FANDOM



III Dramat w Meksyku • IV • Juliusz Verne V
III Dramat w Meksyku
IV
Juliusz Verne
V
Uwaga! Tekst wydano w 1877 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


IV.

Martinez obudził się pierwszy.

— Jose! wstawaj, czas nam w drogę! zawołał.

Jose przeciągnął się i ziewnął.

— Którędyż pojedziemy teraz? zapytał Martinez.

— Mamy dwie drogi do wyboru, obie znam równie dobrze.

— Jakież to?

— Jedna przechodzi przez Zaknalikan, Tenancingo i Tolukę. Z Toluki do Meksyku droga jest piękna, gdyż już minęło się góry Sierra Madre.

— A druga?

— Druga zwraca się nieco ku wschodowi, ale ciągnie się za to około pięknych gór Popokatepeltu i Iektacihualtu. Ta droga jest pewniejsza, bo mniej daleko uczęszczana; jest to jakby piękna przejażdżka piętnasto-milowa po nieco spadzistej pochyłości, ale jest trochę dłuższa.

— Mniejsza już o oto skoro pewniejsza! odrzekł porucznik. Gdzież będziemy nocować?

— Prędko jadąc w Kuernawaka.

Po tej rozmowie udali się do stajni, osiodłali konie i napełnili swe „nochilas“ to jest wiszące u siodeł kieszenie, plackami z kukurydzowej mąki, granatami i suszonem mięsem, gdyż w górach trudno byłoby znaleźć dostatecznego pożywienia. Zapłaciwszy należność w dalszą puścili się drogę.

Po raz pierwszy teraz spotkali dąb, to drzewo dobrej wróżby, u stóp którego zatrzymują się niezdrowe wyziewy dochodzące z niższych płaszczyzn. Na tych równinach wyniesionych o tysiąc pięćset metrów po nad poziom morza, mieszają się z krajowemi produkta przywiezione przez zdobywców. W tej urodzajnej oazie falowały całe łany europejskiego zboża. Tu rosną razem, mieszając swe gałęzie, drzewa azyatyckie i francuzkie. Wśród zielonej murawy rozwijają się pyszne kwiaty Wschodu, a tuż obok nich rosną skromne fiołki, bławatki, werbeny i stokrotki, właściwe strefom umiarkowanym. Tu i owdzie rosły fantastycznie krzewiny żywiczne a wśród nich miła woń wanilii rozchodziła się do koła. Martinez i Jose oddychali swobodnie w tej średniej temperaturze, od dwudziestu do dwudziestu dwóch stopni, panującej w Halapa i Chilpazingo, zaliczających się do tak zwanych „stref umiarkowanych.“

Wstępowali coraz wyżej na płaszczyznę Anahuak i przebywali niezliczone zawady napotykane na drodze.

— Ach! zawołał Jose, oto pierwszy z trzech potoków jakie mamy!

Jakoż ukazała się rzeczka wklęsłem płynąca korytem między dwoma urwistemi wybrzeżami.

— Podczas ostatniej mojej podróży, łożysko było suche, rzekł Jose. No, za mną poruczniku!

Oba spuścili się po dość łagodnej pochyłości skały, i dostali się tak do strumienia który z łatwością można było przebyć.

— Czy i dwa inne są równie łatwe do przebycia? zapytał Martinez.

— Tak, poruczniku. Gdy w porze deszczów potoki wzbiorą, wtedy wpadają one do małej rzeczki Ikstolukka, która okaże nam się wśród wysokich gór.

— Czy w tej bezludnej okolicy nic nam nie zagraża?

— Nic, chyba tylko puginał meksykański.

— To prawda, odrzekł Martinez; Indyanie z wyższych krain pozostali wierni swemu tradycyonalnemu puginałowi.

— A ileż to mają nazw na oznaczenie swej ulubionej broni: estak, verdugo, puna ankillo, beldoko, navaja. Tak prędko wymawiają te nazwy jak i obracają w ręku puginał. Ale zawsze to dobrze że nie potrzebujemy się obawiać niewidzialnych kul, wyrzucanych z długich karabinów. Nic równie nieznośnego, jak ginąć nie wiedząc kto jest naszym zabójcą.

— Jakież plemiona indyjskie zamieszkują w tych górach? zapytał Martinez.

— A ktoby tam zliczył wszystkie plemiona i szczepy rozmnożone w tem Eldorado meksykańskim. Nie wyliczyłbym ich do nocy.

Jose miał słuszność; zbyt zagadkowa czystość ras, nader utrudnia w tych okolicach badania antropologiczne.

Martinez przestał rozmawiać i w ponurej zatonął zadumie. Z umysłu pozostał o kilka kroków za swoim towarzyszem, bo i jego obecność zdawała mu się ciężyć.

Wkrótce napotkali dwa inne strumienie; porucznik widząc suche ich łożyska nieprzyjemnego doznał wrażenia, gdyż liczył na to że w nich napoją swe znużone konie.

— Otóż jesteśmy jak na puszczy, ani żywności ani wody, rzekł Jose; — ale trzeba sobie radzić. Szukajmy między tymi dębami i wiązami drzewa które krajowcy nazywają „ahuehuelt;“ zawsze prawie w jego cieniu wytryska żywy zdrój, a choć tylko wodą płynący, cóż robić! na puszczy woda jest winem.

Objechali kępę drzew i wkrótce znaleźli wspomniane tak upragnione drzewo; ale, niestety! nadzieje zawiodły, zdroju nie znaleziono, widać było że świeżo wysechł.

— Szczególna rzecz! rzekł Jose.

— Bardzo, bardzo szczególna! rzekł Martinez który zbladł nagle. No, jedźmy dalej! dodał po chwili.

Okolica przedstawiała wejrzenie skalisto urwiste i dozwalała się domyślać olbrzymich szczytów bazaltowych, powstrzymujących obłoki nadchodzące od strony Oceanu. Na zawrocie szerokiej skały ukazał im się fort Kochitkalcho, zbudowany przez dawnych Meksykanów, którego powierzchnia zajmuje dziewięć tysięcy metrów kwadratowych.

Zsiadłszy z koni, przywiązali je do pnia wiązu, poczem pragnąc rozpoznać kierunek drogi wdrapali się na szczyt skały.

Noc zapadająca, nadając przedmiotom niewyraźne zarysy, przyodziewała je w fantastyczne kształty. Stary fort miał pozór olbrzymiego żubra siedzącego na łapach z łbem nieruchomym, a Martinez’owi; który rozglądał się po nim niespokojnym wzrokiem, zdawało się że na ciele tego potworu różne poruszają się cienie. Nie wydawał się jednak z tem, z obawy aby Jose nie szydził z niego.

Jose posuwał się ostrożnie po krętej wśród góry wijącej się drożynie, a gdy rozdzielił go z towarzyszem jaki załom skały, przywoływał go głosem.

W tem nagle zerwał się z ostrym, ponurym krzykiem, wielki jakiś ptak nocny.

Martinez drgnął i zatrzymał się na miejscu. O jakie trzydzieści stóp nad jego głową, ogromny odłam skały zachwiał się wyraźnie w swej podstawie, nagle oderwał się i gruchocząc wszystko w swem przejściu, z szybkością i odgłosem pioruna, stoczył się w przepaść.

— Santa Marya! krzyknął Jose, co się to dzieje!

— Jose, gdzie ty jesteś?

— Tu zaraz.

I stanęli obok siebie.

— Takie oberwanie skały!... cud że nas nie przygniotło... Spuśćmy się na dół, rzekł Jose.

Martinez milcząc spełnił polecenie i wkrótce znaleźli się na niższej równinie. Tam przebieg skały napiętnował się szeroką bruzdą.

— Santa Marya! wykrzyknął z przerażeniem Jose; wierzchowce nasze znikły, zapewnie zgniecione i zabite.

— Przebóg! zawołał załamując ręce Martinez. Ani koni, ani drzewa do którego były przywiązane nie pozostało i śladu.

— Gdybyśmy nie byli na skale, cóżby się to z nami stało! rzekł Jose.

Martinez zostawał pod wrażeniem niewysłowionego przerażenia.

— Wąż.... fontanna.... oderwanie skały.... szeptał niezrozumiale.

I nagle rzucił się ku Josemu z obłąkanym wzrokiem.

— To chyba ty mówisz mi nieustannie o kapitanie Ortefa? krzyknął, zaciskając usta z gniewu.

Jose się cofnął.

— Cóż to znów za szaleństwo, poruczniku. Nie ma czasu do stracenia, zginęły nam konie ale zostały nogi a zatem dalej w drogę. Nie dobrze byłoby zostawać tu dłużej, skoro spodobało się starej górze tak nas powitać niegościnnie.

Milcząc w dalszą puścili się drogę i w środku nocy przybyli do Kuernawaka. Tu pomimo usilnych starań nic mogli dostać koni, więc nazajutrz rano poszli pieszo ku górze Popokatepelt.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.