FANDOM


Rozdział XI Gdy śpiący się zbudzi
Rozdział XII
Herbert George Wells
Rozdział XIII
Uwaga! Tekst wydano w latach 1901-1902. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


Rozdział XII.

OSTROG.

Graham mógł się teraz bliżej zastanowić nad swojem położeniem. Widocznem było, że naczelnicy powstania dziwnie zręcznie utaili jego zniknięcie. Lecz spodziewał się, że każdej chwili usłyszy wiadomość o swej śmierci albo o ponownem schwytaniu przez Radę.

Nagle ktoś stanął przed nim.

— Słyszałeś pan? — zapytał.

— Nie — rzekł Graham przestraszony.

— Olbrzymia armia — rzekł nieznajomy, olbrzymia armia! — i pognał dalej.

Garść mężczyzn i dziewczyna jakaś minęli go wśród gestów i krzyków: — Poddali się! Olbrzymia armia. Blisko dziesięć tysięcy. Ostrog hurra! Ostrog hurra! — krzyki cichły w oddali, aż wreszcie znikły zupełnie.

Inni ludzie hałaśliwie przeszli koło niego. Nie śmiał nikogo o nic zapytać. To, co widział i słyszał, dziwnie nie zgadzało się z jego z góry powziętem wyobrażeniem o walce, ale także dało mu pojąć wiarę owego starca w Ostrogu. Powoli nabrał przekonania, że wszyscy ci ludzie cieszyli się porażką Rad y i że Rada, która ścigała go z taką natarczywością, była ostatecznie słabszą ze stron bojujących. A jeżeli tak było, to jakie z tego dla niego wynikają skutki? Kilkakrotnie już stawał bezradnie wobec krzyżujących się zasadniczych pytań.

Po długim czasie przeszło mu przez myśl, że może zapytać się o „urząd wentylatorski”, czemkolwiekby zresztą był ten urząd.

Głosy naokoło mnożyły się. Ludzie potykając się i mówiąc podnieconym głosem, przechodzili mimo. — Poddali się! — Rada! — Ależ nie Rada! — Tak mówią na gościńcach! — Przejście zdawało się przestronniejszem. Nagle ściana się otwarła. Graham ujrzał się na rozległem miejscu, a w dali widział rojące się tłumy. Zapytał kogoś o drogę. — Prosto — rzekł głos kobiecy. Potknął się o schody i znalazł się w jakiejś galeryi. Usłyszał łkanie i znalazł dwie porzucone dziewczynki, przytulone do ziemi koło jakiejś poręczy. Dzieci umilkły na odgłos zbliżających się kroków. Chciał je uspokoić, lecz zaczęły znowu płakać, gdy odszedł.

Nagle znalazł się u stóp klatki schodowej i w pobliżu wielkiego otworu, ponad którym widać było szare światełko. Wyszedł więc z tej czerni po schodach i spostrzegł, że jest znowu na ulicy ruchomych gościńców. Wzdłuż nich stąpały w nieładzie hałaśliwe tłumy. Śpiewały urywki z pieśni buntowniczej, przeważnie fałszywie. Znajdował się o dwie mile od urzędu w Westminster, lecz droga była prosta.

Kiedy wreszcie zbliżył się do owej dzielnicy, nabrał zupełnego przekonania o obaleniu Rady. Mówiły mu o tem radosne procesye ludu, który parł zbitą masą ku ruchomym gościńcom, mówił zgiełk i śmiech przegłośny, a wreszcie mówiło światło, które nagle zalało jasnością całe miasto. A ciągle jeszcze czekał na wiadomość o swojem zniknięciu.

Światło wróciło nagle, przerażająco nagle. Nagle bowiem stanął oślepiony, wszyscy dokoła niego przystanęli, świat gorzał. Lecz był już Graham poza podnieconym tłumem, który zawalił gościńce niedaleko urzędu wentylatorów. Wskutek jasności jednak pragnął tembardziej dostać się do Ostroga, nic łatwiejszego bowiem nad rozpoznanie wśród takich warunków.

Przez jakiś czas nie mógł wprost ruszyć się z miejsca, poszturkiwany ze wszech stron przez ochrypłych robotników, znużonych wykrzykiwaniem jego miana, krwią zbroczonych w walce o jego sprawę. Fasada urzędu oświetlona była jakimś ruchomym transparentem, lecz nie mógł dojrzeć, Coby na nim było, albowiem mimo nadmierne wysiłki, nie mógł się zbliżyć z powodu tłumu, tłoczącego się u bramy. Z urywków, które z rozmów go dochodziły, domyślił się, że przyszły nowiny z pola walki koło pałacu Rady. Zwolna jednak wsunął się w sam środek zbitego tłumu, aż w końcu wymiarkował, że schody centralnego gościńca wiodły do wnętrza budynków. W ten sposób miał już cel przed sobą, lecz ścisk na centralnej ścieżce był tak wielki, że po długim dopiero czasie do niej dotarł. A i wówczas napotkał na przeszkody, albowiem musiał przez całą godzinę tłomaczyć się najpierw w hali gwardyi, a potem w drugiej, zanim zgodzono się na oddanie biletu człowiekowi, który z pośród wszystkich najbardziej pragnął go widzieć. Na jednem miejscu wyśmiano go szyderczo, czem oświecony wyznał już na drugiem miejscu, że ma nadzwyczaj ważne dla Ostroga nowiny. Jakie to były nowiny, nie chciał powiedzieć. Po niejakiem wzdraganiu się bilet mu przesłano. Przez długi czas czekał u stóp windy w małym pokoiku, aż wreszcie nadszedł Lincoln, rozgorączkowany, zdumiony i zaczął go przepraszać. Z początku bystro przyglądał się Grahamowi, potem ruszył ku niemu pędem.

— Tak — zawołał, to pan i żyw!

Graham krótko wyjaśnił sprawę.

— Brat mój czeka — tłomaczył Lincoln. Jest sam w biurach urzędu wentylatorów. Sądziliśmy, że zabito pana w teatrze. On zaś nie mógł uwierzyć, — inaczej sam byłby tu przyszedł. Zresztą ma wiele zajęcia — sprawa jest pilniejsza, niż się nam wydaje.

Wyciągnięto ich w górę. Przebyli wazki korytarz, olbrzymią halę pustą zupełnie i weszli do stosunkowo małego pokoju, którego jedynem umeblowaniem była długa kanapa i wielki owalny krążek, barwy mglisto szarej, zmiennej zresztą, zawieszony na ścianie. Tutaj Lincoln opuścił Grahama, który stał tam bezradnie i spoglądał, nie rozumiejąc, na zmienne, jakby z dymu kształty, które powolnie przeciągały przez ten krążek.

Uwagę jego zwrócił odgłos, który ozwał się nagle. Byłto śmiech, swawolny śmiech wielkiego, lecz tak bardzo dalekiego tłumu. Skończyło się to tak nagle, jak przyszło, jakby brzęk lub odgłos, który słyszy się w czasie między otwieraniem a zamykaniem drzwi. Z sąsiedniego pokoju dochodził tupot spiesznych i melodyjne brzęczenie, jakby luźnego łańcucha, biegnącego po zębach koła.

Potem usłyszał głos kobiety, szelest szat. — To Ostrog! — mówił głos. Dzwonek zaterkotał, a potem wszystko znowu ucichło.

Nagle znowu ozwały się głosy, kroki i tupotania. Kroki jednej osoby odłączyły się od innych odgłosów i zbliżały się szybko. Były stanowcze, równo odmierzone. Kotara uniosła się powolnie. Wysoki, siwowłosy mężczyzna, odziany w szatę z kremowego jedwabiu, ukazał się we drzwiach i z pod podniesionego ramienia spoglądał na Grahama.

Przez chwilę biała ta postać stała nieruchomo z rąbkiem kotary w ręku, potem opuściła kotarę i stanęła przed nią. Graham zauważył przedewszystkiem szerokie czoło, bardzo blade, niebieskie, głęboko pod siwemi brwiami osadzone oczy, orli nos i silnie zarysowane, stanowcze usta. Zmarszczki ponad oczyma, fałdy w końcach ust, nie zgadzały się z wyprostowaną postawą, i świadczyły o starości tego człowieka. Graham powstał instynktownie i przez chwilę obaj stali w milczeniu, spoglądając na siebie wzajemnie.

— Pan jesteś Ostrogiem? — rzekł Graham.

— Ja jestem Ostrogiem.

— Garbatym?

— Tak mię zowią.

Graham czuł, że milczenie staje się kłopotliwem. — Przedewszystkiem muszę panu podziękować, znaczy się, za uratowanie mnie, — rzekł nagle.

— Baliśmy się, że pana zamordują, rzekł Ostrog — albo że wtrącą pana ponownie w sen — na zawsze. Uczyniliśmy wszystko, aby nie zdradzić się z tajemnicą — z tajemnicą pańskiego zniknięcia. Gdzie pan był? Jak się pan tam dostał?

Graham opowiedział pokrótce.

Ostrog słuchał w milczeniu.

Uśmiechnął się nieznacznie. — Czy wie pan, czem byłem zajęty, kiedy mi przyszli powiedzieć, że się pan zjawił?

— Jakżeż mógłbym się domyślić?

— Pańskiem sobowtórem!

— Moim sobowtórem?

— Wyszukaliśmy człowieka bardzo do pana podobnego. Mieliśmy go zahypnotyzować, ażeby mu oszczędzić trudów działania. To było konieczne. Cały ten bunt zawisł od wyobrażenia, że pan się zbudził, że żyje, że jest z nami. Nawet w tej chwili tłum zebrał się w teatrze, żeby pana zobaczyć. Nie wierzą... Pan oczywiście wie co nieco o swoim położeniu?

— Bardzo mało, — rzekł Graham.

— A więc tak! — Ostrog zrobił dwa, czy trzy kroki i zawrócił. — Jest pan zupełnym właścicielem — rzekł, — większej części świata. Skutkiem tego, mówiąc praktycznie, jest pan Królem. Władza pana jest ograniczona w pewnych punktach, lecz pan jest głową, symbolem rządu. Ta Biała Rada, Rada Opiekuńczych Zarządów, jak ją nazywają —

— Słyszałem już potrosze o wszystkich tych rzeczach.

— Dziwi mnie to.

— Spotkałem się z gadatliwym starcem.

— Rozumiem... Masy ludowe — uważają pana za istotnego władcę. Tak samo, jak za waszych czasów przeważna ilość ludzi uważała za rządcę Koronę. Są wzburzone, niezadowolone rządami pańskich Zarządów. Przejawia się tu dusza niezadowolenia, dawny spór jednostki z państwem — nędzą roboczą — dyscyplina i niewolność. Lecz Zarządy pańskie kierowały tym sporem. W niektórych sprawach n. p. w administracyi Towarzystw roboczych działały nierozumnie. Przysparzali mnóstwo trudności. A już my, z stronnictwa ludowego chcieliśmy reform — gdy nagle przyszło przebudzenie pana. Przyszło! I nie mogło przyjść bardziej w porę. — Uśmiechnął się. — Opinia publiczna parła już na Radę, żeby pana zbudzić — i odwołać się do niego jako do rozjemcy, — a tu nagle!

Ruchem ręki dał do zrozumienia, że ma na myśli wybuch buntu, a Graham skinął głową, aby okazać, że rozumie.

— Rada szemrała, — opierała się. Tak zawsze robiła. Nie mogła się zdobyć na krok stanowczy. Nie wiedziała co z panem począć. Pan wie, w jaki sposób uwięziono pana?

— Tak. Tak. A teraz czy zwyciężamy?

— Zwyciężamy. Istotnie zwyciężamy. Tej nocy zwyciężyliśmy już, w ciągu pięciu krótkich godzin. Nagle uderzyliśmy ze wszech stron. Ludzie od wentylatorów, Towarzystwo robocze, z swymi milionami, przełamało więzy. Zagarnęliśmy aerostaty.

Urwał. — Tak. — rzekł Graham, domyślając się, że przez aerostaty należy rozumieć machiny latające.

— Oczywiście, to było rzeczą główną, Inaczej mogliby umknąć. Całe miasto powstało z wyjątkiem może kilku aeronautów i połowy czerwonej policyi. Pana uprowadzono, a ich własna policya została zdruzgotana i zniszczona i zniszczona do szczętu. Teraz — cały Londyn należy do nas. Pozostaje jeszcze Pałac Rady. Połowę policyi stracili wówczas, kiedy chcieli znowu pana schwytać. A kiedy i pana utracili, wszystko im się pomieszało. Pchnęli wszystko, co mieli, na teatr. A teraz odcięliśmy ich w Pałacu. Istotnie była to noc zwycięztwa. Wszędzie jaśniała pańska gwiazda. Onegdaj jeszcze Biała Rada rządziła tak, jak przez półtora wieku, a potem nagle szept, skryte, tajemnicze uzbrojenie — i koniec!

— Nic nie wiem — rzekł Graham. — Nie rozumiem. — Nie rozumiem dokładnie warunków tej walki. Gdyby pan zechciał mi wytłomaczyć. Gdzie jest Rada? Gdzie odbywa się walka?

Ostrog zaczął chodzić po pokoju, coś zatyrkotało i nagle ciemność zapanowała. Tylko nieznaczny, owalny krążek światła migotał. Graham przeraził się, potem jednak zobaczył, że szary krążek nabrał głębi i barwy, nabrał wejrzenia owalnego okna, wychodzącego na dziwną, nieznaną scenę.

Z początku nie mógł się dorozumieć znaczenia tej sceny. Działo się wśród dnia, zimowego, szarego dnia. Napoprzek obrazu i w połowie odległości między nim a dalszym planem tęga lina z pokręconego drutu biegła prostopadle. Potem zauważył, że szeregi wielkich, skrzydeł wiatraków, puste przestrzenie i ciemne zagłębienia, były podobne do tych, przez które umknął z Pałacu Rady. Rozróżnił uszykowany szereg czerwonych postaci, idących przez otwartą przestrzeń, między szeregami czarnych postaci i zrozumiał, zanim jeszcze Ostrog przemówił, że miał przed sobą górną powierzchnię nowego Londynu. Przez noc śniegi spadły. Zdawało mu się, że to zwierciadło było nowoczesnem narzędziem zastępującem miejsce dawnej ciemnicy (camera obscura), lecz nie wyjaśniono mu tego. Widział, że chociaż szereg czerwonych postaci kroczył z lewej strony ku prawej, to jednak wychodził z obrazu po lewej stronie. Chwilami był tem zdziwiony, a potem spostrzegł, że obraz na sposób panoramy przesuwał się po owalnym brzegu.

— Za chwilę zobaczy pan walkę, — rzekł Ostrog. — Ci ludzie w czerwonych szatach, to więźnie. A to, co pan widzi, to przestrzeń Londynu nad dachami, — wszystkie bowiem domy dla celów praktycznych, są teraz nieprzerwaną całością. Ulice i publiczne place są kryte.

Jakiś przedmiot poza ogniskiem owalu zaćmił obraz. Po zarysach można było domyślać się człowieka. Lecz nagle metalowy błysk zamigotał, podobnie jak powieka ptasia na chwilę przemknie przez oko, i obraz znowu zajaśniał. I teraz Graham widział ludzi biegnących wśród olbrzymich kół rozpędowych wentylatorów, podnoszących w górę broń, z której wydobywały się drobne, dymne błyski. Coraz gęstrzym hufcem gnali na prawo — być może, iż krzyczeli nawet, lecz z obrazu nie można było tego wywnioskować. I oni i koła rozpędowe przesunęli zwolna przez pole zwierciadła.

— Teraz — rzekł Ostrog — przesunie się Pałac Rady, — i zwolni czarny kraniec ukazał się na widowni i przykuł do siebie uwagę Grahama. Wkrótce kraniec przeobraził się w klęsłość, w olbrzymią, poczerniałą przestrzeń, ziejącą wśród piętrzących się budynków, a z niej cienkie pasma dymu wznosiły się ku blademu zimowemu niebu. Jakby szkielety gmachu sterczały zgryźliwie w otchłani ciemności zwały kamieni, poutrącane słupy i bryły. A na tych resztkach przepychu roiło się od niezliczonej ilości małych postaci.

— To jest Pałac Rady, — rzekł Ostrog — ostatnia ich twierdza. Głupcy! zmarnowali dom amunicyi, chcąc utrzymać się przez miesiąc zapomocą wysadzenia w powietrze wszystkich budynków naokoło. Czy słyszał pan odgłos wybuchu? Potłukł wszystko niemal szkło w mieście.

I podczas gdy mówił Ostrog, Graham widział, że ponad temi ruinami wznosiła się surowo masywna, biała budowa. Czarne jamy wskazywały drogę, którędy zniszczenie kroczyło; olbrzymie hale stały teraz otworem, a ozdoby z wewnątrz wyglądały zgryźliwie ku świtaniu zimowego poranku, a wzdłuż pogruchotanych ścian wisiały strzępy rozerwanych lin i skręcanych drutów i sztab metalowych. A wśród tej rozległości ruszały się czerwone plamki, obrońcy Rady. Od czasu do czasu słabe błyski rozjaśniały pochmurne cienie. Z początku zdawało się Grahamowi, że gotuje się napad na ten odosobniony biały gmach, lecz wkrótce spostrzegł, że obóz buntowników rozłożył się na ruinach dokoła gmachu i podtrzymywał nieustający ogień.

A niedalej, niż dziesięć godzin temu, stał pod tym przewiewnym wachlarzem, w małym pokoiku tego dalekiego gmachu i rozmyślał nad tem, co dzieje się na świecie!

Patrząc dokładniej na ten wojenny epizod, przesuwający się cicho przez sam środek zwierciadła, Graham zauważył, że biały gmach, zewsząd otoczony był zwaliskami, Ostrog zaś, ciągle krótkiemi zdaniami opowiadał, jak obrońcy Pałacu usiłowali, za pomocą takiego zniszczenia odosobnić się i odeprzeć napad. Jednostajnym głosem, chłodnym i obojętnym mówił o olbrzymiej ilości ludzi zasypanych. Wskazał palcem na zaimprowizowaną trupiarnię, wznoszącą się na zwaliskach, pokazywał wędrowne lazarety, uwijające się po zasypanym rumowiskiem dole, który niegdyś był gościńcem ruchomym. Lecz bardziej zajęły go szczegóły, odnoszące się do rozkładu Pałacu Rady i do uszykowania oblegających. Wkrótce Graham zrozumiał cały ten spór, który mordował i pogrzebywał Londyn. Nie był to żaden bunt zgiełkliwy, ani równa walka, lecz znakomicie uknuty zamach stanu. Ostroga znajomość najdrobniejszych szczegółów zdumiewała; zdawało się, że znał dokładnie sprawy każdej z tych czarnych i czerwonych plam, które uwijały się po tych zwaliskach.

Wyciągnął rękę i wskazał pokój, z którego był uciekł Graham, a potem wskazał drogę, którą uciekał. Graham rozpoznał przepaść przez którą biegła rynna i koła rozpędowe, w których cieniach ukrywał się przed machinami latającemi. Reszta drogi ubyła zniszczeniem. I znowu spojrzał na Pałac Rady, który do połowy już był zakryty, albowiem z prawej strony wynurzała się zwarta masa kopuł i dachów, osłonięta szarą mgłą.

— Więc Rada istotnie obalona? — zapytał.

— Obalona, — odrzekł Ostrog.

— A ja. — Czy istotnie prawda, że ja —?

— Pan jest Władcą świata.

— Lecz ta biała flaga? — To jest flaga Rady. — Flaga Rządców świata. Upadnie. Walka skończona. Ich napad na teatr był ostatnim, ich rozpaczliwym i nierozsądnym wysiłkiem. Mają jeszcze mniej więcej tysiąc ludzi, a niektórzy z tych ludzi odpadną. Mało mają amunicyi. A my wskrzeszamy dawną sztukę. Mamy armaty.

— Lecz — na Boga. Czyż to miasto jest światem?

— Praktycznie rzecz przedstawia się tak, że to miejsce jedynie zachowali. Wszystkie inne miasta albo zbuntowały się z nami razem albo też czekają końca. Pańskie przebudzenie pomieszało im szyki i sparaliżowało ich energię.

— Lecz czyż Rada nie posiada latających machin? Dlaczego nie walczą z ich pomocą?

— Miała. Lecz połowa aeronautów stanęła po naszej stronie. Wprawdzie nie odważyli się przystąpić czynnie do powstania, ale też nie działają przeciwko nam. Druga połowa wiedziała o tem dobrze. Nagle dowiedzieli się, że pan zginął. Ci, którzy szukali pana, zlecieli. Zabiliśmy człowieka, który do pana strzelił — niecała temu godzina. Zajęliśmy wszystkie stacye we wszystkich miastach i w ten sposób zatrzymaliśmy i zagarnęliśmy aeroplany, a co małych machin latających, które krążyły po powietrzu, wszystkie musiały unikać Pałacu Rady, albowiem ogień nieustający ze strony naszego obozu był zbyt silny. Gdy która zleci, już po niej. Nie ma dość wolnego miejsca dla wzniesienia się. Kilka rozbiliśmy, inne zleciały na ziemię i poddały się, reszta zemknęła na kontynent. Chociaż nie na wiele się to zda, jeżeli paliwo skończy się im przed czasem. Bardzo wielu aeronautów cieszyło się, gdy ich pojmano w niewolę. Być wysadzonym w latającej maszynie, nie zbyt to miła perspektywa. W ten więc sposób, nie ma ratunku na tej drodze dla Rady. Rządy jej doszły kresu.

Zaśmiał się i stanął znowu przed owalnym kręgiem. Chciał pokazać Grahamowi, co rozumie przez stacye. Nawet najbliższe cztery wydały się odległemi i osnutemi nieznaczną mgłą poranną. Lecz Graham mógł dostrzedz, że były to ogromne budowle, nawet w porównaniu z tem, co można było widzieć poza niemi.

A kiedy te zamglone zarysy przesunęły się ku prawej stronie, jeszcze raz przemknęły zwaliska, szeregi czarnych i czerwonych postaci i znowu osaczony ze wszech stron Pałac Rady. Teraz nie wyglądał już jak stos ruin, lecz jak lśniący pałac; słońce bowiem weszło i rozproszyło cienie. Naokoło walka drobnych postaci wciąż się toczyła, lecz czerwoni obrońcy już nie dawali ognia.

W ten sposób, wśród ponurej ciszy, człowiek dziewiętnastego wieku, przypatrywał się ostatniej scenie wielkiego buntu, który jemu oddawał rządy w ręce. Jakby odkrycie jakieś tknęła go myśl, że to właśnie jest jego świat a nie to, co za sobą zostawił, że nie było to żadne widowisko, które miało się rozwiać, lecz pole obowiązków jego i odpowiedzialności na resztę życia. Zwrócił się do Ostroga z zapytaniami. Z początku Ostrog odpowiadał, potem urwał nagle. — Wyjaśnię to panu lepiej innym razem. Teraz czekają mnie — obowiązki. Lud schodzi się tutaj ze wszystkich stron miasta — hale targowe i teatry są zapełnione. Przyszedł pan w porę. Chcą pana zobaczyć. Tysiące miast — Paryż, Nowy-York, Chicago, Denver, Capri — burzą się i bezradnie czynią zgiełk. Już oddawna wołały, żeby pana zbudzić, a teraz, gdy się to stało, zaledwie mogą wierzyć.

— Lecz — ja nie mogę iść...

Ostrog odpowiedział z drugiego końca pokoju, a obraz na owalnym krążku zbladł i zniknął w chwili, w której światło znowu nastało. — Mamy teraz kinefotelegrafy, — rzekł — Gdy pan się będziesz kłaniał ludowi tutaj — widzieć pana będą tłumy zgromadzone w zaćmionych widowniach na całym świecie. Oczywiście nie w kolorach — jak tu. A pan będzie słyszał ich okrzyki, które spotęgują jeszcze okrzyki w hali tutejszej. A oprócz tego mamy optyczne urządzenie, używane przez linoskoczków i tanecznice. Wyda się to panu nowem. Staje pan w jarzącem się w świetle, a oni widzą nie pana samego, lecz obraz pana rzucony na ekran tak, że nawet najdalej na galeryi siedzący widz, może, jeżeli chętka go zbierze, policzyć pańskie zęby.

Graham uczepił się rozpaczliwie jakiegoś pytania, które nie dało mu spokoju. — Jak wielka jest ludność Londynu? — zapytał.

— Trzydzieści trzy milionów — a może więcej.

Takie cyfry nie mogły się pomieścić w wyobraźni Grahama.

— Oczywiście spodziewają się, że pan przemówi — rzekł Ostrog. — Nie trzeba tu tego, co zwykliście byli nazywać mową, lecz musi pan powiedzieć, co lud nasz nazywa słowem — jedno zdanie, sześć lub siedm słów. Coś formalnego. Jeżeli mi wolno poddać myśl — „Przebudziłem się, a serce moje bije dla was!” Tego tylko chcą.

— Jak to było? — zapytał Graham.

— „Przebudziłem się, a serce moje bije dla was!” I ukłoni się pan. — Ukłon ma być królewski. Ale przedewszystkiem musisz pan włożyć czarne szaty, — bo czarny kolor jest barwą łona ziemi. Wszak to panu obojętne. A potem rozprószą się do domów.

Graham wahał się. — Jestem w waszych rękach, — rzekł.

Tego samego zdania widocznie był Ostrog. Zamyślił się na chwilę, wrócił do kotary i dał kilka krótkich rozporządzeń niewidzialnym sługom. Natychmiast niemal przyniesiono czarny strój, zupełnie podobny do stroju, jaki nosił Graham w teatrze. A kiedy go włożył, ozwał się w sąsiednim pokoju cienki dzwonek. Ostrog zwrócił się z zapytaniem do służącego, potem nagle, zdawało się, zmienił postanowienie, odsunął kotarę i wyszedł.

Przez chwilę Graham stał przed grzecznym sługą i słuchał odgłosu oddalających się kroków Ostroga. Można było słyszeć odgłos szybko następujących po sobie pytań i odpowiedzi i tupot nóg ludzi biegnących. Kotara rozwarła się i ukazał się znowu Ostrog, z twarzą niezmiernie rozgorączkowaną podnieceniem. Chodził niespokojnie po pokoju przez czas jakiś, potem zgasił światło, chwycił Grahama za ramię i wskazał na zwierciadło.

Graham widział jego palec wskazujący, czarny i olbrzymi, ponad odzwierciedlonym Pałacem Rady. Przez chwilę nie mógł zrozumieć. A potem spostrzegł, że trzon, na którym zwisała przedtem flaga, sterczał teraz ogołocony.

— Czy to znaczy? — zaczął.

— Rada się poddała. Rządy jej skończyły się raz na zawsze.

— Spójrz! — rzekł Ostrog i wskazał drobny punkcik, który małymi skokami wspinał się po trzonie i rozwijał w miarę, jak zbliżał się ku końcowi.

Owalny obraz przybladł, gdy Lincoln odsunął kotarę i wszedł do pokoju.

— Krzyk tłumu wzmaga się — rzekł.

Ostrog ciągle trzymał Grahama za ramię.

— Zbuntowaliśmy lud — rzekł. — Daliśmy mu broń. Dziś więc przynajmniej niechaj życzenie ich będzie prawem.

Lincoln uniósł kotarę i przepuścił Grahama i Ostroga.

Po drodze do hal targowych Graham przelotnie widział olbrzymią pobieloną halę, w której ludzie dźwigali ukryte jakieś przedmioty, podobne do noszy lub do mar, a dokoła uwijali się inni w purpurowym stroju lekarskim. Z hali tej dochodziły go jęki i szlochy. Doznał wrażenia, że widzi próżne, krwią zbroczone łoża, dalej ludzi zalegających szereg łóżek. Było to jednak, okamgnienie, potem słup jakiś zasłonił wszystko, a Graham ruszył dalej ku halom targowym...

Rozgwar tłumów zbliżał się podobny do gromu. Uwagę Grahama zwracały powiewające czarne flagi, niebieskie płótno żaglowe i brunatne łachmany, aż nagle ukazał się olbrzymi teatr, w pobliżu targów publicznych, u końca długiego korytarza. Obraz rozwarł się. Zauważył, że wchodzą do owego teatru, w którym ukazał się już był poprzednio, a który tonął w ciemnościach, gdy musiał uciekać przed czerwoną policyą. Tym razem jednak wszedł przez długą galeryę, biegnącą po jednym ze sceną poziomie. Widownia była jaskrawo oświetlona. Szukał oczyma krużganku, przez który był uciekał, lecz nie mógł go wyróżnić, wśród tuzina innych podobnych; ani też nie mógł dojrzeć żadnego zgruchotanego krzesła, rozprutych wyściełań i podobnych śladów walki, tak gęsto rozsiadł się tłum. Z wyjątkiem sceny, wszystko było szczelnie zabite. Z góry miał wrażenie olbrzymiej przestrzeni popstrzonej różowymi punktami, z których każdy był twarzą skierowany ku niemu. Za jego ukazaniem się, uśmiechy ustały, śpiewy przycichły, wspólne zaciekawienie kładło tamę rozgwarowi. Zdawało się, jakby każda jednostka tego milionowego tłumu ciekawie mu się przypatrywała.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.