FANDOM



Baśń o trzech braciach i królewnie • Wiersz • Aleksander Fredro
Baśń o trzech braciach i królewnie
Wiersz
Aleksander Fredro
Zobacz w Wikipedii hasło Baśń o trzech braciach i królewnie

Crystal Clear action info Tekst zawiera treści erotyczne
Crystal Clear action info Tekst zawiera zwroty uważane za wulgarne


    Mrok wieczorny — babcia siwa
    przy kominku głową kiwa.
    Nos jak haczyk, okulary,
    Coś pierdoli babsztyl stary.
    Snuje bajdy niestworzone,
    O królewnie Pizdolonie,
    O trzech braciach jak niewielu,
    O matuli ich z burdelu,
    Opowiada stare dzieje…
    A na dworze wicher wieje.

    Siądźcie społem panny, smyki,
    Młodojebce, stare pryki
    I nadstawcie dobrze uszy!
    Choć na polu śnieżek prószy.
    W domu ciepło i wygodnie…
    Zostaw pan w spokoju spodnie!
    Bo się wnet zawoła Mamy!…
    Cyt! Uwaga! Zaczynamy!

    Za morzami, za rzekami,
    Za lasami, za górami,
    Żył przed bardzo wielu laty,
    Król potężny i bogaty,
    Dobrotliwy, szczodrobliwy,
    Lecz niezmiernie rozżalony,
    Z racji córki, Pizdolony,
    Która przecie dobra, miła
    Lecz… nadmiernie się kurwiła.

    A dawała bez wyboru
    I rycerzom, panom dworu,
    I kucharzom, i stolarzom,
    Czasem nawet i malarzom!
    Na leżąco, na stojaka,
    W dupę, w cycki i na raka.
    Czy na dworze, czy w salonie,
    Czy w klozecie, czy na tronie,
    W każdej chwili, w każdym czasie
    Wciąż myślała o kutasie.

    Próżno mówił jej król stary,
    Że we wszystkim trzeba miary,
    Nie wypada bowiem pannie
    Tak się kurwić bezustannie.

    Na nic się to wszystko zdało,
    Wciąż jej chuja było mało
    I na całym króla dworze
    Nikt chędożyć już nie może.
    Wszyscy byli rozjebani.
    Nawet księża, kapelani.
    Raz ją tak swędziała dupa.
    Że zgwałciła i biskupa,
    A gdy ten ją zerżnął marnie
    — Poszła dawać pod latarnię.

    Aż z burdelów w całym mieście,
    Do samego króla wreszcie,
    Od kurewskiej całej nacji
    Przyszły kurwy w delegacji.
    Ta najbardziej rozjebana,
    Padłszy przed nim na kolana,
    Z wielkim trudem tłumiąc łkanie
    Rzecze: „Królu nasz i Panie!
    Ty panując od lat wielu
    Ojcem byłeś dla burdelu.
    Upadają obyczaje!
    Twoja córka dupy daje!
    Na ulicy! bez pieniędzy!
    Przez co wpycha nas do nędzy.
    Nikt nas dziś już nie pierdoli,
    Bo darmochę każdy woli!
    A więc najjaśniejszy panie,
    Sprawiedliwość niech się stanie!”

    Król na łzy kurewskie czuły,
    Kazał dać ze swej szkatuły
    Każdej kurwie po dukacie,
    Po czym zamknął się w komnacie.
    W nocy zaś przywołał swego
    Astrologa nadwornego,
    By ten patrząc w gwiezdne szlaki
    Znalazł wreszcie sposób jaki,
    By królewnę można było
    — Dobrowolnie, czy też siłą —
    Wrócić znów do cnoty granic,
    A gdy to się nie zda na nic,
    Niech przynajmniej w swojej sferze
    Obłapników sobie bierze.

    Więc astrolog wziąwszy lupę,
    Zajrzał raz królewnie w dupę,
    Wielkim cyrklem pizdę zmierzył,
    Po czym zamknął się w swej wieży.
    Tak był w pracy pogrążony,
    Taki przy tym roztargniony,
    Że szukając prawd na niebie
    W roztargnieniu srał pod siebie.
    Kręcił, wiercił teleskopem,
    Wreszcie wrócił z horoskopem
    I rzekł: „Smutną wieść, niestety
    objawiły mi planety,
    Że królewny nic nie wstrzyma.
    Na jej szał lekarstwa ni ma!
    Chyba, że się znajdzie jaki,
    Tęgi jebak nad jebaki,
    Który ją tak zerżnie pięknie,
    Że królewnie picza pęknie!
    Żywym ogniem się zapali,
    Na kawałki się rozwali.
    Wtedy będzie pizdolona
    Z czaru swego wyzwolona!
    I znów stanie się prawiczką
    Z malusieńską, ciasną piczką.”

    Król, choć płakał ze zmartwienia,
    Zamknął córkę do więzienia,
    By się więcej nie puszczała.
    Tam codziennie dostawała,
    Prócz świetnego utrzymania,
    Tysiąc świec do brandzlowania,
    Wazeliny beczkę całą…
    Lecz jej tego było mało.
    Ciągle płacze, ciągle krzyczy:
    „To za mało dla mej piczy!”

    Wszystkim było ogłoszone
    Że kto zbawi Pizdolonę
    Ten dostanie ją za żonę
    I podzieli się królestwem
    by raz skończyć z tym kurestwem.

    Więc zjeżdżają się jebacze,
    Czarodzieje, zaklinacze,
    I rycerze, królewicze,
    By królewnie zerżnąć piczę!
    Każdy swoich sił próbuje,
    Lecz choć tęgie mieli chuje
    Na nic się to wszystko zdało,
    Bo królewnie wciąż za mało.

    Król, gdy widział co się dzieje
    Stracił całkiem już nadzieję,
    Płakał, martwił się dzień cały
    Aż mu jaja posiwiały
    Bo już siwy był na głowie.

    …A tymczasem heroldowie
    Wieści dziwne rozgłaszali
    Coraz dalej, dalej, dalej…
    Aż dotarły hen daleko,
    Gdzie za siódmą górą, rzeką,
    Stała sobie mała chatka,
    W niej mieszkała stara matka
    Wraz z synami swymi trzema,
    Którym równych w świecie nie ma.

    Każdy dzielny, tęgi, zwinny,
    ale każdy z nich był inny
    I w tym nie ma nic dziwnego:
    Każdy z ojca był innego.
    Bo w młodości swojej czasie
    Matka strasznie puszczała się.
    Była stróżką przy burdelu
    I kochanków miała wielu.

    Syn najstarszy miał chuj długi
    I gruby na kształt maczugi,
    A po bokach jego były
    jak postronki - grube żyły,
    Jakieś sęki, jakieś guzy -
    Jaja miał jak dwa arbuzy!
    A że ciągle mu bez mała
    ta ogromna pyta stała,
    Chujogromem go nazwano.

    Pizdoliza nosił miano
    Syn następny, bo lizanie
    Stawiał wyżej nad jebanie,
    I nie było mistrza w świecie,
    Co prześcignął go w minecie.

    Cieszą matkę takie dzieci,
    Lecz niestety — smuci trzeci,
    Który rodu był zakałą,
    Bo miał kuśkę całkiem małą,
    A cieniutką na kształt glizdy
    I nie palił się do pizdy.
    Dobrze, gdy z matczynej woli
    Raz na miesiąc popierdoli.
    A że mało tak obłapia,
    Bracia mieli go za gapia.
    No i matka nawet czasem
    Nazywała go Głuptasem.

    Tak im słodko życie idzie,
    Ani w zbytku, ani w biedzie.
    Starsze bowiem dwa chłopaki
    Zarabiali w sposób taki,
    że pobożne, starsze panie
    Brały ich na utrzymanie.
    A i matka, chociaż stara,
    Też dawała za talara.
    Tylko trzeci syn - wyskrobek
    Wypinał się na zarobek.
    Że nie udał się niewiastom,
    Dawał dupy pederastom
    I ku wielkiej matki złości
    Nie brał nic od swoich gości.

    Tak im się więc dobrze żyło,
    I wygodnie, dobrze, miło.
    Aż dotarła i w ich strony
    Wieść o losie Pizdolony.
    Na zarobek więc łakoma
    woła matka Chujogroma
    I tak rzecze: „Ty, mój synu
    Idź! Dokonaj tego czynu!
    Gdy spierdolisz Pizdolonę
    To dostaniesz ją za żonę.
    Pół królestwa twoim będzie!
    Tak królewskie brzmi orędzie.”

    Syn usłuchał rady matki.
    Zaraz włożył czyste gatki.
    Wymył chuja - i bez zwłoki
    Raźno ruszył w świat szeroki.
    A gdy przybył do stolicy,
    Zaraz poszedł do ciemnicy
    Gdzie się świecą, rozkraczona,
    Brandzlowała Pizdolona.

    Pyta dębem mu stanęła,
    Więc się ostro wziął do dzieła
    I za pierwszym sztosem leci
    Błyskawicznie drugi, trzeci,
    Czwarty, piąty — aż nareszcie
    Wyrżnął sztosów tysiąc dwieście
    I utracił siłę całą —
    Lecz królewnie wciąż za mało!
    Tak był potem osłabiony,
    Że zleźć nie mógł z Pizdolony,
    Aż musiały dworskie ciury
    Ściągnąć go za dupę z dziury,
    I zanieśli omdlałego,
    Do szpitala zamkowego.

    A królewna ciągle krzyczy,
    Że to mało dla jej piczy!

    Prędko, prędko baśń się baje,
    Nie tak prędko kutas staje,
    Baśń się baje, czas ucieka,
    Chujogroma matka czeka,
    W końcu martwić się zaczyna -
    Że nie widać skurwysyna.

    Aż ją doszły straszne wieści…
    Powstrzymując łzy boleści,
    Pizdoliza do się wzywa
    I w te słowa się odzywa:
    — „Bratu, rzecz to nie do wiary,
    Nie powiodły się zamiary.
    Kutas zmarniał mu, niestety —
    Idź więc ty, spróbuj minety!”

    I Pizdoliz wnet bez zwłoki,
    Ruszył prędko w świat szeroki.
    W końcu zaszedł do stolicy.
    Tam się udał do ciemnicy,
    Gdzie się świecą, rozkraczona,
    Brandzlowała Pizdolona.

    Zaraz ją za piczę łapie
    I minetę tęgo chlapie
    Język jego na kształt węża
    To się spręża, to rozpręża,
    To się wije jak sprężyna,
    W pizdę wwiercać się zaczyna,
    To po wierzchu, to od środka.
    Kręci na kształt kołowrotka,
    To się zwija znów jak fryga,
    że gdy patrzeć — w oczach miga.
    Doba tak za dobą mija,
    On jęzorem wciąż wywija.
    Lecz z nim także to się stało
    Że utracił siłę całą.
    Więc i jego dworskie ciury
    ściągnęły za dupę z dziury,
    I wyniosły omdlałego,
    Do szpitala zamkowego.
    A królewna ciągle krzyczy,
    Że to mało dla jej piczy!

    Prędko, prędko baśń się baje,
    Nie tak prędko kutas staje,
    Baśń się baje, czas ucieka,
    Pizdoliza matka czeka,
    I już martwić się zaczyna —
    Bo nie widać skurwysyna.

    W końcu widząc, że nie wraca
    Myśli: „Na nic moja praca…
    Biedna dola jest matczyna.
    Oto już drugiego syna
    Losy wzięły mi zdradziecko!
    Jedno mi zostało dziecko,
    I do tego całkiem głupie”.

    …Głuptas miał to wszystko w dupie.
    Raz spokojnie po jedzeniu
    Chciał pochrapać sobie w cieniu.
    Coś mu jednak spać nie daje,
    Coś go ciągle gryzie w jaje.
    Więc się prędko zrywa z trawy,
    W portki patrzy się ciekawy
    A tu się po jajach szwenda
    Niby chrabąszcz — wielka menda!

    Głuptas już rozpinał gacie,
    By ją zgubić w sublimacie,
    Gdy wtem menda nieszczęśliwa
    Ludzkim głosem się odzywa:
    „Nie zabijaj chłopcze luby!
    Czemu pragniesz mojej zguby?
    Menda też stworzenie boże,
    Że inaczej żyć nie może
    I że czasem w jajo utnie —
    Nie gubże jej tak okrutnie!”
    Głuptas to do serca bierze,
    Myśli sobie: „Biedne zwierzę,
    Że mnie utniesz, cóż to złego?
    Przecież nie zjesz mnie całego.
    A pocierpieć czasem mogę
    Idź więc dalej w swoją drogę!”

    A tu nagle menda znika
    I zmienia się w czarownika,
    Czarownika - czarodzieja,
    I do swego dobrodzieja,
    Co się w strachu z miejsca zrywa,
    W takie słowa się odzywa:
    — „Że litości miałeś względy
    Dla bezbronnej, słabej mendy
    I żeś jej darował życie -
    Wynagrodzę cię sowicie.
    Dam ja ci wskazówki pewne
    jak spierdolić masz królewnę.
    Sił twych mało tu potrzeba
    Jest kondona - samojeba,
    Który ma tę dziwną siłę,
    Że gdy włożysz na swą żyłę
    I rozkażesz - on za ciebie
    sztos za sztosem ciągle jebie
    Czarodziejską mocą cudną!
    Ale zdobyć go jest trudno...
    Dupa strzeże go zaklęta,
    Na przechodniów wciąż wypięta,
    Z której mocą złego ducha
    Ustawicznie ogień bucha.
    I czy z bliska, czy z daleka,
    Żarem swoim wszystko spieka.
    I w tym mocnym, wielkim żarze
    Dupa się całować każe,
    Lecz gdy powiesz do niej słowa:
    - «Niech się ogień w dupie schowa!
    Sama się pocałuj właśnie!»
    - Wtedy ogień w dupie zgaśnie.
    I powoli, z dobrej woli,
    Kondon zabrać ci pozwoli.
    Za twą dobroć ja ci mogę
    Do tej dupy wskazać drogę.
    Weź ten kłębek z sobą razem,
    On ci będzie drogowskazem!
    Rzuć na ziemię i idź wszędzie,
    Gdzie się kłębek toczyć będzie.
    Lecz pamiętaj zawsze święcie
    Czarodziejskie to zaklęcie!”

    Tu czarownik, niby mara,
    Zniknął i rozwiał się jak para.
    Głuptas wstaje ucieszony,
    Bierze kłębek, rozbawiony,
    I nie mówiąc nic nikomu
    Po kryjomu znika z domu.

    Prędko, prędko baśń się baje,
    Nie tak prędko kutas staje.
    Głuptas idzie, nie ustaje,
    Coraz nowe mija kraje.
    Gdy stu granic minął słupy
    Zaszedł wreszcie aż do dupy,
    Z której ogień wieczny tryska.
    A podszedłszy do niej z bliska,
    Rozżarzonej nad pojęcie,
    Czarodziejskie swe zaklęcie
    Głuptas z całej siły wrzaśnie:
    „Sama się pocałuj właśnie!”
    Wtedy dupa zawstydzona,
    Puściła go do kondona.

    Więc z kondonem, ucieszony,
    Pędzi wnet do Pizdolony.
    A gdy przybył do stolicy,
    Zaraz poszedł do ciemnicy,
    Gdzie się świecą, rozkraczona,
    Brandzlowała Pizdolona.

    Wkłada kondon na kutasa
    I… O dziwo! U głuptasa
    Chuj, co zawsze był jak z ciasta,
    Na olbrzyma się rozrasta!
    Na sto chujów się rozdziela
    Każdy gruby, jak ta bela,
    Każdy twardy, jak ze stali,
    Każdy długi na sto cali!
    Wszystkie chuje z całej siły
    Na królewnę się rzuciły,
    Każdy się jej w piczę wwierca,
    Każdy końcem sięga serca,
    Każdy jej się w piczy grzebie,
    Każdy jebie, jebie, jebie…
    Głuptas leży bez wysiłku,
    Czasem klepnie ją po tyłku
    Czasem w cycki pocałuje,
    A samojeb piczę pruje.
    Aż królewna Pizdolona
    Zchędożona, spierdolona,
    Ze zmęczenia ledwo żywa,
    Krzyczy: — Cipa się rozrywa!

    Takie przy tym tarcie było,
    Aż się w piczy zapaliło.
    By ugasić pożar ciała,
    Straż zamkowa przyjechała
    Z toporami, z bosakami,
    Sikawkami i kubłami,
    Słowem — z całym inwentarzem
    Używanym przy pożarze.
    I po długiej, ciężkiej pracy
    Ugasili ją strażacy.

    Tak została Pizdolona
    Z czaru swego wybawiona,
    I znów stała się prawiczką
    Z malusieńką, ciasną piczką.
    Głuptas dostał zaś w podziękę
    Pół królestwa i jej rękę.

    Król był taki ucieszony,
    Ze zbawienia Pizdolony,
    Że pomimo swej starości
    Kapucyna rżnął z radości,
    Tak się znowu poczuł młody
    Potem zaś wyprawił gody
    Głuptasowi z Pizdoloną -
    Mnie na gody zaproszono.
    Więc jak mówię, też tam byłem.
    Jadłem, piłem, pierdoliłem,
    Bawiłem się z nimi społem,
    Aż zasnąłem gdzieś pod stołem…

    Tu bajka dobiega końca
    Już za oknem patrzeć słońca
    Przy kominku babcia siwa
    Coś mamrocze, głową kiwa
    Dając dziatwie pouczenia
    O rozkoszach chędożenia.

    Których i Wam czytelnicy
    Autor tej powiastki życzy!



Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.