FANDOM


Rozdział II Gdy śpiący się zbudzi
Rozdział III
Herbert George Wells
Rozdział IV
Uwaga! Tekst wydano w latach 1901-1902. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


Rozdział III.

PRZEBUDZENIE.

Lecz Warning się pomylił. Przebudzenie przyszło.

Co za cudownie zawiła rzecz, ta pozornie prosta, niezłożona jedność — jaźń! Któż zdoła iść śladem odbudowania tej samej jaźni po każdym śnie mocnym; któż zdoła dostrzedz te wszystkie przejścia od najpierwszych poruszeń duszy, do ostatecznego poznania swej tożsamości? I jak to się zdarza wszystkim z nas niemal po nocy przespanej, tak też zdarzyło się Grahamowi po długim jego śnie. Ciemna chmura nie jasnego czucia, jakaś mglista trwożliwość, oto, co poznał Graham i ocknął się gdzieś w nieokreślonej przestrzeni. Leżał słaby, znużony, lecz żywy.

Pielgrzymka ku osobistemu istnieniu musiała wieść przez rozległe otchłanie, musiała zapełnić epoki całe. Olbrzymie sny, które były straszliwą rzeczywistością w owym czasie, pozostawiały nieokreślone, kłopotliwe wspomnienia, dziwaczne istoty zjawiały się, dziwne otoczenia, jakby na innej planecie. Miał takie wyraźne wrażenia chwilowej rozmowy, słyszał jakoby nazwisko — nie mógłby jednak powiedzieć, jakie nazwisko — które później miało się powtórzyć, miał wrażenie jakiegoś dziwnego, dawno zapomnianego czucia tętnic i mięśni, olbrzymiego, beznadziejnego wysiłku człowieka, który już ma zatonąć w ciemnościach. Potem nadeszła panorama zdumiewających, ruchliwych przepływających scen.

Graham uświadomił sobie, że oczy ma otwarte i że patrzy na nieznaną sobie rzecz.

Było to coś białego, brzeg czegoś, odłamek z drzewa. Poruszył głową lekko, idąc za konturem tego kształtu. Wznosiło się to ku górze poza jego oczyma. Usiłował odgadnąć, gdzie jest. Barwą jego myśli było mroczne przygnębienie. Miał niepewne poczucie szeptów i kroków, znikających szybko.

Poruszenie głową wywołało w nim uczucie ostatecznego znużenia fizycznego. Przypuszczał, że znajduje się w łóżku hotelowem w owej dolinie — lecz nie mógł przypomnieć sobie tego białego rąbka. Musiał spać. Przypomniał sobie teraz, że chciał spać. Przywołał znowu na pamięć skałę i wodospad, a potem znowu zaświtało mu, że przemówił coś do jakiegoś przechodnia...

Jak długo spał? Co to za odgłos stąpających nóg? I to wznoszenie się i opadanie, podobne do szmeru, jaki wydają ludzie, tłukący kamienie przy drodze? Wyciągnął omdlałą rękę po zegarek, który zwykle leżał na krześle obok łóżka, lecz natknął na gładką, twardą powierzchnię jakby ze szkła. To było tak niespodziane, że przeraziło go nadmiernie. Nagle odwrócił się na bok, wytrzeszczył oczy na chwilę, i starał się usiąść. Wysiłek był nadspodziewanie trudny, i przyprawił go o zawrót głowy, mdłości i trwogę.

Przetarł oczy. Zagadka otoczenia była zawiła, lecz umysł jego był zupełnie jasny — widocznie sen wyszedł mu na dobre. Lecz nie leżał w zwykłem łóżku, był nagi i spoczywał na miękkim materacu w skrzyni z ciemnego szkła. Materac był w części przeźroczysty, rzecz, którą zauważył z dziwnem uczuciem niebezpieczeństwa, a pod nim znajdowało się zwierciadło, w którem szaro odbijał się jego obraz, spostrzegł z przerażeniem, że skóra jego była dziwnie sucha i żółta. I to łóżko dziwaczne mieściło się w skrzyni z zielonawego szkła (jak mu się zdawało), z której biała rama najpierw zwróciła jego uwagę. W rogu skrzyni stał postument migocącego i misternie wytoczonego aparatu; przeważnie były to zupełnie nieznane mu przyrządy, jakkolwiek można było rozpoznać maksymalny i minimalny termometr.

Lekko zielonawy odcień do szkła podobnej substancyi, która otaczała go ze wszech stron, zaciemniał wszystko, co znajdowało się po za niem, lecz dostrzegł, że był to pokój. Już koło ścian tej klatki znajdowały się meble, stół pokryty obrusem, kilka krzesełek, a na stole talerze z potrawami, butelka i dwa kieliszki. Uświadomił sobie, że był bardzo głodny.

Nie widział żadnej ludzkiej istoty, toteż po jakimś czasie wahania wygramolił się ze skrzyni i usiłował stanąć na białej posadzce małego apartamentu. Lecz przecenił swoje siły, zatoczył się i oparł rękę na ścianie do szklanej podobnej, ażeby się podtrzymać. Przez chwilę ściana stawiała jego dłoni opór, wyprężając się na zewnątrz niby napięty pęcherz, potem pękła, lekki tylko szmer wydając i znikła — jak nakłuty balonik. Zatoczył się ku głównej części hali i chwycił się stołu, żeby nie upaść, i zrzucił przy tej sposobności jedną ze szklanek na podłogę — zadźwięczała, lecz nie stłukła się. Usiadł na krześle.

Kiedy nieco ochłonął, napełnił drugą szklankę i pił — był to płyn bezbarwny, lecz nie woda, o słabej, przyjemnej woni i smaku. Działanie było wzmacniające i podniecające. Odstawił kieliszek i spojrzał naokół.

Widział kolumnadę, która wiodła do klatki schodowej na dół, zkąd dochodził odgłos ruchów ludzkich i głosów i głęboki, nieustający łoskot, czy szum. Całkiem już rozbudzony teraz, słuchał z napięciem.

Potem wstrząsnął się nagle, albowiem przypomniał sobie, że był nagi. Rzucił dokoła siebie wzrokiem za jakiemś przykryciem, ujrzał długą, czarną szatę wiszącą na krześle obok niego. W szatę tę wdział się i usiadł znowu, nie mogąc opędzić się drżeniu.

Umysł jego był jeszcze ciągle wzburzonym chaosem. Widocznem było, że spał, i że we śnie został gdzieś przeniesiony. Lecz dokąd? I kto byli ci ludzie, ten odległy tłum u krańca ciemno-błękitnych kolumn? Wychylił znowu jedną szklankę bezbarwnego płynu.

Powstał i niepewnym krokiem pijanego poszedł ku kolumnadzie. Zwlókł się po kilku schodach.

Przejście biegło w dół chłodnym krużgankiem barwy błękitnej i purpurowej i kończyło się w dalekiej odległości, w jakiejś przestrzeni balkonem, lśniącem zalanym światłem i otoczonym jakby atmosferą mgły. Była to przestrzeń jakby w wnętrzu olbrzymiego gmachu. Poniżej i bardzo daleko widać było niejasno rozległe jakieś budowle. Rozgwar głosów rósł teraz głośno i wyraźnie a na balkonie, odwrócone do niego plecami, stały trzy postacie widocznie zajęte bardzo ożywioną rozmową, sądząc po gestykulacyi. Bogate ich szaty, wolne i przestronne, miały łagodne, jasne kolory. Hałas pochodzący od wielkiego tłumu ludzi wdzierał się aż ponad balkon, a na chwilę zdawało się, że przesunął się rąbek chorągwi, potem znowu jakiś jasny, barwny przedmiot, może blado niebieska czapka czy też surdut rzucony w powietrze, przeszył powietrze i opadł. Okrzyki brzmiały jakby po angielsku, słychać było powtarzanie się wyrazu »Wake!« (budzi się). Usłyszał także jakiś niewyraźny ostry krzyk i nagle trzej ludzie na balkonie zaczęli się śmiać.

»Ha, ha, ha!» zaśmiał się jeden — rudowłosy pan odziany w krótką purpurową szatę. »Kiedy Śpiący się zbudzi — Kied y!« Rzucił rozbawionem okiem wzdłuż korytarza. Twarz zmieniła mu się nagle, cały człowiek zmienił się odrazu, zdrętwiał. Tamci dwaj odwrócili się szybko na jego okrzyk i stanęli jak wryci. Twarze ich przybrały wyraz przerażenia, które przeszło wnet w trwogę.

Nagle Grahamowi kolana zadrżały, ramię jego ściskające kolumnę opadło zemdlone, potoczył się naprzód i upadł na twarz.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.