwłokach i przez kręte krużganki wątpienia i walki, człowiek ten z dziewiętnastego wieku doszedł wreszcie do swego kresu: znalazł się na czele tego zawiłego świata.

Z początku, gdy zbudził się z długiego głębokiego snu, który go ogarnął po ucieczce i po poddaniu się Rady, nie mógł rozpoznać swego otoczenia. Po dość znacznym wysiłku znalazł w myślach klucz do zagadki, a wszystko, co się zdarzyło, wróciło teraz na pamięć z odcieniem nierzeczywistym, jakby coś przeczytanego i ginącego w zapomnieniu. A nawet zanim jeszcze wyjaśniło mu się w pamięci, wróciła mu radość i zdumienie na myśl o ucieczce — o swojem wybitnem stanowisku. Był właścicielem połowy świata; Panem ziemi. To nowe wielkie stulecie było jego własnością, w najściślejszem znaczeniu. Już nie spodziewał się, że przejścia te okażą się sennem marzeniem; pragnął teraz gorąco przekonać się, że były rzeczywiste.

Nadskakujący sługa pomagał mu przy zmianie ubioru, pod kierunkiem pełnego godności dostojnika, niskiego, wątłego człowieka, którego twarz świadczyła o japońskiem pochodzeniu. Dowiedział się od niego o kilku sprawach państwowych. Rewolucya była już faktem dokonanym; w całem mieście roboty były już podjęte na nowo. Poza Anglią upadek Rady przyjęto z wielkiem zadowoleniem. Nigdzie Rada nie była popularną, a tysiące miast zachodniej Ameryki, ciągle jeszcze żywiące zawiść, nawet po dwustu latach pomyślności, dla Nowego-Yorku, Londynu i Wschodu, powstały na dwa dni przed otrzymaniem wiadomości o przebudzeniu Grahama. Paryż przechodził walkę wewnętrzną. Reszta świata czekała.

Podczas gdy zajadał śniadanie, dał się słyszeć dzwonek telefoniczny w kącie komnaty, a dostojnik przydany Grahamowi do boku, zwrócił jego uwagę na głos Ostroga, który uprzejmie wypytywał o zdrowie. Graham powstał, żeby odpowiedzieć. Wnet potem przybył Lincoln, a Graham nagle wyraził życzenie rozmawiania z ludźmi. Chciał także więcej zobaczyć z tego nowego życia, które roztaczało się przed nim.

Lincoln oznajmił mu, że za trzy godziny odbędzie się zgromadzenie przedstawicieli urzędników i ich żon w apartamentach naczelnika. Atoli niemożliwem było wypełnić życzenie Grahama, albowiem podniecenie wśród ludu było jeszcze zbyt wielkie. Można było natomiast, jakby z lotu ptaka dojrzeć całe miasto, z najwyższej siedziby dozorcy wentylatorów. Zawiódł go tam ów dostojnik.

Jeszcze wyżej niż najbardziej gigantyczne koła rozpędowe wisiała ta klatka, przynajmniej tysiąc stóp ponad dachami, niby mała, okrągła plamka, wisząca na metalowej filigranowej nitce. W małym koszu, zawieszonym na drutach, wyciągnięto Grahama na ten szczyt. W połowie drogi biegła lekka galerya, z której zwisał cały szereg tub, — z wysoka wydawały się bardzo drobnymi punktami, — obracających się powolnie naokoło pierścienia zewnętrznej szyny. Były to zwierciadła pozostające w związku z zwierciadłami kierownika wentylatorów, a w jednem z nich Ostrog pokazywał Grahamowi zbliżanie się jego królestwa. Jego towarzysz japoński szedł przed nim i obaj spędzili całą niemal godzinę na pytaniach i odpowiedziach wzajemnych.

Był to dzień pełen zapowiedzi i zwiastowań wiosennych. Powiew wiatru już był ciepły. Niebo było głęboko błękitne, a rozległa płaszczyzna Londynu jaśniała od zalewu światła słonecznego. Powietrze było wolne od dymu i mgły, łagodne, jak powietrze górskiej kotliny.

Oprócz zwalisk, kręgiem roztaczających się naokoło Pałacu Rady i oprócz czarnej flagi powiewającej na znak kapitulacyi, mało widać było oznak rewolucyi, która, jak sobie wyobrażał, w tak krótkim czasie przeobraziła obraz świata i pchnęła go na inne tory.

Pogodność była tak wielka w porównaniu z zamąceniem u dołu, że nagle Graham, patrząc na miasto, niemal zapomniał o tysiącach ludzi, leżących tam, w tym poniekąd podziemnym labiryncie, w blasku światła elektrycznego i konających od ran, zapomniał o improwizowanych lazaretach, otoczonych tłumem chirurgów, dozorczyń i dozorców, krzątających się gorączkowo, zapomniał istotnie o całej cudowności, roztaczającej się pod światłem elektrycznem. Wiedział, że tam na dole, na krytych gościńcach, święciła tryumfy rewolucya, że czarna barwa była górą, czarne odznaki, czarne flagi, czarne festony przerzynające ulice. A tu, pod świeżem światłem słonecznem poza kraterem walki, jakby nic nigdy nie zaszło na ziemi, las wiatraków szumiał spokojnie, wypełniając nieustannie swój obowiązek.

Daleko wznosiły się pagórki Surrey, bladym błękitem rysujące się w przestrzeni, przecięte i porysowane wiatrakami; podobnie na północ i bliżej, ostre kontury Highgate i Muswell Still wyłaniały się pozębione i najeżone wiatrakami. I widział, że wszędzie od strony pól, na każdej wyniosłości i na każdym pagórku, gdzie niegdyś wiły się żywopłoty i chaty, kościoły, karczmy i fermy gnieździły się wśród drzew, wiatraki podobne do tych, które widział, pokryte olbrzymiemi ogłoszeniami, rzucały wirujące cienie i nieustannie gromadziły zapasy energii, która sączyła się we wszystkie arterye miasta.

Żadna bardziej łagodna linia nie przerzynała nigdzie surowego konturu tego szeregu gigantycznych budowli.

Na południe zaś poza pagórkami, biegły wodociągi, a w trzech różnych kierunkach ciągnęły się blade linie gościńca, popstrzone ruchomemi żółtemi plamami. Graham powiedział sobie, że musi dokładniej przyjrzeć się tym gościńcom. Lecz to już po wypróbowaniu latającego okrętu. Towarzysz jego opisał mu te gościńce, jako powierzchnie lekko zagięte, a zrobione — z substancyi sztucznej, która, o ile mógł wymiarkować, podobna była do giętkiego szkła. Koleje żelazne znikły; pozostały resztki nasypów, zaledwie tu i ówdzie.

Lecz przedewszystkiem zajęły go wielkie floty balonów anonsowych, które mknęły ku północy i ku południowi. Aeroplanów natomiast nie było widać. Tylko wysoko w błękitnej dali, widniała nieznaczna latająca plama, która była aeroplanem.

Graham dowiedział się już był o tem, że niemal wszystkie miasta i wsi zniknęły z powierzchni ziemi, lecz trudno mu było wyobrazić to sobie. Lecz ów oficer wnet go przekonał o konieczności takiej zmiany. Za dawnego porządku kraj pokryty był fermami, a co dwa lub trzy kilometry znajdował się dwór, sklep, szkoła, karczma, kowal, kram i kościół, jednem słowem wieś. Co mila mniej więcej, znajdowało się miasto okręgowe, gdzie adwokat, handlarz zboża, siodlarz, weterynarz, lekarz, sukiennik, krawiec i inni, mieli swoje siedziby. Co mila — ponieważ tak było wygodnem dla fermera. Ale wielkie miasta ciągnęły ku sobie robotnika z nieprzepartą siłą, otwierając widoki na nieskończoną możność pracy.

W miarę jak rósł dobrobyt, a życie stawało się bardziej zawiłem, utrzymanie się na wsi stawało się coraz bardziej kosztownem, albo ciężkiem, niemożliwem. Skoro telefon, kinematograf i fonograf wstąpiły na miejsce dziennika, książki, nauczyciela i szkoły, żyć poza obrębem drutów elektrycznych znaczyło żyć w opustoszałej dziczy. Na wsi nie było środków żywności ani odzieży (odpowiadających wyrafinowanym pojęciom czasu), nie było lekarza w razie potrzeby, nie było towarzystwa — niczego.

Ponadto narzędzia mechaniczne, stosowane obecnie do uprawy roli, dawały jednemu inżynierowi znaczenie trzydziestu robotników. Tak więc, robotnicy teraz zbiegali się koleją lub balonom do miasta, do jego życia i uciech nocnych, a rano znowu wracali na wieś. Miasto wchłonęło ludzkość całą; człowiek zaczął nową fazę rozwoju. Najpierw był koczownikiem, myśliwym, potem rolnikiem w państwie rolniczem, którego miasta — targi były tylko głównemi dzielnicami wsi. A teraz jako proste i logiczne następstwo epoki wynalazków, nastały te olbrzymie skupienia ludzi.

Graham miał przed sobą panoramę w której miasto przypierało do miasta, były tam miasta na rozległych równinach, miasta nad wielkiemi rzekami, olbrzymie miasta nad morzem, miasta otoczone śnieżnemi górami.

A wszędzie, z wyjątkiem okolic podzwrotnikowych, przeważał ten sam kosmopolityczny ustrój społeczny, i wszędzie, od Bieguna aż do Równika, rozciągała się jego władza i odpowiedzialność. Cały świat był cywilizowany; cały świat mieszkał w miastach; cały był jego własnością. W Brytanii i w Ameryce jego prawa własności były uznane, kongresy i parlamenty uchodziły za przestarzałe instytucye. A nawet w obu cesarstwach kontynentu, w Rosyi i w Niemczech, czuć się dawał potężnie wpływ jego majątku. Lecz nagle odwrócił się od tego rozmyślania i pomyślał o niebezpieczeństwie już dawno minionem. — Co się stało z zalewem rasy żółtej? — zapytał, a Asano ów oficer, począł wyjaśniać. Widmo chińskie znikło. Chińczycy zawarli pokój z Europejczykami. Dwudziesty wiek dorósł do tego ważnego i przykrego niewątpliwie pewnika, że przeciętny Chińczyk był równie cywilizowany, bardziej moralny i o wiele więcej inteligentny, od przeciętnego robotnika europejskiego, tak, że na wielka skalę powtórzyło się tu zbratanie Szkotów i Anglików, które wydarzyło się w siedmnastym wieku.

Daleko na południo - zachodzie widniały lśniące, rozkoszne i do pewnego stopnia straszne owe Miasta Rozkoszy, o których mówił kinematograf-fonograf, a potem ów starzec na ulicy. Dziwne miejscowości, przypominające legendarną Sybaris, miejsca sztuki i piękna, bezpłodne, cudowne miasta pełne ruchu i muzyki, w których zjawiało się wszystko, co skorzystało z ostrej haniebnej ekonomicznej walki, toczącej się w rozwidnionym wiecznie labiryncie na dole.

Wiedział, że była srogą, ta walka. Jak srogą, mógł wywnioskować z tej okoliczności, że ci ludzie wspominali o wieku dziewiętnastym jako o stuleciu sielankowego i wygodnego życia. Znowu spojrzał na scenę, którą miał przed oczyma i usiłował zrozumieć olbrzymie czynniki tej zawiłej masy.

Na północy byli garncarze, którzy wyrabiali naczynia nietylko z gliny i z porcelany, lecz z pokrewnych mieszanin i past sporządzanych przy pomocy procesów chemiczno- mineralogicznych; były tam warsztaty dla statuetek, ornamentów ściennych i dla mebli; tu także znajdowały się zakłady, w który ambitni autorowie gorączkowo wydawali na świat swoje mowy fonograficzne i ogłoszenia i układali grupy dla swoich zawsze zdumiewających i nowych, kinematograficznych dzieł dramatycznych. Ztąd także wychodziły nowiny na cały świat, fałsze, któremi obładowywano maszyny telefoniczne, one bowiem przyszły na miejsce dawnych dzienników.

Na zachód poza zwalonym Pałacem Rady, wznosiły się wielkie gmachy urzędów publicznych; na wschód zaś, w kierunku portu, były dzielnice targowe, olbrzymie targi publiczne, teatry, pałace gry, olbrzymie sale bilardowe, i areny dla football’u, menażerye i niezliczone świątynie chrześciańskich i różnych pogańskich sekt, jak Mahometan, Buddystów, Gnostyków, Czcicieli duchów i Czcicieli sprzętów domowych i t. d., a znowu na południe, wielkie fabryki tkackie, masarnie, winiarnie i cukiernie.

A wszędzie uwijały się tłumy niezliczone po turkotających, mechanicznych gościńcach. Był to, jakby gigantyczny ul, w którym niezmordowaną służbę wykonywały wiatry, a którego koroną i symbolem były ciągle poruszające się wiatraki.

Graham dumał o niebywałej ilości ludzi, którą ta gąbka, pełna galeryi i hal, w siebie wchłaniała — o tych trzydziestu trzech milionach, z których każda jednostka odgrywała krótką swoją, niezmienną rolę, a wówczas skurczyło się i zanikło uczucie zadowolenia, które ogarnęło go było na widok tylu wspaniałości i na myśl o własnem znaczeniu. Gdy tak patrzył z tej wysokości na miasto, mógł zdać sobie sprawę z tego miażdżącego ogromu, z ciężkiej odpowiedzialności, jaką miał sobie nałożyć i z rozległości tego ludzkiego Maëlstromu, ponad którym wątłe jego zwisało królowanie.

Usiłował wyobrazić sobie życie jednostki. Zdziwił się, gdy spostrzegł, jak człowiek mało się zmienił mimo tej widocznej zmiany warunków. Życie i własność były, co prawda, bezpieczne na całym świecie od gwałtów, choroby zakaźne wszelkiego rodzaju praktycznie znikły bez śladu, każdy miał żywności i ubioru poddostatkiem, miasto było ogrzewane i kryte, tylu więc rzeczy dokonały: mechaniczny postęp nauki i fizyczna organizacya społeczna. Lecz zaczął już miarkować, że tłum ciągle był tłumem, był bezradnem narzędziem w ręku demagogów i organizatorów, był tchórzliwy, gdzie szło o życie jednostki, żądny własnych korzyści w życiu indywidualnem, w życiu zaś zbiorowem był nieobliczalny zgoła. Przesunęły mu się przez myśl niezliczone postacie, odziane w niebieskie płótno żaglowe. Wiedział, że miliony tych mężczyzn i kobiet nie były jeszcze poza granicami miasta, nigdy nie wychodziły poza ciasną sferę interesów i bezmyślnych rozrywek. Przyszły mu na myśl nadzieje dawno zmarłych współczesnych, i owe marzenia o Londynie w Morrisa dziwnej książce: „Wieści znikąd“ i w Hudsona pięknej książce: „Wiek kryształowy“ ukazały mu się w atmosferze dalekiej, beznadziejnej przyszłości. Myślał także o własnych nadziejach.

Albowiem w ostatnich dniach gorączkowego życia, które ginęło teraz tak daleko we mgle przeszłości, ideał wolnego i równego człowieczeństwa był dlań rzeczą zupełnie rzeczywista. Miał wówczas, jak zresztą wszyscy, nadzieje, że ustanie kiedyś praca masy na korzyść drobnej garstki, że niedaleki dzień, w którym każde dziecię, zrodzone z kobiety, będzie miało możność zaspokojenia swej żądzy szczęścia. A tu po dwustu latach tasama jeszcze niespełniona nadzieja namiętnie odzywała się w całem mieście. Zobaczył, że po dwustu latach nędza, bezsilna praca i wszelkie cierpienie jego własnych czasów urosły jeszcze bardziej, w miarę, jak potężniały rozmiary miasta.

Wiedział już co nieco z dziejów epoki pośredniej. Słyszał o moralnym upadku ludzi, którzy utracili wiarę, o zaniku czci publicznej i o władzy majątku. Albowiem ludzie, utraciwszy wiarę w Boga, ciągle jeszcze wierzyli we własność — a pieniądz rządził przedajnym światem.

Wkońcu wszystkie stronnictwa: socyalistyczne, ludowe, reakcyjne i czyste stały się zwykłymi kantorami giełdy, sprzedającymi zasady, a kupującymi głosy. A wielkim zabiegiem bogatych było utrzymanie własności w nienaruszonym stanie, wolnym od zmiennych losów gry, taksamo, tak zabiegiem feudalnych panów było utrzymanie własności zdala od zamieszek wojennych. Cały świat zamienił się w pole walki dla przemysłu; a finansowe przełomy, wojny taryfowe więcej nędzy zasiały, aniżeli dawniej wojna, zaraza i głód w najwcześniejszych chwilach dziejów.

Graham znał już teraz dość dokładnie własną rolę w rozwoju tego świata. Przez kolejne stadya rozwoju tej mechanicznej cywilizacyi powstała nowa władza rządząca: Rada, kolegium jej opiekunów. Z początku było to zwykłe, przypadkowe złączenie milionów Warninga i Isbistera w ręku towarzystwa, założonego przez dwóch bezdzietnych, kapryśnych testatorów; lecz zbiorowy talent pierwszych członków przysporzył znaczenia towarzystwu, aż wreszcie zapomocą operacyj finansowych i tysiąca zmyślonych nazw rozgałęziło się po amerykańskich i angielskich państwach.

Wskutek olbrzymich swych wpływów — Rada wkrótce nabrała znaczenia politycznego; a w miarę rozwoju ciągle używała swych bogactw na kierowanie politycznemi zdarzeniami, aby więcej jeszcze bogactw zagarnąć.

W końcu wszystkie organizacye partyjne obu półkul dostały się w jej ręce; stała się teraz Radą polityki wewnętrznej. Ostatnią walkę musiała stoczyć z milcząco sprzymierzonemi wielkiemi rodzinami żydowskiemi. Lecz rodziny te złączone były słabem już ogniwem uczucia, czasem dziedzictwo wielkie dostawało się małoletniemu, kobiecie lub waryatowi, czyniąc tem olbrzymi wyłom w całości, małżeństwa i zapisy niszczyły setki tysięcy za jednym podmuchem. Rada natomiast zawsze była jednolita. Rosła ciągle i niezachwianie.

Rada ta nietylko była zgromadzeniem dwunastu ludzi zdolnych; gdy się zeszli razem, byli jednym geniuszem. Wyciągali ręce po bogactwa i polityczne wpływy, posługując się jednemi dla zdobycia drugich. Zdumiewająca zdolność przewidywania kazała im wydawać olbrzymie sumy na sztukę latania, — uważali bowiem, że wynalazek ten przyda się w chwili niebezpieczeństwa. Używali ustaw patentowych i tysiąca na pół prawnych środków, żeby ubezwładnić wszystkich wynalazców, którzy odmawiali im współpracownictwa. Dawniej nigdy nie krzywdzili zdolnych ludzi. Płacili. Porządek był wzorowy — czasem tylko przypadkowo wzbogaceni dorobkiewicze powstawali bezładnie przeciw ich rządom. Po stu latach Graham był prawie wyłącznym właścicielem Afryki, południowej Ameryki, Francyi, Londynu i całej Anglii, której wpływy sięgały do Ameryki północnej. Rada zakupiła i zorganizowała Chiny, przerobiła na swoją modłę całą Azje, rozsiadła się w mocarstwach starego świata, podkopywała je pod względem finansowym, aż zniszczyła je zupełnie.

A to zawłaszczanie świata odbyło się tak zręcznie — tysiące banków, syndykatów, towarzystw markowało operacye Rady, że tyrania była już niemal faktem dokonanym, a lud jeszcze niczego nie zauważył. Rada nigdy nie wahała się, nie zaznała chwili słabości. Pożądliwie zagarniała środki komunikacyjne, ziemie, budynki, rządy, gminy, wszelkie ludzkie przedsiębiorstwa. I pchała swych ludzi na oślep, utworzyła policyę na drogach żelaznych, na gościńcach, gwardye domowe, straże przy linach i drutach elektrycznych. Nie zwalczała stowarzyszeń, lecz podkopywała je, zdradzała i kupowała. Wkońcu kupiła cały świat. Szczytem i koroną wszystkiego było zaprowadzenie machin latających.

Po stu pięćdziesięciu latach Rada porzuciła chytre postępowanie, zrzuciła maskę i poczęła rządzić w imieniu śpiącego Grahama. Wybory stały się śmieszną formalnością; społeczny parlament, pozbawiony wszelkiej władzy, zgromadzał się od czasu do czasu, a prawowity król angielski, wydziedziczony, wiecznie pijany i pozbawiony rozumu, grał w jakimś drugorzędnym Music-hall’u.

A tymczasem Graham leżał bez ruchu, bez czucia, jak pożółkły kawał skóry, ni żywy, ni martwy, i był uznanym, bezpośrednim panem ziemi. A wkońcu zbudził się, żeby objąć to wielkie dziedzictwo! Zbudził się, żeby stać pod pogodnem niebem i patrzeć na ogrom swego majątku.

W jakim celu się zbudził? Czy to miasto, ten ul, pełny beznadziejnych robotników, był ostatecznym ciosem dla jego dawnych nadziei? Albo, czy tlił jeszcze tam na dole ogień wolności, ogień, który zapłonął i zgasł w latach przeszłego jego życia? Myślał o groźbie i pobudce buntowniczej pieśni. Czy pieśń ta była tylko kruczkiem demagoga i miała zginąć, gdy tylko on dojdzie do celu? Czy ta nadzieja, która wciąż w nim żyła, była tylko wspomnieniem rzeczy minionych i porzuconych, śladem przestarzałej wiary? Albo, czy też miała szersze znaczenie, związane z losami ludzkości? W jakim celu się zbudził, co miał do zrobienia? Ludzkość rozpościerała się pod nim, niby mapa. Myślał o milionach i milionach ludzi, następujących po sobie, wychodzących z mroków niebytu i kroczących, ku mrokom śmierci. W jakim celu? Musiał tu być jakiś cel, lecz jego myśl była za słaba, żeby go wynaleźć. Po raz pierwszy przeświadczył się o nieskończonej swojej małości, widział, jak wielki i straszny był rozbrat miedzy siłami ludzkości z pożądaniami jej serca. W tej jednej chwili poznał, jak małym był tylko przypadkiem, i jak równocześnie wielkie miał pragnienia. I nagle jego małość stała mu się nieznośna, jego żądze były nieznośne. Uczuł potrzebę modlenia się. I modlił się.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.