FANDOM


Strona tytułowa Gdy śpiący się zbudzi
Rozdział I
Herbert George Wells
Rozdział II
Uwaga! Tekst wydano w latach 1901-1902. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


Rozdział I.

BEZSENNOŚĆ.

Pewnego popołudnia w czasie odpływu Mr. Isbister, młody artysta, mieszkający w Boscastle, wyszedł ze swego domu nad malowniczą zatoką w Pentargen, pragnąc zwiedzić znajdujące się tam groty. W połowie drogi, wiodącej po urwistej ścieżce do wybrzeża w Pentargen, natknął się na człowieka, który siedział pod wystającym zwałem skał. Postawa jego wyrażała głęboką rozpacz. Ręce zwisały mu bezsilnie, oczy były czerwone i nieruchomo utkwione w przestrzeni, a twarz była mokra od łez.

Na odgłos kroków Isbistera obejrzał się dokoła. Obaj zmieszali się, szczególniej Isbister; chcąc jednak pokryć niezręczność swojego mimowolnego przystanku, zauważył tonem głębokiego przekonania, że jak na tę porę upał był dość wielki.

»Istotnie«, odpowiedział obcy krótko, zawahał się na chwilę i dodał bezbarwnym głosem: »Nie mogę spać«.

Isbister zatrzymał się nagle. »Czyż tak?«

»Brzmi to może dziwacznie«, rzekł obcy, zwracając swoje oczy znużone ku twarzy Isbistera i podkreślając swoje słowa mdlejącą dłonią, »lecz nie spałem — nie spałem wcale przez sześć nocy.«

»Radziłeś się pan?«

»Tak. Liche dawali mi rady i lekarstwa. Mój system nerwowy... To wszystko bardzo dobre dla pospólstwa. To trudno wyjaśnić. Nie mam odwagi zażyć... dość silnych leków.«

»Stąd trudność«, rzekł Isbister.

Stał bezradnie na ważkiej ścieżce, nie wiedząc, co począć. Widocznem było, że człowiek ten chciał mówić. Myśl dość naturalna wśród takich okoliczności znagliła go do utrzymania rozmowy w biegu: »Nigdy nie cierpiałem na bezsenność«, rzekł tonem pospolitej pogawędki »lecz w przypadkach, które znam, ludzie zazwyczaj znajdowali cośkolwiek...«

»Boję się eksperymentów.«

Mówił głosem znużonym. Zrobił wzgardliwy ruch ręką, i przez czas jakiś obaj milczeli.

»Próbował pan dużo chodzić?« zauważył Isbister nieufnie, rzucając okiem na kostyum turystyczny swego towarzysza.

»Ależ właśnie próbowałem. Być może w sposób nierozsądny. Szedłem wzdłuż wybrzeża, dzień za dniem od samego New-Quay. Lecz do znużenia myśli przybyło jeszcze znużenie fizyczne. Przyczyną tego niepokoju jest nadmiar pracy — kłopoty. Zdarzyło się coś...«

Urwał, jakby aż nadto znużony. Potarł czoło wychudłą ręką. Zaczął znowu mówić, lecz jak człowiek, który mówi do siebie samego.

»Jestem samotnym wilkiem, osowiałym człowiekiem, wędrującym po świecie, który mnie nic nie obchodzi. Nie mam żony — nie mam dzieci — któż to mówi o bezdzietnych, że są jako gałązki obumarłe na drzewie życia? Nie mam żony, nie mam dzieci — nie mogę znaleźć żadnych obowiązków. Niema nawet pragnień w mojem sercu. W końcu zabrałem się do wykonania jednej rzeczy.

»Powiedziałem sobie, że chcę to uczynić, i żeby módz to uczynić, żeby przemódz odrętwienie tego tępego ciała, uciekłem się do leków; miałem ich dość, tych leków! Nie wiem, czy pan odczuwa ten straszny ciężar ciała, jego rozpaczliwe wołanie o czas — o życie! Okrada ducha. Żyć! Żyjemy tylko strzępami. Musimy jeść, a potem nadchodzą leniwe przyjemności lub przykrości trawienia. Musimy wdychać powietrze, bo inaczej myśli nam leniwieją, głupieją, błądzą po otchłaniach. Tysiące roztargnień czyha z wewnątrz i z zewnątrz, a potem nadchodzi ospałość i wreszcie sen. Zdaje się, że ludzie żyją dla snu. Jakże małą część dnia można nazwać własnością swoją —w razie najlepszych nawet warunków! Wreszcie przychodzą owi fałszywi przyjaciele, pomocnicy, alkaloidy, które usuwają przyrodzone znużenie i zabijają spoczynek — czarna kawa, kokaina...«

»Rozumiem«, rzekł Isbister.

»Dokonałem swego dzieła«, rzekł bezsenny człowiek żałosnym tonem.

»I to jest nagroda za nie?«

»Tak.«

Przez chwilę obaj milczeli.

»Nie może pan wyobrazić sobie szalonej żądzy snu, jaką czuję — jestto głód i pragnienie. Od sześciu długich dni, odkąd skończyłem moje dzieło, umysł zamienił mi się na gwałtowny wir, nie ruszający się z miejsca i nie ustający w kotłowaniu, na rwący potok myśli pędzących nie wiedzieć dokąd, biegnących naokoło szybko i wytrwale...«

Zamilkł. »Ku otchłani«.

»Musisz pan spać«, rzekł Isbister stanowczo, z miną człowieka, który odkrył lekarstwo.

»Myśl moja jest zupełnie jasna. Nigdy jaśniejsza me była. Lecz wiem, że idę ku otchłani. Teraz...«

»Cóż teraz?«

»Czy widział pan rzeczy staczające się w wirze? W dół — precz od światła dziennego, od tego słodkiego światła zdrowia...«

Obcy wyciągnął rękę, a oczy jego były dzikie, a głos nagle nabrał siły. »Ja się zabiję. Jeżeli nie w inny sposób, to u stóp owej ciemnej przepaści, gdzie fale są zielone, a biała piana wznosi się i opada ku dołowi. Tam w każdym razie jest... sen.«

»To nierozsądne«, rzekł Isbister, przerażony histerycznem wzburzeniem obcego. »Lekarstwa są lepsze.«

»Tam przynajmniej jest sen«, powtórzył obcy, nie zważając na słowa Isbistera.

Isbister spojrzał na niego i zaczął zastanawiać się, czy jakaś zawiła Opatrzność nie sprowadziła ich obu tu tego popołudnia. »Niema w tem nic pewnego, zresztą«, zauważył wreszcie. »Jest podobna skała w Lulworth Cove — tak wysoka jak ta w każdym razie, — a mała dziewczynka spadła z samego szczytu w przepaść. I żyje do dziś dnia — jest zdrowa i ma się dobrze.«

»Lecz te oto skały?«

»Można przeleżeć się na nich raczej niewygodnie przez całą mroźną noc, z kośćmi potłuczonemi, co kłują, ilekroć zadrżysz, a ponad głową lodowata pluska ci woda.«

Spojrzenia obu mężczyzn spotkały się.

»Przykro mi, że niszczę pańskie ideały«, rzekł Isbister obojętnie. »Atoli samobójstwo nad tem urwiskiem (lub nad jakiemkolwiek innem urwiskiem), mówię, jako artysta...« Zaśmiał się. »To tak piekielnie dyletanckie.«

»Lecz owa druga rzecz«, rzekł bezsenny gniewnie, »owa druga rzecz. Nikt nie utrzyma się przy zdrowych zmysłach, jeżeli noc za nocą...«

»Czy wędrowałeś pan wzdłuż tego wybrzeża sam?«

»Tak.«

»To niemądrze. Przepraszam, że tak mówię. Sam! Jak pan mówi: znużenie cielesne nie jest lekarstwem na znużenie myśli. Któż panu tak poradził? Nic dziwnego; chodzić! A słońce piecze nad głową; skwar, znużenie, samotność przez cały długi dzień, a wreszcie, przypuszczam, kładzie się pan spać i usiłuje z wielkim trudem — nieprawdaż?«

Isbister urwał nagle i z powątpiewaniem spojrzał na cierpiącego.

»Spójrz pan na te skały!« zawołał obcy, czyniąc gest pełen siły. »Spójrz na to morze, które jaśniało tu i drgało od wieków! Spójrz na tę białą pianę, która toczy się w ciemność, pod tę wielką skałę. I na to sklepienie niebieskie, z którego kopuły tryska oślepiające słońce. Grzeje, podtrzymuje i rozwesela pana. A dla mnie...«

Odwrócił ku niemu głowę i pokazał twarz upiornie bladą, oczy wyblakłe, krwią nabiegłe i bezkrwiste wargi. Mówił prawie szeptem: »Dla mnie jest płaszczem nędzy. Cały świat... jest płaszczem nędzy.«

Isbister patrzył na dziką piękność oblanych słońcem skał, a potem znowu spojrzał na tę twarz rozpaczliwą. Przez chwilę milczał.

Zerwał się i machnął wzgardliwie ręką. »Gdy się pan prześpisz przez jedną noc«, rzekł, »nie będziesz tu widział nędzy. Na to daję słowo.«

Teraz był już zupełnie pewny, że to spotkanie było opatrznościowe. Jeszcze na pół godziny przedtem czuł się straszliwie znudzonym. A oto znalazł zajęcie. Zdawało mu się, że pierwszą potrzebą tej wyczerpanej istoty było towarzystwo. Usiadł na murawie obok nieruchomo siedzącej postaci i odrazu wytoczył prawdziwe działo plotkarskiej rozmowy.

Słuchacz jego, zdawało się, popadł w zupełne zobojętnienie; patrzył zgryźliwie w stronę morza i mówił tylko, ilekroć Isbister zadawał mu pytanie wprost — i to nie na wszystkie odpowiadał pytania. Lecz nie dawał znaku oporu przeciw temu życzliwemu wdzieraniu się w jego rozpacz.

Na swój bezradny sposób okazywał nawet wdzięczność, a kiedy znów Isbister poczuł, że paplanina jego niczem nie podsycana poczyna tracić na sile, i poddał mu myśl, że należałoby raczej zejść ze stoku i wrócić do Boscastle, skąd ma się widok na Blackapit, uległ bez szemrania. W połowie drogi zaczął mówić do siebie samego i nagle zwrócił się swoją upiorną twarzą ku swemu zbawcy. »Cóż się może stać?« zapytał. »Cóż się może zdarzyć? Snują się, snują, snują, snują. Toczy się to w koło, w koło i w koło na wieki.«

Stanął, nie przestał jednak zataczać ręką kręgów. »Już dobrze, stary chłopie«, rzekł Isbister z miną starego przyjaciela. »Nie dręcz się. Zaufaj mi.«

Obcy opuścił rękę i odwrócił się znowu. Poszli ścieżką aż do pagórków niedaleko Penally, a przez cały czas obcy gestykulował i mówił urywkowe zdania, odnoszące się do jego wirującego mózgu. Doszedłszy do pagórków, stanęli na jakiś czas w miejscu, z którego widać czarną, tajemną otchłań Blackapitu, a potem obcy usiadł. Isbister podejmował rozmowę, ilekroć ścieżka była dość szeroka, aby obu pomieścić. Rozwodził się nad zawiłą trudnością wylądowania w Boscastle w czas niepogody, kiedy nagle i bez żadnego związku towarzysz jego znowu mu przerwał.

»Głowa moja nie jest już tem, czem była«, rzekł, uzupełniając słowa niewymowne znaczącymi ruchami. »Nie jest tem, czem była. Jest tam jakiś straszny ciężar. Nie — nie senność, dałby Bóg, żeby była! To raczej jak cień, głęboki cień padający nagle i szybko na coś, co w pełnym jest ruchu. Snuje się, snuje ku ciemnościom. Nie umiem tego wyrazić.«

Urwał słabym głosem.

»Nie kłopocz się, stary druhu«, rzekł Isbister. »Sądzę, że rozumiem. Zresztą, to obojętne, czy mi powiesz to wszystko teraz, co?«

Obcy przyłożył ręce do oczu i potarł je kilka razy. Isbister wpadł na nowy pomysł. »Chodź pan do mojego pokoju«, rzekł, »i spróbuj wypalić fajkę. Pokażę panu także kilka szkiców z tego Blackapitu. Jeżeli pana to zajmie.«

Ów zaś powstał posłusznie i poszedł za nim po pochyłości w dół.

Kilkakrotnie Isbister słyszał, jak obcy potykał się na pochyłości, a ruchy jego były powolne i niepewne. »Proszę, niech pan wejdzie«, rzekł Isbister, »spróbuj kilka papierosów i błogiego alkoholu. Pijesz pan przecie wódkę?«

Obcy zawahał się u furtki ogrodowej. Zdawało się, że nie zdaje sobie już jasno sprawy ze swych czynności. »Nie piję«, rzekł zwolna, idąc ścieżką ogrodową, a po upływie chwili powtórzył jakby nieprzytomnie: »Nie — nie piję. Toczy się. Snuje się, — krąży, — snuje...«

U progu potknął się i wszedł do pokoju jak człowiek, który nic nie widzi.

Potem usiadł raptownie i ciężko w wygodnym fotelu, zdawało się niemal, że weń wpada. Pochylił się naprzód, czoło ukrywszy w dłoniach i tak siedział bez ruchu.

Po chwili wydał lekki dźwięk z gardła. Isbister krzątał się po pokoju z nerwowością niedoświadczonego gospodarza, czyniąc drobne uwagi, które wprost nie wymagały odpowiedzi. Przeszedł przez pokój, żeby sięgnąć po swą tekę, ustawił ją na stole i uważnie patrzył na zegar.

»Nie wiem, czy zechciałbyś pan zjeść ze mną kolacyę«, rzekł, trzymając w ręku niezapalony papieros a w myśli kołatał mu zamiar, żeby obcemu ukradkiem dać zażyć chloratu. »Skromnie, zimna baranina i tort, zdaje mi się.« Powtórzył te słowa po krótkiem milczeniu.

Obcy nie dawał odpowiedzi. Isbister przystanął z zapałką w ręku i przyglądał mu się uważnie.

Cichość przedłużała się. Zapałka zgasła, Isbister odłożył papieros niezapalony, ujął tekę, otworzył, położył ją znowu, zawahał się, zdawało się, że ma już mówić. »Może«, szepnął, nie mogąc uwolnić się od wątpliwości. Po chwili rzucił okiem na drzwi, potem znowu na siedzącego. Potem na palcach wysunął się z pokoju, spoglądając na swego towarzysza za każdym krokiem.

Zamknął drzwi cichutko. Brama domu stała otworem, Isbister wyszedł na próg i stanął w miejscu, z którego mógł widzieć obcego przez otwarte okno. Ów zaś nie ruszał się.

Garstka dzieci, idąca gościńcem, przystanęła i przyglądała się ciekawie artyście. Flisak zamienił z nim kilka grzecznych słów. Czuł, że może jego czujna postawa i miejsce, na którem stał, budziły zaciekawienie swoją niezwykłością. Może z zapaloną fajką wydałby się bardziej naturalnym. Wyciągnął fajkę i pęcherz z kieszeni i powoli zaczął sposobić się do palenia.

Nagle usłyszał za sobą swoją gospodynię, która niosła lampę zapaloną z kuchni. Odwrócił się, wymachując fajką i zatrzymał ją u drzwi swego salonu. Z niejakim trudem wyjaśnił jej położenie, albowiem nie wiedziała, że miał gościa. Wróciła zatem z swoją lampą, zdziwiona i zaciekawiona, a on, zarumieniony i mniej swobodny, podjął na nowo swoje czuwanie w rogu bramy.

Kiedy już wypalił fajkę, a nietoperze zaczęły już krążyć naokół, nie mógł już dłużej opanować swej ciekawości, porzucił więc zawiłe wahania i powrócił cichaczem do salonu, Przystanął we drzwiach. Obcy znajdował się ciągle w tej samej postawie, odcinając się czarno na tle okna. Oprócz śpiewu kilku żeglarzy na pokładzie okrętu przewożącego dachówkę, nic nie mąciło nieruchomej ciszy wieczornej.

'When the Sleeper Wakes' by Henri Lanos 02

»To albo śmierć, albo jakiś atak.«

Przez myśli Isbistera przebiegł jakiś błysk; zerwał się, przechylił się całem ciałem przez stół i słuchał. Przykre podejrzenie spotęgowało się, przeszło w przeświadczenie. Zdumienie ogarnęło go i przeszło — w grozę.

Nie słychać było ani śladu oddechu ze strony siedzącej postaci.

Przyczołgał się powoli i bez szmeru do stołu, zatrzymując się po drodze dwa razy, żeby słuchać. W końcu dotarł tak blisko, że mógł położyć rękę na poręcz fotelu. Pochylił się nad obcym tuż obok jego głowy. Potem schylił się jeszcze niżej, tak, żeby mógł zajrzeć w twarz swemu gościowi. Zerwał się gwałtownie i wydał okrzyk. Oczy obcego były prostemi, białemi plamami.

Spojrzał znowu i zauważył, że były otwarte, że jednak źrenice znikły za powiekami. Przeląkł się nagle. Przerażony dziwacznością stanu obcego ujął go za plecy i wstrząsnął nim silnie. »Czy pan śpi?«

Owładnęło nim nagle przekonanie, że człowiek ten był trupem. Zaczął się odrazu krzątać i hałasować, przebiegał pokój tam i sam, potykając się o stół i szarpnął za dzwonek.

»Proszę przynieść światło natychmiast«, rzekł w przedpokoju. »Przyjaciel mój zasłabł.«

Potem wrócił do postaci nieruchomo siedzącej, chwycił ją za plecy, wstrząsnął niemi silnie i krzyknął. Pokój zapełnił się żółtym blaskiem, gdy zdumiona gospodyni weszła ze światłem.

»Muszę w tej chwili iść po doktora«, rzekł. »To albo śmierć, albo jakiś atak. Czy jest jakiś lekarz we wsi? Gdzie można znaleść lekarza?« 

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.