FANDOM



Bożyszcze Dynamo • (The Lord of the Dynamos) • Opowiadanie • Herbert George Wells • przeł. Anonim
Bożyszcze Dynamo
(The Lord of the Dynamos)
Opowiadanie
Herbert George Wellsprzeł. Anonim
Uwaga! Tekst wydano w 1926 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Główny nadzorca trzech dynamomaszyn, które brzęcząc i zgrzytając, wprowadzały w ruch kolej elektryczną, nazywał się James Holroyd i pochodził z Yorkshiru. Ten doświadczony elektrotechnik był ociężałym, tępym pijaczyną o rudych włosach i szczerbatych zębach. Był sceptykiem ale uznawał teorję Carnota, czytał Szekspira i uważał, że ten autor ma słabe pojęcie o chemji. Jego pomocnik pochodził z tajemniczego Wschodu i nazywał się Azuma-zi. Lecz Holroyd nazywał go Pooh-bah. Wolał mieć za pomocnika murzyna, gdyż taki nie wtrącał się do maszyn i można było go bić (był to zwyczaj Holroyda). Nie wierzył, by umysł murzyna mógł jakimś dziwnym sposobem pojąć coś z naszej cywilizacji.

Nawet znając etnologję, trudnoby określić ściśle pochodzenie Azuma-ziego. Najprawdopodobniej należał do rasy murzyńskiej, chociaż miał włosy nie kędzierzawe, ale faliste, cerę raczej bronzową, niż czarną, a białka oczu żółte. Wystające kości policzkowe i wąski podbródek nadawały jego twarzy kształt litery Y. Miał głowę ztyłu szeroką, wąskie i niskie czoło, jakgdyby mózg jego leżał w odwrotnym kierunku. W rozmowie wydawał liczne, dziwaczne dźwięki, a jego rzadkie powiedzenia były w wysokim stopniu groteskowe. Holroyd, chcąc rozproszyć jego religijną ciemnotę, wykładał mu (przeważnie po pijanemu) własne teorje. Lecz Azuma-zi bronił swoich wierzeń i bogów, pomimo iż za to bywał bity.

Za parą złotych monet, zarobionych w kolonjach udał się przed niedawnym czasem do Londynu. Słyszał za młodu o wielkości i bogactwie tego miasta, gdzie wszystkie kobiety są białe i ładne, gdzie nawet żebracy są biali i oto przybył złożyć hołd na ołtarzu cywilizacji. Dzień był pochmurny. Drobny deszcz gnany wiatrem padał na zabłocone ulice. Lecz on złamany i bez pieniędzy, ubrany po europejsku, śmiało kroczył naprzód. Celem jego był Shadwell, gdzie miał harować dla Holroyda i być przez niego prześladowany. Holroyd lubił dokuczać.

W Camberwell były trzy dynamomaszyny: dwie małe, stare i jedna duża nowa. Małe wydawały znośne dźwięki. Ich pasy mruczały nad kotłami, a w powietrzu huczało hu! hu! hu!, aż dygotała szopa, pod którą stały maszyny. Ale duża zagłuszała ten cały hałas ciągłem dudnieniem swego żelaznego serca. Zwiedzający to miejsce dostawał zawrotu głowy od pulsowania maszynerji, wirowania olbrzymich kół, szumu wentylatorów, plucia pary i panującego ponad tem wszystkiem wycia dynamomaszyny, podobnego do wycia morskich bałwanów. Ten ostatni ryk był wadą z punktu widzenia mechaniki, lecz Azuma-zi przypisywał go potędze i dumie potwora.

W tym potoku wrzawy ucho chwytało oddzielne dźwięki: przerywane chrapanie, rzężenie, sapanie parowych maszyn, ssanie tłoków, tępe uderzenia szprychów przy wirowaniu kół, dźwięki skórzanych pasów, biegnących to ciaśniej, to znów luźniej i przeraźliwy hałas maszyn. Ponad tem wszystkiem panował, czasem nieuchwytny dla zmęczonego ucha, to znów wciskający się w mózg, puzonowy dźwięk olbrzymiej maszyny. Podłoga bezustannie dygotała pod nogami. Od rwetesu i hałasu mąciło się w głowie. Podczas wielkiego strejku mechaników jedynie Holroyd i murzyn Azuma-zi nie brali w nim udziału. Spali i jedli w małym drewnianym budynku między halą maszyn a wejściem.

Azuma-zi wchodził i Holroyd rozpoczynał natychmiast wykład na temat swojej ogromnej maszyny.

— Spójrz na nią — mówił — Czemże jest twój mizerny pogański bóg wobec niej?

Azuma-zi spoglądał. Huk zagłuszał słowa. Wreszcie słyszał:

— Może zabić setki ludzi. To mocne bóstwo!

Holroyd był dumny ze swojej olbrzymiej dynamo. Jego ciągłe opowiadania o jej wielkości i potędze, połączone z nieustającym warkotem i brzęczeniem, zrodziły w czarnej kędzierzawej głowie słuchacza najdziwaczniejsze myśli. Holroyd dokładnie wyłożył około dwunastu sposobów, któremi maszyna może zabić człowieka i dla przykładu bił Azuma-zi. W wolnych chwilach od pracy murzyn siedział przed maszyną i przyglądał się jej uważnie. Od czasu do czasu coś iskrzyło się i błyskało, wówczas Holroyd klął, i natychmiast rozlegał się jej równy rytmiczny oddech. I tak żyła pod wielką szopą, a przy niej czuwali Holroyd i Azuma-zi. Nie uwięziona, nie zmuszona do popychania okrętów, jak inne maszyny, które dotąd znał, lecz wyniesiona na tron. Tamte były burzliwe i nieregularne, ta zaś była niezmienna. Jaka potężna! Z jaką łatwością i pogodą pracowała! Większa i potężniejsza, niż Budda, którego widział w Rangoonie, lecz nie nieruchoma, ale żywa! Ciągnęły się wielkie czarne liny, kręciły się koła, wydając przy tern głęboki dźwięk. To wszystko dziwnie wzruszało Azuma-ziego.

Nie lubił pracować. Gdy Holroyd wychodził by posłać woźnego po wódkę, Azuma-zi siadał i patrzał zachwyconym wzrokiem na boga Dynamo. Pomimo że był za to bity rózgą o miedzianych drutach. Stawał obok olbrzyma i patrzył, jak jakaś czarna plama na skórzanym rzemieniu znikała i znów powracała. Dziwne myśli snuły się po jego głowie. Uczeni mówią, że dzicy przypisują duszę skałom i drzewom. A przecież maszyna jest tysiąckroć bardziej żywa, niż skała lub drzewo. Azuma-zi był jeszcze dziki. Jego cienka warstwa cywilizacji nie sięgała głębiej, niż brudne ubranie, siniaki i sadze, które pokrywały jego twarz i ręce.

Korzystał z każdej okazji, którą nastręczał mu Holroyd, by dotknąć cudownej maszyny. Czyścił i polerował ją dopóty, aż jej metalowe części błyszczały jak słońce. Te czynności miały dlań tajemne znaczenie. Bogowie, których uwielbiał byli daleko, a mieszkańcy Londynu pochowali swoich bogów zazdrośnie.

Jego nieokreślone uczucia stawały się coraz bardziej wyraźne. Pewnego poranku wszedł pod huczącą szopę i pobożnie skłonił się przed bogiem Dynamo. A gdy Holroyd wyszedł, Azuma-zi zbliżył się do grzmiącej maszyny, błagając, by była dla niego miłosierna i uratowała przed Holroydem. I w tej samej chwili w drżącej szopie zabłysło jakieś światło i ryczący bóg stanął w promieniach bladego złota. Azuma-zi zrozumiał, że jego prośba została wysłuchana. Od tego czasu czuł, że jest mniej samotny i nawet po skończonej robocie często guzdrał się koło maszyny.

Gdy następnym razem Holroyd znęcał się nad nim, podszedł do boga Dynamo i szepnął:

— Patrz, o boże!

I rozgniewany warkot maszyny zda się odpowiedział na jego skargę. Po tym wypadku miał wrażenie, że maszyna wydawała jakiś nowy dźwięk ile razy Holroyd zjawiał się pod szopą.

— Mój bóg jest cierpliwy — pomyślał — Nie godziwość tego durnia jeszcze nie dojrzała.

I czekał na dzień wyroku. Pewnego popołudnia, obawiając się krótkiego spięcia, Holroyd podszedł, by zbadać maszynę. Zrobił to nieostrożnie i został silnie uderzony. Azuma-zi widział, jak odskoczył i zaklął.

— Jest ostrzeżony — pomyślał. — Mój bóg jest bardzo cierpliwy.

Holroyd dał murzynowi niektóre elementarne pojęcia o pracy maszyny, dzięki czemu mógł czasami oddalać się od szopy. Ale, gdy zauważył, jak bardzo dzikus był do niej przywiązany, zaczął coś podejrzewać. I pewnego razu, podczas gdy Azuma-zi smarował liny olejem, który wyżarł lakier w jednem miejscu, skrzyczał go i wydał rozkaz:

— Nie waż mi się więcej ruszać dużej maszyny, Pooh-bah, bo cię obedrę ze skóry!

Zresztą, Azuma-zi lubił maszynę, i to był wystarczający powód, by trzymać go od niej zdaleka.

Murzyn usłuchał narazie. Ale później znów został przyłapany na tem, że bił pokłony przed bogiem Dynamo. Holroyd wykręcił mu rękę i nadodatek zbił. Schowany za maszynerią patrzył na znienawidzonego wroga. W tej samej chwili maszyny zmieniły rytm i zabrzmiały, jak słowa w jego ojczystej mowie.

Trudno określić, co jest szaleństwem. Myślę, że Azuma-zi był szalony. Wieczny zgiełk, mały zasób wiedzy, ogrom przesądów wytworzyły w nim coś w rodzaju obłędu. W jego głowie powstała myśl złożenia Holroyda w ofierze bogu Dynamo i ta myśl napełniała go triumfującą radością.

Tej nocy pod szopą nie było nikogo, prócz dwóch mężczyzn i ich czarnych cieni. Wielka lampa łukowa rzucała migotliwe światło. Na podłodze leżały cienie maszyn, tłoki uderzały głośno i równomiernie. Reszta świata, widziana z otwartej strony szopy wydawała się daleka, zamglona i milcząca, gdyż huk maszyn zagłuszał wszystko. W oddali rysowało się ogrodzenie, za niem szare domy, ciemne, granatowe niebo i blade, małe gwiazdy. Azuma-zi przeszedł nagle przez środek szopy, gdzie biegały skórzane pasy i skrył się w cieniu dużej maszyny. Holroyd usłyszał trzask.

— Co ty tam robisz z tym prętem ? — wrzasnął zdziwionv — Czy nie mówiłem ci...?

Murzyn wylazł z cienia i Holroyd spostrzegł dziwny wyraz jego oczu. W jednej chwili dwaj mężczyźni spleceni ze sobą walczyli tuż obok olbrzymiej maszyny.

— Ty bydlę kudłate!

Holroyd ciężko dyszał. Jego gardło ściskała bronzowa dłoń. Wreszcie murzyn zręcznie podstawił mu nogę i Holroyd, chwiejąc się runął na boga Dynamo...

Człowiek, który natychmiast przybiegł ze stacji, spotkał Azuma-ziego przy bramie, w budce woźnego. Chciał dowiedzieć się od niego, co się stało, z angielskiej mowy murzyna nie mógł nic zrozumieć. Pobiegł do szopy. Maszyny pracowały i wszystko było napozór w porządku. Uderzył go osobliwy zapach spalonych włosów. Następnie zauważył dziwną masę, leżącą obok dużej maszyny i zbliżywszy się poznał zniekształcone szczątki Holroyda.

Stał przez chwilę niezdecydowany, zamknął oczy. I zanim znów je otworzył, odwrócił się od leżącego trupa i wyszedł szukać rady i pomocy.

Azuma-zi widząc, że Holroyd nie żyje, przestraszył się na myśl o następstwach. Pomimo to był dumny i wiedział, że bóg Dynamo jest dla niego łaskawy. Plan jego był gotów i myśl o samobójstwie wyłoniła się sama przez się. Ekspert przybył ze stacji centralnej i nie patrząc w stronę murzyna, rzucił mu zaledwie parę pytań. Czy widział jak Holroyd się zabił? Odpowiedział, że nie widział, że różnica w warczeniu maszyny dopiero zwróciła jego uwagę. Badanie było łatwe, gdyż nie było podejrzeń.

Mechanik wyciągnął ciało z pod maszyny i nakrył je obrusem kawą poplamionym. Ktoś zawezwał lekarza. Ekspertowi głównie zależało na tem, by połączyć prąd, bo siedem, czy osiem pociągów stało pośród drogi, w tunelach kolei elektrycznej.

Azuma-zi jako tako odpowiadał na pytania tych, którzy przedostali się do szopy z pozwolenia władzy, lub też przez jej nieuwagę. Za bramą tłoczyli się ludzie. (W Londynie zwykle w ciągu dnia lub dwóch stoją tłumy obok miejsca wypadku nagłej śmierci). Dwóch czy trzech reporterów kręciło się po szopie, a jeden nawet zwrócił się do murzyna. Lecz ekspert, który z amatorstwa był dziennikarzem, udzielał im sam objaśnień.

Ciało zostało wyniesione, a razem z niem odeszli ciekawi. Azuma-zi został. Od czasu do czasu widział, jak jakaś twarz ukazywała się w węglu, to skurczona, to znów spokojna. Ktoby przyszedł w godzinę po wypadku, nie zauważyłby żadnej zmiany. Bóg Dynamo brzęczał i szumiał, zagłuszając swoich mniejszych braci, koła wirowały i tłoki ssały parę zupełnie tak, jak poprzednio. Zresztą, z mechanicznego punktu widzenia, był to wypadek nieznaczny, chwilowa przerwa prądu. Tylko krzepką sylwetkę Holroyda, ruszającą się tam i z powrotem po dygocącej podłodze, zamieniał szczupły ekspert i jego cień.

— Czy dogodziłem ci, panie? — spytał Azuma-zi, a maszyna odpowiedziała pełnym, jasnym dźwiękiem. Spojrzał na olbrzymi wirujący mechanizm. I dziwny urok, który przez śmierć Holroyda osłabł, teraz na nowo odzyskał nad nim władzę.

Nigdy nie widział, by człowiek został zabity tak nagle i bezlitośnie. Ogromna, brzęcząca maszyna zabiła swoją ofiarę, nie zatrzymawszy się ani na chwilę w ruchu.

Ekspert stał odwrócony od niego i kreślił coś na papierze. Jego cień leżał u stóp potwora.

— Czy bóg Dynamo jest jeszcze głodny? Jego sługa jest gotów.

Azuma-zi zrobił krok naprzód i zatrzymał się. Ekspert nagle przestał pisać i przeszedłszy przez szopę stanął przy maszynie, którą począł badać.

Murzyn, po krótkiem wahaniu, cichutko ukrył się w cieniu. Czekał. Usłyszał kroki wracającego eksperta, który stanął w poprzedniej pozie. Ogromna maszyna syknęła i w następnej chwili Azuma-zi skoczył na ofiarę.

Ekspert był ściśnięty i podrzucany w stronę dynamomaszyny, lecz bijąc kolanem i cisnąc głowę swego wroga nadół, wyrwał się i odskoczył w bok. Czarny znów go schwycił, bił go głową w piersi i oboje ciężko dyszeli przez chwilę, która wydawała się wiecznością. Wtedy ekspert, złapał czarne ucho w zęby i jął gryźć zaciekle. Murzyn wrzasnął przeraźliwie.

Toczyli się po podłodze. Azuma-zi dusił swego wroga. Ekspert nadaremnie starał się szarpać i bić gdy nagle usłyszał czyjeś zbawcze kroki. Azuma-zi puścił swoją ofiarę i rzucił się wprost na maszynę. Pośród zwykłej wrzawy rozległ się odmienny hałas.

Urzędnik, który wszedł, stanął zdumiony, zobaczywszy, jak Azuma-zi, po jednej konwulsji zwisł nieruchomy z okropną, wykrzywioną twarzą.

— To jest szybka śmierć... — rzekł wlepiając wzrok w trupa.

Ten człowiek widocznie myślał powoli.

Nastąpiło milczenie.

Ekspert podniósł się niezręcznie z podłogi. Pogładził palcami szyję i pokiwał głową w zamyśleniu.

— Biedny Holroyd! Teraz rozumiem.

Następnie prawie automatycznie podszedł do maszyny i połączył prąd z koleją. Maszyna zawarczała głośno i dobitnie.

Taki był koniec przedwczesny oddawania czci dynamonaszynie. Wiara w to bóstwo trwała chyba najkrócej ze wszystkich. A jednak i ona miała męczenników swoich i ludzkie ofiary.



Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.