FANDOM



Cień Bafometa

Powieść fantastyczna

Stefan Grabiński

¤ ¤ ¤ ¤

Baphomet



GROM.

Pomian był gotów. Powstał od biurka, rozprostował przygarbione całonocnem ślęczeniem plecy i uśmiechnął się. Był gotów. Przed nim piętrzył się stos świeżo zapisanych kartek — ostatnie już może akordy twórczości i życia. Dzieło ukończone. Z miłością oparł dłoń na rękopisach. Myśli, zrodzone tej nocy, zaklęte w twórcze słowo chwili wyjątkowej zdawały się tętnić jeszcze krwią narodzin, jakgdyby nie skrzepłe jeszcze w martwy kształt litery...

Po lewej stronie stołu pod przyciskiem testament spisany pewną, spokojną ręką człowieka, który dobrowolnie ustępuje z areny życia dla powodów ważnych.... Przeglądnął pismo raz jeszcze. Wszystko było w porządku: podpis, pieczęć notarjalna, nazwiska świadków...

Na środku biurka, na teczce parę listów: do brata, krewnych w Krakowie i do matki. Ten ostatni przebiegł ponownie oczyma i zamyślił się... Najdroższa na świecie, najświętsza istota! Biedna, czy przeżyje cios, który jej gotuje?...

Uczuł, jak wzruszenie ściska go za gardło. Łzy, niewczesne łzy męskie zabłądziły pod powieki.

— Matko najlepsza, nie mogłem inaczej!...

Pośpiesznie włożył list do koperty i zalepił. Wszystkie najważniejsze czynności były załatwione; nic już nie stało na przeszkodzie do spełnienia czynu, który nakazywało sumienie. Przed nim ścieliła się droga prosta i jasna jak królewski gościniec. Czas mu już było nań wstąpić... Spojrzał na zegarek. Była 11 rano. Pozostawała do dyspozycji jeszcze tylko jedna godzina. — Przebrał się, wypił filiżankę czekolady i zapaliwszy papierosa, wyszedł. Było wtedy kwadrans na dwunastą w południe. Do „Lasku Cygańskiego“, wyznaczonego na miejsce spotkania szło się dobrej pół godziny; postanowił drogę tę odbyć pieszo. — Ruch odświeżył go i orzeźwił. Szedł krokiem szybkim, sprężystym, rzucając wkoło spojrzenia bystre, niemal wesołe.

Ostatecznie dobrze się stało, że sprawa wzięła taki obrót. Najcięższym był moment wahania się, decyzji — dziś, gdy stał już przed rozstrzygnięciem, doznawał uczucia wielkiej ulgi; jakgdyby kamień przytłaczający go od lat wielu usunął mu się z piersi. Mógł być dumnym z siebie; nie chodziło tu przecież o zwykłą, pospolitą awanturę „honorową“ lub o likwidację osobistego zatargu. Pomian spełniał „misję“ i poświęcał dla niej może własne życie...

Albo on, albo Pradera — trzeciej ewentualności nie było. Śmierci się nie bał, bo w nią nie wierzył; byt pozagrobowy był dlań czemś tak pewnem i naturalnem, jak następstwo dnia po nocy...

Zwolnił kroku. Z ławki na skwerze podeszła ku niemu kwieciarka z oczyma zalęknionej sarny.

— Róże, orchidee! — zachwalała nieśmiało swój towar. — Dziś rano cięte.

Wybrał róże: dwa purpurowe, bujnie rozwite pęcze; jeden zatknął we własną butonierkę, drugi przypiął jej do stanika. Zapłoniła się cudownie jak kwiat u jej piersi.

— Dziękuję panu.

— Żegnaj, piękna dziewczyno!

Przeszedł skwer i zanurzył się w podwójną pierzeję domów sąsiedniej ulicy. W perspektywie zamajaczył szwadron kawalerji: proporce, spisy, rytmiczny ruch kopyt. Po chwili włączył się motyw muzyczny kapeli. I tłum — uliczna gawiedź... Szło to wszystko stamtąd, z góry — szło na niego. Macki ludzkiej lawiny dosięgły go i wessały w swe sploty. Wessały, lecz nie pochłonęły — zatrzymał siebie całym; przepruwał sobą zachłanny gąszcz i darł się w górę, ku Podwalu. Nagle uderzyła w oczy biała plama; ponad zgiełk szczegółów wybił się na czoło ten jeden motyw, wyodrębnił i skupił na siebie uwagę. Śmieszny, banalny motyw! Czyjaś biała, pikowa kamizelka! Che, che, che! Nie do uwierzenia!...

Może dlatego, że ten człowiek zdjął przed nim kapelusz? Co to za jeden? Kim był ten długi elegant? Momentalne spotkanie się dwóch par oczu nie powiedziało nic; indywiduum zupełnie obce. — Dlaczego więc pozdrowił? Niewiadomo. He, he, he! Może zauważył, że tak uporczywie spoglądam na jego kamizelkę? Może spostrzegł zachwyt mój i uznanie dla jego białej, pikowej kamizelki? I zrewanżował się ukłonem. He, he, he!... Jak to łatwo na świecie uszczęśliwić ludzi...

Fala przepłynęła, muzyka wsiąkła gdzieś w zakręty ulic i bloki kamienic. Pomian obrócił się i spojrzał przed siebie. Miasto leżało za nim zwinięte w jeden wielki, zwarty kłąb niby panorama wciśnięta w pięść olbrzyma. Parę kominów fabrycznych dymiło spokojnie. Na północy srzeżoga mgieł wiązała stoki cytadeli z rzeką...

Minął rogatkę. „Pod papugą“ poznał auto Danielskiego. Czekali na niego. Podszedł Czorsztyński z wyciągniętą ręką. Oczy druha badawcze, śledcze doszukiwały się czegoś w jego twarzy.

— Jak się czujesz, Tadzik?

Pomian wyczuł w głosie drżenie niepewności.

— Wybornie! Jak nigdy jeszcze w życiu. Dziękuję wam, drodzy moi, za punktualność. Jedziemy?

— Natychmiast. Pozostaje tylko 10 minut.

Wsiedli. Pojazd ruszył, otaczając się w jednej chwili aureolą pyłu. Pomian, zauważywszy, że Danielski studjuje go ukradkiem zboku, uderzył go lekko dłonią po kolanie.

— Lolku, wyglądasz dzisiaj trochę nieswojo. Czy znów po scenie z Idą?

Przyjaciel uśmiechnął się przekonany.

— Brawo, Tadzik! Jedziesz jak na wesele.

Nad głowami jadących zaszumiały spławy pierwszych dębów; wjeżdżali w Cygański Lasek. Czorsztyński podniósł się z siedzenia i stojąc, obserwował coś wdali przez lornetkę.

— Zdaje mi się, tamtych dotąd jeszcze niema — rzekł po chwili z uczuciem ulgi.

— To dobrze — odparł zadowolony również Danielski. — Poczekamy. Wolę, żeśmy pierwsi.

Automobil zatoczył szerokie koło, przeciął wąską, leśną drożynę i wjechał na zamkniętą pierścieniem drzew polanę... Wysiedli. Było 5 minut przed dwunastą.

Lekarz wydobył z walizy taburet polowy, rozstawił na nóżkach i zaczął rozkładać na nim chirurgiczne przyrządy. Ostrze jakiegoś lancetu badane pod światło nie podobało mu się; odkorkował więc butelkę z sublimatem, przytknął do szyjki kosm waty i napoiwszy płynem, otarł brzeszczot podejrzanego narzędzia. Ruchy jego flegmatyczne, jakby odmierzone na minuty, sekundy rozdrażniły Czorsztyńskiego.

— Że też musieliście się rozkładać z waszym kramem właśnie tutaj, prawie na środku polany — zauważył kwaśno, wskazując mu dyskretnie oczyma obróconego w tej chwili Pomiana.

— Ależ Julku, zostawże kochanego doktora w spokoju! Miejsca będzie dość.

Tymczasem Danielski badał teren. Łączka, pokryta krótką, jedwabistą trawką, wśród której błąkały się tu i owdzie turkusowe niezapominajki, ścieliła się pod nogami jak kobierzec.

— Równo i gładko jak na stole — stwierdził, zwracając się do Czorsztyńskiego. — Więc na 30 kroków, co?

— Tak. Lecz pozostaw to mnie; sam odmierzę. — Tamten uśmiechnął się.

— Naturalnie; masz dłuższe nogi — odpowiedział półgłosem.

Od wieży ratuszowej nadpłynęła szeroka, spiżowa fala wydźwięku. Biła dwunasta w południe.

— Pan przeciwnik spaźnia się. Czy długo będziemy czekali? — zapytał zniecierpliwiony Danielski.

— Musiała zajść w ostatniej chwili poważna przeszkoda — wytłumaczył Pomian, zapalając cygaro. — Możemy poczekać choćby z godzinę.

— Za pozwoleniem! — sprzeciwili się jednomyślnie przyjaciele. — Za pozwoleniem, mój kochany! Jeżeli nie zjawi się do godziny wpół do pierwszej, spisujemy protokół. Taka była umowa; wiedzą o tem doskonale.

— Jak chcecie — odpowiedział obojętnie, goniąc wzrokiem spirale błękitnego dymu.

Czorsztyński wydobył z puzdra parę pistoletów i podał do oglądnięcia towarzyszowi.

— Wszystko w porządku — skonstatował po chwili Danielski. — Po 6 naboi w magazynach; wystarczy...

Przerwał mu nerwowy odzew trąbki automobilowej.

— Nareszcie! — odetchnął z ulgą Pomian, odrzucając cygaro.

Z wnętrza pojazdu wyłoniły się czarne, smukłe postacie dwóch mężczyzn. Pomian zaniepokoił się; bystre, sokole jego oczy nie dostrzegły przeciwnika.

— A gdzie Pradera? — zapytał półgłosem.

Tymczasem sekundanci wymienili chłodny, ceremonjalny ukłon. Na twarzach obu przybyłych znać było silne wzruszenie.

— Coś zaszło — pomyślał Pomian, podchodząc ku nim szybko.

— Panowie! — rzekł zmienionym jakimś głosem jeden ze świadków Pradery. — Musicie wybaczyć spóźnienie... Zaszła przeszkoda... Kazimierz Pradera nie żyje...

— To niemożliwe! — krzyknął Pomian, wysuwając się naprzód.

— Niestety — to smutna prawda. Minister, Kazimierz Pradera niespełna pół godziny temu zginął śmiercią gwałtowną, zamordowany ręką nieznanego złoczyńcy. Panowie! Bez względu na stosunek wasz do niego, uczcijcie pamięć niezwykłego człowieka!

Pomian blady jak płótno zdjął machinalnie kapelusz; inni poszli za jego przykładem. Zapanowało długie, przygnębiające milczenie. Po chwili grupka złożona z sześciu mężczyzn ruszyła powolnym, ociężałym krokiem ku czekającym pojazdom. Po drodze Pomian kilkakrotnie zatrzymywał się; wzrok jego błędny, jakby zdziwiony czepiał się konturów drzew, wałęsał bezradnie po krzewach, tężał nieruchomo w przestrzeni. Napół przytomnego wsadzono do auta.

Gdy minęli rogatkę i wjeżdżali na Senatorską, wyważyły go z odrętwienia głosy kamlotów:

— Minister Pradera zamordowany!

— Skrytobójcze morderstwo! Ofiarą minister Pradera!

— Straszliwa śmierć ministra Pradery!...

— Dodatek nadzwyczajny „Kurjera“!... Kupujcie! Kupujcie!

— Telegram poranny „Przeglądu“! Tragiczny zgon ministra!

— Pradera nie żyje!

— Pradera ofiarą mafji politycznej! Telegram! Telegram!

— Zamach skrytobójczy na ministra!...



WIZYTA W PAŁACYKU PRZY UL. JASNEJ.

Antagonizm Pomiana i Pradery miał swoje dzieje. Był „organiczny“, zasadniczy — sięgał korzeniami spraw podstawowych, które wychodziły poza obręb osobistego stosunku dwóch wybitnych ludzi; konflikt ten jedyny w swoim rodzaju przekraczał granice prywatnego zatargu i wchodził na teren interesów ogółu: należał do kompleksu spraw publicznych, obchodził wszystkich, dotyczył każdej uświadomionej jednostki.

Dlatego cień, który padł na galerje pałacyku przy ul. Jasnej, zdawał się wydłużać czarne swe zasięgi daleko poza rubieże zacisznej siedziby ministra, zarzucając krepę ponurych zagadek na szlaki życia społecznego. Instynktownie odczuto, że zaszedł wypadek brzemienny w następstwa, że „sprawa Pradery“ była epilogiem walki toczącej się o pewne wartości nie od dziś i nie od wczoraj, finałem zmagań się o pewne zasady, tragicznem rozstrzygnięciem sporu, którego motywy powtarzają się perjodycznie poprzez wieki istnienia ludzkiego na ziemi. Odczuto — ale nie uświadomiono sobie w pełni. Do tego niestety społeczeństwo wtedy jeszcze nie dojrzało. Przeglądało coś z powodzi dziennikarskich artykułów, świtało w zgiełku broszur ad hoc, „objaśniających i analizujących“ tajemniczą aferę z ul. Jasnej — ale nikt nie zdobył się na głębokie i zdecydowane postawienie problemu; jak zwykle u nas, same półsłówka, nieśmiałe, co krok cofające się za szaniec codzienności domysły, banalizujące fakt, płytkie i trywjalne przypuszczenia.

— Panowie! — ostrzegał trzeźwy głos w jednej z gazet. — Panowie! Tylko nie wprowadzajmy w sferę pospolitej zbrodni żywiołów metafizycznych! Wszystko, tylko nie to! Bo przepadliśmy z kretesem!

Ostrzeżenie odniosło zbawienny skutek. Odtąd sprawę trzymano w ścisłych szrankach „rzeczywistości praktycznej“. Sfora wyżłów policyjnych węszyła po staremu za tropem mordercy, a sędziowie śledczy, wierni „wypróbowanej przez lata doświadczenia metodzie“, wysilali swe mózgownice na wściekle pomysłowe indagacje świadków.

Rezultat był żaden. Po miesiącu dochodzeń śledztwo stanęło na martwym punkcie. Sprawa utknęła w jakimś ciasnym zaułku, z którego nie było wyjścia ani w prawo, ani w lewo. Wypadało chyba zatrąbić do odwrotu. Lecz na to zabrakło już odwagi i... szczerości względem siebie samych...

Jeden Pomian zrozumiał od początku istotę tego, co się stało. Po pierwszych dniach oszołomienia, wywołanego nagłością faktu opamiętał się i zaczął analizować. Powoli skutki udaru, który przyszedł znienacka w chwili najmniej spodziewanej, ustąpiły na plan dalszy, a pojawiło się ogromne, wmyślające się coraz głębiej w sprawę zdumienie. Zbieg dziwny okoliczności, owa szczególna równoczesność zgonu i niedoszłego pojedynku nie wydały się rzeczą przypadku. Dopatrywał się w nich tajemnych znaczeń. To, co zaszło dnia 22 września, wskazywało na słuszność zamiarów, z któremi nosił się już oddawna. „Los“ przyznał mu rację i uprzedził cios, jaki chciał zadać Praderze. Mordercza ręka, która zatopiła nóż w sercu ministra, była tylko ślepem narzędziem. Zginął, bo zginąć musiał, bo zginąć był powinien. Pomian pragnął wprawdzie, by walka była równa i szanse jednakowe, lecz przeznaczenie postanowiło inaczej: „wyręczył“ go ktoś inny. Dlaczego ktoś inny i dlaczego „wyręczył“?

Może dlatego, by cios był pewniejszy i nieuchronny — może też dlatego, by oszczędzić jego, Pomiana i zabezpieczyć przed ewentualnemi skutkami spotkania. Widocznie sądzonem mu było pozostać przy życiu i dokończyć rozpoczętego dzieła. „Zachowano“ go dla „idei“. Tragiczny zgon przeciwnika stał się dlań sprawdzianem słuszności sprawy, w imię której wydał mu walkę na śmierć i życie. Pomian wyczuł nagle jakby rozpiętą wkoło siebie atmosferę metafizycznej życzliwości, która zdawała się czuwać nad jego krokami i chronić go przed „złą przygodą“. Więc poddał się niewidzialnej opiece z cichą radością dziecka, lecz bez cienia dumy. Bo wiedział, że jest to stan chwilowy, który potrwa tylko tak długo, dopóki będzie to wskazanem i potrzebnem...

Z Praderą znali się oddawna, jeszcze od szkolnej ławy. Już wtedy, niemal od pierwszego spotkania na terenie „klasowym“ zrozumieli, że stoją na wprost przeciwnych krańcach. Kontrast charakterów i umysłowości już wtedy występował wyraźnie, niekiedy jaskrawo. Nawet fizycznie stanowili rażące a znamienne przeciwieństwa. Pradera, tęgi, rosły i barczysty, był szampjonem szkolnym, uwielbianym przez kolegów, którzy patrzyli nań jak na młodego półboga. Natomiast Pomian, wzrostu średniego, wątły, o słabo rozwiniętej klatce piersiowej uchodził zawsze za cherlaka i pięknego niedołęgę.

Obaj należeli do t. zw. lucyferów klasowych, lubo wprost odmiennego typu. Umysłowość Pradery jasna, pogodna i trzeźwa ujmowała wiedzę z praktycznego punktu widzenia. Zdolności posiadał olbrzymie, pamięć fenomenalną; zwłaszcza celował w matematyce i przyrodzie.

Pomian był marzycielem. Zjawiska życiowe, przepuszczone przez alembik jego duszy i serca, wychodziły powleczone mgłą tajemniczości i niedomówień. Patrzył na świat rozszerzonemi od zdumienia oczyma wiecznego dziecka. Jakiś wielki, cichy smutek pokutował w błękitnych, trochę sennych jego oczach. Był namiętnie pobożny. Wychowany pod czułem okiem matki, kobiety niezwykłej, pełnej polotu i głęboko uczuciowej, odziedziczył po niej skłonność do mistycznego na świat poglądu. Dlatego nie był lubiany. Koledzy stronili od „świętego Pomiana“, pomawiając go o obłudę religijną. I on trzymał się zdaleka. Raził go cynizm rozhukanych rówieśników, którzy uważali sobie za punkt honoru kpić z katechety — „katabasa“ i głosić modne w tym czasie hasła, wysnute pośpiesznie z darwinowskiej teorji. Ten chłopak nad wiek dojrzały i przewrażliwiony jak mimoza czuł instynktowną odrazę do parwenjuszowskiego opluwania rzeczy świętych i tajemniczych.

Pod koniec studjum średniego i on „wyzwolił się“ z ciasnych formułek dogmatyzmu kościelnego, lecz mimo wszystko nie przestał być naturą nawskroś religijną. Dawna pobożność, chwilami może nawet dewocja przerodziła się w silny, z rokiem każdym pogłębiający się mistycyzm.

Gdy po ośmiu latach nauki gimnazjalnej otworzyła się przed nim i Praderą wolna i swobodna droga do badań i pracy samodzielnej, antagonizm ich przybrał odrazu charakter zdecydowany: półuświadomiona niechęć lat ubiegłych skrystalizowała się we formę nieubłaganej, żywiołowej nienawiści. Odtąd mieli pójść w kierunkach diametralnie przeciwnych. A że obaj mimo różnicy usposobień należeli do natur aktywnych i lubieli wpływać na innych i wciągać jak największą ilość ludzi w kręgi swych idej i haseł, przeto konflikt był nieunikniony.

Zaczął się na tle ich dysertacyj doktorskich. Przeciwnicy z umysłu wybrali za temat to samo zagadnienie filozoficzne, które rozwiązali w duchu krańcowo odmiennym. Zwyciężyła teza Pradery. Jego pogląd na „teorję stanów podświadomych“, wyłożony w sposób trzeźwy i ostrożny, nie wybiegający intuicją poza bezpieczne rubieże tego, co daje eksperyment i zdrowy, chłopski rozum, bardziej przemówił do przekonania profesorów, niż „mgliste i ryzykowne kalkulacje“ marzyciela, „tkniętego nalotami chorobliwej mistyki“.

To rozstrzygnęło o losie Pomiana. Rozgoryczony niepowodzeniem, porzucił raz na zawsze „karjerę naukową“, by odnaleźć się w dziedzinie sztuki. Po trzech latach wewnętrznych zmagań się, wątpliwości i rozterki wykwitł w ciągu kilku szalonych, twórczych nocy egzotyczny kwiat jego poezji. Pomian stanął odrazu na wyżynach. Czar, wiejący z jego utworów dziwnych i jak obłęd zawrotnych, rzucił mu odrazu pod stopy publiczność i krytykę. Ten młody, dwudziestokilkuletni człowiek stworzył własną szkołę, pozyskał uczniów i naśladowców. Lecz miał i zaciętych wrogów. Bo też nie mogło być inaczej. Jego mocna i żywiołowo oryginalna indywidualność stawiała ludzi wobec nieuchronnej alternatywy: albo należało poddać mu się bez zastrzeżeń lub też bez zastrzeżeń odrzucić. Namiętny rytm jego sztuki zniewalał do bezwzględnego uwielbienia lub do gwałtownego protestu.

Jakoż po szeregu ocen pochwalnych, nawet entuzjastycznych, nadpłynęła zjadliwa fala krytyki.

Na czoło opozycji wysunął się wtedy po raz pierwszy Kazimierz Pradera. Lubo niepowołany, raczej uczony niż literat, „chwycił za pióro z powodów zasadniczych“ i rozpoczął po dziennikach kampanję przeciw rywalowi. Strony artystycznej utworów „dyskretnie“ nie poruszał, pozostawiając tę sprawę „zawodowcom“ — natomiast wystąpił brutalnie przeciw ideologji. Ta zdaniem jego była zgubną dla społeczeństwa, gdyż prowadziła na manowce.

— Pomian — pisał w jednym z tych artykułów, zaprawnych żółcią i pewnością siebie — usiłuje narzucić nam swój światopogląd w sposób wyjątkowo sugestywny, stwarzając fikcje silne jak narkoza i stąd niebezpieczne. Wpływ tego niewątpliwie zdolnego pisarza może zdaniem mojem wywołać fatalne skutki. Twórczość Pomiana chorobliwa i dziwaczna może łatwo sprowadzić społeczeństwo nasze na bezdroża rozkiełzanej fantazji i utopijnej mistyki. Dlatego uważam sobie za święty obowiązek wykazać na tem miejscu bezpodstawność jej założeń, które są zgoła fałszywe, lubo drapują się w togę uczoności i wiedzy. Panowie! To tylko poza i pozór, poza któremi kryją się histeryczne odruchy niezrównoważonej myślą wyobraźni. Nam potrzeba literatury zdrowej, zdrowej i jeszcze raz zdrowej!...

Rzuconą sobie rękawicę podjął Pomian i odpowiedział — nowemi dziełami sztuki. Tak rozpętała się walka zażarta, która miała trwać lata całe: wspaniały, jedyny w swoim rodzaju pojedynek między uczonym i artystą.

Pomian walczył o światopogląd nie dla zaspokojenia ambicji lub zdobycia małodusznej satysfakcji, jaką daje przeforsowanie własnej ideologji — chodziło mu o ogół, o podniesienie go na wyżyny myśli, o „zwrócenie oczu tych Ateńczyków na niebo“ i zagadnienia najwyższe. Talent swój niezwykły i wyjątkowy postanowił spalić jak ofiarne kadzidło na ołtarzu Nienazwanego. Widział, jak społeczeństwo zahypnotyzowane żądzą życia i użycia, oczarowane kultem marnych haseł brnie w beznadziejnem bagnie materjalizmu — widział, jak lot jego z dniem każdym obniża się fatalnie ku przyziemnym wądołom, jak panoszy się wszechwładnie opasły sybarytyzm, jak robi sobie miejsce pięstukami duchowe chamstwo i arriwizm. Więc podjął walkę w imię Ducha i jego nieśmiertelności, w imię ideałów, które wiążą tę i tamtą stronę — zapragnął z całej siły i mocy serdecznej wywołać w ludziach wielkie ocknienie, chociażby przyszło im ujrzeć przebłyski Prawdy w zeszklonych trwogą oczach obłąkańców lub pochylonym nad czeluścią otchłani odczytywać straszliwe jej runy wśród dreszczów grozy... Twórczość jego powinna była stać się dla nich drugą przepaścią w Czufut-Kale, poprzez którą jak przez szczelinę świata w momentalnem ducha spięciu mieli spojrzeć na tajemnicze błonia tamtego brzegu...

Wszystko wskazywało na to, że zwycięży. Potężna ekspresja jego utworów niewoliła ku sobie opornych, fascynowała chwiejnych, elektryzowała obojętnych. Z radością twórcy widział, jak pod jego wpływem powstawały w społeczeństwie nieznane dotąd wiry, które zataczając coraz dalsze kręgi, chłonęły w siebie jednostki i grupy. Pomian był na ustach wszystkich. Dzieła jego komentowane wszechstronnie, roztrząsane z pasją, nieraz z pedanterją docierały niemal wszędzie, budząc zainteresowanie, otwierając nowe perspektywy i rozdale. Jakiś świeży, ożywczy prąd zaczął krążyć dzięki nim wśród ludzi, podniosły się zbróżdżone troską dnia powszedniego czoła, rozbłysły nadzieją zaświatów umęczone oczy...

Lecz i Pradera nie próżnował. I on zdołał skupić dokoła siebie rzeszę zwolenników, którzy z fanatyzmem gotowi byli poprzeć go w poczynaniach. Zdobywszy katedrę filozofji ścisłej, zaczął z niej ciskać gromy potępienia na obóz przeciwnika. Wykłady jego jasne, a lapidarne, przygotowane starannie i metodycznie, mogły zczasem stać się bronią zabójczą, tem bardziej że i on władał językiem mocnym i giętkim jak stal damasceńska. Z żelazną konsekwencją wypleniał profesor w duszach słuchaczy wszelki choćby najwątlejszy „chwast mistycyzmu“, wypłaszał „narowy transcendentalizmu“, „rozsnuwał na nici“ szarej, zimnej „rzeczywistości“ błękitne tkaniny marzeń i metafizycznych tęsknot...

Gdy po kilku latach pracy zdobył wpływ znaczny, postanowił rozszerzyć pole działania na sferę polityki i zaczął ubiegać się o mandat. Szczęście mu sprzyjało: został posłem. Wkrótce rozbrzmiały jego nazwiskiem sprawozdania z posiedzeń sejmu; przemówienia jego energiczne, nacechowane logiką chłodną a mocną, zwróciły na siebie powszechną uwagę. Niebawem ześrodkował dokoła swej osoby klub „Przyjaciół Państwa“, którzy z nieubłaganym uporem torowali mu drogę naprzebój. Gdy w pół roku potem przyszło do przełomu politycznego i część gabinetu podała się do dymisji, Pradera otrzymał tekę ministra.

Oparty silnie o swoje stronnictwo, którego przedstawiciele weszli dzięki niemu w skład nowego rządu i utworzyli większość parlamentarną, rozpoczął akcję zakrojoną na szeroką skalę. Kierunek, jaki nadał polityce, odpowiadał idealnie zasadom filozoficznym, głoszonym lat temu parę wstecz z katedry. Pradera - mąż stanu był praktyczną realizacją Pradery - filozofa. Kurs, wprowadzony przez ministra w sferę polityki stał się wcieleniem tych myśli i poglądów, które niedawno temu roztaczał przed zasłuchanymi w rytm jego słów uczniami.

Rząd Pradery przystąpił do działania w imię hasła „ekspansji nazewnątrz i wzmocnienia tętnic życia gospodarczego nawewnątrz“.

Program pracy, naszkicowany przez nowego ministra w jego pierwszem, świetnie zredagowanem exposé, olśnił i zachwycił szerokie masy społeczeństwa. Widziano w niem same blaski i atuty — cieni nie zauważył nikt lub prawie nikt. Prasa zgodnym chórem śpiewała pochwalne peany na cześć genjalnego męża stanu, chyliły się w kornem uznaniu nawet krnąbrne łby wczorajszej opozycji. Mówiono z entuzjazme o „wzmożonem tętnie życia narodowego“, o „przypływie energji plemiennej“, o „cudownym rozroście i zmężnieniu organizmu państwowego“. Minister święcił zwycięstwo na całej linji.

Pomian obserwował i milczał. Tryumfu przeciwnika nie odczuł jako własnej klęski. Przeciwnie. W pierwszych miesiącach „nowego systemu“ i on jakby uległ zbiorowej sugestji i jakby zawahał się. Przyszła myśl, że może na ideologję jego jeszcze za wcześnie, że może należy z nią jeszcze „poczekać“, póki naród nie zdobędzie silnych podstaw materjalnego dobrobytu. Wprawdzie przekorny głos wewnętrzny przypominał mu zasadnicze prawo ewolucji, że wszystko z ducha jest i dla ducha, a nie dla ziemskich celów, że wszelka moc i potęga, nie oparta o zrąb duchowej podwali, kruchą jest i nietrwałą — mimo to gwałtem tłumił jego podszepty, zatykając uszy przed „niewczesnym natrętem“. Dlatego umilkł i czekał na wyniki.

Nie czekał długo. Po kilku latach działalności Pradery zarysowały się na gmachu wzniesionym przezeń pośpiesznie podrzutem dzikiej, nieustraszonej energji pierwsze pęknięcia i przepukliny. Wykluczenie idealizmu i wiary w wyższy, metafizyczny rodowód człowieka zaczęło mścić się straszliwie. System Pradery, ten stalowy system, który chętnie porównywano z monolitem, wykutym z jednego granitowego bloku, zaczął chwiać się. Na horyzoncie polityki zagranicznej pojawiły się ciężkie, ołowiane chmury, grożące lada dzień rozpętaniem piorunowej burzy, wewnątrz kraju rozszalała orgja praktycznego materjalizmu i brutalnej zmysłowości. Jednostronność systemu wystąpiła w groźnych konturach...

Pradera mimo wszystko utrzymywał się przy władzy. Dorwawszy się naczelnego stanowiska dzięki schlebianiu najniższym, bo zmysłowym namiętnościom tłumu, trzymał się teraz kurczowo steru, który wymykał mu się z dłoni. Gdy podniosła głowę zamilkła już od dłuższego czasu opozycja, zarządził ostre środki prewencyjne i zapowiadał dyktaturę. Kto wie, może marzył o zamachu stanu? Może w snach ambitnych przywidziała mu się już królewska korona?...

Tymczasem położenie pogorszało się z miesiąca na miesiąc. Upór i fanatyzm Pradery podżegały tylko wrogi nastrój wśród sąsiadów i zniechęciły sojuszników; państwu groziło fatalne odosobnienie. Wtedy po raz pierwszy zrodził się w duszy Pomiana zamiar usunięcia go. Teraz widział w nim już nie znienawidzonego przeciwnika, lecz jednostkę szkodliwą dla dobra ogółu, osobnika niebezpiecznego dla całości państwa, którego należało pozbyć się za wszelką cenę. Chodziło tylko o sposób. Droga legalna była dlań bezwarunkowo zamknięta: mimo wszystko minister był wciąż jeszcze zbyt potężny, by go można było obalić. — Pozostawał zamach lub zabójstwo jako następstwo osobistego zatargu. Ponieważ do pierwszego nie był zdolny, wybrał pojedynek. Środek ten wydał mu się jedynem uczciwem wyjściem z sytuacji: powierzając wynik walki losowi i narażając własne życie, szedł Pomian ku straszliwej realizacji z wysoko podniesionem czołem.

Pozostawała strona techniczna, związana z wykonaniem zamiaru. — Tutaj już nie napotkał na duże trudności. Ponieważ Pradera zaczepiony w swym charakterze politycznym jako mąż stanu prawdopodobnie nie byłby reagował, zbywając nawet obelgę milczeniem lub mszcząc się przez pociągnięcie przeciwnika do odpowiedzialności prawnopaństwowej, postanowił zainscenizować zatarg na terenie życia towarzyskiego.

Sposobność nadarzyła się niebawem. Zawdzięczał ją Pomian swym dość szeroko rozgałęzionym znajomościom w świecie literackim i naukowym. Wiedząc o tem, że minister bierze gorliwy udział w przyjęciach piątkowych, urządzanych przez gościnny dom Rudzkich, postarał się o zaproszenie na dzień 20 września.

W czasie konwersacji na temat zagadnień literackoartystycznych przyszło pomiędzy obu przeciwnikami do ostrej wymiany zdań; padło parę słów silnych, niedwuznacznych, Pomian posunął się nawet do otwartej obelgi. Pojedynek stał się nieunikniony.

W parę godzin potem ustalono warunki: były ciężkie, wykluczające niemal dla obu możliwość wyjścia z afery bez szwanku. Spotkanie miało nastąpić dnia 22 września w południe. Tegoż dnia koło godz. 11½ rano zginął Pradera ugodzony śmiertelnie przez nieznanego złoczyńcę. Los uprzedził i wyręczył Pomiana...

Tak przynajmniej wyglądało. Bo w przypadek nie wierzył. Widocznie istniała jakaś siła tajemnicza, jakaś tkwiąca w organizmie świata jaźń — inteligencja, czuwająca nad tem, by nie przekraczano pewnych granic; z chwilą, gdy opętany wyłączną myślą człowiek zapuścił się zbyt daleko w jakąś stronę, grożąc wywróceniem równowagi, siła ta wkraczała jako pośrednik sprawiedliwy lecz i nieubłagany. Tej interwencji zawdzięczał Pomian życie. Dziwiło go tylko, że nikt tego dotychczas nie zauważył. A przecież pobieżny choćby rzut oka na szczegóły tragedji przy ul. Jasnej musiał nasuwać podobne refleksje. Od paru miesięcy śledził Pomian z wytężoną uwagą przebieg afery, wczytując się całemi godzinami w sprawozdania reporterów po czasopismach i gazetach.

Uderzył go odrazu pewien rys charekterystyczny dla sprawy: pozorna irracjonalność czynu. Oto wśród jakich okoliczności dokonano morderstwa.

Dnia 22 września około godz. 11 minut 30 zjawili się w mieszkaniu prywatnem ministra, Kazimierza Pradery, dwaj jego serdeczni przyjaciele, p. p. Z. i dr. K., każąc się w pewnej ważnej sprawie natychmiast zaanonsować panu domu. Sługa, któremu wydano to polecenie, wrócił po chwili blady jak płótno i nie mogąc widocznie dobyć głosu z przerażenia, gestami rąk wezwał przybyłych panów za sobą. Silnie zaniepokojeni usłuchali. Po przejściu dwóch pokoi skręcili w boczny korytarz, uchodzący w oszkloną z trzech stron narożnię. Tu służący zatrzymał się i przepuściwszy naprzód gości, sam cofnął się, jakby nie mając odwagi iść dalej. Panowie Z. i dr. K., przeczuwając jakieś nieszczęście, szybko przebyli galerię i po chwili znaleźli się w białej, marmurowej loggji pałacu, wychodzącej na park.

Tu na posadzce zbroczonej plamami krwi zastali ministra w pozycji pół klęczącej, opartego łokciem jednej ręki o tafle podłogi, a palcami drugiej wplecionego kurczowo w żelazne przęsła ochronnej balustrady. W oczach Pradery, zawleczonych już blachmanem śmierci, zastygły strach i zdumienie — z piersi przebitej nożem w okolicy serca sączyła się ciemna, purpurowa struga...

Przyjaciele jak piorunem rażeni stali przez chwilę bez ruchu u wejścia. Pierwszy ocknął się dr. K. i rzucił się ku nieszczęśliwemu. Lecz wkrótce przekonał się, że ratunek był niemożliwy: zabójcze ostrze przecięło tętnicę...

Zwłoki przeniesiono natychmiast w głąb domu, zawiadamiając równocześnie o fakcie organy bezpieczeństwa publicznego. W pół godziny potem stolica a w dwie kraj cały dowiedział się o ponurej nowinie...

Wdrożone natychmiast śledztwo nie dało żadnych pozytywnych wyników; owszem w miarę ponawiania wysiłków władz policyjnych sprawa wikłała się coraz bardziej. Nie zdołano nawet ustalić charakteru zbrodni. Wprawdzie większość dzienników zaliczyła ją do kategorji zamachów na tle politycznem, lecz enuncjacje te brzmiały niepewnie i bez przekonania.

Zeznania świadków, w tem Amelji Pradera, żony ś. p. ministra i służby nie przyczyniły się prawie w niczem do wyświetlenia prawdy. Przeciwnie — wniosły raczej ferment zagadkowości i tajemnicy. Zwłaszcza jeden szczegół, podany przez kamerdynera, Józefa Święckiego zabarwił ciemną aferę w sposób groteskowy.

Sługa ten, który rozmawiał ze ś. p. Praderą jeszcze o godz. 11 minut 15, pomagając mu przy przebieraniu się, zeznał, co następuje:

Dnia 22 września wrócił ś. p. minister do domu koło godz. 11 rano z ważnej konferencji dyplomatycznej. Był czemś silnie zdenerwowany i skarżył się na ból głowy. Po spożyciu krótkiego śniadania w towarzystwie żony, nagle opuścił jadalnię, tłumacząc się tem, że ma jeszcze tego rana przed południem załatwić pewną, nie cierpiącą zwłoki sprawę i natychmiast przeszedł do sypialni, gdzie kazał się przebrać. Świadek pamiętał doskonale, że pan jego miał na sobie dnia tego ulubioną białą, pikową kamizelkę, podobno podarek imieninowy od żony. W czasie przebierania zauważył, że bielizna ministra i wspomniana kamizelka były silnie przepocone — szczegół fizjologiczny, którego dotychczas nigdy u niego nie zaobserwował.

— Jaśnie pan zapewne szedł dziś za szybko po schodach — ośmielił się na oględną supozycję.

— Być może — odpowiedział mu Pradera — w każdym razie wynieś to zaraz i przewietrz!

Święcki spełnił rozkaz natychmiast i wyszedłszy na loggję, przewiesił kamizelkę przez parapet balustrady, poczem, nie wracając już do sypialni pana, odszedł korytarzem w głąb domu. Widoczne zdenerwowanie i zły humor ministra podziałały nań tak przygnębiająco, że dopiero w 10 minut potem uświadomił sobie, iż postąpił niewłaściwie i że należało rozwiesić przepoconą część ubrania gdzieindziej. Wtedy to, by naprawić swój błąd, udał się ponownie na balkon, gdzie zastał pana w ostatnich podrzutach agonji. Tragizm chwili przesłonił sobą zrazu drugorzędne szczegóły, odwracając jego uwagę od celu, w jakim powrócił do loggji. Lecz gdy wkrótce potem asystował przy wizji lokalnej, którą przeprowadziły natychmiast organa śledcze, spostrzegł, że kamizelka zniknęła bez śladu. Poszukiwania na dole w parku, gdzie przypuszczalnie mogła spaść porwana przez podmuch wiatru, spełzły na niczem...

Na tem urywały się zeznania kamerdynera Święckiego. Stary sługa, który podobno piastował ś. p. ministra, gdy ten był jeszcze małym chłopaczkiem, przywiązywał do swojej relacji wielką wagę, budząc tem uśmiech ironji na ustach przesłuchującego go urzędnika; poczciwy, lecz zdziecinniały już trochę starzec zdawał się być zmartwiony zniknięciem białej kamizelki równie silnie jak tragicznym zgonem ukochanego pana.

— Tak to — dodawał na zakończenie reporter „Sztandaru“, komentujący zeznania sługi — nieraz w życiu tragizm splata się ze śmiesznością i stwarza dziwacznie zezującą karykaturę groteski.

A jednak wśród powodzi sprawozdań i artykułów dziennikarskich, związanych ze „sprawą Pradery“, relacja, zeznań starego kamerdynera skupiła na sobie uwagę Pomiana. Był on może jedynym człowiekiem, dla którego ich treść nie zawierała nic śmiesznego; owszem „motyw białej, pikowej kamizelki“ miał dla niego wyjątkowe znaczenie. Szczególnym bowiem zbiegiem okoliczności powtórzył mu się w tych czasach dwa razy niby refren natrętnej piosenki: po raz pierwszy w wigilję tragicznego dnia w domu Rudzkich, po raz drugi na pół godziny przed niedoszłem spotkaniem. Jak uparta wizja, wywołana skojarzeniem ponurych obrazów, wyłaniały mu się teraz na ekranie wspomnień biały, niepokalany gors koszuli premjera ujęty w ramy białego, pikowego giletu, który przywdział na swój ostatni five o’clock u Rudzkich i równie biała, śnieżno-biała kamizelka nieznajomego, który znienacka pozdrowił go na ulicy. Czego ten człowiek mógł chcieć od niego w owej chwili, gdy szedł bić się z Praderą? Dlaczego uśmiechnął się doń tak życzliwie?... Ten człowiek, ten śmieszny człowiek...

Po miesiącu wczytywania się w szczegóły dochodzeń uczuł Pomian, że „afera Pradery“ działa nań jak haszysz; im dalej zapuszczał się w jej labirynty, tem silniej pociągała go ku sobie jej tajemniczość, tem potężniej pieniło mu się w duszy zielsko trującego zaciekawienia. Ze złowieszczą pasją zagłębiał się w podziemne korytarze złej sprawy, z jakiemś wyjątkowem natręctwem angażował się w ciemne jej zaułki, nie bacząc na możliwe następstwa. Nieznacznie a pewnie zawiązały się silne i wiśne korzenie zabójczej manji: zaczął wczuwać się w obecny stan psychiczny mordercy...

Przypuszczalną dominantą jego musiało być uczucie strachu przed odkryciem. Stąd wieczna czujność i ciągłe pilnowanie siebie na każdym kroku; jeden gest nieostrożny, jedno słowo zbędne mogło zdradzić. Dlatego zasadniczym wskaźnikiem postępowania powinna była być dlań odtąd oględność w mowie, skąpstwo słów posunięte do możliwych granic. „Ściany mają uszy“ — oto dewiza naczelna w nowym rozdziale życia, który zaświtał ponurym, ołowianym brzaskiem na horyzoncie... Te cienie wieczorne tam na murze mogły być niebezpieczne — kontury ich ludzkie... czyżby sylwety szpiegów?... Ten człowiek obcy, przeglądający obojętnie afisze na przeciwległym rogu ulicy w porze obiadowej, wygląda podejrzanie... Lepiej zejść mu z oczu!... Zejść za wszelką cenę!... Co za męka!...

Pomian fizycznie odczuwał piekielną katuszę i drżał z obawy o złoczyńcę. Niepostrzeżenie resztki dystansu między nim a tamtym zmalały do zera i pewnego popołudnia ze zdumieniem spostrzegł straszliwą tożsamość. Był wtedy w jakiejś kawiarni i czytał artykuł „Gazety Codziennej“, omawiający rezultaty dochodzeń w sprawie Pradery. Sprytny referent ujmował rzecz z nowego punktu widzenia i wskazywał nowe drogi władzom śledczym. Pomianowi wydały się te wskazówki groźnemi; nabrał przekonania, że idąc za niemi, policja wpadnie na trop właściwy...

Nagle oderwawszy oczy od dziennika, zauważył na sobie bystre spojrzenie jakiegoś jegomościa przy stoliku sąsiednim. Zmieszał się, zadrżał i uczuł, że blednie.

— Co mi jest, do licha? — pomyślał, zasłaniając się gniewnie gazetą przed natrętnym wzrokiem.

— On coś wie o tobie — szepnął czyjś głos zimny i ostry jak stal. — Coś podejrzewa...

— A cóż mnie to wszystko do licha obchodzić może?! — odpowiedział niemal półgłosem i wezwał płatniczego, by wyrównać rachunek. Po chwili szedł już nerwowym krokiem wzdłuż esplanady...

W parę dni potem zrodziła się nagle chęć odwiedzenia pałacyku przy ul. Jasnej — zrazu nieśmiała, taka niby przypadkowa, nic nie znacząca — później, w miarę jak przeciwstawiał jej się rozum, coraz silniejsza, coraz bardziej tyrańska. Opierał jej się przez tydzień — potem uległ.

I poszedł tam w któreś popołudnie.

Dom był pusty. W dwa tygodnie po śmierci Pradery piękna, jednopiętrowa willa wyludniła się niemal zupełnie. Prócz dozorcy i starego Święckiego nikt tam nie chciał mieszkać. Nawet zrównoważony i pełen flegmy narodowej ambasador amerykański, który zajmował za życia ministra prawe skrzydło pałacyku, przeprowadził się gdzieś do innej dzielnicy miasta. Dom osnuły wkrótce legendy tłumu, chaotyczna, irracjonalna przędza opowieści i gawęd. Podobno straszyło we willi...

Może temu zawdzięczał Pomian łatwość, z jaką udało mu się wtargnąć do wnętrza. Uchylił cicho portal wchodowy strzeżony przez dwa kamienne lwy drzemiące w niszach i wśliznął się ukradkiem w głąb domu Pierwsze drzwi u wylotu klatki schodowej na piętrze, zastał otwarte.

Bez wahania wszedł. Nieugaszona ciekawość kierowała krokami na prawo w amfiladę pokoi uchodzących gdzieś daleko w głębi w korytarz do loggji. Wtem zadrżał: ktoś był w sąsiedniej sali; skrzyp tafli parkietu zdradził czyjąś obecność.

Przystanął z bijącem sercem i na palcach, skradając się, podszedł bez szelestu ku półotwartym drzwiom bibljoteki. — W środku pokoju stał kamerdyner Święcki wpatrzony w naturalnej wielkości portret Pradery wiszący nad biurkiem. Stare, mgłą wieku zawleczone oczy sługi spoczywały na wizerunku pana z wyrazem psiej wierności i przywiązania. Nagle z zapadłej piersi starca wydarło się głębokie jak przepaść westchnienie. Ruchem ręki powolnym zdjął okulary i ciężko rzuciwszy się w krzesło, pochylił nisko głowę i cicho zaszlochał...

Pomian wyzyskał moment. Krokiem tajonym skradającego się kota minął przygarbioną ku posadzce postać i wtargnął do kuluaru, opasującego łukiem skrzydło pałacu. Za chwilę był już w loggji. Oczy jego ciekawe szukały naiwnie śladów zbrodni, popełnionej tu przed dwoma miesiącami, dopatrywały się zrudziałych plam krwi na flizach podłogi! Napróżno. Czarne, lśniące jak lustro tafle marmuru odbijały mu wiernie jego własną postać. Wtedy przechylił się przez balustradę parapetu i spojrzał w ogród. — Odpowiedział mu stamtąd krwawy uśmiech róż i melancholijna zaduma tulipanów. Z boku, tam od lewej narożni czerniło się nagie, sztywne drzewce flagi — wspomnienie ambasady.

Tu w przedwieczornej godzinie po trudach dnia nieraz musiał wsłuchiwać się w głosy ciszy wielki mąż stanu... Może tu, chłodząc uznojone czoło w powiewach zmierzchowego wiatru, snuł dumne plany na przyszłość. Przechylony przez brzuściec loży, może marzył swe sny o potędze?... Lub w księżycowe, białe noce śledził bieg gwiazdy swego losu?...

Pomian uśmiechnął się napół gorzko, napół zjadliwie.

Sunt lacrimae rerum — szepnął w zamyśleniu. — Wielkość i nicość — czcze dymy... Sic transit gloria mundi...

Opuścił balkon i natrafiwszy na jakieś boczne wyjście z korytarza, zaczął zstępować wdół ślimacznicą schodów. Wtem na zakręcie spostrzegł o parę stopni pod sobą wstępującą w górę postać. Jakiś człowiek o wyglądzie chuderlawym, napół garbaty, w długim, zgniło-zielonej barwy płaszczu laboratoryjnym piął się kulawym krokiem po schodach. Pomianowi była skądś znajomą ta twarz śniada, głęboko poorana i ten chód wlokący się, niezdarny... Ta twarz, ta wstrętna twarz, ta przebrzydła karykatura... Ale czyja!?...

Gniew nagły, irracjonalny zalał mu krwią białka oczu.

— Ty łotrze stary, czego tu się włóczysz? — krzyknął, nie mogąc opanować wściekłości. — Oddam cię w ręce policji, łajdaku!

Człowiek w zielonym płaszczu podniósł na wygrażającego mu towarzysza oczy spokojne, zimne a szyderskie i bez słowa, otarłszy się oń po drodze, minął go i zaczął wchodzić na wyższą kondygnację schodów; zmierzał widocznie tam, skąd wracał Pomian: ku loggji. To jedno spojrzenie wystarczyło. W paroksyzmie strachu, szczękając zębami jak w febrze, poznał go Pomian. Poznał i w tymże momencie stracił z oczu: bo zanim dziwny człowiek dosięgnął platformy balkonowej, postać jego rozpadła się na mgliste strzępy i znikła bez śladu...

Pomian odetchnął głęboko i otarłszy pot z czoła, zaczął skradać się ku bramie, by wydrzeć się nareszcie z objęć przeklętego domu. Lecz gdy już kładł drżącą rękę na klamce, usłyszał za sobą suchy kaszel Święckiego.

— Pan tu do kogo? — zabrzmiało nieufne pytanie.

— Zdaje mi się, mój stary — odpowiedział Pomian głosem obcym, drewnianym — że szukałem tutaj cieniów twego pana, a tymczasem podobno spotkałem się z...

Nie dokończył i machnąwszy ręką, szybko wybiegł na ulicę...



PRELUDJA.

Od trzech tygodni prawie dzień w dzień powtarzały się te „historyjki“. Z pozoru wyglądały niewinnie niby psoty pustego łobuza wyprztykującego skądś z za krzaka papierowe gały prosto w nos znienawidzonego mentora — takie sobie błahe, nikomu właściwie nie szkodzące figle. Tak, tak — zapewne. I Pomian nie byłby przywiązywał do tych drobnostek większej wagi, gdyby nie podziemne, głęboko od posad duszy płynące przeczucie, że są one zapowiedzią czegoś poważniejszego. Jakaś organiczna, o doświadczenie lat ubiegłych oparta a półświadoma pamięć ostrzegała przed czemś, co przyjść miało po tych niewinnych preludjach.

A zaczęło się istotnie od dość śmiesznych objawów. Kto inny, mniej wrażliwy na tego rodzaju odchylenia od normy możeby tego nawet nie zauważył — Pomian spostrzegł wlot, że nie wszystko w porządku.

Któregoś dnia zaobserwował pewien charakterystyczny szczegół w rozmieszczeniu sprzętów w pracowni. Zwykle panował tu iście artystyczny nieład i zupełna, niekrępowana niczem swoboda; tego dnia wszedłszy po obiedzie do swego sanktuarjum pracy, ze zdziwieniem stwierdził wzorowy, prawdziwie burżuazyjny porządek: krzesła poustawiane parami pod ścianą jak żołnierze w ordynku, papiery i przedmioty na biurku poskładane symetrycznie po obu skrzydłach, książki pochowane solidnie w szafie bibljotecznej.

Pomianowi zrobiło się odrazu nieswojo: niecierpiał symetrji.

— Czyżby Józef śmiał uraczyć mię próbką swojego smaku w urządzaniu interieuru? — pomyślał poirytowany i zadzwonił na sługę.

— Kto ci tu pozwolił robić porządki? — napadł gwałtownie na wchodzącego. — Czy ci nie wystarczają tamte dwa pokoje?

Oczy starego wygi zaokrągliły się.

— Niczego tu proszę pana nie tykałem od sześciu dni; w środę ubiegłą, t. j. tydzień temu pościerałem tylko prochy, nie ruszając palcem niczego stosownie do rozkazu. Zresztą od wczoraj pokój był zamknięty i żywa dusza nie mogła się tutaj dostać. Chyba... — uśmiechnął się dobrodusznie — chyba kaduk przez dziurkę od klucza.

Pomian przyznał mu rację; istotnie teraz przypomniał sobie, że dnia poprzedniego, wychodząc rano na miasto, zamknął za sobą pokój.

— Hm, — mruknął niechętnie — to prawda...

W parę dni potem zauważył, że wszystkie obrazy w pracowni wisiały jakoś krzywo, odchylone lekko o pewien kąt od linji poziomu. Uderzyło to nawet sługę, który właśnie wtedy znajdował się w pokoju.

— He, he, he! — zaśmiał się, rozglądając ciekawie po ścianach. — Wszystkie malowidła dzisiaj jakoś „nabakier“; jakby je licho jakieś poprzekrzywiało! He, he, he! To tak z fantazją, proszę pana, z fantazją. Całkiem jak u Grześka, czeladnika od szewca z parteru, kiedy sobie podpije i czapkę nasunie na ucho. Trzeba to naprawić.

I nie pytając o pozwolenie, przywrócił obrazom właściwą pozycję.

Dwukrotne doświadczenie zaostrzyło czujność Pomiana; miał się odtąd na baczności. Od pamiętnej środy, kiedy to po raz pierwszy zaobserwował podejrzane przemiany, nigdy nie pozostawiał za sobą pokoju otworem i nie rozstawał się z kluczem; Józefowi dozwolony był wstęp do pracowni tylko w jego obecności, a rzadkich gości przyjmował zawsze w saloniku na skrzydle. Zresztą nikt tu prócz niego samego nie zaglądał: Pomian był kawalerem, a nieliczni krewni mieszkali w Krakowie i na prowincji. Mimo tych środków ostrożności „figle“ nie ustawały; niemal dzień każdy przynosił ze sobą nową niespodziankę. Coś złośliwego wkradło się do domu i płatało łobuzowskie psoty. Fotel, postawiony dzisiaj pod oknem, nazajutrz znachodził się niewiadomo jak na drugim końcu pokoju pod lustrem, wazon z palmą stojący zwykle w niszy koło biurka zawędrował pewnego dnia po powrocie Pomiana z miasta do tylnej partji pracowni za piec; dziś rozsypał ktoś na dywanie pudełko ze stalkami, nazajutrz rozrzucił po podłodze kartki rękopisu, w parę dni później wywrócił do góry dnem kosz na papiery.

Pomian był wściekły. O ile zrazu bawiły go te „psie figle“, o tyle zczasem sprzykrzyła mu się ich natrętna ustawiczność. Tem bardziej, iż głuche przeczucie mówiło, że nic to dobrego nie wróży. Jakaś nieuchwytna pamięć, jakaś organiczna mneme, rejestrująca przeszłość w podświadomych złożach duszy, zdawała się ostrzegać przed czemś, co teraz, wkrótce już miało nastąpić; Pomian miewał chwilami mgliste wrażenie, że podobne objawy już parę razy przedtem w życiu swem przeżywał, że to, co go teraz tak uporczywie prześladuje, kiedyś już, dawniej było, a obecnie powtarza się z pewnemi odmiankami. Z zaciśniętemi od pasji zębami postanowił jednak wytrwać i wytropić „błaznujące indywiduum“.

W tym celu spędzał całe dnie w zaatakowanym pokoju, śledząc bacznie każdy szczegół. Napróżno. Ani razu nie udało mu się przyłapać nikogo, ani razu nie zdołał zaobserwować najmniejszego ruchu wśród sprzętów i przedmiotów składających się na całość wnętrza. Natomiast wystarczyło wyjść na chwilę z pokoju, by po powrocie zauważyć jakiś nowy „kawał“.

Wkońcu wziął się na sposób: zaczął obserwować swoją pracownię z zewnątrz, t. j. z przyległej obok sypialni. Całemi godzinami ślęczał tu na krześle, zaglądając do wnętrza przez dziurkę od klucza. Rezultat był żaden: nie spostrzegł nic podejrzanego; zawsze jakoś stawiano go wobec faktu dokonanego, nie pozwalając na śledzenie przebiegu i sposobu przeprowadzenia figla.

Wtedy chwycił się innego środka: postanowił zaskoczyć znienacka „błaznującego sztubaka“. Parę razy dziennie w rozmaitych porach wpadał nagle do pracowni, obejmując wnętrze badawczem spojrzeniem. Lecz i ta metoda zawiodła. W pokoju nie zastawał nigdy żywej duszy; drzemały tylko jak zwykle po kątach rozproszone sprzęty i wałęsały się po biurku rozrzucone w nieładzie notatki i rękopisy...

Aż pewnej nocy, gdy zmęczony długą lekturą zasnął na parę godzin, nagle zdało mu się, że ktoś chodzi w sąsiednim pokoju. Zerwał się z łóżka i z zapaloną świecą rzucił się ku pracowni...

Nie było nikogo. Pełzały mu tylko u nóg czarne, pokraczne cienie przedmiotów. Lecz gdy spojrzał przypadkiem w zwierciadło, wychyliła się ku niemu z jego szklannych głębin czyjaś twarz: szerokie, zmysłowe usta poruszały się ruchem mlaskającym żwacza, obrzękłe i krwią nabiegłe lewe oko przymrużało się z diaboliczną filuterją, a od czarnej jak kruk czupryny aż po linję opuszczonych ku dołowi wąsów zbiegały ustawicznie nerwowe fałdy dreszczy.

— To on! To on! — zakrzyczało coś w nim, budząc uśpioną świadomość.

— To ty! To ty! — odparował głos drugi.

Świeca wypuszczona z drżących palców upadła na posadzkę i zgasła. Wśród absolutnej ciemności gnany kańczugami trwogi dopadł drzwi, zatrzasnął je za sobą i poomacku ubrawszy się, wyszedł na miasto...

Wróciwszy do domu nad ranem, długo studjował swoją postać w wielkiem, stojącem lustrze w salonie. Badanie wydało widocznie wyniki ponure, bo chmurny i zasępiony zapuścił na wszystkie zwierciadła w domu szare, płócienne pokrowce. Po południu golił się „na pamięć“. Tegoż wieczora po raz ostatni rozmawiał ze sługą oko w oko; z zachowania się Józefa wywnioskował, że czas już najwyższy porozumiewać się z nim tylko przez drzwi z drugiego pokoju. Stary przypatrywał mu się zpodełba ciekawie i widać było, że zadaje sobie gwałt, by nie zrobić jakiejś uwagi. Wreszcie jednak mus wewnętrzny wziął w nim górę, bo pod koniec rozmowy na dobranoc rzucił niby niechcąco przypuszczenie:

— Wielmożny pan zapewne wkrótce stąd wyjedzie?

Pomian zaskoczony podniósł nań pytające oczy:

— A to dlaczego? Skąd ta nowina?

Sługa spuścił oczy zmieszany i bąkał niewyraźnie:

— Tak mi się coś zdawało... że niby... tak jakoś może teraz wypada... Jak to już było parę razy w ubiegłe lata... Zwyczajnie w taką paskudną godzinę pan wyjeżdżał... Bo tak prawdę mówiąc, wielmożny pan trochę teraz przemieniony...

— Idźże sobie precz do stu djabłów! — wrzasnął Pomian, zrywając się z krzesła — kto ci pozwolił wtrącać się do nieswoich spraw? Trzymaj język za zębami, jeżeli nie chcesz stąd wylecieć raz na zawsze!

Józef mocno skonfundowany wyniósł się cicho do swojej izdebki.

Odtąd rozmawiali ze sobą tylko przez drzwi. Wogóle od owego wieczora Pomian stał się dla świata niewidzialnym; nie wychodził z domu chyba późnemi wieczorami, a u siebie nie przyjmował nikogo; izolował się od ludzi zupełnie.

Uwaga sługi zrobiła na nim ogromne wrażenie; zrozumiał, że musi się zastosować do zmienionych warunków swojej powierzchowności. Równocześnie zaczął zdawać sobie sprawę z przemian wewnętrznych. Od pewnego czasu zauważył u siebie niemal zupełne zobojętnienie dla spraw, które go dotychczas zajmowały; kierunek jego duchowych zainteresowań zmienił się do niepoznania. Sybarytyzm praktyczny zajął miejsce dawnych ideałów: zaczął patrzeć na świat okiem pogodzonego ze stanem rzeczy deterministy; imponowała mu teraz siła pięści, spryt życiowy i brutalność. Czuł, jak powoli przekształca się w osobnika złośliwego i podstępnego, jak budzą się w nim instynkty bestji ludzkiej, nie cofającej się przed niczem.

Narazie uświadamiał sobie jeszcze te zagadkowe przemiany — lecz mogła przyjść godzina, w której reszta tej świadomości zatrze się i zgaśnie. A co wtedy?...

Pomian przeczuwał tę chwilę i drżał na samą myśl o tem. Co począć wtedy? Jak się zachować w takim wypadku?

Pytania te dręczyły go niewypowiedzianie, mimowoli nasuwając jako odpowiedź oględną radę Józefa: — Wyjechać! Wyjechać stąd jak najdalej, jak najprędzej!

I może byłby poszedł za wskazówką, nie czekając na dalsze postępy przekształcenia, gdyby nie dziwne zdarzenie, gdyby nie cudownie piękna przygoda, która na czas pewien wstrzymała go od wykonania zamiaru...



WERONIKA.

Żegnał przez okno ukochane miasto. Za godzinę express-oriental miał go unieść w dalekie kraje, na nieznane przygody, nieprzeczuwane emocje. Obok na krześle czekała nań waliza podróżna wypełniona po brzegi, w sąsiednim pokoju niecierpliwił się ulubiony chart węszący wyjazd i zmianę miejsca.

Pomian zapalił powoli cygaro i pojąc się liryzmem rozstania, patrzył wdół na rozgwarzoną przedwieczornym chorałem panoramę. Miasto pławiło się w roztoczy zachodu. Nad zgiełkiem dachów, kopuł, bań, nad graniami gmachów i kamienic żagwiły się w agonji słońca strzały wież, błogosławiły światu rozpostarciem ramion kościelne krzyże. Szare pasma ulic popstrzone tu i tam ludzkiem mrowiem przecinały się w tysiączne sploty, krążyły w linjach wężowych dookoła budynków, pełzały pomiędzy domami niby długie, leniwe tasiemce. W powietrzu wisiała nieruchomo ociężała, błękitnośniada śrzeżoga: nasycony roztwór dymów fabrycznych, mgły i wyparów rzeki. W południowej stronie miasta z belwederku na szczycie obserwatorjum puszczał ktoś na pogodny, turkusowy błękit bukiety rac; ogniste pociski wyrzucone w przestrzeń potężnem pchnięciem gazów, leciały podobłocznym szlakiem hen, hen w przestworza, dosiągłszy zenitu, pękały ze sykiem granatów i siejąc wokół deszcz iskier i gwiazd bezliku, staczały się cicho linją paraboli na ziemię... W pewnej chwili odezwały się dzwony: z wieżyc kościołów spłynęły ku miastu na skrzydłach dźwięków zwiastuny dobrej, przedwieczornej nowiny. Ave Maria!...

Czyjaś dłoń dotknęła nieśmiało jego ramienia. Pomian drgnął i odwrócił się...

Byłaż to wizja, czy wyśniona po latach tęsknoty rzeczywistość? Madonna w godzinę łaski przeogromnej zstępująca z piedestału niebios w zacisze samotnika, czy marzenie mocą duszy spragnionej zrealizowane na chwilę — na krótką, bezpowrotną chwilę?

W ramie kornetu rysowało się alabastrowo białe, jakby wyrzeźbione w onyksie oblicze przecudnej mniszki. Oczy fiołkowe, pełne niewysłowionej słodyczy i zadumy, oczy mieniące się złotawym połyskiem opalu tonęły gdzieś w przestrzeni. Na ustach lekko rozchylonych błąkał się uśmiech — zagadka. Smutek tęskniącej róży czy grymas goryczy?...

Pomian skłonił się głęboko.

Virgo immaculata! — mimowoli uczciły ją szeptem oczarowane wargi.

Bał się ruszyć z miejsca, głos podnieść, by nie spłoszyć urokliwego zjawiska.

— Pozdrowion mi bądź w imię Pana! — usłyszał jakby skądś ze sfery zaziemskiej idące ku sobie powitanie. — Niechaj łaska Chrystusa spłynie na dom twój, panie, nawiedzony smutkiem i niech rozproszy mroki błędu zdradziecko w nim utajone.

Oderwała oczy od jakiegoś punktu w przestrzeni i skierowała je na niego. Nie wytrzymał siły spojrzenia i rażony ogromem ich piękna opuścił głowę. Czuł, że radość bezbrzeżna i zachwyt rozsadzą mu serce; nadludzkie szczęście rozpierało falującą pierś, szaleństwo uwielbienia zamgliło źrenice; zachwiał się i oparł rękę o ścianę, by nie runąć jej do stóp.

— O siostro, siostro przedziwna!

Z fałdów zakonnej stoli wysunęła się ku niemu dłoń smukła, o wytwornej linji rysunku, jak u dziewic mistycznych. Ukląkł i przyciskając dłoń tę do ust, całował z upojeniem. Był oszołomiony; wszystko wydało się tak nieprawdopodobnem, wyjątkowem, jak w bajce. Chwilami myślał, że śni lub marzy, lecz żywe, tętniące młodą krwią ciepło tej ręki, którą czuł pod wargami, mówiło, że mniszka jest cudną rzeczywistością.

Podniosła go ku sobie ruchem ręki. Splótłszy dłonie, w milczeniu wpatrywali się w siebie. Zachwyt pętał słowa, łamał głos. Słyszał uderzenia własnego serca, widział falę jej piersi pod zakonną szatą. W oczach jej rozbłyskiwały i gasły lazurowe ognie, na posągowe, niby z marmuru wykute jagody wykwitał płomień, to znów wstępowała ścięta mrozem, przeraźliwa bladość. Mieniła się jak trawiona śmiertelną gorączką...

Mijały godziny, płynął czas niepowrotnym ściegiem, zapadały w otchłań chwile — oni stali wciąż we framudze narożni zapatrzeni w siebie, milczący, oniemiali... W jakiejś porze nocy dłonie ich rozplotły się. Smukła, podobna steli nagrobnej postać zaczęła oddalać się jak sen, spłoszony przeczuciem poranka. Nie wstrzymywał jej — tylko ramiona wyciągnął w tęsknocie i błagał spojrzeniem o powrót. Tam u wylotu korytarza odwróciła się raz jeszcze i na pożegnanie podniosła rękę jak do błogosławieństwa... Pochylił głowę pod znakiem tej łaski, a gdy po chwili podniósł oczy w tę stronę, już jej nie było....

Niebem wstrząsały pierwsze dreszcze brzasku...

Nawiedzała go zwykle wieczorną porą. Gdy świat uznojony dziennym trudem sposobił się do ukojeń zmierzchu, a znużone wędrówką słońce zasunęło już tarczę do połowy pod ziemię, spływała ku niemu wśród szeptów pozdrowienia...

Dom jego zamienił się w tym czasie w kaplicę, której duszą i świętą była ona. W głębi oszklonego witrażami korytarza stanął jej ołtarz. Codziennie, w odwieczerza godzinę, gdy dzwony na wieżach grały odwieczną melodję zwiastowania, rozkwitały na menzie światła świec i kandelabrów, wśród blasku rozchybotanych płomyków perliły się łzy rosy w kielichach lilij, narcyzów i tulipanów, których pęcze świeżo skropione troskliwą dłonią pochylały się w zamyśleniu mistycznem nad skrzynią tabernakulum. W miedzianych amforach spalały się cicho mira i kadzidło i wysnuwając się z wnętrz w sinobiałych runach, okalały woalem dymów jaspisowy piedestał koło ołtarza opleciony ich skrętami. Obły, lśniący zimno trzon czekał w utęsknieniu...

Wśród cichego prysku przepalających się wonności, wśród słodkiego czadu świec i paschałów stawała na cokole owianym kwefami woni i dymów siostra Weronika. Nieruchoma, z głową lekko pochyloną jakby w znak poddania się wyrokowi nieba, ze złożonemi na piersiach rękoma podobną była służebnicy Pana. Opuszczone powieki zakrywały płomienny szafir jej oczu, rzucając na twarz mniszki cień rzęs długich, jedwabistych, na ustach drzemał uśmiech...

Wstępował na stopnie ku platformie piedestału i ukląkłszy, obejmował jej stopy. Z ust jego płynęły słowa uwielbienia, ciche zaklęcia, namiętne przyzywania. A gdy modlitwa rozpłomieniona do żaru rozkwitała na wargach w białe kwiaty ekstazy, posąg ożywiał się; podnosiły się w górę wstydliwie opuszczone powieki, z oczu strzelały zagadkowe ognie, a złożone nakrzyż ręce spływały parą lilij na głowę adorującego...

Podtrzymywana jego ramieniem, zstępowała wdół pod witraż wcedzający w kaplicę bladoniebieskie jaśnie. Trzymając się za ręce jak para dzieci, siadywali w stallach wysokich, strzelistych, z ciemnego mahoniu. A gdy już nasycili swe oczy wzajemnym widokiem i dusze ich zwarły się ponownie w mistycznym uścisku, Weronika, podszedłszy do smukłego, w czarne asfodele rzeźbionego leggio, otwierała starą, pożółkłą księgę. W ciszy kaplicznego ustronia szeleściły karty foljału przerzucane ręką wąską, przeduchowioną, niemal przezroczystą. Po chwili rozbrzmiewał jej głos słodki i melodyjny: Weronika czytała. Średniowieczne traktaty mistyczne, pełne głębi i naiwności dziecięcej — fragmenty dysput teozoficznych wnikliwe, subtelne, wyrafinowane — żywoty świętych przedziwne. Płynęły wyrazy proste a syte treścią jak jagody wina w porę jesieni, symbole tęczujące opalem w ust kraśnych wydźwięku, słów rzadkich przeczyste lilije...

Modlitwy ascetów, psalmy pokutne jawnogrzesznic, antyfony ponurych samotnic... Z dzikich ustroni, z surowych pieczar stuleci przebrzmiałych wionęły powrotnem echem litanje dusz umęczonych, melodje samodręczycieli, łkania smaganych biczowników... Ściekała krew od razów dobrowolnej męki, otwierały się rany-stygmaty, pęczniała posoka w sine znaki gwoździ. A na tę krew, na czerwoną, purpurową jak zgorzel pożaru krew sączyły się oliwą ukojenia chryzmaty zaziemskich obietnic...

Zczasem, nieznacznie, nieuchwytnie zmieniły się barwy i tony. Na chwiejnej rubieży szałów krwi i ducha wydźwignęły się kielichy nowych, dziwnych kwiatów. Usta Weroniki dumne i kuszące wygłosiły dnia jednego glossę św. Teresy:



— Przed życiem czuję — nie przed śmiercią trwogę,
Bo takie światy widzę tam, przed sobą,
Że mi ten ziemski grobową żałobą
I tem umieram — że umrzeć nie mogę...


Mistyczny żar poezji seraficznej panny rozkochanej w ciele Ukrzyżowanego i jej miłosna ekstaza idąca w zawody z miłością Marji z Magdali zabarwiły policzki deklamującej mniszki bladoróżową jutrznią. Weronika przeżywała całą sobą serdeczną mękę Świętej...



Żądam bez miary — miłuję bez granic
Miłość i żądza nie zdały się na nic —
Zmienionam cała w jedno upragnienie,
Lecz Twojej woli w tych chwilach nie zmienię;
Pan nieśmiertelny nie zstąpi do sługi...
. . . . . . . . . . . . . . . . .
Lecz kiedy konasz, mnie się wiecznie zdaje,
. . . . . . . . . . . . . . . . .
Że Magdalena, ta święta, Twa miła,
Co tam tak jęczy — to ja chyba była!
. . . . . . . . . . . . . . . . .
— Nie — ona Ciebie więcej nie kochała!
Ja wiem, że ona wielka, a ja mała,
Bom mniej czynami Tobie zasłużona —
Lecz więcej Ciebie nie kochała ona!
Jakżeż to będzie, mój Panie, mój Boże?
Jakżeż rozdzielić sądem Salomona
Tę jedną miłość między te dwa łona?
— Bo dwóch miłości być takich nie może!
Nie — Ciebie więcej nie kochała ona!...[1]
. . . . . . . . . . . . . . . . .


Na czoło Weroniki białe, chłodne, marmurowe wystąpiły krople potu, w oczach tliła namiętność. Nagle zachwiała się i upadła bez pamięci u stopni ołtarza...

Następnego wieczora odczytała „Visiones ancillae Domini[2] dziwne, napół obłąkane, sataniczne dzieło nieznanej mniszki z XIV w., która z litości nad katuszą Lucyfera oddała mu swe ciało i duszę. Potem przyszła kolej na ekstatyczną, palącą tropikalnym skwarem poezję księdza Antoniego Szandlerowskiego...



— Moja królewna rozkochana w ciszy
Zawisła tęczą swych ramion w przestworzu...
Jej dusza, jak promienie, roztapia się w morzu,
A ciało jej prześwieca poprzez habit mniszy.

Girlandą myśli tęsknych barwi chmury zwiewne,
Jasnością boskiej piersi gasi jasność słońca,
Aż chmury kwiatem śnieżnym spadły na królewnę
A słońce pierś zalało jak fala mdlejąca...

Królewna marzy tron swój i swoją koronę,
Marzy łoże z traw polnych i kwiatów usłane —
Śni wonną i słoneczną miłości polanę...
I ciało swe dziewicze świętością omglone...

Cicho... cicho, królewno!... Widzisz, idę k' tobie...
Idę z wieczną tęsknotą mojej smutnej duszy.
Cicho... cicho, królewno... daj mi dłonie obie...
Słońce zgasło na piersi... mój kiat skroń twą prószy!...
— — — — — — — — — — — — —
— — — — — — — — — — — — —
Ciało twe, jak lilji kwiat,
Pierś twa krągła, śnieżna, wonna,
Ust upojnych moc bezbronna...
Płomień ócz, jak pożar chat...


W pewnym momencie Weronika umilkła i pochwyciwszy rękę Pomiana, podniosła ją ku namiętnie rozszerzonym nozdrzom.

— Jak słodko pachnie ci dłoń... — wyszeptała w ekstazie.

Przejął go dreszcz rozkoszy i grozy zarazem. Mimowoli cofnął się, wyrywając jej rękę.

— Złudzenie, Weroniko, złudzenie — tłumaczył łagodnie, opanowując wzruszenie. — Zostaw, siostro, te wiersze! Ta poezja działa na ciebie jak trucizna.

— Może masz słuszność — odpowiedziała głosem zgaszonym. — Może masz słuszność...

Lecz od pamiętnej sceny stosunek ich uległ zmianie. Z uczuciem niewymownego szczęścia i trwogi zarazem spostrzegł, że mistyczna ekstaza siostry coraz wyraźniej zwraca się ku jego osobie jako przedmiotowi uwielbienia i adoracji. Równocześnie charakter jej nabierał cech coraz bardziej ziemskich: uniesienia duszy roztapiającej się w sferach błękitu powoli przekształcały się w pożar krwi. Coraz to dłużej przytrzymywała w dłoniach jego ręce, coraz uporczywiej wlepiała weń rozmarzone oczy; przeciągły, spazmatyczny dreszcz wstrząsał jej dziewiczem ciałem, na twarzy świtał i zmierzchał namiętny płomień. Szalona mniszka ciążyła ku niemu całem swem cudnem a świętokradczem jestestwem.

Pomian przeląkł się tej namiętności. Nie chciał przekraczać granic, nie chciał obdzierać tej przepięknej przygody z uroku przeduchowienia. Nie chciał — a może tylko bał się?... Niewiadomo. Może odezwały się w nim echa świętego dzieciństwa pełnego wiary i religijnego kultu? Może lękał się, by nie zostać świętokradcą własnego ideału?...

I rzecz dziwna — w okresie „mistycznej awantury“, której mianem ochrzcił swój niezwykły romans — proces przemiany jakby zastanowił się; budząca się w jego duszy bestja ludzka, której oddech zalewał mu już twarz ohydnym wyziewem, przykucnęła w nim gdzieś w najskrytszych zakamarkach. Czy na długo? Nie wiedział.

Tymczasem zachowanie się Weroniki zdawało się zmierzać ku temu, by ją stamtąd wywabić; demoniczna mniszka jakby wyczuwszy przyczajone w nim zwierzę, nęciła je ku sobie coraz przemożniej czarem zakonnego dziewictwa...

Któregoś wieczora przyszła wcześniej i to wprost do jego pracowni, jakby chcąc w ten sposób uniknąć adoracji. Pomian w pierwszej chwili nie spostrzegł jej obecności w pokoju; zamyślony patrzył w przestrzeń za oknem. Niewiadomo jak, nadpłynęła nań w tej godzinie fala wspomnień z lat dziecinnych. Przed spojrzeniem wewnętrznem przeciągały uporczywie obrazy „sielskie i anielskie“, rozsnuwały się w barwach szczególnie jaskrawych miraże przeszłości... Oto widzi siebie w jasnem, odświętnem ubranku na tle sadu pod starą, rosochatą gruszą. Grzegorz, sadownik ukryty gdzieś tam w gąszczu listowia strąca „kulą“ owoc. Pachną gruszki dościgłe, soczyste... Mały Tadzik ukradkiem napycha kieszenie... A oto rzeka w podgórskiej wsi. Wakacje. Lipiec. Skwar. Pastuchy poją konie u brodu. Tadzik wchodzi do wody. Rześki dreszcz spływa po ciele i znika usunięty ruchem wiosłujących ramion. Srebrzysty żywioł drga mirjadem zmarszczek, fałduje się w nieskończoność. On kładzie się grzbietem na wodzie i wpatrzony w toczące się ciekliny, duma nad dolą fal... Pokój dziecinny — duża, skąpana w słońcu świetlica — wkoło porozstawiane krzesła i stoliki... Zabawa „w konika...“.

Pijane wspomnieniami oczy natrafiają nagle na czerniejącą w progu wyniosłą postać zakonnicy. Weronika nie patrzy nań w tej chwili. Spojrzenie jej błądzi po pracowni, przenosząc się ciągle z miejsca na miejsce. Wkońcu ustala się i zatrzymuje na nim.

— Co za rozkoszny chłopak! — mówi z uśmiechem.

Powstał zaskoczony, otrząsając z siebie resztki marzeń:

— O kim mówisz, siostro?

— O ślicznym, modrookim chłopczyku, który przed chwilą, gdy wchodziłam w próg, bawił się w tym pokoju „w konika“.

— Chłopaczek? Tutaj?

— No tak. Tu na tych krzesłach. Siadał okrakiem jak na konia i przeskakiwał z jednego na drugie. Potem wybiegł tamtemi drzwiami. Kto to? Czy może twój młodszy braciszek? Ogromnie do ciebie podobny. Tak musiałeś wyglądać, mając lat osiem.

I wyciągnęła ku niemu ręce.

— Przyszłam dziś wcześniej niż zwykle, bo wolałam przyjść tutaj. Zmęczyła mię już ma rola w kaplicy — dodała z rozkosznym uśmiechem, kładąc mu obie ręce na ramionach. — Dziś pragnę być tylko Weroniką, twoją Weroniką. Zapomnij na chwilę o siostrze i służebnicy Pana!...

Szybkim, nieznacznym ruchem rozchyliła zakonną szatę.

— Pocałuj! — szepnęła, mrużąc szatańsko cudne oczy. — Pocałuj tutaj!

I podała mu ku ustom śnieżne, twarde grona swych piersi.

Krew zalała mu oczy. Szaleństwo żądzy zakipiało w żyłach miłosnym wrzątkiem. Nachylił się ku cudowi jej łona i przez chwilę chłonął nozdrzami jego woń dziewiczą. Wtem sprzeciw surowy jak stal odepchnął go od niej żelazną ręką.

— Nie, nie! Nie wolno! — zawołał, pasując się w nieludzkim wysiłku. — Nie! Nie! Nie chcę! Nie chcę!...

I zasłoniwszy ręką oczy opętane bielą jej ciała, wypadł z pokoju na korytarz. W którychś drzwiach na dole ktoś go chwycił mocno za kołnierz.

— A tuś mi, ptaszku?! Czego to szukasz pociemku?

Poznał głos Józefa. Sługa świecił mu latarką w oczy.

— Czegóż to zakradasz się do domu o zmierzchu, gagatku? — pytał, przypatrując mu się uważnie. — Każę cię odstawić do najbliższego komisarjatu. Hej! Posterunkowy!

— Józef! — wykrztusił nareszcie ze ściśniętej gardzieli Pomian. — Józef! Czyś dostał pomieszania zmysłów? To ja!... No, puść mię, stary ośle!

Ręka sługi momentalnie opadła. Nareszcie po głosie poznał pana.

— Ha! To pan?! To naprawdę pan?!... Hm... Nie do poznania... nie do poznania... I gdyby nie ten sam głos...

I osłupiałym wzrokiem wświdrowywał mu się w twarz, nie widzianą od dwóch miesięcy. Nagle z ogromnym płaczem runął mu do nóg, obejmując za kolana:

— Na miły Bóg, co się z panem stało? Na miły, święty Bóg, co się z panem wyrabia?!

Pomianem miotnęła nagła wściekłość.

— Wstawaj, durniu i odczep się odemnie! Słyszałeś?! Walizę i prowjant na jutro mieć w pogotowiu! Zrozumiałeś? No, dość już tych głupich komedyj!

I odsunąwszy szorstko starego, wyszedł pośpiesznie na miasto...

Nazajutrz o świcie express-oriental unosił Tadeusza Pomiana w krainy dalekiego Wschodu...



PAWEŁEK KUTERNÓŻKA.

W dwa tygodnie po wyjeździe Pomiana mieszkańcy ul. Katedralnej zauważyli o wczesnej godzinie dnia, że zapuszczone na głucho od pięciu lat żelazne story domu narożnego pod nr. 18 poszły w górę. Nad drzwiami wchodowemi między głowicami dwóch konwulsyjnie skręconych pilastrów pojawił się napis — Dewocjonalja — wykonany literami srebrnemi na czarnem tle; pod spodem, w odstępie kilku cali we formie dodatku objaśniającego: — Główny skład i wytwórnia sprzętów i paramentów kościelnych firmy: Paweł Kuternóżka.

Pierwszym, który zwrócił uwagę na otwarcie religijnego sklepu, był zakrystjan od fary, pan Piotr Pieniążek, siwy, 80-letni staruszek w ciemnoniebieskich okularach na długim, krogulczo zakrzywionym nosie. Poczciwy sługa kościelny właśnie mijał wieżę od fary i z zadartą do góry głową gawronił się na stado jaskółek, okrążających nerwowym lotem banię szczytową, gdy wtem, opuściwszy na chwilę znużone oczy, zaczepił po drodze spojrzeniem o charakterystyczny napis i spostrzegł, że jedna z witryn sklepowych mieni się w blaskach porannego słońca złotem monstrancyj, kielichów i cyborjów.

— Oho! — pomyślał, obserwując z zajęciem wystawę. — Coś nowego. Pi, pi! Co za wyrób! I to w dodatku, jak zapewniają, z własnej, krajowej wytwórni! No, no... To się księża nasi ucieszą. Ale że też żaden nic mi o tem ani słowem dotychczas nie pisnął? Hm... Widocznie i oni o niczem nie wiedzieli do ostatniej chwili. Niespodzianka...

I w zamyśleniu zwiesiwszy głowę, poszedł na wieżę pomiędzy ukochane dzwony.

A niespodzianką rzeczywiście był dla duchowieństwa sklep z dewocjonaljami otwarty w parterze domu u zbiegu Katedralnej i Mniszej. Wiadomość o pojawieniu się nowej firmy podziałała na wszystkich dziwnie podniecająco; odrazu, niewiadomo właściwie dlaczego, mówiono o tym fakcie skądinąd błahym w sposób wyjątkowy i ze szczególnem zainteresowaniem. Najprawdopodobniej przyczynił się do tego w znacznej mierze sam lokal, w którym sklep otwarto — obszerna sześciopokojowa ubikacja z olbrzymiemi, bo niemal poziomu pierwszego piętra dosięgającemi oknami wystawowemi i wspaniałym, oszklonym wykuszem vis à vis wieżycy zegarowej od fary. O tym bowiem lokalu krążyły już od szeregu lat niepochlebne nader pogłoski; wszyscy niemal sąsiedzi utrzymywali zgodnie, że w domu na rogu ul. Katedralnej i Mniszej na dole w części parterowej „straszy“. Dlatego podobno ostatni jego mieszkaniec z przed lat 5, niejaki Rakliński, zdolny i rzutki księgarz zmuszony był zwinąć księgarnię i przenieść się na Zamkową. Od owego czasu aż do obecnej chwili niegościnny lokal stał pustką, której broniły pozapuszczane i na kłódki pozamykane story. Paweł Kuternóżka był pierwszym śmiałkiem, który po upływie lat 5 odważył się wtargnąć do osławionego przez „duchy“ i nocne niepokoje wnętrza i zamieszkać w niem na czas dłuższy. Cóż więc dziwnego, że wkrótce tłumy dewotek i dzielnicowych gapiów obiegły sklep, zapuszczając w głąb przez witryny spojrzenia ciekawe i pełne niedowierzania?

Tymczasem wewnątrz wrzała praca. Właściciel pragnął widocznie jak najprędzej urządzić sklep na przyjęcie gości, gdyż znać było gorączkowy pośpiech w jego ruchach nerwowych i rozkazach, wydawanych dwom chłopakom pięknym jak para aniołków głosem piskliwym, na wysoką nastrojonym nutę.

Pocieszną figurą był pan Paweł Kuternóżka. Średniego wzrostu, chwilami niemal niski, ze sterczącą w górę jedną łopatką, z rozczochraną czarną czupryną i obwisłemi wąsami uwijał się po lokalu w długim, zgniłozielonego koloru płaszczu laboratoryjnym krokiem koślawym i niezdarnym, powłócząc jedną nogą jakby krótszą i chromą. Twarzą szefa firmy oliwkowoszarą, popadaną w głębokie brózdy wstrząsał od czasu do czasu nerwowy tik koło lewego oka, które mrużyło się ustawicznie z jakąś szyderczo-kpiącą dobrodusznością. Zdaje się właśnie ten grymas oka nadawał jego fizjognomji wyraz złośliwości trzymanej w ryzach woli dominującej nad całym tym dziwnym człowiekiem.

Pan Kuternóżka był w wyśmienitym humorze: uśmiech zadowolenia nie schodził z warg jego soczystych, zmysłowych, silnie nazewnątrz odwiniętych. Prześmigając jak czółenko tkackie bez przerwy między „ladą“ i kantorkiem a bocznemi ubikacjami na prawo i lewo od „salki recepcyjnej“, nucił falsecikiem nastrojonym na górny ton jakąś nieokreśloną melodję. Ucho wrażliwsze mogło po pewnym czasie dopiero wyróżnić w niej dwa sprzeczne motywy: hulaszczy, wesoły, niefrasobliwy i coś jakby z marsza pogrzebowego. Piosenka Kuternóżki trąciła nutą stypy.

— Halo, chłopcy! — krzyknął, przerywając arję. — A ostrożnie tam z tym feretronem! Uważaj, Grzesiek, do stu djasków Pańskich, jak niesiesz! Poutrącacie skrzydła aniołkom, niezgrabiasze! Prawdziwie złocone, rzeźbione skrzydła!... Baczność, Piotruś!... Odsuń obraz trochę na prawo od krzyża procesyjnego, bo porysuje ramieniem twarz Madonny z kretesem! Tak, tak! Teraz dobrze. Figury św. Antoniego z Padwy i św. Franciszka ustawić tutaj po bokach! Tak. Niech dekorują oba flanki. Doskonale! Dalej żwawo! Statuę św. Weroniki z drzewa lipowego, z postumentem i drążkami do noszenia w czasie procesyj eksponować tam w górze na podstawce. Ostrożnie, Pietrek! Bo wyrwiesz jej z rąk chustę! Tę śliczną, w koronki rzeźbioną chustę, której wykonanie kosztowało mnie kilkadziesiąt złotych, nicponiu! Cóżby robiła bez chusty? Diavolo maledetto del Christo! — zaklął zcicha, obserwując robotę. — Nie poprawiaj tam nic więcej, nie przesuwaj, bo runie z góry!

Wreszcie figury ustawiono. Chłopcy zdyszani, z trzęsącemi się od emocji rękoma zeszli z drabin.

— A tu w głębi — rozległa się ponownie komenda niestrudzonego szefa — umieścić jako tło dalsze Chrystusa w grobie z masy, a za Nim w półkręgu 12 apostołów z Judaszem Iskarjotą na czele! Niech przoduje niecnota! Niech się „pali ze wstydu szubienicznik! Dalej! Żwawo!... A to łotr z miedzianem czołem! A to handełes kosooki z mieszkiem!... Tu, tu! Tu pod trzosem szkaplerzy i dzwonkami z Loretu! No, nareszcie witryna zgrubsza zapełniona. A teraz możemy przejść do wykończenia całości i podkreślenia szczegółów. Grzesiek, rozrzuć tutaj na dole parę brewjarzy i mszałów! Pietrek, ruszaj po psałterze i ewangelje! Tam w szafce, w kącie! Ten kancjonał w skórce pomarańczowej ze złotym brzegiem na indyjskim papierze i z jedwabnemi zakładkami wysuniesz tu naprzód, przed samą szybę. Tak. Horae diurnae, rytuały i modlitewniki spiętrzyć w stos w pośrodku! Nie zapominajcie też o żelazkach do wypiekania opłatków i sercach wotywnych! Kasetę z przyborami do mszy św. umieścić tu w niszy! Przybić do nadpróżka dwa dzwonki akordowe z taśmami! Tu i tam niby od niechcenia porozstawiać kule szklanne do „Bożych grobów“, ampułki ze szkła i kryształu na tackach i pudełka do przechowywania hostji. Dobrze. Zawiesić na tym stojaku parę różańców! Z każdego gatunku po dwa egzemplarze! Dwa kokosowe, dwa szklanne, dwa kościane! Jeden z perłowej masy, jeden z koralu i po jednym luksusowym z granatków, ametystów i lapis-lazuli! Basta! Okno nr. 1 skończone!

Odstąpcie! Chcę objąć okiem całość!

Jakoż musiała wypaść dobrze, bo pan Kuternóżka zatarł z zadowoleniem ręce i przeszedł do dekorowania drugiej zrzędu witryny. Na treść jej złożyły się przybory ze złota, srebra i metalu. Wkrótce sklepowa wnęka rozbłysła migotem bronzowych puszek na komunikanty, pozłacanych kustodjów do przechowywania zakonsekrowanej hostji, srebrnych monstrancyj, kielichów i relikwjarzy. W głębi na tle z błękitnego pluszu wyrósł las krzyży, bereł promienistych i lichtarzy. Pod ścianą po lewej rozkwitły metalowemi gronami wieloramienne kandelabry, lampy oliwne i zwykłe, świeczniki i latarki, rozsiadły się masywne i ciężkie lawaterze. Ze szczytu zwisły firnizowane i złocone pająki, kadzielnice niklowane i srebrzone, oksydowane kinkiety. Przepierzenia po prawej uczepiły się mosiężnemi wargami kropielnice, kociołki i lavaba. Na dnie, na podszyciu z czerwonego jedwabiu spoczęły łódki na kadzidła do trybularzy, puszeczki na oleje św., kropidło metalowe, tacki z chińskiego srebra, medaliki z aluminjum, krzyżyki misyjne i szkaplerze ogniotrwałe z azbestu. W pośrodku stropu wystawowego niby stróżka — czujka wierna i oddana zapłonęła czerwonem światłem lampka wieczysta...

Na progu sklepu zaczerniała wyniosła postać duchownego. Twarz gościa mocna i charakterystyczna wrażała się w pamięć na pierwszy rzut oka. Rysy księdza ostre i ponure łączyły w stylowym sojuszu fanatyzm religijny z zakapturzonem okrucieństwem, oczy czarne, głęboko osadzone w czaszce, gorzały posępnym ogniem. Potężne znać musiały być namiętności, które niegdyś wstrząsały tem herkulicznem ciałem i straszliwą walka, którą przyszło mu z niemi stoczyć, zanim opanował wszystkie i wziął na postronki stalowej swej woli. Ten ksiądz nieprzeciętny musiał być „ciężkim“ dla siebie, lecz ciężkim i dla drugich. Bo w wichrzycy wewnętrznych zmagań snadź schropowaciała mu dusza. Padał od niego cień średniowiecza wylęgły w rozpięciu olbrzymich skrzydeł szatana, wionął chłód gotyckich tumów i długich, zimnych, klasztornych korytarzy...

Kuternóżce na widok gościa pokraśniała twarz z zadowolenia. Cały w uśmiechach, promieniejący od szczęścia rzucił się na spotkanie:

— Co za zaszczyt niespodziewany! Co za miła siurpryza: sługa najniższy ks. prałata, dobrodzieja mego! Sługa najniższy! Witam najuprzejmiej w niskich progach moich! Proszę, proszę bliżej! Może tu wygodnie na fotelu?

I wśród nie ustających na chwilę ukłonów i czołobitności wskazywał mu antyczne, rozłożyste karło wydobyte skądś z kąta.

— Pochwalony Jezus Chrystus! — odpowiedział lakonicznie ksiądz na potok pozdrowień i posunął się powolnym, ciężkim krokiem od drzwi w głąb sklepu.

In saecula saeculorum! In saecula saeculorum! podchwycił skwapliwie szef firmy. — Ku radości nieba i wszystkich sprawiedliwych a smutkowi szatana i sług jego. Lecz co widzę? — przerwał nagle tyradę, zmieniając ton. — I przewielebny ks. kanonik także do mnie w gościnę? Co za szczęśliwy dzień na początek! Co za cudowna prognoza na przyszłość! Pokorny służka ks. kanonika, humillimus servus ks. doktora! Proszę, proszę bardzo — tutaj na drugim fotelu jest miejsce. Co za dzień! Co za dzień!

I rozpływając się w uniesieniach, świdrował spojrzeniem upartem a bystrem drugiego gościa, którego postać, dotychczas zasłonięta imponującą figurą prałata, dopiero teraz zarysowała się w ramach drzwi.

Twarz kanonika stanowiła uderzający kontrast z obliczem starszego towarzysza. Łagodne, chorobliwie piękne, niemal kobiece jej rysy zdradzały charakter idealisty-ascety. Zamyślone oczy księdza o barwie lazuru wyglądały jak zasłuchane w przestrzeń, jakby obce rzeczywistości i sprawom dnia powszedniego; ks. Alojzy Korytowski sprawiał wrażenie istoty z innego świata zabłąkanej przypadkowo pomiędzy ludzi.

Laudetur Jesus Christus! — pozdrowił cicho łamiącego się w ustawicznych ukłonach Kuternóżkę.

Laudetur, laudetur! — zapiszczał tamten dyszkantem — Maledicatur autem Satanas, creatura Gehennae!

Ks. prałat, Dezydery Prawiński podniósł w górę brwi:

— He, He! — zaśmiał się krótko Kuternóżka. — Przykazanie drugie brzmi trochę inaczej.

— Nie szermuj waćpan zbyt często imieniem szatana! — powtórzył przestrogę ksiądz.

— Innemi słowy: „Nie wywołuj wilka z lasu!“ — dopowiedział Pawełek, nie tracąc ani trochę kontenansu. I spokojnie, bez zmrużenia oka wytrzymał surowe spojrzenie ks. Dezyderego.

— Czem mogę służyć księżom dobrodziejom moim? — przerwał po chwili milczenia tonem swobodnym, bez cienia zakłopotania.

— Rzecz dziwna, — odezwał się dotychczas małomowny ks. Alojzy, — pan Kuternóżka zdaje się znać nas obu oddawna.

— Rzeczywiście, — potwierdził prałat, — ale skąd? Co do mnie, nie przypominam sobie, byśmy się gdzieś kiedyś już raz w życiu spotkali... Pan oddawna w naszem mieście?

— Od wczoraj, do usług ks. prałata, od wczoraj.

— Tem więc dziwniejsze.

Lewe oko Pawełka przymknęło się filuternie.

— Tajemnica kupiecka — rzekł, uśmiechając się słodko — tajemnica kupiecka, proszę księży dobrodziejów. Szef firmy powinien znać wszystkich w mieście, w którem ma zamiar założyć pracownię, na pół roku przedtem, proszę księży dobrodziejów — na pół roku przedtem.

— To szczególne — zauważył nagle ks. Dezydery, nie spuszczając zeń oczu. — To szczególne...

— Co takiego? — zagadnął słodziutko Kuternóżka. — Co takiego, księże prałacie?

— Twarz pańska przypomina mi chwilami kogoś znajomego. Ale kogo — dojść nie mogę.

— Widocznie ów ktoś nie musi być bliskim znajomym. Może jakiś spotykany na ulicy przez ks. prałata przechodzień.

— Być może. Zresztą teraz wyraz pańskiej fizjognomji znów się zmienił zupełnie i nie przypomina mi już w tej chwili nikogo.

— Bogu Najwyższemu chwała — odetchnął napół drwiąco, napół z ulgą pan Pawełek.

— Twarze czasem powtarzają się — rzekł zamyślony ks. Alojzy. — I tak podziwiać należy pomysłowość matki-natury, która na tyle typów różnych zaledwie parę stwarza do siebie podobnych.

— Święte słowa ks. doktora — nawet djabeł do djabła niepodobny, nie to człowiek do człowieka.

— Znowu wyjeżdżasz waćpan z djabłami?! — upomniał ks. Dezydery.

— Pardon! Taka to już moja paskudna nawyczka. Ale to tylko z wielkiej abominacji do nich, proszę mi wierzyć — tylko z wielkiego wstrętu do złego a ukochania sfer seraficznych, na honor. Ale czem mogę służyć księżom dobrodziejom moim?

— Przyszliśmy na zakupno odzieży i bielizny kościelnej — objaśnił ks. Dezydery, rozglądając się po sklepie. — Narazie jednak nie widzę tu tego, czego nam potrzeba. Widocznie nie urządziłeś się pan jeszcze zupełnie, panie Kuternóżka?

— Do usług księży dobrodziejów. Stroje i bielizna rzeczywiście dotychczas jeszcze nie wypakowane, lecz właśnie zabieraliśmy się do tego i skrzynie już pootwierane. Możemy gustować. Proszę bliżej do tych kufrów. Pietrek, podnieś wieko!

I zaczął po kolei wydobywać z wnętrza jedwabne ornaty i kapy bogato złotem szamerowane, haftami ozdobne z kolumnami z aksamitu lub mory, wzorzyste i w różnych kolorach, dalmatyki złociste z prawdziwego brokatu, stuły adamaszkowe, tuwalnie jedwabne i tiulowe, sukienki trójdzielne na cyborja i bursy do wiatyku.

Aż pojaśniało księżom w oczach od przepychu ozdób i artyzmu ornamentów.

— Piękny wybór — szepnął z uznaniem ks. Dezydery.

— Możeby zaraz spróbować, ks. prałacie? — kusił usłużny gospodarz. — O, ten zielony świąteczny obszyty złotym galonem z brokatu, co? Zaraz pomogę ubrać.

I nie czekając odpowiedzi, już wkładał księdzu przez głowę kosztowny, kapiący od złota ornat.

— Cudownie! Leży jak ulany! — zachwycał się, odstąpiwszy parę kroków i obserwując zdaleka. — Proszę przekonać się w lustrze! O tu, w kąciku, na tej ścianie.

Ponure oblicze prałata promieniało zadowoleniem; ornat rzeczywiście przypadł mu bardzo do gustu.

— Kusicielu — mówił z uśmiechem, wyrównując fałdy. — Kusicielu...

Kuternóżka już był przy drugiej pace i rozkładał przed gośćmi bieliznę kościelną. Ręce jego delikatne, niemal kobiece, z lubością ujmowały palki z lnianego płótna obszyte koronką, korporały haftowane, puryfikaterze, ręczniki i humerały. W palcach jego długich a wąskich, pokrytych pierścieniami ze szmaragdu i onyksu przesuwały się z cichym szelestem rażące oko bielą alby, tchnące specyficzną wonią świeżego płótna obrusy na ołtarze, komże batystowe, komeżki, pasy morowe czarne, manszety, kołnierzyki, koloratki, szarfy i kaszmirowe birety.

— A w tym zasieku — objaśniał, przechodząc do sąsiedniej skrzyni — mamy umbracula przed monstrancje w ramach złoconych lub politurowanych wedle żądania, antypedja haftowane w kwiaty lub liście winogradu i baldachimy z jedwabnego adamaszku z frendzlami. Ponadto sprzedajemy na metry po możliwie niskich i przystępnych cenach aksamit jedwabny i wytłaczany, brokat w desenie kwiatowe, adamaszek wełniany i bordeaux lub zielony plusz...

Prałat zatkał uszy przed potokiem wymowy Pawełka.

— Dość już, dość! — przerwał mu zniecierpliwiony. — Napełniłeś mi waćpan uszy szumem.

— Zupełnie jak diaboliczny Doktór z „Kordjana“ — odparował niezrażony Kuternóżka. — Ks. prałat znakomicie obznajomiony z poezją Słowackiego; znać silne reminiscencje literackie w jego stylu.

Ksiądz podniósł nań zdumione mocno oczy; widać było, że nie poczuwał się wcale do imputowanego mu znawstwa.

— Nic nie szkodzi, — drwił w dalszym ciągu Pawełek, — takie reminiscencje wychylają czasem nieoczekiwane przez nikogo głowy z pod progu świadomości.

Prałat spojrzał porozumiewawczo na swego duchownego towarzysza. Lecz ks. Alojzy jakby czemś zawstydzony uniknął tego spojrzenia, spuszczając nisko powieki na przeczysty lazur swych zamyślonych oczu...

Wielki Post szedł coraz głębszy. Krucyfiksy na ołtarzach otulono w czarną krepę, księża przywdziewali do mszy fioletowe szaty, w świątyniach pod nieszpór rozbrzmiewały gorzkie żale: Kościół powoli wstępował we fazę ponurych rozmyślań i pokuty. W późne, marcowe popołudnia, gdy już chore słońce przedwiośnia, wkradłszy się przez szyby witraży, stroiło w pożegnalne glorje figury świętych i malowidła posowy, a wczesny zmrok wchodził w zmowę z cieniami po wnękach i niszach, rozlegały się w ciszy kościelnych ustroni jakieś szepty stłumione, wstydliwe westchnienia piersi przytłoczonych grzechem, krótkie, z głębi dusz skruszonych wydarte szlochania. Czasem przerywał szmery ust niewidzialnych poważny głos księdza, gdy spowiedź skończył i odpuszczenia udzielał; i wtedy padały z wnętrz konfesjonałów na rany dusz niby balsam kojący słowa ulgi, pokrzepienia, pociechy... Ego te absolvo.

A żniwo duchowe mieli tego roku spowiednicy nad spodziw obfite. Jakaś wielka, od lat niewidziana fala pokuty przeszła przez miasto i porwała w nurty żalu i kajań się serdecznych ludzkie pogłowie, że przypływem ogromnym w wichrze bólu i skruchy garnęło się tłumnie do stopni ołtarzy. Ks. Dezydery święcił pełny tryumf.

Bo też nigdy jeszcze nie rozgrzmiewał głos jego tak donośnie w murach kościelnych, nigdy jeszcze kazania jego nie zionęły takim żarem płomiennej wymowy jak w pamiętny dla mieszkańców miasta okres wielkopostny roku 19**. Prałat przeszedł sam siebie. Nauki jego wygłaszane z ambon katedry, kościoła farnego na przedmieściu, u św. Teresy, u O. O. Bonifratrów, rekolekcje dla kobiet u Św. Barbary i dla mężczyzn w kościele Św. Krzyża nacechowane były iście jehowiczną wielkością i siłą. Drżenie szło po rzeszach wiernych, gdy tam w górze nad łanem ludzkich głów ukazywała się jego postać wyniosła, imponująca i gdy zabrzmiał wśród arkad i transeptów głos jego potężny metaliczny, lapidarny. I zdawało się ludziom, że duch któregoś z biblijnych proroków wstąpił w chwili osobliwej w ciało tego olbrzyma i każe przez usta jego słowem dziwnie mocarnem, dla uszu grzeszników na miarę czasów Jehowy przeznaczonem. Migotały w niem błyskawice, szalał piorun, przelewała się purpura krwi; kazania ks. Dezyderego miały barwę ponurej czerwieni. Średniowieczny ich patos przejmował dreszczem i kruszył w proch dusze — posępna namiętność wyważała z zawiasów najoporniejsze wrzeciądze, druzgotała na miazgę skruchy najzatwardzialsze, posiódmym pierścieniem bastjonów opancerzone serca. Groza zawitała do świątyń Pańskich, straszliwa groza sądów Bożych i przygięła nisko ku ziemi krnąbrne karki...

I zląkł się szatan — przeniewierca na widok ludzkiego kajania i zadrżał na odgłos razów tarzających się w żalu pokutników. Od lat już, od wielu, wielu lat nikt nie przypuścił doń tak silnego ataku.

Bo treścią nauk wielkiego kaznodziei była walka z Przeklętym i Odrzuconym od oblicza Pana — walka tytaniczna, walka na śmierć i życie. Przytajonego od wieków za szańcami nauki i „oświaty“, unieszkodliwionego pozornie przez „postęp“, zagłuszonego śmiechem „światłej ironji w. XX“ wywlókł ks. Dezydery z mrocznych komyszy na jaśnie dnia i postawił pod pręgierz. I bił go pletniami z żelaza i cierni, smagał kańczugami gniewu i oburzenia, wyszarpywał szponami słów sępich z zaułków ludzkich serc, zawleczonych na głucho przędzą kłamstw kryjówek. Na pazury szło, na kły, na pięstuki...

Najgorliwszym słuchaczem ks. Dezyderego był Pawełek Kuternóżka. Oparty o podnóża ambony w czarnej, podniszczonej mocno zarzutce z podniesionym do góry kołnierzem łowił chciwem uchem każde słowo wielkiego kapłana. Czasem na ustach jego mięsistych, z dolną wargą wygiętą silnie nazewnątrz wałęsał się nieokreślony uśmiech napoły drwiący, napoły melancholijny, czasem wąsy długie, ku dołowi spuszczone poruszały się ruchem hamowanej konwulsji; po twarzy szarooliwkowej, porytej siatką zmarszczy i kolein przebiegał skurcz ponurej radości, a nerwowe oko lewe mrużyło się bez przerwy w bezliku drgawek.

Gdy po nabożeństwie lub po nauce rekolekcyjnej prałat opuszczał kościół bocznemi drzwiami przez zakrystję, na progu czekał już nań Pawełek, by wśród głębokich ukłonów i tysiącznych pochwał na temat kazania uprowadzić go z sobą do „pracowni z dewocjonaljami“.

I rzecz szczególna — ksiądz nigdy nie odmawiał. Pociągnięty magnetycznym wpływem tego dziwnego człowieka, szedł z nim chętnie do sanktuarjów sklepowych, w których spędzali razem długie godziny wieczorne na wspólnej lekturze i debatach. Kuternóżka otwierał kluczem sekretnym duży, łosiową skórą obity kufer i gościnnie dzielił się z prałatem jego zawartością. Z przepaścistego wnętrza skrytki wynurzały się ku światłu wieczornej lampy stare, stęchlizną czasu trącące księgi, pergaminy i rękopisy, średniowieczne rozprawy o djable i jego praktykach, traktaty o przewrotności demonów i demonolatrji. Przed oczyma niesamowitych przyjaciół roztwierały się ponure perspektywy zamierzchłych wieków rozświetlane krwawą łuną stosów autodafe. Z posępnych kraterów mroku wychylała się smagła postać „Nadolnego Pana“ z twarzą wykrzywioną w grymas uśmiechu i przeoraną spazmem bólu bez kresu, bez granic. Przed zdumionem ich spojrzeniem przeciągały rzesze półobłąkanych kobiet, nagich, bezwstydnych, płcią opętanych — pełniły się ohydne akty spółki z djabłem — odprawiały świętokradcze zbory i ceremonje...

Ks. Dezydery chłonął w siebie straszliwą lekturę z zaciekłością i furją fanatyka: w przeciągu tygodnia opanował zrąb demonologicznej literatury. Pawełek podsycał żar i dolewał oliwy, to tu, to tam dorzucając jakąś trafną uwagę, podsuwając domysł, uzupełniając luki. Usłużny, grzeczny a skromny nie imponował swą wiedzą; usuwał w cień swą nikłą osobę, a wysforowywał na plan pierwszy gigantyczny kontur szatana.

I wychodził ks. Dezydery z „pracowni“ Kuternóżki przejęty świętą grozą zła i grzechu, umocniony w zbożnej nienawiści do pana piekieł i podjudzony przeciw niemu do ostateczności. To też kazania jego stawały się z dnia na dzień bezwzględniejsze, z dnia na dzień świstały donioślej z ambon smagańce jego słów.

Za przykładem prałata katedralnego poszli inni księża, zwłaszcza mnisi i O. O. Misjonarze i wszystkie kościoły drżały od echa piorunów miotanych z kazalnic na Przeklętego.

A Pawełek słuchał i cichutko chichotał. Mały, pocieszny człeczyna...

Wkrótce przyszedł czas na owocobranie. I zaprawdę bujnie obrodziła roku tego winnica Pańska i uginała się potycz winogradu od gron pełnych, soczystych, lubo w smaku cierpkich. Pod stopy konfesjonałów przypadały tłumy obłąkanych grzechem kobiet, by w obliczu kapłana zrzucić brzemię uczynków cielesnych, słów lubieżą sytych i myśli pochutliwych. Padały w uszy spowiedników wyznania straszliwe, od lat niesłyszane i zalewały im zamyślone twarze łuną wstydu i sromu. Wywabiony z zaułków, wywołany z głuchych ostępów djabeł zdawał mścić się za przerwanie mu wiekowej drzemki i rozpuścił z pasją swe wściekłe zagony. Przeto tarzały się dusze w kale porubstwa i żalu kajania...

Wtedy Pawełek poddał przyjacielowi myśl odprawiania drogi Krzyżowej poza obrębem świątyń.

Uważa ks. prałat, — tłumaczył mu, mrugając okropnie lewem okiem, — chodzi o wywołanie większego wrażenia. Trzeba przerzucić punkt ciężkości obrzędu poza mury kościoła; w czterech zamkniętych ścianach wszystko jakoś kurczy się i gubi — a tu konieczny jest efekt i silny, szeroki gest. Potrzebną jest nieodzownie przestrzeń i jej patos. Sam trud fizyczny wędrówki od stacji do stacji zrobi swoje; poza tem łatwiej nasuną się analogje z pierwowzorem Kalwarji Chrystusowej i narzucą potęgą sugestji pożądany nastrój.

— Tak, tak, masz waćpan słuszność, ale gdzie tu znaleźć odpowiedni teren? Sądzą, że dziedziniec farny niebardzoby odpowiadał celowi.

— Naturalnie, że nie. Lecz czy nie możnaby tak poprosić O. O. Bonifratrów o odstąpienie nam na czas wielkopostny klasztornego ogrodu? Teren wspaniały, wymarzony! Te terasy, te zakręty!

Oczy ks. Dezyderego zapłonęły entuzjazmem.

— Wyborny pomysł! Jedyne miejsce! Dziś jeszcze pomówię z przeorem.

Jakoż pomówił i uzyskał pozwolenie. Pawełek natychmiast po otrzymaniu przychylnej odpowiedzi zabrał się do urządzenia drogi i przez parę dni niemal nie wychodził z klasztornego ogrodu. Otoczony zastępem gorliwych cieśli, którzy dla pobożnego celu dobrowolnie ofiarowali swe usługi, budował na zboczach ogrodowych kapliczki, wznosił krzyże i stylizował stacje. W połowie czwartego tygodnia Wielkiego Postu przygotowania ukończono i w najbliższy piątek, d. 7 kwietnia odprawiono po raz pierwszy drogę Krzyżową pod otwartem niebem.

Dzień był przecudny. Wiosenne słońce, zatoczywszy półpełny krąg na błękicie, skłaniało się powoli ku zachodnim zrębom i cisza ogromna, popołudniowa rozpięła się nad ogrojcem. Około godziny piątej wielka rzesza wiernych zgromadzona u wrótni wchodowej zanuciła starą a rzewną „Skargę Matki Boskiej pod krzyżem“ i za przewodem ks. Dezyderego ruszyła ku pierwszej stacji.

Droga wiła się krętą linją dookoła wzgórza ogrojcowego; nad wysypaną piaskiem i żwirem ścieżą nachylały się nagie jeszcze spławy drzew, przecinając posowę nieba siatką czarnych konarów i gałęzi. Miejscami droga rozszerzała się w przestronną wstęgę traktu, ściany parowu rozstępowały się na boki lub zapadały pod poziom i odsłaniał się widok na majaczejące wdali kontury Karpat. Pod zorzę wieczorną, co krwawą skargą rozlała się tam hen, hen na zachodzie, brzmiała melodja łysogórskiej pieśni. Wiatr przedzmierzchowy, z dalekich gór rodem, wiatr, co przywędrował aż tutaj parowami rzek i wód skalnem wydrożem, porywał na ścigłe skrzydła i niósł w przestrzeń słowa stare, czcigodne, duchem praojców przejęte:



— Synku miły i wybrany,
Rozdziel z Matką Swoje rany!
A wszakom Cię, Synku miły, w Swem sercu nosiła
A takieć Tobie wiernie służyła!...
Przemów k Matce, bych się ucieszyła,
Bo już idziesz odemnie, moja nadziejo miła!...


Tak doszli do stacji pierwszej. Na obszernej, krzewami ożyn i ligustru obrzeżonej platformie wznosiła się ku niebu niby akt strzelisty kapliczka z wizerunkiem Jezusa postawionego przed sądem w pretorji.

Umilkła pieśń, stanęły procesyjne feretrony, przywarli do ziemi ludzie. Na czoło orszaku wysunął się zastęp mnichów w podniesionych do góry kapturach i zaintonował głębokim chórem pieśń nową:



— Rozmyślajmy dziś, wierni chrześcijanie,
Na śmierć okrutną Jezusa skazanie,
Gdzie niewinnego Piłat dekretuje,
Z łotry winuje...


Melodję przeciągłą i smutną jak jęk jesiennej wichury pochwyciła ze strony przeciwnej rota pielgrzymów i odpowiedziała zgodnym refrenem:



— Gdzie niewinnego Piłat dekretuje,
Z łotry winuje.


Wtedy lud klęczący w szerokim półkręgu dokoła stacji podjął nutę i wzmocnił rezonansem setek piersi. I płynęła w dal siną, podwieczorną niby echo — wspomnienie zamierzchłych zdarzeń ocknione po wiekach w klasztornym zakątku odległej, polskiej krainy...

Ruszyli w dalszą drogę. Otwierał pochód prałat w asyście dwóch kleryków, za nimi szedł orszak mnichów i pątników wędrownych z Pielgrzymem Żytomierskim na czele, potem mniszki i siostry zakonne, nakoniec rzesza wiernych i pokutników. Ponad ludzkiem pogłowiem jak statek na barkach fali kołysała się woskowa figura Chrystusa naturalnej wielkości; wyniosła postać Zbawiciela obnażona z szat, z krwawemi pręgami razów na plecach pochyliła ku piersi ukoronowaną cierniami głowę i zwiesiła spętane powrozami ręce w bezwładzie zdania się na dolę. Płonące dookoła Niego olbrzymie świece — triangały pozatykane w żelazne ucha na brzegach feretronu oświetlały twarz umęczoną i bolesną nad miarę. I wysterczał z ponad żywopłotu świec Bogoczłowiek umęczony okrutnie i smutny aż do zgonu niby wieczysty symbol — pamiątka ludzkiej złości i ludzkiego pohańbienia. Ecce homo!...

W jakiejś chwili spojrzenia roty krzyżowej kierowane jakby tajemną wolą skupiły się wszystkie na tym gorejącym feretronie i z piersi tysiąca buchnęła lawiną rozdzierająca pieśń:



— Ludu Mój, ludu, cóżem ci uczynił?...


Gdy dochodzili do stacji piątej wzniesionej po prawej stronie drogi na piaszczystym wydmuchu w okolu czterech wierzb płaczących, wystąpił z grona pątników zgarbiony, w bronzowy habit przyodziany Pielgrzym z Żytomierza. Pokutnik, kryjąc twarz pod skrzydłami szerokiego kaptura, wyprzedził czoło procesji i schyliwszy się przed kapliczką stacyjną, podjął z ziemi i dźwignął duży, drewniany krzyż...

Gdy nadciągnęła reszta orszaku, ks. Dezydery ukląkł przed wizerunkiem Chrystusa upadającego pod krzyżem i pozdrowił Go słowami napół pieśni, napół molowego recitativa:

— Kłaniamy Ci się, Chryste i błogosławimy Tobie!

— Żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył — dopowiedziały tłumy i przeszły zaraz do motywu zasadniczego stacji:



— Cyreneusza pod ciężar krzyżowy
Przyjmuje Jezus; a wszystkim gotowy
Zapłacić niebem, kto Mu w tej ciężkości
Ulży z litości.


Za przykładem Pielgrzyma z Żytomierza poszło kilkunastu pątników, biorąc na barki brzemię krzyży, których stos wielki leżał przygotowany na stopniach kapliczki. Odtąd aż do końca drogi wstępował w górę las krzyżowy i wahały się czarne ramiona rozpostarte nad głowami ludzi złowieszczem błogosławieństwem...

Przy stacji szóstej wysunęła się z grona zakonnych dziewic młoda, przecudnej urody mniszka i trzymając wysoko nad głową śnieżnobiałą chustę z wizerunkiem twarzy Chrystusowej, stanęła na czele pochodu. Wtedy lud, zakołysawszy się falą zbożowego łanu, uczcił krzyżowy postój pieśnią rzewną a prostą:



— Pełna gorzkości święta Weronika
Smutne łzy lejąc, z Panem się spotyka,
A gdy twarz Jego tuwalnią ociera,
Portret odbiera.


Lecz zanim zabrzmiały powrotnem echem słowa refrenu, zaszło coś niespodzianego. Oto Pielgrzym z Żytomierza zapatrzony w przodownicę orszaku jak w wizję z zaświatów, wyciągnął ręce i począł iść ku niej w zachwycie; oczy opętane pięknością dziewicy tonęły w jej twarzy, usta drżące od dreszczy ekstazy powtarzały szeptem upojenia:

— Weronika! Weronika! To ona! To ona!

Krzyż pokutny obsunął mu się z ramion i z głuchym stękiem upadł na ziemię. Powstało zamieszanie. Ludzie zaczęli szemrać, ozwały się głosy zgorszenia. Wtedy opamiętał się. Nasunął pielgrzymi kaptur, podjął krzyż i chwiejnym, kulawym krokiem wmieszał się w tłum. Przycichła na moment melodja odżyła wzmocnionym akordem i wypełniła sobą po brzegi chwilową przerwę. Procesja ruszyła w dalszą drogę...

Tak szli od stacji do stacji wśród modłów, psalmów i pieśni, wspinając się na coraz to wyższe kondygnacje wzgórza. Długi, czarny wąż ludzki wił się wielokrotnym przegubem po zboczach klasztornej góry, krzepł w chwilowem stężeniu i znów pełzał ku wyżom... Tymczasem słońce zwisło na krańcach horyzontu i oparło ogromną, czerwoną pawęż o jego podnóża. Posępne, stalowosine złoża chmur rozciągnęły się nad niem kształtem ławicy i odcięły od reszty nieba. Więc konało samotne pod osłoną kirów...

Droga dobiegała końca. Już gorzał w szkarłacie zachodu szczyt Golgoty nagi, skalisty, z trójcą krzyży. Promienie dogasającego słońca otoczyły je ponurą glorją i krew zdawała się ściekać z rozpiętych ich ramion. I stały w posoce agonji trzy drzewa męki, kaźni i sromu i wygrażały niebu kikutami uschłych rąk. Jakieś duże, żałobne ptaki, które usiadły im na barkach, lśniły zdaleka w pokrwawiu słońca czarnometalicznym połyskiem skrzydeł...

Siostry zakonne zaintonowały „Stabat Mater“. Jakby wywołany słowami gorzkiej pieśni, zerwał się skądś od parowów wiatr i przeszybowawszy chyżym przelotem przez Kalwarję, zapadł gdzieś po tamtej stronie góry w ogrojcowym jarze. Od miasta nadpłynęły dźwięki zegarów: biła godzina szósta. Ludzie poklękali. Ks. Dezydery przystanął i wzniósł rękę do błogosławieństwa. W promieniach żegnającego świat słońca ręka ta rzuciła na drogę cień ogromny, daleki w zasięgu i nasycony czernią. A kontur jego był dziwny: na piasku ścieżki zarysował się ostro profil kozła; wytknięta w przestrzeń para rogów wyzywała do walki, garbaty nos z wykrojem ust pod spodem poruszał się z wyrazem sardonicznego szyderstwa, przedrzeźniała się światu kosmata broda...

Benedico vobis! — błogosławił kapłan...

Szmer powstał w szeregach orszaku.

— Co to?! Popatrzcie tam, na ścieżkę!...

Zobaczyli złowieszczy cień. Ks. Dezydery rzucił okiem na widmo swej ręki i natychmiast opuścił ją wdół. Lecz spostrzegł się za późno. Ludzie z czoła pochodu ujrzeli już szatański wizerunek, i podawali sobie wiadomość z ust do ust. Po chwili wiedzieli wszyscy. Po tłumie procesyjnym przeszedł niesamowity lęk i groza. Wśród ostatnich akordów dogorywającej pieśni odezwały się nagle histeryczne łkania kobiet. Jakieś dwie mniszki wybuchnęły spazmatycznym śmiechem i tocząc z ust pianę, rzuciły się w konwulsjach na ziemię. W tej chwili słońce zgasło. Gwałtowny zmrok runął od zachodnich rubieży świata i zalał poćmą przestworza. W wąwozach rzecznych zawył wicher i przypuścił szturm do ogrojca. Zakręcił piaskiem ścieży, zawrócił piekielnego młyńca i zaczął borykać się z szkieletami drzew. Ze świstem wiatru i skrzypem rozchwierutanych konarów mieszały się krzyki mężczyzn i jęki kobiet. Przy blasku zapalonych nagle pochodni ujrzano, jak krzyże golgotowe z głuchym trzaskiem zwaliły się na ziemię; zwycięski orkan porwał ich odłamki i siepnął niemi o wystercz skalną na zboczu drogi. Na kirach nieboskłonu zaświtał krwawy zygzak piorunu i wśród ogłuszającego huku uderzył w wieżę farnego kościoła.

— Boże, bądź nam miłościw! — szeptały zbielałe wargi. — Boże, zmiłuj się nad nami!

Zwinięte w kabłąk postacie wiły się w skurczach nerwowego ataku na ścieżkach i u stóp kapliczek, tarzały się w konwulsyjnych podrzutach po spychach wzgórza, staczały bezwładem rzeczy martwych w gardziele parowów. Popłoch i rozprzężenie wtargnęły dzikim zastępem w łono ludzkiej rzeszy, wybladły strach rozszerzył źrenice, zakłańcał zębami. Rzucili się do ucieczki...

Smagani biczami dżdżu, olśnieni blaskiem błyskawic, odurzeni hukiem gromów pędzili ludzie naoślep przed siebie, potykając się o ciała leżących, przewracając na kamieniach, tłukąc o pnie drzew. Wśród nieprzeniknionych ciemności długo jeszcze rozbłyskiwał ogród klasztorny ogniami żagwi migających to tu, to tam w szalonej gońbie rozpętanych świateł. A koło godziny dziesiątej w nocy, gdy już przeszła burza i ścichły pioruny, wyruszył z opactwa O. O. Bonifratrów furtą do ogrodu zastęp ojców z latarkami. Przy nikłem świetle lampek i kaganków szukali na szkarpach ogrojcowych zabłąkanych braci i omdlałych sióstr. I znaleźli kilkoro.



ŚWIĘTOKRADZTWO.

Smutno upłynęły tego roku święta Wielkiej Nocy. Złowieszczy cień drogi Krzyżowej zda się padł i na dnie Zmartwychwstania, przesłaniając żałobą słoneczne ich szlaki. Nie było wesela w ludzkich sercach i ponuro jakoś grały wielkanocne dzwony...

Minęły święta, minął kwiecień i zawitał maj. Po sadach zakwitły jabłonie i grusze, stanęły we wiosennej krasie drzewa śliw. Z ogrodów płynęła słodka woń czeremchy, zapachniały bzy. Rok zapowiadał się dobry, chłopstwo z okolnych wsi wróżyło rzęsny plon...

Około połowy miesiąca spadła mszyca i rudą rdzą przeżarła kwiaty i warzywa. Jakieś obrzydliwe robactwo rzuciło się na drzewa owocowe i w ciągu kilku dni zniszczyło nadzieje sadów.

Gdzieś pod koniec maja pojawiły się na przedmieściach podejrzane włóczęgi, ohydne dziady proszalne i zalały trędowatą, schorzałą zgrają podmiejskie zaułki i gospody. Zwłaszcza na „Bugaju“ zaroiło się od tego plugastwa w sposób niebywały. Przedmieście sprawiało wrażenie panopticum, w którem wystawiono na pokaz wszystkie potworności i całą ohydę ludzkiego ciała. Z każdej niemal uliczki wychodziły na spotkanie postacie okrutnie okaleczałe, bez rąk, bez nóg, z garbami na powykręcanych śmiesznie kręgosłupach, bez nosów, z wygniłemi jamami ust, na każdym prawie zakręcie witały przechodnia mordy pół ludzkie, pół zwierzęce, rozświecane dzikim, gorączkowym błyskiem zakaprawionych ślepi, wyciągały się po jałmużnę potworne łapy, wybujałe do rozmiarów łopat obciągniętych skórą barwy szaropopielatej. W pyle gościńców, na stopniach kościołów i przed furtą cmentarną wystawali żebracy chorzy od lat na elefantiasis, zniekształceni przez straszliwy przymiot i zdaleka cuchnący, włóczęgi owrzodzone na całem ciele, ostrzegające na kilkanaście już kroków smrodem łachmanów, obieżyświaty zatracone, którym krew toczył powoli jad zaszczepiony przez uliczną Wenerę...

Rozłaziło się to ludzkie robactwo po domach, ogrodach, po przydrożnych zajazdach i austerjach, obozowało na wygonach lub podmiejskim majdanie, przemycało się nocą do stodół i szop, tuliło po strychach, pod okapami.

Gdy pod koniec miesiąca nastały gwałtowne upały, nędzarze ci otaczali tłumnie studnie, wyrywając jedni drugim z rąk wiadra i stągwie. W blaskach majowego słońca perliły się srebrzyste bryzgi wody rozlewanej rozrzutnie przez przybłędów, obluzgując ich rany i spłókując wrzody. A gdy zaspokoiwszy pragnienie, chore włóczęgi odstępywały nareszcie od studzien i fontann, pozostawały po nich niby pamiątka na zrębach cystern i wargach konch gruzły jadowitych wybroczyn i gęstej zielonawożółtej, ropy...

Wkońcu u schyłku miesiąca, w okresie Dni Krzyżowych wybuchła na „Bugaju“ zagadkowa choroba. Pierwszą jej ofiarą był kuśnierz, Wyrostek, który w samo południe, przechodząc przez targowicę przedmieścia, upadł nagle na bruk z przeraźliwym okrzykiem i wśród okropnych męczarń wyzionął ducha w przeciągu kilku minut. Tegoż popołudnia umarło wśród podobnych objawów pięcioro ludzi. Wszyscy mieli po śmierci twarze stalowosine, na ustach czerwoną pianę, a pod pachami duże, krwią nabiegłe obrzękliny. Nazajutrz zaraza rozszerzyła się gwałtownie, ogarniając całe przedmieście: nie było domu, do któregoby nie zawitała w gościnę. Ludzie ginęli dziesiątkami jak muchy; czarny mór zwalał ich z nóg, gdzie tylko dopadł: na ulicy, w kościele, po sklepach, w domu. Nie uchował się przed nim nikt, kogo upatrzył sobie za ofiarę; niebyło takiej kryjówki, z którejby go nie wywlokły szpony niewidzialnego wroga, nie było tak grubego muru, przez któryby go nie dosięgły. Paniczny strach ogarnął pozostałych przy życiu, którzy w dzikiej ucieczce rzucili się ku miastu i rogatkom. Lecz tu zastali wszystkie drogi zamknięte: żelazny kordon wojska zawrócił ich do gniazda zarazy. Komisja sanitarna wysłana z metropolji rozbiła w samym środku przedmieścia baraki i tu tylko pozwalała szukać ratunku. Lecz nie pomogło poświęcenie trzech młodych lekarzy, którzy podjęli bohaterską walkę z niewidzialnym przeciwnikiem; dnia czwartego ulegli i oni kolejno jeden po drugim, wypuszczając ze skostniałych palców syryngi. Zwycięski mór szalał dalej...

Wtedy oczy wszystkich zwróciły się na ks. Dezyderego: ponury prałat za niemą zgodą mieszkańców Bugaju objął nad nimi duchowe dowództwo. Porzucił więc swe zaciszne mieszkanie przy pałacu biskupim koło katedry i przeniósł się do małego, dzikiem winem opiętego domku na przedmieściu, by — wziąć w swe mocne, stalowe ręce rząd dusz potępieńców.

Zaczął od procesyj błagalnych. W dąbrowie, na wschodniej rubieży Bugaju spuścili drwale olbrzymie, stuletnie drzewo, poobcinali konary, ogołocili z gałęzi. Przyszli cieśle, ściosali pień, wygładzili granie, przybili potężną przecznicę i zrobili krzyż. Potwornych rozmiarów, bo na 20 m. długie a na 8 szerokie drzewo męki, poświęcone w kościółku św. Wojciecha na Przylaskiej Kępie spoczęło na barkach pokutników; wspierając jedni drugich, w znoju, w pocie i udręce, z oczyma nabiegłemi krwią, w zgrzebnych koszulach, parcianych opończach lub szorstkich, z wyciętemi po bokach na ręce otworami worach dźwigali ten krzyż pokutny z pieśnią na ustach a rozpaczą w duszach. I szła straszliwa procesja przy blasku świec ogromnych, triangałów w kształcie trójgranu, gromnic śmiertelnych i latarek krepą osnutych przez ulice przedmiejskie, place, sady, ogrody, wlokła się wśród jęku dzwonów pod turkusową kopułą majowego nieba przez pola, ścieże i drogi prażona żarem szalejącego słońca, śniada od pyłu, szara od kurzawy, którą wiatr skwarny wzbijał tumanami nad ludzkiem pogłowiem. Z zachrypłych od prochu krtani, ze zduszonych strachem gardzieli płynęła ciężka jak roztopiony ołów i groźna jak potępienie melodja suplikacyj: „Święty Boże, Święty mocny, Święty a nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami!“...

W skwarze dnia upalnego, w pogodę pastwiącego się jak na ironję słońca biła z ziemi w przeczysty lazur nieb okrutna skarga — modlitwa.

Pośród łanu głów czernił się krzyż-olbrzym długą, żałobną, wyciągniętą sztywnie belką i posuwał się powoli naprzód w podrzutach barków i pleców. Gdy wyczerpani ciężarem pokutnicy walili się z nóg i omdlewali ze znużenia, w miejsce ich podsuwali się pod brzemię inni, by dźwigać je dalej w męce i katuszy. Wiatr wplątywał im się we włosy i wichrzył w nich nielitościwie, szarpał dziko krucze i płowe bugaje niewiast. Z opuszczonych nisko ku ziemi przez drętwiejące palce świec ściekały cicho duże, gorące łzy...

Pod wieczór, gdy już rozpaliło się na niebie pokrwawię zachodu a z pod uznojonej ziemi zdały się iść w bezmiary przestrzeni strzeliste akty bólu i rozpaczy, zatrzymała się procesja przed jedną ze studzien. Tu w blaskach konającego słońca pochylała się nad marmurową konchą wodotrysku słodka postać Madonny. Ostatnie rzuty promieni całowały koralową pieszczotą stopy Przedziwnej, spływając po fałdach Jej szaty na lśniącą mirjadem migotów gładź wody. Z przepełnionej po brzegi muszli przelewał się z szelestem zatruty jadem płyn i ściekał srebrzystym obrusem w zbiornik cysterny. Wśród ciszy wieczora zabrzmiał głęboki, metaliczny głos księdza:

— Śliczna Panno, Gwiazdo czysta, Maryja!

Opiekunko źródeł, studzien, Maryja!

— Maryja! — podjął melodję tłum — Maryja! O Maryja Królowa!

Poszybowała pieśń przez wieczorne mroki hen, wdal pomiędzy domy i ulice, rozeszła się w szerokich kręgach po polach i lęgach, aż zgłuchła gdzieś na skraju dąbrowy pośród drzewnych ustroni.

Z wysuniętym na czoło feretronem Najśw. Panny szła procesja od studni do studni, od cysterny do cysterny, wielbiąc i adorując Opiekunkę źródeł i fontann.

A późno w noc, gdy już cienie otuliły umęczoną ziemię, orszak dziewic, usiadłszy z ołtarzykiem procesyjnym do łodzi, przy świetle pochodni odpłynął z nim na Przylaską Kępę. Tu otoczony blaskiem żagwi i lamp jaśniał zdała w potokach światła wizerunek Przeczystej, odbierając przez noc całą hołd adoracji. Najpiękniejsze dziewice Bugaju błagały aż do świtu Opiekunkę studzien o uzdrowienie ich wód i źródeł...

Aż w trzeci i ostatni z Dni Krzyżowych w chwili, gdy procesja pokutna okrążała stary cmentarz, pojawiła się nagle pośród pół zapadłych grobów gromada ludzi, biczujących się wzajemnie skórzanemi pletniami po obnażonych plecach. Świst razów mieszał się z tępym stękiem smaganych ciał i jękiem modlitwy:

— Boże, bądź nam miłościw! Boże, zlituj się nad nami! W potokach krwi naszej ugaś, Panie, pożar Twego gniewu!

I siekli się bez litości po barkach, po ramionach, po lędźwiach, bili kańczugami kurczące się od bólu plecy, chłostali do krwi skórę. Mężczyźni, niewiasty zamężne, dziewczęta, dzieci nawet. Żar pokutniczy przemógł wstyd i bez sromu wystawiały kobiety grona piersi na razy smagańców. Spłynęły strugami krwi białe łona, pokryły się siecią sinych pręg cudnie sklepione biodra i kulsze...

Umilkła pieśń procesji; zahipnotyzowana widokiem samodręczycieli rzesza zatrzymała się u cmentarnego obejścia i jak skamieniała śledziła ruchy opętańców. Ponad krzyk ich pohutnywania wybił się nagle ostrym, wibrującym tonem czyjś histeryczny śmiech. Jakaś kobieta młoda i dorodna wypadła z głębi procesyjnego zastępu i zdarłszy z siebie suknie, nastawiła śnieżne plecy pod ciosy pletni. Trysła krew, plamiąc czerwoną strugą niewieścią bieliznę.

Wtedy ogarnął ludzi jakby szał. W jednej chwili procesja rozprzęgła się. Porwani straszliwym przykładem, ogałacali się z szat i z dzikim okrzykiem wtargnąwszy pomiędzy biczowników, poddawali się chłoście. Inni, zwłaszcza mężczyźni, wyrywali im z rąk świszczące narzędzia kaźni i zkolei zadawali sobie okrutne razy. Wkrótce na całem przedmieściu rozszalała opętana gońba flagellantów. Hordy zziajanych, ociekających własną i cudzą krwią ludzi, z podniesionemi do ciosu pętlami sznurów i rzemieni przewalały się z jednego kąta Bugaju w drugi. Z żarem żądzy w obłąkanych oczach wystawiały niewiasty swój biały srom pod uderzenia ważkich, nielitościwych rąk męskich, z niewysłowionem uczuciem lubieży czuły na swych skatowanych piersiach, plecach, lędźwiach moc ich dziką, okrutną, nieubłaganą, tę samą moc, co kiedyindziej miażdżyła im łona w przesłodkim uścisku ramion i przygniatała ciężarem bioder w pieszczotach łóż... Bo poprzez mękę kaźni zrodziła się rozkosz...

Na stopniach kościółka, na tle ciemnej zieleni dąbrowy stał z krzyżem w dłoni ks. Dezydery. Stał olbrzymi, posępny i wodził ponurem, zamyślonem spojrzeniem po biczowniczej zgrai. Na twarzy surowej, nieprzeniknionej ni cienia wahania, ni śladu wątpliwości: kamienna, nieubłagana maska...

Z młodego zapustu wyszła ku niemu gromadka sióstr zakonnych i uklękła na podwórcu kościelnym. Smukła, niezwykłej urody mniszka wystąpiła z grona towarzyszek i powolnym, majestatycznym krokiem zaczęła iść ku stopniom kościoła.

— Siostra Weronika! — poszedł szmer po tłumie — Siostra Weronika!

A ona, stanąwszy na progu świątyńki, podawała prałatowi klasztorną dyscyplinę, błagając go słowem i oczyma:

— Ojcze duchowny, nie szczędź i mnie razów! Niechaj i na mnie spłynie błogosławieństwo kaźni!

I na oczach tłumu obnażyła się po pas, pochylając kornie w oczekiwaniu chłosty cudny łuk swych pleców.

Ksiądz przyjął z rąk jej dyscyplinę i odstąpiwszy o krok jakby dla nadania sobie rozmachu, podniósł w górę ramię... Lecz w tej chwili jak z pod ziemi wyrosła obok niego postać Pielgrzyma z Żytomierza. Kaptur pątniczy zesunął mu się z głowy i odsłonił zmienioną od gniewu twarz Pawła Kuternóżki. Zanim prałat zdołał spuścić karzące ramię, uczuł, jak żelazna jego ręka miażdży mu palce. Więc wypuścił pletnię ze zmartwiałej dłoni i wlepił spojrzenie w twarz napastnika. Przez długą chwilę wśród śmiertelnego milczenia tłumów mierzyli się oczyma pełnemi nienawiści.

— Łotrze! — zasyczał wreszcie chrapliwy, zdławiony od gniewu głos Kuternóżki. — Łotrze, nie waż mi się jej dotknąć!

Na dźwięk słów siostra Weronika drgnęła i podniósłszy się z klęczek, spojrzała na pielgrzyma. W oczach jej zaświtał nagle brzask straszliwego rozpoznania — zbladła, zachwiała się i jak gołębica śmiertelnie trafiona zatrzepotawszy w powietrzu skrzydłami ramion, upadła nawznak na stopnie kościoła...

Pod osłoną nocy skąpo rozświetlanej poświatą księżyca przemykał się Kuternóżka wzdłuż klasztornego muru. Ilekroć światło miesięczne wychynęło z poza zwałów chmur, nasunięty starannie na głowę jego kaptur pielgrzymi rzucał cień dziwaczny, ostrostożkowy.

Noc była ciepła, majowa. Sprażona całodziennym skwarem ziemia oddawała wchłonięty żar ciemnemi falami. W klasztornym ogrodzie zanosiły się słowiki, pachniały bzy. Po niebie chmurnem przepływał obłoczne ławice zadumany księżyc...

Pawełek zatrzymał się przed żelazna furtą. Po namyśle nacisnął ostrożnie klamkę i próbował otworzyć. Brama była zamknięta. Wtedy uchwyciwszy się prawą ręką za wystający jej uszak, wspiął się w górę i postawił jedną nogę na klamce drzwi. Był w połowie wysokości muru; nad nim sterczała jeszcze gładka, ceglasta ściana na 3 metry z górą.

Oparłszy się plecyma o framugę bramy, z trudem utrzymując równowagę, odetchnął znużony wysiłkiem. Wtem przyszła mu pewna myśl. Wydobył z kieszeni pątniczego burnusa duży, składany nóż i obnażywszy jego ostrze, zaczął niem wiercić dziurę w murze mniejwięcej w poziomie własnego pasa. Drugą tej samej objętości wyżłobił w odległości kilku centymetrów od swego prawego biodra a trzecią ponad głową w promieniu zasięgu ręki. Skończywszy, schował nóż i przez pewien czas odpoczywał dla nabrania sił. Potem, włożywszy rękę w wywiercony przez się otwór nad głową, niby w ucho klamry, dźwignął się całem ciałem w górę. Przez chwilę nogi zawisły w powietrzu, szukając oparcia. Wkońcu znalazły je i skwapliwie zanurzyły się kończynami palców w wyżłobienia muru. Teraz stał jak w strzemionach. Pozostał do pokonania kawałek ściany nie wyższy nad 1 metr. Szczęście mu sprzyjało. Już zabierał się do ponownego wiercenia otworów, gdy usłyszał nad głową szmer lekkiego uderzenia. Podniósł oczy i ujrzał nad sobą przechyloną z poza muru gałąź klonu rozchybotaną na wietrze. Uczepił się jej kurczowym ruchem, poderwał całym sobą wzwyż i zatknąwszy lewą nogę w otwór górny, odbił się z całej siły. Manewr wypadł pomyślnie; w chwilę potem siedział okrakiem na zrębie szczytowym muru.

Odrzucił kaptur i otarł czoło; pełną piersią wdychiwał balsamiczne wonie, bijące z dołu od ogrodu. Na prawem jego udzie spoczywała zbawcza gałąź klonu, uderzając go od czasu do czasu łagodną pieszczotą. Na lewo w odległości 50 metrów stożyły się w niebo strzałami iglic klasztorne wieże. Od miejskich zegarów nadpłynęła wtedy godzina jedenasta. Dźwięk mosiężnych młotków ocucił go z zamyślenia.

— Czas już — pomyślał, otrząsając się. — Czas już na mnie.

I zwinnie, jak kot, zesunął się po klonie w ogród. Tu przystanął i oparty o pień drzewa spojrzał w głąb.

Księżyc, przedarłszy się zwycięsko przez złoża chmur, wypłynął tymczasem na pełne morze granatowego nieba i siał magnezjowe blaski na ziemię. Ogród nurzał się cały w zielonosrebrzystej ich powodzi. O kilkadziesiąt kroków lśniło dreszczem wodnych zmarszczków jezioro przedzielone na pół długim, wąskim przylądkiem, wbiegającym głęboko w jego środek. Na rozszerzonym w kształcie półwyspu wylocie przylądka bielała oblana z trzech stron wodami kaplica. Przez otwarte drzwi widniał ołtarz oświecony mdłem światłem dwóch świec, w dolnej swej części przesłonięty jakąś czarną, niewyraźnie rysującą się masą. W górze, pod stropem krwawiła lampka wieczysta...

Fale jeziora podrywane co chwila podmuchami wiatru uderzały z cichym pluskotem o kamienny zrąb kaplicy i odtrącone łagodnie od połogich jego szkarpów, wracały do łożyska. Na kalinie, co samotnie wystrzeliła tu ze skalnego zbocza, zarzucając na dach świątyńki kraśne korale warkoczy, słowik łkał piosenkę miłości. W głębi poprzerzynane mozajką świateł i cieni szumiało tajemniczo rozgwarem drzew tło dalsze...

Od klasztoru zabrzmiała pieśń. Z perspektywy ogrodowych alej płynęła smutna melodja „Salve Regina“. Głosy czyste, rzewne, dziewicze. Poprzez ponurą, rozdartą od bolu arję chóru przebijał głęboki, tęsknotą zaświatów natchniony wtór altów. U wylotu klonowej ulicy zamigotały światła świec i latarek, w półmroku drzew zamajaczył orszak mniszek.

Szły powoli, oskrzydlając potrójnym szeregiem białych, w weselne kwefy otulonych postaci wysoko na ramionach sześciu sióstr spoczywające mary. Szły powoli, z pieśnią na ustach, dźwigając bezcenny ciężar przedwcześnie zgasłej towarzyszki. Na białej, atłasowej, w srebrne lilje przetykanej poduszce, w mirtowej wianka koronie spoczęła przepiękna jej głowa. Z pod opuszczonych rzęs padał cień na twarz alabastrowo bladą, w rękach na piersi złożonych błyszczał w posrebrzu księżyca krzyż. Na ustach, z których skon nie zdołał zetrzeć barw koralu, zastygł uśmiech — zagadka. Zastygł i rozlał po twarzy wyraz niewypowiedziany...

Tak w noc majową, pijaną od woni czeremch i bzów noc szła na miejsce wiecznego spoczynku siostra Weronika. A niosły ją siostry — powiernice, czyste dziewy i panny zakonne, z Chrystusem poślubnie złączone...

Minęły aleję klonów, okrążyły jezioro i weszły na przylądek. Rozchybotane na wietrze płomyki gromnic dwoiły się w jeziorzanej toni i drugi orszak wyłaniał się z głębi.

Gdy przestępowały próg kaplicy, wnętrze rozbłysło wzmożoną siłą świateł i odezwały się organy. W ciszy nocnej popłynęła po falach jeziora przesłodka melodja „Ave Maria“ Gounoda...

Orszak mniszek rozdzielił się, przepuszczając środkiem mary, Na tle ołtarza umajonego w lilje i konwalje zaczerniał w powodzi świec katafalk. Siostry zdjęły z ramion nosze ze zwłokami i podłożywszy ręce pod ciało, ostrożnie jak dziecię złożyły je w trumnie. Przy dźwiękach nieustającej muzyki organów pochyliła się nad umarłą przeorysza i lekko dotknęła ustami jej czoła. Potem przybliżały się ku marom pokolei inne i każda żegnała siostrę pocałunkiem rozstania. A gdy już wszystkie oddały jej ostatnią pieszczotę, utworzyły ponownie wydłużoną linję orszaku i cicho odeszły ku klasztorowi...

Umilkły organy i zgłuchła pieśń — tylko światła przy marach pełgotały równym, spokojnym płomieniem. W cmentarnej ciszy, w okolu kwiatów i wieńców, w osamotnieniu śmierci bezwzględnem pozostała siostra Weronika; z uśmiechem na ustach, z pogodą na białem, marmurowem czole spała słodko na śnieżnej pościeli...

Jak wryty stał Pawełek pod klonowem drzewem, śledząc przesuwające się przed oczyma podobne wizjom snu obrazy. Lecz gdy zgasły ostatnie akordy muzyki i cisza śmierci zaległa ogród, pchnięty nieprzezwyciężonem pragnieniem zaczął skradać się ku kaplicy. Musiał ją zobaczyć raz jeszcze jeden, musiał nasycić oczy po raz ostatni przebolesnym widokiem, zanim... będzie za późno...

Stanął w drzwiach kaplicy, zapuszczając w głąb chciwe, chore tęsknotą spojrzenie. Odpowiedziała mu uśmiechem — tym samym dziwnym, zagadkowym uśmiechem, co wtedy... Ten uśmiech, ten jej uśmiech...

— Ty cudna, przeczysta! Liljowa dziewico moja!... Cha, cha, cha! Cha, cha, cha! Co za śmieszna kombinacja! Siostra Weronika i ja! Siostra Weronika i Pawełek Kuternóżka!...

Zdjęła go szaleńcza wesołość a potem ból, obłąkany ból i tęsknota. Słaniając się na nogach, przystąpił do wezgłowia. Usta jego spragnione, gorączką tętniące, wpiły się w jej chłodne, koralowe wargi i chłonęły straszliwą rozkosz. Nagle płomień przeszedł po nim, Zbrodnicza, świętokradcza żądza wypełzła z głębin najskrytszych jestestwa i szeptem krwi domagała się ukojenia...

Położył rękę na jej pierś krągłą, dziewiczą i drżącemi od namiętności palcami zaczął zdzierać z niej welon i zakonną szatę. Wtem uczuł na ramieniu czyjąś rękę. Odwrócił się i ujrzał spokojną lecz stanowczą twarz ks. Alojzego.

— Co chcesz uczynić?

Przez chwilę ważyły się ich spojrzenia. Kuternóżka pierwszy spuścił oczy; nie mógł wytrzymać blasku tamtych jasnych i czystych jak lazur. Nagle wyswobodził ramię z pod ręki księdza i rzucił się do ucieczki. Dziki strach pędził go przed siebie. W kilku sekundach przebył przylądek, przebiegł jakąś łąkę, przedarł się przez gaj brzozowy i dopadł pnia starej lipy tuż pod murem. W mgnieniu oka wtargnął pomiędzy jej konary, wspiął się na wierzchołek, a stąd zesunął na szczyt muru. Po chwili jednym szalonym skokiem znalazł się po drugiej stronie. Nie oglądając się, ruszył naprzełaj przez puste pola i ugory.

Pędził bez przerwy, bez wytchnienia, zaczepiając o krzewy, potykając się o grudy i śródpolne kamienie. Wkońcu gdy na wschodzie wyciągnęła się mleczna linja brzasku, dotarł do zrębów lasu. Świtało już na niebie, gdy zanurzał się w chaszcze u skraju dąbrowy. Roztworzyły się przed nim i zamknęły zpowrotem gościnne ich pierzeje. Zakryły go przed okiem ludzkiem drzew zielone spławy...



AMELJA.

W połowie czerwca Pomian wrócił z podróży. Gdy po opuszczeniu pociągu przeszedł sklepiste tunele pod peronem i znalazł się na białym, w kostki wykładanym dojeździe dworcowym, ogarnęło go uczucie zdumienia. Całe otoczenie wydało się dziwne i jakby nieswoje. By rozprostować trochę zdrętwiałe długą jazdą członki, nie wziął dorożki, lecz zostawiwszy pakunki w szatni, poszedł ku miastu długą, wysadzaną lipami aleją ulicy Kolejowej. Szczególne uczucie „dziwności“ wszystkiego tego, co go otaczało, nie opuszczało go ani na chwilę. A przecież od czasu, jak wyjechał, upłynęły zaledwie trzy miesiące.

— Czyżby się co tutaj zmieniło? — pomyślał, wodząc spojrzeniem po rysujących się wdali wieżach kościołów, spiętrzonym w perspektywie chaosie dachów i czubach rozkwitłych w pełni drzew.

— Nie. — Raczej uderzał niemile „normalny“ wygląd miasta. Wszedłszy głębiej w istotę swego stanu, nabrał przekonania, że tem, co go teraz raziło, był brak czegoś wyjątkowego w otaczającem go obecnie środowisku. Poprostu Pomian spodziewał się, że zastanie tu wszystko „jakoś inaczej“. Tymczasem przynajmniej narazie nic nie zapowiadało wyglądanej zmiany; wszystko było „po staremu“. Twarze przechodniów obojętne przesuwały się przed jego spojrzeniem leniwo i szaro jak codzienność.

— Rzecz niepojęta! — myślał, skręcając koło kościoła św. Elżbiety na Klasztorną. — Więc się tutaj nic nie stało? Ludzie tacy jacyś spokojni, jakgdyby nigdy nic. A możeby tak kogoś zagadnąć w oględny sposób?

Tu opadło go uczucie nagłego zawstydzenia.

— Nie wypada — mogą wyśmiać. Może rzeczywiście nic tu szczególnego nie zaszło; może owa „obcość“ jaką tutaj odczuwam, jest czemś chwilowem, czemś, co tkwi tylko we mnie? Należy być ostrożnym.

Dopiero teraz poczuł silny „głód. Miał wrażenie, że od 24 godzin nic nie jadł. Spojrzał na zegar wieżowy. Dochodziła szósta. Było jeszcze bardzo rano.

— Restauracje z pewnością jeszcze zamknięte — wyciągnął nieprzyjemny dla siebie wniosek. — Szkoda, że nie zjadłem śniadania na dworcu.

W tem na rogu ul. Katedralnej, po prawej spostrzegł otwarte gościnnie podwoje kawiarni Centralnej. Uśmiechnął się zadowolony i wszedł do wnętrza.

— Jedna biała cedzona! — rzucił półgłosem dyspozycję kelnerowi, zanurzając się z rozkoszą w przytulne ramiona fotelu pod oknem. Po chwili pokrzepiał się już wonnym odwarem, przeglądając równocześnie dzienniki.

— Szarzyzna — mruknął po pewnym czasie, odkładając znudzony gazetę. — Codzienność.

I ziewnął przeciągle... Potem wyjrzał przez okno. Znużone spojrzenie przesunęło się po absydzie katedry, spłynęło po zboczach graniastej wieży i przerzuciło się ociężale na pierzeję domów u zbiegu Katedralnej i Mniszej. Powoli uwaga skupiła się na narożnej kamienicy vis à vis baszty wieżowej z zegarem. Niewiadomo dlaczego, z osobliwą uporczywością obserwował partję parterową domu pod nr. 18. Musiał tam być zapewne jakiś sklep lub magazyn, bo okna i drzwi zasunięto żelaznemi storami. Wtem ze zdumieniem odczytał napis nad wyjściem: — Stefan Zieleniewicz. —

— To niemożliwe! — żachnął się niemal głośno. — To niemożliwe!

— Co takiego, proszę szanownego pana? — zapytał uprzejmie pochylając się nad nim starszy kelner, Marcin, dobry znajomy z dawnych, kawiarnianych czasów. — O co chodzi?

— Co to za sklep? — zapytał Pomian, wskazując oczyma wywieszkę.

— Zieleniewicz i Spółka — sklep wyrobów i przetworów żelaznych — objaśniał spokojnie Marcin. — Stara, solidna firma. Szan. pan przecież tutejszy. Nic pan o niej dotychczas nie słyszał?

— Ależ tu był jeszcze niedawno temu sklep z dewocjonaljami! — odpowiedział prawie urażony Pomian.

Okrągłe oczy sługi przybrały wygląd kulisty.

— Sklep z dewocjonaljami? — powtórzył, jakby nie dowierzając własnym uszom. — Tu, tu naprzeciw naszej kawiarni?

I nagle roześmiał się serdecznie.

— Nie — szanowny pan żartuje. Che, che! Coby też Zieleniewicz powiedział na ten koncept? Che, che, che! Zieleniewicz w resorcie dewocjonalnym? Hi, hi, hi! Dziś mu jeszcze to zakomunikuję jako projekt. —

Pomian był wściekły.

— Panie Marcinie! — rzekł z naciskiem, tłumiąc hamowaną z trudem pasję. — Tylko bez głupich żartów! Bardzo proszę! Jeśli mówiłem o sklepie z dewocjonaljami, to nie miałem na myśli Zieleniewicza w charakterze jego właściciela.

— Tylko kogo, proszę szanownego pana? — dopytywał się ciekawie z filuternym uśmiechem Marcin. — Tylko kogo?

— Pawła Kuternóżkę — odparł chłodno, akcentując każdą sylabę, rozjątrzony do ostateczności gość. W pierwszej chwili kelner zdębiał. Odstąpił parę kroków od stolika i nie spuszczając oczu z Pomiana, śledził wyraz jego twarzy.

— Kpi czy o drogę pyta? — myślał, napróżno usiłując wyczytać prawdę ze zmienionych od afektu rysów gościa.

Wreszcie znać zorjentował się w sytuacji, bo poważniejąc, rzekł pojednawczo:

— Zaszła tu widocznie pomyłka. Szanowny pan zapewne pomieniał ze sobą nazwiska i lokale. Ów Kuternóżka prawdopodobnie ma, czy też miał sklep z towarem religijnym gdzieś przy innej ulicy. Z drugiej strony jednak nie mogę przypomnieć sobie, by w naszem mieście istniał kupiec noszący podobne nazwisko — a siedzę tutaj już 30 lat i znam wszystkie miejskie firmy jak własną kieszeń. Chociaż... pardon!... Zaraz, zaraz... teraz przypominam sobie jak przez sen... Tak, tak — na pewno. To nazwisko, które chwilowo wypadło mi z pamięci, nosił swego czasu właściciel składu trumien, przy ul. Zielonej. Paweł Kuternóżka — tak, tak — to ten sam. Teraz przychodzi mi nawet na pamięć piosenka, którą mu pod oknami wygwizdywały złośliwe nasze łaziki. Była trochę nieprzyzwoita. Ale to już dawne czasy. Biedny Pawełek dawno już nie żyje; umarł temu 20 lat z górą.

Pomian ochłonął. Spokojny ton Marcina a zwłaszcza wyraz szczerego zakłopotania na jego poczciwej, starannie wygolonej twarzy dały mu dużo do myślenia. Postanowił więc być oględniejszym w rozmowie.

— Więc naprawdę — zapytał, ujmując go poufale za ramię — tam naprzeciw jeszcze 3 lub 4 tygodnie temu nie było nad wejściem do sklepu nazwiska Kuternóżki?

— Ależ naturalnie, że nie. Zieleniewicz zajmuje ten lokal od jakich 40 lat; tkwił już tu, gdy ja, mając lat 19, przyjechałem do naszego miasta; od tego czasu nie ruszył się z tego miejsca i zestarzał się na niem jak ja w tej kawiarni.

Pomian podparł głowę ręką i zamyślił się.

— To dziwne — rzekł po czasie, zapominając o obecności sługi — to dziwne... Skąd mi się wzięło to nazwisko?

— Może jakiś kupiec tak samo się wabiący ma sklep w innem mieście? — poddał usłużnie Marcin. — Szanowny pan podobno wraca z dalekiej podróży...

— Nie, nie — zaprzeczył żywo gość — to stanowczo nie. Jeśli to wszystko było, to tylko tu. Zresztą to samo otoczenie, ten sam krajobraz, położenie, szczegóły drugorzędne... Nie, nie — ta ewentualność wykluczona... Hm... to nazwisko..

— Trochę dziwne — przerwał mu tok rozmyślań Marcin. — Powiedziałbym nawet: trochę komiczne. Che, che, che!... Kuternóżka — Kuternoga, czy coś podobnego. „Kuter, kuter, kuternoga, co nie wierzy w Pana Boga“ — powiadają ludziska. Che, che, che! To się nazwał! No! I w dodatku „Pawełek“. Jak na kpiny.

I hamując świeży wybuch wesołości, kelner odszedł w głąb kawiarni, by nie drażnić więcej niesamowitego dziś gościa. Pomian zapłacił i wyszedł...

Czerwcowy poranek rozlał tymczasem po świecie różane blaski. Na kopułach kościoła i strzałach wież zapłonęły czerwone ognie, ponad dachami domów zaczęły przewalać się sinoszare woale dymów. Skądś od fabryk nadciągnęły przeciągłe jęki syren, a od gościńców turkoty wozów. Rozbudzone miasto zaszemrało rozgwarem dnia...

Szedł powoli wąską uliczką między wieżą dzwonnicy a absydą katedry. Lubiał ogromnie ten zaułek, przypominający mu średniowieczne partje wielkich miast Europy, znane ze sztychów i starych obrazów. Unosiła się nad tą częścią miasta jakby jakaś tajemnicza półmgła wieków, jakieś senne, starcze dumanie. Potężny, brzemieniem lat ubiegłych przesycony nastrój spływał od bloków kamiennych wieżycowej baszty, drzemał po gzymsach i wnękach katedralnych wykuszy. Pod nogami dudniły czasem głucho płyty, zdradzając istnienie podziemnych lochów, a w skwarne dnie lata wydobywał się skądś z pomiędzy szczelin i przepuklin kościelnego dziedzińca szczególny, stęchlizną grobów przesiąknięty wyziew. Podobno niegdyś rozciągał się dookoła katedry cmentarz; dziś miejsce jego zajął zielony, trawą porosły wirydarz z kępami bukszpanu pod strażą kilku rozrzuconych cyprysów.

U węgła dzwonnicy, pod kamiennym słupkiem u wylotu uliczki siedziała jak zwykle stara żebraczka, Teklusia. Pomian pozdrowił ją skinieniem głowy, rzucając jałmużnę na podołek brudnej, pstrej od łat spódnicy.

— Bóg zapłać, panie — podziękowała zawiędłym głosem, podnosząc ku niemu zgasłe, okaprawiałe oczy. — A! To Wielmożny pan! Co to? Wielmożny pan chorował? Od kilku miesięcy nikt mnie tak jeszcze nie obdarował. Nie było mego dobrodzieja, nie było. Cosik wielmożny pan blady, hę? Pan Bóg może chorobę dopuścił?

— Nie było mnie przez parę miesięcy w mieście — wyjeżdżałem — zbył krótko pytanie. — A co tu u was słychać, Teklusiu? Jak przeszła Wielkanoc?

— At, jak zwykle. Wszystko odbyło się, jak co roku.

Wszystko jak co roku? — zapytał z niedowierzaniem w głosie. — Nic nie zaszło ważnego?

Stara popatrzyła nań z odcieniem zdumienia.

— A dyć jak mówię, że nic nowego, to nic nowego. A bo i cóżby się stać takiego mogło? Ot zwyczajnie jak w post księża kazali z ambon, potem spowiadali, odprawiali suplikacje, a ludzie kajali się z grzechów, by po Wielkiejnocy znów w te same grząźć, jak, za przeproszeniem pana, te świnie w błoto.

Pomian uczynił gest zniecierpliwienia.

— Ależ nie o to mi idzie... A jak tam było z procesjami.

— A no były, jużci były procesje i stacje krzyżowe.

— I stacje też? — podchwycił Pomian, niewiadomo dlaczego, nagle wzruszony.

— A jużci i stacje — powtórzyła trochę zdziwiona jego zainteresowaniem dla obrzędów kościelnych. — Chodzili po kościołach od jednej do drugiej — ot, jak co roku.

Pomian zaniepokoił się.

— Jakto po kościołach? Więc wewnątrz, nie gdzieś poza ich obrębem?

— A jużci że wewnątrz. A kędyż mieli chodzić, jak nie po kościele, gdzie są stacje Męki Pańskiej porozwieszane po ścianach? A dyć tak bywa co roku.

Pomian kręcił z niedowierzaniem głową.

— Więc nic nadzwyczajnego tutaj w tym czasie nie zaszło? Przecież, przypomnijcie sobie, Teklusiu!

Żebraczka pochyliła głowę z namysłem.

— Mam nareszcie — rzekła z tryumfem, podnosząc ku niemu oczy.

— No, co takiego? — naglił niecierpliwie.

— We Wielkim Tygodniu ks. kanonik, Tylżycki wykluczył z bractwa Różańcowego Antoninę Kownacką, wdowę po stelmachu, co to ją przyłapano na cudzołóstwie z człekiem żonatym.

— A bodajże cię licho! — zaklął pod wąsem Pomian, rozgniewany na Bogu ducha winną staruszkę — To ci nowina! No!

I już chciał ją pożegnać, gdy z poza absydy katedralnej wyłoniła się imponująca postać księdza. Duchowny, nie zwracając na nich uwagi, przeszedł mimo zamyślony.

— Czy to ks. Dezydery? — zapytał Pomian, zwracając się raz jeszcze do żebraczki z uczuciem człowieka, chwytającego się ostatniej deski ratunku.

— Ks. prałat, Dezydery Prawiński — poprawiła go z naciskiem Teklusia.

Pomian uśmiechnął się zadowolony.

— Podobno bardzo srogi spowiednik i kaznodzieja? — zagadywał w dalszym ciągu.

— Jużci surowy jest, bo ludziska w mieście paskudne, a to święty człowiek.

— Słyszałem, że to on prowadził tego roku procesję błagalną w Dnie Krzyżowe na „Bugaju“?

Stara wybałuszyła nań kaprawe oczy.

— Hę? Na „Bugaju“ — powiadacie panie? A gdzież to ten „Bugaj“? Miejsce jakie odpustowe, czy co?

Pomian uczuł, że zabłąkał się znów pomiędzy jakieś wertepy.

— Jakto, babusiu — nie wiecie, gdzie jest przedmiejski przysiółek zwany powszechnie Bugajem? Nad rzeką, tuż za Zieloną Rogatką.

— Cha, cha, cha! — zachichotała cicho Teklusia. — Już wiem, już wiem, co wielmożny Pan ma na myśli. Ale to nie żaden „Bugaj“, proszę łaski pana, jeno „Dębinowa Kępa“. Wielmożnemu panu coś się pewnikiem pomyliło. A co do owych Dni Krzyżowych — nic mi nie wiadomo. Ktoś wielmożnemu panu nabajał o tem dubów smalonych. Gdyby coś tam takiego było, pierwszabym o tem wiedziała. Pan Pieniążek, zakrystjan, mój kmotr i powinowaty cośby mi o tem powiedział.

— Ostawajcie z Bogiem, matko — pożegnał babkę Pomian, przerywając indagację.

— Boże was ta prowadź, panie! Bóg zapłać za jałmużnę! Pan Jezus zdrowia niech użyczy! — odpowiedziała, przeprowadzając go spojrzeniem starych, zakisłych oczu...

W 20 minut później Pomian był już u siebie przy ul. Źródlanej. Przyjął go Józef, jakgdyby nigdy nic, z łagodnym, wyrozumiałym uśmiechem. Poczciwy wyga nigdy się niczemu nie dziwił. Tak już przywykł do rozmaitych dziwactw i niespodzianek w życiu swego pana, że wszystko, cokolwiek odbiegało od codziennej normy, przyjmował jako rzecz naturalną i samo przez się zrozumiałą. Zresztą, co właściwie zaszło nadzwyczajnego? Wyjechał pan nagle na trzy miesiące niewiadomo dokładnie dokąd, wyjechał, prawdę mówiąc, wtedy, kiedy już był czas najwyższy po temu i wrócił równie nagle, jak odjechał. Co to komu szkodziło? Co to kogo obchodziło? Jego, Józefa z pewnością najmniej. Poza tem owe „wyjazdy“ i „podróże“ nie były mu pierwszyzną. Zawsze jakoś co pewien czas, co parę lat, gdy się pan czemś bardzo przejął lub czemś bardzo zirytował, przychodziły najpierw owe „przemiany“, które on, Józef, nazywał po swojemu „forpatrolami“ lub „forpocztami“, a potem następowały „wyjazdy“ i to — rzecz znamienna — zwykle na 3 miesiące. Sługa tak już do tego przywykł, że dziwnemby mu się wydało, gdyby było inaczej.

Dlatego i teraz spodziewał się powrotu pana już od paru dni i wszystko przygotował na przyjęcie. W parę minut po przybyciu Pomian rozkosznie wyciągnięty na sofce popijał już swoją czarną kawę stanowiącą clou i finale drugiego śniadania. Wkrótce jednak znużenie po podróży zmorzyło go snem: ostrożnie wyjął mu Józef z bezwładnych palców tlejący jeszcze niedogarek cygara i podsunął poduszkę pod głowę...

Zbudził go dopiero późno po południu dźwięk zegara z wieży farnego kościoła. Przeciągnął się leniwo na posłaniu i spojrzał w okno. Słońce kłoniło się już ku zachodowi, oblewając czerwienią szczyty domów i świątyń. Smutny, pożegnalny jego refleks, przywarłszy do jednej ze ścian pokoju, powoli wędrował w górę gdzieś w kierunku stropu i bladł w oczach, dogorywał...

Pomian podniósł się ociężale z sofy i podszedł ku biurku. Na zielonem tle sukna odcinał się wyraźnie, niemal wyzywająco, biały prostokąt papieru.

List!...

Wziął go do ręki i na chwilę zawahał się: otworzyć zaraz, czy odłożyć do jutra? Może coś nieprzyjemnego?

Lecz delikatna woń fiołków ulatniająca się z listu, podziałała zachęcająco. Rozerwał kopertę i rzuciwszy okiem na podpis, zdumiał się. Pisała pani Amelja Pradera, wdowa po — ś. p. ministrze.

— Szczególne! — pomyślał, wpatrując się z niedowierzaniem w piękny, silnie zindywidualizowany charakter pisma. — Szczególne! Czego może chcieć ode mnie ta kobieta?

I szybko przebiegł oczyma treść listu.

— Szanowny Panie! — pisała żona jego wroga. — Spełniając ostatnią wolę ś. p. Męża mego, pragnęłabym widzieć się z Szan. Panem i zamienić z Nim parę słów w pewnej ważnej, dotyczącej ś. p. Męża mego sprawie. Sądzę, że najodpowiedniejszym terenem dla naszego spotkania będzie mój dom; byłabym Mu szczerze wdzięczną, gdyby zechciał odwiedzić mię w którąś środę lub sobotę między 5-tą a 7-mą po południu. Mieszkam obecnie przy ul. Lipowej l. 23, I p. Proszę przyjąć wyrazy szczerego szacunkuAmelja Pradera.

— Sapristi! — pomyślał, odrywając oczy od pisma i zatapiając je w roztocz słoneczną zachodu. — Spełnia jego ostatnią wolę. Czyżby Pradera, idąc na spotkanie ze mną, przeczuwał pewną śmierć i zostawił testament ze specjalną klauzulą, odnoszącą się do mojej osoby? Hm... Dlaczego ona wzywa mię dopiero dzisiaj, kiedy od jego śmierci upłynęło już niemal 9 miesięcy? Dlaczego nie uczyniła tego wcześniej? Czyżby i co do tego stosowała się do jego woli? Wogóle czego on może chcieć ode mnie z tamtej strony? Dziwne, bardzo dziwne.

Usiadł przy biurku i zamyślił się. List Amelji ożywił od nowa wypłowiały już trochę od czasu splot myśli i uczuć związanych z tajemnicą śmierci Pradery. Odżyło zainteresowanie dla „sprawy“, zmartwychwstały z pod zgliszcz i popiołów wspomnienia i wątpliwości. Od paru miesięcy bowiem przestał zajmować się ponurą aferą i tylko przygodnie dowiadywał się z gazet, że śledztwo prowadzone jest w dalszym ciągu lubo bez wydatnych rezultatów; podobno nawet uwięziono parę osób podejrzanych o zamach na życie wielkiego męża stanu, lecz później musiano je wypuścić na wolność z powodu braku dostatecznych dowodów. Wogóle, o ile mu było wiadomem, sprawa znajdowała się obecnie w stadjum długotrwałej stagnacji; jak wszystko na świecie, i ona zeszła wkońcu z porządku dnia i coraz to rzadziej odzywały się jej echa na łamach dzienników. Niemniej Pomian był głęboko przekonany, że władze policyjne i sądowe nie zrezygnują tak prędko z dochodzeń i że „historja“ prędzej czy później wypłynie znów na powierzchnię...

Podniósł z zamyślenia głowę i raz jeszcze objął krótkiem spojrzeniem treść listu. Wtedy wyodrębniły się słowa zaproszenia: „w którąś środę lub sobotę między piątą a siódmą“.

— Wszakże dziś właśnie sobota!

Spojrzał na zegarek.

— Szósta. Jeszcze czas.

Zadzwonił na Józefa.

— Mój żakiet i lakiery!

Koło godziny wpół do siódmej przyciskał taster u dzwonka do mieszkania przy ul. Lipowej l. 23 na I. piętrze.

Otworzyła mu zgrabna, czarnooka pokojówka. Uchylił kapelusza.

— Pani w domu?

Dziewczyna zawahała się.

— Jaśnie pani dzisiaj nie przyjmuje — odpowiedziała z przymusem. Wówczas podał jej wizytówkę, równocześnie wciskając w rączkę banknot.

— Może panienka zechce oddać pani mój bilet.

Kokieteryjna główka w białym czepeczku znikła za drzwiami, by po kilku minutach zjawić się z powrotem z czarującym uśmieszkiem na ustach:

— Jaśnie pani prosi.

I przepuściwszy gościa do wnętrza, wskazała mu salon na prawo.

— Jaśnie pani za chwilę wyjdzie.

Usiadł przy stole, machinalnie biorąc do ręki album z fotografjami. Wzrok zatrzymał się na pierwszej zaraz karcie. Z ram kartonu wyzierały ku niemu podobizny Pradery i jego żony. Było to zdjęcie weselne, gdyż oboje byli w strojach godowych. Kobieta przytuliwszy głowę do jego ramienia, patrzyła w przyszłość pełna ufności i szczęścia — mężczyzna o znanych mu, nienawistnych rysach uśmiechał się wyzywająco z miną zdobywcy i tryumfatora.

Sic transit gloria mundi — pomyślał, wpatrując się w twarz wroga.

Wtem usłyszał za sobą szelest sukni. Obrócił się i wstał od stołu. — Odpowiedziała na jego ukłon głęboki skinieniem cudnej, jasnoblond głowy i nie podając mu ręki, wskazała miejsce naprzeciw siebie. Usiedli i przez chwilę mierzyli się długo oczyma.

Po raz pierwszy w życiu Pomian mógł się jej przypatrzyć zbliska; dotychczas bowiem widział ją dwa razy i to tylko przelotnie: raz w otoczeniu tłumu na sali balowej w ambasadzie francuskiej, po raz drugi w czasie jakiejś parady czy uroczystości publicznej, gdy przejeżdżała powozem u boku męża.

Amelja Pradera była wspaniałą kobietą; „une femme superbe“ w całem tego słowa znaczeniu. Wysoka, cudownie zbudowana, z gorsem o linjach dyskretnych a niemniej ponętnych, poruszała się z wdziękiem, lekko kołysząc się na biodrach, których zarys przedziwny, kuszący uwydatniała obcisła żałobna suknia. W pewnym szczególnym kontraście do bujnej, żywiołowo rozwiniętej postaci pozostawał owal twarzy pociągłej, z orlim nosem, o rysach może trochę zaostrzonych; łagodziły je oczy ciemne, przedziwnie opalizujące, pełne zadumy i ognia zarazem. Cera śniada, smagława, rzadka u blondynek dziwnie zlewała się z barwą włosów jasnych, o połyskach złocistych.

Niezwykła jej uroda działała silnie na zmysły, budząc równocześnie uczucia nieokreślonego niepokoju i podziwu. Piękna pani należała do typu kobiet, które, wzniecając pożądanie u płci drugiej, zarazem narzucają jej pewien patos dystansu. Z niewiadomego powodu w mężczyźnie zakochanym w tego rodzaju kobiecie rodzi się obawa, czy zdobycie jej fizyczne nie będzie świętokradztwem — obawa, która potęgując pociąg płciowy, równocześnie nie pozwala przekroczyć granic i utrzymuje w stanie dręczącego zawieszenia. Amelja Pradera kojarzyła w sposób wyjątkowy sprzeczne ze sobą żywioły: miała coś z anioła i coś z lubieżnej, zdolnej może do orgjastycznego szału samicy.

— Zastosowałem się do życzenia łaskawej pani — przerwał Pomian trochę już żenujące milczenie.

— Dziękuję — odpowiedziała głosem dźwięcznym, altowym. — Nie chcąc dłużej nadużywać pańskiej cierpliwości, powiem mu odrazu, o co chodzi... W parę dni po śmierci męża znalazłam w biurku jego pomiędzy papierami dwa listy: jeden do mnie, drugi do pana. W liście do mnie mąż mój wyraził we formie ostatniej woli życzenie, abym po upływie 8 miesięcy od jego zgonu odesłała ten list pod pańskim adresem.

I drżącą ręką podała mu pismo. Pomian, odebrawszy list, włożył go starannie do portfelu i powstał, składając ukłon pożegnalny.

Wstrzymała go gestem ręki.

— Miałabym do pana małą prośbę.

— Słucham panią.

— Proszę przeczytać list teraz przy mnie. Może treść jego wymagać będzie natychmiastowej odpowiedzi.

Spojrzał na nią zdumiony.

— Czyżby znała treść listu?

Pani Amelja lekko zarumieniła się pod tem spojrzeniem.

— Nie, — odparła z zakłopotaniem, — to nie to, co pan przypuszcza. Proszę, niech pan usiądzie i przeczyta. Ja tymczasem zajmę się czem innem.

I ze źle ukrywaną obojętnością zaczęła przerzucać kartki jednej z książek na stole.

Pomian usłuchał i wyjąwszy list, przez chwilę przypatrywał mu się z zajęciem. Na białej, zwykłego formatu kopercie, starannie opieczętowanej z lewej strony widniał adres, nakreślony znaną mu ręką o zdecydowanym charakterze. Po chwili wahania rozłamał pieczęcie i zaczął czytać:

W. 22 września b. r.

 Pomianie!

Zapewne zdziwi Cię prośba, z którą zwracam się do Ciebie na parę godzin przed momentem dla nas obu rozstrzygającym. Lecz myślę o tem, że w chwili, gdy przeczytasz to pismo, mnie już nie będzie pomiędzy żyjącymi i że nie potrzebuję się już krępować względami, z któremi zwykle w życiu ludzie się liczą. Zresztą nie mam innej drogi ni sposobu.

Gdybym zginął, proszę Cię i zaklinam w imię naszej wielkiej nieprzyjaźni, w imię naszego szczytnego antagonizmu — zaopiekuj się Amelją! Powierzam Ci Ją z pełną ufnością, pewny, że nadziei moich nie zawiedziesz, gdyż wierzę głęboko, że tylko Ty, tylko Ty jeden zdołasz Jej mnie zastąpić. Żegnaj!

Kazimierz Pradera.

Pomian, przeczytawszy list, nie odrywał odeń oczu. Ostatnie słowa wielkiego wroga brzmiały tak nieprawdopodobnie, że wpatrywał się w ich znak zewnętrzny niby w zawiły, fantastyczny hieroglif. Aż wyczuł na sobie ciężki wzrok Amelji.

Podniósł oczy.

— Pan skończył? — zapytała z odcieniem zniecierpliwienia.

— Tak, łaskawa pani.

— I nic mi pan nie ma do powiedzenia?

Utopił w jej twarzy badawcze spojrzenie; chciał przeniknąć do głębi tę dumną kobietę.

— Czy ona wie, o czem pisze Pradera? Czy domyśla się, jaki to rodzaj prośby?

Lecz w twarzy pięknej wdowy wyczytał tylko trwożny niepokój. Wtedy skrystalizowała się w nim nagła decyzja. Objął szczególnem spojrzeniem siedzącą naprzeciw kobietę i rzekł mocno:

— Ostatniej woli męża pani stanie się zadość. —

— Dziękuję panu.

Podała mu rękę. Podniósł ją i przycisnął do ust.

— Rzecz dziwna — rzekł po chwili wzruszony, opuszczając jej rękę. — Czy łaskawa pani wie, jakim był mój stosunek do ś. p. ministra?

— Wiem. Zwalczaliście się nawzajem na niejednem polu.

— Byliśmy śmiertelnymi wrogami, łaskawa pani.

— Wiem o tem. Wiem o wszystkiem. Nawet o tem, co zaszło między wami w wigilję jego śmierci.

— Nawet i o tem?

— Tak. Kazik nie miał przedemną tajemnic. I o tem wiem, że w ów straszliwy poranek mieliście się spotkać za miastem.

Zdumienie Pomiana wzrastało z każdą chwilą. Nie pojmował, jak mimo wszystko mogła z nim tak rozmawiać.

— I mimo to nie odczuwa pani niechęci do wroga męża swego? — zapytał, nie tając dłużej swej wątpliwości.

Po twarzy Amelji przepłynął dziwny uśmiech.

— Narazie nie zastanawiam się nad tem — odparła wymijająco. — Proszę nie zapominać, że spełniam tylko ostatnią jego wolę. Sam fakt, że mąż mój zwrócił się do pana z prośbą w takiej chwili, świadczy najlepiej o tem, że miał do niego pełne zaufanie, że pana widocznie mimo wszystko wysoko cenił... Ale wracając do obchodzącej nas bezpośrednio sprawy — czy nie mogłabym być panu w jakiś sposób pomocną przy zrealizowaniu ostatniej woli Kazia?

Pomian uśmiechnął się. Sytuacja wydawała się arcykomiczną.

— Nie pozostaje mi nic innego jak zapoznać panią z treścią listu. Sądzę, że gra w otwarte karty będzie tu najodpowiedniejszą.

I oddał jej list do przeczytania. Wzięła pismo skwapliwie i szybko przebiegła oczyma. Pomian studjował z uwagą wyraz jej twarzy w tej chwili. Było nim zrazu zdziwienie, potem szalony gniew i wzburzenie, wreszcie uśmiechnięta złośliwie ironja. Cała gama uczuć przesunęła się po smagłem licu pięknej wdowy, by wkońcu ustąpić miejsca wyrazowi szyderstwa. W oczach jej zaświtały jakieś przykre blaski, przed któremi należało się mieć na baczności. Ta piękna kobieta była niemal brzydką w tej chwili. Mimowoli odsunął się od niej, jakby odepchnięty niewidzialną siłą.

— Zdaje mi się, — pomyślał, — że uczyniłem ruch fałszywy. Ale mniejsza o to. Przynajmniej wiemy, na jakim gruncie stoimy. Lepsze to, niż zabawa w ciuciubabkę. — A głośno dokończył:

— Zdaje mi się lepiej było nie oddawać pani listu. Mam wrażenie, że treść jego sprawiła pani niemiłą niespodziankę.

— Przeciwnie. Jestem panu za to serdecznie wdzięczną. Będziemy zatem przyjaciółmi, panie Tadeuszu?

Pomian osłupiał. Naprzeciw niego stała w blaskach zachodzącego słońca jakby zupełnie inna kobieta. Złośliwe błyski w oczach z przed chwili rozpłynęły się gdzieś bez śladu; z uśmiechem zalotnym, niemal tkliwym patrząc mu w twarz, podawała rączkę małą, wypieszczoną:

— Będziemy przyjaciółmi, nieprawdaż? — powtórzyła z powłóczystem spojrzeniem.

— Postaram się zasłużyć na cenną przyjaźń pani — odparł prawie machinalnie.

— Do widzenia zatem w najbliższą środę między piątą a siódmą.

I poparła zaproszenie czarującym uśmiechem.

— Stawię się niewątpliwie — zapewnił, przywierając ustami do jej ręki...

I wyszedł oszołomiony, na rozstaju sprzecznych myśli i uczuć...

„Przyjaźń“ z wdową po Praderze wymagała ostrożności. Przyszła zbyt łatwo i niespodzianie, by można było uwierzyć w jej szczerość. Zresztą była rodzajem spadku po znienawidzonym człowieku, którego uczucia względem niego nie pozostawiały żadnych wątpliwości. Pomian wiedział o tem aż nadto dobrze i nie łudził się bynajmniej. Gdy minęło pierwsze oszołomienie, spowodowane niezwykłą treścią listu i zachowaniem się Amelji, przyszła kolej na spokojną i chłodną refleksję. Zanalizował sprawę do przyciesi, rozsnuł na włókna subtelną tkaninę myśli wroga i przeglądnął ją nawylot. Z perspektywy zaświatów wychyliła się ku niemu piękna, mocna, acz trochę brutalna twarz rywala i wykrzywiła się uśmiechem szyderstwa. Gest jego ręki wyciągniętej w znak pojednania wydał się niezręczny i fałszywy.

— Nie zwiedziesz mnie, „przyjacielu“!

Czy ona zrozumiała „intencje“ męża? Czy postanowiła działać w myśl jego planów? — Ów uśmiech tajemniczy, który rozlał się po jej twarzy po przeczytaniu listu i zatarł ślady uczuć poprzednich, zdawał się za tem przemawiać. Jeżeli tak było rzeczywiście, Amelja byłaby godną partnerką swego męża. Gra zapowiadała się wprawdzie dla niej niebezpiecznie, bo groziła ewentualnie utratą czci kobiecej, ale właśnie dlatego była równie ryzykowną i dla Pomiana. Pradera wiedział o tem, co robi, i nie przeceniał wcale doniosłości ofiary, jaką czynił ze swej męskiej ambicji. Stawka była wysoka, bo i o niebylejaką wygraną chodziło. Poświęcał żonę, by choć z poza rubieży śmierci zadać cios nienawistnemu przeciwnikowi. Widocznie uznał Amelję za godne siebie narzędzie zemsty; dziesięcioletnie pożycie z nią prawdopodobnie pozwoliło mu poznać dokładnie wszystkie jej cenne pod tym względem „zalety“. Zresztą być może wyrobił je w niej sam. Któż mógł zaręczyć, czy Amelja nie była tworem ducha potężnego ministra? Czy ta wspaniała, rasowa kobieta, jakby stworzona do władzy i odbierania hołdów nie była dzieckiem duchowem nieboszczyka? Gdy ją brał od ołtarza w mężowskie objęcia, miała zaledwie lat 17; od owej chwili upłynęło lat 10 pożycia — przez lat 10 oddziaływał na nią swą przemożną indywidualnością, kształtował jej młodziutką duszą, rzeźbił ciało, urabiał w kobietę. Wpływ Pradery musiał pozostawić po sobie silne i trwałe ślady. Że na nie natknie się prędzej, czy później, Pomian nie wątpił. Że zechcą i jego wciągnąć w sferę swych oddziaływań, przeczuwał. Niemniej podjął rzuconą sobie zdradliwie rękawicę. Nagroda w razie zwycięstwa była zbyt ponętną, by nie przyjąć wyzwania. Dlatego rozpoczął grę czujny i ostrożny, postanawiając twardo, że nie da się unieść wichrowi rozhukanych zmysłów...

W najbliższą środę przyjęła go jak starego znajomego. Wyszła ku niemu z buduaru cudownie zaróżowiona, uśmiechnięta i woniejąca. Śnieżnobiałe, głęboko wycięte kimono pozwalało mu przy każdem pochyleniu jej kibici podziwiać przeczyście zwarte jak u dziewicy pęcze jej piersi; rozchylające się swobodnie przy żywszych ruchach rękawy odsłaniały oczom jego ramiona pełne, o barwie skóry bursztynowej, pokryte złotawym puchem.

Po kwadransie rozmowy dość banalnej o wszystkiem i niczem wniosła herbatę przystojna pokojówka, czarnobrewa Justynka — ta sama, która otwierała mu drzwi w czasie pierwszej wizyty. Pomian pochwycił jej spojrzenie spoczywające na nim ze szczególną uporczywością. Miał wrażenie, że dziewczyna jest mu niechętną.

— Justynka dawno u pani? — zapytał po jej odejściu.

— Od pięciu miesięcy — odpowiedziała, przypatrując mu się z uwagą. — Podoba się panu?

— Niczego sobie. Wie pani, zdaje mi się, że ta dziewczyna nierada mnie tu widzi.

Uśmiechnęła się z przymusem, pokrywając nagłe zmieszanie.

— Też przypuszczenie! Zdawało się panu.

— Być może.

— Zresztą, sądzę, że chyba tem nie będziemy się krępowali. — I przeszła do innego tematu. Koło siódmej, gdy zaczęło się zmierzchać, zaproponowała mu spędzenie wieczoru razem w cyrku. Zgodził się, chociaż niechętnie, bo nie lubiał tego rodzaju rozrywek. Wkrótce potem unosiło ich auto w kierunku placu Solarnego.

Wśród podrzutów pojazdu uczuł Pomian, jak parę razy nieznacznie, lubo bez widocznej potrzeby oparła się oń rozkosznym ciężarem swego ciała. Przypadkiem czy naumyślnie, gdy wóz skręcał gwałtownie z Senatorskiej na Zieloną, nogi ich spotkały się i przywarły do siebie kolanami na długą, upajającą chwilę.

Koło trzy na ósmą siedzieli już obok siebie w jednej z lóż pierwszego piętra. Gdyby nie obecność uroczej wdowy, Pomian byłby się wtedy zanudził na śmierć. Program przedstawienia stereotypowy, pełen efektów grubych i drażniących zmysł wzroku irytował go i męczył. Natomiast mógł swobodnie obserwować Amelję.

Pani Pradera zdawała się śledzić przebieg ewolucyj cyrkowych ze szczerem zajęciem. Zwłaszcza jedna z nich, pod koniec przedstawienia, przykuła jej uwagę. Były to nader trudne i ryzykowne ćwiczenia na ruchomych rekach zawieszonych niemal pod samym stropem cyrku.

Popisywały się trzy akrobatki: dwie starsze dorodne, atletycznie rozwinięte, w wieku około lat 30, i trzecia, młoda, najwyżej 20-letnia, smukła i gibka jak trzcina. Jej to przypadła w udziale najtrudniejsza część zadania. Po dokonaniu szeregu ewolucyj na drążku szczytowym piękna Esmeralda rzucała się wdół w linji ukośnej i przepłynąwszy tak w powietrzu pewną przestrzeń, spadała w ramiona czekającej już na nią na jednym z niższych reków akrobatki. Po paru minutach wypoczynku obie wprawiały w ruch swój drążek, śledząc bacznie równoczesne wychylenia zawieszonego w odległości kilku metrów na tym samym poziomie trzeciego reku, na którym kołysała się ich towarzyszka. W chwili największego zbliżenia obu drążków Esmeralda lotem strzały przebywała dzielącą je przestrzeń i w krytycznym momencie, pochwycona za ręce przez koleżankę, znachodziła chwilowy przytułek obok niej na rozchybotanej huśtawce. Następowała trzecia, najtrudniejsza część ewolucji. Odetchnąwszy po dwukrotnej arcyryzykownej żegludze w powietrzu, zuchwała dziewczyna potężnym podrzutem ciała odbijała się od bezpiecznej przystani i z wyciągniętemi przed się rękoma płynęła w górę ku swemu pierwotnemu stanowisku. Dosiągłszy zbawczego reku, chwytała go chciwie palcami i przez chwilę zawieszona w pozycji pionu wahała się, dysząc ze zmęczenia. Po paru sekundach jednym rzutkim młyńcem okrążała drążek, poczem, podciągnąwszy ciało w górę do poziomu brzucha, zręcznym półobrotem w lewo siadała na żelaznym wałku huśtawki. Jej mała, złotowłosa główka pochylała się wdół, ku widowni, a ręka, podniesiona ku uśmiechniętym ustom posyłała tłumom pocałunki. Odpowiadano jej za każdym razem frenetycznemi okrzykami i burzą oklasków...

Lecz karkołomne ewolucje widocznie zmęczyły ją: po trzykrotnem odbyciu w powietrzu niebezpiecznej wędrówki znać było po niej silne wyczerpanie; uśmiechnęła się wprawdzie ku oklaskującej ją publice, lecz był to uśmiech wymuszony. Oparła znużoną głowę o jeden ze sznurów reku, przytrzymując go równocześnie ręką dla dodania pewności tej ruchomej podporze. Pomianowi zrobiło się nieswojo. Nie mógł patrzeć na to bezmyślne igranie z życiem; czuł dla tej bladej dziewczyny zawieszonej tam pod stropem cyrku na wysokości kilku piąter i litość i gniew i pogardę. Gdyby to od niego zależało, kazałby jej natychmiast opuścić się wdół na arenę po sznurze ochronnym wahającym się tak ponętnie w zasięgu jej ramienia.

Lecz dyrektor cyrku, p. Gamastoni w czerwonym, dżokejskim fraku śledzący każdy jej ruch tam z dołu, przy rozpostartych sieciach nie chciał zawieść nadziei p. t. Publiczności, która na podstawie programu spodziewała się powtórzenia karkołomnej sztuki po raz czwarty.

— Encore une fois! — zachęcał z dołu ze słodkawo-groźnym uśmiechem cyrkowego tyrana — Encore une fois, mademoiselle Esmeralda!...

Pomian przeniósł na chwilę spojrzenie na uroczą postać pani Amelji i mimowoli zadrżał. Wychylona z loży do pół ciała piękna wdowa pożerała oczyma wahającą się akrobatkę. Nagle uczuł, jak ręka jej ściska jego rękę i usłyszał szept słów jej dziwnych:

— Jaka ona wyczerpana! Ile ją będzie musiał kosztować ponowny wysiłek! O, co za rozkosz! Co za szalona rozkosz!

I odpiąwszy od piersi cudną, ponsową różę, rzuciła ją w stronę pasującej się ze słabością dziewczyny.

— Encore une fois, belle Esmeralde! — zabrzmiał wśród ciszy zaniepokojonej nagle widowni głos jej dźwięczny, altowy.

Róża i słowa podziałały magnetycznie: Esmeralda, przemógłszy obawę, spłynęła po raz czwarty w objęcia towarzyszki. Lecz heroiczny wysiłek pochłonął resztę jej sił; do skoku na sąsiedni rek nie była już zdolną; napół omdlałą musiano sprowadzić przy pomocy sznurów na arenę.

Pomian spojrzał na swą sąsiadkę.

— Nie należało jej zachęcać — rzekł z wyrzutem.

— Tak pan sądzi? — odpowiedziała, uderzając go oczyma pełgającemi dziką radością. — To właśnie było piękne!

— To właśnie było brutalne — poprawił z naciskiem.

— Pan dziś nie w humorze; w podobnym nastroju zostaje się w domu.

Milcząc, wsiedli do auta i odjechali. Pożegnanie przed bramą domu, na ulicy było krótkie i zimne. Amelja nie ponowiła zaproszenia na sobotę. I jemu nie spieszno było do najbliższej wizyty. Scena w cyrku pozostawiła osad niesmaku wrogi ponownemu zbliżeniu. Zbyt prędko odkryła przed nim instynkta tygrysicy. Mogły one pociągać w nim samca, lecz mogły i odpychać jego wysokie człowieczeństwo.

Ostatecznie nie poszedł tam w sobotę...

W dwa dni potem otrzymał bilecik pełen wymówek i dąsów.

— Poczekaj jeszcze trochę! — pomyślał po przeczytaniu. — Odrobina cierpliwości nie zaszkodzi.

I, zamiast w środę, poszedł na Lipową w piątek, wybierając umyślnie jeden z dni, w którym rzekomo przyjmowała gości oficjalnie.

Musiał dzwonić parę razy, zanim mu otworzono. Wogóle miało się wrażenie, że tego popołudnia goście nie byli tu mile widziani i że tylko dla niego zrobiono wyjątek. Byłby przysiągł na to, że przed wpuszczeniem go do wnętrza był obserwowany przez czyjeś oko, które wyglądało przez oszklony wyzior umieszczony w drzwiach nad skrzynką na listy. Zdawało mu się też, że słyszał stłumione szepty w korytarzu.

Gdy wszedł do wnętrza, ze zdziwieniem spotkał się w progu z Amelją. Sama pani raczyła mu otworzyć; był to fakt w tym „comme il faut“ domu niezwykły. Pomian nie omieszkał wyrazić swego zdumienia.

— Justynka dziś chora — musiałam ją wyręczyć — tłumaczyła jakby trochę zmieszana, zamykając za nim drzwi na klucz.

— Kłamie — pomyślał, zdejmując zarzutkę.

Gdy Amelja, wyprzedziwszy go o parę kroków, przeprowadzała gościa do salonu, Pomian ujrzał w zwierciadle na lewej ścianie przedpokoju przez uchylone drzwi od kuchni Justynkę. Stała w bieliźnie, bosa, z rozpuszczonemi włosami i wypiekami na twarzy zmienionej od rozkoszy czy bólu. Koszula do spinania na boku obsunęła jej się z ramienia i odsłoniła pierś dziewczyny jędrną i soczystą jak jagoda. Pierś ta była skrwawiona; parę rubinowych kropel wywołanych jakby przez ukłucie igłą lub szpilką wykwitło w okolicy sutki prawej. Justynka, zajęta oglądaniem miejsca zranionego nie spostrzegła, że jest obserwowaną.

Pomian udał, że niczego nie zauważył i w milczeniu wszedł za Amelją do pokoju bawialnego. Rozmowa zrazu jakoś nie kleiła się. Czuł, że przyszedł tu nie w porę i że w czemś przeszkodził. Amelja wyglądała na zażenowaną i unikała jego spojrzeń. Dopiero po podwieczorku, który podała własnoręcznie, nastrój trochę poprawił się; naprężenie sytuacji złagodniało i pani, odzyskawszy swobodę ruchów, wszczęła ożywioną rozmowę na temat bieżącej literatury.

Amelja zdradzała duże oczytanie, ale było ono nader jednostronne. W sztuce zajmowało ją tylko ciało i płeć; zagadnienia seksualne, zwłaszcza objawy miłości anormalnej i przewrotnej pochłaniały wyłącznie jej wyobraźnię; dla subtelniejszych i wyższych fenomenów życia zdawała się nie mieć zmysłu.

Pomian wlot zauważył, że pragnie go wciągnąć w krąg własnych zainteresowań, ignorując równocześnie zupełnie jego upodobania i świat jego duszy. Spostrzegłszy intencję, uśmiechnął się wewnętrznie pełen pobłażania dla tej kobiety. Bawiły go nawet jej wysiłki, zmierzające wyraźnie do tego, by go „przerobić“ na swój tryb. Cóż mu to szkodziło, że tej rasowej samce zdawać się będzie przez jakiś czas, że pozostaje pod jej „wpływem“? Owszem udawał nawet nowicjusza w tej dziedzinie i pozwalał się „wychowywać“ na jej sposób. Wkrótce doszedł do przekonania, że płciowość pani Pradera musiała być brutalną i wymagała ofiar.

— Mam dla pana ciekawą książkę — powiedziała nagle wśród rozmowy. — Przypuszczam, że pana zajmie. Jest tam w szafce u dołu, w trzecim rzędzie na prawo. Proszę ją sobie przeglądnąć; jest oprawiona w czerwoną skórkę. Ja tymczasem zagram panu moją ulubioną Appassionata; niechaj posłuży jako tło nastrojowe do lektury.

I usiadłszy przy pianinie, wzięła pierwsze akordy sonaty. Pomian podszedł do bibljoteki i odchylił skrzydło oszklonych zieloną matówką drzwi.

Zbiór był niewielki, lecz stylowy. Przeważali mistrze francuscy, a wśród nich znawcy płci i miłości. Był tedy rubaszny i rozpasany Rabelais i frywolny Brentôme, wnikliwi connaisseurs des affaires d’amour, Maupassant i Flaubert, głęboki Balzac i realistyczny Zola, demoniczny Huysmans, rozwiązły Prevost i lubieżny Pierre Louys. Wśród pisarzy innych narodowości poczesne miejsce zajmował Boccaccio i Piętro Aretino oraz współczesny commediante, zmysłowy i płytki Gabriele d’Annunzio, galwanizujący od czasu do czasu swą przewiędłą „sławę“ jakimś nowym błazeńskim pomysłem, który dzienniki europejskie podchwytują wlot i rozgłaszają po czterech rogach świata. Był i August Strinberg, silny i ponury skald Północy, i wielki mizogin, Otto Weininger.

Szczególnym pietyzmem otoczyła pani Amelja lirykę miłosną Safony z Lesbos. Utwory greckiej poetki w przekładach: polskim, francuskim i niemieckim zwracały na się uwagę wytworną i pełną smaku powierzchownością.

Osobny kącik przeznaczony był dla pisarzy — zboczeńców, których życie bogate w płciowe osobliwości i wykolejenia znalazło częściowe, bo hamowane względami na cenzurę, odbicie w utworach. Nie wszystko, z czem się tu można było spotkać, stało na poziomie sztuki; książki niektórych przedstawicieli tego rodzaju literatury miały chyba tylko specjalną, psychjatryczną wartość jako interesujące okazy zwyrodnień i zboczeń popędu płciowego.

Właśnie ku temu cichemu zakątkowi bibljoteki skierowała swego gościa pani Amelja. Tutaj z elukubracjami osławionego zwyrodnialca Sacher — Masocha sąsiadowały dwa tomy ujęte w oprawę z czerwonego safjanu. Tytułu ani nazwiska autora nie było na wierzchniej okładce; skromny wydawca ukrył je wstydliwie wewnątrz, by nie rzucały się niepotrzebnie w oczy.

Pomian wyjął książkę i zaczął przeglądać.

— 120 dni Sodomy czyli szkoła rozpusty — przeczytał tytuł na pierwszej kartce.

— Obiecujący początek — pomyślał, studjując wyuzdaną, lubo świetnie zrobioną winietę.

— A jeszcze bardziej obiecujące nazwisko autora!

Był nim markiz de Sade. — Książka, którą miał przed sobą, należała do bibljograficznych rzadkości. Było to jedno z tych zakazanych i klątwą obłożonych dzieł, które drukuje się tylko w nielicznej ilości egzemplarzy, a sprzedaje pokryjomu w ciasnem kółku „dyskretnych i wypróbowanych“. Zwyrodniały autor podobno napisał je w więzieniu w Bastylji na wąskiej, 12•1 metrów długiej taśmie papieru, którą później udało się przemycić na świat boży ku uciesze rozpustników i psychopatów. Pomian słyszał o istnieniu tej książki, lecz dotychczas jakoś nie wpadła mu w ręce.

Mimowoli odwróciwszy się plecyma do grającej wciąż Amelji, zaczął przerzucać kartki. Ilustracje zdumiewały swym nie krępującym się niczem bezwstydem — treść bez walorów artystycznych, choć ujęta we formę poprawną, zawierała historję 120 dni spędzonych przez kilku podstarzałych zwyrodnialców w odległym, od świata odciętym zamku, gdzie bezkarnie dawali upust swym zboczonym i chorym żądzom. Autor, sam zdeklarowany psychopata na tle seksualnem pragnął w tem dziele zamknąć wszystkie możliwe rodzaje zboczeń erotycznych, o jakich tylko zamarzyć może zwyrodniała wyobraźnia.

Po przeczytaniu paru ustępów doznał Pomian uczucia niesmaku i znudzenia — ohydne sceny biesiad zamkowych z małemi odmiankami powtarzały się i kończyły mniej więcej w ten sam sposób... Braku inwencji artystycznej nie zdołał markiz nadrobić tupetem rozpustnika.

Chciał już odłożyć książkę, gdy przykuła jego uwagę pełna rozpasania i mocna w rysunku ilustracja końcowa. Pochylony nad świetną heljograwurą i zagłębiony w studjowaniu wyszukanej pieszczoty, którą kobieta obdarzała siedzącego na krawędzi jej łóżka mężczyznę, nie zauważył, że Amelja przestała grać. Nagle uczuł na ramionach parę pieściwych rąk i czyjś gorący oddech na twarzy.

— Dobrze wykonane, nieprawdaż? — usłyszał ciche, namiętne pytanie.

— Bajecznie!

I nie mogąc opanować rozkiełzanej wrzątkiem krwi namiętności, przechylił wstecz głowę i ustami znalazł jej usta...

Niespodzianie drzwi od przedpokoju otworzyły się i weszła Justynka. Piękne czarne oczy subretki spoczęły na nich z wyrazem nietajonego gniewu.

— Ah! — wycedziła przez zaciśnięte zęby — przepraszam... Nie wiedziałam, że przeszkodzę...

Pomian osłupiał. Zuchwałość tej dziewczyny przechodziła wszelkie granice. Krew uderzyła mu do głowy i porwał się z miejsca. Lecz wstrzymał go gest Amelji.

— Laissez! — szepnęła błagalnie. — C’est mon affaire. — Niechaj Justynka wróci do siebie i położy się do łóżka — zwróciła się zkolei do pokojówki nadspodziewanie łagodnie i pojednawczo. — A na przyszłość niewzywana proszę nie wchodzić do pokoju.

Justynka zdawała się nie słyszeć słów swej pani i przez chwilę jeszcze stała na progu, mierząc oboje złemi oczyma. Wkońcu zaniósłszy się krótkim, histerycznym śmiechem, znikła za drzwiami.

— Ona jest o panią zazdrosna — rzekł, krzywiąc się z niesmakiem po odejściu sługi.

— Co za myśl! — zaprzeczyła energicznie, mieniąc się pod jego spojrzeniem. — Jest tylko trochę egzaltowana. Zresztą bardzo poczciwa dziewczyna.

Nie odpowiedział, nie chcąc przedłużać konwersacji na drażliwy temat. Mimo to „egzaltowana“ dziewczyna popsuła im zakończenie wieczoru, które zapowiadało się tak ponętnie...

Lecz pocałunek otworzył Pomianowi „wrota raju“. W czasie najbliższej schadzki Amelja oddała mu się bez zastrzeżeń. Namiętność jej odurzyła go. Po kilku godzinach szalonych pieszczot wyszedł od niej oczarowany i z mgłą rozkoszy na oczach.

Rozpoczął się okres dzikiego, nieprawdopodobnego szczęścia.

Nie chciało mu się wprost wierzyć, że można być tak szczęśliwym z kobietą, która nie kocha.

Bo o miłości w ich stosunku wtedy nie było mowy. Była tylko żądza, podsycana u niego jej niezwykłym urokiem fizycznym, rozpętana u niej hamulcem wdowieństwa; ta niezwykle zmysłowa kobieta nie mogła obejść się przez czas dłuższy bez pieszczot mężczyzny.

Lecz po pierwszych uniesieniach Amelja zapragnęła zatrzymać dla siebie rolę kierowniczą i skupić w swem ręku wszystkie nici przewodnie stosunku. Tu jednak spotkała się z jego silną, zdecydowaną wolą.

Niespostrzeżenie rozpoczęła się cicha a zawzięta walka, która zogniskowała się niebawem w dwóch kierunkach; jedną osią konfliktu były jej kaprysy erotyczne, drugą wyraźna chęć odwrócenia kochanka od jego dotychczasowych celów i zadań życiowych i zamknięcia go w ciasnem kole seksualnych spraw i zainteresowań. Lecz ani tu, ani tam nie mogła poszczycić się żadnym sukcesem; Pomian był namiętny, ognisty, jak płomień — ale też uparty i nieustępliwy jak stal. Ilekroć kochanka usiłowała przekroczyć zakreśloną przez niego barjerę, zatrzymywała ją w półdrodze i osadzała na miejscu niewidzialna moc. Zwłaszcza drażniła ją nieustępliwość, jaką okazywał wobec pewnych jej zachcianek miłosnych. Wszelkie zakusy „edukacyjne“ w tym kierunku spełzały stale na niczem. Erotyzm Pomiana zdrowy i normalny stawiał żywiołowy opór jej wybrykom, zwłaszcza, że te obrażały jego męskość i godność ludzką. Amelja musiała zadowalać się niewinnemi surogatami, które jej symbolizowały „rzeczy większe“. Mimo całej namiętności, jaką miał dla niej, Pomian nie dał się ani razu zbrutalizować.

Nie zdołała go też odwieść od raz obranej drogi i skierować lotu ku przyziemnym wądołom. Ignorowanie jego twórczości i uporczywe przechodzenie do porządku dziennego nad jego sukcesami przyjmował z uśmiechem pobłażania. Nie kochali się przecież, tylko pożądali wzajemnie — cóż mu więc mogło zależeć na jej opinji i życzliwości? Mógł jej być tylko wdzięcznym za poczucie pełni życiowej, za wzmożenie tętna wewnętrznego, które wywołała w nim swą namiętnością. Czegóż więcej można było żądać od tej kobiety?

Niczego. Stanowczo niczego.

Nawet czasu nie zdołała mu zrabować, tego drogiego czasu, którego on, artysta umiał tak genjalnie używać. Mimo widocznych jej wysiłków w tej mierze, osoba jej nie „wypełniła“ mu sobą po brzegi „każdej chwilki“, każdej sekundy. Pozostał sobą i nie pozwolił na niebezpieczną osmozę: nie przesiąkło weń nic z jej pośledniejszej jaźni. Czuła to i bolało to dotkliwie jej kobiecą próżność. Z drugiej strony pociąg fizyczny do kochanka i niechęć do zawiązywania nowej znajomości wstrzymywały ją narazie od gwałtowniejszej reakcji. Lecz sytuacja zaostrzała się z tygodnia na tydzień i starcie stawało się nieuchronne. Aż w któryś z ostatnich dni sierpnia przyszło do wyładowania.

Pomian był dnia tego w wyśmienitym humorze. Jego ostatnią powieść przyjęła krytyka nader życzliwie i właśnie w numerze porannym jednej z gazet pojawiła się entuzjastyczna ocena jego utworu. Chociaż Amelja jako prenumeratorka „Przeglądu“ recenzję niewątpliwie czytała, mimo to zachowała w tej sprawie dyskretne milczenie, ani słowem nie czyniąc żadnej w tym względzie aluzji. On też nie podzielił się z nią wesołą nowiną, skierowując rozmowę na zupełnie inne tory. Lecz wesołości swej i zadowolenia nie starał się bynajmniej ukrywać, co znów psuło widocznie humor kochance; parę razy wyczuł na sobie jej gniewne spojrzenie.

Mimo to koło godziny siódmej wieczorem niechęć pięknej pani ulotniła się i sama zaproponowała mu spędzenie kilku chwil w jej rozkosznej sypialni.

Jakby wynagradzając mu początkową oziębłość, roztoczyła Amelja przed nim tego wieczora całe nieprzebrane bogactwo swych ponęt. W pewnej chwili, gdy wśród oplotów jego nóg i ramion odbierała odeń po raz trzeci miłosną daninę, ciałem jej rozżarzonem od pożaru krwi zaczęły wstrząsać spazmatyczne dreszcze, a z piersi wydobyło się ciche, przejmujące łkanie. Płakała z rozkoszy...

Przytulił usta do jej łona i namiętnie wodził niemi po całem jej słodkiem ciele...

Nagle podniósłszy głowę z poduszek, ukąsiła go w ramię tak silnie, że nie zdołał powstrzymać okrzyku bólu. Lecz zaraz uśmiechnął się i, tamując chusteczką strumień krwi, zapytał:

— Czy dziś jesteś ze mnie zadowoloną, Mela?

— Niezupełnie — odpowiedziała, fascynując go spojrzeniem dziwnie błyszczących w tej chwili oczu.

I wydobywszy z puzderka na nocnym stoliku długą ostrą szpilkę z turmalinową główką, skierowała ją ostrzem ku jego udu.

Spochmurniał i cofając się od łóżka w głąb pokoju, rzekł stanowczo:

— Na to nigdy nie pozwolę. Musisz raz nareszcie zrozumieć, że nie jestem Justynką. Wogóle muszę cię raz przecież oduczyć tych dzikich i barbarzyńskich zachcianek.

Jak pod razem szpicruty zerwała się z łóżka i piorunując go oczyma, wskazała mu drzwi.

— Justyna! — wyszedł z jej gardła zgłuszony wściekłością rozkaz — Justyna!

Na tle kotary, oddzielającej sypialnię od sąsiedniego pokoju zarysowała się postać subretki.

— Jaśnie pani rozkaże?

Lecz naprężenie nerwowe wzięło górę. Amelja blada jak płótno, wstrząsana histerycznemi podrzutami upadła wstecz bez słowa, rozciągając się przepychem nagiego ciała wpoprzek łóżka.

— Jezus, Marja! — krzyknęła pokojówka, przeszywając go nienawistnemi oczyma. — Co pan tutaj wyprawia?

I rzuciła się do ratowania pani. Lecz Pomian wściekłym ruchem odtrącił ją od omdlałej.

— Wynoś się stąd natychmiast! Obejdzie się tu bez ciebie! — I nie zważając już na protesty rozzuchwalonej dziewczyny, zaczął cucić kochankę solami z podręcznej apteczki. Gdy po kilku sekundach otworzyła półprzytomne oczy, powierzył ją opiece ponuro obserwującej jego ruchy Justynki.

— A język radzę ci trzymać za zębami — rzekł jej poprostu na odchodnem. — Pani potrzebuje teraz spokoju. Zabraniam ci drażnić ją w jakikolwiek sposób. Pamiętaj! — dodał tonem groźby. — Bo cała ta historja może się dla ciebie bardzo smutno skończyć!

I szybko ubrawszy się, wyszedł.



ZŁA GODZINA.

W niespełna tydzień po przykrej scenie otrzymał list, w którym, jakgdyby nigdy nic, zapraszała go na „przyjacielską herbatkę“. List po przeczytaniu spalił, a z zaproszenia naturalnie nie skorzystał. W dwa dni potem przyszedł list drugi zdradzający objawy pewnej skruchy. Amelja prosiła, by się więcej „nie dąsał“ i puścił w niepamięć „dziecinne w istocie rzeczy nieporozumienie“. Nazwała go przytem „dużem dzieckiem, które nie rozumie się na żartach“.

Gdy i na to wezwanie pozostał nieczułym, uderzyła po raz trzeci w ton pokory i prośby: w słowach pełnych żalu błagała o przebaczenie. I na ten list nie odpowiedział. Wtedy przyszła do niego sama w porze popołudniowej, koło trzeciej, kiedy go można było zawsze zastać w domu.

Ujrzawszy jej twarz zmienioną, jakąś dziwnie drobną i wyszczuplają z parą cudnych, błyszczących gorączkowo oczu, uczuł niby wyrzut sumienia i długo trzymał w objęciach tulącą mu się do piersi.

I zrozumieli wtedy oboje, że chwila ta była narodzinami ich miłości.

Amelja zmieniła się do niepoznania. Namiętność jej, przedtem zaborcza i dzika, nabrała odcienia słodyczy i głębokiego liryzmu. I w domu jej zaszły w czasie trzytygodniowej nieobecności Pomiana znamienne zmiany. Po gwałtownej scenie z Justynką oddaliła ją ze służby. Miejsce dorodnej pokojówki zajęła kobieta już starsza, poważna, lubo trochę tetryczna.

Wiadomość ta ucieszyła go bardzo, gdyż widział w tem niewątpliwy zwrot ku zdrowym, normalnym stosunkom. Powoli atmosfera oczyszczała się z nalotów wrogiej mu i wstrętnej jaźni, której dominujący wpływ ciążył dotychczas na wszystkiem tem, co dotyczyło Amelji.

Od krytycznego popołudnia, które ich znów zbliżyło ku sobie, nastąpiło w ich stosunku rozstrzygające przesilenie. Zmieniły się upodobania, nabrały zupełnie innego charakteru ich rozmowy i rozrywki. Zaszło piękne i rzadkie zjawisko, które on nazwał po czasie „spirytualizacją żądzy“. Cudowny ptak miłości zawitał wprawdzie późno do ich ogrodu, lecz zato pieśń, którą im zanucił, była tem czystszą, tem silniej uczuciem wezbraną...

Pewnego dnia Pomian, wszedłszy do jej buduaru, z przyjemnością zastał ją przy lekturze „Dzikiej kaczki“.

— Czytujesz chętnie Ibsena? — zapytał, uśmiechając się zadowolony.

— Tak mi go zachwalałeś, że nie mogłam się oprzeć pokusie.

— No i?

— Potężny i głęboki. Za głęboki dla mnie — rzekła z pokorą, kładąc mu głowę na ramieniu. — Będziesz mi musiał niejedno wytłumaczyć.

— Wybornie! Będziemy czytali razem. A potem pójdziemy do teatru oglądać dzieło wielkiego starca. Właśnie komunikaty zapowiadają wznowienie całego cyklu.

— Doskonale!

— Ale, ale! Przedtem możesz poznać głęboki utwór innego norweskiego pisarza. Jutro grają Björnsona „Ponad siły“. Będzie to znakomite przygotowanie do rzeczy trudniejszych, jakiemi są wizje sceniczne Henryka Ibsena. No, cóż? Pójdziesz?

— Z prawdziwą ochotą, mój ty słodki nauczycielu!

I poszli nazajutrz wieczorem do teatru.

Wrażenie, jakie zrobił dramat na Amelji, było ogromne. Wychowana pod „troskliwem okiem“ ś. p. męża niemal wyłącznie na banalnych farsach i komedjach francuskich lub też na domorosłych, zapatrzonych na tamte sztuczydłach, odetchnęła w szlachetnej i czystej atmosferze prawdziwego piękna. Zwłaszcza zakończenie części pierwszej wstrząsnęło nią do głębi. Utwór wielkiego dramaturga poruszył w jej bogatej i pełnej nieodkrytych dotąd możliwości duszy nowe, nieprzeczuwane przez nią struny. Drzemiące od lat pytania, zbywane zwykle przez Praderę uśmiechem ironji lub lekceważącem wzruszeniem ramion, zmartwychwstały pod ożywczem tchnieniem wielkiej sztuki. Przez parę najbliższych dni żywo omawiała z ukochanym poruszone w dramacie zagadnienia.

— Ostatecznie jednak — zauważyła pod koniec dyskusji — stajemy na rozdrożu. Pastor, zdobywszy się na nadludzki wysiłek woli, którym dźwignął z łoża chorą śmiertelnie żonę, ginie zdławiony szponami okrutnej wątpliwości. Przez chwilę zdaje się, że przebiega scenę olśniewająca błyskawica cudu — rozchylają się tajemnicze podwoje, odsłaniają dreszczem przejmujące perspektywy zaświatów... Niestety, jest to tylko moment.

— Boga nikt nie widział, Ameljo — a ten, kto Go ujrzał, przypłacił to życiem lub... rozumem. Ideał jest w śmierci, w nieokreśleniu... A jednak sam fakt, że ta ciężko chora kobieta powstała z łoża boleści na wezwanie dzwonu, który on rozkołysał, mówi mi dużo, bardzo dużo. Może więcej, niż przypuszczał sam dramaturg.

— Świadczy o potędze woli jej męża.

— Tak, tak — tak to się mówi. Wola, sugestja... piękne, „naukowo“ brzmiące ogólniki. Dla mnie jest on dowodem, że tkwią w nas tajemnicze moce, które, przełamując prawa fizyczne, trwają zwycięsko i poza rubieżami życia i śmierci. Dla mnie ta scena końcowa, poprzedzająca bezpośrednio tragiczny zgon pastora, świadczy o istnieniu w duszy ludzkiej sił, które nie giną i nie rozwiewają się z rozkładem naszej ziemskiej powłoki. Człowiek jest istotą nieśmiertelną, Ameljo!

Słuchała w zamyśleniu.

— Kazik nie wierzył w życie po śmierci — rzekła nagle tonem sprzeciwu — i wyśmiewał tych, co okazywali skłonność do transcendentalnych mrzonek. A przecież miał umysł potężny.

— To jeszcze nie kwestja. Taki Pitagoras, Platon, Dante, Szekspir, Słowacki lub Dostojewski byli chyba jaźniami potężniejszemi od ministra Pradery — a wierzyli... Zresztą w ostatnich czasach t. zw. nauki metapsychiczne dostarczają na to coraz to więcej, coraz to bardziej przekonywujących dowodów. Weźmy np. choćby tylko jedno ich specjalne odgałęzienie, znane pod nazwą medjumizmu.

— Stoliki wirujące, co? — uśmiechnęła się z lekceważeniem. — Brałam raz udział w tych eksperymentach, lecz nie nawróciły mnie. Wszystko można tu wytłumaczyć podświadomem działaniem ludzkiego fluidu, czy innej jakiejś (mniejsza o nazwę) energji, wypływającej przez kończyny palców z naszego organizmu; nie potrzeba aż uciekać się do pomocy „duchów“.

— Zapewne — lecz są objawy głębsze i bardziej zagadkowe. Czy widziałaś kiedy fenomen materjalizacji?

— Nie. Słyszałam tylko o nim. Wspomniał mi raz o tem Kazik.

— Czy wątpił też w realność tych objawów?

— To — nie, lecz sądził, że fantomy są tworem samych medjów i nie mają nic wspólnego z zaświatem.

— Pomijając narazie kwestję interwencji świata duchów przy tej kategorji zjawisk, czyż nie zastanawia sam fakt materjalizacji, tego dziwnego, nieprawdopodobnego wprost kształtowania się widm, które czasem wykazują własności ciał żyjących, z krwi i kości? Czyż nie przekracza wszystkich dotychczas znanych i uznanych zasad fizyki i biologji objaw wydzielania się z medjum tajemniczej ektoplazmy, owo cudowne samorództwo ludzkich i zwierzęcych kształtów, wywracająca nanice dotychczasową wiedzę o człowieku partenogeneza fantomów?... Tu, tu właśnie widzę przejście z tego brzegu na tamten; tu, w zagadkowym półmroku przyćmionych świateł przerzuca się most na tamtą stronę.

— Podobno przychwytywano medja na oszustwie — broniła opornie swego stanowiska Amelja.

— To jeszcze nie dowód, że wszystkie te zjawiska są tworami szarlatanerji. Objawom wątpliwym lub podrobionym można przeciwstawić setki i tysiące obserwowanych pod ścisłą, prawdziwie naukową kontrolą, wykluczającą szalbierstwo. O tych rzeczach nie można wydawać sądu na ślepo, Melu — trzeba je widzieć na własne oczy, jak ja je widziałem. Fenomeny naprawdę zdumiewające!... Miałbym wielką ochotę zabrać cię z sobą przynajmniej raz na seans, niewierny Tomaszu.

— Thank you very much — nie jestem ciekawą. Czuję wstręt do tych doświadczeń. Wydają mi się czemś obcem i wrogiem naturze.

— Mam nadzieję, że zczasem zmienisz zdanie.

— Być może. Narazie wolę pozostać w sferze normalnych objawów życia.

I na tem wyczerpali dyskusję.

Wkrótce jednak potem zakradło się w „sferę normalnego życia“ Amelji coś, co przyśpieszyło znacznie spełnienie przepowiedni kochanka.

W ciągu miesięcy zimowych spostrzegł Pomian, że nerwy jej zaczynają nie dopisywać. Bez powodu przerywała rozpoczętą rozmowę i zdawała się czegoś nasłuchiwać. Czasem ni stąd, ni z owąd zmieniała ułożone od paru dni plany, odkładając pewne czynności na później. Często sprawiała wrażenie roztargnionej i czegoś wyczekującej. Dawniej własnowolna i trzeźwa aż do przesady, teraz stała się przesądną i jakby spętaną przez błahe i nic nie znaczące względy. Poniedziałki np. nabrały dla niej własności dni feralnych i zaczęła przypisywać specjalne znaczenie podarkom, otrzymywanym od kochanka; pięknej, w kształcie iglicy wysadzanej perłami broszki, ofiarowanej przez niego w dzień jej imienin, nie przyjęła z obawy, by „się nie pokłócili“ lub by „jej coś złego nie spotkało“.

— Od pewnego czasu — tłumaczyła mu trochę zakłopotana — przekonałam się, że nie należy przyjmować z rąk przyjaznych żadnych rzeczy ostrych, jak noże, scyzoryki, szpilki i t. p. Ponadto słyszałam, że perły przynoszą nieszczęście.

Pomian potrząsnął głową z niedowierzaniem, lecz ostatecznie wobec zdecydowanej odmowy musiał ustąpić.

Pewnego wieczora, gdzieś w połowie marca zastał ją w jasno oświetlonym saloniku w towarzystwie nowej pokojowej, pani Michalskiej, która, trzymając Amelję w ramionach, zdawała się ją z jakiegoś powodu uspokajać i pocieszać. Spostrzegłszy wchodzącego, poczciwa kobieta odetchnęła z ulgą:

— Bogu najwyższemu chwała, że wielmożny pan nadszedł!

— Co się tu takiego stało? — zapytał zaniepokojony.

— At, proszę wielmożnego pana, jakieś zwidzenia, czy coś takiego. Wielmożna pani niech sama opowie.

I dyskretnie usunęła się do swego pokoiku po drugiej stronie przedsionka.

Pomian usiadł obok ukochanej i ująwszy za ręce, obserwował ją zatroskany.

— Co tobie, Mela?

— Musisz sprowadzić się na stałe do mnie. Nie mogę dłużej pozostawać samą w tym domu, zwłaszcza w porze wieczornej.

— Masz rozigrane nerwy, najdroższa. Może lepiej zmienić mieszkanie?

— To nic nie pomoże; zawlokę ze sobą to samo i na nowe miejsce. Musisz mieszkać ze mną, Tadziu. Oczywiście nie tu, przy Lipowej, lecz gdzieindziej. Upatrzyłam już dla nas piękną, dwupiętrową wilkę na „Dębinowej Kępie“.

— To szczególne!

— Cóż w tem tak nadzwyczajnego?

— To dziwne, że właśnie tam upatrzyłaś dla nas mieszkanie. Właśnie tam... na „Dębinowej Kępie“...

— Czy łączą cię z tą okolicą miasta jakie wspomnienia?

— Wspomnienia... Czy ja wiem?... Może majaki snu... niedobrego snu... Lecz mniejsza o to.

— A zatem zgadzasz się?

— Jeżeli ci się tam tak bardzo podoba, owszem. Ale wracając do twego obecnego stanu — czy to, co odczuwasz tutaj, jest zwykłym, nerwowym niepokojem, czy też jest to coś bardziej określonego?

— Od paru dni słychać w pokojach szmery i dźwięki; meble bez powodu wydają cichy, suchy trzask, odzywają się jakieś szepty... Początkowo myślałam, że ulegam złudzeniom i dlatego nic ci o tem nie mówiłam. Przed chwilą, zanim wszedłeś, usłyszałam stąd w sypialni odgłos, przypominający ludzki stęk. Gdy krzyknęłam, nadbiegła Michalska i zaczęła mię uspokajać. Wtedy nadszedłeś.

— Zwykłe halucynacje akustyczne wywołane lekkim rozstrojem nerwów. Ponadto meble może się pozsychały — ogrzewasz pomieszkanie dość silnie.

— Nie, nie! Nie wmówisz we mnie, że wszystko to — to wrażenia czysto subjektywne. Poza tem jest coś innego.

— Zmienisz zatem mieszkanie; będziemy razem i wszystko wróci do dawnego porządku.

— Ale dzisiaj już zostaniesz tutaj, Tadziu — prosiła, oplątując mu szyję ramionami.

Zamknął jej usta pocałunkiem na znak zgody...

Najbliższy czwartek spędzili razem już na nowem mieszkaniu w willi „Pod olchami“. Dworek był zaciszny, w odległej dzielnicy miasta, a właściwie już na przedmieściu, otulony zewsząd spławami jodeł i sosen. Stąd, z wysokości drugiego piętra ścielił się przed nimi rozległy, zimowy krajobraz. Pod wieczorną zorzę, co czerwoną łuną gorzała na horyzoncie, strzelały w niebo stężałe w mrozie ściany borów, wirowały spóźnione ptaki. Białym od śniegu szlakiem gościńca, który gubił się gdzieś tam w komyszach świerczyny, pędziły cwałem sanie; głos dzwonków rześki, srebrzysty docierał do uszu wyraźnie poprzez czyste jak kryształ, szklące się mirjadem igiełek powietrze...

Odeszli od okna.

— Zmierzcha się — rzekła cicho, podchodząc do żyrandolu. Trzeba zaświecić.

— Nie psuj nastroju! Czyż nie piękniejsza ta szara godzina rozświecana szkarłatnym blaskiem kominka? — odpowiedział i przyciągnął ją łagodnie ku sobie.

Przez chwilę trwali w rozkoszy pocałunku, zanurzeni w gęstniejącym mroku... Wtem wstrząsnął ciszą głuchy łoskot w sąsiednim pokoju. Amelja wzdrygnęła się i wydawszy nerwowy okrzyk, przywarła do jego piersi.

— Słyszałeś?

— Coś spadło w salonie. Pójdę popatrzyć.

— Nie, nie! Nie zostawiaj mnie tutaj samej w ciemnościach!

— Więc najpierw zapalę lampę.

Oswobodziwszy się łagodnie z jej ramion, zaświecił żyrandol i nacisnął taster od lampy w salonie.

— Spadł wazon z palmą, którą ci dziś przysłałem — stwierdził, wszedłszy do sąsiedniego pokoju.

Spojrzała nań z przerażeniem:

— Zły znak na początek. I to w dodatku podarek od ciebie na nowe mieszkanie. Czy wazon ocalał?

— Nie. Pogruchotany na drobne kawałki. Trochę to dziwne; spadł przecież z nieznacznej wysokości.

Stropieni i smutni podnieśli palmę i przesadzili tymczasowo do glinianego naczynia. Reszta wieczoru upłynęła im nieswojo...

Wypadek z wazonem był przygrywką do szeregu innych objawów, które zdradzały niedwuznacznie charakter prześladowczy i napastliwy. Niemal żadnego wieczora nie obyło się bez podejrzanych szmerów lub niemiłego wypadku. Bez widocznego powodu meble przewracały się, cienie sprzętów nabierały konturów podobnych do maszkar, po pokojach szczelnie zamkniętych i dobrze ogrzanych przeciągały chłodne powiewy.

Najgorsze były noce. Amelja spała w tym czasie krótko i nerwowo. Niejednokrotnie budziła się nagle zlana zimnym potem przerażenia i skarżyła się, że czyjaś ręka przesuwa się po jej twarzy chłodnemi, wilgotnemi palcami, lub że czuje na szyi oddech ciężki, lodowaty.

Pomian, widząc jej mękę, namawiał, by poszła z nim do jednego z wybitnych neurologów. Odmówiła: nie wierzyła w skuteczność lekarskich zabiegów.

— To nie są nerwy, Tadziku. Sam w to nie wierzysz. To jest coś całkiem innego.

Wreszcie odważył się powiedzieć jej prawdę.

— Po rozwadze — rzekł pewnego rana, gdy znękana po nieprzespanej nocy drzemała oparta o jego ramię — doszedłem do przekonania, że z niewiadomych mi bliżej przyczyn rozwinęły się u ciebie własności medjumiczne.

Ocknęła się i popatrzyła mu zdumiona w oczy:

— A gdyby tak było w istocie?

— Mojem zdaniem najlepiej byłoby porozumieć się z jakiemś zawodowem medjum i za jego pośrednictwem zbadać sprawę. Może poda nam środek, przy pomocy którego zdołamy uwolnić się od tego prześladowania.

— Uczyń, jak uważasz za stosowne — zgodziła się znękanym głosem.

— Pomówię z dr. Toczyskim, eksperymentującym od dłuższego już czasu z niezwykle bogato wyposażonym w medjumiczne właściwości osobnikiem, który występuje pod imieniem Monitora.

— Proszę cię tylko bardzo o to, byś sobie zastrzegł u niego dyskrecję. Nie chciałabym, by sprawa nabrała rozgłosu i stała się tematem rozmów dla naszej plotkarskiej socjety.

— Zrobię wszystko, by uniknąć niepożądanego pieprzyku sensacji.

A jednak mimo usiłowań Pomiana nie udało się nadać seansowi charakteru bezwzględnie prywatnego. Toczyski, dowiedziawszy się, o co idzie, zgóry zapowiedział, że w posiedzeniu weźmie udział paru wybitnych lekarzy-psychjatrów i kilku profesorów w charakterze rzeczoznawców i kontrolerów. Obawy Pomiana, wywołane względami na dyskrecję, uspokoił zapewnieniem, że wszelkie szczegóły pozostaną okryte ścisłą tajemnicą i że protokół posiedzenia odda mu do cenzury.

Seans odbył się 10 kwietnia w pogodny, wyjątkowo piękny i ciepły odwieczerz. Koło godziny szóstej po południu, gdy już mroki przedwieczorne zaczęły otulać ziemię, zebrali się uczestnicy posiedzenia w willi „Pod olchami“ na drugiem piętrze, w zacisznym salonie Amelji. Nastrój był poważny, skupiony i pełen oczekiwania. Monitor, jak zapewniał jego impresarjo i psychiczny kierownik, dr. Toczyski, był usposobiony znakomicie i obiecywał „wyjątkowe rzeczy“.

Jakoż nie zawiódł nadziei. Gdy po kilku minutach zupełnego milczenia jeden z obecnych zapalił lampę okrytą czerwonym abażurem i przyćmione, gorące światło rozlało się po wnętrzu, Monitor był już w stanie głębokiego transu.

— Czy masz jakie specjalne życzenie? — zapytał go Toczyski, spostrzegłszy niespokojne, odpychające ruchy rąk medjum.

— Wyłączyć! — zabrzmiał w odpowiedzi senny, jakby zautomatyzowany głos Monitora. — Wyłączyć!

— Wyłączyć z łańcucha? Kogo? Powiedz!

— Amelję!

Toczyski zwrócił się zakłopotany do pani domu:

— Wybaczy łaskawa pani formę i treść życzenia. Lecz w transie wolno medjum nie liczyć się ze względami towarzyskiemi. Obecność łaskawej pani w łańcuchu widocznie mu przeszkadza; prawdopodobnie płyną od niej prądy, które utrudniają wywiązanie się jego teleplazmy.

— Czy mam opuścić pokój? — zapytała Amelja, powstając.

— Broń Boże! Wystarczy, jeśli łaskawa pani usiądzie tam w głębi, poza obrębem naszego koła... No cóż? — zwrócił się zkolei do Monitora, gdy pani Pradera zajęła miejsce w „pasie neutralnym“, w kącie salonu. — Czy teraz jesteś zadowolony?

— Zaśpiewajcie coś! — odparło medjum swym bezdźwięcznym, monotonnym głosem.

— Zanućmy mu coś z „Marty“. To jego ulubiona melodja.

W pokoju rozległa się po chwili łagodna, sentymentalna arja ze starej, romantycznej opery Flotowa.

— Przyćmić światło! — wypłynął rozkaz z zaciśniętych kurczowo ust Monitora. — Otworzyć okno!

Gdy blask lampy nabrał odcienia soczystej, głęboko stonowanej czerwieni, a przez uchylone okno zaczął wsączać się do wnętrza chłód wiosennego zmierzchu, stan śpiącego uległ widocznej zmianie. Ciało jego zaczęło wyginać się w nerwowych podrzutach, z piersi wydobywały się nieartykułowane dźwięki, podobne do jęków.

— Proszę obostrzyć kontrolę! — polecił dr. Toczyski.

— Trzymam oburącz jego rękę prawą i wyczuwam wciąż pod stopą jego prawą nogę — odpowiedział mu jego kolega, siedzący po prawej stronie Monitora.

— Lewy bok niemniej dobrze zabezpieczony — upewnił kontroler z przeciwnej strony.

— Może pan zechce sprawdzić stan rzeczy przy pomocy ślepej latarki? — zwrócił się Toczyski do Pomiana. — Tylko ostrożnie! Proszę uważać, by światło nie padło mu na oczy.

— Wszystko w porządku — stwierdził Pomian, puszczając wąski pęk czerwonych promieni w kierunku nóg śpiącego. — Skrępowany należycie.

I zgasił latarkę...

Nad głowami obecnych ukazały się drobne, błękitne światełka i zaczęły bujać w powietrzu.

— Pierwsze objawy — objaśnił Toczyski. — Dziś zaczynamy od fenomenów świetlnych.

Z kąta pokoju zabrzmiały ciche akordy pianina.

— Teraz przestaniemy śpiewać — rzekł dr. Toczyski.

Pomian obrócił się w stronę, skąd dochodziły dźwięki.

— Czy to pani gra, pani Ameljo?

— Nie. Siedzę po przeciwnej stronie pokoju — doszedł go głos jej drżący i jakby oddalony.

Niewidzialne dłonie przebiegały po klawiszach, wyczarowując melodję Pana wioski z „Widm“ Moniuszki.

W ponuro - szkarłatnym blasku żyrandolu twarz medjum wykrzywiła się spazmem męki.

— A—a—a... A, a, a...

— Powoli bierze go w posiadanie jego Spiritus Rector — tłumaczył sytuację stojący poza łańcuchem lekarz. — Tem mianem określa zwykle tajemniczą jaźń, która się przez niego przejawia.

— A—a—a... A—a—a... — jęczał śpiący.

Po twarzy Toczyskiego przemknął cień niepokoju.

— Coś dziś zbyt się męczy — szepnął do siedzącego obok profesora.

— Ha! Kto to?! — zarzęził nagle Monitor. — K—t—o t—o? — powtórzył słabiej, jakby borykając się z niewidzialnym przeciwnikiem i zamilkł obezwładniony zupełnie...

Z okolicy łonowej, z ust i z pod pach medjum zaczęły wywiązywać się szarobiałe pasma ektoplazmy. Wkrótce Monitor zniknął niemal cały w mlecznych jej otokach. Wysiąk był wyjątkowo silny...

Pomian odwrócił głowę ku Amelji. Siedziała skurczona w kącie pokoju, obserwując rozszerzonemi źrenicami narodziny fantomu. Wtem z dzikim okrzykiem porwała się z miejsca, wlepiając oczy w przestrzeń w pośrodku łańcucha. Pomian skierował spojrzenie w tę samą stronę i uczuł dreszcz grozy...

W pośrodku koła utworzonego przez uczestników seansu unosiło się ponad ich głowami widmo mężczyzny: potężna, wyrazista twarz o wydatnych, silnie rozwiniętych szczękach i szerokiem, olimpijskiem czole.

— Minister Pradera! — szepnęło parę głosów, rozpoznając rysy wielkiego męża stanu. — Minister Pradera!

Na twarzy fantomu zaigrał złowieszczy uśmiech. Prawe oko zbrojne w monokl zacisnęło się silniej dookoła szkiełka i zadrgało nerwowym skurczem. Wśród śmiertelnej ciszy widmo zawahało się, zakołysało i zaczęło posuwać się w stronę Amelji.

Nieszczęśliwa, nie mogąc oderwać oczu od twarzy męża, bezwiednie cofała się przed nim wzdłuż ściany.

— Precz! — zagrzmiał nagle głos Pomiana, który nieludzkim wysiłkiem opanowawszy przerażenie, usiłował zastąpić drogę przeciwnikowi. — Precz stąd!

Lecz poraził go niewidzialny prąd i odepchnął daleko w kąt salonu. Zatoczył się jak pijany i oparł plecyma o ścianę. Zwycięskie widmo pędziło dalej przed sobą wiarołomną żonę. Nikt nie śmiał stawiać mu oporu; wszyscy jak zaczarowani stali pod urokiem grozy.

Gdy Pomian, przyszedłszy do siebie po zadanym sobie ciosie, rzucił się ponownie na ratunek ukochanej, było już za późno. Zaszczuta w róg pokoju, odcięta od żywych przez nieubłaganą marę, zaniosła się nagle obłąkanym śmiechem i wskoczywszy na sofę, runęła przez otwarte okno wdół...



U WRZEŚMIANA.
(Wyjątki z pamiętnika Tadeusza Pomiana.)

Wczoraj odwiedziłem Wrześmiana w jego pustelni. Ledwie go poznałem! Ten człowiek gaśnie w oczach! Postarzał się, posiwiał, zdziczał. Żyje w odosobnieniu niemal zupełnem. Odsunął się od świata i ludzi w odległy, podmiejski zakątek i tu w ciszy głębokiej spędza długie, samotne godziny. Jest mi dziwnie bliski ten nerwowy, 34-letni starzec. Tak bliski, że czasem zdaje mi się, jakgdyby był mem drugiem „ja“, tylko widzianem od wewnątrz. Jest to jakby drugie, nieznane światu oblicze mej jaźni. Bo właściwie zrąb, o który oparte są nasze twórczości, jest jeden i ten sam; różnica cała między nami polega na tem, że ja szedłem drogą podboju i niewoliłem ku sobie tłumy, gdy on, nieuleczalny marzyciel, zadowalał się wpływem na dusze wybrane. Utwory moje syte barwami życia i pulsacją krwi pociągają za sobą tysiące, którym zdaje się, że przemawia ktoś do nich podobny — twórczość Wrześmiana dyskretna, przesłonięta kwefem mistycznej mgły, księżycowa, oczarowuje tylko ludzi wyjątkowych. Różnica charakteru raczej, temperamentu, nie istoty twórczej. Podobno jeden z jego „przyjaciół“ powiedział mu raz w przystępie szczerości, że „nie jest naturą zdobywczą“. O tak, niewątpliwie — Wrześmian nigdy nie miał zamiaru „zdobywać“. Był na to za subtelny, myślowo za wytworny i za głęboki. Dlatego nigdy nie był pisarzem popularnym.

Natomiast miał naśladowców i popularyzatorów. Szalone pomysły jego, pełne ześrodkowanej treści działały zapładniająco na talenty niższe, ale obdarzone t. zw. sprytem literackim. Twórczość Wrześmiana stała się wkrótce wygodną kopalnią, zbiornikiem tematów dziwnych i wyjątkowych, z którego można było bezkarnie czerpać pełnemi garściami. Notabene oficjalna krytyka nigdy ani słówkiem o tem nie pisnęła. Owszem pisano dużo i pochlebnie o zręcznych naśladowcach, starannie zakrywając faszynami milczenia właściwe źródło. Bo i poco? Wiedziano przecież powszechnie, że Wrześmian nie umie się „rewanżować“, że do żadnej kliki literackiej nie przystąpi i do podstawiania nogi drugim za żadną cenę nie pomoże. Powoli, z upływem lat wytworzyła się dookoła jego osoby przeraźliwa pustka, owa zionąca chłodem splendid isolation, która była jego dumą i nagrodą.

Lecz właśnie tego osamotnienia, tej pięknej samowystarczalności nie mogli mu ludzie darować. Ponieważ nie umiał i nie chciał płaszczyć się i schlebiać, nie raczył zabiegać o łaskawe względy i względziki i nie świecił baków byle komu — szła w jego ślady cicha, systematyczna zemsta „obrażonych“. Mała, ludzka, arcyludzka zawiść kierowała jej ruchami, zaprawiała jadem i żółcią bratnie pióra, zacinała ostro stalówki. Atakowano, jak kto umiał i na co kogo stało. Były sztychy otwarte i maskowane, wypady wprost i okrężne, z poza opłotków, drogą objazdową. Nie brakło i paru ordynarnych napaści, nie obyło się i bez kilku większych i mniejszych podłostek.

Kiedy mimo rodzimych tłumików nazwisko Wrześmiana zaczęło przedostawać się poza rubieże kraju i grono zwolenników i szczerych przyjaciół czyniło starania, by wprowadzić jego dramat na sceny zagraniczne, odezwały się głosy „odradzające“; troskliwi o „prestige“ polskiego dramatu ziomkowie usiłowali rękami i nogami nie dopuścić do realizacji scenicznej utworu, który zbyt odchylał się od swojskiego szablonu i nie otrzymał przepustki na eksport w literackiej komorze celnej.

Najzabawniejszą była nieporadność ataków. Ponieważ żaden z tych panów nie mógł zaczepić ideowych podstaw twórczości Wrześmiana, ile że żaden z nich nie posiadał wystarczającej kompetencji, przeto unikano starannie dyskusji na temat filozoficznych i psychologicznych jego założeń, czepiając się kurczowo zewnętrzności i błahostek. O tem, co nowego, co oryginalnego wnosił ze sobą Wrześmian do poezji i sztuki, nie mówiło się wcale, lub, jeśli się mówiło, to z lekceważeniem, powierzchownie i, co gorsza, w oświetleniu fałszywem, wykazującem zupełny brak zrozumienia. Do utworów wibrujących twórczą męką nasyconych grozą życia i zdumieniem nad jego przejawami zabierali się panowie krytycy tak sobie po gospodarsku, z zakasanemi rękoma i z blagierską nonszalancją, jakgdyby chodziło o ocenę zbiorku kabaretowych piosenek, lub arabskich awantur jednego z naszych najserdeczniejszych wesołków. Poprostu, bez ceremonji i wielkiego zachodu streszczało się utwory i to w sposób nieudolny, często błędny lub wręcz opaczny, zaopatrując te mizerne i nie dające najmniejszego pojęcia o dziele artysty skróty w jakiś banalny lub złośliwie płytki komentarz.

Ze zdumieniem odczytywałem nieraz te „recenzje“ i „oceny“, pisane typowym, dziennikarskim żargonem, pełne błędów, przekręceń tekstu i grubjańskich zaczepek.

Najkomiczniejszem ze wszystkiego było drapowanie się w bezstronność i przedmiotowość. Ci zdawkowi i trywjalni poławiacze szczególików zewnętrznych, wypisujący gorliwie z utworów Wrześmiana wszelkie rzekome usterki i potknięcia, a przemilczający z umysłu to, co tchnęło poezją głębi i piękna, zastrzegali się uroczyście, że nie czynią tego dla jakiejś małostkowej i czczej szykany.

Niektóre z tych artykulików dławiących się nadmiarem własnego jadu były dla nas obu źródłem nieustającej wesołości. Bawiły nas zwłaszcza sprzeczności, w jakie popadali panowie recenzenci; jedna taka ocena zdawała się zwalczać wprost drugą, lubo obie schodziły się na bratnim terenie niechęci do Wrześmiana.

Tak np. jeden z nich, uznawszy twórczość mego druha za chorą, utrzymywał z powagą diagnosty, że

Wrześmian pisze w gorączce i zapada na malignę. Drugi znów, kolega tamtego po zawodzie zapewniał uroczyście publikę, że Wrześmian robi szaleństwo na zimno.

Tu mimowoli potrąciłem o jeden z „zasadniczych“ i „kardynalnych zarzutów“, czynionych tej odskakującej od normy twórczości. Część krytyków uznała ją za niezdrową, mianowicie „neurasteniczną“, kto wie? — może wprost szkodliwą. A więc? — Ecrasez l’infame! Precz z nim! Niechaj nie mąci spokojnych i ustałych wód! Nam bowiem trzeba literatury „zdrowej“, dużo, dużo słońca i śmiechu. Więc śmiejmy się, panowie i panie! Śmiejmy się i weselmy, bo życie krótkie i należy go umieć używać. Śmiech jest zdrowy i potrzebny do trawienia! Śmiech jest objawem plemiennej siły! Niech więc żyje śmiech i swojscy wesołkowie! Niech nam błaznują i wywracają koziołki!

Obok szlachetnej grupy dbałych o zdrowie literatury „sanitarjuszy“ mógł się Wrześmian poszczycić drugą, niemniej szczerą i... głęboką kategorją przeciwników, których ochrzcił mianem „witalistów“. Panowie ci „wyczuwali“ w jego twórczości pewne ubóstwo życiowego materjału, którym operuje. Wrześmian, zdaniem jednego z tych znawców sztuki, mało czerpał z przeżyć własnych, a po tematy do swych utworów sięgał do podręczników psychologji i psychopatologji oraz do pewnych, dość mu zresztą obcych wewnętrznie wydarzeń, które znał z opowiadań przygodnych i przekształcał po swojemu.

Co za zdumiewająca bystrość spostrzeżenia i co za znajomość źródeł! Myślałbyś, że się Wrześmian przed nim spowiadał lub że go szanowny krytyk podpatrzył przez dziurkę od klucza.

A obok tego taki sąd z innej strony: — Cała twórczość Wrześmiana ma jakąś logikę fanatyzmu i czasem coś prawie oszałamiającego w swym irracjonalizmie.

Komu tu dać wiarę?

Sądzę, że bliższym prawdy był chyba ten drugi.

Zresztą opinje o tym dziwnym człowieku zmieniano zależnie od potrzeby i okoliczności. Pewien „wybitny“ recenzent przyznawał zrazu łaskawie, że Wrześmian pisze stylem zwartym, lapidarnym i dziwnie mocnym — stylem, chwytającym półtony i półdźwięki, które zazwyczaj drżą w powietrzu niepostrzeżone, że wydobywa w nieporównanych często skrótach mistyczny kształt wnętrza, którego istnienie zaledwo przeczuwamy. Ten sam krytyk w parę lat potem, porósłszy trochę w piórka, wydał o tymże stylu opinję wręcz przeciwną. Teraz zdaniem jego utwory Wrześmiana pisane były językiem „ubogim“. Parbleu! Podziwiam stałość i wytrawność sądów!

Do ostatniej, najpospolitszej kategorji oceniaczy muzy Wrześmianowej należeli specjaliści od „wpływologji“. Zdaniem ich Wrześmian pozostawał pod silnem oddziaływaniem wszystkich możliwych i niemożliwych fantastów świata, od papy A. Hoffmanna i E. Poego poprzez Stevensona, Villiersa de l’Isle Adama do współczesnego mu Meyrinka. Wrześmian był tym i tamtym, tamtym i owym, był nimi wszystkimi potrosze — tylko nie sobą, tylko nie Wrześmianem. Bo i jakżeby inaczej być mogło? Gdzieżby też u nas coś podobnego?...

Wrześmian czytał przygodnie te elukubracje i uśmiechał się. Były z jednej strony zbyt zjadliwe, by je brać za wyraz szczerego przekonania, z drugiej zbyt płytkie i jednostronne, by się z niemi liczyć. W każdym razie świadczyły o tem, że go zauważono i to — z niemiłem zdziwieniem.

Chociaż się o to nie starał wcale, skupiła się koło niego mała, ale doborowa gmina duchowa, której został przewodnikiem. Kilka jednostek wybitnych, o strukturze duchowej głębokiej i skłonnej do mistycznego na świat spojrzenia, otoczyło go życzliwą opieką. W słońcu tej przyjaźni talent jego niezwykły dojrzał i rozwinął się w pełni. Lecz zamiłowanie do życia samotnego i izolacji wzrastało z rokiem każdym i rozluźniało węzły towarzyskiej zażyłości. Równocześnie brak bezpośrednich „chwytów“, jakich każdy ambitny człowiek dokonywać musi w łonie życia, jeżeli pragnie wybić się na jego powierzchnię, spowodował, że przestano się nim zczasem zajmować. Od szeregu już lat Wrześmian milczał i nie ogłaszał swych utworów. Odciąwszy się od ludzi czterema ścianami mieszkania gdzieś w podmiejskiem ustroniu, zniknął niemal zupełnie z widowni świata.

Szanując jego wolę, nie narzucałem mu się od dłuższego już czasu swojemi wizytami, jakkolwiek lubiał mię i czułem, że towarzystwo moje nigdy mu nie ciążyło. Dopiero wczoraj, t. j. w miesiąc niespełna po straszliwym zgonie Amelji, odważyłem się na ten krok, pchany ku temu niezwykłemu człowiekowi jakimś tajemnym nakazem.

Zastałem go w małym, szarym domku u wylotu podmiejskiej ulicy, opartego łokciami o parapet otwartego okna i zapatrzonego przed siebie. Był tak głęboko zamyślony, że nie zauważył mej obecności w pokoju. Dopiero gdy dotknąłem jego ramienia, ocknął się, z zadumy i żywo obrócił się ku mnie.

— Co za niespodzianka! — rzekł, serdecznie ściskając mi rękę. — Myślałem już, że zapomniałeś o mnie zupełnie.

— Nie chciałem tylko być natrętnym. Wiem, że nie lubisz zbyt częstych odwiedzin.

— To prawda, lecz ty jesteś w mym domu zawsze mile widzianym gościem.

— Dziękuję ci. Prawdę mówiąc, sprowadza mię interes.

— Proszę — o co idzie? — zapytał, skierowując na mnie spojrzenie swych szarych, wyrazistych oczu.

— O nic konkretnego. Szukam u ciebie pewnego rodzaju wsparcia moralnego i pewnych wyjaśnień specjalnej, trochę nieuchwytnej natury. Jestem, uważasz, od dłuższego już czasu, powiedzmy od dwóch lat, jakby wyważony z zawiasów; potrzebuję twojej rady i pragnę poznać twój pogląd na zajmującą mnie obecnie sprawę. Może potrafisz rozwikłać, lub przynajmniej rozjaśnić trochę ponury problem, który mię prześladuje od tak już dawna.

— Czy chodzi o zagadnienie psychicznej natury?

— Nie — raczej metafizycznej. Idzie tu o śmierć Pradery.

Wrześmian poruszył się na krześle niespokojnie.

— Rzecz dziwna; i mnie zajęła silnie ta sprawa od samego początku. Czy oprócz tego, co wyczytałeś z gazet, możesz mi udzielić specjalnych wiadomości? Czy zdobyłeś jakie nowe szczegóły na własną rękę?

— Nie słyszałeś nic o jego żonie? — odpowiedziałem pytaniem.

— Nie. Od paru miesięcy żadna wiadomość zewnątrz nie przedostała się do mojej samotni. Nie czytuję dzienników.

— Amelja Pradera zginęła miesiąc temu śmiercią samobójczą. Ponieważ okoliczności, które poprzedziły zgon tej niezwykłej kobiety, złączone są ściśle z mojemi osobistemi przeżyciami i mimowoli przyczyniłem się do straszliwego jej końca, muszę cię zaznajomić z pewnemi szczegółami. Wolałbym milczeć, gdyby nie głębokie przekonanie, że przebieg i tragiczne zakończenie mojej z nią przyjaźni związane są podziemnemi węzłami ze śmiercią jej męża. Sądzę, że znajomość pewnych momentów z ostatnich miesięcy życia Amelji może ułatwić ci zadanie. Naturalnie liczę na pełną dyskrecję.

Wrześmian odpowiedział uśmiechem zamyślenia.

— O tej chyba nie potrzebujesz wątpić — rzekł, patrząc mi badawczo w oczy. — Musi ci jednak bardzo zależeć na tem, jeśli zdobywasz się aż na taką ofiarę.

— Tak. Czuję, że od tego zależy moja przyszła postawa do życia, może wogóle moje dalsze istnienie. Chcę wiedzieć, kto z nas miał rację: ja, czy on? Czy śmierć jego mam uważać za wyraz sympatji okazanej mi przez siły wyższe, których jestem sprzymierzeńcem, czy też była ona tylko dziełem t. zw. przypadku. Pragnę dociec, czy wysiłek całego mego życia był potrzebny, czy to, o co walczę — o co w gruncie rzeczy walczymy obaj, i ja i ty, — jest dobre i ewolucyjnie dodatnie, czy też względne i problematyczne. Przypuszczam, że ty, jako stojący dalej od kotłowiska zdarzeń i wypadków życiowych, a zato głęboko zanurzony w świecie metafizycznych dociekań, zdołasz łatwiej odemnie pochwycić niewidzialne fale, płynące wciąż stamtąd ku naszym brzegom. Ufam twej intuicji.

— Zdaje mi się, przeceniasz me siły — odparł, zapuszczając roletę i zapalając lampę, bo zaczynało już ściemniać się na dworze.

— Wiem, co mówię. Zresztą posłuchaj!

I krótko, ograniczając się do momentów najważniejszych, opowiedziałem mu dzieje mej znajomości z Amelją. Słuchał z uwagą, nie przerywając ani słowem. Gdy skończyłem, przez długi czas siedział w milczeniu ze wzrokiem wbitym w mroczniejący cieniami kąt pokoju.

— Ostatecznie — rzekł, przenosząc powoli oczy na mnie — Pradera poniósł powtórnie porażkę. To, na co liczył, powierzając ją twej opiece, fatalnie zawiodło. Amelja padła ofiarą jego mściwości. Zwyciężyły ją płeć i jej nieodłączna sojusznica, miłość.

— Tak — lecz te fakty nie dają mi bezwzględnej pewności, że wypłynęły z woli mocy wyższej, że leżą rzeczywiście na linji wstępnej ewolucji i przyczyniły się do usunięcia z drogi przeszkód, wstrzymujących lot Ducha.

— No tak — pewności tu niema. Przyznam ci się otwarcie, że o śmierci Amelji narazie nie mogę ci nic ważkiego powiedzieć; fakt spadł na mnie zbyt nagle, bym mógł już dzisiaj ocenić głębsze jego znaczenie. Zresztą chodzi tu o kobietę; w podobnych wypadkach sprawa wikła się i komplikuje bardzo, bo wchodzi w grę żywioł seksualny, poniekąd autonomiczny, który często nie styka się wcale z rubieżami wyższego rzędu. Nie wykluczam wprawdzie głębszych związków, jakie może posiada twoja tak tragicznie sfinalizowana afera miłosna, lecz narazie nie umiem ich uchwycić. To pewna, że pod koniec swego życia Amelja nie była istotą normalną i że bezpośrednia przyczyna jej śmierci, zdaje się, wyszła z „tamtej strony“. Zresztą, jak ci wiadomo, rozstrzyganie w podobnej kwestji jest rzeczą bardzo ryzykowną. Objawy, które towarzyszyły jej dniom ostatnim, można tak rozmaicie tłumaczyć...

— Masz słuszność. Lecz jeśli przyczyny jej lęku nie były wytworem halucynacji ani skutkiem objawów telekinetycznych jej własnej jaźni, tylko miały podłoże rzeczywiste...

— Oczywiście w takim razie Pradera własnoręcznie zepchnął do grobu narzędzie swej nieudałej zemsty.

— Spostrzegłszy, że okazało się nieprzydatne.

— Naturalnie. Ale istnieją też inne możliwości.

— Tak, tak. Wiem o tem, niestety.

— Więcej natomiast mógłbym ci powiedzieć o śmierci jej męża.

— Pogląd twój na nią już ustalony?

— Raczej ograniczony do trzech ewentualności. T. zw. ogół przyjmuje powszechnie możliwość czwartą, t. zw. przypadek, który ja tutaj stanowczo wykluczam.

— Dlaczego?

— Nie wierzę we wpływ przypadku na życie ludzi niezwykłych. Obserwacja wieloletnia przekonała mię, że sfera jego działania jest znacznie węższą, niż się zwyczajnie przypuszcza. Pradera był indywidualnością zbyt silną, by o losie jego mógł rozstrzygać czynnik tak kapryśny. Przypadek kieruje przeważnie życiem ludzi słabych, którzy nie posiadają własnej osi.

— Jakież zatem przyjąć należy zdaniem twojem możliwości?

— Śmierć Pradery mogła być gromem, który cisnęły weń moce tajemne z tamtego brzegu.

— Te same moce, z któremi walczył przez całe życie.

— Lub których istnienia nie chciał uznać. Do pewnych granic pozwoliły na ekspansję wrogiej im jaźni ludzkiej, lecz kiedy ta posunęła się w swem zuchwalstwie za daleko, zdruzgotały ją.

— I ja tak dotychczas rzecz tę ujmowałem.

— Więc dziś zmieniłeś pogląd?

— Dziś nie wiem nic. Straszliwe wstrząśnienie, jakiego doznałem wskutek śmierci Amelji, zachwiało we mnie dawniejszą wiarę. Jakiś kamień obsunął się w gmachu mej myśli i grozi ruiną. Otworzyły się we mnie nagle nowe perspektywy.

— Jakie?

— Nie umiem ci ich określić. Są mętne, szare... Czuję strach przed niemi i boję się spoglądać w tę stronę.

— W takim razie może lepiej było nie przychodzić z tem do mnie? Może właśnie jedna z pozostałych dwóch ewentualności zaprowadzi nas w te strony, których unikasz.

— Nie cofam mej prośby. Pomóż mi zapuścić się w te posępne dziedziny.

— Praderę mogła zabić zbiorowa wola pewnej grupy społecznej. Minister miał wielu przyjaciół, ale też i niemało wrogów; otaczały go wiry najrozmaitszych uczuć ludzkich. Mogło się zdarzyć, że chwilowo wzięły górę prądy mu wrogie; może skorzystano z momentalnej próżni, jaka wytworzyła się koło niego; może Pradera wstąpił dnia fatalnego w pas neutralny, ułatwiający dostęp siłom nieprzyjaznym... Może wyzyskano jakiś moment w jego życiu...

— Jakiś moment? — podchwyciłem. — O czem myślisz?

— Mam na myśli moment zawahania się, chwilę zwykłej, ludzkiej słabości, lęku, obawy... Śmierć, wiadomo, rzuca się najchętniej na organizmy wewnętrznie osłabione...

— Szczególna myśl — szepnąłem, zapatrzony w skupioną twarz przyjaciela — szczególna myśl... Czy słyszałeś co o naszem niedoszłem spotkaniu?

— Wiem o wszystkiem. Miało nastąpić właśnie w dniu krytycznym. Kto wie, może był wskutek tego wewnętrznie mniej odporny...

— A trzecia możliwość?

— Ministra mogła też usunąć ze świata silna, skoncentrowana wola jednostki. — Oczywiście we wszystkich trzech wypadkach bezpośrednią przyczyną jego śmierci była ręka ludzka, która tu odgrywała tylko rolę ślepego narzędzia. Zbrodnia ta posiada pewne charakterystyczne cechy, które doprowadziły mnie do wniosku, że nie jest ona realizacją samodzielnej myśli. Mam wrażenie, że morderca działał pod wpływem tajemniczego nakazu. Stąd rys niesamowitości znamienny dla tej sprawy, stąd też i szalone trudności, na jakie od samego początku natknęły organa śledcze.

— Że pewien specyficzny nastrój większego zbiorowiska ludzkiego może wywołać odpowiadający mu czyn — to wydaje mi się możliwem — zauważyłem, korzystając z przerwy w toku jego wywodów. — Lecz co do tego, by skoncentrowana wola jednostki mogła pchnąć kogoś do podobnego dzieła, mam poważne wątpliwości. Chyba, że ten ktoś otrzymał nakaz w stanie hipnozy.

— Niekoniecznie. Przy wielkiem nasileniu myśli możliwem jest coś podobnego i w stanie jawy. Naturalnie nie każdemu i nie z każdym to się uda. Przypuszczam, że w tym wypadku zbrodniarz musiał być osobnikiem bardzo słabej woli i podatnym na wpływy woli cudzej... Myśl ludzka jest potężną, a zgęszczona do pewnego, dość wysokiego napięcia, może dokonać cudu.

— Czy znalazłeś we własnem życiu na to dowody? — zapytałem pół przekonany.

Wrześmian podniósł się powoli z miejsca i zbliżył ku oknu.

— Popatrz tam, naprzeciw — rzekł, podnosząc roletę.

Podszedłem i spojrzałem we wskazanym kierunku. Po drugiej stronie ulicy bielejącej wąskim pasem przy świetle księżyca wznosiła się na tle topól i cyprysów samotna willa.

— To moja dziedzina — rzekł głębokim, wzruszonym głosem. — To dom moich spełnień.

— Dom twoich spełnień — powtórzyłem machinalnie, wsłuchując się w dźwięk tych słów dla mnie niezrozumiałych.

— Opuszczona willa, którą zapełniłem tworami mej myśli — tłumaczył, wpatrując się w przeglądający tajemniczo z pośród cyprysów dom.

— Twoja własność? — rzuciłem naiwne pytanie.

Uśmiechnął się.

— Duchowa. Nikt mi jej dziś już nie wydrze. Cha, cha, cha! Gdyby jej lekkomyślny właściciel teraz powrócił i zechciał tu zamieszkać, „straszyłoby“ w tym domu. Niebezpiecznie jest mieszkać w przestrzeni wypełnionej po brzegi ludzką myślą.

— Mówisz dziwnie — szepnąłem, wodząc oczyma po alei żałobnych krzewów wiodącej do drzwi wchodowych, po frontonie trójkątnym domu, po błyszczących w refleksach miesięcznych szybach.

— Słyszysz szept wodotrysków? — pytał zniżonym głosem. — Fontanny dżdżą cicho, fontanny...

— Pieśń wody — dopowiedziałem, poddając się nastrojowi.

Wrześmian wyciągnął rękę w stronę milczącej willi.

— Oni są tam już wszyscy — mówił powoli, z namysłem. — Czekają na mnie... Lada dzień wezwą mię do wnętrza...

— O kim mówisz? — spytałem zdumiony.

— Ci ludzie — te twory — dzieci mojej myśli, dla których porzuciłem słowo, by je wcielić w kształty, by one żyły.

— To obłęd!

— To wyższa rzeczywistość — to słowa, które się stały ciałem...

— To wampiry oszalałej myśli!

— Być może to upiory... Lecz że są pierwszą na ziemi, najwyższą, bo najtrudniejszą realizacją myśli, więc pójdę ku nim, pójdę...

— Wrześmianie, opuść to miejsce i przenieś się przynajmniej na jakiś czas do mnie! — błagałem, otrząsając się z ponurego czaru.

— Przenigdy!... Wczoraj już otrzymałem od nich pierwszy znak. Wkrótce spodziewam się dalszych... Będą niecierpliwić się i naglić... Jestem im potrzebny — żyć bezemnie nie potrafią... Jam — ich rodzic.. Odejdź teraz stąd, proszę cię, odejdź!... Chcę pozostać sam, zupełnie sam...

Spojrzałem nań w tej chwili. Miał obłęd w oczach. Więc uląkłszy się jego szaleństwa, odszedłem bez słowa...



W PRZYTUŁKU.

Jesień była na świecie, — złocista, smutno uśmiechnięta, polska jesień. Przekwitły ostatnie już róże, a dzikie wino na werandach i ogrodowych altanach spływało ku ziemi bezwładem czerwonych pnączy. Na horyzoncie rdzawiły się w srzeżodze porannych oparów rozpięte daleko w przestrzeń linje lasów, na plantach ścieliły się cicho zwiędłe liście kasztanów. Z podmiejskich sadów zwozili ogrodnicy resztki spóźnionych w dościgu owoców, zabezpieczali inspekta matami przed chłodem poranków i zapuszczali na szyby cieplarń słomiane story. Z flakonów i doniczek po oknach domowych zaciszy wychylały strzępiaste korony płatków chryzantemy, zapowiadały schyłek sezonu smutne astry... Jesień była na świecie, — złocista, w przędzę melancholji, w woale mgieł zasnuta jesień...

Jesień była i w duszy Pomiana. Uczucie ogromnego osamotnienia rozpanoszyło się tysiącem korzeni i nadało życiu szare barwy pustki. W krótkim po sobie odstępie czasu spadły nań dwa bolesne, silne jak uderzenie losu ciosy: śmierć ukochanej i nagły zgon przyjaciela. W parę tygodni po ostatniej wizycie rozeszła się wiadomość o tajemniczym końcu Wrześmiana. Zwłoki samotnika, zesztywniałe w spazmie śmierci, z rozkrzyżowanemi rękoma, przerzucone bezwładnie przez parapet okna znaleziono w ustronnej, opuszczonej od lat przez właścicieli willi naprzeciw domu, który zamieszkiwał pod koniec życia.

Tak zeszedł ze świata człowiek, z którym łączyły go mocne, duchowe węzły, potężniejsze może, niż sam za życia tego dziwnego marzyciela przypuszczał. Ze śmiercią Wrześmiana coś jakby się w nim załamało; jakgdyby pękła w nim zasadnicza arterja, wiążąca go z życiem i jego sprawami. Zgon przyjaciela nabrał zczasem charakteru symbolicznego, jakiejś jakby wskazówki na przyszłość, czegoś w rodzaju ostrzeżenia. Zabrakło mu jakby drugiej, głębszej struny duszy, zastanowił się i skrzepł podziemny, najistotniejszy wart jaźni.

Dopóki żył i działał tamten, twórczość Pomiana znachodziła niejako swe usprawiedliwienie w twórczości przyjaciela. Utwory Wrześmiana były poniekąd wyidealizowaniem zagadnień i problemów, które Pomian realizował bardziej po ziemsku, konkretniej i bezpośrednio. Twórczość przyjaciela była ekspiacją ich strony zmysłowej, rodzajem ofiary oczyszczalnej za „grzech“ Pomiana. Ci dwaj wyjątkowi ludzie uzupełniali się nawzajem w sposób jedyny i niezwykły; tylko jeden z nich wziął na siebie cały ciężar samozaparcia się i pozostał w cieniu, drugi, lepiej wyposażony do walki wręcz i niewolenia ludzkiej rzeszy, chodził w blaskach sławy i podbojów. Pomian zdawał sobie jasno sprawę z cichej ofiarności druha i gdy go nie stało, nie śmiał i nie chciał działać na własną rękę. A do podjęcia trudu Wrześmianowego i połączenia ról obu nie czuł się już teraz na siłach...

Niby refren natrętny powracała wciąż na pamięć ostatnia ich rozmowa. Poszczególne jej przęsła rozrastały się do rozmiarów wybujałych i przesłoniły sobą inne zainteresowania życiowe. Nie umiał już o niczem innem myśleć. Równocześnie w snach jego zaczął się powtarzać stale pewien motyw. Miał charakter krajobrazowy i zdawał się odzwierciedlać przeżycia rzeczywiste, doznane kiedyś dawniej.

Śnił mu się jakiś dom w odległej dzielnicy miasta, po prawej stronie wąskiej, ostro w górę idącej uliczki. Dom był skądś znany — znajomy i zaułek — lecz że widocznie był w tem miejscu tylko raz jedyny w życiu, trudnoby mu było trafić tam na jawie.

Uporczywość sennego obrazu irytowała i zastanawiała. Wyglądało na to, jakby sfera podświadoma jaźni dawała wyraz pewnemu skrytemu życzeniu, które na jawie nie mogło przyjść do głosu.

Znużony monotonją nocnych zwidzeń, postanowił wkońcu poszukać tego miejsca i w ten sposób uwolnić się może od jego natręctwa.

Jeżeli senny zaułek odpowiadał rzeczywistemu, należało go szukać w południowej, dość silnie sfalowanej części miasta. W pewne słoneczne wrześniowe popołudnie skierował Pomian w tę stronę swe kroki.

Instynkt orjentacyjny nie zawiódł.

Była to jedna z najstarszych i najuboższych dzielnic, znana mu zaledwie z nazwy, gdyż nigdy tam nie zaglądał. Przed wiekami stanowiła podobno punkt wyjścia i zarodek późniejszego miasta — dziś zeszła do poziomu podmiejskiej suburry, zamieszkanej przez żywioły niepewne i mętne.

Spodem gliniastego urwiska, na którego zboczach rozsiadły się teraz domki kryte gontami lub ogniotrwałą papą, szło przed laty koryto rzeki; dziś miejsce jej zajął sypki, brudnożółty trakt, wijący się kręto pomiędzy budynkami, porosły tu i tam kępami wikliny; łożysko rzeki przesunęło się na północny zachód, a wślad za niem przeniosło i tętno miasta.

Pomian szedł powoli ulicą Studzienną, która, przerzynając nawskos całą ścianę urwistego zbocza, przecinała się po drodze ze wszystkiemi ważniejszemi uliczkami i zaułkami dzielnicy...

W powietrzu wisiała rozpylona zlotordzawa, jesienna pomgłać słońca. Z kominów wydobywały się gęste, kłaczaste dymy i, ścieląc się ponad dachami, napełniały przedmieście swędem. Tumany kurzu, wzbite przez wozy i furgony, wirowały w słońcu szaremi zwojami i tamowały oddech...

Minąwszy trzecią zrzędu poprzeczkę, zatrzymał się u wylotu wąskiej, w pancerze parkanu ujętej uliczki. Coś go w niej uderzyło. Spojrzał na tabliczkę, przybitą do słupa u wejścia w zaułek, i przeczytał: — „Ulica Ptasia“. —

Nie analizując bliżej uczuć, które go nagle obiegły tłumem, zmienił dotychczasowy kierunek i zaczął piąć się w górę ciasną, zamkniętą z obu stron deskami dróżką.

— Iście ptasi tor — myślał, rozglądając się ciekawie dokoła. — A jednak nie wydaje mi się całkiem obcy. Mam wrażenie, że nie po raz pierwszy tędy przechodzę. Tę jarzębinę, wysuwającą gałęzie przez szczerbę w parkanie, przypominam sobie. Jej samotność wśród szarzyzny otoczenia już mię raz zastanowiła...

W pewnem miejscu parkan skończył się, a zaczęła się linja domów starych, parterowych, półzapadłych w ziemię. Otaczały je podwórka brudne, cuchnące mydlinami, urozmaicone tu i tam drzewinami o suchotniczym wyglądzie.

— Beznadziejność! Że też ludzie mogą tak bytować! — zdumiewał się, odwracając oczy ze wstrętem w stronę drogi, przed siebie.

Po 10 minutach linja domostw urwała się, przechodząc w podwójne pasmo pustych, marną trawą porosłych wygonów. W górnym końcu jednego z nich, po prawej zarysował się samotny kompleks zabudowań.

Podszedłszy bliżej, spostrzegł, że stanowią zamkniętą całość okoloną sztachetami i żywopłotem. Mały mostek łączył furtkę wchodową z uliczką; nad furtą na łukowatej wywieszce widniał napis:

— „Przytułek dla starców i ubogich“.

Spojrzał w jedno z okien najbliższego budynku. Blask szyby uderzonej rzutem zachodzącego słońca obudził zatarte wspomnienie: ożyło nagle w jaskrawych barwach. Przypomniał sobie teraz, skąd zna to ustronie; przechodził tędy w wigilję niedoszłego z Praderą spotkania. Zatopiony w myślach o nim i o tem, co miał im obu przynieść dzień najbliższy, zabłąkał się w czasie przechadzki wieczornej w uliczkę Ptasią i dotarł aż do przytuliska.

Sytuacja obecna miała nawet szczególne podobieństwo do pewnego momentu sytuacji z przed dwóch lat: podobnie jak wtedy, spojrzał i dzisiaj niespodzianie w to pierwsze okno na skrzydle z zieloną firanką i podobnie jak wtedy, odbił się w niem refleks zachodu. Lecz była i różnica... Tak, tak... Wtedy, w wigilję groźnego dnia ujrzał za tą szybą coś więcej. Ujrzał czyjąć bladą, wymęczoną twarz z hektycznemi wypiekami na policzkach — znużoną życiem twarz jakiegoś mężczyzny. Spojrzenia ich spotkały się i splotły na sekundę. Potem opuścił głowę i poszedł dalej, mijając przytułek... Dziś szyba była pusta: odpowiedziała mu tylko czerwonym refleksem słońca... Tak, tak — na tem właśnie polegała różnica między chwilą obecną a tamtą — z przed dwóch lat...

Wtem zakiełkowała pewna myśl i w paru sekundach rozrosła się do rozmiarów postanowienia; z  tym człowiekiem należało się koniecznie zobaczyć. Należało skorzystać ze sposobności i wyszukać go wśród tych biedaków i starców. Coś nieprzezwyciężonego ciągnęło go ku niemu. Kto wie, czy go nie szukał już od dawna? Czy ten uporczywy sen, powtarzający jedno i to samo od paru tygodni, nie był wskazówką, gdzie go należało szukać?

Pociągnął za rączkę dzwonka u furty. Po chwili wyszedł na spotkanie stary, siwy jak gołąb odźwierny.

— W odwiedziny do krewnego? — zapytał, uprzedzając gościa.

— Jestem dziennikarzem — tłumaczył się Pomian naprędce zmyślonym pretekstem. — Chciałbym oglądnąć zakład, o którym słyszałem wiele dobrego.

Starzec uprzejmym gestem ręki przepuścił go do wnętrza.

— Proszę wejść — rzekł, zamykając za nim furtę zpowrotem. — Może zechce się pan porozumieć z panem kierownikiem?

— Dziękuję. Narazie poprzestanę na samodzielnej obserwacji. Czy wolno mi przejść się tędy ogrodem pomiędzy domami?

— Proszę poruszać się z zupełną swobodą. O ileby pan chciał zasięgnąć jakiejś informacji u pana kierownika, proszę zwrócić się do tego domku w głębi na prawo, tam pod kasztanami. Tam mieszka.

— Serdecznie dziękuję.

I wcisnąwszy mu w rękę złotówkę, ruszył przed siebie aleją porzeczkową, która, poczynając się tuż niemal koło furtki, wiła się w głąb ku kilku schludnym, czerwoną dachówką krytym domkom.

Pomiędzy ścianą krzewów, ogołoconych już oddawna z jagód, a sztachetami ogrodzenia rozciągały się grządki z warzywem. W jesiennem cieple wygrzewały się okrągłe łby harbuzów i dyń, pachniały obłe stożki ogórków, krwawiły soczyste pomidory; na wyniosłych łodygach kończyły pełny obrót dookoła swej osi zakochane w słońcu słoneczniki, spodem, wyczarowane z ziemi wieloletnią pielęgnacją, wychylały się grube trzony szparagów. A dalej — poprzedzielane miedzami zieleniało zwykłe już pospólstwo buraków, kapusty i kalarep.

U wylotu porzeczkowej uliczki, przed domkiem szarym, z doniczkami fuksyj w oknach siedziało na ławce kilku starców. Jesienna zaduma pochyliła im głowy ku pięściom rąk zaciśniętych na laskach. Nie podnieśli ich ku niemu, gdy mimo przechodził — doskonale obojętni...

Parę kroków dalej jakaś staruszka w czarnym szalu zarzuconym na zgarbione plecy skrapiała polewaczką kwiaty; skromne, tanie kwiaty, które widuje się w ogródkach podmiejskich, za szybami chłopskich chat, przy polskich drogach: malwy czerwone i fioletowe, ślazy liljowo-różowe i siwe skabjozy. Obok kopał grządkę wysoki, w szary prochownik odziany mężczyzna; szerokie skrzydło kapelusza ocieniało mu twarz. Gdy Pomian mijał tę parę, ogrodnik nagle wyprostował się i spojrzał na przechodnia. Wtedy Pomian poznał w nim człowieka, którego szukał. Była to ta sama zawiędła, zmęczona już śmiertelnie życiem fizjognomja, którą ujrzał wtedy z poza szyby.

Podszedł ku niemu i, zdejmując kapelusz, przedstawił się.

— Szantyr, emerytowany oficjał pocztowy — odparł tamten, odpowiadając na ukłon.

I odrzuciwszy rydel, otarł pot z czoła.

— Uf! — odsapnął tonem naturalnym, jakgdyby rozmawiał ze starym znajomym. — Zmęczyłem się dziś porządnie. Proszę, może pan zechce zaglądnąć do mego pokoju. Mieszkam stąd niedaleko. O, w tym domku na skrzydle. Tam będziemy mogli porozmawiać swobodniej. Przeczuwałem, że temi dniami pan do mnie zaglądnie.

Pomian słuchał osłupiały.

— Ależ pan mnie nigdy w życiu nie widział! — zauważył tonem protestu.

Szantyr uśmiechnął się.

— Łaskawy pan żartuje. Mógłbym to samo powiedzieć o panu ze względu na mnie. A jednak my się znamy już oddawna. Zresztą — pan tu przyszedł do mnie — wyłącznie po to, by się ze mną zobaczyć.

Weszli do pokoju, miłej, słonecznej, skromnie urządzonej izdebki.

— Tu mieszkam — rzekł gospodarz i wskazał gościowi krzesło. — Za ten pokoik wraz z utrzymaniem oddaję im moją pensyjkę i pełnię funkcje zakładowego ogrodnika.

— Nader miłe zajęcie — odparł Pomian, byle coś powiedzieć. — Obcowanie z przyrodą wpływa dodatnio.

— O tak! Zwłaszcza na mój potargany na strzępy ustrój nerwowy.

Ostatnie słowa Szantyra wywołały w Pomianie szczególne wspomnienia. Nagle przypomniał sobie, że przed laty wyczytał w dziennikach jego nazwisko wplątane w jakąś sensacyjną awanturę.

— Nazwisko pańskie teraz skądś sobie przypominam — rzekł, przypatrując mu się z zainteresowaniem. — Pamiętam jak przez sen, lat temu 10, może 11, zdarzył się w mieście jakiś kolosalny skandal, którego ofiarą podobno padł człowiek noszący to samo nazwisko.

Szantyr pochylił smutno głowę.

— Pamięć dobra. Tak — to ja padłem ofiarą niesumienności hipnotyzera.

— Podobno jakiś lekarz?

— Tak — dr. Józef Wokierda. Wyzyskując wpływ, jaki zdobył na mnie dzięki długoletnim eksperymentom, skłonił mię jednym ze swych nakazów hipnotycznych do wykonania czynu haniebnego.

— Lecz prawda podobno wyszła najaw?

— Tak. Obrońca wykazał moją niewinność. Uwolniono mnie a zasądzono właściwego winowajcę.. Lecz wkrótce potem musiałem zrezygnować z posady. Mój organizm, zrujnowany kompletnie przez doświadczenia tego łotra, nie pozwolił mi dłużej na spełnianie funkcyj zawodowych. Wtedy osiadłem na resztę życia w tem ustroniu.

Na chwilę zaległo milczenie. Pomian uczuł pewne zakłopotanie. Znalazłszy się twarzą w twarz z tym człowiekiem, nie wiedział, o co go właściwie zagadnąć. Lecz Szantyr uprzedził go, wyzwalając z nijakiej sytuacji.

— Winien mi pan parę wyjaśnień, — rzekł nagle, skupiając na nim spojrzenie sennych, znużonych oczu.

— Proszę. Służę niemi w każdej chwili.

— Oczywiście pamięta pan ten wieczór, dwa lata temu, mniej więcej o tej samej porze, kiedy to pan, przechodząc mimo naszego schroniska, rzucił przypadkowo okiem w jedno z okien?

— No — tak. Pamiętam.

— Pan myślał wtedy o dżentelmenie w wieczornym stroju, w białej kamizelce, z monoklem w oku.

— Możliwe. Nie pamiętam zresztą. Tak błahy szczegół. —

Szantyr zaprzeczył energicznym ruchem ręki.

— Dla mnie nader ważki. Pan musiał myśleć wtedy o tym człowieku w sposób bardzo intensywny.

— Tak? Z czego pan wnosi?

— Bo począwszy od owej chwili, od tego jednego pańskiego spojrzenia obraz tego wytwornego jegomościa prześladował mię bez przerwy.

— W jaki sposób?

— Widziałem go wciąż przed sobą oczyma duszy; śnił mi się przez całą najbliższą noc. Pan musiał nienawidzić tego człowieka!

— A to dlaczego? — zapytał Pomian, blednąc mimowoli.

— Pańska nienawiść ku niemu udzieliła się i mnie. Wie pan, co mnie u niego najwięcej drażniło?

— Nie domyślam się.

— Jego monokl — ten wstrętny, wyzywająco wciśnięty w oko monokl i jego uśmiech — uśmiech zdobywcy i triumfatora.. Kim jest ten człowiek?

— Nie wiem — skłamał Pomian, unikając jego wzroku.

— Pan wie, lecz nie chce mi powiedzieć. Nie pytałbym o to, gdyby nie pewne szczegóły związane z tym człowiekiem, które zauważyłem w parę dni potem.

— Jakie szczegóły?

— Właściwie nietyle szczegóły, ile przedmioty.

— Mówi pan niejasno.

— Mówię więcej niż pan, chociaż powinno być odwrotnie.

Powstał i zaczął nerwowo przechadzać się po pokoju. Twarz jego poorana zmarszczkami zabarwiła się silniej ceglastym rumieńcem.

Pomianowi przyszła nagle do głowy pewna myśl. Ujął go za ramię i, patrząc mu mocno w oczy, rzekł równo, spokojnie, tonem nakazu:

— Pan teraz zmęczony i senny. Niech pan usiądzie i odpocznie.

Na twarzy Szantyra pojawił się wyraz zdumienia, potem psiej uległości i pokory. Bez słowa usłuchał rozkazu i usiadł; wlepiając zeszklone snem oczy w przestrzeń. W następnej sekundzie spał już głęboko.

— Cofnijmy się o dwa lata wstecz! — rzekł Pomian, siadając naprzeciw niego. — Jest dzień 22 września. —

Szantyr milczał. Tylko oczy podeszłe białkami w górę drgnęły lekko.

— Zbliża się pora południowa — precyzował sytuację Pomian. — Na świecie jest dużo słońca... Zbliżamy się do pałacyku przy ul. Jasnej...

— Tak — potwierdził chrapliwym głosem śpiący — zbliżamy się do domu przy ul. Jasnej...

— Co tam widzisz?

— Przechylony przez parapet loggji widnieje zdaleka...

— Kto? — nastawał sugestjoner.

— Człowiek w wieczorowym stroju, w białej kamizelce... Ten wstrętny, brutalny cynik, błyskający ku mnie szkiełkiem monokla...

— Dalej! — zachęcał Pomian. — Dalej! Co czynisz? Co zamierzasz?

— Wytrącić mu trzeba to szkiełko, wyrzucić ze ślepia! Niechaj dłużej nie szydzi ze mnie! Zedrzeć z niego tę kamizelkę, oskubać z piórek tego eleganta!...

Zapadło znów milczenie. Tylko pierś Szantyra podnosiła się szybko, a oddech stał się krótki i świszczący.

— W ręce ściskam nóż — wyznawał po chwili przerwy — dobry, tęgo wyostrzony nóż ogrodnika. Idę prosto przed siebie. Niesie mnie moc ciemna, nieznana — czuję w sobie siły olbrzyma; nic mi się nie oprze... Ten mur?... Fraszka!... Wspinam się po gładkiej ścianie jak mucha, wdzieram jak lunatyk... Nic mnie już nie wstrzyma... A szczęście mi sprzyja; nikt nie widzi: ulica pusta — jak wymiótł... Jestem już w ogrodzie po drugiej stronie... Dotychczas mnie nie zauważył; pali dalej spokojnie cygaro odwrócony ode mnie... Dzielą nas od siebie zaledwie 3 metry... Głupstwo! Przebywam je po rynnie, po gzymsach... Ha! Odwrócił się i spostrzegł! Za późno!... Nie uniknie ciosu!... Giń, nędzniku!...

Tu Szantyr zerwał się z krzesła i podniesioną do góry ręką powtórzył okropny gest. Lecz wysiłek wyczerpał go zupełnie i z pianą na ustach potoczył się jak kawałek drewna na podłogę.

— Katalepsja — mruknął Pomian, przenosząc bezwładne ciało na sofkę. — Ulżę ci trochę, biedaku!

I kilkoma pociągnięciami usunął sztywność członków. Lecz go nie obudził.

— Odpocznij chwilę — wydał rozkaz tymczasowy. — Mam ci jeszcze coś do powiedzenia.

Po 5 minutach przerwy, gdy rysy Szantyra złagodniały, a oddech stał się równiejszy, zapytał:

— Gdzie są te rzeczy?

— W szafie, w kącie na lewo.

— Wydasz mi je natychmiast po przebudzeniu. Za 5 tygodni, licząc od dnia dzisiejszego, przyjdziesz rano o ósmej na dworzec Kolei Południowej. Weźmiesz z sobą wszystko, co posiadasz, prócz mebli. O przyszłość swą bądź spokojny! Myślę teraz za ciebie. Pojedziesz tam, gdzie ci wskaże bilet jazdy. O resztę się nie troszcz! Inni będą dbali o ciebie. I jeszcze jedno, najważniejsze. O wszystkiem tem, co zaszło między nami dzisiaj, i o pamiętnym dniu 22 września zapomnisz na zawsze! Rozumiesz mnie?

— Ro - zu - miem — zabrzmiała odpowiedź zmatowana, ledwo dosłyszalna.

— Nawet w snach nie wolno ci o tem marzyć!... A człowieka z monoklem się nie bój! Nie powróci więcej do ciebie. Od dziś dnia człowiek ten przestaje dla ciebie istnieć. Gdy za chwilę zbudzisz się i wydasz mi rzeczy przechowane, odejdziesz stąd do ogrodu, do twojej cichy pracy.

I położywszy mu dłoń na czole, potarł je parę razy. Szantyr otworzył oczy i powiódł niemi zdumiony po otoczeniu. Potem dźwignął się z sofy i jak automat zbliżył się ku szafie. Pomian czekał w milczeniu. Tamten otworzył drzwi i szukał czegoś na dole.

— Jest — mruknął, wydobywając z głębi małe zawiniątko.

I podał je gościowi.

Pomian rozwinął. Była to biała kamizelka z dużą, rdzawą plamą krwi po prawej stronie; podobnej barwy plamy jakby od dotknięcia pokrwawionych palców widniały na dolnym jej brzegu. W jednej z kieszonek tkwił monokl.

— Wszystko w porządku — rzekł, zawijając zpowrotem i związując starannie sznurkiem pakunek. — Dziękuję panu za ten mały a cenny podarek.

Lecz Szantyra już w pokoju nie było...

Gdy wkrótce potem Pomian zmierzał aleją ogrodową ku wyjściu, ujrzał go wdali kopiącego spokojnie swą grządkę.

— Do widzenia! — rzucił mu półgłosem pożegnanie. — Do widzenia za 5 tygodni!

I minąwszy furtę, zaczął schodzić Ptasią ku miastu...



„GOTÓWEM UMRZEĆ — CZEGÓŻ CHCECIE WIĘCEJ?“

Kiedy 30 października rano kolo dziewiątej wstąpił Pomian na trzeci peron dworca Kolei Południowej, zastał tam już oczekującego go Szantyra. Czas był najwyższy: pociąg odchodził za 10 minut.

Wcisnął mu w rękę bilet jazdy, wsadził do wygodnego przedziału i, poklepując zachęcająco po ramieniu, rzekł:

— Jedzie pan na Węgry, do Budapesztu — prosto, bez przesiadania. Pańskie papiery i paszport w porządku. Proszę — oto są.

I podał mu małą, ceratową teczkę.

— Znajdzie pan tam także pieniądze potrzebne na początek.

Szantyr uczynił gest wzbraniania się:

— Mam przecież swą pensję.

— Nic nie szkodzi. Zresztą ja spowodowałem ten wyjazd i ja muszę ponosić konsekwencje. W Peszcie wyjdzie po pana do pociągu mój kuzyn, który tam stale mieszka z rodziną. Dobrzy, zacni ludzie; zajmą się panem jak krewnym. A zatem — do widzenia!

Uścisnął mu rękę i zbiegł po stopniach wagonu. Pociąg ruszył...

Pomian opuścił dworzec i w zamyśleniu poszedł szeroką, w dwa rzędy lip ujętą ulicą Kolejową.

— Tak tedy wszystko skończyło się — myślał, mijając powoli zabudowania dworca towarowego. — Oto epilog. Jakżeż odmienny od tego, jaki przypuszczałem jeszcze pół roku temu! A zatem właściwym sprawcą zamachu jestem ja — nikt inny, tylko ja! Szantyr rozwiał aureolę tajemniczości, która dotychczas otaczała zgon ministra. Prysła jak bańka legenda o interwencji sił wyższych. I dziś stoję samotny ze swym straszliwym czynem. Nikt się nim ze mną nie zechce podzielić! Nikt, nikt! Odpowiadam za wszystko ja sam. Co za ruina!

Zatrzymał się i usiadł na jednej z ławek. Z mgławicy ubiegłych dni wyłonił się ponury cień ręki kapłańskiej wzniesionej do błogosławieństwa...

— Cha, cha, cha! Ten cień miał kontury Kozła-Bafometa!

Umbra benedicentis Maledictus adumbratur[3] — przypomniały się słowa, ilustrujące diaboliczną projekcję.

— Cha, cha, cha! Oto symbol mojej działalności na tej biednej ziemi! Oto odwrotna strona moich „szczytnych“ poczynań! Oto rewers mojej ideologji! Symboliczny sprawdzian jej etycznej wartości!... Kto wie, może Pradera miał słuszność? Może to ja uległem okropnej pomyłce? Może życie musi już być takiem? Może ono zawsze będzie tylko wielkim kompromisem? Może duch, przyoblekając ciało, zawsze będzie musiał z niejednego zrezygnować?...

On — Pradera — wielki, ziemski minister był tego życia najdorodniejszym wyrazem — a ja go zniszczyłem. Kto zaręczy, czy nie popełniłem zbrodni przeciwko życiu?...

Życie! Życie! Czarowne i pełne ponęt jak młoda, urodziwa kobieta i jak ona pełne grzechu!

Gdzie tu prawda? Którędy droga? Jak okiem sięgnąć — manowce, wertepy. Nigdzie punktu oparcia, nigdzie drogowskazu! Myśl obłąkana tuła się po bezdrożach bez wyjścia...

Pozostaje etyka, moralność... Cha, cha, cha!... Etyka normatywna, etyka-regulatorka stosunków społecznych... Sumienie! Sumienie!...

On miał sumienie. Dlatego wysłał stąd Szantyra i przywłaszczył sobie dowody jego zbrodni, by świadczyły przeciw niemu, przeciw Pomianowi. Należało uwolnić ze szponów władz tego dekarza, tego biedaka, na którego zkolei padły w ostatnich czasach ich podejrzenia. Podobno naprawiał w owej fatalnej godzinie dach pałacyku przy ul. Jasnej i słyszał krzyk mordowanego. Słyszał, lecz nie zgłaszał się do zeznań przed sędzią śledczym z obawy, by go nie posądzono o zbrodnię...

Biedny głupiec!

Aż miesiąc temu doniósł ktoś, że go widziano w owej chwili na dachu. Gotowi go skazać!...

Lecz nic z tego! On im wskaże rzeczywistego mordercę. Wyda się dobrowolnie w ich „sprawiedliwe“ ręce. Uwierzą mu. Muszą uwierzyć. Ma na to „dowody“.

Spojrzał na mały swój pakunek starannie związany szpagatem i uśmiechnął się.

— Oto corpus delicti. Oto mój finał i mój los!...

Opuścił ławkę, przeszedł przez Kasztelańską i wstąpił do sklepu z kwiatami. Tu wybrał parę chryzantem i kilka herbacianych róż.

— Jej ulubione kwiaty; ta mocna, demoniczna kobieta kochała się w subtelnych barwach i woniach. — Wskoczył do przejeżdżającego tramwaju i niebawem znalazł się w bramie cmentarza Głównego...

Nad miejscem wiecznego spoczynku unosiła się jeszcze poranna mgła. Przejrzyste jej żgła okręcały się dookoła trzonów stel grobowych woalami smutku i żałoby. Inne, niby wyciągnięte wstęgi, snuły się wzdłuż cmentarnych alej ciche, samotne, tułacze...

Było pusto. Nikt o tej wczesnej godzinie nie odwiedzał zmarłych.

Pomian skręcił w uliczkę drugą na prawo i zatrzymał się przed jej grobem.

Wyglądał pięknie. Genjusz śmierci pochylony w zamyśleniu nad mogiłą miał słodycz smutku niewysłowioną. Tulipany w doniczkach przyniesione przez kochanka tydzień temu dotychczas nie powiędły; ich śnieżne, zadumane kielichy chwiały się łagodnie w porannym wietrze.

Pomian usunął zeschłe wieńce i zastąpił je świeżemi kwiatami. Potem usiadł na ławce wkopanej w ziemię po lewej stronie grobu, wydobył z portfelu podobiznę Amelji i długo wpatrywał się w nią z bolesnym zachwytem...

Nagle usłyszał szelest kroków. Podniósł głowę i zobaczył nadchodzącą z głębi alei smukłą czarną postać duchownego. Rysy księdza, poważne a łagodne wydały się znajome. Te oczy słodkie, błękitne, przesłonięte nalotem mistycznej zadumy, nie były mu obce.

— Ks. Alojzy! — szepnął, chowając fotografję ukochanej i powstając z ławki. — W tem miejscu i o tej godzinie... Dziwne spotkanie...

I zbliżył się ku niemu, składając ukłon pełen szacunku. Ksiądz odpowiedział nań trochę zdziwiony.

— Wybaczy ksiądz doktór, że go zatrzymuję — lecz szczególny zbieg okoliczności, który sprowadził nas obu na to miejsce w tej chwili, jest dla mnie wskazówką, że tak mi postąpić należy. Nieprawdaż, mam zaszczyt rozmawiać z ks. kanonikiem, Alojzym Korytowskim?

Na ustach kapłana pojawił się łagodny uśmiech.

— Zaszła jakaś pomyłka — odpowiedział, patrząc z zainteresowaniem w nerwową twarz Pomiana. — Pan wziął mię zapewne za kogo innego; nazwisko moje: Jan Sowiński.

— A jednak jestem przekonany, że się nie mylę co do osoby. Jestem Pomian — z zawodu literat. Czy rzeczywiście nazwisko moje jest ks. kanonikowi zupełnie obce?

— Nazwisko — nie; jest znane w świecie ludzi inteligentnych — lecz osoby dotychczas nie miałem sposobności poznać. Miło mi bardzo, że dziwny istotnie przypadek pozwolił mi zawrzeć z szanownym panem osobistą znajomość.

I uścisnął mu serdecznie rękę.

Jakiś czas szli w milczeniu pomiędzy grobami. Czasem liść zeschły zaszeleścił im pod nogami, czasem muszka jesienna zabrzęczała w przelocie.

— Przepraszam za ciekawość — odezwał się w pewnej chwili Pomian — lecz pytanie moje związane jest z rzekomą pomyłką co do tożsamości ks. kanonika. Czy ks. prałat Dezydery Prawiński jest jego przyjacielem?

Ks. Sowiński podniósł lekko brwi.

— Nie znam go osobiście.

— To szczególne! A jednak przysiągłbym, że obu księży dobrodziejów gdzieś razem spotkałem.

— W takim razie towarzyszem ks. prałata musiał być ktoś inny, bardzo do mnie podobny.

— Ks. kanonik jest dla mnie wcieloną antytezą ks. Prawińskiego — zauważył wymijająco Pomian. — Może właśnie dlatego widziałem go u jego boku. Zdaje mi się, że kwestja identyczności nazwiska tutaj obojętna. Imię Alojzego mogło być tylko dla mnie symbolem.

Ksiądz słuchał ze skupioną uwagą. W pewnym momencie podniósł głowę i popatrzył mu głęboko w oczy.

— Może ma pan słuszność. Może w jakiem widzeniu sennem prawem kontrastu wynurzyły się panu obok siebie nasze dwie postacie?

Pomian zaprzeczył ruchem głowy:

— Było to coś silniejszego niż senne marzenie. To było przeżycie.

— Gdzie i kiedy?

— Nie wiem dokładnie. Niebardzo dawno. Było to w stanie dla mnie wyjątkowym... Czy w ciągu ostatnich dwóch lat nie przytrafiło się księdzu kanonikowi nic nadzwyczajnego? Jakieś zdarzenie, jakiś sen niezwykły, wyjątkowy?

Ks. Sowiński zamyślił się.

— Hm — rzekł po chwili — rzeczywiście wśród snów moich, które mam zwyczaj spisywać, zwrócił moją uwagę jeden dość dziwny. Śniło mi się może półtora roku temu, że brałem udział w jakiejś ponurej procesji... Pamiętam tłum wielki ludzi gdzieś poza miastem, na polach i olbrzymi, czarny, dębowy krzyż na barkach pokutników...

Pomian chwycił go nerwowo za rękę:

— Tak, tak — tę samą procesję widziałem i ja wtedy — i tych smutnych, śmiertelnie smutnych ludzi, uginających się pod brzemieniem krzyża... A dalej? Czy żadnych dalszych szczegółów ksiądz sobie nie przypomina? — pytał gorączkowo, wpierając się spojrzeniem w twarz duchownego.

— Nie... Nic więcej nie pamiętam. Gdy obudziłem się, miałem oczy łez pełne i czułem w powietrzu zapach zgaszonych świec...

— Tak — to było wtedy... Ten moment przeżyliśmy wspólnie. Tylko ksiądz we śnie — ja w jakimś innym, wyjątkowym stanie... Zawarliśmy znajomość na błoniach zaświatów...

Ksiądz Sowiński położył mu łagodnie rękę na ramieniu.

— Tajemnicze są i niezbadane drogi dusz — rzekł cicho, zapatrzony w perspektywy cmentarne. — W tem, co pan pisze, znalazłem dużo, dużo prawdy. Niektóre z pańskich poglądów, aczkolwiek wypowiedziane we formie, której nie pochwalam, odpowiadają mi w zupełności. Czytając pańskie utwory, miałem niejednokrotnie wrażenie, że królestwo Ducha znalazło w panu jednego ze swych najdzielniejszych bojowników.

— A jednak... — rzekł Pomian, zatrzymując się nagle na ścieżce. — A jednak, księże, ja zabiłem człowieka.

I opuścił głowę pod ciężarem wyznania.

— W pojedynku? — usłyszał po chwili pytanie księdza.

— Nie — skrytobójczą myślą. Nasłałem nań człowieka drugiego...

I zachwiał się pod ciosem samooskarżenia...

Ksiądz ujął go silnie pod ramię.

— Synu mój! — mówił cicho, kojąco. — Wina twoja wielka przed Bogiem, lecz i żal wielki, serdeczny... Co możesz powiedzieć na swoją obronę?

— Człowiekiem, który zginął z mojej przyczyny, był minister Pradera.

Ksiądz puścił jego ramię i mimowoli cofnął się o parę kroków. Po chwili zwiesił ponuro głowę.

— Rozumiem — szepnął. — Teraz rozumiem wszystko. Byliście jak ogień i woda.

— Uczyniłem krok fałszywy.

— Tak. Uciekając się do jego metod prowadzenia walki, zstąpiłeś mimowoli do jego poziomu.

— Straciłem przytomność — przyznał Pomian i skłaniając pokornie głowę, ukląkł na ścieżce.

— Za chwilę — rzekł głęboko wzruszony — pójdę wyznać swą winę. Pragnę ekspiacji. Ojcze, czy możesz mi w imię Boga, jako kapłan odpuścić ten mój grzech największy?

Ksiądz położył mu dłonie na głowie i przez chwilę cicho modlił się. Potem podniósł w górę rękę i kreśląc nad nim znak krzyża, rzekł głośno:

Ego te absolvo!... Odejdź w pokoju!...

Gdy po chwili Pomian podniósł głowę, ks. Sowińskiego już przy nim nie było...

Dojrzewało południe. Październikowe słońce, zakreśliwszy słaby łuk na niebie, przeważało się ku zachodnim jego rubieżom. Nad miastem unosiła się miedziana omrocz kurzu i dymów. Zanurzone w niej niby w ciężkiem, roztopionem złocie wieżyce kościołów, banie cerkwi i cylindry kominów rysowały się na turkusowem tle nieba w konturach zatartych, zgaszonych, napół wizyjnych. Po skwerach, wzdłuż alej parkowych, po ogrodach strząsał wiatr jesienny ostatnie liście, odsłaniając światu kośćce drzew czarne, sztywne i sieroce. I szły od tych drzew na miasto żałość i melancholja... W atmosferze drzemało coś niby ważkie, przebolesne zamyślenie. Po ulicach tułał się smutek — przechodzień bezimienny, snuły zdane na łaskę wichrowego losu wiotkie przędze „babiego lata“, chwiały w sieci przeplotów druty kolei elektrycznej...

Na gładkich, lśniących taflami białego marmuru stopniach terasy u wejścia do gmachu Sprawiedliwości zaczerniała postać Pomiana. Szedł szybkim, nerwowym krokiem. W pewnej chwili drgnął, przystanął i zaczął nasłuchiwać... Wybijały dwunastą w południe miejskie. zegary. Zaczął ratuszowy, podjął arję farny, potem zagrał marjacki, po nim, inne pokolei... Ostatni, niby dalekie westchnienie ulgi rozbrzmiał głos dzwonów na Dębinowej Kępie...

— Dzwony Bugaju — przemknęła dziwna myśl i sczezła zgaszona przez bezpośredniość chwili.

Pożegnał spojrzeniem zalane przez słoneczną roztocz miasto i wszedł do wnętrza sądowego gmachu.

— Pan sędzia śledczy, Góralski, przyjmuje? — zapytał, podchodząc do loggji woźnego.

— Proszę. Właśnie skończył przesłuchanie. Tędy, przez te oszklone drzwi, w parterze, drugie biuro na prawo.

— Dziękuję.

Pomian zapuścił się w długi, mroczny korytarz...

KONIEC.

Pisałem w czasie od 31/X 1923 do 9/VIII 1924.





Przypisy

  1. Cytowane wyjątki według parafrazy Z. Krasińskiego.
  2. „Wizje służebnicy Pańskiej“.
  3. Cień (ręki) błogosławiącego rysuje (postać, kontur) Prze­klętego (t. j. szatana Bafometa).
Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.