FANDOM



Dziedzictwo

Helena Mniszkówna

¤ ¤ ¤ ¤

Johann Heinrich Wüest Burg Kyburg





Krąż, 16 czerwca 1912 roku

Jestem w Krążu, zaproszony tu przez kuzyna Gabriela Zatorzeckiego. Brzmi to w moich uszach mniej więcej tak samo jakbym powiedział: „Jestem na Marsie zaproszony przez Marsjanina-turystę po Europie". Śmiałbym się bowiem przed kilkoma dniami, gdyby mi ktoś przepowiadał, że będę w Krążu, ale z moją naturą cygana wszelkie niemożliwości są możliwe.

Wyjeżdżając w sobotę z Uchań do Warszawy, zapewniłem ojca, że wrócę wkrótce.

— To znaczy kiedy? Za miesiąc, kwartał czy pół roku — spytał ojciec.

— Ale cóż znowu! — zaprzeczyłem kategorycznie, a oto...

W niedzielę w operetce siedziałem w krzesłach obok młodego człowieka, którego powierzchowność od razu zwróciła moją uwagę. Zacząłem go dyskretnie obserwować. Mógł mieć lat trzydzieści parę, przy tym sporą łysinę i monokl w oku. Ten szczegół właśnie przy krawacie mocno zniszczonym i brudnych paznokciach zaciekawił mnie przede wszystkim. Spostrzegłem, że i on przygląda mi się uparcie, nawet obcesowo. Co też on we mnie zauważył — czy również osobliwy dysonans, myślałem.

W zmiętej twarzy mego sąsiada był wyraz nudy, oczy zwężone, blade świeciły blaskiem martwym, czoło było w nieustannym ruchu. Skóra cienka jak welin podnosiła się gwałtownie w górę, marszczyła, ściągała i rozciągała jak gutaperka. Parę razy ziewnął lekko. Cieszyłem się, że podczas usypiającej i zaraźliwej funkcji zasłaniał sobie usta wytworną chustką do nosa pachnącą świetnymi perfumami. Stopy miał obute w lakierki wyraźnie za duże na jego nogi i zniszczone niesłychanie. Na palcach błyszczał mu wspaniały sygnet i piękny pierścień z brylantami. Był w nim pewien wykwint i zamożność zbratane z zupełną abnegacją i ironiczną niechęcią do wszystkiego, co go otacza. Na scenę prawie nie patrzył, temperament Carmen nie porywał go. W antrakcie błądził bezmyślnie oczami po plafonie, a wtedy z monoklu jego błyszczało mnóstwo światełek z żyrandola, drobnych jak mak. Usta blade wykrzywiał niemiłosiernie, jak gdyby miał je na sprężynach rozpięte. Zarost rudawy, sztywny jakby zaczynający odrastać po ogoleniu, nie osłaniał tych ust, jakkolwiek zyskałyby one wiele w cieniu nawet rudych, ale dłuższych wąsów.

Gdy na sali rozległy się oklaski, mój sąsiad syknął niby z fizycznego bólu i złożył wargi do gwizdania. Na szczęście nie urzeczywistnił zamiaru, zapewne dlatego tylko, że zaciekawiły go nogi kłaniającej się artystki. Przyglądał się im z namaszczeniem i szczerym uznaniem.

Muzyka przeistaczała go zupełnie. Ruchem gwałtownym spuszczał monokl, cofał się w głąb krzesła i zasłoniwszy dłonią oczy nieruchomiał jakby pogrążony w ekstazie. Tym wzbudził we mnie pewien szacunek. Człowiek, którego twarz na dźwięki muzyki nabiera uduchowienia i słodyczy posiada widocznie w duszy wielkie umiłowanie piękna. Nerwy jego pod wpływem tonów uspokajały się wyraźnie, ale pulsy w skroniach waliły pod cienką skórą. Drżał, słuchając hucznych akordów, łagodniał, gdy śpiewały cichsze melodie...

Co to za oryginalny typ, kto on jest — pytałem sam siebie niebywale zainteresowany! Wyjaśnienie nastąpiło prędzej niż bym mógł przypuszczać.

Po drugim akcie podszedł do mnie kolega Ganiewicz i krzykliwym głosem wrzasnął mi tuż nad uchem:

— Pobóg! Patrzcie! Romek, biesie jeden! Kopę lat cię nie widziałem. Cóż tam u was w Uchaniach?

Na ten okrzyk sąsiad mój drgnął gwałtownie, zwrócił się do mnie całą figurą i zaczął mi się przypatrywać tak bezczelnie, że rozmawiając z kolegą, patrzyłem mu już wyzywająco w oczy. Nie zmieszał się, lecz złapał mnie za ramię bez ceremonii i przysuwając do mnie twarz błyszczącą monoklem, zapytał głośno:

— Pan jest Pobóg? Skąd pan pochodzi? Pobogów tylko jedna rodzina. Był Marceli Pobóg...

— To mój dziad — podchwydłem. — Syn Marcelego, Paweł, jest moim ojcem.

— Paweł...? A! Słyszałem. Nie znam!! Wyciągnął do mnie rękę i rzekł kwaśno:

— No, to witam cię, kuzynie, bo ja jestem Gabriel Zatorzecki z Krążą.

— Zatorzecki... z Krążą...? — powtórzyłem zaskoczony niesłychanie.

— No tak, babeczno-wujeczny brat czy coś tam około tego w trzecim pokoleniu — machnął ręką niedbale.

— W każdym razie sławetny Hieronim Pobóg z Krążą był twoim i moim pradziadem.

Ponieważ zwróciliśmy na siebie uwagę publiczności, zaproponowałem przejść do foyer. Gabriel znowu machnął ręką z lekceważącą miną.

— Po co? Jesteśmy tu przecież u siebie. Siadaj, kuzynie porozmawiamy... Pobóg? No! A to spotkanie! — pisnął falsetem.

Gdy mu przedstawiłem kolegę, przywitał go niechętnie, po chwili znowu siedział jak zastygły — wsłuchany w tony orkiestry. Zdawało się, że o nas zapomniał, ale gdy Ganiewicz wypowiedział jakieś słowo za głośno, syknął i wykrzywił usta w grymasie niezadowolenia.

Po skończonym przedstawieniu poszliśmy razem do restauracji. Gabriel jadł dużo i zachłannie pił wódkę i wino, bębnił po stole palcami, nucił uwerturę do opery, impertynencko przyglądał się kobietom. W ogóle zachowywał się krzykliwie, pomimo że... milczał.

— Jakiś dobry numer — szepnął mi kolega. Porozumieliśmy się mrugnięciem. W pewnej chwili Gabriel położył rękę na mojej dłoni i rzekł z uśmiechem prawie dziecinnym:

— Roman, jedź ze mną do Krążą, wszak nie znasz Krąża? Poznasz Krąż, a to coś warte. Jako zabytek jest on ciekawy. No, babkę Gundzię także poznać warto. Pojedziesz?

— Pojadę — odrzekłem bez namysłu.

— Wyjeżdżamy jutro rano.

Powiedziawszy to, znowu jął się rozglądać po sali i bębnić długimi, chudymi palcami po obrusie — zimny, obojętny jak przedtem. Miałem jeszcze zamiar być w Warszawie przez kilka dni, lecz ciekawość przemogła. Postanowiłem jechać. Krąż w rodzinie naszej jest prawie legendą. Znam tę historię w głównych zarysach, lecz nigdy jej nie mogłem zgłębić, ponieważ u nas o Krążu i Zatorzeckich nie mówi się wcale.

Ojciec mój Paweł, syn Marcelego, a wnuk Hieronima, nie porusza nigdy tej sprawy przede mną, a parokrotnie wręcz pytany zbywał ją celowo. Z tego co wywnioskowałem z różnych niewyraźnych i nie domówionych słów ojca, pradziad Hieronim Pobóg popełnił jakąś wielką niesprawiedliwość względem jedynego syna, Marcelego, mego dziada, na korzyść córki swojej, także jedynej, Kunegundy, która wyszła za Ksawerego Zatorzeckiego i odziedziczyła Krąż. O powodach tej niesprawiedliwości ojcowskiej nic nie wiem.

Po rozstaniu się z Gabrielem, już u siebie w hotelu nie mogłem długo zasnąć. Ogarnął mnie jakiś niepokój dziwny, męczyłem się wśród natłoku myśli sunących ku mnie jak ciężkie chmury.

Wreszcie znużenie nerwowe sprowadziło pożądany sen. Nie był mi on jednak wypoczynkiem. Oto śniłem sen kilkakrotnie już w życiu powtórzony — jeszcze na uniwersytecie w Krakowie, parę razy w Uchaniach, a nawet, gdy podróżowałem za granicą. Kiedy na statku włoskim „Ostia" zbliżaliśmy się wtedy do brzegów Krety, groziła burza. Rozpętała się potem straszliwie. Spienione bałwany o mało nie zatopiły statku, a ja będąc pod wpływem okropnej paniki pasażerów i sam lękając się rozbicia statku, nie mogłem pozbyć się wrażenia tego snu z poprzedniej nocy. Ten sen krzepił mnie podczas najkrytyczniejszych momentów, bo jakiś głos wołał we mnie: „Będziesz żył, nie zginiesz, skoro śniłeś znowu sen zapowiadający twoją przyszłość".

I tej nocy po spotkaniu Gabriela, przed podróżą do Krążą, znowu to samo...?

Widzę znajome już z sennych majaków mury starego zamku — szare, z kamienia, omszałe, gęsto pleśnią i mchem wieków porosłe. Jakieś schody kamienne powybijane, z roślinami wytryskującymi ze szpar pomiędzy płytami głazów. Widzę krużganek stary, widzę sale duże i mroczne i jedną jakby główną, gdzie wiszą portrety wypłowiałe. Chodzę po tej sali, bo ktoś mnie tu woła, nie wiem jednak kto. Jakaś siła przedziwna trzyma mnie tu jak przykutego. Widzę jeden portret duży, w ciężkich ramach. Stoi w nich jakby żywa postać młodego mężczyzny w czamarze polskiej. Postać pełna energii i grozy. Oczy duże, ciemne, przenikliwe w wyrazie. Brwi zjeżone groźnie, wąsy ciemne, usta zacięte stanowczo. W jednej dłoni miecz. Druga ręka oparta na poręczy krzesła ma w sobie moc wybitną — ręka stworzona do buławy, zdaje się, że siłą swoją rozkruszy rzeźbiony mahoń. W postaci tego mężczyzny jest potęga herkulesowa i władza despoty. Patrzę na niego we śnie zawsze w osłupieniu i zastanawiam się, kto to jest i gdzie się znajduję? Wtem postać w czamarze występuje z ram, idzie krokiem stanowczym, a drewnianym niby statua komandora, chwyta moją rękę i prowadzi. Dokąd...? Nie odczuwam lęku, tylko lekki niepokój i ciekawość... Pan w czamarze prowadzi mnie przez szeregi sal, przez komnaty sklepione z poprzedniej nocy. Ten sen krzepił mnie podczas najkrytyczniejszych momentów, bo jakiś głos wołał we mnie: „Będziesz żył, nie zginiesz, skoro śniłeś znowu sen zapowiadający twoją przyszłość".

I tej nocy po spotkaniu Gabriela, przed podróżą do Krążą, znowu to samo...? Widzę znajome już z sennych majaków mury starego zamku — szare, z kamienia, omszałe, gęsto pleśnią i mchem wieków porosłe. Jakieś schody kamienne powybijane, z roślinami wytryskającymi ze szpar pomiędzy płytami głazów. Widzę krużganek stary, widzę sale duże i mroczne i jedną jakby główną, gdzie wiszą portrety wypłowiałe. Chodzę po tej sali, bo ktoś mnie tu woła, nie wiem jednak kto. Jakaś siła przedziwna trzyma mnie tu jak przykutego. Widzę jeden portret duży, w ciężkich ramach. Stoi w nich jakby żywa postać młodego mężczyzny w czamarze polskiej. Postać pełna energii i grozy. Oczy duże, ciemne, przenikliwe w wyrazie. Brwi zjeżone groźnie, wąsy dumne, usta zadęte stanowczo. W jednej dłoni miecz. Druga ręka oparta na poręczy krzesła ma w sobie moc wybitną — ręka stworzona do buławy, zdaje się, że siłą swoją rozkruszy rzeźbiony mahoń. W postaci tego mężczyzny jest potęga herkulesowa i władza despoty. Patrzę na niego we śnie zawsze w osłupieniu i zastanawiam się, kto to jest i gdzie się znajduję? Wtem postać w czamarze występuje z ram, idzie krokiem stanowczym, a drewnianym niby statua komandora, chwyta moją rękę i prowadzi. Dokąd...? Nie odczuwam lęku, tylko lekki niepokój i ciekawość... Pan w czamarze prowadzi mnie przez szeregi sal, przez komnaty sklepione do mrocznej, wielkiej izby pełnej starych pergaminów, ksiąg pożółkłych o zapylonych kartach i grzbietach poszarpanych przez myszy. Wiem, że śnię, a czuję wyraźnie duszny zapach stęchlizny... Postać z portretu patrzy na mnie nakazującym wyrazem oczów z taką mocą woli, że drętwieję. Nagle wszystko się rozwiewa, ginie jakby we mgle... Zostaję sam nad wielką, czarną wodą, płynącą wartko i patrzę na zamek ponury. Widzę wciąż mężczyznę z portretu dającego mi jakieś nie dosłyszane rozkazy. Kilkakrotnie śniłem to samo i nigdy do żadnego wniosku dojść nie mogłem. Nic podobnego nie widziałem w życiu, nikt mi tego nie opowiadał. Te obrazy są moim własnym przeżyciem sennym, które mnie zawsze przejmuje szczególnym dreszczem. Gdy o tych snach opowiadałem ojcu, zacinał usta i milczał. Widziałem, że mu to robi dużą przykrość.

— Senne głupstwa — odpowiadał najczęściej.

Po tej nocy majaków, tak mi już znajomych, ocknąłem się późno. Niepokój, nieodłączny następca owego snu, zawisł nade mną jak pająk i snuł, i omotał moją duszę kokonem melancholii, nie znanej mi dotąd nigdy. Nie pojadę do Krąża! — strzeliła myśl nagła, myśl niepokojąca. Po co wałęsać się po jakichś kuzynach, o których milczy rodzina? Gabriel, dziwadło jakieś — po co mi to wszystko...?

Byłem zdecydowany pozostać, pomimo że podświadomie odczuwałem niesłychany poryw do tej podróży. Nie pojadę! ani myślę! Wracam do Uchań. Z tak bogobojnym postanowieniem pojechałem, ale... do Krąża.

Podczas podróży koleją rozmowa moja z Gabrielem, z początku obojętna, ułożyła się mniej więcej tak: prosiłem go, by mi opowiedział coś o Krążu.

— Krąż? To stare zamczysko, pamięta Batorego... Ot, ruina!

Słowa te uderzyły mnie w mózg jakby taranem.

— Prawda! prawda! — wykrzyknąłem. — W Krążu jest zamek! Zapomniałem o tym... to ciekawe.

— Dlaczego ciekawe? — zdumiał się Gabriel, zrywając monokl z oka. — Główny korpus zamku nie zamieszkany, tam... straszy.

— Żartujesz, Gabrielu.

— No, babkę Gundzię wystraszyło z zamku to coś, co tam łazi i czegoś szuka.

— Któż to... łazi?

— Ach, ja nic nie wiem. Gundzia, Korejwo, hetmanówna Chmielnicka, nawet nieśmiertelny Paschalis widują jakiegoś księdza z papierami, portret Hieronimka wyłazi z ram. Wyobraź sobie, ten katon rodzinny ukazuje się na krużganku w postaci truposza i wygraża maczugą, podobno Zatorzeckim.

Drgnąłem.

— Portret występuje z ram? To jakaś legenda...? Za cóż by groził Zatorzeckim?

— No, o to trzeba się spytać Gundzi. Ona się najwięcej obawia tych strachów. Zapewne rozumie, co to wszystko znaczy. Coś tak zbladł nagle? — zapytał, patrząc na mnie badawczo.

— Och! nic! Dziwnie nazywasz babkę — rzekłem, aby coś rzec. Byłem istotnie wstrząśnięty jego słowami.

— Tak się utarło, wszyscy tak babsztyla tego nazywają. Gdy poznasz tę chodzącą dżumę...

Doznałem przykrego niesmaku i spytałem, przerywając, kim jest owa hetmanówna Chmielnicka. Gabriel skrzywił się.

— Babsko w pretensjach co do swej osoby i rodu pochodzącego jakoby w prostej linii od Bohdana. Dlatego otrzymała u nas tytuł hetmanówny. Niech się paniuleńka cieszy.

— A Korejwo, Paschalis...?

— O, zbytnioś ciekawy! Sam poznasz i ocenisz tych dygnitarzy. Korejwo to zarządzający Krążem, a Paschalis to nietoperz murów zamczyska stary jak te mury. Wątpię, czy od pół wieku wyszedł nawet do parku. Można go również nazwać puszczykiem Krążą, bo wiecznie coś złego przepowiada i wróży.

— Komu? — spytałem.

— No, podobno Zatorzeckim, których nie adoruje. Odczułem, że ostatnie słowo oznaczało co innego.

Gabriel mówił dalej:

— Krąż to mauzoleum starożytności, kwitną w nim tylko dwa kwiaty... Weronika i... ja.

Wskazał na siebie palcem z miną na pół ironiczną, na pół kpiącą, że zaśmiałem się ubawiony.

— Czego się znowu śmiejesz?

— Któż to owa Weronika?

— Ooo... za wiele chcesz wiedzieć. Weronika nie nadaje się do opisu, trzeba ją poznać. Widziałeś za granicą stare, zmurszałe mury, na których uśmiechają się śliczne grona glicynii. Weronika to właśnie glicynia Krąża.

Dość obcesowo zmienił temat rozmowy i nic już więcej nie chciał mówić. Nie wypytywałem go o nic więcej, będąc pod wrażeniem poprzednich słów.

Gabriel ciągle majstrował koło swego monokla, również otwierał walizkę i przekładał w niej. W pewnej chwili coś stuknęło o podłogę wagonu. Schyliłem się i podniosłem wąskie, safianowe pudełeczko otwarte wskutek uderzenia. Z białego aksamitu zsuwał się maleńki, złoty zegarek na damskiej bransoletce, wysadzany brylantami i szafirami. Oddałem go Gabrielowi i jednocześnie ujrzałem w wyobraźni ową Weronikę z tym cackiem na ręku. Bez wątpienia był dla niej.

Gabriel poprawił nerwowo monokl w oku i skrzywiwszy się, spytał, wskazując klejnocik:

— Czy to ładne? Bo to, uważasz... dla Weroniki.

— Domyśliłem się.

— Czegoś się znowu domyślił — odburknął. — Nie przypuszczasz chyba romansu?

— W każdym razie ta osoba nie jest dla ciebie obojętna. Może to twoja siostra?

— Ha, ha! Nie, bo to w przyszłości moja żona.

— Zatem teraz narzeczona?

— Skąd znowu. Czy ten wstęp konieczny jak próg przed pokojem lub słomianka przy drzwiach?

— I ona mieszka w Krążu?

— Naturalnie, wszak mówiłem, Glicynia odwiecznych murów Krąża.

Ciekawość moja rosła, ale Gabriel umilkł, przeto nie pytałem o nic więcej.

Był późny wieczór, gdy wysiedliśmy z pociągu na małej stacyjce. W brudnym bufecie wypiliśmy po szklance brązowego wrzątku nazywanego przez kurtuazję dla samowara — herbatą, po czym wyszliśmy do oczekujących nas koni.

— Bogdziewicz, a czemu to karetą, a nie powozem? Wiesz, że nie lubię tego pudła — sarknął Gabriel.

— Choć i lato, a ziąb chwyta po nocy niezgorszy. Tak rządca dał przykaż, żeby karetą — odrzekł stary stangret z imponującymi bakami.

— Masz oto jednego z mamutów Krąża — informował mnie Gabriel bez ceremonii, głośno.

Staroświecki wehikuł i wiekowy stangret patrzący jednym okiem, gdyż drugie miał zasklepione powieką, dopełniali wybornie wrażenia nie znanego jeszcze, ale już imaginowanego Krążą i jego mieszkańców.

Spostrzegłem, że Bogdziewicz bada mnie swoim okiem przenikliwie, uparcie. Jak robak w nie znany sobie owoc, tak jego wzrok wświdrowywał się w moją twarz, w całą postać. Kto to? — zdawało się pytać to jedno oko błyszczące jak świeczka spod daszka liberyjnej czapki. W pytaniu tym była ogromna ciekawość i zdumienie wyraźnie na jego twarzy odbite.

Zaledwie ulokowaliśmy się w karecie i tęgie konie ruszyły, gdy zapadła noc chłodna, ciemna. Chmury obciążyły niebo. Przez okna karety majaczył w grubym mroku czarny, zwarty bór. Gałęzie jodeł wyglądały jak festony, zwisając aż na drogę, którą jechaliśmy. Próbowałem rozmawiać z Gabrielem, lecz odpowiadał niechętnie i wkrótce zaczął drzemać. Pogrążyłem się w myślach.

Pytałem siebie, po co właściwie jadę do Krążą, co mnie niesie do te) tajemnicze) sadyby...?

Wszystko co mówił Gabriel w wagonie zestawiałem z moim snem poprzedzającym wyjazd. Ten wędrujący pradziad...? To wychodzenie portretu z ram...? Jest to naturalnie legenda przywiązana do Krążą, lecz... dlaczego ja wszystko to widziałem w snach? Jadę tam powodowany kaprysem własnym. Mogłem przecież odmówić i na zaproszenie dość lakoniczne nie zareagować. Lecz muszę przyznać, że mnie to spotkanie Zatorzeckiego i cała ta historia podnieciła. Doznałem wrażenia, że jadę do owego legendarnego Krąża dzięki przeznaczeniu, które ma w tym jakiś wyraźny cel. Śmiałem się, a jednak pozbyć się tego wrażenia nie mogłem, jak nie można niekiedy stłumić głosów wołających w duszy, pomimo naszych chęci i wbrew woli.

Niezwykły zbieg faktów, moje sny i te wiadomości o Krążu zapewne stwarzały mój nastrój i okraszały go fantazją jakiejś niezwykłej bajki. Zmęczony rozmyślaniami nie mogłem jednak zdrzemnąć się za zachęcającym przykładem Gabriela, który chrapał sumiennie.

Po paru godzinach, późną nocą, wyrwało mnie z rozmyślań ujadanie psów. Spuściłem okno karety i w blasku latarni ujrzałem brytany wielkie jak lwy rzucające się zajadle do kord.

Jechaliśmy po bruku ostro, z hałasem w nie milknącym ujadaniu i szczekaniu rozjuszonych zwierząt Przeraźliwy gwizd świstawki stróża obudził Gabriela. Ktoś rozmawiał głośno z Bogdziewiczem. Kareta stanęła. Psy opadły nas, skacząc wprost do drzwiczek, może zwęszyły obcego. Gabriel wołał zły:

— Co u czarta, Szymon, odwołać te bestie! Roman, może masz rewolwer, wal prosto we łby! Gdzie Kacper, otwierać! Hej, służba!

Chłopiec w liberyjnej kurtce podbiegł do nas z pochodnią w dłoni. Wyrostek, ujrzawszy mnie, otworzył usta od ucha do ucha i zrobił taką minę, jakby zobaczył upiora. Weszliśmy do obszernego przedpokoju oświetlonego pochodnią Kacpra, a stamtąd do małej, ciasno zastawionej komnatki, którą rozjaśniał trzaskający wesoło na kominku ogień. Po chłodnej nocy ciepło ognia sprawiało szczególną przyjemność. Gabriel stanął plecami do kominka.

— Co masz na kolację? — spytał opryskliwie zapatrzonego we mnie lokajczyka.

— Zimne mięsiwo i marynatę z ryb. Jest i herbata.

— Wódka?

— A jakże! Pani ochmistrzyni takoż...

— Dawaj wódkę, a nie panią ochmistrzynię, prędzej!

— Kiedyż ja nie skończył, że ochmistrzyni kazała zostawić, ale tylko czystą, a starkę zamknęła, bo konie dwa dni chodziły na kolej, nie wiedzieli my czy i dziś jaśnie pan przyjedzie.

— Aaa! Hetmanówna bała się, żebyś starki nie wypił. No, dawaj jaką tam masz turę, aby mocna. Pamiętaj, pokój dla pana przygotuj.

Gdy Kacper wybiegł, Gabriel odstąpił od kominka, przeciągnął się z lubością i patrząc przed siebie, rzekł jakby do kogoś trzeciego:

— Aaa! Że też tobie chciało się jechać z Warszawy do tego przedpotopowego Krążą...

— Czy do mnie mówisz? — spytałem.

— Do ciebie. Ja jestem tu starym więźniem, ale ty, co tobie po Krążu?

Znalazłem się w kłopotliwym położeniu. Spojrzałem na Gabriela uważniej. Twarz jego nie wyrażała nic prócz nudy, może nie rozumiał słów wypowiedzianych, nie odczuł, jakie na mnie mogą zrobić wrażenie.

— Przyjechałem tu zaproszony przez ciebie jako twój gość... i przy tym lubię takie stare gniazda — rzekłem, siląc się na swobodę.

— Jakie tam gniazda? Dziury!

— Stare zamczyska...

— Ruiny, kamieniołomy!

— Jestem tu trochę jako amator-badacz — ratowałem się z niewyraźnej sytuacji.

Zatorzecki roześmiał się.

— Dotąd będziesz badał zamek, dopóki nie natkniesz się na wędrującego pradziada lub tylko na Paschalisa, który ci o tamtym naopowiada dziwy takie, że drapniesz, gdzie pieprz rośnie.

Odrzekłem mu, że nie jestem płochliwy, wszelkie zaś stare legendy i baśnie interesują mnie bardzo. Wyraziłem też nadzieję, że jako swemu kuzynowi i gościowi Gabriel pokaże wszystko, co najciekawsze w Krążu.

Na widok wnoszonej kolacji Gabriel ożywił się, uścisnął mnie za ramię i rzekł tonem prawie serdecznym:

— No, Romek, rozchmurz czoło, w gruncie rzeczy jestem bardzo rad, że przyjechałeś do tej Tebaidy, za jaką uważam Krąż. Bądź tu jak u siebie w domu, badaj, szperaj, podziwiaj. Będę ci nawet nieskończenie wdzięczny, jeśli wystraszysz pradziada odwagą i nauczysz go, aby zastosował się do swoją roli obecnej, czyli czcigodnego nieboszczyka. Takie szastanie się ubliża godności, jaką on piastuje w rodzinie. Przede wszystkim byłaby ci wdzięczna za to Gundzia, a to już wielkie słowo! Weronika także boi się naszego pradziadka straszliwie i ja najgorzej na tym wychodzę.

Dobry nastrój powrócił.

Po wieczerzy udałem się na spoczynek. W pokoju gościnnym — szablonowym, ale dużym i jasnym zastanowił mnie od razu monotonny odgłos płynący zza okien, jękliwy jak bełkot fali. Otworzyłem okno. Radosny okrzyk wyrwał się z mojej piersi. Pod oknem, nisko w dole bałwaniła się czarna, spieniona rzeka, dość szeroka, tłukąca się z pasją o wyrwy wysokich brzegów. Patrząc na rzekę, zamyśliłem się głęboko nad Krążem. Postanowiłem zgłębić historię zamczyska i tło, na jakim powstała owa baśń szczególna o wędrującym pradziadku. W toku rozmyślań, sam nie wiem dlaczego, nasunęły się wspomnienia starego opuszczonego pałacu Sławohora nad Dunajcem, w głuchym zaciszu Beskidów. Gdy swego czasu zwiedzałem ten pałac, stróż miejscowy mówił mi, że pałac oczekuje prawego dziedzica, który jest gdzieś w świecie zabłąkany i dlatego pałac co roku kruszy swoje starożytne mury na znak żałoby i opuszczenia. Gdy prawy dziedzic odnajdzie się i stanie w swoich od dawna opuszczonych progach, na Sławohorze życie zapanuje na nowo i góra pałacowa zakwitnie weselem.

Spytałem stróża, typowego górala, dlaczego dziedzic odszedł i kiedy. Góral splunął i odrzekł z flegmą:

— Odszedł! Krew, jaka się tu polała zaschła na murach, łzy jego wsiąkły w głazy i dlatego Sławohora się wali, ale to się wszystko zmieni, gdy pan powróci.

Skąd mi te myśli teraz? Czy nasunęły je szumiące fale rzeki jak tam wartkiego Dunajca? Czy może bór czarny majaczący na przeciwległym brzegu, podobny zupełnie do tego na stokach wyżyn, w których tonie Sławohora? Zmęczony zamknąłem okno, chcąc się położyć do łóżka Naraz usłyszałem za drzwiami ciche kroki. Ktoś zatrzymał się po tamtej stronie.

— Kto tam? — spytałem ostro.

Na progu stanął Kacper — blady, trzęsący się, przerażony. Oczy pełne grozy utkwił we mnie.

— Co się stało? — zawołałem.

— Jaśnie panie, zamek oświetlony — wybełkotał. Nie zrozumiałem, o co mu chodzi.

— Więc cóż z tego? Ktoś tam jest widocznie i oświetlił. Oczy chłopca zrobiły się jeszcze większe ze zdumienia

— Tam nikt nie oświetla, tam nikt nie pójdzie, nigdy. Paschalis ma swoją izbę na dole i tylko kaganek na oliwie. A tam okna głównej sali żarzą się jakimś ogniem. Wszyscy w zamku się obudzili Starsza pani zapaliła światło, ochmistrzyni też i w prawym pawilonie już też nie śpią. Ja sam przybiegłem tutaj, bo myślałem, że może jaśnie pan coś będzie wiedział.

— Nic nie wiem i radzę d iść spać.

— Ale jak okna zamkowe się świecą, to nikt spać nie może. Już się dawno nie świeciły, a tu znowu... — Kacper zniżył głos i dodał prawie szeptem: — To oświetla ten, co z ram wychodzi i grozi na krużganku...

— Brednie opowiadasz, mój Kacprze.

Chłopak drgnął I ze zgrozą zacisnął sobie dłonią usta.

— Boże mój! — jęknął. — Jak broń Chryste, usłyszy! Niech jaśnie pan, sam zobaczy. Widać z małego salonu.

Z lampą w ręku przeszedłem dwa pokoje oddzielające mój pokój od salonu. Postawiłem lampę na bocznym stoliku i wyjrzałem przez okno.

— Czy to te światła, które przebłyskują przez drzewa naprzeciw? — spytałem.

— Nie, to prawy pawilon za gaikiem, niech jaśnie pan spojrzy na zamek, na prawo, w głębi...

Otworzyłem okno i wychyliłem się na zewnątrz. Szereg okien na wysokości drugiego piętra niedostrzegalnego w cieniu nocy gmachu błyszczał mętnym blaskiem księżycowym.

— Gasną — szepnął za mną wystraszony lokajczyk. I rzeczywiście, światło w oknach zgasło nagle jak zdmuchnięte. Ale jakie to było szczególne światło! Biało-zielone, bławe, chłodne jak stal. Może najlepiej określić je jako meteoryczne. Dowiedziałem się, że w zamku nie ma elektryczności i w ogóle ani jednej lampy, ani świec. Wkrótce wyprawiłem Kacpra spać i sam położyłem się do łóżka. Spałem krótko, nerwowo. W ciszy nocy i świtu mąconego przytłumionym szumem rzeki wsłuchiwałem się w jakieś glosy niesamowite wołające ku mnie jakby od strony zamku. Czyżby był to zew tych tajemniczych murów...? Ten dziwny głos wewnętrzny — jakby wymowne bicie serca prześladował mnie nieustannie aż do rana. Jest ósma, dzień mętny, deszczowy, zatopiony w sinawej szarudze. Wygląda raczej na jesienny niż czerwcowy.

Rzeka leży cicha, metaliczna jak wąż przyczajony, spowity w dymie.

Piszę już dwie godziny. W domu cisza, wszyscy widocznie śpią. Gabriel mówił, że sypia długo. Mnie to wszakże nie obowiązuje. Czuję się wyczerpany, ale Krąż pobudza coraz bardziej moją ciekawość. Pójdę na zwiady. Nie rozumiem, dlaczego doznaję lekkiej tremy. Niesłychany objaw! Co u licha! Cóż za wpływ ma ten Krąż... czyż mu ulegnę?



17 czerwca

Jestem, wyrażając się plastycznie, przepełniony Krążem i jego mieszkańcami. Cóż to za szczególne miejsce — panuje tu baśniowy nastrój. Czasem zdaje mi się, że to dalszy ciąg moich dziwacznych snów. Na każdym kroku mgły tajemnic. Gdy wczoraj o ósmej rano wyruszyłem z mego pokoju na zwiady, spotkałem najpierw Kacpra. Zaprowadził mnie do pokoju stołowego na śniadanie i stojąc przy samowarze, wdał się ze mną w rozmowę, wcale o to nie proszony. Widziałem, że pała ciekawością, kim jestem i w jakiej roli tu przyjechałem. Przyglądał mi się bardzo uważnie i miał wielką ochotę do obszerniejszej rozmowy, ale ja wolałem samemu sobie zawdzięczać wszelkie spostrzeżenia i wiadomości. Moja powściągliwość tym bardziej niepokoiła gadatliwego chłopca. Przeprowadził mnie potem na ganek pod filarami opleciony caprifolium. Czuć tam było silny zapach pochodzący od mnóstwa cielistego koloru baldaszków łych wytwornych kwiatów. Na wprost ganku, na obszernym dziedzińcu, ujrzałem wielką kępę drzew. Był to gaj świerków, jodeł i modrzewi rozjaśniony gęstymi świecami brzóz o białej jak śnieg korze. Ich jasnoseledynowe pióropusze na tle głębokiej zieleni drzew iglastych wyglądały malowniczo. Gaik ten przyciągnął mój wzrok. Chciałem mu się dokładniej przypatrzyć. Zbiegłem z ganku i stanąłem oniemiały. Ujrzałem przed sobą w głębi, na prawo zamek w całej wspaniałości frontowej fasady. Zdumienie moje było zupełnie uzasadnione, gdyż był to zamek z mojego snu — identyczny. Gmach szary, ponury, sprawiał przygnębiające wrażenie, także znajome z sennych marzeń. Nawet płyty kamiennych schodów poprzetykane porostami traw były takie same. Przetarłem oczy, chcąc się przekonać, że to nie sen i odruchowo, bez namysłu podążyłem w stronę zamku. Właśnie wstępowałem na schody zakończone szeroką płaszczyzną wielkiego portyku pod sklepionymi arkadami, gdy przede mną otworzyły się nagle drzwi wejściowe, a właściwie wierzeje z okutych bierwion dębowych. Stanął w nich jakiś cudak — człowiek bardzo stary, zupełnie łysy, żółty jak Chińczyk, z twarzą z niezliczonymi fałdami, bruzdami, głębokimi załamaniami i szczególnymi węzłami Twarz ta ozdobiona figlarną parą uszu daleko odstawionych i o wiele za dużych przypominała stary, zmurszały pergamin rozpięty na dwóch hakach i ciężko obwisły. Oczy okrągłe, wypukłe, bure czy żółte, bez brwi i rzęs wyglądały jak dwa zardzewiałe nity wbite w ten zmurszały zwój pergaminu żółtego, z dostateczną warstwą kurzu w załomach. Cała figura tego osobnika niemiłosiernie chuda robiła wrażenie szkieletu obciągniętego żółtą skórą. Nogi cienkie, w białych pończochach obcerowanych szczodrze, w pantoflach z klamrami antycznej mody — istne dwa patyki podtrzymujące deskę korpusu. Człowiek ten ubrany był w atłasową mocno wytłuszczone spodenki krótkie do kolan, szerokie jak worki i w taką samą szeroką kamizelę również wyświeconą od tłuszczu. Biały strzęp halsztuka i czerwony widocznie za czasów swej młodości, dziś rudoplamisty frak ze złoconymi guzikami dopełniał tego stroju, który zdawał się błagać o strych i stary kufer z rupieciami, a w świetle dnia urągał własnej przeszłości. Najciekawsze jednak było wrażenie, jakie wywarłem na właścicielu tego stroju. Spojrzał na mnie i jego rudo-złote oczy znieruchomiały. Odskoczył w tył, a w jego źrenicach odmalowało się najwyższe przerażenie. Bełkotał coś niezrozumiałego, patrząc na mnie jak w obłędzie. Domyśliłem się łatwo, kto to jest.

— Dzień dobry, Paschalisie — rzekłem obcesowo. Zatrząsł się cały jak spróchniały odłam pnia uderzony kijem i jeszcze bardziej zżółkł.

— Co to? Jak to? Wielka fortuno! — wyrzucił gwałtownie ze zwiędłych ust i nagle zgiął się przede mną niemal do ziemi, na swych chudych, trzęsących się, białych, pocerowanych piszczelach.

— Jaśnie wielmożny Pobóg! Pobóg! Boże wielki! Co... jak..? Fortuno!

Zaciekawiło mnie, skąd zna moje nazwisko.

— Chcę obejrzeć zamek — rzekłem, nie zdradzając zdziwienia.

Wstąpiłem do wielkiej sieni zamkowej, mrocznej, zimnej, ponurej. Zaduch stęchlizny nie pozwalał tu oddychać.

Doznałem jakby uderzenia w piersi, cofnąłem się. Zostawmy zwiedzanie na potem. Dławiło mnie przykre uczucie ciężkie nad wyraz i tym bardziej przykre, że już ni znane. Wszak tego samego uczucia doznawałem w snach, wchodząc do tajemniczego zamku...

Z nieprzyjemnym dreszczem wewnętrznym powróciłem na ganek.

— Jaśnie wielmożny, nie wiedziałem, nie wywietrzone! Dawno, dawno! Co... jak!?

Paschalis skłonił się prawie w pas i znikł w czeluściach sieni, nie zamykając drzwi. Miałem wrażenie, że z jakiejś dziury obserwują mnie na pewno jego żółto-bure oczy pająka.

Zapaliłem papierosa i wolno zstępowałem ze schodów. Nowe dziwo... Z prawej strony ganku wyszła postać wysoka, zagadkowa. Mężczyzna czy kobieta? Chuderlawe kształty owej postaci ginęły niemal w głębokich kaloszach i w burce nieokreślonej formy wiszącej na niej jak na szaragach. Kołnierz wytarty do białości okrywał twarz do połowy. Głowę miała owiniętą aż po brwi w czarną, włóczkową czapkę. Pomimo jednak tego pozornego ubóstwa na kołnierzu po bokach twarzy suchej jak trzaska ujrzałem dwie wspaniałe perły spływające z osady brylantowych kolczyków. A więc to kobieta!

— Babka Gundzia?

Byłem od niej o parę kroków. Zatrzymała się jak wkuta w ziemię. Oczy czarne, wypukłe, przenikliwe wpatrzyły się we mnie ze zdumieniem i przestrachem gwałtownym. Co we mnie jest do diabła... — pomyślałem z przykrością. Skłoniłem się w milczeniu.

— Kto pan jest? — wypadły szybkie, skandowane słowa z wąskich ust starej kobiety.

— Przyjechałem wczoraj z Gabrielem... Jestem...

— Był w zamku? — przerwała ostro.

— Kto?

— Pan... widziałam!

— Paschalis otworzył drzwi, wszedłem do sieni, ale...

— Paschalis? Co to znaczy? Kto pan jest? Skąd znasz Paschalisa... Ktoś ty...?

Jej szczególny niepokój, prawie trwożny, wzmagał się. Zaryzykowałem:

— Jestem jedynym wnukiem brata... pani, Marcelego Poboga Roman Pobóg z Uchań...

Zapewne miałem zakłopotany uśmiech na ustach, lecz i ten znikł wobec wyrazu twarzy staruszki po moich słowach.

— Ktooo?!

— Roman Pobóg z Uchań. Tak jest, syn Pawła, wnuk Marcelego, prawnuk Hieronima — wyrecytowałem jak uczeń.

Na dźwięk ostatniego imienia staruszka szarpnęła się z głuchym okrzykiem przerażenia.

— Milcz!

Wzburzyłem się, już miałem cisnąć coś przykrego i odejść, gdy staruszka zawołała z wyraźną męką na twarzy:

— Nie wymawiaj tego imienia, nie trzeba!

— Ależ, ciociu!

— Cóż to znowu?!

— Chyba mam prawo nazywać tak rodzoną ciotkę mego ojca?

Spojrzała na mnie spod czoła, ponuro, niezbyt życzliwie. Odwróciła się i nie podając mi ręki, rzekła krótko:

— Chodź do pawilonu.

Zrównałem się z nią. Szła bardzo prędko, trochę pochylając naprzód wysoką, chudą postać. Spostrzeżeni, że rozmowa nasza miała świadków. Pod filarami ganku stał Paschalis. Twarz jego z daleka podobna była do głowy starego osła. Spoza gaju, skąd wyszła babka, wyglądał, chowając się za jodłę stangret Bogdziewicz. Poznałem go od razu po bokobrodach i jednym oku. Oko to o spojrzeniu ostrym jak strzała przeszywało mnie na wskroś. Wzruszyłem ramionami. Zaczynało mnie to wszystko śmieszyć. W przedpokoju babka Gundzia zrzuciła burkę, zanim zdążyłem jej pomóc. Z tą samą żywością powyciągała nogi z otchłannych kaloszy. Czapkę cisnęła na stolik. Figurę miała okropną, wysoką, płaską. Ubrana była w szarą suknię. Głowa duża, sucha, o twarzy ściągniętej, bardzo bladej, trzymała się sztywno na cienkiej szyi jakby na sztabie żelaznej. Włosy obfite, zupełnie białe, miała gładko zaczesane w zwinięty ciasno warkocz na tyle głowy. Rysy twarzy wydatne, usta zaciśnięte jakby gniewnie oraz czarne, długie brwi nad czarnymi oczami czyniły tę fizjonomię niezwykle surową. Prócz wspaniałych kolczyków z perłami wiszącymi prawie do pół szyi babka miała suknię zapiętą wielką broszą brylantową, też z perłami Trzy perły także w kształcie gruszek przypominały wielkie łzy. Na chudych palcach miała liczne pierścienie i sygnety.

Babka kiwnęła na mnie ręką. Przez parę dziwacznie umeblowanych pokoi weszliśmy do małego gabinetu, gdzie palił się na wielkim kominie suty ogień, trzaskając wesoło. Tu dopiero babka podała mi rękę nerwowo, tak że zaledwie dotknąłem ustami jej palców.

— Siadaj... no, tu naprzeciw mnie.

Sama wsunęła się w głęboki fotel na wprost ognia stojący.

— Tedy mówisz... że Pobóg? — padło ostre pytanie.

— Jestem rodzonym wnukiem Hieronima Poboga po mieczu.

Zbladła i zadrżała, nie spuszczając ze mnie oczu.

— Któż ci to... to mówił?

W słowach jej był ton twardy, nieprzyjemny.

— Mówił mi mój ojciec, Paweł.

— Z Uchań?

— No tak.

— A Marceli?

— Dziad Marceli dawno nie żyje, umarł w Paryżu.

— A jego żona?

— Również. Oboje spoczywają na cmentarzu Montmartre.

— A jego dzieci?

— Jest tylko ojciec mój, Paweł.

— A jego dzieci? — powtórzyła niecierpliwie.

— Jestem jedynakiem.

Babka oderwała oczy ode mnie, spojrzała na ogień. Coś jakby lekkie westchnienie uniosło zapadłą, suchą pierś staruszki. Trwało to chwilę i znów czarne źrenice wpatrzyły się we mnie uważnie, badawczo, z dziwną iskrą tlącą się w ich ponurej czarności.

— Ojciec... zdrów?

Odczułem, że to pytanie zdawkowe. Ominąłem je celowo, zagadnąwszy ze swej strony:

— Ciocia nie zna rodziny naszej od czasu dziadka Marcelego. Nieprawdaż?

— Nie! — brzmiała krótka, gniewna odpowiedź i spytała innym tonem: — Jakimże sposobem przyjechałeś do Krążą?

Opowiedziałem o spotkaniu z Gabrielem.

— Wariat! — mruknęła.

Nie byłem pewny, do którego z nas odnosił się ten epitet, ale mnie ubawił, więc się uśmiechnąłem.

— Czegóż ty się śmiejesz? — sarknęła zdziwiona. Wpadłem w doskonały humor, jakby na przekór sytuacji. Zacząłem opowiadać o naszej podróży, o Warszawie, zaczepiłem o lata studiów na uniwersytecie, opowiadałem o podróży do Afryki z kolegami. Przeskakiwałem z tematu na temat swobodnie, czując na sobie bez przerwy dwie czarne otchłanie oczu babki.

— A cóż ty będziesz robił w Krążu?— przerwała moje opowiadanie.

Tego właśnie chciałem.

— Krąż bardzo mi się podoba — oświadczyłem skwapliwie. — Zamek wspaniały. Korzystając z łaskawego zaproszenia Gabriela, a przypuszczam, że obecnie i... cioci — skłoniłem się przed nią głęboko — ...chcę tu pobyć jakiś czas, by poznać to ciekawe miejsce.

— Ciekawe? — zdziwiła się.

— No, zamek starożytny, gmach niepospolity, nieczęsto się taki spotyka w kraju. Pragnę mu się bliżej przypatrzyć, zapoznać się z tą budowlą archaiczną.

— W Krążu niebezpieczne takie eksperymenty.

— Dlaczego? — spytałem.

— A... czy Gabriel nic ci nie mówił?

— Czy o tym, że podobno w zamku ktoś straszy?

— Nie ktoś straszy, lecz zamek ten jest groźny. Nie mów z lekceważeniem o rzeczy, której nie znasz.

— Sądzę, że to nierealnie brane fakty?

— To są właśnie fakty i ty im nie zaprzeczaj.

— Chciałbym je zbadać.

— Nie radzę, nie radzę! Może się to dla ciebie smutno skończyć. Nic tu nie ma do badania, nic do oglądania w tej starej, okropnej ruderze. Tylko taki nietoperz jak Paschalis może tam mieszkać.

— Pyszne określenie... nietoperz — zaśmiałem się. — Czy on mieszka sam w tym gmachu?

— Tak... zupełnie sam.

— Może to on urządza owe strachy? Babka zerwała się z miejsca.

— Milcz! Jeszcze nam nieszczęście sprowadzisz.

Zaczęła chodzić po pokoju szerokimi krokami, założywszy na piersiach splecione ramiona. Przerwałem milczenie.

— Wczoraj w nocy Kasper był przerażony, ujrzawszy światła w oknach zamkowych. Po prostu ktoś był w zamku ze światłem i to już wywołało popłoch. Może wszystkie inne strachy są tak samo wątpliwej natury?

Babka Gundzia stanęła przede mną w wyzywającej pozie.

— A czy ty wiesz, dlaczego te światła przeraziły wszystkich?

Milczałem umyślnie, zrobiwszy brwiami znak nieświadomości.

— Nie wiesz? No więc, skoro nie wiesz, to nie przesądzaj sprawy.

Nie powiedziała mi tego, co mówił Kasper o owych światłach w zamku. Nie zdradziłem się, że o tym wiem.

Tymczasem podano drugie śniadanie Obiad jadają tu o szóstej wieczorem. Gabriela nie było. Na wyrażoną przez mnie uwagę, czy nie chory, babka sarknęła:

— Przecież on z dnia robi noc, a w nocy awanturuje się zawsze. Uciekniesz ty z Krąża, gdy go lepiej poznasz — zaśmiała się.

— Kogo? Gabriela... czy Krąż?

— Wszystko!

Wszedł rządca Korejwo — mężczyzna w starszym wieku, rubaszny, o dobrodusznym wyrazie twarzy pospolitej. On także, usłyszawszy moje nazwisko, spojrzał na mnie z takim zdumieniem jakby własnym oczom nie wierzył. Nagle stanął przed nami Gabriel — kwaśny, niewyspany. Podał mi rękę, poprawiając monokl dwoma sakami. Babkę przywitał, cmoknąwszy ją w rękę w powietrzu,

— Cóż to za objawienie, że tak dziś wcześnie? — spytała staruszka.

— Musiałem leczyć pacjenta, jest przeziębiony.

— Kto?

— Fortepian, przecie nikt inny mnie tu nie obchodzi.

— Cóż mu się stało? — spytałem z uśmiechem.

— A cóż, Kacperek kochany wietrzył salę, gdy padał leszcz. Jemu się zdaje że Blüthner to stara pierzyna i zwyczajny cymbał, z którym się można obchodzić jak kto chce.

Przydreptała do stołu nowa osoba — jejmość o kształtach powydymanych jak balony. Wdzięki te były tak silnie skrępowane gorsetem, że aż wystąpiły jej na twarz ogniste wypieki. Włosy miała rude, przypieczone żelazkiem w pukle. Szła podrygując z piersią jak kopuła podaną naprzód, wystrojona — w lekkiej, różowej, młodzieńczej sukni — prawdziwa reklama pretensji bez kwalifikacji do tego. Podbiegła do Gabriela z ciężką imitacją lekkości i rzekła z umizgiem:

— Niech mnie pan przedstawi temu panu.

— A po co? On to i sam zrobi — odrzekł Gabriel, zabierając się do polędwicy.

— Roman Pobóg — rzekłem z ukłonem. Cofnęła się i oniemiała. Oczy jej zamigotały niespokojnie, wyglądała na przerażoną.

— Czy pani zwariowała? — sarknęła babka gniewnie. Jejmość opanowała się natychmiast i podała mi rękę z godnością niewypowiedzianie śmieszną.

— Jestem Chmielnicka, w prostej linii od...

— Od babki Chmiela i jakiejś krasawicy z Zaporoża — rzekł Gabriel z humorem.

— Ee. Pan Gabriel to zawsze dokuczliwy.

— Nie zawsze, tylko przy tak podłej polędwicy.

— Albo jak fortepian kataru dostanie — uśmiechnął się Korejwo.

— A tak, bo cały Krąż nic niewart wobec mego Blüthnera.

— Są ich tam przecie całe zastępy — dogryzła babka.

— Ale on jedyny.

Gabriel z kwaśną miną jął dogadywać babce w sposób bardzo niesympatyczny. Widziałem, że staruszka mieni się na twarzy. Było mi przykro i wstyd za niedelikatność Gabriela. Chciałem przerwać jego złośliwość, gdy uprzedził mnie Korejwo, pytając, dlaczego „pan dziedzic” po wycieczce do Warszawy nie grał dziś jak co dzień. Gabriel krzywił się jak po piołunie.

— Najpierw nie co dzień, lecz co noc i niechże się on oduczy dawać mi idiotyczny tytuł. Dziedzic to trąci borą, zaraz mnie zalatuje woń tej instytucji i tracę apetyt. Czy byłeś w zamku? — zwrócił się do mnie gwałtownie.

- Jakże tam Hieronimek? Wylazł z ram na powitanie moje?

Babka zadrżała...

— Gabrielu!

— Już by też pan i nie wspominał nie wiedzieć co! - jęknęła hetmanówna. Gabriel wzruszył ramionami.

— No jakże! Być w Rzymie i nie widzieć papieża? wszakże wczoraj sam się oznajmił, iluminując zamek zapewne in gratiam przyjazdu Romana. Pobóg witał w ten sposób Poboga! To sprawka pradziadunia. Znam ja go dobrze. Oho! — zatrząsł widelcem nad moją głową.

Babka Zatorzecka zerwała się z krzesła.

— Jeżeli natychmiast nie przestaniesz, wyjdę z pokoju. Była blada jak widmo, przestraszona. Żal mi się jej zrobiło. Chwyciłem rękę staruszki i ucałowałem, zatrzymując silnie na miejscu.

— Babciu droga — tytuł ten wypowiedziałem odruchowo i tak już zostało — Gabriel żartuje. Po co się tak przejmować? No, proszę usiąść, proszę nam nie uciekać, będziemy mówili o czym innym.

Spojrzała na mnie bezmiernie zdumionymi oczyma, usta jej się zatrzęsły z wrażenia. Usiadła dziwnie zmieniona.

— Są rzeczy, z których żartować nie wolno — rzekła półszeptem, z naciskiem.

— Nie wolno! — powtórzył Gabriel z patosem, podnosząc wysoko palec wskazujący i grożąc nim nad swoja głową. Oczy przy tym otworzył szeroko, tak że monokl spadł mu prosto na talerz i osiadł na gęstym sosie jak kość na błocie.

— O... co chodzi?

Był zły, zaczął z niezwykłym namaszczeniem wyjmować monokl palcami i widelcem. Ocierał go chusteczką do nosa, którą potem bez ceremonii rzucił w potrawy i krzyknął na Kacpra ostro:

— Daj drugi talerz, a uważasz... zęby w gardło, ośle! Chłopak dusił się od śmiechu. Hetmanówna schowała twarz w chustkę.

Zacząłem mówić o czym innym, bo i mnie komizm te chwili, a zwłaszcza mina Gabriela ubawiła serdecznie. W toku mojego opowiadania zauważyłem, że babka spogląda na mnie ciekawie i jakoś inaczej niż przedtem.

Przyciszonym i trochę drżącym głosem spytała mnie czy dawno straciłem matkę. Rozmowa skierowała się na moją rodzinę i Uchanie. Babka była powściągliwa w pytaniach, ale wyczułem, że temat ten interesował i zarazem bolał. W wyrazistych oczach babki był stały niepokój. Dostrzegłem w nich też wzruszenie tłumione jakby gniewem.

Po śniadaniu udałem się z Gabrielem do jego pokoju, słusznie mówiła babka, że posiada on zastępy fortepianów. Wielki okrągły salon zastawiony był tylko tymi instrumentami. Naliczyłem ich dwanaście. Jak duże foki rozpierają się tu wszędzie błyszczące ich cielska. Wyróżnia tę mahoniowy przepiękny Blüthner. Palisandrowy — jakiejś starej firmy pyszny okaz i wąski, wydłużony antyk klawikord — wielce widać sfatygowany kolejami swego istnienia, pełen inkrustacji emaliowanych, medalionów złoceń.

Wszystkie fortepiany starannie pozamykane, oddalone od kwiatów bardzo niepospolitych, których tu jest również pełno. Doniczki kwiatów pogrążone są w porcelanowych wazonach. Widocznie się tu obawiają, by wilgoć najmniejsza nie zaszkodziła płucom faworytów. Posadzka jak szkło, żadnego dywanu, ściany pokryte białym jak marmur bukiem, puste, gdyż, jak twierdzi Gabriel, obrazy tłumią akustykę. Na wprost Blüthnera, na sztalugach stoi portret kredkowy młodej, ślicznej dziewczyny. Główka malownicza z rozpuszczonymi warkoczami przykuwa wzrok. Nie chciałem pytać, ale byłem pewny, że to Weronika, prymy, żałobny wyraz jasnych oczu na portrecie zaciekawiał. Przyglądałem się zbyt długo. Gabriel majstrując coś koło fortepianu, rzucił na mnie okiem.

— Podziwiasz Glicynię Krąża? Kredka nie jest w stanie wykazać całego jej piękna. Zdawać by się mogło, że wszelkie strachy powinny się łasić do niej jak psy i nie dokuczać jej, a oto widzisz, jest inaczej. Weronika chora z powodu wczorajszego dowcipu pradziadunia.

— Czy ona mieszka w zamku? — spytałem.

— Nie, gdzież tam! W prawym pawilonie, ale tam widziano światła lepiej niż u nas. Byłem ciekawy, kun jest Weronika, lecz ponieważ Gabriel nie zdradzał chęci mówienia o niej, nie pytałem. Natomiast prosiłem go, by zagrał.

— Teraz? Nigdy! Nie grywam za dnia.

— W takim razie do widzenia, idę na przechadzkę.

— A nie natknij się gdzie na Hieronima, a gdyby, to mu daj ode mnie reprymendę za nastraszenie Weroniki — zawołał za mną.

Wyszedłem na dziedziniec mający w środku skupisko drzew. Rozejrzałem się ciekawie dokoła. Dziedziniec zamyka wielka brama murowana, z daszkiem staroświeckim, z wieżyczkami — nie tyle ładna, ile ciężka i jakaś więzienna. Minąwszy ją, ujrzałem przed sobą przestrzeń wzgórzystą okoloną czarną linią lasu. Pod lasem błękitniały dymy — zapewne wioska.

Na polach zielonych od zbóż stoją drzewa pojedyncze jak maćkowe grusze, gdzieniegdzie kępa tarnin. Wszystko w mętnym tumanie deszczowego pyłu miało w sobie przedziwną melancholię. Poza prawym pawilonem zamku grupują się murowane budynki gospodarcze, dawniej widocznie świetne, dziś bardzo zębem czasu naruszone, gdzieniegdzie prawie walące się. Jaskrawe plamy nowych budynków odcinają się wyraźnie na tle tych szanownych półruin, świadcząc, że jest tu w Krążu jakaś ręka, która nie zapomina o przyszłości, nie unicestwiaj zabytków przeszłości. Nie czułem jednak ochoty do zwiedzania gospodarstwa, tym bardziej że przy budynkach kręcili się ludzie, ja zaś wolałem być sam. Zawróciłem przeto w przeciwną stronę, ku zaroślom otaczającym lewy, zamieszkany przez nas pawilon.

Prosta wstęga rzeki idąca spod lasu czyniła tu wygięte do wewnątrz półkole i płynęła pod wyżyną zamkową szeroka, zbałwaniona, koloru żelaza. Zstąpiłem na brzeg pokryty mokrym piaskiem. Stało tam parę łodzi rybackich, a na kołkach suszyły się niewody i węderze. Ludzi nie było. Patrzyłem długo na rzekę. Monotonny szelest jej wód nasuwał mi jakieś wspomnienia odległe, nieuchwytne majaki. Szelest wody przy brzegu szeptał tajemniczo, i wyobraźnia moja podchwytywała te szmery i może krasiłaby je fantazją marzeń, gdybym się chciał poddać nastrojowi, jaki budziła we mnie ta ciemnostalowa wstęga wody wśród łąk zielono-mglistych.

Rzeka zakręcała prosto pod zamek. Przez małą bramkę w murze otaczającym siedzibę wszedłem do cienistego parku. Wielkie, stare drzewa kończyły się tuż nad piaskiem nadbrzeżnym. Park z wyżyny zamkowej spływał potokami zarośli ku rzece. W pewnym miejscu wrzynał się w niego ostrym węgłem budynek lewego pawilonu i wznosił się tuż nad rzeką.

Spojrzałem w górę. Tam jest okno mego pokoju, w tym szeregu okien błyszczących szybami niby tafelkami lodu.

Poza rzeką rozpościerają się łąki młodą zielenią traw kępami rokiciny buchające, dalej las zwarty, nieprzenikniony... czarny, snadź iglasty. Idąc po piasku mokrym, usianym kamieniami i muszlami, minąłem mury pawilonu i znalazłem się znowu w parku. Był to ogromny narożnik półkolisty, zarośnięty całkowicie starodrzewiem. Rzeka odsunąwszy się prawie gwałtownie od przeciwległego węgła pawilonu, otaczała ów narożnik szerokim wieńcem, by znowu podpłynąć pod potężny cokół gmachu zamkowego, liżąc w pokorze jakby jego stopy. I... oto znowu odsuwała się łagodnie dalej i dalej, ustępując miejsca rozbuchanej masie drzew cofniętych ku rzece i odkrywających wielką płaszczyznę przed tarasem zamczyska. Wyglądało to tak, jakby niezliczone legie starodrzewu odepchnęły od zamku natrętną rzekę i stały na straży, by nie powróciła. Dobra nazwa — Krąż. Rzeka istotnie otacza całą wyżynę krętym kołem, bo i w oddali po stronie prawego pawilonu i folwarku poza nim prześwitywały stalowe fale i słychać było przytłumiony huk wody. Wodospad, porohy jakieś czy młyn? Nie zastanawiałem się nad tym, gdyż zajął mnie teraz widok zamku odkrytego w całej chwale archaizmu i siły. Gmach nie jest kolosalny, ale jednak duży. Ściany łamane we wnęki i występy murów, okrągła, narożna baszta zębata z wąskimi oknami, parę krużganków i wieżyczki. Dach ciężki, także łamany z blachy dobrze sczerniałej. Taras otoczony kamienne balustradą, z niego wiodą do wewnątrz wielkie odrzwia zaokrąglone u góry jak dwie połowy tarczy. Okna wysokie i wąskie na parterze. Na pierwszym i drugim piętrze są już rozmaite. Widać nawet kilka weneckich, snadź dorabiano je po kilku wiekach istnienia zamku. W ogóle gmach jest nieco pokiereszowany w stylu wskutek nowo żytnych dotknięć ręki profana, ale całość robi wrażenie ogromne.

Coś mi się zaczynało majaczyć. Jakieś nowe, a nieznane melodie napływały hucznymi tonami — ni to dźwięki kopii uderzanych o pancerze i szczęk dzirytów, ni to chrzęst rozwianych piór husarzy... czy łoskot walących moździerzy... Oto tam hetman na rumaku cisawym w rozwianej opończy, w szyszaku na dumnej głowie... Rząd jego konia bojowy... Hetman skinął buzdyganem, hej! Płyną zastępy rycerzy... tętni łomot chorągwi... W skok!

Ocknąłem się. Cóż mi się majaczy? Zastępy...? Dzisiejszy kasztelan tego zamku ma zastępy, ale... fortepianów. Oprzytomniałem zupełnie, uczułem gorzki smak niechęci z powodu tego przebudzenia... Coś jak raptowne oderwanie się od dostojnych kart i wizji historycznych, by ujrzeć realnie sprofanowany pomnik przeszłości, gdzie „straszy” wedle opinii obecnych kasztelanów. Ale ten zamek jest mi tak samo znajomy jak na przykład Uchanie, tylko Uchanie realne, a zamek ten z sennych widziadeł. Zdumienie moje rosło. Owładnęła mną szalona chęć wejścia do środka zamczyska, które, jak mi się zdawało, rodem również doskonałe. Zapadał lekki mrok wieczorny, zerwał się wiatr, niosąc łoskot drzew tłukących się czubami, suchy chrzęst jodeł i świerków. Robiło to wrażenie jakby park przemówił. Słyszałem jakieś głosy wrócone jakby wprost do mnie.

Stojąc na tarasie przy wielkich odrzwiach wejściowych, rozumiałem, że tędy nie dostanę się do środka. Z wejścia trzeba było zrezygnować, ale w tej chwili zajęło mnie coś innego. Oto napłynęły do mózgu dziwaczne myśli, że po długim i bezcelowym błądzeniu stanąłem nareszcie u mety przywołany tu siłą nadprzyrodzoną, mocą hipnotycznego nakazu czyjejś woli niezłomnej. Oparty na kamiennej, ciężkiej balustradzie patrzyłem przed siebie na rozległy i piękny widok trawników otoczonych zwartym bogactwem drzew. Przez wąską lukę pomiędzy drzewami widać rzekę, łąkę i wioskę pod czarnym murem lasu — kurzącą teraz smugami dymów, które w zapadającym mroku nabrały błękitnosinych tonów.

Rozgwar drzew nie ustawał i oprócz tej chrzęszczącej rozmowy, szelestnych szeptów gałęzi i konarów żadne inne odgłosy nie dochodziły. Byłem pod wrażeniem dziwnego niepokoju koncentrującego się w pytaniu: po co tu jestem i niezwykłej podświadomej pewności, że jestem tu przywołany potężną wolą przeznaczenia czy może fantomu...? Pierwszy raz nie władałem sobą, pierwszy raz byłem pod mocą czegoś, co mnie opanowywało bez mojej woli, bez mojej świadomości. Odnosiłem jedno tylko wrażenie, że nie przypadkiem jestem w Krążu, lecz że to jest konieczność wynikła z szeregu faktów poprzedzających mój przyjazd.

Niepojęte zagadki szły ku mnie z tych starych murów, magnetyczny fluid trzymał się tu uparcie i popychał do wnętrza. Pogrążyłem się w mgławicy własnej psychiki, której nie mogłem zgłębić i nie chciałem. Może to wpływ zabobonów krążących dokoła zamku, lecz na to chyba jestem zbyt trzeźwy. Pogrążony w tej zadumie usłyszałem nagle czyjeś kroki na asfalcie chodnika pod tarasem. Wychyliłem się poza balustradę. Kroki zbliżały się. Szedł Gabriel. Mijał zamek, nie widząc mnie. Zmierzał na lewo, w stronę prawego pawilonu.

Domyśliłem się, że zapewne idzie do Weroniki. Znikł węszcie w podłużnym, niskim budynku w głębi parku. Nie zauważyłem przedtem tęj budowli. Wkrótce błysnęło tam światełko i rozjaśniła się prawie cała ściana pochyła do wewnątrz — a więc to cieplarnia.

Teraz dopiero zrozumiałem, skąd Gabriel ma w pokoju swoim tak piękne okazy kwiatów. Ponieważ i ja przepadam za kwiatami, postanowiłem tedy iść za nim. Dowodząc do oranżerii, usłyszałem wesoły śmiech kobiecy. To mnie na chwilę powstrzymało, ale wnet pchnąłem drzwi i stanąłem na progu. Byłbym wydał okrzyk zachwycenia na widok cudownej otchłani kwiecistej, gdyby nie inny jeszcze widok, który powstrzymał mi głos.

Na wysokiej drabince, w świetle jasnej lampy, stała postać kobieca zwrócona twarzą w stronę oranżerii, czyli profilem do mnie. Jedną ręką trzymała się za wyższy szczebel, drugą otulała suknię dokoła nóg. Gabriel stojąc bliżej, trzymał jej stopy w objęciach rąk i przyciskał do nich usta.

Tableau! Co tu robić? Lada chwila Gabriel i ona, oczywiście Weronika, dojrzą mnie i... Tego „i” bałem się najwięcej. Miła sytuacja! Stałem w grubym cieniu cedrów zdobiących wejście, lecz bezpieczniej było wycofać się, ale jak...?

— Niech pan puści moje nogi. Ojej, bo zaraz tatko nadejdzie! — zawołała piskliwym głosikiem.

— Tatko dobrze wie, że cię kocham — odrzekł Gabriel.

Masz tobie! Tatko! Włosy stanęły mi na głowie. Ktokolwiek on jest ów tatko, wejdzie naturalnie tymi drzwiami, przy których stoję. Co robić...? Zaryzykowałem śmiały czyn. Lekko i cicho jak sprawny kot zaczajony na myszy albo zazdrosny maż cofnąłem się i... nagle z hałasem otworzyłem drzwi, wchodząc z impetem.

— Tatko! — krzyknęła z przestrachem dziewczyna. Ja byłem już w pełni światła, blisko nich. Zatrzymałem się, gdyż tak wypadało. Dziewczyna jak wiewiórka zbiegła z drabinki z okrzykiem przerażenia. W tej samej chwili wszedł „taiko”. O, błogosławiony mój pomysł udanego wtargnięcia! Gdybym się był wahał... Gabriel wziął za rękę piękną pannę i rzekł niedbale:

— Przedstawiam... pani mego kuzyna... Romana Poboga... Panna Weronika Ślazówna. Pan Ślaz — dokończył prezentacji, wskazując na „tatkę”.

Podałem im rękę, patrząc z zaciekawieniem na pannę. Ale uniżoność, z jaką mnie witał „tatko”, jego uparte wpatrywanie się we mnie, jego cała z gruba ciosana postać zastanowiła mnie. Kim on jest? Miał wygląd niższego oficjalisty.

— Wielmoż... Szanowny pan wczoraj w nocy przyjechał? Ja wiem, z naszym panem Gabrielem. Jakże się wielmożne... szanownemu panu oranżeria podoba? Bo to jest moje gospodarstwo.

Prezentacja dopełniła się sama przez się... A więc ogrodniczka! Zauważyłem, że ile razy „tatko” zdradzał tendencję nazwania mnie wielmożnym, córka gwałtownym znakiem mimicznym hamowała go. Ów pan Ślaz przypatrywał mi się natrętnie i chciał widocznie o coś spytać, ale zawahał się. Zamieniał z córką porozumiewawcze spojrzenia.. Ona również patrzyła na mnie wzrokiem przestraszonym.

Sytuacja była zabawna, lecz nieprzyjemna... Tu chyba wszyscy widzą we mnie jakiegoś upiora...?

Ślaz pokazywał mi oranżerię bogatą w okazy kwiatowe. Niepokój ogrodnika rósł widocznie. Nareszcie skorzystał, że Gabriel z Weroniką ukryli się w gąszczu palm i spytał uniżonym głosem:

— Wielmożny pan jakoby nazywa się... Pobóg. Przepraszam, ale pan Gabriel tak mówił.

— Nie jakoby, ale jestem istotnie Pobóg.

— Rzeczywiście... tak... bo to nawet podobny jaśnie pan do... — przeżegna się. — Panie świeć... — rozejrzał się trwożnie dokoła. — Ech! nie będę wspominał.

— O czym to pan nie będzie wspominał? — spytałem, podchodząc do niego bliżej.

Ślaz odskoczył ode mnie przerażony. Zakrył sobie oczy.

— Co u diabła! Co za komedie pan wyprawiasz?

— Byłem już Ąj.

Gabriel usłyszał mój podniesiony głos i wyszedł z Weroniką zza klombu palm. Spojrzał na nas i widocznie zorientował się w sytuacji Ale zamiast do ogrodnika, zwrócił się do swej panny. Podprowadził ją do mnie i nagle żywym ruchem obmacał mnie obiema rękami od szyi do stóp, jakby dokonywał osobistej rewizji. Stało się bo tak prędko, że nie zdążyłem zaprotestować.

— No, widzi pani, że to człowiek żywy, nie zaś duch.

— Mówiąc to, ujął rękę Weroniki i dotknął nią mego ramienia. — Cóż, nie boi się już pani? — spytał z odcieniem ironii.

— Powiedz nareszcie, Gabrielu, za kogo mnie tu biorą? Bo nie spotkałem osoby w Krążu, której bym nie przeraził. Domyślam się, że przypominam zapewne jakiegoś upiora grasującego w Krążu. Dziś wieczorem idę do zamku.

— Ach! ach! — wykrzyknął jednocześnie tatko Ślaz i panna Ślazówna. — Niech pan tam nie idzie! A już wieczorem, za nic! — szepnęła Weronika, składając pobożnie ręce przy ustach.

— A ot co... może to i dobrze, że pan przyjechał tutaj... może to i przeznaczenie, co ludzie gadają... — rozwlekłym głosem rzekł ogrodnik Ślaz, trzymając się jednak przezornie daleko ode mnie.

Gabriel spojrzał na niego ostro i ostentacyjnie wzruszył ramionami.

— Toż nie ja, lecz ludzie gadają... że jakby...

— No, dosyć! — szybko przerwał Gabriel. Uścisnął rękę Weroniki, istotnie prześlicznej dziewczyny, ja skłoniłem się z daleka i wyszliśmy z cieplarni. Gabriel milczał. Chciałem go szczerze wybadać co do zagadkowych słów Ślaza, lecz po krótkim namyśle dałem spokój. Postanowiłem bagatelizować rzecz całą wobec wszystkich i, o ile zdołam, wobec siebie. Przyznaję, że mnie to jednak intryguje.

Przy wieczornej herbacie Gabriel ciągle grymasił, przedrzeźniał się z hetmanówną, z lekka dokuczał babce. Gdy zaś staruszka z wyraźnym zaciekawieniem spytała mnie, gdzie byłem, opowiedziałem jej o wędrówce po parku. Instynktownie nie wspomniałem o wizycie w oranżerii. Wtem rządca Korejwo rzuciwszy ukośne spojrzenie na Gabriela, niezbyt życzliwe, zainterpelował mnie wprost.

— A jakże się panu cieplarnie nasze podobały? Mówił mi Bogdziewicz, że pan tam był i oglądał kwiaty.

Przemknęła myśl niemiła, że stangret mnie śledzi. Zacząłem tedy wyrażać swoje szczerze pochlebne zachwyty, widząc uważny wzrok babki i skrzywioną minę Gabriela.

— Czy i Glicynię widziałeś, czy i ciebie oczarował ten cud? — spytała babka tonem szyderczym.

Zrozumiałem, o czym mowa i zastanowiłem się chwilę, jak tu odrzec. Wyręczyła mnie znowu staruszka, mówiąc tym samym tonem:

— Jest tu Glicynia, tak nazwana przez... niektórych. Pnie się nie na zamek wprawdzie, bo się go boi, ale opina cały Krąż.

— Zdobiąc go jednocześnie jako jedyne jego piękno - dodał Gabriel.

— Wszystko to piękno dla Krąża, pomimo ponurego zamku, lecz gdyby nie stało Krąża, opadłyby kwiatki Glicynii.

— Ale Krąż jest i będzie zawsze — znowu Gabriel odparował Gundzi.

Zaległa długa cisza i przeciągała się kłopotliwie. Wyczupurzona hetmanówna szepnęła coś cichutko Korejwie prawie do ucha. Miał w oczach zaciekawienie. Mnie zaczynało to już nudzić...

Wtem do jadalni wbiegł pokojowiec Kacper i zawołał głosem spłoszonym:

— Kamerdyner Paschalis bardzo zachorował, cały zamek znowu oświetlony.

Wszyscy zerwali się z miejsc, nawet Gabriel powstał, poprawiając monokl i patrząc krzywo na Kacpra.

— Znowu... znowu... co to znaczy? — wyraźnie usłyszałem z ust babki.

— Kto ci to mówił? — spytał Korejwo półszeptem.

— Światła w zamku wszyscy widzą, cała służba patrzy się z dziedzińca, a Krzepa był u Paschalisa i melduje, że... bardzo chory.

Znowu zaległa głucha cisza.

— Kto to jest Krzepa? — spytałem.

— Stary borowy — odrzekł Korejwo.

— Trzeba by zobaczyć Paschalisa, ale ja nie pójdę za nic na świecie! — zawołała z emfazą hetmanówna.

— Ja mam nocny objazd — bąknął Korejwo.

— Ja pójdę — rzekłem spokojnie.

— No... a ja idę do siebie — zadecydował Gabriel. — Dobranoc państwu. Skinął głową wszystkim i wysunął się z jadalni. Za nim wyszła hetmanówna, Korejwo także gdzieś znikł jak kamfora. Kacper patrzył na mnie z przerażeniem.

— Jaśnie pan pójdzie... tam... do zamku? Oj, jaśnie panie... oj, lepiej nie.

Poklepałem go wesoło po ramieniu, wychodząc z pokoju, gdy zatrzymał mnie głos babki.

— Roman! — zawołała ostro.

Zbliżyłem się do niej, odsyłając Kacpra za drzwi. Stała wyprostowana, oparta o poręcz krzesła, bardzo blada ze ściągniętymi brwiami i grozą w oczach.

— Pójdziesz tam, naprawdę?

— Pójdę, babciu.

— Masz silne nerwy?

— Ależ zapewniam cię, babciu, że się niczego nie boję... Odwiedzę Paschalisa, zobaczę, co mu jest.

— Do sali... głównej, mahoniowej, nie idź... posłuchaj mnie, Romek.

Spojrzałem na nią uważnie, była wzruszona. Podała mi długą, suchą rękę. Ucałowałem ją serdecznie. Staruszka ta była dla wszystkich zimna, odpychająca, ale w jej wzroku skierowanym do mnie dostrzegam czasem jakiś cieplejszy promień.

Przeprowadzony przez Kacpra, podążyłem do zamku. Środkowe okna głównego gmachu błyszczały tak samo jak wczoraj srebrnym, błękitnym blaskiem, nienaturalnym, jakby wewnątrz świecił księżyc w pełni.

— Są to okna biblioteki i głównej sali mahoniowej, w której jest portret pana... Hieronima Poboga — informował Kacper.

Na dziedzińcu, przy gaju drzew, stało pełno ludzi. Wszyscy patrzyli na oświetlone okna. Szeptali w przerażeniu, że to niebywała rzecz, aby światło pokazywało się tak często, ale to pewno dlatego, że on przyjechał. W owym „on” domyślałem się siebie. W gromadzie dostrzegłem świdrujące oko Bogdziewicza. Wpiło się we mnie jak kleszcz w dało. Spojrzałem śmiało i ostro w to oczko małe, ale szczególne — koloru ciemnej stali i zjadliwe. Na mój widok powstał szmer w gromadzie.

— To on... to on... patrzcie, Pobóg... — usłyszałem wyraźnie. — I sam... sam idzie...

— Onże tam może iść, jemu nic złego tam nie będzie — rzekł ktoś głośniej. Miałem wrażenia że był to Bogdziewicz.

Stanęliśmy przed bocznym wejściem do zamku. W tejże chwili Kacper jakby się rozwiał w ciemnościach. Uciekł. Zawołałem go, lecz nikt się nie odezwał. Milczano głucho. Nacisnąłem ciężką, żelazną klamkę. Drzwi dębowe okute sztabami z trudem ustąpiły. Teraz przeciągły okrzyk zgrozy jęknął w gromadzie skupionej na dziedzińcu.

Zamknąłem za sobą drzwi. Ogarnęły mnie ciemności i stęchły zapach niewidzialnego wnętrza. Zapaliłem zapałkę, lecz zgasła natychmiast pod wpływem wilgoci. Jednakże przez tę sekundę zdołałem zauważyć drzwi w głębi sionki. Trafiłem do nich po omacku. Ciężkie odrzwia uchyliły się cicho, błysnęło mdłe światełko w ciasnej izbie. Wszedłem, zatrzymując się na progu.

Na łóżku pod ścianą siedziała skurczona postać męska, plecami do mnie. Człowiek ten pochylony nad łóżkiem rozmawiał półgłosem z kimś leżącym na pościeli. Domyśliłem się, że to Paschalis i Krzepa. Nie zauważony usłyszałem ich przyciszone głosy.

— Mówił coś do was?

— Nie, pokazał na papiery, które zawsze ma przy sobie. Dobrze ja jego rozumiem, wiem, czego chce... Ot co! Kiedy nie było, to nie było, ale kiedy jest, żyje i przyjechał, to Krąż do niego należy... Ksiądz drugą noc przychodzi do mnie, taki straszny! Drugą noc światło w zamku... Boże zmiłuj się... Pewno on potępiony...

— On by zaś znowu? Taki święty? Prędzej stary...

— Stary umarł z czystym sumieniem. Staremu nic, to Haimozena pokuta.

— Jak tak będzie dalej...

Chrząknąłem i podszedłem do nich. Człowiek siedzący na łóżku zerwał się na odgłos kroków. Gdy on i leżący Paschalis ujrzeli mnie, na twarzach ich odbiło się wyraźne przerażenie. Skinąwszy głową na niskie, za niskie stanowczo ukłony starego borowego, który ucałował moje ręce z powagą, zacząłem wypytywać Paschalisa, co mu jest. Był jeszcze bardziej żółty niż dziś rano. Twarz jego pergaminowa mogła być twarzą nieboszczyka, gdyby nie te żywe, palące oczka zielono-żółte, które jak małe płomyki żarzyły się i wżerały we mnie z jakąś zachłanną chciwością. Patrzył tak na mnie, patrzył długą chwilę, nagle i on chwycił moją rękę i przycisnął do zwiędłych, zapadłych ust.

— Dziękuje jaśnie panu pokornie, że zechciał mnie starego odwiedzić. Ja już stary jestem, jaśnie panie, stary... bardzo stary... i jaśnie pan mnie chciał...

— Nie jaśniejcie mnie, bo ja tego nie lubię...

— A! inaczej nie można, nie można — mówił z głębokim przekonaniem.

O chorobie jego dowiedziałem się tylko tyle, że borowy znalazł Paschalisa zemdlonego w głównym korytarzu zamkowym i przyniósł go sam na łóżko.

Spojrzałem na niego — mógł tego dokonać, chłop był wysoki i tęgi jak dąb, chociaż także bardzo już stary. Na kurcie myśliwskiej — skórzanej, wytartej nosił blachę strzelecką wypolerowaną jak lustro, na której ujrzałem koronę szlachecką, pod nią zaś, w miejscu, gdzie powinien być herb blacha była tak pogięta, połamana i wklęsła, że nic nie mogłem odróżnić. Domyśliłem się jeno herbu Zatorzeckich.

— Jakaż przyczyna zemdlenia? — spytałem. Paschalis spuścił oczy, a stary Krzepa szepnął tylko tajemniczo:

— Jaśnie pan widział zamek znowu oświetlony?

— Po cóż Paschalis zapala światło? — zaryzykowałem bez przekonania.

Słowa moje wywarły wrażenie szczególne. Paschalis zatrząsł się, otworzył szeroko oczy i wlepił je we mnie z wyrazem nieopisanego zdumienia i strachu. Krzepa zbladł i także wpatrzył się we mnie wzrokiem przerażonym. Przeżegnał się z widoczną trwogą. Zapadła długa chwila ciszy. Powtórzyłem pytanie.

— Niech jaśnie pan tak, broń Boże, nie mówi — szepnął borowy. — Tu nikt nie oświetla. To... to jaśnie panie, stary pradziad jasnego pana Hieronim Pobóg... Te światła w oknach nie są tak straszne, ale zawsze niesamowicie patrzyć, bo i dawno nie świeciły. Gorzej jak duch pokazuje się w korytarzu głównym albo na krużganku frontowym. To samo co jasny pan mówili z początku Zatorzeccy i... ot uciekli do pawilonu. Tu nikt z nich nie zajrzy, choćby Paschalis umierał... A jemu już niedługo... Te widma jego okrutnie mordują, on wtedy jak martwy chodzi, ni siak, ni jak do niego gadać, sam na spectra wygląda... i potem nic nie pamięta, co się działo.

— Chciałbym obejrzeć zamek. Czy pójdziecie ze mną? — spytałem Krzepę.

Paschalis ciężko dźwignął się na łóżku.

— Ja pójdę.

Zacząłem go wstrzymywać ze względu na jego chorobę. Nie dał się przekonać. Ociężały, ale radośnie ożywiony ubrał się w odwieczną szubę i ruszył naprzód z kagankiem w ręku. Ja podążyłem za nim, na końcu szedł borowy. Pomimo serdeczności, jaką mi okazywali obaj starcy, byłem pewny, że zaczną mnie sugestionować strachami. Śmiałem się w duchu z ich rozczarowań. Minąwszy korytarz ciemny, przypominający klasztorny, weszliśmy do pierwszej komnaty również ciemnej. Rozglądałem się ciekawie. Sala długa i szeroka zapewne niegdyś była balową. Na ścianach zwisały stare obicia, dawniej białe jedwabne, teraz rude jakby w glazurze woskowej, pogryzione gęsto przez mole — rozpaczliwe resztki dawnej świetności. Tu i ówdzie połyskują na meblach stare złocenia, sczerniałe ramy, obtłuszczone politury. Sala ta pełna woni stęchlizny i cuchnącego swędu szczurów, z tymi połyskami złoceń i atłasów, nasunęła porównanie ze starcem wyczupurzonym, a pełnym pretensji i blichtru. Następne pokoje, mniej lub więcej umeblowane, czyniły wrażenie przykre, nie zachęcały. Mijałem je, nie widząc nic osobliwego. Paschalis głosem monotonnym wymieniał mi nazwę każdej komnaty, szedł prędko, nie patrząc na boki, jakby się czegoś lękał. Nieskończona liczba była tych izb obszernych i małych z posadzkami kamiennymi i drewnianymi, wśród bardzo grubych murów, najczęściej o sufitach sklepionych z wąskimi oknami z kratami żelaznymi. Było tu wielkie bogactwo pleśnią okryte. Coś niesamowitego istotnie błąkało się w tych komnatach, szepcząc do przechodnia „uciekaj”. Ale ja wrażenia takie kładłem na karb sugestii. Nic tu się nie błąka, nie ma nic więcej nad ponurą ruinę i pustkę, która ziębi — oto wszystko. Broniłem się przed tą zmorą

męczącą mnie od chwili, gdym tu wszedł. Odrzucałem od siebie przesądy tym bardziej, iż nie ulegałem im nigdy. Jednakże cały mój instynkt samozachowawczy był jakby skierowany tylko na to, by nie lękać się czegoś, co tu przeraża mimo woli i by uciec stąd jak najprędzej.

Komnaty zdawały się nieskończone na parterze i piętrach, szły w amfiladę, załamywały się w różnych kierunkach i pod różnymi kątami, były ich szeregi drażniące swym nierozerwalnym łańcuchem.

— Ile jest komnat w zamku? — spytałem, aby coś mówić i choćby swój własny głos usłyszeć w tym głuchym labiryncie murów.

Paschalis spojrzał na mnie wzrokiem przestraszonym. Palec położył na ustach ostrzegawczo. Nie odezwał się ani słowem i poszedł naprzód przyśpieszonym krokiem. Krzepa wskazał mi wielkie drzwi dębowe okute brązem. Ujrzałem na nich rzeźbione herby Pobogów. Począłem je uważnie oglądać. Zauważyłem, że Paschalis zamienił z Krzepą parę cichych słów. Sięgnąłem do klamki i otworzyłem drzwi. Na progu zatrzymałem się nieco stropiony. Sala była bardzo duża, ciemna najzupełniej, a wszak to w niej błyszczało księżycowe światło. Nie czekając na Paschalisa i Krzepę, postąpiłem w głąb sali prędkim krokiem, rozświetlając ciemne wnętrze lampką elektryczną, którą noszę w kieszeni. Znowu zaduch stęchlizny i szmery znamienne uciekających przed światłem gryzoni. Obejrzałem się — Paschalis i borowy stojąc na progu, majstrowali koło czegoś, szepcząc półgłosem.

— Dlaczego nie idziecie za mną? — spytałem.

— Trzeba wziąć więcej światła — brzmiała odpowiedź.

Badałem salę za pomocą mej lampki. Nigdzie najmniejszego śladu, który by usprawiedliwiał pochodzenie księżycowego blasku w oknach tej potężnej mahoniowej sali. Jednak okna błyszczały jeszcze wtedy, gdy wszedłem do zamku. Zaciekawiony niebywale zajrzałem do każdego kąta, ale nigdzie nic oprócz grubej warstwy kurzu nie zauważyłem — ani jednej lampy, ani świecy, nic w tym rodzaju... Zdumiewająca zagadka intrygowała mnie, drażniąc swą tajemniczością. Jakaś halucynacja czy sugestia... ale czyja? Bo przecież nie autosugestia. W tej chwili wszedł Paschalis podtrzymywany pod ramiona przez Krzepę, niósł bowiem w obu rękach ogromny świecznik brązowy. Dziewięć świec woskowych — pierwszy raz zapalonych, w trzech kondygnacjach gorzało żółtoczerwonym płomieniem. Środkowa świeca, najwyższa, chwiała siew oprawie, kapiąc woskiem niby łzami bursztynu. Spojrzałem na świecznik. Na ciężkiej podstawie wyobrażającej krótki pancerz rycerski wznosiły się trzy kopie złączone na krzyż, a spięte w środku wiązania tarczą herbową Pobogów z płaskorzeźbą herbu naszego. Kopie podtrzymywały ramiona, na których były lichtarze w kształcie hełmów z przyłbicami. Sztuka niezwykle okazała, ciężka, ale piękna w swym archaicznym, bogatym stylu.

— Dwanaście takich było w skarbcu naszym, kiedy, świeć Panie jego duszy, pradziad jasnego pana, Hieronim, tu obecny, życie zakończył... Ale pan Ksawery Zatorzecki wszystkie zabrał, tylko ten został, bom go... wykradł ze skarbca — rzekł uroczyście Paschalis.

Nie spuszczał ze mnie oczu zabawionych, widocznie uradowany, żem zwrócił uwagę na świecznik.

— Ciekawy antyk! Mówicie, że takich było dwanaście? Ho, ho! Sto osiem świec tak grubych jak te, to i w tej sali można by i szpilki zbierać. A gdzie przechowaliście tę jedną sztukę?

— Mam takie miejsce... czekałem długo, żeby nim oświetlić jasnemu panu Pobogowi wejście do tej sali mahoniowej, gdzie wszystkie te świeczniki zawsze paliły się razem i gdzie, świeć Panie nad jego duszą, pradziad jasnego pana, Hieronim Pobóg, tu obecny, życie zakończył...

Zastanowiły mnie te dziwne słowa powtórzone dwukrotnie.

— Jak to... tu obecny?

Paschalis prędko postąpił naprzód i podniósł świecznik wysoko w górę.

— Jasny pan stoi przed portretem swego pradziada, Panie świeć jego duszy, Hieronima Poboga.

Spojrzałem przed siebie i zastygłem w zdumieniu. Stałem jakby przed swoim sobowtórem. Co to jest? Portret czy żywy człowiek? Zapatrzyłem się, bez słowa, bez ruchu... Światło świec migotliwe od drżącego w rękach Paschalisa świecznika oświetlało wyniosłą postać młodego mężczyzny w czamarze polskiej. Twarz pociągła, smagła, rysy wydatne, ciemne nieduże wąsy, brwi gęste, oczy piwne bardzo przenikliwe. Jest w nich jakaś olbrzymia energia i groza... Rękę ma opartą na poręczy rzeźbionego krzesła z tak przedziwną siłą, że zda się złamie dębową poręcz... Jest władza despoty w tej postaci. Nie widzi się ciężkich ram okutych brązem, w których ta wyniosła postać jest uwięziona, bo to chyba nie portret, to żywy człowiek, a zarazem to przecie moja twarz — jakbym jątrzył na siebie w lustrze... Przetarłem oczy zdumiony.

— Pradziad jasnego pana, kiedy był młody i obejmował Krąż po ojcu swoim — szepnął Paschalis. — Jasny pan taki sam... taki sam... że aż strach patrzeć. Zdaje się, je z portretu tego wyszedł... Ja... wiedziałem, że Pobóg wróci do Krąża, ale żeby zupełnie taki sam... Choć i rodzony prawnuk, tom... nie myślał...

Ostry, starczy szept Paschalisa wywołał u mnie dreszcz niemiły. Patrzyłem bez słowa na portret — na mój sobowtór... Byłem zahipnotyzowany tym podobieństwem. Jednocześnie błąkała się myśl zdumiona i spłoszona... Ja ten portret już widziałem... Gdzie? Ależ na pewno... Nagle olśniła mnie świadomość rzeczy. To mój sen... to mój uparty sen... Wzdrygnąłem się.

— Jasny panie!

Dałem znak Paschalisowi, aby nie przeszkadzał i patrzyłem... patrzyłem... Blask świec pełzając po bladej twarzy portretu, ożywiał ją w szczególny sposób. Oczy piwne mówiły, mówiły coś i najwyraźniej wpijały się we mnie z nakazem i mocą jakiejś woli niepojętej, a władczej... Brwi jeżyły się gniewnie. Usta pod małym, ciemnym wąsem drgały życiem... Zaraz przemówią... Ręka oderwie się od poręczy krzesła i człowiek ten wystąpi z ram, stanie tu przy nas... a może pójdzie naprzód, gdzieś w mrok sali, by mnie prowadzić... jak tamten ze snów, by mi coś nakazywać, coś wskazując.

Byłem zdenerwowany, przykuty do miejsca i wpatrzony w portret Zrozumiałem, że trzeba odejść, chcąc być panem siebie i zachować zupełny spokój wobec służby...

Dreszcze zimne obsypywały mnie gradem kolącym. Zapragnąłem nagle powietrza, ruchu, przestrzeni, a przede wszystkim oddalenia się od tego portretu sobowtóra wpatrzonego we mnie i spod upartego wzroku Paschalisa i Krzepy...

Ocknąłem się, obrzuciwszy wzrokiem salę. Cała długa ściana obwieszona postaciami portretów... Ujrzałem na sobie mnóstwo oczu i miałem tego dosyć, doprawdy dosyć. Dawniej śmiałbym się z takich wrażeń, dziś ani chwili nie zostałbym tu dłużej. Skinąłem na Paschalisa i prędko opuściłem salę. Nie wiem, jak przebiegłem ten zator komnat i salonów. Paschalis i Krzepa zaledwie za mną zdążyli. W jakimś korytarzu stary kamerdyner, który oddał już świecznik borowemu, ujął mnie delikatnie za rękę.

— Jasny panie?!

Wydawał się cały w jednym znaku zapytania zawarty. Zrozumiałem go.

— Przyjdę jutro zwiedzić dokładniej — odrzekłem mu i ruszyłem dalej, pragnąc, by czym prędzej znaleźć się wolnym...

Błądziłem po parku długo w nocy, chłonąc świeże powietrze przepojone zapachami kwiatów. Późno wróciłem do pawilonu. O spaniu nie było mowy. Pisałem... Nagle przerwałem pisanie, bo uniosły mnie z miejsca tony muzyki Gabriela... W pewnym momencie rozbrzmiał nią cały pawilon. Cudowny akord po wrażeniach wieczornych, po wizycie w zamku tajemniczym. Nerwy moje roztargane muzyka ta koiła, cudów dokazywała ze mną. Cóż za artysta! Nie miałem pojęcia, by on mógł tak grać.

To Blüthner śpiewał pod jego palcami. Natchniony artysta i natchniony instrument. Te melodie to był hymn nocy najwznioślejszej, hejnał zamczyska opiewający epoce rycerską hejnał triumfu samej muzyki. Pieśń nieziemska. Gdy te akordy dostojne uderzyły w ciszę nocy, doznałem wrażenia, że geniusz muzyki zatrzymał się w przelocie nad Krążem i rozsnuł tu pieśń zachwytu czaru.

Otworzyłem cicho wszystkie drzwi wiodące w stronę sali, skąd płynął ten urok melodii. W małym salonie, bezpośrednio obok sali, gdzie grał Gabriel, stałem oparty o futrynę drzwi i... jakkolwiek egzaltowany nie jestem, to jednak czułem, że przy tej muzyce nawet umrzeć byłoby łatwo. Gabriel urósł nagle w moich oczach. Więc on posiada taką potęgę duchową? Tego się po nim nie spodziewałem. Tak odtwarzanego Beethovena nie słyszałem nigdy. I co za różnorodność talentu. Po brawurze i niesłychanej precyzji wykonywanych sonat Beethovenowskich, przesubtelność w odczuciu Chopina wprost genialna. Marzyły nokturny, śniły preludia... Zdawało się, że to nie palce człowieka, lecz dotyk skrzydełek motylich wyrywa z klawiszy te zaczarowane tony. Zasłuchałem się, zapomniawszy o całym świecie. W duszy budziły się nowe uczucia nie znane mi dawniej. Myśli głębokie nasuwały się, ale przede wszystkim całą swoją istotą oddałem się tej muzyce. Ona mogła mnie w tym momencie przeistoczyć, zrobić ze mnie innego człowieka. Nie oparłbym się niczemu, co by wówczas nakazała cudem swej przedziwnej mocy.

Zapomniałem o Krążu, o zamku tajemniczym, o portrecie, o sobowtórze. Jak długo trwało moje zasłuchanie i ta pieśń-bajka, pieśń-epopeja, nie wiem. Chwilami, gdy milkły tony, doznawałem wstrząsu z obawy, by nie zgasły zupełnie. Każdy nowy utwór witałem błogosławieństwem rozradowanej duszy... I oto w pewnej chwili zapadłem w marzenia haftowane na tle wspomnień. Muzyka huczna w onej minucie — jakaś uwertura Wagnerowska przeniosła mnie nagle w głąb lasów czarnych, nad Dunajec, gdzie stare, wyniosłe mury walą się w gruzy. Ujrzałem antyczną wieżę pałacu, spiętrzone głazy kamienne, basztę, na której od lat już nie powiewa zwinięta chorągiew herbowa byłych właścicieli — Sławohora... Dokoła ni to park, ni las starodrzewu. Dęby, jakich się nie widuje teraz, platany olbrzymie, a dokoła góry lasem porosłe zwartym jak nieprzebyte ściany... Przy grupie platanów oparta głową o oliwkowoszarą korę drzewa, na ławce kamiennej mchem wiekowym okrytej... ona... Ta wytęskniona, cudna utopia-wizja. Zapatrzona w łańcuch gór, zasłuchana w nokturny marzeń czy szum fal Dunajca, czy w te Wagnerowskie akordy, których i ja słuchałem z nabożeństwem... Jak się te akordy kojarzą z wyglądem i otoczeniem Sławohory. Dzikie, huczne, szarpiące, a jednocześnie wzniosłe. Lot ku wyżynie — wolny, szeroki.

Gdy uwertura skonała i cisza zaległa dokoła, tylko echem tonów drgająca — ocknąłem się jak ze snu, ale z bólem, że sen się skończył. Co śniłem? Skąd ona? Nie znam jej, jak żyję nie widziałem podobnej...

A wszak jestem w Krążu... i to nie grały góry ni fale rzeki, lecz Gabriel. Ona nie słuchała tej muzyki, bo ona nie egzystuje, słuchałem sam... Dlaczego ta utopia, wizja tej postaci wyśnionej ukazuje się mi zawsze jednocześnie: wizją i wspomnieniem Sławohory? Na dworze świtało, muzyka umilkłszy, nie odezwała się więcej... Echo jej rozprysnęło się w ciszy, by może ulecieć przez Krąż, hen... ku niej... jeśli istnieje i jeśli echa Wagnerowskiej pieśni przepojone moimi marzeniami, wnikną w jej duszę siłą sugestii czy telepatii... Zaczynam być nieprzytomny, wróćmy do porządku myśli i czynów, wróćmy do Krąża.

Muzyka Gabriela odprowadziła mnie daleko od realości, od zamku w Krążu. Muszę skupić myśli i... otrząsnąć się z marzeń.



19 czerwca

Przez kilka dni byłem pod wrażeniem muzyki Gabriela Gdy powiedziałem mu o tym, zachmurzył się i odburknął niegrzecznie, unikając w ogóle rozmowy na ten temat. W tej chwili znowu gra. Posiada nie tylko doskonałą technikę, lecz i olbrzymią skalę uczucia, co się u niego normalnie nie uzewnętrznia. Jednakże zdaje się, że moje zachwyty nad jego muzyką zrobiły mu przyjemność, pomimo że się do nich odniósł tak nieżyczliwie. Ma zapewne naturę skrytą i nieufną w stosunku do ludzi. Dziś rozmawialiśmy ze sobą dłużej i wnioskuję, że szczerość jest dla niego dźwiękiem pustym, pojęciem w jego naturze nie istniejącym. O mojej wizycie onegdaj u Paschalisa w zamku nie wspomniał ani słowem, więc i ja milczałem. Wczoraj przy obiedzie babka Gundzia spytała mnie krótko, jak zdrowie kamerdynera. Opowiedziałem przeto o swojej bytności u niego. O częściowym zwiedzeniu zamku zamilkłem, sam nie wiem dlaczego. Babka była zasępiona, wszyscy jak zwarzeni. Rządca Korejwo rzucił pytanie, jak mi się podoba borowy Krzepa, a na moją odpowiedź pochlebną odrzekł, znacząco kiwając głową:

— Ho, ho, to mądry chłop! On nie tylko wie, jak trawa rośnie, ale jak rosną korzenie trawy. To wielki przyjaciel Paschalisa.

Podczas wymiany tych słów babka okazywała niepokój szczególny. W twarzy staruszki jest zastygły ból i trwoga Robi wrażenie, że ciągle się czegoś obawia, jakby miecz Damoklesa wisiał nad nią i jakby oczekiwała ciosu lada chwila. Jest zamknięta w sobie, małomówna, Gabriela nie lubi, zawsze na niego patrzy niechętnie i docina mu w sposób przykry, za co on dłużnym nie pozostaje. Jest jej jedynym wnukiem po synu Konstantym. Dwaj inni jej synowie i córka nie żyją. Jeden zastrzelił się, córka utonęła w rzece. Istotnie tragiczna rodzina. Dla mnie babcia Gundzia jest wyjątkowo uprzejma, zdaje się, że to już wszyscy spostrzegli i że ich to dziwi. Ta uprzejmość, czasem zakrawająca na serdeczność, krępuje i mnie wobec niej, tym bardziej że źródła tych objawów nie odgaduję.

Wczoraj po obiedzie chodząc po parku, spotkałem Weronikę. Zaczepiła mnie z wdzięcznym uśmiechem i zalotnym wyrazem dużych, niebieskich oczu. Sprytnie zaczęła rozmowę na temat Krąża, prowadząc mnie bardzo zręcznie w dziką część parku. Kokietuje z wprawą godną podziwu. Jest młodziutką, a już wytrawną zalotnicą. Nadzwyczaj swobodna i pewna siebie nie wygląda co prawda na ogrodniczkę z zapadłej wsi, raczej na pannę wiejską zupełnie świadomą swej urody i wdzięku. Rozgadała się niespokojnie jakby oczekując kogoś lub lękając się, że nam kto przeszkodzi w rozmowie. To ostatnie przypuszczenie wydało mi się prawdziwsze. Zacząłem tedy grę, chcąc wypróbować panienkę. Celowo podsuwałem się z nią coraz głębiej w cieniste aleje parkowe. Zauważyła to od razu i ujrzałem triumfujący uśmieszek w jej ustach. Spojrzała mi zalotnie w oczy. Przysunęła się do mnie ciasno ramieniem. Szepnęła zdyszana:

— Pan jest zupełnie inny niż pan Gabriel, ale to zupełnie inny.

Łatwo było odczuć, że w akcentowaniu tej różnicy chciała pochlebić mnie. Zaśmiała się figlarnie, szczebiocząc z umizgiem.

— Chociaż pan taki przystojny, ale pan okropnie podobny do tamtego z portretu i Pobóg, więc wszyscy się tu pana boją, właśnie dlatego, że pan jest Pobóg.

— To chyba najmniejszy powód do strachów — rzuciłem niechętnie.

— Owszem, bo tu o Pobogach nigdy nie mówiono, a jeżeli się kto odważył, to chyba szeptem.

Zamyśliłem się nad tym szczegółem, tak bardzo podobnym do identycznej sytuacji w Uchaniach, różniącej się jedynie zmianą nazwiska. Dotknęło mnie to w sposób przykry. U nas nie mówi się o Zatorzeckich, tu o Pobogach. Jakże nieubłaganie odsunęły się od siebie te dwie rodziny z jednego pnia wyrosłe! Czyżby powodem tego był ów fakt niesprawiedliwego wydziedziczenia syna na korzyść córki przez pradziada? Ale w takim razie zrozumiała byłaby tylko niechęć Pobogów do Zatorzeckich. Dlaczego natomiast istnieje to samo ze strony przeciwnej...?

— Ja pana widocznie nudzę!?

Gniewne słowa Weroniki zbudziły mnie z zamyślenia. Parsknęła jak rozkapryszona kotka.

— Pan mnie wcale nie widzi! Czy ja jestem taka, że mnie można nie widzieć? Pan Gabriel mówi, że to niepodobieństwo.

Zacząłem ją uspokajać w tym samym tonie. Nagle na końcu alei ukazał się Gabriel. Szedł, rozglądając się, widocznie nas nie dojrzał. Weronika śmiała się zdławionym chichotem.

— Pan Gabriel mnie wypatruje. Nie można ukryć się przed nim na krok, ale że prawie ślepy, więc pan mógłby mnie nawet całować, a on nie zobaczyłby na pewno.

— A gdyby? Wówczas straszyłbym w Krążu nie jako żywy, lecz jako umarły. Co?

— A pan dałby się zabić dla mnie... bo pan Gabriel pozwoliłby się za mnie porąbać, za to ręczę. On mnie strasznie kocha.

— Aż strasznie? Gabrielu, tu jesteśmy — zawołałem. Śmieszna mina Zatorzeckiego węszącego jak wyżeł za zwierzyną ubawiła mnie.

— A... ładnie! — pisnęła Weronika. — To zamiast się ze mną schować, pan jego woła?

— Teraz już za późno, niestety...

Gabriel podszedł szybko i przyjrzał się najpierw mnie, potem Weronice.

— Szukam was po całym Krążu.

— Was czy mnie? — zapytała kokieteryjnie i poufale wsunęła rękę pod ramię Gabriela, zaglądając mu pod jego monokl.

Zatorzecki uśmiechnął się, po swojemu krzywiąc usta. Zerknął na mnie niechętnie i zaczaj coś szeptać do Weroniki. Skorzystałem z pierwszej uliczki bocznej, by zostawić ich sam na sam. Po chwili rozległ się śmiech ogrodniczki, piskliwy, nieprzyjemny. Obejrzałem się. Spoza drzew ujrzałem głowę dziewczyny na ramieniu Gabriela i twarz jego nad jej twarzą. Zatem wszystko w porządku.

Postanowiłem iść do zamku. Skierowałem się przez trawniki do tarasu, bez wielkiej nadziei, że tędy wejdę do wnętrza gmachu. Drzwi w kształcie tarcz były zamknięte szczelnie. Chciałem raz jeszcze w pełnym świetle obejrzeć ich antyczne okucia i budowę, której topory ani kule nie potrafiłyby chyba roztrzaskać. Przy tych potężnych odrzwiach wydawałem się mały, pomimo że jestem wysokiego wzrostu. Po chwili usłyszałem wewnątrz zgrzyt rygli. Odsuwano żelazne sztaby. Dębowe zawory rozchyliły się ciężko, z ostrym skrzypem zardzewiałych zawias i w progu stanął Paschalis w tym samym kostiumie, w którym go ujrzałem po raz pierwszy. Żółty jak stary wosk, oczy miał zaczerwienione, twarz bardziej obwisłą. Usta zwiędłe trzęsły się, ręce mu drżały. Zrobił szeroki gest ramionami, wskazując mroczne wnętrze.

— Jaśnie wielmożny pan pozwoli, cały zamek na usługi jaśnie pana, dziedzica wielkiej fortuny Krąża i sławnego nazwiska Pobogów.

Patos ten zdumiał mnie i rozgniewał. Dość szorstko zabroniłem tytułować się w ten sposób. Powiedziałem mu, że jestem gościem w Krążu i dalekim kuzynem Zatorzeckich i że mu zapowiadam, by zaprzestał swoich pochlebstw. Paschalis skłonił się tak, że prawie dotknął moich kolan i rzekł z uroczystą powagą:

— Jaśnie wielmożny pan jest prawym dziedzicem Krąża, a Zatorzeccy są tu gośćmi tylko.

Wzruszyłem ramionami. Stary maniak — pomyślałem rozbrojony i ubawiony miną i całą postawą kamerdynera. Wyglądał jakby witał monarchę wstępującego na tron. Położyłem mu dłoń na ramieniu z uśmiechem pobłażliwym, prosząc go, by pokazał dalszy ciąg zamku. Skłonił się uszczęśliwiony, a w oczach miał płomień szczególnego zadowolenia. W milczeniu zaryglował drzwi. Po przebyciu kilku komnat mniej ciekawych, weszliśmy do sali portretowej. Patrzyłem znowu na portret pradziada, jakbym patrzył na swój własny w innych cokolwiek akcesoriach. Paschalis stał poza mną i nie odzywał się przez parę minut, wreszcie zaczął dowodzić o nadzwyczajnym podobieństwie moim do pradziada Mówił, że i dziadek Marceli był podobny do swego ojca, lecz ja jestem jego sobowtórem. Spytałem go, czy znał mego dziada. Paschalis uśmiechną] się, a na policzkach wystąpiły mu ceglaste plamy.

— Znałem młodego pana, a jakże, ale najlepiej znałem pana Hieronima.

— Znaliście osobiście pradziada? — zawołałem zdumiony.

Paschalis wyprostował się z godnością.

— Ojciec mój Kryspin był kamerdynerem przy panu Hieronimie przez trzydzieści pięć lat. Gdy umarł, ja objąłem po nim obowiązek i spełniałem go wiernie przez dwadzieścia lat. Kochałem pana jak ojca i byłem przy śmierci jego.

— Więc ileż lat liczycie sobie teraz?

— Stary jestem, to jedno wiem dobrze. Miałem coś niespełna siedemnaście lat, jak stanąłem do służby przy boku pana, a pan Hieronim umarł czterdzieści jeden lat temu. Te lata sieroce już dla mnie, lata, wieki trwam ciągle jakby przy jego boku. Krzepa lizy sobie siedemdziesiąt trzy, a młodszy on ode mnie, to wiem. Krzepa był z panem Marcelim w powstaniu w sześćdziesiątym trzecim roku, razem wojowali, a potem z pola bitwy pod Węgrowem Krzepa wyniósł rannego pana na rękach swoich, ukrył go w chłopskiej chałupie i młodą panią tam sprowadził, żonę pana Marcelego z synkiem, jedenastoletnim Pawłem.

— Z moim ojcem! — zawołałem.

— Tak jest. Krzepa z panią leczyli rannego i ukrywali go przed Moskalami. A gdy już mógł chodzić, Krzepa dopomógł państwu w ucieczce z kraju za granicę, bo inaczej pan Marceli byłby zesłany na Syberię... Jak wyjechali, tak i zginęli. Od tej pory ślad wszelki przepadł.

— Więc nie znaliście mego ojca? — spytałem.

— Ja nie znałem, tylko Krzepa, bo pan Marceli po ożenieniu się nie był w Krążu ani z żoną, ani z synem. Pan Hieronim nie dał błogosławieństwa na to małżeństwo, bo choć młoda pani była jak kwiat na łące, ale że nie z pałacu ani ze dworu, jeno z miasta... to i ojciec za to wyrzekł się syna, znać go nie chciał... ot takie nieszczęście!

Patrzyłem na starego ciekawie. Ile uczucia jest w tej twarzy wyjątkowo charakterystycznej, jaki wyraz bólu i żalu, jaka inteligencja w oczach. Paschalis z nagłą determinacją drżącymi ze wzruszenia ustami zaproponował mi przejść do zamkowej biblioteki, gdzie obiecał opowiedzieć wszystko. Wskazał ręką na prawo ruchem przywołującym i nakazującym — znajomym mi dobrze z moich snów. Tylko w snach przywoływał mnie w tym samym kierunku pradziad, wychodząc z ram portretu.

Biblioteka przylegająca prawie do sali portretowej, mroczna już była nieco o tej godzinie przedwieczornej, pomimo czterech wielkich okien, z których dwa są weneckie. Komnata jest duża, okrągła, z wnękami w murze, których tu w ogóle pełno. Ściany pokrywa ciemny, wypłowiały adamaszek z tłoczonym deseniem złotych lwów połyskującym smutnie na tle już nieokreślonego koloru jedwabiu. Ściany te przypominają starą szatę zdjętą po wiekach ze strychu. Posadzka pokryta całkowicie pięknym kobiercem pogryzionym przez mole, co mu nadaje wygląd wyłysiałego eleganta, gdzieniegdzie bowiem błyszczy żywym kolorem jakiś motyw deseniu, urągający wytartym miejscom, środek komnaty zajmuje stół okrągły, mahoniowy na staroświeckich krzyżakach, a na nim ciężki posążek Napoleona, cały z brązu — bardzo piękna sztuka. Dookoła leżą stare księgi oprawne w zamsz, Biblia w czerwonej skórze tłoczonej w złote desenie przedstawiające sceny z tekstu. Wokół ścian rozpierają się szafy ciężkie, oszklone, półki olbrzymie pełne ksiąg pyłem okrytych. Ponura to komnata i chłodna, ale niezmiernie ciekawa. W głębi naprzeciw okien, pomimo to w cieniu, w szafce wysokiej, rzeźbionej stoi antyczny zegar. Ogromne wagi mosiężne na łańcuchach zwisają apatycznie. Potężne wskazówki unieruchomione na godzinie piątej. Można się domyślać, że gdy ta machina wyda głos, usłyszy go na pewno cały zamek, cały Krąż. Uwagę tę zrobiłem głośno.

Paschalis podniósł rękę uroczyście i rzekł, akcentując słowa znamiennie:

— Ten zegar stanął w godzinie zgonu pana Hieronima Poboga. Wybił piątą, gdy pan wydał ostatnie tchnienie. Od tej pory on głuchy, ale o nim jest wróżba księdza pokutnika Haimozena, którą wypowiedział przed samą śmiercią, że zegar uderzy znowu, gdy Pobóg, prawy dziedzic Krąża, odnajdzie się i obejmie dziedzictwo.

Zapewniłem go ubawiony, że najlepszym dowodem, iż nie jestem prawym dziedzicem, jest fakt, że zegar milczy. Paschalis podniósł dłoń do góry jak natchniony.

— Poczekajmy, gdy jasny pan odnajdzie testament. Zanim zdążyłem spytać go, jaki testament, opowiedział mi, że tej nocy, gdy przyjechałem do Krąża, on spać nie mógł, coś go trapiło i męczyło. Poszedł więc do biblioteki, sam nie wie po co i ujrzał przed sobą księdza Haimozena ze zwojem papierów. Widuje go często, ale owej nocy duch pokutnika prześladował go wyjątkowo. Do rana nie spał, a rano coś mu nakazało otworzyć główne drzwi wiodące do zamkowej sieni, czego nigdy nie czyni i... od razu ujrzał przed sobą... Poboga. O mało nie padł trupem na miejscu.

Pamiętam zresztą doskonale jego wrażenie na mój widok.

— Te papiery — mówił dalej — które ksiądz pokutnik nosi ze sobą to testament pana Hieronima. Ksiądz był wykonawcą tego testamentu, naznaczonym przez umierającego, ale misji tej nie wypełnił. Za to pokutuje w zamku jego duch i nakazuje, by szukać testamentu, który jest ukryty tu, w bibliotece...

Zgryzotę i ból miał w twarzy. Byłem niesłychanie zdumiony jego słowami. Rzekłem, patrząc mu badawcze w oczy.

— Wszak pradziad Hieronim chyba na mocy testamentu uczynił córkę swoją Kunegundę, do dziś żyjąca panią Zatorzecką, właścicielką Krąża, przeto testament był dawno ujawniony?

Paschalis zrobił minę tajemniczą i spojrzał na mnie z pobłażliwą ironią. Podniósł do twarzy obie dłonie z rozwartymi szeroko pakami i rzekł dobitnie:

— Jasny pan nie zna całej prawdy. Oddanie Krąża córce Kunegundzie było tylko prywatną darowizną po wydziedziczeniu syna, a jedyny testament był sporządzony przed śmiercią pradziada i spisany przez księdza Halmozena z własnoręcznym podpisem umierającego. Świadkiem sporządzania testamentu i złożenia podpisu pana Hieronima byłem ja, stary kucharz zamkowy Bogdziewicz ojciec dzisiejszego stangreta dziś już nieżyjący, kościelny organista, który również nie żyje i borowy Krzepa. Pani Kunegunda Zatorzecka i jej mąż Ksawery przyjechał wezwani z zagranicy na parę godzin przed śmiercią ojca słyszeli testament odczytany im przez księdza pokutnika. Gdy spytałem, co zawierał testament, Paschalis zatrząsł się.

— I tego jasny pan nie wie? Prawda! Skąd ma wiedzieć! Testament nakazywał oddać cały klucz Krąża panu Marcelemu. Córce Kunegundzie obowiązywał wyliczyć dużą spłatę należną jej jako posag. Pan Hieronim jeszcze zdążył przy nas wszystkich ustnie powtórzyć wolę wuja obojgu Zatorzeckim.

— Cóż się stało z tym testamentem? — spytałem coraz bardziej zaciekawiony.

— Jest ukryty w tej komnacie — rzekł Paschalis z powagą.

I opowiadał dalej, że ksiądz Halmozen — pokutnik jak go stale nazywał, naznaczony przez pradziada wykonawcą jego woli, miał rejentalnie potwierdzić dokumenty. Ale był chory, a działo się to w zimie, kiedy panowały wielkie mrozy i nieprzebyte śniegi zasypały drogi. Sam wyjechać nie mógł, aby zatwierdzić testament u rejenta, a rejenta wzywać do Krąża bał się. Halmozen nie ufał Zatorzeckim ani rejentowi, który był Rosjaninem cieszącym się niezbyt dobrą opinią. Zresztą ksiądz obawiał się, że Zatorzeccy mogą rejenta przekupić i zrobić jakąś malwersację, że zaś Halmozen kochał wielce pradziada Hieronima, przeto wolę jego chciał wypełnić święcie i najsumienniej. Choroba księdza przedłużała się, a tymczasem lody i śniegi stopniały, rzeka wylała na milę dookoła jak to ona potrafi zrobić morze dookoła Krąża. W tę to powódź właśnie ksiądz pokutnik zmarł nagle. Zapewne na paraliż jak się domyślają, bo od razu zaniemówił. Z wysiłkiem wielkim wybełkotał do mnie i Krzepy: „Testament w bibliotece ukryty... na pewno” i więcej ani słowa wyrzec nie zdołał. Dawał jakieś znaki ręką, lecz nikt się na tym nie poznał. Podaliśmy mu papier i pióro. Chciał pisać z męką wyraźną, ale tylko zrobił jakieś kreski nie do odcyfrowania Oczy jego miały wyraz straszny z przerażenia i tak skonał, nie wyjawiwszy tajemnicy. — Paschalis kończył opowiadanie: — Umarł zacny ksiądz pokutnik. Bóg mu za jakąś karę z jego własnej winy czy z winy pana Hieronima nie dozwolił wypowiedzieć tych słów ważnych. Może szatan wplątał się w tę sprawę i sprawił nieszczęście. Ale ot... Zatorzeccy triumfowali!

Łzy wielkie stoczyły się z wypłowiałych oczu Paschalisa i zaczęły wędrówkę po parowach, bruzdach i fosach pooranej twarzy starca. Zapadło długie milczenie. Patrzyłem uważnie na te łzy wiernego sługi. Widziałem w nich szczerość, prawdę i ból rozpaczliwy. Usiadłem w fotelu, zapaliłem papierosa, myśląc, że Paschalis jako typ i jako sługa jest już anachronizmem w epoce naszej. Wreszcie kontynuował swą ponurą opowieść.

Mówił, że zaraz po zgonie księdza on i cała reszta świadków testamentu wezwali sami rejenta do zamku, szukali dokumentu w bibliotece, badali ściany, szafy, stoły, książki, nawet ten zegar antyk, lecz nigdzie ani śladu testamentu!

Wyraziłem wątpliwość, czy ksiądz był przytomny, gdy mówił o bibliotece, a może dokument został przedtem wykradziony lub unicestwiony. Paschalis zaprzeczył energicznie.

— O nie! nie! Ksiądz tego dokumentu strzegł przed Zatorzeckimi jak oka w głowie. Przed śmiercią sam, często po nocach, pracował w bibliotece, coś pisał, a gdy umarł, myśmy dzień i noc na zmianę pilnowali biblioteki. Bez przerwy ktoś z nas stał na straży w tej komnacie. Od zgonu księdza Zatorzeccy nie byli tam ani razu. Kilkanaście lat potem zachodził tu czasem który z ich synów, ale zawsze tylko ze mną, bo sami się bali. — Paschalis powtórzył kilkakrotnie z siłą niezłomnego przekonania: — Testament jest w tej komnacie, wielka fortuno! Jest na pewno. Jasny pan jest prawym dziedzicem Krąża i musi szukać dokumentu, by objąć dziedzictwo wedle ostatniej woli zmarłego. Trzeba się śpieszyć, bo ja umrę, Krzepa umrze, ostatni świadkowie! Chryste Panie! — krzyknął okropnym głosem — dozwól mi ujrzeć Poboga na Krążu przed moją śmiercią!

— Czy Zatorzeccy nigdy nie robili starań, by odszukać Pobogów? — spytałem wzruszony wyglądem i bólem kamerdynera.

— Oni nie szukali, bo od razu po przyjeździe z zagranicy rozgłosili, że Marceli zginął razem z synem Pawłem na statku, płynąc jakoby do Ameryki. Nikt temu nie wierzył, nawet umierający pan Hieronim nie uwierzył, choć oni jemu rzucili to w oczy przy odczytywaniu testamentu. Ale potem myśmy sami z rejentem robili starania. Rejent miał rozpisywać po gazetach, ale czy go Zatorzeccy przekupili, tego nie wiemy. To nie był człowiek pewny. Przeszły lata, Pobogowie się nie odzywali i ot, Zatorzeccy dzierżą Krąż jak swój po dzień dzisiejszy, całkiem nieprawnie. Siedzą na krzywdzie brata i czują dobrze, że sąd Boży nad nimi i kara musi się wypełnić, bo Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy.

W miarę jak Paschalis mówił, czułem napływ gorącej krwi do serca. Dreszcz niemiły przeniknął mnie na wskroś. Nagle stanęła mi w oczach nędza mego dziada w Paryżu opowiadana przez ojca. Nadmierna praca, która zabrała zdrowie jemu i jego żonie, a wkrótce i życie obojgu. Dziadek mój był długi czas prostym robotnikiem w Paryżu, babka nauczycielką muzyki i rysunku. Pracując w pocie czoła, kształcili syna, Pawła. Umierając, żądali od syna, by powrócił do kraju i tam pracował na ojczystej ziemi, co też ojciec mój uczynił, mając już około trzydziestu lat. Wtedy ożenił się i za zaoszczędzone pieniądze z własnej pracy w Paryżu i z pomocą posagu mojej matki kupił Uchanie. Zestawiałem te fakty z tym, co mówił Paschalis. Nurtowało mnie jedno pytanie, które chciałem zadać starcowi, lecz przerwał mi jego ponury pomruk:

— Zginęli, zginęli... a ot i nie zginęli! Ot i sam Zatorzecki zrządzeniem boskim przywiózł prawego dziedzica do Krążą. Ja wiedziałem, że Pobóg wróci. Modliłem się tylko o to, żeby doczekać tego dnia szczęśliwego...

Gdy go spytałem, skąd miał pewność, że Pobogowie żyją i wrócą, Paschalis odrzekł:

— Mówił to do mnie przed śmiercią pan Hieronim w objawieniu proroczym: „Będziesz jeszcze służył wiernie Pobogom w Krążu. Oni mi wybaczą zbrodnię popełnioną na Marcelim. Wiem, że on mnie nie przeklina”. Mówił to samo ksiądz Halmozen za życia i potem, gdy mi się jako duch objawiał: „Są Pobogowie i wrócą do Krąża. Zatorzeckich zetrze gniew Boży”. Ksiądz Halmozen to był święty ksiądz i prorok.

— Więc i Halmozen wam się objawia...?

W moich słowach zabrzmiał ton żartobliwy. Paschalis uchwycił go wnet. Podniósł po swojemu obie dłonie do twarzy, mając wygląd modlącego się chińskiego mandaryna.

— Jaśnie panie, stary sługa Pobogów nie kłamie nigdy. Duch księdza pokazuje mi zawsze w stronę biblioteki jakby mówił: „Tam ukryty, tam szukaj”.

Szczególne — pomyślałem — to samo zdawał się mówić i w tym samym kierunku wskazywał mi w sennych majakach portret pradziada w czamarze. Po chwilowym wahaniu spytałem Paschalisa, patrząc mu bystro w oczy.

— Słyszałem, że pradziad mój jakoby występuje z ram portretu i na krużganku wygraża maczugą. Skąd powstała taka legenda?

Paschalis przysunął się do mnie blisko i spytał cicho, skąd o tym wiem.

— Tak mi mówiono...

— Ale kto, kto mówił? O, o... pewno mówił pan Gabriel albo ta, ta kukawka z oranżerii, której panią na Krążu zachciało się zostać. — Zastanowił się chwilę, po czym położył palec na ustach i mówił uroczyście: — A może mówiła ta stara? Wielka fortuno! O! Może być. Ją sumienie dawno już gryzie, a że jej grób bliski, to i sumienie głośniejsze.

— Mniejsza kto mówił. Nie warto dociekać takich bajek — odrzekłem.

Paschalis zesztywniał, stał się prawie groźny. Błysnął mu w źrenicach gniewny, nieprzyjemny blask. W oczach jego w tej chwili było coś mistycznego. Uderzyło mnie to tak silnie i niespodziewanie, że patrzyłem na niego ze zdumieniem. A on jął mówić półgłosem jakimś nie swoim, patrząc przed siebie tym mglistym, niepojętym, jakby zaświatowym wzrokiem.

— Gdyby to były bajki, to by Zatorzeccy nie mieszkali teraz w pawilonie, jeno w zamku. Oni są chciwi, a tu się marnują bogactwa. Nikt ich stąd nawet nie ruszy, jednego sprzętu nie tknęli, bo się boją. Zatorzeccy nie mieszkają w zamku od czterdziestu lat Nie mogli tu mieszkać, bo pan Hieronim i ksiądz zakonnik nie dopuścili. Zatorzeccy z wielką zgryzotą wynieśli się stąd do pawilonu. Dobrze oni tu szukali, śledzili, nie wierząc z początku, że to duchy pana Hieronima i księdza ich prześladują. Przekonali się sami, że tak jest i musieli uciekać. Z nieczystym sumieniem mieszkać tu nie można, bo kiedy sumienie kąsa, to strach zawsze większy, włosy podrywa na głowie, a gady rzuca pod nogi. W tych progach miejsce tylko dla Pobogów, nie dla krzywdzicieli i oszustów.

Siła przedziwna i nienawiść była w słowach Paschalisa. Chwycił gwałtownie moją rękę i ściskając ją w swej kościstej dłoni, szeptał zdyszanym głosem:

— Ja tu od czterdziestu jeden lat jestem ciągle jak w grobie... Duchy mnie prześladują, spokoju nie dają. W portrecie pana Hieronima jest duch jego żywy, zaklęty... Boję się go i księdza się strasznie boję... Ale nie opuściłbym tych progów za nic! Czekałem w tych pustych, strasznych murach na Poboga. Zatorzeccy mnie także nie wyrzucili, choć mogli wyrzucić i mnie, i Krzepę, a przecie nie zrobili tego, bo się bali... Samą męką tu żyję i modlitwą o przyjazd Poboga. Bóg mi darował tyle lat, by chwili tej doczekać...

Zgiął się, stęknął i upadł przede mną na kolana. Ucałował moje stopy, zanim się zorientowałem, co robi. Dźwignąłem go prędko z ziemi i posadziłem na fotelu. Wzruszony uspokajałem go łagodnie. Starzec trząsł się, łzy płynęły mu z oczu. Całował moje ręce, pomimo mojego oporu, powtarzając:

— Jest prawdziwy dziedzic Krąża, jest Pobóg! Jest prawnuk ukochanego pana, młody kasztelan zamku!

Nie pomogły moje perswazje, że jestem tylko gościem w Krążu, że Krąż należy do Zatorzeckich i nikt im go nie odbierze, ja zaś za kilka dni wyjadę. Starzec płakał, patrząc na mnie wzrokiem rozdzierającym i pełnym rozpaczy. Widząc, że nie dojdę do ładu z biednym maniakiem, postanowiłem skierować myśl jego w inną stronę. Spytałem go, czy był już przy pradziadku Hieronimie, gdy on wydziedziczał syna. Paschalis ożywił się od razu, ręce na piersiach splótł i jął mówić jak zwykle uroczystym tonem:

— To się stało w pierwszym roku mojej służby przy umiłowanym panu. Pamiętam dobrze ten dzień straszny, kiedy pan Marceli powiedział ojcu o swojej miłości do mieszczki. Sądny to był dzień w Krążu. Pan Hieronim był despotą wielkim. Wszyscy przed nim drżeli. Złoto to było nie panisko, ale jak czego chciał albo na co nie pozwalał, tak już amen! Wszyscy musieli panu ulegać i jego woli być posłuszni. Taki już był. Nie uznawał takiej samej natury u swego syna, bo i pan Marceli także miał swoją wolę silną i ogień we krwi. Starli się ze sobą, ojciec z synem jak dwie skały. Pan Hieronim wołał, że nie pozwoli żenić się synowi z „łyczkówną”, że go wydziedziczy. A panicz na to: „Milsza mi ona niż cały Krąż i jej się dla majątku nie wyrzeknę”. Co się to działo, Boże miły, co się działo! Pan Hieronim, gdy zostawał sam, ryczał jak tur i włosy rwał z głowy. „Zgubiony, zgubiony! — jęczał. — Zatraci nazwisko, zhańbi nasz ród!” A panicz o ustępstwie słuchać nie chciał. Pan starszy kazał mu iść precz z oczu swoich i nie wstępować więcej na próg Krąża. Nie dał mu błogosławieństwa, wydziedziczył... Panicz odszedł. Z ojcem się nawet nie mógł pożegnać, bo pan starszy nie chciał widzieć syna. Cały dwór we łzach tonął, błagaliśmy panicza, by zerwał zaręczyny, by nie opuszczał nas. Ale panicz kochał narzeczoną więcej niż wszystko na świecie i odszedł. Narzeczona panicza nie chciała ślubu bez pozwolenia i błogosławieństwa ojcowskiego... Myśleliśmy że już nic z tego nie będzie. Panicz szalał z rozpaczy, listami błagał ojca, aby mu szczęścia nie odbierał, ale pan nie i nie! W końcu zdesperowany pan Marceli przekonał narzeczoną i cichy ich ślub odbył się w Warszawie. Pan Marceli pracował sam na siebie i więcej się nie pokazał w Krążu. W rok po ślubie urodził się młodym państwu syn Paweł. Pan Hieronim i słuchać nie chciał o wnuku. Po nocach nie sypiał, jęczał strasznie, rzucał się na łóżku albo wołał córkę, całował ją ze łzami i krzyczał do niej: „Ty moja jedynaczka, ty jedyna dziedziczka Krąża. Sierota jestem, sierota nieszczęsny!" Myśleliśmy nieraz, że pan oszalał.

— Ileż córka Kunegunda miała wtedy lat? — spytałem.

— Pewnie osiemnaście. Już była dorosła. W dwa lata potem wyszła za mąż za Ksawerego Zatorzeckiego. Dla majątku się ożenił, wszyscy o tym wiedzieli, bo jak się rozeszło, że Krąż dla niej, tak od konkurentów opędzić się nie było można.

Na zapytanie moją czy działo się to już przy księdzu Halmozenie, Paschalis zatrzepotał rękami.

— Przy księdzu pokutniku taka rzecz by się nie stała nigdy! nigdy! To się działo na jakieś siedemnaście lat przed przyjazdem księdza. Ksiądz był w Krążu tylko trzy lata przy panu Hieronimie, a trzy miesiące po nim sam umarł...

— Cóż się działo potem, jak Zatorzecki się ożenił? — rzuciłem nowe pytanie.

Paschalis opowiadał, że Zatorzeccy zamieszkali w zamku, ale Krążem rządził pradziad Hieronim. Zatorzeccy bawili się, podróżowali, tylko w zamku nie wolno było urządzać żadnych festynów, bo „starszy pan” zabraniał kategorycznie. Nadeszło powstanie sześćdziesiątego trzeciego roku. Gdy się dowiedziano w Krążu, że Marceli wstąpił do partii, natychmiast podążył za nim młody Krzepa, gajowy lasów dworskich, na czele kilkunastu chłopców z dworskiej służby. Miał iść i Paschalis, lecz pradziad mu nie pozwolił, rozkazując pozostać przy sobie.

— A Zatorzecki? — spytałem. Paschalis lekceważąco wzruszył ramionami.

— Zatorzecki nie poszedł. Ukrywał się przed powstańcami, a był w wielkich łaskach u Moskali. Zatorzecki dbał tylko o własną kieszeń i żeby jemu dobrze było. Z żoną kłócili się ciągle, niezgodnie żyjąc z sobą ku zgrozie pana Hieronima. Tak przeszły lata. Pan Hieronim umarł, a ród Zatorzeckich rozpanoszył się w Krążu aż do dziś, kiedy zbliża się na nich kara...

Lękając się, że kamerdyner znowu powróci do swego tematu opartego, jak sądzę, na maniactwie, zapytałem go, dlaczego nazywano Halmozena pokutnikiem? Paschalis odrzekł, że Halmozen wstąpił do zakonu, mając już trzydzieści kilka lat, że o swojej młodości nigdy nic nie mówił, że się umartwiał, a wyglądał jak cień człowieka i że się ciągle modlił. Gdy zaś pradziad pod jego wpływem sporządził testament na korzyść Pobogów, Halmozen upadł w ekstazie przed krucyfiksem i zawołał z głębi serca: „Dzięki Ci Chryste, że przeze mnie przeklętego sprawiedliwość czynisz. Daj, Boże, by za moje grzechy mój Hieronim został z grzechu krzywdy obmyty”. Paschalis cytując te słowa, miał tyle natchnienia w twarzy jakby sam był ich twórcą. Opowiadał dalej:

— Drugi raz słyszałem jak Halmozen mówił do pana Hieronima: „Lepiej być skrzywdzonym niż krzywdzicielem, pamiętaj o tym przyjacielu. Twój syn ma czoło jasne a ty zaciemnione jego krzywdą. Jego sumienie w słońcu, twoje w chmurach... tak samo jak moje, chociaż za inne występki, a to ci mówię, że niech Bóg strzeże od takich chmur!” Z tego com słyszał i z innych jeszcze rzeczy, wiem, że ksiądz pokutnik jakiegoś kamienia ciężkiego zrzucić z serca do śmierci nie zdołał. W Krążu przybył mu nowy kamień niespełnienia obowiązku i przysięgi danej umierającemu. Może za jego własne winy Bóg mu nie dozwolił obmyć Krążą z krzywdy, jaka na nim dąży. I tak zostało... — Paschalis znowu zwrócił się do mnie z tragicznym wybuchem: — Ostatnia nadzieja w tobie, panie nasz najdroższy. Szukaj testamentu! Ty go znajdziesz na pewno! Bo inaczej wszystko tu pójdzie w gruzy. Po śmierci mojej i Krzepy nikt tu nigdy nie zamieszka. Przekleństwo wieczne zawiśnie nad Krążem...

Rozstałem się z nim wreszcie. Jestem rozdrażniony, niespokojny o tego starca, który mnie wzrusza i przygnębia jednocześnie. Chyba fatum przywiodło mnie do Krąża na takie niespodziewane przygody. Jak wybrnę z nich, nie wiem. Jutro wybiorę się na dalszą wycieczkę w okolicę, by zebrać myśli i zastanowić się nad położeniem. Słyszę początkowe tony Sonaty księżycowej. Gabriel zaczyna swój nocny koncert. Zatem rzucam pióro, chcąc zapomnieć o świecie całym... a może tylko o Krążu?



20 czerwca

Zwiedziłem dziś folwark Krąża, stajnie, obory, owczarnie. Nie wyzyskane na każdym kroku bogactwa. Stajnia ma piękne okazy cugantów, czwórki nie dobrane maścią, lecz bardzo cenne, utrzymane dobrze. To zasługa Bogdziewicza. Stadnina liczna i ładna, po reproduktorze wałachu pełnej krwi — Bedfordzie. Stare już konisko nad porcelanowym żłobem zapada w splin, rozmyślając zapewne: „Było się kiedyś pierwszym Adonisem stajni, a dziś vanitas vanitatum”. Budynki stajenne, wozownie, szorownie zachowały dotąd piękno dawnej świetności, ale widać tu upływ czasu i odczuwa się dotyk ręki starej służby bez pańskiego oka, które tuczy i gładzi.

Nie tylko ospały Bedford, ale wszystko dokoła niego zda się również wzdychać na nutę „vanitas”. Karety i powozy poobrywane dawno nie widziały rymarza. Kareta, antyk na pasach staroświeckich wewnątrz z salonikiem, umywalnią, stołem obiadowym i stolikiem do kart, wybita błękitnym adamaszkiem i pełna złoceń zaciekawiła mnie najwięcej. Podobno Stanisław August Poniatowski jeździł nią zwiedzając tutejsze okolice i będąc podejmowanym w Krążu przez któregoś prapradziada Tymoteusza Poboga, którego owa kareta była własnością. Zaprząg do tej landaty na osiem koni, złocony, wysadzany konchą perłową i turkusami — teraz poobdzierany bezlitośnie.

W ogóle nie szanują tu pamiątek, co mnie rozgoryczyło. Powiedziałem Bogdziewiczowi swoje uwagi. Odrzekł z flegmą:

— Toż i człowieka nie myj, nie ogól, nie ubierz, a zostaw bez opieki, będzie to samo. Żeby nie ja i Krzepa, co skurzamy pył, a straszymy szczury, a pan Gabriel i nie spojrzy w tę stronę, a ona... starsza pani — poprawił się — tyle o to dba, co i o zamek. Ot kiedy jasny pan dziedzic u nas będzie, tak by i co innego było!

Zagadałem starego satyra, rozumiejąc intencję jego słów.

Obora ma piękne holendry, ale prowadzona nieracjonalnie, bez selekcji hodowlanej i bez celu. Wszystko mleko idzie na dwór. W owczarni zabytki skarlałe hiszpańskich negretti i merynosów... Brak organizacji i intensywnego czynu.

Namawiałem Gabriela po drugim śniadaniu na konną przejażdżkę. Wahał się, certował, był niechętny. Wreszcie dał się namówić, głównie dlatego, że Weronika wyraziła wątpliwość co do jego sportowych zdolności, parsknąwszy krótkim śmiechem ironii.

Bogdziewicz wezwany przez Gabriela do oranżerii otrzymał od niego polecenie osiodłania koni. Chłop zrobił zdumioną minę.

— Jasny pan na Zoożu...? — Była w tych paru słowach wiele znacząca intonacja.

Dla siebie wybrałem upatrzonego szpaka wielkiej krwi przypominającego fantazją mego Demona w Uchaniu. Chciałem iść do stajni, lecz Gabriel oparł się temu. Podprowadzono konie do pawilonu. Zrozumiałem teraz intencję słów Bogdziewicza i śmiech Ślazówny. Podano wysokie, przenośne schodki z cieplarni i Gabriel przy pomocy Bogdziewicza ładował się na szeroką jak fotel kulbakę. Koń, Zooż, nie bardzo płomienny, ale żywo skoczył w bok i Gabriel utknął nosem w grzywę. Babka Gundzia wzruszyła ramionami. Próba druga... trzecia... Gabriel zieleniał, klął w pasji i od cymbałów wymyślał stangretowi. Bogdziewicz odpowiadał z flegmą niewzruszoną i zdaje się celowo utrudniał Gabrielowi zainstalowanie się na kulbace. Widząc tę scenę już z siodła, chwyciłem za uzdę Zooża, osadzając go silnie na miejscu. Gabriel wsiadł wreszcie niezgrabnie i poprawiając monokl, spytał zadyszany:

— Czy ta bestia nie zwali?

Rzucił oczami na prawo, gdzie spoza gaiku wyglądała główka Weroniki.

— Jak jasny pan nie zechcesz, tak i nie zwali — zaopiniował Bogdziewicz.

Ja zaś miałem poważne wątpliwości. Ruszyliśmy.

— Omijajcie rzekę! — krzyknęła babka. — Gabriel nie lubi kąpieli, a zdaje się pewna.

Gabriel zaklął przez zęby, a gdy już byliśmy za bramą, warknął zły:

— Ją spławić jak czarownicę... rzeka by zakipiała od tego piekielnego ozora.

— Jak ty się o babce wyrażasz, Gabrielu?

— Jak o każdej wiedźmie. Ty się na niej nie poznałeś dotąd? Wyglądasz na sprytniejszego... Czego ta cholera tak trzęsie? Prrrr...

Puściłem szpaka tęgim kłusem. Zooż podążał za nim. Nagle usłyszałem krzyk. Gabriel prawie leżąc na grzbiecie konia, trzymał się karku obiema rękami, nogi miał w pozycji komicznej, minę zabawną z przerażenia. Monokl na sznurku tańczył przed łbem końskim, jakby chciał wpaść na oko Zooża.

— Stój! Rommman, to byd...dlę mnie strat...tuje... Ojej... Ojej... Oj!

Zanim dopadłem, Gabriel był już na ziemi. Zooża zatrzymałem. Chciałem wracać do domu, ale Gabriel zaciął zęby.

— Nie! Ja nauczę to podłe bydlę moresu... Ale jak wsiąść?

Długo nie namyślając się, podniosłem Gabriela pod pachy i posadziłem na siodło.

— Goliat! A to dopiero goliat z ciębie, Romku — pisnął Gabriel.

— Dalej!

Dalej byto to samo. W końcu zaszła konieczność powrotu do domu. Babka Gundzia wyszła naprzeciw nas - milcząca, ironiczna. Na Gabriela nie patrzyła. Bogdiziewicz z triumfem w złośliwym oczku zabierał Zooża.

— Dobry koń, ale narwany — ostro rzekł Gabriel.

- Trzeba go objeździć. Jeżdżę tylko na rumakach dobrze ujeżdżonych.

— Nawet na wodowozie naszym ślepym nie radzę sadzić bez Romana — docięła babka sucho.

Gabriel poszedł do oranżerii, mrucząc impertynencje pod adresem babki, Bogdziewicza, Zooża i zapewne moim. Pojechałem tedy sam na pola i lasy...

Po paru godzinach hasania postanowiłem odwiedzić rodzinne groby Pobogów na cmentarzu we wsi kościelnej Krąż, o parę kilometrów od rezydencji. Spoczywa tam pradziad Hieronim. Wśród olbrzymich lip, chyba siostrzyc zamoleskiej, wznosi się kaplica mauzoleum — cała z poodpadanym tynkiem, starożytna wielce, jednak stylem ponura. Przez małą bramkę w murze okalającym cmentarzysko wszedłem tam z lekkim, podświadomym dreszczem, jaki się odczuwa zawsze, wchodząc z zalewiska słonecznego w mrok królestwa śmierci. Na lipach gruchały gołębie, gdzieś z bagien dochodziło monotonne kumkanie żab — cisza i spokój letniego popołudnia. Nastrój jednakże nie był wesoły. Błąka się melancholia, tchnienie z zaświatów, pogodne, lecz nie pogodą pól okrytych zielonymi piórami kłoszących się zbóż, gdzie wszystko woła o życie, tchnie życiem, daje życie. Tu snuje się smętna mgławica i słychać szept grobów: memento mori. Obszedłem kaplicę, gdyż drzwi były zamknięte... Zjawił się organista i otworzył mauzoleum. W ołtarzu Chrystus na krzyżu, dużo połamanych świec, stare malowidła w kurzu i pajęczynach, powietrze iście grobowe. Na ścianach tablice stare z szarego marmuru z napisami czarnymi, zamykające otwory do nisz, gdzie spoczywają zwłoki. Z dziwnym uczuciem stałem przed grobem pradziada Hieronima. Historia mojej rodziny wydała się tu bardziej ponura i tym okrutniejsza tragedia tego ojca, który wypędziwszy z domu syna, nigdy go już do zgonu nie widział i umierał z tęsknotą do niego, z żalem do siebie, ze skruchą wobec Boga.

Westchnąłem za jego duszę... Przyszły mi na myśl słowa, które od dzieciństwa słyszałem z ust ojca, gdy modlił się z matką i ze mną przy ołtarzyku domowym „Winy dziadów i ojców naszych odpuść im, Panie. Nie zsyłaj do serc naszych zawiści ni zemsty, ocal je od złych wpływów i podszeptów szatana, by dzieci nasze modląc się za nas w przyszłości, pamiętały tylko dobro czynione im przez nas”. Przymknąłem oczy i ujrzałem obraz z dziecinnych lat jak granitem wryty w mózg: Matka moja przed obrazem Ostrobramskiej... Oczy matki słodkie wzniesione do góry z tak potężną wiarą, z takim na tchnieniem modlitwy, że nawet będąc wówczas malcem zapamiętałem wyraz jej oczu anielskich. Obok matki ojciec — zawsze z twarzą w dłoniach, zamodlony, poważny i ja przy nich — sześcioletni brzdąc, ukochany, ale z niesłychaną surowością wychowywany jedynak. Zastanawiały mnie wówczas słowa modlitwy ojca. Jakie to mogą być winy dziadów i ojców, czyli jak sądziłem wtedy mego właśnie ojca. Jak to szatan znany mi z szopki noszonej po Bożym Narodzeniu, może szeptać, skoro on tylko Heroda zabitego przez kościstą śmierć ciągnie do piekła na widłach. Wspomnienia tamte są mi zawsze drogie. Wracam do nich z radosną pieśnią w duszy, bo dmą one tym samym czarem, jak na przykład dzwonienie skowronka nad polami w krasie pierwszej runi wiosennej.

Obejrzałem wszystkie grobowce straszliwie opuszczone. Na jednym był napis: Ksawery Zatorzecki. Nigdzie śladu bodaj starego wieńca, nigdzie kwiatka...

Spytałem o grób księdza Halmozena.

— A on nie tu. Na własne żądanie leży gdzie indziej. Poszliśmy aż na koniec cmentarza. Skromna mogiła tarniną zarosła i wysoki, dębowy krzyż. Żadnego napisu. Dokoła mogiły żelazny, grubo pordzewiały pręt na czterech podporach z dużych głazów. Obok ogromna brzoza płacząca. Gałęzie jej zwisając na krzyż, tworzą nad nim rozchwiany szelestny baldachim.

— Krzyż i barierę postawiła służba zamkowa z Krąża, kamerdyner, borowy i kucharz, ojciec dzisiejszego stangreta. Oni podobno i brzozę posadzili. To dawne czasy, to nie pamiętam — rzekł organista.

— A dlaczego tak daleko? — spytałem przykro dotknięty, że mogiłą przyjaciela mego pradziada nie zainteresowała się babka.

— To był zakonnik, podobno pokutnik. Chciał być pochowany pod samym murem, ale służba tu wybrała miejsce.

Po chwili organista spytał mnie trochę nieśmiało:

— A pan z Krąża?

— Jestem przyjezdny, bawię tam chwilowo.

— Słyszałem, że przyjechał Pobóg, prawnuk... ostatniego... Może to... pan?

— Tak, ja nim jestem. Organista podskoczył do mnie.

— To jasny pan obejmuje Krąż w dziedzictwo? Toż i chwała Bogu! Oto się Paschalis stary ucieszy. On czeka na Poboga już całe czterdzieści lat...

— Jestem Pobóg, ale nie dziedzic Krąża. Dziedzicami są państwo Zatorzeccy.

— Jasny pan dziedzic pierwszy był w kaplicy grobowej od czasu jak tu jestem, to znaczy od osiemnastu lat. A na grobie księdza zakonnika na pewno pierwszy raz był ktoś z Krąża, prócz służby, od czasu pogrzebu księdza. Tu na te groby nikt z zamku nie przyjeżdża.

Było mi przykro... Dlaczego taki brak pamięci o zmarłych u babki? Skąd w tej kobiecie tak mało uczuć?

Przypomniał mi się grób matki mojej w naszej parafii Jeden snop kwiecia otacza ładny pomnik. Wędrówka ojca z laską na górę cmentarną... Jakiż to częsty widok z pól uchańskich. Wszak w tej kaplicy leży nie tylko znienawidzony, zdaje się, ojciec babki, Hieronim, ale i synowie a jeden z nich to ojciec Gabriela. Czyż ta kobieta nie ma serca, żadnych uczuć rodzinnych? Nie dziwię się, że i Gabriel jest głazem. Ale u babki to chyba objaw nabyty od męża, w Gabrielu odziedziczony atawistycznie po ojcu. Pobogowie mają więcej uczuć czy głębiej potrafią miłować...?



21 czerwca

Postanowiłem wyjechać jutro do Uchań. Za długo siedzę w Krążu, pomimo że babka jest dla mnie bardzo uprzejma, prawie serdeczna, cały dwór również, lecz obojętność Gabriela mrozi mnie i nie zachęca.

Dziś wstałem raniutko i wyszedłem do parku z zamiarem popłynięcia łodzią na dalszy spacer. Zaciekawia mnie okolica Krąża, a głównie rzeka i lasy, które chcę poznać bliżej. Nie znalazłem łodzi na brzegu, widocznie rybacy wypłynęli na dalszy połów. Ranek był prześliczny, więc zapragnąłem przejść się po polach zapowiadających wspaniałe urodzaje.

Gdy mijałem gąszcz krzewów okalających prawy pawilon, nagle ujrzałem Weronikę. Miała na sobie lekki, pąsowy szlafroczek, głęboko wydęty na piersiach. Była tak ładna tą swoją urodą samiczki wiele obiecującej, że szybko podszedłem do niej, rezygnując ze swej samotności.

— Dokąd pan idzie tak rano? — zapytała z zalotnym uśmiechem.

— Na pola i łąki, ale ponieważ spotkałem panią, pójdziemy razem, nieprawdaż?

— Naturalnie! — odrzekła wdzięcząc się. — Ja już dawno chciałam z panem pójść na spacer, ale pan mi się zawsze wymykał.

— Żałuję niezmiernie, że jestem taki niedomyślny, ale to trochę i pani wina. Trzeba mnie było zachęcić. Jestem tu gościem.

— Ee! zachętę to pan miał, tylko nie chciał się pan na tym poznać! — dodała ze śmiechem, rzucając na mnie charakterystyczne spojrzenie.

Uśmiechnąłem się do niej również kokieteryjnie.

— Doprawdy? Jestem wdzięczny! Ale sądziłem, że Gabriel miałby coś przeciwko temu. Jest on tak bardzo oczarowany panią.

Panna roześmiała się szeroko, ukazując szereg białych, ostrych zębów w oprawie koralowych dziąseł i blasku czerwonych ust

— Ale ja nie jestem nim oczarowana!

— No, niechby to usłyszał!

— To i cóż... Musiałby mnie najwyżej przeprosić...

— Pani zapewne lubi ten akt przeprosin?

— A co, chce mnie pan pogniewać?

— Broń Boże, nie mam tego zamiaru — odparłem lekko.

— Bo możemy się łatwo pogniewać! Ojej, czemu nie!

— Nie będzie jednak czasu na przeprosiny, gdyż jutro jadę.

Weronika spojrzała na mnie przeciągle i zmrużyła oczy.

— Ja wiem, dlaczego pan to mówi. O, doskonale wiem.

— Na przykład?

— Pan chce, abym pana prosiła, żeby pan został. Pan jest bardzo przebiegły. Oho, ale mnie trudno oszukać!

Zaśmiałem się ubawiony rozumowaniem dziewczyny.

— A widzi pan, jak pana odgadłam! Pan chciał, żebym go prosiła o zostanie w Krążu. A ja na złość tego nie zrobię... na złość!

— Wątpię, czy prośby pani by coś pomogły.

— Taak? No to niech pan sobie jedzie, kiedy pan taki nie dobry. Nie chcę więcej na pana patrzeć! — odrzekła dąsem.

— Tymczasem jestem na spacerze i zgoła niespodziewanie bawię się w towarzystwie pani.

— Eee tam, taka zabawa! Dopiero mi ciekawa zabawa! - wzruszyła ramionami lekceważąco. — A gdzie pan jedzie?

— Z powrotem do Warszawy, a stamtąd do Uchań.

— Czy i tam jest pański majątek?

— Dlaczego pani pyta: i tam?

— Bo podobno Krąż do pana należy...?

— Nie, pani. Krąż jest w posiadaniu państwa Zatorzeckich.

Dziewczyna spojrzała na mnie tak, jakby się chciała upewnić, czy mówię prawdę, po czym odrzekła z widocznym zainteresowaniem:

— To pan się zrzekł tego majątku...?

— Nie zrzekałem się, bo go nie posiadałem. Czy panią specjalnie interesuje ta kwestia? — zapytałem poirytowany chciwą ciekawością dziewczyny.

— Tak sobie pytam, bo myślałam już, że Gabriel tylko chwali się przede mną... a on mówi prawdę — dodała z uśmiechem triumfu i zadowolenia.

Skręciliśmy właśnie w stronę pobliskiego brzeziniaka. Weronika nagle przystanęła i muskając kwiatem polnym odkryte głęboko ramiona, rzekła z umizgiem:

— Do lasu to już chyba boję się iść z panem tak sam na sam.

— Dlaczego? Czy jestem taki straszny? — spytałem zapalając wolno papierosa.

Odrzekła ze skromną miną, z którą jej nie było do twarzy:

— Ee... pan rozumie, do czego ja mówię. Pewno nie straszny albo lepiej powiedzieć niebezpieczny dla mnie...

— Zapewniam panią, że nie grozi pani ode mnie żadne niebezpieczeństwo...

Weronika zaśmiała się cynicznie.

— Z czego się pani śmieje?

— Z tego, że pan co innego mówi, a co innego myśli. Ja widzę dobrze, że pan papierosa za papierosem pali bo się chce... ratować...

— Ratować? Od czego?!

— Oho, niby to pan nie wie! Ale pan jest i tak bardzo silny... Gabriel już dawno przypiąłby się do moich ust jak mucha do cukierka, choć gdzie jemu się z panem równać. Ale on za mną szaleje.

— Właśnie dlatego, że Gabriel za panią szaleje i że jest pani narzeczonym, ja mogę teraz spokojnie palić papierosa...

— Ale przecież Gabriel śpi i będzie spał do południa! Nabrzdąkał się całą noc na fortepianie.

— Myślałem, że pani zachwyca się jego muzyką, i on dla pani grywa tak cudownie?

Ślazówna żachnęła się gniewnie i odbiegła parę kroków.

— Jeżeli mamy rozmawiać o muzykowaniu Gabrieli to się lepiej rozejdźmy! Pan zanadto o niego troskliwy w ogóle!

— Hm... Tak pani uważa?

— A tak! — zaśmiała się głośno — i będzie pan mnie przepraszał...

— Kiedyż to nastąpi?

— Dziś wieczorem w oranżerii.

— Przy Gabrielu?

— To już moja w tym głowa... Niech się pan nie martwi! Ojej, już pójdę sobie! Jeszcze mnie kto z folwarku obaczy tu z panem i będą opowiadać Bóg wie co! I Gabriel strasznie zazdrosny...

— I... gotów się ze mną strzelać.

— On nie umie strzelać. Kiedyś mierzył z floweru do wróbli, a strzelił w dach — zachichotała ironicznie. —Już idę! Niech pan nie zapomni o oranżerii — rzuciła błysnąwszy oczami.

Skłoniłem się z przesadną elegancją. Rozstaliśmy się. Ona pobiegła żwawo w kierunku oranżerii, ja odszedłem w stronę folwarku nie oglądając się. Zabawna dziewczyna, ale choć ładna bestia i działa na nerwy, to jednocześnie przejmuje niesmakiem tak silnym, że nawet wyostrzony apetyt tępieje pod wpływem tego czegoś, co do niej nie zachęca. Co ten Gabriel w niej widzi, że jest taki zazdrosny o nią? Czyżby dziewczyna ta poza wzbudzeniem chwilowej podniety zmysłowej mogła wzbudzić i miłość...? Biedny Gabriel, udaje dziedzicznego syna, pana na Krążu, byle zdobyć łaski swej najbardziej przeciętnej sroczki.

Przed stajniami siodłano mi konia, gdy ujrzałem babkę wychodzącą z Korejwą ze spichrza. Powitała mnie bardzo życzliwie, pytając, dokąd jadę.

Odrzekłem, że korzystam z ostatniego dnia pobytu w Krążu, by zwiedzić coś jeszcze w okolicy.

Staruszka przybladła nagle i zwróciła na mnie badawcze, prawie groźne spojrzenie.

— Już chcesz wyjechać?

— Tak, babciu, czas na mnie. Lękam się, że już nadużyłem gościnności babci i Gabriela.

— Chodź ze mną do pawilonu! — rzekła krótko. Poszliśmy razem. Babka nic nie mówiła, dopiero w swoim pokoju przytrzymała mnie oczami jak noc czarnymi i spytała kategorycznie.

— Dlaczego chcesz już wyjechać? Mów otwarcie. Zapewniłem ją, że spieszę się do domu, lecz staruszka wzruszyła ramionami.

— Nie, to nie to! Ty się źle czujesz w Krążu i debit emabluje ta sikora z oranżerii. Wiem wszystko, to łajdak dziewczyna. Ona chce ciebie usidlić.

— Ależ babciu, widziałem ją parę razy zaledwie.

— Tak, ale ona na ciebie czatuje... Już ty mi nie mów. Nagle babka podała mi rękę i rzekła tonem rozkazującym:

— Zostań, Romek, jeszcze w Krążu, ja tak chcę. Zrobisz mi przyjemność.

— Tobie, babciu?! — wyrwało mi się niezręcznie. Spuściła oczy, powieki jej drgnęły i ręka zadrżała w mojej dłoni.

— Tak! Mnie zrobisz przyjemność... To ciebie dziwi ja wiem! Proszę cię, zostań. Masz konie do dyspozycji możesz jeździć ile chcesz, zwiedzać okolicę... Na Gabriela nie uważaj, on jest ci wyjątkowo życzliwy. Ja go znam, gdy kogo nie lubi, robi mu impertynencje. Może być tylko zazdrosny o swoją Glicynię, ale gdyby się do niej rozczarował nareszcie, byłoby to zbawieniem dla niego, dla Krąża.

— Ja się do tego nie będę przyczyniał! — odrzekłem twardo.

— Spodziewam się, że ona w ogóle nie potrafi ciebie kokietować, pomimo że do tego dąży. Tylko Gabriel mógł się na nią złapać i w niej zaślepić. Więc zostajesz, Romek?

— Jeśli babcia sobie tego życzy, zostanę.

— Dziękuję ci, jesteś dobry i masz serce, a ja dawno, już bardzo dawno serca koło siebie nie odczuwałam.

Słowa te ciche i smutne wzruszyły mnie najniespodziewaniej. Ucałowałem gorąco ręce staruszki, a ona rzekła głosem drżącym:

— Jesteś zapewne bardzo dobrym synem dla swego ojca. Są ludzie, którzy twierdzą, że serce to świadectwo słabości i rzecz niepotrzebna w życiu. Ja teraz uważam przeciwnie, że kto posiada serce w sobie lub obok siebie, ten jest mocniejszy do wszelkich walk, ten łatwiej znosi cierpienia, ten prędzej zwycięża, łamie ból i rozpacz...

Rozmawiałem z babką do śniadania. Gdy przy stole babka oznajmiła głośno, iż zostaję w Krążu dłużej, Gabriel podał mi rękę i poprawiając monokl, rzekł krzykliwie:

— Bardzo się cieszę! Uważam, że twoja obecność jednych uspokaja, drugich łagodzi. Zamek przycichł również i jakoś wszyscy mają lepsze humory.

Babka zacięła usta, a Chmielnicka rzekła krygując się:

— Tylko panu pewno nudno w Krążu, pan z szerokiego świata pochodzi, a tu u nas...

— Hetmanówna Chmielnicka własną osobą upiększa Krąż! Czegóż chcieć więcej?! — zawołał Gabriel z patosem.

— Ja nie jestem żadną... Glicynią, żeby upiększać Krąż — odrzekła obrażona.

— Ho, ho, żądło Bohdanka watażki odezwało się w prawnuczce — śmiał się Gabriel.

— Za młoda jeszcze jestem na... prawnuczkę hetmana — odparła z godnością.

— A co, za mało dodałem lat? No, sumiennie poszperawszy w latkach, to pomimo że tam każdy rok trwa... dziesięć lat, ale zawsze... tego... fura!

Korejwo rzekł basem, zwróciwszy się do mnie:

— Nie tylko my wszyscy i Krzepa, ale i Bogdziewicz będzie uszczęśliwiony, że pan zostaje dłużej w Krążu. On mówi, że pan objeździł szpaka jak najlepszy ujeżdżacz, a to był prawie dziki koń.

— Szczególne amatorstwo — bąknął Gabriel — Ty, Romek, skoro tak doskonale władasz końmi, to pewno i kobiety potrafisz ujarzmiać niezgorzej. Co?

— Nie próbowałem swoich sił w tym kierunku.

— No, a ja widzę już jeden przykład, nawet w Krążu. Umilkł. Oczy wszystkich spoczęły na Gabrielu jakby w oczekiwaniu kogo wymieni. On uśmiechnął się dziecinnie i zrzuciwszy nerwowo monokl, rzekł, wolno cedząc słowa:

— Wprawdzie to kobieta mniej niebezpieczna, ale... ważna, bo jest nią... pani babka.

Skłoniłem się babce głęboko, z uśmiechem, chcąc godzić szorstkość sytuacji.

— Byłbym uszczęśliwiony, gdybym zasłużył na uznanie kochanej babci.

Korejwo zaśmiał się dyskretnie.

— Toż wnuk, to co innego! Ja myślał, że pan Gabriel innej kobiecie mówi, a to wtedy tak już naprawdę niebezpiecznie byłoby dla pana.

Gabriel nasrożył się. Zrobił śmieszny grymas i przeszył Korejwę ostrym wzrokiem, ale nic nie powiedział. Rozmawiałem z babką, odczuwając, że niemądre słowa Korejwy rzuciły cień na humor Gabriela. Wkrótce wstaliśmy od stołu. Babka pocałowała mnie w głowę — pierwszy raz i rzekła ze smutnym uśmiechem:

— Baw się, Romek, jak chcesz i lubisz, ale i mnie daruj czasem chwilę rozmowy. Lubię z tobą rozmawiać... zdaje mi się wtedy, że... nie jestem w Krążu.

Odszedłem zamyślony. Co jest w duszy tej kobiety, jaka jest jej psychika i jej historia? Zimna jak głaz, sucha w obejściu ze wszystkimi, zdobywa się jednak na takie momenty, jak ten dzisiejszy ze mną. Coś widocznie w niej tęskni do innego życia, do ciepła rodzinnego, którego nie zaznała lub już tak dawno nie odczuwała dokoła siebie, co zresztą mi sama wyznała, że każdy najdrobniejszy objaw mojej serdeczności wpływa na nią dodatnio. Jak okropne musi być życie w takiej pustce duchowej... w takiej beznadziejnej ruinie wszelkich ideałów, wszelkich uczuć. Zapewne sama sobie wytworzyła taką atmosferę życia, lecz ten brak słońca i ciepła odczuwa teraz na starość silniej i boleśniej. Takie jak jej modus vivendi nie nakarmi duszy. Gdy serce głodne życie jest trucizną.



22 czerwca

Dwa dni przewałęsałem się, zwiedzając okolicę i odkryłem, że tylko lasy są tu bardzo piękne, jakich się ju nie spotyka. Istna puszcza drzew iglastych, kolosy dębów potężne buki. Cóż za buki! Z rozkoszą zanurzałem się w ten labirynt drzew olbrzymów idących zda się w nieskończoność. Nie było horyzontu ani przestrzeni, jeno zwarty kolumnowy gmach o zielonym sklepieniu.

Pomyślałem zgoła bezwiednie, że ten bór był Pobogów nie zaś Zatorzeckich, że oni są tu uzurpatorami, ja zaś potomkiem tych, których wyzuto z ojcowizny, których odarto z mienia na korzyść przybysza i jego rodu. Odsuwałem tę myśl natrętną, chcąc zachować spokój wewnętrzny, z jakim przybyłem tutaj... Bo cóż mi z tego, że Krąż i jego bogactwa były ongiś Pobogów, skoro sam pradziad ofiarował je swoją ręką Zatorzeckim. A testament? Miły Boże! Pozostał z niego tylko strzęp w maniackich wspomnieniach Paschalisa. Trzeba być bardzo naiwnym, by wierzyć, że Zatorzeccy nie postarali się o odnalezienie i zapewne zniszczenie dokumentu. Przecie to takie ludzkie! A jednak...

Ten bór jest twój! — mówił mi jakiś głos, prześladując mnie uparcie krok w krok. Ten bór jest twój — majaczyło mi się widmo pradziada wpatrzone we mnie z tą despotyczną mocą, z jaką patrzyły na mnie w sali zamkowe z portretu, jego oczy.

Szukaj testamentu — słyszałem dokoła echo słów Paschalisa zwracające moje myśl wyłącznie w tym kierunku, potężne konary drzew wydawały huk złowrogi, ostrzegający, zły. Było chłodno, ale nie czuło się wilgoci w powietrzu, tylko jakąś grozę idącą wraz z cieniami od sunących górą obłoków.

Długo błądziłem po lesie, gdyż wydawał mi się coraz piękniejszy i coraz bogatszy w niezwykłe okazy roślinne. Peszyłem się nim, oceniałem go ze strony wartości własnej, jak gdybym wchodził w jego posiadanie.

W południe dobrnąłem do rzeki o brzegu płaskim, dostępie łatwym. Odbijają się w niej cudownie wielkie sosny, dekorując ją z obu stron ciemnozieloną, ruchomą ćmą aksamitu, który ku środkowi rzeki zakończony jest koronką rozchwianych czubów. Fala była cicha, łagodna miała zimny, stalowy połysk. Lekki szmer uderzającej w brzeg wody i szum boru wprawił mnie w dziwną zadumę. Przyszło mi na myśl, że po tym borze chodził pradziad Hieronim i mój dziad, że te drzewa poznają we mnie prawnuka i wnuka tamtych, że dziad mój i ojciec cierpieli wielki niedostatek na obczyźnie przez wiele lat, a ten las, ich dziedzictwo, szumiał tak samo jak teraz szumi, poznając mnie. Zdawało mi się, że sosny przemawiają do mnie i... znowu usłyszałem głos: „Ten las jest twój”.

Gdy wróciłem do parku, zapadł już wieczór. Zacząłem bezcelowo błądzić alejami, odwlekając powrót do pawilonu. Szum drzew parkowych był inny niż tamten w borze, inaczej przemawiał do mnie, ale dlaczego, sam nie bardzo wiedziałem. Rozmarzył mnie ten bór, może głównie dlatego, że zawsze szum potężnych sosen usposabia nieco tęskno.

Chodziłem po żwirowych dróżkach tam i z powrotem, kierując się tylko światłem słabo bijącym z oddali, z oszklonej cieplarni. Byłem pewny, że to mdłe światełka przyświeca czułemu sam na sam Gabriela z Weroniką. A może...? Przypomniałem sobie jej słowa wczorajsze rzucone mi na pożegnanie: „Wieczorem w oranżerii”. Czyżby oczekiwała mnie? Ech, głupstwo! Weronika w swych instynktach i pożądaniach kieruje się jednak praktyczną stroną życia i ten ostatni wzgląd zdolny jest zagłuszyć w niej nawet prawdziwy poryw zmysłowy. Ona pożąda Gabriela tylko dla Krąża oczywiście, a nie z popędu krwi, czego nawet nie ukrywa i celowo działa na Gabriela zmysłami, wiedząc, że tym go trzyma przy sobie. To wstrętne!

Poczułem nagłą pokusę, by zajrzeć do cieplarni. Skierowałem się w stronę światełka, gdy wtem usłyszałem za sobą kroki. Ktoś szedł za mną, dążąc w tym samym kierunku. Kroki były ciężkie, ale ostrożne jakby skradającego się drapieżnika. Ukryłem się za gruby pień ogromnego drzewa, nie chcąc być odkrytym. Ów ktoś doszedł do drzewa, za którym stałem. Zatrzymał się na chwilę. Kiedy poszedł dalej, poczułem ulgę. Kroki oddalały się z wolna, cień męskiej postaci wysunął się z alei na jaśniejszą połać trawników. Nie wierzyłem własnym oczom... Gabriel...? Mężczyzna minął pasemko światła płynące na trawę z okien oranżerii. Tak, to był Gabriel. Zatem dopiero teraz dąży na schadzkę — pomyślałem. Ale dlaczego tak się skrada? Dlaczego nie idzie śmiało?

Nagle rozległ się ostry trzask oszklonych drzwi i jednocześnie przenikliwy krzyk kobiecy — krzyk jakby przestrachu. Wzruszyłem zdziwiony ramionami. Wejście kochanka na rendez-vous do kochanki stanowczo zbyt głośne! Pierwszą moją myślą było odejść do pawilonu, lecz jakiś wewnętrzny nakaz zatrzymał mnie na miejscu. Nie przeszło bowiem dziesięć minut, gdy światło zgasło, znowu trzasnęły drzwi. Z cieplarni wyszli oboje, Gabriel i Weronika. Ona biegła przez trawnik, jakby zdążając do łączki wiodącej do prawego pawilonu, gdy wtem rozległ się syczący głos Gabriela:

— Stój, ani kroku! Pójdziemy do parku.

— Ale ja się boję! — zawołała dziewczyna z trwogą. Gabriel ujął ją pod rękę i weszli w cień parku. O zgrozo!

Usłyszałem ich kroki dążące w moją stronę. Już poruszyłem się, by wyjść na środek alei, gdy znów jakaś siła zatrzymała mnie w miejscu. Nadchodzili spiesznym krokiem wprost ku mnie. Rozmawiali z ożywieniem. Usłyszałem podniesiony głos Gabriela:

— Czemu nie chcesz powiedzieć, dlaczego czekałaś, skoro byłem przedtem i odprowadziłem cię do domu.

— Mówię przecież, pikowałam kwiaty.

— Kłamiesz! Czekałaś na tamtego i wczoraj, i dziś. On dotąd nie wrócił do mieszkania, a ty przyszłaś tu powtórne i zapaliłaś świeczkę.

— Jak tatka kocham... że...

— Nie kłam! Przy świeczce nie pikuje się kwiatów, siedziałaś z założonymi rękami. Czekałaś na niego, wypatrujesz go, widzę.

— Jak wtedy, po obiedzie, w parku pan mnie z nim rozłączył, tak i go więcej nie widziałam.

— Milcz, już wszyscy wiedzą, że on się tobie podoba a jego wczoraj od śniadania do późnej nocy, a i dziś ciebie, dzień nie widać...

Minęli mnie i ich słowa rozpłynęły się w szumie drzew. A więc to tak!? Gabriel mnie posądza? O, dziękuję! Taka sytuacja nie podoba mi się ani trochę. Na razie nie wiedziałem, co robić. Korzystając jednak z tego, że oboje oddalili się w głąb parku, zawróciłem spokojnie w stronę pawilonu i oto jestem w swoim pokoju. W pół godziny później przyszedł do mnie Gabriel. Wypytywał o wrażenia z wycieczki. Był tak drobiazgowy w swoich pytaniach jakby chciał się upewnić ponad wszelką wątpliwość, że nigdzie więcej nie byłem i z nikim się nie widziałem.

Gdy się dowiedział, że jutro wybieram się na nową wycieczkę, spytał skwapliwie, czy potrzebuję koni. Odczułem, że pragnie wiedzieć dokładnie dokąd zamierzam się udać. Przyszła mi łobuzerska myśl do głowy. Podziękowałem uprzejmie, zapewniając go, że znowu popłynę łodzią, lecz w drugą stronę Krąża i zapewne późno wrócę, a może nawet przenocuję w leśniczówce pod Zatorami.

Gabriel zaniepokoił się.

— Jak to, nie wrócisz na noc do domu?

— Lubię las w nocy, gdyż przypominają mi się moje myśliwskie peregrynacje.

To trochę uspokoiło Gabriela. Może nareszcie odwróci ode mnie swoje niesympatyczne podejrzenia?



24 czerwca

Doszedłem do przekonania, że opatrzność kieruje moimi krokami. Spotkanie bowiem Gabriela z Weroniką w parku onegdaj wieczorem i zastawianie na mnie pułapki przez kuzyna wywołało mój projekt wczorajszej wycieczki. Opłaciło mi się to stokrotnie. Myślę, że mój przyjazd do Krąża był tylko wstępem koniecznym do tej uroczej nocy wczorajszej i dzisiejszego poranku.

Wczoraj rano odwiedziłem Paschalisa, obiecując mu, że będę szperał w bibliotece, oczywiście nie na skutek jego nalegań, lecz dla wertowania starych ksiąg, które mnie bardzo interesują. Przedtem jednak pragnę zwiedzić okolicę. Paschalis doradził mi, bym za przewodnika wziął Krzepę. Usłuchałem jego rady i w towarzystwie Krzepy zwiedziłem piękny majątek Zatory, dawniej Dębowe, przechrzczony tak przez Ksawerego Zatorzeckiego. Odwiedziliśmy też tartak, dwa młyny: parowy i wodny i wspaniałe lasy.

Po zachodzie słońca Krzepa poszedł na obchód swego rewiru, ja zaś dopływając łodzią do Krąża, postanowiłem w myśl wczorajszego projektu nie wracać na noc. Minąłem zamek i przebrnąwszy przez liczne zakręty rzeczne i wiry, płynąłem powoli w górę rzeki, pod prąd w stronę puszczy, która mnie onegdaj tak zachwyciła. Przeciągnąłem swoją wycieczkę, głód mi dokuczał na dobre, gdyż wszystkie zapasy przygotowane rano przez mizdrzącą się hetmanównę, spożyłem jeszcze za dnia. Wkrótce zapadła noc nasycona ciszą i ciepłem. Rzeka oddychała sennym, omdlewającym szumem fal. Woda ciemna jak oksydowana stal unosiła łódź na swej ciemnej szarfie, powoli oddalając mnie coraz bardziej od Krąża. Gdy wreszcie z obu stron rzeki spiętrzył się bór czarny i przepaścisty, doznałem złudzenia, że płynę w podzwrotnikowej okolicy w dziewiczej dżungli na murzyńskiej pirodze. Ciemna noc, pełna gorących podmuchów, dopełniała złudzenia. Wrażenie było tak silne, że oddałem mu się z rozkoszą. Rozmarzyłem się zupełnie.

Jak to było dawno... dawno... Las dziewiczy, polowania, chaty murzyńskie, placki z manioku tłuczonego przez czarne piękności, niebezpieczeństwo dżungli, urok tych bajkowych stron, gdzie ziemia spieczona słońcem nie przestaje tworzyć cudów roślinnych, gdzie kwiaty i trawy wyrastają na wysokość człowieka.

W pewnej chwili złożyłem wiosła i zapaliłem papierosa lecz fala zaczęła mnie znosić w kierunku powrotnym, wiosłowałem tedy dalej. Wreszcie po zakręcie rzeki i małej zatoce poznałem ów brzeg, który mnie wtedy zachwycił. Spojrzałem na zegarek, była jedenasta. Dokąd dopłynę i gdzie się zatrzymam? — myślałem mętnie.

Noc stawała się coraz jaśniejsza i cieplejsza, czasem fala nagrzanego powietrza jak z niewidzialnego piec uderzyła swym gorącym oddechem, owiewając pożarem moje chłodne czoło. Czułem wtedy żywszy obieg krwi w żyłach. Taki śmigający dreszczyk jest przyjemny, ale niebezpieczny — budzi pożądania. Wprawdzie tu w puszczy nie grozi żadne niebezpieczeństwo ani nikomu od mnie, ani mnie od nikogo, ale może wywołać zbyt upojne wizje i tęsknoty... Uśmiechnąłem się... A Weronika? Z nią byłoby gorzej! Myśl ta przebiegła lotem jaskółki wskroś mojej istoty fizycznej i uleciała w przestrzeń, pozostawiając po sobie zabawny wniosek. A gdyby ocalić Krąż od ewentualnej kasztelanki — Weroniki z domu Ślaz, czyniąc jaką intrygę? Tfu! świństwo! Niech ją sobie dalej Gabriel pielęgnuje.

Gdzieś z daleka, z łąk nadrzecznych rozległ się głos saka i płynął po tali wyraźny, coraz bliższy. W nocnej ciszy głos ten nie był miły, ale ożywił martwotę lasu. Odezwał się lelek, a tuż nad wodą cichym, miękkim lotem przemknęła sowa, potem w pobliżu brzegu zatrzeszczały gałęzie i rozległo się przytłumione kwiczenie. Dziki! Las ożywił się na chwilę i znowu zamarł w swej głuchej ciszy nocnej. Długo płynąłem zamyślony, posuwając się naprzód bardzo wolno. Czułem się wybornie w tej głuszy, na rzece szerokiej, pośród boru i w zupełnej samotności. Pomimo mnóstwa myśli, które następowały jedne po drugich — myśl o Krążu wracała wciąż upartym refrenem. Postanowienie moje, aby jak najprędzej opuścić Krąż, dojrzewało, ale nurtowała mnie ciekawość, czy istotnie mógłbym znaleźć testament.

Nagle w toku tych rozmyślań ujrzałem przed sobą, na sinej fali rzeki jakiś punkt zbliżający się z dużą szybkością. Po chwili spostrzegłem, iż była to łódeczka — mała jak łupina. Siedziała w niej jakaś drobna postać... Wzrok mnie nie mylił... postać kobieca. Kobieta wykonywała rękoma jakieś ruchy desperackie, wyraźnie do mnie skierowane. Usłyszałem jej głos wzywający ratunku. Jeszcze sekunda i spostrzegłem, że kobieta nie posiada wiosła. Prąd rzeki unosi łódkę szybko w dół i było pewne, że grozi jej niebezpieczeństwo, zwłaszcza gdy będzie mijała Krąż, gdzie rzeka gwałtownie skręca i ma szalone wiry. Łódeczka zbliżała się, nie było czasu do stracenia. Gwałtownie poruszyłem wiosłami w gryfach, skierowując swoją łódź wprost na nadpływającą. Po minucie łodzie zrównały się ze sobą. Zgrzytnęły burty. Chwyciłem łańcuch i podałem go nieznajomej, zatrzymując jednocześnie jej łódkę za brzeg ostrego dzioba.

— Ach, panie! Dziękuję! Co za szczęście... byłabym się rozbiła. Rzeka porwała mi wiosło! Łódka uderzyła o jakąś zaporę i woda przesiąka! — wołała niezwykle dźwięcznym głosem, który podziałał na mnie silnie i uświadomił, że mam przed sobą inteligentkę.

— Proszę na moją łódkę, niech mi pani poda rękę! — zawołałem, wyciągając do niej ramię.

— Ależ co znowu!? Niech mi pan tylko pożyczy jedno wiosło. Z jednym pan sobie poradzi?

— Musi pani przejść na moją łódź, pani ma całe stopy w wodzie. Proszę!

— Nie! Dopłynę do brzegu, wyleję wodę z łódki i z pana wiosłem powrócę do domu.

Ogarnęło mnie szalone pragnienie postawienia na swoim.

— Proszę na moją łódź i ani chwili do namysłu! Łódkę przyholuję do brzegu.

Głos mój miał widocznie szczególny akcent, gdyż nieznajoma nie opierała się więcej. Spojrzała na mnie badawczo. Oczy jej na tle jasnej, drobnej twarzy błyszczały nawet w nocy. Ciemne, wyraziste brwi rysowały się malowniczo na białym czole pod gładko zaczesanym ciemnymi włosami okrytymi kwiecistą chusteczką. Powstała, jednak znowu zawahała się.

— Proszę panią — powtórzyłem z naciskiem. Podała mi obie ręce i niesłychanie zręcznie przeskoczyła z chyboczącej się łódeczki na moją łódź. Trzymając mocno jej drobne dłonie, posadziłem ją na ławeczce i wówczas dopiero zacząłem przymocowywać do siebie obie łodzie. Gdy skończyłem i łańcuch wyprężył się, utrzymując za sobą łódkę przybyłej, wtedy biorąc za wiosła, spojrzałem na swego gościa. Patrzyła na mnie ciekawie. Uśmiechnąłem się.

— Musimy się sobie przedstawić. Jestem Pobóg... z Krąża.

Brwi na jej czole ze zdumienia zbiegły się w śliczny łuk.

— Pan żartuje! Czyżby to był dalszy ciąg mojej przygody? Pobóg z Krążą?! Mógł pan również powiedzieć... upiór z Krążą, bo to na jedno wychodzi.

Zrobiło mi się dziwnie przykro.

— Więc i pani...

Nie skończyłem, gdyż podała mi żywo rękę i uśmiechnęła się wdzięcznie.

— Przepraszam pana. Na upiora oczywiście pan nie wygląda. Zresztą... nawet upiorowi dziękowałabym za ocalenie mnie od niebezpieczeństwa, w jakim byłam. Nazywam się Teresa Orliczówna, a mieszkam obecnie u mego stryja Orlicza w Porzeczu. Wypłynęłam sobie na rzekę, na spacer, zamyśliłam się, wiosło mi się zsunęło do wody, nie zdołałam uchwycić i taka przygoda! Wszak to już późna noc.

Zapaliłem zapałkę i spojrzałem na zegarek. Była akurat dwunasta. Przeraziła się, gdy to usłyszała.

— Cóż ja teraz zrobię? — załamała ręce.

Przy blasku zapałki jej oczy błysnęły żywym ogniem, a twarz wydała się jak na kamel. Smukła, ciemno ubrana postać zdawała się zręczna i silna.

— Już wiem! — zawołała z zapałem. — Dopłyniemy do brzegu, naprawimy łódkę i z pożyczonym od pana wiosłem wrócę do domu. Jeśli mi pan zechce w tym dopomóc.

Gdy wyraziłem wątpliwość naprawienia łódki bez żadnych narzędzi i materiałów, zasępiła się znowu. Zacząłem ją uspokajać. Oto odpocznie na brzegu, osuszy się przy ognisku, a o świcie odwiozę ją do Porzecza.

Uśmiechnęła się.

— Ale właściwie to nawet nie wiem, kto pan jest? Pobóg z Krąża, to brzmi baśniowo. Od czasu jak mieszkam w Porzeczu, pałam pragnieniem poznania tego zaczarowanego zamczyska, ale zwiedzać go podobno nie można. U państwa Zatorzeckich stryj nie bywa, wybrałam się przeto sama łodzią, by zobaczyć choć z daleka to legendarne miejsce. A tu raptem pan, spotkany na rzece jak zbawienie i... Pobóg z Krąża. Nadzwyczajne!

Dopłynęliśmy do miejsca, które mnie tak zainteresowało, gdy zwiedzałem las onegdaj. Olbrzymie sosny i jodły zwieszały tu swe gałęzie nad ciemną wodą.

— Opowiem pani, dlaczego jestem w Krążu, ale teraz przybijamy do brzegu.

— Pod te jodły...?

— Tak, jesteśmy niczym w puszczy dziewiczej. Nie będzie tu niestety tygrysów, szakali ani okularników — zaśmiałem się. — Najwyżej wystraszymy dzika.

— Czy to konieczne wyładowywać? Możemy przecież od razu popłynąć w górę rzeki, jeżeli pan taki uprzejmy i chce mnie odprowadzić.

— Rozpalimy ognisko, pani się ogrzeje i wysuszy sobie ubranie i obuwie...

— Ach, to mi nie zaszkodzi. A te lasy na pewno należą już do Krąża. Blask ognia gotów ściągnąć kogo ze straży, zrobią nam nieprzyjemność.

— Biorę to na siebie, proszę być spokojna. Wysiadamy.

Wahała się i nie była zdecydowana, co robić. Ująłem ją silnie za obie ręce i prawie zniosłem z łodzi na brzeg. Był suchy i bujną trawą porosły. Stanęła bezradnie pod jodłą, drżała trochę, nie wiem ze zmęczenia, czy z lęku, który w niej wyczuwałem. Umocowawszy łódź przy grubym pniu drzewa, skłoniłem się przed nią — ledwo majaczącą w gęstym cieniu jodeł.

— Proszę, niech pani przestanie uważać mnie za upiora. Jestem Pobóg, ale żywy i nic z Krążem nie mający wspólnego, bo zaledwie od tygodnia tam mieszkam i wkrótce opuszczę ten istotnie zaczarowany zamek. Jestem bardzo rad, że w swojej również przypadkowej wycieczce po rzece spotkałem panią. Bądźmy przeto jak pątnicy zbłąkani w puszczy, którym wesoło i dobrze. Zabieram się do rozpalenia wielkiego ogniska.

— Ja panu pomogę, urządzimy olbrzymi stos! — zawołała z ożywieniem, nagle rozweselona.

Trochę po omacku szukaliśmy suchych gałęzi. Obłamywałem susz z niskich odziomków jodeł i wkrótce rozpaliłem stosik. Ona rzuciła nań również sporą więź chrustu. Buchnął duży płomień, rozjaśniając przestrzeń wokół nas. Panna Teresa krzątała się żwawo i ciągle podsycała ognisko. Była ożywiona, swobodna i bardzo miła. Wysoka, smukła, ale nie chuda, zgrabna, w ruchach dziwnie harmonijna. Śliczne ciemne oczy wdzięczyły się mimo woli, ale nie było w niej kokieterii celowej, lecz naturalny porywający wdzięk. Ubrana była w ciemną, lekką sukienkę. Miała białą, długą szyję ładnie wychyloną z wycięcia sukni. Nie była pięknością klasyczną, lecz bardzo ładna, a przede wszystkim niesłychanie urocza w swym naturalnym wdzięku. Może mieć dwadzieścia lat najwyżej. Usta soczyste jak świeże jagody uśmiechały się tak cudownie i tak zaraźliwy był jej wesoły śmiech, że doprawdy czułem się podniecony i sam nie wiem dlaczego szczęśliwy. Rozbawiliśmy się przy ogniu jak dzieci. Wtem ona załamała ręce w komicznym geście i zawołała:

— Och, jaka jestem głodna! Rozłożyłem bezradnie ramiona.

— Cóż robić i ja jestem głodny... Zaśmiała się.

— Tak, na to rady nie ma, trzeba wytrwać do rana

— Wie pani co? Łapmy raki! Wiem, że tu są, na ogień dadzą się zwabić.

— W czym je ugotujemy?

— Prawda! Ale w dzień widziałem tu maliny, tu gdzieś blisko. Chodźmy szukać!

— Doskonale! Weźmy pochodnie.

— Czy i pani także? Może jedna wystarczy.

— Będzie jaśniej.

Chwyciła płonącą gałąź, ja drugą i świecąc przed sobą, poszliśmy naprzód. Trafiliśmy na krzaki malinowe, lecz jagody niełatwo było znaleźć — mnie też wcale nie o to chodziło. Podziwiałem zręczność i swobodę ruchów dziewczyny, patrzyłem w jej oczy, które przy blasku ognia lśniły złotymi iskrami i były tak gorące, tak pełne czaru, że czułem, iż tracę głowę. Czyżby to był mój typ kobiety, nie spotkany dotąd, a wymarzony...?

Spostrzegłem gałązkę z malinami, które przy świetle pochodni wydawały się ciemne jak granaty. Zerwałem i podałem mojej towarzyszce. Klasnęła w ręce z radością.

— Wspaniałe! Ale i pan musi jeść razem ze mną.

— W takim razie pani będzie mi podawała jagody do ust — zaryzykowałem.

— Zrobimy inaczej, o tak!

Gałązkę z maliną podała mi z oddali, sam zerwałem ustami jagodę z szypułki. Nie było to jednak to, czego chciałem. W ten sposób podała mi jeszcze kilka gałęzi z malinami, czyniąc to z wytworną swobodą i wdziękiem. Byłem jej wdzięczny za ten takt, sam nie rozumiejąc czemu. Nareszcie zgasła jej żagiew. Jakiś szatan podszepnął mi, by i swoją zgasić. Zrobiłem to tak zręcznym manewrem, iż była pewna, że i moja pochodnia przestała się palić sama. Ogarnęły nas ciemności tym większe, że i ognisko w oddali przygasało. Chwyciłem rękę dziewczyny z pragnieniem przyciągnięcia jej do siebie. Byłem jak pijany, przyznaję. Lecz w swych zapałach doznałem zawodu. Panienka zaśmiała się z wesołą swobodą i zawołała:

— O nie, panie, jeśli marny się przewrócić oboje przez jakiś pień, to lepiej niech każde o sobie myśli.

Pobiegła naprzód, wołając trochę zdyszanym głosem, a może tak mi się tylko zdawało:

— Proszę podążać za mną, ja widzę w nocy jak kot! Poczułem się zmieszany, było mi przykro, iż mogła odgadnąć moje agresywne intencje. Panna Teresa dobiegła pierwsza do ogniska i podsyciła je, że znów zapłonęło jasno. Spojrzała na mnie poważnie, ale dojrzałem w jej oczach jakiś płomyk, którego przedtem nie było. Głos jej też zabrzmiał trochę sztucznie, gdy przemówiła:

— Może byśmy jednak popłynęli już w górę rzeki, jeśli pan...

— Jeśli panią odprowadzę na swojej łodzi? Oczywiście, że tak, ale jeszcze nie teraz. Trzeba poczekać do świtu.

— Dlaczego? Lepiej teraz płyńmy, taka cicha, śliczna noc.

— Tak nam tu dobrze przy tym ogniu, tak zacisznie... Czy pani nie uważa?

— Tak! Tu jest ślicznie, dziwnie bajkowo — uśmiechnęła się szczerze.

Przez chwilę zapatrzyłem się w jej oczy, ona poczerwieniała, lecz oczu nie spuściła. Piłem z nich czar szczególny, nowy dla mnie, a wprowadzający mnie w zachwyt, w niemal religijne uwielbienie.

— Pozostańmy razem do świtu. Niech pani spocznie o tu, na pniu, a ja obok pani... o tak, tak nam będzie dobrze — ulokowałem się na trawie niedaleko jej kolan. — A teraz opowiem pani czy może przekonam ostatecznie, że nie jestem upiorem z Krąża , jakkolwiek jestem Pobóg.

I zacząłem jej opowiadać o sobie. Słuchała tak jak kobieta subtelna słuchać potrafi. Patrzyła na mnie, przysłaniając czasem rzęsami oczy, czasem źrenice jej spoczęły na czarnej masie drzew, a wtedy wydawały się ciemne jak toń rzeki wśród nocy. Gdy utkwiły chwilami w płonącym ognisku, nabierały blasków nieopisanych, zdawały się palić jak złote topazy, przepalać swym żarem, wyrazem czarować.

Gdy opowiadałem o Krążu i o tym, jak sny moje znalazły tam wytłumaczenie, aczkolwiek jeszcze nie zrealizowane, słuchała z wyjątkowym skupieniem, nie spuszczając ze mnie oczu, a usta świeże rozchylały się z zaciekawieniem i była tak ładna w tym zasłuchaniu, że chwilami gubiłem wątek opowiadania. W pewnej chwili, gdy umilkłem, panna Teresa rzekła swym niskim, miłym głosem:

— Od czasu, gdy znam tę okolicę, przebywając w Porzeczu, zawsze słyszałam, iż Krąż jest Pobogów. Zatorzeckich nazywają tu uzurpatorami. Pana Gabriela Zatorzeckiego widziałam parę razy z daleka. Jest niesympatyczny. No, a tak zwaną babcię Gundzię, której się wszyscy boją i nazywają Herodem w spódnicy, ja uważam za bardzo nieszczęśliwą kobietę. Zdaje się, iż życie nie szczędziło jej bólów i trosk. Mam wrażenie, że przyczyną tego jest jakiś straszny ciężar moralny, który ta kobieta dźwiga przez całe żyde.

— Jak ją pani świetnie scharakteryzowała! — zawołałem zachwycony przenikliwością młodej dziewczyny.

Zwierzyłem się jej ze swoich spostrzeżeń co do babci Gundzi i z tego, że mnie zaszczycała większymi względami niż innych, co przypisywałem mojemu odnoszeniu się do niej.

— Tak, to możliwe, lecz panią Zatorzecką uważają tu jednak za bardzo przebiegłą osobę, więcej... za chytrą, której uczucia są zawsze podyktowane własnym interesem i korzyścią. Może przeto...? Nie chcę jej posądzać...

— Rozumiem panią. Może babce chodzi o zjednanie mnie dla siebie, gdyż poczuwa się do winy wobec mnie jako Poboga? Ale ja wszak nie występuję z pretensjami.

— Właśnie wtedy pani Zatorzecka wykazałaby prawdziwe oblicze. W każdym razie obecność pana w Krążu nie sprawia jej zapewne zbytniej przyjemności. Przepraszam, że pana może rozgoryczam, ale mówię tylko to, co mi na myśl nasunęło pańskie opowiadanie.

— To słusznie, pani ma rację, gdyż czuję się w Krążu intruzem i dlatego... wkrótce stąd wyjadę...

Powiedziałem to trochę niepewnie, patrząc w jej oczy. Zapłonęła ślicznie i zawołała żywo:

— Jak to? i nie zbada pan biblioteki, nie będzie pan szukał testamentu...?

— Czy warto, proszę pani? Paschalis to stary maniak...

— Wszystko jedno, ale dla własnej przyjemności, dla własnego doświadczenia szukałabym koniecznie.

— Tak pani radzi?

— Stanowczo, panie, przecież to bardzo ciekawe, a przy tym sny pańskie w zestawieniu z zeznaniami Paschalisa to tak zgodny akord i tak fascynujący, że nigdy bym się nie wyrzekła sposobności zbadania podobnej tajemnicy. — Zamyśliła się chwilę i nagle rzekła z zadziwiającym przeświadczeniem: — Ja wierzę w takie wróżby i wiem, że sny to coś niesamowitego, co nieraz kieruje czynami i przeznaczeniem ludzi. Krąż jest wszakże symbolem wielkiej krzywdy, a krzywda to niesłychanie krucha i ruchoma opoka, na której nie ostoją się nawet najpotężniejsze gmachy. Niech pan rozpocznie poszukiwania. — Uśmiechnęła się. — Pan się dziwi zapewne, że tak namawiam, by pan szukał testamentu? Bo mnie historia Krąża wyjątkowo zainteresowała tak ze względu na nią samą, jak i dlatego, że mi przypomina coś równie tajemniczego w historii naszej rodziny. To także smutne, a nawet bardziej. I tam źródłem jest wielka krzywda, lecz... — Umilkła nagle, pobladła. — Nie mówmy o tym...

— Owszem, niech pani mówi, powiedziałem pani wszystko o sobie, słuchała pani tak ślicznie, czy ja nie zasłużyłem na zaufanie pani?

— Historia naszej rodziny jest tragiczna...

— Proszę, niech pani mówi... błagam panią.

— Czy pan wie, że matka i ja nikomu tego nie opowiadałyśmy?

Skłoniłem przed nią głowę, chciałem ująć jej rękę, lecz bałem się ją spłoszyć. Ona uśmiechnęła się.

— Gdyby mi kto przepowiedział dziś rano, że tej nocy będę swoją historię rodzinną opowiadała... Pobogowi z Krąża... w lesie, sam na sam przy ognisku... myślałabym, że ta wróżba zwariowana oznacza chyba... śmierć.

Rzuciłem się do niej i porwałem jej ręce.

— Niech mnie pani nie nazywa Pobogiem z Krąża! Z Krążem nic prócz nazwiska mnie nie łączy. Nic więcej!

— Proszę... niech pan puści moje ręce — szepnęła dziwnie miękko, z takim wdziękiem, że znowu z trudem opanowałem się, by nie okazać jej zbyt wiele uczucia.

Cóż za urok bił od tej kobiety! Co za urok! Popatrzyłem długo, mocno w złociste, pełne iskier oczy i wolno, schylając nisko głowę, przysuwałem do ust jej ręce trzymane w moich dłoniach. Gdy wargi moje dotknęły i wpiły się w nie, zadrżała silnie, podrywając się, ale ją zatrzymałem i w upojeniu, odwracając jej ręce, wtuliłem usta w jej ciepłe, miękkie dłonie dygocące teraz jak schwytane ptaki. Czułem, że i ona trąci władzę nad sobą i byłem szczęśliwy. Spojrzałem w jej oczy. Lekka mgła przysłoniła ich blask. Był taki moment, że jeden cień zachęty z jej strony, jeden uśmiech, a byłbym porwał ją w ramiona... Ale nic z tego. Wysunęła ręce z moich rąk. Patrzyła na mnie poważnie głębinami swych oczu promiennych, lecz usta jej były bez uśmiechu, tylko uroku pełne nakazywały dla siebie cześć i uwielbienie.

Trwało to długą chwilę. Wtem zatrzepotała rzęsami niespokojnie, rozejrzała się dokoła i palcami trochę nerwowo przycisnęła sobie oczy. Zbliżyłem się do niej o krok, nie cofnęła się... Patrzyła na mnie uważnie, trochę jak pogromca. Była śliczna. Zrezygnowałem ze swoich zakusów, nie mogłem się jednak powstrzymać, by znowu nie ująć łagodnie, lecz stanowczo jej ręki, którą podniosłem do ust. Dłoń jej drobna, lecz silna drżała. Czułem to wyraźnie. Panowałem nad sobą, by zachować spokój. Kobiety łatwo odgadują, na którego mężczyznę robią wrażenie. Wykluczam tu kobiety zarozumiałe, kobiety papugi, którym się zdaje w ich naiwności, że wszyscy za nimi szaleją i które czcze komplementy biorą za najlepsze monety. Ona do tych nie należy. Przymknąwszy oczy, była w tym zmieszaniu cudownym jeszcze bardziej ponętna. Nie chciałem nadużywać chwili, więc pieściłem jej rękę i rzekłem półszeptem, prawie pieszczotliwie:

— Proszę, niech pani opowie historię czy legendę swojej rodziny. Słucham całym sercem jak człowiek bardzo pani oddany, któremu może pani zaufać.

Uśmiechnęła się do mnie trochę smutno. Nagle promień złoty trysnął z jej oczu przedziwnym blaskiem.

— Czy pan wie, że dziś noc świętojańska? Noc kupałowa, noc wróżb... i kwiatu paproci? Możemy tu sobie na rzece urządzić sobótki.

— Wolę kwiat paproci, gdyż przynosi szczęście i upaja urokiem — rzekłem, patrząc na nią.

— Za ciemno, niestety, by go szukać — odpowiedziała żałośnie. — Kwiat paproci kwitnie w nieprzebytych kniejach.

— Ja go już znalazłem i patrzę na niego.

Brwi jej drgnęły, blask oczu przyćmiły na chwilę długie rzęsy. Była w łunie rumieńca... Ale się szybko ocknęła, spojrzała na mnie z wesołym uśmiechem.

— Znaleziony na rzece nie należy do legendy...

— Nie chcę legendy, wolę szczery urok, bo taki czar nie rozwiewa się we mgle złudzeń...

Wszak nie jesteś złudą? — dokończyłem w myśli, gdy wtem ona odsunęła się, podnosząc dłoń do góry.

— Cyt! panie, to noc czarów, coś tu błądzi... Pan nie słyszy?

Oczy jej nabrały innego wyrazu, rozszerzyły się jakby przerażone... Podniosła głowę, nasłuchując.

— Ktoś tu się skrada — szepnęła spłoszona. Rozejrzałem się, jakiś szelest istotnie dał się słyszeć, jakby czyjeś kroki.

— Kto tam? — zawołałem ostro.

Z ciemności wyłoniła się ciężka, ogromna postać borowego Krzepy. Uspokoiłem tedy pannę Teresę i powitałem starego. Zręcznie udał zdumienie, poznawszy mnie jakoby dopiero teraz. Skłonił mi się w pas, ale na moją towarzyszkę patrzył podejrzliwie. Wyjaśniłem mu sytuację i wskazałem na zepsutą łódkę panienki z Porzecza, pytając, czy się nie da naprawić. Stary rozchmurzył się od razu, fachowo obejrzał łódeczkę, uznając ją za niemożliwą do naprawy bez stolarskiego warsztatu. Po czym jął przepraszać nas za swoje najście, tłumacząc się, że zwabiło go ognisko w borze. Ja zaś istotnie byłem na niego wściekły. Przerwał nam tak cudowną chwilę. Opowiadanie nie doszło już do skutku. Terenia, bo tak ją będę nazywał, była spłoszona i upierała się, by zaraz płynąć do Porzecza. Niedorzeczne miała pomysły: najpierw, że popłynie sama na mojej łodzi, potem, że powiezie ją Krzepa. Spojrzałem na nią znacząco i kategorycznie. Krzepa twierdził, jakby w myśl moją, że odpływać jeszcze za wcześnie, trzeba czekać świtu, po czym flegmatycznie ulokował się przy ognisku. W pewnej chwili rzekł, spoglądając to na mnie, to na Terenię:

— Dziś noc kupałowa, święta noc... A państwo nie zapalą sobótek... na rzece? Dziś wróżby pewne...

Milczeliśmy oboje trochę zmieszani. Więc stary zagadał inaczej:

— Dawno, dawno, podobnie jak dziś siedzieliśmy przy ogniu w borze z panem Marcelim Pobogiem i jego żoną, gdy po powstaniu i po ozdrowieniu pana, uciekali oboje w przebraniu chłopskim. Jaśnie pan podobny do pradziada Hieronima, że aż dziw bierze patrzeć, ale podobny i do dziada Marcelego, to mi się tak majaczy jakby to były tamte czasy i... tamta para jaśnie państwa.

Twarz Tereni pokryta różową łuną bijącą od ogniska zapłonęła jeszcze żywiej. Spojrzała na mnie, lecz ujrzawszy mój wzrok utkwiony w sobie, odwróciła oczy na Krzepę.

— Opowiedzcie, jak to było — zaproponowała staremu.

Ucieszył się i zaczął snuć jedną z tych historii baśni, jakie się słyszy niemal w każdej rodzinie, w której dziad lub ojciec przelewał krew za ojczyznę, by tułać się potem bezdomny, z rozpaczą w duszy i ranami na ciele. Mój dziad Marceli był podwójnie bezdomny, bo i wydziedziczony z rodziny za miłość.

Terenia słuchała w skupieniu. Wreszcie, gdy Krzepa mówił o młodej, nieszczęśliwej pani dzielącej z mężem ciężki los tułaczy, spytała starego:

— Czy ojciec pana Marcelego, pan Hieronim wiedział o wielkiej miłości synowej do syna?

— Jakże! — oburzył się Krzepa. — Wiedzieć to wiedział, ale że pan Marceli był bogaty, a pani biedna, to starszy pan mówił zawsze, że dla majątku wyszła za pańskiego syna, co już było nieprawdą, bo pan Marceli, jak brał ślub, to już było po wydziedziczeniu. Ale to była święta pani. Wiedział o tym pan Hieronim, tylko wiedzieć nie chciał.

Stary opowiadał dalej różne szczegóły z życia moich dziadków, a gdy mówił o pradziadku Hieronimie, twarz jego nabierała jakiejś grozy szczególnej. Oboje z Terenią słuchaliśmy w milczeniu i czułem, że nie tylko mnie lecz i jej dobrze jest przy tym ogniu, w lesie, w nocy, pod ciemnym niebem usianym gwiazdami. Odczułem, że nie tylko we mnie lecz i w niej budzą się uczucia, nieznane dotąd, a dziwnie dobre i słodkie, może upojne. Często oczy nasze spotykały się ze sobą i już nie uciekały spłoszone, lecz przeciwnie — tonęły w sobie z zaufaniem jakbyśmy byli bardzo bliscy i drodzy. Że ona doznawała tych samych wrażeń, byłem prawie pewny. A może nie tylko my oboje, lecz i Krzepa ulegał tej atmosferze dziwnej porywającej ku sobie nasze duchy i serca... W opowiadaniu borowego byty zwroty, które mogły nasuwać podobne przypuszczenie. Raz na przykład patrząc dyskretnie na Terenię, zrobił luźną uwagę dotyczącą niby mojej babki, a żony Marcelego.

— Bywa czasem, że Pan Bóg w ciężkich opresjach ześle taką niewiastę, co jest jak anioł żywy ze skrzydłami, które zwinął dlatego, żeby ludzie od razu nie padli na kolana i nie całowali stóp. Do takiej niewiasty człowiek od razu się garnie jak dziecko do matki, bo to moc od Boga dana, że jedno do drugiego popycha i przykuwa ich do siebie na wieki... — Umilkł jakby dał nam czas do refleksji. Po czym rzekł znowu z dziwną siłą: — Taka niewiasta zesłana od Boga to przeznaczenie i ono poprowadzi tam, gdzie trzeba, gdzie Bóg wskazuje palcem świętym, żeby do tego iść, nawet przemocą iść i zabrać sobie to, co Bóg człowiekowi przeznaczył. A tego czasem jeden człowiek nie potrafi... Dlatego Bóg zsyła niewiastę do pomocy i dla większej wiary, i dla większej ochoty... Aluzja do Krąża i Tereni była aż nadto wyraźna, przynajmniej dla mnie. Dobrze powiedział kiedyś Korejwo o Krzepie: „Mądry to jest dziad... o mądry”. Terenia jakby również zrozumiała aluzję starego borowego, bo stała się trochę sztuczna. Odczułem w niej pewien niepokój, ale był on dla mnie miły. Umyślnie zagadałem do starego na inny temat, by wrażenia jego słów nie osłabić. Chwile milczenia zapadały jednak coraz częściej, rozmowa rwała się, bo borowy uparcie wracał do jakichś proroczych zwrotów. Krzepa wyglądał jak wróż słowiański, który przy ognisku wspomina przeszłość i nowe przepowiada losy. Postać jego olbrzymia, oświetlona blaskiem płomieni na tle ciemnych, zwalistych gałęzi jodeł miała w sobie potęgę i majestat. Twarz dużą, ogorzałą z głębokimi bruzdami na wysokim czole ozdabiały obfite, białe wąsy. Spod siwych, nawisłych brwi patrzyły jasne, mądre oczy otoczone siecią drobnych zmarszczek. Szpakowaty czub nad czołem jeżył się zawadiacko. Starego cechowała szczerość i łagodność wzbudzające zaufanie. Uśmiech miał ujmujący, a spod białych wąsów błyskały zęby prawie młodzieńcze, pomimo iż Krzepa ma z górą siedemdziesiąt lat. Mówił głosem miłym i dźwięcznym. Wreszcie słaby brzask jął przesiewać poprzez gałęzie jodeł swe srebrne pyły oksydowane mrokiem. Rzeka pokryła się siwą mgłą. Chłód powiał od wody, nagły szum przeleciał po czubkach drzew, jakby przeszedł po nich dreszcz budzącego się lasu. Świtało! Ciszę ogromną, ciszę senną, prawie mistyczną zaczęły mącić lekkie kwilenia ockniętych ptaków. Głosy niepewne, słodkie, pojedyncze zlewały się ze sobą w jedną harmonię coraz głośniejszą i obfitszą w tony i melodie. Przez bór niosła się codzienna pieśń na chwałę poranku. Szczególny nastrój zapanował w całej naturze, nastrój tak podniosły, że chciało się wykrzyknąć: Alleluja! Alleluja!

Spojrzałem na Terenię i jednocześnie oboje wstaliśmy z naszych miejsc.

— Świta — szepnęła uroczyście.

— Tak, świta! — powtórzyłem. — Ten brzask srebrnobłękitny robi na mnie wrażenie nagle otworzonego oka pięknej kobiety po rozkosznym śnie.

Skrzywiła się lekko.

— Ja innego doznaję wrażenia. Poranek to jakby słodki uśmiech przyrody do Boga, uśmiech dziękczynny za łaskę światła i za nadzieję dnia, a więc odrodzenia po ciemnościach. Zdaje mi się również, że i ci śpiewacy leśni wznoszą swoje skromne hymny do Boga za cud świtu, za błogosławieństwo istnienia we wszech świecie, za to, że są atomami bóstwa, dźwięku, piękna w potężnym zespole boskiej przyrody. Słyszy pan, już cały bór gra... To pieśń codzienna, a co dzieli nowa, bo co dzień inne, choć pozornie te same uczucia serdeczne ją tworzą. Ta sama, a jednak zawsze inna wdzięczność przepełnia te drobne jestestwa głoszące chwałę Bożą.

— Pani jest głęboko wierząca czy też wyobraźnię swoje dostraja pani panteistycznie do największej, najpiękniejszej fantazji, jaką jest religia... wiara?

Spojrzała na mnie uważnie.

— Religia nie jest fantazją, lecz prawdą, a zatem i wiara w tę wielką prawdę nie może być oparta na wyobraźni, lecz na głębokim wewnętrznym przekonaniu.

— Jaka pani szczęśliwa! — wykrzyknąłem z zachwytem.

— Tak — odrzekła z prostotą — przyznaję, że wierząc, że już przez to samo czuję się szczęśliwa, ale...

— Niech pani dokończy.

— Ale najszczęśliwsza czuję się dlatego, że mam odwagę swojej wiary, że się jej nie wstydzę i wierząc, nie uważam się za naiwną. Przeciwnie, jakkolwiek jestem bardzo daleka od wszelkiej doskonałości, wiem, że jestem na drodze oświetlonej majestatem prawdy, która wiedzie tam, gdzie króluje mądrość niezgłębiona i wszechmocna.

Patrzyłem na nią z podziwem. To mówi dziewczyna tak wytworna, inteligentna, światowa? Nie spotykałem tego dotychczas u panien nowoczesnych... czy może tylko nowocześnie nastrojonych.

— Ma pani rację... odwaga przyznania się do wiary to dzisiaj może... druga wiara. Czy jednakże pozostanie pani z tym cudem w duszy na całe życie? Czy piękno życia, pokusy świata nie zasłonią pani owego majestatu, który opromienia teraz pani drogę tak wyłącznie? Czy to światło nie zostanie przyćmione przez inny blask przepyszny, nasiąkły purpurą czysto ziemskich i ludzkich namiętności... zachwytów?

Zamyśliła się chwilę, po czym spojrzała na mnie poważnie.

— Nie, panie... sądzę, że na pewno nie! Wszak nawet wybuch wulkanu i potężne stosy jego iskier i płomieni nie zaćmiewają blasku gwiazd świecących na firmamencie, nie zgaszą ani jednej gwiazdki, pomimo iż wydać się nawet mogą o wiele świetniejszym zjawiskiem i większą potęgą. Jednak wulkan gaśnie, a gwiazda świeci, wulkan wystyga, a gwiazda świeci wiecznie... Taką gwiazdą jest wiara duszy ludzkiej.

Wpatrywałem się w nią z zachwytem, pochłaniałem ją wzrokiem zapewne zbyt zachłannym. Musiała coś dostrzec w moich oczach, co ją uderzyło lub się jej nie podobało. Zmieszała się nieco i nagle zawołała innym tonem:

— Już świt jasny! Odpływam do domu. Do widzenia panu. — Podała mi żywo rękę.

Zatrzymałem jej dłoń w swojej ręce, zapominając o Krzepie.

— Pani jest cudownym misjonarzem moim, gotów jestem być tępym poganinem, byle słuchać pani głosu, widzieć jej zapał...

— Ale pan poganinem nie jest, spodziewam się?

— Mniej więcej... Pragnąłbym, aby pani mnie nawracała, może wtedy...

— Dobrze — zaśmiała się przerywając — zaczynam od tego, że skieruję obecnie pańskie kroki do Krąża, je zaś odpłynę z panem borowym.

Za ten jeden uśmiech skierowany do Krzepy można było upaść jej do nóg. Mnie on jednak rozgniewał, gdyż nie był dla mnie...

Powiedziałem kategorycznie, że ją odwiozę do Porzecza, lecz ponieważ i Krzepa ofiarował się wiosłować, nie było rady. Popłynęliśmy we troje. Byłem zły na starego ile on swoją atencją dla Tereni przejednał mnie wkrótce zupełnie. Płynęliśmy w najlepszej harmonii po rzece czystej jak płynny kryształ, w różach wschodu słońca, w powietrzu wprost lazurowym, pełnym zapachów kwiecia i świeżości. Przyśpiewywały nam chóry ptaków zgodną symfonią leśnej lutni. Jaskółki, fruwając nad rzeką, spadały niekiedy na wodę, by musnąwszy ją białym brzuszkiem, błysnąć granatową strzałką skrzydeł i znowu krzyżykiem zarysować się na błękicie nieba. Było trochę chłodno, nie miałem na sobie palta, by okryć Terenię. Krzepa zaproponował jej swoją burkę, lecz nie chciała, twierdząc, że jest jej ciepło. Różowe ciało prześlicznie prześwitujące przez lekką, przezroczystą tkaninę rękawów drżało wyraźnie, policzki jej płonęły jak zorze poranne. Była ponętna, świeża i przedziwnym urokiem owiana jak kwiat wiosenny wonią. Milczeliśmy oboje. Tylko Krzepa wciąż mówił coś, czego zdaje się nie tylko ja, ale i ona nie słuchała wcale. Zamyślona zanurzyła w wodzie ręce, ja zaś patrząc na nią, pytałem jej i siebie: Czy ty jesteś tą, której dotąd nie znałem, a tylko przeczuwałem twoje istnienie? Czy to ty wyśniona, wytęskniona? Czy to ty? Zdawała mi się tak bliska, a tak jednak daleka, ale już nie obca, pomimo że przed kilkoma godzinami nie wiedziałem nawet o jej istnieniu. Musiałem to sobie uświadomić, gdyż wrażenie było takie, że znam ją od bardzo dawna i że jest moja. Szczególne!

Drgnąłem. Ujrzałem znowu jakby migawkowe zdjęcie wizji nawiedzającej mnie już parokrotnie. Ona nie znana mi, wymarzona kobieta-idea, kobieta-sen czy mit... Na ławce kamiennej, z głową opartą o pień potężnego platana... W oddali stary, zgrzybiały pałac, jakieś góry dokoła... To ona na pewno! Moja kobieta — idea cudu życia, apoteoza szczęścia, to ona, ona! Byłem uniesiony tym odkryciem i tą pewnością, co jak błyskawica jaskrawa rozjaśniła mi mózg i natchnęła błogosławionym szczęściem. Nie było w mej duszy miejsca na analizowanie tego uczucia niesłychanej błogości, że odnalazłem ją. Nie było we mnie ani cienia zwątpienia czy ironii samokrytycznej, która tak często zakrada się w podświadomość moją i podgryza jak złośliwy podjadek nawet największe zapały i pragnienia. Szczególnie względem kobiet doznawałem często podobnych objawów, stawały się one zawsze klęską moich zachwytów. Ironia tkwiąca we mnie jak żądło w szerszeniu, choćbym o niej chwilowo zapomniał, przypominała mi o swoim istnieniu bolesnym ukłuciem. Budziła moją czujność, zaostrzała uwagę. Raz ocknięta rozrastała się jak pasożyt i czyniła w uczuciach moich wyłomy przerażające. W kobietach, które mi się podobały odkrywała najbardziej ukryte skazy. Szydziła z mojej krótkowzroczności, z mojej wiary w daną kobietę. Wpływ tego żądła był zawsze jednakowy, ujemny i niszczący. Czy i teraz będzie to samo? Dotąd ironia śpi przyczajona. Jak skazaniec czekam zbudzenia się jej i samokrytycznego sarkazmu, który jest jej jadem. Tymczasem marzę o Tereni, swobodnie... szczęśliwy.

Wycieczka nasza skończyła się inaczej niż pragnąłem. Gdy słońce było już wysoko, ujrzeliśmy wielką łódź naprzeciw nas — oczywiście z Porzecza. Stryj Tereni, Orlicz, z dwoma wioślarzami płynął na poszukiwanie bratanicy. Radość i szczęście na twarzy Orlicza, gdy ujrzał Terenię zdrową i bezpieczną oraz ich obopólna serdeczność uświadomiły mi, że jest ona w domu bardzo kochana. Wyjaśnienia Tereni jeszcze bardziej rozpromieniły oblicze stryja, lecz moje nazwisko zrobiło na nim wrażenie, aż nadto znane mi już z Krąża, choć może mniej jaskrawo uwydatnione. Zabrano mi Terenię. Orlicz, dziękując mi za opiekę, nadmienił coś, co mogło być zaprosinami do Porzecza. W ciemnofiołkowych oczach Tereni teraz zalanych iskrami gorącymi ujrzałem wyraźne pytanie: „Przyjedziesz?” i jednocześnie prośbę: „Przyjedź”, co zdaje się ją samą zmieszało bardzo. Oczyma odpowiedziałem jej: „Przyjadę” i nie licząc się z obecnością Orlicza, rękę jej przytuliłem do ust ze czcią.

Powróciłem do Krążą jak pod wpływem narkozy. Terenia... Imię to przepełnia mnie całego.



27 czerwca

Paschalis nie daje mi spokoju, czyha na mnie wszędzie i nalega w sposób bardzo natarczywy, bym zaczaj szukać testamentu. Przyznam się, że mi to nie było w głowie, jednakże od wczorajszej rozmowy z Terenią w Porzeczu, zaczynam o tym myśleć inaczej...

Po pożegnaniu się z Terenią na łodzi tęskniłem za nią i odczuwałem jej brak tak dalece, że gdybym uległ pragnieniom moim, pojechałbym do Porzecza zaraz na drugi dzień. Nie na długo co prawda odwlekłem swoją wizytę. Wczoraj wybrałem się tam łodzią. Prosić babkę lub Gabriela o konie było kłopotliwe i tego nie chciałem.

Popłynąłem z Krzepą. Często wyręczałem starego w wiosłowaniu. Robiłem to dla własnej przyjemności. Przez całą drogę dziad kładł mi w głowę konieczność odnalezienia testamentu, przyjazd zaś mój do Krążą nazywał zrządzeniem opatrzności — przeznaczeniem. Zaczynam już sam w to wierzyć, jakkolwiek wiarę mą budzą zupełnie inne przyczyny, bo nie Krąż, lecz Terenia.

Złota moja dziewczyna nie spodziewała się mnie tak prędko w Porzeczu. Wylądowaliśmy na małej przystani, gdzie stały łodzie dworskie. Ujrzałem murowany ładny dwór na wzgórzu, w otoczeniu gustownych kwietników i krzewów obsypanych kwieciem. Widok malowniczy zaciekawił mnie. Z lewej strony domu ujrzałem cienisty lasek liściasty urządzony parkowo, który pociągnął mnie ku sobie. Nigdzie żywego ducha. Cisza jakby świąteczna, pomimo że to dzień codzienny. W lasku bujna nie koszona trawa przetkana kwiatami, świergot ptactwa ogłuszający. Przebiegłem po gracowanych uliczkach w nadziei spotkania ślicznego celu mojej wizyty i nagle... W głębi jakiejś alejki pnącej się pod górę, w gąszczu krzewów ujrzałem postać kobiecą. Ona? Nie! Przed murowaną kapliczką tonącą w akacjach rozkwitłych klęczała kobieta starsza, szczupła, drobna, czarno ubrana, z twarzą ukrytą w dłoniach. Cofnąłem się nieco za drzewo i patrzyłem. Odgadłem matkę Tereni. Wszak mówiła mi, że jej stryj jest wdowcem.

Nie chcąc przeszkadzać w kontemplacji modlitewnej, usunąłem się i odszedłem w stronę dworu. Spotkanego ogrodnika w szerokim, słomianym kapeluszu spytałem o panienkę. Obserwując mnie bardzo ciekawie, odrzekł że „panieneczka” jest przy gospodarstwie, ale że jeśli

Brak fragmentu tekstu.

jej bez uprzedzenia, dyktowała mi to moja próżność czy miłość własna podsycona nadzieją, że... będę mile przyjęty. Nie zawiodłem się. Ujrzałem Terenię... przy kurnikach. Siedząc na kłodzie drzewa, trzymała na kolanach koszyk pełen pierza i żółtych piskląt. Bardzo zgrabne, smukłe nogi w brązowych półbucikach, odsłonięte wysoko, nastręczały duże ponęty i przede wszystkim rzucały się w oczy rasowym kształtem i cienką kostką. Na widok główki pochylonej, na widok ust świeżych o barwie maliny, teraz pieszczotliwie przemawiających do piskląt, zabiło mi serce tak radośnie i coś tak rzewnego a dobrego wpłynęło do duszy, że znikły mi z oczu jej nogi mogące budzić zakusy innej natury. Stałem chwilę zapatrzony w nią. Nagle tubalne i przerażone: „A co że to takiego” padło jak kamień pomiędzy nas. Dziewka wielka jak piec, zasadzista i czerwona ujrzawszy mnie wypuściła z rąk rzeszoto pełne ziarna i z otwartymi ustami zastygła w zdumieniu. Terenia po okrzyku dziewczyny spostrzegła mnie i zerwała się z miejsca w łunie gwałtownego rumieńca. Na mój ukłon głęboki skłoniła ślicznie główką. Trochę gorączkowo oddała koszyk z pisklętami dziewczynie, strzepnęła wdzięcznie jasną płócienną sukienkę i wesoło podała mi rękę.

— Jak pan tu trafił w nasze zakamarki gospodarskie! Chyba ktoś panu wskazał drogę? Czy nikogo pan nie spotkał? Stryj właśnie w polu, nikt się pana dziś nie spodziewał. Co prawda...

— Jeszcze czy już? — spytałem, przenikając ją wzrokiem.

— Jeszcze! — błysnęła ku mnie uśmiechem. — To jest powodem, że tak niegościnnie pana przyjmujemy. Chwileczkę, panie!

Wydała jakieś polecenia dziewczynie, po czym poszliśmy do ogrodu. Pragnąłem z całej duszy, by stryj jak najdłużej z pola nie wracał.

Terenia była śliczna w swej prostej sukience. Na głowie miała różowy zawój, spod którego wymykały się na czoło i skronie ciemne włosy. Była trochę zdyszana — czyżby z wrażenia? Wdziałem i odczuwałem wybornie, że działam na nią, może mniej silnie niż ona na mnie, ale podobnie... Gdy w pewnej chwili całowałem jej rękę, ujrzałem w oczach błaganie, by tego nie czynić, więc... odwróciłem rączkę i wpiłem usta w jej dłoń ciepłą i drżącą. Szalony poryw unosił mnie ku niej. Przyciągałem ją lekko, lecz stanowczo ku sobie i zdawało mi się, że i ona... Nagle szarpnęła się, zesztywniała i łapiąc szybko oddech, rzekła bezbarwnie, zdawkowo:

— Cóż, zaczął pan poszukiwania w Krążu?

— Nie zacząłem i... nie mówmy o tym — odrzekłem szorstko.

Spojrzała na mnie pytająco, dziwnie miękko.

— Pan się gniewa? Chodźmy może nad rzekę, to nasza sojuszniczka. Niech pan będzie dobry jak wtedy w lesie...

— Więc wtedy byłem milszy dla pani?

— Milszy nie, lecz lepszy.

— Niech mi to pani wytłumaczy.

— O, nie, proszę tego nie żądać.

— Dobrze, ale w zamian odpowie mi pani szczerze na jedno pytanie.

— To zależy jakie...

— Bez zastrzeżeń, droga pani moja, bez zastrzeżeń. Silny rumieniec cudownie okrasił jej lico. Patrzyła na mnie poważnie, ale trochę niepewnie.

— Czy pan jest taki arbitralny, czy to pytanie?

— Jest bardzo kategoryczne, panno Tereso, i kategorycznej wymagam odpowiedzi.

— Przestrasza mnie pan... ale słucham pana.

Była w niej słodycz porywająca i poddanie cichą które mnie podniecało niebywale. Ująłem jej ręce i mocno cisnąłem w swoich dłoniach. Chciała wysunąć je z mego uścisku.

— Proszę nie próbować, to by się na nic nie zdało. Musi pani w ten sposób odpowiedzieć na moje pytanie.

Umyślnie długo całowałem jej ręce, by się uspokoić, by jej dać czas na uspokojenie widocznego wzburzenia ... by wyzwać ironię, która... milczała. Pocałunki moje drażniły Terenię, mieniła się na twarzy, oczy jej pociemniały i mrugała częściej i płochliwiej. Przytrzymałem ją długo upojony jej zmieszaniem i niepokojem, jaki ją nurtował. Jeszcze... jeszcze... Jakie są jej myśli w tej chwili, czego się spodziewa ode mnie w tym pytaniu, z którym tak zwlekam?

Struna przeciągała się już nadmiernie. Oczy Tereni błagały, by nie męczyć jej dłużej. Wtedy spytałem:

— Czy po naszym spotkaniu, po tych kilku godzinach w lesie, pani myślała o mnie jako o legendarnym, upiornym Pobogu z Krąża czy jako o Romanie Pobogu z Uchań? Proszę o szczerą odpowiedź.

Czułem, że bezczelnie pomijam zasadnicze pytanie, czy w ogóle o mnie myślała, lecz komunał ten uważałem za zbyteczny i pomimo to... ironia mnie nie ukłuła...

Terenia nagle rozpromieniła się. Odetchnęła wyraźnie z ulgą. Spodziewała się zapewne innego pytania... Po moim zachowaniu się mogła oczekiwać tylko oświadczyn. I właśnie ta jej promienność, ta swoboda po tym, co usłyszała, była mi nadzwyczaj droga i miła. Odrzekła wesoło:

— Z chęcią odpowiem panu na to najszczerzej. Myślałam o Romanie Pobogu z Uchań, ale...

— Nie chcę żadnego ale, to mi wystarcza! Proszę mi nie psuć cudownej chwili! — zawołałem również w uniesieniu, ściskając jej ręce.

— Więc dodam tylko, że mimo woli do myśli o panu przyłączał się Krąż jako tło nieodzowne, na którym zawsze dotąd rysowało się nazwisko Poboga.

— To co innego, to już pomińmy, droga pani. Zależy mi przede wszystkim, by pani mnie nie utożsamiał z Krążem i jego historią.

— Jest pan zbyt wybitny jako postać i jako typ, by móc utożsamiać go nawet, z jego sobowtórem na portrecie — zaśmiała się — którego ja zresztą nie znam.

— Właśnie pragnę, by pani poznała zamek i ten portret.

— Och, to niemożliwe, niestety.

— Zupełnie możliwe i zależy tylko od pani zgody. Mówiłem trochę na oślep, ale myśl ta nagła olśniła mnie. „Ona musi być w zamku w Krążu” — słyszała uparty głos własnej woli nie liczącej się z niczym i z nikim.

— Pan chyba żartuje, wszak zamku w Krążu nikt nigdy nie zwiedza.

— Nikt, ale pani w nim będzie, bo... ja tego chcę. Przez długą chwilę miałem czar jej spojrzenia w swoich oczach... Pochyliłem się i szepnąłem ciszej:

— Niech pani tylko powie tak, a reszta na mojej głowie. Proszę mi zaufać.

Wysunęła szybko ręce z mojego uścisku. Odeszła parę kroków, szybko podążyłem za nią.

— Panno Tereso... oczekuję pani zgody.

— Ten projekt, prawie szalony, dopiero w tej chwili przyszedł panu na myśl, nieprawdaż?

Zdumiałem się. Odgadła mnie. Jej przenikliwość zaimponowała mi.

— Tak — odrzekłem szczerze — ale czasem najgenialniejsze pomysły w równie impetyczny sposób nawiedzają umysły ludzkie. Zresztą od projektu mego nie odstąpię i pani się na to zgodzi.

— To zobaczymy... to później. Teraz proszę pana o jedno.

Umilkła, zawahała się.

— Spełnię, co pani każe.

Szliśmy aleją wśród rozkwitach krzewów. Słońce krasiło twarz Tereni zarumienioną i jakby zmieszaną. Namyślała się poważnie skupiona. Ogarnęła mnie niecierpliwa ciekawość. Przenikałem ją wzrokiem pytającym. Podniosła na mnie roziskrzone oczy i rzekła przyciszonym głosem:

— Moja prośba... to prawie nakaz, lecz nie mój. Będę szczera...

Stanęliśmy oboje.

— Proszę panią... słucham.

— Miałam wczoraj sen dziwny... Zapewne to z pańskiego opowiadania — mówiła, patrząc mi śmiałe w oczy. — Śnił mi się ksiądz Halmozen, tak jak panu opowiadał o nim Paschalis. Niby żywy, niby duch w jakimś tumanie... W ręku miał zwój papierów i ten zwój oddawał mnie i coś mówił, ale co, nie pamiętam... Wiem na pewno, że to był rozkaz kategoryczny, bezwzględny. Miałam te papiery w rękach.. Bezradna słuchałam słów jego, gdy wtem... ujrzałam pana. Ksiądz zniknął, więc się domyśliłam, wszystko to we śnie, że te papiery są pana i, oddając je panu, obudziłam się... Długi czas nie mogłam przyjść do siebie. Wytłumaczyłam sobie ten sen bardzo prosto. Oto ksiądz Halmozen nakazuje mi skłaniać pana do szukania testamentu. Wszak to wyraźne, nieprawdaż.

— Tak, bardzo szczególne! — odrzekłem poruszony jej opowiadaniem.

Mówiła dalej z zapałem:

— To jest właśnie powodem mojej prośby... ten sen. Niech pan szuka tych dokumentów. Może to przeznaczenie pańskie i konieczność? Głęboko w to wierzę. Pańskie sny o Krążu sprawdziły się już w części... Przecie to nadzwyczajne fakty! Teraz znowu ksiądz Halmozen o którym przedtem nie słyszałam, objawia mi się we śnie i oddaje jakieś papiery z nakazem widocznym, by oddać je panu... To dowodzi, że powinnam pana namawiać uparcie na rozpoczęcie poszukiwań. Rozkaz księdza uważam za swój obowiązek i nie przestanę panu dokuczać w tej sprawie.

— Dokuczać? Kto wie, droga pani, czy właśnie przeznaczenie moje nie spoczywa w pani rękach? Pani sen skazuje na to, tak samo jak moje wizje o pani...

— Jakie wizje? — spytała.

Nasze cudowne sam na sam było niestety skończone, zbliżał się Orlicz z matką Tereni. Jakiż byłem zły za przerwanie naszej samotności.

Pani Orliczowa, którą widziałem modlącą się przy kapliczce położyła mi niespodziewanie dłoń na głowie, gdy całowałem jej rękę i rzekła cichym, miłym głosem:

— Dziękuję panu za Terenię. Przeszłam straszną noc, wtedy gdy ją pan wyratował z kłopotu na rzece. Opowiadała mi swoją przygodę ze szczegółami... nawet to, jakie wrażenie zrobiło na niej nazwisko pana.

Rozmowa nasza potoczyła się gładko i była zajmująca do czasu, aż musiałem odpływać, co nastąpiło dopiero po kolacji. Wcześniej Orlicz nie chciał mnie puścić. Bytem mu za to wdzięczny, przyznaję. Nie miałem już co prawda sposobności rozmawiać wyłącznie z Terenią, ale mogłem na nią patrzeć, gdy krzątała się koło podwieczorku i wieczerzy — wesoła i zarazem cicha tą rozjaśniającą i ogrzewającą pogodą ducha, która z niej promieniuje. Ani od stryja, ani od matki nie usłyszałem żadnej o niej pochwały tak często wyrażanej przez rodziców przed obcymi. Jednak czułem, że Terenia to oczko w głowie stryja i skarb matki, że jest zarazem dobrym duchem domu i jego gospodynią. Wszyscy i wszystko odnosiło się tu do niej. To ona prowadziła gospodarstwo domowe i pszczelarstwo w dużym zakresie.

Fragment tekstu niepoprawnie rozpoznany przez program OCR:

[ bu fazaei BDtefepfejSAw 'pajaj, opej^ nuiop utfśj m 0<Y4suairtM2}so8o{q iuAwzp/Y\eid tes aiqo az 'azDzsaf zbj wftadBZ "oaiuinzoiz oBaj texp aju Biuajaj. „BłfliapBuis" i bzozsbjmz b tB/wojBjq >pupaf "psouoaqo ipj wąs jpzpojqop z Bjafeicoj tuĄ feid 'feums ijdi { s oł([Ą sez uo 'aiqais n >p( rq. pfe>piu jBpazids od fepąsozod teBrup i oBam po feuozafeod tpapf — Tsąeią oBajjeuiz o6a( aums BZD u fefeui «HuełEjq i weuojeią az 'acuzod iui yep Huzemod 'uuapnzan z ołpaśzsm o; tui ppei/wodo zoijjo

z^sod i Bjuaywłjeum *Brtvn|poui Buuełsnaiu ejo /uc^ auda^neu bu a{ue/ro]az>o a{S O{B)S biubui )f aiuuiojSo aCnpui caopf 'puco cjp oSause^ nuiop łfajq upfefeui cuiru 'bŻ&ui /vusazort\pazid uoBz 'patzp sBio^p] feiu bu b)^sz Scg ajB>{ bz az {Bizf»YvSzid aiu az 'oj bz aCn^n^od ofe a{B3 'BDiuuołjBZ Bjzsopaju 'BigEj^ auwłsiBpodsoS bu nujadnz ais fcfefeuz aiu zoeiadzs i zie>płoijqtq /vuBmo{iuiez ftvvołjzBis>j icui oj j/Sq oap(o AuzipiBiBu auzoa zazid 'ao/touay — ńznpaTu ipłB(BUi ijaiui iuajax az 'ais uiapizpaimop bzdiuq PO ^o UEBajBU aunuiod 'maiuouojSB yeąsoz \epxp atu az 'oBapsjp azotu ¦feąnitp o5a( ipupaf uo ^a[ aiu az *uia{nzopo bz aużb^paui afniprcjs /"uc^ 'BU& oBauApaf -ods/y\ -ausBpn BiuBMq;uiBZ i biubSbui/^w peuod bvyvb)S sez aCo^piŁą *aqoso b(o/y\s ztu Caoaim ou/nad bu poi foms n»3 ni/ijs ui/uqop /v\ zoaj 'rtuzaW aqooją azo]^ •aupjlos i a(iui aiuazBjm Buwaadg 'qoBipm m pppj i /^sojd '/ub^s aiu azozsaf Doqo 'znf Aws 'rąsojzw oSapipaos ^ap •/5uBflftoq3^v\ ^ i rtupBpjn ozposą—va\/topsiam d/^ o; zoijoo

babkę, przedstawia typ kobiety niezwykle cichej i skupionej. Istotnie, brak jej tylko habitu. Rysy twarzy ma klasyczne, uduchowione, jakkolwiek zmęczone i zwiędłe i postać bardzo rasową. Ta sama rasa cechuje Terenię, tylko w matce jest coś jakby z zaświatów, jakaś melancholia i zaduma nieziemska, czym się bardzo różni od córki, w której życie tryska weselem i pogodą jak niebo błękitne w majowy poranek.

Gdy odpływałem z Porzecza, wieczór był cichy, wonny, przepełniony ciepłymi oddechami rozgrzanej demi. Panie i pan Orlicz odprowadzili mnie do przystani. Krzepa oczekiwał zadowolony z gościny, najedzony i wyspany. Miał dobrą minę i buńczuczną fantazję. Uzewnętrzniło się to przybraniem łodzi w zielone gałęzie i gałązką świerku zatkniętą na czapce gajowego. Na Terenię patrzył z uwielbieniem i kłaniał jej się w pas. Pan Orlicz dziękował mi uprzejmie za odwiedziny i zaznaczył, ze jest moim dłużnikiem, ale że rewizytować mnie będzie dopiero kiedyś w Uchaniach, gdyż Krąż... za co byłem mu niesłychanie wdzięczny. Prosił mnie jednak, bym nadal nie zapominał o Porzeczu, gdzie jako tak miły chwilowy sąsiad... Nadmienił, że bardzo byłby rad widzieć mnie u siebie dwudziestego dziewiątego, bo w tym dniu tradycyjnie zbiera się w Porzeczu trochę osób, zatem ja w ich gronie... i znowu prawił mi komplementy.

Żegnając Terenię, zdołałem ją zapytać szeptem, co to za dzień dwudziestego dziewiątego.

— Piotra, stryja imieniny — odszepnęła.

Ucałowałem jej ręce.

Odpłynąłem z oczyma i głową pełnymi Tereni, jej postaci, jej głosu. Ta dziewczyna nie na żarty kołacze mi do serca. Rodzą się we mnie nie znane mi dotąd uczucia, jakieś nowe prądy wibrują w całym jestestwie, nowe tętna w żyłach... O... źle! Instynkt samozachowawczy, mój obrońca, tak mi dotychczas wiemy, milczy. Czy przyczajony urąga mi bezsilnie? Za słabe ma zęby na urok Tereni, tak samo jak ironia nie śmie spojrzeć w jej oczy i nawet w moje, w które ona patrzyła. Zmuszam się do analizowania tej dziewczyny, chcę ją krytykować, chcę szydzić ze swego zapału. Nic z tego! Wszystko milczy jak zaklęte, rozrasta się we mnie tylko moc niepojęta... Ale już rozumiem treść tej mocy, mogę ją nazwać właściwie, lecz... jeszcze nie chcę. Tereniu! Pozostań na razie w tej błękitnej mgle... objawiona, ale jeszcze nieprzenikniona.

Odrywam się myślą od upojnych wizji i zaczynani układać plan śmiały, niedorzeczny. Czy jest możliwe, by Terenia przybyła do Krąża, do zamku, oczywiście przez nikogo nie widziana? Czy mogę ją na to narażać? Przede wszystkim czy ona się na to zgodzi? Wtajemniczyć tylko Krzepę i Paschalisa? Oni nie zdradzą na pewno. W Krążu w samym zamku, rzecz cała nie budzi obaw ani trudności ale jak wytłumaczyć w Porzeczu tak długi spacer? Maci mi się w głowie, projekt za projektem goni bez konkretnego postanowienia.

Dziś byłem w zamku. Paschalis mnie przygnębia, patrzy na mnie tak boleśnie, z taką niemą prośbą, uporczywie prowadzi mnie do biblioteki, tak bezsłownie błaga o rozpoczęcie poszukiwań testamentu, że wzrusza tym i rozbraja. Obiecuję sobie, że po bytności w Porzeczu dwudziestego dziewiątego zacznę szukać. Poszperam w tych książkach zapylonych, może zaciekawią mnie takie stare dokumenty, foliały. Mogą być nawet białe kruki... Ach, gdyby razem z Terenią, to szukałbym testamentu do nieskończoności, a nawet znaleziony schowałbym na nowo, by dalej szukać. Idiocieję czy co u diabła?! W każdym razie z dzisiejszej bytności w zamku wyniosłem niezbitą pewność, że gdybym chciał, Paschalis ułatwiłby mi nie tylko bytność Tereni w zamku, ale nawet przeniesienie tu całego Porzecza. Ha! Zobaczymy!

Gabriel jest tak zajęty w dzień Weroniką, w nocy zaś muzyką, że nie wie nawet, co porabiam ani gdzie się obracam. Za to babka Gundzia spogląda na mnie podejrzliwie, zwłaszcza od mojej wycieczki nocnej i wczorajszej do Porzecza. W moje opowiadania o jakoby wycieczkach rzeką do lasu, zdaje się nie wierzyć. Zapewne posądza mnie o przebywanie w zamku z Paschalisem. Ratuje mnie Korejwo, gdy rozmawia ze mną o różnych rewirach w puszczy. Jedne znam istotnie... inne domalowuję fantazją, czym zachwycam Korejwę, lecz nie uspokajam babki.

Dziś podczas obiadu Korejwo w trakcie rozmowy ze mną o lesie i polach Krąża zawołał dobrodusznie:

— Ot, pan to patrzy na wszystko jak przez lupę z kryształu. Co ciemne to widzi ciemne, a co jasne, to jasne. Każdą ci panie plamkę najmniejszą dojrzy jak karaczana na dłoni. Oho! Przed takim wzrokiem i uwagą to się i w borsuczej jamie nie skryjesz.

Babka zwiesiła głowę, usta staruszki drżały widocznie. Było mi przykro, tym bardziej że hetmanówna Chmielnicka mizdrząc się i krygując, dodała swoje trzy grosze:

— Pana to się pewno i strachy żadne nie czepiają, bo się pana boją. A jakże! To wiadomo, jak kto ma kryształ w duszy, to mu nawet upiory kłaniają się pokornie, kłapiąc ze strachu zębiskami.

— Pan Korejwo mówił o lupie kryształowej, nie zaś o mojej duszy, nie dosłyszała pani — rzekłem podrażniony.

— Wszystko jedno, jak w oczach kryształ, to i w duszy, a przed takim widma, strachy, upiory plackiem padają. Pan może chodzić śmiało do naszego zamku. Tam nawet i pan Hiero...

Zacięła się wielce przestraszona, a Korejwo nagle bardzo głośno poprosił o korniszony... do omletu z konfiturami.

Sam nie pojmuję, dlaczego czułem się winny wobec babki po tej rozmowie, która musiała ją dotknąć. Gdy po obiedzie całowałem jej rękę, dłoń jej była zimna. Szybko wysunęła ją z mojej i spojrzała na mnie jakby z wyrzutem. Było mi prawdziwie przykro. Terenia może dobrze odgadła, że obecność moja w Krążu jest babce niemiła. Ale dlaczego zapraszała mnie do pozostania tu dłużej, gdy chciałem wyjechać?! Dzięki zaprosinom babki poznałem Terenię... Czyżby to był wpływ nieprzepartej woli przeznaczenia, któremu babka uległa bezwiednie i które mnie skierowało na spotkanie Tereni? Zaczynam się wahać, czy jechać do Porzecza na owe imieniny. Ale wszak nie jestem tu incognito... Jednak pojadę.



30 czerwca

Szarpie się we mnie dusza i czuję niebywały zamęt w głowie... Ale ab ovo. Piszę w bibliotece zamkowej. Cisza głucha aż tętni w uszach. Jestem sam. Paschalis długo ze mną rozmawiał, wreszcie poszedł sobie szczęśliwy, że w zamku czuwa Pobóg żyjący i wedle jego mniemania pan na Krążu. Zaciekawiony był, co piszę. Przepalał wzrokiem moją tekę z czarnej skóry, sylabizował napis łaciński na niej: Hic obiit Gustavus, natus est Conradus. Zrozumiał — zna trochę łacinę, ale spytał o wytłumaczenie tego zdania. Gdym mu powiedział, że to słowa Mickiewicza z trzeciej części „Dziadów”: Tu umarł Gustaw, narodzony został Konrad, i oznaczają odrodzenie duchowe i moralne człowieka, wejście jego z błędnej drogi na prawdziwą i dobrą, Paschalis podniósł ramiona do góry i zawołał w ekstazie:

— Chwała Ci, Panie bo to znaczy, że jasny pan zrozumiał posłannictwo swoje i że pójdzie za wskazówką Boga, by tu na Krążu sprawiedliwość uczynić i pomścić prochy pradziada i dziada.

Był tak uroczysty i natchniony, że nawet nie mogłem się z niego śmiać. Nie chciałem mu również tłumaczyć, iż napis istniał już przed Krążem. Trzeba przyznać, że umieściłem go na tece po przedostatnim śnie o nie znanym mi wówczas Krążu. Ten zaś sen nawiedził mnie po bardzo groteskowych — więcej, po rozpustnych hulankach z kolegami w Wiedniu. Działo się to w początkach kwietnia, czyli dwa miesiące przed poznaniem Gabriela. Ostatni raz sen o Krążu śniłem w Warszawie. Zestawiwszy to sobie w umyśle razem ze słowami Paschalisa, zaczynam dochodzić do wniosku, że pomysł tego napisu był już dla mnie wróżbą, oczywiście dobrą, ponieważ myśl zawarta w zdaniu oraz intencja moja umieszczenia go na tece z pamiętnikami, dowodziła samokrytycznego potępienia siebie i wzlotu pragnień ku wyższym regionom ducha. Paschalis mimo woli uprzytomnił mi to w całej pełni i doznaję uczucia, że może mój wzlot nastąpi... Jeśli tak, to przez ciebie, Tereniu. Nie znałem cię jeszcze, a już przeczuwałem twoją obecność, nosiłem w sobie twój obraz... Wiedziałem, że cię spotkam, lecz nie przypuszczałem, iż to nastąpi tutaj. Nowy dowód, że mój przyjazd tu nie był przypadkiem, lecz wynikiem jakiejś konsekwencji zdarzeń czy może przeznaczenia?

Nie galopujmy zbyt naprzód! Lepiej uświadomię sobie jasno przeżycia wczorajsze, a wynik tych wspomnień może mnie pchnie do upojnych wizji?

W Porzeczu, w gościnnym pokoju dla mężczyzn, przebierając się w nieodzowny frak, nasłuchałem się dużo o paniach mających być na balu, zanim je zdążyłem poznać. Z rozkoszą skonstatowałem, że Terenia jest tu ogólnie uznana i wielbiona. Młodzież tutejsza miała jej tylko jedno do zarzucenia — brak posagu. Niektórzy nad tym ubolewali, inni twierdzili, że Orliczówna może się obejść bez takiej oprawy jak cenny klejnot bez złota. Ja jestem również tego zdania, może nawet bardziej niż kto inny.

Młody Strzelecki, obszarnik kresowy i bardzo miły chłopiec rozwodził się nad Terenią z tak szczerym zachwytem, iż nie wątpiłem, że to mój rywal, ale nabrałem do niego sympatii, gdy jeden ze starszych panów szepnął mi dyskretnie, żebym podziwiał bezinteresowność Strzeleckiego, który przed rokiem dostał od niej kosza i pomimo to nie przestał być szczerym adoratorem jej zalet i wdzięku.

— Zapewne ma jeszcze nadzieję? — szepnąłem z utajoną goryczą, lękając się zdradzić.

— Żadnej! — odparł mój informator. — Ho, ho, Orliczówna jest kategoryczna, wóz albo przewóz i basta! Żadnych rezerw ani kompromisów. Wielkie dobra i bogactwa Jurka Strzeleckiego nie porwą jej, bo go nie kocha.

Jakie są moje szansę i jaki będzie wyrok na mnie, Teruś? — pytałem z niepokojem w duszy, ale zarazem z podświadomą nadzieją, że...

Bardzo starannie stroiłem się na tę zabawę, jakby od mego fraka i sposobu noszenia go zależało wszystko. Wściekałem się na siebie za taką małostkowość, lecz to chyba naturalne, że gdy się chce podobać uwielbianej kobiecie, nawet szczegół ubrania nabiera walorów poważnych.

Dowiedziałem się, że jest tu jakaś panna Justa Słucka, bogata dziedziczka, którą swatają Strzeleckiemu, lecz on słuchać o tym nie chce, dowodząc, że panna Justa „nawet na złotym półmisku podana, nawet w ogniach palących się spirytualiów jej temperamentu, pozostanie dla niego zawsze nie wzbudzającą apetytu... leguminą, kaskiem ponętnym dla hołysza, który poleci na majątek”. Nie sposób zazdrościć takiej pannie ani temu, kto na nią poleci. Byłem ciekawy panny Justy. Najwięcej jednak zaciekawiała mnie Terenia. Jak będzie wyglądała w atmosferze balowej i jaki ja się jej wydam w tym świątecznym otoczeniu, tak różnym od dotychczasowych, dwukrotnych spotkań.

Pierwsze wrażenie moje było wyborne. Terenia w gronie panien wyróżniała się bardzo dodatnio. Jest w niej rasa, wykwint i swoboda patrycjuszki. Była gustownie i ładnie, ale skromnie ubrana. Z wesołą prostotą serdecznie witała młodzież męską garnącą się do niej z zaufaniem, bez sztucznych efektów, z jakimi odnosili się do innych panien. Na mój ukłon głęboki błysnęła promiennym uśmiechem i żywo podała mi rękę jak dobremu przyjacielowi. Z zadowoleniem zauważyłem łunę rumieńca, iskry w oczach złote, gorące i mimowolne. Odruchowo pochyliła się ku mnie, gdym uścisnął jej rękę — może zbyt mocno. Powitanie nasze musiało mieć jakieś cechy znamienne, bo szczególnie panny zwracały na nas nieustanną uwagę. Mnóstwo panien i pań mniej lub bardziej pięknych, lecz przeważnie dorodnych, zapełniło dużą salę. Wspaniałe stroje, wytworne klejnoty, ogólnie dużo swobody, lecz w najlepszym tonie wytworzyło wkrótce nastrój niesłychanie miły. Z Jurkiem Strzeleckim przypadliśmy sobie od razu do serca. Zamiłowanie do koni było naszą pierwszą spójnią. Zaprosiliśmy się na polowania jesienne. On do Uchań przyjedzie na zające, lisy i kuropatwy, ja do Nowosiółek na łosie, jelenie, dziki, wilki, rysie... Widziałem jednak, że oczy Strzeleckiego zbyt często biegną za Terenią i że na mnie spogląda z niepokojem. Czyżby już przeczuł?

Zabawa była huczna. Zebrałem dużo obserwacji z tutejszego towarzystwa. Orlicz jest imponujący w roli gospodarza domu. Potrafi utrzymać ton odpowiedni, a bez sztucznej pozy. Pani Orliczowa stanowi wyborny akord tej harmonii. Goście jedni dostrajali się łatwo do ich stylu, innych skłaniał do tego pewien przymus mniej lub więcej trudny w spełnieniu. Przypuszczać należy, że wielkie wykroczenia poza tradycję domu nie zdarzają się tu nigdy. Zauważyłem paru ciekawych typów pomiędzy mężczyznami. Jeden niemłody już otyły krzykacz, czerwony i brzuchaty typ sejmikowicza zamęczał wszystkich swymi doktrynami. Znam ten rodzaj udręki towarzyskiej. Sąsiad z Uchań — Czymielski, wielki przyjaciel ojca, nazywany w okolicy Czyścirielski, gdyż wszystko i wszystkich chce umoralniać i wszędzie robić porządek, którego notabene u siebie nie praktykuje wcale. Także doktryner, oponent z zasady, będący w wiecznym konflikcie z rządem rosyjskim, za co już odpowiadałby nieraz, gdyby go nie znali z tej strony i nie uważali za narwańca. Tutejszy Kołomyjski jest nieco bardziej patetyczny i większy weredyk. Ciekawą jak oni dwaj zgodziliby się ze sobą, gdyby się zeszli. Gdy Orlicz mitygował zbyt krzykliwie wygłaszane tezy Kołomyjskiego, nazwany został „ślimakiem w skorupie”, który lęka się wysunąć różki ponad swoją muszlę, by obce ziarenko piasku nie spowodowało przemiany materii. Orlicz nie obraził się, odrzekł tylko z subtelnym uśmiechem, że jest tak pewny owej materii, iż nie tylko ziarnko, ale nawet największe grudy piasku nie zdołałyby jej przemienić. Dlatego ceni muszlę swoją również za to, że wytworzyła w sobie taką materię. Kołomyjski rzucał się na to w dalszym ciągu, więc od razu powstały dwie partie Orliczów i Kołomyjczyków. Miałem wrażenie, że gdyby nie pewne ideały etyczne, które umiejętnie nakładał dom w Porzeczu na bardziej krewkich gości, doszłoby do zwady poważnej. Kilku panów doskakiwało bowiem do siebie jak zacietrzewione koguty, a cała sprawa polegała li tylko na przeciwieństwie przekonań w drobnej kwestii.

Jeden z młodych paniczów, okoliczny lowelas, gnący się jak trzcina w wichurę, w monoklu, z głową mozolnie trzymaną na stanowisku godnym tego szkiełka słysząc hałaśliwą dyskusję, syknął przez zęby:

— Idioci!

Drugi młodzieniec upozowany na filozofa, o wyglądzie hipochondryka i trapisty, pokiwał głową żałośnie i rzekł do grupy starszych pań (panien i młodych kobiet wyraźnie unikał):

— Szczęściem jest, że tacy gladiatorzy nie ujrzą już... Romy w nowym majestacie i na arenie jej przyszłej chwały nie będą kruszyli kopii.

Odpowiedziało mu potakujące kiwanie głowami zaściankowych niewiast, których miny zdradzały, że są jak na chińskim kazaniu.

Ponieważ byłem blisko, więc spytałem hipochondryka:

— Dlaczego pan wątpi w przyszły występ tych gladiatorów na arenie nowej Romy?

Obejrzał mnie wzrokiem krytycznym, badając, czy warto zmierzyć swój miecz z moją szpadką — jak zapewne określił to po swojemu. Widocznie uznał mnie za godnego do fechtunku, gdyż z nową serią żałosnych ruchów głowy rzekł ponuro, enigmatycznie:

— Ave Cezar, imperator... nie rozbrzmi już w Colosseum przyszłej Romy, której oczekujemy... która idzie ku nam z mroków rozpiętych nad nami mgieł styksowych.

— Skądże wniosek, że ci panowie w nowych warunkach okrzyk taki mogliby z siebie wydobyć? Ja ich o to nie posądzam...

— Lojalni rojaliści, to wystarcza! Pan pochodzi z...? Przepraszam, że pytam.

— Z Królestwa...

— Inne strony, zapewne i inne hasła. Nie znam! Oczy skierował w dół, zaczął oglądać własne buty.

— Nowe hasła ogólne znalazłyby, przypuszczam, i w tych stronach jednakowy oddźwięk. Wszak duch polski...

Mój rozmówca nagle zadrżał, zbladł i jął gwałtownie majstrować koło krawata. Chwilowo myślałem, że go łapie apopleksja, lecz on zawołał zupełnie innym tonem, machając rękami koło głowy:

— Uf! jak tu gorąco... upał! Ściany się rozsuwają czasami jak parawan, a potem mogą się ścisnąć tak ciasno, że przytłoczą.

Ostatnie słowa wypowiedział ze zgrozą, ale cicho i prawie mi na ucho. Odszedł spiesznie, a ja patrzyłem za nim z dziwnym przygnębieniem. Zrozumiałem — mania prześladowcza, wieczna obawa przed aresztowaniem, uwięzieniem, nawet w domu takim jak Porzecze, gdzie pewny i swobodny mógł czuć się każdy.

Mówiła mi potem Terenia, że istotnie młodzieniec ten, nazwiskiem Szrenicz, właściwie młody starzec był kilkakrotnie więźniem politycznym i stale prześladowany przez policję. Z tych powodów i dlatego, że na coraz nowe uczęszczał wydziały, nie skończył uniwersytetu i jest mędrcem bez katedry. Posiada przy tym dwie manie — wymienioną powyżej oraz manię wszechstronnego rozumu, wielkości. To choroba ogólna niedowarzonych umysłów...

W gronie panien rzucała się w oczy panna Justa, dwudziestokilkuletnia brzydka blondynka. Cerę miała zwiędłą, oczy bladopopielate, a głos rozwrzeszczanej sójki. Figurę miała zgrabną i żywą oraz najlepsze pojęcie o sobie pod każdym względem. Tylko za często i za wysoko pokazywała swoje nogi, bez ceremonii poprawiając podwiązki. Ułatwia to swobodną zabawę z panną, ale nie pociąga. Mnie przede wszystkim zdenerwowała wrzaskliwością. Powszechną uwagę zwracała Renata, chyba jej rówieśniczka — brunetka o twarzy Madonny Rafaelowskiej. Panna Renata lekceważyła trochę młodzież, mimo że lubiła asystę, ale w zupełnie innym rodzaju. Justa zaczepna, zbyt śmiała i zbyt zalotna prowokowała do kręcenia się koło niej, absorbując wszystkich nieustannie. Renata zaś pozwalała, by jej szukano i tym samym triumf jej był większy.

Ponieważ byłem pierwszy raz w tym salonie, płeć piękna okazała się dla mnie nader łaskawa. Może trochę i owo zestawienie nazwisk — Pobóg z Krąża — działało fascynująco. Na brak powodzenia nie mogłem narzekać. Czułem się en vogue! Był to zresztą mój dzień niezwykle pomyślny, lubiłem siebie, a to już nadzwyczajne i w budżecie moich dni w roku rzadki wypadek. Zauważyłem ciekawą rzecz. Oto o zawiść między sobą i o rywalizację posądzamy zwykle kobiety, lecz zdarza się to samo i wśród mężczyzn. Miałem sposobność stwierdzić to właśnie w Porzeczu. O ile panny rzucały na mnie bardzo promienne, zachęcające spojrzenia, o tyle młodzież męska bojkotowała mnie ze źle ukrytą niechęcią — wyłączam Strzeleckiego. Szczególnie lowelas w monoklu i paru innych nie mogło mi darować, że jestem na sali. Szokowało ich widocznie moje powodzenie.

Całość towarzystwa robiła w zasadne wrażenie dodatnie, jakkolwiek nie pozbawione pewnej śmieszności. To objaw na wsi zbyt częsty, by raził. Przeciwnie, nawet dla typów śmiesznych można odczuwać sympatię... Wszyscy oni siedzą mocno na swych zagonach, z butą wielkopańską i pewnością siebie jak w przysłowiu: „Szlachcic na zagrodzie — równy wojewodzie”. Jednakże razi bardzo widoczna u większości lojalność względem rządu. Petersburg jest dla nich jakby ziemią obiecaną, Rosja niewyczerpaną kopalnią dostatku i rozkoszy życia. Ta „lojalność”, jak słusznie powiedział Szrenicz, psuje styl tych tuzów, którzy na swych własnych dziedzictwach zachowują butną minę wojewodów, a umieją jednak kłaniać się uniżenie cudzemu władcy i nie uważają go nawet za uzurpatora własnej ojczyzny. Za wielki honor uznawane tu są stanowiska przy dworze w Petersburgu. Jest to dysonans i zgrzyt, którego się już u nas, w Królestwie, nie wyczuwa, pomimo iż takich królewiąt, w znaczeniu ilości włók i bogactw posiadamy niewielu. Stwierdziłem już poprzednio wielki ton panujący tu. Wspaniale ekwipaże, konie, zaprzęgi przyjeżdżających, liberie służby, pyszna orkiestra, iluminacje... Przy kolacji luksusowej, bogatej w wyszukane potrawy i właściwie podanej na kosztownej zastawie sreber, kryształów i porcelany lały się wyborne wina zagraniczne i szampan. Nie było jednak pijatyki. Ton domu, jego powaga na to nie pozwalał. Młodzież piła chętnie, lecz z umiarem znamionującym wysokie sfery etyki towarzyskiej i kultury osobistej. Gdy jakiś młody człowiek, widocznie podchmieliwszy sobie więcej, zaczaj czynić niedorzeczne komplementy jednej z pań, wkrótce znalazł się w gabinecie męskim zaprowadzony tam podstępnie i pozostawiony zanim wytrzeźwiał. Sala miała wygląd zupełnie europejski. Podczas toastów i tradycyjnego strzelania z batów przez stangretów na dziedzińcu paliły się smolne beczki, a rzekę oświetlały pochodnie i ognie bengalskie. Pękały rakiety, tonąc z sykiem w granatowej toni. Była to typowa ziemiańska zabawa imieninowa. Niezmiernie dodatnie wrażenie robiła ta zabawa ludzi o otwartych naturach stepowców, którym nawet ich bezbrzeżne przestrzenie wydawały się za ciasne, a którzy jednakże umieli utrzymać swoje temperamenty na wodzy, nie dopuszczając do wyuzdania i zdziczenia w zabawie. Flirt królował na sali, żarzyły się oczy, paliły usta, serca biły podnietą. Tańczono ochoczo, lecz wytwornie.

Opasły Kołomyjski przetoczywszy się w mazurze dwukrotnym kołem, stanął zasapany przy okazałym proboszczu, który odszedł od kart, by obserwować mazura. Kołomyjski obcierając łysinę, przemówił tubalnym, ostrzegawczym głosem:

— Nie zapuszczaj proboszczuniu, dobrodzieju, perskiego oka między te fruwające spódniczki, bo snadnie możesz się dopatrzeć jakiej niecnotliwej koroneczki i uważasz febry dostaniesz, choć to czerwiec, dobrodzieju.

— Czemuż to ja mam dostać febry, a nie pan? Ja nie tańcuję.

— Ale patrzysz na owoc zakazany... a koroneczki, uważasz serce, to mój świat, to mój żywioł, ja na tym zęby zjadłem, to już mnie i febra nie straszy.

— Dawne to czasy — zaśmiał się proboszcz — że już i ślady twoich febrycznych drgawek tłuszcz zalał. Z taką walizą pewnie ciężko tańcować? Toż stolik od kart unosisz do góry na brzuchu, tak co mówić o tancerce?

Kołomyjski klasnął w dłonie.

— Ot i kocioł garnkowi przygarnął. Słyszeliście? A dlatego hołubce biłem nie gorzej niż ten oto młodzieniec światowy — wskazał na mnie.

— Pan podobno z Krąża i Pobóg? — zagadnął mnie proboszcz.

Potwierdziłem, przypominając, że mu się już przedstawiałem.

— A tak, tak, ale ten Krąż to siedlisko diabła! Czego żeś pan tam wlazł?

— Nie rozumiem księdza — odrzekłem z niesmakiem.

— Stara Zatorzecka podobno czarownica, a ten młody, gadają, niespełna rozumu, romansuje z ogrodniczką czy coś tak i tarabani po nocach na fortepianach. Stary buhaj w zamku wodzi za sobą diabłów stadami, różne oni tam sztuki wyrabiają. Świecą, grożą... Chciałem tam z egzorcyzmami przyjechać, ale... — machnął ręką.

— Ha, ha! — buhaj Kołomyjski — aleś się zląkł starej Zatorzeckiej i zaniechałeś wyganiać diabły z owczarni. Z Zatorzecką nie ma żartów, mądra baba a skąpa, jej nie weźmiesz na bogobojność, braciszku! Jeszcze by ci baba wytknęła w oczy różne tam... sprawki...

Zaczęli sobie docinać, ale ja już tego nie słuchałem.

Rozmowa o babce była dla mnie niesympatyczna. Wzruszywszy ramionami, odszedłem, czując, że mogę zbyt cierpko odpowiedzieć księdzu na jego uwagi o Krążu. Jaka różnica pomiędzy tym proboszczem a naszym księdzem z Uchań — Julianem o szczerozłotym sercu, wielkiej duszy i ascetycznej, uduchowionej twarzy.

Po tańcach była chwila odpoczynku. Wszedłszy w grono rozbawionych panien, poszukałem Tereni. Była śliczna. W białej lekkiej sukience z czymś zielonym u paska i przy bujnych, ładnie upiętych w grecki węzeł włosach, przypominała motyla. Jest w niej zapał i entuzjazm, jest wesele i rozwaga... W jej żywych ruchach jest przemiła rytmika i harmonia jakby melodia płynąca po bystrej fali. Można powiedzieć, cała przepełniona była urokiem. W salonie otoczyłem ją prawie wyłącznie swoją asystą, choć odrywano mi ją zbyt często do tańca, ale wracaliśmy zawsze do siebie, w swoje ramiona.

Późno w nocy tańczyłem z nią dłużej. Melodia walca upajała. Terenia była cudna i tak mi oddana w tym rytmie tanecznym, że patrząc sobie w oczy z bliska i rozumiejąc dokładnie, co one mówiły, zapomnieliśmy o całym świecie... Kołysałem ją w ramionach, czułem jej ciepło przy sobie i oddech szybki, gorący. Patrząc jej w oczy, spytałem w pewnej chwili półgłosem:

— Kędy popłyniemy razem do Krąża? Podniosła na mnie oczy uśmiechnięte.

— Nie wybieram się tam wcale...

Zakręciłem ją silnie w obrocie walca, raz i drugi, raz drugi...

— Niech pani spojrzy na mnie... Proszę nie zakrywać oczu tym lasem rzęs... Pani wie, że nie mogę schylić się, by zajrzeć pod te zasłony. Niechże je pani uniesie. O tak! Moja droga pani, tak dobrze! Więc jedziemy, prawda?

— Pan tego serio nie mówi.

— Najzupełniej serio, bo tego pragnę, tego... żądam...

Uczyniłem silny obrót trzykrotny i znowu wolno, rytmicznie płynęliśmy ze sobą w ramionach. Odchyliła głowę ku mnie, oczy nasze zatonęły w sobie. Zadrżała...

— Żądam tego — powtórzyłem z naciskiem, lecz miękkim tonem.

— Ma pan taki wzrok...

— Jaki?

— Może... straszny...

— W znaczeniu?

— Lękam się go...

— Pani mnie? To niemożliwe...

— Pańskiego wzroku...

— Co w nim panią przeraża?

Milczała, więc kołysałem ją w takt melodii, przeginając lekko i nieznacznie, by upajać się bliskością jej ciała rozpalonego, płonącego.

— Co pani widzi w moich oczach?

— Moc... upiorną.

— Upiorną? Jestem więc dla pani Pobóg z Krąża? — sarknąłem.

— Nie.

— Tylko?

— Roman Pobóg, to wystarczy.

— Dla mnie to... za mało. Ja nie mógłbym powiedzieć o pani tak sucho... Teresa Orliczówna.

Milczała, więc pochyliwszy niżej twarz nad jej twarzą i przenikając ją oczyma na wskroś, płynąłem w walcu upojnie jak w oczarowaniu.

— Pani nie pyta, jak bym powiedział?

Milczała. Rzęsy jej zatrzepotały trwożnie jak ważki ciemne nad kryształową tonią... Jej źrenice zasnuła mgła subtelna... Odczułem powód i zrozumiałem. Ta cudna mgiełka wywołała we mnie dreszcz szalony, dreszcz, który rozrywa wszelkie tamy. W rytmie tarka pochyliłem się jeszcze bardziej i rzekłem półszeptem, lecz z mocą:

— Powiedziałbym... Terenia moja..

Zadrżała jak schwytany ptak, więc przygarnąłem ją silniej, spojrzałem w jej spłoszone oczy i pociągnąłem ja w coraz szybszy wir tańcem w zakręty i lekkie przeginania.. Szumiało mi w głowie, nie słyszałem nawet muzyki a jednak płynąłem, płynąłem, płynąłem, mając w oczach tylko jej główkę ciemną pochyloną nad moją piersią.

Gdzieś z boku mignęła mi w oczach ironicznie wykrzywiona twarz lowelasa w monoklu, potem rozbawione czerwone oblicze jakiegoś wąsala. A walc śpiewał, marzył namawiał. Nagle... uprzytomniłem sobie, że tańczymy sami na całej sali. Odczułem liczne spojrzenia... uwagi... szepty... Zrozumiałem. Trzeba przerwać ten zaczarowany taniec, ale jak? Nie można dać im sposobności do żartów, bo nie zniósłbym teraz żadnego dwuznacznego uśmiechu, żadnego dowcipu. Gwałtownie zakręciłem Terenią w obrocie walca i puściwszy jej rękę, lecz nie zwalniając jej z objęcia, podniosłem ramię do góry z donośnym okrzykiem:

— Mazur! Wszystkie pary!

Zahuczało na sali. Manewr okazał się dobry. Prowadziłem mazura z Terenią, wiedząc bez zarozumiałości, że w tym tańcu niełatwo ze mną rywalizować. Moja dziewczyna też tańczy mazura cudownie — byliśmy atrakcją sali. Porywano mi już teraz Terenię. Niezmordowanie doprowadziłem taniec do końca, emablując wszystkie tancerki, jakie mi wpadły w ręce. Zrobiłem nawet, zdaje się, zabójcze perskie oko do panny Justy. Otrzymałem w zamian spojrzenie powłóczyste, potem sentymentalne, potem kokieteryjne o przeraźliwym wdzięku, wreszcie, gdy odbiłem ją komuś, usłyszałem jej pisk świdrujący i okrzyk pełen zapału i wiary we własne słowa:

— Ach, jaki pan ma temperament! Zupełnie jak mój!

— A jak to się temperament mierzy... Miarą gorączki? Brawo! stoimy na zerze.

— Co pan mówi?!

Nie miałem czasu obliczać jej temperatury ani łagodzić oburzenia, musiałem zająć się inną sprawę. Oto Orlicz siedział nadęty, a marka Tereni była blada i niespokojnie, z przestrachem wodziła za mną oczyma, przenosząc je na Terenię. Co u diabła... — pomyślałem. Tknęło mnie nieprzyjemne uczucie. Trwa ono do tej chwili, spotęgowane krótką, lecz nad wyraz przykrą rozmową moją z owym hipochondrykiem, Szreniczem. Już nad ranem natknąłem się na niego niespodziewanie. Popatrzył na mnie mętnie, zaspany i rzekł swoim szczególnym stylem bufońskim:

— Cezarze! Możesz powiedzieć sobie Veni, vidi, ale na vici, zarzuć kaptur, nie przejdzie ono bowiem przez twój łuk triumfalny.

— Co to pan, kochany panie, pan śpi i majaczy? — spytałem.

Szrenicz wyprostował się butnie, miał wygląd pytona gotowego do skoku. Syknął ironicznie:

— Nie! Tylko ciebie, Atyllo, budzę z ułudnych snów. Ocknij się! Albowiem sięgasz zuchwale po tron przeznaczony dla innego władcy, o ile nie na ołtarz ofiarny.

— Nieprzytomny jesteś, widzę, zwariowany Tamerlanie i słów twoich nawet Pytia delficka nie pojęłaby na pewno... — odpowiedziałem z równym jemu patosem.

Zaspane oczy hipochondryka błysnęły złowrogo.

— Pytią będę ja sam dla dębie... Sięgasz po Orliczównę... wiedz przeto, że ona, jeśli nie wyjdzie za młodego Orlicza, medyka... oddana będzie do klasztoru.

Po tych słowach znikł jakby się zapadł w ziemię. W tej samej chwili podeszła do mnie panna Renata i rzekła poważnie:

— Szrenicz to wariat, i... kocha się w Tereni. W tym co powiedział, jest część prawdy, ale ja to panu wytłumaczę.

I wytłumaczyła, bardzo łagodnie, po kobiecemu, przyznaję, tylko że treść tych słów nic nie zyskała przez to, że mi ją podano w subtelnych różach. Orlicz pragnie, by Terenia została jego synową i do tego ją usposabia, matka zaś, ponieważ sama odrzuciła kiedyś habit dla wieńca ślubnego, przeto teraz rehabilitując swój czyn, córkę chce widzieć zakonnicą...

Osłupiały i ogłuszony spytałem, zdaje się, nie swoim głosem:

— A... ona?

— Terenia? Na to chyba pan sam najlepiej potrafi odpowiedzieć — rzekła panna Renata i uścisnąwszy mi rękę, odeszła spokojna, poważna i wdzięczna.

Mądra to jest dziewczyna! No... co prawda ten mój taniec z Terenią... przecie moja twarz wtedy, moje oczy, a także i jej nie były za zasłoną, lecz na oczach wszystkich. I tę dziewczynę... Terenię... do klasztoru? bez powołania? Wszak to absurd! Młody Orlicz wydaje mi się błahostką w porównaniu z tą grozą, która, sam nie wiem czemu, zaciążyła na mnie jak tysiąc bloków żelaznych.

Oto są moje wrażenia wyniesione z Porzecza, w dniu wczorajszym. Po tym czarownym tańcu naszym nie mogłem nawet zbliżyć się do Tereni ani do niej przemówić. Pilnowano jej. Wiem o tym. Nie mogłem się z nią nawet pożegnać, tak jak żegnałem dotąd. Tłum ludzi nas otaczał. Odmówiłem grzecznemu wprawdzie zaproszeniu dyplomaty Orlicza, by pozostać dłużej i przepojony goryczą i żalem odpłynąłem z Krzepą o dziewiątej rano, pomimo że tańczono jeszcze w najlepsze.

Żal i gniew zalewa mi duszę... Doskonałym akordem do tych uczuć jest ta cisza bezdenna, jaka mnie teraz otacza. Jestem tak usposobiony, że gdybym w tej chwili ujrzał przed sobą pradziada Hieronima, nie doznałbym żadnego wstrząsu.

Lecz nie jest to godzina duchów... Słońce zachodzi krwawą łuną i rzuca na moje papiery refleks morelowy. Cała komnata biblioteki osnuta jak pyłem żółtoróżowym. Ożywiły się stare, wypłowiałe adamaszki na ścianach, rumieniec jakby żalu za przeszłością padł na cenne niegdyś kajety niby na blade lica prababek, gdy otwierały czeczotkową szkatułkę pełną listów z młodości, drobnych pamiątek, a zeschły ślubny wianuszek rozmarynu szeleści wzruszająco w cienkich, sinawych palcach staruszki... Wianuszek ślubny...! A gdy która na starość i tego nie ma w szkatułce, jeno przewija się przez palce... welon zakonny...

Tereniu, Tereniu moja, ty przecież tego nie uczynisz!!

Wali mi w głowie tysiąc młotów. Nie! dosyć! Idę w ten zachód... w te łuny krwawe... Gnębi mnie cisza zamku i uśmiechnięte trupim uśmiechem adamaszki na ścianach... i te księgi zapylone, w których jest może istotnie ukryty testament pradziada... moje dziedzictwo. Idę na pola! do lasu! na rzekę ukochaną! Ona mi dała Terenię...



1 lipca

Zacząłem dziś przeglądanie ksiąg starych w bibliotece. Niech się stanie zadość prośbie Tereni i błaganiom Paschalisa! Wziąłem się do tego bez zapału, gdyż umysł mam zajęty czym innym, oczywiście myślą o Tereni. Mówiąc otwarcie, pragnę zbyt silnie, by ona była moja i do tego będę dążył z bezwzględnym uporem. To nic że Orlicz chce ją zabrać dla syna, a matka do klasztoru. Terenia musi być moja!

Spośród wszystkich kobiet, które kiedykolwiek zajmowały mnie poważniej, jedna Terenia odpowiada w zupełności moim pragnieniom, a i w jej oczach czytam, że odda mi się na życie całe, z wiarą w nasze szczęście. Czy jednak dobrze cię odgaduję, dziewczyno moja? Wszak się nie mylę, że mi nie odmówisz tego szczęścia, Tereniu? Płonę ku tobie, szał mam w piersi i dziwnie dobre uczucie dla ciebie jak do dziecka najdroższego. Nigdy dotąd względem kobiet nie miałem podobnie dobrych uczuć i nigdy tak prędko nie zająłem się tak żadną kobietą, bo nigdy nie kochałem. Ty pierwsza, ty jedyna! Zabiorę cię do Uchań już moją i będziemy rozkoszowali się naszym wspólnym szczęściem jak najsłodszymi owocami. Na tę myśl szaleję i nowa fala życia napawa mi do serca!

Jutro pojadę do Porzecza, by kwestię postawić jasno.

W bibliotece zawierającej bardzo bogate zbiory książek, w której są dzieła wszystkich wybitnych i najstarszych pisarzy polskich, przejrzałem kilkadziesiąt tomów ciekawych. Są tam odwieczne statuty, kroniki pisane łaciną i archaicznym językiem polskim. Są diariusze z czasów Jagiełły, Zygmunta III, Zygmunta Augusta, Batorego, Sobieskiego. Stare bardzo akta, rękopisy, Jakieś dokumenty, żywoty świętych pisane w 1482 r. Dużo istotnie białych kruków.

Utonąłem w tych szpargałach, delektując się staroświecczyzną języka i soczystością wyrażeń. Drażnił mnie Paschalis, który mi ciągle dogadywał, by się w te księgi nie wczytywać, jeno je kartkę po kartce przeglądać, bo tylko wtedy testament mogę odnaleźć. W końcu zniecierpliwiony powiedziałem mu dość szorstko, by sam to robił, jeśli chce, ja zaś będę postępował wedle własnej woli.

Myślałem, że stary się obrazi, ale ucałował mnie w ramię z rozczuleniem i rzekł wzruszonym głosem:

— Tak powiedzieć i takim głosem może tylko prawdziwy Pobóg. Dawno, och jak dawno nie słyszałem takiego głosu i takich słów!

Paschalis to typ nadający się zupełnie do tych starych pergaminów, które przeglądam — to również monument starożytności chylący się ku ruinie. A szkoda, że takie postacie zanikają już, giną niepowrotnie jak ginie wiele tradycji, jak ginie taka bezwzględna uczciwość i przywiązanie sług do panów.

Powiedziałem staremu, że wątpię, by testament znajdował się w bibliotece, a już najmniej możliwe, bym znalazł go w tych księgach. Może są tu jakieś skrytki w ścianach lub szafach, może te wypłowiałe adamaszki chowają w sobie jakieś tajemnice, przeto pozwalam mu szukać i odkrywać sezamy. Ale książki, które każdy może oglądać, na pewno nie kryją dokumentu tego rodzaju. Paschalis zapewnił mnie, że ja pierwszy od czterdziestu jeden lat, czyli od zgonu Hieronima przeglądam te książki, że po śmierci pradziada i księdza Halmozena żywy człowiek prócz niego i Krzepy nie był w bibliotece. To ma również swój urok i pociąga ku tym księgom tyle lat nie otwieranym.

Podczas gdy szperałem w zapylonych tomach, wertując ich treść, Paschalis w jakiejś grubej oklamrzonej księdze przekładał kartkę po kartce z pietyzmem zabawnym. Jest to już oczywisty znak maniactwa graniczącego z obłędem. Patrzył w księgę jak na relikwię, przenikając oczyma kartki jakby zawierały w sobie wsiąknięty testament i tak w milczeniu spędziliśmy w bibliotece kilka godzin — ja wertując tekst ciekawych dzieł, Paschalis przerzucając kartki tomów z cierpliwością iście zdumiewającą. Dopiero mrok zapadającego wieczoru przerwał mi pracę. Uczułem znużenie, zapragnąłem świeżego powietrza, innych wrażeń. Odłożyłem wertowanie dzieł na jutro i pożegnałem Paschalisa.

W parku oczywiście spotkałem Gabriela z Weroniką. Sielanka! On zrywał białą akację, ona układała więź z kwiatów, patrząc mu zalotnie w oczy. Gdy ujrzała mnie, nadąsała się z kapryśną kokieterią i zwrócona całą figurą do Gabriela rzucała na mnie powłóczyste i melancholijne spojrzenia pełne niedwuznacznych obietnic. Ponieważ nie jestem Katonem moralności, przeto nawiedziła mnie nagła chęć wyzyskania znowu owych obietnic, by się przekonać, jak dalece teraz byłyby hojne. Z brutalną zaczepką spojrzałem w oczy Weroniki. Odpowiedziała mi z wyzywającym, powabnym uśmiechem i pokazała wszystkie ząbki. Po czym podając mi kiść akacji, celowo dotknęła dłonią mojej ręki i zapłoniła się, spuszczając oczy. W tej samej chwili znalazła sposobność, by oprzeć się o mnie ramieniem. Poczułem oddech jej na twarzy i tym razem już uścisk ręki pod ukwieconą gałęzią. Nie zapaliłem się jednakże do tej akcji, przeciwnie, ostygłem, zagadując coś, jednakże do Gabriela. Weronika spojrzała na mnie zawiedziona i ruchem swawolnej wiewiórki uczepiła się ramienia Gabriela. Po chwili Gabriel oddał jej całą naręcz kwiecia i coś jej szepnął. Odeszła niechętnie z głową dumnie podniesioną.

Gabriel ujął mnie pod ramię i rzekł, poprawiając monokl dwoma palcami:

— Za parę dni moje zaręczyny z Weroniką.

— Za parę dni? Czy to już nieodwołalne twoje postanowienie, Gabrielu? — spytałem zdziwiony.

— Nieodwołalne! Gundzia wścieka się, ale mnie to nic nie obchodzi. Dziewczyna mnie kocha, temperament ma szalony, rozumiesz... przeto... że i mnie pilno...

Uśmiechnął się dziecinnie, uderzając mnie dłonią po ramieniu.

— Kiedyż ślub?

— O... o... Przyśpieszę najmożliwiej. Muszę jej sprawić całą wyprawę, bez tego ani rusz. Zapowiedziała mi, że musi mieć wyprawę książęcą, no i jak na panią Krąża... rozumiem ją... wypada. Ale z pieniędzmi gorzej. U nas ciągła posucha. Gundzia pochłania mnóstwo.

— Babka...? Co też ty mówisz! Przede chodzi ubrana jak kwakierka, bo klejnoty wszakże nie są teraźniejsze, nigdzie nie wyjeżdża...

— A jednak, widzisz, pochłania lwią część dochodów Krąża. Korejwo składa jej do rąk jak do kasy ogniotrwałej, lecz ta kasa ma jakiś ogień tajemniczy, który ją przenika. To się skończy, gdy się ożenię. Korejwo będzie musiał zapełniać nie kasę Gundzi, lecz moją, ja zaś ograniczę starą do minimum. Wtedy dopiero baba pozna moją rękę i wolę.

— Czy to twoja narzeczona tak cię usposabia do babki, Gabrielu?

Głos mój był suchy i twardy, lecz oburzenia swego ukryć nie potrafiłem. Dziwię się, że Gabriel, taki skądinąd muzykalny, nie odczuł mego tonu, czy może udał, iż go nie zauważa, dość że ścisnął nagle pięść i z miną zadętą, gniewną, rzekł czy raczej syknął przez zęby:

— Już my oboje z Weroniką wskażemy Gundzi jej właściwe stanowisko dożywotnicy w Krążu. Dosyć jej panowania i rządów! Nowa teraz nastąpi era, nowe porządki.

Patrzyłem na niego jak na człowieka, którego umysł szwankuje i który rozstał się z wszelką etyką najelementarniejszą. I ten oto człowiek potrafi tak grać cudownie i tak nieprzeciętnie rozumieć muzykę?! Jakiż kontrast i sprzeczność w nim między człowiekiem i artystą. Szliśmy w milczeniu, nie czułem się na siłach rozmawiać po jego słowach tak przykrych... Wzrastał we mnie gniew na niego i na tę dziewczynę, a budził się żal głęboki nad babką i jej losem. Tragiczną jej postać ocieniały w mojej wyobraźni czarne chmury przeznaczenia. Cały Krąż wydał mi się ponurym osiedlem zamykającym w sobie pokutę, hańbę i mękę, jednak nie ofiarną, lecz karzącą — mękę upodlenia. Ciężar gniotący sumienie babki Kunegundy, dźwigany przez nią całe życie, przedstawiał mi się plastycznie. Jak okrutna kara z dantejskiego piekła, która teraz dopiero zbliża się do swego punktu kulminacyjnego. Bytem zgnębiony, czułem dla Gabriela pogardę. Weronika zaś, ładna, zmysłowa, samica i nic więcej, wydała mi się nagle poniżającym nad wyraz narzędziem tej kary dantejskiej — jakby obuch plugawej ręki wymierzony w postać monarszą. Zrozumiałem, że nie potrafię rozmawiać obojętnie z Gabrielem o jego projekcie matrymonialnym i umyślnie skierowałem rozmowę na temat biblioteki zamkowej. Gabriel zaśmiał się nieprzyjemnie.

— Więc cię tak zainteresowała? Winszuję! Osobiście nie znoszę takich odwiecznych szpargałów. Gdy je przeglądałem, zdawało mi się, że jestem molem lub stonogą. No i nie lękasz się ducha Hieronimka? On nie pozwala wkraczać obcym w swoje sanktuarium. Jesteś wprawdzie Pobogiem, lecz Pobóg to już tylko legenda. Dziwię się przeto twojej odwadze.

— Czy istotnie, Gabrielu, przywiązujesz jakiś zabobon do owej legendy o duchu pradziada i czy podzielasz i ty także ten lęk ogólny przed ową legendą? Lęk, jaki cechuje wszystkich mieszkańców Krąża? — spytałem poważnie.

Gabriel zmieszał się nieco, pomajstrował koło monokla i po chwili odrzekł niepewnie:

— Ja się nie lękam duchów, lecz nie lubię zamku. Rudera ta działa mi na nerwy, brrr! Wstrętna jest razem z tym swoim nietoperzem Paschalisem. Lecz gdy się ożenię, wszystko się zmieni.

— W jakim znaczeniu?

Gabriel zerknął na mnie i rzekł kwaśno:

— To już moja rzecz, mój drogi, czy raczej nasza, moja i Weroniki. Zmienimy wszystko w zamku i dokoła niego.

— A czy panna Weronika należy do odważnych, bo wiem od ciebie, że boi się panicznie duchów, że się lęk świateł w zamku, a nawet na mnie patrzyła podejrzliwie. Pamiętasz, musiałeś ją przecie uspokajać, żem człowiek żywy, nie zaś duch Poboga.

Gabriel zbladł, odczułem, że zatrząsł się z gniewu na mnie, błysnął wzrokiem bardzo niesympatycznym i sarknął:

— Poradzę na te strachy, portret sprzedam lub każę spalić, również i zegar antyczny i inne stare graty.

— Bój się Boga, Gabrielu, takie rodzinne pamiątki! Na przykład zegar, przecie to rzadki i piękny okaz, niezwykle cenny.

— Zepsuty taraban bez wartości i pożytku! Może być tylko jako dekoracja sceny na „Strasznym dworze”. Jeżeli nim się tak zachwycasz, możesz go sobie zabrać razem z portretem Hieronima i z Paschalisem. Będę ci za to tylko wdzięczny... będziemy oboje z Weroniką...

Zesztywniałem i odparłem sucho:

— Sądzę, że portretu pradziada ruszać z miejsca nie będziesz ani też zegara, ani również Paschalisa jako odwiecznego stróża tych pamiątek, niemal relikwii rodzinnych.

Gabriel obruszył się.

— Dlaczego? Kto mi zabroni robić z tym, co mi się podoba?

— Bo to byłoby bluźnierstwo względem tradycji zamku i względem... babki.

Zaśmiał się zgrzytliwym, szyderczym śmiechem.

— Stara wiedźma już na ostatnich nogach, Paschalis również nie wieczny, a te... relikwie, jak nazywasz, gdy je kupi jaki bogaty Żyd lub ambitny dorobkiewicz, będzie cenił je jako własne pamiątki rodowe i chlubił się nimi lub za grube pieniądze sprzeda je w trzecie ręce.

Nie zdołałem już ukryć swego oburzenia. Zawołałem w podnieceniu:

— Pamiętaj, iż trzymam cię za słowo, że jeśli miałbyś portret i zegar sprzedawać obcym, ja będę pierwszym nabywcą za cenę, jaką ci dadzą inni. Dziś już zastrzegam sobie pierwszeństwo. Jednakże ufam, iż zbrodni takiej nie popełnisz, nie ośmielisz się na to ani ty, ani... Ślazówna.

Gabriel stanął przede mną wyzywająco.

— Jak ją nazywasz? — zgrzytnął.

— Nazwiskiem, jakie nosi obecnie, wszak nie jest jeszcze Zatorzecką.

Gabriel zadął zęby, monokl spadł mu z oka i zakołysał się na cienkim sznureczku. Mruknął coś niezrozumiałego, wsadzi] ręce w kieszenie i oddalił się szybko, nie spojrzawszy na mnie.

Długo jeszcze chodziłem po parku, z początku pod przykrym wrażeniem tej rozmowy, lecz cichy wieczór, upojne wonie kwiatów nastroiły mnie łagodnie i tęsknie. Pomimo innych kierunków mojej wyobraźni, powracałem ciągle do rozmowy z Gabrielem. Jak też babka przyjmie wiadomość o jego zaręczynach? Będzie to nowy dramat w życiu staruszki. Współczułem, bo istotnie Weronika jako pani na Krążu byłaby zbyt rażącym defektem. Bardzie już kojarzyła się z Gabrielem jako człowiekiem, nie jako artystą, bo Gabriel artysta nie stosował się również do Weroniki, nawet z jej wyjątkową urodą fizyczną. Byłem pewny jednakże, iż ona, a może jej ojciec, sprytna bestia wywierali na Gabriela ten wpływ ujemny, który czyni z niego brutala. Może w rzeczywistości on taki nie jest. Zauważyłem bowiem, że jakkolwiek żartobliwie nieraz wspominał Hieronima, najczęściej na złość babce, to jednak do zamku nigdy nie chodzi i wyraźnie go unika.

Jest to człowiek trudny do odcyfrowania. Psychika jego jest dla mnie zagadką. Niedołęga i wielki próżniak. Gdyby nie jego artyzm muzyczny, byłby zupełnym zerem. Tak grając jak on i tak pojmując muzykę, można zdobyć sławę światową. Jego fantazjowanie w muzyce dowodzi, że i geniusz twórczy nie jest mu obcy, lecz go nie rozwija, nie kształci, zamyka jeno w czterech ścianach swego salonu. Gdyby był idealistą i marzycielem, można by mu takie dziwactwo wybaczyć, ale dzisiejsza nasza rozmowa rozczarowała mnie i pod tym względem. Nie ma serca i uczucia, duszę ma zimną. Cud jego muzyki może być przeto tylko wynikiem estetyki i techniki muzycznej, na co się znowu trudno zgodzić, słysząc go grającego. Więc może to miłość do Weroniki daje mu owo natchnienie? Zdaje mi się, że on bez głębszego przekonania robi projekty zaprowadzenia zmian w zamku, za mało jest na to energiczny i przedsiębiorczy, natomiast wierzę, iż potrafi zgnębić babkę i to mnie boli. O ile faktem jest, że ta kobieta nie spełniła ostatniej woli umierającego ojca, że ukryła testament i tym samym skrzywdziła okrutnie swego brata, to wina jej jest już stokrotnie odcierpiana, a może być jeszcze potwornie pomszczona. Prawdziwe są słowa mędrca Strindberga: „Zbrodnia sama jest już karą”.

I oto nagle w toku moich rozmyślań nadpłynęła ku mnie silna fala postanowienia i woli: będę szukał testamentu! A może znajdę go i wtedy ocalę babkę od zakusów Ślaza i Ślazówny, których wykonawcą byłby jej wnuk rodzony. Bo gdyby istotnie testament się znalazł, co oznaczałoby, że babka nie ukryła go, lecz tylko zlekceważyła zawartą w nim wolę ojca? Przy tym gdyby testament czynił Pobogów dziedzicami Krąża, wtedy babka przeszłaby siłą rzeczy pod moją opiekę i wówczas... panie Gabrielu i panno Ślazówno, rozmawialibyśmy ze sobą nieco inaczej o rugowaniu rodowych pamiątek z zamku. Widząc, że unosi mnie fantazja niebezpieczna w tym wypadku sojuszniczka, skierowałem myśl swoją w stronę Tereni, lecz rezultat nie był pomyślny. Ujrzałem bowiem Terenię kasztelanką Krąża, godną takiego stanowiska i nadającą właściwy ton tym czcigodnym, archaicznym murom.

Zdenerwowany tą nową wizją fantazji opuściłem rozśpiewany i wonny park i udałem się nad rzekę, gdzie płonęły światła. Okazało się, że łapano raki. Kilku rybaków brodziło wzdłuż brzegu, oświecając wodę pochodniami. Wdałem się z rybakami w rozmowę i dopiero po chwili zauważyłem, że patrzą na mnie bardzo przychylnie i odnoszą się do mnie z niezwykłym zaufaniem.

Odpowiadali mi na pytania z gorliwością niebywałą, prześcigając się jeden przez drugiego. Gdy usłyszałem nazwę Porzecze jako jedno z miejsc zbytu ich towaru, spytałem, czy to dwór jest nabywcą. Odpowiedzieli mi, że tak, bo dziedzic porzecki lubi raki, „a już jak panicz z zagranicy przyjeżdża, tak raki tam idą całymi beczkami, bo pod Porzeczem raków mniej, a królestwo ich pod Krążem, właśnie tu przy parku”. Od słowa do słowa, ciągnąc zręcznie chłopów za języki, dowiedziałem się, że „Porzecki dziedzic to doskonały pan, wielce sprawiedliwy dla ludzi, ale pychę swoją ma i dlatego się jego ludzie boją i sąsiedzi obgadują za oczami, a przed nim kłaniają się grzecznie... Starsza pani, bratowa dziedzica, to święta pani, pewno prosto do nieba pójdzie, bo się ciągle modli, spowiada, pości, rozdaje biednym jałmużnę i wspomaga kościoły, córeczkę jedyną na zakonnicę oddać chce, ale panieneczki szkoda byłoby za kratę, choć dobra nad miarę i sama ludziom do serca idzie, wielce gospodarna, sławne robi miody, sławne kwiaty hoduje. Chcą ją wydać za mąż za młodego pana Orlicza, co jest doktorem za granicą i trupy kraje, zamiast jako syn dziedzicowy gospodarować na roli, jak Bóg przykazał. A jak do Porzecza przyjedzie, to na spacer idzie, w książkę nos wetknąwszy, że i w bajoro wlezie...”

— A panienka mu przychylna? — spytałem obojętnie, przeglądając raki i czując jednocześnie całą niestosowność pytania.

— Gdzieżby tam? — odpowiedział stary rybak. — Ona to ptaszka majowa, co lata i wesoło ćwierka do słońca, a on jak sum zawsze zasumowany chodzi, bez żadnej wesołości. Gdzież taki mąż dla panieneczki słonecznej?

To ostatnie określenie ze wszystkich pochwał dla Tereni najbardziej mnie zachwyciło. Ona jest istotnie słoneczna i dlatego, że jest taka, nie oddam jej nikomu.

Zaledwo pożegnałem rybaków i oddaliłem się od nich, obserwując piękny widok ognisk na czarnej rzece, gdy z drugiej strony parku podszedł do rybaków stary Bogdziewicz z jakimś chłopem. Z daleka usłyszałem ich dialog:

— Był tu młody dziedzic?

— A był, onże i prawy nasz pan, prawy dziedzic Krąża i całkiem inny jak Gabriel!

— Onże Pobóg, to wiadomo, że pan z panów, to gdzie tam Gabrielowi do niego się równać! — zaśpiewał Bogdziewicz miejscowym dialektem. — Cóże gadał?

— A rozpytywał o wszystko łaskawie, wiadomo, ciekawy swojego dziedzictwa. Krzepa mówił, że młody pan na lesie się zna i ze strzelbą on majster. Słychać, że jemu w oko wpadła panienka z Porzecza. Ot, niechby ją wziął, pasuje akurat dla niego!

— Tak już wtedy raj byłby na Krążu — wtrącił inny rybak.

— Onże Pobóg, jemu większa pani na żonę potrzebna — znowu Bogdziewicz zaakompaniował śpiewnym basem.

Ktoś mu odpowiedział krzykliwie:

— Tak czemuż Gabriel jeszcze tu siedzi? Żenić się ma, słychać, z ogrodniczką. Stary Ślaz jak indor napuszony już chodzi..

— Tfu! — splunął Bogdziewicz. — Nie daj ty Boże, z Iwana pana! Ale tego i nie będzie, żeby Ślazówna dziedziczką Krąża zrobiła się, na to on nie pozwoli, jak Bóg w niebie, tak nie pozwoli.

— Kto taki? — spytały przyciszone, trwożne głosy.

— Onże, stary jaśnie pan Pobóg, Hieronim.

— Boże zmiłuj się... — usłyszałem przerażone szepty. Ubawiony serdecznie tą sceną rozmyślałem o tej szczególnej niechęci całej służby do Zatorzeckich, którą teraz Gabriel pogłębi, żeniąc się z Weroniką. Nie mogę jednak jakoś uwierzyć, że związek ten dojdzie do skutku. Jednocześnie mam coraz większą ochotę szukać testamentu.

Przy kolacji był przykry nastrój. Babka widocznie już wie o postanowieniu Gabriela, gdyż siedziała ponura jak grób. Gabriel był ironiczny, nieznośny. Hetmanówna siedziała wystraszona. Korejwo zaś bardzo zgnębiony, co się na jego dobrodusznej twarzy uwydatnia aż nadto. Nawet Kacper miał zagadkową minę i z przerażeniem spoglądał to na babkę, to na Gabriela. Zdawało mi się, że babka chciała ze mną rozmawiać, lecz może oczekiwała, że ją sam zainterpeluję. Ale ja nie chcę wtrącać się do tej sprawy i razem z Gabrielem i Korejwą opuściłem salę stołową.

Teraz Gabriel gra, choć pora jest wyjątkowo wczesna. Rozbrzmiewa jakaś szalona fuga, zdradzając niezwykłe podrażnienie grającego.

Rzucam pióro, gdyż niepodobieństwem jest myślą odbiegać od tej muzyki, chyba tworząc jednocześnie jakiś sonet, balladę czy epopeję poetycką. Że zaś poetą nie jestem, przeto siądę z papierosem przy oknie i zasłuchany w porywającą melodię, będę po falach rzeki wysyłał tęsknotę moją i moje nadzieje do Tereni. Czy je wyłowisz i odczujesz... kochana?



4 lipca

Jestem osioł, przyznaję to sobie z całą satysfakcją. Od wczorajszego dnia ciągle powtarzam sobie ten epitet jakby dla silniejszego utwierdzenia się w tej pewności. Marzyłem, śniłem o Tereni, już ją widziałem w Uchaniach moją na wieki i oto uderzyłem rozmarzoną głową w zaporę niespodziewaną, pomimo gróźb Szrenicza i ostrzeżeń panny Renaty. Wczoraj w Porzeczu Tereni nie było. Wyjechała! Tym słowem powitała mnie pani Orliczowa, spuszczając oczy przed moim wzrokiem. Te słowa wypowiedział dyplomata Orlicz z bardzo subtelnym, niech go wszyscy diabli porwą, wyrazem twarzy, co mnie doprowadziło do takiej pasji, że teraz sam się dziwię, jakim sposobem nie wybuchnąłem gniewem.

Dokąd wyjechała, po co i dlaczego nic mi nie powiedziano, ale to zbyteczne. Odczułem aż nadto wyraźnie, że ja tkwię w tej sprawie, że mi Terenię sprzed nosa zdmuchnięto.

Jestem po stokroć osłem, bo powinienem był pozostać na balu w Porzeczu, gdy mnie ten wykrygowany dżentelmen stryjaszek zapraszał i od razu, nie zwlekając, oświadczyć się o rękę Tereni, zamiast niepokoić szpargały biblioteczne w Krążu i mazgać się w marzeniach jak stary kawaler, safanduła. Lecz jeśli myślą, że mnie łatwo oderwać od Tereni, to się zawiodą oboje: mama z nadzieją klasztoru i stryjaszek ze swoim synkiem medykiem. Na drodze legalnej poniosłem porażkę, ale walka zaczęta! Nie należę do takich, których łatwo usunąć. Zresztą skoro Terenię wywieźli, to najlepszy dowód, że byłem dla nich niebezpieczny, czyli że moje nadzieje co do niej nie są płonne. Odczułem dobrze serce mojej drogiej dziewczyny i nie dam go sobie wydrzeć, pomimo wszelkich machinacji.

Ale dlaczego ona pozwoliła tak sobą pokierować? Czy jest bierna, czy też kryje się w tym coś jeszcze, o czym na razie nie wiem? Będę wiedział, muszę!

Jestem dziś rozdrażniony niebywale, nie mogę nawet wrażeń swoich notować. Zostawiam to do jutra, o ile nie wyjadę z Krążą. Stracił on dla mnie cały urok, wieje tu dokoła pustką.

Nie zapomnę wyrazu oczu Orliczowej, gdy na moje pytanie, dokąd wyjechała Terenia i na prośbę dość kategoryczną o jej adres — odrzekła, składając ręce błagalnie.

— Niech pan nie mąci jej spokoju, niech pan nie idzie za popędem chwili... Znacie się tak mało, że zapomnienie nastąpi łatwo i bez obopólnego żalu.

Ona miłość moją nazywa popędem chwili...? Głupia kobieta? Powoli... jest matką Tereni i zdaje się bardzo kochaną. Czyżby jej wpływ przeważał nad uczuciem dla mnie? Wyznałem przed matką zamiary swoje względem Tereni, zapewniłem ją dość szorstko, że to nie chwilowy popęd, lecz miłość prawdziwa. Gdy mnie pytała, prosząc jednocześnie, czy nie będę narzucał się Tereni i prowokował jej swoją miłością, odrzekłem stanowczo i dałem słowo honoru, że jedynym dążeniem moim będzie odszukać Terenię, zdobyć ją dla siebie i dać jej szczęście.

Załamała się rozpaczliwie.

— Przed nią są inne przeznaczenia, inne losy... — jęknęła.

— Los i przeznaczenie panny Teresy leży w jej własnej woli i w jej sercu, do którego będę kołatał wytrwale i usilnie.

To były moje ostatnie słowa w Porzeczu. Z Orliczem pożegnałem się sucho. Na jego kurtuazyjną retorykę odpowiedziałem głębokim ukłonem, musiało to jednak wyglądać na wyzwanie, bo Orlicz zesztywniał.

Dziś wieczorem zaręczyny Gabriela Trwają przygotowania. Ma być bankiet dla oficjalistów i służby ze wszystkich folwarków. Dziewczyny wiją wieńce, by ubrać nimi pawilony. Orkiestra z sąsiedniej osady ma przygrywać podczas kolacji. W lewym pawilonie będą tylko miejscowi domownicy z papą Ślazem.

Czy babka wytrzyma tę próbę? Wątpię, czy będzie obecna. Nie widziałem jej od piątku, gdyż zamknęła się u siebie, nie chcąc widzieć nikogo. W całym dworze znać przygnębienie wyraźne. Panuje jakaś wroga cisza. Spotkałem w parku Chmielnicką. Szła zapłakana, a na moje zapytanie, co jej jest, odrzekła z nowym wybuchem łez:

— Będzie jakieś nieszczęście! Starsza pani jest jak noc, modli się i po całych godzinach leży krzyżem przed krucyfiksem. Pan Gabriel to zły człowiek, Bóg go skarze za nieuszanowanie starości babki.

— Skoro kocha prawdziwie tę dziewczynę... Byłem nieco względniejszy co do jego miłości dla Weroniki. Ale Chmielnicka miała inne zdanie.

— Kto nie ma serca, ten kochać nie potrafi, proszę pana, a już co ta sroka, toż wiadomo, zamarzyło się być dziedziczką na Krążu. Ona już dziś wyśmiewa starszą panią i pana Gabriela, tylko on w ślepocie swojej tego nie widzi. Zobaczymy tu jeszcze różne dziwy z tą nową... jaśniepanią na Krążu — dokończyła ze śmiechem przykrym.

Od niej dowiedziałem się, że Gabriel dla Weroniki zażądał od babki jej pierścienia z rubinem otoczonym brylantami. Pierścień ten był zaręczynowym babki od Zatorzeckiego. Gdy nie chciała pierścienia oddać, zrobił jej brutalną scenę i pierścień prawie zdarł z jej palca.

Gabriel dostaje widocznie obłędu na punkcie tej dziewczyny, bo jednak o takie grubiaństwo nie posądzałem go ani przez chwilę.

Przeczuwam, że będą się tu działy gorsze rzeczy... i żal mi babki. Cały Krąż jest jakby w oczekiwaniu katastrofy, coś tu istotnie straszy dokoła. Służba chodzi ponura, gromadki ludzi skupiają się i coś ze sobą szepcą, nawet dziewczęta wijące wieńce mają niepewne miny.

Bogdziewicz, gdy przywiózł z miasta jakieś zapasy na ucztę i znosił z bryczki do kredensu, patrzył chwilę na zamek z wyraźną obawą. Spytałem go, co go tam tak interesuje.

— Niesamowity... — odrzekł z niechęcią. — Potem podniósł w ręku kilka butelek wysoko w górę i wskazując mi je, rzekł ze zjadliwie chłopską ironią: — Jaśnie wielmożny teść dziedzica na Krążu, pan Ślaz, jak się ochla tego wina, to go trza będzie z paradą na zamkowe pokoje taszczyć na łopacie. Onże z pychy pęknie, ścierwo, jucha!

I zaśmiał się szeroko, wyszczerzając spróchniałe zęby. Oczko świeciło mu złowrogo, strasznie niby ślepia sępa spadającego na padlinę.



Tegoż dnia, dwunasta w nocy

Babka Zatorzecka na zaręczynach Gabriela nie była obecna, na uczcie również. Uczta wyglądała jak stypa. Siedzieliśmy wszyscy powarzeni. Ja rozmawiałem z Korejwą i jakkolwiek czułem, że jestem świnią, lecz nie złożyłem życzeń narzeczonym. Gabrielowi ścisnąłem dłoń w milczeniu, jej zaś ukłoniłem się z daleka. Wyfiołkowana jaskrawo, z kwiatami przy gorsie i głowie była bardzo ładna, ale dziwnie ordynarna, krzykliwa i rażąco pewna siebie. Co chwila poprawiała na szyi brylantowy medalion — dar Gabriela oczywiście i kręciła nim celowo, by kamienie dawały silniejsze ognie. Bezustannie też przyglądała się zaręczynowemu rubinowi. Czulenie się Gabriela zbywała grymasem, kapryśnie, a na wszystkich nie wyłączając mnie, patrzyła z góry. Gdy w pewnej chwili zauważyła mój wzrok, przeciągnęła po mnie spojrzenie powłóczystą melancholijne i westchnęła z emfazą. Dawno już odwróciłem od niej oczy, gdy ona zawołała z pieszczotliwym grymasem:

— Czego pan na mnie tak patrzy? Już teraz nie można, jestem zaręczona.

Gabriel wyglądający przy niej na ogłupiałego barana zerknął na mnie ukośnie i niechętnie, przy czym monokl wypadł mu z oka. Szukał go długo na kolanach, co rozśmieszyło Weronikę. Gdy powtórnie zwróciła się do mnie z tym samym pytaniem co poprzednio, odrzekłem już zły:

— Podziwiam pani humor tak bardzo różowy.

— Chyba nie tylko humor? — uśmiechnęła się z umizgiem.

— No i ten rubin na palcu pani — palnąłem bez namysłu.

Gabrielowi monokl powtórnie wypadł z oka, Weronika zaś nie zrozumiała mego docinku.

Ten wieczór był szczególnie przykry.

W tej chwili babka wzywa mnie do siebie. Czego ona ode mnie chce? Ciekawym! Pierwszy to raz wezwała mnie sama.

Gabriel z Weroniką poszli na spacer i chodzą dokoła gaiku na dziedzińcu, czuląc się publicznie. W prawym pawilonie bankiet dla służby trwa w całej pełni, muzyka rżnie, butelki brzęczą.

Idę do babki.



7 lipca

Istne awantury arabskie! Jest już późna noc, a ja piszę, bo pomimo zmęczenia oka zmrużyć nie mogę po tym, co się tu działo i co przeżyłem przez te kilka dni. Moje niesłychane odkrycie wywarło na mnie zbyt silne wrażenie. Ale zaczynam od początku...

W dzień zaręczyn Gabriela byłem wezwany do babki o dwunastej w nocy. Zastałem ją w okropnym rozdrażnieniu. Siedziała w głębokim fotelu, zdawało się bezwładna. Ucałowałem serdecznie jej ręce. W oczach staruszki błysnęły łzy. Zaczęła mówić o szaleństwie Gabriela, skarżąc się z początku jak małe, rozżalone dziecko:

— Krąż przepadł, to już ostateczna ruina! Po mojej śmierci Ślazy zawładną Krążem. Doczekałam się ruiny Krąża i czarnej niewdzięczności wnuka.

Gdy broniłem słabo Gabriela, ofuknęła mnie ostro:

— Daj spokój! Daj spokój! Wiem, że nie potrafiłbyś być taki jak on... Gdybyś nawet podobną gęś prowadził do ołtarza, to jeszcze umiałbyś uszanować starość babki, która tak jak ja Gabrielowi zastępowałaby ci matkę. Gabriel miał pięć lat, gdy stracił rodziców, a ja byłam dla niego opieką jedyną i czułą. Ale gdy dorósł... — Chwyciła się za skronie i zajęczała boleśnie. — Nigdy nie skończony ciężar życia, wieczysta męka istnienia... a... a... dosyć tego, dosyć, dosyć!

Tyle było w jej głosie rozpaczy, tyle bólu i taki ogrom nędzy malował się na jej suchej, zoranej twarzy, że przyklęknąłem przy niej i ręce jej przytuliłem do ust Uspokajałem ją, już nie pamiętam jak, bo jej rozpacz poruszyła mnie głęboko. Na myśl, że ta kobieta arbitralna i od wielu lat rządząca Krążem może być teraz pod tyranią Gabriela i takiej dziewki jak Weronika doznawałem przykrego uczucia. Chciałem choćby tą chwilą serdeczności złagodzić jej rozdrażnienie.

Nagle jakaś wrzawa na frontowym dziedzińcu poderwała nas na nogi. W pokoju panował lekki mrok od nocnej lampy.

— Co się dzieje?! — krzyknęła staruszka, wbijając we mnie otchłanie czarnych oczu pełnych przestrachu.

— To zapewne biesiadnicy wznoszą okrzyki..

— Okrzyki? — powtórzyła. — Jakie okrzyki?

— No... wiwaty!

— Zwariowałeś! Nie! Niemożliwe!

Zgiełk na dziedzińcu wzmógł się i przerodził się w potężny wrzask, w którym już najwyraźniej brzmiało przerażenie i popłoch. Oboje podskoczyliśmy do okna. Na dziedzińcu było ciemno. Babka szarpnęła okno i otworzywszy je na roścież, wychyliła się głęboko całą postacią. Zdławiony krzyk wyrwał się z jej piersi. Cofnęła się w panice najwyższej, zakryła oczy ruchem rozpaczliwym i jęknęła jak nieprzytomna:

— On... on... widmo!

Chciałem wybiec z pokoju, by zobaczyć, co się dzieje, lecz babka chwyciła mnie za ramię z taką siłą, jakbym się dostał w kleszcze.

— Nie odchodź... na Boga! Boję się... boję się... boję! Trzasnęły drzwi. Do komnaty wpadła Chmielnicka przerażona, blada, za nią Kacper siny ze strachu, kucharz, służące, starszy lokaj. Służba stłoczyła się na progu.

— Widmo na krużganku! Jezus, Maria!

— Upiór wygraża maczugą!

— Zamek oświetlony! W głównej sali bucha płomień!

— Duch Hieronim grozi maczugą!

Głosy te podminowane strachem podziałały na babkę jak grom. Upadła na fotel. Nie zważając już na nic, przedarłem się poprzez stłoczoną grupę wystraszonych ludzi i wybiegłem na ganek. Trudno opisać, co się tam działo. Tłum z dziedzińca wpychał się na schody w znamiennym milczeniu, które następując po żywiołowym wrzasku zgrozy działa stokrotnie silniej niż najgłośniejszy krzyk przerażenia.

Przedarłem się przez ciżbę i nagle... skamieniałem. Okna biblioteki i głównej sali portretowej błyszczały zielonobłękitnym światłem. Patrzyłem zdumiony, gdy Bogdziewicz stanął przy mnie i w milczeniu wskazał mi krużganek blisko meteorycznie płonących okien sali. W załomie murów krużganek ten był nieco wgłębiony tak, że metaliczne światła okien rzucały nań długą smugę rozpylonego srebra. W smudze tej jakby w promieniu reflektora ujrzałem postać wyniosłą, niesamowitą, mglistą. Postać miała ramiona wzniesione w górę, dzierżące miecz czy maczugę. Światło z okien przenikało na wskroś tę postać widmową. Obraz szczególny, fascynujący! Oblicze widziadła nie było realne, a jednak odczuwało się jakby siłę utkwionych w nas oczu. Na tle ciemnej nocy było to rzeczywiście magiczne zjawisko i wzbudzało dreszcz przerażenia, przyznaję.

Stałem osłupiały. W głowie mojej stłoczyły się myśli... Paschalis? Bądźmy trzeźwi! Nie, to jednak coś nadprzyrodzonego... jakaś halucynacja zbiorowa... spontaniczna... czy też zjawisko telepatyczne przeniesione tu potężną sugestią jakiegoś nieznanego medium?

— Czyż jesteśmy wszyscy pod mocą hipnozy?

— Co pan mówi? — spytał trwożny głos obok.

— Gdzie pan Gabriel? — spytałem z kolei, otrząsając się z wrażenia.

Nikt mi nie odpowiedział, więc powtórzyłem pytanie. Wśród ogólnej trwogi ktoś nieśmiało wskazał mi ręką w bok. Spojrzałem tam. Jednocześnie rozległ się charakterystyczny szmer jakby ulgi.

Rzuciłem okiem na widziadło. Znikło. Patrzyłem bez słowa, uparcie. Postać nie pokazała się więcej, choć okna w sali świeciły jeszcze trupim, przymglonym blaskiem. Ludzie stali wciąż w milczeniu.

Pod ścianą ganku, przyparty do filaru, tulił się Gabriel. Oczy zasłaniał rękoma. Obok stała Weronika z twarzą schowaną w dłoniach, trzęsącą się od płaczu. Zawróciłem i ruszyłem prędko w stronę zamku. Za mną rozległ się krótki okrzyk zgrozy. Ktoś zawołał stłumionym głosem, ostrzegawczo:

— Jaśnie panie!

Nie zważałem na to i pogrążyłem się w cień, nie widząc już ludzi, zatem i oni mnie... Uwolniony od wzroku tłumu szedłem swobodniej. Sprawdziłem, czy mam w kieszeni latarkę elektryczną. Była. Po chwili otworzyłem w narożnym załomie gmachu okute drzwi wiodące do izby Paschalisa. Zamknęły się za mną ciężko.

Nasłuchiwałem... Cisza. Trafiłem do izdebki kamerdynera. Izba była pusta i ciemna. Poszedłem więc dalej i przez znane mi już drzwi wśliznąłem się do następnej komnaty będącej czymś w rodzaju składu pełnego szaf i skrzyń. I tu zastałem pustkę. Skradając się jak złoczyńca, dotarłem do korytarza, który przecinał parter. Po omacku, gdyż nie chciałem się zdradzać latarką, trafiłem na schody wiodące na piętro, gdzie znajduje się sala portretowa.

Cicho wchodziłem po schodach na górę. Wszędzie było ciemno i panowała głucha cisza. W wielkim korytarzu na drugim piętrze usłyszałem z daleka szmer. Sunąc tuż przy murze zdenerwowany, gdyż szelest powtórzył się, trafiłem na głęboką wnękę. Ukryłem się w niej bez namysłu. Po chwili dobiegł mnie szelest głośniejszy i usłyszałem kroki na kamiennej posadzce. Zataiłem oddech. Kant muru, przy którym stałem zaróżowił się leciutko. Nareszcie słaba smuga żółtego światła zamajaczyła na posadzce. Jeszcze chwila i ujrzałem idącą ku mnie postać z wątłym kagankiem w rękach. Wsunąłem się głębiej we wnękę. Gdy postać mijała moją skrytkę, poznałem, że był to Paschalis. Szedł jak lunatyk, mając oczy półprzymknięte i twarz trupiobladą. Kaganek zaledwie pełgający trzymał w obu trzęsących się rękach. Przeszedł wolno obok wnęki, nagle drgnął i zatrzymał się.

A gdyby tak teraz wyjść i ukazać się, zawołać go po imieniu? — błysnęła mi myśl Zaniechałem jednak zamiaru, czekając co dalej będzie. W takim stanie, w jakim był Paschalis, nie widziałem nigdy nikogo. Po długiej chwili starzec poszedł dalej. Gdy odszedł ode mnie na znaczną odległość, zdjąłem obuwie i podążyłem za nim, trzymając się z daleka. Korytarz był długi i w paru miejscach załamany. Paschalis doszedł do końca, ja za nim. Gdy zauważyłem, że zawraca, schowałem się znowu do swojej wnęki. Gdy minął mnie powtórnie, podążyłem za nim aż na drugi koniec gmachu. Paschalis robił wrażenie trupa poruszającego się za pomocą siły galwanicznej. Przed drzwiami wiodącymi do głównej sali zatrzymał się i odwróciwszy twarz popatrzał na drzwi oczami zgoła nieprzytomnymi. Jego wątłą, suchą postać przebiegły silne drgania jak pod wpływem iskry elektrycznej. Nagle wstrząsnął się gwałtownie i znowu poszedł naprzód miarowym, nienaturalnym krokiem. Ja za nim, lecz gdy mijałem drzwi, którym przed chwilą przyglądał się Paschalis, spostrzegłem, że przez szparę między odrzwiami sączy się jakieś światło, tworząc na kamiennej posadzce cieniutką, srebrną smugę. W pewnej odległości od tych drzwi tajemniczych zatrzymałem się w drugiej wnęce, obserwując z daleka Paschalisa. Był ciągle w promieniu mego wzroku, gdyż korytarz kończył się ślepą ścianą odgradzającą prawy pawilon zamkowy. Z tego węgła w stronę frontowej fasady gmachu wchodziło się do biblioteki i do komnaty wiodącej na krużganek, gdzie poprzednio ukazało się widziadło. Paschalis postał chwilę na krańcu korytarza, zawrócił i na nowo rozpoczął swoją niesamowitą jakby w śnie somnambulicznym peregrynację... Gdy minął mnie po raz trzeci, dotarłem za nim do pierwszej wnęki. Nałożyłem kamasze i cicho skradając się, powróciłem do sali głównej, chcąc teraz koniecznie zbadać przyczynę tych ognistych okien, no... i obecnej smugi świetlnej.

Zatrzymałem się przy drzwiach, lecz ku memu zdziwieniu świetlana smuga już znikła. Nacisnąłem ciężką klamkę brązową i wszedłem do środka. Sala była ciemna, dziwnie przykra. Rozjaśniłem ją moją latarką elektryczną i zacząłem rozglądać się. Nigdzie żadnego śladu lampy, świecy czy w ogóle jakiegoś palnego materiału. Przy tym żadnego swędu lub dymu. W zatęchłym powietrzu czuć było tylko wilgoć i pleśń, ale ponadto nic więcej.

Podszedłem do portretu, podniosłem lampkę wysoko. Portret sobowtór patrzył na mnie jak żywy. Ilekroć spoglądam na to płótno, zawsze doznaję wrażenia, że to nie arcydzieło pędzla, lecz człowiek żywy. I teraz te oczy patrzyły szyderczo i groźnie. Oblicze jakby wykute z marmuru zdawało się drgać ironią... usta jakby miały zaraz przemówić... Co u licha! Jeszcze i ja ulegnę halucynacji!

Z mimowolnym dreszczem opuściłem salę, zbadawszy ją całą z wnikliwością detektywa. Przeszedłem parę następnych komnat i stanąłem przy drzwiach wiodących na krużganek. Wszędzie była tak głucha cisza, że słyszałem bidę własnego serca. Latarkę już zgasiłem. Fala świeżego powietrza późnej nocy orzeźwiła mnie. Wszedłem na krużganek, wypatrując uważnie, czy kogo albo czego tu nie zastanę. Ale był pusty. W dole na dziedzińcu panowały

Fragment tekstu niepoprawnie rozpoznany przez program OCR:

¦SB^J <3| O ureMazifepocj •aiuazoc >łO BU BJBIZp 3IUiOpB{MS

•pod yatt bu azoui i "T siumipaui luiBpsoujopz

[UlfartOłflfc >.ifrt\ duoziepąo sopjnł istf auM3dB2 ^"TazjBrt\|S

a(B|BBłf e( ajv ^,a/v«3joi( )Za(3BU/ bn{Bq oaim oj ftytyCg

izoa jeż pp{UBq bu {uaz soJdBz /bs/vzsm oq 'qoso

oznp af ojBizpim uiaze  ! tBqZTl{S B{BD B{Bńrt^pj(V\

rauBBzru M BU OUipiflft Oł 'MAC

q { a;s

zpBisł| a[{ o az 'pjbj i ^a( BjuazoBUZ zaq ap apzsaj/y\ ijDBdajspo qoppoiłi m bjicIbisbu goaiuis qafacpi \ BtuiuojaiH nuo6z po *łBj aj/śj zn{ ouo ats Bvwe(bd az 'aSBmn pod gfepzm Bqazją j *au{Bua|BUi 'a^ywtoazi (atzpjeątBU ojAą oftvoipjzftv zSpB 'mopsc«w{jdł -fem unoiu uipf|azsrt\ oj/toazodsz opBtzpyw aiujEjso oj łjBupa{ b 'uiopjsaBns ńpBiu ptejop ujapBajpod aiu i fttaszĄ uiajsap 'MODUBipsaiui qofe(ałrą i(bBUt5Bun (a/v«jqcuoip aiujBnłU3rt« 'ui/Supawńs uios^agaj ui/ŁqBjnłBu smpjBf oj iua{Brtvfeid/śzjd zaaj 'roiuBBznjDj bu Buipyn { płBMftS ais ntuBwvB(od o nzoazioj m \ nzfei>i m uuapzaSjs a!UZBjqo/fo tefoui fezs(aiu(nq -Cbu opsazid ołjsywBfz sez azsfaisizp 'tojuiez i|3BUłfo m ? auzo^ioa^aui uiapaizpim zbj pazj} zn(

-aiu o

Csupcfi/5ft\

op ajzpBaiuapzpB

ą ob/wodouez od ais uia{Bpn

bu ais -ppłoijqiq z łscud/y\

n\

{ ńqop znf zaiumoa qoBu^o /v\ ajs ojpav«  'Bzsp zał i psoutusp auBzu(az«łaiu

Paschalisa. Opętany ciągłą myślą o zmarłym Hieronimie sugeruje sam siebie i całe otoczenie rozpaczliwym pragnieniem przywrócenia Krąża Pobogom. Babka zaś odczuwa w nim zaciętego wroga i sama podlega okrutnej obawie, że Krąż dzierży nieprawnie. Ten stan psychiczny dwojga ludzi złączonych ze sobą wspólną w zasadzie, acz rozbieżną w ideologii sprawą, wytwarza bez wątpienia ów fluid hipnotyczny. Dzięki niemu następuje przy pewnych nastrojowych okolicznościach materializacja głównego fanatyzmu, widzialna przez ogół poddany panującej tu atmosferze czarów. Bo przecież żadną inną przyczyną ani działaniem najcudowniejszych sił natury nie można wytłumaczyć podobnej manifestacji tego zjawiska. Zresztą nie mogę silić się na zrozumienie tej tajemniczej zagadki, skoro dziedzina tak zwanych zjawisk nadprzyrodzonych nie została dotychczas zbadana przez nikogo, nawet przez zawodowych eksperymentalistów.

Oderwałem więc wyobraźnię od tej enigmy męczącej i wysłałem myśl ku Tereni. Nagły jej wyjazd z Porzecza był dla mnie nie mniejszą zagadką niż materializacja widma pradziada. Zmęczenie jednak i podenerwowanie sprawiło, że nawet obraz Tereni zaczął mi się coraz bardziej zacierać, aż w końcu bieg moich myśli stał się niesłychanie chaotyczny i nie wiem kiedy zasnąłem.

Gdy otworzyłem oczy, słońce już wzeszło i sala biblioteczna była pełna światła. Nie mając na razie nic więcej do roboty, usiadłem przy stole i machinalnie rozłożyłem leżącą na nim księgę. Tyle ich przejrzałem, że przestały mnie już interesować. Trafiłem na tekst łaciński i myśląc o czym innym, jajem go półgłosem odczytywać. Rychło jednak odsunąłem foliał z niechęcią. Oparty w fotelu, półleżąc, rzuciłem wzrok na szafkę zegara antyku. Był to punkt w komnacie najbardziej świetlisty, gdyż promienie słońca padały nań hojną kaskadą, zanurzywszy go w swej szczodrej kąpieli. Zegar stał przede mną w całej okazałości i dopiero teraz mogłem mu się przyjrzeć dokładnie, albowiem dotąd widziałem go tylko w cieniu.

Wszak to skarb dla znawcy amatora. Błysnęła mi myśl, że mogłem go nabyć od Gabriela. Lecz rychło myśl ta wydała mi się śmieszna. Najpierw sumienie nie pozwoliłoby mi pozbawiać zamku takiej ozdoby, a po drugie nie miałbym może tyle pieniędzy do wydania dla własnej przyjemności. Trudno wiedzieć, ile ten antyk wart jest w istocie. Słońce uwypukliło całe piękno tego zabytku. Wyłoniły się rzeźby wspaniałe, cała nieskalana czystość struktury i jej bogatych linii. Królewski okaz!

Gdy tak patrzyłem uważnie na ten sprzęt wystawowy, dostrzegłem napis nikły, majaczący na wąskiej płaszczyźnie pomiędzy rzeźbą szczytu a właściwą szafką, w której mieścił się zegar. Zaciekawiony podszedłem blisko. Napis, jakkolwiek tylko wycięty scyzorykiem na dębowej desce, widniał wyraźnie na poziomie moich oczu, szafka bowiem przewyższała mnie. Zapewne dlatego, iż szafka zawsze stała w cieniu, nie zauważyłem go poprzednio.

Zdradzony jaskrawym blaskiem słońca napis brzmiał zagadkowo: Cum scelus meum cognoveritis, quam parva poenitentia fuerit, judicabitis. De manibus Dei in aeter-nitate poenam atque misericordiam exspecto. B.H. Zdumiałem się! Znaczyło to: Gdy poznacie zbrodnię moją, osądźcie jak mała była pokuta. Z rąk Boga oczekuję w wieczności kary i miłosierdzia. Skąd napis tego rodzaju na zegarze? Co znaczą litery B.H.? Dotknąłem palcami napisu — był chropawy, nie zagładzony politurą.

Stałem zahipnotyzowany tym odkryciem nowym i dziwnym. Tak bardzo treść słów napisu nie stosowała się do zegara, że po chwili obserwacji uderzyła mnie nagła świadomość taką siłą pewności, że czułem jak z wrażenia krew falą buchnęła mi do mózgu. Tu jest ukryty testament!

Niebywale podniecony obszedłem szafkę dokoła. Wtem tafla posadzki ugięła się pode mną. Coś jęknęło w mechanizmie zegara. Spojrzałem na kolosalne wagi wiszące na mosiężnych łańcuchach. Zdawało mi się, że w tym jęknięciu machiny był jakiś zew nadprzyrodzony. Wyobraźnia igra — przemknęła myśl.

Uniosłem ramiona, ująłem rzeźbę w obie ręce. Nasada ani drgnęła, za to wnętrze zegara wydało znowu jęk głuchy, przykry. Po kilku usiłowaniach stwierdziłem, że rzeźba szczytowa nie da się ruszyć i stanowi jedną całość z szafką. Obejrzałem ją tedy pilnie i fachowo, gdyż znam się trochę na stolarstwie. Naturalnie staroświecka budowa mebli była inna niż dzisiejsza, lecz napis ten nie pochodził z epoki powstania szafki zegara. Jest dodatkiem całkiem nowym.

Po długim badaniu całości, po stwierdzeniu, że szafka ma zamknięte drzwi wiodące do zegara i że tylko przez grubą szybę widać wnętrze całe, zamyśliłem się głęboko... Pod wpływem nowej myśli pchnąłem rzeźbę szczytową w tył tak, jak się odsuwa szufladę... Nic! Rzeźba ani drgnęła. Czyżby istotnie stanowiła całość z szafką? Ale ten napis, ten dziwny na zegarze napis? Zegar brzęczał złowrogo. Zaszedłem go z drugiej strony. Szafka stała przyparta do listwy posadzki, lecz od ściany oddalona o kilka cali. Zajrzałem, światło przenikało nawet do tej szczeliny. Tył szafki ma deski gładkie jak marmur, ściana zaś poza nią wybita adamaszkiem jak wszędzie.

Ale ten napis... ten niezwykły na zegarze napis? W dodatku w miejscu, gdzie pomijając już treść, nie nadawał się absolutnie. W środku liter zacinał się ciągle, napotykając przeszkodę w postaci jakiejś poprzecznej rysy. Rysę tę właśnie wiodącą dokoła szafki, pod rzeźbą miałem na uwadze. Stanąłem przed frontem szafki, objąłem rzeźbę ramionami z dużym trudem, gdyż bestia jest szeroka w obwodzie i z całej mocy pociągnąłem naprzód, ku sobie. Skrzypnęło. Rzeźba ustąpiła.

Zrobiło mi się gorąco. W tej samej chwili rozległ się ostry syk zegara... i... buum!! Potężne uderzenie machiny. Ścierpłem. Instynktownie cofnąłem się. Zegar bił basowym głosem pięć razy.

Długą chwilę stałem zdrętwiały. Huczny bas uderzeń opanował komnatę przeciągłym echem, rozbrzmiał nim cały zda się zamek, ba, może cały Krąż? Ogrom potęgi i grozy, prawie majestat był w tych uderzeniach. Lecz co począć teraz? Paschalis lub Krzepa może wpaść natychmiast. Nie chciałem, by się domyślili, co zrobiłem.

Czym prędzej przeto opuściłem bibliotekę. Krążąc po zamku w stronę przeciwną od mieszkania Paschalisa trafiłem na parterze na drzwi półotwarte, a wiodące do parku. Zostawił je widać Paschalis z wieczora lub może dziś już je otworzył. W parku nie spotkałem nikogo. Dotarłem do rzeki zachwycony pięknością poranka orzeźwiającego po nie dospanej nocy. Popłynąłem łodzią na spacer.

Na rzece słońce spiło już nocne mgły, było pełno blasku i ciepła. Po dusznej atmosferze biblioteki oddychałem głęboko piersią chciwą powietrza. Rozmyślałem o swoim odkryciu. Byłem już pewny, że szafka zegara pod ową rzeźbą zasuniętą na felc posiada skrytkę... i może w niej spoczywa dokument — główny sprawca dramatu babki, tragedii Paschalisa... Można by nazwać ów testament niewidzialnym, a wciąż odczuwanym motorem Krąża.

Gdy wróciłem do domu, patrzono na mnie jak na zmartwychwstałego. Odczułem dokoła siebie sympatię ogólną i radość, żem zdrów i cały, co mi sprawiło przyjemność. Dowiedziałem się, że bicie zegara wywołało popłoch straszliwy w całym dworze, ponieważ zegar od zgonu Hieronima stał i teraz pierwszy raz od tamtej pory wydzwonił piątą, równo o piątej godzinie, czego sam nie zauważyłem. Najbardziej podobno odczuła to babka. Leżała krzyżem w gorącej modlitwie, a obecnie jest chora. Mówiła mi Chmielnicka, że babka dopytuje się ciągle o mnie...

Nikt tej nocy nie spał we dworze. Gabriel nie grał, jest zły i przygnębiony. Ślazówna „sfiksowała ze strachu” wedle słów Chmielnickiej. Paschalis zaś, usłyszawszy rano o piątej bicie zegara, o mało nie padł trupem, bo on już i tak chory jak zawsze po ukazaniu się widma, a tu jeszcze ten zegar! Wierzę i wyobrażam sobie jego minę! Myśl, że niechcący nastraszyłem tego mistrza mediumizmu bawi mnie niesłychanie.

Gdy spotkałem Bogdziewicza, nastrój mój zmienił się nieco. Czuję się podrażniony, gdyż atmosfera Krążą zaczyna mnie męczyć nie na żarty. Bogdziewicz mówił:

— Jak jasny pan wczoraj w nocy odszedł od nas w stronę zamczyska, to już niektórzy myśleli, że i po nim. Ale ja wiedział, że jasny pan to Pobóg, przeto mu się od pradziada Poboga żadna krzywda zdarzyć nie może. Czas już wielki, żeby na Krążu całkiem było inaczej. Sam onże pradziad daje znaki coraz częściej, że czas, by prawy jego prawnuk dziedzicem na Krążu stał się. A na Ślazów... tak i przyjdzie czarna godzina.

Ostatnie słowa wypowiedział z ociąganiem się, patrząc w okna Gabriela. Najwyraźniej pod nazwisko Ślazów podciągał Zatorzeckich. Można to było wyczuć łatwo z akcentu słów i z mściwego zmrużenia strasznego oczka.

Nie widziałem tego dnia ani babki, ani Gabriela, który siedział ciągle u Weroniki. Po drugim śniadaniu poszedłem do zamku. Paschalis był chory i zmieniony nie do poznania. Skarżył się przede mną, że całą noc duchy Hieronima i Halmozena nie dawały mu spokoju, prześladując go i dręcząc, a oto jeszcze zegar zaczął bić... i wybił godzinę zgonu pradziada Paschalis podniósł swoim zwyczajem rozwarte dłonie do głowy. W oczach miał płomień, na twarzy wyraz uroczysty.

— To, jaśnie panie, znak, że Pobóg stanął na Krążu. Jak usłyszałem to bicie zegara... od razu krzyknąłem, że jasny pan Pobóg znalazł testament! Powlokłem się do biblioteki, ale jasnego pana nie było. To nic, to wróżba pewna, że testament lada dzień się objawi, to już pewne!

Byłem niezwykle poruszony słowami starca. Chcąc pokryć zmieszanie, zapytałem go, dlaczego w nocy chodził tak długo po górnym, wielkim korytarzu. Paschalis wytrzeszczył na mnie oczy tak szczerze zdumione, że nie można było wątpić, że nic nie pamiętał i że jest nieświadomy tego, co się działo. Patrzył na mnie zgnębiony okropnie, był szarożółty na twarzy, a w oczach miał bezbrzeżny strach i mękę. Odczułem, że odgaduje takie stany swoje, lecz nie zdoła ich określić, czyli jak przeczuwałem, był wtedy w korytarzu pogrążony w jakiejś silnej hipnozie.

Nie zdradziłem się oczywiście, że nocowałem w zamku. Teraz nakazałem mu, by nie wstawał z łóżka i nie ważył się mi przeszkadzać, gdyż idę do biblioteki. Ucałował moją rękę ze karni i rzekł błagalnie:

— Szukaj, jasny panie nasz, szukaj testamentu, czas nadszedł. Ja to czuję. Duch starszego pana i duch księdza mi to objawiają, ich pokuta skończy się, gdy znajdziesz testament!

Idąc do biblioteki, sprawdziłem raz jeszcze główną salę i krużganek. Tu żadnego oszustwa być nie mogło, zresztą stan Paschalisa wtedy w nocy mógł wiele tłumaczyć, jeśli takie objawy dadzą się tłumaczyć w ogóle.

W bibliotece obejrzałem zegar, stwierdzając, że podczas mojej nieobecności nikt go nie ruszał. Szafka stała znów w cieniu, napis był prawie niewidzialny. Zastanowiłem się teraz, jak postępować, by zegar przy odsuwaniu rzeźby nie zabił znowu na cały Krąż. To by mi dogodził! Nikt prócz Paschalisa i Krzepy by tu nie przyszedł, za to ręczę, ale wołałem, by antyk milczał.

Zacząłem tedy odsuwać rzeźbę wolno, delikatnie i z ogromną ostrożnością. Szło wybornie. Szczyt szafki wysuwał się gładko - ku przodowi, odkrywając, jak przypuszczałem, głęboką skrytkę pod sobą Raz brzęknęły sprężyny zegara, lecz prócz jękliwego odgłosu maszynerii antyk zachował milczenie. Podwoiłem ostrożność i pracowałem długo z najsubtelniejszą delikatnością. Wreszcie z głębokim zadowoleniem odetchnąłem. Skrytka była odsunięta na tyle, że mogłem swobodnie w nią włożyć rękę, a wysunięta rzeźba szafki nie groziła upadkiem, mając jeszcze połowę oparcia na felcu.

Teraz w imię Boże!

Wzrost mój pozwolił zajrzeć z łatwością do skrytki.. Była... pusta. Nie powiem, by wrażenie na ten widok należało do przyjemnych! Zakląłem jak dragon, lecz nie dałem za wygraną. Zacząłem badać dno skrytki Lekkie dudnienie oznaczające próżnię, napełniło mnie radością. Jeszcze chwila i deseczka zachybotała się pod moimi palcami. Przeniknął mnie dreszcz nowej nadziei. Przyniosłem do szafki taboret, stanąłem na nim ostrożnie i wolno, delikatnie zdjąłem deseczkę. Wszystka krew spłynęła mi do serca. Ujrzałem duży rulon papierów związany czarną taśmą. Nie traciłem czasu. Wydobyłem zwój, zbadałem dokładnie, czy niczego więcej w skrytce nie ma i przyprowadziłem zegar do porządku. Robiłem to z zimną krwią i spokojem. Wprawdzie unosiła mnie szalona niecierpliwość, lecz nie poddałem się jej. Gdy już rzeźba była na miejscu i zegar miał dawny wygląd, usiadłem przy stole. Rozwiązałem rulon. Pieczęci nie było żadnych. Oczy moje padły na tytuł zeszytu większego: MOJA SPOWIEDŹ. Po czym był ten sam napis łaciński, który jest na szafce zegara. Dalej następowało coś w rodzaju dewizy jakiejś czy przedmowy i tekst na kilku arkuszach pisany po polsku, silnym, wyraźnym charakterem, na końcu zaś rękopisu podpis: ksiądz Bernard Halmozen, czyli Krzysztof Hradec-Hradecki.

Długo siedziałem zamyślony. Leżał oto przede mną dokument, w którym zamknięta jest dusza człowieka nieżyjącego już od czterdziestu lat i, co ważniejsze, dusza wykonawcy testamentu mojego pradziada. Ogarnął mnie szczególny niepokój, odczułem, że teraz czytać nie mogę — zanadto byłem podniecony i roztrzęsiony. Rozwinąłem drugi rulon owiązany też czarną tasiemką, który wypadł z pierwszego. W rulonie tym dostrzegłem najpierw sygnet złoty: na wielkim krwawniku widniał herb Pobogów i litery RP.

Zdziwiony spojrzałem na ten nowy dokument

Kopia testamentu śp. Hieronima Poboga, dziedzica na Krążu Dębowej wraz ze wszystkimi przyległościami, przepisana z oryginału sporządzonego dnia 20 grudnia 1870 r. i przypieczętowanego tym oto sygnetem Pobogów. Kopię pisał sługa Boży, pokutnik ksiądz Bernard Halmozen na świadectwo autentyczności istniejącego testamentu, który spoczywa w pierwszej, wyższej części skrytki w zegarze antycznym. Niech Bóg czyniąc sprawiedliwość w rodzinie Pobogów, zmiłuje się i nade mną grzesznym.

Zrozumiałem. Oryginał testamentu Hieronima Poboga został zatem wykradziony z górnej skrytki zegara. Kopia schowana niżej w drugiej skrytce i dlatego ocalona od kradzieży, była straszliwym świadectwem dokonanej zbrodni moralnej, która kompromitowała okrutnie babkę Zatorzecką. Wszak nikt inny nie mógł usunąć testamentu, tylko ona lub jej mąż Ksawery... Oczywiście, Halmozen umierając, nie wiedział, że testament jest wykradziony, ale jednak musiało to nastąpić chyba jeszcze przed jego zgonem. Paschalis twierdzi wszakże, iż z chwilą śmierci nikt już prócz niego, Krzepy i rejenta nie był w bibliotece.

Lecz co zawierał testament? Zacząłem czytać jego kopię. W trakcie tej lektury oblewały mnie zimne i zarazem gorące dreszcze. Paschalis miał słuszność. Otóż śp. pradziad Hieronim oskarżając się w niezmiernej skrusze przed Bogiem i ludźmi z niesprawiedliwości popełnionej względem syna Marcelego, czynił go ostatnią wolą swoją właścicielem prawnym całego klucza Krąża wraz ze wszystkimi folwarkami zaznaczając, iż dziedzictwo to przechodzi potem na synów, wnuków, prawnuków Marcelego, aż do wygaśnięcia rodu Pobogów. Żądał, by jak najprędzej odszukano Marcelego w Paryżu czy gdzie by nie przebywał, a jeśliby nie żył, tedy nakazywał, by sprowadzić do Krążą jego potomka męskiego lub żeńskiego i oddać mu jego dziedzictwo. Przeznaczał na ten cel dużą sumę pieniędzy z kapitału ulokowanego w banku. Dla córki Zatorzeckiej oraz jej męża i dzieci wyznaczył rentę posagową z Krąża, należącą się córce z działów majątkowych, a ujętą w ścisłe formy prawne. Zobowiązywał córkę Kunegundę z Pobogów Ksawerową Zatorzecką i księdza Bernarda Halmozena oraz świadków będących przy zgonie, by testament jego roborowano prawnie jak najprędzej i jego wolę spełniono co do słowa pod groźbą przekleństwa.

Po tej części następował wzruszający zwrot do syna, by wybaczył ojcu popełniony grzech wydziedziczenia. Błogosławił syna, jego rodzinę i córkę Zatorzecką, którą nadto w serdecznych słowach zaklinał, by spełniając jego wolę, zrozumiała i odczuła sercem ten akt czynionej sprawiedliwości i stała się dla brata wracającego z obczyzny dobrą siostrą. Dokument kończył się następująco:

Dzieci moje, Marceli i Kunegundo, pamiętajcie i zanotujcie w sercach waszych, że lepiej być stokrotnie skrzywdzonym niż raz krzywdzicielem. Każda krzywda zawsze zemści się okrutnie, każdy skrzywdzony nagrodzonym będzie kosztem krzywdziciela. Duszę swoją polecam Ci, Panie. Amen.

Nie na tym był koniec moich wrażeń tego pamiętnego dnia piątego lipca. Po przeczytaniu kopii testamentu dłużej wytrzymać w komnacie biblioteki już nie mogłem. W głowie waliły mi młoty, każdy nerw dygotał w ciele, myśli jastrzębie, złowrogie szarpały mózg. Zabrałem pierwszą lepszą księgę i ukrywszy w niej dokumenty, wybiegłem z zamku. Ucho nadało natknąć się na Krzepę. Spojrzał na mnie przestraszony.

— Co jaśnie panu jest, czy chory?

Coś mu tam odburknąłem i dopiero gdy w pawilonie w swoim pokoju zamknąłem księgę w biurku, uczułem ulgę, a nawet pewną równowagę duchową... Biegałem jak oszalały po parku, lecz dręczyło mnie szczególne przeczucie, iż jestem obserwowany przez Krzepę i Paschalisa z okien zamkowych. Wrażenie to było tak silne, że nie mogłem się z niego otrząsnąć. Wróciłem do mieszkania i przebrawszy się do konnej jazdy, udałem się do stajni. Bogdziewicz osiodłał mi konia najbardziej niesfornego.

Był już wieczór, gdy powracałem do Krąża od strony pól szerokich, lekko falistych. Na tle bujnych drzew parku zamek wyglądał okazale. Skrzydła jego oraz prawy i lew, pawilon były oświetlone i tym światłem odbijały rażące od głównego korpusu, w którym nie było cienia życia. Martwy i głuchy stanowił niemą i dosadną ilustracją własnej historii. I takim pozostanie, dopóki Zatorzeccy będą jego właścicielami... A przecież nie oni, lecz mój ojciec i ja jesteśmy tu de jure panami. Był nim przede wszystkim mój dziad Marceli, który w Paryżu umarł z nędzy i może z rozpaczy.

„Lepiej być stokrotnie skrzywdzonym niż raz krzywdzicielem” — to słuszne! Dziad mój umierał z tęsknot w sercu, zapewne z głębokim żalem, ale sumienie miał czyste i jasne czoło przed Bogiem i synem... A babka Zatorzecka? Dziad mój zostawił rodzinę w biedzie, lecz jego pamięć ojciec mój czci i ja czczę, choć go nie znałem. A jakże jest ceniona przez wnuka Gabriela babka Guńdzia, pomimo iż zostawia mu taką fortunę jak Krąż?

„Każda krzywda zemści się zawsze okrutnie, każe skrzywdzony nagrodzony będzie kosztem krzywdziciela”.

Tego babka nie doczeka, gdyż my wykonawcami taki zemsty nie będziemy. Ani ja, ani jak sądzę mój ojciec nie łakomimy się na Krąż. Niech zostaje własnością potomstwa Zatorzeckich, zrodzonego w niedalekie} przyszłości ze Ślazówny.

Powtarzam znowu słowa Strindberga: „Zbrodnia sama jest już karą”. Sprawdziło się to boleśnie na babce Gundzi. Czymże bowiem było całe jej życie, jeśli nie karą, czyśćcem na ziemi? Jakże straszna być musi ta wiecznie aktualna kwestia kary, do której się sumienie poczuwa i na którą zerka? A jednak można widocznie z tym żyć, skoro tyle lat zamek otacza chmura trwogi zabobonnej, skoro się ta trwoga rodzi ze świadomości własnego grzechu i pomimo to nie robi się nic, by oczyścić duszę, sumienie i by z tej chmury wiecznie trwożącej wyjść nareszcie na jasny świat Boży i śmiało, bez lęku spojrzeć ludziom w oczy. Nie jeśli kto ma miedziane czoło, może nawet nie odczuwa takich podszeptów sumienia lub odczuwając podświadomie, odrzuca je bezwzględnie jako zbyteczny balast w życiu. Czyż babka Zatorzecka byłaby tak bezczelna? Nie, bo w niej odczuwa się jakiś straszny niepokój... nawet trwogę.

A ten wnuk i przyszłość Krąża w takich jak obecne koniunkturach? Ależ krzywda nasza jest już pomszczona stokrotnie!

Nie wyobrażam sobie, jak spojrzę w oczy babki teraz, gdy już znam kopię testamentu, którego oryginał ona posiada, o ile go nie zniszczyła. A może posądzam ją niesłusznie? Wszak kradzież mógł popełnić Ksawery Zatorzecki bez jej wiedzy.

Jednakże mądry był ten Halmozen, chowając tak sprytnie kopię wraz z sygnetem. Ten kto wykradł testament, nie spodziewał się, iż dokument tak kompromitujący leży tuż pod nim, odgrodzony cienką tafelką drewna... Ten ktoś spieszył się zapewne i bał... I oto po tylu latach zbrodnia się wykryła. Och! nie będę twoim ostatnim i najokrutniejszym katem, twoim sędzią ani egzekutorem. Wszelkie porachunki za popełniony czyn dokonasz sama z sobą... Ja czmychnę. Powietrze tutejsze zaczyna mnie dławić. Zresztą Terenia... Do niej mi pilno.

Ze ściśniętym sercem przypomniałem sobie „spowiedź” Halmozena. Co w niej jest, czy mam w ogóle prawo odczytywać ten manuskrypt księdza pokutnika? Hradec-Hradecki, nie słyszałem nigdy tego nazwiska. Uczułem nagle gwałtowne pragnienie poznania, co zawiera ten drugi dokument.

Trąciłem konia ostrogą.

Zamiast czytać położyłem się, albowiem znużenie moje było silniejsze niż ciekawość. Wkrótce zasnąłem snem kamiennym.

Obudziły mnie tony muzyki Gabriela. Grał z pasją, hucznie.

Na moim stoliku stała zimna kolacja Z wilczym apetytem pochłonąłem jakieś zakrzepłe mięso, popiłem zimną herbatą i otrząsnąwszy z siebie resztę snu, zabrałem się do owej „spowiedzi”. Czytałem:

Tego kto znajdzie ten dokument, gdy mnie już na świecie nie będzie, obowiązuję ostatnią wolą i czynię odpowiedzialnym za jej spełnienie, by oddał go we właściwe ręce. W jakie, dowie się z tekstu mojej spowiedzi.

Ciekawość moja wzrosła. Położyłem się na otomanie i przysunąwszy bliżej stolik z lampą, zacząłem tę niezwykłą lekturę. Gabriel grał „Gebet und Tempehanz” Griega. Grał z drażniącą brawurą, z dziką zaciętością. Jego psychologia to także ciekawy temat. Gdybyż on wiedział, jaki dokument posiadam!



10 lipca

Nowa, zdumiewająca koincydencja zdarzeń, nowy niejako pewnik, że wiodło mnie do Krążą jakieś przeznaczenie.

„Z rąk Boga oczekuję w wieczności kary i miłosierdzia”. Miłosierdzia już tylko możesz oczekiwać, nieszczęsny pokutniku.

„Spowiedź” przeczytałem wówczas jednym tchem. Dramat Hieronima i babki Gundzi blednie wobec spisanych tu dziejów. Włączać je w całości do mego pamiętnika byłoby za długo. Cytuję tylko te ustępy, w których jest akcja. Pomijam natomiast miejsca pokutniczej skruchy i samooskarżania się, a także cytaty z Biblii. Wstępu utrzymanego w tymże tonie religijno-ascetycznym nie zamieszczam również. Zaczynam więc tę smutną historię.

Rodzina, z której pochodzę znana była w Galicji Zachodnią i ceniona. Ojciec mój Tytus Hradec-Hradecki był od długich dziesiątków lat dziedzicznym właścicielem dóbr Sławohora w Beskidach nad Dunajcem. Ożeniony z Matyldą hrabianką Herburtówną, zacnego rodu panną, owdowiał, gdy ja, najstarszy syn Krzysztof, miałem lat piętnaście. Z kilkorga rodzeństwa zostałem sam. Dwóch

Fragment tekstu niepoprawnie rozpoznany przez program OCR:

-^z>tzpaąpfm 'nutop z \vzpad(m atutu du fi&ppzid Vfusaz>zsa|u 'iua/Dppo '//feopn aiuut oapfo •fiaoo m aSpąo noto iud{pnzi aiu/ojrug —ajs lua/omo? -ung •••opfe dz opjaid aiuiu o/auo/iL) :iuaiudZDtzpatzpfim ;iu /lzouSbz 'oj du lUdpcnoBt&MJZ fiuozinąo ńpQ 'feiu op psoyw d.B OBZdfim iiu \xma[ soz 3ap/Q /Diuajiunzoiocf op bqos z ijzsop \uo yoC 'tuaim a;u o\u 'u&m eąą ^duo y ¦diuńzmiDyi tvą bpso/;iu zajumcu /buo/cfcz joui sapfo az 'ais u&pąpdwnop cąo zyar\ -(\ufccAxca azsou fydtąsotf -ojozdo tuafig Dipo^ afutu az 'o/iumacfoz duo j bfoms fef Ui3/Duz(^ -i^3p(s/aiuD ais opcnopz 'dojs n faf wa\fapp \ąo(\uz)6qsdiudI uaztout ipowS 6\so\u(m 'fipapi diuoS atouu appsfes/fl 'omj9pq feiu m u&pppyft -dujo|dz ¦D/osam ^auSm pau ou^ay -bmopK11? buuDd 'cmpąpcu ipduzowmiąioo o\Aq (d^s|ot2du fefpoiuaiiurtn aoi/Dajuj duuód tuapnon mfasfsfizDtou 'uxfiżsau9\d i uu&puzod fipaiffl Sprurą; yąufaoodpo du

Łua/ot^oafod azunpi bptuod &z 'fi ami/zbpn du uuapodoz botud fiuozidwazid ' aisuruf luiufDjso du obpdg boiuruB dz ipuzoipod m azsmoz 9\maid obtozpdds autfooypm auef 'o^pozi Wdpzpztftoud fuoiparD^s oq aiaotfozoiff-ouzMiiojsm Djpnjs du rtnauag op wapyoaftin -oujDs tfqz o6aufnq ; ;&d;ud/ ua/ad a/o 'azicpp a;s

ipiocnj, boiUŁua/nj diwąsozod 'vp6\mzp ajuiu apo fatupoB npoi oSazsou jopuojzs ńq toopf 'lprijiuoj tsd;łudz nprtz aiuiu p/imojsoz '(bbSoiutpazsm azog 'o6az3D/(j fefoms op ąiusazofli /o/omod Sog aj^sojs j paiq

'nuiop z ftzpadńm aiuiu oap(Q du ńjapfdzid 'fiusazazsafu 'utapppQ '\6ziapn aiuui 3ap(Q •feoo cn aB\acp noto utd\pmi aiupyrug -afs utapmo) -ung —npfą dz oftaid aiuiu o/auo/iL) :ujta]uazovzpatzp(m |iu jizcuSdz '0% du wapmoBDaJDZ fiuounqp ńpQ iaiu op psojiui ats oazjftn ivu /dzd^ sdz oap(Q /D/uaiiunzouod op bqos z fjzsop ;uo j/of 'vuam a\u o\u 'mairn a^j ^duo y ¦aiufatDiD}{ ny bpso/iiu zaiumcu /buo/cfoz /oiu oapfo az 'ais waptzpaimop o%o zoaj 'fiute -ojDZDo wafig -oipon a\uiu az 'D/iumacfcz duo / osc bfoms .fef iua/Duz(Vyi -^3pfs/aiuD a;s opcmpz 'dojs n fgf u&ifizojz i{oftuzofifSDiUDf udzjouu uoowB Ąsoiufim '6 auigS atoiu appsfes/fi 'otrąsoą (aiu cn waptzpi/y\ 'Dpsam 'zDjfim pou DU^ay -bcnojDms buuDd 'cnooąpoji uotiuzouiDzbĄioo ąfig •{uystcnzDu tdfgoiuaiwfim ao\p aiu) ~X aurfziojpjf auuDd wapnzon uirtzsjafc/bu 'tufescmaid utapuooyod i luapuzod rfpa^yi -apcurof j ^auifeodpo du /tłoyomD/s op wapipatod oznoyai bpcuod d^ *rtmo/5 a/oq ami/zbpn du uia/pDdoz bsoid ftuozodwazid 'rąatń&iaonun aisurof łu.!U?d?so du obpag 'botuoiS dz upozoipod cn azsmoz aimtud otyozpads aultaoypm

op uiBpxpa((m \

-ouios j/Sqz 'lurtuio/saiu W3\uz>n wafą

oBaufną j ijzdjud/ uajad a/D 'azjąop ajs w.a\te>c\

bojuiua/bj diuo;sozod 'ipSimzp aiuiu apo (ampoS npoj. oSazsDu uopuojzs (k\ fiziopf 'ipfąuiTĄ &viuudz npfiz dud amui sa/imojsoz '(fcbSoiuipazsm azog 'oBazx>iQ •fipcmp fatoms op amsazom ppmod Sog a^so;s { pojq

Poszedłem precz! Napisałem do Katarzyny rozpaczliwy list, wierząc jeszcze (głupiec) w jej uczucie dla siebie. Nie odpisała ani słowa, pomimo ze list mój doręczono jej osobiście. Wkrótce odbył się ślub mego ojca z tą, którą kochałem, która obiecywała zostać moją żoną, która miłość mi swoją wyznała...

Jak żebrak, odarty ze wszystkich ideałów poszedłem w świat. Myśl wstrętna, że ona wybrała dziedzica i pana na Sławohorze miast mnie, który się miłości dla niej wyrzec nie chciał pomimo wydziedziczenia była mi cięższa niż moja hańba... ów czyn popełniony względem ojca.

Nie kończyłem uniwersytetu, duszę miałem złamaną, umysł ciężki, w sercu grób... zemstę, straszną nienawiść do ojca... do niej... A pomimo to kochałem ją... kochałem. Pracując ciężko, żyłem tylko nadzieją zemsty. Ona była moją dźwignią i ostoją. W Zurychu, gdzie byłem nauczycielem, poznałem młodą Francuzkę, Jeannette Ducasse. Pokochała mnie ta słodka, idealna dziewczyna, siostra moich uczniów, sierota i opiekunka młodszego rodzeństwa. Widząc jej miłość, powodowany niewygasłą jeszcze w mej duszy prawością wyznałem jej całą prawdę o sobie... Nie zrażona, przeciwnie, współczująca serdecznie otoczyła mnie siostrzaną opieką. Tyle uczucia wkładała w ten stosunek nasz braterski, że uniesiony wdzięcznością poślubiłem tę biedaczkę moją — najsłodszą, najidealniejszą i... najnieszczęśliwszą kobietę chyba na całej ziemi... Życie nasze było ciągłą ofiarą z jej strony, a męką i wyrzutem z mojej... Byłem dla Jeannette przykry, ciężki, okrutny. Chwilami mściłem się na niej za to tylko, że nie była Katarzyną, pomimo iż umiałem odróżniać charakter tego anioła od tamtego szatana. Mieliśmy syna. Cieszyłem się z niego, byłem pewny, iż to będzie w przyszłości mój wspólnik w dziele zemsty. Wampira zemsty hodowałem z lubością. Bóg nie dopuścił, by grzech mój odziedziczył i powiększył ten chłopczyna niewinny... Dziecko zmarło wcześnie... Odczułem ostrzeżenie i karę za łotrowskie zamysły względem niego. Przyszła na świat córka. Ten nowy dowód istniejącej jeszcze nade mną łaski Bożej przyjąłem z radością wielką. Ale Jeannette od urodzenia tej dzieciny słabła i nikła w oczach. Przekonana, że nie przywiąże mnie do siebie tak, jak miała prawo oczekiwać, widząc że żrącego mnie wampira zemsty nie złagodzi swoim uczuciem i skarbami duszy, odczuwając, że kocham stale tamtą, dręczyła się, borykała z losem i psychiką swoją, aż nie zniosła ciężaru żyda i poszła za synem. Zostałem sam z małą Joanną. Była ona moją jedyną osłodą... i ciągłym, a nowym wyrzutem, żem zabił jej matkę, nie umiejąc docenić tego, co w niej posiadałem ni tego, jakim aniołem opatrzności mogła być nadal dla mnie... Gdy Joanna skończyła dwa lata, doszła mnie wieść, że ojciec mój zmarł nagle na serce. Wtedy zrodził się w mojej duszy bunt gwałtowny, żądza już nie tyle zemsty... ile żądza odzyskania majątku dla dziecka.

Z Joasią pojechałem w Beskidy. Tam dowiedziałem się, że ojciec nie zostawił potomstwa, że nie było testamentu i majątek nie był poprzednio przepisany na Katarzynę, jak również nie istniało prawne wydziedziczenie mnie. śmiało więc wystąpiłem o swoje prawa. Przyjechałem wprost do Sławohory jako prawny spadkobierca. Nieoczekiwanie Katarzyna przyjęła nas z wielką gościnnością i serdecznie... A była wciąż bardzo piękna! Kochałem ją stale, uczucie to wzmogło się, gdym ją ujrzał... Spadł na mnie nowy obuch: wyznanie Katarzyny, ze... kocha mnie jak dawniej, że tylko mnie kochała, ale była sterroryzowaną i nieszczęśliwą ofiarą ojcowego szału. Boże, tyś widział, jakie przechodziłem męczarnie duchowe i fizyczne. Kochałem tę kobietę opętańczo, a nie mogłem jej wszakże poślubić. Cierpiałem, walczyłem, klnąc Ciebie, Boże, za taką nieszczęsną dolę. Stary rezydent, przyjaciel mego ojca, Justynian, który nosił mnie jeszcze na rękach, widział, co się święci, bolał nad tym, ostrzegał mnie, radził wyjechać ze Sławohory i z daleka czuwać nad procesem spadkowym. Nie usłuchałem go, zawładnął już mną szatan i pchał do przepaści... Urok Katarzyny, okazywana mi czułość doprowadzała mnie do burzy zmysłów. Nie były to już marzenia dawne, pełne ideału, lecz podłe pragnienie miłosne, wichura pragnień szaleńczych... A ona mnie kusiła, podniecała. Drażnił mnie w najwyższym stopniu młody strzelec dworski, Wasyl Czobro, Rusin, piękny, śmiały i w swym wspaniałym stroju strzeleckim zwracający uwagę. Widziałem, że Katarzyna lubiła go i nieco nazbyt poufale odnosiła się do niego. On był względem swej pani rażąco obcesowy. Lecz miłość do Katarzyny na wszystko złe rzucała różową mgłę zaślepienia... Nie cierpiałem Czobra instynktownie, ale nie podejrzewałem nic hańbiącego, pomimo dwuznacznych ostrzeżeń Justyniana. I... otworzyła się przede mną przepaść. Przyszła chwila straszna. Zapomniałem o świecie, zapomniałem żem człowiek i że ta kobieta była żoną mego ojca...

Wybiegłem od niej półprzytomny z rozkoszy i rozpaczy. W tumanie czarnym grzechu, miłość sama jakby zmalała, został pożar we krwi i bezprzykładny bolesny zgrzyt w duszy i wyrzut, ach, jaki wyrzut! Ugiąłem się pod ciężarem grzechu kazirodztwa. Rzuciłem się krzyżem w swojej komnacie i wyłem z bólu, wyłem jak zwierz dziki, ranny, szarpiący kłami wściekłości własną ranę. Walczyły we mnie straszliwa zgryzota z bydlęcą żądzą nowej rozkoszy z tą kobietą... Kochała mnie, jak sądziłem, skoro potrafiła zapomnieć o wszystkim w moich ramionach, dając mi nieznane dotąd upojenie, szał. Siły niespożyte: poczucie winy własnej z rozpasanymi potęgami zmysłów prowadziły z sobą bój tytana. Nie wiem, która siła stałaby się zwycięska, gdyby kara nie spadła na mnie jak piorun, w tej samej minucie moich zapasów duchowych z samczym pożądaniem artystów. Wszedł do mnie Justynian i błagał abym się uspokoił. Mówił, że przeczuwa, co się stać może (nie przeczuł, że już się stało) i chce ocalić mnie i Joasię od grożącego nam łotrostwa Katarzyny. Rzuciłem się na niego, kazałem mu iść precz, lecz nie odszedł, błagał, rozkazywał, bym z nim poszedł. Wprowadził mnie jak lunatyka do komnaty Katarzyny, ukrył w kryjówce, z której nie widziany, mogłem widzieć i słyszeć wszystko. Instynkt może również zwierzęcy dał mi świadomość jakiejś straszliwej prawdy, która ma się objawić.

Stało się!

Wstręt mój i nienawiść do Czobra miały uzasadnienie płynące z głębokich pokładów psychiki mojej. Ujrzałem Katarzynę w jej sypialni z... Czobrą.

Więc może człowiek znieść tyle, co ja wtedy przeżywałem i nie paść trupem na miejscu? Palce moje spłynęły krwią, gryzłem je, by nie wydać jęku. Ona była dziś w moich ramionach, ona teraz... Upajała mnie zapewnieniem miłości, dla której zatraciłem człowieczeństwo swoje. Ona teraz jak rozpasana nierządnica była w ramionach tamtego.

Zniosłem jednakże i to piekło. Uratował mnie diabelski śmiech wewnętrzny z samego siebie. Szyderstwo z własnej naiwności ocaliło mnie od pomieszania zmysłów. Lecz nie tu jeszcze tragiczny moment mego nieszczęścia... Wysłuchałem ze zjeżonym włosem na głowie całego planu ohydnego spisku, który ta para łotrów uknuła na mnie i moją dziecinę. Zawadzałem im, gdyż byli kochankami od dawna. Katarzyna oszukiwała mego ojca jak teraz mnie. Sprawa odziedziczenia przeze mnie Sławohory zbliżała się ku końcowi, więc Katarzyna mając wszystkich przeciw sobie i swemu kochankowi, szelmowską intrygą chciała mnie przykuć do siebie, uśpić moją czujność.

Plan był piekielny. Za kilka dni, datę dnia właśnie umawiali, miały być urządzone łowy w puszczach górskich. Mnie towarzyszyłby Czobro jako strzelec. Katarzyna, która pozostanie w pałacu wpuści małą Joasię do izby ukrytej w parku, gdzie chowane były wiecznie głodne i jeszcze specjalnie na ten dzień wygłodzone wilki. Gdy bestie zagryzą dziecko (miało to być upozorowane wypadkiem omówionym bardzo zręcznie), wtedy Katarzyna wyśle posłańca do lasu z tą ponurą wieścią. Tu następowała rola strzelca. Gdy przerażony wieścią będę z nim dążył do pałacu, on mnie zastrzeli z mego własnego rewolweru, w ten sposób, by znowu wszystkie pozory świadczyły, że zabiłem się sam w przystępie rozpaczy...

Szczegóły projektowane przez nich, a mające na celu ścisłe zachowanie niezbitych pozorów wypadku z dzieckiem jak i mego samobójstwa, słyszałem już jakby z oddali, jakby w huraganie rozpętanych żywiołów. Wybuchnęła we mnie tak potężna żądza zemsty, taki wir obłędu i furii, że w szaleństwie czułem tylko jedno: Zabić! Był to nakaz bezwzględny, a tak mocarny, że w tej samej sekundzie skoczyłem ze swej kryjówki ku zbrodniarzom jak tygrys łaknący krwi.

Byli bezbronni. Sam już nie wiem, jak się to stało. Porwałem Katarzynę w swoje wściekłe ręce i grzmotnąłem jej głową z taką siłą desperacką o gruby kant marmurowego stołu, że zwisła mi w rękach bez życia. Czobro rzucił się na mnie, lecz walka trwała krótko. Szaleństwo uczyniło ze mnie rozjuszoną bestię. Pod okrutnym ciosem mojej pięści strzelec upadł na ziemię z rykiem bawoła, zalany krwią. Ja miałem w oczach łunę krwistą, gdym runął na niego, gniotąc mu kolanami klatkę piersiową. Drapieżne szpony moich palców wpiłem w jego gardło. Chwila i wszystko było skończone.

Leżały przede mną dwa trupy...

Wpadł Justynian, jego wzrok utkwił mi w pamięci mimo tragizmu mego potwornego morderstwa. Pokazałem mu trupy bełkocąc:

— To ja... to ja...

Bóg wie, co by się stało potem, gdyby nie Justynian. Ułatwił mi ucieczkę ze Sławohory. Chciałem się oddać władzy, niech mnie sądzą. Świadkiem moim mógłby być tylko Bóg... Justynian wskazał na dziecko, sierotę bez matki, sierotę po ojcu zbrodniarzu...

Tego się zląkłem, osądź mnie Boże. Zląkłem się sieroctwa dziecka po ojcu mordercy... Uciekłem!

Opuszczając tej nocy potajemnie Sławohorę, przekląłem ją na całe życie swoje i swego dziecka. Przekląłem to miejsce moich nieszczęść, zbrodni, moich mąk nadludzkich. Przysiągłem sobie, że noga moja więcej w Sławohorze nie postanie i ze Joasia nie będzie nigdy dziedziczyła tego miejsca zbrodni podwójnej, tej kaźni mego życia. Przysięgi dochowałem wiernie...

Musiałem się ukrywać, gdyż szukano mnie. Rozeszło się, żem zginął... Sławohorę rząd austriacki wziął w opiekę.

Krew krzepnie w żyłach moich jeszcze dziś, gdy stojąc już nad grobem, myślę o tej czarnej przeszłości swej i o zbrodni, której cała wieczność pokuty nie zmoże. Doczesną pokutą obmyśliłem sam sobie. Postanowiłem zostać zakonnikiem. Córkę Joasię poświęciłem także służbie Bożej. Przywiozłem dziecinę ukochaną (była żywym obrazem swej matki) do klasztoru w Belgii i wyznałem ksieni zakonu, że jestem pokutnikiem dobrowolnym za zbrodnię popełnioną, że sam wstępuję do zakonu i że moją ostatnią wolą w życiu jest, aby Joasia pozostała w tym klasztorze do końca żyda. Poświęcam ją Bogu w nadziei, że ta niewinna dusza przyczyni się do przebłagania Boga za grzechy jej ojca. Ja zaś za karę nigdy już więcej nie będę widział Joasi, tak jak bym umarł dla niej i ona dla mnie. Wyrok ten surowy uważałem sobie wtedy za największe bohaterstwo, na jakie człowiek zdobyć się może. Teraz widzę, że było to poświęcenie wielkie, ale za małe jako kara dla mnie... Wtedy inaczej rozumiałem problemy kary w ogóle. Pożegnałem Joasię krzyżem

Fragment tekstu niepoprawnie rozpoznany przez program OCR:

otuog -mpnp D|p psoupptzp sfoppf ouaf 'djdkjts ju jzpn/ tua/buScud aiu 'luapfpDjms Sog -bfefiu rfz? waufao siupfof pDU uia/Dflij/srtuiazida/Djg -oSajuja/opałsapipiuajso doidjs du w3ppk\Sfan "jd/ jb jsaizpjajd ab/bj^ -a jjopo iUoys az ^Df fojuajso/m po opp 'jiudjwj aucuood wapyu •fipcnopz gfą wappm ais auopf 'aissousazs jd/ o\nsdzid yp± -nudn obuBojd 'a/n>s tua/D|diaj 9JDIŁU b^zpn; pouod ^fq pfaiu amoipnp efoyj -o d}uvu oj_ 'Aijm a/bois psa2o fouąojp m goifo ffdmpo tuńą uufoopi 'nulto nj y3uq az toa/ TSzsnp iuap<fe fauoza -aiuz D/p otojso DuoimofsoSofą oj 'suuoipz apftz aipp 07 az 'wapzj -biupcuąz bCoui z njuoumouod m sip\ą ta 'apuu ozbs 3Z 'uj&inzifim azscnoz \vu fifią az3\iąmpd t>[fą -ypid &(oui -Duucopz ninznopf Dmojns 'tuaca psajzprfzg }o\ wap\iu 'atuojzsD/jf rtfcu^ buiu nz ais d/au^iuoz 1^79

Uia//fen/soz bju du ozpsoą ^n? ^ozs/y\ bz^judoj^o it«^ Dtufton źsbą 6ą 'aj qos m giwnps w&pys -niu ojpsfe/y^ -rtuD^/nm fefu m fytq ap^of 'bfoiu bjsuaid D/Ddiozs Dzinq ^pa^n DJ/of'/Dfzp/ffi srtL /^?O0 •"rtuzsnp -zaq 'ais opmopz 'fiuuuą uxa\p3zspo 6zp&u fefoms psod -3Zid (duu&pzaą m 'siąats pazid uifiuoicropn uiapfcuzm az vją \ 3!srx)f tebz3D/d du ais ui&ppb\So a\fą -grzpoąopo tys u&piuu c( 'uuppsfcsm o\fa{ cnpa\zp oj oSauopf Djp to(—D(y /ojdL 'ojdL .-aimi/zoDdzcu ob/b/om <i»fuo;iuni ajuui op o{o%p<Vvi \upo\ppo wtipB '9\ucnazi opop\d o3paąQ

'(<D;uiD5tfzid ajuui

3/ojzm foffij, 'a?og -D/ajŁusajuo ajutu jfcuzm fomL 'azog •did^z azpcup du /biopod atu ajs turtq 'aiuiu du foms ^ouzm 9zoq (ruapfs" :p(smuojf sfdou vu\u du /<% ja/biu rtjo/z 3fippdui iua/isajf»nz fef t^3D]sua;d du

życie pokutnicze, oddanie modlitwie, rekolekcjom i umartwieniom nie uspokajało mnie. Troska o to odbiła się na moim zdrowiu. Chorowałem ciężko, prosiłem Boga o śmierć i lękałem się śmierci... kary... Wówczas to do zakonu naszego zwrócił się pan Hieronim Pobóg z Krążą z prośbą, by mu klasztor przysłał zakonnika do jego zamku. Pan Pobóg pisał, że jest grzesznikiem, że czuje zbliżającą się śmierć i chce pociechy duchowej, że jest przy tym zupełnie samotny, borykający się z męką swego życia...

Przeor naszego zgromadzenia od razu na mnie skierował myśl swoją. Zapewne miał na względzie moje niknące siły fizyczne, które uginały się coraz bardziej pod pręgierzem twardej reguły zakonu, pomimo hartownej woli mojej. Nie śmiem przypuszczać, że uznano mnie za godnego misji ratowania innej duszy ludzkiej. Wyrok wyjazdu do Krąża przyjąłem z radością. Przeczuwałem czyn, był on moją tęsknotą.

Przyjechałem do Krążą na początku 1868 roku i od razu przypadliśmy sobie z Hieronimem do serca. Poznałem jego duszę, jego czyny, jego mękę. Zrozumiałem moją misję... Musi się stać w rodzinie Pobogów sprawiedliwość, choć spóźniona, i ja się do tego przyczynię. Wpływałem na Hieronima... Robiłem starania, by odnaleźć Marcelego Poboga. Hieronim czekał na syna, by mu oddać Krąż... Ale nikt się nie zgłaszał.

Zatorzeckich Hieronim nie lubił, zwłaszcza zięcia Ksawerego, który ożenił się z Kunegundą tylko dla majątku, o czym wiedziano ogólnie. Hieronim przeczuwał, że Ksawery i Gundzia będą intrygowali, aby Krąż pozostał ich własnością, choćby kosztem nędzy Marcelego i wbrew opinii całego świata.

W ostatnim roku życia Hieronim dowiedział się o klasztorze, w Belgii. Dowiedział się, że córka moja, Joanna Hradec-Hradecka... nie została zakonnicą, jak pragnąłem. Skończywszy nowicjat, poczuła się powołaną do życia świeckiego i wystąpiła z klasztoru. Wzięła ją podobno pod opiekę jakaś poważna dama z arystokracji małopolskiej. Bliższych szczegółów klasztor nie posiadał. Hieronim chciał odszukać Joasię, nie pozwoliłem. Wszak przysiągłem sobie, że jej więcej w życiu nie zobaczę. Nie miałem prawa szukać jej i lękałem się odnaleźć, by nie czynić jej wyrzutów. Cóż ona winna, dziecina moja biedna! Może Bóg ku innym ją wiedzie celom? Nie mnie grzesznemu było kierować życiem Joasi i oto Bóg ją do czego innego powołał! Może jej przeznaczeniem jest zakończyć na sobie nasze nieszczęścia rodzinne i nową, szczęsną rozpocząć erę... Nie przez habit zakonny, lecz może przez stworzenie rodziny szczęśliwej żyjącej bez skazy na sumieniu i duszy, z Bogiem w sercu i jasnym czołem pogody duchowej. Daj Boże spełnić godnie przeznaczenie swoje, Joasiu moja...

Wkrótce potem Hieronim nie doczekawszy się wieści od syna, zapadł gwałtownie na zdrowiu. Wtedy Zatorzeccy donieśli mu z zagranicy, że Marceli zginął, płynąc do Ameryki. Szeroko opisali historię zatonięcia pewnego statku, co było faktem autentycznym i że jakoby na mocy poszukiwań i dowodów zebranych, na statku tym był Marceli z żoną. Oboje zginęli. Wieść ta była ostatecznym ciosem dla Hieronima. Ale Bóg w łaskawości swojej niepojętą zesłał na mnie jasnowidzenie. Ujrzałem Marcelego i jego syna żywych, lecz w nędzy. Wizja była tak wyraźna i dokładna, że odmalowałem ją niby na jawie przed Hieronimem. Zakląłem go, by nie wierzył Zatorzeckim, lecz natychmiast sporządził testament na rzecz Marcelego, jego dzieci, wnuków itd. Sam przysiągłem Hieronimowi, iż po jego zgonie zajmę się gorliwie tą sprawą, z przeświadczeniem, że to będzie mój ostatni czyn na ziemi — czyn okupujący w części moje grzechy. Testament spisałem na kilka dni przed śmiercią Hieronima, pod dyktando testatora z jego własnoręcznym podpisem i pieczęcią przyciśniętą sygnetem Pobogów. Świadkami tego aktu, oprócz mnie, który go pisał, byli: kamerdyner Paschalis Tuleja, Szczepan Bogdziewicz — kucharz zamkowy i Łukasz Krzepa — borowy lasów Krąża, towarzysz Marcelego Poboga z czasów powstania. Ja zostałem mianowany przez umierającego egzekutorem testamentu pod przysięgą, że odszukam Marcelego i oddam mu Krąż prawem dziedzictwa. W razie zaś istotnego zgonu jego i jego dzieci, Krąż przechodzi na Kunegundę, lecz dopiero po dowodach najbardziej rzeczowych, że tamci zginęli, świadkowie testamentu zobowiązani byli pomagać mi w tym, ile im sił starczy.

Na parę godzin przed zgonem Hieronima przybyli do jego łoża wezwani nagląco z zagranicy oboje Zatorzeccy. Wobec świadków odczytałem im testament. Na ich replikę, że Marceli zginął, umierający Hieronim zawołał wielkim głosem proroczym:

— On żyje! On wróci! On czy jego syn, wnuk, czy prawnuk, ale tylko Pobóg będzie właścicielem Krąża.

Pamiętacie, że taka jest wola moja, wola niezłomna i zanotujcie sobie ostatnie moje słowa w testamencie. Tu zwrócił się do mnie:

— Bracie, czy prawda, że Marceli żyje?

— Żyje i... wróci! Jeśli nie on, to jego syn, wnuk czy prawnuk. Krąż będzie Pobogów, sprawiedliwości stanie się zadość, umieraj, bracie, w spokoju!

W godzinę po tym Hieronim nie żył. Oddal ducha Bogu o 5 rano dnia 20 grudnia 1870 r.

Dalej następowały żałobne rozmyślania Habnozena, opis jego starań w celu odszukania Marcelego. Po czym pisał:

Zrobiłem kopię testamentu Hieronima na wszelki wypadek. Dołączam do kopii sygnet Hieronima, którym własnoręcznie pieczętował dokument i razem z tą moją spowiedzią chowam go do wykonanej przeze mnie dolnej skrytki zegara w bibliotece. Oryginał testamentu składam w górnej skrytce. Gdyby nawet oryginał ów został wykradziony, pomimo iż nikt nie wie, oprócz może Gundzi, o istnieniu skrytki i o tym, gdzie ukryłem dokument, wtedy kopia ta będzie dowodem, że dokument istniał, co tu stwierdzam przysięgą pokutnika stojącego nad grobem... Nie chcę wierzyć, by Bóg w łaskawości swej dopuścił do najokrutniejszej kary dla mnie, to jest, abym umarł nie dokonawszy aktu sprawiedliwości i nie spełniwszy przysięgi danej Hieronimowi. Jeśliby to nastąpiło, tedy moje doczekanie kary samemu sobie wymierzone byłoby niczym wobec tej najboleśniejszej...

Znowu następowały cytaty z Biblii i zakończenie:

Tego, kto odnajdzie i przeczyta moją spowiedź, błagam zza grobu, by odszukał Joasię Hradec-Hradecką lub jej dzieci i oddał jej moją spowiedź.

W aktach sądowych z roku 1852 odnajdzie się akt czyniący mnie, Krzysztofa Hradec-Hradeckiego, właścicielem dziedzicznym całego klucza Sławohory. Proszę Joasię moją lub jej potomków, o ile będą i będą żyli, by po dziedzictwo to sięgali wtedy tylko, gdy zmusi ich do tego bieda materialna. W przeciwnym razie, jeśli są zabezpieczeni pod tym względem, zobowiązuję ich i tego kto odnajdzie moją spowiedź, aby wyprocesowali Sławohorę od rządu austriackiego, na mocy zdobytych aktów i mojej ostatniej woli i przeznaczyli ten majątek na rzecz najbliższego klasztoru. Joasię zwalniam już od wszelkich ekspiacji, które mogłyby trapić ją z powodu, że woli mojej nie spełniła, nie przywdziewając habitu. Taka widać była wola Boga i przed nią schylam głowę. Rozgrzeszenie, jakie otrzymałem przed napisaniem tej spowiedzi obejmuje Joasię i jej potomków. Niech Joasia będzie spokojna w swym sumieniu, niech już nie pokutuje ani ona, ani jej dzieci, niech tylko wiodą życie w cnocie i miłości Boga, a tym uradują duszę moją i odkupią moje zbrodnie.

Błogosławić ich nie mogę, bom grzeszny nędznik, ale polecam ich Bogu i słodkiej opiece Najświętszej Panny. Niech zapamiętają słowa z modlitwy: „Stąd wedle ciebie tysiąc głów polęże, stąd drugi tysiąc ciebie nie dosięże. Miecz nieuchronny, a ty przecież swymi oczyma ujrzysz pomstę nad grzesznymi”. Niech zapamiętają też słowa wielkie Modlitwy Pańskiej: „...i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Gdy słowa te czcić będą, przejdą przez życie w promieniu łaski najwyższej.

Gdyby odnalazcą niniejszych dokumentów był Marceli Pobóg lub jego potomek, właściciel Krąża, proszę go pokornie o Zdrowaś Mario za grzeszną duszę Krzysztofa Hradec-Hradeckiego.

Czyż nie jest to niesłychany zbieg faktów? Zwiedzenie Sławohory podczas wycieczki mojej zeszłorocznej w Beskidy i wrażenie, jakie ta miejscowość sprawiła na mnie? Potem, częste zwracanie się myślą do onego pałacu, który wali się w gruzy, bo „krew, jaka się tu polała zbladła i zaschła na murach, łzy właściciela wsiąkły w głazy i dlatego Sławohora się wali, ale wszystko się zmieni, gdy pan na Sławohorze powróci”. Wszak te słowa nawiedzały zbyt często moje myśli. Wspomnienie Sławohory nasunęło się i pierwszej nocy przyjazdu do Krąża, wtedy gdy zamek był oświetlony. Wtedy też na tle starego pałacu ukazywał mi się jeszcze inny szczegół: na ławce kamiennej, omszałej, oparta o pień siwy plątana... ona — moja kobieta-wizja... marzenie... Czyżby to była Terenia? Skądże skojarzenie tej postaci ze Sławohorą? Może dlatego, że poznanie jej oraz odkrycie spowiedzi Halmozena to były dwa cele, które dał mi Krąż, to było przeznaczeniem mego przyjazdu do Krążą... A sen Tereni? Halmozen oddający jej zwój dokumentów? Objaw podświadomej myśli Tereni, bym koniecznie szukał testamentu... Znalazłem co innego, a mianowicie wytłumaczenie szczególnych wrażeń, jakie odniosłem, zwiedzając Sławohorę. Powtarzam: koincydencja zdarzeń niezwykła! Owładnęły mną teraz dwie idee: jedna — odnalezienie potomków Joanny Hradec-Hradeckiej, druga — zdobycie Tereni. Oczywiście ona pierwsza.



12 lipca

Już wiem, gdzie ona przebywa i jutro jadę do mojej dziewczyny. Muszę przy niej ukoić nerwy stargane doszczętnie wypadkami ostatnich dni.

Wczoraj spytałem Krzepę, gdzie odbierają pocztę z Porzecza. Odpowiedział, że w Luczycach. Dziś rano pojechałem konno do Luczyc — bite cztery mile. Los mi sprzyjał. W drodze spotkałem ogrodnika z Porzecza. Jechał do osady. Pozdrowiłem go i zatrzymałem się blisko niego. Nie chciałem go wypytywać, dopóki nie zawiedzie mnie inny pomysł. Na poczcie stanąłem tuż przy ogrodniku, który z torby wyjmował korespondencję. Wzrok mam wyborny. Z kilku listów z Porzecza wyłowiłem od razu ten z jej nazwiskiem. Mgnienie oka i zanotowałem sobie w myśli adres Tereni. Kraków, ulica, numer, obce nazwisko kobiece, dla wręczenia Teresie Orliczównie. Eureka! Zdaje się, że Archimedes nie wykrzyknął słowa tego z większym triumfem niż ja w tej chwili. Uradowany zagadałem wesoło do ogrodnika i ni w pięć, ni w dziewięć dałem mu rubla za nic. Skłonił się w pas. Naczelnik poczty bardzo mi się uważnie przyglądał, zapewne dlatego, że stoję przy okienku bezczynnie (o, gdyby wiedział, jakiego czynu dokonałem w onej minucie!), więc przyszedł mi figiel do głowy i napisałem depeszę do Ganiewicza, który z Krąża nie odebrał jeszcze ode mnie ani słowa: „Wielkie odkrycie, wielki zysk może in spe wielkie szczęście. Roman”. Czytając te słowa, naczelnik miał bardzo głupią minę. Z Łuczyc pojechałem wprost do Kniażyna, gdzie Krąż wysyła pocztę. Tam napisałem do Tereni list krótki, lecz treściwy i zapowiedziałem swój przyjazd, skoro tylko wyrobię paszport. O bytności w Porzeczu i zawodzie, jaki mnie tam spotkał, napisałem również. Domyśli się wszystkiego, list ten, uprzedzający moje wyznanie, będzie u niej za kilka dni, w każdym razie wyprzedzi mnie... Pełen najlepszych nadziei i marzeń wróciłem do Krąża. Przed stajniami spotkałem babkę w jej wytartej burce. Patrzyła na mnie głębinami czarnych, ponurych oczu.

— Gdzieś był? — spytała ostro. Zapłonąłem z gniewu.

— W Łuczycach i Kniażynie — odrzekłem sucho.

— Po cóż w Łuczycach?

Ponieważ nie tłumaczyłem się zaraz, babka dodała dużo łagodniej:

— Minąłeś się z depeszą do ciebie. Ognista myśl zajaśniała mi w mózgu.

— Może od Tereni?

Pobiegłem do siebie. Depesza była z Uchań. Ojciec mnie wzywa. W tonie tekstu odczułem zdenerwowanie... Sprawy gospodarcze to zdaje się pozór. Między wierszami brzmi wymówka za Krąż... Jednak wezwanie było naglące. A Kraków? Będę miał wszakże Warszawę po drodze, lecz do Uchań muszę zbaczać. Dlaczego ojcu tak nagle może na mnie zależeć? Psuje mi cały plan. Babka coś podejrzewa, może to podszept sumienia? Ha! — możemy się więcej w życiu nie zobaczyć, będzie to dla niej ulgą zapewne...

Jest w mej duszy jakiś niepojęty zgrzyt, coś niby żal... Żal Krąża, gdzie przez te cztery tygodnie tak wiele przeżyłem i żal babki Gundzi... Pomimo wszystko mam dla niej sentyment. Żal też Paschalisa, Krzepy, zwłaszcza tego dziada i puszczy, lasów bezmiernych, rzeki już kochanej — pośredniczki mojej w spotkaniu z Terenią. Ja tu jeszcze wrócę... może z nią?

Kocham cię tak bardzo, ty moja! Usłyszałem jakby sercem jej ciche słowa z zaczarowanego walca w Porzeczu, gdy na zapytanie moje, co widzi w moich oczach, odrzekła: „Moc upiorną”, a potem te ostatnie, po mojej wymówce, że jestem dla niej Pobogiem z Krąża: „Nie! Roman Pobóg to wystarczy”. Ile uroku było w tych kilku słowach... ile wyrazu... Tak, upiorną mocą chcę ciebie zdobyć i zdobędę...

Gdy pogrążony w ekstazie tych marzeń, spacerowałem po parku, nagle zaszeleściło za mną i ze skupiny krzewów wysunęła się Weronika, zastępując mi drogę. Była wyzywająca, pewna siebie. Stanęła tak blisko, że piersią wypukłą przyparła prawie do mnie.

— Dokąd pan jeździł konno tak daleko? Tego było mi stanowczo za wiele.

— Proszę panią bardzo zaniechać niedorzecznych pytań i... proszę mi zejść z drogi.

Byłem zły. Dziewczyna zachichotała szyderczo i w jednej chwili jak kot na zdobycz, rzuciła się na mnie, owijając moją szyję ramionami.

— Pan jeździ do jakiejś panny? A ja pana kocham i pan niby to o tym nie wie?

Odwinąłem natrętne ramiona bardzo łatwo, choć prężne były jak dwa węże.

— Ojej, jaki pan straszny i silny, ale właśnie dlatego ja się pana nie boję, bo...

Odsunąłem ją od siebie spokojnie, lecz bardzo stanowczo, panując nad sobą, by nie odepchnąć brutalnie tej lubieżnicy i bez słowa poszedłem do mieszkania.

— Poczekaj! Jeszcze ty mnie będziesz błagał o miłość! — usłyszałem za sobą głos drapieżny i urągliwy.

W pawilonie trafiłem na obiad. Kacper mnie właśnie szukał. Gabriel przyszedł zły, zaczął dogryzać babce i Korejwie w bardzo niesmaczny sposób, wreszcie rzekł:

— Hetmanówna niech dziś przyjdzie do mojej narzeczonej i razem z nią zrobi wypis dokładny wyprawy. Proszę prędko zrobić ten wypis i mi przedstawić. Pojedzie pani ze mną i moją narzeczoną do Warszawy po zakupy.

Chmielnickiej wystąpiły na twarz czerwone wypieki. W oczach pokazały się łzy. Zaczęła coś bąkać. Wtem babka blada jak kreda rzekła tonem mrożącym:

— Panna Chmielnicka podlega tylko moim dyspozycjom i nikt prócz mnie prawa do niej nie ma.

Gabriel sarknął jakiś epitet przez zęby i dodał głośno:

— Zobaczymy! — Po czym zwrócił się do Korejwy. — Pan przygotuje za tydzień dziesięć tysięcy rubli, gotówką koniecznie. Będą mi potrzebne.

— Czyś ty zwariował do reszty? — zawołała babka. Korejwo ostentacyjnie wzruszył ramionami.

— Dalibóg, pan to tak jak dziecko.

Gabriel ścisnął pięść i położył ją na stole, patrząc na babkę i Korejwę wzrokiem bestialskim, okropnym.

— Ja wam wszystkim pokażę, kto ja tu jestem... Ja wam teraz... ja wam...

— Gabrielu, zastanów się, tracisz miarę — ostrzegłem go cicho, lecz z naciskiem, pochyliwszy się ku niemu. — Jesteś rozdrażniony, ale bądź dobrze wychowany.

Wtem hetmanówna wybuchnęła histerycznym płaczem, zerwała się z krzesła i wpychając sobie chusteczkę w usta, opuściła salę. Gabriel zarechotał przykrym śmiechem i wskazując mi odchodzącą, zawołał:

— Widziałeś dziewkę! Ryczy! Czego ona ryczy u czarta? No, ale to jej na zdrowie pójdzie, schudnie, bo już wygląda dziewica jak przed potomstwem.

— Gabrielu! — syknąłem ostro, ściskając go za rękę.

— Cóż złego mówię? — poprawił monokl — Aaa... bo zapewne odgadłem trafnie? Ale kto deflorował tę cnotę atamańską? Pewno pan, Korejwo!

— Gabrielu, milcz! Dosyć! Jesteś nieprzytomny, niepoczytalny! — zawołałem z oburzeniem podniesionym głosem, gniotąc mu ramię i zdecydowany wyprowadzić go natychmiast z sali.

Gabriel spojrzał na mnie wyzywająco, lecz w jednej chwili spuścił oczy, zadrżał, monokl spadł mu na piersi. Szukał go nerwowo, milczał i mienił się na twarzy skurczony nagle jakby zgnieciony cały. Tak niesłychanie nagła była ta przemiana, że mnie samego zdziwiła.

Puściłem już jego ramię, a on siedział wciąż jak przygwożdżony, jak obity.

Ehe! toś ty taki, bratku?! Potrzeba na ciebie bata — pomyślałem z niesmakiem i teraz dopiero spostrzegłem utkwione w sobie oczy babki i Korejwy — bezmiernie zdumione, prawie przerażone. Patrzyłem na nich pytająco.

— Jezus, Maria! Jezus, Maria! — powtarzała babka białymi ustami, nie odrywając ode mnie oczu pełnych grozy.

— Co się stało? — spytałem.

— Pan jest teraz... żywym portretem pradziada z sali mahoniowej... Wierzyć trudno, że to nie tamten — szepnął Korejwo strwożony.

Babka Zatorzecka powtarzała jak urzeczona:

— Obraz sprzed laty, obraz ojca... Chryste Panie! To ojciec... to on!

Zapanowała chwila tak szczególna i tak ciężka, że drugiej takiej nie pamiętam. Siedziałem jak pod pręgierzem od spojrzeń babki i Korejwy, którzy patrzyli na mnie niby zahipnotyzowani. Gabriel nie spojrzał na mnie więcej i siedział wciąż skulony jakby się bał ruszyć. Zrozumiałem wszystko. W gniewie byłem jak słyszę, jeszcze bardziej podobny do pradziada i to wywołało przestrach Gabriela i jego gwałtowne umitygowanie się. Babka zaś znała ojca swego, gdy był żywy i młody.

Coś mnie uniosło z miejsca. Prędko podsunąłem się do staruszki i pochylony nisko nad nią wziąłem jej lodowate ręce w swoje dłonie.

— Babciu, uspokój się, proszę... wszak to ja... Roman.

Patrzyła na mnie ze zgrozą.

— Romek? Niebywale, straszne, niepojęte podobieństwo — powtarzała.

Jej wrażenie wzruszyło mnie. Ucałowałem jej ręce.

— Przypomniałem ci ojca, babciu?

— Zawsze... zawsze bardzo, ale nigdy tak jak teraz, w gniewie. Ten sam niski baryton głosu, te same pioruny w oczach, ten sam mars na czole i zmarszczenie brwi takie samo... Niesłychane podobieństwo!

Wtem Gabriel z hałasem odsunął krzesło, zerwał się i patrząc w ziemię, prędko skoczył do drzwi. Tam natknął się na Kacpra niosącego deser — ogromną piramidę jakiegoś kremu. Jak się to stało, nie wiem, tylko nagle ujrzeliśmy cały krem na głowie, twarzy i ramionach chłopca, a Gabriel z furią walił go półmiskiem po głowie, aż porcelana rozprysła się w kawałki. Dopadłem do lokajczyka, gdy Gabriel znikł za drzwiami. Kacper wyglądał jak bałwan ze śniegu i wrzeszczał tak, że nie mogliśmy go obaj z Korejwą uspokoić. Zdawał się nie pojmować, skąd to na niego spadło. Gdy jęcząc uciekł z sali, babka rzekła z bezmiernym żalem w głosie:

— Jak wyjedziesz, Romek, co tu się będzie działo? Gabriel wariat i... podły, podły! Tyś go skuł jak kajdanami, on się teraz ciebie będzie bał, a mnie zakatuje...

— Niech pan zostanie u nas jeszcze — poprosił serdecznie Korejwo.

Wytłumaczyłem mu, że mam swoje obowiązki, do których mi pilno, ale Korejwo pokiwał głową i szepnął cicho:

— W Krążu może i najpierwszy pana obowiązek.

Czy babka słyszała te słowa, nie wiem, bo zwiesiła głowę na piersi i blada wyszła z sali. Jutro opuszczam Krąż.



W wagonie, 13 lipca

Mimo że od Krąża dzieli mnie cztery godziny drogi, jestem jeszcze pod wrażeniem pożegnalnej sceny, która wstrząsnęła mną do głębi.

W chwili mego wyjazdu babka Gundzia zachowała źle pozorowaną rezerwę, jak gdyby nie chciała okazać mi serdeczności, którą jednakże doskonale wyczuwałem. Gabriel był sztywny, zalękniony i jakby niepewny. Natomiast pożegnanie z Paschalisem i Krzepą wzruszyło mnie bardzo. Obaj starcy wyrazili mi swoje oburzenie, że odkładam poszukiwania testamentu i nie szczędzili mi gorzkich wymówek. Były one dla mnie tym bardziej przykre, że nie mogłem ku ich pocieszeniu zdradzić swoich odkryć, lękając się następstw. Paschalis łamał ręce z rozpaczą i zapowiedział mi, że teraz, skoro ja lekceważę szukanie dokumentu, tedy on całą bibliotekę przewróci, a testament musi znaleźć. A jest to już najwyższy czas, bo on czuje bliską śmierć i z takim ciężarem na duszy na tamten świat nie pójdzie

Obaj z Krzepą zaledwie zdołaliśmy uspokoić Paschalisa. Zostawiłem go chorego i doprawdy czuję wyrzut, że go opuszczam... Obiecałem starcowi swój powrót. Gdy Krzepa wyprowadził mnie z zamku, poleciłem mu opiekę nad chorym, on zaś schylił się nisko do moich nóg i potem całując moje ręce, spytał nieśmiało:

— A nasza panieneczka, jasny panie? Tak ją zostawić, żeby ją dali innemu?

Dostrzegł zapewne cień na mojej twarzy, bo dodał prędko:

— Ją podobno wywieźli do onego medyka, młodego Orlicza. Panienki nie ma w Porzeczu, ja się dowiadywał.

— Jadę do niej i po nią — odrzekłem.

Krzepa rozpromienił się, radość trysnęła mu z oczu.

— Chwała Najświętszej Pannie... toż i początek dobrego w Krążu. Niech Bóg miłosierny... Ot, to Paschalisa ozdrowi!

I stary sługa mego dziada Marcelego rozpłakał się jak małe dziecko. Ucałowałem go jak przyjaciela i sprzymierzeńca.

Stangret Bogdziewicz ani chwili nie wątpił, że wrócę, nawet prosił mnie, bym przyjazdu nie opóźniał.

— Paschalis już cienko przędzie, zamek zostanie na łasce pana Gabriela i Ślazów, a wtedy tak już jemu i koniec! Krąż zginie i zamek przepadnie.

Zobaczymy!



Uchanie, 14 lipca

Zdenerwowałem się od razu na dworcu kolejowym, ujrzawszy przy amerykanie ulubioną czwórkę gniadoszów spasionych jak woły.

— Cóż to, psiakrew, cugowe na opasy idą? — rzuciłem na powitanie stajennemu Kubie, zgarniając lejce moich angloarabów, wiatronogich jak Boreasz.

— Nigdzie nie chodziły, toż się i spasły kobylska — odrzekł Kuba z flegmą. — Starszy dziedzic kazał sypać obroku co zjedzą, żeby jeszcze i z nimi kłopotu nie było...

— Jakiego kłopotu? Źrebięta ładne, rosną?

— O! co mają nie rosnąć. Piękne jak landszafty.

— To znaczy, że wszystko dobrze?

— Jak najlepiej, panie dziedzicu! Ino co jedna żerdź od wygonu dla stadnicy złamana od tego czasu, kiedy kasztanowaty, łysy źrebiec od Miłej, ten dwulatek, co to pan dziedzic wie, taki wariat szalony, gonił tegorocznego pędraka od Rozkosznej i jak rymnął o żerdź, tak sobie całą pierś rozwalił jak dynię, a tegoroczniak został na miejscu, ani drgnął. Kasztan po prawdzie też zdechł, bo się okrutnie przebił.

Co już mu nagadałem za taką wiadomość, tego nie będę powtarzał. Dukat od Miłej był ozdobą stadniny i ten malec marcowy prześliczny. Na moje wymysły Kuba rzekł z flegmą:

— Toć, panie dziedzicu, wola Boska. Dobrze, że tylko to się stało, a nie gorsze, bo jak byk w oborze zerwał się i pastucha poturbował tak, że pewno lada dzień skona w szpitalu, to tylko co i starszego dziedzica na rogi nie wziął. Starszy pan na niego laską, ale się pośliznął na bruku, przewrócił.

— Kończże do stu diabłów, ośle jeden — huknąłem przerażony, zatrzymując konie na miejscu.

— I... nic już, panie dziedzicu, bo akurat przyskoczył stangret z wrzaskiem i z kijem okutym. Byk do niego. Przyskoczyli fornale także z kijami, to prawie spod rogów starszego pana wyjęli, ale że nogę, tego, zwichnął, to my dziedzica zanieśli do dworu. Ino co stangret to ze szczętem do niczego.

— Co, zabity!? — krzyknąłem.

— I... i... ledwie zipie, pewno ostatnią parę puści! A co reszta, to wszystko dobrze, chwalić Boga!

Przyjemne wiadomości! Pędziłem też do domu tak, że biała piana okryła boki spasionych klaczy. Zakląłem na rządcę, więc Kuba mnie pocieszył nową wiadomością, że Klonowski był chory na zapalenie płuc, ale że już mu lepiej i wstaje.

Czekałem, czy Kuba znowu nie powie: A co reszta, to wszystko dobrze. A zaczęło się tylko od złamanej żerdzi.

Na szczęście ojciec zdrowszy, ale jeszcze kuleje. Klonowski jak z krzyża zdjęty, lecz także na dobrej drodze zdrowia. Natomiast stangret i pastuch chorzy są bardzo i leżą w szpitalu. Odwiedziłem ich zaraz po przyjeździe, boć to starzy i przywiązani słudzy. Jakkolwiek lekarze pocieszali mnie, ręcząc za życie obydwu, to jednak wypadek ich przejął mnie do głębi.

Ojciec zaczął wymawiać mi gorzko moją przewlekłą bytność w Krążu, lecz gdy opowiedziałem mu wszystko, był poruszony. Kopię testamentu odczytał kilkakrotnie. Wspominał ojca swego Marcelego i wszystko, co jako młodzieniec przeżywał z nim w Paryżu. Był tak przejęty, że swoje wyznanie o Tereni jak również „spowiedź” Halmozena odłożyłem na drugi dzień. Dziś ojciec uspokoił się znacznie i powiedział mi, że... powinniśmy może dochodzić naszych praw do Krąża, na zasadzie znalezionej kopii oraz świadectwa Paschalisa i Krzepy, ale on mnie do tego nigdy namawiać nie będzie. Ja też o tym nie myślę. A jednak... Krąż de jure należy do nas bez wątpienia, więc tymczasem zostawić wszystko status quo, dopóki żyje babka, by nie zadawać jej ciosu ostatecznego... Ale potem? Czyż godzi się zostawiać Krąż w rękach niedołężnego Zatorzeckiego i Ślazów, którzy opanowując Gabriela, zawładną majątkiem po swojemu? Czyż nie szkoda, by ta siedziba rodzinna przeszła w ręce takich Ślazów? Wszak to byłoby dowodem naszego niedołęstwa, może nawet nową zbrodnią w stosunku do Krąża i pamięci pradziada oraz intencji Halmozena?



15 lipca

Powiedziałem dziś ojcu o Tereni.. Wzruszył się i wyznał, że marzeniem jego jest, abym się ożenił. W toku mego opowiadania patrzył na mnie badawczo, wreszcie ujął mnie za ramiona i rzekł z uczuciem:

— Czytam w twoich oczach, Romek, że kochasz ową Terenię tak, jak Pobóg kochać potrafi, to znaczy żeś w niej znalazł i ocenił duszę kobiecą. Myślę, iż ta dziewczyna jest dużo warta, skoro zdołała ciebie przykuć zupełnie i inaczej niż to potrafiły dotychczasowe twoje kobiety...

— Ach, to co innego, to różnica! Terenia i kobiety, o które się dotąd ubiegałem, to niebo i... kabaret, jeśli nie jawny, to ukryły w zręcznie noszonych szatach ideału dla skołowania naiwnych. Terenia nie jest ani anielicą, bowiem wstrętny to typ, ani spadłą z księżyca naiwnością, którą zawsze rodzi głupota umysłowa i tępota duchowa, wszystko w sutym sosie parafiańsko-purytańskim. Nie jest też demonem wyniszczającym i wyzyskującym mężczyznę ani pawicą pragnącą wiecznych hołdów i nie jest dumna z siebie, co kobietę poniża. Terenia to kwiat nie tylko uroczy, lecz wonny upojnym nektarem duszy i serca. Przy niej życie może być poezją daleką od poziomu codzienności rozłożonej na półkach spiżarni. Terenia to typ daleki od błędnej Ofelii czy drażniącej Kleopatry... Słowem, Terenia to żona w pojęciu najbardziej idealnym, bo wszak i samo pojęcie ideału miewa różne odcienie stosownie do indywidualnego pojmowania rzeczy.

Ojciec bardzo gorąco popiera moje zamiary względem Tereni i pragnie ją jak najprędzej poznać. Wiem, że podoba się ojcu moja słodka dziewczyna.



16 lipca

Ciągnie mnie, by jechać do Tereni, lecz jeszcze nie mogę. Klonowski jest tak osłabiony, że zajmować się gospodarstwem nie zdoła. Czekam na Ganiewicza, po którego depeszowałem, by przyjechał. Nie ma posady obecnie i siedzi w Warszawie, niech więc przyjeżdża zaraz. Jego przyjazd będzie dla mnie wybawieniem, bo nie zostawię ojca i majątku bez należytej opieki. Ganiewicz to morowy chłop i wszakże mój kolega z agronomii. Zdolny rolnik i administrator, więc będę spokojny o Uchanie, gdy on się tu zajmie wszystkim.

Myśl o Tereni jest obecnie moją kwestią życia i odrywa mnie od innych zagadnień. Chodziłem dziś długo po polach, na których żniwa rozpoczęte, po łąkach i lesie.

W parku przepych kwiatów dorocznych, przede wszystkim róż, a one są cudowne! To już zasługa ojca, sam je pielęgnuje ze znajomością rzeczy.

Po ponurym Krążu — skalnej jaskini duchów, Uchanie robią wrażenie kwiecistej polskiej wsi. Jest tu nuta melodii swojskiej, która koi i daje dobre natchnienia. Co do wspaniałości rezydencji to Uchanie porównania nie wytrzymują z Krążem. Jednakże nasz modrzewiowy dwór, duży i wygodny, z gankiem na staroświeckich filarach, opleciony winem i różami, ze swym łamanym dachem gontowym i wyniosłą fasadą, jest milszy i, że się tak wyrażę, serdeczniejszy od zamku na Krążu. Nasz dom ma również powagę starości, jej majestat okraszony uśmiechem pogodnym przywabiającym wszystkich jakby rozłożonymi gościnnie ramionami kontuszowego szlachcica. Krąż ma wygląd surowy, mars na czole, zbroja na piersi, miecz w dłoni — takie określenie najwłaściwsze.

Terenia na pewno polubi Uchanie.



17 lipca

Przyjechał Ganiewicz, zacny chłopak! Pytał mnie, co znaczyła zagadkowa depesza z Luczyc? Wyznałem mu swe uczucie do Tereni i opowiedziałem szczegóły z Krąża i z Porzecza.

— Człowieku! Biesie jeden! toś ty dwa runa złote znalazł. No! Orliczówna twoja! Wiwat! będzie weselisko. Ale i Krąża bym nie darował tej cholerycznej babie pardon! i temu mazgajowi Zatorzeckiemu. Widziałem go przecie w Warszawie. Numer! Za paznokciami gruba żałoba po kocie, a na palcach brylanty jak fasola. Facet niedorozwinięty, a mina jakby wszystkie rozumy pojadł, ale żadnego nie strawił. To mu, uważasz, uderzyło na mózg. Degenerat! — Ganiewicz machnął ręką znamiennie. Jutro jadę via Warszawa do mojej Tereni.



Kraków, 21 lipca

Homo proponit, Deus disponit!

Uderzyłem się znowu głową o mur i doznałem haniebnego zawodu. Skronie pulsują jak motory, głowa pęka z bólu, nerwy rozigrane. Tereni w Krakowie nie zastałem. Wyjechała za granicę z siostrą Orlicza, u której bawiła. Zatrzymają się w Wiedniu, hotel „Erzherzog-Karl". Tak mnie w mieszkaniu pani Hańskiej poinformowano. Dowiedziałem się na osłodę, że list mój do Tereni nadszedł po jej odjeździe i że go przeadresowano do Wiednia. Piekło się na mnie sprzysięgło. Chodziłem po Krakowie w oszołomieniu. Teraz czekam na pociąg. Jadę do Wiednia.



Wiedeń, 22 lipca, w nocy

Nowy zawód! Terenia wyjechała z panią Hańską dziś rano. Dokąd, portier hotelowy nie wie. Przypuszczam, że chyba do Włoch, zresztą czy ja wiem? Tu już zbłądziłem.

Portier mówi, że te panie rozmawiały coś o statkach i... że był z nimi jakiś młody pan, który je tu w Wiedniu spotykał. Spytałem, jak wyglądał. Chytry Niemiec zauważył widocznie moją asekurację, bo odrzekł z powagą mającą zapewne na celu uspokojenie mnie:

— O, er war wirklich ein Professor oder ein Philosoph.

— Medyk! niech cię wszyscy diabli wezmą! — zakląłem.

— O... ja, ja! Er kann auch ein Doktor sein! — podchwycił skwapliwie dygnitarz „Erzherzog-Karl" hotelu.

Byłem wściekły, ale panowałem nad sobą, by okazać się Europejczykiem... Lecz gdy portier ofiarując mi numer, nazwał mnie „Herr Graf”, zwymyślałem go za ten tytuł, który jak dla ironii nadają nam wszystkim za granicą, wiedząc, że niektórzy to lubią. Portier zdumiał się srodze i w dowód skruchy zaczął mnie tytułować „Furstem”. Zaciąłem zęby w pasji najwyższej, zrezygnowany już nawet na tytuł królewski. Zajmowało mnie co innego, a gniew na Orliczów i trochę na Terenię wyprowadzał moje nerwy z równowagi. Zapytałem jeszcze portiera, czy był do panny Orlicz list przeadresowany z Krakowa. Ale i tu los uwziął się na mnie, bo list nadszedł dziś, w kilka godzin po wyjeździe pań. Zażądałem zwrotu listu, legitymując się dokładnie zarówno dokumentami, jak i charakterem pisma jako nadawca. Po długich ceregielach Niemiec, zbadawszy wszystko, wręczył mi kopertę, uspokojony głównie tym, że panie nie podały mu adresu, gdzie by miał odsyłać nadchodzącą korespondencję.

Czy to nie jest pech nabyty chyba w Krążu prawem dziedzictwa? Czyż mogłem przypuszczać, wysyłając swoje wyznania Tereni do Krakowa, że będę je sam czytał i to w Wiedniu? Staje mi w poprzek jakiś szatan, ale go odepchnę i zniszczę... Asinus asinorum! Ona pojechała gdzieś pod włoskie niebo z medykiem, a ty zostałeś ze swoją porażką i jeszcze się odgrażasz?

Zły jak tabun szatanów tłukłem się po Wiedniu bezcelowo. Znam wszakże aż nadto dobrze to miasto i nie interesowało mnie ono obecnie wcale. W jakiejś napotkanej pierwszej lepszej restauracji, gdzie rżnęła muzyka Cyganów kazałem sobie dać jeść i butelkę burgunda. Wino i muzyka wpłynęły na mnie dodatnio, rozjaśnił się umysł, wróciła fantazja. Recepta Zagłoby skutkowała doskonale, więc piłem dalej, czując radość życia i młodości... Orkiestra zanosiła się czardaszami. W sali był dym od papierosów i cygar, jakiś głos kobiecy śpiewał kuplety tłuste, rozebrane. Zaduch nocnej nory uderzał do głowy zabójczym tumanem. Woń kwiatów mieszała się z wyziewami wina, piwa i koniaków lejących się strumieniem przez wypalone gardła do otchłannych żołądków wesołych wiedeńczyków.

Jakaś wcale miła buda! — przeleciała myśl frywolna. Co ja tu właściwie robię w tej spelunce? Chleję wino bez sensu i czekam, lecz na co? Terenia jedzie sobie teraz ekspresem z ciotunią i konkurentem! To nic, że on wygląda na „ein Professor” czy „ein Philosoph” — taki może być również niebezpieczny, gdy go przygrzeje włoskie słońce i oczy Tereni. Nie ufajmy zbytnio profesorom ani filozofom, gdyż miewają oni chwile, w których profesorstwo ich idzie na strych. Takie zaś oczy jak Tereni łatwo wywloką nawet z dostojnej togi rozanielonego Don Juana.

Widzę ich oto. Ciotunia, siostra Orlicza, bagatela! Dobra obsada akcji! śpi sobie niebożę albo udaje, że śpi. Ciotunie bywają ciekawe, artystycznie potrafią się nawet kiwać we śnie, nie śpiąc. Terenia zaś z nim, zapewne prowadzą dyskurs. Ciekawym o czym? O górach, które mijają, o morzach, w których się będą kąpać razem, w kostiumach oczywiście. Zobaczyć ją w kostiumie obcisłym, bladoturkusowym wśród pian, nie, lepiej w lazurowej przezroczystości wody, a jeszcze lepiej rozciągniętą jak alga morska na piasku... Alga? Jestem cymbał! Jak najada, najcudniejsza syrena... Amfitryta płynąca na muszli z konchy perłowej...

I to ma oglądać ów medyk? A ja jak niepyszny sam, jeno z listem do niej w kieszeni... tu w tej dziurze przesiąkniętej dusznym „Odór di Femina” naturalnym, płynącym z nagich ramion bachantek? O psiakrew, czy to logiczne, czy to możliwe do zniesienia? Więc dla mnie była tylko owa noc w lesie nad rzeką, przy ognisku i ten zaczarowany walc w Porzeczu? A medyk ma osiągnąć tyle szczęścia?

Kazałem podać drugą butelkę. To już usposobiło do mnie przychylniej obecne na sali „Wenery”. Jedna w różowej tunice greckiej z anemonami przy głębokim wycięciu sukni, z jasnymi tokami uśmiechnęła się do mnie lubieżnie i przesunęła wachlarzem wzdłuż linii ramion... Patrząc na te alabastry pomyślałem podle: Jakie też ma ciało Terenia? Widziałem tylko trochę jej ramiona, ale są drobniejsze, nie takie rubensowskie, jak tej oto... Tfu! To świństwo porównania takie robić! Ze złości i wstrętu do siebie wychyliłem cztery kielichy duszkiem jeden za drugim. Różowa piękność zrozumiała inaczej mój odruch desperacki.

Jeszcze parę uśmiechów i ujrzałem ją przy sobie... Zaproponowała gabinet osobny, poszliśmy tam we dwoje. Obstalowałem sutą kolację i szampana. Liza, bo tak się kazała nazywać, przegięła się ku mnie i wsparła na moim ramieniu... Zajrzały mi w oczy źrenice żółte jak topazy, nalane zmysłami niby kielich tokajem, usta czerwone mokre sięgały moich ust. Od ciała jej szedł żar namiętności, spalał. Istna Messalina ciągnąca ku sobie magnesem łakomych obietnic.

Spojrzałem jej w te złote źrenice i spytałem jak idiota:

— Czego pani sobie życzy?

Odchyliwszy się w tył zaczęła się śmiać drażniącym trelikiem. Nie wiem, kiedy znalazłem się w przepysznych ramionach Lizy... Z sali szedł pomruk wesołej zabawy przepojonej już lubieżnością jak gorący napój odurzającymi korzeniami. Ależ ma biust! Niech się Izyda zarumieni z zazdrości... Podziwiałem wzrokiem kształty Lizy, lecz widocznie zbyt chłodno, gdyż nagle rzuciła się do mnie i spytała z sykiem:

— Bist du so weise oder so dumm?

Znowu się zaśmiała i wpiła płomienne wargi w moje usta... Buchnął ogień w żyłach. Człowiek jest zawsze draniem, gdy go takie bydlę żeńskie... Całowałem ją bez pamięci w te bezczelne, rozwarte jak pęknięty granat usta łajdackie...

Szumiało mi w głowie... piliśmy szampana, orkiestra grała coś takiego w czym był hurkot.. ekspresu dążącego pod słońce włoskich upojeń. Nie mogłem myśleć logicznie, a Liza całowała moją twarz i łasząc się dowodziła, że jestem jej ukochany, piękny, oczekiwany dawno i... coś tam jeszcze. Odpowiadałem z rozczuleniem, szampan zamrożony pienił się w kielichu, a ona... Terenia (nie wymówiłem głośno) jedzie z ein Professor do krainy Dantego i Beatrycze... To nie jest niebezpieczny przykład! Do krainy Romea i Julii... o, do diabła, to gorzej! Upoją się tam romantyzmem, nasiąkną tchnieniem sztuki, rozkoszną atmosferą róż szkarłatnych, canzonett śpiewanych przy dźwięku mandolin, zapalą się infernalną iskrą z buchającego Wezuwiusza... Herr Philosoph ciśnie swój majestat w otchłanie krateru i... carpe diem!

— Do stu szatanów piekielnych! — zawołałem z obrzydzeniem, odpychając od siebie Lizę. Lecz wytrawna bachantka zaśmiała się tylko histerycznym parsknięciem, pokazując zmysłowo dziąsła i zęby. Chwyciłem ją za ręce w przegubie, ścisnąłem aż syknęła z bólu. Co jej mówiłem, nie pamiętam, musiałem mieć niesamowitą twarz, bo patrzała na mnie z przestrachem, i nagle... podała mi usta, prosząc z pokorną miną, bym ją zabrał do siebie.

— Do hotelu? A to bym się ubrał!

Zaśmiałem się z sarkazmem, więc zaczęła mnie błagać, bym jechał do niej... Obietnice nęcące rozkoszą nasycenia zmysłów już rozigranych, obietnice upojeń, którymi obsypywała mnie jak pożoga płomieni...

— Ech, psiakrew! Co mi teraz więcej pozostało! Niech żyje szał i zapomnienie, pijmy z czary Bachusa, zaprawiając ją purpurą szaleńczej orgii pożądania!

Wzniosłem jakiś toast niedorzeczny, a oczarowana Liza padła mi znowu w ramiona, piliśmy szampana coraz zachłanniej.

Wreszcie otworzyłem szeroko drzwi do sali. Muzyka dostała obłędu, wszystko tańczyło w wirowym tempie: cała sala, nagie ramiona z torsami męskimi, kelnerzy na stołach i pod stołami, ściany z sufitem. Butelki jak meteory śmigały w takt tego wiru, a nad tym wszystkim zanosiła się ze śmiechu pucołowata twarz Bachusa w zbakierowanym wieńcu oraz chwiejący się na potężnym brzuchu Falstaff, który oto wyciągnął ramiona do Lizy, w chwili gdy opuszczaliśmy roztańczoną salę.

Trzasnąłem kogoś w pysk, ktoś się przewrócił, ktoś ryczał ze śmiechu... ktoś wrzeszczał, że mnie zabije... Liza piszczała kocim falsetem, ale zamiast Bachusa-Falstaffa, podnosił się z ziemi jakiś opasły jegomość, któremu sztywny gors koszuli wyłaził z kamizelki i wydymał się jak balon. Komuś rzuciłem garść złota, coś się toczyło, a kelnerzy zbierali po suficie i po podłodze...

Otrzeźwiałem! Świeże powietrze, czyste jak woda źródlana wpłynęło do płuc ożywczą kaskadą... Samochód pędził, hucząc i zanieczyszczając swądem benzyny kryształ powietrzny. Tak samo... tak samo... jak ja... miłość moją dla Tereni...

Uczułem niechęć do siebie, ohydny posmak rozpusty wywołał dreszcz wstrętu.

— Jestem nędznik! — z rzetelną satysfakcją wygarnąłem sobie ów epitet jako remedium.

Znowu unurzałem się w brudzie i oto znowu przy moim boku rozpasana samica? Tfu! cóż mnie pchnęło w to błoto? Dławił mnie wstyd, gniew na siebie samego biczował szyderstwem. Mam tego dosyć, zabawa skończona!

Liza tuliła się do mnie, szepcąc jakieś zaklęcia, roznamiętniona, oczekująca, niecierpliwa... Pędziliśmy ulicami pełnymi światła i tłumów, po czym auto poniosło nas w jakieś ciche dzielnice. Daleko bestia mieszka — myślałem zły. Ulgę poczułem, gdy wreszcie samochód stanął. Pomogłem wysiąść rozedrganej jak harfa po uwerturze kokotce, nie odczuwając wzajemnie jej zapału do dalszego koncertu. Podbiegła do bramy, zadzwoniła z impetem. Zdołałem szepnąć parę słów szoferowi...

Gdy bramę otworzono i Liza weszła w mroczną czeluść, wołając mnie, uchyliłem lekko kapelusza i rzuciłem pośpiesznie skromne:

— Adieu Fraulein!

Zamykałem właśnie za sobą drzwiczki auta, gdy Liza wybiegła z bramy zdumiona, rozczerwieniona jak jaskrawa reklama protestu i oburzenia. Wołała coś w uniesieniu, wygrażając ku mnie nagimi ramionami. Płaszcz jej obsuwał się na asfalt chodnika. Nie mogłem go już podnieść. Samochód ruszył. Przesłałem jej jeszcze całusa z życzeniem dobrej nocy i dalszego powodzenia. Rozdzieliła nas białosiwa smuga dymu.

Ryk ostry trąbki szofera na rogu ulicy wydał mi się hejnałem głoszącym mój triumf zwycięstwa! Kazałem jechać poza miasto całą siłą motoru. Jak to długo trwało nie wiem. Minęliśmy Schonbrunn widziany z daleka w astralnej atmosferze nocy. Jego biały pałac i glorieto świeciły mistycznie na tle wyniosłych szpalerów drzew.

Szpalery te są jakby obrazem gladiatorów ujętych w sieci dla zabawy cezara. Drzewa te o wynaturzonych kształtach niewolników mogą być również porównane do pojęcia etykiety, tchną ceremonialną formą bytu narzuconego siłą feudalizmu człowieka, lecz są zimne, bezduszne, bez tętna serca, którym pulsuje każde drzewo normalne.

Pod wpływem tej myśli przeniosłem się do puszczy Krąża... W taką samą noc gwiaździstą, pod nawisłymi gałęziami jodeł siedzieliśmy z Terenią, blisko siebie, szczęśliwi pierwszym upojeniem budzącego się uczucia...

Jak to już dawno, a jednak miesiąc zaledwie. Moc wrażeń i tęsknota nie skraca, lecz przeciwnie przedłuża czas... Jakże jest dziś inaczej niż wtedy, a jakże mogłoby być jeszcze inaczej, gdyby nie moja impulsywność względem Tereni na balu w Porzeczu! Był to wyrok na mnie przez samego siebie wydany. Nadziei jednak nie tracę, gdyż za silnie kocham Terenię, ale chwilowo przeznaczenie założyło na mnie kaganiec. Dokądże będę gonił za nią? Gdzie jej szukał? Fakt, że Terenia wyjechała daleko i zapewne na długo, bez słowa ode mnie, po owym walcu pozostawiona bez żadnego echa z mojej strony, to mnie doprowadza do furii na samego siebie, do rozpaczliwych przeczuć. A jeśli ona weźmie mnie za kokieta, bałamuta, farmazona, rządzącego się chwilą fantastę? Szarpałem się w sobie jak zwierz w klatce. Pędzić za nią, odnaleźć, odebrać ją dla siebie! Zapomnieć o Uchaniach, o obowiązkach, byle ją odszukać... Jest to na razie niepodobieństwem! Ale trzeba wierzyć we własną gwiazdę szczęścia i nie pozwolić jej zagasnąć.

— „Erzherzog-Karl”! — zawołałem do szofera

Pierwszym pociągiem opuszczam Wiedeń.

— Ile czasu zostało? — spytałem portiera.

Psiakrew, spóźniłem się! Gdyby nie marzenia na niwach Schonbrunnu, byłbym już w ekspresie, teraz trzeba czekać do rana.

Zabrałem się do pamiętnika i oto już srebrzą się okna... Noc uleciała na jaskrawych skrzydłach hulanki ku mglistym błękitom mojej tęsknoty.

W drogę!



Sławohora, 24 lipca

Otaczają mnie puszcze leśne Beskidów. Czystość powietrza odurza. Płuca nie mogą nasycić się tym rozkosznym aromatem, który nie wiadomo skąd płynie: z nieba, z ziemi, z ziół czy z lasów. Wszędzie wyczuwa się tu siłę kosmiczną utajoną w potędze przyrody. Wchłania się tę moc w siebie i odczuwa się nicość wszystkiego, co nie jest szczerą naturą dającą najszczytniejsze natchnienie. Wszelkie mgławice abstrakcyjnych dociekań rozpływają się tu jak obłoki, którym szczyty drzew prują trzewia. Jeśli gdzie odczuwa się najsilniej Boga Twórcę to w takich sanktuariach głuchych puszcz wyniesionych pod strop niebios jak złota monstrancja zawierająca tajemnicze misteria boskości. Tu się odprawia ofiara, wieczysta msza ziemskiego padołu. Archanielski poszumny wzlot ku idei, ku świętemu tabu wielkiej metafizycznej tajemnicy.

Sławohora osadzona na stoku olbrzymiej wyżyny, u której stóp pędzą w przestrzeń namiętne wody Dunajca, zda się być siedzibą jasnych duchów. Trudno uwierzyć, by tu kiedyś polała się krew popełnionej zbrodni. Praojcowie puszczy otaczający dookoła pałac nieszczęsny pamiętają noc tragizmu i widzą dokonaną już karę nad tym, który nie wraca.

W szumie dostojnych koron weteranów i matron drzewnych słyszy się inne jeszcze baje... prawdy. Czasy królów polskich nie są dla nich wspomnieniami młodości. Rozwiniętą już koroną widziały one pożogi buntów chłopskich Kostki Napierskiego, widziały hufce szwedzkie czatujące na Jana Kazimierza... Ileż legend stworzonych fantazją tych gór, jakie sabaty duchów w cerkwiszczach zagai, w nieprzebytych gąszczach dziewiczych ostępów! Gubiłem się w labiryntach wąskich korytarzy, wśród nawisłych sędziwych jodeł, błądziłem po łych kniejach, pośród nieprzebytych tworzyw roślinnych, bo pasję mam do wszystkiego co stare, mchem i pleśnią wieków okryte. A teraz zwierzam wrażenia swoje powiernikowi memu, siedząc na omszałej ławce pod oliwkowym pniem plątana. Szumi nade mną ten platan wiekowy, a w szumie jego słyszę pytania: Gdzie tamten? Gdzie Krzysztof? Co ty tu robisz, obcy wędrowcze, dlaczego tak serdecznie patrzysz tu na wszystko? Czy znasz historię Sławohory? Drugi raz odpoczywasz w moim cieniu, snadź polubiłeś to miejsce, lecz co cię tu pociąga? Gdzie Krzysztof? Gdzież córka jego? Maleńką dzieciną była, gdy w noc zemsty i krwi wychodził stąd wygnańcem. Czy ją i jego świat wchłonął, czy wieczność zamknęła nad nimi swe tajemne bramy prabytu?

Fragment tekstu niepoprawnie rozpoznany przez program OCR:

uuafpecŁw 'aiuaząsazid aupoBod (aaSyw qq fatum zazid npte /v\ sez3\pfi\op aeurtjd az "afnz^ "i^nscl aiu 06 rtq 'dzog fep 'ap/fc BpiujadEz zn( nu aizpaq eapt bj,

ajEjpizaj qo^upcz Dteu5feiso 3|u 3{bo opaimsod buzoui (33 p ui3qosods ux\y$ a\ fef/fe ^S3f e %(Kz fe> 1 aełfnzs ip\ ^/bja:qo>{peds cfef y 'nzfej^j m ezie^uaiio urajniu

pod l3llU3ZtUI łJBł 'UlAlZ331A\ UI3US Bflrttoods BłJIUUOłfBZ

3piqeq m 'Błjoj^od oBsf bus3zdoq i

1 Bwazip 3is /^BzaaCzoy "^ocjBUUiołi Ni 3/wou 'noejBcł /tmm 3{s aabjB«\ m Bz»pn '/tozsnd z q Bimajsij /v\ ui3qo9 cfi tezsou -32jd '/wooBuołj q3epsojo m oSn^p uaYszpod '3UO v "ui/vuzć>/fyoq3Hi uio{pof 'unoms mouomzp iipopui uoł fefepod apsazap

3IUSQI >{3IMZp Z33]

ussid femozids

06 /fe) 'paraj 08 da 'nui sfnz^odsm /fc> -ausazazsapi uin^ opzpaiMeu *BłpuY\o|ZD /Ssoj Bzeńrtzoi /fe^ "fetnuod auinp m BjpBdBz o63ppapBJH-D3pB44 Bjołzsto>j afapp m

cuq3zjd Com so^

aiDs/toojtn ejbCbąsbu bzsd buzc«^si}aj sojBpo uapBz {pteiu 3iu rozród oSauzoaimpo 1 /fezsnd •utóuzoqBU niustdn^s m /JuB^Ejd sjajs aiuui -{uppocp oSsf nosfejtu m 'rą opujnuod BtucuzAw ousqS urapzj/toszy -BuazouifBH „zpay^ods" fafoiu ppj z

w mistyczny krąg zagadek jakby w mgławicę Oriona i błądzę od błękitnego Rigela Vel Tereni do czerwonego Beteigeuza. „Spowiedź” Hahnozena... bezradnie, zaś Canis minor — Krąż czyni mi wstręty, odwracając ku sobie wybujałą wyobraźnię. Do czynu zatem! Może dozorca pałacu, tęgi góral, da mi jakieś wskazówki bardziej realne. Trochę w to wątpię, jednakże spróbujmy. A może? Jakże byłbym szczęśliwy, by prośba twoja ostatnia, wielki pokutniku, spełniła się i by w mury opuszczone byłej twojej siedziby wszedł twój wnuk czy prawnuk. Na szczęście twój testament nie został wykradziony. Los sprzyjał mi dotychczas, lecz obecnie odwraca się karta, słyszę jej szelest, a odwraca ją ręka Tereni. Nieświadomie, wiem! Z niezmierną otuchą myślę, że owa podróż wspólna za granicę, naturalnie obmyślona przez Orlicza, będzie alfą i omegą zakusów medyka. Terenia wróci do mnie!

Idę do pałacu w roli detektywa z najświętszym pragnieniem w duszy.

Góral Gajdo tyleż wie, co i ja, nawet ja dużo więcej. Powtórzył mi znowu z systematyczną dokładnością jak ongiś, pomimo że mnie poznał, dlaczego Sławohora kruszy swoje mury — że wsiąkły w nie krew i łzy, no i tak dalej, jak już nadmieniałem. Oczekuje powrotu prawego pana Sławohory i mówi, że niedaleka już jest ta godzina. Gdy go pytałem, czy się tu kto nie zgłaszał po dziedzictwo, spojrzał na mnie wielkimi oczami i usta otworzył szeroko ze zdumienia. Zrozumiałem, że gra on rolę zwykłego cicerone, który nauczył się mechanicznie pewnych zdań niby deklamacji i powtarza je bez głębszego odczucia kwestii, bez wniknięcia w historię danego miejsca. Gajdo jest typowym góralem, w guńce i kierpcach, w kapeluszu otoczonym wianuszkiem muszelek i z zatkniętym piórem sokolim. Spluwa daleko na parę metrów przed siebie i ciupagą wywija w powietrzu. Lulkę wypuszcza z ust tylko w czasie spluwania. Włosy ma szpakowate, twarz jak z brązu wykutą, nos orli i oczy małe, siwe, patrzące spod nawisłych powiek łagodnie a bystro, z pewną sentymentalną łezką pod rzęsami, gdy wygłasza swoje informacje przekazane mu przez poprzednika. Głos ma tubalny, budowę wspaniałą, siła i zręczność znamionują go wybitnie. Od lat już dwudziestu przebywa w zrujnowanym pałacu jako stróż. Mówi, że majątek i lasy są „cisarskie”, bo rząd się opiekuje Sławohorą, która od sześćdziesięciu lat nie ma właściciela, po tym nieszczęściu co się tu stało. Pałac stoi pustką, dach pełen dziur wali się, sufity i posadzki już gniją — ginie ponura rudera bezpańska. W zimie bywają tu czasem polowania, zjeżdżają „oficjery” z kucharzami i służbą, wtedy nocują w pałacu. Raz był tu sam „cisarz” na obławach, ale to już dawno.

Spytałem go, dlaczego pałac jest taki ogołocony z mebli i wszelkiego sprzętu. Gajdo odrzekł, że już go takim zastał, a jego poprzednik nawet nie pamiętał, by w pałacu było coś więcej nad odrapane ściany i wybite okna. Nadlatują tu z Tatr wiatry halne i trzaskają okiennicami, cały budynek drży wówczas w posadach. Była tu widocznie czyjaś niszczycielska ręka uzurpatora, o czym milczy pałac i milczy puszcza drzew. Może tylko platany śnią sny bolesne i wzdychają w tęsknej zadumie, szepcąc: Sic erat in fatis...

Gajdo mówił patetycznie, że niedaleka jest chwila powrotu pana na Sławohorze, ale mam wątpliwość, czy wierzy on w to istotnie, prawdopodobnie tak samo jak niektórzy cicerone w muzeach europejskich, którzy pokazują mumię Ramzesa Wielkiego w kilku stolicach jednocześnie. Gdy zapewniłem kiedyś przewodnika, że już Ramzesa Wielkiego oglądałem gdzie indziej, odrzekł mi z całą powagą: „To ten sam”.

Jest zastrzeżenie w „spowiedzi” Halmozena, by potomkowie Joanny nie pretendowali o Sławohorę. Czy się jednakże uda ich w ogóle odnaleźć, skoro nikt przez tyle lat nie zgłosił się tu jako spadkobierca? Joanna po wyjściu z klasztoru, jeśli tak rzeczywiście było, mogła nie wiedzieć wszakże o istnieniu swego dziedzictwa. Była wszakże Hradec-Hradecką i nikt się do niej z tym nie zwrócił? Żaden krewny Hradeckich nawet z najdalszych nie pokusił się o Sławohorę? Pałac czeka na dziedzica wiernie, ale któż wie, czy przyjazd jego nastąpi kiedykolwiek? Hradec-Hradeccy wymarli. Krzysztof był ostami z rodu. Ród wygasł i gniazdo jego ginie. Wątpię nawet, czy się uda wyprocesować Sławohorę na rzecz klasztoru, jak życzył sobie Halmozen. „Oficjery i cisar stareńki” będą tu sobie przyjeżdżali czasem na łowy, latem ten i ów turysta odwiedzi piękne, dzikie ustronie i poduma sobie o własnych sprawach pod wiekowymi platanami... Tylko nie każdego przywiedzie tu przeznaczenie i wola ducha pokutniczego, jak mnie przywiodła „spowiedź" Halmozena, a przedtem chyba podświadoma siła jego sugestii pozagrobowej, skoro Sławohorę tak zapamiętałem i tak często wracałem ku niej myślami.



Wagon kolejowy, 27 lipca

Dojeżdżam do Warszawy. Sprawa moja jest na lepszej drodze. W Krakowie wszedłem nolens volens w porozumienie ze stróżem domu, w którym mieszka pani Hańska i poczciwy (oczywiście za pieniądze) cerber obiecał zawiadomić mnie natychmiast telegraficznie, skoro panie powrócą...

Tymczasem los chwilowo rozkapryszony na mnie, udobruchał się nieco, bo oto w restauracji hotelu Pollera spotkałem panny Renatę i Justę. Panna Justa ujrzawszy mnie, wrzasnęła tak, że wszyscy obejrzeli się przestraszeni. Gwałtownie robiła mi miejsce przy sobie, zapraszając do swego stolika. Jedliśmy razem obiad. Panny wracają z Krynicy. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, jak to zwykle bywa przy tak małej znajomości. Justa rozrzucona jak wiatrak w wichurę działa mi na nerwy — istny młyn mielący osypkę. Oczy wytrzeszcza, szczególnie, z grymasem nieprzyjemnym. Czy to ma być wdzięk, czy oznaka temperamentu, którym się ciągle chwali i który demonstruje? Jest to raczej silna temperatura zmysłów zachłannych, ale nigdy nie iskra szczerego temperamentu. Gra w niej pobudliwość namiętna, czysto fizycznej natury polegająca na wrzaskliwości i wierceniu się. Skacze na krześle na widok każdego mężczyzny i aż na nią wary biją z nie ukrywanego apetytu na owoce zakazane.

Panna Renata robi przy Juście wrażenie królewny, podobnie jak Terenia, tylko Renata piękniejsza klasycznie, Terenia zaś bardziej urocza, ale obie mają w sobie dystynkcję nieprzeciętną i wytworną. Terenia ma naturę subtelną, zresztą Terenia... jest dla mnie wszystkim, więc oceniać jej nie mogę... Panna Renata ma pewność siebie, samopoczucie istoty dobrze o sobie myślącej, co jednak przy posiadanych przez nią atutach jest mile widziane. Ale tupet Justy, jej widoczna zarozumiałość, obcesowość zalotna względem mężczyzn razi i śmieszy.

Po obiedzie chciałem się pożegnać z pannami, gdy Renata, korzystając, że Justa wierciła oczami jakiegoś młodzieńca na sali, szepnęła do mnie:

— Chciałabym z panem pomówić parę słów o Tereni...

Gorąca fala krwi uderzyła mi do głowy. Renata to spostrzegła, cień uśmiechu błysnął na jej twarzy, lecz był to uśmiech życzliwy. Zawahała się chwilę i szepnęła znowu:

— O piątej wieczorem, na dworcu kolejowym... czy dobrze?

— Tak, pani.

Miałem jechać wcześniej, lecz oczywiście zostałem. Punkt piąta byłem na dworcu. Za chwilę weszła Renata. Przywitaliśmy się przyjaźnie.

— Jedynie tu mogłam uciec niepostrzeżenie. Odjeżdżamy dopiero jutro rano. Justa z towarzystwem i Szrenicz pojechali na kopiec Kościuszki. Szrenicz jest w czarnej melancholii, bo Terenia zdaje się... stracona.

— Jak to stracona?

Uczułem przykre dławienie jakby mi kula utkwiła w krtani.

— No, skoro pan jest w Krakowie, sadziłam, iż pan wie już o wszystkim...

— To jest o czym, proszę pani? Przyjechałem tu jedynie dla panny Teresy. Nie zastawszy jej, podążyłem za nią do Wiednia, ale i tam zawód. W hotelu nie wiedziano, dokąd obie panie wyjechały. Odebrałem tylko list własny przeadresowany z Krakowa.

— Pisał pan do niej?

— Tak, z Krąża, lecz mam go w kieszeni. Gdy się dowiem, gdzie przebywa, napiszę znowu.

— Od kogo pan się dowie?

Poruszyłem brwiami, byłem zły. Panna Renata podała mi rękę serdecznie.

— Przepraszam, nie chcę być niedyskretna, ale czy pan wie, że z Terenią jest także...

— Młody Orlicz, który spotkał te panie w Wiedniu.

— Nie zawiodłam się na panu, umie pan walczyć z przeszkodami... Nawet nie wiedziałam, że on je spotkał w Wiedniu. Sądziłam, że Hańska powiozła Terenię do Genewy, gdzie ten mizantrop siedzi jak mól w bibule. To jeszcze gorzej, że on zdecydował się jechać z nimi, bo plan Orlicza był inny. W każdym razie bardzo źle, że Terenia listu pańskiego nie otrzymała.

— Czy pani wierzy w spełnienie zamiarów Orlicza?

— Osobiście nie, bo... — zamilkła i poczerwieniała silnie.

— Bo co? Rozmawiajmy szczerze.

— Nie wiem, czy mam prawo tak otwarcie z panem mówić?

— Chyba cała rozmowa nasza, jej założenie nie jest niczym innym? Spodziewam się, że nie będziemy grali z sobą w ślepą babkę? — Pocałowałem ją w rękę. Spąsowiała jeszcze bardziej. — Więc co zawiera to nie dokończone słowo? — nagliłem.

— Dlaczego pan postąpił tak... z Terenią?

— To jest, jak?

— No, chyba pan rozumie, po owym balu...

— Przepraszam, ale nie to chciała pani powiedzieć poprzednio. Proszę o tamtą pierwszą myśl.

— Terenia jest panem zajęta. Zdawało mi się, że i pan? Pomimo iż uczułem w sercu niebo, ostatnie słowa panny Renaty sprawiły mi pewną przykrość.

— A ja, jak pani sądzi, odbyłem spacer do Krakowa i Wiednia, aby poznać panią... Hańską? Czy tak? W Porzeczu zaległem placu, to prawda, lecz pani odczuła chyba atmosferę przy pożegnaniu i wyjątkową uprzejmość Orlicza? Taka dżentelmeneria działa czasem trująco, zwłaszcza w mojej wówczas sytuacji i szczególnie po pompatycznych słowach Szrenicza wyjaśnionych przez panią. Na trzeci dzień, trzeciego lipca, byłem w Porzeczu i już nie zastałem Tereni.

— Był pan w Porzeczu? O tym nie wiedziałam.

— Rezultatem nieudanej wizyty był ten oto list. Panna obejrzała kopertę z pieczęciami Kniażyna, Krakowa i Wiednia.

— Jednak dano panu adres?

— Nie pani, zdobyłem go sam. W Porzeczu mi go nie udzielono.

— Widzę, że pan ma pecha, ale i energię, którą pan zapewne zwalczy Orlicza. O, stryjaszek zagiął parol na Terenię... działa w porozumieniu z synem. Albert kocha się dawno w Tereni, tylko on nie ma sam inicjatywy, by się oświadczyć. A może wątpi we wzajemność, co zresztą dowodzi, iż jest bystry.

— Czy pani nie wie, dokąd te panie pojechały? — spytałem.

— Gdybym wiedziała, już by i pan wiedział. Była w projekcie Szwajcaria, lecz się widocznie zmieniło. Przypuszczam, że Terenia napisze do mnie, gdyż wie, że wracam do domu z Krynicy. Natychmiast po jej liście zawiadomię pana.

Podziękowałem jej gorąco.

— Jeszcze słówko. Czy pani rozmawiała o mnie z Terenią?

— Owszem, zaraz po balu, prawie bezpośrednio po wyjeździe pana... Była trochę rozgoryczona, ale z całego zachowania jej wywnioskowałam, że jest absolutnie pod wpływem pana. Mogłabym to nawet określić silniej, pan rozumie. — Zauważyła zmianę na mojej twarzy spowodowaną wrażeniem jej słów i dodała szybko: — Gdyby Terenia widziała pana w tej chwili, porażka Orlicza byłaby dokonana. W oczach ma pan siłę prawdziwie... upiorną.

Zadrżałem.

— Skąd pani...?

— Skąd znam to słowo? To określenie Tereni.

— A dlaczego... ona była wtedy rozgoryczona? Renata zaśmiała się.

— Ach, to głupstwo! Tym bardziej świadczyło o wrażeniu, jakie pan wywarł na niej. Oto... jedna z panien obecnych na zabawie chwaliła się przed Terenią z wielkiej konkiety swojej odnośnie do pana. Miał jej pan podobno mówić dużo duserów i bardzo znamiennych słówek. No, więc to oczywiście Terenię speszyło.

— Tą panną jest panna Justyna — palnąłem bez namysłu.

Renata zagryzła wargi i odrzekła sucho:

— Nie wymieniam nazwisk, ale dlaczego pan w tym kierunku odgaduje?

— Tak przeczuwam, gdyż łatwo poznaję kobiety podciągające pod swój adres wszystkich mężczyzn. Takie niewiasty wszędzie i zawsze widzą tylko siebie, bez względu na to, czy mogą być pryzmatem lub nie... Dla siebie są nim zawsze.

— Złośliwy jak szatan! — zawołała Renata, trzepnąwszy mnie po ręku.

Zaczęła bardzo zręcznie bronić Justyny, odwracając od niej posądzenia moje, lecz z jej zmieszania i z widocznej gry, którą łatała moją domyślność, zrozumiałem, żem się nie omylił. Utwierdziłem się tylko w mniemaniu, że lepiej być czasem bezczelnym satyrem niż powiedzieć głupiej kobiecie pospolity komplement.. Taka bowiem gęś zarozumiała przyjmie za najlepszą monetę najbardziej wytarty slogan salonowej uprzejmości. Pal ją diabli zresztą! Życzę jej, by dostała mniej wrzaskliwego męża, bo w przeciwnym razie narodzą się im gramofony.

Rozstaliśmy się z panną Renatą jak dwoje przyjaciół złączonych tajemnicą.

Gdy się dowiem, gdzie Teruś moja najdroższa, jadę tam natychmiast.. Albert! Musimy spojrzeć sobie w oczy, czcigodny eskulapie... Nie lubię dwuznacznych sytuacji. I uważasz, najzacniejszy molu, gdy papo musi cię popychać do panny, bo sam nie masz inicjatywy, tedy nie przystoi tobie włazić w drogę komarowi. Jestem głupiec! Skądże ja wiem, kim jest właściwie ten Albert... Może to tuz pierwszej klasy? Cierpnę! Jednak ustępującą przed nim dwójką nie będę!



Uchanie, 30 lipca

Wczoraj powróciłem do domu i zastałem wszystko dobrze, nie według logiki Kuby, lecz prawdziwie. Ojciec zdrów, Kalinowski — rekonwalescent, stangret i pastuch mają się lepiej. Ganiewicz gospodaruje z zapałem. Jestem zadowolony i pełen dobrych nadziei... Żniwa w pełni. Plon zapowiada się obfity, lipy kwitną i ronią takie aromaty, że głowę tracę...

A ty Teruś na południu napawasz się cudzą przyrodą, kiedy u nas tak pięknie? Słońce zalewa pola potopem złotych blasków. Upał — „żar z nieba leci” mówią kosiarze. Ale jakże bogato na polach, wszędzie złotogłów, złote lamy! Chrzęst kłosów łaskoczący nerwy rolnikowi nasuwa nadzieję ponętnych, zmysłowych rozkoszy, marzycielowi udziela nieskończonych natchnień, które jednak muszą mieć w sobie gorętsze iskry od błękitnych rojeń, gdyż są od nich bardziej żywiołowe. Namiętny dreszcz budzą te pola rzęsiste, złote, srebrne, malachitowe, przetkane purpurą kraśnych maków niby królewski płaszcz haftowany rubinami...

Zapala się ogień we krwi, nozdrza rozdyma pragnienie, wchłania się w piersi tę otchłań dojrzałych łanów jakby dzwon leczniczy. Ale nie działa on ożywczo, przeciwnie osłabia zmysłową lubieżnością, rozgrzewa temperament i zbyt niebezpieczne nasuwa wizje... Wizje ust twoich malinowych, dziewczyno moja...

Na Demonie skarogniadym, wrzącym jak wodospad gorących źródeł buszowałem po polach, nie jak rolnik, lecz jak szaleniec-fantasta. Skierowałem lśniącego od potu ogiera w najwyższy i najbardziej gęsty łan pszenicy, jeszcze nie ruszony, trzymając się z dala od warczących żniwiarek i kosiarzy, by nikt mnie nie widział i nie ogłosił wariatem. Demon rozumiał mnie. Szedł wolno, prychając, nogi stawiał z wdziękiem i lekkością rasową, może rozumiał, że fantazji pana nie trzeba zbytnio nadużywać, bo szkoda smakowitych kłosów. Piersią roztrącał sypkie, złote trzęsienia rozchwianej fali jak lewiatan prujący wzburzone bałwany. Zapienionymi wargami chwytał suchoszelestny kłos i w dzwoniącym wędzidle przeżuwał. Zamieć burzy poszumnej otoczyła nas ze wszech stron, kaskady kłosiste osypały stalowe nogi Demona, tuliły się do moich butów drażniące, rozkoszne! Och, rozkoszy ma się pełną pierś wśród tych łanów iskrzących się słońcem. Do duszy wpływa radość i szał, upojenie i jakby tęsknota i wiara — wszystko, czym oddycha szerokoboska przyroda. Unosiła mnie fantazja w tym potopie chlebodajnym.

Nagle Demon gwałtownie uskoczył w bok... Zdziwiony wstrzymałem go silnie na miejscu. Jak się okazało, przestraszyła go czerwona główka Lodzi Zagajanki, która oto wychyliła się z pszenicy. Dziewczyna miała krasne, roześmiane usta, ale w chabrowych jej oczach był przestrach.

— Dla Boga! Ten smok zwali panicza! Patrząc na dziewczynę, uspokajałem Demona.

— Po coś tu przyszła, Lodka? Co?

Patrzyła mi w oczy i jęła się kręcić, przeginać po swojemu.

— Dla panicza tu przyszłam, zobaczyłam z daleka i gnałam na przełaj bez pszenicę, by choć popatrzyć. Tak już dawno... panicz... i nie spojrzy na mnie... Czy ja tak zeszkaradniała?

Szelma dziewka!

— Umykaj Lodka, bo jak puszczę konia, to cię stratuje...

— Ej, nie! — zaśmiała się kokieteryjnie. — Panicz ta nie taki zły... ja wiem!

Podsunąłem Demona tuż do niej i uniosłem dziewczynę pod pachy na wysokość swojej twarzy.

— Cóż ta to znowu będzie?! — pisnęła

— A jak myślisz?

— Czy ja to wiem? — mizdrzyła się. — Musi panicz weźmie mnie przed się i wycałuje...

Oczy jej i usta prosiły o to.

— Otóż omyliłaś się, na koniu niewygodnie całować.

— A bo to raz było... i było wygodnie.

— Nie, dziś chciałem ci się tylko przypatrzyć. Krasna z ciebie dziewka, nie ma co!

Demon kręcił się młyńcem. Lodzia piszczała ze strachu.

— Oj, paniczu serdeczny! Zletę na ziemię! Panicz mnie trzyma w powietrzu, kieby tego kociaka i tylko patrzy...

— A ty byś chciała..?

— Niby to panicz nie rozumie?

— No, to masz!

Wyciąłem jej całusa na różanym policzku, aż dziewczyna spłonęła ogniście. Postawiłem ją na ziemi.

— I... i... i... abo to tak panicz dawniej całował? To na lic! Pan praktykant cięgiem mnie napastuje, by w usta pocałować, alem nie dawała, bo to dla panicza... a teraz panicz tylko tak?

— Jak pan Ganiewicz potrafi lepiej, to używaj! Dziewczyna przestępowała z nogi na nogę rozmarzona i zasępiona jednocześnie, patrzyła mi w oczy pokornie.

— Nikt tak na świecie nie potrafił jak panicz, kiedy jarem całował dawniej, a teraz panicz w oczach ma takiego coś... że się boję.

„Ma pan w oczach moc upiorną” — zaszeptał mi nagle głos najdroższy. Uczułem iskry we krwi... i tęsknotę wzmożoną szalenie.

Łagodnie, lecz stanowczo odprawiłem dziewczynę do żniwa. Odeszła ze łzami w oczach, migając czerwienią chusteczki spoza osłony kłosów, a ja wracałem wolno swoim śladem do drogi. Miała rację! Przed paru latu upatrzywszy sobie tę dziewkę wiejską w Wierzbkach, jeździłem tam, wyręczając rządcę, po ludzi do pielenia buraków. Gdy zaś sąsiad mój, młody Wilkoński, także tam zaglądał w tym samym niby celu i agitował do siebie, zdarzyło się parę razy, żem Lodzie porwał na konia i uwiózł do Uchań, a za nią poszła cała roześmiana gromada dziewuch i Wilkoński został na lodzie. Inny byłem wtedy...

Wróciłem do domu zamyślony poważnie, tęsknie. Gdyby nie ten przeklęty medyk Orlicz, świat bym przetrząsnął i znalazł Terenię, nie siedziałbym tu tak biernie. Lecz ten drab paraliżuje mnie, właściwie nawet nie wiem dlaczego. Jestem pewny, że dostanie kosza... Po co mam mu w tym dopomagać? W domu zastałem Czymielskiego. Rozgadany zawsze krzykacz wymyśla teraz na rząd rosyjski i na obywateli, że tkwimy w obroży moskiewskiej. Zaaresztowali mu siostrzeńca za polityczne konspiracją więc Czymielski znowu wali góry przekleństw.

— Wszyscy ziemianie to niedołęgi, baby, samoluby, sybaryci, snoby! Nie jesteście warci starej podeszwy, na której chodzili bohaterowie w powstaniach. Darmozjady! Póki niewoli nie zrzucimy z karku, nie nazwą nas inaczej jak pasożytami. Ten Bolek! Zbereźnik, bestia, samolub, błazen, snob, niedołęga! Posiedzi teraz w cytadeli, o ile w drodze łaski nie wyślą go do Tuły, zamiast do Irkucka czy innego Tobolska.

— Wszak działał w duchu obalenia niewoli — przerwał ojciec.

— Milczałbyś, Pawle! Twój ojciec bił Moskali w sześćdziesiątym trzecim roku, ale ty i twój syn już palcem nie kiwnęliście w tę stronę.

— A ty, Anastazy? — spytał ojciec spokojnie.

— Ja? Ja? Ja, zobaczycie, co zrobię! Jeszcze wy mnie nie znacie. Ja całą Moskwę, Kreml, Petersburg wysadzą w powietrze! Mam pomysł kapitalny!

— Ciekawy jestem tego dzieła. Czymielski wpadł nagle w patos apostolski.

— Nie będzie ani Tuły, ani Irkucka, bo nie będzie czapki Monomacha... Ja spać nie mogę tak, jak wy wszyscy śpicie. Ja im teraz wypisałem petycje różne dałem im swoje programy.

— Jak wysadzić Kreml? — spytałem niewinnie. Czymielski spojrzał na mnie z wyższością.

— Ty wolisz latać po świecie, zamiast sterować nawą Polski, ale ja muszę... muszę!

— Trzeba by ich kiedy skonfrontować z Kołomyjskim spod Porzecza. Który którego przegada?

Oddano mi dwa listy z pieczątką Kniażyna — zatem z Krąża. Ciekawym!



31 lipca

Głowa mi płonie! Co robić...? Wczoraj otrzymałem listy z Krąża od Korejwy i Krzepy, a dziś depeszę od panny Renaty. Pisze, że Terenia jest w Rzymie. Będzie tam jeszcze tydzień, po czym do Ankony przejeżdżają, gdzie się zatrzymają dłużej.

List Krzepy brzmi:

Jaśnie Wielmożny Panie. Czekamy co dzień i modlimy się o przyjazd jaśnie pana. Paschalis ciągle chory. Po nocach dzieją się z nim straszne rzeczy. Nieprzytomny i niesamowity przez sen gada z księdzem Halmozenem jakby go widział przed sobą. Nam z Bogdziewiczem włosy stają na głowie, jak to słyszymy. Paschalis bije się w piersi i woła: Błagałem, błagałem, ale nie szukał! Odpuść mnie staremu... ześlij na pana opamiętanie, żeby szukał testamentu, wtedy umrę! Strach patrzyć na Paschalisa, jak

Fragment tekstu niepoprawnie rozpoznany przez program OCR:

ojiui i ojsaz) aium Binuuodsm oBaC /nojs ajpam 'a>jqEq o tzpoip nm aiu/wojS b 'pze(fcid o apipsn iiuui BBcjq o/wfaaojj Ta«qs afBiuinzoJzaiu a(npB6ft*\ i (B Btej 'buwbuecu junu z uo \ Apnp tezpcap ufacpi bz 'Awfejcd /tppC spi^ftOfo 01 sijBipsBj az ' &tufaqo ani 06 b[ tjsaf 'bzbj^ oaiuo>{ BfcpBimodazjd t o o>pf 31UU1 o Bimom fosrizsM az to{uibz /v\ q^ej{simB(z o suimoi azsy •AwBqo {zpnq /^ńOAuau irejs feao^ 'teizpung pcu ais {zpcwńzcu omfajo>j ^oav«(BM •Atrq.uBMB iqoa 'ids aiu aji o 'uacp m b *bjB q3Boou oj /Juibuuoub uiasBza souz uo 9igv>\ lvvw3puqB9 /^upi 1 rtuaos iqcu

o5ał z az 1 bzbj^ uia|appsBjm u»łsaf b( zoaj aiu az 'uiozbic {EpsimodoBU sopj az 'oł{j/^ jpaiui niuBJjrtzs o Buiujodsm aiu apsuwtoo 1 'nqDnp uj/^uibs ui^j rt\ azstd omfajo^j fe op feuui {BUŚBzijgw uaj

ucd; oq 'jzd/zoj du o 'auzoi Byamaaą nuu iqou duudćL óGap uDida^of iDzirąs tofiaps bu^oS/.un az 'niebo)/ /iqty 'd\cno\B m oS^aiu so^ofniu a/D 'nąrijs op a;s a/hjo6 puqo9 udj -jzpn/ op opoS a;u 'nmuod qaiS JfofDif -33ZIOJDZ iudj diuod "sou n uaizp rtuptog -rufUDSzru3f du ncnouz /rtq qon(j buo;d (dmoiaąiod |/ds dio/o ^pa?m oj ( nzjaą/Uoy od iua;^UD5D3f z izpot/3 o^/^ ^Dfy ais Dj/sioiDfe /Tpajoi azsmoz 'lu^u/ap^aid tuaus dicI(%dz (feni a// -muuaz^uu o± -dzODfd j imoui yp\

Proboszcz naszej parafii, ksiądz Julian Borowski, radzi mi jechać do Krąża, by załagodzić tam wszystko. Ksiądz przeczuwa jakieś ważne wypadki, lituje się nad babką Gundzią i jest pewny, że ona zbliża się do tego momentu w życiu swym ciężkim, którym odkupi swe grzechy, oczyści się z nich czynem sprawiedliwości i sumieniu własnemu ulży. Proboszcz ani chwili nie wątpi, że testament był w jej ręku. Mógłby go zniszczyć Zatorzecki, lecz jeśli tego nie zrobił, ona nie uczyniła tego tym bardziej. Więc w takim razie wszystko zależy od niej, ale jakaż tam moja rola? Sytuacja niewyraźna kłopotliwa. Ja bez Krąża będę żył dalej spokojnie, ale co zrobi Gabriel ze swoim niedołęstwem życiowym? O tym nie na mowy! Nikt mu nie zabierze Krąża.

Napisałem do Tereni list polecony, posyłając jej ponadto list poprzedni, zabrany z Wiednia. W obecnym wyznaję jej swoje uczucia i zamiary. Odczuje ona, że w duszy mam płomienie i że kocham ją nade wszystko. Moje najmiłościwsze dziecko, jak też ona odczytywać będzie oba te listy.

Co mi odpisze? A jeśli młody Orlicz...? Gdyby groziło niebezpieczeństwo z tamtej strony, przeczuję to i pojadę sam. Obliczam, jak długo list będzie w drodze i kiedy utrzymam odpowiedź.

Opanowała mnie szalona, niepokojąca rozterka duchowa. Duszę się w Uchaniach, nic mnie nie zajmuje, myślami wybiegam do Tereni i do Krąża. „Spowiedź” Halmozena i myśl uparta, by ją oddać w ręce jego potomków jest moją bolączką. Uciekam od tego na próżno. Obowiązek robienia starań w tym kierunku dręczy mnie i odbiera resztki spokoju. Tylko ojciec wie o tej sprawie, przed nim nie robiłem tajemnicy.

Od rana do nocy błąkam się jak pijany po Uchaniach, robię dalekie wycieczki konne i stronie od ludzi. Gdy zaprosili mnie Żaliccy na zabawę w lesie z muzyką i tańcami, nie pojechałem. Lubię ten dom, są tam panny sympatyczne, lecz co mnie to teraz obchodzi?

Zabawny Ganiewicz! Od kilku dni odgadywałem, że go coś nurtuje i że chce mnie o coś spytać. Najwyraźniej dążył do wprowadzenia mnie w dobry humor. Och, wreszcie dopiął celu swoimi dowcipami i wesołą beztroską miłego łobuza, zapytał, czy nie będę zazdrosny o... Lodzie. Ha, ha! Komik!

— Spalam się na węgiel z pragnień łakomych, dziewczyna ta rozgrzewa mi krew, już mi kipi w żyłach, a ona ciągle oporna i ciągle panicza Romana ma na ustach. W czepku podwójnym rodziłeś się, biesie jeden! — wrzeszczał mi nad uchem, gdyśmy szli drogą leśną, prowadząc konie za uzdy.

Wracaliśmy od żniwa, gdzie istotnie widziałem znowu jasne, pokorne oczy Lodzi utkwione we mnie, pytające pragnące i bolejące nad moją obojętnością. A Ganiewicz pochłaniał ją wzrokiem tak zachłannym, że mi się śmiać chciało. Uspokoiłem go, że Lodzi nie przysięgałem wierności ani też ona mnie, przynajmniej bez mojej wiedzy nie mogę jej przeto... oddawać jako rzecz lub przedmiot. Jeśli zaś tak bardzo ją sobie upodobał, nikt mu nie broni starać się o jej względy. Zapytał mnie wtedy, czy mam duże zobowiązania. Na to już parsknąłem śmiechem.

— Cóż ty się chcesz z nią żenić, czy co u diabła? Po co ci moje zwierzenia tego rodzaju?

Ganiewicz stropił się nieco.

— Bo widzisz, ta dziewczyna, taka niewinna... więc skoro ty byłeś pierwszy, który ją...

— Skądże przypuszczasz, że byłem pierwszy? Ona ci tego chyba nie mówiła...?

— Nie pytałem jej o to. Pytam ciebie.

— Więc słuchaj! — zawołałem z niesmakiem. — Jeśli znasz obyczaje panujące w starożytnej Romie, choćby „Quo Vadis”, tedy wiesz, że dziewczętom istotnie jeszcze dziewiczym bielono nogi wapnem, gdy je wystawiano na rynek niewolnic. Otóż ja nigdy bym po taką dla własnej zabawy nie sięgnął, rozumiesz? bo mi na to nie pozwala moja etyka. Skoro taki kwiat wiejski nie może się stać moim na zawsze, do czego zresztą nie mam ani powołania, ani pragnień, przeto pączki niewinne omijam z daleka i celowo, z powodu tej właśnie etyki. Zrozumiałeś?

Ganiewicz westchnął zabawnie.

— I mnie się zdawało, że ona musiała być heterą wiejską, choć tak młoda, nawet mówią o tym, ale ona jednak zakochana w tobie na umór.

— Mam wrażenie, że mi ją odbijesz i życzę powodzenia.

Śmiałem się z rozpromienionej miny Ganiewicza, a gdy ostałem sam, zamyśliłem się nad potęgą miłości i zmysłów. Czy można pojęcia te rozdzielić? Chyba nie! Tylko w jednych wypadkach siła ciężkości przeważa na zmysły, w drugich na uczucie idealne, duchowe. Jednakże przy budzeniu się miłości silniejszym czynnikiem są zmysły, gdyż one występują pierwsze i dopiero podsunięty przez nie obiekt, który na nas podziałał podniecająco, możemy potem pokochać idealnie. Wątpię, by mężczyzna mógł pokochać kobietę od razu duchem tylko, bez zmysłowe podniety, czyli bez tego, co nazywamy podobaniem się, zrobieniem wrażenia, oczarowaniem. Ale czar, urok, to już zew ducha, to już coś innego. Natomiast wdzięk może być tylko zewnętrznym uplastycznieniem zmysłowej siły danej kobiety i może być początkiem przeczuć rozkosznych. Kobieta wdzięczna może budzić nawet wyłącznie tylko pokusy zmysłową ale urocza — porywa silniej inaczej. Odsuwa zmysły na plan drugi, a podnieca i zachwyca swą wewnętrzną duchową istotą, którą się przeczuwa jak się przez lazur przeczystych fal morza odgaduje na dnie różowej perły.

Teruś moja jest taką perłą ukrytą w przeczystej, lazurowej fali jej wykwintnej urody ozłoconej słońcem wesel i dziewiczego uśmiechu. Ale ona posiada również i wdzięk ilustrujący jej czysto zmysłowe ponęty kobiece. Tchnie urokiem duszy i serca, czarem wewnętrznych walorów lecz i upaja narkotykiem rozkosznych obietnic... On przepala płomieniem bezwiednie i nieśmiało w nim gorejącym, który zdradza się zapałem, entuzjazmem i bujnością życia, jakie w niej wre.

To kobieta, towarzyszka, żona, kochanka... O takiej marzyłem, by przy cennych zaletach na żonę i matkę posiadała w sobie zalety rozkosznej kochanki, by przy powadze myśli, uczuć i inteligencji, łączyła w sobie boga żywioł wabiący, porywający i ciągle ponętny. Niech będzie pełna zapałów szlachetnych, energii, czynu, byle znów nie była krańcową, doktrynerską społeczniczką oddaną par excellence swojej działalności. Niech będzie nam w dobrym stylu grymaśna i niech będzie fantastką, byle nie była nudną, mazgajową purytanką reklamującą się cnotą. Kobiet podobnych do żab i glist nie znoszę organicznie ani kobiet kur z pretensjami do bażantek, i nawet i bez pretensji, siedzących w kojcach i rozgdakanych mniej lub więcej krzykliwie. Tyle się spotyka takich właśnie gatunków, że traciłem już nadzieję, czy znajdę kiedyś mój wymarzony typ. A... oto!

Nie! Dłużej tej bierności nie zniosę. Setki Orliczów, medyków, filozofów, profesorów roztrącę na cztery wiatry i Terenię wyrwę dla siebie. Jadę do Rzymu!

Ojciec, gdy to usłyszał, rozjaśnił czoło i rzekł tylko:

— Toś Pobóg!



1 sierpnia

Dziś w wilię mego wyjazdu chodziliśmy z ojcem długo po parku. Noc lipcowa rozsnuła wszystkie swe czary. Zapach lip miodowy wnikał w nerwy i krew, odurzał. Z pól dochodziło wołanie derkacza, monotonne i miłe. Pachniały kwiaty i one może nasunęły memu ojcu roje wspomnień odległych, gdy z matką moją spędzali pierwsze swoje lata po ślubie w Uchaniach.

Wreszcie ojciec rzekł:

— Pragnę dla ciebie, Romek, takiego cudu szczęścia, jakiego myśmy doznali. Ja to już uważałem za nagrodę po cierpieniach ojca Marcelego i jego żony, mojej matki. Pochodziła ona z mieszczan, tak, lecz posiadała duszę magnacką, królewską. Czymże wyższym był od niej ten rodowy szlachcic, potentat skoligacony z pierwszymi rodami w Polsce, który wydziedziczył syna swego za jego miłość gorącą... Czyż godna była jej stopy ta kobieta, rodowa szlachcianka, która pozwoliła na krzywdę brata i dla własnej chciwości pozbawiła go rodzinnego dachu nad głową? Smutne, bezecne pseudotradycje! Dopóki takie tylko tradycje i zapatrywania będą pokutowały w naszych stosunkach, nie dojdziemy nigdy do szczytu kultury. Za mało cenimy głębiny duchowe, zanadto dużo przywiązujemy wagi do wszelkich atutów powierzchownych. Zbyt głośne i wyraźne hołdy składamy materializmowi, tej hydrze ludzkości. Wszystko dla dogodzenia swej ambicji i kieszeni.

Zwrócił się do mnie i rzekł innym tonem, serdecznie: — W zasadzie rozumiem cię zupełnie i cenię, że mając takie trzy problemy jednocześnie do rozwiązania, jak miłość do Tereni, Krąż i ów obowiązek sumienia nałożony ci przez tego pokutnika, wybierasz najpierw Terenię. Ale nie zaniedbuj i „spowiedzi” Halmozena. To jest kwestia bardzo trudna i zawiła, jednakże nie można jej zasypywać w popiele, tym bardziej że to sprawa cudza, a powierzone tobie, być może jakąś tajemną dla nas wolą opatrzności. Szczególne jest to, że ta spowiedź tak się łączy z odkryciem całej prawdy o istniejącym testamencie. Prześladuje mnie myśl, że ten ksiądz Halmozen będzie w jakimś związki z twoją przyszłością, jak jest w związku z Krążem, bo jednak to ty właśnie odnalazłeś ten papier i ty siłą rzecz; stajesz się testatorem pokutnika.

Ojciec oparty na moim ramieniu zapatrzył się w gwiazdy. Miał w twarzy, pięknej jeszcze, ten wyraz, który lubię u niego wyjątkowo. Wtedy zdaje mi się, że będąc jego synem, jestem naprawdę coś wart, przynajmniej więcej niż mi się zdaje. Po chwili zadumany ojciec mówił dalej:

— Niezbadane są wyroki Boskie ani ludzkie losy nieogarnięte przez ludzi. Choćby Krąż! Czterysta lat z górą należał do Pobogów... a teraz, czy wiesz, co przeczuwam? A to, że Gabriel będzie ostatnim Zatorzeckim, który dzierży nasze dziedzictwo. — Nagle uśmiechnął się wesoło i ścisnąwszy mi rękę, wskazał na niebo. — Ot, tak mi mówią te gwiazdy, chłopcze mój drogi. Nie chcę cię ani popychać do żadnych kroków w tej sprawie, broń Boże, ani cię sugerować tymi myślami. Nazwisko Zatorzeckich było w rodzinie naszej ciężkim kamieniem, było na indeksie, choćby dlatego, by nie pobudzało do rodzenia się niechęci, zawiści, buntu w duszach naszych... Teraz rzecz inny przybrała obrót i kto wie, może ty, Romek, jesteś tym, którego los czyni obiektem sprawiedliwości Boga. Może na tobie się zakończy krzywda Pobogów... W każdym razie sprawa Halmozena jest bezsprzecznie dla ciebie najpierwsza, bo to kwestia sumienia i ufności położonej w tobie.

Zrozumiałem ojca, lecz dla mnie najpilniejszą sprawą i najświętszą jest Terenia i nikt mnie nie przekona, by mogło być inaczej...

Odpisałem Korejwie i Krzepie, że przyjechać obecnie nie mogę, lecz że ich jeszcze kiedyś odwiedzę. Powodowany jakimś chwilowym wrażeniem napisałem również do babki Gundzi kilka słów serdecznych, gdyż pomimo wszelkich posądzeń mam dla niej sentyment szczególny. Do Gabriela na przykład nie mógłbym napisać bez zadania sobie gwałtu. Lubię go nawet czasami, często mnie drażni, często bawi, ale nic mnie do niego nie przywiązuje, a wszystko odsuwa, prócz jego cudownej muzyki, która zresztą tak do niego pasuje jak na przykład kwiat do szkieletu. Weronika robi mu sceny. Hm... może to nareszcie otworzy mu oczy na jej wartość właściwą i Krąż ocaleje od Ślazów...



Warszawa, 3 sierpnia

Miałem trudności szalone z paszportem. Władzom wydało się, że za prędko żądam powtórnie paszportu zagranicznego po tak niedawnej podróży i robiono mi wstręty. Idąc za wskazówkami osób wtajemniczonych, dałem komu należy porządną „łapówkę” i wreszcie z dużym opóźnieniem jutro wyruszam w drogę. Gdyby to było możliwe, przypiąłbym skrzydła do pięt jak Hermes lub włożył stumilowe buty, byle być prędzej przy Tereni. Zastanawiam się, czy jechać jeszcze do Rzymu, czy już prosto do Ankony i prawie jestem zdecydowany na to ostatnie, gdyż termin wyjazdu tych pań z Rzymu właśnie upływa. Lecz i Ankona to projekt niepewny, jak pisze Renata. Ale choć by mi przyszło teraz pędzić za Terenią do Afryki, nie zawaham się ani chwili. Uzbroiłem się w sumę pieniężną wystarczającą nawet na podróż do Przylądka Dobrej Nadziei. Czy będzie nim dla mnie Ankona, czy inna jakaś miejscowość, nie zastanawiam się nad tym. Wiem tylko z całą pewnością, że wkrótce zobaczę Terenię.



Wagon kolejowy, 4 sierpnia

Zbliżamy się do Wiednia. Mój niepokój i trema wzmogły się tak silnie, że jestem prawie chory nerwowo jak stary histeryk. Do Rzymu jechać już nie mogę bez upewnienia się, czy pani Hańska z Terenią bawią tam jeszcze, czy wyjechały i dokąd. Kobiety zmieniają projekty prędko niespodziewanie.

Późny wieczór. Dojeżdżamy do Wiednia. Postanowienie moje dojrzało. Zatrzymuję się tu wiedząc, że robię dobrze.



Wiedeń, 4 sierpnia, druga w nocy

Wysłałem depeszę terminową do Rzymu do hotelu „Quirinal”, w którym te panie mieszkają. Czekam na odpowiedź, muszę ją mieć jutro, stanowczo. Czy jednak będę miał? O Boże... po cóż ja o tym myślę!



5 sierpnia

Włóczyłem się po Wiedniu trochę jak lunatyk. Czekam na depeszę z Rzymu ze wzrastającą niecierpliwością. Chyba portier w „Quirinal” będzie wiedział, dokąd wyjechały te panie, jeśli wyjechały już istotnie. Znowu się zastanawiam, czy dobrze zrobiłem, że zamiast jechać samemu wysłałem depeszę. Może nierozsądnie, ale na zbytnim rozsądku wychodzi się często gorzej niż na jakimś popełnionym kapryśnym głupstwie, które trafi na dobry humor fortuny. Jestem tak roztrzęsiony duchowo, że nie mogę sobie miejsca znaleźć. Wiedeń dla mnie za ciasny, wszystko jest nudne, znajome aż do przesytu. Prater, muzea, galerie obrazów, księgarnie, antykwariaty, wreszcie restauracje cukiernie, tatersale, och! jakież to nudne!

Przechodząc koło wspaniałej wystawy jubilerskiej, zapragnąłem nagle kupić pierścionek zaręczynowy dla Tereni. Wszedłem do sklepu bez namysłu. Cóż za kamienie! Wybierałem długo, zdawało mi się, że przy tym rozmawiam z Terenią, że to ona wybiera, a ja jej doradzam. To jest wyzywanie przeznaczenia i drażnienie się z fatum, które może ryczy ze śmiechu. Podła mara. Ale jest to również i kierowanie fatum, jakby chwycenie go za czub i zmuszenie do służenia.

Kupiłem śliczny szafir, cudownie szlifowany o głębokich tonach jezior szwajcarskich, okolony tęczą brylantów, w bardzo oryginalnej stylowej oprawie. Jezior szwajcarskich...? O, do diabła z takim porównaniem! Może jeszcze — Jeziora Genewskiego, na które patrząc Albert Orlicz marzył o Tereni, zanim wyruszył po szczęście. Po szczęści czy po zawód? A ja po co jadę? Na co czekam? Może Terenia teraz w Rzymie zaręcza się właśnie z Orliczem, a ja tu z tym szafirem...

Jedna chwila i byłbym cisnął pierścionek jubilerowi na ladę, ale się powstrzymałem. Psiakrew! Trzeba znów nerwy wziąć na munsztuk, bo się nadmiernie rozhulał! Wybiegłem ze sklepu jak szalony. Unosi mnie orka podniet najróżnorodniejszych, jakie w jestestwie człowieka mogą się zrywać. Płonę duchem, goreję zmysłami. Szarpie się we mnie wściekły niepokój, niecierpliwość chwyta mnie za włosy.

Uciekłem z ulicy do hotelu i tu tłukę się jak zwierz w klatce. W „Erzherzog-Karl" mogą mnie łatwo wziąć za wariata. Zachowaniem przypominam Gabriela z ostatnich dni mego pobytu w Krążu.

O właśnie, Krąż! Drażni mnie też Krąż, który mnie prześladuje nawet w takich chwilach, kiedy wszystkie moje myśli są przy Tereni. Co się tam dzieje? Widzę przed sobą oczy groźne babki i widzę portret pradziada. On mnie znowu przywołuje, on mi znowu coś nakazuje... Co to jest? Ulegam hipnozie czy telepatii... Co się tam dzieje w tym Krążu? Dlaczego stoi znowu przede mną jak fantom z nieubłaganym uporem?

Dają dziś „Tannhäusera”. Idę do opery! Potrzeba mi muzyki, blasku, świateł, widoku nagich ramion kobiecych. Może ucieknę w połowie opery, nie wiem, może dziś jeszcze w nocy wyjadę do Rzymu...



5 sierpnia, dwunasta w nocy

To co mnie spotkało, samemu wydaje się snem. Nieprawdopodobnym snem.

Jak przepowiadałem sobie, nie dotrwałem do połowy opery. Nerwy okazały się silniejsze niż rozkosz słuchania muzyki Wagnerowskiej. Uciekłem! Wróciłem do hotelu z zamiarem wyjechania pierwszym ekspresem do Rzymu. Mówię o tym portierowi, a to bydlę wybałusza na mnie oczy i patrzy zupełnie jak na wariata. Zacisnąłem zęby i sięgam po klucz od mego pokoju, wtedy portier otrzeźwiał.

— Och, Herr Graf był w teatrze i nic nie wie, że mamy gości.

Wskazał mi na listę przyjezdnych. Spojrzałem. Maria Hańska. Teresa Orlicz. Znieruchomiałem! Wrażenie było nieoczekiwane i spiorunowało mnie. Lwią mocą woli i przytomnością umysłu zapanowałem nad sobą. Zdradziła mnie jednak łuna ognista na mojej twarzy. Portier patrzył badawczo i uśmiechał się dyskretnie.

— Kiedy panie przyjechały? — zapytałem jak nie swoim głosem.

— Przed godziną, z Rzymu.

Spytałem jeszcze, pod którym numerem mieszkają. Okazało się, że na drugim piętrze, to znaczy piętro wyżej nade mną. Jak oszołomiony szedłem do siebie.

Terenia jest tu, tak blisko mnie! Ona, ona... Ale co to znaczy, że one wracają tak prędko? Czyżby...? Jedna tylko była ewentualność... Terenia odmówiła Orliczowi i wraca, gdyż w przeciwnym razie on by im towarzyszył. Płonę na tę myśl błogosławioną. Z depeszą moją oczywiście minęła się, ale czy otrzymała moje listy?

Nieskończone pytania rozsadzały mi głowę nawałem przypuszczeń, dociekań, przeczuć i wulkanicznych w swej mocy pragnień. Ogarnęło mnie wzruszenie, że oto kilka ścian odgradza mnie tylko od najdroższej dziewczyny. Ależ ja muszę, muszę się z nią zobaczyć jak najprędzej! Lecz co przedsięwziąć? Godzina jest późna. Nachodzić Terenię teraz nie wypada w żadnym razie. Mogłaby mnie nawet nie przyjąć. Zresztą ciotunia! Jeśli Terenia odnowiła Orliczowi, ciotunia jest dla mnie wrogiem.

Zawołałem lokaja i poleciłem mu zbadać jak najdyskretniej, czy panna Orlicz jest u siebie i czy już śpi. Gdyby nie spała, nie pozwoliłem mu mówić jej o sobie, gdyż jutro sam się z nią zobaczę. Wkrótce lokaj przyniósł zdobyte wiadomości od służącej hotelowej, Terenia nie śpi, pisze listy, jutro rano o ósmej będzie sama na mszy w kościele świętego Stefana. W południe panie rozjeżdżają się w dwie strony. Terenia jedzie do Krakowa, pani Hańska zaś do Salzburga. Z trudem powstrzymałem się, by nie uściskać sprytnego Niemca. Lokaj wyszedł rozpromieniony z powodu mojej wdzięczności.

Marzę i śnię na jawie o mojej Tereni, układając sobie, co jej powiem. Do kogo ona pisze, może do mnie? Dziecko moje umiłowane, nawet nie wiesz, że ja tu, tak blisko ciebie za tobą tęsknię!

Pisać nie mogę dłużej, unosi mnie szał, szczęście, że Terenia już jest ze mną, teraz już jest moja! Mój pomysł zatrzymania się w Wiedniu był oto kaprysem, który trafił na świetny humor fortuny. Cóż za szczęśliwy uśmiech losu! Gdybym nie usłuchał wczoraj dziwnego nakazu opatrzności, uciekalibyśmy teraz z Terenią od siebie w przeciwne strony, ona do Krakowa, ja do Rzymu. No, nie wyobrażam sobie swojej miny w hotelu „Quirinal” gdyby mi powiedziano, że panie odjechały do Wiednia.

Jutro... jutro... ujrzę Terenię.



6 sierpnia

Fragment tekstu niepoprawnie rozpoznany przez program OCR:

[soiuz 8iu 'aiqa{s uieuz qa{ m aiqos

){iąs ais >pj óqrtpQ

{bC zrazsrn i znjpzm {opso>j uia|6aiqazy

>ppą ez Szoui /Susbjm mAąpdrezszoy idazspod pjsue^zs

app {wup — Stun^op zazid feuEAVopj/5pod osoiiomaSzid

ju np3jBzrt\ az qoB[3łoq ip^uu{ m srafzsanu feSoui *ep{

^s^iu osoiuort^od cuąopod pfe^S 'i"a?eq /^aiuSfeps łfsf

^is uiajfeuBrej, "urazoiiJo z {uĄfews op te>tapoqort\ Siuajra^

juajczjfn iuzQjiqo/yy\ faiąrułjo eui^zso '30Jas ouibs m

jiuui cjnpjn *Bqfiqo bubjbzs 2azad bugjsbu *iuap ijb(

ejqso {s^ui ajfte^ -q3etsj8{d m uiajnzon

3{soiupcxl sapjef j •"feiuajiaj- z qnjs foui

bis atzpaq az 'aiuazEjm majci^ -aiDatooan a{um{zp atutu

Bjiqosodsn 'ywzjp npjBmło od {pazav\ uną faop\ '/

uiaimoq uiajAj 'osoiąouies {

tiu bu urafBłjazD 'azjBjg tod 'ayweu (auzooq m "aiapson /y\ •aiUBmaizpodsapi /toeqoz aiuui ^pB 'aiuazejm ajnvSn\ niajsj, cu apjef 'oazifn uia{ -BpiQ apuałui fefoui B{pe8po Bqznp fią 'ijEł UBfiawojflńau -bui } niupai/y\ m psouDaqo fefotu o (aiusazo«\ ap B|Bjzp -aywop atu Etuajaj, /vq *iua{euSeJd aiuzoapjtag 'cuejałg o69ławrtg Bjopso^ op ais urajcpn oma fempois o '9Z1 -qop {ojosav\ ajuui {toj^cu /Suzoauqs 'Auzoijsazid >jauey ńircjqn znf uojAj pajsozs o \ AiizpoB faą ajmpapz a^us -{od m luai^zicuiazjd fca uiapdsazy fepBauo iua{susez m { ajs^iun /w oiaia^ fazszojpfeu uiazejqo 2

bym takiej porażki najdroższych uczuć i najbardziej wytęsknionych marzeń, nie zniósłbym utraty Tereni...

Zdawało mi się, że czekam wieki...

Wtem na jasnym tle drzwi w głębi ujrzałem cień smukłej postaci. Ona! Tak, Terenia! Weszła sama. Nie zerwałem się, by biec do niej, tylko dlatego, że stałem zahipnotyzowany widokiem jej postaci. Szła prędko, środkiem nawy, lekka i zgrabna, dziwnie drobna przy ogromie świątyni. Dążyła wprost przed wielki ołtarz. Pożerałem ją chciwymi oczyma. Terenia uklękła przy kracie prezbiterium, podniosła oczy na ołtarz, a ja... ja nie ruszałem się z miejsca jak bym był wkuty w posadzkę.

Ciemna, wiotka postać dziewczęca modląca się w skupieniu to wszakże Terenia, moja Terenia i ja jeszcze nie jestem przy niej? Patrzyłem na nią. Kapelusz z białym woalem ślicznie otulający jej główkę odsłaniał leciutko jej profil ładny, wdzięczny w rysunku, uroczy. Nagły poryw uniósł mnie ku niej. Panując nad sobą, podszedłem krokiem spokojnym i z lewej strony uklęknąłem przy niej.

Odwróciła do mnie głowę gwałtownym ruchem i zakwitła nagle jak róża opromieniona słońcem. Odruchowo zerwała się z kolan niby ptak do odlotu, lecz silnie zatrzymałem ją za rękę.

— Tereniu...

Sam nie wiem, jak mi to imię spłynęło na usta. Patrzyłem w jej oczy zdumione bezmiernie, pełne iskier szczęścia, pełne pytania... Musiała dostrzec zachwyt najwyższy w moich źrenicach, bo spłonęła jeszcze mocniej. Długie, ciemne rzęsy zatrzepotały niby skrzydełka jaskółek nad przeźroczystą tonią jej głębokiego wejrzenia. Spuściła oczy na chwilę i znowu z nieopisanym urokiem podniosła je na mnie — ufne i gorące. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu tak bardzo wymownym. Słowa były zbyteczne w onej minucie. Pochyliłem nisko czoło i rękę jej uwięzioną w mojej dłoni przycisnąłem do ust Sięgnąłem po drugą, oddała mi ją serdecznie. Usłyszałem jej szept:

— Czy to nie sen? Skąd pan tu?

— Jechałem do ciebie i po ciebie. Przeczucie zatrzymało mnie w Wiedniu.

Cała promieniująca uśmiechem cofnęła ręce z moich dłoni ruchem łagodnym i oczyma wskazała mi ołtarz. Zrozumiałem ją. Obejrzałem się na kościół. W ławkach siedziało kilkanaście osób. Skąd i kiedy tu się wzięli?

— Chodźmy stąd! — szepnąłem.

— Zaraz będzie msza, zostańmy proszę.

Za to spojrzenie i za ten słodki szept mógłbym jej tu publicznie paść do nóg. Klęczałem bardzo blisko, tak że ramieniem dotknąłem jej ramienia.

— Czy pani otrzymała moje listy?

— Tak, na dwa dni przed wyjazdem z Rzymu. Te listy zdecydowały o moim powrocie.

— Więc odgadłaś, że przyjadę do Rzymu, jeśli...

— Tak, ale...

W tej chwili przed ołtarz wyszedł ksiądz. Terenia wydobyła z woreczka list i podała mi go. Schowałem go w dłoni.

Ofiara się rozpoczęła.

Spojrzałem na kopertę z marką austriacką, adres mój do Uchań. Rozerwałem list.

Wiedeń, 5 sierpnia.

Listy pana otrzymałam w chwili, gdy byłam bardzo nieszczęśliwa. Od kilku dni bowiem jestem w niełasce u cioci Hańskiej i to mnie boli, bo przedtem była dla mnie zawsze bardzo dobra. Ale odmówiłam mojej ręki Albertowi, który jest moim stryjecznym bratem, a którego chcieli koniecznie ożenić ze mną. Nie mogło się to stać nigdy, a tym bardziej wtedy, gdy poznałam pana. Teraz zrozumiałam, że wysyłając mnie tak szybko do cioci Hańskiej, stryj Piotr chciał mnie przede wszystkim usunąć od pana, zapewne po tym balu tak pełnym drogich wspomnień. Nic mi nie mówiono o Albercie, który nas spotkał dopiero w Wiedniu. Był to dyplomatyczny wybieg stryja w tajemnicy nawet przed moją mamą. Mama nie życzy sobie w ogóle małżeństwa dla mnie. Było mi smutno, ach, jak smutno! Po balu zostałam z obrazem pana w duszy wyrytym głęboko. Wiedziałam, czułam, że pan przyjedzie do Porzecza i pragnęłam odwlec wyjazd do Krakowa narzucony mi niespodziewanie, ale nie zdołałam dokonać tego. I oto pan tam był na drugi dzień po moim wyjeździe. Przeczułam, że adresu mego nie dadzą panu w Porzeczu, ale byłam pewna, że gdy drogi pan zechce mnie odszukać, to zwalczy wszelkie trudności. I odgadłam dobrze. Drogi panie Romanie, więc słowa pana w tym niezapomnianym walcu to nie był wpływ chwilowego wrażenia? Więc pan mnie istotnie kocha i chce mieć mnie dla siebie? Jakże jestem ogromnie szczęśliwa! W listach pana jest taka siła uczucia, taka potęga woli, że mi pan wprost rozkazuje, bym życie mu oddała z ufnością. Uczynię to bez wahania, bo i ja kocham pana serdecznie i z radością w sercu żoną pana zostanę. Teraz kiedy mi pan wyznaje swoje uczucia tak szczerze, kiedy jestem ich pewna, muszę również wyznać, że i ja tak samo jak najdroższy pan, od razu wtedy, w lesie, odczułam, że pan jest tym, którego jedynie pokochać mogę, bo nikt nigdy nie wywarł na mnie takiego wrażenia jak właśnie pan. Byłam tak dalece pod pana wpływem, że czułam się już jego od tamtej chwili. Jakie to dziwne, prawda?

„Los nas złączył na tej rzece jakby złotymi więzami i od razu w sercu moim zapalił płomienie dla ciebie. Pragnę płomieniem tym pochłonąć cię, jedyna moja, by serca nasze stopiły się w tym ogniu świętym w jeden bezcenny klejnot szczęścia i zachwytu. Dziś ci już przysięgam, Tereniu moja, że gdy zechcesz życie swe ze mną podzielić, jedynym dążeniem moim będzie opromienić ci przyszłość przy moim boku, osłodzić ją moją miłością. Chcę, abyś wsparła główkę na mojej piersi z ufnością i wiarą w naszą wspólną drogę żyda. Chcę z cudownych spojrzeń oczu twoich czerpać siłę na życie całe i wiarę bezmierną i urok, a z ust twych pić rozkosz, najdroższa...”

Cytuję słowa z listu drogiego pana, by go zapewnić, że płomień twego serca był bardzo silny, skoro od razu pochłonął mnie i przykuł na całe życie. Wszystko to, co mi obiecujesz, drogi panie Romanie, napełnia mnie szczęściem niewysłowionym, a to, czego ode mnie żądasz, będziesz miał ofiarowane ci z głęboką wdzięcznością za taką jak twoja miłość. Chcę być dla ciebie, drogi panie, skoncentrowaniem wszystkiego, co najdroższe w życiu, najwierniejsze i najpiękniejsze, byś całe życie wspominał chwile naszego spotkania na rzece jako moment błogosławiony, ręką Bożą zesłany na nas. Chcę ci stworzyć niebo na ziemi. Czy zdołam...? O to błagam Boga, by mi pozwolił urzeczywistnić moje marzenie...

List kończył się zawiadomieniem, że jedzie do Krakowa, dokąd ma przyjechać jej matka proszona o to jeszcze z Rzymu, w celu omówienia pewnego projektu, który powstał po odmowie danej Albertowi.. Skończyłem go czytać, gdy zabrzmiały dzwonki na podniesienie. Uklęknąłem znowu obok Tereni i za jej przykładem pochyliwszy nisko głowę, szepnąłem wzruszony do głębi duszy:

— Podaj mi rękę, dziecko.

Podała mi prawą pod ramieniem lewej. Ująłem ją w silnym uścisku i wciąż pochylony szepnąłem znowu:

— Dziękuję ci, najdroższa, za ogrom szczęścia, jakie mi dajesz, Tereniu moja.

— Tak, jestem twoja — odszepnęła ufnie z prostotą.

Podniósłszy głowy utonęliśmy w swoich oczach z rozkoszą prawie boskiej ekstazy. Niewidzialne prądy łączyły nas w szczęściu i spajały mocą zachwytu. Ściskałem jej rękę jakby już ręce nasze wiązała mistyczna stuła. To był pierwszy istotny moment naszej wspólnej przysięgi. I wtedy nagle, z radością przypomniałem sobie mój szafir nabyty wczoraj... Miałem go przy sobie. Gdy niespodziewanie klejnot ten błysnął na palcu Tereni, spojrzała na mnie zdumiona i szepnęła z rzewnym uśmiechem jakby trochę spłoszona:

— To naprawdę już nasze zaręczyny?

— Więcej, to nasze zaślubiny duchowe, jedyna moja.

Ręka jej drgnęła w moim uścisku i nie puściłem już jej do końca mszy. Odeszliśmy od ołtarza i wychodziliśmy ze świątyni w glorii szczęścia.

Spotkanie moje w hotelu z panią Hańską, uprzedzoną o mojej obecności przez Terenię na chwilę przedtem, odbyło się ceremonialnie, wedle wszelkich form kodeksu towarzyskiego.

Siostra Piotra Orlicza stylem swoim przypominała brata — dużo pozy i sztucznej uprzejmości przy dystynkcji wielkiej damy. Twarz miała bladą, oczy błękitne, a przy siwych włosach wyjątkowo wyraziste, ruchy metodycznie wyrachowane, nieco przesadne. Brak jej tylko krynoliny i peruki pudrowanej, a byłaby skończonym typem markizy z dworu Ludwika XIV. Przyglądała mi się badawczo, ale dyskretnie i była grzeczna. Lecz pod kurtuazyjną glazurą odczuwało się lodowatość mrożącą.

Pomimo iż miałem słońce w duszy, udało mi się zachować doskonały chłód, którym bezwiednie ująłem sobie tę damę. Im bardziej byłem sztywny wobec niej, tym życzliwiej patrzyła na mnie.

Podczas wspólnego śniadania, w południe, podano mi depeszę z Rzymu.

— Odpowiedź z „Quirinala” — rzekłem, podając telegram Tereni.

Pani Hańska przeczytała go również przez swoje szkła. Uśmiechnęła się subtelnie.

— Gdyby nie... ostatnie wypadki i list pana do Tereni, byłybyśmy teraz w Ankonie, o ile już nie na Adriatyku. Co wtedy?

— Wtedy podążyłbym za paniami — odrzekłem z lekkim ukłonem.

— Dokąd?

— Tam, dokąd by panie jechały.

— Wierzę, wygląda pan na człowieka, który uparcie dąży do swego celu, a tacy zwyciężają. Pan już jechał do nas z palmą zdobywcy, nieprawdaż?

— Nie, pani, jechałem dopiero po ową palmę, z bardzo silnym pragnieniem, z niezłomną wolą, by ją zdobyć. Lecz, czy ten błogosławiony laur uwieńczy moje czoło, nie byłem bezwzględnie pewny.

— Czyż pan w ogóle bywa czego niepewny?

— Gdy chodzi o największy skarb człowieka, o szczęście własne — skłoniłem nisko głowę ku Tereni — potrafię się nawet trwożyć.

Pani Hańska podniosła do oczu lornetkę. Po chwilowej obserwacji, podczas której zamieniliśmy parę słów serdecznych z moją dziewczyną, pani Hańska złożyła szkła i uśmiechnęła się znowu dyskretnie.

— Mój brat, Piotr, jest bardzo stanowczy i przewidujący. Przeczuwa ludzi przez skórę, jak mówią. Nazywamy go rodzinnym Metternichem. Przeczuł pana i niebezpieczeństwo poważne grożące od pana Albertowi, to prawda, ale na swej dyplomacji przegrał na całej linii. No, nie docenił, że wzywa do gry Poboga z Krąża... i takiego jak pan... Nulle chance!

Skłoniłem się jej z chłodną uprzejmością.

— Szanowna pani pozwoli, że sprostuję, jestem Pobóg z Uchań.

— Och, to brzmienie nowe! Pobóg z Krąża to tak samo jak...

— Święty Franciszek z Asyżu — palnąłem rozdrażniony.

Dama zaśmiała się, tracąc na swej sztywności.

— Prawie, jeśli chodzi o ścisłość w skojarzeniu nazwisk. No, na świętego pan nie wygląda co prawda! Lepsze byłoby jakieś porównanie rycerskie, na przykład Spytko z Melsztyna lub Zawisza Czarny, albo bohaterskie Orland Szalony — uśmiechnęła się — bo chociaż te ostatnie to tylko imiona z przymiotnikami, nie zaś z nazwą miejscowości, lecz jednakowo same się bezwzględnie nasuwają na usta. Zatorzeccy mogą być właścicielami ziemskiego majątku Krąż, lecz ideowo Krąż zespala się tylko i zawsze z Pobogiem. Istnieje zresztą ogólne przekonania że Zatorzeccy są uzurpatorami na Krążu przez jakiś straszny błąd ludzki czy ironię losu, czy chwilowy kaprys przeznaczenia, ale tylko przypadkiem.

Zastanowiły mnie te słowa pani Hańskiej. Nie powiedziałem jej oczywiście o odnalezieniu kopii testamentu ani o tym, co mnie w ogóle spotkało w Krążu. Od Tereni zaś wiem, że jej również nie powtarzała moich zwierzeń, które tylko poufnie wyznałem Tereni wtedy, w lesie, nad rzeką. A zresztą i Terenia mi wówczas wyjawiła taką samą opinię ogółu.

Śniadanie zbliżyło nas z ciotunią. Wierna dawnym obyczajom dama ta miała pewne skrupuły, by Terenia jechała sama pod moją opieką do Krakowa, lecz czułem, że się krępuje wyjawić to głośno przede mną Terenia ułatwiła jej wybrniecie z sytuacji.

— Ależ cioteczko — rzekła z figlarnym uśmiechem — przecież miałam jechać z Wiednia zupełnie sama, więc chyba tylko wtedy cioteczka mogłaby się obawiać o mnie?

Pani Hańska pogroziła nam palcem z wytworną miną markizy.

— No, no, nie obawiajcie się, towarzyszyć wam, niestety nie mogę. Ostatnie wypadki pokrzyżowały mi zupełnie dawne plany.

— A prosiłam ciotunię, że pojadę sama z Rzymu. Nie i nie! To już nie moja wina.

— Ach, petite, za wiele wzbudzasz interesu w pasażerach, zwłaszcza oczy Włochów nazbyt cię przepalały. Chociaż nie chciałaś być Orliczową, lecz mam do ciebie słabość... Zresztą wiodło mnie tu widocznie przeczucie, że ja będę pierwsza, która uściska was jako narzeczonych.

Wyciągnęła do nas ręce.

Ucałowałem je skwapliwie i gorąco, głowy nasze z Terenią zetknęły się ze sobą przy objęciu pani Hańskiej.

— Daj Boże, by ta moc... upiorna, którą pan zahipnotyzował naszą, no... i swoją już Terenię, trwała zawsze w jednakowej potędze uroku. Co do Tereni to jestem pewna, że jej czaru nigdy pan nie wyczerpie i nigdy się nim nie nasyci. To nasza petite charmeuse!

— Tak, i dla mnie jest od pierwszej chwili poznania i pozostanie na zawsze Therese enchanteresse — rzekłem, tuląc rączki Tereni do swoich ust.

Ciotunia klasnęła wytwornie w ręce skrzące się brylantami.

— Tres chic! Znakomicie powiedziane! No na takie określenie już by się Albert nie zdobył nigdy. — Ucałowała mnie w głowę rozpromieniona. — Zdaję mi się, że pan może być despotą, ale despotą... aksamitnym, a taki jest najniebezpieczniejszy. Strzeż się Tereniu — rzekła wdzięcznie.

Lody zostały przełamane i stopniały od razu w atmosferze obopólnej serdeczności. Ciotunia obiecała nam, że będzie na naszym ślubie, a żegnając nas na kolei, zastrzegła, aby Terenia zatrzymała się w Krakowie nie u niej, gdyż mieszkanie jest puste, lecz u pani Śniadeckiej — serdecznej przyjaciółki pani Orliczowej. Widząc w ręku Tereni ogromny pęk róż szkarłatnych, pani Hańska uśmiechnęła się swoim subtelnym uśmieszkiem i rzekła na pożegnanie:

— Niech te róże będą jedynym płomieniem między wami.

— Jak to, tylko tyle nam pani życzy?! — udałem oburzenie, odgadując jej intencję.

— Och, na czas podróży, zaznaczam — zmrużyła dowcipnie oczy. — Chcę być spokojna o moją pupilkę.

Skłoniłem się jej głęboko, kładąc rękę na sercu. Pociąg ruszył.

W przedziale wagonu oprócz nas było jeszcze parę osób, które drażniły mnie niepomiernie. Siedzieliśmy z Terenią naprzeciw siebie. Mogłem patrzeć w jej oczy prześliczne koloru ciemnych fiołków, mieniące się jak klejnoty pełne iskier, promienne, spoglądające na mnie z niewymownym czarem spoza szkarłatnych róż. Bardzo długie i gęste, ciemne rzęsy kryły mi często urok jej spojrzenia, a czasem spoza róż widziałem tylko jej czoło jasne jak alabaster, gładkie, dziewicze, okolone miękko bujną falą włosów jedwabistych. Terenia jest niepospolitym typem wykwintnej szatynki o jasnej cerze delikatnej okraszonej lekkim rumieńcem. Wygląda tak, jakby była ciągle w blasku porannej jutrzenki... Muskała ustami kwiaty, a mnie przenikał dreszcz rozkosznych przeczuć i zazdrościłem różom jej ust. Jeden z kwiatów płonących dłużej niż inne na jej drobnych wargach o kształcie różowych muszelek, zerwałem gwałtownie i przytuliwszy jego płatki do ust własnych, schowałem go do portfela.

— Będzie mi symbolem twoich ust do czasu, aż...

— Za chłodny i prędko straci świeżość — odszepnęła i jednocześnie oblała się szkarłatem krwi jak te róże, w które wtuliła całą twarzyczkę zmieszaną, a taką uroczą.

Uniesiony szaleńczo jej słowami, pochyliłem się ku niej, lecz oprzytomniałem, rzuciwszy wzrokiem na przygodnych towarzyszy podróży. Dwóch Austriaków i jakaś starsza niewiasta rozmawiali z ożywieniem, często obserwując nas.

Terenia zrozumiała mnie i uśmiechnęła się.

— Ci także odgadli w nas narzeczonych, tak samo jak i portier w „Erzherzog-Karl”, który nam taką owację życzeń wypowiedział na pożegnanie jakby toast weselny. Wszystko to robi ten potop róż od pana.

Odpowiedziałem jej, że portier mógł mieć dużo powodów do uważania mnie za jej narzeczonego, choć początkowo zapewne uważał mnie za odpalonego konkurenta.

Terenia była uszczęśliwiona, że tak przejednałem ciotkę Hańską, która w Rzymie po zerwaniu z Albertem okazała jej dużo niezadowolenia, nawet chłodu. Wtedy Terenia napisała do Porzecza do matki, prosząc, by przyjechała do Krakowa, gdzie chciała zawiadomić ją o swoim projekcie poszukania posady dla siebie, gdyż wobec tego, co zaszło nie mogłaby, w swoim mniemaniu, mieszkać teraz w Porzeczu.

Gdy usłyszałem o tym projekcie posady dla niej, zaciąłem zęby, byłem zły. Wyczuła wyrzut w moim wzroku i pochylona lekko ku mnie, szepnęła tonem usprawiedliwienia:

— Wszakże nie mogłam przeczuć, że będę... żoną pana, a stryjowi narzucać się teraz nie chciałam.

— Moje słodkie, dzielne dziecko, rozumiem cię zupełnie.

Ze czcią uścisnąłem jej ręce, nisko chyląc czoło. Opowiedziała mi, że przeżyła chwilę niezwykłą w kościele świętego Stefana. Rano w dniu wyjazdu do Rzymu modląc się przy tej samej balustradzie prezbiterium, gdzie odbyły się nasze zaręczyny, usłyszała szept wewnętrzny, że będzie moja, gdyż jesteśmy dla siebie przeznaczeni. Tak wyraźny był ten szept, że uznała go za objawienie wyższej woli i teraz, wracając po moich listach, pragnęła w tym samym miejscu podziękować Bogu za szczęście. Gdy mnie ujrzała nagle tuż przy sobie, w pierwszej sekundzie doznała wrażenia halucynacji spowodowanej nieustanną myślą o mnie, zwłaszcza że zjawiłem się jej w tym samym miejscu, gdzie słyszała wtedy głos proroczy.

Powiedziałem jej, że właśnie wówczas, tego samego ranka, gdy ona przeżywała tę chwilę w kościele, ja dojeżdżałem do Wiednia. Przyjechałem bowiem w kilka godzin po ich wyjeździe.

— Szczególne! O ile przedtem bruździł mi ciągle jakiś zły duch przekorny, to od pewnego czasu odczuwam życzliwą opiekę niewiadomej mi siły, która niemal krokami moimi kieruje. A co najdziwniejsze, że w takich momentach prawie zawsze widzę przed sobą portret pradziada Hieronima — rzekłem w zamyśleniu.

— Pradziad opiekuje się teraz panem widocznie, ale w takim razie wolą jego było, abym ja...

— Abyś się stała moim szczęściem, jedyna. Może to nagroda zesłana przez pradziada na mnie za krzywdę wyrządzoną jego synowi.

I opowiedziałem Tereni o swoich poszukiwaniach w Krążu uwieńczonych odnalezieniem kopii testamentu i „spowiedzi” Halmozena. Naturalnie na razie nie wyjawiałem tajemnicy tego drugiego dokumentu.

Terenia zaciekawiła się całą tą sprawą, ale gdy ją spytałem, czy mi radzi dochodzić praw swoich na zasadzie odnalezionej kopii, odrzekła z żywością:

— Teraz? Za życia pani Zatorzeckiej, nigdy! I pan chyba tego nie zrobi? To byłoby publiczne oskarżenie staruszki, strasznie kompromitujące. To by ją mogło zabić. Jeśli istotnie ona ukryła testament i z taką krzywdą brata na sumieniu potrafi żyć, to jednak jestem pewna, że z takim ciężarem nie zdoła umrzeć. Sumienie się w niej ocknie i przemówi groźnie, może nawet dopiero w godzinie zgonu, ale wtedy byłby wasz odwet naturalny, ręką Boga sprawiony. Wtedy, o ile by to nastąpiło, Pobóg nic nie miałby sobie do wyrzucenia i z kryształowym czołem objąłby w posiadanie należne mu dziedzictwo.

Patrzyłem na nią z zachwytem i miałem ochotę całować jej stopy.

— Jesteś stworzona na żonę dla Poboga — rzekłem z dumą — bo i my z ojcem nie pokusimy się o Krąż, zwłaszcza za życia babki I w ogóle nie chcemy już mieć do niego pretensji, chociaż horoskopy przyszłości Krąża w rękach Gabriela i Ślazów... nieciekawe.

— I to zapewne najwięcej trapi babkę Zatorzecką — odrzekła Terenia.

Zamyśliła się nagle trochę smutno. Gdy spytałem o powód tego smutku, spojrzała na mnie łzawymi oczyma.

— Lękam się spotkania z mamą — szepnęła. — Mama ma również taki dramat w duszy, który ją dręczy i czasem do absurdu doprowadza... A teraz, gdy się dowie, żeśmy zaręczeni...

— Czyżby mama chciała występować przeciw twojej woli?

— I szczęściu niech pan doda. Mama upatruje szczęście w innych celach życia... dla mnie szczególnie. To jest wiecznym cieniem między nami. Kocham mamę bezmiernie i święta jest dla mnie jej wola, lecz zawsze mam złe przeczucie, że jest w mamie jakiś wyrok na mnie tak ciężki, że go nie zmogę. A wtedy...

— Rozumiem, o czym mówisz, ale teraz już nie możesz się obawiać, by żądanie mamy, abyś została zakonnicą mogło trwać dalej. Teraz już ja zamykam kategorycznie drogę do podobnych projektów i proszę cię, Teruś najdroższa, nie zakłócaj spokoju sobie i nie psuj nam chwil szczęścia takim zgrzytem.

— Pan nie zna mamy. Najzacniejsza, złota dusza, ale prawie do maniactwa oszołomiona swoją ideą.

— Jaką ideą? — spytałem nagle zaniepokojony.

— Och, to długa historia, nie mówmy o tym. — Ożywiła się, oczy jej błysnęły weselem. — Pamięta pan wtedy w lesie pod jodłami, nad rzeką, gdy mi pan opowiedział o Krążu, chciałam mu również opowiedzieć naszą historię rodzinną i przerwał nam Krzepa... Jaka to była cudna noc.

— Pamiętam, Teruś, każdy najdrobniejszy szczegół spotkania naszego, każde słowo twoje i każdy uśmiech. To była nasza noc opatrznościowa, noc świętojańska, która dała nam w posiadanie kwiat paproci.

— Tak, tak! i on będzie nam kwitł, darząc nas szczęściem całe życie! Więc dobrze się stało, że Krzepa przeszkodził mi w opowiedzeniu smutnej historii. Zostało wspomnienie tylko promienne. Historię mojej rodziny opowiem panu później.

— Jak chcesz i kiedy chcesz. Ale jeszcze słówko. Pisałaś w liście do mnie, że wysłanie ciebie do cioci Hańskiej było dyplomatycznym wybiegiem stryja przed mamą. Więc mama nie wiedziała o projekcie wydania ciebie za Alberta?

Terenia uśmiechnęła się, ślicznie mrużąc oczy.

— Owszem, projekt ten był mamie wiadomy, lecz nie uważała go za groźny. Albert to mój stryjeczny brat, miałam dla niego zawsze uczucie tylko siostrzane. O tym, że on będzie z nami w podróży stryj ukrywał i przed mamą, i przede mną. To była tajemnica. Zresztą Albert...

Pochyliłem się do niej i biorąc jej ręce, spytałem patrząc w oczy z uśmiechem, lecz przenikliwie:

— No, proszę mi się tu zaraz wyspowiadać, jaki jest ten mój rywal?

Pochyliła głowę przekornie.

— Już nie rywal! Albert to chodząca encyklopedia medyczna i prosektorium zarazem. On jest ciągle w todze przygnębiającej powagi. Miałam wrażenia że on patrząc na mnie, rozpatruje mnie przede wszystkim anatomicznie. Umiał rozmawiać tylko o tym i o roślinach leczniczych. Nawet kwiaty pozbawione tych walorów były dla niego tworami bezwartościowymi. Muzyki nie lubi, męczy go. Ile razy dla mnie poszedł do opery lub na koncert, był rzetelnie znudzony i zapewne myślał wtedy także o prosektorium, które wszędzie zwiedzał z pasją.

— Trzeba mu było grać ciągle „Taniec szkieletów”, może by go to przez analogię zainteresowało.

— O... jaki złośliwy! — zaśmiała się Terenia. — „Taniec szkieletów” zapewne oburzyłby go jako profanacja. Ja się boję takich ludzi, którzy nie lubią muzyki i kwiatów. Kiedyś w Rzymie na spacerze w ogrodzie botanicznym włożyłam mu umyślnie do butonierki śliczną złotożółtą różę. Krępował się ją wyrzucić, bo przecie zabiegał o mnie, ale krzywił nos, bo go zapach drażnił i wreszcie tak zmajstrował, że niby to zgubił różę i udawał zasmuconego... Potem dałam mu białą kamelię, to taki zimny, martwy kwiat jakby tylko dla niego, ale i ten spotkał podobny los. Stary Rzym nie interesował go wcale, nawet gniewał, a na moje zachwyty odpowiadał niezmiennie, że to są gruzy bezpożyteczne.

Wstrząsnąłem się na takie bluźnierstwo. Terenia to zauważyła.

— A widzi pan! Dokuczałam mu za to strasznie, ale nie przekonałam go. Jedynie lubił Via Appia i tam mi się oświadczył.

— Tego momentu właśnie zupełnie sobie nie wyobrażam.

— Może pan być pewny, że był zastosowany stylem do tych starych grobów, wśród których zebrało się Albertowi na wyznanie. Biedny Albert, żal mi go. Życzę mu szczęścia z całej duszy. Jest dobry, przystojny, podobny do cioci Hańskiej, jakby jej syn, tylko blondyn. Ciocia miała do mnie żal za niego. Ależ ja jemu nigdy szczęścia bym nie dała, to niemożliwe, nie, nie! — pokiwała energicznie głową.

— O swoim szczęściu nie mówisz?—spytałem głucho.

— Moje szczęście było już zdecydowane w sercu, wtedy, w noc świętojańską.

Ogarnęła nas nowa fala uroku. Po chwili Terenia rzekła w zamyśleniu:

— Ciocia Hańska pragnęła zawsze, abym wyszła za Alberta i swatała mnie z nim jeszcze wówczas, gdy po ukończeniu nauk w klasztorze, byłam w Krakowie na kursach dopełniających mojej edukacji i mieszkałam u cioci. Ale teraz, gdy przyjechałam do niej z Porzecza, ciocia, zdaje mi się, od razu zwątpiła w możliwość swoich i stryja Piotra zamiarów co do małżeństwa mego z Albertem. Odgadła bowiem...

Umilkła i spojrzała wymownie w moje oczy, po czym rzęsy jej opadły na policzki

— Co odgadła? — spytałem szeptem, pochyliwszy się ku niej.

— Że oddałam już serce pewnemu... szatynowi o smagłej cerze i ciemnych, uroczych oczach, w których wyczytałam, że i on... nie odda mnie nikomu.

— Teruś! Bo porwę cię w ramiona!

Chwyciłem jej ręce, tuląc je do rozpłomienionych ust.

— Panie Romanie... Rom... patrzą na nas! — szepnęła spłoszona.

— Niech cały świat patrzy, że jestem najszczęśliwszy z ludzi! — zawołałem z głębi serca przepełnionego najświętszym uczuciem dla niej i... najgorętszym ogniem.

Podróż zeszła nam jak sen piękny, lecz zbyt krótki.



10 sierpnia

Oczekujemy przyjazdu pani Orliczowej i po całych dniach jesteśmy razem z Terenią. Im więcej ją poznaję, tym silniejsze więzy przykuwają mnie do niej. Jest inteligentna, umysł ma żywy i bystrą spostrzegawczość oraz subtelność natury. Urokiem tchnie, otacza ją czar przedziwny, który wywiera na mnie wpływ magnetyczny. Istotnie jest Therese enchanteresse. Przy tym jest tak bardzo już moja duchowo, pomimo swej indywidualności, że to jedno może oszałamiać i upajać. Nie zawiedziesz się najdroższe dziecko moje, na tym, któregoś wybrała tak umie na całe życie, bo oddałbym ci życie własne, bylebyś była szczęśliwa. Już zdobyliśmy szczęścia tak wiele że się zdumiewam nad tym cudem nieoczekiwanym.

Zwiedzamy razem Kraków znajomy nam dobrze, ale zawsze kochany i ciekawy. Wieczory spędzamy w cichym saloniku pani Śniadeckiej, która grywa nam na fortepianie różne stare melodie. Są one doskonałym akompaniamentem do nieskończonych rozmów naszych. Muzyka pani Śniadeckiej cicha i słodka jak zwierzenia babki czynione wnuczce drażniłaby mnie w każdym innym czasie. Lecz gdy mam przy sobie Terenię, mogę znieść nawet obecność mnóstwa kotów, które rozpanoszyły się tam ze zdumiewającą bezczelnością. Jest ich pełno. Gdy pani Śniadecka gra, koty dekorują gęsto fortepian i jej kolana, gdy krząta się po mieszkaniu, łażą za nią całą procesją senną mruczące. Małe to mieszkanko posiada prócz kotów dużo starych zabytków dawnej zamożności. Kilka pięknych portretów, meble antyczne bardzo cenne, trochę szanownych książek i szpargałów. Ale przede wszystkim na właścicielce tych rzeczy znać starą, wyborną patynę dobrego rodu i wychowania. Niezwykle miła osoba, poważna wiekiem, ale nie staruszka, gościnna i serdeczna. Można jej wybaczyć nawet ciągłe asystowanie nam w roli przyzwoitki, co mnie jednak niecierpliwi i doprowadza czasem do rozpaczy. Gmina kocia bywa także wielce uprzykrzona.

Wczoraj wieczorem jednak błogosławiłem te koty z całej duszy. Siedzieliśmy z Terenią w półmroku lampy wysokiej okrytej sutą krynoliną abażuru z różowego jedwabiu. Pani Śniadecka grała Mendelssohna. Nastrój był drażniący, bo zbyt często od fortepianu spoglądały na nas jej czujne oczy, a gdy tylko za długo zatrzymywałem ręce Tereni w swoich, zaraz słyszeliśmy kaszlnięcie. Po każdym takim sygnale Terenia robiła zabawnie dramatyczne oczy i oboje przykładnie składaliśmy ręce w małdrzyk, cofając się szybko w głąb foteli. Nagle ze stołowego pokoju rozległo się rozdzierające miauczenie. Pani Śniadecka skoczyła przerażona od fortepianu. Załamała ręce.

— Ach, mój Boże! To głos Pluszka! Ktoś go skrzywdził. Wybiegła z salonu. Terenia także zerwała się z miejsca.

Zatrzymałem ją za rękę stanowczo. Zaśmiała się.

— Chodźmy ratować. Cóż za pisk!

— Ależ niech wrzeszczą jak najdłużej! Boże, im dopomóż! Teruś ani kroku, najmilsza, błagam! — błagałem ustami i oczyma.

Usiadła posłusznie.

— Pan zawsze błaga i zawsze rozkazuje — szepnęła z niewysłowionym wdziękiem. — Pan pewno jest okropny despota.

— Okropny!

— Ładna perspektywa! Słyszałam, że wszyscy Pobogowie byli despotami.

— Tak i wszyscy mieli zawsze bardzo uległe żony.

— Doprawdy! — uśmiechnęła się przekornie. — Więc ja będę wyjątkiem w tej tradycyjnej regule.

— O, nie! Ja jestem straszny, mnie trzeba słuchać.

— Otóż właśnie, pomimo tej groźnej miny, idę ratować koty.

Zatrzymałem ją i odgrodziłem od salonu zręcznym posunięciem fotela. Przy tym ruchu wypadł mi portfel z bocznej kieszeni marynarki. Terenia błyskawicznie go podniosła, oddając mi. Otworzyłem i pokazałem jej zgniecioną, nadwiędłą już różę — pamiątkę z wagonu.

— Teruś, pamiętasz?

— O... pan ją jeszcze ma dotąd? Ale już straciła swój szkarłat...

— Spiłem go ustami. Terenia spłonęła ogniście.

— A widzi pan? — próbowała brawury. — Mówiłam, że jest chłodna i prędko zwiędnie.

— Bo to tylko wątły symbol twoich ust... Patrzyliśmy chwilę na siebie. Spuściła rzęsy.

— Rom, nie patrz tak na mnie, bo te twoje przymrużone, despotyczne oczy...

Była czarująca w tym spłoszeniu, w tym odczuciu moich pragnień. Przyciągając ją do siebie, szeptałem:

— Różę szkarłatną spaliły moje usta, bo to był tylko symbol. Teruś! Twoje usteczka przeciwnie, zapłoną gorętszą purpurą...

Oddychała szybko. Pierś jej falując może przeczuciem upojenia, podnieciła mnie do szaleństwa. Oplotłem ją mocno ramieniem, wrzałem...

— Chcę ustek twoich...

Z tym szeptem posiadłem je i długo trzymałem pod mocą moich zachłannych warg. Gdy oderwaliśmy się od siebie, byłem pijany rozkoszą, jaką mi dały jej różowe, gorące, drobne, soczyste usta. Na ochłodę przytulałem do nieskończoności jej dłonie do twarzy i czoła swego... Była oszołomiona pierwszym pocałunkiem... Spojrzała zamglonymi lekko oczyma w moje oczy. Rzęsy jej drżały jak łątki i zakryły mi znowu głębokie tonie jej źrenic. Usta jej płonęły teraz istotnie jak najżywszy szkarłat. Gdy jej to powiedziałem pieszczotliwym szeptem, odszepnęła, darząc mnie przedziwnym wyrazem swego spojrzenia:

— I znowu uległam twojej władzy...

Przepływały nad nami i łączyły nas prądy wszechmocnej, zawsze potężnej, szczerej i żywiołowej jak natura miłości.

W kwadrans po tym, przy kolacji musieliśmy wysłuchać ubolewania pani Śniadeckiej nad kocią katastrofą. Oto Atłasik wskoczył na kredens i pił śmietankę z kubka. Zobaczywszy to Pluszek, Tygrys i Barchanka, poczuli zazdrość w kocich sercach i dalejże na kredens! Ale za nimi wskoczył jeszcze i brutal Kudłek, potem Cap, Miauk, Pisk, Szarotka i Pieczarka — stara kocica. Kudłek do spółki z Miaukiem zboksował wszystkie koty, ale najwięcej ucierpiał Pluszek, bo mu imbryk z gorącym mlekiem spadł na nos. W chwilę potem poparzony nieborak w bandażach, kompresach leżał w łóżeczku, rozmyślając nad znikomościami kredensowych smakołyków.

Zauważyłem w sobie niezwykły objaw cierpliwości. Nigdy bym bowiem nie przypuszczał, że takiego raportu o kotach zdołam wysłuchać spokojnie. Ale miałem przed sobą Terenię i jej oczy roziskrzone podnietą.



11 sierpnia

Pani Orliczowa przyjechała dziś w południe, prędzej niż sądziliśmy. Terenia prosiła mnie, bym matki nie witał na dworcu, gdyż ona chce sama uprzedzić ją o mnie i naszych zaręczynach. Usunąłem się tedy, obserwując z daleka powitanie matki z córką.

Pani Orliczowa wydała mi się zmieniona i dziwnie surowa. Parę godzin wałęsałem się samotnią oczekując wedle umowy z Terenią na kartkę od niej, by przyjść i powitać matkę. Wreszcie zaniepokojony brakiem wiadomości, pośpieszyłem do mieszkania pani Śniadeckiej.

Powitała mnie sama z tajemniczą miną, kładąc ostrzegawczo palec na ustach.

— Co się stało? — spytałem zdziwiony.

— Nic, nic, niech pan tu spocznie w saloniku. Bo to widzi pan, Terenia miała dużo przykrości od matki. Od razu jak tylko przyjechała, zauważyła te wszystkie kwiaty od pana, bo u mnie w domu nigdy takiej oranżerii nie bywa... i spytała, co to znaczy. Terenia, jak to ona, rzuciła się matce na szyję i wyznała wszystko. O listach pańskich do Rzymu, o spotkaniu w Wiedniu i że jesteście narzeczeni. Awantura, drogi panie! Matka dostała ataku nerwowego, mdlała, zrobił się gwałt, przyszedł lekarz, polecił spokój i ciszę. Mnie powiedział, że to raczej na tle histeryczno-nerwowym, ale że z sercem nie nazbyt dobrze, więc ostrożność nie zawadzi. Terenia biedactwo, spuchła od płaczu, ale to dzielna dziewczyna i bardzo pana kocha.

— Czyli, że powodem rozpaczy pani Orliczowej i... płaczu Tereni jestem ja... — rzekłem matowym głosem.

Doznałem uczucia, że stoję pod jakimś murem, który oto zaraz runie... Czyżby miał mnie zmiażdżyć? Pani Śniadecka złożyła ręce na piersiach.

— To nie chodzi o to, drogi panie, czy to pan, czy byłby Albert Orlicz, czy kto inny, bo matka w ogóle nie chce, żeby Terenia wyszła za mąż...

— Dlaczego? Cóż to za wyrok dziwaczny?

— Ot, widzi pan, jakby to panu powiedzieć? Matka pragnie, a postanowiła to sobie jeszcze wtedy, gdy Terenia była dzieciną malutką, że ją poświeci Bogu, że Terenia będzie zakonnicą i teraz żąda tego.

Zatrząsłem się z gniewu i oburzenia. Mur runął, ale mnie nie zmiażdżył, cios nie wydał mi się nawet groźny.

— To wprost barbarzyńskie żądanie! — zawołałem zły. — Zamykać taką Terenię, w której życie wre, w klasztorze, bez powołania? To średniowieczna tyrania, to absurd! Ale to się nie stanie, bo ja na to nie pozwolę! Kocham Terenię i ona mnie kocha, więc nasze szczęście potrafię ocalić od niedorzecznych pomysłów matki. Gdzie jest Terenia, pragnę ją zobaczyć!

Pani Śniadecka patrzyła na mnie serdecznie

— Ja wiem, wiem, że pan ją ocali... Ale widzi pan, Joasia ma obłęd na tym punkcie... Bo trzeba panu wiedzieć, że ona sama od małego dziecka była poświęcona Bogu. Wychowywała się w klasztorze na zakonnicę, ale nie miała powołania, męczyła się strasznie. Dopiero moja matka nieboszczka, dawno to już dawno, zrządzeniem losu wyrwała Joasię z klasztoru w Belgii, prawie w przededniu składania ślubów zakonnych. Matka moja opiekowała się nią aż do czasu wyjścia jej za mąż. Związek małżeński zawarła bardzo późno, bo za karę, że nie została zakonnicą postanowiła trwać w panieństwie całe życie. Bóg chciał widocznie inaczej, bo wyszła w końcu za Józefa Orlicza z Reńczyc, ojca Tereni. Kilkoro dzieci starszych straciła, co znowu sobie poczytywała ze karę jak zawsze i wszystko, aż dostała manii na tym punkcie. Gdy Terenia, najmłodsza, przyszła na świat Joasia wymarzyła sobie, że to ona odkupi błąd matki i przywdzieje habit Joasia, panie drogi, to wyjątkowo zacna kobieta, ale okropnie biedaczka nieszczęśliwa. Trzeba być dla niej wyrozumiałym, bo to męczennica własnego obłędu.

W miarę słuchania słów pani Śniadeckiej zdawało mi się, że i ja dostaję obłędu. Co się ze mną wówczas działo, opisać nie potrafię, nie zdołałbym wyrazić. Gdy cichy głos pani Śniadeckiej umilkł, powtórzyłem jak w malignie:

— Joasia? klasztor...? Co to jest, na Boga?

Nagle myśl jak błyskawica zapaliła mi iskrę w mózgu, iskrę oślepiającą. Chwyciwszy ręce pani Śniadeckiej, spytałem nie swoim głosem:

— Kto zamknął małą Joasię w klasztorze w Belgii?

— Co to panu? Jezus, Maria!

— Kto zamknął Joasię w klasztorze? — powtórzyłem gwałtownie.

— Jej własny ojciec, podobno za jakieś swoje grzechy...

— Jak się nazywał jej ojciec?

— Krzysztof Hradec-Hradecki. Co to panu, drogi panie? Pan tak strasznie zbladł — usłyszałem przerażony głos Śniadeckiej.

Wyprostowałem się i odetchnąwszy głęboko, przetarłem ręką czoło wilgotne. Krew spłynęła mi do serca. W tej chwili weszła Terenia. Na widok jej smutnej twarzyczki i zapłakanych oczu wzburzyło się we mnie wszystko. Porwałem jej ręce jak najdroższe talizmany mego szczęścia i zawołałem z podnieceniem niezwykłym:

— Ty moja, tyś mi oddana wyraźną wolą Boga przeznaczenia, losu, opatrzności! Oddana jesteś mi wolą twego dziada. On ciebie dla mnie przeznaczył! Ręka woli silniejszej nade wszystko na świecie kierowała naszymi losami. Jesteś moja, na wieki moja!

— Oddana wolą mego dziada..? Co pan mówi, co panu jest, Romku?!

— Powiem ci wszystko, ale nie teraz. To jedno musisz wiedzieć, Tereniu najdroższa, że już matka twoja nie będzie żądała od ciebie ofiary habitu, gdyż sama zrozumie, żeś ty tylko dla mnie przeznaczona...

Nic jej więcej dziś nie powiedziałem. W głowie czuję chaos. Ileż niespodziewanych zdarzeń przeżywam ciągle od chwili wyjazdu do Krążą. Nie! już od momentu spotkania się z Gabrielem w operze warszawskiej...

„Spowiedź” Halmozena przejrzałem raz jeszcze. Jakie wrażenie zrobi na pani Orliczowej ten manuskrypt ojca nieznanego, bo wszak muszę go oddać jej. To jej własność... jej dziedzictwo.



12 sierpnia

Dziś rano Terenia powiedziała mi, że matka jest zdrowsza, ale nie opuszcza swego pokoju. Postanowiłem się z nią zobaczyć koniecznie. Wszak od tego zależał spokój nas wszystkich. Terenia, uproszona przez mnie, uprzedziła matkę o mojej prośbie, zaznaczając w moim imieniu, iż sprawa jest nagląca, bardzo ważna i poufna. Po długich certacjach pani Orliczowa zgodziła się wreszcie przyjąć mnie.

Wchodząc do jej pokoju, doznałem wrażenia, że jest to osoba jakby już nie z tego świata. Jej twarz była uduchowiona, prawie przeźroczysta. W oczach szarych, dużych był mistycyzm i szczególne natchnienie, zupełnie nieziemskie. Wydało mi się, że to oczy pokutnika Hradeckiego patrzą na mnie w tej chwili, gdy świętą misję jego spełniam. Wszak to córka jego i nieszczęsnej Jeannette Ducasse. Na mój ukłon matka Tereni podała mi w milczeniu rękę białą jak opłatek. Nie wiem sam, jak się to stało, że przyklęknąłem przed nią i rękę tę ucałowałem jak relikwię. Wskazała mi krzesło na wprost siebie. Usłyszałem głos cichy, zmęczony.

— Dotrzymał pan danego mi słowa, że odszuka Terenię wbrew mojej woli i będzie ją chciał zabrać dla siebie.

W słowach jej drżał żal, który mnie dotknął.

— Kocham Terenię nad życie i pragnę naszego szczęścia, gdyż... i ona mnie kocha.

— Tak, niestety, tak. Ale ja o innym losie marzyłam dla niej. Przeznaczyłam ją... przeznaczeniem jej jest, może wolą Boga... nawet..

Z trudem walczyła, by wypowiedzieć przede mną słowo: klasztor lub habit. Pochyliłem się i ująwszy delikatnie jej rękę, przytuliłem do niej usta.

— Pani szanowna pozwoli mi dokończyć. Oto Terenię sam Bóg przeznacza mnie, przez niesłychany zbieg faktów kierowanych ręką losu. Pani sama to przyzna, gdy dowie się o wszystkim. Terenia jest niejako promieniem, który dwie rodziny pogrążone przez szereg lat w ciężkiej doli duchowych cierpień i ekspiacji, ozłoci blaskiem nowym. Przez małżeństwo zaś ze mną spełni przeznaczenie wskazane jej mocą wyższą i może nawet, wolą ojca pani.

— Mego ojca? Stąd pan wie o moim ojcu? — spytała zdumiona.

— Zaraz to wytłumaczę. Lecz obawiam się, czy to pani nazbyt nie wzruszy. Wrażenie będzie silne, uprzedzam.

Na twarzy pani Orliczowej wystąpiły plamy jaskrawe. Utkwiła we mnie oczy otwarte szeroko, pełne niebywałego zaniepokojenia i zapytała drżącym głosem:

— Skąd pan w ogóle wie o moim ojcu? Chyba jakaś omyłka? Czy może Terenia panu co mówiła?

— Nie, pani droga, to powtarzam zbieg faktów bardzo szczególny.

I nagle ostatnie pytanie pani Orliczowej przypomniało mi ową chwilę w lesie, w noc świętojańską, gdy Terenia miała mi opowiedzieć smutną historię swej rodziny. Chwilę tę przypomniała przed kilkoma dniami w wagonie, jadąc z Wiednia. Lecz ani ona, ani jej matka nie wiedzą zapewne połowy tego, co zawiera „spowiedź” pokutnika.

— Jak nazywał się mój ojciec? — padło nagle zimne pytanie Orliczowej.

Patrząc jej prosto w oczy, powiedziałem imię i nazwisko. Zadrżała i ciężko opadła na poręcz fotelu. Twarz ukryła w dłoniach. Ale gdy poruszyłem się zaniepokojony o nią, spojrzała na mnie oczyma pełnymi łez i rzekła z mocą:

— Niech pan mówi dalej, mogę już wysłuchać wszystkiego.

Teraz ja spytałem.

— Czy pani wie, co to jest Sławohora?

— Nie!

— Jest tam stary pałac nad Dunajcem, rezydencja majątku i lasów.

— Nie znam i nic o nim nie słyszałam nigdy. Ale cóż to ma za związek z moim ojcem?

Wtedy zacząłem jej opowiadać dość szczegółowo o mojej pierwszej bytności w Sławohorze i wrażeniu, jakie wywarła na mnie. Potem skierowałem opowiadanie na Krąż i na ostatnie moje tam przeżycia, to jest odnalezienie kopii testamentu pradziada i „spowiedzi” księdza Halmozena. Pokazałem pani Orliczowej rulon papierów, które przyniosłem ze sobą.

— Oto jest właśnie „spowiedź” księdza pokutnika, z której szanowna pani dowie się wszystkiego.

Matka Tereni wyciągnęła rękę po papiery.

— Czy mam to czytać sama? — spytała głuchym głosem.

— To zależy od woli pani i od jej nerwów. Są tam zapewne fakty znane pani z historii jej rodziny, lecz są i szczegóły zupełnie dla pani nowe...

— Pan mówi pokutnika? Mój ojciec był również pokutnikiem? Skądże ten ksiądz Halmozen zna historię mojej rodziny?

— Wytłumaczenie jest w tym manuskrypcie

Pani Orliczowa trochę mechanicznie rozwijała rękopis. Powstałem z krzesła i ukłoniłem się.

— Pan odchodzi...? Więc ja mam to czytać sama? — powtórzyła przestraszona.

— Sądzę, że tak będzie najlepiej. Pani jest właśnie osobą, dla której ten dokument został przeznaczony. Ja go odnalazłem i upoważniony wzmianką autora rękopisu, którą pani odnajdzie na początku tekstu, przeczytałem go i teraz oddaję w ręce pani jako prawnej właścicielce.

— Pan mnie zdumiewa! Jak to? Więc te papiery zagadkowe są moją własnością? To coś niepojętego, ja tego nie rozumiem, panie — mówiła gorączkowo.

— Wczoraj od pani Śniadeckiej dowiedziałem się przypadkowo, pewnych szczegółów z młodości szanownej pani, jak również nazwiska pani ojca. To mnie upoważnia do wręczenia jej tego dokumentu. Jest to zarazem spełnienie nałożonego na mnie obowiązku.

Matka Tereni przysunęła do oczu rękopis, ja opuściłem pokój. W saloniku zastałem Terenię samą. Podbiegła do mnie żywo, podając obie ręce.

— Cóż mama? Pan rozmawiał z mamą o nas... nieprawdaż? Czy... pan przekonał? — pytała niespokojna z wypiekami na twarzy.

— Mama czyta obecnie dokument odnaleziony przeze mnie w Krążu, razem z kopią testamentu mego pradziada, o czym ci mówiłem, Teruś. Jest to „spowiedź” księdza Halmozena, którego ty, dziecino moja najdroższa jesteś... rodzoną wnuczką.

I opowiedziałem jej wszystko. Wrażenie było ogromne.

W godzinę po tym, Terenia niepokoiła się już bardzo o matkę, ja zaś miałem również wyrzuty, że zostawiłem ją samą z taką lekturą. Nagle do salonu weszła pani Śniadecka, prowadząc pod rękę panią Orliczową. Marka Tereni była bardzo podniecona i dziwnie radosna. W oczach jej błyszczał promień szczerego entuzjazmu.

Podeszliśmy oboje prędko, jakby jedną silą pchnięci. Pani Orliczowa podała mi rękę, a gdy pochyliłem się nad nią, rzekła silniejszym niż zwykle głosem:

— Miałeś słuszność, panie Romanie. Terenię sam Bóg przeznaczył tobie i wola mego nieszczęśliwego ojca przeznacza ci ją również. „Spowiedź” mego ojca, którą tobie powierzył, bo skoroś ty ją odnalazł, to wyraźny znak opatrzności, uwalnia Terenię od, jak sądziłam, obowiązkowej ofiary z jej strony jako rehabilitacja za mój błąd i nieposłuszeństwo względem woli ojca. „Spowiedź” mego ojca ocala i mnie. Ojciec daje mi rozgrzeszenie. Całym życiem swoim okupiłam błąd popełniony, tak jak ojciec mi to przepowiedział proroczo. — W jej oczach błysnęły łzy, usta jej drżały... — Terenia twoja, Romanie! — rzekła z mocą. — Niechże ona w rodzinę Pobogów wniesie takie światło i pokój, jakie wniósł do mojej duszy, do mego serca... ten manuskrypt ojca. Ojciec tobie powierzył tajemnicę swego życia, swojej pokuty, męki i... wolę swoją ostatnią. Wierzę, że ciebie wybrał na męża i opiekuna swojej wnuczki. A oto ja was... błogosławię tym...

Trzęsącą się ręką wydobyła zza stanika medalik złoty Jeannette Ducasse i kreśliła nim znaki krzyża nad pochylonymi przed nią w głębokim wzruszeniu głowami Tereni i moją.



Warszawa, 16 sierpnia

Terenia upierała się trochę, by zwiedzić Sławohorę. Byłem skłonny zadośćuczynić jej prośbie, lecz matka sprzeciwiła się temu stanowczo. Postanowiliśmy więc wstąpić tam po ślubie, przy okazji naszej podróży do Włoch. Opowiedziałem mojej dziewczynie o wizjach jej postaci, które ujrzałem tam na ławce omszałej, pod platanami i nadmieniłem, że chcę ją tam zobaczyć, ale już jako moją żonę. Na tę myśl szaleję.

Onegdaj przyjechaliśmy do Warszawy. Ojciec mój uprzedzony przeze mnie telegraficznie, oczekiwał już nas w Hotelu Europejskim. Przedstawiłem ojcu Terenię. Chwila ta była należycie podniosła i wzruszająca. Wrażenie obopólne było najlepsze, a spotęgowało się bardziej, gdy oznajmiłem ojcu, że Terenia jest córką Joanny Hradec-Hradeckiej. Przeczucia ojca, iż Halmozen splecie się z moją przyszłością tak jak i Terenia, którą poznałem przez Krąż, sprawdziły się w zupełności. Ojciec jest oczarowany przyszłą synową. Po pierwszych momentach wzruszeń, ofiarował Tereni pęk róż uchańskich i całując ją w czoło, rzekł z uczuciem:

— Stań się ich siostrą, dziecko najdroższe... i kwitnij w Uchaniach dla Romka, ciesząc moje oczy waszym szczęściem.

Promienność tych cudownych dla mnie chwil zaćmiły przywiezione mi przez ojca listy z Krążą. Potop listów! Znowu od Korejwy i od Krzepy, ale i od Gabriela i... od babki. Te dwa najbardziej mnie zaciekawiły. Babka pisała krótko:

Przyjedź Romanie, obecność twoja jest mi potrzebna do osiągnięcia względnego spokoju. Ty umiesz wpływać na Gabriela, on się z tobą liczy, a to dla niego teraz konieczne. Zdaje się, że wszyscy odetchną, gdy przyjedziesz. Nie zwlekaj! Ziemia pali się pod moimi stopami. Uszanuj prośbę starej kobiety nieszczęśliwej, którą przekonałeś dopiero ty pierwszy, że istnieje serce, może nie dla mnie, ale ciepło jego potrafię odczuć... i tego mi teraz brakuje, jak zresztą przez cale życie.

Smutkiem powiało z tego listu, jakby cień grobowej kaplicy omroczył mi dusze. Gabriel pisał widocznie w pasji:

Przyjedź prędko i wytłumacz mojej narzeczonej, że nie ty, lecz ja jestem właścicielem Krąża. Te stare pudła, mamuty zamkowe naopowiadały Ślazowi, że dlatego, iżeś Pobóg, dziedziczysz Krąż. Weronika kocha mnie głęboko, jestem jej pewny, ale ojciec, niegodziwy bałwan, dokucza jej i wmawia w nią, żeś ty pan na Krążu i że ja, Zatorzecki, razem z wiedźmą Gundzią pójdziemy stąd precz. Trzeba tylko takiego hipopotama jak Ślaz, żeby podobne banialuki opowiadać. Ale naturalnie biedna Weronika denerwuje się takimi plotkami. Kazałem Gundzi uspokoić Weronikę, przyprowadziłem ją do starej i... wyobraź sobie, zamknęła się i nie przyjęła mojej narzeczonej. Weronika mieszka już teraz w lewym pawilonie, w dawnym apartamencie mojej matki, bo ja tak chciałem. Gundzia jeszcze nie wierzy, widzę, w moją władzę, ale kiedy wreszcie uwierzy, będzie za późno. Wtedy pożałuje swojego uporu. Żeby już nareszcie te „borsuki” zdechły, ten drab Krzepa i nietoperz Paschalis, czarci syn, wtedy bym Gundzię na miotle przez komin wyprawił tam, gdzie jej właściwe miejsce, to jest na Łysą Górę... Ale gdy oni żyją, mogliby ją diabelskimi sztuczkami wyratować, bo chociaż nienawidzą jej również jak i mnie, ale zawsze swój swego broni. Mam nadzieję, że przyjedziesz. Tego cymbała Ślaza też trzeba koniecznie umiejscowić. Zaraz po ślubie wyprawię go z Krąża na cztery wiatry. Tymczasem trzeba mu zakneblować pysk, żeby mi narzeczoną nie denerwował. Gdy przyjedziesz, a zechcesz, zabierz ze sobą portret wiadomy, który może być równie dobrze uważany za twój własny. Nie chcę go mieć w Krążu. Może byś zabrał i tę lucyperską parę, Paschalisa i Krzepę, skoro cię tak uwielbiają. Oddałbym ci za tę przysługę... babkę Gundzię w dodatku. Możesz wówczas otworzyć w Uchaniach muzeum żywych mamutów, co ci sprawi przyjemność, skoroś taki amator starożytności.

Gabriel zdaje się goni resztkami rozumu. Biedna babka!

Korejwo i Krzepa piszą w tym samym duchu, co listy poprzednie, tylko z większym naciskiem błagają o mój przyjazd. Paschalis podobno przeraża sobą nawet Krzepę, który przypuszcza, że dni jego policzone i że już ma obłęd wyraźny. Ciągle mówi o mnie, mnie wzywa i mnie widuje przed sobą w swoich majakach. O babce pisał Korejwo, że całymi dniami siedzi zamknięta u siebie, a w nocy leży krzyżem. Widmo na krużganku ukazywało się znowu i okna zamkowe świeciły dwukrotnie.

Pojadę do Krąża, choć wiem, że nic tam nie zrobię, ale może niejedno złagodzę, oprócz Ślaza oczywiście i jego córki. Z nimi bowiem widzieć się nie chcę, ani się do nich wtrącać.

Podobno Jerzy Strzelecki był w Krążu u Korejwy, pytając o mnie. Wyobrażam sobie, jakie ta wizyta zrobiła wrażenie na wszystkich pozostałych.



20 sierpnia

Matka Orliczowa zostaje z Terenią w Warszawie do czasu ślubu, który ma się odbyć za sześć tygodni. Ślubu udzieli nam ksiądz Julian Borowski, zacny człowiek i serdeczny przyjaciel naszej rodziny. Teruś najdroższa zgodziła się na to chętnie.

Mam teraz mnóstwo zajęcia. Chcę upiększyć Uchanie, muszą być jak cacko na przyjęcie Tereni. Odświeżę i ozdobię dom, zwłaszcza pokoje przeznaczone dla nas. Gdy pytałem Terenię o pewne szczegóły, by je swoim gustem wybrała, odrzekła mi wdzięcznie, iż pozostawia to mnie, gdyż wierzy w moje poczucie piękna, ponieważ zdążyła je zauważyć.

— Sama sobie powiedziałaś teraz, najdroższa, komplement — odrzekłem, chłonąc w pocałunkach jej ręce.

Ojciec powstrzymuje mnie trochę w zapędach, zwłaszcza przy kupowaniu nowych ekwipaży i zaprzęgów. Tłumaczę, że wszystko musi być godne Tereni, zaczynając od prezentu ślubnego. Już upatrzyłem naszyjnik odpowiadający temu celowi: dwa sznury pięknych pereł spięte z przodu brylantami — bardzo oryginalny i w wykwintnym smaku klejnot.

Wybrałem dla Tereni zamszowe siodło damskie. Podobno, jak mówił pan Piotr Orlicz, jeździ ona konno wybornie. Wyobrażam ją sobie na uchańskiej angloarabce, Zorzy, kłusującą obok mego Demona po naszych łanach, których będzie panią i złotym ich promieniem. I dla mnie!



21 sierpnia

Z wielką radością powitaliśmy dziś powracającą z Krynicy pannę Renatę. Terenia zaprosiła ją na druhnę jako poniekąd pośredniczkę w odszukaniu się naszym. Ale gdy na drugą druhnę Teruś zaproponowała pannę Justę, zauważyłem z udanym niepokojem i powagą:

— Lękam się, że wtedy ślub nasz może mieć niespodziewaną dystrakcję, bo jak panna Justa poruszona byle jakim wrażeniem piśnie po swojemu, ksiądz Julian może z przerażenia poplątać słowa przysięgi!

— I zamiast Terenia tobie, to ty Tereni przysięgniesz posłuszeństwo — dokończył mój ojciec.

— Niestety, nawet w takim wypadku to mu nie grozi — ślicznie pokiwała główką moja urocza dziewczyna.

— Romek! Za takie słówko i tak wypowiedziane pada się do nóżek, niewdzięczniku! — zawołał ojciec.

Terenia śmiała się wesoło.

— O, to także nie w jego stylu.

— Widzę, że Terenia do reszty zawojowana przez narzeczonego, co będzie potem? — pytała panna Renata.

— Może „vice versa”?

— Och, mówi to pan bez przekonania.

Tak mi dobrze z moją najdroższą, że z dnia na dzień ociągam się z wyjazdem do Krąża. Postanowiłem pojechać tam za kilka dni, robię to tylko dla babki...

Dziś z Terenią i panną Renatą byliśmy na podwieczorku u Loursa. Spotkaliśmy tam Szrenicza. Z grobową miną i z rękoma w kieszeniach siedział nad szklanką mleka, patrząc w nią ponuro. Ujrzawszy nas, pobladł, ale zachęcony uśmiechami panien i moim ukłonem podszedł zmieszany. Zaprosiliśmy go do swego stolika. Po chwili panna Renata palnęła bez ceremonii:

— Cóż to, nie składa pan życzeń narzeczonym?

— Nigdy! — odrzekł z patosem. — Narzeczeni są enigmą, węzłem gordyjskim, który dopiero życie rozpłacze. Składać życzenia można po dwudziestu pięciu latach małżeństwa, ale wcześniej...? To taki sam nonsens, jak gdyby kto pisał historię panowania króla podczas jego wstępowania na tron.

— Słusznie! Podoba mi się pańska teoria! — zawołałem wesoło.

Spojrzał na mnie spode łba.

— Pan teraz w ogóle patrzy na świat i ludzi przez lunetę sięgającą Olimpu. Ale nie trzeba na kwadrydze zwycięskiej wkładać na głowę wieńca laurowego, gdy się ma przed sobą nie pobite jeszcze legie barbarzyńskie.

— Jakie legie? Co pan plecie?! — oburzyła się Terenia.

— Legie lat małżeńskiego pożycia. A zresztą jesteście dopiero u bram ogrójca szczęśliwości. Triumf zbyt wczesny!

Ubawiony jego emfazą, chciałem mu odpowiedzieć podobnym wersetem, gdy odezwała się panna Renata:

— A jednak pan Roman zdobył nawet Vici, o czym pan wątpił w Porzeczu... Okrzyk cezara wypełniony.

Szrenicz wzruszył ramionami.

— Dla wybrańców fortuny nawet Parnas jest łatwy jak... spacer do Łazienek. Apollo wyłącznie dla niego potrafi nastroić swoją lutnię, a Kupido oddaje mu cały kołczan do rozporządzenia...

Gdy prosiliśmy go na ślub, Szrenicz spytał z brutalną szczerością:

— Czy i młody Orlicz, i Jerzy Strzelecki będą asystowali przy tej ceremonii? Jeśli tak, tedy jesteście okrutniejsi niż Achilles, bo trzech Hektorów chcecie wlec za swym rydwanem triumfu.

Terenia zaczerwieniła się ogniście.

— Pan jest obrzydliwy cynik.

— Jestem mieszkańcem ziemskiego padołu i nie znam wyżyn Olimpu.

— Ale za to retorykę studiował pan w grodzie Priama — rzekła Terenia z uśmiechem.

— Zaś filozofię swoją czerpał pan, zapewne, od Diogenesa — dodałem.

Oczy Szrenicza błysnęły. Przeszył mnie wzrokiem i odparł szorstko:

— Mógłbym na wzór Diogenesa powiedzieć panu: Nie zaciemniaj mi słońca, Aleksandrze!

— Tak, ale ja musiałbym najpierw spytać pana o jego życzenie, jak to uczynił Aleksander — odrzekłem z lekką drwiną. — Ja zaś panu podobnych pytań nie zadaję.

— Zaniechajmy szermierki — sprytnie rzekła Terenia. Rozmowa potoczyła się na inne tematy, jednak lekko podminowana rozgoryczeniem Szrenicza.



24 sierpnia

Przeżywam epopeję mego życia. Terenia jest jej bohaterką. Coraz silniej ją kocham i co dzień czynię w niej nowe odkrycia. Oto prócz uroku niewyczerpanego, jak słusznie mówiła pani Hańska, są w Tereni zasoby walorów duchowych i moc porywów polotnych. Imperatywy jej moralnych zasad nie stają w poprzek jej żywotności i fantazji bujnej — okrasza nią wszystkie swoje czyny, zamiary, pragnienia. Jest praktyczna, ale naturę ma szeroką i czasem wydaje się rozrzutna. Zaczęła uczęszczać na jakieś sześciotygodniowe kursy kuchenne. Gdy jej zabraniałem, odrzekła kategorycznie, że za mało umie w tej dziedzinie, której dobra znajomość jest dla gospodyni domu niezbędna. Oprócz tych kursów studiuje coś jeszcze z zakresu ogrodnictwa praktycznego, uczy się sporządzania przetworów owocowych oraz pakowania owoców i kwiatów na eksport, ponieważ ojciec mój naopowiadał jej o intensywnie prowadzonych ogrodach w Uchaniach. Ale nie dość jej tego — doucza się muzyki na fortepianie, pomimo iż gra bardzo ładnie. Ponoć dowiedziała się, że jestem znawcą i miłośnikiem tej gry. Zabawny dzieciak! Ponadto kupiła sobie, ku rozpaczy matki, przybory malarskie, czyli farby olejne, pastele, blejtramy oraz atłasy, jedwabie i wzory do haftów, bo dowodzi, że musi przystroić dom uchański swoimi robotami. Nakupiła mnóstwo książek w dobrym wyborze, a gdy jej mówiłem, że posiadamy sporą bibliotekę, odrzekła mi kapryśnie, że i ona chce coś wnieść do naszego dorobku w tym zakresie. Matka narzeka, że za te sprawunki byłoby więcej rzeczy domowych i strojów potrzebnych dla mężatki, więc Terenia dowiodła jej bardzo wdzięcznie, że bielizny ma dużo, a to jest najważniejsze. Że zaś będzie mniej sukienek, to głupstwo. W ferworze swego dowodzenia zwróciła się do mnie:

— Czy to mało pięć tuzinów koszul i...

Umilkła i stanęła cała w pąsach. Pani Orliczowa zasłoniła rękoma uszy.

— Tereniu, bój się Boga!

Chwyciłem rączki mojej dziewczyny spłonionej jak róża i szepnąłem z szelmowskim zapewne uśmiechem:

— Najciekawsze bywa niekiedy to krótka...!

— Daj spokój Rom... cóż jestem winna, że pana uważam już za... naszego...

— I ja ciebie za swoją, przeto ten „pan” zaczyna mnie już drażnić.

Terenia stanęła na palcach i szepnęła mi z porozumiewawczym słodkim uśmiechem:

— Mama nie lubi inaczej, trzeba się do tego stosować. Gdy któregoś dnia pani Orliczowa zasłabła, Terenia cały dzień przesiedziała przy niej, nie ruszając się od jej łóżka. Nie mogliśmy jej z ojcem namówić, by zjadła z nami obiad w drugim pokoju. Jest bardzo uczuciowa, nie reklamuje swego serca, lecz rządzi się nim istotnie. Dlatego też w żadnym wypadku nie jest egoistką. Z ofiarowywanych jej kwiatów część natychmiast oddaje jakiejś przyjaciółce czy koleżance, która lubi kwiaty, a nie może pozwolić sobie na ich częste kupowanie. Myśli ciągle o wszystkich, najmniej o sobie. Niepokoi ją Krąż ze względu na mnie, gdyż się obawia, czy nie doznam tam jakich przykrości. Do babki Kunegundy jest usposobiona serdecznie. Zapowiedziała mi, że musimy kiedyś odwiedzić groby pradziada Hieronima i jej dziada Hradec-Hradeckiego. Pani Orliczowa słysząc to, smutnie zwiesiła głowę.

— Kilka lat mieszkałyśmy tak blisko Krąża, nie wiedząc, że tam żył i działał mój ojciec i że jest tam pochowany. Dziwne, dziwne zrządzenie losu.

Pani Orliczowa postanowiła postawić pomnik na mogile ojca.



25 sierpnia

Dziś spotkała nas niespodzianka. Przyjechał stryj Tereni, Piotr Orlicz. Zastał mnie z narzeczoną. Powitaliśmy się z zachowaniem wszelkich form grzeczności. Ściskając moją rękę, powiedział z ujmującą swobodą:

— No panie Romanie, spadasz na ludzi prostopadle z nieba jak sokół i porywasz panny, nie zawoławszy nawet, pardon! A tych co ci są na zawadzie roztrącasz i zwyciężasz samym istnieniem swoim. Mój syn przegrał stawkę poważną, to prawda, ale zawsze przegrywał. Pan Albert sam sobie winien! Pan Albert jest safanduła! Na jego obronę powiem, że nie przewidział takiego jak ty, rywala.

Odpowiedziałem mu w stosownym tonie i zapanowała między nami zgoda przypieczętowana uściskiem. Stryj będzie na naszym ślubie, po czym zabiera panią Orliczową do Porzecza.

— Obrabowałeś, panie Romanie, Porzecze z Tereni. To tak, jakbyś zgasił w nim słońce — rzekł ze szczerym żalem. Lecz zaraz dodał żartobliwie: — Albo, jakbyś zabrał królową z ula, szerszeniu jeden!

— Przeniosę ją na kwiatach do swego ula w Uchaniach — odrzekłem z zapałem.

Orlicz pokręcił siwego wąsa.

— Tedy przepowiadam ci złote miody!

Z moim ojcem stryj bardzo prędko i łatwo porozumiał się. Obaj należą do jednej epoki, a choć różni ich nieco odmienny styl, to jednak dyplomata Orlicz ulega z łatwością swobodnej szczerości i taktowi mego ojca. Może też łączy ich cześć obopólna dla Tereni.



Uchanie, 27 sierpnia

Wpadłem tu, by poczynić niezbędne zarządzenia i przygotować dom na przyjęcie młodej pani. Ganiewicz jest w ósmym niebie, ciesząc się, że dopiąłem celu. Huczał z radości jak bąk, gdy pilnował odnowienia domu i pędził służbę do robienia wszelkich porządków. Będzie drużbą panny Justy. Przynajmniej może on ją zagłuszy. Gdy spytał, czy ładna, odrzekłem, że bardzo bogata.

— Coś kręcisz, biesie jeden! A jeżeli naprawdę ma duży majątek, to sama panna jako dodatek konieczny, niestety, może być mniej tego... tam... wtedy, uważasz... Wiem, że żartuje. Przekonał mnie, by zabrać ze sobą do Krąża kopię testamentu i sygnet pradziada Hieronima. Nie wiem, na co mi się to przyda, ale zabieram. Ganiewicz mówił:

— A czy ci się nie przydała ta „spowiedź”, gdyś jechał do Wiednia?

— To co innego! Tamto woziłem ze sobą, mając stale na myśli odszukanie potomków Hradec-Hradeckiego jako spadkobierców Sławohory.

— No, mówię ci, weź tę kopię. Nigdy nie wiadomo, skąd jaki anioł pokaże skrzydła albo diabeł rogi.

Lapidarny w wyrażeniach, ale tęgi chłop i kochany.



Krąż, 30 sierpnia, szósta rano

Przybyłem tu wczoraj, tak samo jak i pierwszym razem późno w nocy. Noc sierpniowa była cicha, upalna, księżycowa. Na dworcu czekał stary Krzepa, witając mnie z radością wzruszającą. Powóz galowy zaprzęgnięty w najpiękniejszą czwórkę, odświętna liberia Bogdziewicza i uniform strzelecki borowego, o który go nie posądzałem, wszystko to świadczyło, jak byłem tu przez całą administrację i służbę oczekiwany i witany. Bo przecie nie Gabriel zarządził taką paradę. Czyżby to był pomysł babki? Wątpię!

W pawilonie służba męska stanęła strojnym szeregiem na schodach. Korejwo i Chmielnicka oczekiwali mnie u wejścia. Babka, pomimo tak późnej godziny, siedziała w sali jadalnej przy stole. Gabriela nie było. Babka podała mi rękę serdecznie.

— Dziękuję ci, żeś przyjechał — szepnęła. — Długo na ciebie czekałam.

Twarz staruszki była bardzo mizerna, blada, jakby wyrzeźbiona ostrym rylcem w kości słoniowej. Rysy miała prawie zastygłe, usta zaciśnięte, w oczach gorzał jakiś nowy płomień, którego za pierwszej swej bytności nie dostrzegłem. Gdy całowałem jej rękę, babka objęła nagle moją głowę i... o dziwo! na czole uczułem dotyk jej suchych ust.

Podczas kolacji patrzyła na mnie tym zagadkowym płomieniem oczu — u ludzi czynu jest on świadectwem niezłomnej woli, u osób zaś tak zrujnowanych jak babka... niemym krzykiem duszy... Gdy ją zapytałem o zdrowie, machnęła ręką.

— Duszę mam chorą, nawet konającą! Ale ciało... trzyma się silnie ziemi jakby na ironię. Czas by już na mnie, ale muszę żyć, byleby jeszcze...

Ucięła, nie dokończywszy zdania i zaraz zmieniła temat. Żaliła się na Gabriela, opowiadając o jego breweriach. Parę razy załamała ręce i schyliwszy ciężko głowę, powtórzyła z bezmiernym tragizmem:

— Oddany chleb! Oddany chleb!

W pewnej chwili zawołała głosem pełnym bólu, przejmującym:

— Czy ty wiesz, co Gabriel mi zapowiedział? Że jak się tylko ożeni z tą lafiryndą, to mnie z Krąża wyrzuci jak starego grata. Sam mi to powiedział.

— Gabriel jest brutal i wszystko teraz czyni pod wpływem swojej narzeczonej. Babcia nie powinna dopuszczać do takich jego potworności.

— Brutal, mówisz? To przede wszystkim głupiec ordynarny, jeśli nie widzi tego, co widzą wszyscy, nawet Kacper, że Ślazówna go lekceważy, a zależy jej tylko na Krążu. Gdyby on jej się podobał jako mężczyzna, doprowadziłaby na pewno do innego stosunku. Ty Romku, bądź z nią ostrożny, gdyż ona na ciebie powzięła zamiary z powodu różnych tu... takich... okoliczności... Dopytuje się ciągle Chmielnickiej, kiedy przyjedziesz.

— Niech babcia będzie o mnie spokojna! Staruszka ścisnęła mi rękę.

— Spodziewam się i wierzę ci.

— Ja sądzę, że Gabriel jeszcze się otrząśnie i bielmo spadnie mu z oczu. Niech się babcia tak nie denerwuje, bo mam wrażenie, że ten jego szał bardzo prędko się skończy.

Babka zaśmiała się w szczególny, zdławiony sposób, przy którym nie śmieją się ani usta, ani oczy. Zaraz jednak jęknęła żałośnie:

— Oddany chleb!

Byłem podrażniony i chciałem, by ta przykra rozmowa skończyła się jak najprędzej. Babka może to odczuła, bo podała mi rękę i rzekła niezwykle miękko:

— Bóg mi ciebie zesłał, Romek. Jego święta wola! Bóg mi ciebie zesłał na ratunek... Idź, odpocznij.

W swoim dawnym pokoju długo stałem w otwartym oknie i patrzyłem na rzekę zalaną blaskiem księżyca.

Rozmyślałem jak wtedy, gdym w połowie czerwca spędzał pierwszą noc w Krążu. Ileż zmian przez te dwa miesiące! Uniosła mnie tęsknota do Tereni i nowy przypływ rozdrażnienia. Po co jestem tu znowu? Jaki mnie tu sentyment wiedzie i jaka naprawdę moja rola? Ha! zabawię parę dni dla babki, ostatecznie przekonam Paschalisa, a jeśli trzeba będzie to i Weronikę, że właścicielem Krąża jest i pozostanie Gabriel Zatorzecki i... wyjadę. Za pilno mi teraz do Tereni, by mnie Krąż mógł interesować tak, jak to było w czerwcu.

W pewnej chwili rozległy się tony muzyki Gabriela. No, tego warto posłuchać! Wszak on chyba wie, że przyjechałem... Niezbyt jest gościnny! Phi! może już zapomniał, że do mnie pisał... Rapsodia Liszta rozbrzmiewała huczną skalą tonów. Melodia płynęła zda się po falach rzeki, hen, w księżycową dal... Obiecywałem sobie, że jutro popłynę do puszczy pod pamiątkowe jodły.

Po jakimś czasie z głębokich rozmyślań zbudził mnie szelest poza mną. Obejrzałem się. W drzwiach stała Weronika. Zanim ochłonąłem z niemiłego zdumienia, dziewczyna podbiegła błyskawicznie i zarzuciła mi ręce na szyję.

— Co pani tu robi? — zawołałem zły, odsuwając ją stanowczo od siebie. Ramiona jej zdjąłem ze swojej szyi.

— Pan jest niegrzeczny! Ja pana witam, a pan...?

— A ja panią proszę, aby pani raczyła opuścić mój pokój.

Ślazówna upadła na kanapkę. Swoim zwyczajem założyła nagie ramiona za głowę. Piersi w białych batystach i koronkach, nisko odsłonięte uwypukliły się przy tym ruchu wyzywająco. Nogi nagie, tylko w czerwonych trepkach, założyła spod krótkiego szlafroczka jedną na drugą i patrząc na mnie kokieteryjnie, rzekła zduszonym głosem:

— Tęskniłam za panem...

Stałem przed nią wzburzony, lecz bardzo uprzejmie, raz jeszcze powtórzyłem żądanie, by opuściła pokój. Ognie strzeliły z jej oczu.

— Nie, nie pójdę, bo wiem doskonale, dlaczego się pan przede mną broni! Że niby jestem narzeczoną tego muzykusa? — Zaśmiała się niegodziwie. — Niech pan się o to nie martwi, już ja sobie poradzę... z takim jak on! Teraz możemy być pewni, on nam nie przeszkodzi, nie odlezie od fortepianu, żeby się paliło. Czekałam na pana. Tamten mi obmierzł do reszty. — Wyciągnęła do mnie ramiona i mówiła półszeptem: — Pan mi się strasznie podoba... ja pana kocham! Czy pan tego nie widzi? Czy pan jest jak kamień? Skosztuj moich ust raz...

Żądza buchała od niej jak z krateru namiętności — dławiła się nią. Było to coś wprost bezczelnie haniebnego. Pomyślałem mimo woli, że gdyby przyszła do mnie przed dwoma miesiącami, może byłbym bezwzględny nawet w stosunku do Gabriela. Ale dziś? Nie! Odczuwałem do niej nieprzeparty wstręt. Jej natarczywość odpychała mnie i gniewała.

Z sali dochodziły teraz subtelne tony muzyki Schumana. Gabriel, o ironio, grał właśnie „Warum”.

Stojąc ciągle naprzeciw wyzywającej Weroniki i patrząc na nią spokojnie, rzekłem zimnym głosem:

— Mam nadzieję, że pani usłucha mojej prośby, gdyż w przeciwnym razie ja będę zmuszony opuścić ten pokój.

— Nie, zostaniemy w nim razem.

— Czy pani nie liczy się z następstwami swego kroku? Czy pani nie rozumie, na co się naraża?

Żachnęła się gniewnie.

— Mówiłam już panu, niech pana o to głowa nie boli, to moja sprawa.

— Ach tak! Więc zapowiadam pani ostatni raz, że przez wzgląd na Gabriela, który tam gra, marząc o swojej narzeczonej i przez wzgląd na służbę w pawilonie...

— Wszyscy śpią! — przerwała bezwstydnie. — Jesteśmy zupełnie swobodni...

— Żądam, aby pani wyszła stąd natychmiast — dokończyłem ostro.

— A jeśli tego nie zrobię, to mnie pan wyniesie na rękach? — sarknęła. — Owszem, niech mnie pan weźmie na ręce, tego właśnie chcę!

Zerwała się i padła mi na piersi, przylgnąwszy do mnie silnie całym dałem jak ślimak do skorupy. Sięgała do moich ust. Na szczęście jestem wysoki... Odszarpnąć ją od siebie i rzucić na ziemię byłoby dziełem jednej sekundy, ale brutalem nie jestem. Więc... uniosłem ją w górę i poszedłem w stronę drzwi. Weronika zrozumiała mnie inaczej, bowiem wtuliła twarz w moją kamizelkę i szepnęła zdyszana:

— O tak! tak! Niech pan zamknie drzwi na klucz...

— Właśnie, zamknę na klucz!

Z tymi słowami otworzyłem drzwi i prędko niosłem ją przez pokój następny do małego saloniku, tuż obok sal muzycznej Gabriela. Zorientowała się.

— Dokąd pan idzie? Co to znaczy?

Położyłem ją na kanapie, w salonie oświetlonym tylko księżycowym światłem wpadającym przez okno.

— Tu będzie pani lepiej słyszała muzykę narzeczonego. Przyjemnych marzeń — rzekłem grzecznie i opuściłem salonik.

Za chwilę byłem u siebie, przekręciwszy przedtem klucz w zamku. Odetchnąłem z ulgą. Pawilon rozbrzmiewał dalej melodią Schumanowską, która była takim dysonansem, że pragnąłem, by Gabriel zaczął grać co innego. Lecz „Warum” dalej tęskniło jakby się skarżąc. Biedny Gabriel! Czyż nie ma najelementarniejszej intuicji i poczucia własnej godności, że pozwolił się opanować takiej dziewce? To przez nią, tylko przez nią, stał się tak ordynarny w stosunkach z ludźmi. A przecież jest on pierwszorzędnym artystą o bardzo subtelnym poczuciu piękna, o duszy niezwykle wrażliwej na każde drgnienie serca. Och, gdybyś mógł, gdybyś umiał odczuć drgnienia serca w swojej narzeczonej, którą szanujący się mężczyzna musi za drzwi wyrzucać jak natrętną lubieżnicę. Ale cóż! Weronika chwyciła cię mądrze w jasyr swoich zmysłowych podniet i zaślepiła cię. Gdybyś nie był zarozumiałym cynikiem, mógłbym cię uświadomić, dla kogo grasz takie cudowne rzeczy i komu składasz tak bezkrytycznie swoje hołdy. Ale nie chcę się mieszać do waszych spraw, bo ostatecznie cóż mnie może obchodzić twoja miłość! Człowiek każdy jest w znacznej mierze budowniczym własnego gmachu szczęścia lub niedoli. A już w kwestii małżeńskiej tym bardziej. Nie można przewidzieć, jak się pożycie małżeńskie dwojga ludzi ułoży, zwłaszcza że istotnie narzeczeństwo jest enigmą, wedle słów Szrenicza. Ale kobieta, z którą los swój sprzęgamy, chyba zawsze może nam dawać pewne gwarancje. Jakieś odcienia i sprzeczności subtelne w naturze kobiecej mogą być trudne do zrozumienia i mogą sprawiać nam niespodzianki. Lecz takie grubo ciosane natury jak Weronika same się od razu ujawniają bez niedomówienia. I chyba najsilniejsza miłość nie zdoła oślepić mężczyzny do tego stopnia, by nie zdawał sobie sprawy, kto jest jego wybranką. Chyba że wyboru nie ma, ale może się to zdarzyć tylko w jakimś bezmiernym oddaleniu od środowiska ludzkiego.

Długo jeszcze w nocy koncert Gabriela był akompaniamentem do moich rozmyślań. Gabriel grał Mozarta, potem Beethovena, Wagnera, Verdiego, Griega. Zasnąłem przy cichych preludiach Chopina.

Dziś rano, o piątej, obudził mnie szalony świst wichru i grzmoty. Burza rozsrożyła się nad Krążem z gwałtowną nawałnicą deszczu. Ubierałem się przy blasku nie ustających błyskawic. Piorun za piorunem uderzał w rzekę, aż się mury trzęsły. Rzeka wyglądała jakby ją gigantyczne miny wysadzały w górę. Zbałwaniona, pokryta fryzami białej piany ryczała dziko, przewalając się wściekle w swym korycie i ciskając na nadbrzeżny pasek mnóstwo spienionych odprysków. Deszcz siekł z góry kaskadą strumieni, wicher uderzał z taką zajadłością, że rzeka niby gad ćwiczony batami wzdymała się w konwulsjach bezsilnego gniewu.

Lubię burzę, zwłaszcza nad dużą wodą lub w lesie. Przyglądałem się długo rozszalałemu żywiołowi przyrody i dopiero później, po nasyceniu się widokiem, w blaskach błyskawic usiadłem do pisania.

Teraz jest dziewiąta, deszcz przestał padać, chmury mknęły, a przez pryzmat wspaniałej tęczy, która łukiem stacza Krąż przebłyskuje słońce. Ten bogaty barwą łuk wyrasta z prawej strony rzeki za lasem i ginie na drugim krańcu horyzontu, hen poza zamkiem, przecinając ukośnie rzekę swą wstęgą.

Wydobyłem z portfelu fotografię Tereni. Uśmiechała się do mnie moja umiłowana dziewczyna, oczy jej urocze wróżą mi szczęście i dają najlepsze natchnienie... Jest dla mnie bajecznym... kwiatem paproci, skarbem znalezionym w puszczy Krąża...

Wyobrażam sobie zdziwienie babki Zatorzeckiej, gdy jej opowiem o mojej Tereni. Ciekawy jestem dnia dzisiejszego, a głównie spotkania z Gabrielem.

Idę na śniadanie.



Dwunasta w nocy

Mój pamiętnik jest mi, jak widzę, najskuteczniejszym lekarstwem na wzburzone nerwy. Przeżywam w nim powtórnie przeżyte chwile i to mnie uspokaja, daje dobre myśli, łagodzi. Więc i teraz chwytam pióro, by powtórzyć sobie to, co dziś mnie spotkało. Jednakże dzisiejsze wypadki przeszły wszystkie zdarzenia, jakie dotychczas przeżyłem w Krążu i z powodu Krążą. O śnie nie ma mowy! Zresztą dziś nikt w całym Krążu na pewno nie śpi...

Po burzy o dziewiątej rano wyszedłem na śniadanie. W sali stołowej zastałem Gabriela jedzącego zachłannie Był ubrany z większym zaniedbaniem niż zwykle: bez krawata, kamizelkę miał nie dopiętą, włosy w nieładzie. Ale monokl tkwił w oku i zdawał się szydzić ze wszystkiego. Gabriel był sam. Ujrzawszy mnie, wyciągnął rękę na powitanie. Palce miał powalane tłuszczem, mignęły brudne paznokcie. Przemówił ustami pełnymi jedzenia:

— Zapomniałem, żeś przyjechał, no, ale była noc, a ta przeklęta burza zbudziła mnie dziś wcześnie. Weronika także nie mogła biedaczka spać, bo pioruny trzaskały. Podczas burzy siedzieliśmy oboje tutaj, a teraz poszła się ubierać.

— Ty za to nie bardzo się stroisz — rzekłem rozśmieszony jego wyglądem.

Gabriel nadał się i odparł naiwnie:

— Weronika kocha mnie samego, nie zaś moją oprawę. To dziewczyna bardzo rozumna i głęboka.

— Ooo! tak! — potwierdziłem z przekąsem. Gabriel spojrzał na mnie wzrokiem niepewnym. W tej chwili weszła Weronika — bardzo wyniosła i dumna. Jednocześnie Kacper zaanonsował mi uroczyście, że borowy, Krzepa chce się ze mną widzieć. Skłoniwszy się Weronice, chciałem wyjść, gdy nagle Gabriel porwał mnie za rękę i pokazując na Ślazównę, rzekł krzykliwie:

— Powiedz, Romanie, mojej narzeczonej, kto jest właścicielem Krążą!

Popatrzyłem na niego jak na idiotę. Weronika byk czerwona i zła. Gabriel miał w oczach głupi wyraz, śmiał się przykrym śmiechem. Odczułem, że on mi zadaje to pytanie tylko z jej powodu.

— Czy tu zachodzi jakaś wątpliwość i czy komu z nas na tym zależy? — spytałem, wyruszając ramionami.

— Jej zależy, bo uważasz, jej kochany papcio nagadał, że to nie ja, lecz ty jesteś panem na Krążu, no i... ona... uwierzyła. Ha, ha! — zachichotał nieprzyjemnie.

Weronika targnęła go za ramię bez ceremonii.

— Milczałby pan! — rzuciła wulgarnie.

Przyszła mi złośliwa myśl do głowy. Zwrócony do Weroniki, ukłoniłem się jej z przesadną grzecznością i rzekłem:

— Wiem, jak bardzo kocha pani swego narzeczonego i że pani, naturalnie, nic a nic nie zależy na tym, czy on jest, lub nie właścicielem Krąża. Ale na wyraźne życzenie Gabriela odpowiadam, chcąc panią uspokoić zupełnie, by już nie było kwestii, że Krąż należy do pani narzeczonego.

Skłoniłem im lekko głową i opuściłem salę. Wezwałem do siebie Krzepę i zacząłem z nim rozmawiać. Borowy prosił mnie, bym zaraz poszedł do zamku, bo z Paschalisem dzieje się coś niedobrego. W nocy czekał na mój przyjazd, a gdy mu Krzepa wytłumaczył, że przyjdę dopiero rano, wpadł w rozpacz i już od świtu w bibliotece wyprawia różne dziwy.

W trakcie opowiadania Krzepy, przebiegł koło nas roześmiany Kacper. Usłyszałem jak obok w garderobie opowiadał głośno służbie:

— A to Gabriel klęczy przy Ślazównie i całuje ją w łydki, a ona, nogi wysunąwszy naprzód, beczy czegoś. Hi, hi! pewno ze złości, bo i klnie, i chustkę drze zębami. Mnie wypędziła z pokoju jak psa! Hi, hi, hi!

Krzepa usłyszał również to samo i pokiwał głową żałośnie. Z garderoby dobiegł głos starszego lokaja:

— Ot kiedy nieszczęście, to nieszczęście! Wychodziłem już z Krzepą z pawilonu, gdy Chmielnicka, biegnąc w moją stronę, odwołała mnie do babki.

Staruszka była jeszcze bardziej podniecona niż wczoraj. Wyglądała zagadkowo, a jej dziwny niepokój udzielał się mimo woli. Miałem wrażenie, że otacza ją atmosfera trwogi, że ją coś przeraża. Rozglądała się dokoła niepewnie jakby ktoś niewidzialny był w pokoju. Ten jej popłoch nieustanny przygnębiał i drażnił jednocześnie. Zadała mi najpierw pytanie zdawkowe, czy dobrze spałem i naiwne, czy się nie bałem burzy. Zupełnie co innego mówiła niż myślała. Nagle rzuciła pytanie gorączkowe:

— Paschalis cię wzywa? Podobno... zwariował?

— Jest chory. Idę do niego.

— Zostań jeszcze, zostań! Roman! — krzyknęła ze strachem, chwytając moją rękę.

Parę minut milczała, siedząc ze zwieszoną głową i rękoma założonymi na piersiach. Potem zaczęła mnie wypytywać o dom, o ojca: czy ojciec pytał o nią, czy pyta o Krąż, skąd znam Strzeleckiego, który był w Krążu dopytując się o mnie.

— Poznałem Strzeleckiego w czerwcu, na balu w Porzeczu.

Babka zrobiła wielkie oczy.

— Ty byłeś w Porzeczu... Skąd? Co? Nic mi o tym nie mówiłeś...

Wtedy opowiedziałem jej wszystko — od spotkania Tereni, aż do zaręczyn w Wiedniu. Babka słuchała zdumiona. Pokazałem fotografię mojej narzeczonej. Staruszka popatrzyła i szepnęła:

— Orliczówna? Ależ tak! Ona z matką w Porzeczu mieszka od niedawna, śliczna dziewczyna... Ale ona miała być zakonnicą? Wiem też, że Orlicz przeznaczył ją dla swego syna.

— Doskonale babcia poinformowana — uśmiechnąłem się.

— Wiem wszystko, co się dzieje w okolicy. Wiem, że mnie nazywają czarownicą, a niektórzy pewno i gorzej...

Zadrżała jakby pod wpływem jakiejś bolesnej myśli.

— Boże, bądź miłościw — usłyszałem jej cichy szept. Po czym spytała mnie znowu z żywością: — Więc się żenisz, Romek? Robisz dobry wybór. Gdy Orliczówna zamieszkała w Porzeczu, myślałam, że może Gabriel z nią się ożeni, zanim ta lafirynda nie przewróciła mu w głowie. Ale Orliczówna nie chciała Strzeleckiego, więc tym bardziej nie chciałaby Gabriela. — Rękoma zakryła oczy. — Zatorzeccy zgubieni! Na zatratę idą... Oddany chleb! Sprawiedliwa, ale niemiłosierna zemsta ojca i... Marcelego...

— Kogo? — spytałem z naciskiem. Wyprostowała się nagle.

— Twego dziada, Marcelego Poboga, za... za... Dowiesz się za co! — krzyknęła.

— Może być babcia pewna, że ani mój dziad, ani ojciec, ani ja... nie jesteśmy zdolni mścić się za krzywdę! — Sam nie wiem, jak mi te słowa wypadły z ust, tak byłem wzburzony...

Babka nagle błysnęła strasznie oczyma i... zwisła na fotelu prawie sina. Zemdlała. Przestraszony zacząłem ją cucić, wezwawszy do pomocy Chmielnicką. Po długiej chwili staruszka odzyskała zmysły. Jej oczy spoczęły najpierw na mnie, gdyż byłem nad nią pochylony. Patrzyliśmy na siebie. Babka dotknęła ręką zimną jak lód mojej ręki. Rzekła głosem cichym, wyczerpanym:

— Ty musiałeś bardzo kochać matkę swoją, dawno to już odczułam, ty masz serce.

Na jej prośbę musiałem opowiedzieć szeroko o moich rodzicach, o ich życiu w Uchaniach, o swoim dzieciństwie, potem o Tereni. Babka nie spuszczała ze mnie wzroku.

— Jesteście szczęśliwi! W szczęściu idziecie przez życie! Ja... w wiecznej męce... zgrzyty w duszy, z każdym rokiem zgrzyty były silniejsze, wyrzuty okrutniejsze! O, o! Krąż nie ozłocił życia, Krąż złamał całe życie... i... w końcu taki wnuk jak Gabriel...

Przesiedziałem z babką długich kilka godzin. Gdy chciałem odejść, zatrzymała mnie trwożliwie.

— Zostań! Boję się!

Byłem pewny, że babce grozi poważna choroba nerwowo-mózgowa. Nie miałem serca odejść, tym bardziej że jej niepojęty strach wzmagał się z każdą chwilą. Drugiego śniadania nie jadła wcale, mnie zaś zabroniła iść do stołowego pokoju, dokąd sama nie wchodzi, od czasu gdy Gabriel wprowadził tam Weronikę. Przyszła tam tylko wyjątkowo wczoraj w nocy, na moje spotkanie.

Ja jednakże, nie chcąc, by Gabriel posądził mnie o jakieś konszachty z babką, wymanewrowałem tak, że wreszcie wymknąłem się z jej pokoju przepełnionego wonią octu i eteru. W sali stołowej Korejwo i Chmielnicka od razu oznajmili mi, że Krzepa desperuje z powodu, iż nie idę do zamku, gdy on z Paschalisem rady sobie już dać nie może. Załatwiłem się prędko z jedzeniem, słuchając monotonnych słów Korejwy, który się litował nad Paschalisem. Jednocześnie Chmielnicka wciąż terkotała. Gabriel z Weroniką szeptali ostentacyjnie pomiędzy sobą.

Po śniadaniu podążyłem z Krzepą do zamku. Borowy prowadził mnie w głąb gmachu, do biblioteki, gdzie był Paschalis.

— Cóż on tam robi? — zaciekawiłem się.

— Od paru dni szuka testamentu. Całą bibliotekę od góry do dołu przewrócił. W nocy szukał w sali portretowej. Chodził ciągle z tym brązowym świecznikiem. Normalnie sam prawie go udźwignąć nie może, a teraz go nosi jak pióro, lecz wcale nie zapala. Po ciemku łaził i szukał za portretami, we wszystkich kątach. Potem upadł jak długi i spał kamiennym snem ze dwie godziny. Obudził się i teraz... — Krzepa zrobił tajemniczą minę. — Teraz Paschalis mówi coś jak w jasnowidzeniu. Strach patrzeć na niego.

— Cóż on mówi?

— Jaśnie pan sam usłyszy. Paschalis już chciał iść do pawilonu, żeby szukać jaśnie pana. Ledwo go zatrzymałem.

Mijając salę portretową, zauważyłem nieład, porozrzucane na posadzce i stołach szpargały. Brązowy, stary świecznik z połamanymi świecami, snadź nie zapalanymi od dawna, może od czasu, gdym zwiedzał pierwszy raz zamek, stał na stole blisko portretu pradziada. Gdy weszliśmy do biblioteki, przeraziłem się wyglądem Paschalisa. Oglądał jak kościotrup powleczony skórą żółtą jak wosk, sczerniałą. Oczy świeciły niby karbunkuły fosforycznym blaskiem. Stał niby potworny mag wśród stosów książek, starych pergaminów, poszarpanych zeszytów zwalonych w nieładzie na podłogę. Ujrzawszy mnie, wydał okrzyk głośny i rzuciwszy się poprzez zatory ksiąg, runął przede mną na kolana. Objął mnie ramionami za nogi tak mocno, że kroku postąpić nie mogłem. W oczach miał wyraz półprzytomny, rozpaczliwy i błagalny. Wołał głosem ochrypniętym:

— Jaśnie pan nasz! nareszcie... nareszcie! Jaśnie pan nasz jest! Już nas nie opuści! nie odjedzie... na wieki zostanie w Krążu, na wieki!

Z trudem dźwignąłem go z kolan.

— Uspokójcie się, proszę was, Paschalisie!

— Jaśnie panie, ja wiem wszystko, wiem już wszystko. Teraz do dzieła... Zatorzeckich wyrzucić precz za granicę Krąża! Wyrzucić podłych renegatów, uzurpatorów, oszustów!

Przemówiłem do niego ostro, by milczał. Zgiął się zalany łzami, całował moje kolana, ręce, ramiona i coraz głośniej wołał jedno w kółko, że teraz trzeba wypędzić Zatorzeckich. Zirytowany spytałem go wreszcie, czy znalazł testament.

— Jaśnie pan go znalazł, już wiem! Jaśnie pan go znalazł! Dziś w nocy objawił się mi sam pan Hieronim i ksiądz pokutnik. Oni mi to powiedzieli.

— Oszaleliście!!

Czułem, że drętwieję pod niesłychaną mocą wzroku tego starca. Paschalis uderzył się pięścią w zapadłą pierś, aż jęknęło.

— Jak kocham Boga, jak pragnę szczęśliwego skonania, tak dziś w nocy nawiedziły mnie znowu duchy pana Hieronima i księdza pokutnika. Widziałem ich wyraźnie. Słyszałem głos pana: „Pobóg na Krążu, idź w pokoju sługo Boży!” A ksiądz patrzał na mnie łaskawie jak nigdy i wskazał mi na ręce swoje już bez pergaminów, które zawsze nosił. Powiedział wyraźnie: „Wyzwolonym!” To znaczy, jaśnie panie, że testament znaleziony. Ja ich rozumiem! Ksiądz wyzwolony z pokuty za niespełnienie przysięgi, a słowa mojego pana: „Pobóg na Krążu” znaczą, że testament znaleziony. „Idź w pokoju sługo Boży” to było do mnie, to mnie woła Bóg... — Paschalis obsunął się powtórnie na kolana. Złożył ręce z błaganiem: — Najdroższy nasz jaśnie panie, ty nie ukrywaj testamentu! Nie idź przeciw woli Boga! Znalazłeś testament, a nie chcesz tego wyznać. Na Zatorzeckich rzucasz chlebem za ciężki kamień krzywdy! Nie godni tego! Nie godni! Panie nasz, zmiłuj się nad Krążem, zmiłuj się nade mną! Zmiłuj się...

Krzepa ukląkł obok Paschalisa i objął mnie również za kolana. Zawołał ze łkaniem:

— Zmiłuj się, panie nasz, nad Krążem! Zmiłuj się! Zmiłuj!

Tak okropne było dla mnie to błaganie tych dwóch starców, że ścierpłem cały. Walczyłem z sobą, nie wiedząc co robić. Gdy im pokażę kopię testamentu, Paschalis będący w niesłychanym podnieceniu gotów skonać tu przy mnie. Milczałem.

— Zmiłuj się panie! Zmiłuj się nad Krążem!

W końcu te ich głosy wyprowadzały mnie z równowagi.

— Ja testamentu nie znalazłem — odrzekłem głucho. Paschalis zerwał się z kolan i chwycił mnie za rękę z siłą zadziwiającą. Ciągnął mnie za sobą. Wyprostowany szedł krokiem nienaturalnym, martwym jak nakręcony mechanicznie manekin. Dążył do sali portretowej. Krzepa włókł się za nim zgnębiony. Paschalis zatrzymał się przed portretem pradziada, podniósł rękę w górę i zawołał potężnie, rozkazująco:

— Na ten portret pradziada swego przysięgnij, żeś testamentu nie znalazł.

— Paschalisie!

— Przysięgnij, Jaśnie wielmożny panie, najdroższy nasz panie! Przysięgnij na ten portret, na prochy pradziada! Przysięgnij!

Postanowiłem powiedzieć wszystko.

— Przysięgam, że znalazłem kopię testamentu spisane przez księdza Halmozena, ale tylko kopię z sygnetem którym oryginał testamentu był pieczętowany. Oryginału nie znalazłem.

Paschalis i Krzepa patrzyli na mnie w popłochu.. Wtedy wyjąłem z kieszeni woreczek zamszowy, z sygnetem Pobogów. Oddałem go Paschalisowi. Obaj pochylili się nad nim.

— Ten sam! ten sam! To sygnet pana Hieronima, sygnet nieboszczyka... jaśnie wielmożnego Poboga.

Paschalis całował pierścień nabożnie, po czym utkwi we mnie oczy pałające bezdennym zdumieniem.

— Kopię... tylko kopię... gdzie ona jest? Zwróciłem się do Krzepy z poleceniem, by z pawilonu przyniósł moją walizkę. Stary wybiegł pośpiesznie. Paschalis patrzył na sygnet. Oczy zwilżyły mu się łzami. Oglądał pierścień szczegółowo, w rozdygotanych rękach obracając go na wszystkie strony. Powtarzał cichym, łzawym głosem:

— Ten sam, ten sam! Tym sygnetem pieczętował testament.. Podawałem lak... Pamiętam jakby to było dziś... To nie kopię, to oryginał testamentu jaśnie pan znalazł... Kopii żadnej nie było!

Zachichotał śmiechem ironii i zwątpienia w prawdę moich słów. Krzepa nie wracał długo. Niecierpliwiłem się, bo Paschalis mnie męczył swoim wzrokiem i niewiarą w moje słowa. Gdy nareszcie borowy powrócił, niosąc walizkę, zrobiłem mu cierpką wymówkę za opieszałość.

— Ale... bo tam, w pawilonie... jaśnie panie, coś się dzieje... — rzekł z zagadkowym wyrazem twarzy.

Nie zwróciłem uwagi na jego słowa... Otworzyłem walizkę i pokazałem dokument. Paschalis zatrząsł się cały.

— Pismo księdza! To testament! — zawołał z wybuchem. — Gdzie podpis, gdzie podpis pana Hieronima?

Chwycił za papier. Uniosłem dokument w górę.

— Więc słuchajcie...

W miarę czytania odczuwałem, że zbliża się jakaś chwila decydująca, że zaraz nastąpi coś nieoczekiwanego, coś epokowego, co się już zbliża jak przeznaczenie... Wrażenie to było tak silne, że poddałem się mu w zupełności.. Coś się zbliża, coś zaraz nastąpi...

Spojrzałem na Paschalisa. Oczy starca, przed chwilą pełne łez, stawały się teraz drapieżne, sępie...

Skończyłem czytanie.

— Gdzie to jaśnie pan znalazł? — spytał Krzepa.

— W bibliotece, w skrytce zegara pod rzeźbą szczytową.

Krzepa porwał się za głowę.

— Boże, mój Boże! Nikt z nas nie wiedział o skrytce w starym zegarze. Szukaliśmy w środku szafki, przy samym cyferblacie, Jezu! Jezu! Ale gdzież oryginał testamentu? Gdzie?

Wtem rozległ się dziki wrzask Paschalisa

— Wykradli testament.. Ooo! Zatorzecka wykradła! Zbrodniarka! Złodziejka!

W furii zwrócił się do portretu i z wyciągniętymi w górę ramionami jął tak nielitościwie kląć Zatorzeckich, a głównie babkę, że nie mogłem tego słuchać dłużej. Krzepa oparty czołem o ramę portretu trzymał się oburącz za głowę i płakał jak bóbr, rozdzierającym szlochem. Płacz borowego był jeszcze gorszy do zniesienia niż przekleństwa Paschalisa, teraz już prawie niezrozumiałe.

Skoczyłem, by odciągnąć Paschalisa od portretu.

— Milczeć! Milczeć! — krzyknąłem groźnie. — Boga się nie boicie, którego wzywacie! Dosyć!

Chwyciłem za ręce starca, chcąc go wyprowadzić z sali, by przerwać nareszcie ten straszny paroksyzm jego. Krzepa na dźwięk mego głosu wyprostował się przede mną jak struna i jęknął:

— Jezu! A toż co!

Przypomniałem mu widocznie pradziada. Odwróciłem się z Paschalisem od portretu, w stronę sali, gdy nagle opętany starzec skurczył się jakoś jak tygrys do skoku, wyrwał mi z rąk kopię testamentu i ze zwierzęcym rykiem rzucił się naprzód, biegnąc do drzwi. Spojrzałem i... krew mi ścięła się w lód... W drzwiach sali stała babka Zatorzecka.

— Oto kopia testamentu znaleziona w zegarze! Zbrodniarko! Oszustko! Złodziejko! Gdzie testament? Tyś go wykradła... ty! ty! — wrzeszczał Paschalis.

Jednym susem ocaliłem babkę od ciosu wściekłej pięści dziada. Chwyciłem z tyłu jego rękę tuż nad jej głową. Krzyknąłem na Krzepę i obaj obezwładniliśmy szaleńca. Trzymany silnie za ramiona miotał bezecnymi wyzwiskami na babkę. Ona tymczasem stała jak słup, bez ruchu, bez słowa. Ręce miała splecione na piersiach. Chudą przeźroczyste palce drżały febrycznie. Twarz miała kamienną, oczy wbite w ziemię, usta zaciśnięte tak, że tworzyły tylko wklęsłą linię. Za nią w niemym przerażeniu stała Chmielnicka przytulona do drzwi Za progiem, w korytarzu, ujrzałem Korejwę bladego śmiertelnie. Czaiło się tam jeszcze kilka osób. Przez chwilę zdawało mi się, że śnię. Groza jakaś niepojęta zawisła nad nami. Odciągaliśmy Paschalisa w tył. Krztusił się, a nie przestawał ciskać obelg hańbiących, wytykając babce kradzież testamentu i majątku. Wreszcie zakryłem mu usta dłonią. Wtedy zabrzmiał w sali silny, ale tępy głos Zatorzeckiej:

— Nie uciszaj go, Romanie, On ma prawo rzucać na mnie przekleństwem. On mówi prawdę!

Podniosła głowę do góry, oczy utkwiła w moich oczach.

— Ja wykradłam testament Hieronima Poboga, mego ojca.

W głuchej ciszy, jaka zapadła po tych słowach usłyszałem głęboki, świszczący, ciężki oddech starej kobiety. To chyba sumienie zrzucało z siebie głazy, a zbrodnia wydawała na siebie wyrok. Zaszeleściło... Babka wyjęła spod burki zwój papierów owiniętych czarną taśmą. Odwróciła głowę i spytała sucho:

— Czy Gabriel tu jest?

Odpowiedziało jej grobowe milczenie. Ale w tym samym momencie Korejwo prawie wepchną Gabriela z korytarza do sali. Zatorzecki bladosiny i drżący patrzył dokoła zmieszany, bezradny. Za nim dostrzegłem Weronikę, Ślaza, Bogdziewicza, kucharza, starszego lokaja z pawilonu i Kacpra.

Paschalis stał między mną i Krzepą, z oczyma wbitymi w Zatorzecką, pochylony naprzód, z wyciągniętą szyją. Milczał, więc puściłem jego ramiona, ale tak się trząsł, że musieliśmy go znowu podtrzymać, by nie upadł.

Babka postąpiła kilka kroków naprzód i dając ręką znak stojącym za nią osobom, zawołała tym tępym, szczególnym głosem:

— Chodźcie tu wszyscy, wszyscy... bliżej!

Stanęła naprzeciw portretu Hieronima i podniosła na niego oczy. Zmierzyli się wzrokiem. Martwy portret ojca z czasów młodości z żywą córką... staruszką. Drgawki konwulsyjne przebiegły po marmurowym obliczu Zatorzeckiej. Przez długą, złowrogą chwilę patrzyła na portret, potem spojrzała na mnie, znowu na portret i... spuściła oczy na zwój papieru. Rozwinęła rulon spokojnie, ale drżącymi rękoma i przemówiła:

— Tu przed portretem świętej pamięci ojca mego, Hieronima Poboga, czytam jego ostatnią wolę zawartą w tym oto testamencie, spisanym ręką księdza Bernarda Halmozena, przyjaciela ojca i spowiednika, z podpisem własnoręcznym testatora. Testament ten, ukryty przez księdza Halmozena w skrytce zegara w bibliotece zamkowej, ja, Kunegunda Zatorzecka, własną ręką wykradłam, w nocy, w wilię śmierci księdza, gdy on był już nieprzytomny. Czynem tym skrzywdziłam mego starszego i jedynego brata, Marcelego Poboga, i jego małoletniego syna, Pawła. Skłamałam przed ojcem, że Marceli zginął, płynąc do Ameryki, mimo iż wiedziałam dobrze i ja, i mój maż Ksawery, że brat mój z żoną i synem żyją i cierpią biedę w Paryżu. Zbrodnia moja zemściła się na mnie okrutnie. Zniszczyła mi całe życie, rzucając na nie klątwę. Zbrodnię swoją wyznaję teraz ze skruchą wobec portretu mego ojca Hieronima, wobec was dwóch, Paschalisa Tulei i Łukasza Krzepy, ostatnich świadków sporządzenia testamentu. Czynię to wobec mego wnuka Gabriela Zatorzeckiego i wobec Romana Poboga, rodzonego wnuka mego świętej pamięci brata Marcelego, czyli w prostej linii prawnuka po mieczu Hieronima Poboga. Wobec was wszystkich zebranych odczytuję testament mego ojca.

I zaczęła czytać oryginał testamentu, który czynił Pobogów dziedzicami Krążą. Czytała głosem podniesionym i stała prosta w swej wytartej, długiej burce, z gruszkami pereł zwisających na kołnierzyku. Twarz jej była surowa i zimna. Cała postać miała w sobie moc bohaterskiego samooskarżania się. Wszyscy, ilu nas było, patrzyliśmy na nią z zatajonym oddechem i podziwem.

Paschalis trząsł się coraz bardziej i tak ciążył nam sobą, że wraz z Krzepą ledwo utrzymywaliśmy go na swych ramionach. Staliśmy, słuchając już końcowych ustępów testamentu, w których testator zwracał się do dzieci: córki Kunegundy i syna Marcelego, zwłaszcza do córki. Babka czytała prawie z mozołem, sztucznie, z męką wyraźną. W głosie jej odczuwało się tamowane łkanie.

— Dzieci moje, Marceli i Kunegundo, pamiętajcie i zanotujcie w sercach waszych: Lepiej być stokrotnie skrzywdzonym niż raz krzywdzicielem. Każda krzywda zawsze zemści się okrutnie, każdy skrzywdzony nagrodzony będzie kosztem krzywdziciela. Duszę swoją polecam Ci, Panie. Amen.

Słowa te akustyka sali uniosła w głąb i powtórzyła echem parokrotnie: Amen! Amen! Nikt nie śmiał odetchnąć. Babka Kunegunda stała wpatrzona w portret. Zdawało się, że wszyscy zamarli w bezruchu jakby znowu pod wpływem jakiegoś fantomu. Moment ten wydał się wiekiem.

I oto babka rozwinęła drugi papier i donośnie, z nowym zasobem sił, czytała własną już wolą spisany akt oddania Krążą, na mocy testamentu pradziada, jego prawnukowi w prostej linii po mieczu. Dobitnie wymieniła moje imię i nazwisko. Gabriela wyposażała spłatą z Krążą, ograniczoną ściśle tak, jak miała być spłacona ona jako córka Hieronima.

Babka skończyła czytanie. Zapadła cisza. Tylko echo ważkich słów szemrało jeszcze pod stropem mahoniowych kasetonów sali. Babka Zatorzecka zwróciła się do mnie:

— Romanie, w ręce twoje oddaję testament twego pradziada i cały Krąż... Pobogowie nie przestali być właścicielami Krążą, ale nie wiedzieli o tym... Ja tylko wiedziałam zawsze, że Krąż to ich dziedzictwo. — Wręczywszy mi dokument, zwróciła się do wszystkich obecnych:

— Wy wszyscy, zebrani tu słyszeliście testament mego ojca. Właścicielem dziedzicznym Krąża jest prawnuk Hieronima, obecny tu Roman Pobóg...

Coś jeszcze zaczęła mówić, gdy nagle zagłuszył ją krzyk Paschalisa. Starzec ten, przed chwilą omdlewający, wyszarpnął się z rąk moich i Krzepy i wyrzuciwszy w górę ramiona, wrzeszczał nieludzkim głosem:

— Pobóg na Krążu! Pobóg na Krążu!

Porwał gwałtownie ze stołu stojący tam świecznik antyczny, uniósł go w rękach wysoko i obłąkany radością, potężny w swym podnieceniu, przerażający w wyglądzie, biegł wzdłuż sali pod portretami, krzycząc bez tchu:

— Pobóg na Krążu!

Było coś tak silnego w tytanicznym wybuchu starca, taki bezbrzeżny ogrom entuzjazmu i szału, że wszyscy staliśmy jak wkuci w ziemię, osłupiali. Paschalis mocą swojej radości przygważdżał. Obiegł całą salę dokoła, snadź resztą sił, bo się chwiał w swym pędzie i zataczał. Chciałem go podtrzymać, ale on stanął znowu przed portretem i chwiejąc się, machał świecznikiem jak taranem nad swoją i naszymi głowami. Zawołał ciszej ochrypłym, rwącym się, potwornym charczeniem raczej niż głosem:

— Pomszczonyś, Jaśnie wielmożny panie! Spełniona wola twoja! Skończona... moja... męka! Zemsta, kara... do...ko...nana! — Odwrócił się w stronę sali. Głos mu się załamał jakby zakrzepł na chwilę i znowu wydał zdławiony ryk niby rannego lwa: — Pobóg na Krążu! Po... bóg...

Runął na posadzkę, na wznak jak zwalony pień drzewa, ciężko, z łomotem uderzając głową o ramę portretu. Świecznik z trzaskiem upadł tuż obok niego. Dopadłem pierwszy, by dźwignąć Paschalisa z ziemi, za mną podbiegli Krzepa, Bogdziewicz, Korejwo. Ale w oczach starca był już stygnący krzyk szczęścia... Piersi wydały ostatnie tchnienie. Skonał...

Milczeliśmy wszyscy jakby dur jakiś padł na salę. Babka wpatrzona w zmarłego wyglądała jak statua z granitu. W oddali zamajaczyła biała jak opłatek twarz Gabriela. Gdzieś w korytarzu rozległ się spazmatyczny płacz kobiecy...

A pod portretem pradziada na zapylonej posadzce leżał wierny sługa i przyjaciel Pobogów, już cichy, uspokojony. Umarł z nazwiskiem Poboga na ustach. Obaj z Krzepą uklękliśmy u jego zwłok. Poczułem w oczach łzy.

Właśnie pod portretem kazałem ustawić mu ostatnie wzniesienie, śpi tam teraz, a świecznik antyczny, którym witał dwukrotnie Poboga na Krążu stoi przy jego głowie, jarząc się jasnym światłem. Okna mahoniowej sali w zamku świecą dziś czysto ziemskim, czerwonozłotym blaskiem mnóstwa gorejących świec.

Po zajściach w zamku, już o zachodzie słońca, odprowadzałem babkę do pawilonu. Na dziedzińcu zamkowym ujrzałem tłum służby zebranej tu w uroczystym nastroju. Zawahałem się, czy babkę prowadzić tędy. Zauważyła to i szepnęła półgłosem:

— Idźmy, mogę już wszystko znieść.

Szliśmy pośród tłumu. Rozstępował się przed nami w milczeniu. Czerwone refleksy zachodzącego słońca rzuciły na białą twarz babki żywszy, złotawy blask. Nie tknął on jednak czarnych głębin jej oczu, w których nie było już dawnego wyrazu męki jeno rezygnacja zupełna, przygniatająca. Szła odważnie, wyprostowana, patrząc gdzieś przed siebie. Może bohaterzy tak idą na szafot. Ona wracała ze swojej Golgoty. Tłum pochylił się w cichym ukłonie, oczy wszystkich wpatrzone były we mnie z tak wyraźną radością, tak serdecznie, że czułem się w tej właśnie chwili aż skrępowany tym objawem życzliwości. Ze względu na babkę było mi nawet bardzo przykro. A ona rzekła półszeptem i miękko:

— Ciebie witają, Romku, nie krępuj się mną, okaż im serce. Jesteś na swoim dziedzictwie. Wszak oni wiedzą, że Krąż ocalony.

Jest już późna noc, ale w całym Krążu nikt nie śpi... tylko Paschalis. Pawilon nasz zawładnęła dynamiczna muzyka Gabriela. Tony i akordy grzmiące, cichsze melodie — wszystko to w burzliwej, huraganowej wichurze plącze się i gmatwa, tworząc wrzawę niesłychaną, która przypomina orkan morski. Bezładna ta muzyka, szarpana cyklonem fantazji, brawurą rozpasanych władz umysłowych i zmysłowych grającego jest zgrzytem w tej nocy przekraczającym miarę, jaką nerwy i uczucia ludzkie znieść mogą.

Chciałem się z Gabrielem rozmówić w sprawie Krąża, lecz uciekł z zamku i zatarasował się u siebie. Powiedziałem przeto na razie tylko babce, że życzeniem moim jest, a na pewno będzie i wolą mego ojca, podzielić się moim dziedzictwem z Gabrielem. Nie znieślibyśmy bowiem, by Gabriel został wyzuty całkowicie z majątku. Sprawę tę omówimy rzeczowo i prawnie. Oddam mu również połowę kapitału w gotówce, którą babka oddała w moje ręce. Jest tam tego spora suma. Musiałem sobie to zastrzec, gdyż babka nie chciała słuchać o oddaniu Gabrielowi części kapitału do rozporządzenia, twierdząc, że to są pieniądze zebrane z jej własnych oszczędności od czasu, gdy już sama gospodarowała w Krążu, a które oddaje mnie i tylko mnie. Może to i niepraktycznie dawać Gabrielowi dużą gotówkę do ręki, ale niech babka robi z tym, co chce, byleby z tej sumy korzystał i Gabriel, inaczej się nie zgodzę na jej przyjęcie.

Nawał spraw i kłopotów spadł mi na głowę. Musiałbym dłużej pobyć w Krążu, a pilno mi do Tereni. Wszak nasz ślub odbędzie się już wkrótce...

Ach, ta dysharmonijna muzyka Gabriela... Można doprawdy dostać pomieszania zmysłów, słuchając tych wariacji, zwłaszcza po takim dniu, w taką noc...



31 sierpnia

Wstrętna scena, jaką Weronika urządziła Gabrielowi dziś rano wzburzyła mnie, pomimo iż nie byłem przy tym obecny. Teraz już znam powód jego męki duchowej, która się w nocy uzewnętrzniła w wariackiej muzyce. Podobno wczoraj, bezpośrednio po zajściach w zamku, Ślazówna od razu odepchnęła od siebie Gabriela, rzuciwszy mu w oczy grubiańską obelgę. Dziś rano zerwała zaręczyny. Gabriel jakoby tarzał się u jej nóg, a gdy go odtrąciła ze wzgardą, rzucił się na nią i bił. Chmielnicka była przy tym. Na jej krzyk i na piski Weroniki wpadł Korejwo i Kacper i z trudem oderwali Gabriela rozjuszonego w najwyższej pasji. Spotkałem go na korytarzu w naszym pawilonie, gdy wracałem z zamku. Korejwo prowadził go pod ramię. Gabriel, trzymając ręce wciśnięte głęboko w kieszeniach, gwizdał głośno. Po minie Korejwy domyśliłem się, że zaszło coś ohydnego. Gabriel popatrzył na mnie sowimi oczyma i zawołał przez zaciśnięte zęby, głosem pełnym uciechy:

— Pochlastałem piękny buziaczek!

Puścił ramię Korejwy i biorąc mnie za rękę, pisnął dyszkantem:

— Czy uwierzysz, Roman? Ona kochała Krąż! wcale nie mnie... Glicynia Krąża, uważasz! Ha, ha, ha! — Był to śmiech wstrząsający. Nagle pochylił się do mnie i rzekł poważnie: — Ona teraz ciebie pokocha. Tylko nie myśl, że ona ciebie naprawdę kochać będzie! Ona kocha Krąż, tylko Krąż! Stara wiedźma Gundzia mówiła jednak prawdę... tylko Krąż! No cóż, trzeba to uszanować. Ha, ha, ha, ha! — śmiał się długą gamą diabelskiego śmiechu, który targał mi nerwy.

Jął znowu gwizdać. Doprowadziłem go do sali muzycznej i tam starałem się go uspokoić, po czym jak najłagodniej powiedziałem mu, że dzielę się z nim swoim dziedzictwem. Zdawał się nie słyszeć tego wcale, ale gdy już odchodziłem, zostawiwszy go przy fortepianie, Gabriel odwrócił się do mnie i rzekł ironicznie:

— A nie opowiedz tego czasem Ślazównie, bo wprowadzisz ją w kłopot. Glicynia zechce nas obu na mężów...

Zaczął grać jakby płakał. Ciągle gra, pomimo że to już dzień.

Jutro przed wieczorem eksportacja Paschalisa, pojutrze pogrzeb. Będzie pochowany w podziemiach mauzoleum Pobogów. Babka zgodziła się na to bez protestu.

W całym Krążu panuje jakiś nastrój uroczysty. Rozdźwiękiem w tym jest bezustanna muzyka Gabriela, tak nieznośnie uporczywa, że przenika w każdą tkankę duszy i nerwów, a nawet, zdaje się, nasyca każdy kąt Krąża.

Gdy spytałem babki, czy ją to nie drażni, odrzekła z uśmiechem pogodnym — pierwszym, jaki u niej widziałem:

— Ja tej muzyki nie słyszę. Jest we mnie radosna pieśń, która zagłusza wszystko. Pieśń pokoju. Przestąpiłam próg wielki, ostry, wspinałam się nań z nadludzkim mozołem... ale Bóg łaskaw, już go przekroczyłam i... tak mi cicho w sumieniu.



1 września

Weronika zniknęła dziś w nocy. Są poszlaki pewne, że uciekła do stacji kolejowej. Nikt za nią nie gonił. Ślaz machnął tylko ręką ze słowami: „Da sobie radę!” Na starym znać jednak przygnębienie, ale i jakąś złość na córkę. Gabrielowi, podobno, doniósł o tym Kacper, lecz on przyjął tę wieść na pozór obojętnie. Mam wrażenie, że cierpi bardzo. Korejwo i hetmanówna twierdzą, że za klejnoty otrzymane od Gabriela i za pierścień zaręczynowy Weronika będzie żyła wygodnie. Wygodnie...? Chyba wesoło...



2 września

Wczoraj eksportacji Paschalisa towarzyszyć nieoczekiwane tłumy ludzi. Była to istna manifestacja, której się nie spodziewałem. Zdaje mi się jednak, że niestety, nie chodziło tu o złożenie hołdu zmarłemu, ale o zobaczenie mojej osoby, a zapewne i babki Zatorzeckiej. Czułem na sobie setki spojrzeń. Ja i babka byliśmy przedmiotem ogólnej uwagi. Ani dla mnie, ani dla niej tym bardziej, nie było to przyjemne, lecz wyszła z próby z godnością. Do zamku jednak prócz nas dwojga, miejscowej służby i księdza nikt nie wszedł więcej.

Z murów, w których Paschalis spędził całe swoje życie wynieśliśmy go we czterech: ja z Krzepą i Korejwo z Bogdziewiczem. Babka szła za nami sama, za bramę zamkową, gdzie czekał na nią powóz. Okrutną wprost w tej chwili kakofonią była muzyka Gabriela. Głuchy na moje prośby, by uszanował ten moment uroczysty, grał jakieś fugi i wariacje huczne, którymi rozbrzmiewał cały dziedziniec zamkowy i które wpadały bestialskim akompaniamentem w monotonne melodie śpiewów rytualnych. Wszyscy obecni spoglądali z zabobonną trwogą i niepokojem w otwarte okna pawilonu. Było to demoniczne skojarzenie dźwięków — jakby akord piekielny do śpiewów i modłów żałobnych.

Na trakcie ujrzałem po bokach tłumu parę ekwipaży z dworów ziemiańskich. Czy i tych wiodła ciekawość? Wśród tłumów posuwających się bezpośrednio za zwłokami niesionymi przez nas na zmianę ze służbą dworską, jechała babka Zatorzecka w odkrytym powozie — chłodna, sztywna, obojętna jak blok skalny. Twarz jej blada była twarzą posągu, a jej oczy jak dwa odkryte groby...

Gdy już umilkło z oddali echo muzyki Gabriela, wszyscy odetchnęliśmy z ulgą... i cisza zaległa majestatyczna. Mąciły ją tylko przerywane tony pieśni pogrzebowych i chrzęst nóg ludziach po żwirowanej drodze. Donieśliśmy Paschalisa aż do kościoła...

Gdy zatroszczyłem się o babkę, czy nie zmęczona, odrzekła mi serdecznie:

— Nie, Romku, to już wszystko lżejsze do zniesienia. Gdy się przebyto moment ukrzyżowania duchowego, wówczas pręgierz ludzkich biczujących spojrzeń mniej boli...

Złożyliśmy do podziemi w mauzoleum rodzinnym wiernego sługę i przyjaciela Pobogów. Śpij spokojnie udręczony starcze i niech ci sny zaziemskie wynagrodzą twoją mękę tyluletnią w zamku ponurym, gdzie oczekiwałeś swoich panów z wielkim umiłowaniem w stęsknionej duszy i gdzie schodząc do grobu, powitałeś wreszcie Poboga.

Po pogrzebie oboje z babką odwiedziliśmy grób śp. Krzysztofa Hradec-Hradeckiego. Opowiedziałem babce już przedtem historię księdza Halmozena. Złożyłem wieniec na skromnej, zapomnianej mogile dziada mojej Tereni i... usłyszałem szum odwiecznych platanów Sławohory, które tu nad tą mogiłą zdają się szelest swój i serce przenosić.



6 września

Prawnie załatwione już wszystko. Jestem właścicielem Krąża z przyległymi folwarkami, lasami, tartakiem, młynami, gorzelnią... Zatory zaś i należące do nich folwarki oraz młyny, z których jeden jest parowy oraz tartak i lasy przepisałem Gabrielowi i jego potomkom.

Babka oprócz dożywocia na Krążu nie chciała nic więcej. Gabriel na własne życzenie chce mieszkać w Zatorach, gdzie jest ładny, murowany dwór. Pojechał tam ze mną, by obejrzeć... salon. Nic go bowiem więcej nie interesuje. Zbadawszy dokładnie duży, narożny pokój, rzekł kwaśno, poprawiając z grymasem monokl:

— Zła akustyka!

Będzie przerabiał dwór na swój sposób. Zatory zostają pod moim zarządem, na co Gabriel zgodził się bez żadnych zastrzeżeń, machnąwszy ręką obojętnie. Z połowy kapitału przepisanego jemu, bank będzie mu wypłacał renty.

Sprowadzę do Krążą Ganiewicza na administratora, gdyż ma on wyborne kwalifikacje i praktykę w dużych dobrach. Korejwo zostanie na posadzie rządcy. Ganiewicza wybrałem również dlatego, że oprócz kwalifikacji i energii, posiada delikatność i serce. Chcę babkę otoczyć ludźmi tylko tego pokroju. Ci, co zostają tu z dawna zastosowują się chętnie do mojej woli i mego stylu.

Jakkolwiek Gabriel zapalił się do przebudowania dworu w Zatorach, wątpię, czy potrafi przenieść się tam z Krąża. Jest cichy, apatyczny jakby zgnieciony. Objawia się tylko przez swoją muzykę. Stała się ona dla niego jedyną ostoją życia. Bezużyteczny, chorobliwy maniak sui generis.



7 września

Byłem dziś łodzią w puszczy, pod jodłami, w miejscu, gdzie poznałem Terenię. Na szczęście te lasy należą do Krąża, zatem do mnie. Przypomniałem sobie wróżby Krzepy dla nas w tamtą noc świętojańską.

Ten bór jest twój — pamiętam uparty refren moich rozmyślań, gdym go zwiedzał po raz pierwszy w czerwcu. Wypadki rozwijały się w szalonym pędzie, a jednak od tamtej chwili, zdaje mi się, iż przeszły lata... Długo błądziłem po rzece i lasach. Przyjadę tu z Terenią już moją... Jadę teraz do ciebie, Teruś ukochana i po ciebie. Szczęście i duma, że będziesz moja, przepełnia mi serce...



Wagon kolejowy, 8 września

Żegnano mnie dziś w Krążu z serdecznością niezwykłą. Krzepa wyraził prośbę w imieniu całej służby, abym jak najprędzej przyjechał tu z młodą panią. Oni sądzą, że będziemy na stałe mieszkali w Krążu. Na razie nie mam tego zamiaru i wątpię, czy to kiedy nastąpi. Krzepa błogosławił mnie, jak sam się wyraził, w imieniu pradziada. Ten stary borowy ma w sobie majestat ostatniego już z tych, który znał osobiście pradziada Hieronima, kochał go i służył mu wiernie. Babka, żegnając mnie, położyła mi rękę drżącą na głowie i rzekła wzruszona:

— Przywieź mi swoją Terenię. Nie godnam was błogosławić tak samo jak Halmozen, lecz chcę was uścisnąć razem.

Ucałowała mnie w czoło z uczuciem.

Przed wyjazdem przebywałem długo samotnie w zamku. Stojąc przed portretem pradziada, rozmyślałem o przeszłości Pobogów i o ich przyszłych losach. Czy my z Terenią zdołamy rozjaśnić mrok, w którym Krąż i zamek stary pogrążony był przez tyle lat..? Czy nasza pogoda rodzinna w Uchaniach rzuci i w te mury promień słoneczny i rozpali w nich jasne ognisko nowych czynów, nowych pięknych idei? Pragnienia moje, aby tak było, są gorące i silne, a podsyca je świadomość, że Terenia podoła we wszystkim moim marzeniom. Patrzyłem w oczy portretu pradziada-sobowtóra... i oczy te mówiły... mówiły... Ale czy znowu uległem halucynacji? Oto przemawiały teraz inaczej niż dawniej. Nie było w nich grozy ni surowego nakazu — był wyraz dziwnie ujmujący. Błąkał się w nich uśmiech łagodny. Usta zwykle zacięte z despotyczną mocą szeptały mi w onej minucie: „Hic obiit Gustayus, natus est Conradus”.



Warszawa, Hotel Europejski, 30 września, dziesiąta rano

Wczoraj, w kościele Wizytek, o szóstej wieczorem odbył się nasz ślub. Obecnie Terenia wraz z matką swoją odpoczywa kilka pokoi dalej i może w tej chwili śni dobry sen o naszej wymarzonej przyszłości. Przed godziną rozjechali się nasi goście, a ja jeszcze we fraku ślubnym notuję te... ostatnie zapiski. Czyż będą mi one teraz potrzebne?

Dziś o drugiej po południu wyjeżdżamy do Uchań. W listopadzie najpierw do Krąża, potem do Włoch, Grecji, Egiptu...

Szedłem do ołtarza i odchodziłem od niego jak zdobywca największego skarbu na świecie. Teruś była śliczna i promieniująca w białych welonach ślubnych. Zatrzymywano nas co krok, składając życzenia. Nagle z tłumu zebranych w kościele gości wysunął się chłop barczysty w strzeleckim galowym stroju, z blachą herbową Pobogów na piersiach. Krzepa! Objął nas za kolana, całował nam ręce. Przybyciem swoim stary sługa sprawił nam niespodziankę nader wzruszającą. Spojrzeliśmy na siebie z Terenią jednocześnie i zrozumieli od razu. Zaprosiliśmy starego na ucztę weselną.

Siedział Krzepa obok mego ojca przy stole ukwieconym, przy którym królowała Terenia. Z ojcem uściskali się jak bracia i ojciec sam go przy sobie posadził — wszak Krzepa znał ojca zaledwie jako jedenastoletniego chłopca.

Podczas licznych, poważnych i wesołych na przemian toastów, podkreślanych fanfarami orkiestry weselnej, w pewnej chwili stary borowy podniósł się z krzesła, z kielichem szampana w dłoni. Oczy wszystkich spoczęły na jego mężnej postaci. Przez krótką chwilę walczył ze wzruszeniem, wreszcie przemówił, zaczynając od tytułu, czego już go widać nie oduczę:

— Jaśnie wielmożni państwo! Niech i mnie, staremu słudze Pobogów wolno dziś będzie podczas tej szczęśliwej uroczystości weselnej młodego Poboga z Krąża i jego pięknej małżonki, wznieść ich zdrowie i wypowiedzieć tu stare, bardzo stare przysłowie o tym rodzie cnotliwym i dzielnym. Może młodzi tego przysłowia nawet i nie znają, ale jaśnie pan Paweł Pobóg na pewno o nim słyszał. — Krzepa odchrząknął, wyprostował się jeszcze bardziej i podnosząc kielich w drżącej dłoni, zawołał donośnie:

— Gdzie załogą stanie Pobóg, sczeźnie każdy jego wróg. Pobóg sam nie szuka dróg, dopomaga mu w tym Bóg!

Powstała wrzawa — rumor odsuwanych krzeseł, okrzyki. Biesiadnicy otoczyli borowego zwartym kołem. On pochylony ku nam ogarnął mnie i Terenię razem, w jednym gorącym uścisku szerokich ramion.

— Niech wam, najdrożsi państwo, Bóg zsyła łaski swoje... i szczęście... na całe... wasze... — Nie mógł dokończyć, łzy zalały mu oczy.

Wówczas Terenia objęła głowę starego i na czole jego złożyła pocałunek serdeczny. Dokoła brzmiały entuzjastyczne wiwaty.


Kuchary, w maju 1927 roku



Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.