FANDOM


Rozdział IX Gdy śpiący się zbudzi
Rozdział X
Herbert George Wells
Rozdział XI
Uwaga! Tekst wydano w latach 1901-1902. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


Rozdział X.

WALKA W CIEMNOŚCIACH.

Ocknął się na wielkiej galeryi, zwisającej ponad jedną z rozległych ulic ruchomych, które przerzynały miasto. Przed nim i za nim tupotała gwardya. Cała wklęsła przestrzeń ruchomych gościńców zatłoczona była ludem, sunącym wśród szalonego łoskotu na lewo. Krzyki, nawoływania potoczyły się po długich, nieskończonych drogach, a krzyki nie ustawały, aż nagle globy elektryczne, ginąc perspektywicznie w odległości, jakby pospadały i zakryły rojące się głowy. Tup, tup, tup, tup.

I teraz śpiew doszedł Grahama ochrypły i hałaśliwy, pozbawiony melodyjnych rytmów, a tupotanie kroczących nóg mięszało się z gromkiem tupotaniem pospólstwa, które tłoczyło się na górnych tarasach.

Nagle zauważył kontrast. Gmachy na przeciwległej stronie zdawały się opustoszałymi, mosty i windy, biegnące poprzez skrzydła gmachu, były puste i ciemne. Przyszło mu na myśl, że i tam od ludu roić się powinno.

Uczuł dziwne wstrząśnienie — bardzo gwałtowne. Zatrzymał się znowu. Gwardya przednia szła ciągle; tylna zatrzymała się również. Widział, jak twarze ich zwracają się w jednym kierunku. Spojrzał w górę. Widocznie wstrząśnienie owo było w związku z światłem.

Z początku zdawało mu się, że to tylko ze światłami coś się stało, że jednak odosobnione to zjawisko nie może mieć wpływu na to, co działo się w dole. Każdy z tych olbrzymich, oślepiająco białych globów począł nagle to gasnąć, to się znów błyskawicznie rozświecać... W ten sposób z niesłychaną szybkością ciemność, światło, ciemność następowały po sobie.

Graham zauważył, że to szczególne zachowanie się światła jest w ścisłym związku z ruchem tłumów na dole. Zarysy domów i gościńców, zarysy zbitych tłumów przeobraziły się w chaos skaczących światełek i cieniów. Widział, jak niezmierna liczba cieni się ukazała, jak rozprzestrzeniała się z coraz większą szybkością, żeby znowu zniknąć i ze zdwojoną wrócić siłą. Śpiewy i tupotania ustały. Harmonijny pochód nagle urwał się, widać było tylko olbrzymie falowania w bok i słychać było głosy:

— Światła!

Wszystko odbrzmiewało jednym okrzykiem.

— Światła! — wołały głosy. — Światła!

Spojrzał w dół. Olbrzymie białe globy zamieniły się na purpurowo-białe kule z czerwonawym odbłyskiem, migotały coraz szybciej i szybciej, przestały migotać wreszcie i zamieniły się na zwykłe, ginące w ciemnościach plamy czerwone. Po dziesięciu sekundach ciemności zapanowały zupełne i nakszałt potworu czarnego otoczyły nagle te lśniące miryady ludzkie.

Czuł obok siebie niewidzialne kształty; ktoś uchwycił go za ramię. Jakiś przedmiot silnie uderzył go w goleń. Jakiś głos huknął mu w ucho:

— Dobrze, bardzo dobrze!

Graham otrząsnął się z odrętwienia. Uderzył czołem o czoło Lincolna i zawołał:

— Co znaczą te ciemności?

— Rada przecięła prądy oświetlające miasto. Musimy poczekać — stój! Najpierw pójdzie lud. Bo oni...

Głos Lincolna utonął w rozgwarze. Słychać było nawoływania:

— Ratujcie Śpiącego. Baczcie na Śpiącego.

'When the Sleeper Wakes' by Henri Lanos 07

Dziki zgiełk zapanował dokoła niego.

Jeden z gwardyi potknął się o Grahama i uderzył go w rękę niebacznie swoją bronią. Dziki zgiełk zapanował dokoła niego i zdawało się, że z każdą chwilą staje się gęstszym, potężniejszym, hałaśliwszym. Urywki napół zrozumiałych dźwięków dochodziły aż do niego i ucichały natychmiast, zanim jeszcze myślą zdołał je uchwycić. Jedne głosy, zdawało się, wydawały sprzeczne rozkazy, inne odpowiadały. A nagle powstały tłumne jęki tuż pod nimi. Jakiś głos huknął mu nad uchem:

— Czerwona policya — i natychmiast zagubił się w odmęcie.

Trzask dał się słyszeć wyraźnie, a razem z nim migotanie słabych blasków wzdłuż brzegu dalszych gościńców. W ich świetle Graham dojrzał głowy i postacie ludzi, uzbrojonych podobnie, jak jego gwardya. Cała przestrzeń ozwała się nagle tym trzaskiem, rozjaśniła tem migotaniem błyskawicznie szybko gasnących światełek i nagle ciemności zapadły znowu, podobne do czarnej zasłony.

Błysk światła raził go w same oczy, olbrzymia masa ludzi zaćmiła mu umysł. Okrzyk, wybuch śmiechu od czasu do czasu rozbrzmiewał po gościńcach. Jakiś człowiek wisiał daleko ponad głowami na górnym końcu liny, trzymając na drucie oślepiającą gwiazdę, która rozproszyła ciemności. Ubrany był czerwono.

Wzrok Grahama znowu padł na gościńce. Ujrzał gęstą masę czerwono ubranych ludzi, zalegającą górne gościńce, a opierającą się tyłem o ścianę gmachu. Naprzeciw nich zbity tłum wrogów. Walczyli. Bronie unosiły się i opadały wśród migotliwych błysków, głowy znikały na końcach przestrzeni, inne zajmowały ich miejsca. A podczas gdy światło to chwilowe jaśniało, błyski idące z zielonych zbroi zamieniały się w drobne kłęby szarego dymu.

Nagle blask zgasł i gościńce zasłały się znowu atramentową czernią tajemniczą.

Graham uczuł potrącenie. Ktoś pchał go wzdłuż galeryi. Kto inny nawoływał — może dawał mu znaki. Był zbyt zmieszany, żeby módz dosłyszeć. Czuł się pchniętym o mur, a masa narodu przewaliła się mimo niego. Zdawało mu się, że gwardya jego właśnie wszczęła bitkę.

Nagle człowiek z oślepiającą gwiazdą, wiszący na końcu liny, ukazał się znowu, a cała scena zajaśniała białem światłem. Hufiec czerwonych surdutów zdawał się bliższym i szerszym; czoło jego znajdowało się w połowie drogi, wiodącej do centralnego skrzydła. Graham podniósł oczy i zauważył, że pewna liczba tych ludzi ukazała się także w ciemnych, niższych galeryach przeciwległego budynku i ponad głowami towarzyszy dawała ognia na skłębione masy ludu, zalegające niższe gościńce. Dorozumiał się znaczenia tych zajść. Pochód ludu natrafił u samego końca na zasadzkę. Zmieszany ciemnością, która nagle zapadła, znosił teraz ten tłum różnobarwny ataki czerwonej policyi. Potem zauważył, że stał sam jeden, że jego gwardya razem z Lincolnem uszła wzdłuż galeryi, po której on był kroczył, zanim ciemność zapadła. Widział, jak dawali mu znaki i jak pędem wracali do niego. Gromki okrzyk zabrzmiał na gościńcach. Potem zdawało się, jakby cała przednia część przeciwległego budynku pokryła się czerwono ubranymi ludźmi. I pokazywali na niego palcem i wołali:

— Śpiący! Ratujcie śpiącego! — krzyczały tysiące krtani.

Jakiś przedmiot uderzył w mur ponad jego głową. Spojrzał w górę i uchwycił błysk srebrzysty. Lincoln stał tuż obok niego. Nagle uczuł, że ktoś chwyta go za ramię. Potem paf, paf; strzał chybił dwukrotnie.

Zrazu nie zrozumiał. Ulica była czarna, wszystko było przysłonięte nocą.

Lincoln uchwycił Grahama za ramię i pchał go teraz wzdłuż galeryi.

— Zanim następne światło zapłonie! — krzyczał. Pośpiech jego udzielił się Grahamowi, którego instynkt samozachowawczy przemógł omdlenie pierwszego zdumienia. Na chwilę przeobraził się w ślepe stworzenie, oddane na pastwę lękowi śmiertelnemu. Pędził i potykał się co chwilę, wreszcie wpadł na swoją gwardyę, gdy ta odwróciła się, żeby pędzić za nim. Jedyną żądzą, która teraz całkowicie go posiadła, było gorączkowe pragnienie pośpiechu. Trzeci błysk nastąpił tuż po swoich poprzednikach. Razem z nim zabrzmiał na gościńcach wielki okrzyk, jakby w odpowiedzi na światło. Zauważył teraz, że czerwoni opanowali już środkowy pasaż. Niezliczone ich twarze skierowały się ku niemu i widać było, jak krzyczały. Biała z przeciwka fasada gęsto popstrzyła się czerwonymi punktami. Wszystkie te rzeczy cudaczne do niego się odnosiły, dokoła niego się obracały, jak koło osi. Były to gwardye Rady, usiłujące odbić go ludowi.

Szczęściem dla niego były to pierwsze strzały od stu pięćdziesięciu lat. Słyszał świst kul, przelatujących mu ponad głową, poczuł kawałek gorącego metalu na uchu i zauważył, że cała przeciwległa fasada była jawną zasadzką na niego nastawioną. Istotnie czerwoni dawali nań ognia nieustannie.

Jeden z gwardzistów padł u jego stóp, a Graham, nie mogąc przystanąć, przeskoczył przez wijące się ciało.

Wnet jednak, uchodząc przed ogniem, wpadł w czarny korytarz, w którym nagle ktoś, widocznie idąc na poprzek, wpadł na niego całym ciężarem. Wśród zupełnej ciemności powlókł się przez jakieś schody, wiodące w dół. Potknął się znowu; ktoś pchnął go tak silnie, że, padając, ręką uderzył o mur. Nagle przygniótł go ciężar zmagających się ciał, zakręcił nim dokoła i odrzucił na prawo. Pod tym olbrzymim naciskiem zaledwie mógł oddychać, żebra mu trzeszczały formalnie. Na chwilę doznał ulgi, a potem znowu cała masa ludu porwała go ze sobą do wielkiego teatru, z którego co dopiero był wyszedł. Były chwile, w których nie mógł znaleść gruntu pod nogami. A potem znowu potykał się i upadał. Słyszał nawoływania:

— Nadchodzą! — i przytłumiony okrzyk tuż nad uchem. Nagle potknął się o coś miękkiego i z pod nóg jego wydarł się ochrypły jęk. Słyszał okrzyki:

— Śpiący! — lecz był zbyt zmęczony, żeby módz przemówić. Słyszał trzask zielonych zbroi. Na chwilę utracił wolę swoją samodzielną, stał się atomem wśród paniki, ślepym, bezmyślnym, mechanicznym. Rzucał się i trącał na lewo i prawo, potknął się nagle o jakiś stopień i zauważył, że wspina się po spadzistości. I nagle wszystkie twarze naokoło wyskoczyły z ciemności, upiornie blade i przerażone, dyszące i zdumione. Siny błysk światła rozdarł ciemności. Jedna z twarzy, młodzieńcza z wejrzenia, znajdowała się bardzo blisko niego, o dwadzieścia łokci. Teraz była dla niego tylko przemijającą chwilą bez wartości, lecz później wróciła mu na pamięć w widzeniach sennych. Albowiem młody ten człowiek, wyprostowany w tłumie, ugodzony został kulą i skonał.

Widocznie człowiek wiszący na drzewie musiał zapalić czwartą białą gwiazdę. Światło jej wciskało się wielkie mi smugami przez rozległe okna i łuki i ukazało Grahamowi, że jest wśród gęstej masy czarnych postaci, tłoczących się ku dolnej przestrzeni wielkiego teatru. W tej chwili obraz był siny i urywał się co chwilę, albowiem przyćmiewały go czarne cienie. Widział, jak bardzo blisko niego czerwona gwardya torowała sobie drogę przez tłum. Nie mógłby powiedzieć, czy go dostrzeżono. Widział Lincolna stojącego w pobliżu sceny w otoczeniu tłumu poczerniałych rewolucyonistów i wytężającego wzrok, jak gdyby jego właśnie szukał. Graham zauważył, że sam znajduje się na krańcu tłumu i że poza nim wznosiły się na równi pochyłej siedzenia widowni. Nagle oświecony jakąś myślą, począł torować sobie drogę ku balustradzie, odgradzającej siedzenia. Gdy dotarł do pierwszego rzędu, światło znikło.

Natychmiast zrzucił z siebie wielki płaszcz, który nietylko tamował mu swobodę ruchów, lecz jeszcze wyróżniał go z pośród tłumu. Ktoś potknął się o jego fałdy. Lecz Graham wnet potem przedostał się przez balustradę i pogrążył się w ciemnościach. Omackiem dotarł do dolnego końca schodów. W ciemności odgłosy strzałów ustały, a tupotanie nóg i głosów ucichło. Potem nagle natknął się na jakiś stopień, zatoczył się i runął na miejscu. Równocześnie płaty światła poczęły skakać po ciemnościach, hałas podniósł się na nowo, a blask piątej gwiazdy wpadł przez olbrzymie okna widowni.

Potoczył się naprzód wśród siedzeń, usłyszał nawoływania i szczęk broni, zerwał się na równe nogi, lecz w tej chwili został powalony o ziemię i zauważył, że pewna ilość poczerniałych ludzi dawała ognia na czerwonych, znajdujących się na dole, przeskakując z krzesła na krzesło i kryjąc się pod siedzeniami, żeby módz nabić na nowo. Instynktownie skrył się pod siedzeniem, albowiem zbłąkane strzały wgryzały się w pneumatyczne wyścielania i rysowały się jasnemi smugami na ich delikatnym metalowym kształcie. Instynktownie wbił sobie w pamięć kierunek krużganków, albowiem był to jedyny może sposób ucieczki wśród nocy.

Młody człowiek w spłowiałym niebieskim stroju przedzierał się przez siedzenia. Zakrzyknął:

— Hallo! — i wywinął nogami o sześć łokci od twarzy Śpiącego, wtulonego w swoją kryjówkę.

Młody człowiek patrzył przed siebie, chciał dać ognia, strzelił wreszcie, krzyknął:

— Do piekła z Radą! — i znowu miał dać ognia. Potem zdawało się Grahamowi, że pół szyi tego człowieka znikło. Wilgotna kropla spadła mu na twarz. Zielona broń zatrzymała się w drodze. Przez chwilę człowiek ten stał cicho z twarzą, pozbawioną wszelkiego wyrazu, a potem jął chylić się ku przodowi. Kolana mu się zgięły. Człowiek i ciemności zespoliły się w jedno. Na odgłos jego upadku Graham powstał i począł biedz dla ratowania życia. Jakiś stopień znowu stanął mu w drodze. Wygramolił się jakoś i popędził krużgankiem.

Kiedy szósta gwiazda zajaśniała, znajdował się już w ziejącej gardzieli jakiegoś korytarza. Przy świetle pognał szybciej, wszedł do korytarza i skręcił koło rogu. Ocknął się znowu w zupełnej ciemności. Ktoś odrzucił go w bok, lecz Graham zerwał się natychmiast na równe nogi. Zauważył, że znowu jest w tłumie chybkich postaci, tłoczących się w jednym kierunku. I on i tłum cały jedną myślą byli zajęci; umknąć z pola tej walki. Rzucał się na wszystkie strony, potrącał, potykał się, biegł, czuł nagle straszne na sobie ciężary, tracił grunt pod nogami i znowu wydostawał się na wolną przestrzeń.

Przez jakiś czas pędził pośród ciemności wzdłuż krętego korytarza, a potem wyszedł na rozległą i otwartą przestrzeń, zeszedł po długiej pochyłości i wreszcie przebywszy kilkanaście schodów, znalazł się na równej płaszczyźnie. Ludzie krzyczeli:

— Nadchodzą! Gwardye nadchodzą. Dają ognia. Najlepiej na siódmym gościńcu. Tędy, na siódmy gościniec.

W tłumie były i kobiety i dzieci. Mężczyźni krzyczeli mu nad uchem jakieś nazwiska. Tłum zmierzał ku arkadzie, przeszedł przez krótką przełęcz i wynurzył się znowu na szerszej przestrzeni, słabo oświetlonej. Czarne postacie, uwijające się dokoła, pędziły w półzmroku po jakiejś pochyłości, która wydawała się olbrzymią klatką schodową. Poszedł za niemi. Lud rozchodził się na prawo i lewo... Spostrzegł, że już nie znajdował się w tłumie. Na najwyższym szczeblu stanął. Przed nim widniały szeregi krzeseł i mały kiosk. Podszedł i stanąwszy w cieniu oddrzwi, patrzył naokół, dysząc ciężko.

Wszystko było zamglone i szare, lecz poznał, że te wielkie schody były szeregiem tarasów, które teraz stały bez ruchu. Taras nachylony był na obie strony, a wielkie gmachy poza nim wznosiły się niby ponure upiory, ukazując napisy swoje i ogłoszenia w niewyraźnem świetle, a w górze, po przez kraty i druty i liny, widniało drobne, urywane pasemko bladego nieba. Garść ludzi pędem przeleciała obok niego. Z ich głosów i krzyków wnosić było można, że spieszą na pole walki. Inne, mniej hałaśliwe postacie, posuwały się nieśmiało wśród cieniów.

Z daleka mógł dosłyszeć zgiełk walki. Lecz widocznem było, że nie w tę ulicę wiodła droga z teatru. Owa pierwsza walka, zdawało się, nagle zatraciła się w oddali. I, o myśli cudaczna! Oni walczyli dla niego!

Przez chwilę podobny był do człowieka, który przerywa czytanie zajmującej książki i nagle wątpi w to, co był przyjął bez wahania. Wówczas mało zdawał sobie sprawy z szczegółów; całkowite wrażenie znaczyło się potwornem zdumieniem. Dziwne jednak, że podczas gdy jasno w pamięci mu tkwiły: ucieczka z więzienia Rady, wielki tłum w sali i napad czerwonej policyi na rojący się tłum ludu, to z wysiłkiem wielkim musiał przywoływać chwilę przebudzenia i pełne rozmyślań chwile, spędzone w milczących pokojach. — Z początku pamięć śmiałym skokiem pominęła te rzeczy i uniosła go do wodospadów w Pantargen i do ponurego przepychu słońcem oblanego wybrzeża kornwalijskiego. Kontrast wyciskał na wszystkie m piętno nierzeczywistości. A potem przepaść zapełniła się nagle i Graham zaczął rozumieć swoją sytuacyę.

Nie było mu już zagadką, jak kiedy przebywał w milczących pokojach. Miał teraz przynajmniej dziwny, lecz wyrazisty kierunek. Był do pewnego stopnia właścicielem połowy świata, a wielkie stronnictwa polityczne spierały się o jego osobę. Po jednej stronie była Biała Rada ze swoją czerwoną policyą, gotowa, jak się zdawało, zagrabić jego własność, zamordować go nawet; po drugiej bunt, który go oswobodził, z tym niewidzialnym „Ostrogiem”, jako przywódcą. A całe to olbrzymie miasto kurczyło się poniekąd pod razami ich boju. Dziwaczny rozwój tego świata!

— Nie rozumiem! — wołał. — Nie rozumiem!

Wymknął się z rąk obu stronnictw i schronił w ten półmrok. Co teraz? Co się dzieje właściwie? Wyobrażał sobie, że ścigają, go czerwoni, wlokąc za sobą i pędząc przed siebie poczerniałych rewolucyonistów.

Wszelako przypadek sprawił, że oto ma miejsce, na którem przynajmniej swobodnie oddychać można. Mógł z tego miejsca patrzeć na wszystko, a nie być narażonym na zaczepki przechodniów. Poszedł okiem za powikłaną gmatwaniną gmachów w mroku tonących i wydało mu się rzeczą nieskończenie cudowną, że tam w górze słońce wschodzi i że świat jasny był i płomienny dawnem, tak dobrze znanem światłem dziennem. Po chwili zupełnie przyszedł do siebie. Szaty już na nim wyschły.

Po tych mrocznych gościńcach wałęsał się bez końca, nie przemówił jednak do nikogo, albowiem nikt nań nie zważał — był ciemną, nieznaną postacią wśród innych, — ciemnych, nieznanych postaci — on, człowiek z przeszłości, otoczony zazdrością całego świata i obdarzony, mimo wiedzy i woli, własnością połowy świata. Gdziekolwiek były światła, lub gęste zbiegowiska, albo niezwykłe podniecenie, usuwał się, albowiem bał się, żeby go nie poznano. Za każdym więc razem schodził na boczny jakiś gościniec, niżej lub wyżej. A jakkolwiek nie natknął już nigdzie na bój, to jednak czuł, jak całe miasto tchnęło atmosferą walki. Raz musiał biedz, żeby ominąć hufiec cały, pędzący ulicą. Wszyscy zdawali się porwanymi żądzą walczenia. Przeważnie byli to mężczyźni, a nosili przedmioty, które wydawały się Grahamowi zbrojami. Zdawało się, że bój ześrodkował się głównie w tej dzielnicy miasta, z której on przybył. Co chwilę odległy hałas, dalekie przypomnienie tego sporu zawziętego, dochodziło jego uszu. A potem wszczęła się walka między ostrożnością a ciekawością w nim samym. Lecz ostrożność przemogła, Graham więc szedł dalej i oddalał się coraz bardziej od pola walki. Po drodze nie budził w nikim podejrzenia. Po jakimś czasie stracił już nawet odległe echo walki, coraz mniej ludzi przechodziło mimo, aż wreszcie tytaniczne ulice opustoszały zupełnie. Fasady budynków rysowały się jasno i surowo; zdawało się, że dotarł do dzielnicy pełnej próżnych składów towarowych. Był sam i zwolnił kroku.

Poczuł wielkie i coraz bardziej wzmagające się znużenie. Czasami byłby usiadł sobie gdzieś na boku na jednem z licznych krzeseł, poustawianych na górnych terasach. Lecz gorączkowy niepokój i świadomość, że wplątany jest w tę walkę, nie dały mu spocząć ani na chwilę. Czy walka ta toczyła się tylko dla niego?

A potem, na jakimś opustoszałym placu doznał pchnięcia, jakby ziemia się zatrzęsła huk i gromy dały się słyszeć; potężny brzęk szkła, łoskot zapadających się murów, pociągnął za sobą cały szereg gigantycznych wstrząśnień. Olbrzymia masa szkła i starego żelaziwa spadła z dalekich dachów na środkową galeryę, zaledwie sto jardów od Grahama, a w dali było słychać okrzyki i gwałtowne uciekanie. I jego coś pchnęło do bezcelowej działalności, pobiegł więc na jeden z gościńców, lecz wkrótce wrócił.

Jakiś człowiek zbliżył się do niego pędem. Graham natychmiast odzyskał panowanie nad sobą.

— Co oni wysadzili w powietrze? — zapytał ów człowiek bez tchu. — To była eksplozya? — i popędził dalej.

Wielkie gmachy wznosiły się ponuro, przysłonięte dziwacznym półmrokiem, jakkolwiek małe pasemko nieba u góry jaśniało teraz dniem. Zauważył niejeden dziwny rys, lecz wówczas żadnego nie zrozumiał; odcyfrował nawet kilka napisów składanych alfabetem: „Tu jest Eadhamite”, albo „Biuro Pracy”, „Mała Strona”? I pomyśleć, że niektóre, a może nawet wszystkie te, do złomów skalnych podobne, domy były jego własnością!

Cudaczność jego eksperymentu stanęła mu żywo przed oczyma. W rzeczywistości bowiem dokonał takiego skoku w czasie, jak opisują go w fantastycznych powieściach. Poczem chciał napawać umysł nowym widokiem, raczej widowiskiem. Lecz widowiska nie było, było tylko jakieś wielkie, nie określone niebezpieczeństwo, niemiłe cienie i czarne ciemności. Gdzieś w tych ciemnościach labiryntowych szukała go i czychała nań śmierć. A może padnie ofiarą skrytobójstwa, zanim jeszcze cośkolwiek zobaczy? Być może, że już przy najbliższym zakręcie nastawiono nań zasadzkę. Ogarnęła go wielka żądza widzenia, wielka tęsknota za wiedzą.

Zdawało mu się, że w ukryciu było bezpieczeństwo. Zastanawiał się nad miejscem, w któremby się ukryć, gdy światła znowu zajaśnieją. W końcu usiadł na zakręcie wielkiego gościńca, gdzie, jak sądził, nikogo prócz niego nie było. Zacisnął powieki.

Przypuszczał, że gdy je otworzy, wszystek ten ogrom budynków i gościńców zniknie. Przypuszczał, że znajdzie natomiast, wtem całem zdarzeniu ostatnich dni, widzialne obrazy, zaludniające sen umęczonego umysłu. Wszakżeż to musi być sen; wszystko było takie luźne, takie nielogiczne. Dlaczego ludzie spierali się o niego? Dlaczego ten świat miałby uważać go za pana i władcę?

Tak rozmyślał z zamkniętemi oczyma, a potem znowu spojrzał, przejęty jakąś daleką nadzieją, że mimo krzyki, które uszu jego dochodziły, zobaczy znane sobie życie dziewiętnastego wieku, a może nawet małą przystań w Boscastle, skały w Pentargen — albo nawet swoją własną sypialnię... wtem garść ludzi z czarną chorągwią na czele przebiegła mimo niego, udając się na pole walki. A tuż wznosiły się te olbrzymie mury, zasiane napisami i ogłoszeniami.

— To nie sen — rzekł — nie sen. I ukrył twarz w dłoniach.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.