FANDOM



Dramat w Meksyku

Pierwsze okręta marynarki meksykańskiej

(Un drame au Mexique)

Juliusz Verne

¤ ¤ ¤ ¤

Przekład: Joanna Belejowska
Ilustracje: Jules Férat


Cuauhtemoc under sails 2007



I.

Dnia 18 października 1825 roku, Azya okręt hiszpański i la Constanzia bryk o ośmiu działach, zatrzymały się dla wypoczynku około Guajany, jednej z wysp Maryańskich. Okręta te już od pół roku opuściły brzegi hiszpańskie; osady były bardzo znużone a przytem źle żywione i źle płatne, to też oficerowie słusznie obawiali się iż przy najpierwszej sposobności mogą się zbuntować. Szczególniej na okręcie Constanzia którego dowódzcą był kapitan don Orteva, człowiek żelaznej woli i niezłomnego charakteru, od pewnego czasu zaczęły się objawiać oznaki niekarności. Ważne uszkodzenia, tak niczem nie usprawiedliwione iż trzeba je było przypisywać złym jakimś zamiarom, niejednokrotnie już powstrzymywały żeglugę bryku. Azya dowodzona przez kapitana don Rogue de Guzuarte musiała w takich razach zatrzymywać się także. Jednej nocy nie wiedzieć jakim sposobem kompas był zepsuty; drugiej upadł wielki maszt, wyraźnie jakby umyślnie przepiłowany; nakoniec przy wykonywaniu bardzo ważnego manewru, rudło dwa razy się złamało.

Jak wiadomo wyspa Guajana podlega jeneralnemu zarządowi wysp Filipińskich; to też tam Hiszpanie będąc jakby u siebie łatwo mogli naprawić wszelkie uszkodzenia.

Podczas tego przymusowego pobytu na lądzie, don Orteva zawiadomił kapitana Rogue o rozprzężeniu karności jaką spostrzegł w osadzie swego statku, i obydwa postanowili podwoić baczność i surowość.

Don Orteva musiał szczególniej zwracać uwagę na dwóch ludzi z osady, na porucznika Martinez’a i majtka Jose’go.

Porucznik Martinez kilkakrotnie dopuścił się nadużyć poniżających godność oficera i za to był karany aresztem; w takich razach zastępował go kadet Pablo; co zaś do Jose’go, był to człowiek nikczemny i godzien pogardy, który dla złota gotów był dopuścić się najniecniejszych czynów. To też don Rogue polecił nadzorcy robotników, Jacopo, w którym zupełne pokładał zaufanie, aby go miał na oku.

Pablo był to młodzieniec odważny, szlachetny, zdolny do najwznioślejszych poświęceń. Biedny sierota, został przygarnięty i wychowany przez kapitana don Rogue, kochał go też jak ojca i każdej chwili gotów był oddać życie za swego dobroczyńcę. Tak więc don Orteva miał dwóch ludzi na których śmiało mógł liczyć, ale mogliż we trzech zaradzić rozprzężeniu rozzuchwalonej osady? Czuwali we dnie i w nocy, starali się wszelkiemi sposobami przywrócić karność, ale daleko większem powodzeniem cieszyli się Martinez i Jose, namawiający majtków do buntu i zdrady.

W przeddzień odpłynięcia, porucznik Martinez znajdował się w jednym z najpodrzędniejszych szynków Guajańskich: w towarzystwie kilku starszych marynarzy i ze dwudziestu majtków z osad obu okrętów.

— Towarzysze! rzekł do nich, dzięki uszkodzeniom okrętu, które wypadły tak w porę, i okręt i bryk musiały zatrzymać się na wyspach Maryańskich, co dozwoliło mi wyznaczyć wam tu tajemną schadzkę porozumienia się z wami.

— Słuchamy, poruczniku! Objaśnij nas jakie masz zamiary, zawołało kilku majtków.

— Oto co zamierzam czynić. Opanujemy oba okręty i popłyniemy do Meksyku. Wiecie że nowa Konfederacya żadnej nie posiada marynarki, więc nie ma wątpliwości że chętnie kupi nasze okręta i dobrze za nie zapłaci. Tym sposobem każdy z nas odbierze swój żołd zaległy, a przewyżką równo się podzielimy.

— Zgoda! zawołali.

— Jakiż będzie sygnał aby oba statki jednocześnie działać zaczęły, zapytał Jose.

— Raca puszczona z okrętu Azya, odpowiedział Martinez. Na jednego jest nas dziesięciu; weźmiemy więc w niewolę wszystkich oficerów, zanim zdołają zmiarkować co zamierzamy.

— Gdzie i kiedy dany będzie ten sygnał, zapytał jeden z marynarzy okrętu Constanzia'.

— Za dni kilka gdy będziemy pod tym stopniem szerokości geograficznej co wyspa Mindanao.

— A czy Meksykanie nie powitają nas ogniem z dział? zapytał nadzorca warsztatów Jose. O ile wiem Konfederacya wydała postanowienie śledzenia i niszczenia wszelkich okrętów hiszpańskich, bardzo więc być może iż zamiast złota zasypią nas kulami.

— Bądź o to spokojny, odrzekł Martinez; damy zdaleka poznać nasze zamiary.

— Jakim sposobem?

— Wywiesimy pawilon Meksykański.

To powiedziawszy, porucznik Martinez rozwinął przed oczami buntowników pawilon zielony, biały i czerwony.

Głuche milczenie powitało ukazanie się tego godła niepodległości meksykańskiej.

— Ha! żal wam rozstać się z chorągwią hiszpańską! zawołał szydersko porucznik — dobrze! niech więc ci co są tak czułymi patryotami odłączą się od nas i wrócą pod rozkazy kapitana don Rogue lub don Orteva... My zaś, którzy nie chcemy słuchać ich dłużej, i sami potrafimy sobie poradzić.

— Zgoda! zawołali jednogłośnie.

— Towarzysze! rzekł Martinez, oficerowie nasi, licząc na regularny wiatr, postanowili żeglować ku wyspom La Londe, pokażemy im że jesteśmy odważniejsi i nie licząc się z wiatrem popłyniemy oceanem Spokojnym w zamierzonym kierunku.

Po tej tajemnej zmowie spiskowcy rozeszli się i każdy inną drogą powrócił na swój okręt.

Nazajutrz jeszcze przed świtem Azya i Constanzia podniosły kotwice i z rozwiniętemi żaglami popłynęli ku Nowej Holandyi. Porucznik Martinez objął swoje obowiązki, ale z rozkazu kapitana don Orteva baczną na niego zwracano uwagę.

Smutne myśli i przeczucia dręczyły kapitana don Orteva; przewidywał zagubę marynarki hiszpańskiej, skutkiem szerzącego się coraz więcej nieposłuszeństwa i bezkarności. Bolał także niewymownie nad ciężkiemi klęskami jakie jedna za drugą spadały na ojczyznę jego, której rewolucya Stanów meksykańskich najstraszniejszy cios zadała. Rozmawiał często z Pablem w tej ważnej kwestyi, rozwodząc się nad przewagą jaką dawna flota hiszpańska miała na wszystkich morzach.

Drama in Mexico 01

— Nieszczęście to, mówił don Orteva, że karność i posłuszeństwo coraz więcej zacierają się w naszej marynarce. Na moim szczególnie okręcie oznaki buntu coraz więcej się ujawniają, i mam jakieś przeczucie że postradam życie skutkiem niecnej zdrady i rozzuchwalenia osady. W obecnych okolicznościach, wydzierając mi życie, zdrajcy zadadzą zarazem straszny cios Hiszpanii, przysiąż mi Pablo że pomścisz jej krzywdę.

— Przysięgam! odrzekł Pablo.

— Nie szukaj zwady z nikim z osady, ale w danym razie nie zapominaj o tem, że w tak nieszczęśliwych okolicznościach, najlepszy sposób służenia swemu krajowi jest śledzić bacznie, a jeźli można, karać nędzników co go zdradzić pragną.

— Przyrzekam, iż jeźli będzie potrzeba, poświęcę własne życie byle ukarać zdrajców.

Trzy dni minęło od czasu opuszczenia wysp Maryańskich. ‘’Constanzia’’ bryk lekki, wysmukły i szybki, prędko przesuwał się po wód powierzchni.

— Dwanaście węzłów, rzekł raz Pablo do porucznika Martinez, jeźli ciągle tak szybko płynąć będziemy, przy pomyślnym wietrze niedługo staniemy u kresu podróży.

— A czas by było aby skończyły się nasze cierpienia, dość długo je już znosimy, odrzekł porucznik.

Jose znajdował się wówczas na tylnej wyniosłości statku i słyszał tę odpowiedź Martinez’a.

— Niedługo dostrzeżemy ląd, rzekł głośno Martinez.

— Tak, wyspę Mindanao, odrzekł Pablo. Znajdujemy się teraz pod sto czterdziestym stopniem długości zachodniej a ósmym szerokości północnej, jeźli się nie mylę, wyspa ta położona jest pod....

— Sto czterdziestym stopniem trzydzieści dziewięć minut długości i siódmym stopniem szerokości, przerwał żywo porucznik.

Jose prędko podniósł głowę usłyszawszy te słowa, i dawszy niedostrzeżony znak porucznikowi, skierował kroki ku przedniej wyniosłości okrętu.

— Wszak dziś jesteś na służbie od północy, Pablo? zapytał Martinez.

— Tak poruczniku.

— Już szósta wieczorem, idź więc spocznij sobie.

Pablo się oddalił.

Pozostawszy sam, Martinez zwrócił oczy na Azyą żeglującą w pobliżu. Wieczór był prześliczny i zapowiadał jedną z tych pięknych nocy podzwrotnikowych, tak spokojnych i orzeźwiających. Martinez rozejrzał się którzy majtkowie są na służbie, i mimo zmroku poznał Jose’go i innych z którymi umówił się na wyspie Guajana.

Przysunął się do marynarza stojącego przy rudle i cicho szepnął mu parę słów, w skutku czego bryk zaczął nieznacznie zbliżać się ku Azyi, poczem porucznik zaczął chodzić po pokładzie niespokojnym krokiem, trzymając w ręku trąbkę do podawania daleko głosu.

W tem nagle rozległ się wystrzał na pokładzie okrętu; usłyszawszy ten sygnał, porucznik zakomenderował głośno:

— Wszyscy na pokład! zwinąć na maszt niższe żagle.

W tej chwili wyszedł z kajuty don Orteva z innymi oficerami, i zwracając się do porucznika zapytał:

— Co ma znaczyć ta komenda?

Nie odpowiadając, porucznik pobiegł ku przedniej wyniosłości bryku i zakomenderował:

— Poruszyć drąg żagla! ściągnąć sznur wielkiego żagla trójkątnego! Jednocześnie na pokładzie Azya rozległ się odgłos nowych wystrzałów.

Osada usłuchała komendy porucznika i wkrótce bryk stając między okrętem a wiatrem, zatrzymał się na miejscu.

Wtedy don Orteva zwracając się do garstki pozostałych mu wiernych towarzyszy, zawołał:

— Do mnie, towarzysze! aresztować tego oficera!

— Śmierć kapitanowi! krzyknął porucznik.

Pablo i dwóch oficerów pochwycili szpady i pistolety; kilku majtków, a na ich czele Jacopo poskoczyli im na pomoc, ale otoczeni dziesięć-kroć przewyższającą liczbą buntowników, niebawem zostali rozbrojeni i skrępowani.

Żołnierze marynarki i cała osada zwróciła się teraz przeciw oficerom. Don Orteva skierował lufę pistoletu ku Martinez’owi, ale ten odskoczył na bok; kula utkwiła w ścianie okrętu.

W tejże chwili raca podniosła się z pokładu Azya.

— Zwycięztwo! krzyknął Martinez.

Drama in Mexico 02

Kapitan rzucił się ku porucznikowi, lecz napadnięty przez przeważną liczbę wkrótce padł zraniony. W kilka chwil później los jego podzielili inni oficerowie, i zaraz dano sygnały umówione z osadą Azyi. Buntownicy zwyciężyli na obu okrętach. Porucznik Martinez stał się panem Constanzii, a skrępowanych jeńców zamknięto w jedną z kajut.

Widok krwi z ran płynącej, rozbudził dzikie instynkta osady; nie przestając na zwycięztwie, chcieli pozabijać jeńców.

— Zamordować ich! wołało kilku zajadłych; niech zginą! Umarli tylko milczą i nie wydadzą.

Porucznik Martinez wpadł do kajuty jeńców na czele buntowników, ale inni sprzeciwili się tej rzezi i oficerowie ocaleni zostali.

— Przyprowadzić don Orteva na pomost! zakomenderował porucznik.

Spełniono rozkaz.

— Orteva, rzekł Martinez, jestem dowódzcą obu okrętów; równie jak ty, i don Rogue jest moim jeńcem. Jutro zostawimy was obu na bezludnej ziemi, a następnie popłyniemy ku portom meksykańskim i okręta zostaną sprzedane rządowi republikańskiemu.

— Nikczemny zdrajco! zawołał z oburzeniem Orteva.

— Skrępować silniej tego człowieka i przywiązać do słupa! krzyknął porucznik.

I ten rozkaz spełniono.

— Zmienić kierunek statku! Śmiało koledzy!

Manewr ten prędko został wykonany.

Kapitan don Orteva kilkakrotnie jeszcze nazwał porucznika Martinez nędznikiem, nikczemnym zdrajcą; ten poskoczył ku związanemu z siekierą w ręku. Przeszkodzono mu w dokonaniu morderstwa; wtedy silnem cięciem przerżnął linę podtrzymując wielki drąg i ten popchnięty wichrem spadł na głowę don Orteva i na miejscu go zabił.

Krzyk przerażenia i zgrozy rozległ się na okręcie.

— I cóż w tem nadzwyczajnego? rzekł porucznik; śmierć przypadkowa, nic więcej. Wszak różne wypadki zdarzają się na okrętach. Wrzucić ciało w morze!

I znowu usłuchano rozkazu.

Oba statki płynęły teraz jak najbliżej siebie, kierując się ku wybrzeżom meksykańskim.

Nazajutrz dostrzeżono naprzeciwko małą wysepkę; spuszczono na morze łodzie Azyi i Constanzii i wszyscy oficerowie, z wyjątkiem Pabla i sternika Jacopo którzy udali się pod rozkazy Martinez’a zostali porzuceni na tej bezludnej ziemi. Szczęściem, w parę dni później, przepływający koło wysepki angielski statek wielorybników, zabrał ich na swój pokład i przewiózł do Manilli.

Czyż i Pablo i Jacopo przyłączyli się do nikczemnych zdrajców, poddali się Martinezowi?

W kilka tygodni później, oba statki zarzuciły kotwice w zatoce Monterey, na północ starej Kalifornii. Martinez oświadczył komendantowi portu, że odda do rozporządzenia pozbawionemu marynarki Meksykowi oba okręty hiszpańskie, wraz z amunicyą i uzbrojeniem oraz całą osadą i wszelkimi zapasami, za pewną umówioną summę z warunkiem wypłacenia im żołdu zaległego od czasu odpłynięcia z Hiszpanii. Komendant odpowiedział, że nie ma władzy zawierać podobnej umowy i zalecił porucznikowi aby się udał do Meksyku, gdzie z łatwością będzie mógł załatwić tę sprawę. Porucznik idąc za jego radą pozostawił okręty w Monterey i po miesiącu spędzonym na zabawie i uciechach, odpłynął na Constanzii. Pablo, Jose i Jacopo należeli do osady i bryk rozwinąwszy wszystkie żagle dla przyśpieszenia biegu, żeglował jak mógł najśpieszniej do portu Akapulko.



II.

Meksyk posiada cztery porty na Oceanie Spokojnym, San-Blas, Zakatula, Tehnantepek i Akapulko, z tych ostatni jest najdogodniejszy i największe bezpieczeństwo przedstawia okrętom. Samo miasto jest niezdrowe i źle zbudowane, ale przystań bardzo wygodna i sto okrętów mogłoby się w niej pomieścić. Wysokie urwiste skały do okoła otaczają okręta i tworzą tak spokojną kotlinę, iż cudzoziemiec przybywający tu lądem, mógłby myśleć że jest to jezioro otoczone górami.

W owej epoce (1825) Akapulko było strzeżone przez dwa bastiony zasłaniając go z prawej strony, zaś wązkiego wejścia do przystani broniła baterya z siedmiu dział, mogąca w razie potrzeby, krzyżować ogień pod kątem prostym działami fortu San-Diego, który panując nad całą przystanią i posiadając trzydzieści armat, mógł każdej chwili zatopić okręt, któryby chciał przemocą wpłynąć do portu.

Tak więc mieszkańcy niczego nie potrzebowali się obawiać, a jednak w trzy miesiące po opowiedzianych wypadkach ogarnął ich nagle niewypowiedziany przestrach.

Dano znać że okręt jakiś ukazał się na morzu i wieść ta przeraziła bardzo mieszkańców Akapulko, nie wiedząc jakie są zamiary owego podejrzanego statku. Nowa Konfederacya nie bez przyczyny obawiała się jeszcze bardzo powrotu hiszpańskiego panowania. Pomimo traktatów handlowych zawartych z Wielką Brytanią, przybycia sprawującego interesa z Londynu i uznania przez niego rzeczypospolitej, rząd meksykański nie posiadał ani jednego okrętu do obrony swoich wybrzeży.

Zobaczywszy okręt, mieszkańcy nie wiedzieli co myśleć i w każdym razie gotowali się do stawienia oporu przybyszom, gdy w tem, ów przestrach budzący statek, zbliżając się rozwinął nagle chorągiew niepodległości meksykańskiej.

Dopłynąwszy na połowę doniosłości strzału działowego, la Constanzia której nazwę łatwo było przeczytać na tyle okrętu, nagle zarzuciła kotwicę. Zwinięto żagle na maszty i spuszczona na morze łódź prędko zawinęła do portu.

Wylądowawszy porucznik Martinez udał się zaraz do gubernatora oznajmić mu powód przybycia; ten pochwalił jego zamiar udania się do Meksyku, dla uzyskania od prezydenta Konfederacyi, jenerała Guadalupe Vittoria, zatwierdzenia umowy. Gdy wieść o tem się rozeszła, wielka radość zapanowała w mieście; cała ludność wyległa na wybrzeże aby się nasycić widokiem pierwszego okrętu marynarki meksykańskiej, widząc zarazem w sposobie jego nabycia dowód rozprzężenia karności a tem samem osłabienia potęgi hiszpańskiej, co dawało im rękojmie skuteczniejszego odparcia wszelkich nowych pokuszeń dawnych swych panów, do odzyskania utraconej nad niemi władzy.

Martinez powrócił na pokład okrętu. W kilka godzin później bryk Constanzia wpłynął do portu, a osada znalazła pomieszczenie w domach mieszkańców, którzy ich chętnie przyjmowali i suto traktowali. Ale gdy Martinez wołał wszystkich do apelu, nie było Pabla i Jacopa.

Wśród wszystkich krajów wszechświata, Meksyk odznacza się rozciągłością i wysokością płaszczyzny zajmującej jego środek. Łańcuch Kordylierów, pod ogólną nazwą Andów, ciągnie się wzdłuż całej Ameryki południowej, przerzyna Gwatemalę, a przy wejściu do Meksyku dzieli się na dwie odnogi, ciągnące się równolegle po obu stronach terrytoryum. Obie te odnogi tworzą dwie strony niezmierzonej płaszczyzny Analmak, wyniesionej na dwa-tysiące pięćset metrów po nad poziom morza. Ten szereg równin, daleko rozleglejszy a równie jednostajnych jak płaszczyzny Peru i Nowej-Granady, zajmuje trzy piąte części kraju.

Ośmdziesiąt mil oddziela Akapulko od Meksyku. W kilka dni po zarzuceniu w porcie kotwicy bryku Constanzia, dwóch jeźdźców jechało obok siebie drogą wiodącą z Akapulko do Meksyku; byli to porucznik Martinez i Jose. Jose znał doskonale tę drogę; tyle razy już przebywał góry Anahuaku! To też nie przyjęli ofiarowanego im przewodnika Indyanina i wsiadłszy na szybkonogie wierzchowce, pędzili do stolicy Meksyku.

Po dwugodzinnem galopowaniu skutkiem którego nawet rozmawiać nie mogli, zatrzymali się nareszcie.

Drama in Mexico 03

— Jedźmy wolniej, poruczniku, rzekł zadyszany Jose; do licha! wolałbym przesiedzieć dwie godziny na wielkim maszcie podczas najgwałtowniejszego wichru, niż tak pędzić bez wytchnienia.

— Cóż robić, wiesz że trzeba nam się śpieszyć, odrzekł Martinez; ale wszak znasz doskonale drogę.

— Och! jak z Kadyksu do Vera-Cruz, a w dodatku nie utrudnią nam jej ani burze ani rafy Taspanu lub Santandaru.... Jesteśmy bezpieczni, tylko jedźmy wolniej.

— Jedźmy przeciwnie jak można najśpieszniej, odrzekł Martinez spinając konia ostrogami. Niepokoi mnie to nagłe zniknięcie Pabla i Jacopa... Może zamierzają uprzedzić nas i okraść, zabierając dla siebie całą sumę.

— Ha! ha! ha! tegoby tylko brakowało!

— Ile dni zabierze nam droga do Meksyku? zapytał Martinez.

— Cztery do pięciu, poruczniku. To prosta przejażdżka, ale do kroć-sta tysięcy masztów, lin i żagli, nie pędźmy tak prędko. Grunt zaczyna się znacznie podwyższać.

I rzeczywiście znać już było na płaszczyźnie pierwsze zarysy gór.

— Nasze wierzchowce niekute, mówił dalej Jose, kopyta ich zedrą się prędko o te granitowe skały. No, ale nie wygadujmy na ten grunt w łonie jego znajduje się złoto — a choć stąpamy po niem, nie znaczy to bynajmniej że niem pogardzamy; wszak prawda, poruczniku?

Dwaj podróżni wjechali na mały wzgórek, zacieniony palmami i nopalami (gatunek kaktusu). Na lewo roztaczał się las drzew machoniowych. Wysmukłe gałązki pieprzu naginały się pod gorącym podmuchem wiejącym od Oceanu Spokojnego. Całe pola trzciny cukrowej wielkie zalegały przestrzenie. Łany bawełny poruszały lekko swe jedwabniste kity. Najrozmaitsze produkta podzwrotnikowej flory, dalje, mancetje, helikantusy roztaczały swe barwy promieniste po tym szczęśliwym gruncie, najurodzajniejszym z całej krainy meksykańskiej.

Tak, cała przyroda zdawała się ożywiać pod gorącymi promieniami jakie słońce tak hojnie rzucało na nią, ale z drugiej strony tak wielkie upały skazywały mieszkańców na straszne cierpienia żółtej febry, i z tego powodu w opustoszałej okolicy brak było życia i ruchu.

— Co to za wierzchołek ukazuje się tam na horyzoncie? zapytał Martinez.

— Szczyt Brea, ale cóż to za góra! niewiele wyższa od płaszczyzny, odrzekł pogardliwie Jose.

Wierzchołek Brea jest najpierwszą wydajniejszą górą łańcucha Kordylierów.

— Jedźmy prędzej, rzekł Martinez, wierzchowce nasze pochodzą z dalekiego północnego Meksyku i przyzwyczajone są do biegu po górzystym i nierównym gruncie. Korzystajmy z pochyłości drogi aby co prędzej wydostać się z tych niezmierzonych puszcz, wcale niewesołych.

— Czy się boisz, poruczniku?...

— Cóż znowu! odparł Martinez i zamilkł.

Pędząc dostali się na szczyt Brea, który przebywali po stromych ścieżynach, po nad przepaściami, jednak nie tak jeszcze bezdennemi jak otchłanie Sierra Madre. Zjechawszy z góry zatrzymali się dla wytchnięcia koniem.

Słońce znikało już z horyzontu gdy Martinez i Jose dojechali do Cigualan. Wioska ta składała się z kilku nędznych chatek zamieszkanych przez biednych Indyan zwanych „mansos“ to jest rolnikami.

Stale zamieszkali krajowcy są w ogóle bardzo leniwi, z powodu że dość im się schylić aby zbierać niezliczone bogactwa w jakie obfituje ta płodna ziemia; próżniactwem tem odróżniają się oni i od Indyan zamieszkujących wyższe płaszczyzny, których potrzeba zniewala do pracy i od koczowników północnych, nie mających nigdzie stałego zamieszkania i żyjących jedynie z rabunku i grabieży.

W tej wiosce dwaj Hiszpanie nie byli zbyt gościnnie przyjęci; Indyanie poznając w nich dawnych ciemięzców nie okazali im ani przychylności ani chęci usłużenia, pragnęli pozbyć ich się co prędzej. A potem tuż przed nimi przejeżdżało właśnie dwóch podróżnych i zabrali co było zbywającej od własnej potrzeby żywności.

Ani Martinez ani Jose nie zwrócili uwagi na tę okoliczność, która z resztą nie przedstawiała nic niezwykłego.

Drama in Mexico 04

Umieścili się w jakiejś nędznej szopie i przyrządzili sobie na posiłek udziec barani. Wywiercili dziurę w ziemi i następnie zapełnili ją rozpalonemi szczapami drzewa i kamykami podtrzymującemi ciepło; gdy już drzewo wypaliło się zupełnie, położyli na gorącym popiele mięso owinięte w aromatyczne liście, poczem przykryli je szczelnie gałęziami i ziemią. Niezadługo posiłek był gotów; spożyli go z apetytem jaki obudzą długa droga, i posileni położyli się na ziemi, ze sztyletami w ręku; choć posłanie było twarde i komary dokuczały nieustannie, jednak znużeni zasnęli niedługo.

Martinez niejednokrotnie powtarzał we śnie nazwiska Pablo i Jacopo, gdyż nagłe ich zniknięcie niepokoiło go ciągle.



III.

Nazajutrz równo ze świtem konie były osiodłane i podróżni puściwszy się mało uczęszczaną wijącą się przed nimi ścieżyną, puścili się ku wschodowi. Gdyby nie ponure milczenie porucznika, dziwną tworzące sprzeczność z wesołem usposobieniem Jose’go, możnaby ich było wziąść za najuczciwszych ludzi.

Grunt podwyższał się coraz bardziej; niezmierzona płaszczyzna Chilpanzingo posiadająca najpiękniejszy klimat z całej krainy meksykańskiej, rozlegała się do ostatnich krańców horyzontu. Kraj ten wyniesiony o tysiąc-pięćset metrów nad powierzchnią morza, zalicza się do stref umiarkowanych, nie panują tu ani upały krain położonych niżej ani zimna stref wyższych. Niezadługo Hiszpanie dojechali do małej wioski San Pedro i po trzy godzinnem wypoczynku w dalszą puścili się drogę, kierując się ku miasteczku Tutela-del-Rio.

— Gdzie dziś będziemy nocować? zapytał Martinez.

— W Tasko, odrzekł Jose. W porównaniu z temi mieścinami, Tasko jest wielkiem miastem.

— A jest tam jaka wygodna oberża?

— Tak, i to pod pięknem niebem i w pięknym klimacie. Tam słońce nie tak piecze jak nad brzegami morza — a dostając się tak coraz wyżej a wyżej, powietrze tak się ochładza, iż można niepostrzeżenie zmarznąć na szczytach Popokatepeltu.

— Kiedyż przebędziemy góry?

— Pojutrze wieczorem, a z ich wierzchołka wprawdzie z bardzo daleka, dostrzeżemy kres naszej podróży. Złote to miasto ten Meksyk! Czy wiesz poruczniku o czem teraz myślę?

Martinez nie odpowiedział.

— A to ciekawy jestem co się też stało z oficerami, których wysadziliśmy na bezludną wyspę.

Porucznik drgnął.

— Nie wiem, odrzekł głucho.

— Spodziewam się że wszyscy ci dumni panowie poumierali z głodu. A potem przy wylądowaniu kilku wpadło w morze a w tamtych wodach znajduje się rodzaj rekina, zwany tintorea, który nie żartuje. Za powrotem zamyślam osiedlić się stanowczo w tym cudnym meksykańskim kraju. Co krok można w nim napotykać ananasy i banany, a upadając odkryć żyłę złota lub srebra.

— Cicho!... krzyknął nagle Martinez. Co to jest? co ja widzę?...

Jose wyprostował się i rozejrzał do koła.

— Nic nie widzę; nie ma nikogo.

— Widziałem człowieka który znikł gdzieś nagle.

— Zdawało ci się, poruczniku.

— Widziałem wyraźnie! odrzekł z niecierpliwiony.

— No to szukaj sobie tego coś widział! odrzekł Jose, i nie zatrzymując się jechał dalej.

Martinez podjechał do krzaka mangowca, którego gałęzie opadając na ziemię puszczają zaraz korzenie i tworzą nieprzebyte zarośla.

Drama in Mexico 05

Porucznik zsiadł z konia; jak okiem mógł dojrzeć nie było nikogo. W tem nagle spostrzegł jakby śrubę zwężoną ku górze i poruszającą się w cieniu. Był to wąż nie zbyt wielki, którego głowa przygnieciona była odłamem skały, a niższa część ciała wiła się jeszcze w ostatnich drganiach.

— Wyraźnie był to ktoś przed chwilą! rzekł sobie.

Martinez zabobonny i występny, dręczony wyrzutami sumienia ciągle się czegoś obawiał. Zaczął drżeć z przerażenia.

— Kto to mógł być? kto?... wyszeptał i mimowolnie wymówił nazwisko: don Orteva.

Cień ofiary zbrodni ścigał go wszędzie.

— No, cóż? zapytał Jose który zawrócił się ku niemu.

— Nic... nic... nie ma nikogo.... Jedźmy dalej.

Jechali dalej wybrzeżem rzeki Meksala, wpadającej do Rio Balsas. Niezadługo dym unoszący się w powietrzu zdradzał obecność krajowców i ukazało się miasteczko Tutela-del-Rio. Podróżni wytchnęli tu tylko chwilę, chcąc jak najprędzej dostać się do Tasko, gdzie mieli zanocować.

Droga stawała się coraz więcej urwista, to też musieli jechać stępo. Tu i owdzie na grzbiecie góry ukazywały się gaje oliwne, i odtąd dawały się spostrzegać wielkie różnice pod względem gruntu, temperatury i roślinności.

Wieczór zapadł niebawem. Martinez jechał o kilka kroków za swoim przewodnikiem. W miarę zwiększającej się ciemności, Jose’mu coraz trudniej było rozpoznawać miejscowość. Szukał najlepszej drogi i klął na czem świat stoi, ilekroć potknął się o nierówność gruntu lub gdy gałęź jaka uderzała go w twarz, zasłaniała oczy i narażała na zgaśnięcie doskonałego cygara jakie trzymał w ustach.

Porucznik jechał za nim w milczeniu. Trawił go niepokój; nieustannie obijały się o jego uszy ostatnie słowa don Orteva: „Nikczemny zdrajca!“ i nie mógł pojąć dlaczego odegnać ich nie może, dlaczego straszny jakiś ciężar przygniata mu piersi?

Noc zapadła zupełnie; przyśpieszyli kroku. Nie zatrzymując się przejechali małe miasteczka Kontepek i Igula i dojechali do Tasko.

Jose powiedział prawdę; po dotąd przebytych miasteczkach, Tasko wydawało się wielkiem miastem. Oberża mieściła się przy najszerszej ulicy. Oddawszy konie stajennemu, weszli do głównej sali, gdzie stał długi i wazki stół nakryty i zastawiony.

Zajęli miejsca naprzeciw siebie i posilali się potrawami, które dla krajowców były wielkiemi przysmakami, ale europejskie podniebienia uznawały je za bardzo niedobre i Hiszpanie jedli je tylko z głodu. Była niby potrawa z kurcząt, pływających w sosie z zielonego pieprzu; ryż przyprawiony szafranem i czerwonym pieprzem; stary drób faszerowany oliwkami, suszonemi rodzynkami, cebulą, banią smażoną w cukrze, i obłożony „tortilas’ami“ to jest małemi placuszkami z kukurydzowej mąki, pieczonemi na blasze. Po potrawach podano napoje.

Bądź jak bądź, głód zaspokoili, a położywszy się przespali noc całą i obudzili się dość późno.



IV.

Martinez obudził się pierwszy.

— Jose! wstawaj, czas nam w drogę! zawołał.

Jose przeciągnął się i ziewnął.

— Którędyż pojedziemy teraz? zapytał Martinez.

— Mamy dwie drogi do wyboru, obie znam równie dobrze.

— Jakież to?

— Jedna przechodzi przez Zaknalikan, Tenancingo i Tolukę. Z Toluki do Meksyku droga jest piękna, gdyż już minęło się góry Sierra Madre.

— A druga?

— Druga zwraca się nieco ku wschodowi, ale ciągnie się za to około pięknych gór Popokatepeltu i Iektacihualtu. Ta droga jest pewniejsza, bo mniej daleko uczęszczana; jest to jakby piękna przejażdżka piętnasto-milowa po nieco spadzistej pochyłości, ale jest trochę dłuższa.

— Mniejsza już o oto skoro pewniejsza! odrzekł porucznik. Gdzież będziemy nocować?

— Prędko jadąc w Kuernawaka.

Po tej rozmowie udali się do stajni, osiodłali konie i napełnili swe „nochilas“ to jest wiszące u siodeł kieszenie, plackami z kukurydzowej mąki, granatami i suszonem mięsem, gdyż w górach trudno byłoby znaleźć dostatecznego pożywienia. Zapłaciwszy należność w dalszą puścili się drogę.

Po raz pierwszy teraz spotkali dąb, to drzewo dobrej wróżby, u stóp którego zatrzymują się niezdrowe wyziewy dochodzące z niższych płaszczyzn. Na tych równinach wyniesionych o tysiąc pięćset metrów po nad poziom morza, mieszają się z krajowemi produkta przywiezione przez zdobywców. W tej urodzajnej oazie falowały całe łany europejskiego zboża. Tu rosną razem, mieszając swe gałęzie, drzewa azyatyckie i francuzkie. Wśród zielonej murawy rozwijają się pyszne kwiaty Wschodu, a tuż obok nich rosną skromne fiołki, bławatki, werbeny i stokrotki, właściwe strefom umiarkowanym. Tu i owdzie rosły fantastycznie krzewiny żywiczne a wśród nich miła woń wanilii rozchodziła się do koła. Martinez i Jose oddychali swobodnie w tej średniej temperaturze, od dwudziestu do dwudziestu dwóch stopni, panującej w Halapa i Chilpazingo, zaliczających się do tak zwanych „stref umiarkowanych.“

Wstępowali coraz wyżej na płaszczyznę Anahuak i przebywali niezliczone zawady napotykane na drodze.

— Ach! zawołał Jose, oto pierwszy z trzech potoków jakie mamy!

Jakoż ukazała się rzeczka wklęsłem płynąca korytem między dwoma urwistemi wybrzeżami.

— Podczas ostatniej mojej podróży, łożysko było suche, rzekł Jose. No, za mną poruczniku!

Oba spuścili się po dość łagodnej pochyłości skały, i dostali się tak do strumienia który z łatwością można było przebyć.

— Czy i dwa inne są równie łatwe do przebycia? zapytał Martinez.

— Tak, poruczniku. Gdy w porze deszczów potoki wzbiorą, wtedy wpadają one do małej rzeczki Ikstolukka, która okaże nam się wśród wysokich gór.

— Czy w tej bezludnej okolicy nic nam nie zagraża?

— Nic, chyba tylko puginał meksykański.

— To prawda, odrzekł Martinez; Indyanie z wyższych krain pozostali wierni swemu tradycyonalnemu puginałowi.

— A ileż to mają nazw na oznaczenie swej ulubionej broni: estak, verdugo, puna ankillo, beldoko, navaja. Tak prędko wymawiają te nazwy jak i obracają w ręku puginał. Ale zawsze to dobrze że nie potrzebujemy się obawiać niewidzialnych kul, wyrzucanych z długich karabinów. Nic równie nieznośnego, jak ginąć nie wiedząc kto jest naszym zabójcą.

— Jakież plemiona indyjskie zamieszkują w tych górach? zapytał Martinez.

— A ktoby tam zliczył wszystkie plemiona i szczepy rozmnożone w tem Eldorado meksykańskim. Nie wyliczyłbym ich do nocy.

Jose miał słuszność; zbyt zagadkowa czystość ras, nader utrudnia w tych okolicach badania antropologiczne.

Martinez przestał rozmawiać i w ponurej zatonął zadumie. Z umysłu pozostał o kilka kroków za swoim towarzyszem, bo i jego obecność zdawała mu się ciężyć.

Wkrótce napotkali dwa inne strumienie; porucznik widząc suche ich łożyska nieprzyjemnego doznał wrażenia, gdyż liczył na to że w nich napoją swe znużone konie.

— Otóż jesteśmy jak na puszczy, ani żywności ani wody, rzekł Jose; — ale trzeba sobie radzić. Szukajmy między tymi dębami i wiązami drzewa które krajowcy nazywają „ahuehuelt;“ zawsze prawie w jego cieniu wytryska żywy zdrój, a choć tylko wodą płynący, cóż robić! na puszczy woda jest winem.

Objechali kępę drzew i wkrótce znaleźli wspomniane tak upragnione drzewo; ale, niestety! nadzieje zawiodły, zdroju nie znaleziono, widać było że świeżo wysechł.

— Szczególna rzecz! rzekł Jose.

— Bardzo, bardzo szczególna! rzekł Martinez który zbladł nagle. No, jedźmy dalej! dodał po chwili.

Okolica przedstawiała wejrzenie skalisto urwiste i dozwalała się domyślać olbrzymich szczytów bazaltowych, powstrzymujących obłoki nadchodzące od strony Oceanu. Na zawrocie szerokiej skały ukazał im się fort Kochitkalcho, zbudowany przez dawnych Meksykanów, którego powierzchnia zajmuje dziewięć tysięcy metrów kwadratowych.

Zsiadłszy z koni, przywiązali je do pnia wiązu, poczem pragnąc rozpoznać kierunek drogi wdrapali się na szczyt skały.

Noc zapadająca, nadając przedmiotom niewyraźne zarysy, przyodziewała je w fantastyczne kształty. Stary fort miał pozór olbrzymiego żubra siedzącego na łapach z łbem nieruchomym, a Martinez’owi; który rozglądał się po nim niespokojnym wzrokiem, zdawało się że na ciele tego potworu różne poruszają się cienie. Nie wydawał się jednak z tem, z obawy aby Jose nie szydził z niego.

Jose posuwał się ostrożnie po krętej wśród góry wijącej się drożynie, a gdy rozdzielił go z towarzyszem jaki załom skały, przywoływał go głosem.

W tem nagle zerwał się z ostrym, ponurym krzykiem, wielki jakiś ptak nocny.

Martinez drgnął i zatrzymał się na miejscu. O jakie trzydzieści stóp nad jego głową, ogromny odłam skały zachwiał się wyraźnie w swej podstawie, nagle oderwał się i gruchocząc wszystko w swem przejściu, z szybkością i odgłosem pioruna, stoczył się w przepaść.

— Santa Marya! krzyknął Jose, co się to dzieje!

— Jose, gdzie ty jesteś?

— Tu zaraz.

I stanęli obok siebie.

— Takie oberwanie skały!... cud że nas nie przygniotło... Spuśćmy się na dół, rzekł Jose.

Martinez milcząc spełnił polecenie i wkrótce znaleźli się na niższej równinie. Tam przebieg skały napiętnował się szeroką bruzdą.

— Santa Marya! wykrzyknął z przerażeniem Jose; wierzchowce nasze znikły, zapewnie zgniecione i zabite.

— Przebóg! zawołał załamując ręce Martinez. Ani koni, ani drzewa do którego były przywiązane nie pozostało i śladu.

— Gdybyśmy nie byli na skale, cóżby się to z nami stało! rzekł Jose.

Martinez zostawał pod wrażeniem niewysłowionego przerażenia.

— Wąż.... fontanna.... oderwanie skały.... szeptał niezrozumiale.

I nagle rzucił się ku Josemu z obłąkanym wzrokiem.

— To chyba ty mówisz mi nieustannie o kapitanie Ortefa? krzyknął, zaciskając usta z gniewu.

Jose się cofnął.

— Cóż to znów za szaleństwo, poruczniku. Nie ma czasu do stracenia, zginęły nam konie ale zostały nogi a zatem dalej w drogę. Nie dobrze byłoby zostawać tu dłużej, skoro spodobało się starej górze tak nas powitać niegościnnie.

Milcząc w dalszą puścili się drogę i w środku nocy przybyli do Kuernawaka. Tu pomimo usilnych starań nic mogli dostać koni, więc nazajutrz rano poszli pieszo ku górze Popokatepelt.



V.

Temperatura była zimna, roślinność żadna; niedostępne te wyżyny należą do stref lodowych, zwanych „ziemiami zimnemi“ Już z pomiędzy dębów zaczęły się wyłaniać gołe szczyty sosen; źródła stawały się coraz rzadsze w tym gruncie złożonym przeważnie z popękanych trachitów i dziurkowanych kamieni.

Od sześciu godzin, porucznik i towarzysz jego postępowali z wysileniem, krwawiąc ręce o ostre wypukłości skał, a nogi o wystające na drodze kamienie. Nareszcie znużeni niewymownie musieli usiąść dla wypoczynku. José zaczął wydobywać resztki żywności.

— Szatan nas opętał żeśmy tę wybrali drogę mruczał pod nosem.

Obydwa obiecywali sobie że doszedłszy do Arakopistla, wioszczyny leżącej wśród gór, znajdą jakiś sposób zapewnienia sobie wygodniejszej podróży — ale zawiodły ich nadzieje. I tu panował równy niedostatek, równa niechęć dla przybyszów i chęć jak najprędszego się ich pozbycia. O dostaniu wierzchowców ani marzyć można było. A jednak trzeba było koniecznie dostać się do Meksyku. Zobaczyli przed sobą niezmierzony cypel Popokatapeltu, tak bezmiernie wysoki, że chcąc dojrzeć jego wierzchołka oko ginęło w obłokach. Droga była nadzwyczaj stroma i ciężka. Na wszystkie strony, wśród nierówności gruntu, jeżyły się niezgłębione przepaście, a ważkie, urwiste ścieżyny zdawały się chwiać pod stopami podróżnych. Aby rozpoznać położenie i drogę, myśleli wdrapać się na pewną część góry wysokiej na pięć tysięcy czterysta metrów, którą to górę Indyanie przezwali „Dymiącą Skałą“ i dotąd znać na niej ślady świeżych wybuchów wulkanicznych. Ostry jej grzbiet przerzynały czarne rozpadliny. Od czasu ostatniej tu bytności Jose’go, nowe kataklizmy wstrząsnęły tą pustą okolicą i dla tego nie mógł się w niej rozpoznać. To też błąkał się po niemożebnych przejściach i co chwila zatrzymywał się nadsłuchując, gdyż głuchy jakiś odgłos zdawał się wychodzić z pośród rozpadlin olbrzymiego ostrokręgu.

Słońce już znacznie pochylało się ku zachodowi, a ciężkie nagromadzone chmury zaciemniały jeszcze atmosferę. Trzeba się było obawiać deszczu i burzy, bardzo często panujących w tych okolicach, w których wyniesienie gruntu ułatwia parowanie wody. Ani śladu roślinności nie ma na tych skałach, których szczyt ginie w wiekuistych śniegach.

— Nie mam siły iść dalej! zawołał Jose, padając ze znużenia.

— Trzeba iść jednak! odrzekł Martinez z gorączkowem zniecierpliwieniem.

W tem grzmot odbił się głucho w rozpadlinach Popokatepeltu.

— Niech mnie licho porwie! jeźli wiem gdzie się obrócić w tym chaosie ścieżyn i otchłani — zawołał Jose.

— Wstawaj i chodźmy! krzyknął cierpko Martinez.

I potrząsł nim aby powstał. Jose czuł że nogi chwieją się pod nim.

— I ani żywej duszy żeby nam wskazała drogę! mruczał Jose.

— Tem lepiej! rzekł Martinez,

— Chyba nie wiesz poruczniku, że rok rocznie tysiące morderstw bywa dokonanych w Meksyku, i że bynajmniej nie jesteśmy tu bezpieczni?

— Mniejsza o to! mruknął Martinez.

Tu i owdzie błyszczały na skale grube krople deszczu, oświetlone ostatniemi odbłyskami światła.

— Co jest po za tą górą? zapytał Martinez.

— Na lewo Meksyk, na prawo Puebla, ale nic dojrzeć nie można... ciemno jak w piekle.... Przed nami powinna stać góra Iktacihualt, a obok niej w wąwozie dobra droga. Ale czy tylko trafimy do niej!

— Chodźmy! zawołał Martinez.

Jose nie mylił się. Płaszczyznę Meksyku otacza olbrzymi czworobok gór. Jest to rozległa podłużna kotlina, mająca ośmnaście mil długości, dwanaście szerokości i sześćdziesiąt siedm obwodu, otoczona wysokiemi górami, z których największe ciągną się na południo-zachód, to jest Popokatepelt i Iktacihualt. Raz dostawszy się na ich szczyt, podróżnik z łatwością zejść może na równinę Anahuak i ztąd już ku północy ciągnie się piękna droga do samego Meksyku.

Głośny huk grzmotów gwałtownie rozlegał się w górach; deszcz i wicher ustawał niekiedy i wtedy wyraźniejsze huczało echo.

Jose niecierpliwił się i klął co chwila. Porucznik Martinez blady i milczący, złem okiem patrzył na swego towarzysza; widział w nim wspólnika i świadka którego chciałby się pozbyć.

Nagle wielka błyskawica rozjaśniła ciemność; Jose i Martinez spostrzegli że stoją nad przepaścią....

Martinez podszedł ku Jose’mu, położył rękę na jego ramieniu i rzekł gdy ucichł nieco odgłos grzmotów.

— Jose!.... ja się boję!....

— Boisz się burzy poruczniku?

— Nie lękam się ulewy i grzmotów.... boję się burzy szalejącej w mojem łonie....

— A! rozumiem, myślisz ciągle o kapitanie Orteva!.... pocóż, u licha zaprzątać sobie tem głowę.... jeszcze w takich chwilach! Doprawdy to śmiechu warte....

Jednak Jose nie śmiał się wcale, gdyż widział że Martinez patrzył na niego dzikim, obłąkanym wzrokiem.

W tem rozległ się straszny huk grzmotu.

— Cicho! cicho, Jose! nic nie mów! wołał Martinez, widocznie jakby nieprzytomny.

— Do kroćset bomb i granatów, kiedy się tak boisz, poruczniku, to najlepiej zatkaj sobie oczy i uszy.

— Zdaje mi się, wybełkotał Martinez, że stoi tu, przede mną.... don Orteva.... z rozstrzaskaną głową.... jest tam!...

O dwadzieścia kroków od nich, odbłysk błyskawicy ukazał im jakiś czarny cień — i w tejże chwili Jose ujrzał obok siebie porucznika, bladego jak trup, strasznie zmienionego, z podniesioną ręką w której trzymał sztylet.

— Co się to znaczy! krzyknął.

Błyskawica zaświeciła nad nimi.

— Ratunku! krzyknął Jose.

I padł ugodzony sztyletem, a Martinez, jak drugi Kain biegł oszalały z zakrwawionym sztyletem w ręku.

W kilka chwil później dwóch mężczyzn zbliżyło się do martwych zwłok Josego, mówiąc:

— Otóż jeden odniósł już zasłużoną karę!.... a jeszcze z ręki wspólnika!...

Martinez błąkał się jak szalony, nieprzytomny, wśród otaczającej ciemności. Biegł z gołą głową, nie czując ulewnego deszczu.

— Do mnie!... prędzej!... ratunku! krzyczał potykając się o ślizgie skały.

W tem dał się słyszeć plusk i wrzenie wody; Martinez zatrzymał się i słyszał spadek strumienia.

To mała rzeczka Ixtolukka spadała gwałtownie z wysokości pięćset stóp.

O kilka kroków dalej, nad wodą zarzucony był most przytwierdzony linami z włókien agawy. Po obu wybrzeżach most ten wspierał się na kilku palach wbitych w skałę i bujał się w przestrzeni jak nitka wyciągnięta w powietrzu.

Martinez chwytając się pnączy, czołgając posuwał się na most i po nadzwyczajnych wysileniach już dostawał się do przeciwnego brzegu.

Tam cień jakiś mu się ukazał.

Przerażony, milcząc cofnął się ku opuszczonemu brzegowi.

Lecz tu znów drugą zobaczył postać.

Szarpany rozpaczą i przerażeniem, na kolanach posunął się do środka mostu, z obłąkanym wzrokiem, z załamanemi rękami.

— Martinez, ja jestem Pablo! rzekł jeden cień.

— Martinez, ja jestem Jacopo! odezwał się drugi.

— Dopuściłeś się haniebnej zdrady! musisz umierać!

— Dopuściłeś się zabójstwa!.... musisz umierać!

Drama in Mexico 06

I dwa uderzenia rozległy się w powietrzu: pale podtrzymujące most padły pod ciosem siekiery, a Martinez spadł w otchłań wód, klęcząc z wyciągniętemi do góry rękami.


.........................................


O milę niżej, Pablo i Jacopo zeszli się znów z sobą, przebywszy wpław rzekę Ixtolukka.

— Ukarałem za śmierć don Orteva! rzekł Pablo.

— A ja za krzywdę wyrządzoną ojczyźnie mojej Hiszpanii, rzekł Jacopo.

Oto jak powstała marynarka Konfederacyi meksykańskiej. Te dwa okręty hiszpańskie wydane im przez nikczemnych zdrajców, były pierwszym zawiązkiem floty co nie tak dawno walczyła z okrętami Stanów Zjednoczonych o Texas i Kalifornię.


KONIEC.


Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.