FANDOM



Bogacze • Opowiadanie • Carchmage
Bogacze
Opowiadanie
Carchmage

Bogaci to dziwni ludzie. Niektórzy mówią, że ekscentrycy, inni, że skąpcy, a jeszcze inni, że dobroczyńcy. A kto ich tam wie? Więc przedstawiam dzisiaj ja tutaj bogaczy. A jacy oni są, to już wymyślcie sobie sami...


Dom Farenblake’ów – prawie największy budynek w miasteczku, stał sobie pośrodku ogrodu, ze świecącymi oknami, z dymiącym kominem i z ludźmi w środku, jak z rybkami w akwarium. A ci ludzie (co mówi fakt, że ich dom to duża rzecz) są bogaci, i to niewąsko, oj nie... Ale w sensie pieniędzy. Niestety - dziś, jeśli ktoś powie „Bogacz!”, to ma na myśli tą jego forsę. A gdzie wnętrze, gdzie dusza? O tym już nikt nie pomyśli.

Ale wracając do tych ludzi w tym domu, to jedna twarz jednego człowieka, właśnie przypatrywała się pewnemu zajściu poza tym oknem. Otóż Lord Farenblake przyglądał się, jak miejska straż właśnie dorwała rzezimieszka. Ów kryminalista, próbował się włamać najwyraźniej do kowala, ale straż jakby wiedziała, że ma zamiar to zrobić, więc go niechybnie i natychmiastowo pojmała. Prowadzili go teraz do prokuratora miejskiego, a Farenblake zaśmiewał się na ten (nie dla wszystkich) zabawny widok.

- No i co Justusie? Co typujesz? – Zapytał lord jego przyjaciela, zagłębionego w fotelu, sądząc po ubiorze, też bogacza (ale tego od forsy). – Loch go czeka Justusie, loch...

- Ech Alojzy, jak ty mało wiesz o Karmanie – odparł drugi – przecież nasz prokurator bardzo lubi złoto, a bogaci uwielbiają władzę... Skiśnie na sznurze.

- Lordzie Rokas-Ninsky, czyżbyś ty też uwielbiał władzę? Chyba nie posuniesz się do łapówkarstwa, aby wygrać zakład, hę?

- Oj, Alojzy... Moja władza w tej zabawie polegała jedynie na tym, aby namówić rzezimieszka przez... hm... Odpowiednie kontakty do tego czynu. Bez tego nie byłoby rozrywki!

- Ależ Justusie, nie chcę sugerować, że jesteś oszustem!

- No i dobrze. A teraz rzeknij mi, ile stawiasz na ten loch? – Popatrzył na niego z błyskiem w oczach, objawiającym się prawdopodobnie przy każdej rozmowie o pieniądzach

- Hmmm, powiedzmy sto franków, że loch... I dorzucę jeszcze antyczną szafę! – Zawołał z entuzjazmem.

- Oooo, to mi bardzo ładnie pachnie! Zgadzam się! Sto franków ode mnie i jeszcze zestaw odzieży, ten sprezentowany mi przez Ludwika Trzeciego.

- Och, i na cóż mi on, jak wygram? Co za hańba się pokazać w czyimś ubiorze! Przecież wszyscy cię widzieli...

- Ależ Alojzy, ja wiem, że ty na pewno masz też dobre szaty, ale te moje sprzedasz z zyskiem przeogromnym, jakiemuś zakładowi krawieckiemu...

- Też fakt. A teraz spiszmy umowę...

I podszedł do komody, otworzył szufladę, wyjął mały arkusz papieru. Położył na stole i już miał pisać, gdy Justus się odezwał:

- Wstrzymaj się, przyjacielu! Sądzę, że najuczciwszym rozwiązaniem byłoby pójście do tego... Jak mu tam... Gutenberga i kazać mu wydrukować tymi jego czcionkami umowę. Ja także nie posądzam cię o oszustwo, Alojzy! – Dodał widząc wzrok kolegi – po prostu, żeby później nie było niejasności, i żeby uniknąć niemiłych sytuacji.

- No więc dobrze, sam jutro pójdę i podyktuję mu treść. Chyba, że znowu chcesz mi towarzyszyć, mój nieufny towarzyszu?

- Nie, tym razem ci zaufam. Ale przyjdę jutro o podwieczorku sprawdzić czy wszystko się zgadza. A na razie, bywaj. – I wyszedł kłaniając się nieznacznie, a Alojzy odwzajemnił ukłon i poszedł dokonać wieczornej toalety po kolacji.


∗             ∗

Każdy ma swój pechowy dzień. A to zgubisz pieniądze, albo pokłócisz się ostro z przyjacielem bądź rodziną, albo straż miejska przypomni sobie o twoich niezapłaconych rachunkach... Ale nie zawsze jest tak, że „PECH = ŚMIERĆ”. Ale wtedy tak było.

Tak, był to bez wątpienia najgorszy dzień w życiu tego rzezimieszka. Ostatnio myślał, że wtedy, gdy straż go pojmała był jego najgorszy dzień. Miał nadzieję, że mu utną co najwyżej rękę za włamanie do kowala. Ale, że to był kowal z sieci Johna Cadbury’ego Moraya, angielskiego monopolisty w światku kowalstwa, jego namiestnik w tym mieście postarał się o przykład dla innych zainteresowanych szybkim przejęciem dóbr Moraya. I owszem, przykład bardzo dobry (bo śmierć w końcu). Ale zostawmy szczegóły przeszłości, zajmijmy się teraźniejszością.


A ta w ówczesnej chwili, była bardzo ciekawą. Otóż, dookoła podestu zebrało się mnóstwo ludzi i wszyscy gorączkowo dyskutowali o włamaniu. A sznur kołysał się na wietrze, czekając na kolejnego towarzysza. I ten właśnie nadchodził w obstawie straży.

Podeszli do podestu, wprowadzili go na niego, „zapętlili” mu szyję, podstawili pod nogi stołek i czekali. A w tym czasie lord Farenblake i lord Rokas-Ninsky, siedzieli na krzesłach, na pobliskim tarasie i przyglądali się sytuacji. W towarzystwie innej śmietanki, dyskutowali o przestępstwie. Gdy owa śmietanka trochę się od nich odsunęła, lord Justus zagaił do Alojzego:

- No cóż, wydaje mi się, że to jest już jasne, przyjacielu. Przegrałeś...

- Oj, nie bądź pochopny Justusie. Jeszcze nie umarł, i to na sznurze...

- No, ale cud się nie stanie, prawda?

- Pożyjemy, zobaczymy – powiedział z westchnięciem Alojzy; na jego twarzy malowało się zwątpienie we własne słowa

Nagle tłum rozsunął się jeszcze szerzej i wkroczył na rynek prokurator, a za nim dreptał niski namiestnik Moraya. Z pewnością, ten namiestnik musiał być tak bogaty, jak niski, a krążyły plotki, że jest wyjątkowo małym karłem.

Prokurator wkroczył na drugi podest, i zaczął czytać wyrok:

- Na mocy prawa (Pfff... – mruknął Justus) naszego miasta, muszę ukarać znajdującego się tutaj na podeście szubienicy, Karola Gavary’ego, za włamanie się do zakładu kowalskiego i zadanie ciężkich krzywd kowalowi-strażnikowi owego wydziału i spowodowanie niepowetowanych szkód w owym miejscu.

- Nie wiedziałem nic o szkodach i krzywdach – powiedział szeptem Alojzy do przyjaciela

- Bo ich nie ma. Kowal jest cały i zdrowy. Wczoraj go widziałem jak wykuwał zbroję nawet. Mówiłem ci, że lubią władzę...

- A więc... – kontynuował Karman – reprezentujący Moraya pan namiestnik Oliver Gadaloth van der Koushar, stanowczo zażądał uśmiercenia złoczyńcy. I na mocy wcześniej wspomnianego przeze mnie prawa, zdecydowaliśmy zgodzić się z panem Koushar. – W tym momencie namiestnik uśmiechnął się kąśliwie, z satysfakcją – Karolu Gavary! – Zagrzmiał prokurator – Skazuję cię na śmierć poprzez powieszenie! Czy masz coś na swoją obronę? – Gavary przełknął ślinę tak głośno, że wszyscy to usłyszeli. Cisza jaka na moment zapadła świadczyła, iż najwyraźniej nic na tą obronę nie miał – w takim razie - rozległo się - Kacie, czyń swą powinność!

Gavary zaczął płakać niczym dziecko, a mężczyzna (bądź kobieta - był świetne zamaskowany), podszedł do niego i już miał kopnąć stołek, gdy nagle zawył z bólu. Złapał się kurczowo za tyłek i zaczął podskakiwać, czego efektem był upadek z podestu. W jego dużym zadzie tkwił bełt, z którym to Mistrz się do uliczki dostał w podskokach i pobiegł do jakiegoś medyka. I (na szczęście dla zdziwionego Gavary’ego) wszyscy woleli patrzeć na trywialnie zachowującego się kata, niż na kierunek, z którego przyleciał bełt. A z tego kierunku, na koniu, galopował jakiś mężczyzna (też świetnie zamaskowany, ale wszystko widział), z kuszą przy pasie. Wyjął nóż, odciął linę, a Karol wskoczył na jego konia, i odjechali razem, mimo wielkiej ciasnoty. Wszystko to oglądali nasi lordowie, którzy ze zdziwienia powstawali i oglądali to z otwartymi gębami (lecz pan Alojzy był trochę w tym nieprzekonujący, za to Justus bez reszty pochłonięty był rozgrywaną sceną). Byli chyba jedynymi, którzy później mogli wytłumaczyć, dlaczego Gavary zniknął. A oniemiały Justus popatrzył na Alojzego, i ten powiedział:

- No, i nikt nie wygrał zakładu! Ale dobra zabawa była, nie Justusie? – I poklepał przyjaciela po ramieniu, a na jego twarzy zostały jeszcze resztki dziwnie teatralnego zaskoczenia, ale królowało głównie rozbawienie.

- Coś takiego...

I wszyscy się rozeszli, rozprawiając o tym przez kilka następnych dni, ale później wszystko ucichło, a lordowie szykowali następną korupcyjną zabawę...




Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.