FANDOM


Rozdział V Gdy śpiący się zbudzi
Rozdział VI
Herbert George Wells
Rozdział VII
Uwaga! Tekst wydano w latach 1901-1902. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


Rozdział VI.

HALA ATLASA.

Od chwili, w której krawiec ukłonił się na pożegnanie, aż do chwili, w której Graham znalazł się w windzie, upłynęło zaledwie pięć minut. A jednak ciągle jeszcze mgła niezmiernego jego uśpienia otaczała go zewsząd i ciągle jeszcze początkowe zdumienie, że wogóle żył jeszcze w tym odległym wieku, zabarwiało mu każdą rzecz cudownością, wyciskało na zdarzeniach piętno rzeczywistego sennego marzenia. Ciągle jeszcze był oderwanym, zdumionym widzem, na wpół tylko ujętym wirem życia. To, co widział, a szczególnie rozgwar tłumów naostatku, uważany w ramach balkonu, miało rys widowiska, jak rzecz widziana z loży teatralnej. »Nie rozumiem«, mówił. »Co to za zgiełk? Myśl moja wiruje. Dlaczego tak krzyczano? Skąd i jakie grozi niebezpieczeństwo?«

»Mamy swoje kłopoty«, rzekł Howard, którego oczy unikały badawczych spojrzeń Grahama. »Jest to czas niepokojeń. I w istocie ukazanie się pana, przebudzenie pańskie w tej właśnie chwili ma pewnego rodzaju związek —«

Mówił głosem urywanym, jak człowiek niezupełnie pewien swego oddechu. Urwał nagle.

»Nie rozumiem«, rzekł Graham.

»Wyjaśni się to panu później«, rzekł Howard. Spojrzał trwożliwie w górę, jakgdyby uważał, że za wolno idą w górę.

»Bezwątpienia zrozumiem lepiej, gdy nieco się obejrzę i więcej zobaczę«, rzekł Graham zahukany. »Będzie to — to musi być zresztą zdumiewające. Teraz wszystko jest takie dziwne. Wszystko wydaje mi się możliwem. Wszystko. Nawet w szczegółach. Wasz sposób liczenia, o ile rozumiem, jest odmienny«.

Winda stanęła; wyszli na wązki lecz bardzo długi korytarz, zamknięty z obu stron wysokiemi ścianami, wzdłuż których biegła ogromna ilość tub i grubych lin.

»Co za olbrzymie miejsca!« rzekł Graham. »Co to za miejsce?«

»Jest to jedna z dróg miejskich dla różnych publicznych celów. Światło i tak dalej. «

»Czy to społeczny był rozruch — to — na wielkim gościńcu? Jak wy się rządzicie? Czy macie ciągle jeszcze policyę?«

»Kilka«, rzekł Howard.

»Kilka?«

»Mniej więcej czternaście.«

»Nie rozumiem.«

»Prawdopodobnie nie. Nasz porządek społeczny wyda się panu prawdopodobnie bardzo powikłanym. Po prawdzie jednak, ja sam nie ze wszystkiem go rozumiem. Nikt nie rozumie. Może pan zrozumie — mniej więcej. Mamy teraz iść przed Radę.«

Uwaga Grahama zajęta była na dwie strony: nagłą koniecznością pytania i ludźmi, chodzącymi po korytarzach i halach, przez które przechodzili. Na chwilę, bywało, myśl jego skupiała się na Howardzie i na chwiejnych jego odpowiedziach, a potem znowu gubił wątek niejako w odpowiedzi na jakieś żywe, niespodziane wrażenie. Wzdłuż korytarzy, w halach, przeważna ilość ludzi, których spotykał, wydała się z kategoryi odzianych w czerwone mundury. Blado błękitne płótno żaglowe tak obfite na skrzydle ruchomych gościńców nie pokazywały się tu wcale. Niezmiennie ludzie ci patrzyli na niego i kłaniali się jemu i Howardowi, gdy przechodzili.

Miał jasne wrażenie, że wchodzi w długi korytarz, a w nim była pewna ilość dziewcząt siedzących na niskich krzesłach, jakby w szkole. Nie widział nauczyciela, lecz tylko nowy aparat jakowyś, z którego, jak sobie wyobrażał, wychodził głos. Dziewczęta patrzyły na niego i jego przewodnika, jak sądził, z ciekawością i zdumieniem. Lecz Howard naglił go, zanim zdołał utworzyć sobie jasne pojęcie o tem zebraniu. Wnioskował, że znając Howarda, jego zaś nie — zastanawiały się, kimby był. Ten Howard, zdawało się, był ważną osobistością. Lecz przytem, wszak był także poprostu tylko dozorcą Grahama. To było cudaczne.

Weszli w korytarz pogrążony w mroku, a w tym korytarzu na skos wisiały schody w ten sposób, że mógł widzieć stopy i kostki ludzi idących tam i z powrotem, lecz nic więcej ponadto. Potem nieokreślone wrażenie galeryj i przygodnych przechodniów zdumionych, odwracających głowy, żeby spojrzeć za tymi dwoma ludźmi, prowadzonymi przez czerwono umundurowanego dozorcę.

Podniecenie, spowodowane lekarstwem, które mu dali, było jeno chwilowe. Ten pośpiech nadmierny znużył go wkrótce. Poprosił Howarda, żeby zwolnić kroku. Znaleźli się teraz w windzie, która miała okno wychodzące na wielką przestrzeń uliczną, lecz okno było matowe i nie otwierało się, a przytem byli zbyt wysoko, żeby módz jeszcze widzieć dokładnie ruchome gościńce. Lecz widział, jak ludzie chodzili wzdłuż lin i dziwnych, wątłych na pozór mostów.

I stąd przebiegli przez ulicę i to w znacznej ponad nią wysokości. Przemknęli przez wazki most okolony szkłem, tak przejrzystem, że na wspomnienie samo o nim doznawał zawrotów. Chodnik mostu również był ze szkła. Ze wspomnień o skałach, znajdujących się między New-Quay i Boscastle, tak odległych w czasie, a tak świeżych w doświadczeniu wnioskował, że muszą być blisko czterystu stóp ponad ruchomym gościńcem. Zatrzymał się myślą, spojrzał w dół na rojące się błękitne i czerwone tłumy, drobne i poskracane, pasujące się i prące ciągle jeszcze ku małemu balkonowi, tam daleko w dole, ku balkonowi, na którym tak niedawno jeszcze stał, a który wydawał się teraz zabaweczką. Cienka mgła zasłoniła blask potężnych globów świetlnych. Jakiś człowiek w otwartej kolebce frunął mu przed oczyma z wyższego jeszcze miejsca, niż mały wązki most, zsuwając się po linie tak szybko niemal, jakby spadał. Graham mimowoli poszedł okiem za tym dziwnym pasażerem i spostrzegł, że zniknął w wielkim kolistym otworze na dole, a potem wzrok jego wrócił do zgiełkliwej walki.

Wzdłuż jednego z szybszych gościńców gnał gęsty tłum czerwonych plam. W miarę jak zbliżał się do balkonu, rozpadał się na jednostki i rzucił się nagle po wolniejszych tarasach ku gęsto zbitej masie walczących tłumów na środkowej płaszczyźnie. Ci ludzie czerwono odziani uzbrojeni byli, jak się zdawało, w kije lub pniaki; zdawało się, że biją i rzucają. Groźne nawoływania, okrzyki gniewu, żałosne jęki wybuchły i doszły uszu Grahama słabe i rozcieńczone. »Naprzód«, wołał Howard, kładąc mu rękę na ramieniu, gdy na chwilę się zatrzymał.

Inny człowiek zsunął się strzałą po linie. Graham nagle spojrzał w górę, chcąc zobaczyć, skąd wyjechał ten człowiek, i ujrzał przez dach szklany i sieć powikłaną lin i sztab, ciemne rytmicznie poruszające się kształty podobne do skrzydeł wiatraków, a w odstępach przebłyski dalekiego, bladego nieba. Wówczas to Howard pchnął go naprzód przez most i nagle znalazł się w małym, wąskim korytarzu ozdobionym deseniem geometrycznym.

»Muszę więcej zobaczyć«, wołał Graham, stawiając opór swemu przewodnikowi.

»Nie, nie«, krzyczał Howard ciągle, trzymając go silnie za ramię. »Tędy droga. Musisz pan iść tędy.« I zdawało się, że ludzie w czerwieni, którzy szli za nimi, gotowi byli wymusić posłuszeństwo.

Kilku murzynów w mundurach czarno-żółtych, niby osy, ukazało się na drugim końcu korytarza, a jeden z nich popędził, odrzucił w górę przesuwaną okiennicę, która wydała się drzwiami Grahamowi, i poszedł naprzód. Graham znalazł się na galeryi wiszącej w rogu wielkiego pokoju. Asystent czarno-żółty przekroczył galeryę, odrzucił drugą okiennicę i stanął, czekając na rozkazy.

Miejsce to miało wejrzenie przedpokoju. W środku zauważył wielką ilość ludzi, a na przeciwległym krańcu wielką, potężną bramę u samego szczytu klatki schodowej, ciężkiemi zasłonięta kotarami, przez które jednak na mgnienie można było widzieć większą jeszcze halę. Naokoło tych portalów widział sztywnie wyprostowanych białych ludzi odzianych czerwono i murzynów w czarno-żółtych szatach.

Kiedy szli przez galeryę, Graham usłyszał szept z dołu; »Śpiący«, i czuł, jak głowy się odwracają, jak rozchodzą się szmery uwag i spostrzeżeń. Weszli w inny mały korytarz i wówczas znalazł się na galeryi złożonej z żelaznych szyn, ciągnącej się wzdłuż jednej ściany owej sali, którą był już na chwilę obaczył przez kotary. Wszedł na salę w samym rogu tak, że odebrał pewne wrażenie jej olbrzymich rozmiarów. Murzyn w czarno-żółtym mundurze stanął z boku jak dobrze wyuczony służący i zamknął klapę za sobą.

'When the Sleeper Wakes' by Henri Lanos 05

Graham ujrzał grupę ludzi ubranych w białe szaty.

W porównaniu z któremkolwiek miejscem, jakie widział dotychczas Graham, ta druga hala wydała się przyozdobioną z nadzwyczajnym przepychem. Na piedestale w przeciwległym kącie sali w jaskrawszem niż gdzieindziej oświetleniu stała olbrzymia biała figura Atlasa, silna i muskularna, z globem na pochylonych barkach. Była to pierwsza rzecz, która raziła jego uwagę: była tak wielka, tak cierpliwie i boleśnie rzeczywista, tak biała i prosta. Prócz tej figury i prócz estrady znajdującej się w samym środku, rozległa posadzka hali była lśniącą pustką. Estrada wydawała się odległą w tej olbrzymiej przestrzeni i mogłaby uchodzić za zwykłą płytę metalową, gdyby nie grupa złożona z siedmiu ludzi, którzy stali dokoła stołu na tej właśnie estradzie i w ten sposób dawali znać o jej rozmiarach. Wszyscy mieli na sobie białe szaty, zdawało się, że w tej chwili unieśli się z owych siedzeń. I ostro przyglądali się Grahamowi. Na brzegu stołu zauważył błysk jakichś metalowych przyrządów.

Howard zaniósł go wzdłuż galeryi aż do miejsca, na którem stanąwszy tuż przed sobą miał dźwigającą mozolnie postać Atlasa. I tu Howard zatrzymał się. Obaj ludzie w czerwieni, którzy szli za nimi przez galeryę, zbliżyli się i stanęli po obu bokach Grahama.

»Musisz pan tu zostać,« szepnął Howard, »kilka chwil! « i nie czekając na odpowiedź wybiegł galeryą.

»Lecz dlaczego — ?« zaczął Graham.

Zrobił ruch, jak żeby pójść za Howardem, lecz obaczył, że drogę mu zasłaniał jeden z czerwono ubranych, »Musisz pan tu zaczekać, Sire«, rzekł człowiek w czerwieni.

»Dlaczego?«

»Rozkazy, Sire.«

»Czyje rozkazy?«

»Nasze rozkazy, Sire.«

Graham był w rozpaczy.

»Cóż to za miejsce?« rzekł po chwili. »Co to za ludzie?«

»To lordowie Rady, Sire.«

»Jakiej Rady?«

»Rady.«

»Oh!« zawołał Graham i po równie bezskutecznym wysiłku po stronie drugiego człowieka, wrócił na swoje miejsce i wpatrzył się bezmyślnie w dalekich panów w bieli, którzy ciągle go śledzili i szeptem rozmawiali z sobą.

Rada? Zauważył, że było ich teraz ośmiu, lecz jakim sposobem zjawił się nowo przybyły, nie mógł określić. Nie kłaniali się na powitanie, stali, patrząc na niego, jak w dziewiętnastym wieku stałaby grupa ludzi na ulicy i śledziła za ruchami balonu, który nagle się ukazał w powietrzu. Cóż to mogła być za rada, która zgromadzała się tu, w tej wielkiej sali bezpiecznej od podsłuchiwań, to małe ciało złożone z kilku ludzi obok tego potężnego Atlasa? I dlaczego miał właśnie stawać przed nimi, dlaczego miano patrzeć nań tak dziwnie i mówić o nim tak, żeby on tego nie słyszał? Howard ukazał się na drugim końcu, zbliżając się szybko po gładkiej posadzce ku Radzie. Gdy był już niedaleko skłonił się i wykonał kilka dziwnych ruchów, natury prawdopodobnie ceremonialnej. Potem wszedł na stopnie estrady i stanął przy aparacie u drugiego końca stołu.

Graham baczył pilnie na tę widoczną, lecz niemą rozmowę. Od czasu do czasu jeden z biało odzianych panów rzucał nań wzrokiem. Natężał słuch daremnie. Ruchy dwóch mówiących ożywiły się nagle. Odwrócił od nich oczy i spojrzał na bierne twarze reszty obecnych... Kiedy znowu spojrzał, Howard wyciągał ramiona i poruszał głową jak człowiek, który się zarzeka. Przerwał mu, jak się zdaje, jeden z biało odzianych panów uderzeniem w stół.

Grahamowi zdawało się, że rozmowa trwa nieskończenie długo. Podniósł oczy ku cichemu olbrzymowi, u którego stóp zasiadała Rada. Stąd powędrował w końcu ku ścianom hali. Były ozdobione długimi malowanymi makatami w jakimś niby japońskim stylu, niektóre z nich jednak bardzo były piękne. Makaty te czy obrazy ujęte były w wielkie i żmudnie wypracowane ramy z ciemnego metalu, które zlewały się z metalowemi Karyatydami galeryj i z wielkiemi liniami całego wnętrza. Oczy Grahama wróciły do Rady, a Howard tymczasem zaczął schodzić po stopniach estrady. W miarę jak się zbliżał do Grahama, można było odróżnić jego rysy i Graham też zauważył, że cały był zarumieniony na twarzy i rozgorączkowany. A kiedy potem ukazał się na galeryi, ciągle jeszcze niepokój malował się na jego twarzy.

»Tędy, panie«, rzekł krótko i podeszli w milczeniu do małych drzwi, które za ich nadejściem otwarły się same. Dwaj mężczyźni w czerwieni stanęli po obu stronach tych drzwi. Howard i Graham weszli, a Graham, odwróciwszy głowę, ujrzał Radę ciągle jeszcze stojącą nieruchomo i patrzącą za nim. Wówczas drzwi zamknęły się za nim z ciężkim stukiem, i poraz pierwszy od przebudzenia znalazł się w ciszy. Nawet posadzka pod stopami nie wydawała żadnego szmeru.

Howard otworzył jeszcze inne drzwi i weszli do pierwszego z dwóch przyległych pokojów, których obicie było białe i zielone. »Co to była za Rada?« zaczął Graham. »O czem oni rozprawiali? Co oni mają ze mną do czynienia?« Howard zamknął przezornie drzwi, wydał z piersi ciężkie westchnienie i powiedział coś półgłosem. Zaczął chodzić w skos po pokoju, i zawrócił się nagle, wydąwszy policzki. »Uf!« mruknął, jak człowiek, doznający ulgi.

Graham stał i patrzył na niego.

»Musi pan zrozumieć«, zaczął Howard nagle, unikając oczu Grahama, »że porządek nasz społeczny jest bardzo zawiły. Połowiczne wyjaśnienie, proste niepowołanego tłómaczenie mogłoby dać panu fałszywe wyobrażenie. Istotnie bowiem — jest to po części dzieło odsetek składanych — drobny pański majątek razem z majątkiem kuzyna pańskiego Warninga — i niektóre inne przedsiębiorstwa — urosły do bardzo wielkich rozmiarów. I na innej jeszcze drodze, którą zrozumieć panu będzie trudno, stał się pan osobą znaczącą — osobą bardzo wielkiego znaczenia — wmieszaną w sprawy świata.

Zamilkł.

»Więc cóż?« rzekł Graham.

»Mamy poważne społeczne rozruchy«.

»Więc?«

»Sprawy doszły do takiego stanu, że istotnie wskazanem jest, aby tu pana trzymać w zamknięciu«.

»Więzić mnie!« zawołał Graham.

»Więc powiedzmy, że uprasza się pana, abyś zechciał trzymać się w zamknięciu«.

Graham podszedł ku niemu. »To dziwne!« rzekł.

»Nic złego się panu nie stanie«.

»Nic złego!«

»Lecz musi pan zostać tu —«

»Przypuszczam jednak, że dowiem się o swojem położeniu«.

»Naturalnie«.

»Dobrze więc. Proszę zacząć. Dlaczego miałoby mnie spotkać coś złego?«

»Nie teraz«.

»Dlaczego nie?«

»To zbyt długa opowieść, panie«.

»Tem bardziej należałoby zacząć odrazu. Powiada pan, że jestem osobą bardzo znakomitą. Co to były za krzyki, które słyszałem? Dlaczego wielki tłum krzyczy i burzy się na wiadomość o mojem przebudzeniu, i kto są ci ludzie w bieli w tej wielkiej sali obrad?«

»Nie pytaj się panie«, rzekł Howard, tak nagle, tak raptownie. Żyjemy w tych nędznych czasach, w których nikt nie umie zebrać myśli. Pańskie przebudzenie, nikt nie spodziewał się pańskiego przebudzenia! Rada zastanawia się«.

»Jaka Rada«.

»Rada, którą pan widziałeś«.

Graham poruszył się niecierpliwie. »Cóż to znaczy?« rzekł. »Powinienem wiedzieć, co się dzieje«.

»Musi pan zaczekać. Istotnie musi pan zaczekać«.

Graham usiadł gwałtownie. »Przypuszczam, że skoro tak długo czekałem na powrót do życia«, rzekł, »to jeszcze nieco poczekam«.

»Tak, to lepiej«, rzekł Howard. »Tak, to o wiele lepiej. A teraz muszę odejść i zostawić pana samego. Na chwilę. Żeby tylko wysłuchać do końca dyskusyi Rady... Przykro mi«.

Podszedł ku drzwiom, zawahał się i wyszedł.

Graham powędrował do drzwi, spróbował otworzyć, lecz przekonał się, że są silnie przywarte na sposób, którego on nie mógł zrozumieć, odwrócił się więc, zaczął chodzić po pokoju niespokojnie, i po chwili usiadł. Przez jakiś czas siedział z założonemi rękami i zmarszczonemi brwiami, gryząc paznogcie i usiłując skupić i złączyć różnorodne wrażenia z pierwszej godziny swego nowego życia: olbrzymie mechaniczne przestrzenie, nieskończone szeregi pokojów i korytarzy, wielka walka, która szumiała i huczała na tych dziwnych gościńcach, mała grupa dalekich, niemiłych ludzi pod olbrzymim Atlasem, Howarda zachowanie się tajemnicze. W głowie świtała mu już niejasne przeczucie jakiegoś niezmiernego dziedzictwa — dziedzictwa może źle użytego — którego wartość i znaczenie przechodziły dotychczasowe wyobrażenia. Co było robić? A głucha cisza tego pokoju mówiła mu wyraziście o uwięzieniu!

Ale może cały ten szereg wspaniałych wrażeń był snem??...

Zaczął więc dotykać się wszystkich z kolei przedmiotów, które zdobiły pokój, a które patrzyły nań zupełnie obcem wejrzeniem.

W długiem, owalnem zwierciadle ujrzał siebie samego i stanął zdumiony. Odziany był w pełen wdzięku kostyum purpurowy i błękitnawo-biały. Zarost przystrzyżony kończasto był nieco szpakowaty, a włosy znaczyły się wstęgami siwizny na głębokiej czerni, a były utrefione ponad czołem w sposób obcy, lecz znowu pełen wdzięku. Wydawał się mężczyzną może czterdziestopięcioletnim. Na chwilę zdawało mu się, że to nie on sam.

Gdy się poznał, wybuchnął śmiechem.

»Odwiedzić w takiem przebraniu starego Warninga!« zawołał, »i wprosić się do niego na podwieczorek!«

Potem pomyślał o pierwszem spotkaniu z tym lub owym z nielicznych swoich znajomych, lecz nagle znowu uświadomił sobie, że każda z tych osób, z którąby mógł pożartować, umarła już przed niewiedzieć ilu laty. Myśl ta przeraziła go nagle i straszliwie; urwał tok myślenia, wyraz jego twarzy zamienił się w zbladłe przerażenie.

Gwarne wspomnienie ruchomych tarasów i olbrzymia fasada tej podziwu godnej ulicy znowu stanęła mu przed oczyma. Wykrzykujące tłumy wróciły na pamięć jasno i wyraźnie, i owi dalecy, niemi, niemili radcy w bieli... Czuł się małą figurką, bardzo małą i nic nie znaczącą, wydaną na łup, na pośmiewisko. I wszystko naokoło niego, cały świat był — dziwny, obcy.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.