Ogród Petenery
Advertisement
Rozdział XII Gdy śpiący się zbudzi
Rozdział XIII
Herbert George Wells
Rozdział XIV
Uwaga! Tekst wydano w latach 1901-1902. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


Rozdział XIII.


UPADEK DAWNEGO PORZĄDKU.


Około południa zdobyto wreszcie białą flagę Rady; tak przynajmniej sądził Graham. Lecz musiało jeszcze upłynąć kilka godzin, zanim udało się zmusić Radę do formalnego poddania się; tak więc, wypowiedziawszy swoją mowę, udał się do swoich apartamentów w zakładzie wentylatorów. Nieustanne podniecenie przez ostatnie pół doby, zmęczyło go tak bardzo, że nawet już nie był niczego ciekaw; przez chwilę siedział biernie i nieruchomo z otwartemi oczyma, a potem zasnął. Zbudzili go dwaj lekarze, którzy przybyli z środkami podniecającymi, żeby pokrzepić go dla dalszych zdarzeń. Po zażyciu lekarstwa i po zimnej kąpieli, uczuł nowy przypływ ciekawości i energii i natychmiast zgodził się pójść z Ostrogiem przez milowe korytarze, windy i galerye, żeby przyjrzeć się ostatniej chwili rządów Białej Rady.

Droga skrętami swojemi wiodła przez przerażająco wielkie gmachy. W końcu dotarli do korytarza, z którego otworzył im się widok na niebo, pokryte tu i ówdzie chmurami czerwonemi od zachodu słońca i poszarpana sylwetka Pałacu Rady. Z dołu dochodził zgiełk okrzyków i nawoływań. Wnet potem dostali się wysoko, aż na sam szczyt zwału poszarpanych budowli, które wisiały nad ruiną. Olbrzymia przestrzeń ukazała się oczom Grahama, nie mniej wspaniała i dziwna, niż przedtem w owalnem zwierciadle.

Olbrzymie masy pokręconego drutu wiły się ku dołowi...

Ta przestrzeń, podobna do amfiteatru, surowo wykutego w skale, ciągnęła się może na milę. Zalana była cała złotą powodzią zachodzącego słońca od lewej strony, od prawej natomiast, pogrążyła się w chłodnym cieniu. Ponad zacienionym szarym Pałacem Rady, który stał w samym środku przestrzeni, zwisała jeszcze ciągle czarna flaga na znak kapitulacyi. Odosobnione komnaty, hale i korytarze czyniły wrażenie ziejących otchłani, a wśród zwalisk skrzyły się, wytryskały blaski od złomów metalowych, olbrzymie masy pokręconego drutu wiły się ku dołowi, skąd dochodził zgiełk niezliczonych głosów, głuchych wstrząśnień i odgłos trąb. Naokoło tego białego stosu wszystko było ruiną; poczerniałe i popękane mury, hale zniszczone z rozkazu Białej Rady, szkielety krat, tytaniczne masy ścian, lasy położonych pilastrów. Pośród tych zwalisk u samego spodu biegła woda w dal, wychylając się z masy gmachów potężnym wodotryskiem, który z łoskotem i wśród lśnienia rozpylonej wody, opadał w dół i biegł dalej. A wszędzie wielkie tłumy ludu.

Gdzie tylko miejsca było trochę, wszędzie roiło się od ludzi, wielkich i drobnych figurek, niezmiernie wyrazistych, wyjąwszy w miejscach, w których słońce obejmowało wszystko jednolitem złotem. Wspinali się po murach, cisnęli się do wysokich pilastrów. Uwijali się wzdłuż brzegu ruiny. Powietrze pełne było krzyków, a wszyscy parli ku środkowej płaszczyźnie.

Wyższe piętra Pałacu Rady zdały się pustemi, nie było żywej widać duszy. Tylko ponura flaga, oznaczająca zupełne poddanie się, wisiała ciężko i samotnie w powodzi światła. Trupy leżały może w Pałacu Rady, albo gdzieś w ukryciu, dokąd zawlókł je lud. Graham dojrzał kilka zaledwie zwłok, w szczelinach i czeluściach ruiny i w cieknącej wodzie.

— Chcesz im się pokazać Sire? zapytał Ostrog. — Bardzoby tego pragnęli.

Graham zawahał się, potem ruszył naprzód ku miejscu, w którem mury już miały się walić. Stał i spoglądał w dół, tworząc samotną, wielką czarną plamę na tle nieba.

Po dość długim czasie rozpoznano go. A wówczas małemi garstkami czarno ubrani ludzie, poczęli torować sobie drogę przez tłumy ku Pałacowi Rady. Wypadało mu dać jakiś znak poznania. Wyciągnął rękę , wskazał na Pałac Rady i opuścił ją znowu. Głosy na dole zamieniły się w chór, nabrały więcej jeszcze siły i doszły go w kształcie drobnych fal śmiechu.

Na zachodzie niebo przeszło w bladą zieleń, noc nadchodziła pogodna i piękna; na ziemi zgiełk, gorączka, sprzeczne rozkazy, hasła, kurczowe zwijanie się w szyki, olbrzymi, nieba sięgający krzyk i popłoch. Zanim ukazała się Rada, garstka nieledwie duszących się ludzi, na rozkaz niewiedzieć jakich nawoływań, jęła wynosić setkami tych, którzy zginęli w utarczce ręcznej...

Gwardya w czarnych mundurach utworzyła szpaler do Rad y — poza nią, jak daleko okiem sięgnąć, po wszystkich czeluściach i złomach, roiło się od niezliczonych tłumów, których głosy, nawet gdy nie były donośne, brzmiały jako plusk morza o skalne wybrzeże. Ostrog wybrał na stanowisko olbrzymi stos rumowiska, który panował nad całem otoczeniem. W pośpiechu otaczano go teraz metalową kratą i ustawiano na nim estradę.

Na estradzie urządzono małe podyum, na którem stanęli Graham, Ostrog i Lincoln — nieco opodal grupa niższych rangą oficerów. Za nimi stali czarni gwardziści uzbrojeni w drobną zieloną broń, której Graham jeszcze nawet nie znał z nazwy. Ci, którzy stali koło niego zauważyli, że oczy jego biegły tam i z powrotem od tłumów ludu do szarzejącego w oddali Białego Pałacu Rady, z którego mieli wyjść Radcy za chwilę. — Głosy tłumu wzbiły się jeszcze bardziej i zamieniły się w ogłuszający zgiełk.

Pierwszy Graham zobaczył radców w blasku jednego z świateł, które zakreślały im drogę. Była to garstka białych postaci, kroczących powolnie pod czarną arkadą. W Pałacu Rady byli pozbawieni światła. Patrzył na nich, ja podchodzili coraz bliżej pod blaskiem elektrycznych gwiazd; odprowadzał ich groźny krzyk ludu, na którym ciężyła od 150 lat ich potęga. Twarze ich, gdy bardziej się jeszcze zbliżyli, były znużone i strwożone. Widział, jak mrugali oczyma w tej jasności, która jego i Ostroga otaczała. Przypomniał sobie ich lodowate spojrzenia w Sali Atlasa... I już mógł niektórych rozpoznać. Zauważył, że dwóch rozmawiało z sobą po cichu i spoglądało na Ostroga. Po nich szedł wysoki, przystojny mężczyzna z głową zwieszoną ku ziemi. Nagle spojrzał w górę na chwilę spoczął oczyma na Grahamie, potem wpił się w Ostroga. Droga, jaką dla nich utorowano, tak była urządzona, że musieli przejść mimo i zatoczyć wielki krąg, aż do stopni wiodących na estradę, na której kapitulacya miała się odbyć.

— Władza! Władza! Bóg i Władza! — krzyczał lud. — Precz z Radą! — Graham patrzył na te tłumy, ginące w dalekiej mgle, a potem spojrzał na Ostroga, który stał blady, spokojny, stanowczy. Oko jego znowu spoczęło na garstce Radców. A potem przeniósł się ku znanym, spokojnym i pogodnym gwiazdom ponad głową. Cudowny pierwiastek, który tkwił w jego losach, stanął mu żywo na myśli. Czyżby to drobne życie, które tkwiło w jego pamięci z dawno minionych lat było życiem jego własnem — i to oto również?

Advertisement