FANDOM



Rozdział XLIV Emancypantki • Tom I • Rozdział XLV • Bolesław Prus Rozdział XLVI
Rozdział XLIV Emancypantki
Tom I
Rozdział XLV
Bolesław Prus
Rozdział XLVI


XLV Echa koncertu

Miętlewicz nie bardzo rozumiał, o czym mówili artyści, tylko czuł, że wszystkie ich pretensje i skargi nie wypełniłyby głębokości jego żalu. Szedł cichymi, niebrukowanymi ulicami, na których świeciły dwie dymiące latarnie, i myślał: "Po com ja wmieszał się do tego?... Na co ten koncert?... Na to, ażeby Krukowski bałamucił skrzypieniem pannę Magdalenę i później przedstawiał jej rozmaitych wielkich panów, swoich niby przyjaciół... No i złapie ją sprzed nosa... On, bogaty, elegancki, familiant, a ja biedny cham!... Zawsze pulardy dla panów, a ochłapy dla hołoty..."

Im ciemniej robiło się na ulicach, tym posępniejsze myśli kotłowały w głowie Miętlewicza. Zdawało mu się, że ogarnia go powódź beznadziejnego smutku, którego fale uderzały razem z sercem, zmywając wszystkie cele, plany, widoki na przyszłość. Co mu z jego kantoru, co po stosunkach z Eisenmanem i ze szlachtą, co po sprycie i pieniądzach, jeżeli za to nie można dostać Madzi? Przyjdzie ze skrzypcami w ręku lada furfant żyjący z łaski siostry i - zabierze pannę jak swoją.

A panna, rozumie się, woli duży dom, ładny ogród, trzydzieści tysięcy rubli i znajomość ze szlachtą aniżeli ciężki dorobek jakiegoś tam Miętlewicza.

Pierwszy raz uczuł zniechęcenie do interesów, nawet do życia. Kiedy był marnym dietariuszem w powiecie - marzył o niezależnym stanowisku. Zdobył stanowisko - zaczął myśleć o majątku, o przeniesieniu się do Warszawy, o wielkim kantorze pośredniczącym między wszystkimi Eisenmanami i wszystką szlachtą... Nagle przez drogę jego życia przeszła Madzia z żółtą różą we włosach, z pąsową przy staniku i - rozleciały się piękne zamiary.

Tuż przy swoim domu, wśród ciemności, spostrzegł jakiegoś człowieka.

- To ty, Miętlewicz?... - odezwał się tamten.

- Ach, Cynadrowski... Czego włóczysz się po nocy?... - Czekam na pocztę...

- Aha!... Na tę, co zmienia konie u podsędka.

Sekretarz zbliżył się do Miętlewicza i rzekł stłumionym, ale gorącym głosem:

- Gdybyś ty wiedział, jak mi się czasem chce palnąć sobie w łeb!... Nie zdziwiłbyś się, jeżeli to kiedy zrobię.

- Nie wiadomo, kto z brzega - odparł Miętlewicz.

- I ty także?...

- Bah!...

Rozeszli się bez pożegnania, jak dwaj ludzie, którzy nawzajem mają do siebie pretensję. Przez cały następny dzień, po koncercie, Madzię trapił szczególny niepokój: ciągle spoglądała w okno, jakby oczekując na coś niezwykłego; a ile razy kto wszedł - bladła, gdyż zdawało jej się, że już nadchodzi owa przykra wiadomość.

Ojciec milczał i nie wiadomo z jakiego powodu wzruszał ramionami; matka unikała Madzi. W południe przyszedł Miętlewicz, niewyspany czy rozgniewany: przedstawił rachunek z koncertu, oddał Madzi pieniądze przypadające na kościół i pożegnał ją chłodno. W godzinę później chłopiec pana Krukowskiego przyniósł piękny bukiet i list, w którym ofiarodawca przepraszał Madzię, że nie może złożyć jej uszanowania, ponieważ dozoruje chorą siostrę. Wreszcie nad wieczorem ukazał się major: chciał zagrać w szachy, ale - nie zastał podsędka; owszem, dowiedział się ze zdumieniem, że podsędka wcale dziś nie było.

- Chory albo zwariował!... - mruknął major i nawet nie kiwnąwszy głową Madzi wybiegł z niezapaloną fajką.

"Boże! co się to dzieje?..." - myślała Madzia bojąc się kogokolwiek zapytać o wyjaśnienie: wszyscy bowiem wyglądali na jej wrogów.

Sataniello i Stella także nie pokazywali się; ale na ich nieobecność Madzia nie zwróciłaby uwagi, gdyby matka jej nie odezwała się cierpkim tonem:

- Pięknie odwdzięczają ci się twoi protegowani!...

- Co się stało?... Dlaczego mama to mówi?... - pytała wylękniona Madzia. Ale pani Brzeska wyszła do kuchni, oczywiście nie mając zamiaru dawać objaśnień.

Ciężko upłynął Madzi ten dzień pełen obaw i noc bezsenna, w ciągu których kwadranse wydawały się dłuższymi od godzin. Nazajutrz pan Krukowski znowu przysłał bukiet odznaczający się przewagą barw czerwonych. Miętlewicz tylko przeszedł pod oknami, ale nie wstąpił do domu doktora; owszem, patrzył na drugą stronę ulicy. Przed obiadem w gabinecie przyjęć odbyła się bardzo ożywiona rozmowa między matką i ojcem Madzi, a nawet parę razy doktór odezwał się podniesionym głosem, co nie było we zwyczaju. Madzia truchlała. Około czwartej major z proboszczem przyszli na szachy, wynieśli je do altanki, gdzie pani Brzeska podała im czarną kawę, i od razu siedli do partii.

- Nie czekają panowie na pana podsędka? - zdziwiła się Madzia.

Trzeba było widzieć w tej chwili majora!... Wyjął z ust olbrzymią faję, nastroszył siwe brwi, na czole żyły mu nabrzękły... Wyglądał jak stary smok.

- Nie znam żadnego podsędka!... - wrzasnął uderzając pięścią w stół, aż poskoczyły szachy i zadźwięczały szklanki. - Nie grywam z pantoflem, któremu baby mieszają we łbie jak w szafliku!...

Jeszcze Madzia nie miała czasu ochłonąć ze zdziwienia, za co major tak strasznie znienawidził podsędka, gdy - służąca podała jej list.

"Od Femci" - pomyślała Madzia odchodząc w głąb ogrodu i drżącymi rękoma otwierając kopertę.

List rzeczywiście pochodził od panny Eufemii, a oto, co w nim było:

"Pani! Uważam za obowiązek oświadczyć, że nasze projekta co do założenia pensji, przynajmniej z mojej strony, nadal nie będą miały poparcia. Cofam się, sądzę bowiem, że jeżeli jedna osoba nie szanuje najświętszych zobowiązań, to i druga nie może się nimi krępować. Jestem też zdania, że o dalszej przyjaźni między nami mowy być nie może... Eufemia." W górnej części listu, po lewej stronie, były wymalowane dwa całujące się gołąbki. Piękny ten symbol przyjaźni czy miłości panna Eufemia przemazała na krzyż dając do zrozumienia, że wszystko i nieodwołalnie skończone.

Madzi, gdy przeczytała list, a jeszcze bardziej - gdy oceniła doniosłość przekreślenia gołąbków, zdawało się, że w ogród uderzył piorun. Na chwilę przymknęła oczy i bez oddechu czekała, rychło na jej głowę upadnie dom, a pod nogami rozstąpi się ziemia... Ale dom, ziemia, ogród zostały na miejscu, słońce świeciło, kwiaty pachniały, a major z proboszczem grali w szachy, jak gdyby nic osobliwego nie zdarzyło się ani w naturze, ani w Iksinowie, ani nawet w sercu Madzi.

Gra skończyła się. Proboszcz, jako przegrywający, odniósł szachy do gabinetu; major nałożył nową fajkę pakując w jej wnętrze bez mała ćwierć funta tytoniu. Wówczas Madzia ze ściśniętym sercem weszła do altanki i podniósłszy na starca oczy pełne żalu zapytała:

- Panie majorze, stało się ze mną coś okropnego, a ja nic nie rozumiem... Wszyscy się na mnie gniewają...

Majorowi zaświeciły oczy: wyjrzał z altanki, czy kogo nie widać, a potem - schwycił Madzię wpół i gorąco pocałował w szyję mrucząc:

- Oj! ty... ty... figlarko!... Mogłabyś nie bałamucić przynajmniej mnie, starego...

Madzię ogarnęło nie dające się opisać zdumienie wobec tych ojcowskich karesów, w których nie było nic ojcowskiego.

- Ja bałamucę pana majora?...

- Naturalnie... rozumie się... Po co masz takie brzydkie oczy, które rzucają urok?... Po co te filutki nad czołem albo - ta szyjka tak apetyczna?... To przecie wszystko pokusy na chłopców.

- Alboż pan major chłopiec?...

Starowina spojrzał na nią zdziwiony i - zmieszał się. Drżącymi rękoma zaczął poprawiać fajkę i rzekł:

- Chłopiec, nie chłopiec!... Trzeba mnie było widzieć kiedym był podporucznikiem... Nie takie smarkate, jak ty, wariowały za mną. Ale dość tych głupstw. Czego chciałaś ode mnie?...

- Od onegdaj wszyscy mnie prześladują i nie wiem za co?... - odpowiedziała Madzia mrugając oczyma.

- Nie wiesz za co!... A trzeba ci było urządzać koncert włóczykijom, którzy dziś mają jeszcze do ciebie pretensję, że popsułaś im interesa?...

- Bo oni byli tacy biedni...

- Biedni!... O sobie myśl, a nie o cudzej biedzie. A nie mogłaś to zaprosić podsędkowej do udziału w urządzaniu koncertu?... Podsędkowa, aptekarzowa, rejentowa - one u nas zajmują się spektaklami; nie trzeba im włazić w drogę.

- Nie śmiałam tych pań zapraszać... Nie myślałam, że chciałyby się fatygować, tym więcej że... (tu Madzia zniżyła głos) oni przecież chodzili do pani podsędkowej i nawet fortepianu im odmówiła...

- Spróchniała laweta! - mruknął major. - Zawsze nie cierpiałem tej baby i jej Femci, której już całkiem przewróciło się w głowie... Ale... po co włóczysz się po oberżach?...

- Bo ja, proszę pana majora - szeptała Madzia - chcę tu założyć niewielka pensyjkę i szukam lokalu.

Major otworzył oczy i podniósł w górę fajkę. Lecz widząc, że nadchodzi proboszcz z doktorową, wzruszył ramionami i rzekł:

- Pluń na wszystko!... będzie dobrze...

- Teraźniejsze panny - mówiła pani Brzeska robiąc surową minę - same jeżdżą, same wychodzą do miasta, układają projekta bez wiedzy matek, a nawet zawierają znajomości Bóg wie z kim...

- Emancypacja, pani dobrodziejko, emancypacja!... - odparł proboszcz. - Nieraz poza plecami,rodziców robią się znajomości, które prowadzą do niestosownych małżeństw.

- Eh! - wtrącił major - nic tak niestosownego: panna podsędkówna i sekretarz pocztowy...

- Ale bez błogosławieństwa rodziców... - rzekł proboszcz. - Madziu - odezwała się doktorowa - pan Miętlewicz czeka na ciebie w saloniku, znowu z rachunkami z tego koncertu, o którym chciałabym już nie słyszeć...

- A to dlaczego? - odezwał się major. - Wcale ładny był koncert... Madzia skierowała się w stronę domu myśląc:

"Co to znaczy?... Czyżby o Femcię już oświadczył się Cynadrowski?... Tak przecież z niego żartowała..."

W saloniku, dokąd weszła Madzia, stał Miętlewicz blady, z pliką papierów. Zwykle sterczące wąsiki ułożyły mu się poziomo; za to włosy miał bardziej najeżone.

- Pewnie omylił się pan w rachunkach! - zawołała Madzia. - Nie, pani... Ja tylko mamie powiedziałem, że przyszedłem z rachunkami, ale...

Głos mu się załamał, na twarzy wystąpiły rumieńce.

- Panno Magdaleno - rzekł ciszej, ale stanowczo - czy to prawda, że pani wychodzi za Krukowskiego?...

- Ja!... - wykrzyknęła Madzia rumieniąc się bez porównania silniej aniżeli jej interlokutor.

- Kto panu to powiedział?...

- Cynadrowski - odparł desperackim tonem młody człowiek. - Zresztą wszyscy zauważyli na koncercie, że pan Krukowski zaniedbywał pannę Eufemię, a ciągle zwracał się do pani.

- Ach, więc ona o to gniewa się na mnie?... - rzekła Madzia jakby do siebie. - Ale na jakiej zasadzie - dodała głośno pan Cynadrowski opowiada takie rzeczy?...

- Musiał słyszeć od panny Eufemii...

- Ona z nim nigdy nie rozmawia! - zawołała Madzia.

- O!... - westchnął Miętlewicz. - Ale mniejsza o nich... Panno Magdaleno, prawdaż to, że pani wychodzi za Krukowskiego?...

- Co pan mówi?... - zdziwiła się trochę obrażona Madzia. Lecz Miętlewicz miał tyle smutku w oczach, że uczuła litość i rzekła:

- Ani myślę wychodzić za pana Krukowskiego i... za nikogo... Miętlewicz schwycił ją za rękę.

- Czy tak?... - spytał z uniesieniem. - Nie żartuje pani ze mnie?... Niech pani powie...

- Ależ daję panu słowo... - odparła zdziwiona Madzia. Miętlewicz ukląkł przed nią i namiętnie ucałował jej ręce. Potem szybko zerwał się i mówił:

- Bóg panią wynagrodzi... Gdyby pani potwierdziła te plotki, za kwadrans nie żyłbym... U mnie tak: starosta albo kapucyn... Madzię ogarnął strach paniczny; cofnęła się, jakby chcąc uciekać, lecz nogi ugięły się pod nią i siadła na fotelu. Zdawało jej się, że Miętlewicz wciąż myśli o zabiciu jej lub siebie. Desperat spostrzegł to; zastanowił się i rzekł smutnym głosem:

- Niech się pani nie boi... Ja przecież nie chcę pani straszyć ani krępować... Gdyby pani wychodziła za człowieka godnego jej... wola boska - nawet nie odezwałbym się. Ale mnie oburza ten Krukowski... To nie dla pani mąż: stary, zniszczony, żyje na łasce siostry, a więcej od panien dostał odkoszów, aniżeli ma sztucznych zębów... Więc pomyślałem: jeżeli taka kobieta, jak pani, może się sprzedać takiemu trupowi, to już nie warto żyć na świecie... Madzia drżała, Miętlewicz mówił błagalnie:

- Panno Magdaleno, przysięgam, że nie chcę pani krępować... Niech pani choćby jutro idzie za mąż, a nic złego sobie nie zrobię... Tylko wyniosę się stąd do Warszawy... Niech pani wyjdzie za szlachcica czy za mieszczanina, byle pani poszła z miłości, nie dla interesu... Niech ten człowiek będzie bogaty czy ubogi, z edukacją czy bez edukacji, byle to był człowiek młody, dzielny, który sam się wyrobił, a nie siedział u nikogo na łaskawym chlebie, bo to... fe... fe!... Ja panią bardzo... bardzo przepraszam za moją śmiałość - kończył, znowu całując Madzię w rękę. - Ale ja się pani nie narzucam... Wiem, że nie jestem godzien... Pani dla mnie jest jak święta i dlatego nie mogłem przenieść, nie mogłem wytrzymać, ażeby pani sprzedawała się takiemu dziadowi i jeszcze za pieniądze jego siostry!...

- Posądzał mnie pan o to? - cicho spytała Madzia.

- Przepraszam... do śmierci sobie tego nie daruję, ale... panny miewają różne gusta... Dziś Krukowski, jutro Cynadrowski... Różne bywają kaprysy panien!...

Usłyszawszy za oknem głos doktorowej Miętlewicz szybko rozwinął papiery i zaczął mówić zwykłym tonem, który jednak chwilami drżał:

- Więc wszystko w porządku, tylko mamy jeszcze naddatków pięć... nie - dziesięć rubli...

Może pani będzie łaskawa dołączyć te dzie... nie - te piętnaście rubli na kościół...

Do saloniku weszli goście ogrodowi. Proboszcz ucieszył się z naddatku, a doktorowa z tego, że już skończyły się koncertowe interesa. Tylko przekorny major nie mógł utaić zdziwienia:

skąd wpłynęło tyle naddatków?...

- Bo to u nas - mówił - każdy potrafi nie dodać, ale żeby miał coś naddać?...

- Może kto ze szlachty, a może siostra pana Krukowskiego, bo ona miewa fantazje - wtrącił proboszcz.

Miętlewicz śpiesznie objaśnił, że naddatek nie pochodzi od pana Krukowskiego ani od jego siostry, lecz utworzył się z wpływów ogólnych. Potem ostentacyjnie zwinął papiery i pożegnał towarzystwo tłomacząc się, że musi iść natychmiast w interesie młocarni pana Bielińskiego.

- Czy mi się zdaje, czy Madzia jest zmieniona? - zauważył proboszcz.

- Trochę boli mnie głowa...

- Pewnie Miętlewicz musiał jej powtórzyć jakąś plotkę wtrącił gniewnie major - Babski język!...

- Owszem, niech jej wszystko powtarzają!... - odezwała się doktorowa. - Na drugi raz będzie miała naukę, ażeby nie robić projektów bez wiedzy matki...


   góra strony


Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.