FANDOM



II Dramat w Meksyku • III • Juliusz Verne IV
II Dramat w Meksyku
III
Juliusz Verne
IV
Uwaga! Tekst wydano w 1877 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


III.

Nazajutrz równo ze świtem konie były osiodłane i podróżni puściwszy się mało uczęszczaną wijącą się przed nimi ścieżyną, puścili się ku wschodowi. Gdyby nie ponure milczenie porucznika, dziwną tworzące sprzeczność z wesołem usposobieniem Jose’go, możnaby ich było wziąść za najuczciwszych ludzi.

Grunt podwyższał się coraz bardziej; niezmierzona płaszczyzna Chilpanzingo posiadająca najpiękniejszy klimat z całej krainy meksykańskiej, rozlegała się do ostatnich krańców horyzontu. Kraj ten wyniesiony o tysiąc-pięćset metrów nad powierzchnią morza, zalicza się do stref umiarkowanych, nie panują tu ani upały krain położonych niżej ani zimna stref wyższych. Niezadługo Hiszpanie dojechali do małej wioski San Pedro i po trzy godzinnem wypoczynku w dalszą puścili się drogę, kierując się ku miasteczku Tutela-del-Rio.

— Gdzie dziś będziemy nocować? zapytał Martinez.

— W Tasko, odrzekł Jose. W porównaniu z temi mieścinami, Tasko jest wielkiem miastem.

— A jest tam jaka wygodna oberża?

— Tak, i to pod pięknem niebem i w pięknym klimacie. Tam słońce nie tak piecze jak nad brzegami morza — a dostając się tak coraz wyżej a wyżej, powietrze tak się ochładza, iż można niepostrzeżenie zmarznąć na szczytach Popokatepeltu.

— Kiedyż przebędziemy góry?

— Pojutrze wieczorem, a z ich wierzchołka wprawdzie z bardzo daleka, dostrzeżemy kres naszej podróży. Złote to miasto ten Meksyk! Czy wiesz poruczniku o czem teraz myślę?

Martinez nie odpowiedział.

— A to ciekawy jestem co się też stało z oficerami, których wysadziliśmy na bezludną wyspę.

Porucznik drgnął.

— Nie wiem, odrzekł głucho.

— Spodziewam się że wszyscy ci dumni panowie poumierali z głodu. A potem przy wylądowaniu kilku wpadło w morze a w tamtych wodach znajduje się rodzaj rekina, zwany tintorea, który nie żartuje. Za powrotem zamyślam osiedlić się stanowczo w tym cudnym meksykańskim kraju. Co krok można w nim napotykać ananasy i banany, a upadając odkryć żyłę złota lub srebra.

— Cicho!... krzyknął nagle Martinez. Co to jest? co ja widzę?...

Jose wyprostował się i rozejrzał do koła.

— Nic nie widzę; nie ma nikogo.

— Widziałem człowieka który znikł gdzieś nagle.

— Zdawało ci się, poruczniku.

— Widziałem wyraźnie! odrzekł z niecierpliwiony.

— No to szukaj sobie tego coś widział! odrzekł Jose, i nie zatrzymując się jechał dalej.

Martinez podjechał do krzaka mangowca, którego gałęzie opadając na ziemię puszczają zaraz korzenie i tworzą nieprzebyte zarośla.

Drama in Mexico 05

Porucznik zsiadł z konia; jak okiem mógł dojrzeć nie było nikogo. W tem nagle spostrzegł jakby śrubę zwężoną ku górze i poruszającą się w cieniu. Był to wąż nie zbyt wielki, którego głowa przygnieciona była odłamem skały, a niższa część ciała wiła się jeszcze w ostatnich drganiach.

— Wyraźnie był to ktoś przed chwilą! rzekł sobie.

Martinez zabobonny i występny, dręczony wyrzutami sumienia ciągle się czegoś obawiał. Zaczął drżeć z przerażenia.

— Kto to mógł być? kto?... wyszeptał i mimowolnie wymówił nazwisko: don Orteva.

Cień ofiary zbrodni ścigał go wszędzie.

— No, cóż? zapytał Jose który zawrócił się ku niemu.

— Nic... nic... nie ma nikogo.... Jedźmy dalej.

Jechali dalej wybrzeżem rzeki Meksala, wpadającej do Rio Balsas. Niezadługo dym unoszący się w powietrzu zdradzał obecność krajowców i ukazało się miasteczko Tutela-del-Rio. Podróżni wytchnęli tu tylko chwilę, chcąc jak najprędzej dostać się do Tasko, gdzie mieli zanocować.

Droga stawała się coraz więcej urwista, to też musieli jechać stępo. Tu i owdzie na grzbiecie góry ukazywały się gaje oliwne, i odtąd dawały się spostrzegać wielkie różnice pod względem gruntu, temperatury i roślinności.

Wieczór zapadł niebawem. Martinez jechał o kilka kroków za swoim przewodnikiem. W miarę zwiększającej się ciemności, Jose’mu coraz trudniej było rozpoznawać miejscowość. Szukał najlepszej drogi i klął na czem świat stoi, ilekroć potknął się o nierówność gruntu lub gdy gałęź jaka uderzała go w twarz, zasłaniała oczy i narażała na zgaśnięcie doskonałego cygara jakie trzymał w ustach.

Porucznik jechał za nim w milczeniu. Trawił go niepokój; nieustannie obijały się o jego uszy ostatnie słowa don Orteva: „Nikczemny zdrajca!“ i nie mógł pojąć dlaczego odegnać ich nie może, dlaczego straszny jakiś ciężar przygniata mu piersi?

Noc zapadła zupełnie; przyśpieszyli kroku. Nie zatrzymując się przejechali małe miasteczka Kontepek i Igula i dojechali do Tasko.

Jose powiedział prawdę; po dotąd przebytych miasteczkach, Tasko wydawało się wielkiem miastem. Oberża mieściła się przy najszerszej ulicy. Oddawszy konie stajennemu, weszli do głównej sali, gdzie stał długi i wazki stół nakryty i zastawiony.

Zajęli miejsca naprzeciw siebie i posilali się potrawami, które dla krajowców były wielkiemi przysmakami, ale europejskie podniebienia uznawały je za bardzo niedobre i Hiszpanie jedli je tylko z głodu. Była niby potrawa z kurcząt, pływających w sosie z zielonego pieprzu; ryż przyprawiony szafranem i czerwonym pieprzem; stary drób faszerowany oliwkami, suszonemi rodzynkami, cebulą, banią smażoną w cukrze, i obłożony „tortilas’ami“ to jest małemi placuszkami z kukurydzowej mąki, pieczonemi na blasze. Po potrawach podano napoje.

Bądź jak bądź, głód zaspokoili, a położywszy się przespali noc całą i obudzili się dość późno.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.