FANDOM


IV Dramat w Meksyku
V
Juliusz Verne
Cały tekst
Uwaga! Tekst wydano w 1877 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


V.

Temperatura była zimna, roślinność żadna; niedostępne te wyżyny należą do stref lodowych, zwanych „ziemiami zimnemi“ Już z pomiędzy dębów zaczęły się wyłaniać gołe szczyty sosen; źródła stawały się coraz rzadsze w tym gruncie złożonym przeważnie z popękanych trachitów i dziurkowanych kamieni.

Od sześciu godzin, porucznik i towarzysz jego postępowali z wysileniem, krwawiąc ręce o ostre wypukłości skał, a nogi o wystające na drodze kamienie. Nareszcie znużeni niewymownie musieli usiąść dla wypoczynku. José zaczął wydobywać resztki żywności.

— Szatan nas opętał żeśmy tę wybrali drogę mruczał pod nosem.

Obydwa obiecywali sobie że doszedłszy do Arakopistla, wioszczyny leżącej wśród gór, znajdą jakiś sposób zapewnienia sobie wygodniejszej podróży — ale zawiodły ich nadzieje. I tu panował równy niedostatek, równa niechęć dla przybyszów i chęć jak najprędszego się ich pozbycia. O dostaniu wierzchowców ani marzyć można było. A jednak trzeba było koniecznie dostać się do Meksyku. Zobaczyli przed sobą niezmierzony cypel Popokatapeltu, tak bezmiernie wysoki, że chcąc dojrzeć jego wierzchołka oko ginęło w obłokach. Droga była nadzwyczaj stroma i ciężka. Na wszystkie strony, wśród nierówności gruntu, jeżyły się niezgłębione przepaście, a ważkie, urwiste ścieżyny zdawały się chwiać pod stopami podróżnych. Aby rozpoznać położenie i drogę, myśleli wdrapać się na pewną część góry wysokiej na pięć tysięcy czterysta metrów, którą to górę Indyanie przezwali „Dymiącą Skałą“ i dotąd znać na niej ślady świeżych wybuchów wulkanicznych. Ostry jej grzbiet przerzynały czarne rozpadliny. Od czasu ostatniej tu bytności Jose’go, nowe kataklizmy wstrząsnęły tą pustą okolicą i dla tego nie mógł się w niej rozpoznać. To też błąkał się po niemożebnych przejściach i co chwila zatrzymywał się nadsłuchując, gdyż głuchy jakiś odgłos zdawał się wychodzić z pośród rozpadlin olbrzymiego ostrokręgu.

Słońce już znacznie pochylało się ku zachodowi, a ciężkie nagromadzone chmury zaciemniały jeszcze atmosferę. Trzeba się było obawiać deszczu i burzy, bardzo często panujących w tych okolicach, w których wyniesienie gruntu ułatwia parowanie wody. Ani śladu roślinności nie ma na tych skałach, których szczyt ginie w wiekuistych śniegach.

— Nie mam siły iść dalej! zawołał Jose, padając ze znużenia.

— Trzeba iść jednak! odrzekł Martinez z gorączkowem zniecierpliwieniem.

W tem grzmot odbił się głucho w rozpadlinach Popokatepeltu.

— Niech mnie licho porwie! jeźli wiem gdzie się obrócić w tym chaosie ścieżyn i otchłani — zawołał Jose.

— Wstawaj i chodźmy! krzyknął cierpko Martinez.

I potrząsł nim aby powstał. Jose czuł że nogi chwieją się pod nim.

— I ani żywej duszy żeby nam wskazała drogę! mruczał Jose.

— Tem lepiej! rzekł Martinez,

— Chyba nie wiesz poruczniku, że rok rocznie tysiące morderstw bywa dokonanych w Meksyku, i że bynajmniej nie jesteśmy tu bezpieczni?

— Mniejsza o to! mruknął Martinez.

Tu i owdzie błyszczały na skale grube krople deszczu, oświetlone ostatniemi odbłyskami światła.

— Co jest po za tą górą? zapytał Martinez.

— Na lewo Meksyk, na prawo Puebla, ale nic dojrzeć nie można... ciemno jak w piekle.... Przed nami powinna stać góra Iktacihualt, a obok niej w wąwozie dobra droga. Ale czy tylko trafimy do niej!

— Chodźmy! zawołał Martinez.

Jose nie mylił się. Płaszczyznę Meksyku otacza olbrzymi czworobok gór. Jest to rozległa podłużna kotlina, mająca ośmnaście mil długości, dwanaście szerokości i sześćdziesiąt siedm obwodu, otoczona wysokiemi górami, z których największe ciągną się na południo-zachód, to jest Popokatepelt i Iktacihualt. Raz dostawszy się na ich szczyt, podróżnik z łatwością zejść może na równinę Anahuak i ztąd już ku północy ciągnie się piękna droga do samego Meksyku.

Głośny huk grzmotów gwałtownie rozlegał się w górach; deszcz i wicher ustawał niekiedy i wtedy wyraźniejsze huczało echo.

Jose niecierpliwił się i klął co chwila. Porucznik Martinez blady i milczący, złem okiem patrzył na swego towarzysza; widział w nim wspólnika i świadka którego chciałby się pozbyć.

Nagle wielka błyskawica rozjaśniła ciemność; Jose i Martinez spostrzegli że stoją nad przepaścią....

Martinez podszedł ku Jose’mu, położył rękę na jego ramieniu i rzekł gdy ucichł nieco odgłos grzmotów.

— Jose!.... ja się boję!....

— Boisz się burzy poruczniku?

— Nie lękam się ulewy i grzmotów.... boję się burzy szalejącej w mojem łonie....

— A! rozumiem, myślisz ciągle o kapitanie Orteva!.... pocóż, u licha zaprzątać sobie tem głowę.... jeszcze w takich chwilach! Doprawdy to śmiechu warte....

Jednak Jose nie śmiał się wcale, gdyż widział że Martinez patrzył na niego dzikim, obłąkanym wzrokiem.

W tem rozległ się straszny huk grzmotu.

— Cicho! cicho, Jose! nic nie mów! wołał Martinez, widocznie jakby nieprzytomny.

— Do kroćset bomb i granatów, kiedy się tak boisz, poruczniku, to najlepiej zatkaj sobie oczy i uszy.

— Zdaje mi się, wybełkotał Martinez, że stoi tu, przede mną.... don Orteva.... z rozstrzaskaną głową.... jest tam!...

O dwadzieścia kroków od nich, odbłysk błyskawicy ukazał im jakiś czarny cień — i w tejże chwili Jose ujrzał obok siebie porucznika, bladego jak trup, strasznie zmienionego, z podniesioną ręką w której trzymał sztylet.

— Co się to znaczy! krzyknął.

Błyskawica zaświeciła nad nimi.

— Ratunku! krzyknął Jose.

I padł ugodzony sztyletem, a Martinez, jak drugi Kain biegł oszalały z zakrwawionym sztyletem w ręku.

W kilka chwil później dwóch mężczyzn zbliżyło się do martwych zwłok Josego, mówiąc:

— Otóż jeden odniósł już zasłużoną karę!.... a jeszcze z ręki wspólnika!...

Martinez błąkał się jak szalony, nieprzytomny, wśród otaczającej ciemności. Biegł z gołą głową, nie czując ulewnego deszczu.

— Do mnie!... prędzej!... ratunku! krzyczał potykając się o ślizgie skały.

W tem dał się słyszeć plusk i wrzenie wody; Martinez zatrzymał się i słyszał spadek strumienia.

To mała rzeczka Ixtolukka spadała gwałtownie z wysokości pięćset stóp.

O kilka kroków dalej, nad wodą zarzucony był most przytwierdzony linami z włókien agawy. Po obu wybrzeżach most ten wspierał się na kilku palach wbitych w skałę i bujał się w przestrzeni jak nitka wyciągnięta w powietrzu.

Martinez chwytając się pnączy, czołgając posuwał się na most i po nadzwyczajnych wysileniach już dostawał się do przeciwnego brzegu.

Tam cień jakiś mu się ukazał.

Przerażony, milcząc cofnął się ku opuszczonemu brzegowi.

Lecz tu znów drugą zobaczył postać.

Szarpany rozpaczą i przerażeniem, na kolanach posunął się do środka mostu, z obłąkanym wzrokiem, z załamanemi rękami.

— Martinez, ja jestem Pablo! rzekł jeden cień.

— Martinez, ja jestem Jacopo! odezwał się drugi.

— Dopuściłeś się haniebnej zdrady! musisz umierać!

— Dopuściłeś się zabójstwa!.... musisz umierać!

Drama in Mexico 06

I dwa uderzenia rozległy się w powietrzu: pale podtrzymujące most padły pod ciosem siekiery, a Martinez spadł w otchłań wód, klęcząc z wyciągniętemi do góry rękami.


.........................................


O milę niżej, Pablo i Jacopo zeszli się znów z sobą, przebywszy wpław rzekę Ixtolukka.

— Ukarałem za śmierć don Orteva! rzekł Pablo.

— A ja za krzywdę wyrządzoną ojczyźnie mojej Hiszpanii, rzekł Jacopo.

Oto jak powstała marynarka Konfederacyi meksykańskiej. Te dwa okręty hiszpańskie wydane im przez nikczemnych zdrajców, były pierwszym zawiązkiem floty co nie tak dawno walczyła z okrętami Stanów Zjednoczonych o Texas i Kalifornię.


KONIEC.
Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.