Rozdział VIII Gdy śpiący się zbudzi
Rozdział IX
Herbert George Wells
Rozdział X
Uwaga! Tekst wydano w latach 1901-1902. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


Rozdział IX.


LUD POWSTAŁ!


Podano mu jakiś kordyał wzmacniający — jak przez mgłę, widział Graham coraz liczniejszy zastęp osób rozgorączkowanych, wciskających się do pokoju. Zdala z olbrzymiej hali dochodziło huczenie tłumu.

— „Śpiący! Śpiący jest z nami”.

Potem śpiew jakiś kilkudziesięciu tysięcy wzbił się w wielką falą.

— „Panie, trzeba pokazać się ludowi” — wołali, ci co go otoczyli. Graham powstał machinalnie i wszedł do olbrzymiej hali. Koło niego stanął wyniosły czarno ubrany mężczyzna. Inni otoczyli go kołem. Krzyki wzbiły się potężnie:

Graham chwil kilka bezmyślnie patrzył na te sprawy a potem nagle chwycił za ramię, jedną z krzyczących osób:

— „Powiedźcie mi!” — wołał, a kto ja jestem? — kto ja jestem?

Reszta obecnych zbliżyła się, żeby lepiej słyszeć jego słowa:

— „Kto ja jestem?” Oczy jego wpiły się badawczo w ich twarze.

— „Oni nic mu nie powiedzieli!” — zawołała jakaś dziewczyna.

— „Powiedźcie mi! powiedźcie!” — wołał Graham.

— „Jesteś pan władcą ziemi. Jest pan właścicielem połowy świata”.

Nie wierzył uszom. Nie dawał wiary przekonywaniom. Utrzymywał, że nie rozumie, że nie słyszy. Podniósł głos:

— „Żyję na jawie od trzech dni — jestem więźniem od trzech dni. Przypuszczam, że walka jakaś wybuchła między obozami ludzi w tem mieście — wszak to Londyn?”

— „Tak”, — rzekł młody mężczyzna.

— „A ci, którzy schodzą się w wielkiej sali białego Atlasa? Jaki to ze mną związek? W pewnej mierze to mnie dotyczy. Dlaczego, nie wiem. Trucizna? Zdaje mi się, że przez czas mojego snu, świat padł ofiarą obłędu. Ja sam jestem w obłędzie. Kto są ci radcy pod Atlasem? Dlaczego mieliby mnie otruć?”

— Żeby pana znieczulić, rzekł młodzieniec w żółtym stroju. Chcą odsunąć pana od działania.

— Ależ dlaczego?

— Dlatego, że pan jest Atlasem, Sire — rzekł młodzieniec w żółtym stroju. — Świat spoczywa na pańskich barkach. Oni rządzą nim w pańskiem imieniu.

Odgłosy z hali zatonęły w ciszy, poprzez którą przebijał się jeden jedyny monotonny dźwięk. Nagle, jakby dla przybicia tych słów, powstał ogłuszający hałas — powstał łoskot i grzmienie, hałaśliwy śmiech zapełnił atmosferę, ochrypłe, krzykliwe głosy, bicie i stukanie nie dały ludziom, znajdującym się w pokoiku, zamienić słów kilka.

Graham stał i uczepił się bezradnie myślą tych zdań, które co dopiero był słyszał. — Rada, powtarzał bezmyślnie, a potem uchwycił się nazwiska, które go przedtem było uderzyło.

— A kto jest Ostrog? — zapytał.

— Ostrog jest organizatorem — wojewodą buntu. Naszym przywódcą w twojem imieniu.

— W mojem imieniu? A wy? Dlaczego jego tu niema?

— Wysłał nas w zastępstwie. Ja jestem jego bratem — mlecznym bratem. Nazywam się Lincoln. Ostrog chce, abyś się pan pokazał ludowi, a potem przyszedł do niego. Dlatego też nas tu posłał. Kieruje całym ruchem w urzędzie wentylatorów. Lud rusza.

— W twojem imieniu — krzyczał młodszy mężczyzna — rządzili, gnietli, ujarzmili. — W końcu nawet...

— W mojem imieniu! Moje imię! Władca?

Nastała chwilowa przerwa w szalonem hukaniu za drzwiami, a głos młodego człowieka wzniósł się i nabrzmiał oburzeniem.

— Nikt nie spodziewał się pańskiego przebudzenia. Nikt nie przypuszczał, że pan się zbudzi. Przeklęci tyrani, chytrością rządzili! Lecz niespodzianie usidłano ich. Nie wiedzieli, jak sobie z panem poradzić: otruć, zahypnotyzować, czy zabić.

I znowu hałas w sali pokrył wszystko.

— Ostrog czeka w urzędzie wentylatorów. A już teraz rozpoczyna się pewien zgiełk walki.

Mężczyzna, który nazwał się Lincolnem, zbliżył się tuż do Grahama.

— Ostrog ułożył już plany. Zawierz mu. Organizacye nasze gotowe. Musimy zastanowić ruchome gościńce. Może on to już teraz zarządza. Potem...

— Ta widownia publiczna — wrzasnął człowiek w żółtym stroju — to tylko oddział. — Mamy pięć miryadów wyćwiczonych ludzi.

— Mamy broń — wołał Lincoln. — Mamy plany. Przywódcę. Ich policya zemknęła z ulic i skupiła się w ... (nie słychać). — Teraz lub nigdy. Rada się chwieje. Nie może zaufać nawet swym wyćwiczonym ludziom...

— Słuchaj, jak lud na ciebie woła.

Grahama umysł podobny był nocy księżycowej, kiedy po niebie chybkie biegną chmury, to czarne i beznadziejne, to jasne, świetlane.

Z pośród wszystkich chwiejnych wrażeń, główne przedstawiały się jako sprzeczności; po jednej stronie była Biała Rada, potężna swoją karnością, nieliczna, Biała Rada, której dłoniom co dopiero się był wymknął; a po drugiej olbrzymie tłumy, zbite masy bezimiennego ludu, które wołały go po imieniu, witały, jako Pana. Tamci uwięzili go i radzili nad tem, jakby mu śmierć zadać. A te huczące tysiące poza drzwiami przyniosły mu odsiecz. — Lecz dlaczego to wszystko tak być musiało, nie mógł zrozumieć.

Drzwi rozwarły się, głos Lincolna ugrzązł w rozgwarze, a fala narodu wtoczyła się śladem zgiełku i zbliżała się ku Grahamowi i wymachującemu rękami Lincolnowi.

— Pokażcie nam śpiącego, pokażcie nam śpiącego! — brzmiał monotonny wyrew hałasu. Niektórzy wrzeszczeli:

— Cisza! Spokój!

Graham patrzył na otwarte drzwi i ujrzał wielki, podłużny obraz hali — falujące, nieustanne kołysanie się zbitych gęsto, krzyczących twarzy; mężczyźni i kobiety wyciągali ręce, w których powiewały blado - błękitne szaty. Wielu stało; jakiś człowiek w ciemno brunatnych łachmanach, wychudły straszliwie, stał na siedzeniu i wywijał czarnem suknem. Nagle Graham spostrzegł zwrócone na siebie pełne zdziwienia i ciekawości oczy dziewczyny. Czego ci ludzie spodziewali się po nim. Niejasno zdawał sobie sprawę, że rozgwar tam za drzwiami zmienił swą postać, jak gdyby zaczął wybijać takty, kroczyć. I właśnie jego myśl zmieniła się nagle. Przez czas jakiś nie mógł pochwycić przyczyny, która tę zmianę w nim wytworzyła. Lecz chwila, w której czuł się bliskim obłędu, przeszła szybko. Usiłował zadać kilka, pytań, chciał wiedzieć, czego żądają od niego.

Lincoln krzyczał mu nad uchem, lecz Graham był głuchy na jego nawoływania. Wszyscy inni, z wyjątkiem kobiet, wskazywali na salę. Domyślił się, co zaszło w zgiełku. Cała masa ludu zaczęła razem śpiewać. Nie był to zwykły śpiew, głosy skupiały się i unosiły na potężnym zalewie instrumentalnej muzyki, muzyki, podobnej do dźwięku organów, do falistej tkaniny dźwięków, pełnej trąb, powiewnych sztandarów, stąpania i tupotu i razem przepychu rozpoczynającej się wojny. A stopy ludzi wybijały takt tup tup.

Pchnięto go ku drzwiom. Poszedł mechanicznie. Potęga tego śpiewu oczarowała go, podnieciła, ośmieliła. Hala rozwarła się przed nim, olbrzymia przestrzeń zalana migotliwym blaskiem barw, kołyszącym się w takt muzyki.

— Skiń na nich ręką — rzekł Lincoln — skiń na nich ręką.

Jakiś głos po drugiej stronie ozwał się:

— Trzeba mu i tego koniecznie.

Zatrzymano go przy drzwiach i obrzucono czarnym, misternie pofałdowanym płaszczem. Wyswobodził się jednak i poszedł za Lincolnem. Tuż koło siebie spostrzegł dziewczynę szaro odzianą. Twarz jej płonęła; ruchem ręki wiodła go naprzód. Przez chwilę zdała mu się wcieleniem pieśni, gdy tak szła lekka i pełna zapału. Natychmiast zabrzmiał śpiew potężną falą i utonął w jednym wielkim okrzyku. — Za przewodem Lincolna przeszedł przez scenę w obliczu zgromadzonego ludu.

Hala była olbrzymia, pełna galeryj, balkonów, szerokich klatek schodowych i wielkich kolumnad. Cały tłum falował zbitemi masami. Poszczególne postacie wyskakiwały ze zgiełku, rysowały mu się w oczach na chwilę i znowu ginęły w odmęcie. Tuż przy scenie kołysała się na ramionach trzech mężczyzn młoda, piękna kobieta z rozwianymi włosami. W ręce miała długą laskę zieloną. Nieco dalej starzec latami przygnieciony, odziany w niebieskie płótno żaglowe, z trudem trzymał się na nogach w tym ścisku, a za nim wykrzykiwał jakiś człowiek całkiem łysy i bezzębny. Jakiś głos zabrzmiał zagadkowem słowem:

— Ostrog!

Wszystkie wrażenia Grahama były niejasne, prócz tego tłumnego, potężnem wzruszeniem niesionego śpiewu. Tłum wybijał takty nogami, tup, tup, tup. Zielone zbroje powiewały w powietrzu, migały i pochylały się w dół. Potem zobaczył, jak ci, którzy najbliżej stali, zaczęli iść naprzód ku wielkiej kolumnadzie, wołając:

— Na Radę!

Graham podniósł rękę, a krzyk wzmógł się w dwójnasób. Przypomniał sobie, że ma zawołać: Naprzód! Usta zaczęły układać bohaterskie słowa. Skinął ramieniem i wskazał na kolumnadę wołając:

— Naprzód!

Już tłumy przestały wybijać takty, szły bez wytchnienia: tup, tup, tup, tup. W tym zgiełku byli brodaci mężczyźni, starcy, młodzieńcy, niewiasty w szatach powiewnych, dziewczęta. Mężczyźni i niewiasty nowego wieku! Bogate suknie, szare pasy spływały w jedno w wirze gorączkowych ruchów. Przeważała jednak barwa niebieska. Olbrzymia, czarna chorągiew torowała sobie drogę na prawo. Graham spostrzegł niebiesko ubranego murzyna, pomarszczoną niewiastę w żółtej sukni, potem gromadę wysokich, pięknowłosych mężczyzn, o śnieżnobiałych twarzach, kroczących teatralnym korowodem. Zauważył dwóch Chińczyków. — Jakiś wysoki, smukły, ciemnowłosy młodzieniec o oczach płonących, odziany w biel od stóp do głów, wydrapał się na scenę, krzyknął potężnie i zatonął w tłumie. Głowy, ramiona, ręce ściskające broń, wszystko poruszało się w pochodzie.

Z pośród tego zgiełku twarze wyskakiwały ku niemu, oczy, ręce i znikały natychmiast. Mężczyźni rzucali mu powitanie rękoma, krzyczeli niezrozumiałe słowa. Przeważnie były to twarze zarumienione, ale wśród nich odrzynały się jaskrawo upiornie blade oblicza. I czuć było jakąś niewolę, a niejedna dłoń, która wyciągała się ku niemu, była wychudła i wątła. Mężczyźni i kobiety nowej ery! Co za dziwaczne zgromadzenie! Szeroki strumień ludu przewalił się koło niego i zaraz za nim wypłynął potężnym zwałem nowy zastęp: tup, tup, tup, tup. Śpiew harmonijny i miarowy stapiał się z potężnemi echami łuków i korytarzy. Mężczyźni i kobiety wespół szli korowodem; tup, tup, tup, tup. Zdawało się, jakby cały świat się poruszał. Tup, tup, tup, tup; zaczęło mu tupotać w mózgu. Szaty powiewały w powietrzu, twarze w coraz gęstszych masach przepływały mu przed oczami.

Tup, tup, tup, tup; za przewodem Lincolna poszedł ku kolumnadzie, poruszając się nieświadomie tym samym rytmem, zaledwie bacząc na ruch sam, tak dalece zajęty był melodyą. — Tłumy, śpiewy i wymachiwania, wszystko szło w jednym kierunku, aż wreszcie podniesione ku górze twarze znalazły się na równi z jego stopami. Zauważył przed sobą ścieżkę, naokoło świtę, złożoną z gwardyi i dygnitarzy i tuż obok Lincolna. Snuli się tam i sam adjutanci i ciągle zasłaniali widok na lewo. Przed nim szła tylna straż gwardyi, przyodziana w czerń zupełną, po trzech ludzi rzędem. Zaprowadzono go po małej, żelaznej drodze ku kolumnadzie, pod sobą widział potężny strumień ludu, wołającego radośnie ku niemu. — Nie wiedział, dokąd idzie; nie chciał wiedzieć. Rzucił okiem poza siebie na olbrzymią światłem zalaną salę. I tłum szedł, szedł...

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA, o ile nie zaznaczono inaczej.