Ogród Petenery
Advertisement
Rozdział IV Gdy śpiący się zbudzi
Rozdział V
Herbert George Wells
Rozdział VI
Uwaga! Tekst wydano w latach 1901-1902. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


Rozdział V.


RUCHOME ULICE.


Podszedł ku szynom balkonu i spojrzał w górę. Okrzyk zdumienia na jego widok i pogmatwane ruchy tłumu ludzi doszły go z rozległej przestrzeni na dole.

Pierwsze wrażenie odbiło się w nim obrazem potężnej, miażdżącej ogromem architektury. Miejsce, na które patrzył, było skrzydłem tytanicznych gmachów, zaginających się przestronno w jedną i w drugą stronę. Ponad głową potężne dźwignie zwierały się z sobą, przerzynając olbrzymią przestrzeń placu, a szmat przeświecającego materyału zamykał niebo. Gigantyczne globy chłodnego białego światła zaćmiewały blade promienie słońca, które przedzierały się przez sztaby i druty. Tu i ówdzie, niby z nitek babiego lata, mosty wiszące, popstrzone pieszymi, strzelały poprzez przepaść, a powietrze przetykane było delikatnemi linami. Gdy spojrzał ku górze, zauważył, że wisi ponad nim jakby złom olbrzymiego budynku, a przeciwległa fasada aż szara była i ciemna i pomięta od wielkich sklepień, kolistych przedziurawień, balkonów, słupów, sterczących wieżyczek, miryadów olbrzymich okien i powikłanego desenia architektonicznego. Na poprzek biegły poziomo i skośnie napisy z liter zupełnie mu nieznanych. Tu i ówdzie tuż przy dachu przymocowane były liny szczególnej grubości, a spadały stromą krzywizną do kolistych otworów na przeciwległej stronie przestrzeni i właśnie, gdy Graham te liny zauważył, drobniutka postać człowieka odzianego w blado błękitną szatę zwróciła jego uwagę. Ta drobniutka postać wisiała daleko ponad jego głową, w przestworzu, obok wyższego przytwierdzenia jednej z tych lin, a wysterczała niejako z małego rąbka muru i robiła coś rękoma około prawie niewidzialnych nitek, zwisających z głównego sznura. Potem nagle, spadkiem, który zastanowił na chwilę serce Grahama, człowiek ten migiem zsunął się po krzywiźnie i znikł w okrągłym otworze z tej strony ulicy. Kiedy Graham wyszedł na balkon, patrzył tylko w górę, a rzeczy, które widział ponad i przed sobą, natychmiast uwięziły mu uwagę całkowicie, tak że wszystko inne jakby nie istniało. A teraz nagle odkrył gościniec! Nie był to zresztą żaden gościniec w rozumieniu przestarzałem, albowiem w dziewiętnastem wieku wszystkie gościńce i ulice były bitemi drogami, urobionemi z nieruchomej ziemi, i drżącemi rzeczkami powozików między ciasnymi chodnikami. Lecz ten gościniec miał trzysta stóp szerokości i poruszał się; poruszał się cały, wyjąwszy sam środek, cześć najniższą. Na chwilę ruch przyprawił Grahama, o zawrót. Potem zrozumiał.

Pod balkonem ten nadzwyczajny gościniec biegł szybko po prawicy Grahama, jakby nieskończony wał jakiś pędził wzdłuż z szybkością błyskawicznego pociągu dziewiętnastego wieku, taras bez końca złożony z wąskich poprzecznych, zachodzących na siebie deszczułek z małymi odstępami, które pozwalały mu iść za zgięciami ulicy. Na nim były siedzenia, a tu i ówdzie małe kioski, lecz przemykały zbyt szybko, żeby módz dojrzeć, co się w nich znajdowało. Z tego najbliższego i najszybszego tarasu cały szereg innych zstępował ku środkowi przestrzeni. Każdy poruszał się na prawo, każdy znacznie wolniej od swego wyżej biegnącego sąsiada, lecz różnica w szybkości była dość mała, aby można było z jednego tarasu przejść na drugi przyległy, i tak wędrować nieprzerwanie od najszybszego tarasu aż do nieruchomego gościńca w środku. Ponad tym gościńcem środkowym inny szereg tarasów bez końca pędził z rozmaitą chyżością na lewo. I rozsiadły zbitemi gromadami na dwóch najszerszych i najszybciej biegnących tarasach, widny był niepoliczony, cudacznie pstry tłum ludzi, z których bardzo wielu zstępowało po tarasach ku niższym oddziałom, albo uganiało się ponad środkową przestrzenią.

»Nie trzeba panu tu stać«, zawołał nagle Howard, stojący tuż przy jego boku.

»Musi pan natychmiast stąd odejść«.

»Musi pan natychmiast stąd odejść«.

Graham nie dał żadnej odpowiedzi. Słyszał, lecz nie zrozumiał. Tarasy biegły z łoskotem a ludzie na nich wykrzykiwali. Widział kobiety i dziewczęta z rozwianymi włosami, odziane w piękne szaty, z wstęgami przecinającemi piersi. One pierwsze wyłoniły mu się z ogólnego zamieszania. Potem zauważył, że górującą nutą w tym kalejdoskopie kostyumów była barwa blado błękitna, w którą był także odziany chłopiec krawiecki. Dosłyszał krzyki »Śpiący. Co się stało z Śpiącym?« i zdawało się jakby pędzące przed jego oczyma tarasy nagle zakwitły bladym zarysem ludzkich twarzy, a potem coraz się bardziej roiły. Widział, jak nieruchoma środkowa przestrzeń tej olbrzymiej arkady tuż naprzeciw balkonu gęsto zaroiła się od ludzi w blado-niebieskich szatach. Jakaś walka, pasowanie się wytrysło nagle. Zdawało się, że ludzie są pchani ku pędzącym tarasom z jednej i z drugiej strony, i porywani wbrew woli. Uciekali oczywiście, skoro tylko wydostawali się ze zgiełku, i powracali pędem ku rozgwarowi walki.

»To Śpiący. Zaprawdę to śpiący!« wykrzykiwały głosy. »Ależ to nie Śpiący«, krzyczały inne głosy. Coraz więcej twarzy było teraz zwróconych ku niemu. W odstępach wśród tej środkowej płaszczyzny Graham zauważył otwory, doły, widocznie szczątki schodów, które szły w dół, wiodąc ludzi na zewnątrz i na wewnątrz. Walka zdawała się skupioną około jednego z najbliższych Grahama otworów. Ludzie biegli w dół po ruchomych tarasach do tego otworu, przeskakując zgrabnie z jednego tarasu na drugi. W zbitym zaś tłumie na górnych tarasach zajęcie podzieliło się między ten punkt a balkon. Pewna ilość bezczelnych drobnych figurek odzianych w jasno czerwone mundury zajęta była, zdawało się, zagradzaniem wstępu do tych schodów. Naokoło nich tłum wzrastał z niesłychaną szybkością. Ich lśniące barwy odbijały jaskrawo od białawo-błękitnych kolorów ich przeciwników, albowiem była to walka niewątpliwie.

Graham patrzył na to wszystko; mając u boku Howarda, który krzyczał mu w ucho i szarpał go za rękę. A potem nagle Howard uszedł, on zaś znowu stał sam.

Zmiarkował, że okrzyki »Śpiący!« nabierały większej rozciągłości i że ludzie na bliższych tarasach powstawali na siedzeniach. Bliższy, szybciej mknący na prawo taras był opróżniony, a daleko wskroś przestrzeni taras biegnący w przeciwnym kierunku nadchodził zapełniony i odchodził pusty.

Z bajeczną szybkością ogromny tłum skupił się na środkowym placu przed jego oczyma; gęsta, falująca masa narodu; a odgłosy podnosiły się od urywanego krzyku aż do potężnego nieustannego wołania »Śpiący! Śpiący!« i znowu huki i śmiechy, powiewanie szatami i okrzyki: »Zastanówcie gościńce!« Wołali także inne, dziwne i nieznane Grahamowi imię. Brzmiało jak »Ostrog«. Niższe tarasy wnet zapełniły się ruchliwym narodem, pędzącym przeciw biegowi tak, żeby mieć śpiącego przed sobą.

»Zastanowić gościńce!« krzyczano. Chybkie postacie biegły w górę ze środka do szybko pędzącego tarasu, najbliższego Grahama, lecz unosiło ich migiem, słychać jeno było dziwne, niezrozumiałe okrzyki i widać było, jak znowu skośnie pędzili w dół do środkowego gościńca. Jedną rzecz wyróżniał: »To naprawdę Śpiący. To naprawdę Śpiący,« poświadczano.

Przez chwilę Graham stał bez ruchu. Potem nagle uświadomił sobie, że to wszystko odnosi się do niego. Cieszyła go ta cudowna popularność, kłaniał się i chcąc dłuższym nieco gestem się zaznaczyć, poruszał ramieniem. Był zdumiony gwałtownem wzburzeniem, jakie po tym jego ruchu powstało. Zgiełk dokoła schodów, wiodących w otwór, nabrzmiał do wściekłej gwałtowności. Spostrzegł gęsto zapełnione balkony, ludzi ślizgających się po linach, ludzi na trapezowatych krzesłach, mknących przez powietrze. Słyszał głosy za sobą, pewną ilość ludzi, stąpających po schodach kolumnady; zauważył w tej samej chwili, że dozorca jego Howard znowu powrócił i uchwyciwszy go gwałtownie za ramię, począł mu szeptem mówić do ucha.

Odwrócił się i spostrzegł, że twarz Howarda była biała. »Niech pan wróci«, szeptał Howard. »Zastanowię gościńce. Całe miasto popadnie w zamęt«.

Spostrzegł za Howardem pewną ilość ludzi, biegnących wzdłuż korytarza o błękitnych słupach; rudowłosy i lnianowłosy, wysoki pan w jasno różowym stroju, cały tłum innych nadszedł pędem, a wszyscy ci ludzie mieli niespokojne, rozstrojone twarze.

»Zabierzcie go stąd«, krzyknął Howard.

»Ależ dlaczego?« rzekł Graham. »Nie widzę —«

»Pan musisz stąd odejść!« rzekł mężczyzna w czerwonym stroju stanowczym głosem. Jego twarz i oczy również znaczyły się stanowczością. Grahama oczy wędrowały z twarzy na twarz i znagła uświadomił sobie ten przykry smak musu, z którym przyszło mu teraz się liczyć. Ktoś ujął go za ramię... Ciągniono go precz. Zdawało się, jak gdyby zgiełk nagle się rozdwoił, jak gdyby połowa nawoływań, które dochodziły z tego niezwykłego gościńca, nagle przeniosła się do korytarzy wielkiego gmachu, który znajdował się poza nim. Zdumiony i zmieszany, przejęty bezsilną żądzą oporu, Graham spostrzegł, jak nawpół go prowadzono, nawpół rzucano wzdłuż korytarza o błękitnych kolumnach i nagle znalazł się sam na sam z Howardem w windzie, która uniosła ich szybko w górę.

Advertisement